Page 16

30 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

li się do polskiej współwiny bądź współodpowiedzialności za Holocaust i których napiętnowano (i piętnuje się nadal) jako zdrajców polskości, antypolonitów. Ale jeszcze w roku 2004 Jan Tomasz Gross pytał w „Tygodniku Powszechnym”, jak to się stało, że „zbrodnia w Jedwabnem nie została zarejestrowana w historiografii okresu okupacji […]. Czym wytłumaczyć podobną niewiedzę wielu pokoleń historyków, którzy przecież intensywnie zajmowali się wojenną tematyką? […]. Jak możemy na coś patrzeć i tego nie widzieć? Jak można coś wiedzieć i równocześnie z tej wiedzy nie zdawać sobie sprawy”? A więc jak z wiedzy powstaje niepamięć zbiorowa? Jak się rodzi „nieświadomość świadomych”, że przywołam określenie Elżbiety Janickiej? Dlaczego przypominam te pytania tu i teraz? I dlaczego właśnie ja? Czy i jakie mam do tego prawo? Po pierwsze, zostałem o to wystąpienie poproszony. Po drugie, korzystam z obowiązującego wciąż prawa wolności badań i wolności słowa, także akademickiego. Po trzecie, jestem językoznawcą, etnolingwistą, czyli przedstawicielem dyscypliny zajmującej się językową stroną wielkich konstruktów mentalnych – językowych obrazów świata, tożsamości zbiorowych, pamięci wspólnotowych – a problem, który zarysowałem na wstępie, dotyka też takich właśnie fundamentalnych zagadnień lingwistyki antropologicznej. Jest to przecież problem pojęć stojących za jednostkami naszego języka, kwestia ram ich definiowania, zagadnienie relacji między tymi pojęciami, wreszcie pytanie o relacje między pojęciami – tak czy inaczej zdefiniowanymi – a całą ogromną sferą ludzkich działań i poczynań, świadomych i nieświadomych, w przeszłości i teraźniejszości; na koniec, jest to kwestia wyboru trybu narracji oraz sposobu uczestniczenia w dyskursach przez jednostkowe i zbiorowe podmioty danej wspólnoty kulturowej. Kluczowym spośród pojęć domagających się tu analizy jest wyjściowe pojęcie my – my jak Polacy. Dla wielkiej części naszej wspólnoty owo my jest częścią sztywnej, dychotomicznej, a więc czarno-białej opozycji my – oni, która jest wariantem opozycji swój – obcy, gdzie obcy bliski jest pojęciu wroga, wobec którego zbiorowe my musi być monolitem, zintegrować się, zewrzeć szyki i okopać. A na wszelki wypadek musi też wykluczyć ze swojej wspólnoty (lub do niej nie dopuścić) każdego, kto jest podejrzany choćby o cień odmienności. Kto choćby o jeden odcień odbiega od ustalonego i strzeżonego wzorca, ideału czy prototypu członka tej wspólnoty. Kto nie jest z nami, przeciwko nam jest i zostaje wykluczony; będę w takich wypadkach mówił o my ekskluzyjnym, wykluczającym.

31 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

Druga, również wielka, część naszej wspólnoty owo postrzega raczej jako wielość różnorodnych ja, różniących się czasem pięknie, czasem niepięknie, ale ciekawych, co też za linią ich wspólnoty świat ze sobą niesie. Tu zbiorowe ja buduje swoje istnienie na zestawieniach ze zbiorowym innym – to bliższym mu, to dalszym, ale traktowanym a priori jako gość w starym, greckim pojmowaniu tego słowa. Tu odmienność budzi co najmniej zainteresowanie, a gość w dom – wiadomo: Bóg w dom; takie zbiorowe ja jest podstawą my inkluzyjnego, włączającego. Tyle że kiedy w ramach tej samej wspólnoty jedno my (inkluzyjne) zaprasza każdego gościa w „bramę na wciąż otwartą”, jak w arcypoemacie Mickiewicza, drugie my tej wspólnoty, ekskluzyjne, automatycznie traktuje gościa jako „tego, kto nie z nami”: obcego, a więc wroga. Każda z tych postaw ma swoje językowe wyróżniki. W językowym repertuarze my inkluzyjnego znajdują się wspomniane Gość w dom – Bóg w dom, Gościu, siądź pod mym liściem, Razem, młodzi przyjaciele!, W jedności siła, Za wolność waszą i naszą, Jeden drugiego brzemiona noście czy Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. W językowym repertuarze my ekskluzyjnego są z kolei wyrażenia dzielące, wykluczające bądź narzucające bezwyjątkowe postrzeganie sytuacji na zasadzie „albo – albo”: wóz albo przewóz, albo tryumf – albo zgon, wet za wet, oko za oko, ząb za ząb, Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, Jak ty komu, tak on tobie, Zima wasza, wiosna nasza, My jesteśmy tu, gdzie wtedy – oni tam, gdzie stało ZOMO, Polska dla Polaków, Wasze ulice, nasze kamienice, Żydzi na Madagaskar. Jest ich tak wiele, że, jak napisał Michał Głowiński, utrwalone w naszym języku „zwyczaje, schematy, wiążące się z danymi słowami konotacje umożliwiają czy też – w przypadkach najbardziej drastycznych – wymuszają negatywny stosunek do innego człowieka, a więc nie tylko dopuszczają swoistą mowę nienawiści, ale ją w pewien sposób z góry zakładają”. Andrzej Leder, napisał wręcz w swej „Prześnionej rewolucji”, że wstręt i pogarda względem Żydów jest czymś „głęboko tkwiącym w językowym porządku polszczyzny”. Ale rzecz nie w Żydach jedynie. Na pozycji piętnowanego obcego, obok dyżurnych wręcz postaci Żyda, Niemca, Cygana, Ukraińca, wykluczające my stawia w zasadzie dowolną postać – muzułmanina, uchodźcę, geja, czarnoskórego, wegetarianina, hipstera, Europejczyka, elity intelektualne, feministkę, badacza płci kulturowej, lekarza stosującego in vitro, ekologa, Trybunał Konstytucyjny… To właśnie ekskluzyjne my ustanawia i proklamuje, kto jest na dzisiaj obcym. Kto zagraża – no właśnie, czemu właściwie i komu zagraża dziś w Polsce wyznawca islamu, ekolog, my

człowiek niepełnosprawny, feministka, gej, Europejczyk czy student gender studies? I tu, powracając do definicji zbiorowego my, do definiowania Polaka i polskości, powtórzmy: zagraża każdy, kto w czymkolwiek odbiega od prototypu członka danej wspólnoty, kogo można podejrzewać o samą możliwość naruszenia jednolitości pojęcia my, w tym jego nieskazitelności. Zaproszenie i włączenie ekologa, geja, muzułmanina do wspólnoty, której skład i granice ustanawia ekskluzyjne my, spowodowałoby – w przekonaniu członków tej wspólnoty – jej definicyjne rozwodnienie, ideologiczne skażenie, wreszcie nadkruszenie jej monolityczności, która o sile tej wspólnoty decyduje. Tylko bezwarunkowi wyznawcy idei tej wspólnoty mogą ją tworzyć, jeśli w ogóle ma ona przetrwać, a musi, ma ona bowiem misję zbawczą. Żaden obcy, żaden odmieniec czy mieszaniec nie może realizacji tej misji przeszkodzić. I jeśli fundamentem tego my jest polskość, musi to być polskość bezwyjątkowa, bezalternatywna, polskość polska bez reszty. To stąd bierze się hasło „Polska dla Polaków” (w domyśle – tylko dla Polaków, i to zdefiniowanych etnicznie, poprzez krew); to stąd biorą się dzisiejsze podziały wewnętrzne na prawdziwych Polaków i „Polaków” ujmowanych w cudzysłów, na Polaków bez cudzysłowu i „Polactwo”, na Polaków i „pół-Polaków”, na prasę polską i prasę polskojęzyczną. Prawdziwy Polak to polski Polak; bycie równocześnie Polakiem i Żydem, Polakiem i Niemcem, nawet Polakiem i Europejczykiem jest wykluczane z definicji i oznacza – w perspektywie ekskluzyjnego my – że się Polakiem po prostu nie jest. Pisząc o polskim dyskursie antysemickim, cytowany już Michał Głowiński, sam ocaleniec z Holocaustu, konstatował: „takie formuły, jak «Polak żydowskiego pochodzenia» czy «Żyd-Polak» są w obrębie tego dyskursu nie do pomyślenia, naruszają bowiem jego podstawową zasadę […], kwestionowana jest nawet formuła «polscy Żydzi», traktuje się ją bowiem jako groźny oksymoron”, sprzeczność samą w sobie. Tymczasem Jan Wyrowiński, były wicemarszałek Senatu RP, mówi dziś o sobie: „Najpierw się czuję Kaszubą, potem Pomorzaninem, następnie Polakiem i Europejczykiem”. Miesiąc temu „Gazeta Wyborcza” na pierwszej stronie upomniała się o „polskich Niemców” w Opolu, a latem, na pytanie dziennikarza „Pan czuje się Niemcem?”, Marcin Gambiec, młody radny Opola z ramienia Mniejszości Niemieckiej, odpowiedział: „Kwestie naszej tożsamości są bardzo skomplikowane. Ludzie czują się Niemcami, Ślązakami czy Polakami, którzy są niemieckimi Ślązakami, jak w moim przypadku […]. Moi przodkowie urodzili się w Oppeln, to dla mnie ważne.

Można powiedzieć, że czuję się i Polakiem, i Niemcem, nie pomijając tego, że i Ślązakiem jednocześnie”. Istnieją więc w naszej przestrzeni komunikacyjnej takie „poliwalencyjne”, jak by powiedziała Antonina Kłoskowska, deklaracje – ale też nie zapominajmy, że prominentny polityk, którego słowo staje się dziś w Polsce prawem, nazwał śląskość „ukrytą opcją niemiecką”, przypominając w podtekście, że jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem; „polski Niemiec” to w tej narracji „groźny oksymoron”. O krytykującej go opozycji polityk ten powiedział publicznie, że ludzie ci „są poza Polską, poza polską kulturą”. By strawestować innego prominentnego polityka z odległej, choć jakby coraz bliższej epoki, „o tym, kto jest Polakiem, decyduję ja”. Jest jeszcze drugie dno tej postawy. Każda redefinicja zbiorowego my – tego my, które tworzy pierwszy biegun w dychotomicznej opozycji swój – obcy – wymagałaby, jak już wiemy, naruszenia jego monolityczności, w tym ryzykownego odejścia od dającego poczucie komfortu autostereotypu wizerunkowego. Mogłoby to oznaczać otwarcie owego my na działanie wielu czynników – wśród których mogłyby się znaleźć wstyd, hańba, poczucie winy. Tymczasem, jak dowodzą psychologowie społeczni, Polacy reprezentują „obolałą tożsamość narodową”, której wyróżnikiem jest „gloryfikowanie własnego narodu, domaganie się dla niego wyrazów szacunku i uznania od innych […]. Z takim stosunkiem do grupy własnej wiąże się także tendencyjna pamięć historyczna, wyolbrzymiająca winy innych wobec nas i niedoceniająca krzywd, które Polacy wyrządzili innym narodom”. Psychologia nazywa takie postawy „kolektywnym narcyzmem”, dowodząc, że „poczucie wyjątkowości, wielkości i niedocenienia, które definiują kolektywny narcyzm”, prowadzi do faworyzowania swoich i do wzmacniania postaw obronnych wobec wszelkich czynników, które stoją w sprzeczności z wizerunkiem własnym. Psycholog społeczny Mirosław Kofta zanotował na marginesie rozważań nad kolektywnym poczuciem winy: „kiedy Polak uważa, że szmalcownicy, denuncjujący Żydów podczas okupacji, «to nie byli prawdziwi Polacy», [to] zalicza ich do innej kategorii niż samego siebie”. Pytana o sprawców pogromu kieleckiego, minister edukacji używa niejasnej formuły „nie do końca Polacy”, pytany zaś o sprawców pogromu w Jedwabnem prezes Instytutu Pamięci Narodowej, mówi wprost: „Niemcy” – tak silna jest presja matrycy kolektywnego narcyzmu, polskiej „obsesji niewinności”, która nawet za cenę publicznego zaprzeczania faktom nie dopuszcza do powstania najmniejszej choćby skazy wizerunkowej. Maria Janion w jednym ze

Indeks (171-172) grudzień 2016  

Pismo Uniwersytetu Opolskiego (numer 171-172)

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you