Page 1


4

Wydawca Parlament Samorządu Studentów UAM www.samorzad.amu.edu.pl Redakcja unikat@amu.edu.pl Redaktor naczelna Klaudia Hojan Redaktor prowadząca Natalia Żyto Korekta Katarzyna Janus Justyna Molęda Korekta techniczna Grupa korektorska „Trantuputl” Skład Mateusz Czekała Okładka Aleksander Putz Redakcja Dawid Drzazga Wydział Biologii Ewa Kaczmarek Wydział Prawa i Administracji Damian Kędzia Wydział Nauk Geograficznych i Geologicznych Marcin Kopeć Wydział Nauk Społecznych Weronika Krzebietke Wydział Neofilologii Katarzyna Kuziemko Wydział Neofilologii Katarzyna Masłowska Wydział Historii Krzysztof Paisert Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Filip Pietruszewski Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Aleksander Putz Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Damian Rubik Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Grzegorz Szyszka Wydział Prawa i Administracji Michał Tupaj Wydział Neofilologii Joanna Wyduba Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej Aleksandra Zwolińska Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa

Wysoka frekwencja na facebookowym czacie pozwala na śmiałe stwierdzenie, że sesja z impetem wkroczyła do żakowskich umysłów. Pot, łzy, hektolitry wypitych napojów energetycznych, nadmierne egzaltacje w opisach na portalach społecznościowych – to wierni towarzysze egzaminacyjnej przygody. Pomijam oczywiście fakt, że w czasie ustawiania statusu na temat tego, jaki hardcore się właśnie toczy na uczelni oraz nieustannego sprawdzania ilości komentarzy i like’ów można przerobić niezłą porcję materiału… Redakcja UNIkatu trzyma kciuki za całą pogrążoną w sesyjnej żałobie społeczność studencką i zachęca do lektury uniwersyteckiej gazety w przerwie pomiędzy nauką a sprzątaniem. P.S. Skoro już zostajemy w temacie Facebooka, to nie zapomnijcie kliknąć „UNIkat – lubię to” =)

Spis tresci POPulacja Modnym być  /5/ Prawda czy zakulisowy cyrk? Wikileaks  /6/ Jesteś potrzebny! – czyli o akcji innej niż wszystkie  /7/ Go abROAD! Autostopem przez Bałkany  /8/ komUNIkator Damy Radę! Rady Mieszkańców DS  /13/ Pisma, pisma, pisma...  /14/ UNIwersum Ludzie a polityka  /16/ Przepowiednie – wierzyć czy nie?  /17/ Na SPORTowo Kibic a sprawa polska  /18/ WYWIADówka Połamane skrzydła  /20/ UAMek kultury Wracając do korzeni... Rok 1964  /21/ Zagubieni  /22/ Metallica „S&M”  /23/ Imperium C2H5OH  /24/ To jeszcze nie koniec  /25/ Redakcja zastrzega sobie prawo do przeredagowania i skracania niezamówionych tekstów. Tekst niezamówiony może nie zostać opublikowany na łamach UNIKatu. Artykuły i inne materiały do następnego wydania prosimy przesyłać na adres unikat@amu.edu.pl lub do siedziby Parlamentu Samorządu Studentów.


Modnym być

Kalosze. Czapki – pilotki. Wielkie okulary, koniecznie z czarnym oprawkami. Co je łączy? Niegdyś synonimy kiczu czy braku stylu, dziś – ostatni krzyk mody. Czy ślepo podążamy za trendami, czy staramy się znaleźć własny styl?

Idę na uczelnię, idę do sklepu, idę gdziekolwiek – wszędzie widzę czapki – pilotki, często wielkie i futrzane. Kiedyś nosili je tylko mali chłopcy, dziś noszą także dorośli ludzie. Dlaczego? Bo są modne i zapewne ciepłe. Podobnie sprawa wygląda z kaloszami – swego czasu wyłącznie atrybutem rolnika czy ogrodnika. Teraz noszą je celebryci, a w związku z tym także zwykli ludzie. Oczywiście mamy wielki wybór – buty w kwiatki, kropki, paski etc. Koszule w kratę (zazwyczaj flanelowe) niegdyś były kojarzone wyłącznie z osobnikiem płci męskiej. Dziś w sklepach mamy mnóstwo kolorowych bluzek tego typu – panie kupują i ubierają je bardzo chętnie. Sieciówki, lumpeksy czy małe sklepiki? Wszystko zależy od zasobności portfela, przyzwyczajeń i tego, co chcemy osiągnąć swoim strojem. W sieciówkach kupują osoby wygodne, które nie mają za wiele czasu i nie zależy im na tym, by choć trochę wyróżniać się z tłumu. W tym przypadku należy liczyć się z tym, że na ulicy spotka się pięć osób ubranych w ten sam płaszcz. Lumpeksy – w wielu osobach takie miejsca budzą instynkt łowcy i poszukiwacza „skarbów”. Można tu znaleźć ciekawe i niepowtarzalne stroje, i to jeszcze za małe pieniądze. Ci, którzy nie chcą powielać innych i noszą nieużywane ciuchy, ubierają się zazwyczaj w małych sklepikach. Jednak większość ludzi zaopatruje się w odzież we wszystkich tych trzech miejscach (może lumpeksy cieszą się trochę mniejszą popularnością). Moda w sieci – szafiarki Szafiarki, jak pisze Wikipedia, to społeczność skupiająca przede wszystkim kobiety prezentujące w Internecie swój styl ubierania się poprzez wklejanie na blogi i portale

Źródło: www.sxc.hu

„Wiocha” wchodzi na salony

Hmm... A może nowe buty?

swoich zdjęć w różnych zestawach ubrań. W polskiej cyberprzestrzeni szafiarska blogosfera rozwija się bardzo prężnie, coraz więcej dziewczyn chętnie pokazuje swe stroje. Te już dość znane w wirtualnym świecie, często zapraszane są na przedpremierowe pokazy najnowszych kolekcji np. H&M i opisywane w polskiej prasie. Jedna z nich, Paula (www.pani-mruk.blogspot.com), tak mówi o przyczynach założenia bloga: „Zanim założyłam swojego bloga, długo zachwycałam się stronami polskich szafiarek – głównie Ryfki i Anio. Po jakimś czasie postanowiłam pokazać coś swojego. Pierwszy post opublikowałam blisko dwa lata temu, a blog nadal jest dla mnie dobrą zabawą, no i dzięki niemu poznałam kilka naprawdę świetnych osób”. Wydział = określony ubiór Z poszczególnymi kierunkami związane są stereotypy dotyczące ubioru. I tak np. przyszli prawnicy noszą marynarki, koszule, natomiast panie bardzo chętnie przywdziewają spódnice i żakiety.

Studentki filologii polskiej (osobników płci męskiej jest tam stosunkowo niewiele) to szare myszki, niewyróżniające się z tłumu. Ludzie z ASP są zakręceni i różnobarwni, dready noszą chętniej niż inni żacy. Basta! To tylko stereotypy i wszyscy dobrze wiemy, że może jest w nich trochę prawdy, ale nie dajmy się zwariować! Moda coraz „modniejsza” Program Top Model (czyt. Tap Madl), strony WWW poświęcone modzie i wydarzenia takie jak Art&Fashion Festival 2010, który odbył się w Starym Browarze, sprawiają, że moda „atakuje” nas z każdej strony, a informacje o niej są łatwo dostępne. W ten sposób (nawet podświadomie) zwracamy uwagę na najnowsze trendy i za nimi podążamy. Jednak mimo to staramy się znaleźć własny styl, przez który wyrażamy niejako swoją osobowość. Ewa Kaczmarek jewa89@gmail.com


Prawda czy zakulisowy cyrk? Wikileaks Dokładnie 28 maja poprzedniego roku świat na poważnie usłyszał o Wikileaks. Portalu, który stał się solą w oku najważniejszych państwowych dyplomatów. Niesamowite jak prosta i niezbyt zachęcająca w swoim odbiorze witryna, na tę chwilę jest ważniejsza niż Facebook. Dlaczego? Leak to z języka angielskiego „przeciek”. Idealne pojęcie dla tego całego bałaganu. Całość oprogramowania opiera się na platformie MediaWiki, pozwalającej na anonimowe dodawanie materiałów na witrynę. Fakt anonimowości ma niebagatelne znaczenie w kwestii bezpieczeństwa śmiałków, ujawniających tajne informacje. Projekt pokazano w styczniu 2007 za sprawą Stevena Aftergooda, redaktora biuletynu „Secrecy News”. Do prowadzenia serwisu zatrudniono m.in. rosyjskich emigrantów, uchodźców tybetańskich, byłego analityka amerykańskiego wywiadu oraz kryptografów. I na koniec – pomimo podobieństwa w nazwie – Wikileaks nie ma żadnego związku z Wikimedia Foundation, której działalność opiera się na cenzurze i nie byłoby tam miejsca na tak kontrowersyjne informacje. O co tyle szumu? Pierwszy dokument opublikowany na stronie był autorstwa szejka z somalijskiej radykalnej Unii Trybunałów Islamskich. Początkowo zajmowano się też wydatkami związanymi z wojną w Afganistanie oraz korupcją w Kenii. Jeśli chodzi przykładowo o cały poprzedni rok, to ujawniono szczegółowe dane dotyczące konfliktu w Afganistanie, dokumenty o wojnie w Iraku i  – na koniec – głośne depesze z amerykańskich ambasad na całym świecie, w tym także z Polski. Zaraz po tym zaatakowano witrynę. Jednak wystarczy w wyszukiwarce Google wpisać hasło „Wikileaks” i bezproblemowo znajdziemy ją w innych miejscach w sieci. Również Wikipedia podaje cztery opcjonalne adresy dla tego serwisu. Szczegóły Zaraz po zamknięciu strony zadziałał tzw. efekt Streisand, polegający na rozpowszechnianiu pewnych informacji pomimo usilnych prób ich zatajenia lub ukrycia źródeł (w Pol-

Źródło: www.orley.org

Szczypta faktów

sce: telewizja TVN chciała za wszelką cenę zablokować wyciek do sieci kompromitującego nagrania Kamila Durczoka, znanego wszystkim jako historia o ubrudzonym stole). Dlaczego tak nagle zareagowano na owe listopadowe przecieki? Przecież wcześniej też podano wiele ciekawych faktów. Owszem, ale skala tego, co znalazło się na witrynie 28 listopada, była o wiele bardziej zabójcza dla międzynarodowej polityki, aniżeli poprzednie wpisy. Chodzi o poufne depesze amerykańskich ambasad, a – jak wiadomo – USA są powiązane politycznie z każdym krajem globu. Pierwsze 220 depesz zostało ujawnionych nie tylko na stronie Wikileaks, ale także w najważniejszych światowych periodykach takich jak „New York Times”, „El Pais” czy „Le Monde”. I cóż znajduje się w tych depeszach? Z pozoru nie tylko poważne informacje. Z niektórych wątków można się nieźle uśmiać. Moim faworytem jest dokument, w którym niemiecką kanclerz Angelę Merkel określono jako „teflonową”. Poniekąd dość trafne porównanie. Jednak większość informacji ma już zupełnie inne znaczenie. Najwięcej zamieszania wzbudziły dokumenty dotyczące Iranu, Arabii Saudyjskiej oraz Korei Północnej. Według depesz saudyjscy donatorzy to najhojniejsi sponsorzy Al-Kaidy. Dodatkowo Arabia wielokrotnie miała wzywać USA do zbombardowania Iranu i przerwania jego programu nuklearnego. Z kolei ten miał ponoć otrzymać 19 pocisków BM-25, które są w stanie dosięgnąć Europy Zachodniej. Na sam koniec Mahmud

Ahmadineżad – przywódca Iranu – został porównany do Adolfa Hitlera za swoje działania i to wbrew pozorom nie jest śmieszna informacja dla cywilizacji Zachodu. Z innych ciekawszych dokumentów można nadmienić: naciski USA na hiszpańską prokuraturę w sprawie tortur w więzieniu Guantanamo oraz w kwestii śmierci iberyjskiego dziennikarza, poniesionej z rąk amerykańskich żołnierzy w Iraku, sprawę „kampanii komputerowego sabotażu” Chin przeciw USA, prośby Izraela w kierunku Stanów Zjednoczonych o utrzymanie jego militarnej przewagi nad arabskimi sąsiadami, spisek USA i Korei Południowej w celu obalenia reżimu Kimów i połączenia dwóch koreańskich państw, stosunek Rosji do sąsiednich państw oraz przyjęcie przez Słoweńców więźniów Guantanamo. Tak naprawdę to tylko nieliczne afery wyciągnięte na światło dzienne. Jak w tym bałaganie ma się Polska? Zostaliśmy również zauważeni przez Wikileaks. 970 depeszy z Warszawy i 2 z Krakowa wspominają o tarczy antyrakietowej, pociskach „Patrioty”, wojnie rosyjsko-gruzińskiej czy stosunkach z Niemcami i sprawie fundacji Eriki Steinbach. Co dalej? Wikileaks pomimo aresztowania Juliana Assange i nieustannych ataków na swoją witrynę będzie starało się kontynuować ujawnianie depeszy. Media przez najbliższe miesiące będą miały temat na pierwsze strony gazet. Tylko jak to ocenić? Jak to wpłynie na politykę międzynarodową? Czy zostanie to uznane za kłamstwo, czy jednak prawda wynikająca z tych źródeł zmieni obraz światowych stosunków na najwyższych szczeblach władzy? Bo w to, że to prawda, nietrudno uwierzyć. W końcu od wieków ludzkość widzi, jakie zakulisowe szachy są prowadzone w polityce. Dlaczego teraz mielibyśmy nie uwierzyć, mając to podane na tacy? Damian Kędzia


Jesteś potrzebny! – czyli o akcji innej niż wszystkie Szlachetna Paczka to ogólnopolska akcja świątecznej pomocy realizowana od 2001 roku przez stowarzyszenie WIOSNA. Jej głównym założeniem jest pomoc konkretna i skuteczna. W tym celu założyciele Paczki opracowali specjalny system podziału wolontariuszy: w każdym zaangażowanym mieście w Polsce powstają rejony, na czele których stają liderzy. To właśnie każdy z nich wraz ze swoimi pomocnikami i 15 innymi wolontariuszami sprawują pieczę nad ubogimi rodzinami z ich okolicy. Dane kontaktowe potrzebujących zdobywa się dzięki pomocy lokalnych Miejskich Ośrodków Pomocy Rodzinie oraz organizacji takich jak Caritas. Dzięki temu nie pomagamy osobom przypadkowym i obcym, wszyscy potrzebujący mieszkają w naszej okolicy i mamy pewność, że rzeczywiście potrzebują wsparcia. Mimo to, na około miesiąc przed Bożym Narodzeniem wolontariusze ruszają parami do swoich rodzin, aby dowiedzieć się szczegółowo, jakiego rodzaju pomoc jest najpilniejsza i na własne oczy ocenić warunki, w jakich żyją. Ten moment dostarcza niezapomnianych wrażeń i tematów do przemyśleń. Odwiedziny bywają szokujące. Jak opisują wolontariusze, czasem nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że tuż obok, w sąsiedztwie, mieszkają ludzie tak bardzo potrzebujący, żyjący w warunkach skrajnego ubóstwa, często bez toalet, ogrzewania, podstawowych środków do życia. Wizyty te są również przeżyciem bardzo miłym. Rodziny cieszą się, że ktoś chce udzielić im pomocy, że na święta jest szansa na jakikolwiek prezent, radość. Często największą przysługą jest dla nich sam fakt, że mają komu opowiedzieć o swoim życiu. Świadomość godziny spędzonej na rozmowie z kimś, kto tego tak ogromnie potrzebował, jest satysfak-

Fot. archiwum prywatne

Wśród grudniowo-świątecznego zgiełku, szału kupowania i adwentowego oczekiwania, narasta w nas chęć pomocy innym. Jedną z najciekawszych i stworzonych w bardzo przemyślany sposób świątecznych akcji pomocowych jest Szlachetna Paczka. Zaangażowałam się w nią osobiście i myślę, że w Nowym Roku, kiedy grudniowe emocje już opadły, warto o niej opowiedzieć.

W grupie siła

cją nie do opisania. Tuż po wizycie u rodziny, wolontariusz sporządza jej opis, podając najistotniejsze informacje o jej zapotrzebowaniu, marzeniach i warunkach bytowych, po czym umieszcza go na stronie internetowej Szlachetnej Paczki. Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem następuje wielkie otwarcie bazy i cała akcja nabiera tempa. To właśnie jest moment kluczowy dla potencjalnych darczyńców – osób, które zdecydują się na wybór rodziny i pomoc. Darczyńca, który wybrał swoją rodzinę, jest zobowiązany stworzyć dla niej świąteczną paczkę, w ścisłej współpracy z wolontariuszem. W ten sposób, ofiarodawcy są osobiście zaangażowani w tworzenie paczki i pomagają nie anonimowym ludziom, a rzeczywistym osobom, których imiona nie są im obce. Ukoronowaniem miesiąca pracy jest finał. Odbywa się on w przedświąteczny weekend. W całej Polsce, w każdym rejonie znajduje się magazyn – miejsce, gdzie darczyńcy przywożą paczki. Wszyscy wolonta-

riusze witają darczyńców, częstują ich słodyczami i herbatą, zapraszają do rozmowy  oraz zajmują się paczkami…. Te zaś rozwożone są przez niezawodnych kierowców – wolontariuszy bezpośrednio do rodzin. Przy wręczaniu prezentów uczestniczy wolontariusz opiekujący się daną rodziną oraz czasami wyłącznie na życzenie rodziny, sam darczyńca. To moment pełen wzruszeń, łez, radości, ale też ciężkiej pracy: w tym roku zdarzało się wnosić na drugie piętro lodówkę, zaś największa paczka liczyła… 16 kartonów! Akcja Szlachetna Paczka to piękna idea realizowana w sposób przemyślany, konkretny i sympatyczny jednocześnie. Wolontariusze z  determinacją robią wszystko, by tak wiele potrzebujących polskich rodzin przeżyło święta radośnie i po ludzku. Tak niewiele wysiłku, tak wiele szczęścia. Oby więcej takich akcji, które udowadniają, że… Ty też JESTEŚ POTRZEBNY! Strona internetowa akcji: www. szlachetnapaczka.pl Weronika Krzebietke


Autostopem przez Bałkany Jak zaplanować wakacje, aby były: a) niezapomniane, b) tanie? Sposobów na to każdy zapewne zna kilka, ja chciałbym polecić tylko jeden z nich – podróż autostopem. Pora pożegnać się z uprzedzeniami i obawami, towarzyszącymi temu sposobowi podróżowania, zwłaszcza, gdy obecnie wraca do łask. Tak jest, „wraca”, ponieważ jest to powrót do starych polskich tradycji. Warto go pielęgnować bez względu na to, że na ukazanie się wydawanych dawniej „książeczek autostopowicza” nie ma już co liczyć. W dobie swobody podróżowania warto skierować wzrok na miejsca leżące poza granicami Polski. Wyprawa może stać się tym bardziej ekscytująca, jeżeli za cel obierzecie sobie jakieś „egzotyczne” tereny. Dobrze jest wykorzystać wakacyjne promocje, oferowane przez tanie linie lotnicze. Trzeba się wprawdzie przy tym nieźle naszukać, ale wytrwali zawsze dopną swego. Dla tych, którzy czują się już „syci” Europą Zachodnią, polecam krainę odmienną i niezbyt odległą zarazem. Słońce świeci tam nieco wyżej, a ludzie są bardziej otwarci na zawiązywanie nowych znajomości. Górski klimat miesza się z morską bryzą, a wszystko to w rytmie porywającej muzyki ludowej, słuchanej przez wszystkich, niezależnie od wieku. Mowa o  Bałkanach – istnej mozaice narodowości. Włochy, Słowenia, Chorwacja Naszą eskapadę rozpoczęliśmy od podróży samolotem do Wenecji. Stamtąd już tylko krok do wrót Bałkan. Jest nas czworo: ja, moja dziewczyna Joanna oraz jej dwie przyjaciółki: Gosia i Paulina. Nasza dwójka znajduje nocleg u pewnego Włocha poprzez portal „Couch Surfing”, dziewczyny muszą się zadowolić spaniem na dworcu. Nie jest to jednak żadną ujmą ani – wbrew pozorom – niewygodą. Właśnie na dworcach spędziliśmy większość nocy. I wcale nie żałujemy. Gorąco apeluję: ludzie, nie bójcie się spania na dworcu! To jak schronisko, tylko bez pokojów... Chcąc odbyć naszą podróż tanio, a wybierając mimo wszystko miejsca na sen inne niż dworce, za podstawę powinny

nam służyć portale internetowe typu „Couch Surfing” lub „Hospitality Club”. Znajdziemy tam ludzi, którzy z chęcią przenocują podróżnych za darmo. Ważne, aby nie traktować ich jak bezpłatne hotele. Massimo – nasz gospodarz, bardzo dobitnie dał nam to do zrozumienia. Mogliśmy sie o tym dowiedzieć, już czytając jego profil, na którym pisze, że nie chce mieć do czynienia z „ordinary people”. Gości przyjmuje z otwartymi rękoma, o ile ich męska część stanie ze sobą do walki „wrestlingowej”.W odpowiedzi mailowej pyta się o moją wagę, proponując starcie z pewnym Hiszpanem. Nie mając wiele do stracenia, decydujemy się na pobyt u kontrowersyjnego „hosta”. Przemawia za nim mocny argument w postaci ok. 600 referencji, które nagromadził w ciągu 5 lat, z czego tylko 15 jest negatywnych. Na miejscu okazuje się, że przerażająco brzmiący wyraz wrestling jest niczym innym jak niegroźnym rodzajem zapasów (lecz jakże wyczerpującym!), a Massimo – wspaniałym gospodarzem. Najbardziej urzekło nas w nim to, z jaką powagą traktuje swoich gości. Każdy dla niego jest nowy i ciekawy, choć przez jego dom przewinęło się ich dosłownie setki. W kolejnym mieście – Trieście – spotykamy innego podróżnika, przy którym nasze przedsięwzięcie wypada bynajmniej blado. Jest nim 19-letni Szkot, muzyk o imieniu Marcus. W podróży jest on już dziewiąty miesiąc i wcale nie zamierza wracać do ojczystych gór Szkocji, gdyż – jak twierdzi – źle się tam czuje. Tym bardziej, że od 3

tygodni jego towarzyszką podróży jest suczka Betty, która spodziewa się szczeniąt. Marcus zarabia na nią i na siebie, grając na banjo oraz innych instrumentach. W Trieście przebywa głównie z powodów zarobkowych, zwykle porusza się po sąsiednich Słowenii i Chorwacji, tam również ma najwięcej znajomych. Do niedawna towarzystwa dotrzymywała mu jego dziewczyna, wkrótce przybędzie przyjaciel, tak więc samotność mu nie doskwiera. Zimą śpi w namiocie. Jeżeli ktoś przyznaje nagrody z dziedziny „hardcore podróżowania”, prosimy o kontakt z Marcusem. Niestety, namierzenie go będzie raczej trudne, zważywszy na fakt, iż nie posiada on „komórki”. Można go czasem spotkać przesiadującego wieczorami na molo w Trieście lub na jednej z tras przy drodze gdzieś w Słowenii lub Chorwacji... Tamtejszemu dworcowi przyznajemy pięć gwiazdek bez cienia wątpliwości. Jego styl można określić jako klasycystyczny, stan oddać mianem – czyściutki, do tego całą


dobę jest strzeżony przez policję, która zapewnia pobudkę o 6 rano. Noclegowicze składają się w 3/4 z turystów, reszta to bezdomni. Wzruszają człowieka chwile, gdy ci biedni ludzie odrywają kawałek swojego kartonu, by się z tobą podzielić, choć sami mają niewiele więcej. Niekiedy trzeba się liczyć również z tym, że nieświadomie zajmiemy czyjeś miejsce. I tak tuż po przebudzeniu, dowiedziałem się od pewnego bezdomnego Anglika, że zająłem jego miejsce (w tę noc był wyjątkowo nieobecny na dworcu). Z iście dżentelmeńską nonszalancją powiedział, że nie stanowi to najmniejszego problemu, lecz żebym pamiętał na przyszłość. Po krótkiej rozmowie obdarował Gosię łyżką do butów, po czym oddalił się mówiąc: „life goes on”. Naszym kolejnym celem jest Lubljana – stolica Słowenii. Bez problemu znajdujemy naszych autostopowych dobroczyńców i szybko docieramy na miejsce. Miasto olśniewa nas swoją czystością oraz kameralnością miasteczka, choć to najważniejsze miasto w kraju. Następnie zwiedzamy Zagrzeb – stolicę Chorwacji. Pierwsze zetknięcie z dużym miastem półwyspu – 1 mln mieszkańców. Przechadzając się ulicami Zagrzebia, odnosimy wrażenie jakbyśmy spacerowali po Pradze lub Budapeszcie – miasto ma podobny klimat. Czujemy, że to jeszcze nie Bałkany w pełnym rozumieniu tego słowa – tętniące południową egzotyką. Nasz następny punkt docelowy jest wysunięty o wiele bardziej na południe – zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym. Minusem są także wszechobecni zachodni turyści. Split, bo o nim mowa, jest mimo to dość uroczy, ale i drogi. Ceny równo dwa razy wyższe niż w Zagrzebie. Uwaga, należy bardzo u w a ż n i e słuchać dyktowanych cen. Po powtórzeniu stawka często okazuje się wyższa, niż za pierwszym razem. W dodatku sprzedawca lub kasjer uparcie pozostaje przy podniesionej przed kilkoma sekundami cenie; „turysta zatem można go łupić” – przemyka błyskawicznie przez myśl miejscowemu. Dotyczy to również kas biletowych. To istotnie wada wliczająca się w tutejszą „egzotykę”.

„Chcesz mnie poznać, musisz się poddać próbie” – zdaje się do nas przemawiać na „dzień dobry”. Bośnią i Hercegowina, Czarnogóra Bośnia i Hercegowina nie jest dobrym krajem do podróżowania „na stopa”. Samochodów jeździ tam mało, trasa przeważnie górska, po której czasami pałętają się stada krów, samodzielnie wracające z pastwiska. Ponadto na łąkach i przełęczach zalega jeszcze 500 tys. min – ślady minionej wojny, zatem lepiej nie zapuszczać się na wędrówkę po nieoznaczonych ścieżkach. Państwo ich nie rozbraja, ponieważ stanowią swoistą zaporę przed przemytnikami. Autobusem przybywamy do Sarajewa. Teraz możemy śmiało powiedzieć, że „wdychamy Bałkany pełną piersią”. Jest to najbardziej urokliwe miasto w całej naszej podróży. Co chwilę można ujrzeć meczet, stojący w bliskim sąsiedztwie z kościołem lub cerkwią. Mijają nas ludzie ubrani na zmianę po europejsku, na zachodnią modłę oraz w stylu orientalnym. Pierwszy raz stykamy się z „mieszanką” kulturową i wyznaniową. Wąskie uliczki, wśród których roi się od najprzeróżniejszych kramów. Ceny niskie, na każdym kroku bankomat. Gdzieniegdzie widać ruiny – ślady minionej wojny. Fotografujemy tablicę upamiętniająca zamach na arcyksięcia Ferdynanda. Stoimy w historycznym miejscu, właśnie to wydarzenie było bezpośredni przyczyną wybuchu I wojny świa-

towej. Pierwszy raz od pobytu we Włoszech, decydujemy się na płatny nocleg na polu namiotowym. Sześć euro od osoby zdaje się być rozsądną ceną, jest to jeden z najtańszych noclegów, na jaki natrafiamy (próby „zbitki” ceny nie odnoszą sukcesu). Miasto aż prosi się, aby pozostać w nim dłużej, lecz żądni kolejnych wrażeń, wyruszamy w dalszą drogę. Szczęka opada nam ze zdumienia, gdy oglądamy krajobraz rozciągający się wzdłuż Jeziora Szkuderskiego. Porośnięte zielenią góry, wznoszące swój majestat nad pokrytymi liliami wodnymi jeziorami, opowiadają swoją historię związaną z pozostałościami średniowiecznych twierdz. Wartym polecenia jest również park narodowy Dormitor. Widzimy tu góry niespotykane w Polsce. Wysokie i strome, nie z „naszej bajki”, trzeba po prostu zobaczyć je na własne oczy. Słuchy o pięknie tego miejsca musiały dotrzeć już na Zachód, gdyż często spotykamy zagranicznych turystów, których dużą część stanowią Polacy. Albania Trudności językowe są pierwszymi oznakami, że opuściliśmy Słowiańszczyznę. Wprawdzie niektórzy Albańczycy znają włoski (my nie znaliśmy), lecz znajomość angielskiego jest tu dość rzadka. Dotychczas w takich przypadkach mogliśmy porozumieć się po polsku lub rosyjsku, zdając się na pokrewieństwo słowiańskiej rodziny

W miejscu zamachu na arcyksięcia Ferdynanda


językowej. Teraz mini-rozmówki albańskie były naszą ostatnią nadzieją i ostoją, by nie rzec – świętą księgą. Ze wszystkich krajów Albania zafascynowała mnie najbardziej i zamierzam tam powrócić. Kraj ten od reszty kontynentu dzieli duża przepaść cywilizacyjna, lecz nie powstrzymało to ich rządu od złożenia w kwietniu 2009 r. wniosku o członkostwo w UE. Przekraczając granicę może chwilowo ogarnąć trwoga. Bieda rzuca się w oczy, każdy dom ma kraty w oknach, przy drodze wisi poobdzierana ze skóry krowa. Tak wita nas Shiperia – orzeł, jak Albańczycy nazywają swą ojczyznę. Transport autobusowy kursuje jedynie do 15-ej, ale kolej jest na tyle tania (średnio 2 zł za 60 km), że na długie odcinki nie opłaca się łapać stopa. Lecz jeśli już stanie się przy drodze z symbolicznie wystawionym kciukiem, dosłownie zaraz ktoś się zatrzyma. Stolica – Tirana to miasto kontrastów. Nikt nie jest w stanie oszacować dokładnej liczby mieszkańców, rozbieżności w danych wahają się pomiędzy 300 tys. a 600 tys., prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. Jesteśmy obiektem stałej obserwacji przechodniów, oto jeden mężczyzna w towarzystwie trzech kobiet! Widok nie spotykany w kraju, gdzie w życiu towarzyskim wciąż obowiązuje starodawny podział na płeć. Niestety, (a może na szczęście?) nie rozumiem uwag rzucanych w moją stronę przez miejscowych, niektórzy wskazują palcem na dziewczyny. Centrum miasta to zadbane ulice na miarę Europy, lecz wystarczy wejść w jakąś boczną uliczkę, niecałe 100 metrów, by bose dzieci w obdartych ubraniach, przytulały się do ciebie z błagalnym głosem, wysuwając ręce po pieniądze. Tu i ówdzie błąkają się bezpańskie psy. Na kolejowym dworcu głównym kasy biletowe otwiera się tylko na 15 min przed odjazdem pociągu, ludzie bynajmniej nie ustawiają się grzecznie w kolejkach. Rozkład kolejowy to duża tekturowa dykta z rozkładem jazdy napisanym markerem. Może trudno w to uwierzyć, ale w porównaniu z kolejami albańskimi nawet PKP wypada nieźle. W środku jest przyzwoicie, ale niewiele

uświadczyliśmy wagonów, których szyby nie były w jakiś sposób uszkodzone. Pociąg porusza się ze stałą prędkością 40 km/h. Gdyby nie wszechobecne śmieci, (co oni, tam kubłów nie mają?) widoki byłyby ładne. Opuszczone, stare bunkry to kolejny element, który zapada nam mocno w pamięci oraz jest znakiem rozpoznawczym Albanii, ale to już inna historia. Z Tirany jedziemy na wybrzeże, stamtąd odbijamy na północ w kierunku Macedonii, świadomi tego jak wiele jeszcze jest do odkrycia w tym dzikim kraju. Było to również najtańsze państwo, jakie przyszło nam zwiedzić. Macedonia, Kosowo, Bułgaria W Macedonii spotykamy się z niesamowitą życzliwością mieszkańców. Ludzie zatrzymują się na-

wet wówczas, gdy nie mają miejsca by nas wziąć, chcą po prostu pomóc. Miejscowi pragną cię jak najdłużej zatrzymać na rozmowie pod pozorem niesienia pomocy, której chętnie udzielają. W ojczyźnie Aleksandra Wielkiego to turysta jest atrakcją. Jesteśmy pod wrażeniem malowniczego miasta Ohrid położonego tuż nad krystalicznie czystym jeziorem. Pobyt tam to zanurzenie się w mistycyzmie starych cerkwi – najstarsza pochodzi z XIII w. Ze stolicy kraju – Skopje – urządzamy sobie jednodniowy wypad do Kosowa. W stolicy – Prisztinie zjawiamy się akurat w przeddzień urodzin Billa Clintona – jednego z największych świąt w tym młodym kraju. Pod jego pomnikiem skrzętnie kręcą się robotnicy, wykańczający ostatnie

Macedonia, wizytówka kraju – cerkiew Jovana Kaneo z trzynastego wieku


pożegnaliśmy się z nimi, zmierzając już bezpośrednio do ojczyzny. Z leżącego blisko polskiej granicy miasteczka Trutnov, wylądowaliśmy bezpośrednio u drzwi domu. Było to w podzięce od podwożących nas dziewczyn, w zamian za to, ze przez całą drogę opowiadaliśmy im o naszych przeżyciach.

Przed parlamentem w kosowskiej Prisztinie wciąż wiszą zdjęcia zaginionych

prace. Prócz tego panuje atmosfera smutku, nosząca znamiona ostatniej wojny. Przed bramami parlamentu, (przypominającym biedną szkołę) widnieją fotografię zaginionych. Jest tam za to nieporównywalnie czyściej, niż w Albanii. Jeszcze tego samego dnia wracamy do Skopje, skąd wieczorem trafiamy do Sofii. Trzy stolice w jeden dzień, nieźle. W Bułgarii ponownie mamy do czynienia z wielkomiejskim klimatem, okazałymi pomnikami, upamiętniającymi poprzednią epokę, eleganckie przybytki kultury oraz ogromne „glizdy” tzn. rury kanalizacyjne metra, wystające na powierzchnię.

(5x) Fot. archiwum prywatne

Serbia, Węgry, Czechy Z miasta Nis dostajemy się pociągiem nocnym do Belgradu. Na granicy wzbudzamy niepokój straży granicznej, która ujrzała nasze pieczątki z nieuznawanego przez Serbię Kosowa. (Wjazd do Kosowa od strony Macedonii Serbowie traktują jako nielegalne przekroczenie granicy). Wypytują o cel wizyty, nie chcąc oddać paszportów. Zirytowany wypowiadam głośno: „Kosovo je serpsko, Kosovo je serce Serbii” (przepraszam kolegów i koleżanki z filologii serbskiej za niepoprawną pisownię), na twarzy żołdaka pojawia się uśmiech, klepiąc mnie oddaje paszporty i życzy udanej podróży, przy okazji nabijając stempel serbski dokładnie w miejsce kosowskiego. Belgrad jest bez wątpienia

ładnym miastem. Znajduje się tam jedna z największych cerkwi na świecie – cerkiew św. Sawy. Uderzył nas widok nie ruszonych od czasów bombardowań NATO w 1999 r. ruin. Stoją one w bezpośrednim sąsiedztwie z budynkami administracji rządowej. Ze stolicy pojechaliśmy do najładniejszego miasta w Serbii – Nowego Sadu. Następnie znaleźliśmy się w Budapeszcie, gdzie mogłem wypróbować swój węgierski. Za dwa dni przywitaliśmy Pragę, czując się prawie jak w domu. Nocleg, nie po raz pierwszy, w parku. Napotykający nas rano policjanci zrozumieli naszą nieciekawą sytuację finansową, zgadzając się, że noclegi w Pradze do tanich nie należą. Uprzejmie

Ciorba – bałkańska zupa

Podsumowanie Przygoda trwała 20 dni. Były to najbardziej intensywnie spędzone 3 tygodnie w moim życiu. W tym czasie zwiedziliśmy 11 krajów, w każdym odwiedzając stolicę i przynajmniej jakieś jedno inne miasto. Trzy razy korzystaliśmy z płatnego noclegu. Za miejsca spoczynku służyły nam głównie dworce, ale także plaże i parki. Całe przedsięwzięcie kosztowało mnie (wraz z biletem lotniczym za 110 zł) ok. 1200 zł. Czy było warto? Całkiem przyzwoicie jak na studencką kieszeń. Wrażenia wliczone w cenę. Największą przyjemność jednak znajdowaliśmy w rozmowach z ludźmi, którzy nas podwozili, a tego już się nie da przeliczyć na żadne pieniądze. Polecam taki sposób podróżowania każdemu, kto może obejść się bez powszechnie rozumianego „luksusu.”. Na to przyjdzie jeszcze czas, a młodość ma swoje prawa. Pamiętajmy o tym. Michał Tupaj


Damy Radę! Rady Mieszkańców DS Paweł Ćwiąkało – student Wydziału Nauk Geologicznych i Geograficznych. Znany ze swej aktywności samorządowej na naszej uczelni oraz w kilku organizacjach pozarządowych. Od 7 stycznia wybrany ponownie na Przewodniczącego Komisji Socjalno-Ekonomicznej Parlamentu Samorządu Studentów UAM. Opowie nam o planach, zadaniach i możliwościach, jakie otwiera powołane Rad Mieszkańców w Domach Studenckich. Pawle, sukcesem stało się powołanie, po blisko trzyletniej przerwie, do funkcjonowania Rad Mieszkańców w akademikach. Jak oceniasz ich możliwości oraz zadania, które przed nimi stoją? Samego odrodzenia tych struktur nie nazwałbym jeszcze sukcesem, choć przyznam, że wymagało to sporego wysiłku. Powód rozpoczęcia tego projektu był prosty – od dawna brakowało kontaktu ze studentami mieszkającymi w Domach Studenckich. Potrzeba była duża, ponieważ każdego lokatora akademika w tym roku czekało wiele zmian – prawnych i finansowych. Brak konsultacji takich zmian z samymi zainteresowanymi lub ich reprezentacją nadal będzie rodzić niepotrzebne, negatywne emocje. Sprawą zainteresowani byli także rektorzy i kierownicy DS, dlatego spotkałem się z mieszkańcami pięciu poznańskich akademików, by usłyszeć i porozmawiać o problemach, z jakimi się borykają. Można o nich przeczytać w specjalnym raporcie naszej komisji, który wysłaliśmy do rektoratu i akademików. Zadania, które nowo powołane Rady podjęły na samym początku, dotyczą przede wszystkim kaucji, umów i cenników. Chciałbym, żeby zaangażowali się także w animowanie życia studenckiego w DS. Mikołajki, Andrzejki, spotkania opłatkowe – wielu z nich ma już spore doświadczenie w organizacji tego typu eventów. Czy Rady Mieszkańców okażą się sukcesem, zależy przede wszystkim od zaangażowania 49 nowych, studenckich samorządowców. Miejmy nadzieję, że ich zapał szybko nie zgaśnie. Projekt będziemy mogli ocenić dopiero za parę miesięcy. W naszej rozmowie mówiłeś o tym, że Rady Mieszkańców są swojego rodzaju własnym samorządem w DS. Jak układa się już teraz, na początku, współpraca ich z admi-

nistracją akademików i – przede wszystkim – z twoją Komisją? Warto wspomnieć, że wielu członków Wydziałowych Rad Samorządu Studentów mieszka w akademikach i wszelkie zmiany związane z nimi, nas także dotykają. Zauważyłem, że ilość spraw i projektów, w które angażujemy się na wydziałach, niestety bardzo utrudnia zajmowanie się jeszcze Domami Studenckimi. Stąd pomysł na zaangażowanie w aktywność społeczną „świeżych” osób. Samorządy na wydziałach z biegiem czasu i wraz z ilością projektów wypracowały sobie bardzo dobre relacje z dziekanami – to bardzo ułatwia pracę. Podobnie może być w Domach Studenckich, gdzie właśnie powołane samorządy współpracować powinny z kierownikami. W tym miejscu chciałbym tych drugich pochwalić, ponieważ od samego początku byli zaangażowani w organizację wyborów i obecni na wszystkich spotkaniach z mieszkańcami. Według mnie takie partnerstwo ma sens i może przynieść wiele korzyści zarówno studentom, jak i administracji uczelni. Rady Mieszkańców oczywiście zaprosiłem do współpracy z Komisją Socjalno-Ekonomiczną, której podlegają. Skład naszej grupy przez to bardzo się powiększył i jest to, w chwili obecnej, największa studencka komisja na naszej uczelni. Być może za jakiś czas, to właśnie Radom Mieszkańców powierzymy rozdzielanie miejsc w akademikach, bo już dziś robią to studenci – o czym nie każdy zainteresowany wie. W DS od tego roku obowiązują kaucje. Jednak mieszkańcy akademików krytykują zarówno ich wprowadzenie, a jeszcze bardziej sposób ich wprowadzenia. Co według ciebie i Komisji SocjalnoEkonomicznej zaczęło źle funkcjonować w systemie oraz jakie macie możliwości by temu zaradzić?

Spodziewałem się pytania o kaucję, bo temat ten poruszany jest na każdym spotkaniu z mieszkańcami akademików. Cel jej wprowadzenia jest o wiele szerszy niż wielu uważa. Nie ma to być jedynie zabezpieczenie na poczet ewentualnych zniszczeń w wyremontowanych DS. Ma ona rozwiązać przede wszystkim jeszcze dwie problematyczne sprawy: nieuiszczanie opłat za miejsce w akademiku oraz blokowanie miejsc studentom pierwszego roku w okresie rozdzielania pokoi i później rezygnacja. Miejsca – niestety – zostają puste, gdy ktoś nieoczekiwanie przenosi się do prywatnego mieszkania i nawet nie pojawia się w DS, by o tym poinformować. Dodam jeszcze, że UAM jest jedną z ostatnich dużych uczelni w Polsce, które do tej pory nie wprowadziły kaucji. Co poszło nie tak? Przede wszystkim za zmiany zabrano się za późno i – niestety – wielu studentów zostało zaskoczonych tą informacją już w momencie zamieszkania w akademiku – powinni o tym wiedzieć wcześniej. Niejasno sformułowane zostały także zasady wprowadzenia kaucji, stąd pojawiło się wiele wątpliwości, pytań i obaw o odzyskanie wpłaty. W Domach Studenckich możemy spotkać się z petycją w sprawie zniesienia kaucji w tym roku akademickim, której organizatorami są Rady Mieszkańców. Co Komisja może zrobić z tym fantem? Dopilnujemy, by wpłacone przez studentów pieniądze, zgodnie z umową i bez dodatkowych problemów, trafiły z powrotem do ich kieszeni. Postaramy się także, by w tym roku studenci ubiegający się o miejsce w DS, znali warunki i cenniki przed terminem składania podań. Nie ukrywam, że liczę na współpracę z władzami uczelni w tym zakresie. Myślę, że te zmiany będą fair wobec studentów. Rozmawiała Katarzyna Masłowska


Pisma, pisma, pisma... Wielu z was na pewno już stanęło lub będzie miało okazję stanąć (czego nikomu nie życzę) przed różnego rodzaju problemami z przebiegiem studiów, takimi jak: egzaminy, komisyjne czy warunkowe powtarzanie przedmiotu. W tych niewątpliwie niekomfortowych sytuacjach przychodzi czas na zdanie się na łaskę litościwego (lub nie) dziekana i złożenie do niego odpowiedniego pisma. Wielu studentów zapomina jednak o tym, że istotna jest nie tylko strona merytoryczna składanego wniosku, czyli to o CO proszą, lecz również jego forma, czyli JAK o to proszą. W związku z tym, w poniższym artykule, postaram się przedstawić najważniejsze zasady tworzenia pism. 1.W lewym górnym rogu umieszczamy swoje dane: imię i nazwisko, adres zamieszkania, telefon kontaktowy, rok, kierunek i tryb studiów oraz numer indeksu, a w prawym górnym rogu – miejscowość i datę. 2. Poniżej, po prawej stronie, umieszczamy dane adresata pisma, czyli prodziekana do spraw studenckich wraz z jego stopniem, tytułem naukowym i oznaczeniem wydziału (pomimo, że regulamin studiów mówi o tym, że to dziekanowi przysługują wszelkie kompetencje w studenckich sprawach, to wykonuje on je za pośrednictwem prodziekana, który podpisuje pisma w jego imieniu). 3. Poniżej, na środku umieszczamy określenie rodzaju pisma. Najczęściej będzie to po prostu – wniosek. 4. Poniżej umieszczamy zwrot do adresata, np. Szanowny Panie Dziekanie (pamiętajcie o przecinku!). 5. Poniżej umieszczamy nasze żądanie wraz ze wskazaniem podstawy prawnej z regulaminu studiów lub innych dokumentów (zarządzenie dziekana, uchwała rady wydziału). Bardzo istotna jest precyzja i posługiwanie się odpowiednią terminologią – najlepiej zaczerpniętą wprost z regulaminu studiów (np. mówi on o warunkowym powtarzaniu przedmiotu z kontynuacją na roku wyż-

szym, a nie warunku). Pamiętajcie również o tym, że w jednym wniosku wnosi się tylko o jedną rzecz (jeśli macie do dziekana więcej spraw, każdą z nich umieśćcie w osobnym piśmie). Najczęściej będzie to po prostu jedno proste zdanie. np. „Na podstawie § 49 ust. 3 wnoszę o wyrażenie zgody na zmianę trybu studiów z niestacjonarnych na stacjonarne na kierunku prawo”. 6. Po sformułowaniu swojego żądania przychodzi czas na jego uzasadnienie. Jest to najważniejsza cześć wniosku, ponieważ to w niej będziecie przekonywać dziekana do swoich racji. Dobre uzasadnienie powinno być jasne, zwięzłe i dobrze uargumentowane. Należy w nim przywołać tylko istotne okoliczności związane ze sprawą, a nie wszystko, co tylko przyjdzie Wam na myśl. Przy egzaminie komisyjnym najważniejsze jest wskazanie dlaczego czujecie się pokrzywdzeni przez egzaminatora, przy „warunku” warto podeprzeć się ilością posiadanych punktów ECTS i średnią ocen z innych egzaminów itp. Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest zapisywanie kolejnych stron opisami swoich problemów życiowych (naprawdę myślicie, że tylko Wy żalicie się na konieczność podjęcia pracy, urazy, chore babcie czy wyjazdy zagraniczne?). Czytanie pięciu stronicowych wniosków jest dla dziekanów nie tylko strasznie męczące i mocno utrudnione (bardzo często trudno jest się zorientować w meandrach studenckich fantazji), ale może też wywołać wrażenie, że student nie do końca wie, jak je uargumentować i na oślep chwyta się wszystkiego, co przyjdzie mu na myśl. Oczywiście można wspomnieć o tego typu sprawach, ale bardzo krótko i raczej w charakterze akcentu. Zwięzłe i rzeczowe uzasadnienie pozostawia wrażenie, że doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, o co prosicie i w jakim zakresie przysługuje Wam do tego prawo. Na sam koniec należy podziękować dziekanowi i wyrazić nadzieję na pozytywne rozpatrzenie wniosku. 7. PODPIS! Po całym trudzie związanym ze stworzeniem wniosku

łatwo zapomnieć o tak prozaicznej sprawie, jak jego podpisanie. Jest to jednak jedna z najważniejszych kwestii, ponieważ wniosek bez podpisu NIE MOŻE być przez dziekana rozpatrzony! 8. Wymienienie załączników. W niektórych przypadkach wymagane będzie również dołączenie innych dokumentów (np. przy przeniesieniu ze studiów niestacjonarnych na stacjonarne, będzie to zaświadczenie z dziekanatu o średniej ocen ze studiów). W takim przypadku dołączamy ich kserokopię i na końcu informujemy o tym, że stanowią one załączniki. Uff... Trochę tego było. Na sam koniec mam jeszcze kilka uwag ogólnych: – Wnioski tworzymy na komputerze, ponieważ są o wiele czytelniejsze i nie sprawiają wrażenia napisanych na kolanie przed dziekanatem. – Czcionka i odstępy. Times New Roman, 12 i odstępy 1,5 wiersza (standard) – Estetyka. Świeże wydruki, w koszulkach bez plam po kawie i śladów psich zębów. Zrozumiano? – Formularze. Na niektórych wydziałach są stosowane specjalne formularze do składania wniosków, którymi warto się posłużyć. – Ortografia, gramatyka i interpunkcja! Ta, wydawałoby się, najbanalniejsza kwestia, często jest ignorowana i już na etapie czytania, wytwarza niezbyt korzystne mniemanie o wnioskodawcy. Mam nadzieję, że powyższe porady pomogą wam w bojach o utrzymanie, jakże cennego statusu studenta i otrzymanie upragnionej zgody. Gdyby jednak się Wam nie powiodło, pamiętajcie o tym, że w przeciągu 14 dni od otrzymania negatywnej decyzji dziekana, przysługuje wam odwołanie do rektora, które należy złożyć w swoim dziekanacie. W razie jakichkolwiek problemów z tworzeniem wniosków i wątpliwości dotyczących praw i obowiązków studenta, zawsze możecie zgłosić się do adwokatury studenckiej na adres adwokat@amu.edu.pl. Grzegosz Szyszka


Ludzie a polityka

Źródło: www.erykmistewicz.pl

Ubóstwo w państwie powoduje odwrotny skutek – zainteresowanie wzrasta. Czy w naszym kraju – niezbyt zamożnym, lecz nie tak biednym, ludzie interesują się polityką? Mamy wzrost gospodarczy, a jeszcze do niedawna mogliśmy pochwalić się jedną z najbardziej stabilnych walut w Europie. A może w polskiej polityce jest coś wyjątkowego, co sprawia, że pomimo wzrostu zamożności, ludzie nie przełączają kanału na widok Tuska lub Kaczyńskiego? Na to pytanie odpowiada Eryk Mistewicz, doradca polityczny, kreator wizerunku politycznego, poseł PO. Jego zadaniem jest upraszczanie języka polityki tak, by dla każdego wydarzenia na scenie politycznej stały się zrozumiałe. Mówi, iż pomaga przejść politykom z XIX do XXI wieku. Zarazem twierdzi on, że społeczeństwo coraz bardziej oddala się od polityki, mając świadomość bycia manipulowanymi. Tymi słowami Mistewicz sam zapędza się w kozi róg. Skoro język polityki dopasowuje się do Kowalskiego, to dlaczego miałby do niej zniechęcać? Czy nie powinno być na odwrót? Przecież im coś bardziej dla człowieka proste w odbiorze, tym bardziej przyjazne. Zainteresowanie polityką wśród Polaków jest niskie. Nie wynika to

Eryk Mistewicz

Fot. archiwum prywatne

Im większy panuje w kraju dobrobyt, tym mniejsze jest zainteresowanie polityką wśród społeczeństwa. Przykładem może być Belgia, gdzie udział w wyborach jest obowiązkowy, a przeciwstawienie się obywatelskiemu obowiązkowi grozi karą grzywny. Mimo to, frekwencja waha się w granicach 90%, czyli co dziesiąty mieszkaniec woli zapłacić karę, niż pójść do urny lub „wymiguje się” od tego innymi sposobami.

Na konferencjach prasowych politycy muszą dzielić się władzą z dziennikarzami

z rozwoju ekonomicznego, lecz z faktu, że nic ciekawego się w niej nie dzieje. Po burzliwej kadencji rządów PiS, kłótnie pomiędzy rządzącymi nie ustały, jak mogłoby się wydawać. Telewizja celowo o tym nie informuje, ponieważ ludzie czują się tym zmęczeni. Prasa w dalszym ciągu o tym donosi, lecz nie wzbudza to już takiego zainteresowania. Nieprawdą jest, jak twierdzi Mistewicz, że nie jesteśmy manipulowani. Wystarczy spojrzeć na przebieg ostatnich wyborów parlamentarnych i ich wyniki. Kampania toczyła się bez konkretów, a opierała się na ogólnikach i atakach na przeciwnika. Spadek zainteresowania polityką spowodowany jest nie tyle dopasowaniem się do standardów językowych przeciętnego Polaka (to powinno mieć odwrotny skutek), co jeszcze jego pogorszeniem. W publicznych wypowiedziach pojawiły się nieprzyzwoite zwroty. Nie jest to także żadna nowość. Już w dwudziestoleciu międzywojennym marszałek Piłsudski nazywał posłów endecji „publicznymi szmatami” i nikogo to wówczas nie dziwiło. Biorąc to pod uwagę, można by stwierdzić, że od tamtego czasu język polityki nawet się załagodził…

Według Mistewicza rzeczą, która przyciągnie ludzi do polityki są tzw. „historie”. Każda partia polityczna musi mieć w zanadrzu prostą, jeśli nie banalną w odbiorze propagandę, by w ogóle zaistnieć i utrzymać się na scenie politycznej. W dodatku powinny im towarzyszyć błahe i nietypowe wydarzenia (niekiedy bulwersujące), które zwrócą uwagę ludu. Mieliśmy już z nimi do czynienia, np. pamiętne wystąpienie posła Palikota z wibratorem na mównicy sejmowej lub sypialne wyznania p. posłanki Beger, lot Tuska zwykłym samolotem pasażerskim w ramach „taniego państwa”. Mistewicz pokazuje, że stało się to już normą na Zachodzie. Podczas kampanii prezydenckiej Francję błyskawicznie obiegła scena przedstawiająca Sarkozy’ego, jadącego na koniu w stroju kowboja. Nie pozostało to bez znaczenia na wynikach wyborów. Ten sposób oddziaływania na opinię publiczną funkcjonował u nas przez pewien czas. Być może będzie znowu miał wpływ, ale na chwilę obecną zdaje się, że Polacy wyrośli z owych „historii”. Może za mało było wśród nich bestsellerów. Michał Tupaj


Przepowiednie – wierzyć czy nie? Często spotykamy się z różnego rodzaju mistyfikacjami na tematy większe, bądź mniejsze. Natykamy się na historie objawień, cudów, anomalii fizycznych, przypadków magii, spotkań z UFO i wiele innych. Jednak największą popularnością, a może lepiej – siłą oddziaływania na nasze umysły – cieszą się przepowiednie. Bardzo widoczne zwłaszcza od wejścia w nowe millenium. Słowa budzące strach Co sprawia, że te zwykle niezrozumiałe, pisane lub przekazywane w szczątkowej wersji – a nawet w postaci bardzo podobnej do wersetów znanych z Biblii – słowa, tak silnie dają nam do myślenia? Szczególnie w czasach, kiedy niby potrafimy sami sobie odpowiedzieć racjonalnie na większość mistycznych zagadnień? Być może głównym czynnikiem jest tu zwykła obawa. Strach przed katastrofą, zagładą ludzkiej egzystencji. Nikt nie chce, by jakakolwiek zła wróżba dotycząca apokalipsy sprawdziła się za jego życia. Warto więc sprawdzić, kto spędza nam sen z powiek albo chociaż zastanawia nas nad sensem swoich wywodów. Nostradamus Najsłynniejszą z tych osób jest oczywiście Nostradamus – francuski lekarz i astrolog. Jego objawienia są od lat przedmiotem sporów wielu znawców zjawisk paranormalnych. Przepowiedział m.in. objęcie tronu przez Elżbietę I w Wielkiej Brytanii, powstanie banknotów, inflacje, „wojaże” Napoleona, wielki pożar Londynu, historie Hitlera i Mussoliniego, wybuch obu wojen światowych, zamach na Kennedy’ego, śmierć księżnej Diany, słynny 11 września oraz lądowanie na księżycu. No i co począć z taką personą? Wielu ludzi po prostu wierzy w jego słowa i usilnie studiuje nauki Francuza w celu ostrzeżenia świata przed następnymi wielkimi wydarzeniami. Ale co, jeśli tłumaczono jego wiersze w taki sposób, by odpowiadały konkretnym faktom historycznym? Tutaj pojawia się wielki ból głowy. Oczywiście ciężko też założyć, że tacy ludzie jak Nostradamus mieli konkretne wizje przyszłości. Wydaje się to trochę nierealne. Można raczej do tego podejść

w sposób logiczny. Skąd mamy pewność jak ludzie postrzegali następne lata w XVI w.? Jak wyobrażali sobie co może się wydarzyć, jakie mieli poglądy na pewne następstwa odnośnie rozwoju cywilizacji ludzkiej? Dodatkowo, jak wspomniałem, wiele z tych objawień było bardzo enigmatycznych, bardziej ogólno oglądowych. Z reguły też się nie sprawdzały. Wszak mieliśmy być świadkami końca świata lub ewentualnie wojny atomowej odpowiednio w 1996, 2000, 2002 i 2008 roku. Warto wspomnieć także o najbliższych nam wizjach Nostradamusa. W dniu, w którym piszę te słowa, tj. 10 listopada, miał się rozpocząć globalny konflikt ze strony Chin i Bliskiego Wschodu, który począwszy od Rosji miał zmieść całą Europę z powierzchni Ziemi. Nieciekawie prawda? Jednakże nic się takiego nie wydarzyło. Inna przepowiednia mówiła o upadku czegoś dużego z kosmosu lub katastrofy solarnej – związanej z anomalią naszej najbliższej gwiazdy. Jedyne co daje do myślenia, to wróżby wielkiego kryzysu ekonomicznego, który jak wiadomo ma miejsce, chociaż co do jego rozdmuchania przez światowy rząd można mieć pewne wątpliwości. Inni wizjonerzy Podobne wizje mieli też mniej znani wróżbici – niewidoma „Baba” Wanga oraz nasz polski jasnowidz Krzysztof Jackowski. Także kilku innych, co do których są wątpliwości, ludzi spisywa-

ło swoje spostrzeżenia odnośnie swoich wizji. Fakt, że wiele z nich mówi o końcu świata, można zrzucić na karb medialnej nagonki w tym temacie. Ocena Nie ma co ukrywać – poczucie zagrożenia na świecie ze strony Chin, Korei Północnej czy islamskich ekstremistów – nota bene – obecnych wśród nas w Europie, jest duże. Ale to już od nas zależy, jak zareagujemy na te sygnały. Myślę, że posługując się prostą logiką też możemy określić realne zło, które na nas czyha. Dostęp do mediów mamy przecież ogromny. Raczej nie znamy swego przeznaczenia i nawet trzymając w rękach wizje przyszłości, wiemy, że wiele zależy od nas – ludzkości jako całości. Ale – mimo wszystko – temat jasnowidztwa nadal jest żywy i szalenie popularny, i chyba już zawsze będzie ulubionym tematem fascynatów zjawisk paranormalnych – zaraz po UFO. A wy, jakie macie zdanie na ten temat? slayeroslayero@o2.pl Damian Kędzia


Kibic a sprawa polska Piłka nożna. W Polsce kojarzy się obecnie z nowo budowanymi na Euro 2012 stadionami, znienawidzonym PZPN-em, korupcją i niezmiennie… z kibicami. Fanatykami swoich drużyn, którzy żyją obciążeni wieloma stereotypami, przykrywającymi ich inne rodzaje działalności. Nad Wisłą krążą już legendy o kibolach. Często jadąc pociągiem, gdy mijamy zdezelowany skład, z naprzeciwka słyszę głosy zwalające winę na kibiców. Zauważając graffiti na ścianie bloku, przedstawiające herb rządzącego w dzielnicy klubu, statystyczny Polak myśli o tym jak o akcie wandalizmu, nie dostrzegając wielu godzin pracy, artystycznego kunsztu i pewnego rodzaju przywiązania do barw swojej drużyny. Czy słusznie tępi się „hołotę stadionową” i jej działalność? Hools Chcąc poznać odpowiedzi na to pytanie, warto wrócić do daty powstania tzw. ligi chuliganów, wzorowanej na kulturze piłkarskich aren z Wielkiej Brytanii. Jej istnienie stało się bardziej wyraźne po upadku systemu komunistycznego na naszych ziemiach. Choć co do formy bytowania tej ligi i prowadzenia jej klasyfikacji można mieć pewne rozbieżne informacje. Pomijając jednak dane historyczne i dokładne liczby, nietrudno jest określić cel tych „zawodów”. Demonstracja siły, głównie fizycznej, wobec przeciwnej drużyny – oto cała filozofia. Prymat tutaj zdobywają fani tej ekipy, która zrobi najwięcej zadym na stadionie albo poza nim, zatargów z policją lub wygra w popularnej ustawce, rozgrywanej obecnie najczęściej poza obszarami zabudowanymi np. w lesie. Co daje ta cała zabawa? Adrenalinę, ujście emocji, sprawdzenie siły, poczucie przynależności do czegoś ważnego oraz zyskanie tzw. „szacunku”. Na pewno każdy słyszał znany i lubiany tekst o ekipie panującej w danym mieście, który brzmi z reguły jak ostrzeżenie przed wejściem na teren kiboli. Zatem warto wiedzieć, które drużyny mają najmocniejszą pozycję w świecie chuliganów. Żelazne nazwy wymieniane jednym tchem to na pewno: Lech Poznań, Legia Warszawa, Wisła Kraków, trójmiejskie Arka Gdynia i Lechia Gdańsk oraz wrocławski

Śląsk. Dodatkowo liczą się ekipy innych drużyn ekstraklasy (Ruch Chorzów, Widzew Łódź, Cracovia Kraków, Jagiellonia Białystok czy Górnik Zabrze) oraz zespoły z niższych szczebli ligowych np. ŁKS Łódź, Elana Toruń czy Zawisza Bydgoszcz. Oczywiście nie jest tak, że będąc fanem jednej ekipy, nie można już wejść spokojnie na teren innego miasta. To bardziej przydatne informacje dla nie będących w temacie, a chcących uniknąć starcia. Dla kiboli obowiązuje system „zgody lub kosy” z jakąś drużyną, często dopinając do tandemu fanów żużla oraz tworząc większe grupy drużyn wzajemnie się wspierających. „Ultras” Jednak te historie dotyczą głównie chuliganów. Ludzi nie zajmujących się piłką nożną, a bijatykami i innymi niezbyt sportowymi obszarami działalności. Niestety, to oni tworzą głównie obraz polskiego kibica. A dlaczego zapomina się o tych, którzy faktycznie przychodzą na stadion dopingować i rzeczywiście interesuje ich wynik meczu? Dlaczego są mniej medialni i nie widzi się ich zza szerokich barków chuligańskiej braci? Dlaczego mało kto nawet wie o istnieniu „ultrasów”? Na te pytania ciężko odpowiedzieć. Można się jedynie poprzeć tą negatywną stroną polskiej mentalności, której wystarczy impuls, by zbudować stereotyp. Dla tych, którzy nie znają słowa „ultras”, bez wątpienia przyda się dalsza część mojego wywodu. A na pewno pomoże zrozumieć kibica jako człowieka. Kim jest „ultras”? Wszyscy kibice wyglądają przecież tak samo. Barwy, koszulki, szaliki, flagi… Toteż łatwo pomylić tych prawdziwych z „hoolsami”. Dopiero na stadionie widać różnicę. „Ultrasi” są odpowiedzialni za całą oprawę meczu – flagi czy transparenty. To Ci, których słychać najbardziej, gdy powietrze zalewają przyśpiewki klubowe. To ci, którzy żyją z ter-

minarzem rozgrywek w ręku, tworzą strony, fora, fan cluby, którzy ostatni grosz oddaliby dla klubu, dla których stadion jest drugim domem. To zupełne przeciwieństwo uczestników „ligi chuliganów”, choć poniekąd stoją po tej samej stronie barykady – noszą te same barwy, malują graffiti na ścianach bloków i na pociągach, obowiązuje ich ten sam system kos i zgód. Pomimo tego wszystkiego, to zupełnie inni kibice, choć są wrzucani do jednego „worka”. Do tego gorszego, dodajmy. Pozasportowe idee Podsumujmy. Znamy podział kibiców, wiemy, czym się zajmują i że nie wszyscy są tacy źli, jak ich malują. Ale należy poruszyć jeszcze jeden aspekt. Wpływ fanów futbolu na postrzeganie kraju i na działanie wewnątrz niego. Nie od dziś wiadomo (a może nie wiadomo, znając przekaz masowych mediów…), że ruch kibicowski wspiera patriotyczne inicjatywy i często stawał do starć z przedstawicielami władz, np. w okresie komunizmu. Walki kibiców Wisły, Lecha, Legii i innych największych ekip z milicją obywatelską były na porządku dziennym. Do legendy przeszła również jednodniowa zgoda dwóch nienawidzących się krakowskich klubów – Wisły i Cracovii – w celu zaatakowania konsulatu sowieckiego w stolicy Małopolski. Kluby walczyły z reżimem oraz przeciw znieważaniu ich ukochanych nazw przez komunistyczne przedrostki, które do dziś są przedmiotem wytykań ze strony przeciwników. Wiadomo, że Legia stała się centralnym wojskowym klubem systemu, a znienawidzoną milicję wsadzono do siedziby Wisły Kraków, mianując ja na „Gwardię”. Prawdziwy kibic nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy i do dziś od fanatyków nie usłyszymy dobrego słowa o takim wmieszaniu się reżimu w polski sport. Dzisiaj też możemy zauważyć działalność na forum politycznym


Fot. Damian Kędzia

Czekamy na EURO 2012

czy społecznym. Uczestnictwa w marszach, inscenizacjach patriotycznych (vide ostatnie celebrowanie rocznicy Powstania Wielkopolskiego z udziałem lechitów) oraz głosy zabierane w kwestiach ważnych dla kraju. Niestety wiele takich narodowych ruchów kibiców łączy się z agresją i nawet niekiedy z neofaszyzmem lub neonazizmem. A szkoda. Bo oprócz działań o podłożu politycznym, kluby i ich kibice często wspierają różnego rodzaju akcje charytatywne. Wystarczy, że fani zobaczą informacje o patronacie swojej drużyny nad – dajmy na to – zbiórką żywności i, poinstruowani tym społecznym instynktem ,chętnie wspomogą razem z klubem taką inicjatywę. Wymienione

zachowania są domeną najbogatszych ekip, ale zawsze można wykorzystać zgody, które się posiada, i zachęcić ludzi z innych miast do aktywnego uczestnictwa w całej akcji. Takich przykładów znalazłoby się więcej. Kibic może być patriotą – w końcu na meczach reprezentacji nie ma podziałów międzyklubowych i nikt się nie ustawia, wtedy liczy się tylko to, jak zagra polska kadra. Kibic może pomagać. Kibic może też w końcu nie tylko rozwala stadiony. Kibic wspiera swoją drużynę. I co najważniejsze – bez kibica stadion byłby martwy, a sport i rywalizacja nie miałyby tego smaku bez dopingu fanatyków, co podkreślają zawsze sami zawod-

nicy. Bo w końcu po co budowane są większe stadiony? Po to, by na mecze przychodziło więcej ludzi i by atmosfera była jeszcze bardziej zachęcająca dla samych graczy do podjęcia maksymalnego wysiłku na boisku. Spoglądając odtąd na pomazane farbą składy na dworcu kolejowym, warto sobie przypomnieć, że to niekoniecznie musiała być sprawka chuliganów, tylko „ultrasów”, tych prawdziwych kibiców, którzy poświęcili swój czas i pasję na pokazanie przed całą Polską, który klub kochają – choćby na wagonie pociągu, którym być może przemierzali kraj w drodze na mecz. Damian Kędzia


Połamane skrzydła Roboty, algorytmy komputerowe, poszukiwanie miłości i zrozumienia, wojna o władzę, odwieczny konflikt dobra ze złem, mistyczne królestwo rządzone przez Anioły i Demony... czyli rozmowa z autorem książki „Połamane skrzydła”, Krzyśkiem Sammlerem.

Źródło: www.sxc.hu

Czemu taka tematyka? Czemu Anioły, Piekło, Niebo, mistycyzm? Nie fascynują mnie anioły per se. Interesuje mnie metafizyka, poglądy różnych ludzi na różne sprawy, zagadnienia związane z wiarą. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale np. imię Eospheros, pochodzi z greckiego i oznacza Lucyfer, a z kolei Jokanaan to Jezus – druga płaszczyzna książki, to moja wizja buntu w Niebie. Jak zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem „Połamanych skrzydeł”? Napisałem dwa opowiadania – pierwsze o chłopaku w futurystycznym świecie, drugie o aniołach. Mniej więcej w II klasie liceum postanowiłem połączyć te dwie historie w książkę. Złożenie jej w całość i doprowadzenie do takiego stanu, jaki mi odpowiadał, zajęło mi 3 lata. Z początku pisałem „do szuflady”, kiedy i ile miałem ochotę. Stosowałem technikę psychologiczną: wiedziałem, że tak długo, jak nie będę traktował pisania jako pracy, tak długo będę pisał dla przyjemności. W klasie maturalnej przez rok nie napisałem właściwie ani słowa! Nie miałem ani czasu, ani ochoty, musiałem się zresztą skupić na na-

uce. Kiedy skończyłem prawie 3/4 książki, postanowiłem wysłać jeden rozdział do wydawnictwa Novares. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy poprosili mnie o dosłanie reszty! Skąd dowiedziałeś się o wydawnictwie Radwan? Jak zaczęła się Twoja współpraca z nimi? Wysłałem „Połamane skrzydła” do 10 największych wydawnictw w Polsce, odpowiedziały mi trzy. Wahałem się pomiędzy wydawnictwem Amber i Radwan, jednak pierwsze z nich szybko odpadło, jako że mieli już dokładnie ustalony plan na ten rok i mogli wydać moją książkę dopiero w przyszłym. „Połamane skrzydła” miały się ukazać na przełomie maja i czerwca. Było z tym strasznie dużo zamieszania, co chwila jakieś korekty, ostatnie poprawki... Jako student miałem wtedy oczywiście sesję, ale byłem tak podekscytowany perspektywą wydania książki, nad którą – bądź co bądź – pracowałem kilka lat, że uznałem: – Co mi tam sesja, jak obleję to trudno, w końcu wydałem książkę!. Sesję oczywiście zdałem, więc muszę przyznać, że pomimo ogromu zajęć, jakie wtedy na mnie spadły, wyszedłem ze wszystkiego obronną ręką.

Na czym polega system, w jakim wydałeś „Połamane skrzydła” – „print on demand” (na życzenie)? To proste. Chodzi o to, że wydawnictwo drukuje pewną pulę książek, a co jakiś czas dodrukowuje resztę. Gdzie można kupić „Połamane skrzydła”? Na razie książka jest dostępna tylko przez Internet. Wynika to z tego, że wydawnictwo kompletnie zaniechało promocję. Raz odbyła się taka akcja, mająca na celu reklamę mojej książki, ale chodziło o całe wydawnictwo, a nie o poszczególne pozycje, które oferują. Tak więc, moim zdaniem jest to wydawnictwo godne polecenia, ale tylko na początek, żeby sobie przetrzeć szlaki, przekonać się jak to jest, zdobyć doświadczenie pisarskie. Czy będą następne tomy? Jak najbardziej. Piszę już drugą część. Planuje zrobić z „Połamanych skrzydeł” cykl. Piszę również kolejną książkę, ale to będzie już utwór stricte fantasy, w którym stworzę nowy świat, nowe rasy wszystko powoli, małymi kroczkami, żeby nie przedobrzyć. Rozmawiała: Anna Trojanowska


MOIM ZDANIEM Książka z początku średnia. Nagromadzenie informacji, można się pogubić w licznych unowocześnieniach technologicznych, autor porusza mnóstwo wątków naraz. Ale jako osoba, która miała przeprowadzić wywiad z autorem, musiałam dobrnąć do końca. I wiecie co? Nie żałuję. Po pierwszych 30 stronach, kiedy nie musiałam już skupiać się na tym, jak funkcjonuje świat, w który autor chciał nas wprowadzić, naprawdę się wciągnęłam.

Zaczęłam zarówno sympatyzować, jak i krytykować bohaterów, wczułam się w sytuacje, w jakich musieli się odnaleźć; raz lubiłam Michała, innym razem żałowałam Krzyśka, a jeszcze innym miałam ochotę strzelić Agnieszce w twarz. Targały mną przeróżne emocje i byłam tym naprawdę zaskoczona. Nie spodziewałam się, że książka aż tak mi się spodoba, w końcu anioły to zdecydowanie nie moja działka. Ale, o dziwo, świat stworzony przez Sammlera zafascynował mnie. Dla-

tego z czystym sumieniem polecam „Połamane skrzydła” każdemu, kto lubi czytać i potrafi docenić dobrą lekturę! WYDAWNICTWO RADWAN Na adres wydawnictwo@radwan. pl możecie wysyłać swoje utwory do publikacji. Więcej informacji znajdziecie na stronie wydawnictwa: www.radwan.pl. Życzę wszystkim początkującym pisarzom dużo odwagi i zacięcia w wydawaniu swoich utworów. Powodzenia! Anna Trojanowska

Wracając do korzeni... Rok 1964 Lata 60. XX wieku zostały zapamiętane jako niezwykle niespokojne i buntownicze, ciągle nastręczane tykaniem atomowego zegara. Mimo wszystko, w tym okresie powstało wiele ciekawych prac, które postaram się przybliżyć.

Zimna wojna osiąga apogeum, wojna w Wietnamie ciągnie się dla Amerykanów jak smarki z nosa bernardyna, rozpoczyna się akcja zmasowanych bombardowań północnego Wietnamu w ramach operacji „Rolling Thunder”, bezzałogowa sonda kosmiczna Ranger z sześcioma kamerami na pokładzie uderza w powierzchnie księżyca, na Wschodzie Breżniew przejmuje stery pociągu zwanego ZSRR. The Beatles zajmują pięć najwyższych pozycji na liście najlepiej sprzedających się singli tygodnika „Billboard” z utworami: Can’t Buy Me Love, Twist and Shout, She Loves You, I Want to Hold Your Hand i Please Please Me. Martin Luter King otrzymuje Pokojową Nagrodę Nobla, jest najmłodszym noblistą, na piaszczystych plażach Kalifornii dwoje studentów szkoły filmowej snuje plany na przyszłość – jeden z nich ma na imię Jim i w przyszłości będzie znany jako „Król jaszczurów”, w Polsce swój talent oratorski szlifuje Towarzysz „Wiesław”, a powietrze o poranku pachnie rewolucją... „Last Exit to Brooklyn” Po przeczytaniu kilku stron, zadałem sobie krótkie pytanie, kto pozwolił w 1964 roku na jej publikację? Jeśli amerykański głos moralności uznał „Buszującego w zbożu” za książkę wybitnie niemoralną, to jakim cudem Hubert Selby Jr. uzyskał

zgodę na wydanie? Utwór jest wyrazistym odbiciem tamtych czasów, wraz z każdą kolejną historią czujemy się jak mieszkańcy Brooklynu, książka tak dobitnie ukazuje emocje, że aż trąci surrealizmem! Jedno jest pewne: autor wyprzedził swoją epokę o dobre 40 lat. „Dr. Strangelove” Arcydzieło czarnego humoru Stanley’a Kubricka wystawione jest obecnie na ciężką próbę czasu, takich filmów już się po prostu nie robi... Warto dla samej gry aktorskiej i genialnej kreacji Dr.Strangelove’a. Mówiąc krótko – 135 minut i 53 sekundy psychodelicznych obaw tamtych czasów.

Źródło: www.sxc.hu

Niepokorny rok 1964

The Rolling Stones Zespół ten, jako pierwszy „niepokorny” band, stał się alternatywą dla grzecznych Beatelsów, co po latach okazało się założeniem śmiesznym z powodu częstych wspólnych sesji narkotykowych tych zespołów. Do początku wielkiego konfliktu na linii Brian Jones – Mick Jagger trwały złote czasy wspaniałych aranżacji, które były wyróżnikiem dla tego zespołu. To, co stało się później, było kamieniem milowym w historii rocka, ale tamte czasy najlepiej ukształtowały wizerunek i warsztat muzyczny Stonesów. Aleksander Putz


Zagubieni Książę to rycerz. A jeśli rycerz to pan, którego charakteryzuje etos rycerski. Reguły, których się trzyma są jego wizytówką, bo świadczą o wyższej społecznie pozycji. Choć to odniesienie do średniowiecza (wieków nie tak ciemnych, jak mogłoby się wydawać), pewne punkty etosu zdają się być pożądane nawet dzisiaj. Szlachetna postawa wobec kobiet, czy bycie jej tarczą w chwili zagrożenia – są tego przykładem. Dworność – wartość określająca ideał życia i ideał miłości – jest pojęciem spotykanym w  średniowiecznej literaturze francuskiej. Człowiekiem dwornym jest szlachcic, bezinteresowny i wspaniałomyślny, odznaczający się ogładą i nienagannymi manierami. Sztuka konwersacji nie jest mu obca, ale nie oznacza to, że walkę odstawia na dalszy plan. Wprost przeciwnie – jest prawdziwym rycerzem, wiernym swemu władcy. Jest również poetą, który gra na instrumentach. Ostatecznie, jest mężczyzną, który kocha. Dworność charakteryzuje to, że kobieta jest tu punktem centralnym. Ona stoi ponad innymi, ona rządzi i to jej się służy. Zwrócenie uwagi na kobietę i postawienie jej w roli władcy było rewolucyjne. Wcześniej, a także później, pomiędzy koncepcjami wywyższającymi rolę kobiety w społeczeństwie, pojawiają się również te, które zniżają jej rolę jedynie do rodzenia dzieci. Nawet dzisiejszy świat boryka się z tym problemem. Wróćmy na chwilę do kolorowego ideału księcia. Czy nie jest tak, że kobieta pragnie czasem, by mężczyzna ustąpił jej miejsca w zatłoczonym autobusie albo przepuścił ją w drzwiach? Czy nie oczekuje odrobiny czułości i pocałunku na powitanie (jeśli w rękę, to tylko z ukłonem, a nie z próbą wyrwania ramienia). Czy nie chce, by znalazła się przy niej pomocna męską dłoń, kiedy słaniając się na nogach wchodzi do pociągu z walizką większą od siebie? I czy gdy mówi, to nie

Źródło: www.sxc.hu

Kiedy myśli się o księżniczce, zwykle jej obrazowi towarzyszy książę na białym koniu. Ubrany dostojnie mężczyzna, odznaczający się ponadprzeciętnymi manierami, który zawsze stanie w obronie wybranki swego serca. Czy dzisiejszy człowiek ma jeszcze w sobie coś z takich książąt?

Są sytuacje, które nie wymagają zastanowienia – przeszkody w nich to tylko pozory

przekazuje bezsłownie prośby, by jej nie przerywano, bo zdecydowanie taktowniej jest wysłuchać czyichś racji do końca? Nie zaszkodziłaby ludziom odrobina miłego zachowania wobec siebie. Od dobrych manier można przejść jednak trochę dalej i zauważyć, że ludzie gubią się w relacjach z innymi i mylnie nazywają rzeczywistość. Przykładowo, gdy walczą o równouprawnienie, służą słusznej sprawie, bo przeciwstawiają się dyskryminacji i szerzeniu uprzedzeń. Jednocześnie dostrzegalne jest

to, że tracą wyczucie w sytuacjach, w których podjęcie właściwej decyzji wydaje się łatwe. Zasłaniają się równouprawnieniem, zostawiając samotną osobę bez pomocy, bo przecież tak bardzo chciała nie być zależną od innych. A czy nie powinno być tak, że bez wahania pomagam, gdy inny potrzebuje pomocy? Nawet tak proste witam cię, może rozgrzać serce, gdyż wszechwyczuwalna obojętność boli… To już nie tylko dobre maniery. To coś więcej. Katarzyna Kuziemko


Metallica „S&M”

„S&M” to w sumie nic innego jak koncert Metalliki z akompaniamentem orkiestry. Z dziennikarskiego obowiązku dodam, że z San Francisco. Jednak takie „nic innego” okazało się genialnym zabiegiem. Jedne utwory zostały wyostrzone, zyskując pazur i większy klimat, inne zaś z łagodnych stały się jeszcze łagodniejsze, łapiąc za serca największych twardzieli. Sztandarowym przykładem tego drugiego efektu jest Nothing Else Matters, którego słucha się w niesamowitym skupieniu, pochłaniając każdy dźwięk, każde szarpnięcie strun, każde przejechanie smyczkiem po skrzypcach. Gdy tak wtapiamy się w te spokojne klimaty najsłynniejszej ballady zespołu, nie można zapomnieć o tych wszystkich typowo metalowych utworach, które skutecznie wzdrygają ciałem i zachwycają świetnym zaaranżowaniem ich na symfoniczną modłę. Nadal pozostają ostre, a jednak inaczej się je odbiera. Zyskują na szlachetności. Jest jednocześnie moc i hmm… duchowość zawarta w nutach. Koncert objął dwie płyty, czyli około 20 kawałków, najsłynniejszych szlagierów zespołu w nowej odsłonie,

Fot. Damian Kędzia

Tym razem nie będzie nowości. Cofamy się aż o ponad 10 lat wstecz. Do czasów walki Jamesa Hetfielda z alkoholowym nałogiem. Zastanawiające jest jednak, jakie dzieła można stworzyć będąc wiecznie „zawianym”. Albo co za arcydzieło powstałoby ma trzeźwo? Niemniej jednak mamy tu do czynienia – przynajmniej – z dziełem. Utworem wybitnym. Ponadczasowym.

którą tylko totalni malkontenci skrytykowali, a większość się nią zachwyciła. I aż szkoda, że to tylko jednorazowy wybryk w postaci

występu live. Z drugiej strony znakomicie, że zostało to nagrane i wydane. Damian Kędzia


Imperium C2H5OH Sylwester niestety już za nami, tymczasem telewizja przypomina nam o dziejach naszego najlepszego imprezowego przyjaciela – alkoholu. Na ekranach naszych telewizorów (niestety na kanałach kodowanych, ale i na to, niektóre zmyślne umysły znają sposób) można podziwiać już nowy serial Boardwalk Empire, znany w naszym kraju jako Zakazane Imperium. O serialu było już głośno na rok przed premierą, kiedy to pokazywano pierwsze sceny, zwiastuny i mówiło się głośno o jego twórcach, którzy albo mieli zarobić na nim miliony, albo przeżyć popkulturową rezurekcję i powrócić na artystyczne salony. Kampania reklamowa nie była specjalnie wystawna, ale też nie była potrzebna. Serial produkowany jest przez HBO, które czy komuś się to podoba czy nie, stało się już swoistym gwarantem dobrej jakości produkcji. Producentami wykonawczymi natomiast (czyli takimi, którzy dbają o całokształt wizerunku dzieła albo po prostu są podczepiani pod taką funkcję ze względu na wewnętrzne umowy lub inne zasługi) zostali Martin Scorsese (którego nie trzeba przedstawiać nikomu) i były raper, obecnie przeciętny aktor Mark Wahlberg (który z HBO produkował już m.in. genialny serial o środowisku filmowym Ekipa). Obok plejady gwiazd telewizyjnych i filmowych, w głównych rolach możemy oglądać wschodzącą gwiazdę pokolenia – Michaela Pitta oraz mistrza drugiego planu, dla którego ostatnie lata nie były specjalnie korzystne – Steve’a Buscemiego. Serial opowiada o związkach polityków i mafii w latach dwudziestych XX wieku, podczas trwania prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Odpowiada na pytania czy ustawa rzeczywiście była wprowadzona poprzez moralne chęci zmiany, czy też była podyktowana możliwością uzyskania ogromnych zysków z czarnego rynku. Co ciekawe prócz postaci czysto fikcyjnych, możemy podziwiać wydarzenia z udziałem największych osób tego okresu, choćby samego Ala Capone. Na pierwszy rzut oka widać, że serial został „dopieszczony” przez Scorsese, ogląda się go bardzo dobrze, bez względu czy jesteśmy fanatykami danej tematyki,

czy dobrych fabuł. Serial jest w całości nakręcony cyfrowymi kamerami HD, stając się drugą znaczącą gangsterską produkcją realizowaną w ten sposób. W przeciwieństwie jednak do Wrogów publicznych Michaela Manna, Zakazane Imperium w ogóle nie traci na klimacie, wręcz przeciwnie – technologia HD w połączeniu z odpowiednimi filtrami optycznymi tworzy zupełnie nową jakość. Komu polecam serial? Każdemu miłośnikowi dobrych produkcji telewizyjnych. Jest to bardzo dobra, solidna produkcja, która z pewnością zajmie nas na wiele zimowych wieczorów i zaskarbi sobie uznanie wielu. Natomiast dla tych, którzy mieli już z serialem styczność i spodobał im się, również mam dobrą wiadomość – już niebawem nadejdzie drugi sezon! Ponieważ dzisiejszy dodatek opisuje nie filmy, a produkcje telewizyjne, warto wspomnieć o czymś mniej ambitnym niż opisywany wcześniej Boardwalk Empire. Entourage to komedia (nie sitcom!) z bardzo sporadycznymi

elementami dramatu, w którym poznajemy losy czwórki przyjaciół z Queens: wschodzącego gwiazdora Vincenta, weterana telewizji Dramę, menedżera Erica i miłośnika marihuany Turtle’a. Fakt, że pochodzą z  jednego podwórka i zaczynają karierę w ,,Mieście Aniołów”, pozwala nam zobaczyć filmowe produkcje od kuchni, gdzie załatwienie roli i znalezienie producenta, jest dalekie od tego co znajdziemy w oficjalnych wywiadach. Serial może posłużyć jako sympatyczne zastępstwo Californication, bo choć nie jest tak bezpośredni i bezpruderyjny, wciąga swoim poczuciem humoru. Obok mało znanych aktorów, pojawiają się znane gwiazdy filmu i muzyki, wszyscy jednak trzymają najwyższy poziom, co jest największym atutem produkcji. Jeśli zatem cierpicie na serialową posuchę, śmiało możecie sięgnąć po ten serial, jeśli zaś jesteście kinomanami z krwi i kości szukającymi czegoś oryginalnego – to pozycja obowiązkowa. Krzysztof Paisert


To jeszcze nie koniec [ II ] Galop konia dobrze ilustrował wnętrze Ardena. Równie szybko, co kadry krajobrazu, przewijały się myśli w jego głowie. Z pamięci, z której niegdyś chciał wyrzucić najwcześniejsze wspomnienia, starał się teraz wydobyć momenty, splatające jego życie z Senebeth. Nadal nie chciał uwierzyć, że zapomniał, iż właśnie nazajutrz ma zostać podpisany traktat pokojowy między królestwem Dalii i cesarstwem Inmarku, który uroczyście przypieczętuje małżeństwo księżnej Senebeth i najstarszego syna obecnego cesarza Sarphiliusa I – Graviusa. Arden nie mógł dopuścić do ziszczenia się tego planu. Właściwie jeszcze dobrze nie wiedział, jak ma się temu przeciwstawić, ale czuł, że coś musi zrobić. Do jego świadomości nieśmiało zaczynało docierać, iż miałby przeciw sobie całą armię nie jednego, lecz dwóch mocarstw. Podczas tych rozmyślań nie zauważył, że zmierzch zapadł na dobre. Trzeba się było gdzieś zatrzymać. Na jego szczęście, nieopodal, widać było już światła. W tej części Królestwa nie oznaczało to jednak bezpiecznego schronienia. Gdy dzieliło go od pierwszej chaty jakieś ćwierć mili, zsiadł z konia i zaczął w ukryciu zbliżać się do wioski. W nocy Arden był niedostrzegalny. Czarny, sięgający za kolana płaszcz, tego koloru skórzana maska i chusta wokół szyi skutecznie chroniły go przed wzrokiem wartowników. Ludzkich. Szkoda, że Arden uświadomił to sobie dopiero w momencie, gdy poczuł ostry i piekący ból w barku. Strzała tkwiła w jego ciele do połowy swej długości. Lepiej było dać za wygraną, ponieważ przeczuwał, że krąg napastników wokół niego dawno się zacieśnił. – Miałeś więcej nas nie szukać, Ellisarze – odezwał się głos tuż przed twarzą Ardena. Akcent zdradził tożsamość rozmówcy. – Wy mnie znaleźliście. Po tych słowach ostatnim, co uchwyciła świadomość Ardena, było niezwykle silne uderzenie w potylicę.

Marcin Kopeć


UNIkat 06  

Gazeta Studentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you