Issuu on Google+

tworzywo@onet.pl

Nr 4, zima - wiosna 2013

ISSN 2084-2597

Tworzywo

Gazeta Studencka

ZnajdĹş nas na Facebooku!

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka


Nr 4, zima - wiosna 2013

Start

W świecie kolorów cz. II Strój jest podstawą autoprezentacji. Poprzez świadomy wybór elementów garderoby zmuszamy innych, by patrzyli na nas w pozytywny sposób, prowadzili negocjacje według naszych reguł i postępowali zgodnie z naszymi preferencjami. Stroje formalne są przeznaczone na szczególne okazje. Podstawowymi są: frak klasyczny, frak angielski, surdut i smoking. Ważne są dodatki. Na przykład umiejętne dopasowanie muszki do twarzy. Jej wielkość powinna być taka, by po zawiązaniu nie wystawała poza zewnętrzną część oka i krawędzie twarzy. Stosując zasady etykiety biznesowej mężczyźni powinni zwracać szczególną uwagę na długość spodni (jedna, dwie fałdy z przodu na bucie dają prawidłową długość spodni z tyłu – powinny zakrywać połowę obcasa - 1 cm nad ziemią), długość marynarki (prawidłowo dobrana powinna, patrząc na nią z tyłu, powinna zakrywać połowę długości od szyi i ramion do butów). Ważne są też wystające spod rękawa mankiety marynarki (1-2 cm, a przy spinkach nawet 2,5 cm), prawidłowo zawiązany krawat (sięgający do paska i lekko na niego zachodzący), dobrze dobrany rodzaj węzła do rodzaju kołnierzyka oraz eleganckie dodatki. Częstym błędem jest zakładanie koszuli z guzikami przy kołnierzyku i zawiązywanie do niej krawata. Jest to koszula sportowa i nie jest adekwatna do wizerunku wizytowego. Niemalże codziennie łamana jest reguła noszenia koszuli z krótkim rękawem, która w żaden sposób nie powinna być połączona z eleganckim garniturem i krawatem. Na pewno nie powinna być zakładana na tzw. szczególne okazje. Kobiety w etykiecie biznesowej, w sytuacjach formalnych, muszą koniecznie zapanować nad długością spódnic (przy siadaniu powinny kończyć się 1 cm nad kolanem), wysokością obcasów (w sytuacjach profesjonalnych obcas do 6-7 cm), krojem bluzek (nie mogą odsłaniać biustu, mieć zbyt frywolnego kroju, muszą być klasyczne i eleganckie). Panie powinny wybierać kostiumy, garsonki lub zestawienie marynarki z sukienką. Wszelkie długości spódnic i spodni w wariancie 7/8 czy 3/4 nie są traktowane jako strój elegancki. Również wybór rajstop ma znaczenie. Do urzędu, biura, na spotkanie biznesowe raczej cieliste, popielate lub szare. Matowe lub półmatowe. Na pewno należy zrezygnować z intensywnych wzorów, nadruków, przyklejonych cekinów i rajstop w kolorze czarnym. Kolor lakieru do paznokci też ma znaczenie. Jeśli pracujemy w urzędzie, zajmujemy stanowisko tzw. front office lub pełnimy wysokie funkcje publiczne, rezygnujemy z intensywnych kolorów paznokci. Na pewno wykluczone są kolory fluorescencyjne, w tym żółty, zielony, pomarańczowy, turkusowy oraz różowy. Pozostawmy je na mniej formalne okoliczności. Dopuszczalne są natomiast wszystkie kolory pastelowe oraz kolor czerwony (w różnym nasyceniu czerwieni) ze względu na strategiczne znaczenie. Kobiety korzystające z linii formalnej mają do wyboru dopasowane spódnice i taliowane koszule. Dominującymi kolorami będą granaty, szarości, biele, beże oraz pastele. W formule casualowej mogą zastosować kolor wyróżniający, a kroje bluzek nieco rozluźnić oraz wprowadzić tzw. body pod marynarkę. Buty muszą pozostać klasyczne, skórzane, na niewielkim obcasie. Nie mogą mieć odkrytych palców ani pięt. Nie mogą też mieć charakteru sportowego. Nie powinny być płaskie. Nawet, jeśli przyczyny zdrowotne uniemożliwiają noszenie wyższych, należy wybierać takie, które mają minimalnie zaznaczony obcas. Makijaż bardzo oszczędny, tzw. dzienny, naturalny. Biżuteria także delikatna. Należy zrezygnować z długich korali, brzęczących bransolet i tzw. biżuterii tandetnej i plastikowej. W etykiecie funkcjonuje także określenie smart casual oznaczające sporą dowolność w zestawieniach garderoby. Mężczyźni mają do dyspozycji sportowe marynarki (bez rozcięcia lub z jednym z tyłu, naszyte kieszenie, popularne materiały np. len, tweed, sztruks), dżinsy, bawełniane spodnie, swetry, półbuty, loafersy. Kobiety mogą skorzystać z kardiganów, bawełnianych bluzek, dżinsów, wełnianych sukienek w delikatne wzory czy tweedowych marynarek. Wydawać by się mogło, że wizerunek można zbudować bez trudu. Jednakże jest to złożony proces komunikacyjny. Dbanie o to, jak postrzegają nas inni jest jednocześnie akcentowaniem wybranego modelu tożsamości grupowej lub społecznej. Nasz ubiór, maniery, zachowanie, sposób mówienia, towarzystwo, grupa, w której funkcjonujemy buduje nasz wizerunek. Nawet przedmioty, których używamy świadczą o nas: torebka, etui na przybory do pisania, zegarek, biżuteria. Wizerunek to nasza reklama. Powinien więc być spójny z osobowością. Trwały efekt osiągniemy jedynie wtedy, gdy w kreowaniu wizerunku uwzględnimy zasadę dostosowania się do reguł panujących w danej grupie i otoczeniu. Wizerunek jest także narzędziem, za pomocą którego zyskujemy sympatię innych, budujemy pozytywne relacje międzyludzkie i wyrażamy szacunek wobec osób, instytucji i sytuacji. Etykieta i savoir-vivre budują tożsamość społeczną. Użytkownik konstruuje określny komunikat, a odbiorca odtwarza go w określonym kontekście kulturowym i społecznym (grupowym). W tym względzie kolorystyczny aspekt komunikacyjny zyskuje na znaczeniu. Jeśli zastosujemy profesjonalny ubiór i połączymy go z mową ciała adekwatną do okoliczności, rangi spotkania i obszaru kulturowego, zyskujemy o wiele więcej niż wizerunek, zdobywamy akceptację społeczną i kulturową. A.F.

2


Nr 4, zima - wiosna 2013

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Olsztyn str. 4 Wywiad z Michałem Kotlińskim Kącik historyczny str. 6 Zamach na Kutscherę - kata Warszawy Publicystyka str. 8 Czy czas już wieszać psy na kimś innym? - rozważania o współczesnych mediach

str. 10 Blogować każdy może - pare słów o internetowym medium str. 11 Mikrohobby - o Tweeterze i jego zastosowaniu str. 12 „Obiektywna” prowokacja dziennikarska - czy ktoś tu aby nie przesadził?

str. 13 Grosz do grosza - felieton str. 14 FaceBÓG - rozprawa o naszym codziennym „towarzyszu” str. 15 Jestem spokojna. Nie reaguję - felieton str. 16 Moją „maszyną” jest słownik poprawnej polszczyzny! - felieton str. 17 Renesans prasy? - rozprawa na temat mediów papierowych str. 18 Kary brytyjskich uczelni - jak studiuje się w Anglii str. 19 str. 20 str. 21 str. 22 str. 23 str. 24 str. 25 str. 26 str. 27 str. 28

Kultura Winylu co z Tobą? - o przewadze analogu nad cyfrą Muzyczne Tour de Pologne - o letnich imprezach muzycznych Hansel i Gretel: łowcy tandety - recenzja filmu Abstrakcja, absurd i groteska, czyli Perpetuum debile - recenzja płyty Pojedynek wyobraźni - o współczesnych ekranizacjach książek „GRRR” na złote gody! - recenzja płyty Pokahontaz - ReKontakt z fanami? - recenzja płyty Gitara - jego karabin - o Hendrixie Kącik Nerda Heavy Rain: spóźniona laudacja - recenzja gry Piłka jest okrągła, a joypady są dwa (albo więcej) Czyli: Parę słów o piłkarskiej serii gier FIFA Sport

zdjęcie www.wikipedia.pl

Spis Treści:

Olsztyn zimową porą

To już rok z Tworzywem! I nie jest to radość na wyrost, bo był to czas ciężkiej pracy, wielkich zmian i mnóstwa problemów. Na szczęście chcącemu nie zawsze kłody pod nogi i wiatr w oczy. Był to też rok wielu małych sukcesów i kilku większych, które dały nam jeszcze większy „power” do działania. Udało się nam zgromadzić silną kilkudziesięcioosobową redakcję, zebrać pozytywne opinie na temat naszej pracy i co najważniejsze wiernych czytelników. Nasza obecność na rynku medialnym to przede wszystkim Wasza zasługa! Tym razem, jako temat numeru na łamach Tworzywa zagości nasz redakcyjny kolega, który popełnił w ostatnim czasie drugą książkę. Michał Kotliński – bo o nim mowa, po wielkim sukcesie „Miłość zwija się w bibułkę” mówi o najnowszym zbiorze opowiadań „Święty od ćpunów”. Kim jest? Skąd czerpie inspiracje? Czym jest Kruk? Przeczytacie na stronie trzeciej. Numer czwarty przyniesie kolejną porcję felietonów i recenzji, ale przede wszystkim naszych inspiracji. Natalia Turulska powie nam o tym, jak hollywoodzcy reżyserzy potrafią nakręcić film o ponad 200 letniej bajce z zupełnie innej strony. Wojciech Margula będzie naszymi uszami i pozwoli nam „posłuchać” albumu Rolling Stonesów „GRRR” oraz przypomni historię najwybitniejszego gitarzysty rockowego i jego „wojnę z wojną”. Wejdziemy także w świat interaktywnego dramatu, grając z Michałem Kotlińskim w Heavy Rain. Sesja minęła bezpowrotnie, więc czas się wyluzować. Zaparzyć herbatę, włączyć ulubioną muzykę, złapać gazetę i oddać się lekturze. W oderwaniu od świata wielkiej polityki pomarzyć o pierwszych ciepłych dniach. Ale skoro śnieg za oknem już nie straszy i na dobre rozpoczął się czas piwa w plenerze oraz naszego ulubionego grillowania nad jeziorem, Drogi Czytelniku, weź naszą gazetę ze sobą i zapraszamy do lektury!

str. 30 Dobre Miasto do gry w siatkówkę str. 31 Faza „play-off” była na wyciągnięcie ręki

Tomasz Kowalski

str. 32 Sudoku

Tworzywo - Gazeta Studencka redaktor naczelny: Jakub Rećko zastepca redaktora naczelnego: Martyna Zagórska redaktor prowadząca: dr Anita Frankowiak redaktorzy: Tomasz Kowalski, Adam Nowiński Dominika Ojcewicz, Jakub Rećko Monika Zawadzka, Marek Żuławnik korekta: Aneta Koziestańska, Paulina Kulesza Mateusz Paczkowski, Aleksandra Pikała grafika, okładka, DTP: Adam Nowiński

autorzy: Anita Frankowiak Tomasz Gołdyn, Michał Kotliński Tomasz Kowalski, Monika Krępska Wojciech Margula, Zoriana Michalik Adam Nowiński, Dominika Ojcewicz Mateusz Paczkowski, Dominika Peła Aleksandra Pikała, Jakub Rećko Ireneusz Stolarski, Magdalena Szczepańska Natalia Turulska, Martyna Zagórska, Monika Zawadzka zdjęcia: Dominika Ojcewicz, Jakosław Karpiński Mateusz Paczkowski, Magdalena Szczepańska

Wydawca:

adres redakcji: ul. Kurta Obitza 1, p. 08 10-725 Olsztyn

kontakt: www.tworzywo@onet.pl

3


KącikOlsztyn historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Święty od ćpunów - wywiad z Michałem Kotlińskim Urodził się w 1985 roku, mieszka w Olsztynie, jest studentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Wielbiciel między innymi Philipa Dick’a i Chucka Palahniuka. Za swoją debiutancką książkę „Miłość zwija się w bibułkę” otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie wydawnictwa TELBIT. O kim mowa? Specjalnie dla „Tworzywa” wywiad z Michałem Kotlińskim – autorem najnowszej powieści „Święty od ćpunów”.

Michał Kotliński – W zasadzie nigdy nie jest to „1 do 1”, że biorę swojego znajomego czy przyjaciela i idealnie odwzorowuję go w tekście. Zdarzają się postacie, które są zlepkiem cech różnych osób. Oczywiście zdarzają się bohaterowie bardzo podobni do ludzi których znam, ale to nie jest reguła ani przełożenie dosłowne. J. R. - Jak Ty, zdefiniowałbyś postać Kruka? Czy jest on duszą Karola, która który stara się odkupić własne winy, czy jednak wszelkie jego działania są bezinteresowne? A może jest on kimś, w rodzaju opiekuna, żyjącego w każdym z nas i ujawniającym się w momentach kryzysowych naszego życia? M.K. - To dobre pytanie, jednak nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Znam Kruka, ale ciężko mi przedstawić go w kilku słowach. To jest tak,

4

że mam jakiś pomysł czy wizję na tekst, i pisząc go, nie analizuję tego kto jest kim. Generalnie wszystkie pomysły, które pojawiają się w mojej głowie podczas codziennego życia – czy to podczas snu, golenia się czy jazdy autobusem – przelewam na papier, bo szkoda mi je stracić. To co zapisuję daję odbiorcy i pozostawiam jego ocenie. Każda interpretacja jest dobra i równie wartościowa co inne. Niezależnie od tego, czy jesteś oczytany w literaturze światowej, czy rzadko sięgasz po książki, sam możesz ocenić tych bohaterów.

zdjęcie: archiwumwłasne Michała Kotlińskiego

Jakub Rećko – Bohaterowie Twojej powieści są bardzo różnorodni, posiadają różne charaktery i pogląd na życie. Tworząc ich, opierałeś się na osobach które poznałeś, czy są to postacie fikcyjne?

J.R. – Jak wiele poglądów i postaw reprezentowanych przez bohaterów „Świętego od ćpunów” , jest odzwierciedleniem Ciebie? M.K. – Co do poglądów, różne postaci głoszą różne poglądy i często są one ze sobą sprzeczne. Kiedyś pisarz Philip Dick napisał : „ja nie jestem żadną z postaci w tej powieści – ja jestem samą powieścią”. W tym sensie, mogę powiedzieć, że część mnie jest w każdym z bohaterów. Z częścią poglądów opisywanych w powieści z kolei się nie zga-

Michał Kotliński - autor „Świętego od Ćpunów” dzam – pochodzą one jedynie z wiedzy, jaką posiadam. J.R. - Więc mamy tu do czynienia bardziej z uzewnętrz-

nieniem polemiki, wewnętrznego monologu jaki odbywa się w Twoim umyśle, czy raczej chodziło Ci o przedstawienie problematycznych


Nr 4, zima - wiosna 2013

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

M.K. – W zasadzie każdy człowiek ma jakieś problemy. Z pewnością jest tak, że prowadzisz w głowie monolog, że z jednej strony myślisz tak, a z drugiej nie jesteś pewien, masz jakieś wątpliwości i się nad tym zastanawiasz. Moja książka nie jest długa, ale zawiera w sobie dużo różnego rodzaju informacji i teorii. W powieści jest mnóstwo odwołań do tekstów piosenek, komiksów, gier wideo i filmów – do ogromnej ilości różnych motywów. Wiadomo, że przy takim remiksie będzie sporo teorii z różnych doktryn ideologicznych. Tak więc jest to połączenie wewnętrznego monologu razem z ogromem informacji pochodzących z wielu źródeł. J.R. – Gdyby pojawiła się oferta ekranizacji Twojej książki, czy też wystawienia na jej podstawie sztuki, zrobienia komiksu lub nagrania filmu animowanego, byłbyś nią zainteresowany? M.K. – Oczywiście że bym chciał, autor zawsze chce dotrzeć do jak największej ilości ludzi. Jednak nie wiem czy to byłoby możliwe, gdyż tematyka którą przedstawiam jest naprawdę ciężka i dołująca. Nie mówię, że takich filmów się nie robi w Polsce, ale to jest specyficzna literatura. Zdaję sobie sprawę że nie są to teksty Katarzyny Grocholi czy Paulo Coelho , oczywiście nie obrażając nikogo, nie jest to pewnie powieść, która znajdzie się w pierwszej dwudziestce najlepszych książek w Empiku – chociaż gdyby się znalazła, oczywiście byłbym zadowolony. Nad samą ekranizacją się nie zastanawiałem, ale jeśli chodzi o kreskówkę – musiałaby być trochę dziwna. Na przykład taka jak film ani-

mowany dla dorosłych „Przez ciemne zwierciadło” na podstawie Dick’a , który utrzymany jest w ciekawej formule zastosowano w nim animację rotoskopową (zamiana filmu aktorskiego na film animowany – przyp.red. ).

na innych autorach? M.K. – Wpływa na nas wszystko co rejestrujemy, filmy, książki, historie które słyszymy od znajomych i wydarzenia z życia codziennego. Podobnie pisze Chuck Pa-

„wszystkie pomysły, które pojawiają się w mojej głowie podczas codziennego życia – czy to podczas snu, golenia się czy jazdy autobusem – przelewam na papier, bo szkoda mi je stracić” J.R. – Sposób w jaki zostałaby ona przedstawiona pozostawiłbyś reżyserowi czy jednak wolałbyś mieć wpływ na ekranizację? M.K. – Jeśli byłaby taka możliwość, chciałbym mieć całkowity wpływ, jednakże liczę się z tym, że takie rzeczy regulują umowy. J.R. – Z „Świętego od ćpunów” aż kipi muzyka, staje się ona namacalna. Połączenie ze sobą fabuły powieści i ekspresyjnej muzyki Sokoła czy Kazika, z pewnością przyciągnęłoby przed ekrany sporą rzeszę ludzi w różnym wieku.

lahniuk, nie jest tak że ja się na nim wzoruję, może czasem podświadomie stosuję takie zabiegi jak wspomniany pisarz. Nie jest to rozmyślne, ale z pewnością lektura Palahniuka mogła wpłynąć na styl jakim piszę. A więc krótkie, mocne zdania, krótkie akapity, powtarzanie pewnych zdań czy motywów. J.R. – Studiowałeś już teologię, anglistykę, ale ostatecznie

na dłużej zająłeś się dziennikarstwem, czy właśnie z nim wiążesz swoją przyszłość? M.K. - Jak to się mówi: do trzech razy sztuka, i czasami jest to prawda. To są moje trzecie studia i naprawdę podoba mi się na tym kierunku. Już czwarty rok jestem na dziennikarstwie i wydaje mi się, że nie wychodzi mi to najgorzej. Chciałbym pracować w zawodzie, niezależnie czy to w radiu czy w gazecie. J.R. – Do tej pory wydałeś dwie książki, poza „Świętym od ćpunów”, w księgarniach można kupić Twoją poprzednią powieść „Miłość zwija się w bibułkę”. Czy pracujesz już nad kolejną? M.K. – Nie brakuje mi pomysłów, jednak studia absorbują dużo czasu, którego niekiedy brakuje mi na pracę twórczą. Jednak każdą wolną chwilę staram się poświęcać na pisanie i jeśli nadal ktoś będzie chciał wydawać i czytać moje książki, to warto poczekać na kolejną powieść.

Jakub Rećko

M.K. – Faktycznie, obecnie rap jest bardzo istotny dla młodych ludzi. Z Kazikiem jest podobnie, gdyby cofnąć się do początków hip-hopu i rapu w Polsce, to tak naprawdę Kazik był jednym z pierwszych ludzi, którzy melodeklamowali. On jest tą postacią, która łączy ze sobą starszą muzykę z nowszą. J.R. – Styl jakim napisałeś „Świętego od ćpunów” jest fascynujący, słowami umiejętnie nadajesz ton i rytm opowiadania. Podczas pisania książki starałeś się wzorować

zdjęcie: archiwum własne Michała Kotlińskiego

kwestii takich jak wygląd idealnego świata, czy też istnienia Boga?

Nowa książka Michała Kotlińskiego jest już w sprzedaży!

5


Kącik historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Zamach na Kutscherę- kata Warszawy

zdjęcie: www.wikipedia.pl

Mroźny, pochmurny poranek 1 lutego 1944 roku. Dochodzi godzina 9. Z Alei Róż w Aleje Ujazdowskie wjeżdża czarny Opel Admiral. Siedzi w nim dwóch ludzi. Na fotelu pasażera – generał major Franz Kutschera – szef SS i policji na dystrykt warszawski. Pojazdem kieruje jego adiutant. Obaj nie zdają sobie sprawy z tego, co ma nastąpić za kilka chwil.

miejsce Akcji Kutschera (za drzewami ukryty jest budynek Dowództwa SS i Policji Dystryktu Warszawskiego) Kutschera jest bardzo zdolnym i bezwzględnym oficerem, dzięki czemu szybko wspina się po szczeblach władzy. Aparat terroru, uruchomiony przez niego w Warszawie,działa po mistrzowsku. Już pierwsze miesiące urzędowania kata z SS w okupowanej stolicy przynoszą efekty. Jego liczne rozkazy masowych egzekucji za naruszenia „nie-

6

mieckiego dzieła odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie” sprawiają, że opór Warszawiaków, do tej pory bardzo aktywny - maleje. Ataki na oficerów i żołnierzy III Rzeszy zdarzają się coraz rzadziej. W tej sytuacji Komenda Główna Armii Krajowej musi działać. Zleca likwidację Kutschery, którą ma się zająć oddział „Pegaz” – specjalna gru-

pa Kedywu, (Kierownictwa Dywersji – red.) powołana w celu likwidowania wyższych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru. Jego dowódcą jest kapitan Adam Borys ps. „Pług”. Akcja ma zostać przeprowadzona na trasie przejazdu generała, tj. - z jego willi przy Alei Róż 2 do komendantury SS i policji przy Alejach Jerozolimskich 23.

Opel Admiral Kutschery jedzie powoli. Szefowi SS nie śpieszy się, w końcu jako dowódca nie musi być punktualny. Często zdarza mu się nawet nie stawić do centrali, jednak tego dnia dzieje się inaczej. Pojazd generała ma do pokonania 700 metrów, aby potem skręcić w prawo i wjechać w bramę komendantury. Naprzeciwko, z ulicy Piusa XI


samochodu generała trafiając Kutscherę i jego adiutanta. Po czym do ostrzału przyłącza się Zdzisław Poradzki „Kruszynka”, który zabija uciekającego z wozu kierowcę. Z Adlera wysiada „Miś” i razem z „Kruszynką” wyciągają ciężko rannego Kutscherę z samochodu na ulicę. Issajewicz z bliskiej odległości strzela do niego z pistoletu i zabija kata Warszawy, po czym wraz z „Kruszynką” przeszukują generała w poszukiwaniu dokumentów. Bezskutecznie, dlatego też zamachowcy zabierają teczkę i pistolet Kutschery. Do grupy uderzeniowej dołącza wsparcie: „Olbrzym”, osłania ich stojąc tuż za rogiem ul. Piusa XI, prawie przed siedzibą komendantury SS., „Juno” kryje się znacznie dalej, przy rogu ulicy Szopena. Między nimi, prawie na środku, ostrzał prowadzi „Cichy”. Wszyscy mają lufy skierowane w stronę komendantury SS, z której padło już kilka wystrzałów. Likwidują dwóch żołnierzy z patrolu. Nagle, ciemną wnękę bramy wjazdowej rozświetlają dwa błyski – strzały karabinowe. Kule

dosięgają dowódcę akcji. Ten próbuje rzucić granat lecz nie może, ale nie pada na ziemię, ciężko ranny w brzuch powoli wycofuje się w wyznaczone miejsce zbiórki. Krzyczy do swoich towarzyszy, że akcja skończona, lecz ci go nie słyszą. Niemcy nasilają ostrzał. Jedna z kul trafia w głowę „Misia”, który chowa się za samochodem. Akcja ciągnie się za długo. Do zamachowców strzelają również esesmani z budynku przy ulicy Szopena. Ranny zostaje także „Olbrzym”, po nim „Cichy”, obaj dostają postrzał w brzuch. Do walki przyłącza się „Sokół”- kierowca samochodu „ucieczkowego”, którym podjeżdża na róg Szopena i Alei Ujazdowskich, wysiada i zaczyna obrzucać granatami komendanturę. Rozpoczyna się odwrót. Podjeżdża drugi samochód, którym kieruje „Bruno”. Wszyscy uczestnicy akcji z trudem przedostają się do pojazdów. Rannych zabiera „Sokół” i z piskiem opon rusza w kierunku Mokotowa. Za nim startuje samochód „Bruna”, do którego wsiada reszta zamachowców. Naprzeciwko

zdjęcie: www.wikipedia.pl

na Aleje Jerozolimskie,wyjeżdża samochód marki Adler Tryumph, prowadzony przez Michała Issajewicza ps. „Miś”, członka grupy „Pegaz”. Wykonując ten manewr zjeżdża najpierw na swój pas, po czym po kilkunastu metrach odbija w lewo i zaczyna jechać wprost na Opla Kutschery. Adiutant generała zwolnił i dał trzy sygnały żółtym światłem rewerbera (luterko metalowe odbijające światło), co oznaczało, żeby nadjeżdżający ustąpił mu pierwszeństwa. Ten jednak jedzie dalej. Pozostało 200 metrów, 150, 100 – zderzenie jest nieuchronne. „Miś” lekko hamuje, adiutant także, po czym oba samochody stają naprzeciwko siebie w odległości około 5 metrów. Nagle maszyna generała rusza. Adler też startuje i przecina drogę Opla prawie zarysowując mu maskę. Kutschera przestraszony zasłania ręką oczy. W tym momencie słychać serię z pistoletu maszynowego. To dowódca akcji, Bronisław Pietraszewicz „Lot”, biegnąc od strony przystanku tramwajowego po drugiej stronie ulicy, strzela ze swojego MP 40 w stronę

generał major Franz Kutschera (w środku w płaszczu) podczas wizytacji Heinricha Himmlera w niemieckim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen

generał Franz Kutschera

zdjęcie: flickr.com

Nr 4, zima - wiosna 2013

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Alei Jerozolimskich 23 leży pięć ciał Niemców. Wśród nich generał Franz Kutschera, którego zwłoki toną w kałuży krwi tryskającej z ponad 15 ran postrzałowych klatki piersiowej i głowy. Całe miejsce akcji przesłania szary dym powstały w wyniku wcześniejszych eksplozji granatów ciskanych przez „Sokoła”. Akcja grupy „Pegaz” kosztowała życie czterech żołnierzy: dowódcę– Bronisława „Lota” Pietraszewicza, Mariana „Cichego” Sengera, Zbigniewa „Juno” Gęsickiego oraz Kazimierza „Sokoła” Sotta. Następnego dnia, w odwecie, okupant rozstrzelał 100 Warszawiaków w pobliżu miejsca zamachu. Pomimo tego akcja ta przeszła do historii jako jedna z najbardziej brawurowych i udanych. Jej pozytywny wydźwięk miał dwa aspekty. Pierwszy psychologiczny - zabójstwo w biały dzień szefa SS i policji na dystrykt tuż obok komendantury gestapo sprawiło, że żaden niemiecki oficer nie mógł czuć się bezpieczny w okupowanej Polsce. Drugim aspektem było wstrzymanie masowych egzekucji ludności cywilnej, które trwało aż do Powstania Warszawskiego.

Adam Nowiński

7


Kącik Publicystyka historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Czy czas już wieszać psy na kimś innym? Wraz z ewolucją mediów następują zmiany w charakterystyce ich odbiorców, którzy z pasywnych użytkowników stali się publicznością aktywną. W związku z tym winą za obecny poziom mediów nie wolno obarczać samych mediów, lecz także (lub przede wszystkim) ich odbiorców. Czy jednak tylko oni są odpowiedzialni za obecny stan rzeczy? Wszechobecna konwergencja mediów jest związana nie tylko ze zmianami technologicznymi w środkach przekazu, z łączeniem i upodabnianiem się tychże form w mediach tradycyjnych do form przekazu w mediach nowoczesnych, lecz przede wszystkim z rolą, jaką odgrywa w niej publiczność, czyli użytkownicy mediów.

8

wym nie jest. I w sumie ma rację, ale czy przed wypowiedzią Micugowa jakakolwiek osoba publiczna aż tak dosłownie odniosła się do poziomu współczesnych mediów? Raczej nie. Miecugow dotknął widza i jego ocena jest jak najbardziej słuszna. -Grzegorz Miecugow jest rozczarowany tym, czego chcą „masy”. Rozczarowanie wydaje mi się naiwne, a zdziwienie bardzo zaskakujące. Czyżby polskie „masy” miały niższy poziom niż włoskie?- pisze Tomasz Machała na portalu naTemat.pl. Jako przykład podaje on program niemieckiej stacji RTL, którego poziom intelektualny wcale nie odbiega od poziomu stacji polskiej. Jako jedną z przyczyn takiego stanu mediów, Machała wskazuje czasy, w których żyjemy, a także Internet. I w tym momencie wywiązuje się dyskusja, o której poniżej. Mariusz Max Kolonko, dziennikarz znany z telewizyjnych relacji z Ameryki, a rozpoznawany dzięki charakterystycznemu akcentowi

oraz barwnemu opisowi zdarzeń; dla wielu – autorytet reporterski, dla innych – komiczny. Winą za stan naszych mediów, w odróżnieniu od Tomasza Machały, Kolonko obarcza dziennikarzy, którzy zamiast tworzyć rzeczy na wysokim poziomie, doszukują się samych sensacji. Na przykładzie sprawy Madzi i jej matki Katarzyny „W.” Waśniewskiej brutalnie obnaża

polską „mentalność”. -… świat i Ameryka miały swoje sprawy Madzi. Nie przypominam sobie jednak kraju, w którym podobna historia byłaby wałkowana przez media od wiosny do jesieni- powiedział Kolonko dla Onetu. -W teorii mediów istnieje zasada, że jeśli w pierwszych 90 sekundach przekazu widz nie znajduje tzw. hook, czy-

zdjęcie: www.wikipedia.pl

Grzegorz Miecugow, dziennikarz najbardziej znany ze stacji informacyjnej TVN24, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wypowiedział odważny sąd, zgodnie z którym tabloidyzacja odbiorców niszczy media, a najsłabszym ogniwem telewizji jest sam widz. Miecugow swoje słowa ograniczył jedynie do sieci telewizyjnych, a pozostałe aspekty medialne zostawił bez komentarza. Stwierdził również, że medium nie może abstrahować od oczekiwań widzów. -Gdy mówimy o tabloidyzacji mediów, to mówimy właśnie o tabloidyzacji odbiorców. To, że filmy Woody’ego Allena chodzą po 23.00, to nie wybór właściciela telewizji. To wybór widza, który o 20.00 chce oglądać rozrywkę przaśną- powiedział Miecugow. Z tą wypowiedzią zdaje się polemizować Tomasz Machała, redaktor naczelny portalu naTemat. Już na samym początku zauważa on, że to, co Miecugow nazwał „teorią dość obrazoburczą”, niczym no-

„tabloidyzacja odbiorców niszczy media”


Nr 4, zima - wiosna 2013

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

li haka, wyłącza się. Dlatego scenariusze amerykańskich seriali telewizyjnych czy filmów zaczynają sie od tzw. cold open, czyli, używając słów Hitchcocka, trupa na otwarcie- wyjaśnił. Tabloidyzacja jest zjawiskiem nieuniknionym i wszechobecnym, ale dziennikarstwo można podzielić i znaleźć w nim zarówno to „coś” na poziomie, jak i tabloidowe twory. -Kto powiedział, że pogoń za zyskiem musi produkować gnioty? Stacja telewizyjna czy gazeta bez zysku upada. Ale w Ameryce zysk generuje tekst, program czy serial telewizyjny, który przyciąga widza, a ten widz ma takie same oczy, głowę i rozum, jak widz w Polsce- powiedział Kolonko dla Onetu. To oczywiste, że każdy, bez względu na narodowość, komu nie podoba się program nadawany przez telewizję, po prostu przełącza kanał. Wyjątkiem pozostaje sytuacja, w której włączony telewizor pełni funkcję medium towarzyszącego. Nagminne „latanie po kanałach” staje się główną przyczyną spadku oglądalności programów, za co winą dziennikarze obarczają zarówno Internet, jak i samego widza. Złotym środkiem może się okazać tworzenie tabloidów prezentujących określony poziom, a nawet – gazet tabloidowo -obiektywnych, gdzie obok rzeczowych, prawdziwych i niesensacyjnych informacji znajdowałyby się plotki, ale napisane profesjonalnie i dotyczyłyby one prawdziwych (!) osób ze świata showbiznesu, a nie jak u nas, epatujących sprawą Katarzyny „W.” Waśniewskiej, która stała się prawie celebrytką. Wałkowanie przez lata jednej sprawy czy rozgrzebywanie ran przy okazji innego zdarzenia stało się znakiem polskiego dziennikarstwa. Czy fakt ten wią-

Mówię NIE tabloidyzacji mediów!!!

że się z polską mentalnością? Czy nie to właśnie podnosi oglądalność stacji? Każda stacja telewizyjna pragnie pozyskać jak największą liczbę widzów, bo za tym idą pieniądze. Więc nie powinien nas dziwić fakt, że w telewizji górują programy, które wpływają na wzrost oglądalności. W tym wypadku nie ma znaczenia to, co jest prezentowane, lecz to, ile osób daną rzecz ogląda. Cena rośnie wraz z jakością. Za programy na wyższym poziomie kulturalnym trzeba dopłacić, a koszty te pokrywa nie kto inny, jak władze poszczególnych stacji (których bardzo często na to nie stać), w związku z czym uśmiechają się oni szeroko do reklamodawców. Tak koło się zamyka. Zbyt mało jest w Polsce ludzi o otwartych umysłach, którzy poza czubkiem własnego nosa widzieliby znacznie więcej i potrafiliby przewidzieć skutki określonego postępowania już dzisiaj.

Jan Jakub Kolski, słynny polski reżyser, w programie „Kuba Wojewódzki” też wspomniał o upadku kultury. Filmy, które sam tworzy, zdobywają nagrody na festiwalach klasy A, chociażby „Zabić bobra” (miejsce I) nie ma szans na premierę kinową, albowiem polski widz nie jest gotowy na przyjęcie czegokolwiek, co zmusiłoby go do głębszej refleksji. Wiele przemawia za tym, że to sam widz jest winny takiemu, a nie innemu stanowi rzeczy. Nie bez „grzechu” jest także Internet. Media eksploatują mało ważne tematy, powracają do nich wielokrotnie, nie wnosząc nowych spostrzeżeń. By przyciągnąć niewymagającego intelektualnie widza, dziennikarz produkuje tabloid, który ze względu na sensacyjny charakter ma za zadanie zwrócenia uwagi odbiorcy. A widz, znudzony bełkotem tabloidów, zaczyna poszukiwać wartościowszych treści. Na popularnym portalu społecznościowym Face-

screenshot: Dominika Ojcewicz

book działa strona przeciwników tabloidyzacji i manipulacji medialnej. Funkcjonowanie danej strony wypada ocenić pozytywnie, biorąc jednak pod uwagę zaangażowanie samych facebookowiczów, raczej nie osiąga ona zamierzonego celu (strona istnieje od 2010 r.). Stan ten potwierdza sąd, zgodnie z którym to widz odpowiada za poziom mediów; jak widać, nie wysila się on zbytnio, by zmienić cokolwiek na lepsze. Czy nadszedł zatem czas, aby wieszać psy na kim innym? W „Communio et progressio”, instrukcji duszpasterskiej o środkach społecznego przekazu, uchwalonej przez Papieską Komisję do Środków Społecznego Przekazu z 1971 r., napisano, że media są takie, jak społeczeństwo. Wypada zakończyć na tym samym poziomie instrukcji papieskiej: nihil novi.

Dominika Ojcewicz

9


Kącik Publicystyka historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Blogować każdy może Każdy z nas ma jakąś słabość. Nasze to czekolada i blogi. Za każdym razem, kiedy mamy czas na chwilę z laptopem, oprócz rutynowego sprawdzenia Facebooka, musimy zobaczyć, co nowego na obserwowanych przez nas stronach. Ale od początku. Czym jest blog?

Internetowy świat photobloga Blog to rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, uporządkowane chronologicznie wpisy. Ma jednak bardziej osobisty charakter niż zwykła strona. Pozwala autorowi na kontakt z odbiorcami poprzez możliwość komentowania każdej zamieszczonej notatki. Teksty pisane w pierwszej osobie wyrażają zdanie autora na dany temat. Kiedyś były one traktowane jako internetowe pamiętniki. Teraz ich zakres tematyczny poszerzył się. Możemy wyróżnić blogi modowe, kulinarne, czytelnicze, opiniotwórcze, fotoblogi, a także tak zwane blogi lifestylowe, czyli zawierające wszystkiego po trochu. Mają swoich stałych czytelników, a ich autorzy bacznie obserwują

10

poczynania innych blogerów. Stworzyli swój własny wirtualny świat nazywany „blogosferą”. Starają się zamieszczać jak najciekawsze wpisy, aby zwiększać liczbę wejść na stronę. W jakim celu? Jedni chcą po prostu zwrócić na siebie uwagę, drudzy pragną podzielić się ze światem swoimi zainteresowaniami, a jeszcze inni robią to dla zysku. Im więcej wejść na stronę, tym więcej pieniędzy z reklam. Tak więc blogerzy dwoją się i troją dostarczając nam jak najwięcej nowych ciekawych notatek, konkursów z atrakcyjnymi nagrodami, prosząc jednocześnie o udostępnianie ich stron na portalach społecznościowych, aby zwiększyć ilość odwiedzin. Całe szczęście, że nie wszyscy mają takie samo

screenshot: Magdalena Szczepańska

podejście. Są jeszcze ludzie, którzy robią to dla siebie. I na takie blogi aż chce się wchodzić nie obawiając się reklam butów, kosmetyków i innego spamu zajmującego pół strony. Blogi to dla nas prawdziwa skarbnica wiedzy. Możemy tam znaleźć przepisy tak łatwe, że nawet takie kulinarne beztalencia, jak my, dadzą sobie radę. „Blogerki książkowe” opowiadają o nowościach wydawniczych, piszą recenzje i podpowiadają, po które pozycje warto sięgnąć. Zawsze chętnie doradzą jakąś ciekawą lekturę na długie zimowe wieczory. „Szafiarki” to grupa blogerek modowych, dla których cena nie jest wyznacznikiem jakości. Uczą robienia zakupów

w lumpeksach i tworzenia z nich niepowtarzalnych stylizacji. Poradzą, jak tchnąć drugie życie w stary sweter oraz jak ubrać się niedrogo, lecz efektownie. Może to kogoś zdziwi, ale prowadzenie bloga to zajęcie nie tylko dla kobiet. Spotkałyśmy się już z wieloma stronami, których autorami byli mężczyźni. I nie mówimy tu o serwisach motoryzacyjnych, ale o kulinarnych i lifestylowych. Trzeba przyznać, że bardzo dobrze im to idzie, co potwierdza ilość odwiedzin i pozytywnych komentarzy. Nie zauważyłyśmy też żadnego limitu wiekowego. Wystarczą dobre chęci i konsekwencja w prowadzeniu strony, bo czytelnicy lubią systematycznie dodawane posty. Swoje własne miejsce w sieci ma też wielu znanych i lubianych celebrytów, dziennikarzy oraz polityków. To ich sposób na to, żeby być bliżej ludzi. Pokazują, że cenią sobie ich zdanie. Dzieląc się przemyśleniami na różne tematy i pozwalając je na bieżąco komentować zyskują sympatię i zaufanie czytelników. Tak więc blogerem może zostać każdy, kto pragnie się podzielić z innymi swoją pasją w Internecie. Powodzenia!

Magdalena Szczepańska Monika Krępska


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 4, zima - wiosna 2013

Mikrohobby

Mikroblog to skrócona i bardziej zwięzła wersja tradycyjnego blogu. Składa się on przede wszystkim z krótkich wiadomości tekstowych (do 140 znaków). Komunikaty mogą dotyczyć pojedynczych spostrzeżeń, zawierać odnośniki do stron internetowych, użytkownicy zamieszczają materiały wideo, zdjęcia, komentarze do innych blogów lub aktualizację statusów, co internautom jest znane z portalu społecznościowego Facebook. W większości przypadków wiadomości wysyła się za pomocą smartphone’ów i laptopów. Ich odbiorcami są osoby obserwujące tzw. followers, które same wyraziły chęć otrzymywania postów. Najsłynniejszym mikroblogiem jest Twitter, na którym zamieszczane powiadomienia noszą nazwę tweetów. W Polsce największą popularnością Twitter cieszy się wśród polityków. -Twitter jest dla polityka pomocnym, choć czasami także ryzykownym narzędziem umożliwiającym szybką reakcję na wydarzenia zarówno w świecie realnym, jak i w świecie medialnym- napisał Radosław Sikorski w kwartalniku „Nowe Media”. Jego nieodpartą zaletą pozostaje na pewno szybkość – od zawsze dobrze znana cecha Internetu, jednak przepływ informacji podanej w formie

tweetu rozpowszechnia się prawie z prędkością światła. Stąd też Twitter stał się ulubieńcem polityków, którzy dzięki niemu mogą szybko zareagować na nieprawdziwą informację, wyrazić swoje zdanie czy zamieścić sprostowanie. -(Twitter)… jest narzędziem umożliwiającym sprawne zajęcie stanowiska. Buduje społeczność osób zainteresowanych określonymi tematami. Jest też pomocnym narzędziem dialogu ze światem mediów- pisze dalej Sikorski. Twitter jako mikroblog jest przeznaczony dla osób, które mają do powiedzenia coś ciekawego i potrafią to uczynić w lapidarnej formie, co jest powiązane z retwittowaniem postów przez followersów. W ten sposób buduje się autorytet oraz zdobywa zaufanie użytkowników. Jest on także pomocny przy osiąganiu postawionych sobie celów, jak chociażby w przydatku polskiego ministra spraw zagranicznych i „wymuszenia” za pośrednictwem tweeta przeprosin w gazecie za artykuł zawierający elementy nieprawdziwe. „Wymuszenie” okazało się skuteczne. -Twitter to dziś narzędzie dyplomacji. Jeśli istotne media światowe cytują mój wpis (…) pokazuje to, że dyplomacja publiczna stanowi większą część naszych

zdjęcie: www.cyberella74.com

W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z przeróżnymi strategiami obecności jednostek w społeczności wirtualnej. Mówię o strategii obecności, ponieważ działanie bez niej może się wiązać z bolesnymi skutkami, a na pewno nie zapewni już dobrego wizerunku. W oceanie dostępnych użytkownikom Internetu portali społecznościowych furorę pod względem mikroblogowania robi Twitter, a tweetowanie przyjmuje postać snobistycznego hobby.

działań- powiedział Radosław Sikorski. Wielu polityków oskarża się za uprawianie „polityki twitterowej”. Mam tu na myśli nie tylko Radosława Sikorskiego, lecz także Carla Bildta, ministra spraw zagranicznych Szwecji. W tym momencie należałoby zapytać o granicę pomiędzy otwartością i dostępem wszystkich obywateli do polityki, możliwość bycia „na bieżąco” chociażby dzięki Twitterowi, a jego wypaczeniem. Pisząc o wypaczeniu, przychodzi mi na myśl ślub Aleksandry Kwaśniewskiej z Jakubem Badachem i jego relacjonowanie krok po kroku, a nawet sekunda po sekundzie przez europosła SLD Marka Siwca. Jego słynne: „Tłum przed Katedrą gęstnieje... Małe opóźnienie, napięcie rośnie... Jest, są! Ojciec oddał dziecko Kubie... Celebruje Arkadiusz Nowak!... Kazanie free style – o miłości z wkładką muzyczną... Już po! Związek zawarty... Pierwszy pocałunek bez grzechu” obie-

gło – nie przesadzając – cały świat. No, może tylko Polskę, ale i tak odbiło się w niej szerokim echem, pomimo że paparazzi i reporterzy tablodiów nie dostali zaproszenia na ślub i wesele córki byłego prezydenta RP. Wystarczy spojrzeć na użytkowników Twittera, by się przekonać, ilu wśród nich pochodzi ze świata showbiznesu. Na tej podstawie można wysnuć wniosek, że tweetowanie stało się współczesną formą spędzania wolnego (?) czasu, która towarzyszy tweetującym 24 godziny na dobę... Jest to swoiste mikrohobby, związane z nowym medium i w pełni odpowiadające czasom, w których wypadło nam żyć. Twitter to kolejny elektroniczny parawan, który odgradza ludzi od codziennych naturalnych kontaktów, rozpoczynających się zwykłym podaniem ręki na przywitanie...

Dominika Ojcewicz

11


Kącik Publicystyka historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

„Obiektywna” prowokacja dziennikarska We wtorek, 5 lutego 2013 roku, o godzinie 20.20 TVP1 w programie Tomasza Sekielskiego „Po prostu” emitowała reportaż pt. Osadzony nr 3/13. Całość materiału zamknęła się w niecałych 13 minutach i przedstawiła przygnębiający, a nawet zatrważający obraz polskich placówek dla uchodźców. Czy tak jest rzeczywiście? Endy Gęsina-Torres, dziennikarz „Po prostu”, zastosował prowokację i, udając zagubionego w Białymstoku Kubańczyka – Juana Gualberto Torres Tejera, dał się złapać tamtejszej policji, która skierowała go do Strzeżonego Ośrodka dla Cudzoziemców w Białymstoku. W ośrodku tym, jako osadzony nr 3/13, spędził prawie trzy tygodnie, które dały mu możliwość nakręcania ukrytą kamerą rozmów z innymi uchodźcami. Po ujawnieniu prawdziwych personaliów, decyzją sądu wypuszczono dziennikarza na „wolność”. Kwestią sporną między osadzonymi a strażnikami zdaje się być czyszczenie toalet, rasizm, reżim oraz wszechobecna... nuda. -Szósta rano, słyszysz gwizdek. O 9.00 idziesz na śniadanie i później cały dzień czekasz na obiad. Po obiedzie czekasz na kolację i po kolacji czekasz na koniec dnia. Później śpisz i znowu taki dzień. Gdyby tam nie było biblioteki na przykład, to nie wiem, jak by to się dla mnie skończyło- mówi 23-letni Jarek, Białorusin, który w ośrodku w Białymstoku spędził dwa miesiące. Rozrywką dla osadzonych jest tylko oglądanie polskiej telewizji i granie w piłkarzyki. O 19.00 zmiana warty, a już od 22.00 cisza nocna. Wiele do życzenia pozostawia według autora reportażu

12

Strzeżony Ośrodek dla Cudzoziemców w Białymstoku także sam charakter placówki, która ma dużo wspólnego z więzieniem. -Oni nie widzą w tobie człowieka. Oni widzą po prostu element kryminalny, nic więcej- dodaje. Na podobieństwo tego miejsca do więzienia wpływają także kraty w oknach, na zewnątrz wysoki mur z drutem kolczastym, całodobowy monitoring, sposób przeprowadzania rewizji osobistej oraz określony czas na posiłki i godzinny spacer. -Nikt się nami tu nie interesuje. Nikt. (…) Nie lubią cudzoziemców. Nie lubią ludzi o brązowym czy czarnym kolorze skóry (…) To jest jak więzienie. Wsadzają nas tu, jakbyśmy byli przestęp-

cami. To nawet gorsze niż więzienie. Powiedz, proszę, jaka jest różnica?- pyta jeden z osadzonych. Placówka działa na wzór carskich koszarów z XIX wieku. Na parterze znajduje się dyżurka, depozyt, gabinet lekarski, stołówka oraz izolatki. By przedostać się na pierwsze piętro, na którym jest recepcja, pokój telewizyjny, miejsce do ćwiczeń, łazienki i pokoje cudzoziemców, trzeba najpierw przejść przez potężne kraty. Osadzonego nr 3/13 umieszczono w pokoju wraz uchodźcami z Bangladeszu. -Musimy sprzątać toalety, łazienki i korytarze. Toale-

Fot. Kadr z reportażu „Osadzony 3/13”

ty są bardzo brudne- mówią współmieszkańcy dziennikarza. Sytuacja ta była bodźcem do strajku głodowego Gruzinów i Ormian w czterech placówkach strzeżonych. W Białymstoku strajkujących było najwięcej. Osadzeni twierdzą, że ich strajk został stłumiony za pomocą przemocy fizycznej strażników, czemu zaprzecza ppłk Andrzej Maksimiuk, naczelnik strzeżonego ośrodka w Białymstoku. Rzecznik MSW, Małgorzata Woźniak, twierdzi, że niedopuszczalne jest to, by osadzeni mieli sprzątać po sobie toalety – za to powinny być odpowiedzialne firmy sprzątające. Po-


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Dominika Ojcewicz

GROSZ DO GROSZA Wiem dobrze, jakiego rodzaju niepokój mogła odczuwać Wisława Szymborska, tworząc tekst swojego przemówienia noblowskiego. Kiedy przychodzi pomysł powiedzenia czegoś, co w naszym przekonaniu jest nowe (a niekoniecznie musi takim być w istocie) i niesie ze sobą jakąś świeżość, człowiek musi zdecydować się na formę, w jaką zamknie myśli. Nie jest to skądinąd zadanie proste. Ta sama treść ujęta w różne ramy może w inny sposób otwierać horyzonty myśli w odbiorcy. Mówiąc o moim zrozumieniu niepokoju Szymborskiej, mam na myśli to, że była ona niepocieszona „utratą” konceptu, na którym oparła treść swojego przemówienia noblowskiego, a w ten sposób pozbawiła się już niejako możliwości powiedzenia tego samego w wierszu. Jako że zdarza mi się podejmować nieudolne próby poetyckie, stanęłam niedawno przed dylematem: powiedzieć o czymś w wierszu czy w felietonie. Nigdy taka wątpliwość nie zostanie odpowiednio rozstrzygnięta, bo rezygnując z ujęcia myśli w formę wiersza, pozbawiamy temat jakiegoś blasku, którego dodają wersy i strofy (ale być może to tylko moja subiektywna impresja). Mój niedawny dylemat znalazł swoje rozwiązanie na korzyść zdań z kropkami, bez podziału na strofy. A rzecz, której dotyczy, pozornie błaha, przyprawiła mnie o całą gamę przemyśleń. Oto bowiem miałam niedawno w rękach polską monetę o nominale 1 grosza pochodzącą z 1812 roku, tak kruchą, że aż zabezpieczoną folią. Trzymałam ją w dłoni, a przez moją głowę przechodziły dziesiątki

Tę monetę mogli posiadać rówieśnicy pradziadków moich pradziadków historii dawnych jej posiadaczy; i być może przymiotnik „niezwykłe” do tych historii dodała tylko moja wyobraźnia, ale fakt, iż tę monetę mogli posiadać rówieśnicy pradziadków moich pradziadków czyni ją niezwykłą w sensie obiektywnym. Pomyślałam, że prawdopodobnie 200 lat temu ten 1 grosz mógł mieć inną wartość niż teraz, gdy jest obiektem niewzbudzającym zainteresowania, bywa omijany, gdy leży na ulicy, niechciany przy kasach w supermarketach. Może ktoś dwa wieki temu zapłacił nim za okru-

zdjęcie: www.wikipedia.pl

zostaje także do rozwiązania problem znajomości języków obcych pracujących w ośrodkach strażników. -To dla nas bardzo trudne. Nie jesteśmy Polakami, jesteśmy zamknięci, więc jak możemy zrozumieć wasz język?- pyta jeden z osadzonych. W Polsce, poza Białymstokiem, działa jeszcze pięć takich ośrodków: w Krośnie Odrzańskim, Kętrzynie, Białej Podlaskiej, Przemyślu i Lesznowoli. Czy w każdym z nich sytuacja osadzonych wygląda tak samo, jak zostało to przedstawione w materiale telewizyjnym? Zastanawia także fakt, że w programie nie pokazano drugiej strony – nie ma ani jednej rozmowy z którymkolwiek ze strażników. Dodany na końcu fragment o mobbingowaniu strażników przez cudzoziemców też ma się nijak do obiektywności, biorąc pod uwagę 12 minut materiału o złym traktowaniu osadzonych i jedynie krótkiej wzmiance pod koniec reportażu na temat szykanowania strażników przez uchodźców. Owszem, cudzoziemcy przebywający w takich placówkach nie zawsze są przestępcami, lecz nie zapominajmy o tym, że przebywają nielegalnie na terytorium Polski, a więc – niezgodnie z prawem. Nie każda placówka ma także fundusze na zatrudnianie zewnętrznych firm sprzątających, a z toalet w placówce korzystają przede wszystkim osadzeni, więc rzeczą naturalną wydaje się, że to oni powinni przede wszystkim dbać o porządek i czystość w łazienkach. Wystarczy, by każdy sprzątał po sobie. Całość placówek jest opłacana z pieniędzy podatników. A są to przecież ośrodki tymczasowego pobytu, a nie luksusowe hotele.

Nr 4, zima - wiosna 2013

szynę chleba, za kilka kropel wody, może dziecko kupiło za ten właśnie grosz upragnionego cukierka? Można mnożyć przypuszczenia, prawdopodobieństwa i możliwości. Ta moneta pozostanie martwym wehikułem, który milczy o swojej historii. Chciałabym, żeby nowy błyszczący grosz, na którym dziś pozostawiłam moje linie papilarne, w roku 2212 również wzbudził w kimś zainteresowanie, choćby chwilowe.

Aleksandra Pikała

13


Kącik Publicystyka historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Moja daleka znajoma dostała ostatnio e-mail z proś bą o pomoc od dalekiego kuzyna, którego do tej pory nie znała. Podobno przebywa on w Nigerii i ma jakieś problemy. Prosił o pieniądze, które mogłyby mu ułatwić powrót do domu. Koleżanka, jako że ma bardzo rozwiniętą empatię, nie mogła pozostawić biedaka na pastwę losu. Jednak, zanim rozpoczęła zbiórkę gotówki (chodziło w końcu o całe 4 tysiące polskich złotych), postanowiła się upewnić czy naprawdę ktoś taki jest członkiem jej rodziny. Chłopak, starając się uwiarygodnić swoją historię i udowodnić pokrewieństwo, podał trochę danych, wysłał zdjęcia z dzieciństwa, a nawet opisał szczegółowo kilka wydarzeń z jej życia prywatnego! Po dłuższych poszukiwaniach, wielu telefonach, odnowieniu kontaktów z rodziną rozproszoną po całym świecie, odkryła, że nikt taki nie istnieje. Jej szczęście, że wyżej od empatii ma rozwiniętą intuicję. Zastanowiło mnie, skąd jakiś obcy człowiek mógł o niej wiedzieć tyle rzeczy? Błyskawicznie wpadłam na rozwiązanie. Wszystko łączy się z pewnym portalem społecznościowym – Facebookiem. Szybko weszłam na swój profil i uświadomiłam sobie, że taka sytuacja mogła spotkać również mnie, gdyż sama zamieszczam informacje na stronie, która jest dostępna dla każdego człowieka. A nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie monitora. Na punkcie Facebooka oszalało już ponad pół miliarda ludzi. Często słyszę, że jeśli ktoś nie ma „fejsa”, to nie istnieje. A po prostu pewnego dnia Mark Zucker-

14

zdjęcie: Zoriana Michalik”

FaceBÓG

berg w oparciu o swoje umiejętności, postanowił stworzyć swoją wizję świata. Trochę przerażającą wizję. Większość użytkowników portalu nie ma pojęcia, że roi się na nim od spamowych profili, czyli wirtualnych profili o fałszywych danych osobowych, zdjęciach i życiorysach. Niektóre firmy wykorzystują je w celach marketingowych, żeby badać potencjalnych konsumentów oraz wpłynąć na ich wybór produktów. Przecież bardziej wiarygodny jest Tomek, mówiący o świetnym artykule, niż reklama w telewizji. Jest to mechanizm, któremu większość z nas poddaje się całkiem nieświadomie. A co, jeśli takie procesy zaczną wykorzystywać terroryści albo sekty? Reguły funkcjonowania Facebooka są bardzo niewyraźnie nakreślone. Regulamin, którego i tak prawie nikt nie czyta – ciągle się zmienia. Najczęściej bez naszej wiedzy. A jeśli potrzebne jest nasze potwierdzenie, to i tak w większości bezmyślnie klikamy „ok”. Okazuje się na przykład, że nasze konto może zostać zablokowane, bądź może zniknąć z dnia na dzień. Wystarczy, że kilka osób zgłosi swoje zastrzeżenia do jego treści lub formy jego prowadzenia. Nie ma odwoła-

nia od decyzji usunięcia. Istnieje też wysoce rozwinięta cenzura. Jako „szarzy” użytkownicy możemy tego nie zauważać, ale wiele osób mających profile publiczne po obrażeniu w jakikolwiek sposób Facebooka, zostało postawionych w stan oskarżenia o zniesławienie. Płacili oni wysokie odszkodowania za zwykłą zmianę statusu bądź zdjęcia ze śmiesznymi sytuacjami z Facebooka. Osobiście nasuwa mi się porównanie do powieści „Rok 1984”. George Orwell opisał w niej świat, w którym życie człowieka jest całkowicie podporządkowane wszechpotężnej władzy, a kodeks karny uproszczony do niezbędnego minimum – podejrzany jest winny, kara to tzw. ewaporacja, czyli całkowite unicestwienie, oprócz egzekucji ofiara jest też wymazywana z historii. Wszystkie wzmianki o osobie ewaporowanej są niszczone lub zmieniane, a mówienie o niej jest karane również ewaporacją. Zuckerberg stworzył swoją wizję świata, wirtualnego świata, w którym przyjął rolę Wielkiego Brata, wszechmocnego i panującego nad jednostką w każdym aspekcie jej istnienia na tym portalu. Problemem dzisiej-

szego człowieka jest właśnie to, że nie potrafi rozróżnić życia realnego i wirtualnego. Dzieli się z obcymi osobami sprawami z życia osobistego, wręcz intymnego. Ludzie na swój własny sposób obnażają się. Dzień bez opisania innym, jak smakowała poranna kawa, jest dniem straconym. Również opisanie kłótni z partnerem jest sposobem na pokazanie mu swojego cierpienia czy swojej złości. Szkoda, że czyta o tym 200 innych osób. Nasze mechaniczne działania w przypadku Facebooka mogą doprowadzić do wielu problemów, nieświadomie robimy z siebie potencjalny cel badań wielkich koncernów, sprzedajemy swoje dane, nie wiedząc, gdzie i między kim one krążą. Każdy z nas może się spodziewać e-maila z prośbą o finansową pomoc dla kuzyna, kuzynki, brata czy siostry. Dlatego trzeba się mocno zastanowić nad tym, co publikujemy w Internecie. Ok, muszę iść zmienić status na Facebooku. Właśnie napisałam coś od siebie, więc wszyscy moi znajomi i cały świat za chwilę dowiedzą się o tym.

Zoriana Michalik


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 4, zima - wiosna 2013

Jestem spokojna. Nie reaguję Każdy z nas ma takie miejsce, do którego obiecuje sobie więcej nie wrócić, a nie mija tydzień i zjawia się tam, jak gdyby nigdy nic. Trochę jak z dietą „od jutra”. Albo nauką! „Od jutra zaczynam się uczyć. Postanowione!”. W obu sytuacjach to właściwie jutro nie nadchodzi. W moim przypadku tym miejscem jest lokal gastronomiczny z przepysznym jedzeniem i cenami na studencką kieszeń. Wydawać by się mogło – idealna miejscówka! Nic bardziej mylnego. Haczykiem jest kolejka do kas. A właściwie do kasy, jednej, mimo że są dwie. Jedynej czynnej kasy. Czepiam się. Przecież jeszcze nikt nie umarł od stania dwudziestu minut w kolejce (pomimo siedmiu osób przed sobą). Wyobrażam sobie kolejki w czasie PRL-u i rozpoczynam największy sprawdzian mojej cierpliwości. Jeszcze w progu biorę głęboki wdech świeżego powietrza (ponoć uspokaja)

i staję w kolejce bez końca. Staram się myśleć o wszystkim, oby tylko nie zainteresować się tempem obsługi klientów. Próbuję przypomnieć sobie, o czym zapomniałam, a co powinnam była pamiętać. Najpoważniejsze – jak zwykle nie oddzwoniłam do mamy. W głowie układam plan reszty dnia – rzeczy, które muszę zrobić dzisiaj, a które mogę odłożyć „na jutro”. Wymyślam wszystkie plusy i minusy wieczornej imprezy – „Tym razem kulturalna zabawa przy lampce wina! Ale kogo ja oszukuję? Znów wrócę o czwart…” – wtedy, moje zamyślenie przerywa życzliwa kobieta, która w swej irytacji postanowiła zahaczyć o mnie

,,Wyobrażam sobie kolejki w czasie PRL-u”

swoim łokciem, mówiąc: „Dość tego czekania!”. Ale przecież ja jestem spokojna. Wyrwana z rozmyślań zaczynam analizować rzeczywistość. Zastanawiam się, co za inteligent pomalował ściany na ciemnofioletowy, przez co pomieszczenie wydaje się jeszcze mniejsze, niż jest w rzeczywistości. Może w hołdzie owocom leśnym? Nie reaguję. Resztę uwagi zwracam na całą galanterię skórzaną znajdującą się w lokalu. Pani jedząca zupę ogórkową ma bardzo ładny zegarek ze skórzanym paskiem. Muszę sobie taki kupić. Koniecznie! I taką torebkę, którą ma dziewczyna płacąca wła-

zdjęcie: www.wikipedia.pl

śnie rachunek. I taki portfel, z którego wyciąga pieniądze. Jednak w momencie, w którym łapię się na tym, że mimowolnie przysłuchuję się rozmowie telefonicznej mężczyzny stojącego za mną i mogę wyrecytować listę produktów, „bez których ma nie pojawiać się w domu!”, zaczynam delikatnie martwić się o swój spokój. I kiedy moja cierpliwość jest na granicy wytrzymałości, a ja zaczynam przestępować z nogi na nogę, na całe szczęście przychodzi moja kolej. Słyszę „następny, proszę” i cała irytacja odchodzi w niepamięć – już składając zamówienie, uśmiecham się szczerze (naprawdę! w końcu to MOJA kolej). I mimo że widzę, jak kelnerka na karteczce zapisuje „nal+ jog+bez cz. porz.”, mam dziwne przeczucie... Nic to! Przecież myślę pozytywnie. Najgorsze za mną. Teraz tylko wystarczy poczekać na zamówione jedzenie. Odwracam głowę, żeby nie patrzeć z jakim zaangażowaniem robiony jest mój naleśnik. Wolę oszukiwać się, że z taką samą uwagą, jak tworzony był makijaż na twarzy kelnerki. Jest mój obiad! I choć widzę te ohydne granatowe bobki na moim talerzu, o które prosiłam, żeby ich nie było, nie reaguję. Dziękuję, biorę sztućce i siadam do stolika. Przecież i tak już tu nie wrócę.

Monika Zawadzka

15


Kącik Publicystyka historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Renesans prasy?

zdjęcie: www.guardian.co.uk

Koncern News Corporation, należący do Ruperta Murdocha, zamknął „The Daily” – pierwszy dziennik tylko na tablety. Z kolei amerykański przedsiębiorca, Warren Buffett, inwestuje w prasę codzienną. Gdzie zatem ten przepowiadany upadek prasy drukowanej?

Screenshot witryny brytyjskiej gazety The Guardian W 2011 roku ukazała się książka Bernarda Poulet’a „Śmierć gazet i przyszłość informacji”. Francuski dziennikarz zastanawiał się w niej nad skutkami zaniku znaczenia prasy drukowanej. Pisma papierowe może nie mają się najlepiej, ale jeszcze nie zniknęły doszczętnie. Na całym świecie redakcje walczą o przetrwanie, o każdego czytelnika. Coraz bardziej powszechne są zwolnienia wśród dziennikarzy i minimalizacja zespołów redakcyjnych (głównie ze względów finansowych). Z drugiej jednak strony wciąż

16

rozwija się komunikacja w Internecie. Codziennie przybywa odbiorców serwisom, tj. Facebook, który ma dzisiaj w Polsce ponad 9,6 mln* użytkowników. Jak w czasie cyfryzacji wszelkich danych mają zachować się właściciele tytułów prasowych? Rupert Murdoch, potentat medialny, nigdy nie bał się wyzwań. Nie złamała go nawet głośna afera podsłuchowa związana z „News of the World”. Murdoch, pomimo wieku, zdaje się być wydawcą „na czasie”. Wła-

ściciel News Corporation w lutym 2011 roku zaczął wydawać „The Daily”. Zaledwie w rok po ukazaniu się iPoda na rynku wystartowała gazeta tylko i wyłącznie dostępna na tabletach. Redakcję tworzyło ok. 170 dziennikarzy. W lipcu zeszłego roku zespół został jednak zredukowany. Według informacji „Guardian” straty tabletowego dziennika sięgały 30 mln dol. rocznie. W oświadczeniu koncernu można przeczytać: „Niestety, nie mogliśmy znaleźć wystarczająco dużego grona czytelników wystarczająco szybko, żeby przekonać się o tym, że tytuł będzie się utrzymywał na rynku na dłuższą metę”. Ostatni numer „iPadowego dziennika” ukazał się 15 grudnia 2012 roku. Nie wszyscy stracili pracę. Szczęściem w nieszczęściu okazało się wchłonięcie części redakcji przez amerykańskiego brukowca „New York Post” (również News Corporation). Podobnym eksperymentem jak wprowadzenie dziennika tylko na iPad, może okazać się w naszej polskiej rzeczywistości – system Piano. Jak się bowiem okazuje, co czwarty polski internauta słyszał o systemie płatnego udostępniania treści prasowych Piano, ale jedynie 1,4% wyraża zainteresowanie zakupem abonamentu. Taki również nie sprawdził się w Ameryce. Czy te wszystkie informacje nie zaprzeczają

* dane pobrane z http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ponad-9-6-mln-uzytkownikow-facebooka-w-polsce-demotywatory-najpopularniejsze

przepowiedniom Bernarda Poulet’a? W lipcowym numerze „Press”, w artykule Tomasza Deptuły, ukazała się informacja o Warrenie Buffett’cie i jego nowych inwestycjach w media. Na przekór doniesieniem i w pewnym stopniu własnym wypowiedziom (jeszcze w 2009 roku dawał do zrozumienia, że inwestowanie w prasę byłoby marnowaniem pieniędzy, bo to „ginący biznes”), multimiliarder kupił kilkadziesiąt gazet codziennych w USA. Jako inwestor giełdowy Buffett wielokrotnie działał na przekór trendom rynkowym i między innymi dzięki temu jest dzisiaj jedną z najpotężniejszych postaci na Wall Street. Według Deptuły, Buffett nie ma wątpliwości, że przyszłość opierać się będzie na łączeniu przychodów z wydań drukowanych i cyfrowych. Wiele jest sprzeczności w dzisiejszym świecie mediów. Zamyka się nie tylko wydania papierowe największych gazet (amerykański „Newsweek” po 79 latach ukazywania się na papierze), ale także tych przeznaczonych tylko na określone urządzenia. Sprzedaż prasy drukowanej systematycznie spada, ale też czytelnicy „nie garną się” do zakupu treści w sieci (Piano). Czy nastąpi renesans prasy? Niewątpliwie, ale w zupełnie innym wydaniu.

Martyna Zagórska


Nr 4, zima - wiosna 2013

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Kary brytyjskich uczelni 180 funtów za zakłócanie ciszy na wykładzie, 100 funtów za zaśmiecanie sal. Takie kary otrzymują studenci brytyjskich uniwersytetów. Wiadomość może niektórych trochę zadziwić. Jednak dla studentów szkół wyższych w Wielkiej Brytanii, to normalne. Dobrze wiedzą, że za złe postępowanie muszą płacić. Każda uczelnia ma własne stawki. Uniwersytet w Keele przestrzega studentów, że zapłacą od 125 do 500 funtów za przewinienia takie jak: palenie papierosów w budynku czy szykanowanie (nękanie, prześladowanie kogoś). Karę w wysokości 100 funtów otrzyma student Uniwersytetu w Leeds, jeśli zostawi nieporządek w sali. Jeżeli ktoś nie pojawia się na zajęciach, to Girton Collage, wymaga od niego zapłaty 15 funtów za każdą nieobecność. Za zakłócanie ciszy na wykładzie studenci płacą 180 funtów w Pembroke Collage. Pocieszające jest, że szkoły te dostosowują kwoty do sytuacji materialnej każdego żaka, który

zachował się nieodpowiednio. Jednak nie wszystkie uczelnie stosują kary pieniężne. Kolegium w Oxfordzie uważa, że lepsze są prace społeczne, takie jak sprzątanie łazienek. Dla bardziej zamożnych studentów płacenie kar to nie problem, ale dla biedniejszych już tak. Dlatego zdaniem władz uczelni takie rozwiązanie ma sens. Studenci, dla niektórych uniwersytetów mogą być niezłym źródłem dochodów. Niestety nie wiadomo ile pieniędzy wpływa na ich konto, ponieważ takie statystyki nie są sporządzane. Udało mi się jedynie znaleźć informacje na temat dochodów jednej z brytyjskich uczelni, które doty-

czyły przetrzymywania książek z biblioteki. Od 2005 roku wyniósł on 50 mln funtów. Zapytałam studentów UWM, co sądzą o tego typu sankcjach. Odpowiedzi były jednoznaczne – żaden z nich nie wyobraża sobie płacenia kar, za złe zachowanie na uniwersytecie. Myśląc stereotypowo – studenci są biedni, nie stać ich na wiele rzeczy, a już na pewno nie na to, żeby płacić za nieobecności, czy śmieci zostawione w sali. Kilka osób uważa, że wszyscy, którzy kształcą się na uczelniach wyższych, są porządni i niepotrzebne są u nas tego typu kary. Skoro jesteśmy już tacy „kulturalni i wspaniali”, to taki papierek w auli czy

przypadkowo rzucony niedopałek papierosa na chodnik, to pewnie po prostu zwykłe niedopatrzenie.

Dominika Peła

Kulturalny student zyskuje podwójnie

Według najnowszych badań przeciętny polski student ma takie pojęcie o kulturze jak górnik o agroturystyce, czyli żadne.

Statystyczny polski student odznacza się wysoką kulturą osobistą: 99,8 % studentów ustępuje staruszkom miejsca w autobusie; 91,1 % dziękuje za posiłek, zmywa po sobie naczynia w kuchni i nie podkrada niczego współlokatorom z lodówki (inna sprawa, że współlokatorzy też nic tam nie mają). Z kulturą studencką wiążą się takie zjawiska jak poezja śpiewana i masowa piesza turystyka górska. (Wikipedia)

Studencie, pora na zmianę wizerunku! Tym bardziej, że kulturalny może więcej. A jeśli się popisze (i to dosłownie),

to zyskać może podwójnie. O co chodzi? O to, że warto poznawać kulturę i sztukę. Okazję ku temu stanowią comiesięczne Uniwersyteckie spotkania ze sztuką organizowane przez Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Celem projektu jest zwrócenie oczu i myśli studenta na wartości wynikające z obcowania ze sztuką. Poruszane tematy oscylują wokół szeroko pojętego teatru, stąd mowa jest zarówno o literaturze jako tworzywie wyjściowym do pracy nad spektaklem, jak i muzyce, sztukach plastycznych, na rzemiośle aktorskim i warsztacie medialnym kończąc.

Podczas jednego ze spotkań został ogłoszony konkurs na recenzję dowolnie wybranego spektaklu z repertuaru „jaraczo-

wej” sceny. Prace można składać do dr Anity Frankowiak (zastępcy dyrektora IDziKS), pełniącej funkcję opiekuna merytorycznego Uniwersyteckich spotkań ze sztuką. Termin składania prac upływa 30 kwietnia. Wyniki zostaną ogłoszone podczas majowego spotkania w ramach cyklu. Na zwycięzców czekają nagrody.

Magdalena Bujewicz-Mydlak

17


Kącik Publicystyka historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Moją „maszyną” jest słownik poprawnej polszczyzny!

Mało kto jest świadomy, że kasjer musi dbać o dykcję. Przynajmniej ja wychodziłam z takiego założenia. Pracę poprzedzałam ćwiczeniami artykulacyjnymi. Wpadłam na ten pomysł po tym, jak zdarzało mi się mówić „dzień dobry” w sposób niedostatecznie głośny i wyraźny, by ciąg foniczny, który wydobywałam z ust, dotarł do mojego chwilowego rozmówcy w poprawnej formie dźwiękowej. Moje dość zniekształcone wersje powitania często kończyły się krótkim: „słucham?” lub uśmiechem oznaczającym zakłopotanie. Wtedy czułam pewnego rodzaju porażkę fonetyczną. Długo jednak nie zajmowałam sobie myśli fonetyką, ponieważ niespodziewanie (a w tej profesji nietrudno o zaskoczenie) musiałam wcielać się w rolę wspomnianego policjanta. Te małe śledztwa nawet mnie cieszyły. Pamiętam, że jacyś ludzie kupowali kiedyś kilka ogórków długich, które zważyli jako ogórki krótkie (wówczas te dwa rodzaje ogórków dzieliła różnica kilku złotych na jednym kilogramie), a po zdję-

18

ciu kilku warstw folii, ogórki długie okazały się cukinią (która wówczas była dwukrotnie droższa od podobnego do niej rodzaju ogórka!). Bardzo lubiłam wtedy informować „niczego nieświadomych konsumentów” o zaistniałej pomyłce. Z jakiegoś powodu ich niewerbalny przekaz komunikacyjny kazał mi i tak „wiedzieć swoje”. Zasadniczo planowałam jakoś owocnie spożytkować spędzony w markecie czas. Przerażało mnie to, że przez kilka godzin, w czasie tzw. „zmiany”, nie mam kontaktu ze światem, paradoksalnie. Początkowo zamierzałam spisywać zabawne sytuacje, których dostarczyła mi ta praca, a potem ujmować je w jakieś formy publicystyczne. Szybko jednak okazało się, że wolałam zapominać o tych doświadczeniach, a przynajmniej nie poświęcać im cennego czasu wolnego. Wszystkim, których dziwiło spotkanie mnie w tym miejscu w markecie, mówiłam, że ja tam tylko na chwilę i całkiem przypadkiem, że w drodze do redakcji pomyliłam drzwi. Na ile przekonująco

to brzmiało? Nie trzeba tęgich głów, by na to odpowiedzieć. Ale z jednego jestem zadowolona – ilekroć nadarzała się sposobność, byłam kasjerką-polonistką, co brzmi zgoła komicznie. Klient wymawiał na przykład słowo „transakcja” z bezdźwięcznym „s”, a ja – niby niezamierzenie i nieświadomie – poprawiałam jego wypowiedź, używając w kolejnym zdaniu już poprawnej formy. Pewna pani oznajmiła mi kiedyś, że „zepsuła mi się moja maszyna” (miała na myśli tzw. pin pad – czytnik kart bankomatowych). Na co ja, z nieukrywanym oburzeniem, odpowiedziałam (a pamiętam to doskonale!): „Proszę pani, moją >>maszyną<< jest słownik poprawnej polszczyzny! Nie – to urządzenie.”. Nie wiem czy brzmiałam dość przekonująco. Nie raz jeszcze walczyłam o poprawność językową, uczciwe ważenie towarów i swoją dykcję. Bywało, że oddawałam się marzeniom. Jak wtedy, gdy zapisałam na kawałku paragonu ten oto układ sensów(?): Chciałabym móc przebierać w słowach, li-

zdjęcie: www.flickr.com

Oczekiwanie w kolejce w hipermarkecie wcale nie musi być nudne. Wystarczy wytężyć wzrok i słuch, by stać się świadkiem szeregu absurdalnych sytuacji. Jeszcze więcej niemożliwie dziwnych, czasem śmiesznych, a niekiedy żałosnych i nieprawdopodobnych historii można zaobserwować, kiedy zajmuje się pozycję pierwszego ogniwa w kolejkowym sznurze. Był czas, w którym miałam szansę przekonać się, że bycie kasjerem łączy w sobie wiele innych profesji. Czułam się tam czasem dziennikarzem radiowym, czasem polonistą, niekiedy skrupulatnym policjantem, a innym razem terapeutą.

czyć je, pobierać za nie opłaty. Ludzie staliby w kolejkach po zdania, ci bogatsi mogliby pozwolić sobie na bardziej wyrafinowane konstrukcje. Chciałabym móc ingerować w wybory ludzkie, sugerować, proponować,poszukiwaćwespół z nimi odpowiednich układów, bardzo subiektywnych zdań, wypowiedzeń. Dobierałabym indywidualnie czasowniki i proponowałabym bogatą gamę przymiotników. W mojej kasie bogactwem nie byłyby pieniądze, ale umiejętność posługiwania się słowem.

Aleksandra Pikała


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Winylu, co z Tobą ?

Nr 4, zima - wiosna 2013 Kultura

Czarny, plastikowy krążek, potocznie zwany winylem, od ponad 120 lat stanowi utrwalony zapis opowieści rozmaitych gatunków muzycznych. Dziś, traktowany zarówno pogardliwie, jako stary, niechciany dinozaur, jak i entuzjastycznie, z poszanowaniem dla arystokratycznej formy zapisu audio. Zaawansowana technologia, mobilność, oraz łatwość dostępu do plików muzycznych, to czynniki, które przyczyniły się do spadku popularności oraz zdegradowania ambitniejszej formy odbioru muzyki, na którą mimo wszystko jest jeszcze miejsce. Telefon, czy iPod z niekończącą się pojemnością muzycznej biblioteki, nadal pozornie stoi ponad starym, trzeszczącym winylem. Czy nie lepiej jest trzymać w ręku kilka wymarzonych płyt winylowych, niż pięćset utworów na odtwarzaczu, w których gąszczu i tak gubimy się na co dzień? Czy obcowanie z muzyką nie jest bardziej wartościowe, gdy w odbiór włącza się wszystkie zmysły? Pomijam słuch, jako kwestię priorytetową. Niejeden powie, że analogowy zapis mono stoi gdzieś w tyle za CD, czy MP3, lecz z pewnością nie wie o tym, że popularna empetrójka to nic innego, jak skompresowana wersja tego, co mogłoby być wytłoczone na winylu bez ucinania pasma, czy pozbywania się często znaczących niuansów. Spoglądając na półkę pełną winyli, słuchacz, niekoniecznie meloman, czy audiofil, chociaż często idzie to ze sobą w parze,

zdjęcie: www..wikipedia.en

W dzisiejszej erze cyfrowej, nawet kompakty powoli odchodzą na bok. Powodem jest łatwy dostęp do MP3. Szybciej, taniej, według niektórych za darmo. Co w takim razie z winylem ? Skazany na emeryturę, a może wciąż doceniany i kochany?

Czy jesteś za analogiem?

czuje zapach wysłużonych już papierowych okładek swoich płyt. Jednak zmysł węchu nadal domaga się czegoś. To zapach winylowego dysku, który kryje w sobie pewną tajemnicę. Wzrok również bierze czynny udział w muzycznym rytuale. Oprócz klasycznego, czarnego koloru płyty winylowej, producenci potrafią wytłoczyć je w różnych kolorach, od bezbarwnego, przez żółty, czerwony, kończąc na tęczowych wzorach. Taka inicjatywa czyni płytę gramofonową atrakcyjną, kolekcjonerską, a przede wszystkim wyjątkową, którą samo posiadanie jest zaszczytem. Dodatkowo do płyt winylowych dołączane są książeczki z tekstami, plakaty, które mogą uatrakcyjnić odsłuch swojego ulubionego wykonawcy.

W przypadku MP3, nie da się tego doświadczyć. Pliki muzyczne to sam dźwięk, bez dodatkowych wrażeń organoleptycznych. Co mamy zrobić, jeżeli nasz ulubiony album, zazwyczaj wydany niedawno nie pojawił się w wersji na winylu ? Cóż, zostaje nam CD, lub empetrójki. Co jeszcze odróżnia czarne płyty od epoki cyfrowej ? To, że nie ma możliwości przeskakiwania pomiędzy utworami jednym przyciskiem. Zmusza nas to często do przesłuchania po drodze utworów, prowadzących do tego jedynego, ulubionego. Może to i dobrze. W ten sposób winyl zachęca do poznania, polubienia tego, co byśmy ominęli, słuchając płyty w odtwarzaczu. Gramofon nie posiada również funkcji przewijania. Wadą

na pewno to nie jest. Wysokie koszta płyt, sięgające nawet do kilkuset złotych za pierwsze tłoczenia i limitowane edycje, odpowiedni sprzęt oraz miejsce do przechowywania winyli, stanowi często przeszkodę w obcowaniu z gramofonowym dziełem sztuki. Może by tak przejść się do antykwariatów, czy giełdę muzyczną, organizowaną przez większe miasta, gdzie można znaleźć rarytasy za rozsądną cenę?. Pamiętajmy jednak, że posiadanie winyli nie czyni nas melomanami, którymi jest się wewnątrz, nie na zewnątrz. Imponujące kolekcje płyt mogą jedynie przypieczętować naszą pasję do muzyki oraz szacunek do artysty.

Wojciech Margula

19


KącikKultura historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Muzyczne Tour de Pologne

Tylko który? Tyle ich teraz odbywa się w naszym kraju, że przeciętnemu człowiekowi trudno to zliczyć. Tym bardziej ciężko, byłoby napisać o nich wszystkich. Zatem niniejszy artykuł zawierać będzie przegląd tylko kilku, według autora najistotniejszych festiwali, jednak nie ujmując przy tym całej reszcie. Wakacyjną podróż rozpoczynamy rzecz jasna w Gdyni. 3-6 lipca to czas, kiedy Trójmiasto przeżywa prawdziwą nawałnicę przyjezdnych z kraju i zagranicy. Powód jest jeden i jest nim najbardziej znany polski festiwal – Heineken Open’er Festival. Impreza zrodzona w 2002 roku w Warszawie przeszła obecnie długą drogę, aby stać się aż tak popularnym i lubianym festiwalem w całej Europie. Gwiazdy, jakie grały na Open’erze do tej pory, to sama ścisła elita światowej muzyki, co najlepsze – nie zamykająca się w żadnym gatunku. Mieliśmy dotychczas rap w postaci Snoop Doga czy Cypress Hilla, elektronikę w wykonaniu Fatboy Slima czy też Beastie Boys lub klasyczne pop gwiazdy pokroju Prince lub Jay-Z. W tym roku głównymi gwiazdami Open’era będą Arctic Monkeys, Blur, Queens of the Stone Age, Kings of Leon. A oprócz nich wiele innych. Ta edycja festiwalu z pewnością przyciągnie ko-

20

zdjęcie: www.via-mistica.deviantart.com

Najwyższy czas zacząć zastanawiać się, jak rozpuścić w wakacje całą kasę, tak skrzętnie teraz odkładaną! Czy wybrać wycieczkę w odległy region Polski, sztampowo – nad morze lub w góry? Czy może imprezować, aż pieniądze samoistnie się ulotnią? Niektórzy z pewnością będą obstawać za nakarmieniem swojej duszy odrobiną kultury lub za inną formą samorozwoju. Pytanie – czy da się to połączyć? Jasne, że tak! Wystarczy wybrać się na choć jeden festiwal muzyczny w Polsce!

Popołudniowy chillout na Heineken Open’er Festival lejne rzesze fanów. Ciężko jednak nie odnieść wrażenia, że impreza idzie trochę w stronę fabryki mamony, zwabiając brytyjską młodzież zatrzęsieniem muzyki w stylu british rocka, tak popularnego wśród młodych Anglików. Faktem jest, że gdyński festiwal odwiedzają tysiące gości z Wielkiej Brytanii i jest to bardzo miłe, jednak w tej edycji brakuje odrobinę zespołów prezentujących nieco bardziej różnorodny styl muzyki. Na całe szczęście, lista gwiazd nie jest jeszcze zamknięta, więc nie ma się co martwić na zapas, a i tak pewnie festiwal uratują

nieznane zespoły będące nowymi odkryciami. Niemniej, na lotnisku w Gdyni zostawimy pokaźną sumę pieniędzy – 470 zł za 4 dni muzyki. Aby skusić jeszcze więcej osób, posiadacze karnetów będą mieli bonus w postaci bezpłatnego wejścia 7 lipca na koncert barbadoskiej gwiazdy – Rihanny, odbywający się w tym samym miejscu co Heineken Open’er Festival. Warto? Alternatyw jest cała masa. Przenieśmy się teraz do stolicy. Impact Fest odbywa się 4 i 5 czerwca na warszawskim lotnisku Bemowo. Festiwal lekko dwulicowy. Z

jednej strony ciężkie dźwięki metalowe 4 czerwca, a z drugiej indie rockowe grane dzień później. Dwie główne gwiazdy festiwalu to niemiecka formacja Rammstein w dzień pierwszy oraz 30 Seconds to Mars dnia następnego. Oprócz nich na scenie zobaczyć będzie można Korn z nowymi utworami zakrapianymi dubstepem oraz prawdopodobnie byłym gitarzystą Headem, Paramore – młodą gwiazdę sceny amerykańskiej, Slayer, Asking Alexandria oraz rodzimego Behemotha. Cała przyjemność wyniesie nas 330 zł za miejsce na płycie. Początek


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka czerwca będzie z pewnością czasem, kiedy Warszawa stanie się polską stolicą ciężkiego brzmienia. Jednak nie tylko metalem człowiek żyje... Pozostając nad Wisłą nie można nie wspomnieć o tegorocznej odsłonie Orange Warsaw Festival trwającej dwa dni – 25 i 26 maja. Jak do tej pory znamy tylko jedną gwiazdę tego wydarzenia muzycznego. Jednak jej nazwisko jest tak elektryzujące, że starczy, aby zwabić ludzi do zakupu biletów. Beyoncé. Pierwszy raz w Polsce „Superstar” będzie miała przyjemność dawać koncert i to od razu wielkie „The Mrs. Carter Show” – jak nazwała swoją trasę koncertową. Mimo że jest jedyną z ujawnionych dotychczas gwiazd, organizatorzy już przestrzegają o szybkim tempie wyprzedawania się biletów. Dwudniowy karnet kosztuje w tym roku 299 zł na płytę – i to nie byle jaką, bo Stadionu Narodowego. Można jednak z łezką w oku wspominać czasy, kiedy Orange kosztował 79 złotych i za tą śmieszną kwotę można było zobaczyć Moby’ego, Jamiroquai, Plan B i Skunk Anansie na raz. Inflacja jednak nie odpuszcza jak widać również fanom muzyki… Podróżując po festiwalach nie można nie zatrzymać się w Płocku na plaży nad Wisłą między 26 a 28 lipca. Idealne miejsce do odpoczynku w wakacje lub też do nasiąknięcia potężną dawką elektroniki na Audioriver! Jak dotąd odkrytych zostało kil-

zdjęcie: www.flickr.com

ka gwiazd, między innymi islandzki GusGus. Spodziewana jest w tym roku nowa płyta tego zespołu, więc jest szansa, że muzycy z Rejkiawiku zaprezentują nowy materiał. Fanów elektroniki zapewne wprawi w zachwyt również Netsky, belgijski muzyk, który po raz pierwszy wystąpi z żywym zespołem dopełniającym jego laptopowe show. Fani techno będą mogli szaleć przy rytmach Jeffa Milsa, a miłośnicy bujania się w rytm R&B przy włoskim duecie Tale of Us. Stawkę na razie uzupełnia wrocławska formacja Oszibarak. Co ciekawe, organizatorzy nie rozpoczęli jeszcze sprzedaży biletów, jednak koszt będzie wahał się z pewnością w okolicach 200 zł. Trzydniowy wywczas na plaży z masą tanecznej muzyki prawdopodobnie jest tego wart. Śląskie klimaty mogą kojarzyć się albo z kopalniami i gołębiami, albo z festiwalem Tauron Nowa Muzyka. W zasadzie mamy i to i to, gdyż festiwal rozgrywany jest na terenach starej kopalni węgla kamiennego. Od 2006 roku na Tauronie usłyszeć można muzykę od jazzu do techno z uwzględnieniem rapu, elektroniki, dance’u czy house’u. Amon Tobin, Falying Lotus czy Bonobo to tylko część gwiazd, która odwiedziła do tej pory Katowice. W tym roku ujawnionych zostało już kilka ciekawych propozycji, takich jak Jimmy Edgar, Dawn Day Night i Jets. Interesującym wydaje się być

Nr 4, zima - wiosna 2013 występ południowoafrykańskiej raperki Gnucci, która dopiero niedawno rozpoczęła karierę. Polskim akcentem - jak na razie -jest zespół robiący nieprawdopodobne postępy w przeciągu ostatnich dwóch lat, mianowicie Kamp!. Formacja świetnie wpasuje się w klimat „górniczego” festiwalu. Za dwa dni zabawy, 23 i 24 sierpnia organizatorzy żądają 130 zł. Być może odpoczynek od morza i gór w wakacje to dobry pomysł, a opary unoszące się nad Śląskiem będą w tym okresie jedynie oparami pozytywnej energii płynącej z Tauron Nowa Muzyka. Skrzętnie omijana Wielkopolska kusi nas jak zwykle Maltą. Malta Festival rozpocznie się 24 czerwca i zakończy 29. O tej imprezie można mówić wiele. Jest to połączenie festiwalu filmowego, artystycznego oraz muzycznego. Dla melomanów w tym roku przewidziany jest koncert niemieckiej grupy Kraftwerk z show wykonanym w 3D. Prekursorzy muzyki elektronicznej prezentują zadziwiająco dobrą formę jak na swój wiek i ciągle szokują kreatywnością, sięgając po nowinki techniki. Koncert odbędzie się 28 czerwca, a cena biletu to 198 zł. Nie jest to tania przyjemność, ale z pewnością cyfrowe show jest tego warte. Jak na razie tegoroczna edycja Sonisphere owiana jest tajemnicą. Po sukcesie ubiegłorocznego koncertu Metallica, w tym roku speku-

lanci obstawiają pojawienie się System of A Down i Pearl Jam. Gwiazdy krakowskiego Coke Live Music Festivalu nie są jeszcze znane, podobnie jak headlinerzy Selectora (o którym wiadomo jedynie, że nie odbędzie się jak w ubiegłym roku w Krakowie). Pominięcie również festiwali z mniejszą ilością zagranicznych supergwiazd, takich jak: Jarocin, Seven Festiwal, Off czy Rocket byłoby grzechem. Festiwale te żyją swoim życiem i goszczą równie wielkich artystów, głównie ze sceny polskiej. Nie można nie wspomnieć jeszcze o Woodstocku, który dopiero powoli ujawnia gwiazdy największej imprezy rockowej w Polsce. Jedynie miłośnicy muzyki hip hop i rap mogą czuć się lekko zawiedzeni brakiem wielkiego festiwalu z gwiazdami pokroju DMX. Albo muszą udać się za czeską granicę do Hradec Králové pod koniec sierpnia albo czekać z niecierpliwością na program Mazury Hip-Hop Festiwal Giżycko. A nuż kimś zaskoczy? Po zwiedzeniu Polski od morza aż po Tatry i po wydaniu około 2000 złotych, podróż po festiwalach dobiega końca. Fani muzyki nie mają się co martwić o nudę w to lato. Można zatem z czystym sumieniem zacząć planować festiwalowe tourne, odkładać pieniądze do skarbonki i obiecywać sobie, że na pewno pojedzie się na wszystkie możliwe koncerty. Powodzenia!

Monika Zawadzka

21


KącikKultura historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Hansel i Gretel: łowcy tandety

„Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” opowiada historię dwójki rodzeństwa, które 15 lat wcześniej pokonało czarownicę z piernikowej chatki. Ich życiową misją stało się likwidowanie czarownic i innych stworów. Czeka na nich zadanie, które zmusi ich do wytężenia i sprawdzenia swoich umiejętności - polowanie na Arcywiedźmę. Akcja filmu toczy się w XIX-wiecznej scenerii, bohaterowie ubrani w skórzane stroje, ganiają po mrocznych lasach, z arsenałem steampunkowej broni zabijając złe czarownice. Ot klasyczna opowieść o walce dobra ze złem. To tak naprawdę wszystko, co można powiedzieć o fabule „Hansel i Gretel”. Film nie zaskakuje widza. Nie ma w nim żadnego zadziwiającego zwrotu, co gorsza nie ma w sobie uroku lub „tego czegoś”, co jest niezbędne w filmach fantasy. A masa efektów specjalnych okraszona formatem 3D kipi przesytem. Przesady ciąg dalszy to groteskowo krwawe sceny i pełne przemocy jatki. Miejscami ma się takie same odczucia jak przy oglądaniu bardzo kiepskiego horroru, który zamiast straszyć - śmieszy albo obrzydza. Zdaje się, że poziom filmu mogli by podwyższyć grający w nim aktorzy. Nieste-

22

ty słabe i płytkie dialogi, nie dały im możliwości na pokazanie umiejętności. Główni bohaterowie są energiczni, walczą, strzelają, ale nie budzą jakichś szczególnych uczuć, czy emocji (zachwycić może jedynie kondycja aktorów: Jeremy’ego Rennera i Gemmy Arterton). Na tym tle wyróżnić można postać arcywiedźmy Muriel (w przejaskrawionej roli czarnego charakteru, z toną charakteryzacji na twarzy świetnie, odnalazła się Famke Janssen) oraz dowcip scenarzysty związany z nadaniem trollowi imienia Edward (co dla fanów kina fantasy jest oczywistą aluzją). Pozostałe postaci są dość przewidywalne, jednak nie można powiedzieć, żeby były źle zagrane, czy aktorzy nietrafnie dobrani. Miejscami film ratuje klimat, wzbogacony przez ponure plenery kręcone w Niemczech, które dodają obrazowi charakteru grozy i mroku. „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” posiada atrybuty marketingowe większości kasowych, wysokobudżetowych produkcji: reżysera z polotem, walczących o popularność aktorów, osadzonych w tytułowych rolach, ciekawy pomysł (życie bohaterów znanej bajki 15 lat później), efekty specjalne dodatkowo w formacie 3D. Jed-

zdjęcie: www.filmweb.pl

Hollywood, niebezpodstawnie nazywany „Fabryką Marzeń”, może każdego wznieść na szczyty kariery lub skutecznie doprowadzić do upadku zawodowego. Tym razem szansę otrzymał norweski reżyser Toomy Wirkola. Głosy na temat tego, jak wykorzystał możliwości (i pieniądze) przeznaczone przez duże studia (Paramount i MGM) na kontynuacje bajki o Jasiu i Małgosi oraz oceny filmu, są tak zróżnicowane, że przeciętny widz dwa razy zastanowi się czy wydać pieniądze na bilet do kina.

nak po obejrzeniu tego filmu ma się wrażenie, że coś z nim jest nie tak i czegoś mu brakuje. Moim zdaniem, gdyby „podciagnąć” go pod kategorię komedio-horrorów, dorzucić parę trafionych elementów czarnej komedii, byłby z tego konkretny film. W takiej postaci, bardziej postrzegam ten obraz jako wypełnienie luki na rynku filmowym po niedawnych adaptacjach „Czerwonego Kapturka” i „Królew-

ny Śnieżki”. Wydaje się, że film ten został stworzony na potrzeby wykreowania nowej mody po sukcesach kasowych takich hitów fantasy jak „Zmierzch”, czy „Harry Potter”. Trochę szkoda, że bajka z dzieciństwa, która budzi sentyment, stała się po prostu wyrobem „Fabryki Snów”.

Natalia Turulska


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 4, zima - wiosna 2013

Abstrakcja, absurd i groteska, czyli Perpetuum debile

Na początek ostrym riffem wchodzi utwór „Nie lubię to”, który jest szyderstwem z internetowych „ekspertów” oraz Facebooka. Następnie w orientalny klimat wprowadzą nas „Chiny” – kpina z rynku zalanego tanimi bublami rodem z Państwa Środka. Propozycją dogonienia ich gospodarki (bo na owych bublach Chińczycy świetnie zarabiają) jest… rozmnażanie się. „DUB czy tam dancehall” to piosenka o kapeli, która „wygra wszystkie festiwale” i nabija się z polskiego rynku muzycznego. Sam tytuł nagrania zdradza jaki gatunek muzyki reprezentuje. Nie zabrakło też utworów o imprezach, takich jak „Wódka czyli po wewnętrznej stronie spodni”. Na nowej płycie Łydka nie oszczędziła nawet pór roku! „Lato” szydzi z żałosności wakacji, a muzycznie zachęca do szaleńczego pogo pod sceną i machania głową w rytm gitar przy growlowanych okrzykach „Lato! Śmierć!”. Szóstą ścieżkę stanowi zdominowana przez klawisze, wyrapowana w styl Peji „Moja fujara”. Wbrew tytułowi nie chodzi tu o penisa, a o ślepe uwielbienie dla zagranicznych

muzyków i niedocenianie lokalnych artystów. Podobny temat porusza kolejny utwór, czyli „MTV” – bezlitosna drwina z wielbicieli najpopularniejszej na świecie stacji muzycznej. Przy tym utworze na koncertach widać jaki wpływ ma Łydka Grubasa na słuchaczy. Bo jaki inny zespół bez wysiłku zachęci publiczność do śpiewania „jestem podobny do gówna”? Drugą połowę płyty otwiera abstrakcyjna ballada „Podwodny świat”, po której słyszymy „Przejście dla pieszych” – krótką solówkę na perkusji. A potem mamy najmocniejszy punkt albumu, czyli „Świnię”, bezlitosną krytykę najgorszych cech Polaków: hipokryzji, ksenofobii i me-galomanii. Fani klasycznego rock and rolla w stylu Elvisa Presleya też znajdą coś dla siebie – kpinę ze znanego reżysera, który „bardzo, bardzo kocha dzieci”, czyli „Romański”. Ostatnie trzy utwory całkowicie różnią się między sobą, co nie przeszkadza w świetnej zabawie przy ich słuchaniu, zwłaszcza na koncertach. „Szatan w lesie” przypomina, że Łydka Grubasa zaczynała jako zespół meta-

zdjęcie: www.funkyimg.com

Łydki Grubasa nie trzeba specjalnie przedstawiać mieszkańcom Olsztyna. Czołowi szydercy lokalnej sceny muzycznej powrócili niedawno z drugim albumem zatytułowanym Perpetuum debile. Najnowsze dziecię ich wypaczonych muzycznych lędźwi (jak sami określają ów materiał) jest zbiorem 13 utworów piętnujących wszystko co najgorsze w otaczającym nas świecie. Co tym razem stało się obiektem krytyki naszych rockowych jajcarzy?

lowy, a „Gdzie jest krzyż” to cover tanecznego hitu wczesnych lat 90. – „It’s My Life Dr. Albana”. Zwieńczeniem Perpetuum debile jest „Rapapara” – skoczna piosenka o nietypowej miłości z Internetu, przez wielu uważana za najlepsze i najbardziej absurdalne dzieło olsztyńskiej kapeli. Perpetuum debile trzyma poziom i reprezentuje wszystko, co najlepsze w Łydce Grubasa. To album, który przy odpowiedniej promocji zrobiłby furorę na ogólnopolskim rynku muzycznym. Znajduje się tu wszystko czego może chcieć fan rocka i nie tylko. Materiał jest bogaty we

wstawki reggae, hip-hopowe czy metalowe. Łydka Grubasa wydaje swoje albumy bez patronatu żadnej wytwórni, więc próżno szukać krążka na sklepowych półkach. A jak można zapoznać się z ich nowym dziełem? Zespół umieścił wszystkie piosenki na YouTube jako playlistę oraz udostępnił cały album do darmowego ściągnięcia z ich oficjalnej strony www. lydkagrubasa.pl. Dlatego też, jeśli macie ochotę pośmiać się czy pomachać głową, przesłuchajcie tę płytę. A potem idźcie na koncert i rzućcie się w młyn pod sceną.

Tomasz K. Gołdyn

23


KącikKultura historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Pojedynek wyobraźni We współczesnych czasach przemysł filmowy niezwykle często inspiruje się literaturą. Można znaleźć wiele zekranizowanych książek – powieści przygodowych, romansów, lektur, czy nawet poradników. Jednak coraz ważniejsze staje się pytanie: Czy lepiej przeczytać książkę czy obejrzeć film? 24 lutego 2013 roku po raz kolejny zostały wręczone Nagrody Akademii Filmowej – Oscary. Zaskakujące jest, jak wiele z tych filmów nakręcono na podstawie książek. „Nędznicy”, „Lincoln” (aż 12 nominacji), „Operacja Argo”, „Bestie z Południowych Krain”, „Hobbit: Niezwykła podróż”, „Anna Karenina”, „Poradnik pozytywnego myślenia” oraz „Życie Pi” (11 nominacji). W zeszłym roku, też nie było tego mało – m.in. „Hugo i jego wynalazek”, „Spadkobiercy”, „Moneyball”, czy też „Służące”. Obserwacje te sprawiły, iż zaczęłam zastanawiać się, co jest lepsze: książka, czy film? I muszę przyznać, że jest to bardzo trudne pytanie, ponieważ uwielbiam czytać. Ale jeszcze bardziej lubię, jak ktoś zainspirowany lekturą postanawia stworzyć film, a ja mogę skonfrontować moje wyobrażenia z wizją innego człowieka. Niektóre książki są wprost stworzone na wielkie ekrany, a film sprawia, że stają się sławne. I wtedy coraz częściej można usłyszeć pytanie: „czytałaś/eś?” zamiast: „oglądałaś/eś?”. Zapytałam moich znajomych, czy wiedzą, że takie filmy jak: „Forrest Gump”, „Zielona Mila”, „Milczenie owiec”, „Fight Club”, „Skazani na Shawshank”, „Prestiż”, „Piękny umysł”, „Igrzyska Śmierci”, „Adwokat diabła” czy „Śniadanie u Tiffany’ego”,

24

powstały dzięki książkom. Najczęstszą reakcją było zaskoczenie. Zadziwiające jest, jak mało osób wie, że ich ulubione filmy zostały nakręcone na podstawie książek. Jak bardzo nieświadomie siadają one przed ekranem i chrupiąc popcorn, chłoną gotowe obrazki bez żadnych przemyśleń. A czy nie ciekawiej byłoby poszerzyć swoją wiedzę i móc porównać lekturę z jej adaptacją? Nie byłoby bardziej interesujące móc odkryć, jakie zmiany wprowadzili scenarzyści? Które sceny wymyślili, dlaczego zakończenie jest inne oraz czy główny bohater wygląda tak, jak go sobie wyobraziliśmy? Myślę, że do czytania zniechęciły nas lektury szkolne. Byliśmy zmuszeni zapoznać się z nimi, nawet jeśli nie były one interesujące z naszego punktu widzenia. Więc obejrzenie filmu było o wiele szybsze i często przyjemniejsze. Przebrnięcie przez całe „Ogniem i mieczem” było katorgą, zaś przed ekranem spędzało się tylko 3 godziny. Prosty wybór, szczególnie dla dziecka i nastolatka. Trudno jednak nie zauważyć, jak wiele tracimy tylko oglądając film. Reżyserzy często pomijają wątki, które są bardzo istotne w zrozumieniu całości. Często zmieniają też wydarzenia, bo z technicznego punktu widzenia – nie jest możliwe umieszczenie

zdjęcie: www filmweb.pl

w filmie całej historii. Możemy też być zawiedzeni, ponieważ wyobrażaliśmy sobie coś inaczej. Właśnie wyobraźnia odgrywa największą rolę w naszej ocenie. Bo czy jest coś piękniejszego od udanej wersji filmowej naszej ulubio-

nej książki? „Władca Pierścieni” zadowala w sumie większość i czytelników i widzów. Jest bardzo dobrze zrealizowany, co potwierdzają nawet najgorliwsi fani Tolkiena. Zaś przykładem nieudanej ekranizacji jest „Era-


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka gon”. Książka od początku do końca trzyma czytelnika w napięciu. Adaptacja filmowa zawiodła, ponieważ dużo wątków było wymyślonych, całkowicie odbiegających od rzeczywistości literackiej. Ponadto reżyser stworzył z tego coś na kształt filmu familijnego, co zniszczyło odczucie niezwykłej przygody. I najważniejsze - smok był brzydki. Z drugiej strony, kłamstwem byłoby, gdybym powiedziała, że żaden film nie był lepszy od książki. „Prestiż” w reżyserii Christophera Nolana wciągnął mnie na tyle, że postanowiłam poczytać ciekawostki na jego temat. I tu niespodzianka – jest książka! Pobiegłam do księgarni, kupiłam i jak najszybciej przeczytałam. Mocno się zawiodłam. W filmie pociągała mnie niesamowita magia, aura tajemnicy, której w lekturze nie było. Dużo wątków zostało zmienionych, ale zdecydowanie na plus dla ekranizacji. Oczywiście, można dyskutować, ponieważ każdemu podoba się co innego, ale dla mnie - film jest genialny. Książka niestety nie. Często bywa tak, że filmowcy porywają się na wielkie dzieła i ponoszą porażkę, ponieważ widzowie - zakochani w książkach - nie potrafią pogodzić się z inną, niż ich własna, wizją. Ale z drugiej strony – twórcy filmowi przenoszą na ekran utwory, które nie są ciekawe. Po prostu wyciągają z nich to, co najlepsze, sklejają w spójną całość i okazuje się, że powstaje hit. Nie można jednoznacznie ocenić, co jest lepsze – książka czy film, jeśli nie poświęci się im choćby odrobiny refleksji. Ja, mimo wszystko, wolę dobrą lekturę. Wolę zwinąć się spokojnie w fotelu i przenieść na kilka godzin w inny świat. Jednak każdy musi wybrać sam.

Zoriana Michalik

Nr 4, zima - wiosna 2013

„GRRR!” na złote gody ! Niestety, The Rolling Stones zapowiadają zakończenie kariery. To chyba ich ostatni rocznicowy album. Zanim jednak dojdzie do rozwiązania zespołu Micka Jaggera, minie parę lat. „GRRR!” nie został przyjęty pozytywnie, wręcz negatywnie. Czy ten album był potrzebny? To już 10 lat od premiery ostatniej składanki największych hitów The Rolling Stones, „Forty Licks”. Przyszedł czas na kolejny obiecany album, tym razem z okazji 50-lecia istnienia jednego z najbardziej wpływowych zespołów w historii muzyki rockowej. Poza dwoma nowymi utworami nie znajdziemy niczego nowego, więc prezentowanie zawartości albumu nie będzie niczym odkrywczym. Na singiel wybrano „Doom and Gloom”. To esencja gry Stonesów z lat 70. Zdecydowany gitarowy riff oraz energiczny, dość młodo brzmiący wokal Jaggera. Drugą nowinkę, „One More Shot” opiszę krótko: ten utwór należy do Keitha Richardsa. Brzmienie gitary jest tak charakterystyczne, że po pierwszych dźwiękach wiemy już, że to on. Co mi się podoba i nie podoba w tym albumie? Wielkim plusem jest chronologiczne ułożenie utworów, zaczynając od pierwszego singla Stonesów, który jest z resztą coverem „Come On” Chucka Berry’ego, a kończąc na „Don’t stop” z „Forty Licks”, po którym następują dwa wcześniej wspomniane nowe utwory. Zaraz, zaraz… Czegoś tu brakuje. Gdzie się podział choć jeden utwór reprezentujący „A Bigger Bang”, ostatni album studyjny? Nie rozumiem też, dlaczego najnowsza produkcja została wydana w różnych

Goryl mówi „GRR!” wersjach. Te pełne, czyli 4-płytowa zawiera 80 utworów oraz 3-płytowa, 50 indeksów. W przypadku takiego zespołu, jak The Rolling Stones, nie powinno do tego dojść. Na wydanie polskie, fani z powodzeniem mogą wystawić jęzor. Nie dość, że jest pozbawione 10 utworów, to jeszcze nie ma magicznej okładki, która świadczy o podążaniu za duchem czasu 50-letniego już zespołu. Koszt pełnej, zagranicznej wersji jest minimalnie wyższy, ale czego się nie robi dla ulubionej kapeli. Dosyć narzekania. Lepiej spójrzmy na okładkę. Na pierwszy rzut oka to goryl, z motywem przewodnim

zdjęcie: http://www.rollingstone.com

wielu grafik albumów Stonesów, charakterystycznym językiem. Jednak przy użyciu iPhone’a oraz aplikacji, wykorzystującej technologię 3D Augmented Reality, małpa ożywa i zaczyna figlować. Najnowsza składanka to okazja do poznania, bądź też przypomnienia sobie twórczości The Rolling Stones. Mimo niezbyt przychylnych opinii o albumie, polecam „GRRR!” zarówno tym, którzy kojarzą ten zespół jedynie z hitem „Satisfaction”, jak i tym, którzy mają już dłuższy staż w temacie Stonesów.

Wojciech Margula

25


KącikKultura historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Pokahontaz – ReKontakt z fanami?

„Rekontakt” to druga płyta wydana wspólnie przez Rahima i Fokusa po siedmioletniej przerwie (2005, „Receptura”). Na krążek składa się 15 utworów, przy których tworzeniu pracowali tylko dwaj producenci DiNO i DonDe oraz zaproszeni goście m.in Łona („Veto”), Lilu („Nastroje”), Pezet („Niemiłość”). Na płycie słychać również bogactwo eksperymentów z dubstepem i elektronicznymi brzmieniami. Przeciętnemu słuchaczowi może się to wydać komercyjne i mainstreamowe, ale dla fanów Fokusa doświadczenia z elektroniką są znane od początków jego kariery. Mimo tych wszystkich zabiegów płyta wydaje się być niejednolita, nagrana trochę na szybko: podkłady nie różnią się od siebie, brakuje ciekawych motywów przewodnich, a wizytówka Pokahontaz, czyli forma (konstrukcja rymów) często góruje nad treścią. Niekiedy słuchacz ma wrażenie, że zarówno Fokus jak i Rah ustępują miejsca gościom, którzy porywają odbiorcę zaskakując go ironią, humorem (Łona) lub zaangażowaniem (Pezet). Jednak niewątpliwą zaletą tej płyty jest to, że pokazuje jak dwaj wykonawcy, kontrastowo uzupełniają siebie nawzajem tworząc znakomity duet. Fokus: perswazyjny, perwersyjny, chwilami bezczelny i bezlitosny, swoim głębokim,

26

zdjęcie: www.maxflo.pl

Powrót legend sceny hip-hopu w wielkim stylu i zaspokajający głód fanów po latach milczenia. A może jedynie produkt rynkowy związany z premierą filmu o słynnych raperach? Zdania na temat płyty są podzielone. Podobnie jak fani grupy, którzy rozdzielili się na dwa obozy: tych kochających PFK przed filmem i tych, którzy dzięki niemu odkryli twórczość nie tylko Magika, ale również Fokusa i Rahima.

basowym głosem buduje złożone konstrukcje rymowe, niekiedy w braggowym (samochwalczym) stylu („Stroboskopy”). Tymczasem Rahim jest bardziej ekspresyjny i wylewny. Jego wokal jest delikatniejszy i bardziej śpiewny. Widać, że nie przywiązuje tak dużej wagi do rymów, a liczy się dla niego tzw. storytelling, czyli opowiedzenie historii. Mimo tak oryginalnego i dobrze znanego połączenia styli i osobowości obu panów, odnosi się wrażenie,

że są troszkę beznamiętni albo bez formy, ponieważ parę dobrych numerów nie sprawi, że cała płyta będzie doskonała. Perełką na płycie jest np. „Niemiłość”, broniąca się nowatorską produkcją i oryginalnością, doprawioną perfekcyjną techniką Fokusa i świeżością Pezeta. Reszta utworów na pewno nie zasługuje na wyróżnienie. Niestety, mimo wszystkich plusów i minusów „Rekontaktu” nie da się oprzeć wrażeniu, że pły-

ta wyszła właśnie teraz tylko z powodów marketingowych wywołanych filmem Leszka Dawida „Jesteś Bogiem”. Duża popularność tego obrazu spowodowała dużą potrzebę konsumpcyjną na gadżety, książkę itp. Co się składa również na popularność muzyków, którzy ze sprzedażą premierowych kawałków na pewno nie będą mięli żadnego problemu mimo niezachwycającego jak na nich poziomu.

Natalia Turulska


Nr 4, zima - wiosna 2013

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Gitara- jego karabin

Powiązania Hendrixa z armią zaczęły się w maju 1961 roku, kiedy to poniósł karę za kradzież samochodu. Został wcielony do 101. Dywizji Powietrznodesantowej w Kentucky, którą wybrał zamiast dwuletniego pobytu w więzieniu. Mimo listów do ojca, w których pisał, że czuje się dobrze i życie w wojsku wcale go nie zmieniło, służba była dla niego krzywdą. Ze względu na styl życia, w armii nie czuł się wolnym, spełnionym człowiekiem. Jednak pobyt w wojsku otworzył mu drzwi do kariery muzyka. Miał tam możliwość ćwiczenia gry na instrumencie oraz prezentację swoich umiejętności w wojskowym klubie. Spotkał tam basistę Billy’ego Coxa, z którym po niepełnej, bo ponad rocznej służbie, założy zespół The King Kasuals. Niedługo potem, Hendrix otrzymał propozycję współpracy z Chasem Chandlerem, szukającym wówczas młodych talentów. Skutkowało to rozstaniem z Coxem. Siedem lat później, powrócił do współpracy z Billy’m. Dołączył do nich Mitch Mitchell, perkusista nieistniejącego już wtedy The Jimi Hendrix Experience. Występując jako Gypsy Sun and Rainbows na historycznym festiwalu Woodstock ’69, zagrali jako goście specjalni, otrzymując przywilej występu na zakończenie festiwalu. W setliście znalazł się hymn Stanów Zjednoczonych, „The Star Spangled Banner”. Utwór

ten znajdował się w repertuarze Hendrixa od roku. Według powszechnie panującej opinii, wybór tej właśnie kompozycji nie był przypadkowy, aranżacja i interpretacja nie wskazywały na patriotyzm. Według mediów był to manifest przeciw wojnie w Wietnamie. Dodatkowo sama idea festiwalu przyświecała takim pacyfistycznym akcjom. Jednak sam Hendrix przyznał, że nie chodzi tu o polityczny manifest. Po pewnym czasie, na konferencji prasowej powiedział: „Wszyscy jesteśmy Amerykanami... tu chodziło o Ameryko, naprzód!... zagraliśmy to w klimacie, jaki teraz panuje w Ameryce. Jest to nieco wzburzony klimat, sami wiecie”. W tym samym roku na miejscu dotychczasowego perkusisty zasiadł Buddy Miles. Wraz z Hendrixem i Coxem założyli Band of Gypsys, który podczas noworocznych koncertów w Fillmore East zarejestrował album, noszący tę samą nazwę, co ich zespół. Większość tekstów utworów Hendrixa krąży wokół tematyki miłości, wolności, wspomnień, natomiast „Machine Gun” to zupełny zwrot akcji. 1. stycznia 1970 roku, podczas występu w Fillmore East, Hendrix zadedykował ten utwór oddziałom wojskowym walczącym w Chicago, Milwaukee, Nowym Jorku oraz Wietnamie. Kompozycja, której motywem przewodnim jest tytułowy

zdjęcie: www.flickr.com

Wojna w Wietnamie to burzliwy okres licznych protestów w Stanach Zjednoczonych. Wśród artystów znaleźć można tych, dla których konflikt ten nie był obojętny. Utwory Jimiego Hendrixa z czasów wojny wietnamskiej są interpretowane, jako walka nie karabinem, a gitarą.

„Kiedy siła miłości przezwycięży miłość do siły (władzy), świat pozna pokój” Jimi Hendrix karabin maszynowy, opowiada o pułapce, w jaką wpadli żołnierze na wojnie. Hendrix mimo, że nie był wtedy żołnierzem, łączył się z nimi w walce, niczym jeden z nich. Gdyby nie skłamał psychologowi z komisji wojskowej, że jest homoseksualistą, kto wie, może nadal służyłby w armii i zasilałby szeregi walczących w Wietnamie. „Well I pick up my axe and fight like a farmer (you know what I mean)” - „Podnoszę swój topór i walczę jak farmer (jeśli wiecie, co mam na myśli)”. Jasne, że wiemy. Tekst w utworze to wzmocnienie przekazu, bowiem poprzez samą grę na gitarze bez słów opowiada, co dzieje się na polu bitwy. W wykonaniu słyszymy naśladowane dźwię-

ki karabinów maszynowych, następnie bomb, zrzucanych z samolotów. Hendrix, jako żołnierz za służbą wojskową nigdy nie przepadał, a teksty jego utworów, szczególnie w albumie „Axis: Bold as Love” nie były prowojenne. Tematyka wojny w Wietnamie w muzyce i tekstach stanowi o tym, że wobec wojny nie przechodził obojętnie. Oprócz niego, z wojną wietnamską walczyli m.in. John Lennon, Bob Dylan, The Doors oraz wielu innych artystów, którzy napisali protest-songi przeciwko jednemu z najkrwawszych konfliktów zbrojnych po II wojnie światowej.

Wojciech Margula

27


Kącik Nerda Kącik historyczny

Nr 4, zima - wiosna 2013

Heavy Rain: spóźniona laudacja

Kiedy porwany zostaje Shaun Mars – syn architekta Ethana(głównego bohatera), który dwa lata wcześniej stracił w wypadku samochodowym drugiego syna i obwinia się o jego śmierć, zdesperowany mężczyzna postanawia zrobić wszystko aby uratować Shauna. Czy jednak będzie w stanie zrobić naprawdę wszystko? Twórcy Heavy Rain, francuska firma Quantic Dream, reklamowali swój produkt jako „interaktywny dramat”. Podczas rozgrywki gracz naprzemiennie kontroluje cztery postaci: wspomnianego Shauna Marsa, przenikliwego agenta FBI Normana Jaydena, prywatnego detektywa Scotta Shelby oraz Madison Page, młodą, cierpiącą na bezsenność kobietę. Podczas poszczególnych sekwencji odbiorca kontroluje ruchy i działania bohaterów, widząc ich oraz otoczenie z pozycji trzeciej osoby. Gracz ma też wgląd w m y ś l i postaci – jeśli zechce, może ich wysłuchać, co bywa bardzo pomocne w toku śledztwa i poszukiwaniu zabójcy; jest to również zabieg pozwalający bardziej wczuć się w osoby dramatu i mocniej się z nimi zidentyfikować. Pierwsze sceny Heavy Rain pokazują zwyczajny dzień Ethana Marsa: mężczyzna wstaje z łóżka, bierze prysznic, goli się, pije kawę, zabiera się do pracy (wszystkie te czynności zaś

28

pomaga mu wykonać gracz). Później do domu wraca jego żona wraz z dwoma synami, a Ethan – w ramach urodzin jednego z nich – zaczyna bawić się z chłopcami. Już w tym momencie następuje zupełnie nieoczywisty dla innych gier fragment: gdy mężczyzna walczy z synem na plastikowe miecze, gracz (a przynajmniej ja) c z u j e , że odpowiednio będzie przegrać z synem, „podłożyć się” mu, po to tylko, aby sprawić mu przyjemność. Można tak zrobić; można też wygrać; akurat ta scena nie ma dla dalszego ciągu historii znaczenia, ale nie o to tu idzie – chodzi o możliwość wyboru, i o osobiste odczucia odbiorcy. Potem, kiedy mały Jason ginie w wypadku, od Ethana odchodzi żona, i architekt zostaje z małym Shaunem sam, więź ta – więź postaci i gracza – pogłębia się. Interaktywna zabawa ojca z synem, śmiech chłopca, ale też smutek i wspomnienie nieżywego brata, dzięki udanej reżyserii scen i poruszającej muzyce, naprawdę potrafią poruszyć gracza – a jest to zaledwie początek gry. Kiedy Shaun zostaje porwany, wydarzenia nabierają tempa – chłopca poszukuje policja, detektyw oraz jego ojciec, w pewnym momencie zaś w środek zdarzeń wkracza tajemnicza pani fotograf. Intryga jest skomplikowana i naprawdę dobrze poprowadzona, gracz bowiem do samego końca nie wie, kto jest

zdjęcie: screenshot z gry Heavy Rain

Deszcz jest bardzo fotogeniczny. Akcja Heavy Rain , gry wideo dostępnej na konsolę PlayStation 3, rozgrywa się w jego strugach; postaci dramatu bezustannie mokną, drżą, opatulają się i złorzeczą na bezlitosne siły natury. To podczas deszczu właśnie działa seryjny zabójca, ochrzczony przez prasę mianem Zabójcy z Origami, topiący w deszczówce małych chłopców.

Dużą zaletą gry jest jej fabuła i oprawa graficzna Zabójcą z Origami, dlaczego nim jest, i jak się to wszystko skończy. Co więcej: wszystko to może – w zależności od poczynań gracza –skończyć się na wiele sposobów. Oto bowiem cecha dystynktywna „interaktywnego dramatu”: splot wydarzeń w Heavy Rain nie jest linearny. To, jak w danych sytuacjach zachowa się grający – a więc i postaci – skutkuje tym, iż intryga może rozgałęzić się w różnych kierunkach. Czy Ethan powie swojemu rozmówcy prawdę, czy też skłamie, albo udzieli wymijającej odpowiedzi? Czy detektyw Shelby obezwładni zbira, czy też zbir pobije Shelby’ego? Czy agent FBI znajdzie na miejscu zbrodni wszystkie dowody? Historia może nie skończyć się dobrze; dobro wcale nie musi zatriumfować; nie wszyscy bohaterowie muszą przeżyć. Oczywiście gracz ma możliwość powrotu do „odegranych” już scen

i powtórzenia ich, co pozwala mu poznać różne warianty scenariusza – można robić to wielokrotnie, „reżyserować” poszczególne sekwencje i sprawdzać, co w jakich okolicznościach się wydarzy; niejeden człowiek oddałby wiele, aby dysponować taką umiejętnością w prawdziwym życiu. Heavy Rain jest więc grą o złożonej strukturze, dającą odbiorcy duże możliwości, a także zapewniającą rzadko spotykane w medium gier emocje. Gry wideo, jako nowy środek przekazu, ciągle szukają nowych środków wyrazu, a ich – przynajmniej w teorii potężne – możliwości są cały czas boleśnie niewykorzystywane. Heavy Rain to ważny i odważny krok na tej nowej ścieżce. Nawet dziś – trzy lata po jej premierze – naprawdę warto poznać tę, ciągle świeżą i dobrą, grę.

Michał Kotliński


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 4, zima - wiosna 2013

Piłka jest okrągła, a joypady są dwa (albo więcej). Czyli:

Parę słów o piłkarskiej serii gier FIFA

FIFA to franczyza stworzona przez amerykańsko -kanadyjską EA Sports, markę amerykańskiego Electronic Arts. Pierwsza część tej serii, FIFA International Soccer, ukazała się w 1993 roku na komputery i konsole. Ta i następna odsłona (FIFA 95) prezentowały mecze z izometrycznego punktu widzenia; pierwsza część oferowała jedynie grę drużynami narodowymi, FIFA 95 – również wybrane zespoły klubowe. Konstrukcja rozgrywki, w porównaniu ze starszymi produkcjami piłkarskimi, była złożona i satysfakcjonująca; pamiętam, jak zagrywaliśmy się w FIFĘ 95 u kolegi, po szkole, na telewizorze jego rodziców. Kolejna edycja produktu, FIFA 96, była – można rzec – przełomowa: po raz pierwszy oferowała trójwymiarowe środowisko gry, a więc na przykład możliwość wyboru widoku prezentującego mecze spośród kilku ujęć kamery; i choć modele piłkarzy były wciąż dwuwymiarowe, to gra stanowiła śmiały krok naprzód ku tak zwanemu fotorealizmowi najwspółcześniejszych gier. Po raz pierwszy też gracz mógł kontrolować piłkarzy o „licencjonowanych”, prawdziwych, znanych z rzeczywistych boisk i drużyn nazwiskach, pozycjach i umiejętnościach; w produkcie znajdował się nawet edytor i kreator nieistniejących sportowców i zespołów! Kiedy zasiedliśmy do komputera z FIFĄ 96 podczas letnich mistrzostw świata we Francji (czy też było

to Euro ‘96?... nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć), „prawdziwe” mecze przestały nas obchodzić. Potem, że tak to ujmę, poszło już „z górki”: FIFA 97 oferowała trójwymiarowe modele piłkarzy, których animacja powstała metodą motion capture, a więc dzięki cyfrowemu przechwytywaniu ruchów rzeczywistych aktorów; mecze opatrzone były również komentarzem spikerów znanych z telewizji. Gra zawierała jeszcze więcej piłkarzy, jeszcze więcej drużyn, jeszcze więcej turniejów niż poprzednie odsłony – a nawet możliwość gry w piłkę halową (sześciu na sześciu). I tak, z roku na rok, z edycji na edycję, doczekaliśmy pod koniec 2011 roku FIFY 12 – gry imponującej rozmachem, rozmiarem, zawartością, głębią, możliwościami, oprawą… w zasadzie każdym aspektem (nota bene, już we wrześniu ubiegłego roku ukazała się kolejna odsłona serii, FIFA 13, nie zdążyłem jednak jeszcze się nią wystarczająco długo pobawić). By wymienić kilka cech produkcji: w trakcie poruszania się po opcjach gry i poszczególnych menu, grający może usłyszeć 39 utworów muzycznych topowych światowych wykonawców; można rozegrać przeszło 50 różnorakich turniejów – w tym Puchar Polski i Ligę Polską; z poziomu opcji, gracz może zmodyfikować i dostosować do swoich potrzeb ogromną liczbę cech rozgrywki, takich chociażby jak nie-

zdjęcie: screenshot z gry FIFA 2013

Od początku istnienia wciąż młodego medium gier wideo i komputerowych aż do dnia dzisiejszego na rynku zaistniała potężna liczba pozycji o piłce nożnej na wszelkie możliwe platformy do gier. Ja napiszę tu parę słów o jednej z dwóch niewątpliwie największych i najważniejszych ich serii: FIFIE, na przestrzeni której to serii dobrze widać rozwój produkcji nie tylko piłkarskich, ale gier w ogóle.

dokładność strzałów, szybkość podań, częstotliwość kontuzji, to, jak czynnie piłkarze będą włączać się w akcje ofensywne, wysokość ustawienia linii obrony zespołu… Gra zawiera kilkadziesiąt odtworzonych z rzeczywistości stadionów; jest w niej bodajże 53 sędziów, każdy zaś prowadzi grę trochę inaczej; można nawet określić naciąg siatki w bramkach!... Ilość definiowalnych opcji i możliwości zadziwia – nie to jest jednak najważniejsze. Najistotniejszą cechą FIFY 12 jest oczywiście to, jak gra się tu w piłkę, czyli, krótko mówiąc, przebieg samego meczu. Tak więc, zaczynając od czystej mechaniki: kiedy grający w 1985 roku w grę Soccer na konsoli Pegasus miał możliwość użycia dwóch przycisków akcji (podania i strzału) – gracz w FIFĘ 12 na konsoli PlayStation 3 używa dziesięciu przycisków akcji, a także dwóch kontrolerów kierunku (na Pe-

gasusie – jednego): jednego służącego do ruchu, a drugiego – do piłkarskich zwodów. Możliwych animacji, a więc i konkretnych ruchów, zachowań, wślizgów, rodzajów podań i strzałów piłkarzy – są dziesiątki; może setka. Piłkarze różnią się wzrostem, masą, szybkością, siłą – wszystkie te czynniki nie są tylko gołymi cyframi, lecz mają konkretne przełożenie na ich boiskowe poczynania. Sam mecz zaś naprawdę udanie oddaje to, co dzieje się na realnych piłkarskich boiskach. Piłkarskie gry wideo przeszły budzącą podziw drogę: od mikrych, budzących uśmiech na twarzy rysunkowych drobiazgów, do masywnych, wysokobudżetowych symulakrów, w które można z satysfakcją grać i je poznawać przez długie miesiące.

Michał Kotliński

29


Nr 4, zima - wiosna 2013

Kącik Sport historyczny

Dobre Miasto do gry w siatkówkę

KS Eden Choroszcza kontra Auto Handel

30

zdjęcia: Jarosław Karpiński

Dobre Miasto wielu osobom kojarzy się tylko ze starszymi ludźmi, Bocianią Basztą, basenem „Na Fali” i gotycką Bazyliką Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych. Tymczasem, to właśnie tutaj odbywa się inicjatywa łącząca siatkarzy z wielu warmińsko-mazurskich miejscowości. Dobromiejska Liga Piłki Siatkowej (w skrócie DLPS) właśnie jest na półmetku dziewiętnastej edycji i już od wielu lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. W tym roku będzie obchodziła dwudzieste urodziny. To jedna z najstarszych inicjatyw siatkarskich na Warmii i Mazurach. Rozgrywkami zarządza Biuro Ligi (prowadzone przez Mieczysława Rosickę) i Kolegium Ligi (czyli kapitanowie zespołów zgłoszonych do rozgrywek). Aby wziąć udział w rozgrywkach DLPS trzeba złożyć odpowiedni formularz, okazać ubezpieczenia zawodników i wpłacić wpisowe w wysokości trzystu złotych (cena nie jest zbyt duża, porównując ją z cenami innych amatorskich lig). Mecze odbywają się w wiekowej Miejskiej Hali Sportowej, chociaż organizatorzy nie robią problemów, gdy drużyny proszą o przeniesienie spotkania w inne miejsce. Podczas rozgrywek czuwa sędzia z uprawnieniami Warmińsko -Mazurskiego Związku Piłki Siatkowej. Największą zaletą Ligi jest jednak różnorodność drużyn oraz emocje jakie wzbudza. Na każdy mecz przychodzi od kilkunastu do kilkudziesięciu kibiców (mimo, że miejscowość nie jest zbyt duża), o czym niektóre olsztyńskie ligi amatorskie mogą tylko pomarzyć. Zespoły reprezentują wiele


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Ireneusz S tolarski

Faza „play-off” była na wyciągnięcie ręki Wygrane w pięciu z osiemnastu rozegranych spotkań pozwoliły Indykpolowi AZS Olsztyn na walkę o awans do czołowej „ósemki” do ostatniej kolejki PlusLigi. W odniesieniu do wyników z poprzedniego sezonu olsztyński AZS zrobił mały krok do przodu. Teoretycznie na podsumowanie sezonu w wykonaniu siatkarzy Indykpolu jest jeszcze za wcześnie, gdyż będą oni rozgrywać mecze o 9 miejsce z AZSem Częstochowa. Jednak w związku z planowanym przez władze PlusLigi rozszerzeniem rozgrywek do 12 drużyn, postanowiły one zarazem, że w tym sezonie żadna z ekip nie straci miejsca w siatkarskiej ekstraklasie. Z tej przyczyny mecze z Częstochową nie przyniosą żadnych kluczowych rozstrzygnięć. Zatem niezależnie od tego czy Indykpol zajmie w ostatecznym rozrachunku 9 bądź 10 miejsce, siatkarze z Warmii i Mazur mogą uznać ten sezon za stosunkowo udany. Choć progres jest niewielki (w tym sezonie 5 wygranych spotkań, w poprzednim 4) to należy zwrócić uwagę na to, że do ostatniej kolejki Indykpol walczył o awans do czołowej „ósemki”. Stało się tak dzięki pewnej wygranej 3:0 z Lotosem Gdańsk w hali Urania w przedostatniej kolejce. „Wystarczyło” ograć pewną pierwszego miejsca Delectę Bydgoszcz. Jednak ta nie miała zamiaru odpuszczać meczu i jej trener desygnował do gry swoje największe gwiazdy. Indykpol przegrał to spotkanie 0:3 nawiązując walkę jedynie w trzecim secie. Mecz ten pozostawił u olsztyńskich kibiców spory niedosyt. Po tym gdy na początku sezonu

zdjęcie: Mateusz Paczkowski

miejscowości i nie boją się kosztów dojazdu do Dobrego Miasta. Spotkamy tutaj reprezentantów Lidzbarka Warmińskiego, Świątek, Górowa Iławieckiego, Olsztyna czy Orzechowa. Wiele drużyn, jak Orły, Oldboy’s, PRIB Olsztyn czy Auto Handel, bierze udział w rozgrywkach już od wielu lat, nieustannie czerpiąc z piłki siatkowej satysfakcję i stając naprzeciw nowych przeciwników. Każdy zespół ma też swoją „osobowość”. Zawodnicy niektórych składów są zadziorni i bezlitośni, innych cechuje spokojny profesjonalizm, a jeszcze inni traktują grę tylko jako zabawę. W chwili pisania tekstu, na czele tabeli stoi Auto Handel, drużyna-legenda, która do niedawna miażdżyła wszystkich przeciwników i nie dawała oponentom żadnych szans. Tuż za nimi, na drugim miejscu plasuje się Team Cresovia Górowo Iławieckie, kolejni profesjonaliści, którzy na pewno zasługują na wysoką lokatę. Podium zamyka znana niektórym olsztyńska drużyna KS Eden Choroszcza, która dopiero w tym roku przystąpiła do rozgrywek. Jej ostatni mecz z Auto Handlem wstrząsnął całą Ligą, bo niepokonany dotąd zespół, ku zaskoczeniu wszystkich, musiał ulec nowym juniorom, psując zwycięską passę lidera. Strona internetowa DLPS została założona w 2005 roku. Od tego czasu, parę razy zmieniały się serwery na których stała. Ostatecznie można ją odnaleźć pod adresem: http://bramafan.ovh.org/joomla/index.php. Znajdziecie tam zdjęcia zespołów, aktualną tabelę, terminarze, regulamin, newsy, wyniki spotkań i oceny-relacje z kolejnych kolejek rozgrywek. Zapraszam serdecznie do wzięcia udziału w kolejnej edycji wszystkich siatkarzy z Warmii i Mazur!

Nr 4, zima - wiosna 2013

do składu AZSu Olsztyn nie- emocjonującym spotkaniu) spodziewanie dołączył Piotr w 14 kolejce, która wówczas Gruszka, ich apetyty zostały przewodziła w PlusLidze. mocno rozbudzone. Co praw- Objawieniem sezonu w Inda nie zaprezentował on for- dykpolu bezsprzecznie jest my z czasów kiedy zdobywał młody bo zaledwie 23-letni tytuł najbardziej wartościo- Bartosz Krzysiek, który zdowego gracza Mistrzostw Eu- był dla Indykpolu najwięcej ropy, jednak swoim doświad- punktów w ciągu całej rundy czeniem wniósł do gry młodej zasadniczej. Zebrał także wiedrużyny spokój i opanowanie. le pochlebnych opinii siatkarByło to zauważalne szcze- skich ekspertów. Niektórzy gólnie podczas końcówek z nich prognozują, że Krzysiek setów. W odniesieniu do po- w najbliższej przyszłości zadeprzedniego sezonu siatkarze biutuje w reprezentacji Polski. olsztyńskiego AZSu znacznie Kolejnymi wyróżniającymi się częściej rozstrzygali sety na zawodnikami byli: hiszpańswoją korzyść poprzez zacho- ski rozgrywający Guillermo wanie zimnej krwi w decydu- Hernan i libero Michał Żurek. jących momentach. Znacznie słabiej prezentowali Indykpol w sezonie się środkowi olsztyńskiej dru2012/2013 dwukrotnie ograł żyny. Po uzupełnieniu braków czerwoną latarnię ligi - AZS na tej pozycji i ściągnięciu do Częstochowa i tyle samo razy drużyny klasowego przyjmubył górą w starciach z Loto- jącego istnieje realna szansa sem Gdańsk. Jednak za naj- na poczynienie dużego postęwiększy sukces olsztyńskiej pu w nadchodzącym sezonie. drużyny należy uznać sensacyjne ogranie ZAKSY Kędzierzyn-Koźle (3:2 po niezwykle Mateusz Paczkowski

31


Nr 4, zima - wiosna 2013 http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Ostatnia Strona

11.20

V I I „ D N I H U M A N A”

2 2 –24 k wietnia 2013 r.

– Uroczyste otwarcie „Dni Humana” 2013, przekazanie władzy na Wydziale Humanistycznym studentom, przemówienie Dziekana i przedstawiciela społeczności studenckiej WH – foyer Auli Teatralnej – Sekcja Tańca Nowoczesnego, DJ Cinek, DJ Ołek Taniec/Beat box – foyer Auli Teatralnej – Studenckie Koło Afrykanistyczne (prezentacja oraz konkurs wiedzy o Afryce dla studentów i pracowników), AFROMEDES – Sprintem przez Czarny Ląd – Aula nr 37 – Bój kierunków – Aula im. M. i G. Dietrichów – Freestyle hiphopowy – bitwa – Aula Teatralna – dr Szymon Żyliński – Autostop a media – powszechność zjawiska i aprobata społeczna – sala 109

22 kwietnia 2013 r. (poniedziałek): P R O LO G 12.00 12.15–13.15 13.15–14.45 15.00–16.00 15.00–16.30

N AU K A , C Z Y L I CO Ś D L A C I A Ł A , CO Ś D L A D U C H A

– prof. dr hab. Stanisław Achremczyk – wykład, pt. Miłość staropolska – Aula nr 30 – Deutsch Wagen Tour – (animacje i zabawy z językiem niemieckim) – foyer Auli Teatralnej – „Piłka nożna od szatni” – spotkanie z Dariuszem Tuzimkiem, red. naczelnym kanału nSport – Aula im. M. i G. Dietrichów – „Oko w oko z rekrutem, czyli jak dobrze wypaść na rozmowie rekrutacyjnej” – szkolenie – sala 118 – dr Monika Cichmińska – Artykuły prasowe, Pingwiny z Madagaskaru i smartfony: integracja pojęciowa w praktyce – sala nr 109 – dr Jolanta Piwowar – Polka z Polakiem – o sposobach komunikowania kobiet i mężczyzn – sala 109 – Instytut Filologii Polskiej, Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza – rozstrzygnięcie konkursu poetyckiego – O trzcinę Kortowa – Aula Teatralna – prof. Zbigniew Chojnowski – wykład pt. Mazurskie Mickiewicziana – Aula Teatralna – Otwarcie wystawy Hołowczyc – Mleczko – hol przy Auli im. M. i G. Dietrichów – Spotkanie z Krzysztofem Hołowczycem – Aula im. M. i G. Dietrichów – Mecz kadra vs studenci – boisko nad rzeką Kortówką – Spotkanie z trenerem i zawodnikiem tenisa stołowego: Patryk Chojnowski i Tomasz Krzeszewski – Aula 31 – Olsztyński Wehikuł Czasu: Kindersztuba przed wiekami… czyli o bolesnym wychowaniu w dawnym Olsztynie – Zamek, Muzeum Warmii i Mazur

23 kwietnia 2013 r. (wtorek): S P O R T, 8.00–9.30 9.00–10.15 9.30–11.15 9.30–11.15 9.45–11.15 11.30–13.00 11.20

11.30–13.00 12.00 12.30–13.30 14.00–15.00 15.00–16.00 17.00

N AU K A

– dr Izabela Lewandowska, Łukasz Ruch – Spotkanie z gwarą warmińską. Prezentacja Elementarza gwary warmińskiej – Aula nr 31 – dr Anna Kwiatkowska – Książę Albert i Kryształowy Pałac czyli potęga Imperium Brytyjskiego pod szklanym dachem wielkiej londyńskiej wystawy przemysłowej roku 1851 – Aula nr 37

24 kwietnia 2013 r. (środa): K U LT U R A , 8.00–9.30 9.45–10.15

PREZENTACJA STUDENCKICH KÓŁ NAUKOWYCH I ORGANIZACJI STUDENCKICH 9.00–10.00 9.00–9.30 10.00 10.00–12.00 10.00–11.00

– Inscenizacja walk rycerskich – studenci historii II roku studiów I stopnia – foyer Auli Teatralnej – studenci III roku Filologii Polskiej – Trudne sprawy. Komediowo o lekturach – Aula Teatralna – Teatralne Koło Naukowe Salve Verbum – konkurs recytatorski – Aula Teatralna – Naukowe Koło Historyków Wojskowości (prezentacja) – sala nr 118 – Interdyscyplinarne Koło Naukowe Inter Gender – Dorosłość jako początek umierania – filmy Sofii Coppoli wobec dziewczęcości i kobiecości – sala nr 119 – Studenckie Koło Naukowe Filologii Angielskiej „Albion” (referaty studentów) – sala nr 103 – Studenckie Koło Naukowe Stosunków Międzynarodowych – „Inter Gentes” – gra „Tabu” – sala nr 20 – Studenckie Koło Naukowe Historii „Historikon” – prezentacja – sala nr 119 – Recital poezji śpiewanej w wykonaniu Agaty Grześkiewicz, pt.: Kobieta – Kwiat czy Skała? – Aula Teatralna – Koło językoznawcze – Dyktando dla studentów i pracowników Wydziału Humanistycznego – sala Posiedzeń Rady Wydziału – Koło Naukowe Literaturoznawców – prezentacja na temat działalności naukowej i kulturalnej – Aula nr 31 – AIESEC – prezentacja – Aula nr 37 – mgr Czesław Kiński, mgr Jacek Łagun – Śpij, biegaj, ucz się lub jak efektywnie wykorzystać potencjał mózgu – Aula nr 31 – Europejskie Stowarzyszenie Edukacji i Rozwoju „Pionier” – Aula nr 37 – Teatr im. Jaracza – Cykl Czytanki Marginesu w reżyserii Giovanniego Castellanosa – Aula Teatralna – Krzysztof Lewicki – pokazy samoobrony – KRAV MAGA – Aula Teatralna – Teatr „KONIEC CDN brak” – Aula Teatralna – dr hab. Marek Radoch – wykład pt. Krzyżackie smaki. Kilka uwag o jedynej zachowanej krzyżackiej książce kucharskiej – Aula nr 30 – Seminarium metodologiczne kół naukowych – sala 102 – dr Magdalena Zaorska – Warsztaty teatralne po hasłem Trening wyobraźni – Aula Teatralna – Turniej piłki nożnej o puchar Dziekana Wydziału Humanistycznego – boisko nad rzeką Kortówką – Ognisko (wręczenie nagród), koncert zespołów studenckich – Przystań Kortowska

10.00–11.00 10.30–12.00 11.00 11.00 11.30–12.30 12.00–13.00 12.00 12.35–13.00 13.00 13.15–14.00 14.05–14.45 15.00–16.00 15.00–16.30 15.00–20.00 16.05–17.35 16.00 18.00

I M P R E Z Y TO WA R Z Y S Z Ą C E : Ogólnopolska Konferencja Naukowa z udziałem gości zagranicznych nt. Afryka – Regionalizm – Współpraca międzynarodowa, 18 kwietnia 2013 r. (9.30–18.45) z udziałem Minister Charles Josselin, wiceprzewodniczącego Rady Generalnej Departamentu Côtes d’Armor, Francuska współpraca i obecność w Afryce. (Wydział Humanistyczny, ul. K. Obitza 1, Aula 37). „Dzieje Militarne Krainy Wielkich Jezior Mazurskich” organizowane przez Zakład Historii XX wieku i Pracownię Dziejów Wojskowości.

32


Tworzywo - Gazeta Studencka