Page 1


Wydanie Online

Nr 2 Spis Treści: Z życia redakcji str. 3

Znani o bardziej znanych - relacja z debaty na UW

Kortowo str. 4

Kawałek Afryki w Olsztynie - realcja

Witajcie!

Rozpoczęcie sezonu grillowego mamy już dawno za sobą,

a przed nami – nieuchronnie zbliżająca się sesja. Widmo egzaminów

Publicystyka str. 6

Nie mogłabtym zrezygnować z muzyki - wywiad z Kasią Staszko

str. 9

Z książką Ci do twarzy - felieton o czytelnictie

str. 10 GSM Kombat - felieton o telefonii komórkowej w Polsce str. 11 Wolność Słowa - rozprawa dot. tego zagadnienia str. 12 Bez elegancji serca elegancja nie istnieje - felieton modowy str. 13 Wszechobecny erotyzm - felieton

i ogrom godzin poświęconych na naukę z pewnością przytłoczy niejednego z Was. Otuchy dodała zwiastująca upalne lato pogoda oraz beztroska zabawa podczas najlepszych juwenaliów w Polsce – Kortowiady. Organizatorzy po raz kolejny postarali się o to, żebyście chociaż na chwilę oderwali się myślami od czekającej Was „naukowej batalii”. Liczne koncerty, występy i międzywydziałowa rywalizacja na pewno naładowały każdego pozytywną energią i rozładowały kumulujący się

Polityka str. 14 Prawa ręka władzy - kilka słów o politycznych doradcach

Kultura

stres.

My także postaramy się zadbać o Wasz komfort psychiczny

i zaspokoimy żądzę informacji. Doskonale wiemy, że podczas nauki

str. 15 „Made in Russia” - o zespole str. 16 Zew zapomnianych koszmarów - zestawienie starych horrorów str. 18 40 lat minęło - „Dark Side of the Moon” str. 19 Czy mozna pozbierać się po śmierci najbliższej osoby? - recenzja książki „P.S. I love You”

nawet sprzątanie stancji czy akademika staje się interesującym zajęciem. Dlatego, jeśli zamierzacie uciec od nauki lub zrobić w niej krótką przerwę, jesteśmy na to idealnym sposobem.

W tym numerze znajdziecie obszerny wywiad z wokalist-

ką The Lollipops – Kasią Staszko, podsumowanie odbywających się

Sport str. 20 Wywiad z Robertem Burneiką - parę słów o “stejkach” i siłowni str. 22 Wywiad ze spikerem- czy ma lekki żywot?

w Olsztynie Dni Afryki czy chociażby zestawienie horrorów, które mimo iż przez niektórych są niedoceniane, a wręcz zapomniane, warte są obejrzenia. Ponadto, jak zawsze, dawka porządnej publicysty-

str. 22 Walka o utrzymanie - Stomil Olsztyn

ki i kultury. Jeśli macie wątpliwości co do tego czy godnie zastąpimy

Ostatnia strona str. 23 Ciekawostki ze świata na wesoło - rubryka autorska

sprzątanie pokoju lub naukę do kolokwium, niech wskazówką będzie dla Was Hardkorowy Koksu, który sprawdził Tworzywo i stwierdził, że u nas „Nie ma lipy!”.

Tegoroczne numery Tworzywa, mimo iż nie ukazywały się

regularnie, były przyjmowane pozytywnie. Z powodu kłopotów finansowych, letnie wydanie naszej gazety, ukaże się jedynie w wersji internetowej. Jednak dołożymy wszelkich starań, by od następnego semestru wrócić do druku. Tym samym chcemy zaprosić Was do systematycznego odwiedzania naszego profilu na Facebooku oraz już wkrótce – naszej strony internetowej, nad którą już pracujemy. Do następnego numeru! Redakcja Tworzywa

Tworzywo - Gazeta Studencka redaktor naczelny: Jakub Rećko zastepca redaktora naczelnego: Martyna Zagórska redaktor prowadząca: dr Anita Frankowiak grafika, okładka, DTP: Adam Nowiński korekta: Paulina Kulesza, Aneta Koziestańska Aleksandra Pikala, Mateusz Paczkowski

2

redakcja: Polityka – Tomasz Kowalski Publicystyka – Dominika Ojcewicz Kultura – Monika Zawadzka Sport- Jakub Rećko Kącik Historyczny – Adam Nowiński Kącik Nerda/Olsztyn/Kortowo – Marek Żuławnik

adres redakcji: ul. Kurta Obitza 1, p. 08 10-725 Olsztyn kontakt: www.tworzywo@onet.pl www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka


Z życia redakcji

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 2

Znani o bardziej znanych – debata na UW 8 maja w Warszawie odbył się V Ogólnopolski Zjazd Analityków Mediów. W ramach konferencji naukowej miała miejsce debata pt. „Gra o tron: celebryci, media, społeczeństwo”. Byliśmy tam!

zdjęcie: Martyna Zagórska

Relację ze spotkania przygotowała Martyna Zagórska.

Uczestnicy debaty. Od lewej: Angelika Swoboda, prof. Wiesław Godzic, Beata Tadla i Małgorzata Herde Koło Naukowe Obserwacji Polskich Mediów (KNOPM) z Uniwersytetu Warszawskiego zaprosiło do Sali Balowej Pałacu Tyszkiewiczów Potockich postacie ściśle związane z rynkiem medialnym w Polsce i nie tylko. W debacie udział wzięli: medioznawca prof. Wiesław Godzic (SWPS), dziennikarka Beata Tadla (TVP), menedżerka gwiazd Małgorzata Herde (Margaret&Co) oraz Angelika Swoboda (redaktor naczelna serwisu Plotek.pl). Całość poprowadził Paweł Siwek, dziennikarz Polskiego Radia.

Na początku spotkania próbowano ustalić definicję celebryty. Pojęcie to określił już w 2007 roku prof. Godzic. Przyznał on jednak, że to termin ruchomy i istnieje dziś wiele jego wyznaczników. Jednocześnie Małgorzata Herde mówiła o plusach terminu. - Na świecie określenie celebrity to określenie bardzo pozytywne. To określenie osoby, którą się lubi, która ogólnie wzbudza sympatię i jest znana z przeróżnych dziedzin życia – kontynuowała. Małgorzata Herde przyznała również, że w Polsce okre-

ślenie celebryty jest negatywne. Menedżerka m.in Aleksandry Kwaśniewskiej podkreślała, że show-biznes to branża rozrywkowa, a w naszym kraju traktuje się ją śmiertelnie poważnie. Inne zdanie na temat działalności nibygwiazd oraz serwisów plotkarskich prezentowała Beata Tadla, którą od jakiegoś czasu nie trudno „spotkać” w serwisach typu Pudelek.pl. Prezenterka „Wiadomości” stwierdziła, że media plotkarskie zajmują się dziennikarstwem kreatywnym, przy czym wskazała, że to nie jest dziennikarstwo opisujące rzeczy-

wistość, ale wymyślające tę rzeczywistość. - Przychodzę do redakcji i słyszę „Gratulacje Beti”, pytam co się stało i widzę okładkę Super Expressu i informację o tym, że Tadla i Kret będą mieli synka. W środku – że wywróżyła im to wróżka! Przekaz jest tylko jeden – że jestem w ciąży. Jeszcze na dodatek wygrzebano zdjęcie, na którym trzymam się za brzuch. Dziennikarka TVP bardzo krytycznie odnosiła się do budowy artykułów stosowanej przez media plotkarskie, ponieważ dezinformacja jaką powodują niejednokrotnie odbiła się na jej życiu prywatnym. Tadla podkreśliła, że nie zależy jej na obecności w takich mediach, a na tego typu publikacje i paparazzi pod swoim domem nie ma wpływu. Autorka m.in, „Niedzieli bez Teleranka” przyznała również, że codziennie otrzymuje telefony z prośbami o tzw. ustawki z fotoreporterami. Angelika Swoboda, redaktor naczelna serwisu Plotek.pl nie do końca zgodziła się z zarzutami Tadli. Swoją wypowiedź skwitowała stwierdzeniem, że „dobro się nie klika”. Debata trwała ponad godzinę. Mnogość omawianych zagadnień i przykładów podawanych przez jej uczestników zapewne wystarczyłaby do zapewnienia nam czasu po dziś dzień. Powyższy opis stanowi jedynie część poruszanych kwestii.

Martyna Zagórska

3


Nr 2

Kortowo

Wydanie Online

Kawałek Afryki w Olsztynie 23 kwietnia zakończyły się obchody Dni Afryki w Olsztynie. Cykl wydarzeń naukowych i kultural-

zdjęcie: źródło własne Studenckiego Koła Afrykanistycznego

nych odbywał się w stolicy Warmii i Mazur już po raz dziesiąty.

Mamadou Diouf i Pierrick Hamon podczas przerwy w konferencji Afryka to wielki kontynent. W świadomości szeroko pojmowanego społeczeństwa występuje jednak tylko w bardzo okrojonych ramach. Egipt i Tunezja kojarzą się z wakacjami, Rwanda z rzeziami, RPA to głównie mundial, a Somalia – głód. Organizatorzy Dni Afryki w Olsztynie od wielu lat podejmują próbę wyjścia poza jednostronny obraz Czarnego Lądu kojarzonego jedynie z AIDS czy biedą. Jak w tym roku przebiegało poznawanie Afryki z innej, lepszej strony? W czwartek, 18 kwietnia miała miejsce ogólnopolska

4

konferencja naukowa nt. Afryka – Regionalizm – Współpraca międzynarodowa. Konferencja ważna nie tylko ze względu na poruszaną problematykę, ale także gości honorowych. Podczas obrad plenarnych mieliśmy okazję wysłuchać m.in. Ministra Charles’a Josselin’a, wiceprzewodniczącego Rady Generalnej Departamentu Côtes d’Armor, czy Pierrick’a Hamon’a, sekretarza generalnego Global Local Forum. Jak zawsze nie zawiedli prelegenci z największych ośrodków akademickich w kraju. Niespodzianką była zorganizowana już po raz drugi sekcja studenc-

ka, którą poprowadził Mamadou Diouf, założyciel fundacji Afryka Inaczej. Klimat Afryki na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim odczuwany był nie tylko w sali obrad. W holu Wydziału Humanistycznego zorganizowano stoiska prezentujące dwie ciekawe inicjatywy: ideę wolontariatu propagowanego przez Katarzynę Bialous, założycielkę fundacji Ankizy Gasy-Dzieci Madagaskaru oraz pomocy na rzecz kobiet pracujących przy zbieraniu i przetwarzaniu orzechów shea w północnej Ghanie, wspieranych przez Ka-

tarzynę Wołk, dyrektorkę Szkoły Podstawowej w Dobrym Mieście. Dzięki ich opowieściom, zdjęciom oraz pamiątkom przywiezionym z Afryki studenci (i nie tylko!) mieli okazję poznać kolorowy i różnorodny świat tego kontynentu. Po zakończeniu konferencji organizatorzy zaprosili wszystkich na AFROparty zorganizowane w restauracji Kontrasty na olsztyńskiej starówce. Goście i sympatycy Dni Afryki w Olsztynie mogli pobawić się przy gorących rytmach, a także skosztować tradycyjnych potraw z Senegalu. W ramach Dni Afryki odbyły się również spotkanie z Afromedes, czyli grupą pasjonatów, którzy niejednokrotnie przemierzyli mercedesami Afrykę i co roku rozpoczynają swoją podróż od nowa. - Podróż samochodem daje zupełnie inny obraz, można dotrzeć tam, gdzie nie dotrze się w żaden inny sposób. W tym roku odbyła się 5 edycja naszej wyprawy. Wyruszyliśmy do Afryki Zachodniej najnowocześniejszymi samochodami, sprinterami z 96 i 97 roku – stąd nazwa wyprawy „Sprintem przez Czarny Ląd” – wyjaśniał Łukasz Czapiewski. Wyprawa nie miała jednak charakteru czysto turystycznego. Podczas każdego wyjazdu grupa Afromedes stara się realizować jakąś misję. Tym razem były to „Okulary dla Afryki”. W małej wiosce na południu Mauretanii nasi goście przeprowadzili badanie wzroku. Jeden z uczestników wyjazdu – Maciej Ciebiera, jest bowiem optometrystą. Istotnym elementem idei Dni Afryki są podejmowane działania w ramach edukacji


Nr 2

zdjęcie: źródło własne Studenckiego Koła Afrykanistycznego

Katarzyna Bialous prezentuje wyroby sztuki malgaskiej

zdjęcie: źródło własne Studenckiego Koła Afrykanistycznego

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

zdjęcie: źródło własne Studenckiego Koła Afrykanistycznego

Od lewej: Maciej Ciebiera, Łukasz Czapiewski i Sławek Richert czyli AFROMEDES

Inicjatorzy Dni Afryki podczas zakończenia konferencji

międzykulturowej. W tym roku ogłoszono Ogólnopolski konkurs na tłumaczenie afrykańskiej poezji kobiecej. Ogłoszenie wyników i wręczenie nagród nastąpi w maju podczas obchodów Międzynarodowego Dnia Afryki w Warszawie. W Szkole Podstawowej nr 34 im. Józefa Malewskiego w Olsztynie odbyły się warsztaty „Krajobrazy Afryki”. Występ artystyczny pod kierunkiem Katarzyny Kobusińskiej przygotowały dzieci z Przedszkola Miejskiego nr 31 w Olsztynie. Warsztaty z nauczycielami i rodzicami nt. „Jak rozmawiać z dziećmi o Afryce?” przeprowadziła dr hab. Iwona Anna Ndiaye, prof. UWM. Zorganizowano również II edycję konkursu wiedzy o Afryce dla studentów i pracowników UWM w którym wzięło udział ponad 50 osób. W toku sprawdzania testów wyłoniono siedmioro laureatów, którzy odebrali nagrody na uroczystym zakończeniu Dni Wydziału Humanistycznego. Oprócz tego, szerszej publiczności zaprezentowało się Studenckie Koło Afrykanistyczne, które jest jednym z partnerów Dni Afryki w Olsztynie. Ostatnim kulturalnym elementem Dni Afryki był wieczór filmowy w olsztyńskiej klubokawiarni filmowej AwangardaBis. Obecni na pewno na długo zapamiętają dyskusję towarzyszącą pokazowi „Wazzou polygame”. Film choć z 1971 - ukazuje współczesne problemy, z którymi borykają się mieszkańcy niektórych rejonów Afryki. Aranżowane małżeństwa, znaczenie religii i obrzędów dla Afrykańczyków – to tylko niektóre kwestie poruszane podczas pokazu filmu. Honorowy patronat nad tegoroczną edycją Dni Afryki objął JM Rektor UWM – prof. dr hab. Ryszard Górecki. Głównymi inicjatorami Dni Afryki w Olsztynie są dr hab. Iwona Anna Ndiaye, prof. UWM oraz dr Bara Ndiaye. Partnerzy: Departament Współpracy Międzynarodowej Urzędu Marszałkowskiego w Olsztynie, Centrum Francusko-Polskie (Olsztyn), Fundacja Afryka Inaczej (Warszawa) i Studenckie Koło Afrykanistyczne SKA (UWM).

Martyna Zagórska

5


Nr 2

Publicystyka

Wydanie Online

„Nie mogłabym zrezygnować z muzyki” – wywiad z Kasią Staszko, wokalistką olsztyńskiego zespołu The Lollipops

6

zacząć coś robić, czy odpowiedniego momentu. Taki moment nadarzył się przy okazji drugiej czy trzeciej edycji Ajdola. Śmiesznie wyszło, bo koleżanka mnie tam zgłosiła, nie miałam wyjścia – poszłam i zaśpiewałam. No i tak się stało, że wystąpiłam na górce kortowskiej podczas Kortowiady. I to przełamało jakoś mój strach, tremę. Okazało się, że śpiewanie jest czymś, co mnie kręci. W 2009 roku zaliczyliście wielki sukces. Wasz singel „Good Girl” przez 10 tygodni utrzymywał się na Liście Przebojów Trójki, ostatecznie dotarł do 20. miejsca. Co w roku 2009 złożyło się na fakt, że był to dla was dobry rok?

Tak, to był dobry rok, bo jakoś zupełnie niechcący poznaliśmy Leszka Biolika. Graliśmy na Dniu Białej Flagi w Toruniu kawałki Republiki. Swoją drogą było nam nie po drodze do tego zespołu, nikt z nas go wcześniej w życiu nie słuchał. Było to spore wyzwanie, na całe szczęście nikt nas tam nie zlinczował za te nasze wersje. (śmiech) Współpraca z Leszkiem Biolikiem zaowocowała nagraniem singla „Good Girl”. Potem dzięki Leszkowi Biolikowi na naszym koncercie w Warszawie pojawił się Piotrek Stelmach z radiowej Trójki, który zaprosił nas do siebie do programu i w ten sposób do tej stacji trafiła nasza piosenka. I na dobrą

sprawę tak zaczął się nasz romans z radiem i z Trójką, bo pierwszym wydawcą była Agencja Fonograficzna Polskiego Radia. Trójka jest taką stacją, której my jesteśmy wierni, która zawsze nas wspierała i wspiera. A z tą listą przebojów, to było w ogóle szaleństwo. Nigdy się nie spodziewałam, że trafimy akurat tam. Pytani o to, zawsze powtarzacie, że nie zobaczymy Waszego zespołu w żadnym muzycznym talent-show. Czy coś się zmieni w tej materii? Nie zależy wam na odbiorcy masowym? To jest inna kwestia. Na przykład Enej – genialnie zrobili, że się tam zgłosili. Ja lubię takie pro-

zdjęcie: Arek Stankiewicz

Aleksandra Pikała: Od kiedy muzyka stała się ważna w twoim życiu? Katarzyna Staszko: To jest trudne pytanie... Tak to chyba jest, że jak jest się dzieciakiem, to raczej w sferze marzeń są różne pomysły na siebie. Ja marzyłam, żeby zostać jakąś znaną aktorką, może piosenkarką. Zresztą, ja jestem z tego pokolenia dziewczyn, które w podstawówce, jakkolwiek to zabrzmi, słuchały Backstreet Boys, Spice Girls. Wtedy nie byłam w kręgu fanów Hey albo Nirvany – to w ogóle nie był mój klimat. Tak więc ewentualne zajmowanie się muzyką nie było mi bliskie. Wtedy jedynie śpiewałam sobie w domu czy pod prysznicem, ale to chyba nic wyjątkowego, wiele osób tak robi. Wszystko zmieniło się natomiast, jak poszłam do liceum. Siedziałam na geografii z koleżanką, która śpiewała w jakimś rockowym zespole, zresztą podrzuciła mi płytę zespołu Hey, Nirvany, jakieś tam inne rzeczy... I był taki moment, kiedy ona miała występować przy okazji jakiejś ważnej rocznicy państwowej i nie mogła, a że wiedziała, że ja zawsze nuciłam sobie coś tam pod nosem, to zaproponowała mi, żebym poszła tam zaśpiewać za nią. To miał być występ w urzędzie miasta, czyli od razu na wielką wodę. Wiązało się to z wielką tremą, niczego nie pamiętam z tego występu. Okazało się, że publiczne śpiewanie jest przyjemne, że ludziom się podoba. Potem miałam jeszcze jakieś pojedyncze występy w liceum. Jak przyjechałam na studia do Olsztyna, to lubiłam chodzić na karaoke. Tak podejrzewałam, że śpiewanie mogłoby mi jakoś wychodzić, ale brakowało ludzi, z którymi mogłabym


Nr 2

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że skład zespołu to ludzie z ogłoszenia, że nie znaliście się wcześniej z osobami z zespołu. Kto zamieścił to szczęśliwe ogłoszenie? Jacek, najstarszy z nas. Nie pisz, że najstarszy, bo on się zawsze wkurza. Kiedyś przez Jacka nie mogliśmy wziąć udziału w jakimś przeglądzie. On był za stary. (śmiech) Jacek stwierdził, że chce założyć kapelę, zamieścił ogłoszenie i tak poznał Romka, gitarzystę. Po drodze był jeszcze jeden basista. Spotykali się w trójkę. Potem szukali wokalu i chcieli, żeby była to dziewczyna. Ja znalazłam to ogłoszenie w Internecie. Poszłam na próbę, posłuchałam, jak grają. No i tak to się zaczęło toczyć. My się w ogóle wcześniej nie znaliśmy. Potrzebowaliśmy sporo czasu na to, żeby się ze sobą oswoić. Teraz potykamy się także prywatnie. Lubimy się. Każdy z was, oprócz aktywności w The Lollipops, jeszcze ma pracę zawodową. Jak udaje wam się łączyć osobiste zobowiązania z działalnością muzyczną? Jak ma się dobrego szefa, to się udaje. (śmiech) Z powodu naszych zajęć u nas odpadają wyjazdy tygodniowe czy dwutygodniowe. Z reguły, jak koncertujemy, to od czwartku do niedzieli. Romek ma takie powiedzenie: „Life is killing my Rock & Roll”, czyli na dobrą sprawę być może też staniemy przed taką decyzją – albo muzyka, albo życie zawodowe. Przy czym w naszym przypadku, kiedy robimy muzykę niezależną i w najlepszym wypadku wychodzimy na zero, to nie można rezygnować z praca, która przynosi dochód, bo trzeba kupić sprzęt, kabel, statyw do mikrofonu… Ale jakoś to łączymy. Udaje nam się to robić. A jak traktujesz swoją aktywność w zespole: jako pracę czy np. jako realizację pasji? Na pewno to nie jest jakieś zwy-

kłe hobby. Jeżeli miałabym z czegoś zrezygnować, mogłabym zrezygnować z pracy w radiu, które i tak kocham, mogłabym zrezygnować ze wszystkich innych rzeczy, ale nie mogłabym zrezygnować z muzyki. Czy kiedyś będzie to nasza praca, że będziemy robili tylko to – nie wiem. Też jest inna kwestia, że jeśli byśmy konkretnie tylko zajmowali się muzyką, to na ile pozostaje to ciągle taką pasją, taką miłością. A czy scena jest dla Ciebie jakąś drugą, inną rzeczywistością? Jakąś bezpieczną przestrzenią? No… Bardzo dużo czasu zajęło mi to, żeby czuć się dobrze, żeby się nie denerwować. Być może dlatego, że ja wcześniej jakoś często nie występowałam przed ludźmi, nie miałam takich doświadczeń, że wcześniej nie byłam w żadnym zespole. I może jeszcze trzeba wziąć pod uwagę to, że to nie są covery, że tę muzykę my sami robimy, że to są teksty, które ja piszę z jakiegoś powodu i mają dla mnie znaczenie. I to jest trochę tak, jakbyś się rozbierała przez ludźmi. I zawsze jest taka obawa, że im się nie spodoba. I niby nie powinno się przejmować tym, co ludzie powiedzą, ale my tego nie robimy tylko dla siebie, a dla ludzi. Jeżeli byłoby tak, że ludziom to się nie spodoba, to możemy sobie grać gdzieś w ogrodzie czy w piwnicy. Na scenie się wczuwasz. Ja miałam najpierw tak, że stałam jak kołek, bo bałam się ruszyć. Jak Kasia Nosowska. Tak, ale ona stoi ładnie. Ja stałam brzydko. W ogóle nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Mówiłam jakieś głupoty w przerwach między piosenkami. I dopiero po jakimś czasie, a tak chyba jest ze wszystkim, znalazłam sposób na siebie. Tak samo jest z ciuchami, które nosisz - w pewnym momencie czujesz się w czymś dobrze; tak samo jest z fryzurą – stwierdzasz, że wyglądasz w niej fajnie i tak samo było u mnie ze sceną. Jak ja się czuję komfortowo, to wiadomo, że moje wykonanie inaczej brzmi i jest też lepsze. W jednej z recenzji waszej debiutanckiej płyty czytam: „Mnóstwo odwołań do muzyki ze środka XX wieku. Tym samym krążek powinien przypaść do gustu osobom zniesmaczonym współczesną kulturą.” Czy faktycznie wasza pierwsza płyta przypadła

zdjęcie: Arek Stankiewicz

gramy oglądać, ale ja i zespół nie czulibyśmy się w takim programie dobrze. Kiedy próbowaliśmy sobie wyobrazić, jak by to miało wyglądać, gdybyśmy tam poszli i wystąpili, to uznawaliśmy za każdym razem, że to jest nie dla nas. Nie czujemy się dobrze w takim rodzaju promocji. My próbujemy małymi kroczkami, oddolnie, mamy jakiś plan i zobaczymy, dokąd nas to zawiedzie.

ludziom do gustu? Sprzedała się w całości i nie mam już płyt. Nasza muzyka jest też w Internecie, zamieściliśmy ją na różnych portalach, można ją pobierać za darmo albo za symboliczne kwoty kupować. A jeśli chodzi o to nawiązanie do tej muzyki, która gdzieś tam była i powiedzmy się trochę skończyła, to pomyśleliśmy, że nasza muzyka może przypaść do gustu ludziom, którzy są już trochę znudzeni obecnymi propozycjami muzycznymi. Nasi słuchacze to też ludzie starsi od nas. Jeżeli ktoś po prostu lubi muzykę z płyt i na koncertach, to zaczyna z niej korzystać. Sporo pozytywnych komentarzy, które dostaliśmy, były od ludzi w wieku naszych rodziców, ale też ludzie w naszym wieku pozytywnie odnosili się do tego, co robimy. Recenzje mieliśmy dobre. Trochę negatywnych też było, ale zawsze tak jest. Ale generalnie jestem zadowolona. Jak na pierwszą płytę, dla mnie, jak na pierwszy zespół, to chyba poszło nam dobrze. Dostaliśmy pozytywne komentarze ze Stanów, z Chin, z Wenezueli, do której do jednego z programów radiowych nagrywamy co jakiś czas pozdro-

wienia. Także zadziałało jakoś to wszystko. Na okładce debiutanckiej płyty można dostrzec delikatną mgiełkę dymu papierosowego. Gdy w 2008 roku zaczynaliście swoją przygodę ze sceną, kluby były jeszcze obficie zadymione. Obecnie już od półtora roku dymu w tej przestrzeni nie ma. Czy klimat koncertów na tym jakoś stracił? Ja się bardzo cieszę, że nie można palić, ponieważ ja sama nie palę. A mieliśmy parę lat temu taka sytuację, że graliśmy zimą w małym zadymionym klubie, w którym były pozamykane okna, i po tym koncercie miałam duży problem ze struną głosową. Skończyło się to na wizytach u lekarza, na zastrzykach, na nawilżaniu gardła. Także to, że nie można już palić w klubach pasuje mi i prywatnie, i koncertowo. Wasz zespół śpiewa tylko w języku angielskim. Czy Kasia Staszko zaśpiewa kiedyś coś po polsku?

Część dalsza na stronie 8

7


Istnieje taka możliwość, ale niekoniecznie w tym projekcie. Tak założyliśmy na początku, że nasza muzyka ze względu na swoją specyfikę będzie śpiewana po angielsku. A dodatkowo dzięki temu, że śpiewamy po angielsku, możemy być wysłuchani gdzieś dalej, dzięki Internetowi. Język angielski jest na tyle uniwersalny, że człowiek, który nie zna polskiego, to zna pewnie choć trochę angielski i wie, o czym śpiewam. Lubisz oglądać siebie z nagrań koncertowych? Nie. Czasami oglądam, żeby zobaczyć czy nad czymś trzeba popracować, ale nie lubię tego robić. Zdjęcia lubię oglądać, ale nagrań – niespecjalnie. A jeżeli już oglądam, to wtedy, jak jestem sama. Oprócz aktywności na scenie, pracy w radiu, o którym za chwilę, jesteś aktywna naukowo, ponieważ pracujesz nad doktoratem na Wydziale Nauk Społecznych naszego Uniwersytetu. Jak ci jest na doktoracie? Jestem na ostatnim roku doktoratu. Ile jeszcze będę potrzebowała czasu, żeby to skończyć, nie wiem. Z doktoratem jest tak – ja tak uważam – że lepiej poczekać czasem na dobry moment, nie spieszyć się, żeby nie napisać byle jak albo o czymś, co w ogóle nas nie kręci. Ja będę pisała o stylach życia muzyków niezależnych. A od kiedy współpracujesz z Radiem UWM FM? Od połowy pierwszego roku studiów – dawno. Zaczęłam studia w 2004 roku. Już parę ładnych lat. Lubię tę pracę. Z racji tego, że prowadzisz też zajęcia ze studentami powiedz, proszę, jak oni reagują na Twoją działalność w The Lollipops? A ja nie wiem czy oni wiedzą. Część może wie. Jak kiedyś prowadziłam zajęcia na studiach zaocznych z pedagogiki ogólnej, to byli to ludzie troszkę ode mnie starsi, na dziennych byli trochę młodsi – dwa lub trzy lata – i na tym przedmiocie mieliśmy takie oficjalne relacje. Natomiast od dwóch lat przechodzimy „na ty” i te relacje są zupełnie inne i wiem, że kilka osób było na jakimś naszym koncercie. Ja i chłopaki z zespołu mamy raczej tak, że jak kogoś poznajemy, to nie mówimy, że gramy w zespole, bo to nie jest istotne. Ale fajne jest to, że ja prowadzę zajęcia

8

Publicystyka

Wydanie Online

z metodyki animacji społeczno-kulturalnej, a jestem z wykształcenia animatorem, robię różne rzeczy związane z kulturą i wydaje mi się, że z perspektywy studentów dobre może być to, że ćwiczenia mają z kimś, kto na przykład zajmuje się muzyką. To jest też kwestia wydziału, bo jest u nas na przykład Marek Matyjewicz, który gra zespole Shantaż i jest człowiekiem angażującym się w różne projekty i to jest bardzo ważne. Tak jak jest na przykład doktor Szatrawski, który wydał teraz dwie książki. I wydaje mi się, że z perspektywy studentów, którzy mają zajęcia z ludźmi, którzy są praktykami, nie tylko teoretykami, jest to jak najbardziej na plus. Macie za sobą koncerty w wielu miejscach – dużych miastach, małych miejscowościach. Czy publiczność w zależności od miejsca jest inna? Miejsce wpływa jakoś na atmosferę koncertu? Nieraz było tak, że małe miasta zaskakiwały nas gościnnością, tym, jak fajni ludzie tam są, jak ciepło nas przyjmują. Te małe koncerty są wartościowe, bo po koncercie można rzeczywiście siąść i z tymi ludźmi porozmawiać. I w takich miejscowościach bywa też tak, że ludzie przychodzą na koncert, który wtedy jest i często nikt nas wtedy nie zna i wtedy jest dla nas zaskakujące, jak słyszymy, gdy ktoś mówi, że kojarzy jakiś nasz kawałek, bo gdzieś go słyszał. A w dużych miastach jest zupełnie inaczej. I mówi się, że w Warszawie jest tak dużo koncertów, że ludzi trudniej zebrać, bo mają taki duży wybór propozycji koncertowych, że jest przesyt, to za każdym razem w Warszawie grało nam się dobrze. W Sopocie nam też się wyśmienicie grało. To raczej nie ma znaczenia czy jest to duże miasto czy małe; to, jak nam się gra, zależy od wielu czynników, od atmosfery klubu, akustyki, wystroju – od wielu rzeczy. A olsztyńska publiczność reaguje na was inaczej od tej z innych stron Polski? Właściwie jest tak, że na nasze koncerty przychodzą przede wszystkim nasi znajomi, bo my jesteśmy stąd. Przed swoją publicznością gra się inaczej. Nie wiem czy trudniej, czy nie. Inaczej po prostu. Mela Koteluk po odebraniu na-

zdjęcie: www.trojmiasto.pl

Nr 2

koncert w trójmiejskim klubie Kwadratowa grody – zwycięskiego Fryderyka w kategorii „Debiut roku” – przywołała swoje słowa, które wypowiedziała w jednym z wywiadów. A wspomniała w tym wywiadzie, że jeśli dostanie Fryderyka, to zacznie biegać. No i dostała tę nagrodę. A co Katarzyna Staszko obiecałaby sobie, że zrobi, gdyby doceniono jej zespół i wyróżniono ważną nagrodą? Obiecałam sobie kiedyś, że w końcu się przygotuję do triathlonu. Ale jeśli miałabym zrobić coś, co wymagałoby ode mnie bardzo dużego poświęcenia, to myślę, że coś w stylu jakiejś akcji wysokościowej. Ale na bungee bym nie skoczyła, bo uważam, że mogłabym umrzeć po drodze z wrażenia.

jemy nad drugim albumem. No i wyjazdy, koncerty, również poza regionem, poza Polską. Rozwijamy się technicznie i artystycznie. Myślę, że będzie fajnie. Czego można wam życzyć – Tobie i zespołowi? Tego, żeby druga płyta była lepsza od pierwszej. Żeby ludzie tak uważali, żeby taki był efekt. Żeby każda kolejna płyta była przynajmniej tak dobra, jak poprzednia. , To tego Wam życzę. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

A jaka musiałaby to być nagroda? Fryderyk byłby bardzo dobry. Jakie plany na przyszłość ma wasz zespół? Plany na pewno płytowe. Pracu-

Aleksandra Pikała


Nr 2

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Z książką Ci do twarzy Zwyczaj czytania książek zanika. Coraz mniej osób w wolnym czasie wybiera książkę zamiast filmu. Młodzież ogranicza się do streszczeń szkolnych lektur, a w ramach rozrywki woli posiedzieć przed komputerem. W większości przypadków przeglądane strony nie wnoszą nic wartościowego do ich życia. Dorosłym na czytanie po prostu szkoda czasu. Spróbujcie zapytać pierwszą napotkaną osobę o tytuł ostatnio przeczytanej książki. Będzie się długo zastanawiać nad odpowiedzią.

zdjęcie: źródło własne Moniki Krępskiej

A co Wy ostatnio czytaliście?

,,A co Wy ostatnio czytaliście?”

Są jednak jeszcze ludzie, którzy nie wyobrażają sobie życia bez książek. Dzień bez czytania uważają za dzień stracony, a osoby nieczytające – za gorsze lub w pewien sposób biedniejsze. Nie wiedzą, o czym mieliby rozmawiać z takim człowiekiem. Nie od dziś przecież wiadomo, że czytanie rozwija wyobraźnię i zdolność kreatywnego myślenia, a także wzbogaca nasze słownictwo i uczy cierpliwości. Właśnie dlatego powstała akcja „Nie czytasz? Nie idę z Tobą

do łóżka!”, która na facebookowym profilu zgromadziła już ponad 44.500 miłośników czytelnictwa. Kampania ruszyła pod koniec roku 2011, a jej inicjatorzy dalej próbują przekonać Polaków, że inteligencja jest sexy. Nie mają wątpliwości, że rozmowa na temat ostatnio przeczytanej książki może się przerodzić w dłuższą znajomość. W to przedsięwzięcie zaangażowały się także osoby znane i lubiane, próbując zarazić resztę społeczeństwa swoją pasją. Niedawno w ramach tego projektu w Opolu stanęło łóż-

ko, na którym można było dać się sfotografować z ulubioną lekturą. Olsztyn postanowił przyłączyć się do propagowania czytelnictwa. We wtorek, 23 kwietnia, przed ratuszem mieszkańcy miasta mogli wziąć udział w happeningu „Olsztyn czyta”. Z okazji Światowego Dnia Książki każdy mógł przeczytać na głos fragment swojej ulubionej lektury. Na znak prowadzącego wszyscy razem głośno odczytali wybrane urywki. Co chwilę przez mikrofon słychać było inną osobę. Chętnych nie brakowało,

a impreza zakończyła się wspólnym jedzeniem tortu. Oczywiście – w kształcie książki. Zgromadzeni pokazali, że czytać można wszędzie, a „mole książkowe” to bardzo sympatyczni ludzie. Organizatorami akcji była Książnica Polska oraz Miejska Biblioteka Publiczna. To nie są pierwsze próby zachęcenia ludzi do sięgnięcia po książki. Chyba wszyscy pamiętamy dziecko pytające: „Tato, a czy ty umiesz czytać?” w spocie kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”. Wtedy również mogliśmy liczyć na zachętę ze strony naszych ulubionych gwiazd. Ciekawe, ilu rodziców dzięki temu zaczęło czytać swoim pociechom przez „20 minut dziennie. Codziennie”? A przecież to właśnie w dzieciństwie wyrabiają się w człowieku pewne przyzwyczajenia, także nawyk czytania. Pamiętajcie: czytać możecie wszędzie! Kiedy następnym razem będziecie szli do dziekanatu nie traktujcie czekania w kolejce jako stratę czasu, ale jako świetną okazję na chwilę z książką. Tak samo jak podróż autobusem na drugą stronę miasta. Postarajcie się każdego dnia znaleźć okazję do zagłębienia się w lekturze. Ostrzegamy tylko przed jednym – jak się zaczytasz, możesz przegapić przystanek.

Monika Krępska Magdalena Szczepańska

9


Nr 2

Publicystyka

Wydanie Online

GSM Kombat Batalia na ceny i promocje między operatorami funkcjonujących w Polsce sieci komórkowych trwa już od 17 lat. Ciężko stwierdzić, po której stronie frontu poległo więcej ofiar. Łatwo zaś wyłonić zwycięzców – są nimi klienci, którzy zyskują za każdym razem, gdy jedna ze stron wprowadza kon-

grafika autorstwa Michała Sitarza

kurencyjną ofertę.

Batalię czas zacząć! Bój o klienta rozpoczął się w 1996 roku, kiedy to dwie firmy, Plus i Era, otrzymały koncesję na wybudowanie na terenie Polski sieci GSM. Wtedy połączenia były jeszcze (w porównaniu do obecnego stanu) bardzo drogie. Polacy polubili wszelkiego rodzaju promocje i nie wykazując żadnych sentymentów przeskakiwali między operatorami przenosząc się tam, gdzie było taniej. W 1998 roku do dwójki rywali dołączyła Idea, mimo tego spadek cen przechodził stosunkowo powoli. Walka toczyła się głównie o nowych klientów, a było o kogo walczyć, ponieważ liczba aktywnych kart SIM w Polsce rosła w zawrotnym tempie. W 1996 roku było ich zaledwie 0,9 mln, w 2005 liczba ta wzrosła do 29,2 mln. Operatorzy rywalizowali ze sobą głównie o to kto wprowadzi lepszą promocję. Wszystko się

10

zmieniło, gdy do gry przystąpił kolejny zawodnik. W 2007 roku na rynek wkroczyła sieć Play burząc kompletnie stary porządek. W tym czasie liczba aktywnych telefonów komórkowych w kraju zbliżała się do 42 mln. Nowy gracz narzucił szybsze tempo i pozostali musieli mocno przyspieszyć, żeby go dogonić. W grze chodziło już nie tylko o to, by zdobyć nowego klienta, ale też by nie dać wykraść konkurencji już pozyskanych. W ciągu pięciu pierwszych lat Playowi udało się zebrać ponad 7 mln klientów. Rozpoczęła się wojna cenowa, która trwa do dziś. Według raportu Urzędu Komunikacji Elektronicznej w 2005 roku, indywidualny klient abonamentowy za minutę połączenia musiał zapłacić średnio 0,66 zł i 0,42 zł za SMS, w 2009 roku było to już odpowiednio 0,48 zł i 0,19 zł. W tym właśnie roku Era

razem z Heyah świadczyły usługi dla 29,5 % użytkowników, Orange obsługiwało 30,61 %, liderem był Plus - 31,33 %. Mimo tego iż Play wciąż zdobywał nowych klientów, dużo skuteczniej od reszty rywali, pozostawał na ostatnim miejscu z liczbą - 7,7 % udziału w rynku. Mimo stabilnej sytuacji przez kolejne 2 lata Orange nieznacznie przewyższył Plusa (liczbą abonentów), który uplasował się na drugim miejscu. Wyjątkiem był Play, który zanotował kolejny wzrost o 3,1 %. W 2011 roku 71 % numerów przenoszonych stanowiły numery przenoszone do Play. Wszelkie migracje związane były oczywiście z wciąż postępującym spadkiem cen i przypływem nowych promocji. W 2012 roku Polacy za minutę połączenia zapłacili od 0,24 zł do 0,09 zł. Zdecydowanym ciosem ze strony Play było wprowadzenie taryfy „Formuła 4.0” (w marcu 2012 roku), w której za stałą opłatą (79zł miesięcznie) klient otrzymywał możliwość nielimitowanych połączeń do wszystkich sieci. O wyższości Play świadczy również raport UKE o stanie rynku z marca 2013 roku, z którego wynika, że sieć ta posiada najkorzystniejszą ofertę abonamentową pod względem kosztów połączeń (0,19 zł za minutę) w porównaniu do Plus, Orange (0,29 zł) i T-mobile (0,39 zł). Pod względem średniego kosztu jednej wiadomości SMS Play (0,19 zł) ustąpił pierwszego miejsca Plusowi (0,18 zł). Na trzecim miejscu znaleźli się ex aequo Orange i T-mobile (0,20 zł). Pod koniec kwietnia bieżącego roku Orange wprowadził na rynek nową markę telefonii komórkowej, która jak można

przewidywać, spowoduje kolejny skok w obniżkach cen pociągając za sobą pozostałych operatorów. W NJU.mobile (bo tak nazywa się nowa sieć) możemy dzwonić bez ograniczeń do wszystkich polskich sieci za jedyne 29 zł miesięcznie. Niemalże natychmiastowo rękawice podniosło Play wypuszczając na rynek ofertę z nielimitowanymi rozmowami za 29,50 zł miesięcznie pod nazwą „New Red Bull Mobile No Limits”. Z pewnością niedługo doczekamy się odpowiedzi pozostałych operatorów. Jeszcze w 2013 roku koszty połączeń mają spaść za sprawą działań Urzędu Komunikacji Elektronicznej – obniżającego stawki hurtowe (kwoty, które płacą sobie wzajemnie operatorzy). Jaki będzie wynik tegorocznej rozgrywki? Jakich cen doczekamy się do końca 2013 roku? Ciężko przewidzieć, natomiast pewnym jest, iż przy obecnych stawkach bardzo trudno będzie wymigać się z nudnej rozmowy, tłumacząc się wysokim kosztem połączeń.

Michał Sitarz


Nr 2

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Wolność słowa w Internecie Wolnością słowa od czasów starożytnych zajmowali się uczeni, politycy oraz zwykli obywatele.

zdjęcie: www.flickr.com

Od zarania dziejów wolność słowa była ściśle związana z demokracją.

„W czasach współczesnych również mamy do czynienia z obostrzeniami w kwestii wolności słowa” Wiadome jest, że demokracja oraz wolność słowa najlepiej się rozwijały w starożytnej Grecji, czy Rzymie. We wcześniej wymienionych krajach każdy wolny obywatel mógł wyrazić swoje zdanie na jakikolwiek temat. Jednakże już w zamierzchłych czasach rządzący wprowadzili pewne obostrzenia co do wyrażania swoich opinii. Niewolnicy oraz ludzie, którzy nie byli pełnoprawnymi obywatelami Rzymu bądź Grecji, nie mogli wyrazić swoich opinii. Ten przywilej przysługiwał jedynie wolnym obywatelom danego kraju. W czasach współczesnych również mamy do czynienia z obostrzeniami w kwestii wolności słowa. Krajem, który uchodzi, za kolebkę wolności wypowiedzi

są niewątpliwie Stany Zjednoczone. W krajach Europy Zachodniej wolność poglądów oraz wolność słowa również nie podlega większym restrykcjom. Wędrując dalej na wschód Europy zaczynają się komplikacje w kwestii wolności wypowiedzi. Przykładem może być Białoruś, gdzie wolność słowa jest skutecznie zwalczana przez organy rządzące. Podobnie wygląda sytuacja w Rosji, bądź w krajach azjatyckich, na przykład w Chinach. Oficjalnym ustrojem politycznym Rosji jest demokracja, jednakże wolność słowa w tym państwie, jest skutecznie zwalczana przez organy rządzące. Do dnia dzisiejszego dochodzą nas słuchy o tym, że w dziwnych okolicznościach pewien dzienni-

karz w Rosji został zamordowany, bądź popełnił samobójstwo. Sytuacja przedstawia się stosunkowo komicznie, ponieważ najważniejszym elementem zwalczania opozycji, bądź wolności słowa w Rosji są „niewyjaśnione okoliczności śmierci danego działacza opozycyjnego, bądź dziennikarza”. Można by powiedzieć, że dany człowiek po prostu „pośliznął się na przysłowiowej skórce od banana”. Podobnie sytuacja przedstawia się w Chinach, gdzie wolność słowa jest skutecznie „blokowana” w samym zarodku. W krajach afrykańskich (Egipt), gdzie panuje, bądź panował ustrój totalitarny, nie ma mowy o wolności wypowiedzi, czego przykładem był bunt narodu egipskiego w kwestii obalenia ówczesnego prezydenta Mubaraka. Jednym z głównych celów przeciwników Hosniego Mubaraka było przywrócenie wolności słowa oraz poprawienie ogólnego bytu narodu egipskiego. Natomiast sytuacja w Syrii nadal wygląda drastycznie, ponieważ uciemiężony naród do tej pory zmaga się z autorytarnymi rządami prezydenta Baszara al-Assada. W Polsce sytuacja przedstawia się nieco inaczej, ponieważ wolność słowa gwarantuje ustawa zasadnicza - Konstytucja. Jednakże w tym przypadku również mamy do czynienia z pewnymi obostrzeniami w kwestii wolności słowa, ponieważ Kodeks karny w Polsce zabrania publicznego znieważania Prezydenta RP oraz innych konstytucyjnych organów RP, przestępstwem może być też pomówienie i zniesławienie. Ponadto przestępstwem jest zaprzeczanie publiczne zbrodniom nazi-

stowskim, komunistycznym oraz innym zbrodniom przeciw pokojowi, ludzkości oraz zbrodniom wojennym. Przestępstwem jest też obraza uczuć religijnych. Przytoczonie tego przykłau ma na celu ukazanie tego, że w każdym kraju nawet najbardziej rozwiniętym pod względem ekonomicznym lub społecznym mamy do czynienia z pewnymi restrykcjami dotyczącymi wolności słowa. Przed chwilą przedstawiłem wolność słowa na przykładzie życia codziennego. Podobnie ma się sytuacja w Internecie we wcześniej wymienionych państwach. W Rosji, Egipcie, Chinach, czy Syrii wolność słowa w sieci jest nieustannie monitorowana przez wyspecjalizowane organy rządzące. Idąc dalej na zachód Europy i naszego globu wolność słowa nie jest poddawana aż takiemu monitoringowi, a Internauci mają o wiele większą swobodę działania w sieci niż Internauci w krajach wschodnich Europy. Tak, czy siak musimy uważać na swoje słowa wypowiedziane w sieci, nikt z nas w Internecie nie jest anonimowy, beż różnicy gdzie mieszkamy. Każdy z nas może zostać poddany odpowiedniemu monitoringowi w sieci, a po złamaniu wirtualnego prawa, może nas spotkać jakże rzeczywista kara.

Piotr Kowalczyk

11


Publicystyka

Nr 2

Wydanie Online

„Bez elegancji serca, elegancja nie istnieje.” - Yves Saint Laurent Myślę, że gdyby kilkanaście lat temu ktoś powiedział Annie Wintour, że jej zdanie będzie warte niewiele więcej niż zdanie jakiejś dziewczyny „z ulicy” – wyśmiałaby go. Przecież od dyktowania trendów w świecie mody są specjaliści tacy, jak ona czy Carine Roitfeld, nieprawdaż? Rzeczywiście, do tej pory tak właśnie było. Jednak świat idzie do przodu i dotychczasowe dyktatorki mody muszą wpuścić między siebie nowe twarze, aby wkrótce na dobre ustąpić im miejsca. Tymi nowymi twarzami są blogerki szafiarki. To właśnie dzięki nim jesteśmy świadkami prawdziwej rewolucji w

„Jest w życiu taka chwila, kiedy musisz zaakceptować fakt, że ktoś inny jest od ciebie młodszy, świeższy i gorętszy.” – Karl Lagerfeld Szafiarki, nazywane też blogerkami modowymi, to bardzo ciekawe zjawisko socjospołeczne. Dziewczyny kiedyś pragnące tylko pochwalić się w Internecie zawartością własnej szafy, umiejętnością dobierania dodatków i wyszukiwania prawdziwych perełek w second-handach – teraz zasiadają w pierwszych rzędach na pokazach mody, a nawet prowadzą własne rubryki w najbardziej poczytnych czasopismach branżowych. I to wszystko zawdzięczają tylko sobie, swojej własnej pracy i determinacji, żeby zostać zauważonymi. „Byłem na kilku rozmowach kwalifikacyjnych. Jakiś bank, jakaś ubezpieczalnia, jakaś firma od doradzania akcjonariuszom. Ilekroć siedziałem przed sztucznie uśmiechającą się blondi zadającą mi egzystencjalne pytania, miałem ochotę wyjść. I wychodziłem. Nigdy nie zapraszano mnie ponownie. Czułem, że nie należę do ich świata.” – Kominek by Tomek Tomczyk Bycie szafiarką ma kilka

12

zdjęcie: www.fashionweeknews.com

świecie mody.

Od lewej: Anna Wintour - redaktor naczelna amerykańskiego Vogue’a oraz Carine Roitfeld była redaktor naczelna francuskiej edycji magazynu znaczących plusów: bloger sam jest swoim szefem i nie musi się przed nikim tłumaczyć ze swoich decyzji. To jeden z wielu powodów, dla których dziewczyny decydują się na ten krok. Chęć sprawdzenia się, „ile jestem warta?”, „jak sobie poradzę?”. Nie wszystkim starcza chęci i cierpliwości do systematycznego zamieszczania wpisów,

bo nie jest to takie proste, jak się wydaje. Według badań przeprowadzonych przez firmę Sotrender wynika, że z kilkuset tysięcy blogów założonych na platformie blox.pl aktywnych jest zaledwie 2%. Reszta użytkowników zrezygnowała z działalności. „Prowadzenie takiego bloga jest

jak zarządzanie małym przedsiębiorstwem.” – Little Town Shoes Kolejny powód, może nawet ważniejszy od poprzedniego: na prowadzeniu bloga można sporo zarobić. „Kasia Tusk ma z bloga 400 tys. zł rocznie” – GazetaPrawna.pl, 5 kwietnia 2013


Nr 2

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

„Niektórzy mają w poważaniu potrzeby blogera i chcą z niego zrobić swój słup reklamowy za darmo (…)” – Riennahera by Marta Dziok Jednak Ci, którzy chcą osiągnąć coś więcej, pamiętają, żeby się nie poddawać i walczyć o swoje, tak jak Eliza Wydrych, bardziej znana jako Fashionelka. Mimo tego, że jest profesjonalistką, nadal spotyka się z nieuczciwością ze strony różnych firm, ale pokazuje mniej doświadczonym koleżankom, że nie można dać się zastraszyć. „Nasz przyjaciel zarekomenduje nam produkt, który lubi. Bloger, aby pozostać na topie, musi śledzić wszystkie trendy i zarekomenduje nam produkt, który jest naprawdę najlepszy. Mając doświadczenie w użytkowaniu innych produktów, przedstawi też plusy i minusy, także łatwiej nam będzie podjąć decyzję.” – Little Town Shoes Mimo tego, że szafiarki to jednoosobowe firmy, nie do końca jest tak, że mogą robić, co tylko chcą. Muszą uważać, żeby nie stracić zaufania czytelników. Niezależnie od tego czy dostają jakiś produkt do testowania od firmy, czy same go kupują, powinny dbać o to, żeby ich recenzje na blogu były zgodne z prawdą. Jednorazowy przypływ gotówki od sponsora nie jest warty utraty fanów, na których zdobycie blogerka pracowała latami. Czytelnicy ufają blogerom bardziej niż własnym przyjaciołom! „Pisanie bloga jest sztuką. Pisanie doskonałego bloga – stylem życia!” – Kominek by Tomek Tomczyk I chociaż Coco Chanel powiedziała, że „moda nie powinna rodzić się na ulicy”, dla mnie szafiarki dawno przestały być tylko dziwnie ubranymi dziewczynami zamieszczającymi zdjęcia ubrań w Internecie.

Magdalena Szczepańska

Wszechobecny erotyzm ciągle na fali Promocja nowego portalu, w którym ludzie potrafią zrobić wiele, za niewiele. Bez żadnych barier. Wstęp mają wszyscy.

Patrząc na listy bestsellerów wydawnictw, czołowe miejsca zawsze są takie same: królują na nich powieści erotyczne. A wszystko zaczęło się za sprawą trylogii E.L. James o Christianie Greyu, która opowiada o „wielkiej miłości” bożyszcza kobiet, zapierającego dech w piersiach biznesmena, który zwraca uwagę na zwykłą, szarą myszkę jaką jest Anastasia Steel. Kobietę, z którą może się utożsamić każda z nas. Wielokrotnie zastanawiałam się nad fenomenem tej powieści, co jest w niej takiego porywającego, że czytają ją miliony kobiet, bo nie jest to literatura najwyższych lotów, gdyż fabułę tworzą doznania erotyczne bohaterów. I nagle na rynku wydawniczym roi się od tego typu pozycji, jakby już nie było innych tematów. Nawet jedna z polskich celebrytek Ilona Felicjańska pokusiła się o powieść tego rodzaju, tworząc polską wersję Greya. Nie jestem pruderyjna, ale czy naprawdę niczego nie można pozostawić sferze wyobraźni, niedomówień? I czy nie ma już żadnej sfery tabu? Ale nie ma czemu się dziwić, gdyż przeglądając ostatni numer „Newsweeka” trafiłam na artykuł „Seks za złotówkę”, który jest niczym innym jak świetną reklamą, którą gazeta zrobiła nowemu portalowi erotycznemu showup TV (spolszczona wersja szołap). Jest to portal, w którym ludziom płaci się za publiczny seks, im więcej pokażesz tym więcej zarobisz i staniesz się sławną, dostając więcej „lajków”. Grey przy tym staje się niewinną igraszką. I tutaj należy postawić sobie pytanie: jak w kraju, w którym pornografia jest

Reklama pończoch... surowo karana można promować taki portal w jednym z najbardziej poczytnych tygodników opinii? Ale nie trzeba daleko szukać, wystarczy obejrzeć się wokół i zobaczyć „niewinne bilbordy” reklamujące stronę z hasłem „diablica i anioł w jednym miejscu”. Dziś do Internetu dostęp mamy wszyscy. Dzieci znają się na tym lepiej niż dorośli i z czystej ciekawości mogą tam łatwo wejść i zobaczyć coś, co nie jest przeznaczone dla ich oczu, gdyż strona nie posiada żadnych blokad wiekowych. Więc jak to jest, czy dyrektor tej strony ma tak wysoko postawionych przyjaciół? Może ma takie środki finansowe,

zdjęcie: www.flickr.com

I tutaj znowu muszę wspomnieć, że nie każdy może mieć takie wyniki. Trzeba wielu lat pracy, żeby zdobyć stałych czytelników, nawiązać współpracę z firmami, agencjami reklamowymi. Oczywiście czasem wystarczy znane nazwisko, ale pamiętajmy, że większość zaczyna od zera, a korporacje nie zawsze są uczciwe.

by móc reklamować swój portal w Newsweeku jako świetny sposób na zarobienie pieniędzy i tym samym legalnie promować pornografię? Nie pozostawiając bez winy drugiej strony, warto zadać pytanie: czy dziennikarze musza pisać o wszystkim? Czy może czasem warto ugryźć się w pióro i przemilczeć niektóre tematy, by nie robić im niepotrzebnej reklamy?

Daria Grzybińska

13


Nr 2

Polityka

Wydanie Online

Prawa ręka władzy Oglądając przemówienia głów państw, expose premierów, czy też płomienne mowy podczas wieców i demonstracji, ciężko oprzeć się wrażeniu niesłychanej perfekcji w doborze słów jak i ogromnemu talentowi mówców. Słyszymy trafne porównania, głębokie metafory, a także mnóstwo cytatów i gier słownych. Kreowany przez media obraz polityków elokwentnych i oczytanych jest jednak nie

14

Barak Obama pracujący wraz z Jonem Favreau nad swoją przemową podczas lotu Air Force I torem słynnej frazy „Yes, we can”, która echem odbiła się nawet w Polsce. Mowę, którą wygłosił Obama podczas kampanii prezydenckiej w 2009 roku, pisał dwa miesiące, po 16 godzin dziennie. Jak widać opłacało się, gdyż kandydat, który na początku wyścigu o fotel w Białym Domu był daleko w peletonie, ostatecznie zwyciężył i został pierwszym czarnoskórym prezydentem USA. Ludzie, tacy jak Favreau, są w amerykańskiej polityce niezastąpieni. Nie ma tam miejsca na mowy z pamięci o wszystkim i o niczym. Każde działanie jest wykalkulowane – dopięte na ostatni guzik. Nie padają słowa mogące przekreślić czyjąś karierę, czy choćby odstraszyć rzesze wyborców. Śladem amerykanów poszli również polscy politycy jak Donald Tusk czy Leszek Miller. Korzystanie przez nich z usług speechwriterów nie jest do końca poprawne politycznie

zdjęcie: www.wikipedia.pl

Najprościej rzecz ujmując, speechwriter to osoba, która pisze przemówienia na zlecenie. Mimo iż nie wydaje się to zajęciem ekstremalnie trudnym, to wymaga od autora nie lada poświęcenia. Speechwriter poza umiejętnościami pisarskimi, wiedzą ogólną i oczytaniem musi znać lepiej życiorys swojego pracodawcy niż on sam. Zna styl, wymowę a przede wszystkim plany zarówno przyszłego prezydenta, premiera, prezesa firmy jak i ich otoczenia. Samo pisanie mowy może trwać od kilku dni do kilku miesięcy. Często też, gdy współpraca przynosi zamierzone efekty, speechwriterzy stają się członkami świty swojego pracodawcy, czerpiąc dalsze korzyści. Rola Speechwritera nie kończy się jednak na samej treści. Ma on też obowiązek przygotować swojego podopiecznego do publicznego wystąpienia. Najpierw musi zdecydować o kładzionych akcentach w wymowie i ich artykulacji, następnie zdecydować, do której kamery dany fragment ma być wygłoszony, tak aby sprawiać wrażenie naturalności. Taki rodzaj pracy sprawia, że ci ludzie żyją w ciągłym stresie. Mają oni bowiem wiedzę mogącą pogrążyć swojego szefa. Muszą być lojalni i dyskretni. Żyją więc w cieniu, nie pełniąc większej roli w żadnej kampanii. Autor tekstu musi także trzymać na wodzy swoje pragnienie samospełnienia, gdyż to mówca, a nie on zbiera uznanie choćby w formie oklasków za dzieło. Najsłynniejszym na świecie speechwriterem jest Jon Favreau. Ten 31 latek jest jednym z głównych filarów wizerunku Baracka Obamy. Jest on także au-

zdjęcie: www.wikipedia.pl

tylko efektem pracy pijarowców ale również speechwriterów.

Nie zawsze jeden speechwriter wystarczy. (Od lewej: Carol Browner, Barack Obama, David Axelrod i Jon Favreau) i nie zawsze dobrze widziane, ale z pewnością podnosi poziom

w polskim dyskursie politycznym.

Tomasz Kowalski


Kultura

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 2

„Made in Russia” Ten zespół znać trzeba, a jeśli „trzeba” jest zbyt dużym słowem, to na pewno znać wypada. Jak krótko opisać Leningrad? Leningrad to przede wszystkim energia, energia i jeszcze raz energia!

Leningrad wręcz się w nich lubuje – na koncertach często widujemy muzyków spożywających tzw. „napoje wyskokowe”, a sam Sznurow stwierdził kiedyś, iż jeszcze nie zdarzyło mu się wyjść na scenę trzeźwym. I może dlatego „grupa trzymająca władzę” za Leningradem nie przepada. Nie przepada do tego stopnia, że niejednokrotnie odmawiano im zagrania koncertu w stolicy Rosji – Moskwie. Tyle z historii i charakterystyki. Teraz coś dla ucha. Co proponowałbym tym, którzy nie znają Leningradu, a poznać by chcieli? Na początku proponowałbym wysłuchać dwóch utworów: „Paganini” i „Muzyka dla muzhika”. I to w zasadzie załatwiłoby sprawę zapoznania się z zespołem, ponieważ te utwory, to „Leningrad w pigułce”. Ale zostańmy jeszcze chwilkę przy temacie poznawania, bo ta grupa to nie tylko łatwe, lekkie i przyjemne piosenki, przy których fajnie jest poskakać. Skupmy się na utworze (swoją drogą jednym z najpopularniejszych) pt.: „Svoboda”. Utwór o wolności, wykonany przez ludzi z takiego kraju jak Rosja, nabiera trochę innego, głębszego znaczenia. Słowa, takie jak: „Только когда плывёшь против теченья, Понимаешь, чего стоит свободное мненье” („Tylko gdy płyniesz pod prąd, rozumiesz ile kosztuje wolność myśli”) czy „Свобода - это то, что у меня внутри” („Wolność jest tym, co mam wewnątrz”), zdecydowanie dają do myślenia. Ci ludzie to prawdziwi punk rockowcy, którzy władzy się nie boją. Za to władza bać się ich powinna. Początkującym polecam również utwór „WWW” z niezwykle chwytliwymi dęciakami oraz skoczną melodią, do którego została nakręcona kreskówka, w której autorzy wyśmiewają Putina – i nie jest to sytuacja jednorazowa.

Wokalista Siergiej Sznurow podczas koncertu w 2007 roku

zdjęcie: www.rosyjskiecd.xen.pl

Jest rok 1997. Leningrad (dzisiejszy Sankt Petersburg). Grupa muzyków na czele z Siergiejem Sznurowem, znanym dziś jako Sznur, zakłada zespół. I tu zaczyna się jego historia. W mieście, swym imieniem chwalącym towarzysza Lenina, powstaje formacja, która tego imienia chwalić nie ma zamiaru i której - w niedalekiej przyszłości - władza unikać będzie, jak ognia. Idźmy dalej. Rok 1999 – pierwsza płyta pt. „Pulia”. Leningrad intensywnie koncertuje, a kluby, w których występuje, ledwo mogą pomieścić pełny skład zespołu. Trzynaście osób - tylu muzyków gra, śpiewa i bawi się na scenie równie dobrze, jak sama publiczność. Różnego rodzaju dęciaki, gitary, perkusje, klawisze – wszystko to Leningrad oferuje słuchaczom. Dalsza historia, to niezwykły rozkwit popularności i to nie tylko w swojej ojczyźnie, ale także poza jej granicami. Machina zaczyna nabierać rozpędu – coraz więcej koncertów na całym świecie; rozgłos – oczywiście nieunikniony, bo Sznur nie da się fanom nudzić; płyty – w sumie Leningrad wydał ich aż dziewiętnaście. Imponujący wynik jak na szesnaście lat (nie licząc przerwy) działalności, prawda? Co jeszcze tak nietypowego prezentuje nam Sznur i spółka? Teksty. Tak. Jak najbardziej trzeba zwrócić uwagę na teksty. A dlaczego? Dlatego, że są one wręcz przesycone wulgarnością (do tego stopnia, że gdy muzycy wybrali się na zorganizowany w Mińsku koncert, urzędnicy przestrzegali wokalistę by ten powstrzymał się w wypowiadaniu niecenzuralnych słów), ale nie przeszkadza to w przekazaniu tego, co ma zostać przekazane – od spraw społecznych, przez politykę aż po zwyczajne imprezy. Co do imprez, zaznaczyć trzeba, że

zdjęcie: www.wikipedia.pl

Ska, reggae, punk, rock - a to wszystko w jednej, niezwykłej pigułce. Może od początku...

Teraz już mniej więcej wiemy, jak Leningrad brzmi. Aż się nogi same rwą do zabawy. Aż coś w duszy nie pozwala usiedzieć na miejscu. Aż się serce raduje, że jest ktoś, kto taką muzykę w taki sposób gra. Tadam! Przed Państwem grupa Leningrad! I teraz tak na koniec. Dość wychwalania, dość historii. Już nie będę. Obiecuję. Już, już kończę. Dlaczego akurat teraz piszę o Leningradzie i z jakiej to oka-

zji poświęciłem im uwagę? Spieszę z wyjaśnieniem. Otóż, proszę Państwa, po zawieszeniu działalności, powrocie, nagraniu nowej płyty, fani w końcu mają to, na co każdy fan czeka najbardziej - legendarna rosyjska grupa Leningrad będzie gwiazdą tegorocznego Przystanku Woodstock (1-3 sierpnia)! To co? Ktoś się wybiera?

Michał Kaźmierczak

15


Kultura

Nr 2

Wydanie Online

Zew zapomnianych koszmarów Niedoceniane, zapomniane, w pewnych kręgach kultowe. Jeżeli nudzą was szablonowe horrorki, w których głównym bohaterem jest tasiemiec o nazwie „grupa amerykańskich nastolatków” to zapoznajcie się z pakietem straszydeł w podeszłym wieku, starzejących się jak wino. Oto upiory warte bliższego poznania: nie była liga dla amatora, a co za dużo bólu to niezdrowo. Frankowi udaje się uciec... Hellraiser to gratka dla miłośników efektów gore oraz klimatu spod znaku psychodelii. Ciężki, duszny klimat, fenomenalna oprawa muzyczna Christophera Younga oraz świetna technicznie obrzydliwość, to największe zalety filmu. Fabuła natomiast jest zło-

żona, ma wiele ciekawych wątków i jest świetnie rozwinięta w dalszych częściach cyklu. Rozpoznawcze logo filmu to odstręczający wygląd Cenobitów, zwłaszcza głowa ich przywódcy pokryta powbijanymi gwoździami. Wysłannik Piekieł to niezła przystawka do jeszcze lepszej drugiej części.

zdjęcie: źródło screenshot z filmu

się w przedmiocie, ten ma już zagwarantowane bliskie spotkanie z demonicznymi Cenobitami z kultowym Pinheadem na czele. Frank, znudzony dotychczasową egzystencją i brakiem ekstremalnych przeżyć, zostaje zabrany przez wysłanników piekieł do miejsca, w którym będzie mógł do woli oddawać się cierpieniu. Z czasem okazuje się, że to jednak

zdjęcie: źródło screenshot z filmu

1. Hellraiser: Wysłannik Piekieł Film zrodzony w 1987 roku z wielu wiader ketchupu, łańcuchów, haków i podobnych zabawek dla sadomasochistów. Opowiada historię Franka Cottona, nieciekawego erotomana i kryminalisty, który wszedł w posiadanie magicznej kostki Lemarchanda. Kto złoży łamigłówkę, jaka kryje

Żadna z części Hellraisera nie może istnieć bez Pinheada 2. Hellbound: Hellraiser II Po sukcesie poprzednika fani tylko rok musieli czekać na powrót Pinheada i jego klubu miłośników zadawania bólu. Fabuła drugiej części zaczyna się niedługo po końcówce jedynki. Głównym bohaterem sequela jest Kirsty Cotton, którą poznaliśmy w pierwszym filmie z cyklu. Po traumatycznych przeżyciach trafia do szpitala psychiatrycznego, w którym urzęduje doktor Channard.

16

Jest on zainteresowany przedmiotem, którym swego czasu bawiła się Kirsty, a mianowicie kostką Lemarchanda. Pozornie spokojny lekarz skrywa mroczne fascynacje i przywołuje z piekła starych znajomych, samemu z czasem stając się jednym z nich... Sequel, ku mojemu zaskoczeniu, okazał się lepszy od części pierwszej. Mroczna, ciekawsza fabuła, więcej, dużo więcej psychodelii i mroczna duszna atmosfera grozy. Nie mogło za-

Jeden z ulubionych pupilków Clive’a Barkera

braknąć efektów gore, które jeśli nie przebijają, to na pewno stoją na tym samym stopniu podium co w pierwszym filmie. Hellbound jest bardziej rozbudowany niż Wysłannik Piekieł: wszystkiego w nim więcej i jest bardziej wciągający. Są tu sceny prawdziwie epickie, nieoczekiwany zwrot akcji, wielkie imponujące lokacje. Czuć w tym rozmach, a atmosfera jest jeszcze bardziej ciężka niż w jedynce. Najlepsze w tym filmie jest to, że wyjawia wiele tajemnic: odkrywa fakty

z pochodzenia Cenobitów, pokazuje nam jak wygląda ich piekło i kto urzęduje tam jako dyrektor. Pojawia się nawet wujek Frank, by zademonstrować jaki rodzaj tortur preferuje. Fenomenalny Doug Bradley w roli naczelnego Cenobity, powrót klimatycznej i subtelnej muzyki Younga. Więcej, ciekawiej, lepiej. Najlepsza część całego dziewięcioczęściowego cyklu, który w niezbyt delikatny sposób udowadnia, że ciekawość to dosłownie pierwszy stopień do piekła.


Nr 2

sarza grozy w bibliotece, zawartość lekkiego i pociesznego horroru z 1993 roku. Ciekawa pozycja dla fanów prozy Samotnika z Providence. Film na początku potraktowałem jako żart, lekki dreszczowiec, mający przynieść plony w postaci jak największej liczby zielonych panów prezydentów. Permanentnego niepokoju i grozy podczas oglądania raczej nikt nie doświadczy, lecz film ma parę niezłych momentów, jeśli chodzi o efekty specjalne. Jeżeli ktoś woli oglądać horrory w biały dzień, to jest to lekki, zabawowy film będący remedium na nudę. Zwłaszcza, że Lovecraft ma w nim scenę akcji.

4. Martwe Zło 2 (Evil Dead II) Chyba najlepsze w historii filmu połączenie horroru z komedią w reżyserii Sama Raimiego z 1987 roku. Główny protagonista Ash (zdrobnienie od Ashhole) zabiera swoją dziewczynę na weekend do leśnej chatki. Traf chciał, że romantyczny w założeniu wieczór, zostaje zepsuty przez Necronomicon (Lovecraft maczał palce) i odtworzenie nagrania jego treści na płycie winylowej. Przebudzo-

ne zostają pokraczne monstra, a dziewczyna Asha zostaje opętana. Czeka go teraz starcie ze złem. Bardzo martwym złem. Ten film po prostu nie pozwala na nudę. Cały czas coś się dzieje. Głowa łosia znad kominka zaczyna się demonicznie rechotać, ręka Asha zostaje opętana i postanawia go zatłuc talerzami, nieokreślona zła siła ściga bohatera po małej chatce, która okazuje się być pięć razy większa niż mieszkanie w bloku, z kolei ucięta głowa

zdjęcie: źródło screenshot z filmu

3. Necronomicon Wielki Twórca Kosmicznej Grozy, Howard Philips Lovecraft we własnej osobie nieoczekiwanie opuszcza ukochane Providence, by odnaleźć egzemplarz demonicznej księgi szalonego Araba Abdula al-Hazreda. Przybywa do Arkham, gdzie na uniwersytecie Miskatonic ma nadzieję wykraść Necronomicon z rąk podejrzanych mnichów. Niestety kluczyk od kratki wpada mu do wody, w której buczy jakieś Przedwieczne „Coś”, jednak chwilowo się tym nie martwi, gdyż ma niezłą lekturę do nadrobienia. Trzy różne historyjki plus przygoda pi-

Mała rola beholdera, ale przynajmniej fajnie wygląda 5. Coś (The Thing) Niepokój, zaszczucie, podejrzenie. Strach przed nieznanym złem, które potrafi przybrać najprzeróżniejsze formy. Do tego odcięcie od świata, temperatura grubo poniżej zera. Mróz dosłow-

nie wyziera z ekranu. Nikt nie wie, czym tak naprawdę to jest, ale to „Coś” może być wszędzie. W każdym z nas. Pies rasy husky ucieka przed helikopterem z dwoma norweskimi badaczami na pokładzie. Z jakiegoś powodu próbują go

zdjęcie: źródło screenshot z filmu

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Wielkie brawa dla charakteryzatorów

dziewczyny naszego herosa przestaje pyskować dopiero wtedy, gdy ten traktuje ją piłą łańcuchową. Lawina chaosu, krwawych efektów i aktorstwa klasy B, ale przez duże B. Bruce Campbell, wcielający się w postać Asha, to ikona serii, a piła jest jego ulubioną zabawką w walce z demonami. Jest to chyba jedyny film jaki widziałem, który potrafi naprawdę przestraszyć i rozbroić śmiechem. Seria Martwego Zła ewoluowała z horroru w połączenie

śmiechu i zabawy, aż w końcu stała się czystą komedią. Sequel to inna bajka. Jeśli chcecie głupkowatej krwawej zabawy, która na dodatek potrafi przestraszyć, to jest to jedna z lepszych pozycji. Ten kto woli prawdziwy horror, niech sięgnie po debiut Sama Raimiego albo udany w moim mniemaniu remake wyświetlany w tym roku w kinach pod tym samym tytułem.

zastrzelić, obrzucają go nawet granatami. Zwierzę dociera do amerykańskiej placówki badawczej, jeden z Norwegów wysadza się przypadkiem w powietrze, a drugi zostaje zastrzelony przez Amerykanów. Nikt nie wie, jak pies mógł przebiec taką odległość na mrozie. Kurt Russel jako R.J. MacReady postanawia wyruszyć do stacji Norwegów. Na miejscu znajduje potwornie zmasakrowane, zniekształcone zwłoki oraz pustą komorę, z której coś musiało wyjść... Najbardziej straszy to, czego nie znamy. W horrorze Johna Carpentera z 1982 roku, napięcie i niepokój są budowane wręcz z maestrią. „Coś” może wejść i ukrywać się w ciele każdego członka ekipy badawczej. Człowiek to najcieplejsze miejsce na kryjówkę. Nikt nikomu nie ufa, a my tylko czekamy aż ta istota się wreszcie ujawni. Gdy już to robi, jest to nagłe i makabryczne. To zasługa świetnych poklatkowych efektów specjalnych w wykonaniu Roba Bottina. Dowód na artystyczną wyższość mechanicznych bajerów nad komputerowymi

cudactwami. Charakterystyczne postacie, mroźny klimat, znakomita nastrojowa muzyka Ennio Morricone, wzmagająca niepokój i poczucie zagrożenia. O dziwo dostała nominację do Złotych Malin, kompletna pomyłka. To jeden z najlepszych niedocenionych swego czasu horrorów. Niektóre sceny są niesamowicie poprowadzone, Carpenter potrafi pozornie uspokoić, by nagle zaskoczyć. Zakończenie jest otwarte i nasuwa widzowi wiele możliwych scenariuszy. Jest również w pewnym sensie okrutne, nie ma miejsca na zerwanie z formą i podarowanie widzom ulgowego happy endu. Jeżeli ktoś chce naprawdę zobaczyć kawał klasy, niech odpuści sobie remake z 2011 i przygotuje się na spotkanie z tym „Czymś”, które naprawdę potrafi przestraszyć, bo nie wiemy do końca czym jest.

Radosław Sołyga

17


Nr 2

Kultura

Wydanie Online

40 lat minęło… czyli o „Ciemnej Stronie Księżyca” Na pewno nie raz widzieliście ten słynny pryzmat na czarnym tle. Z pewnością wiele razy słyszeliście choć częściowo album, żeby nie powiedzieć – osobne utwory, których nie wypada wyrywać

Zastanawiacie się pewnie, co mnie natchnęło do napisania o „The Dark Side of the Moon”. Otóż 40. rocznica premiery najsłynniejszego albumu koncepcyjnego w historii muzyki, pokrytego 18-krotną platyną w Stanach Zjednoczonych. Nie będzie to recenzja, bo takowych mnóstwo. Z resztą, kto chciałby czytać o tak starym i osłuchanym albumie, którego próżno szukać na topie dzisiejszych list przebojów. Kto dziś słucha Pink Floyd? Jednostki… Jeżeli nie recenzja, to co? Przewodnik po największym dziele kwartetu z Cambridge oraz zbiór ciekawostek związanych z okolicznościami rejestracji albumu. Dlaczego taki, a nie inny tytuł płyty? Przede wszystkim nie chodzi o astronomię, ani niewidoczny obszar Księżyca, a o „ciemną stronę” – trudy życia napotykane każdego dnia, m.in. pieniądze, chciwość, przemijanie, wojna, które są tematyką tego koncept-albumu. Życie od czegoś się zaczyna… To bicie serca, które inauguruje uwerturę „Speak to Me”, na początku której mamy do czynienia z połączonymi fragmentami utworów z dalszej części albumu, m.in. darcie papieru oraz brzęk monet i trzaski kasy („Money”) czy krzyk Clare Torry („The Great Gig in the Sky”). Nie mogę się powstrzymać od przytoczenia genezy tytułu utworu, który pochodzi od słynnego powiedzenia „mów do mnie”, wymawianego przez Chrisa Andersona, ówczesnego szefa tras Pink Floyd, którego używał, gdy oczekiwał na wyjaśnienie czegoś.

18

Jak wcześniej wspomniałem, jest to koncept-album, gdzie utwory zazębiają się w jedną całość. Po „Speak to Me”, następuje przejście do „Breathe”, który inspirowany jest powieścią Johna Updike’a „Uciekaj Króliku”. Tekst to pewnego rodzaju przestroga, poruszająca temat błahych spraw, za którymi gonimy każdego dnia. Dźwięki zegarów, które rozpoczynają wielki hit grupy: „Time”, to nic innego, jak nagranie zsynchronizowanych ze sobą dzwoniących i bijących zegarów w sklepie ze starociami, które było pomysłem producenta, Alana Parsonsa. Warstwa liryczna „Time”, jak wyjaśnia Roger Waters, jest właściwie jego autobiografią. Tłumaczy, że przed życiem, do którego mamy tylko jedno podejście, nie ma żadnej próby. Tytuł instrumentalnej kompozycji „Any Colour You Like” został zainspirowany hasłem reklamowym producenta Forda T: „You can have it any color you like... as long as it’s black!” (Możesz go mieć w jakim tylko kolorze zechcesz, pod warunkiem, że chcesz czarnego). Pod koniec „Eclipse”, po podgłośnieniu, w prawym kanale słyszalny jest fragment orkiestrowej wersji utworu The Beatles „Ticket To Ride”. Legenda głosi, że urywek został zarejestrowany przez nieszczelne drzwi w studio, w którym nagrywano uderzenia serca przy pomocy werbla, gdy w jednym z pomieszczeń Abbey Road odtwarzano orkiestrową wersję utworu Beatlesów. Album wieńczy bicie serca, a po chwili

zdjęcie: www.rollingstone.com

z kontekstu, bowiem jest to suita, spójna kompozycja, trwająca 43 minuty.

Okładka płyty, przedstawiająca schemat działania pryzmatu słowa wypowiedziane przez Gerry’ego Driscolla, dozorcę budynku Abbey Road Studios: „There is no dark side in the moon, really. As a matter of fact it’s all dark” (Nie ma ciemnej strony księżyca, w rzeczywistości jest cały ciemny). Największą chyba zagadką związaną z „The Dark Side of the Moon” jest domniemana synchronizacja albumu z filmem Victora Fleminga, „Czarnoksiężnik z krainy Oz”, w którym utwory miałyby służyć za narrację wersji przygód Dorotki z 1939 roku. David Gilmour zdementował plotki, mówiąc, że to jedynie przypadek. Nick Mason dodatkowo stwierdził, że istnieje niejeden film, który mógłby pasować do płyty.

Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. Jednak gdy spojrzymy na okładkę wydawnictwa koncertowego „P.U.L.S.E”, ujrzymy na tęczówce oka rower i dziewczynkę w czerwonych bucikach, co może wskazywać na potwierdzenie teorii przez samych muzyków. „The Dark Side of the Moon” to album ponadczasowy. Nie ważne, ile lat minęło od premiery; teksty są nadal aktualne. To nie tylko owiany sławą, niczym „The White Album” Beatlesów, komercyjny sukces na całym świecie, który przetarł szlaki rocka progresywnego, a soundtrack do życia chyba każdego z nas.

Wojciech Margula


http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Nr 2

Czy można pozbierać się po śmierci najbliższej osoby? P.S Kocham Cię to bestsellerowy debiut młodej pisarki Cecylii Ahern. Autorka przedstawiła w niej prawdziwe uczucie, które potrafi połączyć dwoje młodych ludzi. Tym uczuciem jest miłość, która

Książka przedstawia historię Holly, która uwielbia swoje życie. Dla niej wszystko w nim jest na swoim miejscu. Ma wspaniałego męża Gerry’ego, kochającą rodzinę oraz paczkę prawdziwych przyjaciół, na których zawsze może liczyć. Lecz jednego dnia jej życie przeradza się w koszmar. Wiadomość o poważnej chorobie męża rujnuje jej życie. Mimo tego zachowuje zimną krew i pragnie wykorzystać ostatnie chwile z ukochanym w najlepszy możliwy sposób. Jednak chwile te nie trwają wiecznie. Gerry umarł, życie Holy stanęło w miejscu, nie mogła pogodzić się z tą wiadomością. Wszędzie czuła obecność swojego nieżyjącego męża, tak bardzo za nim tęskniła. Błyskotliwy Gerry zostawił po sobie pewną pamiątkę. Była to lista rzeczy, które bohaterka musiała wykonać każdego miesiąca. Były to rzeczy prostsze i trudniejsze, lecz wszystkie bardzo ekscytujące. Listy te stały się dla niej jakby „świętą księgą”, która była obecna ciągle w jej życiu. W trakcie spełniania woli męża, na drodze Holly pojawiają się różne przygody, a także sprawy porządku dziennego takie jak, praca, pomoc bratu oraz wspieranie przyjaciółek. Holly na nowo uczy się czerpać radość z życia. Powieść ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była jedną z tych publikacji, które przeczytałam z własnej nieprzymuszonej woli, dzięki lekkiej i przyjemnej kompozycji. Przeczytanie jej nie

zabiera wiele czasu, gdyż jest napisana językiem potocznym, co szybciej pozwala nam przyswoić pewne fakty. Powieść ta potrafi wywołać w nas zarówno łzy szczęścia, jak i łzy smutku. Książka ciągnie za sobą bardzo ważne przesłanie, które możemy poprzeć pytaniem: „Czy można pogodzić się z odejściem najważniejszej osoby?” Raczej lektura nie daje nam na to recepty. Każdy po przeczytaniu powinien sam odpowiedzieć sobie na to pytanie, choć główna bohaterka, uświadamia nam, iż jest to bardzo trudne do osiągnięcia, lecz nie niemożliwe. Z pomocą najbliższych osób na pewno przyjdzie nam to łatwiej. Zachęcam wszystkich do przeczytania tej powieści, zarówno młodszych jak i starszych odbiorców, każdy w niej na pewno zdoła znaleźć coś ciekawego dla siebie. Nie polecam wcześniej oglądania filmu, gdyż film odbiega trochę od fabuły książki, która jest zdecydowanie lepsza.

Plakat reklamujący film

zdjęcie: www.filmweb.pl

została ukazana w prawdziwy i bezpretensjonalny sposób.

Daria Grzybińska

19


Sport

Nr 2

Wydanie Online

Wywiad z Robertem Burneiką Hardkorowego Koksa nikomu przedstawiać nie trzeba. Podczas jego wizyty związanej z walką w MMA Attack, postanowił odwiedzić kilka miast z całej Polski. Na jego trasie znalazł się także olsztyński Face Club. Co Koksu sądzi o swoim przeciwniku z ostatniej gali? Czy od stejka ważniejszy jest seks? Co planuje po zakończeniu kariery? Roberta Burneikę przepytali Jakub Rećko i Marek Żuławnik.

zdjęcie: Marek Żuławnik

M.Ż.: Czy to prawda, że im dalej na południe Stanów tym więcej stacji telewizyjnych czy radiowych ma swoje odpowiedniki programów po hiszpańsku? R.B.: Tak, to prawda. W Kalifornii meksykanie walą pięć albo więcej dzieci a biały ma jedno lub dwoje. Wszyscy mówią po hiszpańsku. Biały amerykański naród znika powoli.

„Słuchaj, stejk to pierwszy musi być. Nie ma mowy. Bez stejka to wiesz, będzie słaby seks.” Marek Żuławnik: Wyemigrowa-

łeś do Stanów mając 21 lat, jak się tam zaaklimatyzowałeś? Było ciężko? Robert Burneika: Czy ciężko? No wiesz, nie znałem tam nikogo, nie znałem języka, na miejscu szukałem jakiejś pracy – nie było łatwo. Akurat ja miałem szczęście, bo już drugiego dnia dostałem robotę u Polaków – naprawiałem samochody. Każdy kto pracuje u Polaków w USA, na pewno dostanie trochę mniej niż w dużej firmie należącej do Amerykanina. Ale ja byłem naprawdę zadowolony z tej pracy, dobrze zarobiłem. Boss Polak dobrze mnie traktował i nigdy mnie nie oszukał.

20

Jakub Rećko: Jak nauczyłeś się

języka polskiego? Od kolegów z pracy czy od żony? R.B.: W garażu poznałem kilku Polaków, to był mały zakład w którym każdy mówił po polsku. Najlepiej można się nauczyć języka, kiedy nie masz wyjścia i nie wiesz jak powiedzieć.

J.R.: Z tego co wiem znasz trzy

języki. R.B.: No tak, litewski, rosyjski, polski i angielski.

J.R.: Czy mógłbyś powiedzieć „nie ma lipy” po litewsku? Jest jakiś odpowiednik tego sformułowania?

R.B.: (śmiech) Mogę powiedzieć

„cześć jak się masz” po litewsku. (śmiech)

M.Ż.: Jak ludzie w Stanach reagu-

ją na mniejszości etniczne? Czy to jest reakcja „sorry my was tu nie chcemy, idźcie sobie do siebie”? Jak to wygląda? R.B.: Nie wiem jak to powiedzieć, to wszystko idzie głęboko w politykę. Ameryka to jest taki kraj, w którym jest tyle narodowości, wszystko jest tak pomieszane, że teraz już w ogóle wszystko się popier******. Czarni i meksykanie dostają więcej praw niż biały człowiek. Na przykład w Kalifornii więcej jak 50% ludzi to meksykanie.

M.Ż.: Przed walką z Dawidem Ozdobą trochę sobie z niego pokpiłeś. Jak stosunkujesz się do zawodu tego człowieka? R.B.: To chłop niewiadomo jaki. No wiesz, to jest kurde jego zawód. Zawód jak zawód, musi jakoś kasę zarabiać. M.Ż.: U nas w Polsce bardzo po-

pularne są dowcipy i memy związane z Chuckiem Norrisem. Czy tego typu żarty są w Ameryce popularne? R.B.: Żarty w Ameryce są różne. Właśnie tego brakuje w Polsce, ludzie wszystkiego się boją. Na przykład ja tam zrobiłem filmik z Ozdobą, z lalką jakieś tam jaja. No i to jest normalne w Ameryce. Każdy sobie jaja robi, jest show, gdzie się leją z prezydenta, z polityków. A tu w Polsce ktoś coś zrobi i każdy już zesrany chodzi – się boi wszystkiego.

M.Ż.: Nie wiem czy wiesz ale w

Polsce mamy dwie główne siły. Po pierwsze kościół a po drugie kościół.


Nr 2

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka J.R.: I obie te siły trzymają wszyst-

programy telewizyjne. Czemu nie było trzeciego sezonu „Nie ma lipy” w TVN Turbo? R.B.: To nie zależy ode mnie, tylko od telewizji. Po prostu już chcieli coś nowego i nie chcieli już więcej tego puszczać. Brakowało trochę idei co dalej zrobić, bo już wszystko pokazaliśmy. Siłownię, jak żyję i teraz brakuje już idei co więcej pokazać, żeby była oglądalność.

Arnolda Schwarzeneggera? Wiadomo, że się nakłuwał a Ty nie popierasz tego typu rzeczy. R.B.: Nie popieram. Arnolda szanuję i zawsze szanowałem. Jest to taki chłop, który przyjechał bez niczego, z kilkoma dolarami w kieszeni i pokazał, że w życiu wszystko jest możliwe. Nie ma po prostu limitów. Wielu ludzi wbija w siebie negatywność, że nigdy nie będą tym kim chcieli by być. Co do Schwarzeneggera, to był jego cel, żeby zostać gubernatorem. Nie chodziło mu o kasę, taki cel miał że to zrobi. Pokazał że to jest możliwe. Rozumiesz?

J.R.: Dostałeś propozycję zagra-

M.Ż.: Bodybuilding który prak-

kich za jaja. R.B.: (śmiech) No tak.

M.Ż.: Zacząłeś w Polsce robić

nia w filmie lub serialu? R.B.: Wiesz miałem do kilku filmów zaproszenia w Stanach, ale to nie doszło do końca przez finansowe problemy. Tutaj w Polsce na razie nie miałem propozycji.

tykujesz, opiera się między innymi na diecie 7 tysięcy kalorii i jesz co trzy godziny. Jak to jest na przykład z seksem? R.B.: Z seksem? Też co trzy godziny musisz. (śmiech)

J.R.: Reklamujesz produkty Beef

M.Ż.: Nagle podczas seksu mówisz sorry muszę zjeść hamburgera. Czy przyjemności pierwsze? R.B.: Słuchaj, stejk to pierwszy musi być. Nie ma mowy. Bez stejka to wiesz, będzie słaby seks.

Master. Były inne propozycje?

R.B.: No wiesz, pilnuję swojego

wizerunku. Nie chcę reklamować czegoś, co do niego nie pasuje.

M.Ż.: Robert powiedz mi, jako

J.R.: Kiedy jedziesz w trasę, masz ze sobą swojego kucharza, swo-

J.R.: Znasz takie pytanie „ze mną

się nie napijesz?”? Słyszałeś je już od któregoś Polaka? R.B.: (śmiech) No tak słyszałem, ale już chyba każdy wie że nie piję.

J.R.: Jeździsz po wielu miastach w

Stanach i innych państwach. Jak oceniłbyś miasta w Polsce? Czy nie są zbyt nudne, ospałe a nawet smutne? R.B.: W Polsce miasta są fajne, naprawdę! Tu jest wszystko super. Każdemu się wydaje, że gdzie indziej trawa jest więcej zielona wszędzie gdzie nas nie ma. W Stanach miasta są różne, weźmiesz na przykład Chicago albo Vermont, gdzie nic się nie dzieje

a weźmiesz takie Las Vegas, gdzie 24 godziny się coś dzieje.

J.R.: Podróżujesz po naszym

kraju, odwiedzasz polskie kluby, gdzie wszędzie jesteś witany owacjami. Czy zdarzyło się, że któryś z naszych „ojczystych” koksów chciał sprawdzić, czy faktycznie jesteś taki mocny i doszło do jakichś nieprzyjemnych sytuacji? R.B.: No na razie się nie zdarzyło. Wszystko jest pozytywnie.

J.R.: Masz już jakieś plany co

będziesz robił po zakończeniu kariery? Planujesz dalej propagować kulturystykę w Polsce? Bo nie ukrywajmy tego, nie jest to najpopularniejszy sport w naszym kraju a Ty go promujesz. R.B.: Nie jest popularny i na pewno chcę dalej promować ten sport. Nie tylko kulturystykę, ale w ogóle zdrowsze życie, dietę i tak dalej. Nie musisz być kulturystą, żeby odżywiać się dobrze – wszystko trzeba robić dla swojego zdrowia. A plan? Plan to u mnie zawsze bardzo szybki plan, także nie planuję co będzie za rok czy za dwa.

Jakub Rećko Marek Żuławnik

zdjęcie: Jakub Rećko

kulturysta, jak się odnosisz do byłego gubernatora Californii

je stejki czy chodzisz na miejscu odwiedzasz przypadkowe restauracje? R.B.: W takiej sytuacji ciężko jest. Przeważnie gdy jadę gdzieś w Stanach to mam przygotowane jedzenie. Ale teraz gdy jestem w Polsce to trochę ciężko z jedzeniem. Gdzieś w knajpie się stanie i zje. Nie jestem w sezonie - przed zawodami więc mogę sobie pozwolić, ale jak już się przygotowuję do zawodów, to wtedy nie to już tak nie może być.

Marek! Siła!

21


Nr 2

Sport

Wydanie Online

Wywiad ze spikerem Podczas każdego poważnego widowiska sportowego nie może zabraknąć czterech elementów: zawodników, sędziego, kibiców i... spikera. Spiker jest duszą widowiska, zarazem informatorem i DJ’em, który swoim komentarzem ożywia zawody. To też dyrygent, jeżeli dobrze wykona swoją pracę, atmosfera na meczu może być niepowtarzalna. Jeżeli jest zbyt zdystansowany i nie potrafi wyczuć sytuacji - zły humor odbije się również na publice. Student dziennikarstwa z Wydziału Humanistycznego, Michał Kowalczyk, który jako spiker czuje się niczym ryba w wodzie, od pięciu lat administruje stronę internetową klubu Energa Pekpol Ostrołęka, grającego w I lidze siatkówki. Pracą spikera zajmuje się od pół roku, ma już za mikrofonem paręnaście meczów i wie co w trawie piszczy. Co może nam powiedzieć o zawodzie konferansjera?

zdjęcie: www.flickr.com

spodobało się i po turnieju zapadła decyzja: zostaję na tym stanowisku również w lidze.

22

Jak byś opisał zawód spikera i jego zadania? Michał Kowalczyk (MK): Spiker - czy jak to się inaczej mówi „konferansjer” - na meczach ma za zadanie przedstawienie obu drużyn, wspomaganie lub prowadzenie dopingu oraz informowanie publiczności o wydarzeniach na boisku. Pamiętajmy, że nie każdy musi znać siatkarzy osobiście, nie każdy musi dokładnie wiedzieć jaka akcja miała przed chwilą miejsce i nie wszyscy na trybunach muszą znać się na siatkówce. Spiker musi informować publikę o wszystkim co się dzieje na parkiecie a także tworzyć dobrą atmosferę, bo o to przede wszystkim chodzi. Tak naprawdę jednak, nie da się jednoznacznie zdefiniować zawodu spikera, bo każdy ma swój indywidualny styl. Jeden będzie głośno krzyczał przez mikrofon, drugi będzie spokojny. Jeden będzie typem

prezentera informującego tylko o wyniku, drugi skupi się na prowadzeniu dopingu. Ja raczej próbuję wszystkiego po trochu, jeszcze się uczę i sporo tej nauki przede mną. Jak zacząłeś swoją przygodę jako spiker? We wrześniu, w Ostrołęce miał miejsce towarzyski turniej w ramach przygotowań do rozgrywek I ligi. Pierwszy dzień turnieju, pół godziny do pierwszego meczu i okazuje się... że nie ma spikera, bo Pan, który to robił do tej pory zachorował. Ja już wcześniej współpracowałem z klubem, od 2008 roku prowadzę oficjalną stronę internetową, udzielałem się jako kibic. Prezes wskazał więc na mnie, mimo tego, że broniłem się rękami i nogami. Ostatecznie jednak wyszło na to, że z prezesem się nie dyskutuje i zasiadłem za mikrofonem. Władzom klubu

Jakie wymagania musi spełniać spiker? Podstawowe wymaganie to oczywiście głos. Wiadomo, że osoba z piskliwym albo takim... denerwującym głosem nie może zasiąść za mikrofonem. Ta robota polega na mówieniu, dlatego głos to podstawa. Nie uważam, że mam jakiś niesamowity głos, ot taki zwyczajny. Wielokrotnie spotkałem się jednak z opiniami kibiców, że przyjemnie mnie posłuchać, co bardzo cieszy, jestem niesamowicie szczęśliwy z takich opinii. Głos spikera musi tylko wspomagać atmosferę, więc gdyby był nieodpowiedni to publika nie skupiałaby się na wydarzeniu sportowym, tylko na tym jakie dźwięki aktualnie wydaje z siebie Pan z mikrofonem, a jedynym życzeniem widzów nie byłoby zwycięstwo swojej drużyny a to, by ten człowiek wreszcie zamilkł. Druga sprawa to znajomość tematu, w moim przypadku siatkówki. Jeżeli spiker nie zna się na tym co widzi to jest to kompletnie bez sensu i tylko może zepsuć widowisko swoimi tekstami. W każdej dyscyplinie sportu prowadzący wydarzenie sportowe muszą wiedzieć o czym mówią. Kolejny punkt to pewność siebie, spiker nie może być niezdecydowany,

niepewny... Trzeba mówić z pełnym przekonaniem, nie można po sobie pokazać tremy. Musisz być wyluzowany a do tego spontaniczny, jak na randce z dziewczyną z tym, że w tym wypadku ja odbywam „randkę” z dużą publiką - chcę by wyszli z hali zauroczeni ale nie mną, tylko grą drużyny i atmosferą na trybunach. Poza tym mikrofon wyolbrzymia taką niepewność do niebotycznych rozmiarów a wśród 700-800 osób na pewno znajdą się tacy, co to wychwycą. Czy często zżera Cię trema? Teraz już nie. Najtrudniejsze były początki, pierwszy mecz na wrześniowym turnieju – masakra. Ręce mi się trzęsły, próbowałem kombinować z barwą i tonem głosu, nie wiedziałem czy mnie słychać. Ogółem rozpocząłem tamten mecz spięty jak agrafka a skończyłem jako wrak człowieka. Później było już lepiej, pierwszy mecz ligowy wypadł fajnie, następne też nieźle. Jestem w hali dwie godziny przed meczem i od tamtej pory liczy się dla mnie tylko to co się stanie na boisku. Włączam pozytywne myślenie i trema nie pojawia się w ogóle. Zdarzyły Ci się jakieś niecodzienne lub stresujące sytuacje podczas meczów? Zdarzyła się taka sytuacja, z mojej winy. Nie wiem co wtedy zajęło moją głowę ale... zapomniałem


Nr 2

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Czy naprawdę tak mocno widać różnicę między fanami piłki siatkowej a fanami piłki nożnej? Owszem, różnica jest wyraźna. Doping kibiców siatkówki jest bardziej rytmiczny, sterowany przez prowadzących i oczywiście kulturalny. Opiera się na klaskaniu, pojedynczych okrzykach, rzadziej długich i chóralnych pieśniach jak wśród kibiców piłkarskich. Nie używa się wulgaryzmów, bo przecież na mecze przychodzą całe rodziny. Chociaż i tu zdarzają się wyjątki, jak wspomniana wcześniej sytuacja po puszczeniu przeze mnie piosenki o Wyszkowie, gdzie na facebooku zostaliśmy obrzuceni wulgary-

Walka o utrzymanie Rozpoczęła się wiosenna runda w I lidze, a co za tym idzie Stomil Olsztyn przystąpił do walki o utrzymanie. Na widok gry zespołu z Olsztyna ciśnie się na usta tylko jedno określenie – dobra forma. Pod koniec rundy jesiennej nie było zbyt optymistycznie. Forma Stomilu była średnia i niestety zakończyli rundę jesienną w strefie spadkowej. Jednak wiosna to pora kiedy wszystko budzi się do życia i tak samo jest z graczami trenera Kaczmarka.

zdjęcie: oficjalna strona Stomilu Olsztyn

spisać wyjściowych składów obu drużyn. Było to podczas meczu ze Ślepskiem Suwałki, 15 grudnia zeszłego roku. Zaprezentowałem obie drużyny, sędziów, pora na zaproszenie wyjściowych składów na boisko a na kartce nie jest zaznaczone kto wychodzi w „szóstce”. Puściłem wtedy jakąś muzykę i szybko spisałem od Pani sekretarz zawodów te składy, choć właśnie przeze mnie zaczęliśmy z opóźnieniem. Ale to nie koniec pecha, bo tydzień później zniknęła mi kartka ze składami! Co się z nią stało - nie wiem, może ktoś sobie pożyczył, ale wyszła taka sama sytuacja i podczas meczu musiałem mówić z pamięci. Dobrze, że znam dobrze zarówno moją drużynę, jak i drużynę gości. Wtedy graliśmy z Camper Wyszkowem, który ma w składzie sporo znajomych twarzy. A niecodzienna sytuacja to na pewno sytuacja właśnie z meczu z Wyszkowem. Po spotkaniu, w szale radości, odpaliłem piosenkę...”Wyszków tonie” Elektrycznych Gitar. Wtedy dopiero się zaczęło! Na facebooku zawrzało - kibice gości wrócili do domu i rozpoczęli lincz na moim klubie i na mnie. Trwa to do tej pory, można powiedzieć, że jestem wrogiem numer jeden kibiców z Wyszkowa (śmiech). Teraz, jeżeli ktoś napisze coś niemiłego na Camper w internecie to od razu podejrzenie pada na mnie, mówią że to spiker z Ostrołęki. Może i nie powinienem puszczać tej piosenki, ale... emocje wzięły górę. Teraz wiem, że to był błąd, choć nie żałuję tego - raczej traktuję to jako nauczkę, że tak się nie prowokuje. Na boisku siatkarze pokazali kto jest lepszy i to wystarczyło, nie musiałem dorzucać swoich „trzech groszy”.

Szał radości w Ostródzie zmami, i to takimi niskich lotów, przez grupę bardzo młodych ludzi, niepełnoletnich. Wiem też, że podczas jednego z meczów I ligi w Nysie doszło do bójki między kibicami z Nysy i Bielska-Białej. Ale tak jak mówię, to są wyjątki i zdarzają się bardzo rzadko, potwierdzając regułę, że siatkówka to sport dla kulturalnych kibiców. Kibice piłki nożnej na ogół chyba nie lubią fanów siatkówki, czego zupełnie nie rozumiem. Uważam, że oba środowiska powinny się szanować i skupiać na swojej działalności a często zdarza się tak, że kibic siatkówki nazywany jest „frajerem” a fana piłki nożnej charakteryzuje szczyt męstwa tylko dlatego, że futbol to kontaktowa gra. Bądźmy normalni, niech każdy zajmie się sobą i tak będzie najlepiej. Ja szanuję wszystkich kibiców, bo dzięki nim sportowcy odnoszą sukcesy. A nawet, głównie dzięki nim, bo przecież nic tak nie „uskrzydla” sportowca jak to, że ma za sobą dopingujących go fanów.

Ireneusz S tolarski

Mecze w końcu zaczęły nabierać wartości w postaci sprawnej gry. Zespoły przyjeżdżające do Olsztyna mają problemy, a na wyjazdach nasi piłkarze nie dają żadnych szans przeciwnikom. W rundzie wiosennej rozegrano na razie tylko kilka kolejek, ale widać diametralną poprawę. Nareszcie w ciemno można mówić o dużej szansie na utrzymanie, jak i bardzo dobrą lokatę na koniec sezonu. Stomil wygląda nareszcie jak pierwszoligowy zespół. Można wspomnieć chociażby o rozgrywce w Ostródzie, traktowanym jak nasz stadion, gdzie piłkarze nie dali żadnych szans Cracovii i wygrali bardzo wysoko (3:0). Widać było, że forma rośnie i będzie rosnąc z każdym meczem. Zauważyłem wtedy wysokie morale zespołu i dużą współpracę między piłkarzami. Przykładem dobrej formy jest mecz na stadionie przy Piłsudskiego z obecnym liderem Niecieczą. Wywalczony remis nie był wypadkiem przy pracy przeciwnika lecz naszą lekką nieskutecznością pod bramką. Od pierwszych minut Stomil atakował i nie dawał po sobie

poznać, że walczy z liderem. Mecz był trochę brutalny i sędzia nie żałował żółtych kartek. Taki obrót spraw spowodował, że Bucholc w drugiej połowie dostał drugą żółtą kartkę co spowodowało usunięcie go z boiska. Nie wpłynęło to jednak na słabszą grę, wręcz mobilizująco na graczy i atakowali z jeszcze większą zaciekłością. Szczęście i dobra forma pozwoliły na remis. Innym ważnym spotkaniem w rundzie wiosennej (o ile nie najważniejszym) był wyjazdowy pojedynek w Bydgoszczy z Zawiszą. Bardzo wyrównane spotkanie na trudnym terenie, wiele emocji i wygrana w końcówce – czego można chcieć więcej? Oglądającym ten mecz, z pewnością zostanie w pamięci skandowana przez kibiców przyśpiewka: „Prosimy o ciszę, Olsztyn rozwalił Zawiszę”. Jest to idealne podsumowanie tego co tam się wydarzyło. Oglądałem później filmiki w Internecie i zauważyłem, że ten wynik bardzo zdenerwował kibiców Zawiszy. Każdy autokar kibiców Stomilu był eskortowany przez co najmniej dwa wozy policyjne. Pokazuje to poziom zdziwienia jak taki mały klub, który miał spaść z ligi walczy jak lew o swój byt. Oglądając mecze Stomilu nie dziwmy się ich grą, patrzmy na to jak na normę. Jest czas na to by cieszyć się dobrą grą i dopingować do walki, która nie jest przegrana. Chce zobaczyć Stomil jak za starych dobrych lat – zwycięski.

Maciej Kruszyński

23


Ostatnia Strona

http://www.facebook.com/tworzywo.gazeta.studencka

Wydanie Online

DIETA DROGĄ DO SUKCESU Walka z nadwagą wiąże się nie tylko z hektolitrami potu wylanymi podczas ćwiczeń ale również z odpowiednią dietą. Nierozważne praktykowane diety, a także coraz częściej propagowane odchudzające suplementy, mogą czasem bardziej zaszkodzić niż pomóc. Eksperci potwierdzają, iż żadna dieta cud ani preparat wspomagający nie zastąpią zdrowego rozsądku. „Jedzenie to jest tylko magia ilości. Jeżeli byśmy jedli tylko same warzywa i owoce w dużych ilościach, to też by to nie było korzystne dla naszego zdrowia. Nie można sobie kopać grobu widelcem i nożem. Ostatnie badania wskazują, iż suplementacja może skracać życie, składniki które są zawarte w diecie organizm w naturalny sposób pobiera z pożywienia. Suplementacja jest opcją dla ludzi po wcześniejszej konsultacji lekarskiej. Umiar jest najbezpieczniejszą zasadą”. – mówi Profesor Katarzyna Przybyłowicz z Katedry Żywienia Człowieka podkreślając, że kluczem jest zróżnicowana dieta, i wysypianie się, które ma bezpośredni wpływ na nasze żywienie - człowiek wypoczęty w sposób racjonalny podejmuje decyzje odnośnie swojego menu.

Tegoroczna wiosna dość opieszale podeszła do swych powinności, niektórzy mogą wręcz odnieść wrażenie, że nie nadeszła wcale, a zamiast niej z pełnym impetem do Polski wkroczyło lato. Tak czy owak sygnały są dość jasne, to ostatni dzwonek by wziąć się za swoją sylwetkę aby bez oporów móc pokazać się na plaży.

TECHNOLOGIA W SŁUŻBIE SMUKŁEJ SYLWETKI

Problem z nadmiarem tkanki tłuszczowej jest dość powszechnym zjawiskiem, którego skala zdaję się wzrastać wraz z postępem cywilizacyjnym praktycznie na całym globie. Obecnie obowiązujące kanony piękna niezmiennie od wielu lat promują wzorzec osoby szczupłej, toteż nie dziwi, że razem z nadejściem lata - a więc wtedy gdy zrzucamy grube warstwy ubrań, pod którymi łatwiej było nam ukryć wszelkie niedoskonałości - ludzie bardziej zaczynają się martwić o sylwetkę. Wraz z ociepleniem łatwo da się zauważyć, podobnie jak w związku z noworocznym postanowieniem, oblężenie siłowni, basenów, klubów fitness i wszelkich innych przybytków, które kojarzą się z wysiłkiem fizycznym i spalaniem zbędnych kalorii.

Nikogo nie dziwią już różnego typu aplikacje na smarfony rejestrujące np. trasę jaką przebiegliśmy podczas porannego joggingu oraz oprogramowanie takie jak Wii Fit na konsolę, pełniące funkcję wirtualnego trenera. Współczesna nauka wyciągnęła o wiele cięższe działa w walce z nadwagą. Najnowsze odkrycia technologiczne pokazują, że być może w niedalekiej przyszłości dieta nie będzie musiała się wiązać z wyrzeczeniami i silną wolą. Naukowcy z Imperial College London stworzyli elektroniczne implanty hamujące uczucie głodu, które po umieszczeniu w brzuchu i podłączeniu do nerwu błędnego modyfikują sygnały płynące z żołądka do mózgu. „Inteligentne” czipy mogą wysyłać nam komunikaty zarówno o tym, że zjedliśmy już wystarczającą ilość pożywienia, jak i o tym byśmy dla własnego zdrowia jedli wolniej. Rozwiązanie to nie jest zupełną nowością. Podobne urządzenia oferowane między innymi przez firmę EnteroMedics są już obecnie stosowane, jednak lekarze wszczepiają je wyłącznie choro-

bliwie otyłym pacjentom, jako alternatywę dla o wiele bardziej inwazyjnego zabiegu podwiązywania żołądka. Nie wykluczone, iż w przyszłości technologia ta będzie dostępna powszechnie i zamiast korzystać z porad dietetyka ludzie będą sobie wszczepiać czipy chudnąc bez żadnego wysiłku. To jednak nie wykluczy potrzeby zachowania zdrowego rozsądku, ponieważ ważne jest nie tylko ile jemy, ale co i jakiej jakości trafia do naszego żołądka.

teksty i grafika Michał Sitarz

24

Tworzywo - Gazeta Studencka  

Wydanie specjalne online!

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you