Issuu on Google+

......................................................................................................................................................................................................................................................... Wszystko o wciąż generującym długi Szpitalu Miejskim w Piekarach Śląskich. Żadna z recept na uzdrowienie sytuacji się nie sprawdziła, a miasto dopłaca kolejne miliony złotych (str.6-7)

REKLAMA

Szpitalna karuzela

...........................

Stakor trzasnął pięścią w stół uciszając wszystkich zebranych w pałacowej sali. Nie dało się ukryć, że był wściekły. - Ten, ten... - aż zabrakło mu słów. - Niegodziwiec! (str. 8)

...........................

Dyktator 7 wysp...

listopad, nr 8 (102)/2012

Autostrada tuż za oknem, a ekranów brak

Ministrare Kamil Łysik Ministrare znaczy służyć. Po łacinie, rzecz jasna. Stąd ministrant – ten, który podaje do stołu. Stąd też minister, czyli sługa i pomocnik. Z językowego punktu widzenia pokrewieństwo pojęć „służba” i „sługa” wydaje się oczywiste. Kiedy jednak spojrzymy na służbę przez pryzmat pracy zawodowej (np. „służbowy wyjazd”, „jestem tu służbowo”), wszystko wygląda już inaczej, jakby mniej ostro, jakby na niby. W końcu kto traktuje dziś pracę jak posługę, służenie innym? (Chyba ksiądz, a i co do tego brak pewności.) Staropolskie „służba nie drużba” wyparte zostało bowiem przez peerelowskie „mój mąż jest z zawodu dyrektorem” (albo i niezatapialnym politykiem). Konotację zaś terminu „polityk” wypełnia szczelnie dostojeństwo, to, co po angielsku zowie się VIP (po naszemu ważniak). Nie dziwota, że miejsca na służbę i sługę już tam nie ma. I w tym cały problem.

► Zamiast pomóc, prezydent koresponduje z radną... W zatwierdzonym projekcie dent Stanisław Korfanty. budowlanym całkowicie po- Problem w tym, że - zdaniem minięto lub wręcz odrzucono radnej - pisma nie są związane konieczność zastosowania od- ze sprawą. Dokument z 2005 powiednich urządzeń ochron- roku jest zbiorczy i nie wiadonych w celu zabezpieczenia mo czy w ogóle dotyczy tego pobliskiej okolicy odcinka drogi, a z zabudową mieszpismo z 2007 roku G d y b y dotyczyło zupełnie kaniową przed uciążliwościami prezydent innego terenu (Jówiążącymi się z z takim zefki, nie Szarleja). emisją przeraźli- zaangażowa- Prezydent uparcie wego i dokuczli- niem walczył odmawia odpowiewego hałasu. o ekrany, z dzi na pytanie czy - Przyczyną prow 2009 roku podjakim tworzy blemu jest bierna czas otwartej rozpostawa władz niewiele wartą prawy administramiasta i spóźnione korespondencyjnej ubiegał się działania - uwa- cję do mnie, o korektę planów ża radna Sława problemu by niekorzystnych Umińska. dla mieszkańców pewnie Prezydent twier- nie było mówi Umińska. dzi natomiast, że W sprawie interproblemem mieszweniował poseł kańców budynku zajmuje się Wojciech Szarama. Odpood trzech lat przedstawiając wiedź jaką uzyskał z Minipisma urzędowe z 2005 i 2007 sterstwa Transportu w całości roku dotyczące konieczności opublikowały „Twoje Piekauzupełnienia projektu o ekra- ry”. Poziom hałasu zostanie ny akustyczne. zmierzony i otwarte są dwie - Mija się Pani z prawdą twier- możliwości: ustawienie ekradząc, że dopiero w marcu 2012 nów, o które zabiegają mieszroku urząd interweniował w kańcy, lub wykup nieruchotej sprawie i wprowadza pani mości przez GDDKiA.To radnych i mieszkańców błąd jednak jeszcze trochę potrwa. - odpowiedział radnej prezyAneta Szulc REKLAMA

........................................................

Nowy blog Krzysztof Turzański To widok z okna budynku przy ulicy Bytomskiej 31, którego mieszkańców nic nie oddziela od autostrady i hałasu. Bezskutecznie proszą o ekrany dźwiękochłonne.

.........................................

Urząd powołuje się na dwa pisma z roku 2005 i 2007. Co działo się w sprawie przez pięć lat od 2007 do 2012 roku? Korespondencja między prezydentem a radną jest znacznie obszerniejsza niż interwencje w sprawie ekranów. Interpelacja radnej, na prośbę mieszkańców zawierała konkretne wnioski, które „rozmyto” w odpowiedziach.

Po zmianie PP przyszedł czas na zmianę mojego bloga. Czytelniej, przejrzyściej i jeszcze więcej informacji i komentarzy. Wszystko co powinniście Państwo wiedzieć o Piekarach Śląskich. Zupełnie nowe działy, opowiadania i audiobooki. Zapraszam serdecznie: www.blog.krzysztofturzanski.pl REKLAMA


REKLAMA

Dzień z życia likwidatora ► Kto odpowiada za wypłatę

odszkodowań w firmie ubezpieczeniowej i na czym polega jego praca? Zapytaliśmy o to likwidatora szkód w firmie ubezpieczeniowej Liberty Direct.

Godzina 6:00 Zaczynam dzień od... kawy!!! Już od wejścia do biura czytam kilka zgłoszeń szkód, które zarejestrowali nasi konsultanci na infolinii. Pani Anna z Warszawy uszkodziła wczoraj po południu w korku zderzak Opla Corsy. Pan Wojciech z Poznania brał udział w niegroźnej stłuczce na autostradzie. Klientce z Rzeszowa kamień uszkodził przednią szybę… Przez następną godzinę analizuję jeszcze kilkanaście

zgłoszeń przekazanych mi przez Dział Notyfikacji. Na szczęście to tylko drobne szkody i nic się nikomu nie stało. A kawa? Póki co stygnie… Godz. 7.30 Wczytuję się w przekazane mi dokumenty i odtwarzam okoliczności zdarzeń. W przypadku pana Wojciecha brakuje zdjęć uszkodzonych drzwi samochodu. Odnotowuję to i przekazuję sprawę do rzeczoznawcy z prośbą o umówienie się z Klientem.

Ma na to maksymalnie 24h. Razem uzupełnią dokumentację. Godz. 9.00 Czas na aktualizację informacji w systemie on-line. Uzupełniam dane dotyczące spraw, którymi się zajmuję. Dzięki temu Klienci mogą przez e-konto obserwować na jakim etapie likwidacji jest ich sprawa. W dokumentacji pani Anny brakuje skanu prawa jazdy – zamieszczam więc odpowiednią adnotację w systemie. Dodatkowo piszę maila w tej sprawie, by Klientka mogła jak najszybciej przesłać brakujący materiał. Godz. 10.30 Po przerwie śniadaniowej mam chwilę, by sprawdzić i zaakceptować kilka szkód likwidowanych przez kolegów. System wzajemnego sprawdzania pracy eliminuje potencjalne błędy każdego z nas. Patrzę, czy dokumentacja jest pełna, a wysokość przyznanego odszkodowania prawidłowa. Jak najszybciej zatwierdzam płatności, by Klienci

mogli szybko otrzymać pieniądze. Kontaktuję się też z panem Wojciechem, którego zgłoszenie wpłynęło rano, aby poinformować go o procedurze likwidacji szkody. W trakcie rozmowy wyjaśniam, że do szybkiego zakończenia sprawy potrzebujemy dodatkowych informacji i że skontaktuje się z nim rzeczoznawca. Godz. 12.00 Sprawdzam, czy wszystkie zgłoszenia szkód analizowane są możliwie szybko. W jednej sprawie brakuje

jeszcze informacji ze strony Policji. Kontaktuję się z Komendą, by dowiedzieć się kiedy będę mógł otrzymać ich protokół i ustalenia w sprawie kradzieży auta, która została zgłoszona kilka dni temu. Otrzymuję zapewnienie, że będzie na dniach. Nie pozostaje mi nic innego niż czekać. Godz. 13.00 W zamkniętych sprawach przygotowuję płatności w systemie i sprawdzam poprawność naliczonych odszkodowań. To najważ-

www.blog.krzysztofturzanski.pl

niejsza część mojej pracy. Wiem jak ważne jest to, żeby szybko naprawić auto. Płatności przekazuję do działu finansów z prośbą o szybkie dokonanie przelewów. Godz. 14.00 Fajrant! Kilka tematów przekazuję koledze pracującemu na drugą zmianę, w tym sprawę Klientki z Rzeszowa, której szkoda likwidowana jest w ramach szybkiej ścieżki. Dzięki temu otrzyma odszkodowanie w ciągu 2-3 dni.


Całkiem subiektywnie Operacja się udała, ale...

Krzysztof Turzański

Podobno szewc bez butów chodzi, nic więc dziwnego, że służba zdrowia pilnie potrzebuje pomocy... lekarza. W każdym razie na pewno Szpital Miejski znany obecnie pod szumną nazwą Piekarskie Centrum Medyczne.Co prawda różnego rodzaju znachorzy aplikowali placówce rozmaite medykamenty, stosując mniej lub bardziej wyszukane zabiegi, ale efektów nie widać. Być może jeszcze jest za wcześnie, żeby oznajmić, że „operacja się udała, lecz pacjent zmarł”; ale z pewnością można powiedzieć, że „eskperyment wykonany, lecz niestety - nie udany”. Historia Szpitala Miejskiego jest zakręcona jak świński ogon i wyraźnie widać, że decyzje dotyczące placówki podejmowane były bez ładu i składu. Bez planu, bez analizy konsekwencji i oceny ryzyka. A przecież gołym okiem było widać, że cała ta „restrukturyzacja” i szumne plany są pisane palcem po wodzie. Zmieniające się jak w kalejdoskopie koncepcje (całkowicie sprzeczne ze sobą), jeszcze bardziej błyskawiczne zmiany dyrektorów i wciąż drepczemy w tym samym miejscu. Szpital jak popadał w długi, tak nadal popada. Podobno mniej, ale tylko dlatego, że okrojona została jego załoga (i nie do końca jestem przekonany, że służy to pacjentom). Tylko, że kroić w nieskończoność nie można, tak jak w nieskończoność nie można dokładać do szpitala z miejskiej kasy. A pieniądze płyną nieskończonym strumieniem. A może po prostu choroba jest nieuleczalna i trzeba się z tym zwyczajnie pogodzić? Wyborcze placebo w postaci pięknych wizualizacji z 2006 roku, zapowiedzi budowy nowego szpitala z 2010 roku nie zmieniło rzeczywistości, w której pacjentów na salę operacyjną i z powrotem wciąż nosi się na noszach. Cud jak do tej pory nie nastąpił i chociaż nie jestem pesymistą, to myślę, że lepiej nie będzie. Wiedzą o tym przede wszystkim ludzie, którzy umowy o pracę zmienili na śmieciówki. To podwójne odciążenie dla szpitala, który mnie wyda pieniędzy na wynagrodzenia i będzie leczył mniejszą ilość pacjentów. No przecież na śmieciówce nikt nie pójdzie na bezpłatne chorobowe. No cóż... biednemu zawsze wiatr w oczy wieje.

Życie z gangreną

Kamil Łysik

We wstępniaku do numeru napisałem o służbie. Której nie ma. I dlatego służba zdrowia jest w stanie wskazującym. Na degenerację. Kiedy przygotowywałem program o sytuacji zadłużonego po uszy szpitala powiatowego w Tarnowskich Górach, ktoś zapytał: „Stary, co się czepiasz? 6 milionów długu tarnogórskiej lecznicy to i tak niewiele w porównaniu z innymi placówkami w Polsce”. Całkiem możliwe, tylko, co mnie obchodzi szpital w Pcimiu albo w Pacanowie?, odparłem. Tu mieszkam, tu płacę podatki i do tarnogórskiego trafię z rakiem albo innym skorupiakiem. Podobnie jest w przypadku miejskiej lecznicy w Piekarach Śląskich. Pocieszanie się, że za miedzą mają gorzej, nic nie pomoże. Ani nam tu, ani im tam. Bim bam. Co zatem robić? Sugerowałbym posłuchać specjalistów. Znaczy nie co się za takich mają, lecz tych, za którymi przemawiają konkretne osiągnięcia w zarządzaniu systemem służby zdrowia. Jedną z niewielu takich osób (jeśli wręcz nie jedyną) jest Andrzej Sośnierz, twórca sukcesu Śląskiej Kasy Chorych i były prezes Narodowego Funduszu Zdrowia. W rozmowie, którą publikujemy na stronie 7, Sośnierz mówi wprost, na czym polega dziś największy problem publicznych placówek medycznych. I bynajmniej nie upatruje go w niewystarczających rzekomo kontraktach NFZ. Bilans, głupcze! – chciałoby się powiedzieć. Tylko jak tu osiągnąć równowagę wydatków i przychodów, kiedy w kolejce po stanowiska (oczywiście głównie obsługowe) czekają szwagrowie i kuzyni, pokrewieństwo i powinowactwo? A koledzy i znajomi, co z nimi? Wszak rozlepiali plakaty, rozdawali ulotki, wreszcie głosowali (na kogo trzeba) – więc nie można ich zostawić na lodzie. Do zadłużenia szpitali wszyscyśmy zdążyli się już przyzwyczaić. Rosnące dziury w budżetach instytucji i spółek państwowych lub samorządowych na nikim nie robią wrażenia. Pytanie jednak, czy naprawdę z gangreną da się żyć? Oczywiście, tylko krótko. Dlatego też nie lekceważyłbym opisanych przez Sośnierza wynaturzeń i czym prędzej przystąpił do amputacji zakażonych organów. Póki jeszcze istnieje cień szansy, że pacjent przeżyje.

Czekamy na Wasze komentarze na Wasze komentarze: przeglad-piekarski@o2.pl

Kandydatka na prezydenta nie dała rady Monika Lisińska-Kotowicz, radna i niedawna kandydatka na prezydenta Piekar nie poradziła sobie z prowadzeniem strony www. W ostatnim wpisie z grudnia 2011 roku informowała o tym, że... minął już rok od ślubowania (i pobierania diety - red). Po kolejnym niecałym roku czasu bez żadnych nowych wiadomości ostatecznie strona została skasowana. Na dobrą sprawę nigdy nie została ukończona, bo poszczególne działy miały status „w opracowaniu”.

Zresztą w „aktualnościach” więcej było hucznych zapowiedzi działań radnej niż relacji z jej rzeczywistej pracy. No cóż, dobrymi chęciami to podobno piekło jest wybrukowane. ZS

Strony internetowe Większość kandydatów aktywność wykazuje tylko w okresie wyborczym i pod publikę. Po wyborach entuzjam opada. Nie tylko „www” PiS-u, ale także strona prezydenta Stanisława Korfantego po wyborach całkowicie zamarła.

Telegraficzny skrót wydarzeń Mieszkaniec Piekar Śląskich znalazł na ulicy 10 tysięcy złotych. W gotówce. Całą kwotę zaniósł na komisariat w Wojkowicach. Policjanci szybko ustalili, że zgubił je pracownik poczty. Gdyby się nie znalazły, musiałby je oddać z własnej kieszeni.

........................... Mieszkaniec bloku przy ulicy bytomskiej 91, informuje, że większość mieszkańców jest niezadowolona z przeprowadzonej w budynku instalacji centralnego ogrzewania i ciepłej wody użytkowej. Pomimo wielu próśb i pism ze strony mieszkańców, ani ZGM ani Urząd Miasta nie kwapi się by zaradzić tej zaistniałej sytuacji. Rury z centralnego jak i z wody są nieotulone na tyle by nie traciły ciepła po drodze do mieszkań. Czyli po prostu mieszkańcy płacą za ogrzewanie piwnic i klatek schodowych. Wodomierze, które nie przeszły ekspertyzy zostały zaplombowane - alarmuje pan Łukasz.

........................... Zespół Oberschlesien świetnie się zaprezentował w telewizji, zyskał poparcie widzów i zajął drugie miejsce w programie „Must be the music”. W nagrodę zespół wystąpi podczas Sylwestrowej Nocy Przebojów Polsatu promując nie tylko Piekary, ale cały Śląsk.

........................... Nowowybrany prezydent Bytomia poprosił Radę Miasta o obniżenie swojego wynagrodzenia (do czego przychylili się radni) oraz zlikwidował miejską gazetę „Bytomkę”, która pochłaniała środki, które powinny być przeznaczone na promocję miasta, a nie przekonywanie mieszkańców, że Bytom fajnym miastem jest. Za to w znacznie mniejszych Piekarach Śląskich z miejskiej kasy wydawane są dwie gazety: „Głos Piekarski” oraz „Twoje Piekary” za co płacimy kilkaset tysięcy złotych. REKLAMA


Wyrok: prezydent naruszył prawo ► Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał decyzję wydaną przez prezydenta Stanisława Korfantego w sprawie odwołania dyrektorki Miejskiego Gimnazjum nr 4 za nieważną. Dyrektorka, która została odwołana z naruszeniem prawa czeka jeszcze na wyrok Sądu Pracy. Paraliżująca atmosfera strachu i nieumiejętne zarządzanie placówką było powodem odwołania dyrektorki ze stanowiska. Zarzuty potwiedziła komisja wyjaśniająca powołana przez prezydenta. - Nie potraktowano mnie poważnie, nie pozwolono mi się odnieść do zarzutów, nikt mnie o nic nie pytał i nie przedstawiono żadnych dokumentów, które uzasadniałyby tę decyzję. Byłam najzwyczajniej w świecie szykanowana, a odwołanie było niezgodne z obowiązującymi przepisami, o czym mówiłam od początku - mówi Bernadeta Nowak. Jednocześnie dyrektorka odpierając zarzuty o nieumiejętnym zarządza-

niu placówką, powołuje się na oceny kuratoryjnej komisji ewaluacyjnej, która w tym samym czasie wystawiła jej oceny bardzo dobre i celujące. - Wykazywałam się inicjatywą, wprowadziłam program nauczania o holokauście, miałam dobre kontakty z Izraelem. Prezydent nie lubi ludzi z inicjatywą. Cieszę się, że zapadł taki wyrok i liczę na kolejne korzystne dla mnie rozstrzygnięcie w sądzie pracy. Nie pozwolę sobie szargać mojego dobrego imienia - mówi dyrektorka. Czy będzie apelacja nie wiadomo. Urzędnicy czekają na pisemne uzasadnienie decyzji sądu. Aneta Szulc

Miejskie Gimnazjum nr 4 stało się areną niepotrzebnej walki. Dyrektorka twiedzi, że wszystko co ją spotkało było szykanami ze strony władz miasta.

REKLAMA

1. Janusz Pasternak - wiceprezydent 167 885, 87 zł (UM) + 63 906,15 (rady nadzorcze), razem: 231 791 zł 2. Stanisław Korfanty - prezydent miasta 183 654, 47 zł (UM) + 7 931 (KZK GOP), razem: 191 585 zł

jednak w miejskich mediach czy na stronie UM. - To przykre, bo 11 listopada powinno się liczyć coś więcej niż układy polityczne - mówi radny Łukasz Ściebiorowski. W nieoficjalnych uroczystościach wzięli udział harcerze, młodzież szkolna, radni i „Solidarność” Aneta Szulc

4. Zenon Przywara - wiceprezydent miasta - 168 693,02 zł 5. Teresa Szaflik - MDK - 155 127,78 zł 6. Renata Łuczak - sekretarz - 139 620 zł 7. Anita Wardzyk - prezes PCM 85 342, 24 zł (PCM, Eko-Park) + 44 953 (pozostałe umowy), razem: 130 295 zł 8. Ireneusz Dzięcioł - skarbnik 127 879 zł 9. Aleksanda Wiśniewska-Wylenżek Zasadnicza Szkoła Zawodowa - 111 532 zł 10. Jolanta Gottwald - ZS nr 1 - 100 692 zł 11. Maciej Gazda - MOPR - 99 456,33 zł 12. Barbara Jambor - DPS - 98 919,76 zł 13. Maciej Trela - ZGM - 94 910,48 zł 14. Aleksandra Zawalska - Hawel Miejska Biblioteka Publiczna - 87 253 zl 15. Piotr Zalewski - Ośrodek Kultury Andaluzja - 82 923 zł 16. Ewa Adamiec - I LO - 80 971, 95 zł 17. Dariusz Gacek -MCIiT - 80 665 zł 18. Anna Jastalska - MDK nr 2 - 80 495 zł 19. Krystyna Wyciślok - PUP - 80 224,80 zł 20. Ilona Ogiołda Dzielnicowy Dom Kultury - 75 056,35 zł 21. Małgorzata Pogoda - MDK nr 1 70 433, 61 zł

........................................................

► 11 listopada świętowaliśmy odzyskanie wolności po 123 latach niewoli, ale miejskie uroczystości wciąż zamiast łączyć dzielą. Pod pomnikiem w Brzozowicach zebrała się tylko garstka mieszkańców. podlegości włączył się jak co roku, od ponad 20 lat, Komitet Obywatelski. - Zożyliśmy kwiaty w Brzozowicach pod pomnikiem ku czci poległych w latach 1939-1945, zorganizowaliśmy także uroczystą wieczornicę w MDK – relacjonuje Wiesław Umiński, prezes KO. Informacji o tym zabrakło

Dane z oświadczeń majątkowych za rok 2011.

3. Janusz Dulik - MPWiK - 178,521,08 zł

Dzień Niepodległości

Oficjalne miejskie uroczystości odbyły się pod pomnikiem poległych bohaterów. W Bazylice odprawiona została uroczysta msza święta, a w Miejskim Domu Kultury odbył się koncert „Ojczyste nuty” kwartetu smyczkowego „Altra Volta”. Niezależnie od tego w obchody Święta Nie-

Jak zarabiają?

Pozbawieni diet Krzysztof Turzański

Uroczystości w Brzozowicach z udziałem orkiestry zorganizował Komitet Obywatelski.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach uznał, że prezydenci, którzy zasiadają w zarządzie i zgromadzeniu KZK GOP (w tym prezydent Stanisław Korfanty) nie mają prawa brać za to pieniędzy. Uchwały KZK GOP w sprawie diet zostały podjęte z naruszeniem prawa, a sąd wstrzymał ich wykonanie. Prezydenci nie będą już dostawać z KZK GOP pieniędzy. Ponieważ wypłacone zostały bez podstawy prawnej (nienależnie), prezydenci powinni je oddać. A niektórzy dostawali niemałe kwoty, sięgające nawet 30 tysięcy złotych rocznie. Ten sam problem dotyczy MZKP, tylko kwoty, które tam pobierają przedstawiciele władz, są znacznie mniejsze.


Piekarskie Forum Kobiet

Prawdziwy sołtys Tomasz Flodrowski

► Podczas naszych spotkań wiele czasu poświęciłyśmy zagadnieniom z zakresu pielęgnacji cery, włosów, ciała ale dłonie nie były jeszcze nigdy tematem numer jeden. A przecież to nasza wizytówka, którą... zaniedbujemy. Na codzień źle traktujemy nasze dłonie: wystawiamy je na słońce zapominając o kremie ochronnym, zmywamy naczynia bez rękawic, pracujemy w ogrodzie...Patrycja Musialik opisała sposoby pielęgnacji dłoni ale przede wszystkim mówiła o manicure hybrydowym jako niezawodnym sposobie na zadbane paznokcie szczególnie dla zapracowanych kobiet. REKLAMA

Panie były zachwycone perspektywą conajmniej dwóch tygodni posiadania lśniących, bez odprysków emalii paznokci, cieszących oko wybraną wcześniej barwą. Patrycja Musialik uzbrojona w wielki kuferek kosmetyków i różnych akcesoriów kosmetycznych zdradziła paniom także sekrety perfekcyjnego makijażu, zaprezentowała podstawo-

we techniki, opowiedziała jak dobierać kolory do typów urody i jak korygować kosmetykami do makijażu pewne niedoskonałości. Kolejne spotkanie już 22 listopada (wyjątkowo w czwartek) zapraszamy na jesienno-zimowy pokaz mody Krystyny Musik (godz. 19.00 w restauracji VICTORIA przy ul. Skargi 13). Sława Umińska

Stanisława uważam za wzorowego. Tak, nie przewidzieliście się Państwo. Uważam go za wzorowego... sołtysa. Skąd takie spostrzeżenie? Bynajmniej nie z obserwacji samej fizjonomii, choć ta w tym przypadku nie kłamie. Przysadzista figura, wydatny brzuszek, obfite wąsisko, pękaty nos, małe wilcze oczka. Sołtys jak malowany! Od aparycji ważniejszy jest jednak charakter. A tutaj mamy klasyczny przykład sołtysa mentalnego, który w dodatku swe górnolotne myśli na czyny przekłada. Jak powszechnie wiadomo, dobry sołtys jest przede wszystkim dobrym gospodarzem. Potrafi zatroszczyć się o swoje. Tak też i sołtys Stasiek troszczy się o najbliższych jego sercu mieszkańców sołectwa. Każdy z nich ma zagwarantowaną dobrą pracę i nikt bynajmniej głodny spać nie chodzi. A gdy któremu z tych najmniejszych się noga powinie, dobrotliwy Stanisław spracowaną dłoń zawsze poda. Ta sama ręka potrafi jednak srogo skarcić krnąbrnego chłopa, który wielkiej roztropności w sołtysowych zamysłach dostrzec nie potrafi, takoż niejeden już niewdzięcznik z ziemi wyzuty został. Jak każdy dobry sołtys, nasz Stasiek na wszystkim zna się. W szczególności zna się zaś na uprawianiu swego poletka. Bogiem a prawdą, zna się tylko na tym. Pilnuje więc, by jakie szkodniki na pole nie wlazły, nosa nie pchały tam, gdzie nie trza, co by frukta obficie ziemia rodziła. Do pomocy przy zbiorach bierze zaś jedynie zaufanych ziomków, którzy sołtysowy trud docenić potrafią. Jednocześnie nie bardzo mu przeszkadza, że ziemia naokoło odłogiem leży, a plebs głodem przymiera. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. Dodać należy, że sołtys bardzo religijny jest. Co niedziela w kościele go spotkać można, w postawie nabożnej, z sołtysową. Datków na cele pobożne nie szczędzi, to i estymą wielką u księdza dobrodzieja się cieszy. Jak i u Ponbócka – tak by się przynajmniej zdać mogło. Sielanka jak się patrzy! Jedyne co spokój sołtysa burzy, to gospodarze sołectw sąsiednich, którzy coraz śmielej sobie poczynają. Najwstrętniejszy z nich, zarządca folwarku Cidry, bimbrownik wszeteczny, szczególnie Staśka uwiera. Poletko jego choć niewielkie przy sołtysowym, bogato ostatnio obradza. Pewno wszystko zasługa tego nawozu przeklętego, co go niedawno z Zachodu nawieźli – Pijar się zwie czy jakoś tak. Mieszkańcy sołectwa bronią jednak swojego sołtysa, bo może i nie najlepszy, ale swój. Poza tym zawsze na gorszego może trafić, co to by zbyt gwałtowanie za reformowanie starej gospodarki chciał się zabrać. Takoż mijają w spokoju i błogości dni, tygodnie, lata, a wszystko zostaje po staremu. Tylko sołtys Stasiek ostatnio jakoś niespokojnie sypia. Śni mu się koszmar okropny, jak to Kazika Skibę, ostatniego polskiego sołtysa wsi Katowice, zbuntowane chłopy na taczkach wywożą, a w miejsce zielonych pól kapusty wyrastają mury fabryk i kominów. Wtenczas budzi się Stasiek potem zlany i myśli sobie: „Może rzucić to wszystko w cholerę i wrócić do swego dawnego przysiółka, gdzie kapusty nigdy nie braknie?” Jak zawsze, nie śmiem się z sołtysem nie zgodzić.


Śmierć w Piekarach Zbigniew Zdónek, były lekarz piekarskiego pogotowia zawiadomił piekarską prokuraturę o tym, że w wyniku zaniedbań i niewłaściwej organizacji ratownictwa medycznego w Piekarach Śląskich - zmarł człowiek. Obciążam winą za nieprawidłowości w zakresie zarządzania i organizacji kolejnych dyrektorów szpitala w Piekarach Śląskich. Winą za brak właściwego nadzoru i kontroli obciążam prezydenta i wojewodę. W wyniku zaniedbań i zaniechań kolejnych dyrektorów szpitala miejskiego w Piekarach Śląskich oraz dyrektora Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach nie działał w sposób właściwy system Państwowego Ratownictwa Medycznego. Zespoły Specjalistyczne Ratownictwa Medycznego z Bytomia nie nadzorowały medycznych czynności ratunkowych realizowanych przez Zespoły Podstawowe Ratownictwa Medycznego w Piekarach Śląskich, w wyniku czego pacjenci nie otrzymywali takiej pomocy jak trzeba. Podkreślam całkowity brak przeglądu sytuacji, właściwego nadzoru i kontroli przez organy założycielskie dla Ratownictwa Medycznego w Piekarach i w Bytomiu, czyli Prezydenta Miasta w Piekarach Śląskich, Marszałka Województwa śląskiego. Podkreślam całkowity brak przeglądu sytuacji, właściwego nadzoru i kontroli przez Wojewodę Śląskiego oraz Ministra Zdrowia. O problemie informowałem Prokuraturę, w ostatnim dopuszczalnym momencie, bowiem następnego dnia w Piekarach Śląskich miało nie być lekarza na żadnej z karetek, a pozostawieni sobie ratownicy medyczni nie maja pełnych kompetencji do udzielania świadczeń określanych jako medyczne czynności ratunkowe. Nieszczęście wydarzyło się po tygodniu. Ani dyspozytor, ani ratownicy medyczni w sytuacji kryzysu, ratując życie człowieka leżącego na ulicy, nie wiedzieli o tym, bo nie zostali poinformowani (nigdy wcześniej nie było takiej praktyki, nigdy nie zdarzała się taka sytuacja, żeby nie było lekarza przynajmniej na jednej karetce w Piekarach Śląskich), że należy wzywać karetkę systemową czyli Zespół Specjalistyczny z Bytomia. Niepotrzebnie tracono czas na szukanie lekarza w piekarskim szpitalu i dowożenie go drugą karetką. W zakresie niekompetencji i nieudolności zarządcy, rażące naruszenie obowiązujących przepisów. W zakresie nadzorców rażące naruszenie obowiązków urzędniczych wchodzące w zakres postrzegany jako przestępstwa urzędnicze czyli niedopełnienie lub przekroczenie przez nich uprawnień. Pacjent o którym mowa nie uzyskał pomocy, naruszono przepisy ustawy o państwowym ratownictwie medycznym, o zarządzaniu kryzysowym oraz przepisy Narodowego Funduszu Zdrowia. Naruszono dobra wojewódzkie i dobra państwowe. Pacjent, o którym mowa zmarł na oddziale intensywnej terapii wkrótce po przewiezieniu go tam przez piekarski zespół ratownictwa. Karetki z Bytomia objęły nadzorem lekarskim piekarski rejon operacyjny dopiero na początku grudnia 2009 roku, po interwencji przedstawicieli związków zawodowych.

400 000 zł za... nosze, a ile za nową windę? Noszenie pacjentów jest odpłatne. Od wniesienia jednego pacjenta każda osoba wnosząca dostaje 6zł. Jedne nosze wnosi ok. 7 osób to daje 42 zł. od jednego pacjenta. W tygodniu takich wnoszeń jest ok 20 to tygodniowo szpital kosztuje 840 zł. MIESIĘCZNIE 3,360 ZŁ. ROCZNIE OK. 40.000 ZŁ. Pacjentów wnosi się odpłatnie od ok.10 lat, sumując te wyliczenia to za te lata szpital wydał 400,000. Za taką kase byłyby co najmniej 2 windy. Chętnych do wnoszenia pacjentów jest bardzo wielu bo za to dostaje się dodatkową kasę, a przy tych płacach każdy dodatkowy grosz się liczy nawet kosztem swojego zdrowia. Co do funduszu socjalnego to tylko to nam zostało i głodowe pensje. Dyrekcja i lekarze to’’ inna bajka.’’ komentarz z bloga www.piekary.bloog.pl

Kręci się szpitalna karuzela

► Od trzynastu lat nie ma pomysłu na rozwiązanie problemów Szp go. Łączony, dzielony, komercjalizowany i zarządzany przez pięc rektorów wciąż przynosi milionowe straty. Pokrywamy je z naszy Historia Szpitala Miejskiego jest długa i nierozłącznie związana z polityką. Władze miasta rzucały placówką to w jedną, to w drugą stronę, za każdym razem obiecując poprawę sytuacji. A kolejni dyrektorzy odchodząc mówili mniej więcej to samo. Za dużo polityki i decyzji podejmowanych bez ich udziału. Historia przemian zaczyna się w 1999 roku, kiedy podjęto decyzję o rozdzieleniu Szpitala Miejskiego i SP ZOZ-u, czyli przychodni. Jak się później okazało, pomysł się nie sprawdził. Piekarskiej służbie zdrowia nie pomógł rząd Jerzego Buzka, który w 2000 roku uchwalił „Ustawę 203”, która gwarantowała wszystkim pracownikom służby zdrowia podwyżki o właśnie tę kwotę. Tylko, że zabrakło na ten cel pieniędzy. Ówczesny dyrektor Szpitala Miejskiego Marek Małota próbował ratować placówkę obniżając swoim pracownikom rządową podwyżkę o 100 zł. Oni jednak zaskarżyli tę decyzję do sądu, który nakazał zwrot bezprawnie zabranych pieniędzy. W 2005 roku długi szpitala osiągnęły kwotę niemal 4 milionów złotych i stały się już poważnym problemem nie tylko dla Szpitala, ale również dla miasta. - Przygotowaliśmy program naprawczy i liczymy na wsparcie miasta - przekonywał dyrektor Henryk Myrcik, który opracował program oszczędnościowy. Prezydent Stanisław Korfanty zmiany ocenił jako cenne, ale niewystarczające. Koncepcją, która miała uratować Szpital Miejski okazało się... ponowne połączenie Szpitala Miejskiego i przychodni, chociaż łącznie ich dług przekraczał 8 milionów złotych. - Połączenie obu zakładów jest optymalnym rozwiązaniem - przekonywał prezydent Stanisław Korfanty. Dyrektor Henryk Myrcik nie zgodził się z tą koncepcją i... został odwołany. - To była decyzja polityczna, a nie mająca na uwadze dobro szpitala. Szpital jest areną gry politycznej, a ja nie mogłem pozwolić sobie na to, żeby ktoś inny podejmował za mnie decyzje - mówił Henryk Myrcik. Na stanowisku zastąpił go powołany przez prezydenta Korfantego Michał Ekkert, młody

menadżer, dyrektor szpitala w Tarnowskich Górach. - Nie podjąłbym się zarządzania szpitalem, gdybym nie widział chęci pomocy ze strony prezydenta i rady - mówił Michał Ekkert, kiedy przejmował stanowisko. W 2006 roku przedstawiono bilans Szpitala Miejskiego. Strata wyniosła niemal milion złotych. Jednocześnie przedstawiono porozumienie, które zawarte zostało w tajemnicy. Na dokumencie widniała

Rady Społecznej Szpitala, na którą prezydent Stanisław Korfanty nie wpuścił dziennikarzy. Prywatyzacji pracownicy w referendum powiedzieli zdecydowane „NIE”. W 2007 roku jest nowa koncepcja: prywatyzacji przychodni rejonowych i szpitalnego laboratorium. - Zadłużenie wzrosło, ale zostało zahamowane tempo popadania w długi. Proponujemy kolejne rozwiązania - tłumaczył Ekkert.

Dotychczasowa formuła funkcjonowania szpitala się wyczerpała - twierdził Stanisław Korfanty, proponując dzierżawę szpitala. Michała Ekkerta zastąpiła na stanowisku Ewa Świderska. Nie na długo. Kiedy odeszła zastąpił ją Władysław Perchaluk. - Nie ma poważnej dyskusji, tylko przerzucanie się odpowiedzialnością. Bez odejścia od politycznych interesów nie uratujemy szpitala - stwierdziła Ewa Świderska.

Historia piekarskiej służby zdrowia jest burzliwa. Pierwsze protesty pod Ośrodkiem Kultury Andaluzja przeciwko łączeniu Szpitala Miejskiego i SP ZOZ-u. (archiwum PP) tylko jedna data - 11 luty 2004 roku. Na jego mocy pracownicy mieli zagwarantowane zatrudnienie do grudnia 2012 roku! W przypadku wcześniejszego zwolnienia, pracownikowi należałaby się odprawa w wysokości wynagrodzenia, które otrzymałby do grudnia 2012 roku. Jeśli do emerytury zabrakłoby pracownikowi czterech lat - otrzymałby 30 tys. złotych ekstra. Porozumienie anulowano, ale sprawy kilku zwolnionych pracowników trafiły do sądu. Sytuacja jest niezmiennie zła, ale w 2006 roku przed wyborami wizualizacjami nowego oblicza Szpitala Miejskiego chwali się władza i... opozycja. Niestety, inwestycje pozostały na papierze. Na koniec roku dług placówki wyniósł ponad 11 milionów złotych. Kolejna koncepcja to przekształcenie Szpitala Miejskiego w spółkę. Michał Ekkert przedstawił projekt podczas

W 2008 roku strata Szpitala Miejskiego wyniosła milion złotych, a dług 12 milionów złotych. Pojawiła się groźba wstrzymania dostaw gazu. W 2009 roku Przegląd Piekarski napisał „Szpital idzie pod młotek”. - Czas kiedy można było odwlekać decyzje się skończył stwierdził Michał Ekkert. A następnie zrezygnował ze stanowiska kończąc podobnymi słowami jak wcześniej odchodzący dyrektor Myrcik. - Nie mam przekonania do aktualnie wytyczonej drogi prywatyzacji szpitala. Miasto musi wspomóc placówkę, a nie rzucać ochłapy. I trzeba skończyć z polityką. Ten szpital trzeba odpolitycznić - uważa Michał Ekkert. Tymczasem prezydent robił swoje. - Dyrektor wykonał dobrą robotę, ale teraz przyszedł czas na następny krok i przekształcenie Szpitala Miejskiego w NZOZ.

Zmieniający się jak w kalejdoskopie dyrektorzy nie mogli pomóc placówce. Radni opozycji twierdzili w tym czasie, że prezydent Stanisław Korfanty nie panuje nad tym co się dzieje w służbie zdrowia i nie ma podstawowej wiedzy na temat działań podejmowanych przez poszczególnych dyrektorów. Ostatecznie radni wyrazili zgodę na dzierżawę szpitala, ale nie wpłynęła ani jedna oferta. Utworzono za to spółkę. Sytuacją zainteresowała się wówczas prokuratura. Zawiadomienie złożyli związkowcy Sierpnia 80. Podczas sesji Rady Miasta Stanisław Korfanty zaatakował prokuratora, a ten nie był mu dłużny. - Panie prezydencie, nie będę stroną politycznej gry prowadzonej przez Pana i radnych. Jeśli okaże się, że ktoś złamał prawo - będzie akt oskarżenia, a sprawę rozstrzygnie sąd - mówił prokurator Janusz Sochacki podczas sesji Rady Miasta.


Wątpliwości prawne mieli też pracownicy szpitala. - Nie otrzymaliśmy żadnych gwarancji w jakiej formie będzie funkcjonował szpital w nowych strukturach, spółka miejska może ogłosić upadłość - mówiła dr Ewa Szymik. Zamiast drastycznych zamian, dyrektor Jalanta Luksa-Pydych zaproponowała program oszczędnościowy, który został jednak wyśmiany na forum. - Pani chyba żartuje, to ma być program? - ironizował prezydent Stanisław Korfanty. W 2010 roku radni podjęli uchwałę o likwidacji Szpitala Miejskiego. Nowym dyrektorem została Anita Wardzyk, prezes spółki Piekarskie Centrum Medyczne, która przejęła działalność placówki. Z budżetu miasta zostały spłacone długi Szpitala Miejskiego i spółka zaczęła z czystą kartą. Ale konkretnego biznesplanu radni się nie doczekali. - Pragnę zwrócić uwagę, na tryb obrad, które przypominają przesłuchania przed komisją śledczą - skarżyła się Anita Wardzyk na dociekliwe pytania radnych. A niekórzy zgłaszali znacznie poważniejsze zastrzeżenia i alarmowali. - Umierają ludzie, a ich życie jest przeliczane na złotówki ostrzegał Zbigniew Zdónek, lekarz piekarskiego pogotowia, członek Sierpnia 80. Rok 2010 to czas wyborów samorządowych. Prezydent w kampanii wyborczej obiecał nowy szpital. Do dnia dzisiejszego na ten cel nie przeznaczono nawet złotówki. A jak radzi sobie Piekarskie Centrum Medyczne? W 2010 roku miasto dokapitalizowało spółkę w wysokości niemal 2 milionów złotych. W 2011 roku było to ponad 4,5 miliona. W 2012 roku z budżetu miasta do Szpitala Miejskiego popłynęło niemal 3 miliony złotych. Ostatnia transza wyniosła 900 tysięcy złotych. Uchwałę w tej sprawie podjęli radni w październiku. W ciągu trzech lat działalności od 2010 do 2012 roku PCM z budżetu miasta otrzymał ponad 8,5 miliona złotych. - W tej chwili szans na zbilansowanie spółki nie ma - przyznała podczas komisji RM Anita Wardzyk, prezes PCM. Andrzej Kotalczyk

................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................ ..........

pitala Miejskieciu różnych dyych pieniędzy.

Nie jest tak różowo ► Piekarskie Centrum Medyczne miało rozwiązać problemy starego Szpitala Miejskiego. Nie rozwiązało. Wygenerowało natomiast nowe. W styczniu 2011 pojawiła się optymistyczna informacja, że spółka ograniczyła straty do 100-150 tys. złotych miesięcznie. Zabrakło natomiast odpowiedzi na pytanie w jaki sposób. - W szpitalu mamy dramatyczną sytuację kadrową utrudniającą pacjentom możliwość leczenia i stanowiącą działalność pracowników medycznych na granicy bezpieczeństwa prawnego - tej treści list napisało 17 lekarzy, domagając się spotkania z prezes PCM. Jednym z podpisanych był lekarz i piekarski radny Marek Szewczyk. Mimo to, Anita Wardzyk potrzeby zorganizowania takiego spotkania nie widziała. - Nie zgadzam się z zarzutami. Autorzy listu zostali wprowadzeni w błąd przez osoby nieprzychylne Piekarskiemu Centrum Medycznemu - stwierdziła. Odpowiedź na pytanie kto miałby oszukać piekarskich lekarzy nigdy nie padła. Potwierdziła się natomiast informacja, że brakuje lekarzy. Mimo takich trudności wciąż żywa była wizja rozwoju piekarskiego placówki. - W sercu mamy budowę nowej siedziby dla naszego szpitala - mówiła w styczniu 2011 roku prezes Anita Wardzyk. W marcu 2011 roku emocje wzbudził kolejny list wystosowany przez pracowników i koncepcja likwidacji funduszu socjalnego. - To oburzające. Pracujemy bardzo ciężko, jako średni personel medyczny, do nas należy noszenie pacjentów na noszach z sali operacyjnej na pierwsze i drugie piętro (jak w średniowieczu), zarabiamy po 1600 złotych miesięcznie po 20-tu latach pracy, pracując w niedzielę, święta i na zmiany. Pieniądze z funduszu socjalnego są dodatkiem do naszych marnych zarobków, na które czekamy cały rok - napisali pracownicy, jednocześnie zwracając uwagę na wysokie zarobki pani prezes i pani dyrektor oraz premie, które otrzymują niezależnie od wyniku finansowego szpitala. - Nastąpiła poprawa sytuacji finansowej w stosunku do ubiegłego roku (...) Trzeba zdecydować czy projekt nowego budynku dla Szpitala jest bardziej realny w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego czy w formule inwestora strategicznego” - stwierdził Stanisław Korfanty w wywiadzie z kwietnia 2011 roku. Zabrakło jednak danych potwierdzających te optymistyczne zapewnienia. Za to na wniosek Piekarskiego Centrum Medycznego Rada Miasta przekazała w celu utrzymania płynności finansowej szpitala 1 milion 250 tys. złotych. I to nie były pierwsze pieniądze, jakie z budżetu miasta przekazano do placówki. Niezależnie od tego szpital stracił kontrakt na świadczenie opieki nocnej i świątecznej, a w budżecie miasta nie zapisano ani złotówki na budowę nowej siedziby szpitala. Nie powstały nawet żadne dokumenty, które można by przekazać potencjalnym inwestorom. Kolejne alarmujące pismo ze strony pracowników pojawiło się w maju 2012 roku. Tym razem skarży się podstawowy i średni personel medyczny. - Sprzątaczkom i salowym zaproponowano wypowiedzenie umów o pracę w zamian za obietnicę zatrudnienia na podstawie umowy zlecenie (umowy śmieciowej), bez prawa do urlopu, czy chorobowego - napisali w liście pracownicy. I znów zdaniem prezes PCM jest to pismo, które stara się wprowadzić radnych i mieszkańców w błąd. - To zmiany, które w zasadzie wprowadzamy z inicjatywy pracowników. Wcześniej były spotkania indywidualne i grupowe, na których przyjęto najlepsze rozwiązania. Z moich obserwacji wynika, że większość pracowników docenia zmiany dokonywane w PCM, wierząc w przyszłość tego szpitala - wyjaśniała radnym Anita Wardzyk. Niestety, spotkania nie były protokołowane i nie ma żadnego śladu, że się odbyły. Pani prezes nie potrafiła też radnym odpowiedzieć na pytania dotyczące finansów spółki i bilansu za pierwszy kwartał. Wiadomo jedynie, że w zeszłym roku PCM przyniosło stratę w wysokości 3 756 000 zł, a w tym roku planowana jest strata na podobnym poziomie. - Brakuje rzetelnej informacji dotyczącej działalności spółki. Tak naprawdę nie wiemy jakie są oszczędności i w jaki sposób zostały uzyskane, ile osób straciło pracę i jakie pieniędze zarabia PCM na usługach komercyjnych - mówi radny Łukasz Ściebiorowski. Od początku swojego istnienia Piekarskie Centrum Medyczne z budżetu miasta otrzymało ponad 8,5 miliona złotych. O bieżącej sytuacji placówki i problemach chcieliśmy porozmawiać z panią prezes Anitą Wardzyk, ale nie odpowiedziała ani na prośbę o spotkanie z redaktorem naczelnym PP, ani na na przesłane drogą mailową pytania. ZS

Zbilansować szpital - cel Z Andrzejem Sośnierzem, posłem, byłym szefem Śląskiej Kasy Chorych i Narodowego Funduszu Zdrowia rozmawia Kamil Łysik.

- Jak oceniłby Pan zaangażowanie polityczne władz samorządowych w funkcjonowanie spółki szpitalnej? - Z ubolewaniem stwierdzam, że od dłuższego czasu w Polsce na każdym szczeblu dominują przynależności partyjne i układy, a nie fachowość. Jeśli prześledzimy kariery aktualnie zarządzających służbą zdrowia, to mało u nich doświadczenia i niewiele sukcesów, za to przede wszystkim jakiś układ personalny, partyjny bądź inny, który jest przepustką do tego stanowiska. To niedobrze, gdyż w ten sposób pieniądze publiczne są w nienajlepszych rękach. - Wszyscy dyrektorzy piekarskiej placówki utyskiwali na upolitycznienie swej funkcji… - No właśnie, bo kluczowe pytanie brzmi, jakie cele wyznacza się zarządcy szpitala. Niestety, często nie jest nim dobre gospodarowanie, ale żeby był spolegliwy wobec władz, leczył i zatrudniał znajomych, słowem, żeby pełnił różne inne funkcje społeczne, a nie te, do których został powołany. Zapytajmy, czy w Piekarach postawiono przed zarządzającym takie właśnie zadanie: „zbilansuj szpital” i czy tego się od dyrektora wymaga. - W prywatnych placówkach jest inaczej? - Tam podstawowym zadaniem dyrektora jest konieczność zbilansowania. Zrobi on więc wszystko, żeby cel osiągnąć, więc nie będzie ulegał naciskom władz, kolegów tylko powie: nie, nie mam kasy. W przypadku szpitali samorządowych, jeśli zadzwoni prezydent z prośbą o zatrudnienie np. córki, która akurat nie ma co robić, trudno jest mu odmówić, skoro się mu podlega. - Co doradziłby Pan zarządzającym szpitalom, które znajdują się w trudnej sytuacji finansowej? - Przede wszystkim, podstawową czynnością powinno być sprawdzenie, czy struktura szpitala jest adekwatna do zadań, kontraktowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Załogę, strukturę i wydatki szpitala należy więc dostosować do tego, co się ma zrobić, a nie robić mimo wszystko. Nie są to łatwe decyzje, ale, jak widać, sama zmiana w postaci przekształcenia szpitala w formę spółki, nie zawsze przynosi pożądany efekt. - Ale sporą zasługę ma w tej fatalnej kondycji finansowej chyba również NFZ, który nie płaci? - Nie, to nie tak. Najłatwiej winę zrzucić na Fundusz. Ale w istocie trzeba spojrzeć głęboko w finanse konkretnego szpitala, sposób jego prowadzenia. - No dobrze, ale co zrobi dyrektor w prywatnym szpitalu, kiedy liczba pacjentów przekroczy ilość zakontraktowaną przez NFZ, nie przyjmie ich? - Problem liczby pacjentów jest bardziej skomplikowany. Spróbuję przedstawić

go na następującym przykładzie. Przez wiele lat PRL-u, a następnie jeszcze po transformacji ustrojowej, do 1998 r. liczba pacjentów szpitali w skali poszczególnych lat była mniej więcej stała. Od 1999 r. ilość pacjentów rok rocznie rośnie i obecnie wynosi prawie dwukrotność tej, którą odnotowywano dziesięć lat temu! Mało tego, w tym samym czasie powstało mnóstwo ośrodków chirurgii krótkoterminowej, których zadaniem było odciążenie szpitali i zmniejszenie ilości pacjentów (np. 2-3 dniowe leczenie pęcherzyka żółciowego). A pomimo tego liczba pacjentów w szpitalach zwiększała się i trend ten utrzymuje się do tej pory. - A czy ten lawinowy wzrost liczby pacjentów nie jest po to, aby szpital wykazał się przed NFZ-em, udowodnił, że ma takie potrzeby, aby w następnym roku otrzymać większy kontrakt ? - Tak, ale w ten sposób mnoży się tylko sztucznie pacjentów. Proszę się przejść po szpitalach, tam często leżą osoby, które same siebie pytają: po co ja tu jestem? - Nie przesadza Pan czasem? - Nie. Oczywiście, kiedy już pojawia się otwarty konflikt o pieniądze, to media pokazują ciężko chore dziecko, pacjentów w ciężkim stanie. To robi takie wrażenie, że zamyka dyskusję. Reasumując, prywatny zarządca tak zorganizuje przyjęcia, żeby się finansowo zbilansować. A pacjentom na pewno się krzywda nie stanie. - Czyli Pana pomysłem na uzdrowienie służby zdrowia jest powszechna prywatyzacja? - Nie, sama prywatyzacja niczego nie uzdrowi, wręcz przeciwnie. Moim zdaniem należy wrócić do tych zasad, które swego czasu przyświecały systemowi kas chorych. Do budowania od nowa zasad opieki zdrowotnej, określenia wzajemnych relacji pomiędzy strukturami i ich zadań. Trzeba zmienić system finansowania, pobudzić konkurencję pomiędzy płatnikami: podzielić Fundusz na mniejsze części, aby ze sobą konkurowały, uprościć zasady kontraktowania – bardzo wiele rzeczy jest do zrobienia. Słowem, trzeba wprowadzić wreszcie państwo prawa. - To znaczy, że go nie ma? - Znowu podam przykład. Minister Zdrowia mówi, że odtąd będziemy preferować publiczne zakłady, mimo, że prawo zakazuje preferowania kogokolwiek. Inny przykład: choć prawo, w czasie gdy to mówił, nie zakazywało sprzedaży, minister twierdził, że szpital nie może sprzedawać usług. Wszyscy więc skonstatowali: prawo prawem, ale pan minister powiedział… no i słowo stało się powszechnie obowiązującą zasadą. To nie jest państwo prawa, to satrapia.


Zapłacimy za parkowanie Projekt proponowany przez prezydenta ► Korfantego podzielił radnych Parkomaty pojawią na ulicy Bytomskiej i Wyszyńskiego. Opłata za postój będzie pobierana w godzinach od 7.30 do 18.00

- Jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania, bo miejsc parkingowych nie przybędzie, a jedynym efektem będzie zabloko-

Czy Strefa Płatnego Parkowania rozwiąże problem braku miejsc parkingowych? (w soboty do 14.00). W niedzielę i święta opłaty nie będą pobierane.

wanie uliczek przyległych do „strefy płatnego parkowania”. Tak naprawdę nie

rozwiążemy w ten sposób żadnych problemów, tylko stworzymy nowe. Prezydent nie pomyśla nawet o abonamentach dla mieszkańców - uważa radny Krzysztof Turzański. Problem podzielił jednak radnych i to wyjątkowo nie według podziałów politycznych, wzbudzając wiele emocji. - Płatne parkingi to dobry pomysł, ale nie w takim kształcie w jakim proponuje to prezydent twierdzi radny Tomasz Flodrowski. Celem uchwały jest skrócenie czasu parkowania, zwiększenie rotacji samochodów oraz realizacja Śląskie Karty Usług Publicznych.

Radio Piekary: koniec familoka

Parkingi bez opłat - Tarnowskie Góry strefie płatnego parkowania mówią zdecydowane nie? - Pobieranie opłat nie rozwiąże problemu braku miejsc postojowych, a jedynie dodatkowo obiąży mieszkańców. Nie dość, że nadal będzie trudno zaparkować, to trzeba będzie jeszcze zapłacić. Mieszkańcy zamiast do centrum miasta, mogą jechać do marketów, gdzie parkingi są darmowe. To ograniczyłoby możliwości rozwoju samego centrum i lokalnej przedsiębiorczości. - Jak to rozwiązać? - Trzeba zwiększyć ilość miejs parkingowych. Przeprowadziliśmy badania i mamy opacowaną koncepcję zmiany organizacji ruchu. Wprowdzenie dróg jednokierunkowych pozwoli nie tylko zwiększyć ilość miejsc parkingowych i stworzyć wyznaczony pas ruchu dla rowerów. - A płatne parkingi? - W centrum miasta gmina dzierżawi dwa place na cele parkingowe, z których dochód możemy przeznaczyć m.in. na inwestycje drogowe. Niezależnie od tego działają płatne parkingi strzeżone i niestrzeżone.

W rozmowie z PP swoją opnię wyraził Arkadiusz Czech, burmistrz Tarnowski Gór

„Piekarski Familok” został zdjęty z ramówki, a „Szlagiery nie z naszej ery” zostały zawieszone Audycje radiowe ukazywały się na antenie radia od 1996 roku, niemal od samego początku stacji. Łącznie audycji autorstwa Bogusława Skalskiego było 899. - Spadł na mnie grom z jasnego nieba, kiedy doszła do mnie ta informacja. Oby radio nie traciło słuchaczy tak jak tracą audycje mocno związane z logiem „Na Śląsku, O Śląsku i Po Śląsku”. Jak mi chęci nie braknie swoje plany będę realizował przez internet - stwierdził w swoim pożegnaniu Bogusław Skalski. Ze strony radia został usunięty link do strony i archiwum Piekarskiego Familoka. - Moi rostomili! Dziękuja wszystkim wiernym słuchaczom za osobiste zaangażowanie w interwencji o powrót audycji na antena Radia Piekary, zdo mi się, że to wasz udział w sprawie spowodowoł, że zaczynto zy mnom rozmawiać (szkoda że ino telefonicznie). Jeżeli bydzie to zależeć ode mnie, to informuja, że nie bydzie możliwości powrotu audycji w soboty - napisał autor audycji na stronie internetowej: www.piekarskifamilok.

Dyktator 7 wysp... ►

Historia toczy się tu i teraz, a może zupełnie gdzie indziej i znacznie wcześniej. Niektórzy twierdzą, że nigdy nie miała miejsca, bo skryba, który powieść przelał na papier nie zaznaczył tego wyraźnie. Ze względu na brak jakichkolwiek wskazówek wszystko pozostaje w sferze naszych domniemań i domysłów.

To opowieść o niezwykłym archipelagu Pieśla i dyktatorze jego siedmiu wysp: Ko, Ce, Sz, Br, Ka, Bz i Da, o walce o władze, wpływy, pieniądze i przywileje. Historia jak zwykle to bywa nie ma wyraźnego początku i końca. Ot, zwyczajnie kołem się toczy. Równie dobrze możemy więc zacząć snuć naszą opowieść dokładnie w tym miejscu... Stakor, dyktator siedmiu wysp, trzasnął pięścią w stół uciszając wszystkich zebranych w pałacowej sali. Nie dało się ukryć, że był wściekły. - Ten.. ten... - ze zdenerwowania dyktator zapomniał słów - ten... - Niegodziwiec - usłużnie podpowiedział Jerkra, jego totumfacki. - Niegodziwiec! Ten... - Nikczemnik! Nędznik! Łotr! Podlec! - Jerkra wyraźnie się rozkręcał.

Znów huknęło, kiedy dyktator walnął w stół. - To musi się skończyć! W normalnych warunkach kazałoby się gnojka ściąć lub rzucić lwom na pożarcie. - Nie mamy lwów... - wtrącił Jerkra. - Można z zoo pożyczyć. Nie w tym rzecz. Trzeba się typa pozbyć - raz na zawsze. Tylko zamiast metod prostych i „tradycyjnych”, musimy to zrobić w sposób... cywilizowany. Dyktator zmarszczył brew. Podwładni zamarli widząc zamyślonego wodza. W napięciu oczekiwali na rozkazy, które z pewnością zaraz wyda. Jego odwieczny rywal, Krztur, tym razem przesadził obsmarowując dyktatora i jego najbliższych współpracowników w lokalnym szmatławcu. Zresztą „Przegląd Archipelagu” raz za razem, opluwał wodza. Tym razem Krztur i jego drużyna wojów będzie jednak musiała

ponieść konsekwencje. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Stakor tak tego nie zostawi. Napięcie na sali osiągnęło już punkt graniczny, gdy dyktator westchnął cicho. - „Głos Pieśli” i „Gazeta Poglądowa” muszą przedstawić prawdę - wydał wyrok - lud prosty naszych wysp musi poznać prawdę o krętactwach i machlojach tej zbieraniny. Nie mogą dłużej stanowić dla mnie zagrożenia... eeee... znaczy się zagrożenia dla ludu i całego archipelagu. Dyktator wstał od stołu i podszedł do okna. Widok rozcierający się na ocean i wyspy rozrzucone na nim niby krowie placki zawsze go uspokajał. - Moje... Moje królestwo. Mój skarb... - wyszeptał tak cicho, że nie usłyszał go nikt z poddany. A głośno dodał - Ograniczenia. Wieczne ograniczenia... Zawiadomić

„Dyktator 7 wysp archipelagu Pieśla” to powieść w odcinkach publikowana w internecie na stronie: www.blog.krzysztofturzanski.pl. Dostępna także w wersji „audiobooka”. Opowiadania fikcyjne, wszelkie podobieństwo do osób lub zdarzeń faktycznych jest przypadkowe. służby bezpieczeństwa. Niech też wezmą drani w obroty. - Ale o czym mamy zawiadomić? - zapytał naiwnie ktoś z poddanych. Złośliwy grymas wykrzywił twarz dyktatora. - Jest człowiek, paragraf też się znajdzie - syknął - na wszelki wypadek zawiadomcie służby o wszystkim. O tym co wiecie, o tym czego się tylko domyślacie i o tym, co potraficie wymyślić. Niech się do niego dobiorą... - Dobra decyzja, mój Panie stwierdził totumfacki - nawet jak nic nie znajdą, to przynajmniej będą go męczyć. A i na widok narzędzi tortur ludzie miękną i mówią różne rzeczy... - Otóż to, mój przyjacielu -

uśmiechnął się dyktator, po raz pierwszy tego poranka otóż to. A i można to wszystko zręcznie opisać... Nie będzie się bandzior poparciem ludu cieszył. Ludzie odetchnęli z ulgą, lecz w tej samej chwili wzrok dyktatora siedmiu wysp padł na leżący w kącie, wymięty egzemplarz „Przeglądu archipelagu”. W ciągu ułamków sekund przez twarz dyktatora zmieniła się nie do poznania. - Znaleźć każdy dostępny egzemplarz tego szmatławca! Zniszczyć je. Spalić! - krzyknął przeraźliwie - Na co czekacie?! Wynosić się!!! Ludzie rozpierzchli się natychmiast. Kiedy za ostatnim z podwładnych zamknęły się

drzwi, Stakor usiadł za wielkim biurkiem i ukrył twarz w dłoniach. - Jak on mógł? - szlochał cichutko. Jerkra podszedł do niego, objął wodza czule i szepnął do ucha. - Przetrwaliśmy gorsze burze, przetrwamy i tą. Krztur skacze jak pchła na uwięzi, miota się jak pies na łańcuchu, ale to ty jesteś dyktatorem. To my mamy władzę... Dyktator podniósł głowę, spojrzał na niego i uśmiechnął się przez łzy. - To ja mam władzę... - szepnął. c.d.n. Tiopen Tal


REKLAMA

Sprzedam działkę budowlaną położoną pod lasem w Tarnowskich Górach, kontakt: tel. 512-212-373


Kopiec Wyzwolenia – czyli polsko-niemiecka wojna na pomniki część V

spogląda się na fotografie przedstawiające osoby, które z ► Miło wielką radością i szacunkiem pracowały przy wznoszeniu piekar-

skiego Kopca Wyzwolenia. Był to dla nich przejaw patriotyzmu i własna cegiełka dołożona do wznoszenia gmachu Ojczyzny. Znani politycy i zwykli ludzie, kobiety i mężczyźni, młodzież i dzieci, chętnie fotografujące się na tle swojego dzieła. Spontaniczność, której można im pozazdrościć. Ale zapał to za mało, by w tamtych czasach wznieść taką budowlę...

Prjektodawca Kopca inż. Eugeniusz Zaczyński był wybitnym specjalistą w zakresie inżynierii komunalnej. Od 1935 roku pełnił funkcję burmistrza w Zakopanem, które zawdzięcza mu budowę kanalizacji i oczyszczalni ścieków. Zaraz po II wojnie światowej został pracownikiem naukowym Politechniki Śląskiej w Gliwicach, a następnie, już jako profesor, stał się organizatorem i kierownikiem Zakładu Badań Naukowych Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego Polskiej Akademii Nauk w Zabrzu (zmarł w dniu 5 września 1964 roku). Co prawda jego model Kopca się różni nieco od ostatecznej bryły (szczególnie jego otoczenie), ale autorstwo przypisuje się właśnie jemu. Wszystko rozpoczęło się w dniu 17 września 1932 roku, oczywiście niezwykle uroczyście, podniośle i z odpowiednią propagandową otoczką. Spod piekarskiej bazyliki wyruszył uroczysty pochód, który skierował się w stronę miejsca, gdzie miał powstać Kopiec. Podobno w uroczystości wzięło udział kilka tysięcy osób. Na miejscu nie obyło się bez okolicznościowych przemówień wojewody Michała Grażyńskiego, przewodniczącego Komitetu Budowy Kopca Jana Lortza, a także patriotycznej oprawy w postaci pieśni śpiewanych przez chór „Halka” i lwowskich kadetów. Przed uroczystością przygotowano dokument w postaci tzw. aktu erekcyjnego1, który po uroczystym odśpiewaniu „Roty” wmurowano w przygotowany wcześniej fundament przyszłego Kopca. Właśnie wtedy została założona Złota Księga Budowy Kopca

Wyzwolenia Śląska w Wielkich Piekarach. Zwróćcie Państwo uwagę na nazwę – nie „Kopiec Powstańców Śląskich”, ale „Kopiec Wyzwolenia Śląska”. Niby nic, a jednak różnica. W księdze uroczystymi wpisami upamiętnili się ci, którzy

miejsce uroczystości związane z 250-tą rocznicą pobytu w mieście króla Jana III Sobieskiego (1683 rok). Oczywiście tak ważną uroczystość powiązano również ze sprawą trwającej już budowy Kopca. Inaczej – miejskie uroczy-

myślą o utracie tych ziem. To linia politycznego myślenia wojewody Michała Grażyńskiego i riposta na głosy dopływające z Niemiec, gdzie naziści, którzy dopiero zdobyli władzę, podkreślali swoją chęć rewizji granic z Polską, szczególnie na Górnym Śląsku. W miejscu budowy Kopca znaleźli się również przedstawiciele Wojska Polskiego, a także znani przedstawiciele organizacji społecznych (Miłosz Sołtys) i młodzieżowych (Tadeusz Kupczyński). Co jednak najważniejsze, tego dnia pod Kopiec przybyły delegacje z wielu miast, miasteczek i wsi, które w historii naszego narodu zostały zapamiętane jako miejsca, w których Polacy na przestrzeni wieków przelali swoją krew, walcząc z naszymi wrogami. Ich lista jest bardzo długa. Ludzie przyjechali przywożąc ze sobą ziemię jako symbol ofiarności Polaków w walce

nie składania kwiatów pod pomnikami w państwowe święta. Każdą delegację przyjmowano dźwiękami fanfar, zaś niesione przez nich urny składano do specjalnej skrytki, znajdującej się w fundamentach Kopca. Właściwie nie było to żadnym problemem, bo od 1932 roku Kopiec niewiele wzniósł się ku śląskiemu niebu. Następnie odbyło się uroczyste ślubowanie i cała grupa powróciła do centrum miasta trasą, którą w 1683 roku maszerowała na Wiedeń polska armia dowodzona przez króla Jana III Sobieskiego. Niemcy, budując swoje mauzoleum powstańcze na Górze św. Anny, od początku korzystali z pracy najemnej. Inaczej się nie dało. Popatrzcie na zdjęcia przedstawiające różne etapy budowy piekarskiego Kopca. Położone szyny, po których poruszały się wagoniki dowożące materiał, rusztowania, drewniane, solidne

Związek Powstańców Śląskich w Chorzowie przy sypaniu Kopca 25 sierpień 1934 dołożyli swoją piędź ziemi do jego budowy i chcieli, by pamięć po nich pozostała. Księga była prowadzona do momentu poświęcenia Kopca, czyli do 1937 roku. Na szczęście przetrwała okupację, ukrywana w prywatnym domu, a obecnie znajduje się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Piekarach Śląskich pod czuła opieką Andrzeja Kołodziejczyka. Dokonano w niej 565 wpisów, ale z tego, co pamiętam, niektórych stron brakuje, więc nie możemy być pewni dokładnej ich ilości. W ten sposób budowa Kopca ruszyła z miejsca. W dniu 20 sierpnia 1933 roku w Piekarach miały

stości związane z królem Janem III Sobieskim były raczej pretekstem do większej imprezy o wyraźnym politycznym charakterze. Po raz kolejny w Piekarach pojawił się wojewoda Michał Grażyński. W miejscu wznoszenia Kopca zebrał się spory tłum ludzi, wśród których nie zabrakło byłych powstańców śląskich, którzy podczas III powstania śląskiego walczyli o ziemie, których Polsce nie przyznano, czyli o Górę św. Anny, Gogolin, Kędzierzyn i Koźle. Prawdopodobnie eksponowanie tej grupy powstańców było celowym zabiegiem propagandowym, który sugerował, że Polacy nie pogodzili się z

o swoją Ojczyznę. Chyba nikomu nie trzeba udowadniać, że przybycie tak wielu delegacji w jednym czasie było doskonale przygotowaną operacją propagandową o wyraźnym politycznym przesłaniu. Tak na marginesie, może nieco dziwnym wydawać się fakt, że przywieziono również ziemię spod Grunwaldu, gdzie po stronie krzyżackiej walczyła spora grupa książąt wywodzących się ze Śląska (Śląsk nie wchodził wtedy w skład państwa polskiego), nawet często z piastowskim rodowodem. No cóż, pogmatwane te nasze historyczne dzieje... Uroczystość przypominała nieco dzisiejsze ceremo-

wyciągi czyli prawdziwy plac budowy. Oczywiście na tym placu zatrudniano robotników i nadzór, płacąc im za wykonaną pracę. Spontaniczność widoczna na innych fotografiach była tylko pięknym i godnym pochwalenia dodatkiem, czynem społecznym, który był z przyczyn politycznych wielce pożądany i odpowiednio wykorzystywany propagandowo. Nie odbieram chwały budowniczym Kopca, ale pamiętajmy, jakie były to czasy. Robotnikom trzeba było zapłacić, aby idea Kopca nie upadła, ku uciesze naszych niemieckich sąsiadów. W pewnym sensie można to traktować jako

wojewódzką inwestycję, sporym wydatkiem dla kasy województwa śląskiego, w pełni politycznie usprawiedliwionym. Przy budowie Kopca trzeba było uczestniczyć. To stało się moralnym obowiązkiem wszystkich uświadomionych narodowo mieszkańców polskiej części Górnego Śląska. Dlatego też udział członków Związków Zawodowych, sportowców ze znanych klubów, studentów, członkiń Towarzystwa Polek, ułanów z 3 Pułku w Tarnowskich Górach, żołnierzy 11pp, 73pp i 75pp, policjantów, celników, lwowskich kadetów, członków Związku Płockiej Młodzieży Polskiej, Bractw Strzeleckich, Związku Restauratorów, Właścicieli Kawiarń i Hoteli Województwa Śląskiego i wielu, wielu innych, a także mieszkańców różnych części ówczesnej Polski. To naprawdę wielkie i niepowtarzalne dzieło polskiego narodu. Niektórzy pojawili się tutaj, bo tak kazał im głos serca, ale pewnie nie zabrakło również takich, którzy zjawili się, bo inni tak zrobili, więc nie wypadało inaczej. Często na miejsce budowy przyjeżdżali znani artyści, muzycy czy pisarze, jak chociażby Gustaw Morcinek, Pola Gojawiczyńska, Kazimierz Gołba czy też Mieczysław Skrzyński. Przyjeżdżali tu często dowódcy powstańczych oddziałów, jak mjr Ludyga-Laskowski, płk Bronisław Sikorski, Walenty Fajkis, Czesław Paul, Paweł Kazimierz Cymsa, Karol Gajdzik, piekarzanin Stanisław Mastalerz, Rudolf Niemczyk czy też Fryderyk Szendzielorz. Wśród pracujących pojawiali się także Polacy z Francji, Czechosłowacji, Belgii i innych europejskich krajów, a nawet z USA. Na placu budowy często zjawiał się Wojciech Korfanty wraz ze swoją rodziną, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, że wkrótce znajdzie się na politycznym wygnaniu. Budowniczym towarzyszyła ekipa filmowa, która realizowała kolejne materiały o budowie Kopca. Politycznej roli mediów nie muszę chyba państwu udowadniać. A piekarski Kopiec, centymetr po centymetrze metrze, mozolnie wznosił się ku śląskiemu niebu... Dariusz Pietrucha


Piekarski mistrz kulturystyki ► Srebrny medal Mistrzostw Śląska, złoty medal Mistrzostw Polski i zdjęcie na okładce magazynu KiF w pierwszym roku zawodów. Piekarzanin Kamil Labudzik zaczął chodzić na siłownię w wieku 18 lat. Żeby przybrać na wadze. Choć trudno w to uwierzyć ważył wtedy zaledwie 54 kg. Dziś ma 28 lat, waży 80 kg i w swojej kategorii jest najlepszym kulturystą w kraju. W tym roku po raz pierwszy zdecydował się na start w zawodach i od razu odniósł sukces. Trafił na okładkę magazynu Kulturystyka i Fitness, na której łamach gościł już trzy razy. Ostatni raz w październikowym wydaniu. W branży mówią o nim „mistrz z nowego zaciągu”. Na siłowni ćwiczy pięć dni w tygodniu, każdego

dnia męcząc inną partię ciała. To solidne, ciężkie treningi trwające około dwóch godzin. I wystarczy. W weekendy można odpocząć. Do startu w zawodach namówili go znajomi, przyjaciele i towarzystwo na siłowni. I Asia Krupa, która wysoko oceniła jego szanse i jak się okazało, miała rację. Przygotowania do startu zajęły trzy miesiące. Szczególnie męcząca była sama końcówka - kiedy zawodnik musiał pozbyć się z organizmu zbędnego tłuszczu i wody, żeby podkreślić wszystkie atuty mięśni. Zbigniew Szubiński

Krzysztof Turzański W biegu Jana Pawła II w tym roku wystartowało 71 zawodników, czyli znacznie więcej osób niż ostatnio. To efekt powrotu do „dawnej formuły” biegu. Być może dzięki temu piekarski bieg znacznie odbudowywać renomę na mapie polskich biegów. Jedna z mieszkanek Piekar Śląskich zaprojektowała nawet nowy plakat imprezy.

........................................................

MTB- Rogoźnik Andrzej Kotalczyk

Kamil Labudzik kiedy zaczynał ćwiczyć ważył 54 kg i był przeraźliwie chudy. Dziś trudno w to uwierzyć.

Byłem przeraźliwie chudy i chciałem przybrać na wadze Skąd wzięła się Twoja pasja? Inspirowali mnie bohaterowie kina akcji: Bruce Lee, Jean Cloude Van Damme i Arnold Schwarzenegger. Kiedy zaczynałem ćwiczyć nawet nie myślałem o kulturystyce, ale z czasem to mnie wciągnęło. Za to do sztuk walki zabrakło mi wytrwałości. Z Kamilem Labudzikiem rozmawia Zbigniew Szubiński

Udany bieg

Z jakimi ciężarami się zmagasz? Wyciskam ok 130 kg, a mój rekord

to 165 kg. Z podobnymi ciężarami robię przysiady, Bicepsy trenują z ciężarem między 60 a 80 kg. Masz 28 lat. Nie jest trochę za późno na zawody? Pierwszy raz na zawodach był ogromny stres i publiczność. Ale sukces dodaje wiary w siebie. Nie wydaje mi się, żebym był za stary. Moi rywale byli nawet starsi i odnosili sukcesy. Myślę, że wszystko

dopiero przede mną i w przyszłym roku planuję kolejne starty. Jakieś rady dla początkujących? Nie poddawać się, ćwiczyć systematycznie, trzymać dobrą dietę i zainwestować w profesjonalne odżywki. Wtedy wszystko jest mozliwe. I wcale nie chodzi o zawody. Każdy może wygląać tak jak chce. Ja byłem przeraźliwie chudy. A dziś? Dziś wyglądam nieźle...

We wrześniu po raz pierwszy odbyły się zawody w kolarstwie górskim na Rogoźniku. I Otwarte Mistrzostwa MTB zostały zorganizowane przez Gminę Bobrowniki, Sklep Rowerowy MMBIKE i Stowarzyszenie Forevo. Nagrody ufundowała firma Kross, producent rowerów, a medale i dyplomy ufundowała Gmina Bobrowniki. Frekwencja we wszystkich kategoriach wiekowych, a było ich 9 wyniosła ponad 100 osób. W najliczniejszej kategorii Masters I wystartowało ponad 30 osób. Konkurencja była mocna i zawodnicy MMBIKE Team uplasowali się na trzecich miejscach. W kategorii Masters I Mariusz Musiałek i w kategorii Masters II Dariusz Romański. Zawodnicy byli zadowoleni z poziomu zawodów, trudności trasy jak i organizacji. Organizatorzy postarali się o posiłek regeneracyjny z grilla. Relacje filmowe, oraz zdjęcia dostępne na www. bobrowniki.tv i www.mmbike.pl. Nieco później odbyły się zawody z cyklu Skandia Maraton Langteam w Dąbrowie Górniczej. Tego dnia w ramach maratonu były rozgrywane Mistrzostwa Polski w Maratonie MTB. Na dystansie Medio 75km pierwsze miejsce i tytuł Mistrza Polski w kat M3 zapewnił sobie Mariusz Musiałek z MMBIKE, który zameldował się na mecie piąty open. REKLAMA

Nikolas, pies i bieganie ► Mistrz Polski, Mistrz Europy i Świata. Najszybszy z pośród canicrossowców Piekarzanin Nikolas Imiołczyk wciąż zaskakuje. W 2010 roku „wybiegał” ze swoim psem dwa tytuły Mistrza Europy (juniorski i seniorski). W 2011 roku zwyciężył na Mistrzostwach Świata w Borken (Niemcy) i wywalczył w sztafecie srebrny medal. Jeszcze większe sukcesy odniósł w tym roku. Zwyciężył w czeskim pucharze Hill`s Cup deklasując rywali na wszystkich czterech zawodach, w których wziął udział. Rywalizował z seniorami podczas Mistrzostw Europy ECF w brytyjskim Cirencester

(wyjazd na Wyspy był możliwy dzięki wsparciu firmy DROTEX PKL oraz pomocy zagranicznego sklepu internetowego dogspecialist.it). Łatwo nie było: typowo angielska pogoda, nieustannie padający deszcz i niemalże tragiczne, błotne warunki na trasie uczyniły te zawody ekstremalną walką o przeżycie. Ale żadne błoto, bagno ani śliskie leśne ścieżki nie przeszkodziły obecnemu Mistrzowi Świata IFSS w walce o złoto. Po raz pierwszy zdobył Mistrzostwo Europy ECF jako

senior. Wyniki mobiluzują go do dalszej pracy. Nie zamierza spoczywać na laurach. Chce być jeszcze lepszy. W tym roku jeszcze Mistrzostwa Europy ESDRA, odbywające się co dwa lata. Dziękujemy wszystkim, którzy pomogli Niko i umożliwili udział w zawodach rozrzuconych w Europie. Gdyby nie pomoc, trenowałby tylko w „swoim” lesie. Dziękujemy także wszystkim tym, którzy po prostu trzymali kciuki. Wioleta Imiołczyk

Zgranie człowieka i psa wymaga wielu treningów, ale taki duet jest nie do zatrzymania...


REKLAMA

REKLAMA

1967748/00

NASZA OFERTA skierowana jest do wymagających pacjentów, którzy zainteresowani są najnowszymi osiągnięciami w stomatologii i kosmetologii, dla których ważne jest, aby wizyta przebiegła w miłej atmosferze i fachowej obsłudze.

z Kompleksowe leczenie zębów z Implanty – PROMOCYJNE CENY! z Stomatologia estetyczna z Ekskluzywna protetyka z Leczenie w narkozie! z Chirurgia stomatologiczna

NOWOŚĆ! LASER Fotona z NOWOŚĆ! Wybielanie zębów najnowszą metodą Touchwhite przy użyciu lasera Fotona z NOWOŚĆ! Bezbolesne laserowe leczenie zębów z NOWOŚĆ! Fotoodmładzanie z NOWOŚĆ! X- wave - terapia falami akustycznymi, dzięki której uzyskujemy odmłodzenie skóry efekt ANTYCELLULITOWY!!! z Usuwanie rozstępów oraz przebarwień laserem Fotona z Leczenie chrapania przy użyciu lasera Fotona z BOTOKS, najnowsza metoda leczenia: - bruksizmu - migreny - nadmiernej potliwości

Możliwa płatność kartą kredytową oraz w systemie ratalnym „Żagiel”

Używamy materiałów najwyższej jakości, stosujemy najnowsze metody leczenia, bo nasza praca jest naszą pasją, a najwyższa jakość usług, zadowolenie pacjenta są dla nas najważniejsze.Cieszymy się bardzo, że udało nam się zdobyć zaufanie tak wielu pacjentów.

Serdecznie zapraszamy do naszego Centrum Stomatologii Estetycznej lek. stom. lek. med. Mariola Krzykawska

Centrum Stomatologii Estetycznej MAR-DENT ul. Oświęcimska 9, 41-940 Piekary Śląskie tel./fax 32 767-35-55 tel. 510 105 131, 695 693 555 e-mail: mardent@of.pl

www.mardent.net.pl


Przegląd Piekarski nr 8(102)/2012