Issuu on Google+


info

Sztuka na Górnym Śląsku – jak to (nie) działa?

02

str. 15

Tuba nr 6 jest mieszanką zróżnicowaną o dość silnym graficznym zabarwieniu. Znajduje się w niej kilka zaległości, sprostowań i wszelakich informacji, związanych jak zwykle z katowicką ASP. Zapraszamy do lektury, pozdrawiamy naszych Czytelników. /Redakcja/

KOŁO NAUKOWE MALARSTWA 3 bardzo ważne pytania o kondycję ludzkości str. 18–21

Wieści z Ronda Sztuki str. 15

Izabela Łęska Passion for Freedom, Wy/twory Zbiegniew Blukacz Mapy światła

str. 13

str. 12

Kazimierz Cieslik Doktorat Ondreja Vorela str. 23

Joanna Zdzieniecka, Jola Jastrząb, Małgosia Rozenau, Agnieszka Piotrowska

Energia dla Tuby

str. 14

str. 13

Mistrzowie rysunku str. 4

Tomasz Koclęga str. 13

Judyta Bernaś uchwycić punktum...

Sławomir Brzoska Centrum i peryferium

str. 5 str. 8

str. 10

Galeria Koszarowa 19 – rekonesans

Z notatnika wnuczki malarza

PRINT / SCREEN / PRINT

str. 23

str. 9

06:

06 2014

Andrzej Łabuz fragment grafiki „Pięciu” _ _ _ _ _ _ _ _


03

prosto z

Kolejna odsłona TEKST / Rektor prof. Antoni Cygan

Gdybym chciał w krótkich frazach opisać, czym jest katowicka Akademia Sztuk Pięknych, kilku słów nie wystarczyłoby na pewno. Bo jak zamknąć w ograniczonej liczbie zdań historie wszystkich artystów i nietuzinkowych osobowości, które tu studiowały, tworzyły i kształciły studentów przez kilkadziesiąt ubiegłych lat? Jak je opisać w skrócie – wszystkie te minione lata, rozpoczynające się od szkoły propagandowej, przez krakowską filię, po samodzielność w 2001 roku? Niezależnie od tego, jak obszerny miałby być tekst, nie wolno byłoby nie wspomnieć w nim o budynku przy ulicy Dąbrówki 9. Jego mury to olbrzymi fragment historii naszej Uczelni. To przesiąknięci zapachem rozpuszczalników i farb, gipsu i szelaku, upstrzeni śladami działań wszelakich świadkowie naszej przeszłości. Z biegiem lat, zżyliśmy się z myślą, że ta przeszłość wypełni stare mury specyficzną atmosferą, niezwykłym klimatem na zawsze. Jednak historia podąża swoim torem, zmieniając wiele, a czasem nawet wszystko. Ostatnie lata to dynamiczny rozwój Akademii. Dość wspomnieć, że w 2000 roku Uczelnia liczyła około 130 studentów, dzisiaj ponad 600. W tej sytuacji, niezwykły dla nas budynek przy ulicy Dąbrówki, stał się po prostu zdecydowanie za ciasny. Władze uczelni od lat zdawały sobie sprawę z tego faktu i czyniły ciągłe starania o powiększenie bazy lokalowej. I tak, w roku 2006 zakończył się remont budynku powojskowego, położonego przy ulicy Koszarowej. Tam swoje miejsce znalazła Grafika Warsztatowa i Projektowanie Graficzne. Jednakże nadal mieliśmy świadomość, iż uzyskana przestrzeń wciąż jest niewystarczająca, a bardzo trudna sytuacja lokalowa przy ulicy Dąbrówki zmusiła do dalszego działania. Tak rozpoczęły się starania o rozpoczęcie budowy nowego budynku, w którym między innymi swoje miejsce miały znaleźć pracownie Malarstwa. Szczęśliwie, dzięki wsparciu władz naszego miasta, udało się pozyskać działkę budowlaną o lokalizacji idealnej dla stworzenia zwartego kampusu akademickiego, położoną pomiędzy już istniejącymi budynkami Akademii przy ulicy Raciborskiej i Koszarowej. Prawdziwym problemem, już po powstaniu projektu nowego budynku (którego autorem jest biuro projektowe ANArchi Group z Gliwic), okazało się pozyskanie funduszy na budowę. Dzisiaj mogę się przyznać, że obejmując dwa lata temu funkcję rektora, zdawałem sobie sprawę, że zdobycie ponad 40. milionów złotych (a taki był szacowany koszt budowy) graniczy z cudem. Jednak w ostatniej możliwej chwili ten cud się zdarzył. Wczesną wiosna 2013 roku, po sześciu latach starań, budowa ruszyła z impetem. Inwestycja jest projektem wspólnym Akademii Sztuk Pięknych oraz Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach i jest współfinansowana przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju

Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego na lata 2007-2013 oraz ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Generalnym wykonawcą inwestycji jest katowicka firma DOMBUD, która (jak na razie bez opóźnień i przestojów) wznosi nowy gmach Akademii. Już dzisiaj praktycznie pod dach postawiony kompleks trzech budynków pozwala wyobrazić sobie nowe oblicze katowickiej Uczelni. Wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę internetową Akademii, gdzie na bieżąco, co sześć minut, pojawiają się kolejne nowe zdjęcia z placu budowy. Projekt „Budowa między ulicami Raciborską a Koszarową w Katowicach budynku dydaktyczno-badawczego i  kulturalnego wraz z  zagospodarowaniem terenu na otwarty park form przestrzennych” to największa inwestycja Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Docelowo, już za rok, powstanie dostosowany oczywiście do potrzeb osób niepełnosprawnych, liczący 12.000 metrów kwadratowych kompleks akademicki, w skład którego wejdą nowoczesne pracownie, studio filmowe, ogólnodostępna biblioteka, galeria, kino i park form przestrzennych, parking podziemny i naziemny. Założeniem całego przedsięwzięcia, oprócz oczywiście 
funkcji dydaktycznej, kulturalnej i artystycznej, będzie funkcja społeczna. Warto zaznaczyć, że inwestycja przyczyni się do rewitalizacji terenów powojskowych w śródmieściu Katowic i wpłynie niewątpliwie na zmianę charakteru tej części miasta. Powstanie duża przestrzeń otwarta, jesteśmy zatem przekonani, że będzie to miejsce, w którym sztuka będzie miała szansę pełniej wpływać i budować nowe spojrzenie na rzeczywistość. Już dzisiaj pracownicy Akademii i studenci przygotowują się do realizacji wydarzeń w nowych przestrzeniach. Mamy nadzieję, że tworząc nowe możliwości współpracy i integracji, staniemy się jeszcze bardziej dostrzeganą i docenianą wartością naszego miasta, regionu i nie tylko. A jaka jest waga realizowanego projektu w kontekście najważniejszej funkcji uczelni artystycznej, jaką jest kształcenie artystów i projektantów? Akademia potrzebowała nowego budynku, jak „kania dżdżu”. Nie chodzi tylko o nowe, większe pracownie, czy o nowe miejsce. Sprawa jest niezwykle ważna i rozumiem doskonale, sam przez lata prowadząc pracownię właśnie w starym budynku przy ulicy Dąbrówki, jakie znaczenie dla nas – malarzy, rysowników i rzeźbiarzy, gnieżdżących się w za ciasnych pracowniach, ma uzyskanie w końcu właściwej liczby metrów kwadratowych dla czterokrotnie większej liczby studentów. Dostrzegam również gigantyczny potencjał pozostałych przestrzeni w nowym budynku (studio filmowe, scenografia, pracownia działań w przestrzeni, modelarnia, biblio-

teka materiałów), tych, których dzisiaj Akademii po prostu fizycznie brakuje. Jestem przekonany, że nieoceniona będzie rola nowej, nowoczesnej biblioteki, a ponadto, jak każdy codzienny uczestnik katowickiego ruchu drogowego, cieszę się niezmiernie z nowych miejsc parkingowych. Jednak dzisiaj, uczestnicząc co tydzień w naradach na budowie i sprawdzając codziennie na stronie internetowej, jak rosną mury Nowej Akademii, zakładam, iż najistotniejszą wartością dodaną po zasiedleniu murów nowego budynku będzie możliwość pełnej integracji studentów naszej Uczelni. I nie tylko naszej. Pamiętajmy, że ostatnie lata to rozbudowa i modernizacja wielu obiektów wszystkich bez mała uczelni katowickich. Z perspektywy zarządzających uczelniami, śląscy rektorzy przekonani są o konieczności pogłębienia współpracy pomiędzy rozwijającymi się uczelniami naszego regionu. Górnośląska aglomeracja, do dziś jeszcze przez wielu kojarzona jedynie z przemysłem ciężkim, to ogromny ośrodek akademicki. Nasza, niewielka liczbami, ale silna poziomem kształcenia Akademia, z przyjemnością wpisuje się w ten trend podkreślania i wzmacniania roli szkolnictwa akademickiego na Śląsku, a w tym kontekście, nowa przestrzeń stanowi to, co najbardziej było nam potrzebne. Czekamy więc z niecierpliwością, ale przede wszystkim z wielką nadzieją na początek 2015 roku, na dzień wyjątkowy – dzień otwarcia nowego budynku. Za rok jednak opuścimy Dąbrówki. Przyznam się, że nie będzie to łatwe. Tam spędziłem bez mała trzydzieści lat życia. Tam studiowaliśmy, tam poznałem prawdziwych przyjaciół. Całe szczęście jednak, że te mury, przesiąknięte zapachem rozpuszczalników i farb, gipsu i szelaku, wypełni teraz muzyka młodych artystów z sąsiedniej Szkoły Muzycznej. Łatwiej będzie wychodząc zgasić światło, kiedy będziemy wiedzieli, że ci co przyjdą po nas, wypełnią te mury dźwiękami muzyki Bacha, Mozarta, Chopina. A dla nas kurtyna następny raz pójdzie w górę i rozpoczniemy kolejny (oby szczęśliwy) akt historii Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach.


04

graficzna

Mistrzowie warsztatu Polski rysunek współczesny

TEKST /Paweł Warchoł

Rysunek tworzony przez artystów polskich w ciągu ostatnich dekad stał się jedną z ważniejszych wizytówek naszej kultury. Prezentowany był na wielu indywidualnych ekspozycjach rysunku w galeriach w kraju i na świecie, nagradzany i wyróżniany na nieomal wszystkich najważniejszych konkursach, biennale i triennale rysunku. Wystawa w Galerii Bielskiej BWA jest próbą podsumowania tych działań i pierwszą od wielu lat tak dużą prezentacją współczesnego rysunku polskiego w kraju. Na wystawie prezentowane są dzieła artystów, dla których rysunek jest podstawową lub jedną z najważniejszych form wypowiedzi artystycznej. Nie przypadkiem wystawę otwierają dzieła Krystyny Piotrowskiej. Precyzyjnie kreślone ołówkiem rysunki oczu, kojarzące się ze sztychami z dziewiętnastowiecznych atlasów anatomicznych, były w pewnym sensie zaproszeniem zmysłów odbiorców do percepcji dzieł eksponowanych w galerii. Na wystawie licznie prezentowane są prace eksploatujące różnorodne pokłady figuracji, rejestrujemy je w realizacjach Henryka Cześnika, Cypriana Biełańca, Lecha Helwiga, Katarzyny Klich, Jerzego Talika, Jolanty Wagner, Magdaleny Szczęśniak, Marka Marczaka, Mariusza Tarkawiana, Natalii Pawlus i Sebastiana Kubicy. W tym nurcie Paweł Frąckiewicz rysuje masywne, wielkoformatowe „Byki”, Ewa Zawadzka prezentuje doskonałe w materii graficznej dzieła rysunkowe, nieomal przekraczające granicę realizmu i abstrakcji. Henryk Waniek w „Rysunkach kieszonkowych” kreuje swoje indywidualne bestiarium, przepełnione alegorią i metaforą, za sprawą którego zostajemy wprowadzeni w tajemnice nadrealnego świata, przepełnionego oparami alchemii, historii i filozofii. Podobnie Józef Hołard od wielu lat prowadzi wewnętrzny dialog w niekończącym się cyklu „Według Umberto Eco”. Zdzisław Wiatr w rysunkach „Trzy jabłka”, „Dynia”, „Sen o trzech gruszkach”, „Święto Trąbek” toczy z nami dialog o sprawach zwykłych i sprawach ważnych. Andrzej Strumiłło zaprasza nas na dyskusję o świecie dużym i małym.

„Dzienniki rysowane i klejone” to mały wycinek komentarzy artysty tworzonych codziennie na przestrzeni prawie trzydziestu lat. W dziełach Jacka Szewczyka „Na zakładzie” i „Bez tytułu” spotykamy inny sposób narracji, poszczególne, precyzyjnie opisane tuszem figuratywne elementy rysunku tworzą specyficzne „mapy”, w której nasza intuicja nawiguje poruszając się według zakreślonych przez artystę znaków. Zupełnie inaczej jawią się prace Karola Wieczorka operującego właściwie nieomal wszystkimi technikami rysunkowymi. Jego dzieła charakteryzuje bogata, miejscami groteskowo przerysowana narracja. Obcując z pracami artysty, dodatkowo nasyconymi, jarzącymi się a nawet fluorescencyjnymi kolorami, odnosimy wrażenie, że jesteśmy na „targu próżności” – wręcz na rysunkowym „szaberplacu”. Odmienne są kreacje Pawła Warchoła z cyklu „Obiekty”. Rysunki zabudowane fragmentami zniszczonych murów zaczerpniętych z realności, zakłócane linearnymi lub geometrycznymi elementami, układają trzy warstwy narracji. Ulegają jednak procesowi syntezy w jednolity zapis w szerokich skalach szarości i czerni. Tomasz Tobolewski rejestruje wieloma szeroko i mocno zakreślanymi liniami upływający czas. Życie i śmierć to temat prezentowanych rysunków. Precyzyjnie operując ołówkiem na dużych obszarach papieru, tworzy wzajemnie przenikające się formy – klisze przemijania. Odmiennie, wręcz zmysłowo, obcujemy z rysunkami Jana Dobkowskiego – erotycznymi kompozycjami z cyklu „Na koniec wieku”. Precyzyjnie kreślone, wręcz pieszczone ołówkiem linearne rysunki, romansują zarówno z realizmem, jak i abstrakcją. Delikatne w narracji są również rysunki Anny Kowalczyk-Klus. Twarze i postacie kryją się wśród tajemniczych zasłon subtelnie kreślonych setkami linii, które poprzez różnorodne ich zagęszczania, krystalizują ostateczną formę koncep-

cji. Przeciwstawne tym ideom są graficznie ciężkie prace Adama Pociechy, który w „Katedrze”, oprócz głębokiego nasycenia linearnego, zamienia kreski w plamy podkreślając masę przedstawianej konstrukcji. Marek Kuś tworzy rysunki na masywnych płytach pilśniowych. Z ugrowych podłoży wyłania srebrzyste multiplikowane sylwetki ludzkie, które z kolei wchłaniają obszary sąsiadującej powierzchni pokrytej miękkim grafitem. Na granicy realności i abstrakcji są dzieła Agaty Gertchen, Jarosława Grulkowskiego oraz Janusza Karbowniczka, w których główną rolę odgrywa relacja bieli papieru i czerni tuszu. Wyraziście zaznaczają swoją obecność ekspresjonistyczne realizacje Jolanty Nikt i Zdzisława Nitki. Równie ważne miejsce na wystawie zajmuje abstrakcja. Michał Misiak eksploruje zarówno nurt geometrycznej abstrakcji, jak i doświadczenia op-artu. Rysunki Tadeusza Gustawa Wiktora, w których artysta świadomie odrzuca subtelność i wrażliwość kreski, ograniczają się jedynie do różnie ukierunkowanych i zagęszczonych prostych jednostajnych linii. Dzieła Andrzeja Łabuza balansują wręcz na krawędzi tego, co rozumiemy pod terminem rysunek – kilka kresek, momentami pojedyn-


05

graficzna

Energia dla Tuby TEKST / Mieczysław Juda

Energia to projekt powstały i realizowany w ramach Festiwalu ArsGrafia powołanego przez Katedrę Grafiki przy współpracy Zakładu Teorii i Historii Sztuki katowickiej ASP. Najpierw, począwszy od roku 2009, jako wystawa multimedialna Energia zagościła w Galerii Sztuki Współczesnej Elektrownia w Czeladzi. Wtedy, we wrześniu i październiku 2009 roku prezentacja ta miała formę selekcji dla prac wykonanych w technikach mediów elektronicznych eksplorujących formy komunikacji artystycznej wywodzące się z działań graficznych, multimediów i instalacji piętnastu artystów z Polski (15 najciekawszych projektów), głównie ze środowisk akademickich. Wśród artystów reprezentowanych na wystawie znaleźli się: Izabela Gustowska, Andrzej Bednarczyk, Sławomir Brzoska i studenci Jarek Janas, Paulina Urbańska, Maciej Majer, Michalina Wawrzyczek-Klasik, Monika Błaszczyk, Przemysław Suliga, Emilia Voit, Agnieszka Cholewińska. Natomiast Energia 2012 to zrealizowana w listopadzie 2012 roku ogólnopolska konferencja naukowa, przygotowująca teoretycznie projektowane wielorakie manifestacje festiwalowe Festiwalu ArsGrafia przewidziane na sezon 2014 i 2015 w wymiarze międzynarodowym we współpracy polsko-czesko-niemieckiej: Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, Ostravskej Univerzity w Ostravě i Hochschule für Bildenede Kunst w Braunschweigu. Kon-

cze linie decydują, że mamy do czynienia z jego klasyczną wersją. Zapisy Tomasza Chudzika, pejzaże światła i cienia zarysowane grafitem i pastelami zapraszają nas do podróży, w której poprzez abstrakcyjną formę odczuwamy magiczną i nieogarniętą przestrzeń graficzną. Podobną drogą prowadzi nas Bogdan Topor, Sławomir Grabowy, Jan Ferenc i Stanisław Górecki. Wystawa obejmuje filmy Marioli Brillowskiej, w których rysunek odgrywa główną rolę oraz instalacje „Pantarhei” Krzysztofa Kuli oraz „Tu stał dom, a obok była studnia” Waldemara Rudyka.Okryte inną tajemnicą są zamknięte w drewnianych kasetonach rysunki Piotra Czadankiewicza. Wystawę kończą szkice Pawła Warchoła, umieszczone w zawiązanych workach na śmieci. Praca posiada wiele znaczeń, ale jest wyraźną aluzją do sytuacji w mediach i komunikatorach w Polsce, w których sztuka współczesna jest prawie nieobecna i całkowicie marginalizowana. Na wystawie przedstawione są dzieła zarówno młodych, jak i uznanych artystów, laureatów wielu wystaw krajowych i międzynarodowych, nagradzane Grand Prix i innymi nagrodami m. in. na międzynarodowych biennale rysunku w Pilźnie, Bankgoku i Melbourne, triennale w Norymberdze, Kaliszu, Krakowie i we Wrocławiu oraz na konkursach w Barcelonie, Oberhausen, Wrocławiu, Rijece i Skopie. Wystawa w Galerii Bielskiej BWA organizowana jest w 50 lat po słynnej ekspozycji Dokumenta 3 w Kassel (1964), która przez krytyków sztuki uznawana jest za przełomową dla sztuki rysunku, przyniosła mu bowiem autonomię, oderwała go od roli „służebnej”, mianowała do rangi równorzędnej malarstwu i rzeźbie.

Mistrzowie warsztatu. Polski rysunek współczesny Kurator wystawy – Paweł Warchoł 8 stycznia – 2 lutego 2014 Galeria Bielska BWA Galeria czynna codziennie w godz. 10.00 do 18.00

ferencja miała miejsce w auli głównej Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach przy ulicy Raciborskiej 37 i zgromadziła zainteresowane osoby: teoretyków, artystów, studentów i wszystkich skupionych na doświadczeniu sztuki dziś. Głównymi speakerami konferencji byli: Paweł Dybel [ISNS UW/IFiS PAN Warszawa]: Energeia, rozumienie i sens, Antoni Porczak [ASP Kraków]: Siła i różnica jako sztuka, Sławomir Brzoska [UA Poznań]: Centrum i peryferium. O postrzeganiu przestrzeni w świetle własnych działań artystycznych, Mirosław Pawłowski [UA Poznań/UMK Toruń]: Poznań/Toruń: energia, Grzegorz Hańderek [ASP Katowice]: Entropia. Wyznaczone poprzez ich wystąpienia pole problemowe jest terenem, na którym dokonuje się dzisiejsza samoidentyfikacja sztuki. Z przypomnianymi głębokimi odniesieniami sięgającymi orfickich źródeł, wewnętrzną dynamiką, artystycznym doświadczeniem jako niepozbywalnym doświadczeniem „własnym” i napięciem tworzenia. Także z rozpoznawanymi zagrożeniami, ale i rysowanymi perspektywami wyjścia z dostrzeżonego zamętu. Zapewne ten rodzaj zatrzymania myśli na okolicznościach in i out uprawiania sztuki dobrze służy myśleniu sztuki dziś, i jak można mieć nadzieję dobrze przysłuży się budowaniu projektów ArsGrafii w kolejnych jej odsłonach. Na s. 10 znajduje się tekst Sławomira Brzoski pt.Centrum i peryferium... będący częścią konferencji Energia.

uchwycić punctum... TEKST / Judyta Bernaś

Roland Barthes definiuje fotografię jako: to, co było. Naciskając spust migawki zatrzymujemy czas, miejsce i osobę; tym samym rejestrujemy to, co było. Studium postaci od zawsze obecne w sztukach wizualnych towarzyszy artyście w jego drodze twórczej. Każdy artysta podczas pracy z modelem w indywidualny sposób zauważa i ujmuje „szczegół”. Barthes pisze: „Ten szczegół to właśnie punctum (to, co mnie nakłuwa).”1 I dalej czytamy: „Ostatecznie studium, zawsze przechodzi przez kod, punctum nie jest kodowane (...).”2 Filozof wypowiada się z pozycji potocznego odbiorcy dzieła sztuki, nie twórcy dzieła. Dla każdego z nas punctum jest czym innym i znajduje się w innym miejscu przedstawienia. Może zostać odnalezione w kadrze zdjęcia (obrazu), ale równie dobrze może być poza nim! Na powarsztatowej wystawie w eksponowanych fotografiach, uchwycone punctum działa na widza w dwójnasób: najpierw „nakłuwa” w kadrze, a następnie (mimo dominującej na obrazie nagości) przenosi oglądającego poza kadr, by wyłonić dodatkowy interpretacyjny wymiar zdjęcia. Bowiem to, co było, to nie tylko „golizna”, ale przede wszystkim artystyczne podglądactwo wynikające z ciekawości poznania nagiego ciała, z intymności relacji fotograf-modelka oraz z próby zmierzenia się z tematem cielesności. Jedno studium aktu obserwowane przez kilku młodych adeptów fotografii w rezultacie daje wielowymiarowe punctum widoczne w prezentowanych pracach. Zbiór ten, to nie tylko reportaż czy swoisty dokument, ale i kreacja. Wizualna 1 Barthes R.: Światło obrazu, uwagi o  fotografii, przeł. Trznadel J., Warszawa 1996, s.73. 2 Ibidem, s. 89.

intertekstualność odsyła odbiorcę dzieła sztuki do znanych wątków zachodniego kanonu sztuki, do współczesnych sztuk wizualnych i komercyjnych sesji modowych. Wystawa jest pokłosiem Warsztatów fotograficznych postaci/aktu przeprowadzonych w salach pracowni Działań Mulitgraficznych, na przełomie listopada i grudnia 2013 r., przez doktorantkę Patrycję Pawęzowską. Warsztaty miały na celu wprowadzenie studentów w zagadnienia związane z sesją studyjną (przygotowanie modelki, studia/ wnętrza pracowni, zapoznanie się z technikami oświetleniowymi) oraz z aspektem prawnym przeprowadzanej sesji fotograficznej (prawa autorskie do wizerunku, zdjęć, itd.; umowa cywilno-prawna pomiędzy fotografem a modelką). Na ekspozycji można obejrzeć wyselekcjonowane prace wykonane aparatami fotograficznymi typu: polaroid, lustrzanka (analogowa i cyfrowa) oraz własnoręcznie modyfikowanymi urządzeniami fotograficznymi. Dojrzałe wypowiedzi artystyczne przybrały formę tradycyjnych zdjęć, wydruków wielkoformatowych oraz instalacji fotograficznych. Zachęcam do uchwycenia punctum i podążenia za nim. Pracownia Działań Mulitgraficznych prof. Ewa Zawadzka, dr Judyta Bernaś, doktorantka Patrycja Pawęzowska, doktorantka Małgorzata Futkowska (ul. Koszarowa 19, IV piętro, sala 401) Powarsztatowa wystawa fotograficzna Wernisaż 18 lutego 2014 r. godz. 12.00 Wystawa czynna w godzinach trwania Dni Otwartych (19–20 lutego 2014 r.) oraz w każdy wtorek lutego i marca w godz. 10.00–14.30


06 06

graficzna graficzna


07 07

graficzna graficzna


08

graficzna

Tomasz Daniec, Sepsis, akwatinta, 120x100, 2010r. Krzysztof Świętek, Koniec cywilizacji białego człowieka, litografia, 78x107, 2009r.

Galeria Koszarowa 19 – rekonesans TEKST / Marta Pogorzelec

W październiku 2011 roku ówczesne władze Wydziału Artystycznego scedowały na mnie przyjemność objęcia opieką galerii Katedry Grafiki. Z biegiem czasu, oprócz nazwy Koszarowa 19, utarła się formuła wystawiania tandemów. Niekoniecznie ze względów przytaczanych przez Darka Vasinę we wstępie katalogu Tandem równoległy – by łatwiej załatwić wystawę, zmniejszyć koszty (dwóch artystów, jeden katalog), lecz z powodu formalnego – ciekawego zestawienia dwóch autorów, nowego kontekstu, wynikającego ze współwystawiania. Od wspomnianego momentu po dzień dzisiejszy na dwóch kondygnacjach budynku przy ul. Koszarowej wystawiali: Agata Gertchen (ASP Wrocław); T. M. Siara; Tomasz Daniec / Krzysztof Świętek (ASP Kraków); pedagodzy łódzkiej ASP; Agata Pankiewicz wraz ze studentami pracowni Fotografii 1 z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie; Krzysztof Balcerowiak / Jarek Janas (UA Poznań); studenci Katedry Grafiki i Katedry Malarstwa realizujący projekt we współpracy z Filharmonią Śląską w Katowicach w związku z obchodami setnej rocznicy urodzin Witolda Lutosławskiego; Andrzej Gieraga (Łódź); Paweł Albert / Marek Sibinský (Uniwersytet Ostrawski). Przed nami następujące ekspozycje w bieżącym roku akademickim: Plakat z TAMA Art University w Tokio; Marek Basiul oraz Pracownia Wypukłodruku UMK w Toruniu; Krzysztof Tomalski; Kolejne tandemy: Agata Dudek / Monika Hanulak; Wojciech Domagalski / Teodor Durski.

Nie zamierzam opisywać szczegółowo ww. wystaw, pozwolę sobie jedynie na przytoczenie dwóch z nich – tych, które darzę szczególnym sentymentem: Teren – wystawa prac studentów pracowni Fotografii 1 Agaty Pankiewicz z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie oraz ekspozycja Tomasza Dańca / Krzysztofa Świętka. W odniesieniu do tej pierwszej Agata Pankiewicz pisała: Temat pejzażu, kształtowanego przez człowieka, podjęliśmy w Pracowni w sposób naturalny, stając wobec otaczającego nas świata, patrząc na krajobraz pełen sprzeczności, poszatkowany i niespójny. W miarę upływu czasu nabieraliśmy wiedzy i przekonania, że obserwowane zjawiska, problem naszego pejzażu, ma wiele przyczyn. Jest zawsze wynikiem chaosu dziejowego, utraty tradycji, pochwały przypadku, niezdarności i bylejakości […]. Studenci, stawiani wobec konieczności skonfrontowania się z rzeczywistością, musieli zgodzić się na pewną próbę wyjaśnienia struktury tej rzeczywistości. To zawsze jest niezwykłe i bardzo pozytywne doświadczenie, ten zwrot ku problemom innym niż własne.1 Spośród poszczególnych realizacji szczególnie utkwił mi w pamięci cykl wielkoformatowych fotografii Iwo Jasieńskiego, ukazujących elewacje pustostanów usytuowanych przy głównych ulicach handlowych. Iwo o swojej realizacji Projekt naprawy państwa. Rozwiązanie kwestii bezdomności i włóczęgostwa / 2010: Na wystawie prezentowane są kamienice krakowskie, w tym jedna znajdująca się do niedawna przy ul. Pawiej 22. Początkowo mieściła schronisko dla bezdomnych mężczyzn, jednak we wrześniu 2006 roku, gdy po przeciwnej stronie ulicy ukończono budowę największego w mieście centrum handlowego, noclegownię zamknięto, a zrujnowaną elewację budynku przysłonięto solwentową atrapą. Druga wspomniana przeze mnie wystawa była konfrontacją ascetycznego Tomasza Dańca z  Krzysztofem Świętkiem bombardującym feerią barw, rozmaitością, wielością form. Mianownik ich twórczości, zdaniem Darka Vasiny, tkwi w zdecydowanej sile przedstawianych form oraz precyzji wymyślonych wizji. To poezja konkretna. Mocno, wyraźnie, dźwięcznie wyartykułowana. Tomasz Daniec zapre-

zentował cykl Nowy Porządek Świata. NWO, czyli system teorii spiskowych wyjaśniających historyczne i bieżące wydarzenia, poddanych dalece posuniętym konfabulacjom. Właściwy dla koncepcji The New World Order, nacechowany chorobliwą podejrzliwością ogląd rzeczywistości, zakłada istnienie tajnych sił zakulisowo sterujących światem. […] jako idea jest sferą, w której absurd i śmiertelna powaga są ze sobą ściśle powiązane. Notabene grafikami włączonymi do niniejszego cyklu zaskarbił sobie Daniec przychylność jury, zgarniając Grand Prix 8. Triennale Grafiki Polskiej – Katowice 2012, deklasując część pozostałych laureatów. Jego antagonista Krzysztof Świętek zaprezentował wówczas zestaw Adrenalina, wykonany w ramach pracy doktorskiej. Były to litografie uzbrojone w szablon, spray, transfer ksero, farby offsetowe, drukowane z kilku do kilkunastu matryc. Często są to przedstawienia anegdotyczne, wymyślone, naładowane emocjonalnie, odnoszące się do moich fascynacji, wspomnień z dzieciństwa. Są to również przedstawienia stanów umysłu, reakcji na stres, złość. Pozorna statyka niektórych przedstawień to cisza przed burzą, to skupienie przed czymś, co nastąpi, to koncentracja przed walką, to pewność wygranej, to zmęczenie po wysiłku, to radość zwycięstwa. Aktualną wystawę – Marka Sibinskýego oraz Pavla Alberta – pedagogów Wydziału Sztuki Uniwersytetu Ostrawskiego można oglądać do 9 lutego. Obydwaj dyplomy magisterskie uzyskali w Pracowni Wolnej i Stosowanej Grafiki profesora Eduarda Ovčáčka. Sibinský i Albert zajmują się grafiką eksperymentalną i malarstwem. Eksplorują problem wielowymiarowego wpływu mediów na człowieka, na jego osobowość, zachowanie, otoczenie. Ekspozycja w Koszarowej 19 dotyczy ich twórczości, związanej z medium cyfrowym. Galeria Koszarowa 19 posiada serię wydawniczą, przy której stale współpracują: Iza Blacha, Ania Cichoń – redakcja, tłumaczenia, Roman Kaczmarczyk – projekt graficzny, skład, plakat. Serdecznie Wam dziękuję – Marta Pogorzelec.

1. Teren / Gelände katalog wystawy, Konsulat Generalny Republiki Federalnej Niemiec w Krakowie, Akademia Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. 2. Ibidem. 3. Zeszyt nr 1 – Galeria Koszarowa, Wydział Artystyczny Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach 2012 , s. 2. 4. Ibidem, s. 7 5. Ibidem, s. 19.


09

graficzna

PRINT/ SCREEN / PRINT / wschodnie podróże katowickiej pracowni Serigrafii/ TEKST /  Dorota Nowak-Rodzińska

W 2013 roku nadażyła się okazja aby we współpracy z Instytutem Polskim w Mińsku zorganizować wystawę, która w stołecznym Muzeum Sztuki Współczesnej prezentowałaby realizacje studenckie Pracowni Serigrafii katowickiej ASP. Termin otwarcia wystawy zaplanowano na 25 czerwca 2013. Nie była to pierwsza wizyta Katowickiej ASP w stolicy naszych wschodnich sąsiadów. Artystyczny szlak Śląsko-Białoruski został przetarty znacznie wcześniej, jako że Instytut Polski w Mińsku w ostatnich latach był wielokrotnie zaangażowany w inicjatywy artystyczne z kręgu Akademii w Katowicach. Na koncepcję wystawy PRINT/SCREEN/PRINT złożyła się prezentacja prac studentów dwóch autorskich pracowni, które łączy osoba prowadzącego, profesora Waldemara Węgrzyna: Pracownia Obrazowania Cyfrowego Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, współprowadzona przez asystenta Jakuba Skoczka i Pracownia Serigrafii Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Pracownię katowickiego „sita” charakteryzuje różnorodność postaw i koncepcji artystycznych, oraz zróżnicowane podejście do technologii graficznej. Możemy tu odnaleźć wszechstronne działania. Od subtelnych miniaturowych druków po wielkoformatowe i wielowarstwowe serigrafie wykonane na papierze graficznym, zbudowane w oparciu o rysunek, lub grafikę rastrową. Istotną częścią obrazu pracowni jest eksperyment graficzny, wśród tego typu prac znajdują się również te drukowane na nietypowych dla grafiki podłożach, takich jak metal, płótno, pcv, szkło czy drewno. Są one zazwyczaj prezentowane w formie obiektów graficznych. Idea prac przekłada się na poszukiwanie właściwej formy i odpowiedniego podłoża. Na materiał wystawowy złożyły się działania naszych studentów, które w możliwie najpełniejszy sposób ilustrowały różnorodny charakter katowickiego sitodruku: Paulina Walczak i jej interaktywna serigrafia na blasze, wielkoformatowe „obiekty” Michaliny Wawrzyczek – Klasik, minimalistyczne „notatki” Pauliny Szatanik, Jakub Zdejszy prezentujący niewielkie metalowe obiekty z pogranicza serigrafii i wklęsłodruku, Waldemar Węgrzyn „Młodszy”, Jan Dybała, Justyna Jędrzejowska – artyści eksperymentujący z formą, niezwykle kreatywni i o silnych skłonnościach konceptualnych. Alicja Bednarek, Dobrosława Rurańska, Magdalena Paleczna, Alina Komraus i Patrycja Juszczak – artystki budujące skomplikowany świat wielowarstwowej serigrafii za pomocą wysoce finezyjnego, lub ekspresyjnego rysunku. Karolina Moszczyńska i jej owalne graficzne galaktyki, Gabriela Hubner i op-artowa „apoteoza św. Teresy”, Lidia Kanclerz, Katarzyna Rudzińska, Marek Pośpiech, Justyna Szewczyk, Karolina Smędzik, Magdalena Walczak, oraz Dominika Żłobińska. Krakowska Pracownia Obrazowania Cyfrowego reprezentowana była porzez dokumentację prac w formie zapisu cyfrowego, które złożyły się na bogaty zestaw videoartów i animacji. W mojej pierwszej wyprawie na wschód towarzyszył mi prof. Węgrzyn, zaprawiony w białoruskich destynacjach przy okazji wcześniejszych wystaw. Podróż do stolicy Białorusi okazała się dość wymagająca. Niemal cztery godziny

Witebsk

zabrała trasa do Warszawy, następnie 11 godzin spędziliśmy w międzynarodowym pociągu relacji Warszawa-Mińsk z nocną kontrolą celną na pokładzie i ekscytującą zmianą kół pociągu pod pokładem. W końcu bez większych utrudnień i nad podziw punktualnie udało nam się dotrzeć na miejsce, gdzie przywitał nas zaprzyjaźniony Aleksiej Matiuszonok, pracownik Instytutu Polskiego i koordynator projektu. Aleksiej to osoba dbająca o każdy szczegół realizowanego projektu, w tym nasz pobyt i bezpieczeństwo. Zaskoczenia jakie zaserwował mi Mińsk były jednoznacznie pozytywne. To niemal dwumilionowe miasto, nie ma w sobie nic z atmosfery zatłoczonego metropolis. Być może ludzie nikną w kontraście do ogromu ulic i budynków „stalinowskiego empire”. Być może większość z nich przesiaduje w swych mieszkaniach. Wśród mieszkańców Mińska nie udaje nam się dostrzec typowo polskich cech – nerwowości i pośpiechu. Jakoś tu w Mińsku niespiesznie i spokojnie, odczuwalna jest atmosfera spokoju. Wrażenie te wzmacniają niezwykle kobiece Mińszczanki. Elegancja tutejszych pań jest wręcz przysłowiowa. To fakt, którego nie mógłby przeoczyć nawet najmniej spostrzegawczy turysta. Mińsk to miasto o niezwykłym rozmachu architektonicznym, reprezentacyjne w skali, monumentalne i lśniące wprost nieprzyzwoitą czystością. W niemal trzydziestostopniowym upale miasto wydaje się świecić odbitym blaskiem. Biel wzniosłych wielopiętrowych kamienic miejscami oddzielona zostaje kontrapunktem zwalistych wolno stojących imperialnych budynków przynależących do ważniejszych białoruskich instytucji państwowych. Wielkie, niemal puste prospekty nie przystają do ludzkiej skali. Są tak ogromne, że musimy na raty dzielić szerokość ulicy, kilkurotnie czekając na zielone światło pozwalające na raz pokonać zaledwie fragment asfaltowego giganta. Wystawa ma mieć miejsce w centrum miasta przy Prospekcie Niepodległości 47. Dzień spędziliśmy na aranżacji wystawy w Galerii Sztuki Współczesnej i próbie jak najlepszego wyeksponowania prac w dość wymagającym wystawienniczo wnętrzu. Kolejnego dnia podczas otwarcia towarzyszyli nam pracownicy Instytutu Polskiego i Muzeum Sztuki Współczesnej, w tym otwierającą przemową dyrektor Instytutu Polskiego Urszula Doroszewska. Długo celebrowane otwarcie dopieściło aż nadto nasze akademickie ego, na szczęcie nie osłabiło zainteresowania wystawą przybyłych gości. W białoruskiej edukacji artystycznej „pozaprzemysłowa” serigrafia jest medium wciąż słabo rozpoznanym i dopiero czeka na swoje odkrycie. Wystawa stanowiła realną szansę na przybliżenie polskej grafiki współczesnej białoruskiej publiczności i mam nadzieję przysłużyła się do kreowania kolejnych kontaktów artystycznych z tamtejszymi środowiskami kulturalnymi. Dzień po wernisażu dotarła do nas przyjemna wiadomość o przesunięciu o miesiąc planowanego terminu zakończenia wystawy. „Wisienką na torcie” naszego białoruskiego pobytu okazała niespodzianka mająca miejsce tuż przed naszym wyjazdem. Podczas poobiedniego spaceru po mieście na-

stąpiło nieoczekiwane zamknięcie prospektu, które otwarł złowieszczy ryk syren. Po kolejnych minutach na zamarłej w oczekiwaniu ulicy nastąpił przejazd kordonu czarnych, kuloodpornych limuzyn przewożących prezydenta Łukaszenkę wraz ze świtą po zakończeniu owocnego dnia pracy. Aleksiej bez większych emocji poinformował nas, że to przedstawienie ma miejsce dzień w dzień, ale my mimo wszystko poczuliśmy się docenieni jako turyści. W październiku 2013 dotarła do nas wiadomość od Aleksieja mówiąca, iż na Białorusi wiąż rośnie popyt na katowicką serigrafię, na skutek czego nasza wystawa będzie mała swą drugą odsłonę w Witebsku – rodzinnym mieście Chagalla. Kolejna polsko-białoruska wyprawa, tym razem w zimowej odsłonie odbyła się tuż na początku grudnia. W podróży towarzyszyła mi niezwykle pomocna Marta Pogorzelec. Oddalony o 5 godz. jazdy na wschód od stolicy Witebsk sprawiał wrażenie miejsca dalece bardziej wyciszonego niż spokojny Mińsk. Opruszony śniegiem i okraszony mrozem malował przed naszymi oczami typowo świąteczne skojarzenia. Muzeum Krajoznawcze, w którym miała odbyć się wystawa okazało się być stylowym budynkiem barokowego ratusza, położonym w zabytkowej części miasta. Podstawę jego zbiorów stanowiła kolekcja Muzeum Wojskowego z Wilna przeniesiona na wschodnią Białoruś w okresie I wojny światowej. Kolejny dzień po przyjeździe upłynął nam na aranżacji wystawy i usilnym staraniom ogrzania naszych zmarzniętych członków. Otwarcie wystawy odbyło się 4 grudnia. Przyniosło ze sobą bogactwo przemówień, koncert fortepianowy z etiudą rewolucyjną Fryderyka Chopina w roli głównej i ku naszemu wciąż rosnącemu zadowoleniu, ogromną falę studentów z wydziału sztuki pobliskiego uniwersytetu wraz z jego pedagogami. Pomimo wiatru, śniegu i stosunkowo niskich temperatur, nie sposób uznać również i tej podróży za wysoce satysfakcjonującą. PS Katowickie „sito” w natarciu!!! Niedługo szykuje się kolejna odsłona Katowickiej Serigrafii i Krakowskiego Obrazowania Cyfrowego. Już w maju 2014. Tym razem będzie miała ona miejsce w białoruskim Homlu.


10

graficzna

SŁAWOMIR BRZOSKA

Centrum i peryferium.

Szkic o postrzeganiu przestrzeni.* W praktyce artystycznej różne przestrzenie przenikają

Abla wędrującego ze swym stadem, zamordowanego przez brata, Kaina – osiadłego rolnika. Do dziś istnieją grupy wędrujące, ale przemieszczający się Jenische, Romowie, Beduini, Tuaregowie, Czukcze, Saamowie, Pigmeje, Buszmeni i Aborygeni nie poddając się normom narzuconym przez osiadłe społeczeństwa, spychani są na margines egzystencji. Struktury państwowe i kościelne szczególnie zwalczały i nadal piętnują postawy koczownicze, ponieważ trudno mieć nad nimi kontrolę. Nomada nie jest podatny na dogmaty, dlatego na przykład kościół katolicki stoi na stanowisku, że życie wędrowne powoduje, obumieranie instynktu społecznego, w miejsce którego rozwija się „postawa typu >idiotes< (egoisty, samoluba) a więc kogoś, kto nie ma w niczym oparcia i nie liczy się z niczym, kto żyje sam dla siebie”. Wędrownego barbarzyńcę oskarża się ponadto o dewastację środowiska naturalnego. Moje doświadczenia są zgoła odmienne: odwiedzając koczowników Azji, Bliskiego Wschodu i Afryki zawsze doświadczałem serdeczności tych wędrujących społeczności, zarówno wobec samych siebie jak i wobec mnie – obcego. Niektórzy badacze zauważają, że życie koczownicze staje się przyczynkiem do swoistego duchowego katharsis. Ciągłe przemieszczanie się, postawa nomadyczna jest moralnie czysta. Dla wielu kultur wędrówka to niezbędny rytuał, od którego zależy istnienie Ziemi. (…) Od pierwszych momentów osiedlania się człowieka, zaczęła gwałtownie rosnąć jego świadomość samego siebie. Dążył on do ogarnięcia całości doświadczanego fizycznie i duchowo świata, rozpoznając otoczenie i określając jego centrum, które stawało się nie tylko punktem topograficznym, ale też duchowym. Pierwotnie było to wyższe niż inne drzewo, szczególny głaz, góra, później zastępowano te elementy natury czymś „bardziej wzniosłym”, budując na przykład świątynię. Centra jednoczyły daną grupę ludzką, zaś wokół nich formowały się kulty, kultury, społeczeństwa. Do dziś przetrwały niektóre, albo w postaci mitu albo bardziej konkretnie: omfalos w Delfach, Kaaba w Mekce, (…) góra Tabor czy Golgota. Archaiczne wioski i poszczególne w nich chaty nadal

się wzajemnie, tworząc sieć powiązań na wielu płasz-

czyznach, czasem odległych pod względem kulturowym, cywilizacyjnym i znaczeniowym. W niniejszym

tekście chciałbym zwrócić uwagę na dwa rudymentarne sposoby postrzegania przestrzeni, które leżą u podstaw świadomego ludzkiego bytowania. Wędrujący człowiek ma wokół siebie wciąż zmieniające się otoczenie. Jeżeli nie jest to droga do wyraźnie określonego celu, nie skupia się na jakimś jednym punkcie. W obcym środowisku przez cały czas zachowuje najwyższy stopień rozproszonej uwagi, czujności wobec wszystkiego co wokół. Od początku swojego istnienia człowiek przemieszczał się, a najstarsze intuicje z tym związane są wciąż obecne u ludów, które zachowały koczowniczy tryb życia. Są one też widoczne w mistyce. Istnieje tam określenie sugerujące niezbędność „rozmycia się” w przestrzeni: Aby zrozumieć czym jest Droga, musisz sam stać się Drogą. To wschodnia maksyma, tam też pojawiły się teorie o przenikających wszystko energiach, będących podstawą wszelkiego istnienia: chińska qi, hinduska prana mająca związek z oddechem czy znana u Polinezyjczyków i Aborygenów mana. Energie te są uniwersalne, działają zarówno w sferze materialnej jak i duchowej. Pochodzenie tych teorii, jak sądzę, związane jest z koczowniczą naturą człowieka, bo energia przemieszcza się. Ulega też wiecznej przemianie, rozpraszając się, to znów kumulując. Wędrówka w rozwoju naszego gatunku stopniowo ustawała i homo sapiens osiadał w miejscach najbardziej mu odpowiadających. Zmiana dla psychiki okazała się kolosalna: człowiek zaczął odczuwać, że przebywa w centrum obszaru, który ogarnia wzrok. To, co wokół zostało oswojone i ponazywane. We wszystkich chyba kulturach i religiach znajdują się związane z tą zmianą wątki mówiące, jak z chaosu zaczął organizować się porządek oparty na myśleniu centrum. Stare grupy nomadów i nowi rolnicy zaczęli się antagonizować. Koczownicy wypasający czasowo swoje zwierzęta na polach farmerów stali się ich wrogami. Ślady tego dawnego konfliktu widoczne są w biblijnym dramacie

W namiocie Beduinów, przedmieścia Afamei, Syria 2008 Sklepienie honai, Pyramide, Dolina Baliem, Papua 2012 Pan Jikwa w chacie zwanej honai, Pyramide, Dolina Baliem, Papua 2012

buduje się według pewnych wzorców na podstawie ustanowienia centrum. Mogłem się o tym przekonać, przebywając w Dolinie Baliem w Zachodniej Papui. Ojciec mojego przyjaciela, pan Jikwa urodził się w czasie, kiedy na tym terenie nie znano jeszcze metalu. Plemiona Doliny żyły praktycznie na poziomie epoki neolitycznej. Jak większość współplemieńców, mężczyzna ten uległ wpływom zachodnich misjonarzy, przedzierających się przez górzyste centrum wyspy od lat 50. XX wieku i z czasem został nauczycielem, specjalistą od Biblii. Bycie głęboko wierzącym chrześcijaninem nie przeszkadza mu w kultywowaniu tradycji przodków. Jedna z nich określa uświęcony układ samej wioski oraz elementów głównej chaty mężczyzn na planie koła, zwanej honai. Siedzieliśmy w zadymionym wnętrzu, a pan Jikwa opowiadał o poszczególnych miejscach i ich znaczeniu. Półkolisty strop chaty wsparto na czterech żerdziach, mających swoje imiona. Były gładkie i w kolorze rdzawym, bo od dziesiątek lat wcierano w nie krew wrogów i upolowanych zwierząt. Pomiędzy żerdziami tlił się ogień, na którym smażono mięso, a dym w pozbawionym ujścia wnętrzu unosił się gęsto, utrudniając oddychanie. Stanie w takiej chacie było wtedy prawie niemożliwe. Mężczyzna wskazywał na kolejne miejsca, które zajmowali najdzielniejsi wojownicy i myśliwi, ranni, ci którzy zawiedli lub stchórzyli itd. Wszystko miało swoje konkretne położenie i sens dla osoby wtajemniczonej. W takich chatach przebywały duchy przodków, znajdowało się również specjalne miejsce dla mumii, biorącej udział w naradach. Okrągła chata była związana z kosmicznym ładem. Misjonarze, nie rozumiejąc jej istoty, a może działając świadomie w celu łatwiejszego narzucenia obcych wzorców, próbowali przekonać Papuasów Doliny Baliem do mieszkania w domach prostokątnych. To spotykało się z kpiną ze strony tubylców, bo chaty o płaskich ścianach przeznaczone były dla świń, które na ogół dzieliły przestrzeń z kobietami i dziećmi. Tak jak cztery żerdzie, wspierające papuaską honai, każde archaiczne centrum stanowi oś, punkt energetyczny, łączący niebo z ziemią. Przy określaniu centrum przestrzeń profanum staje się przestrzenią sacrum. (…) Sztuki plastyczne kojarzy się z osiadłym trybem życia. Metoda pracy artysty to przecież skupianie się na obiekcie, który powołuje on do istnienia. Nawet XVII wieczne traktaty panteistyczne, głoszące idee nieskończoności i jednorodności, będące głównym źródłem poznania jedności człowieka z całym wszechświatem, nie spowodowały zmiany w ogólnym myśleniu o sztuce i artyście. Andrzej Turowski zauważał podobieństwa tych idei z czasoprze-


11

strzennymi teoriami konstruktywistycznymi, wychodzącymi poza czystą plastykę, podejmując zagadnienia filozoficzne. Konstruktywiści, odrzucając w sztuce przedmiot na rzecz abstrakcji, działali niejako zgodnie z myślą Wschodu. (…) Kazimierz Malewicz dokładnie przed stu laty namalował swój Podstawowy Element Suprematyzmu, znany jako Czarny Kwadrat. Zrywając z całą tradycją sztuki, deklarował opuszczenie świata pragnień i przedstawień na rzecz prawdziwego, jedynego wrażenia. Dzięki suprematyzmowi nie pojawia się nowy świat uczuć, lecz nowy, spontaniczny sposób przedstawiania wszelkich uczuć. Niczym eremita wołał: żadnych >obrazów rzeczywistości< – żadnych wyimaginowanych przedmiotów – nic poza pustynią!. Kilkadziesiąt lat później także Ad Reinhardt doprowadził środki wyrazu w swoim malarstwie do niezbędnego minimum. Leszek Brogowski słusznie zauważa, że usuwając wszelkie szczegóły absorbujące oko, artysta wyklucza >oglądanie< obrazu, ale i sugeruje >patrzenie< weń (…) , które obecne jest w technikach kontemplacyjnych, mających na celu przybliżenie do Absolutu. W tekstach Reinhardta, tak jak u Malewicza odnajduje się definicje negatywne dotyczące sztuki. W Dwunastu Zasadach Dla Nowej Akademii radykalnie nakazywał przestrzegać takich oto reguł: żadnej tekstury, żadnego śladu pędzla, żadnego szkicowania, żadnej formy, żadnego wzoru, żadnego koloru, żadnego światła, żadnej przestrzeni, żadnego czasu, żadnego wymiaru, żadnego ruchu, żadnego przedmiotu. Ascetyczne teorie i same praktyki malarskie, odrzucające wszelkie pozaartystyczne i estetyzujące narośle, choć miały wpływ na niektórych późniejszych artystów, nie zmieniły obrazu malarstwa w taki sposób, jaki życzyliby sobie obaj wymienieni artyści. Podobne poszukiwania uniwersum można zobaczyć w rozwoju rzeźby. Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński wierzyli, że można określić pewne ogólne wzorce w sztukach plastycznych, dotyczące zasad budowy obrazu jak i obliczając rytm czasoprzestrzenny cechujący otwarte na przestrzeń dzieło rzeźbiarskie. Na przełomie lat 20. i 30. XX wieku zachodnia sztuka abstrakcyjna raczkowała, wydając się dla artystów ich miary antidotum na zdewaluowany realizm. Rewolucje futurystów i dadaistów nieco już okrzepły, dając jednak podstawy dla nowych poszukiwań w wielu dziedzinach sztuki. Niektórzy artyści kontynuowali anarchistyczny kierunek, ale byli też inni, stawiający na intelekt raczej niż prowokację. Wśród tych drugich, Katarzyna Kobro wydawała się bardzo radykalna, wyczuwała wyzwolenie rzeźby od myślenia bryłą, dając tym – jak sądzę – podstawy współczesnemu dziełu rozumianemu w pełni przestrzennie. W wydanej wspólnie ze Strzemińskim książce pisała między innymi, że prawem naturalnym rzeźby powinno być nie zamykanie się w granicach, których ona nie ma, nie

graficzna

zamykanie się w granicach, które by ją od reszty przestrzeni izolowały, nie zamykanie się w bryle, lecz łączność z całą przestrzenią, z nieskończonością przestrzeni. Jeśli w przytoczonych tu słowach wyraz „rzeźba” zastąpimy wyrazem „instalacja”, abstrahując od medium, uzyskamy ogólną i elegancką definicję tej stosunkowo młodej dziedziny sztuki. Podkreślając czasoprzestrzenny charakter rzeźby, Kobro wskazywała na czynnik ruchu w przestrzeni rzeźbiarskiej, niezbędność przemieszczania się w celu całościowego, pełnego jej doświadczenia. Artystka pisała: cechą najistotniejszą przestrzeni jest jej ciągłość i równomierność. Każdy punkt przestrzeni posiada takie samo znaczenie jak wszystkie inne. Nie możemy w przestrzeni wyróżnić jakiegokolwiek punktu i nadać mu znaczenie większe niż innym. Ten cytat dowodzi pokrewieństwa myślowego z Malewiczem oraz Reinhardtem, z obszaru malarstwa. W idei odrzucenia centrum na rzecz ogólnego doświadczenia przestrzeni, dostrzegam też rys archaiczny, z czasów człowieka wędrującego. (…) Andrzej Szewczyk opowiadał kiedyś o Roydenie Rabinowitchu, który przygotowywał swoją wystawę w krakowskich Krzysztoforach. Artysta wskazywał na te miejsca, w których miały być ustawione jego rzeźby – poprzez taniec. Obracał się płynnym krokiem a ręce wyznaczały precyzyjnie punkty. Nie była to swobodna improwizacja, ale świadoma w każdym detalu decyzja, zgodna z oddechem, długością kroku, grawitacją i całym kosmosem. Każda z rzeźb tak ustawionych zachowywała swoją autonomię, lecz razem z piwnicznym wnętrzem galerii tworzyła się spójna całość. Artyści, których wymieniłem w niniejszym tekście prezentują postawy obiektywizujące, pełne dyscypliny i inteligencji, a ich dzieła wykonywane są z najwyższą starannością, ale wśród tych osobowości Royden Rabinowitch szczególnie odżegnuje się od traktowania przestrzeni w kategoriach abstrakcyjnych. Ma być ona doświadczalna cieleśnie, bo intelekt działa segmentowo, wybiórczo. Rabinowitch uzmysławia prymarność doświadczeń somatycznych wobec geometrii i świata idei, co czyni w imię opowiedzenia się po stronie wartości życiowych. W przypisach do jednego ze swoich tekstów dotyczących praktyki artystycznej przytacza nieco mechanistyczny efekt postrzegania mający szczególny związek z ruchem doświadczającego lub jego brakiem: (…) widzenie głębi w bezruchu nie jest doświadczeniem, lecz tylko uogólnionym wspomnieniem doświadczenia ciała poruszającego się. Kiedy ciało zaczyna się poruszać, pionowa płaszczyzna potocznego doświadczenia znika, a jej miejsce zajmuje pełna przestrzeń potocznego doświadczenia. (…) Miałem kiedyś okazję spytać Zygmunta Baumana, czy skłania się on ku myśleniu o czasie jako liniowym czy raczej kolistym, zamkniętym. Odpowiedział, że ani jedno ani drugie, bo obecne postrzeganie czasu jest puentylistyczne;

przypomina impresjonistyczny obraz. Teoretyk mediów Peter Matussek pisał, że warunki życia w epoce informatyki spowodowały powstanie nowej wersji kultury zbieracko-łowieckiej, która wymaga takich zdolności jak czujność. Chodzi o umiejętność możliwie najszybszego przenoszenia uwagi z jednego obiektu na drugi. Taką właściwość musieli posiadać praludzie prowadzący koczowniczy tryb życia. Wygląda więc na to, że jako gatunek ludzki zataczamy koło, odchodząc od myślenia centrum na rzecz ponownego peryferyjnego orientowania się w przestrzeni. Wracamy być może do najwcześniejszych intuicji, ale już na wyższym poziomie. Szalone tempo rozwoju techniki i nadmiar informacji powodują, że świadomy człowiek atakowany zewsząd kolejnymi bodźcami, które nie stanowią całości ma utrudnioną możliwość znalezienia sensu. Dryfuje. Dotyczy to też sfery sztuki. Kwadrat Malewicza, Krzyże Reinhardta czy architektoniczne rzeźby Kobro zachowując swój urok straciły na atrakcyjności i nowoczesności. Sądzę jednak, że przemyślenia dotyczące sztuki i przestrzeni w ich tekstach, czytane uważnie mogą stanowić podstawy dla nowego rodzaju kreacji, wychodzącej poza wszechobecny dziś banał. (…)

1

2

3 4 5

6

7

8 9

Ks. Prof. Andrzej Maryniarczyk, Homo viator – postęp czy barbarzyństwo?, źródło: strona internetowa Fundacji Servire Veritati: http://ien. pl/index.php/archives/582 Zob. Andrzej Turowski, Rytmologia teoretyczna czyli fantastyczny świat Katarzyny Kobro (w:) Katarzyna Kobro 1898-1951. W setną rocznicę urodzin, Łódź 1998, s. 86. Kazimierz Malewicz, Świat bezprzedmiotowy, Gdańsk 2006, s. 74. Ibidem, s. 66. Leszek Brogowski, Ad Reinhardt, Gdańsk 1984, s. 15. Zasady te po raz pierwszy zostały opublikowane w nowojorskim „Art News” w maju 1957 roku. W niniejszym tekście zamieściłem tylko nagłówki poszczególnych Zasad; całość tego tekstu Ad Reinhardta znajduje się w: Leszek Brogowski, Ad Reinhardt, Gdańsk 1984, s. 44-47. Wszystkie cytaty Katarzyny Kobro pochodzą z napisanego wraz ze Strzemińskim tekstu Kompozycja przestrzeni. Obliczenia rytmu czasoprzestrzennego, wydanego przez Bibliotekę >a.r.<, nr. 2, Łódź 1931. Wielka unifikacja doświadczenia – wobec dzieła Roydena Rabinowitcha (w:) Royden Rabinowitch, Dzieła/Works 1962 – 1995, Muzeum Sztuki, Łódź, 1995, s. 16. Ibidem, s.36 cyt. za: Eduard Kaeser, Co klik, to myk, artykuł przedrukowany z Neue Zürcher Zeitung 27.08.2012 (w:) tygodnik „Forum” nr 40 (1-7.10.2012)

* niniejszy tekst stanowi obszerne fragmenty referatu zaprezentowanego podczas konferencji „Energia 2013” zorganizowanej w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach 20 listopada 2013 roku


12

zobaczone

ZBIGNIEW BLUKACZ

Mapy Światła Zbigniew Blukacz (ur. 1961) Mówi o swoich pracach: „Moje obrazy są abstrakcją, która do złudzenia przypomina rzeczywistość”. Wierny temu swoistemu credu artystycznemu od czasu ukończenia studiów (ASP w Krakowie, Wydział Grafiki w Katowicach. Dyplom w 1986 r. w pracowni projektowania graficznego prof. Adama Romaniuka i pracowni malarstwa prof. Jacka Rykały.) eksploruje przestrzeń malarstwa autorskiego. W każdej jego pracy wyraźnie widać charakterystyczny styl, obsesyjne powracanie do tematu, który zgłębiany jest na wiele sposobów, ale zawsze z wielkim zaangażowaniem. Jak mówi „Malowanie jest sytuacją bardzo złożoną. Dla mnie istnieje coś, co nie jest ani obiektem, ani jego obiektywną rejestracją, lecz czymś, co jest pomiędzy nim, a malarzem.” Tak jest właśnie twórczość Blukacza – nieoczywista, istniejąca pomiędzy pejzażem, a osobistą refleksją przełożoną na obraz. Jego prace naznaczone są ładunkiem emocjonalnym, który współgra z precyzyjną formą. „Dla mnie matematyka obrazu, struktura, oprócz humanistycznej i tej, nazwijmy ją „romantycznej” treści jest najważniejsza. Struktura to jest to wszystko, co znajduje się na dwuwymiarowej powierzchni, ale kiedy to jest malowane farbą, dochodzi jeszcze trzeci wymiar, czyli grubość tej plamy. Dlatego tylko w kontakcie na żywo można zobaczyć, jak obraz wygląda naprawdę.” Ma na koncie 22 wystawy indywidualne (m.i.n we Włoszech, Niemczech, Szwajcarii, Czechach) i udział w ok. 140 wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Profesor, prowadzi Pracownię Malarstwa na ASP w Katowicach. 

 Villqist tak pisze o pracach artysty:  „Spojrzenie z boku, przez ramię, na miliard migocących światełek, ciepłe i przyjazne wydają się być na tle pasma ciemnych chmur. Zawieszone w czerni i szarym fiolecie. Strefa. Zona. Niedostępna. Zakazana. Znowu w  górę i w krąg. Jak rozczytać atlas tych miejsc. Druga, niewidoczna strona Księżyca. Wszystko tam może być. Kto zechce, to wyczyta z tej świetlistej topografii co chce. O czym marzy i czego się boi. Wszystko tam znajdzie. Poza konstrukcją, rytmami, iluzją pragmatycznej, uwodzącej sieci Nocnego Łowcy. Miasta i miejsca i katalog linii papilarnych bez właściciela. Zaproszenie. Migoczący alfabet. Lot bez końca.”   Linttner, naczelny gazety wybornej jaką jest Tuba, pisze o artyście tak: „Zbyszek jest dla mnie bardzo istotną częścią katowickiej ASP, jest dla mnie jednym z kilku ważnych malarskich punktów odniesienia. Zawsze i niezmiennie fascynuje mnie żywa i pulsująca niewidzialnym powietrzem przestrzeń obrazów malarza. Próbując racjonalnie zrozumieć to wrażenie myślę, że dzieje się tak za sprawą kolejności

stawianych przez artystę śladów. Ktoś, kto zagubi się w obrazach Zbyszka [co bardzo polecam], może odbyć podróż, zaczynającą się od lekkich przebarwień gruntu do coraz intensywniejszych, zarówno w kolorze jak i strukturze plam, składających się w rezultacie na poetycki świat artysty. Po wielu latach malowania światła dnia [ w tak różnych jego aspektach], Zbyszek proponuje widzom »Ronda Sztuki« pejzaże nocy. Czy noc ma dla takiego kolorysty równie wiele barw? Tego musimy dowiedzieć się sami. Wydaje mi się, że noc ma w swojej zachłanności zapędy radykalne, kryjąc świat ludzi w brunatnych laserunkach. I dlatego też, nie godząc się na to Edison, któregoś ponurego dnia zamienił świeczkę w żarówkę. Od tego czasu człowiek bezczelnie wyrywa fragmenty śpiącego świata, stawiając je tym samym w sztucznym położeniu. Światło elektryczne, stając się orężem cywilizacji dumnie oświetla nasze domy i miasta, dając nam złudzenie trwania w ludzkiej potędze. Na nowych obrazach Zbyszka, światła miast osadzone są w przestrzeni nocy w taki sposób, że czuje się chwilowość ich trwania wobec matki ziemi. W ciemnych warstwach farby migotają punkty tworząc mapy ludzkich zbiorowości z całym ich bagażem życiowych wyborów. Niektóre z tych rzutów nocnych miast, przypominają mapę ludzkiego ciała, gdzie drogi przecinają się i plątają, stając się świetlistymi arteriami, pełnymi wewnętrznego pulsu. Nowe prace Zbyszka są malowane z pozycji nocnego pasażera. Taki rodzaj obserwacji przyniósł ze sobą również pewną zmianę formalną. Ten cykl obrazów, to z jednej strony rodzaj malarskiej syntezy, a z drugiej kolejna fascynacja człowieka, będącego w ciągłej artystycznej podróży.” Prof. Antoni Kowalski pisze tak na temat wystawy Mapy Światła: „Obrazy Zbigniewa Blukacza żarzą się niczym rozległe płonące pola, iskrzące niebezpiecznie ulice, miasta i całe regiony, ciemność dookoła dodatkowo potęguje dramaturgię. Powodem tego tekstu była najpierw wystawa Zbigniewa Blukacza w  katowickiej galerii Rondo Sztuki, a później tekst krytyka sztuki i dramaturga Villqista z  katalogu wystawy. Autor tekstu niczym pilot samolotu krąży nad płonącymi rzekami i  jeziorami świateł z obrazów Zbigniewa Blukacza i próbuje „wylądować”, aby zidentyfikować to zjawisko. Iluminacja na pozór oczywista, przecież to tylko światła miast i państw widziane z lotu ptaka, każdy podróżny samolotu to zna. Być może taka wersja wielu zadawala, jeszcze tylko westchną nad subtelnością kolorów i kompozycji i dla nich nic więcej się nie wydarzyło. Nie trzeba wcale dobrze znać autora tych obrazów, aby zastanowić się, po co tak oczywiste fotograficzne motywy podejmuje malarz, którego znamy

z poetyckiej duszy, empatii do świata i człowieka dobrej woli. Podejrzewam tak jak Villqist, że coś się za tym kryje. Postanowiłem więc, iść w tą ciemną noc śladem malarza w ten roziskrzony las i zobaczyć, co to jest, czy na pewno to tylko niewinne oświetlenia włączone wieczorem i gasnące o wschodzie. Nawet, jeśli to zwykłe światła, to nie o nich Blukacz mówi, tylko o tych mieszkańcach, którzy świecą tęczą emocji i kolorów, o tych obywatelach państw, którzy płoną do czerwoności wobec innych. Mówi o naszych duszach święcących złotem albo na czerwono. Malarz pokazuje nam świat z góry, ale studiuje problem z dołu. Najpierw było doświadczenie, obecność, a później powstał dystans, który zmaterializował obraz pod wpływem impulsu podróży lub fotografii. Sam autor podpowiadał wielokrotnie moim domysłom swoim zaniepokojeniem temperaturą dzisiejszej rzeczywistości, jakością sporów, gdzie nienawiść i wrogość, brak wzajemnego szacunku nasuwała mu myśli „emigracyjne”, jakkolwiek rozumieć to słowo. Mamy przecież takie chwile, że chcemy uciec z miejsca gdzie atmosfera jest zbyt rozpalona emocjami, albo unieść się ponad to wszystko, co piecze i oślepia w naszym życiu. Malarz utożsamia się z tym światem rozświetlonym raczej z piekła H. Boscha niż z lotu „stalowego ptaka”. W przeciwieństwie do Villqista, który próbuje „wylądować” Zbigniew Blukacz się wznosi i patrzy bezsilnie na to, co w dole. Na wernisażu mówi abyśmy szukali siebie w lustrze- swojego umysłu. Dlatego jestem pewien, że te światełka to nie tylko zwykła energia elektryczna, ale energia więcej niż jądrowa – bo nasza ludzka, którą dysponujemy wszyscy, energia która może podpalać i niszczyć, ale i ogrzewać, i uruchamiać rozkosz życia – i o tym są obrazy Zbigniewa Blukacza. Piękno tych obrazów to obraz wiary w piękno ich mieszkańców, to nadzieja, jaką malarz koloryzuje rzeczywistość, aby nie popaść w depresję, aby nie zaciemniać ciemności. Dlatego daje nam mapy światła, bezcenne wskazówki w nieznanym terenie, ale nie są to zwykłe mapy tylko dla wtajemniczonych, tych, co tak jak On szukają światła w ciemności tej Ziemi.”

Zbigniew Blukacz Mapy Światła 29.01–19.02.2014 Galeria ASP w Katowicach, Rondo Sztuki Wernisaż: 29 stycznia, środa, godz. 18.00


13

TOMASZ KOCLĘGA

zobaczone

Sukces w Chinach

Na 19 Międzynarodowym Konkursie Rzeźby w Śniegu, który odbył się w Harbinie, stolicy prowincji Heilongjiang, w północno-wschodnich Chinach rzeźba Tomasza Koclęgi pt. Objawienie zdobyła BEST CREATIVITY AWARD, czyli nagrodę za najbardziej kreatywną rzeźbę. Konkurs jest największą tego typu imprezą na świecie, która jest częścią 30 Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby z Lodu i Śniegu oraz Snow Expo. Rzeźby swoim rozmachem robią wrażenie na każdym, a zbudowane lodowe miasta nie pozostawiają obojętnym. Autor zaprosił do współpracy asystentów: Bartłomieja Balę, Piotra Probę oraz Jarosława Bagińskiego. Czteroosobowa drużyna przez trzy i pół dnia musiała stworzyć wcześniej zaprojektowane dzieło. Każdy zespół dysponował blokiem śniegu o wymiarach 4x3x3 m. – Rzeźbienie w takim materiale, z ograniczeniem czasowym przypomina hybrydę sportu ze sztuką, niebezpieczną mieszankę wzmożonego wysiłku i kontemplacji – mówi Batłomiej Bala, asystent artysty. – Rzeczywiście konkursy tego typu to swoisty mariaż sztuki i sportów ekstremalnych. Bez zgranego, rozumiejącego się zespołu nie można nic osiągnąć. Oprócz projektu i idei, które trzeba umieć zrealizować w ekstremalnie trudnych warunkach, najważniejsza staje się umiejętność pracy w zespole. Tylko dzięki wspólnemu zaangażowaniu wszystkich członków zespołu możliwy był nasz wspólny sukces. – mówi Tomasz

IZABELA ŁĘSKA

Koclęga, artysta rzeźbiarz, wykładowca ASP w Katowicach. W konkursie brało udział 17 zespołów z 11 krajów. Obok Polaków rzeźbili artyści z Chin, Korei Płd., Nowej Zelandii, Australii, Wielkiej Brytanii, Japonii, Rosji i Szwajcarii. Należy podkreślić, że Polska była po raz pierwszy reprezentowana na tej imprezie, co zostało pozytywnie odnotowane przez chińską społeczność i media. Artystów nie rozpieszczała pogoda. Dochodzące do 35 stopni mrozy to standardowa temperatura o tej porze roku w Heilongjiangu, najbardziej wysuniętej na północ prowincji Chin. Udział polskiej reprezentacji w festiwalu był możliwy dzięki wieloletniej współpracy artysty z Wojciechem Majewskim, dyrektorem Festiwalu Kręgi Sztuki.  Organizatorem wyprawy był Jarosław Bagiński, wiceprezes Polsko-Chińskiej Rady Biznesu, który nie tylko zajął się logistyką podróży, ale co najważniejsze, pozyskał głównego sponsora, firmę Bakoma. Koncepcja Koclęgi zakładała realizację rzeźby przedstawiającej wbitą z wielką siłą , obróconą do góry nogami, ludzką głowę. Trzeba podkreślić, że polska rzeźba wyróżniała się formą artystyczną od większości pozostałych prac, kładących nacisk na chińskie motywy (np. w związku z Rokiem Konia) i precyzyjność wykonania, głównie ażurowych elementów. Polska propozycja jest znacząco inna. Masywna, ale zarazem dynamiczna głowa, przypomina meteoryt, który

uderzył w Ziemię. Kojarzy się również z menhirem. Z tyłu głowy, wspina się na nią człowiek, który niczym alpinista próbuje zdobyć szczyt. Jest to symboliczne nawiązanie do ludzkich zdolności przezwyciężania wszelkich ograniczeń, odzwierciedlające postęp naszej cywilizacji.  Czy słusznie? Pytanie to Twórca pozostawia otwarte. Warto więc wybrać się do Harbinu, aby zweryfikować to na własne oczy. Wszystkie lodowo-śnieżne atrakcje miasta czekają na zwiedzających do marca. www.koclega.art.pl

Passion for Freedom | WY/ TWORY

Izabela Łęska została zakwalifikowana do V edycji międzynarodowego festiwalu Passion For Freedom w Londynie. Coroczny przegląd mówi o szeroko pojętym pojęciu wolności i stara się odpowiedzieć na takie pytania jak: Czym jest wolność? Jak łatwo ją stracić i jak trudno ją odzyskać? W procesie kwalifikacyjnym artystów do finału oraz wystawy w EmbassyTea Gallery przy Tate Modern brali udział m.in.: Nick Cohen oraz Anda Rottenberg. Wybrano 35 artystów. Izabela prezentowała część projektu Wy/twory. W opisie projektu czytamy: „Ciało jako nasz materialny reprezentant stanowi rozszerzenie ducha, którego naturalnym pragnieniem jest wolność. Wolny duch w wolnym ciele? Tak, ale co to naprawdę oznacza wolność w kontekście ciała? Czy może to być ingerencja w fizyczność lub na przykład otyłość jako próba wyjścia poza ustalone formy ciała? Problem cielesnych resztek (wytworów skóry) uwzględniony w projekcie pokazuje naturalną skłonność ciała ku wolności i dzikości. Jednak wolność wytworów skóry ogranicza się do ich swobodnego porostu. Syzyfowa praca, którą przerywamy przez przycinanie paznokci lub strzyżenie końcówek włosów zazwyczaj kończy ich życie.

Jednak jak bardzo jest ich wzrost hamowany? Przecież odbywa się według odwiecznych, niezmiennych zasad. Ale czy różnica rzędu ułamków milimetrów może już być uznawana za istotny przejaw wolności?” Przez dziewięć miesięcy chodziłam z woreczkami strunowymi w portfelu i zbierałam do nich swoje rzęsy, które często wypadały w najmniej oczekiwanych sytuacjach. Pieczołowicie kolekcjonowałam również obcinane paznokcie, żeby później wykorzystać je do swoich mini-rzeźb. Przez cały ten czas zafarbowany na moich brązowych włosach blond kwadrat o wymiarach 1 na 1 centymetr zsuwał się ku ich końcówkom, zgodnie z ich naturalnym porostem. Tak przez cały czas. W każdej mijającej sekundzie, minucie, godzinie, przez dni, tygodnie, miesiące. Dokładnie dziewięć miesięcy. Stworzyłam rodzaj kuriozalnej kolekcji, która unaocznia nieustanną, ciągłą produkcję naszego ciała, które postrzegam jako swego rodzaju perpetuum mobile i obiekt rzeźbiarski. Moją szczególną uwagę przyciągnęły wyżej wymienione wytwory skóry, które zawsze powracają do tego samego punktu tak jak w matematycznym problemie komiwojażera. To one w dużej mierze stanowiły medium bądź inspirację, z których to tworzyłam swoje prace. Nie chodziło mi o indywidualne cechy mojego ciała, ale o pokazanie na wzorcowym ciele mechanizmów, które są wspólne dla wszystkich. Może gdyby kolekcjonować wszystkie paznokcie, które wyrzucamy w przeciągu swojego życia i gdyby potem spróbować ponownie je skleić w pewien kontynuacyjny ciąg to powstałby rodzaj obiektu, który mógłby połączyć dach naszego domu z – na przykład – księżycem?

A może twór taki potrafiłby sięgnąć jeszcze wyżej? Jeśli tak, to cóż za zmarnowany potencjał twórczy kryje w sobie nasze ciało! Ten potencjał zdaje się być znany od pokoleń, a język jest tutaj pomnikiem magicznych wymiarów cielesności. Bo skąd inaczej wzięłoby się przyzwyczajenie zgadywania, na który policzek spadła nam rzęsa bądź też przekonanie o poroście włosów nawet po śmierci? W serii gipsorytów przedstawiam moje absurdalne wyobrażenia. Są to często sytuacje niemożliwe, wyssane z palca, które stają się pożywką dla wyobraźni – w głowie mnożą się setki obrazów. Ponadto, całość uzupełniam serią obiektów, działań i instalacji. Izabela Łęska  ur. 1989, absolwentka grafiki warsztatowej na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (dyplom z wyróżnieniem w 2013 roku). Studiowała również w École Supérieured’Art de Clermont Metropole (Clermont-Ferrand, Francja). Brała udział w wielu projektach i wystawach w kraju (MAF w Kaliszu, ARTeria w Częstochowie) i za granicą (Hunt in an Enclosed Garden, Clermont-Ferrad, Passion For Freedom 2013, Londyn). Nominowana do Talentów Trójki 2013 w kategorii Sztuki Wizualne. Laureatka nagrody I Spotkań Sztuki w Wenecji Cieszyńskiej. Finalistka Artystycznej Podróży Hestii 2013. Pracuje na macierzystej uczelni jako asystentka w Pracowni Druku Wypukłego. lzabelaleska.blogspot.com WY/TWORY grafika / instalacja  25.01.14–20.02.2014 Galeria 81 Stopni Warszawa/Praga Galeria czynna: czwartek 15–20, piątek 12–18


prosto z

14

WYSTAWA „MLECZNE ZĘBY”

w Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku, rok po premierze w katowickim BWA. Artyści biorący udział w tej odsłonie wystawy: Daria Malicka, Natalia Bażowska, Szymon Szewczyk, Bartek Buczek, Adam Laska, Michał Smandek, Michał Gayer, Dominik Ritszel, Bartosz Kokosiński, Erwina Ziomkowska, Monika Szwed. Kuratorka: Marta Lisok 17 stycznia – 28 lutego 2014 Baszta Czarownic / Galeria Kameralna Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej Słupsk

„PODZIEMNA LINIA” 07.02.2014 – wieczór galerii w Katowicach, czyli wycieczka po niezależnych miejscach kulturalnych. Na trasie przystanki: Kato, Galeria Dwie Lewe Ręce, Galeria Nie Zastwiać, Galeria w Domu, Klakier Gallery i Pracownie ul. Słowackiego. Rozkład jazdy: godz. 18:00 „Ciasto i Krew” wernisaż Karolina Żyniewicz / Maciej Bohdanowicz Galeria Dwie Lewe Ręce ul. Gustawa Morcinka 23-25 godz. 19:00 „78 / 6” Adam Laska, Agnieszka Piotrowska, Iga Słupska, Szymon Szewczyk, Mateusz Ząbek „4 POKOJE” Aleksandra Ignasiak, Ania Jarzymowska Zofia Rogula, Izabela Tymusz Karolina Biesiadecka

i Pako (pies) Pracownie ul. Słowackiego 51 godz. 20:00 „Show Must Go On!” mural Kamila Piotrowicz, Ania Jarzymowska, Kasia Piotrowicz Klakier Gallery ul. Staromiejska 4 godz. 21:05 „XXX” wernisaż Marta Bacia Galeria Nie Zastawiać ul. Stanisława 5a godz. 22:00 „Koktajle autorskie” wernisaż Galeria w Domu, Katarzyna Lamik, Mateusz Hajman, Marcin Kosakowski KATO ul. Mariacka 13 godz. 22:30 After party, live act Duet Mistik KATO ul. Mariacka 13

AGNIESZKA PIOTROWSKA wśród uczestników

MAŁGOSIA ROZENAU – nagroda publiczności za obraz „It’s nothing”/ konkurs dla widzów na najciekawszy obraz 41. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień 2013”.

wystawy „Granice Malarstwa”. Wystawa stanowi kontynuację projektu zrealizowanego dwukrotnie w latach 2012 i 2013 pod hasłem „Granice Sztuki” (poprzednio w ramach projektu prezentowano Granice Rzeźby oraz Rysunku). Głównym celem wydarzenia jest przedstawienie szerszej publiczności tego, co dzieje się współcześnie w pracowniach polskich Akademii Sztuk Pięknych i innych uczelni artystycznych. Tytułowe granice odnoszą się do przełamywania akademickości, odejścia od tradycyjnych mediów na rzecz technik nowatorskich i mieszanych, a z drugiej strony wykorzystywania modeli sztuki oraz nauczania wykształcanych przez wieki, wciąż aktualnych. Organizatorem wystawy jest Koło Naukowe Czarny Kwadrat Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Wernisaż 28 marca 2014, godz. 19:00, Galeria STYK, Krakowskie Przedmieście 5, Warszawa Agnieszka Piotrowska zdobyła również I nagrodę na II Międzynarodowym Triennale Mediów Cyfrowych w Radomiu w kategorii obraz ruchomy. Zwyciężyła również w głosowaniu internautów na najciekawszego artystę na 41. Biennale „Bielska Jesień 2013”. Do wystawy pokonkursowej została wybrana praca „Euphorobia”.

KAMIL KOCUREK

Galeria Dwie Lewe Ręce, „Punkt Zapalny” 3 stycznia 2014 Galeria Dwie Lewe Ręce Gustawa Morcinka 23-25 Katowice

ALEKSANDRA IGNASIAK

„WOW Effect” Galeria Niegrzeczni, 16.01.2014 ul. Mariacka 3 Katowice

HANNA SITARZ-PIETRZAK

„Reading Art” styczeń 2014, Biblioteka Główna, Galeria „Pod Sową”, ul. Wielkopolska 1a, Jastrzębie Zdrój

NOWA, OBIECUJĄCA GALERIA „KLAKIER” w Katowicach, którą prowadzą Anna Jarzymowska, Kamila Piotrowicz i Katarzyna Piotrowicz rozpoczęła swoją działalność wernisażem wystawy malarstwa Anny Danielczyk „Sensual Wildart”. GALERIA KLAKIER Katowice, ul. Staromiejska 4 wernisaż: 11.01.2014, godz: 19.00

MONIKA MYSIAK w Rossberg Gallery w Katowicach Nikiszowcu. Wystawa „9 dni”, 11-20.02.2014 inauguruje działalność galerii na Nikiszowcu. Projekt ma szczególne znaczenie dla autorki, której prace zazwyczaj mocno związane są z jej prywatnością. Odnosi się do symbolicznej liczby 9 (dziewięć dni do terminu rozwiązania ciąży, po dziewięciu miesiącach jej trwania). Kurator wystawy – Witold Stelmachniewicz Rossberg Gallery, ul. Janowska 2/2 Nikiszowiec TRIENNALE RYSUNKU STUDENCKIEGO KATOWICE 2014 Laureatami międzynarodowego przeglądu rysunku studenckiego, organizowanego przez Wydział Artystyczny Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach zostali: Grand Prix: Łukasz Gierlak, Agnozja Twarzy II I Nagroda: Anita Osuch, The Artist Is Present II Nagroda: Justyna Basik-Andrzejewska, Bez tytułu III III Nagroda: Agnieszka Rzońca, z cyklu Istnienie rzeczy

IRENEUSZ WALCZAK

JOLA JASTRZĄB

JOANNA ZDZIENICKA „DRAUGHT” Praca znalazła się w Saatchi Gallery. Gratulujemy!

„BURNOUT” wernisaż 19.02.2014 Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu ul. Minorytów 4

„Multikulti” Wernisaż 28.03.2014, godzina 18.00 Galeria Extravagance Sosnowieckie Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Sielecki Sosnowiec ul. Zamkowa 2 Wystawa trwa do 04.05.2014 Kurator Małgorzata Malinowska- Klimek.


15

prosto z

Sztuka na Górnym Śląsku – jak to (nie) działa? TEKST / Emanuela Kuziel

Jaka jest dziś kondycja sztuki na Śląsku? Czy mówi się o zjawisku „śląskiej sztuki”, a jeśli tak, to czym ono właściwie jest? Czy sztukę na Śląsku postrzegamy jako sielankę czy jawi się nam bardziej jako katastrofa? To tylko część pytań, które postawili organizatorzy dyskusji w bytomskiej Kronice. 23 stycznia miał miejsce panel Sztuka na Górnym Śląsku – Jak to (nie) działa?, który zainaugurował półroczny cykl comiesięcznych spotkań organizowanych przez Projekt Metropolis (kooperacja CSW Kronika z Fundacją Imago Mundi) i Magazyn SZUM. Do udziału w pierwszym spotkaniu zaproszono Joannę Rzepkę-Dziedzic i Łukasza Dziedzic, artystów i szefów Galerii Szara z Cieszyna, Andrzeja Tobisa, artystę i wy-

kładowcę katowickiej ASP, Łukasza Trembaczowskiego, socjologa wykładającego na Uniwersytecie Śląskim i ASP w Katowicach, współautora książki Miłośnicy, znawcy, koneserzy czy przechodnie? – o recepcji sztuki na Śląsku, Stanisława Rukszę, historyka sztuki, kuratora i dyrektora CSW Kronika oraz Adama Mazura, historyka i krytyka sztuki, redaktora naczelnego Magazynu SZUM, który wcielił się w rolę prowadzącego sprawnie moderując całą dyskusję. Wśród poruszanych tematów szczególną uwagę zwrócono na fakt, że aglomeracja śląska nie posiada centrum sztuki współczesnej z prawdziwego zdarzenia. Instytucji z określonym programem, teamem kuratorskim o konkretnym profilu i działaniu edukacyjnym w tym zakresie. Zastanawiano się nad świadomością sztuki współczesnej mieszkańców regionu, podkreślając przy tym istotę ponownego wszczepienia sztuki na Śląsk. Poruszono kwestię instytucjonalizacji sztuki i kosztów z tym związanych w oparciu o  problemy zarówno z powstawaniem nowych miejsc, jak i zamykaniem już istniejących. Wyjątkowy przypadek stanowi Galeria Szara, która mimo kłopotów istnieje już 12 lat. Podczas gdy w Katowicach Galerię Sektor I, jak wspomniał Stach Ruksza, likwi-

dowano przy aprobacie Europejskiej Stolicy Kultury. Nikt śmiało nie upomina się także o linię programową nowego Muzeum Śląskiego, w przypadku którego wciąż więcej mówi się o samym budynku, niżeli tym, co ma się dziać w jego wnętrzach. Podobnie z kolekcją Znaki Czasu, o której dyskusja co jakiś czas odżywa, by spełznąć na niczym. Licznie przybyłe audytorium oraz piętrzące się wątki, pomysły i pytania są doskonałym dowodem na to, jak wiele aktualnych i realnych problemów dotyczącej sztuki na Górnym Śląsku dotknęli organizatorzy. Wśród przysłuchujących się można było dostrzec zarówno absolwentów ASP w Katowicach, jak i jej wykładowców, artystów oraz przedstawicieli samorządowych, m.in.: Zbigniewa Blukacza, Ireneusza Walczaka, Szymona Kobylarza, Dominikę Kowynię, Natalię Bażowską, Dominka Ritszela, Ireneusza Walczaka, Kazimierza Cieślika, Michała Minora, Leszka Jodlińskiego, Karola Piekarskiego, Marcina Dosia czy Agulę Swobodę. Kolejna dyskusja już 20 lutego. Szczegółów szukajcie na portalu Facebook. magazynszum.pl www.projektmetropolis.pl www.kronika.org.pl

PODZIEMNA LINIA / SZCZERE KŁAMSTWA Wieści z Ronda Sztuki TEKST / Adrian Chorębała

Konstruktywna krytyka jest stokroć cenniejsza od tanich pochlebstw. Co natomiast zrobić z krytyką, której główną celem jest sam fakt bycia krytycznym bez podawania argumentów? Od razu zaznaczam, że subiektywna ocena i wolność wypowiedzi to dla mnie święta rzecz, bolą mnie jednak próby opisywania sztuki bez podstawowych narzędzi metodologicznych. Każda recenzja powinna zawierać nie tylko sama opinię autora, ale także opis danego zjawiska, kontekst w jakim dane zjawisko występuje i co najważniejsze analizę. Oberwało się na Obiegu wystawie „Pano – rama 2013” Sławomira Elsnera, która została zorganizowana w ramach festiwalu Ars Cameralis (22.11.2013 – 22.01.2014) I przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, gdyby nie fakt, że recenzja na Obiegu wpisała się w szersze niepokojące zjawisko. Zjawisko to nazwać można postępującym brakiem etyki ludzi piszących. Społecznym obowiązkiem ludzi, którzy piszą o sztuce (a szerzej o kulturze) jest misja tłumaczenia, przekazywania tajemnej

wiedzy na temat fascynujących związków między sztuką, a rzeczywistością i przybliżanie kolejnych warstw i sensów, które mogą być odczytywane przez ludzi zaangażowanych w sprawy artystyczne. Tak wiem, jestem idealistą, że wierzę jeszcze w rzetelną merytoryczną krytykę, a nie tylko krytykanctwo, które rozgłos ma przynieś tylko samemu piszącemu. Optymizmem dla odmiany napawa mnie konsolidacja młodego środowiska artystycznego na Śląsku. Jaskółką tych przemian była działalność Galerii w Domu. Kasia Lamik z pasją i zaangażowaniem organizowała wystawy nie tylko u siebie w Bytomiu, ale także wyjazdowo (pamiętacie wystawę „Hybrydy” w opuszczonym lokalu po Hotelu Polonia na ulicy Mariackiej?) Co ważne Kasia nie jest odosobniona w swoich działaniach – powstały ostatnio nowe galerie: „Dwie Lewe Ręce” Maćka Skobla (studenta malarstwa) oraz „Klakier” założona przez trzy absolwentki ASP Annę Jarzymowską, Kamilę Piotrowicz i Katarzynę Piotrowicz. Nie ekscytowałbym się tym aż tak bardzo, gdyby

nie Podziemna Linia. Projekt ten jest oddolną akcją, która pokazuje potencjał młodej sztuki na Śląsku. Galeria Dwie Lewe Ręce, Galeria Nie Zastawiać, Galeria w Domy, Klakier Gallery, Pracownie ul. Słowackiego i KATOBar organizują wieczór galerii. 7 lutego będzie można zobaczyć 5 wystaw, pięć niespodzianek. W momencie pisania tego felietonu nie mam pojęcia jak ta akcja wyjdzie, ale trzymam kciuki za tę inicjatywę! Działanie jest zawsze lepszą alternatywą niż krytykanctwo! Mam nadzieję, że Podziemna Linia będzie okazją do wielu rozmów i kłótni na temat sztuki. Jeśli nie uda się nam porozmawiać tego wieczoru serdecznie zapraszam na wystawę „Szczere kłamstwa” 25 lutego w Rondzie Sztuki. Tytuł wystawy zaczerpnięty z wypowiedzi Pablo Picassa: „Artysta musi umieć przekonywać ludzi o szczerości swoich kłamstw.” Brzmi intrygująco prawda? www.rondosztuki.pl


16

zobaczone

Ulice dzisiejszych miast nie skłaniają do refleksji. Nie

23 BIENNALE PLAKATU POLSKIEGO KATOWICE 2013 TEKST / Bibiana Lisik 23 Biennale Plakatu Polskiego Katowice 2013 Galeria BWA, Katowice 14.12.2013–02.02.2014r.

zatrzymujemy wzroku na kolejnym z tysiąca billboardów reklamowych, ponieważ masowość tego zjawiska, tak naprawdę zamknęła nam oczy. Przestała interesować nas schematyczność oraz agresywny przekaz informacyjny, w którym tkwi niesamowity potencjał sprowadzony do roli prezentera współczesnego gadżetu dostępnego aktualnie w promocji w sklepie tuż za rogiem. Dzisiejsze pojęcie plakatu, większości społeczeństwa kojarzy się zatem jednoznacznie. Są jednak takie miejsca i tacy ludzie, którzy poprzez plakat właśnie, są w stanie wyrazić więcej niż nam się wydaje. A okazją do spotkania z nimi jest 23 Biennale Plakatu Polskiego odbywające się od 14 grudnia do 2 lutego 2014 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach. Wystawa ta połączyła w jedno prace zarówno młodych twórców, jak i starszych mistrzów sztuki użytkowej, co zaowocowało różnorodnością form, barw i tematyki. Wykorzystano prawdziwą siłę plakatu polegającą na wyrażeniu maksimum treści przy użyciu minimalnej ilości środków. Odbiorca zderza się z przekazem bezpośrednim lub skonstruowanym na zasadzie skojarzeń, które pobudzają i zmuszają do refleksji nad kondycją współczesnego świata i społeczeństwa. Twórcy

Śląska szkoła plakatu TEKST / Beata Kolarczyk

W dyskusjach na temat polskiej sztuki powojennej jednym ze słów-kluczy jest słowo „plakat”. Bardzo zróżnicowana twórczość polskich plakacistów zyskała rozgłos na świecie, dlatego dziś zjawisko określane jako Polska szkoła plakatu jest uznawane niejako za chlubę narodową. W duchu tego fenomenu zostało wychowanych kilka pokoleń artystów i można powiedzieć, że współcześnie tendencje te wciąż są żywe. Znacznie rzadziej używa się określenia Śląska szkoła plakatu, traktując rozwój tej dziedziny sztuki na Śląsku jako część większej całości. I słusznie, ponieważ śląski plakat mocno wpisywał się w nurt polskiej szkoły plakatu. Warto jednak zauważyć, że to właśnie twórcy ze Śląska mieli spory wpływ na rodzimy plakat. Co ciekawe, plakaciści związani z katowicką Akademią Sztuk Pięknych wciąż stanowią silną grupę twórców zajmujących się tą dziedziną. Muzeum Historii Katowic zdecydowało się zaprezentować swój zbiór plakatów, dzięki czemu możemy prześledzić historię Śląskiej szkoły plakatu i szybko zweryfikować, czy wszystkie peany kierowane pod jej adresem są prawdziwe. Obszerna ekspozycja, trwająca od 4. 12. 2013 r. do 16. 02. 2014 r., obejmuje ponad 180 prac od około 80 twórców i jest jedną z największych wystaw plakatów w Katowicach od kilku lat. Twórcy wystawy zdecydowali się ukazać ponad pięćdziesiąt lat twórczości – od 1947 roku aż do chwili obecnej (najmłodsze plakaty pochodzą z roku 2009). Interesujący wydaje się fakt, że mimo rozpiętości czasowej, wszystkie prace łączy jakiś wspólny estetyczny rys. Nie oznacza to w tym wypadku wtórności czy kopiowania pewnych rozwiązań – wielu z zaprezentowanych artystów wypracowała bowiem własny, rozpoznawalny styl. Powód takiego wrażenia może być prozaiczny – część młodszego pokolenia Śląskiej szkoły plakatu uczyła się od starszych twórców, nie w przenośni, ale dosłownie. Byli po prostu ich studentami. Prezentowane plakaty są zróżnicowane tematycznie. Dotyczą filmów, sztuk teatralnych, wydarzeń kulturalnych i historycznych, pojawiają się także prace propagandowe

i reklamowe. Wszystkie wpisują się w stylistykę „polskiej szkoły plakatu”, która odstawała od estetyki plakatu amerykańskiego czy twórców zachodnioeuropejskich, proponując nowe rozwiązania. Najcenniejsze w  wystawie zorganizowanej przez Muzeum jest ograniczenie wystawianych artystów do tych ze Śląska i  wywodzących się ze szkoły śląskiej. Ekspozycje starające się przedstawić całość polskiego plakatu pojawiają się dość często, przez co Polska szkoła plakatu jako całość jest odbiorcom raczej znana. Natomiast uwypuklenie takiego zjawiska jak Śląska szkoła plakatu zdarza się rzadko. Warto zdać sobie sprawę z roli Śląska w życiu artystycznym Polski, a wystawę w Muzeum Historii Katowic potraktować trochę jak wyraz lokalnego patriotyzmu.

TEKST / Paulina Janota

Plakat nośnikiem kultury Wiek XXI to wiek kultury zdominowanej przez obraz i dźwięk, a więc kultury audiowizualnej. Porozumiewamy się za pomocą obrazów, widzimy za pomocą obrazów, a nawet za pomocą obrazów uczymy się jak żyć. Obraz wkradł się we wszelkie dziedziny naszego życia. Jako reprezentantka pokolenia Y, czyli ludzi urodzonych w latach 80-tych i 90-tych (teoretycznie) jestem znawcą nowych technologii. Wedle definicji, aktywnie korzystam z cyfrowych mediów i innych urządzeń kultury audiowizualnej. Równocześnie istnieję i funkcjonuję na płaszczyźnie dwóch światów: świata wirtualnego i rzeczywistego. Czym więc jest dla mnie plakat? Czy jest w stanie w jakikolwiek sposób przykuć moją uwagę i zainteresowanie? Czy jest jeszcze dla niego miejsce we współczesnej kulturze? Muzeum Historii Katowic prezentując prace profesorów i uczniów katowickiej uczelni artystycznej (z lat 1947 – 2000) zabiera nas w podróż do samego serca Śląskiej szkoły plakatu. Szkoły, która wyrosła na fundamentach Pol-

plakatów czerpią z codzienności, posługując się znanymi symbolami, które w takich, a nie innych zestawieniach zyskują zupełnie nowe brzmienie. Biennale Plakatu Polskiego to artyści, egzystujący w aktualnym czasie, od dwudziestu trzech lat udowadniający, że to właśnie świat wokół nas stanowi niewyczerpalną inspirację, z której można brać pełnymi garściami – wystarczy tylko dobrze spojrzeć i przekazać to dalej. Pod koniec listopada minionego roku, wraz z odejściem jednego z najbardziej znanych w kraju i na świecie artystów grafików – Waldemara Świerzego, dla polskiego plakatu zakończyła się nieodwracalnie pewna epoka. Tym samym na ramiona młodych twórców spadł „zaszczyt” podtrzymywania tej niezwykłej siły płynącej z formy plakatowej. Zabawne, dosadne, przejmujące. Tak proste w skonstruowaniu, a jednak genialne. Zatrzymując się przy niektórych z grafik człowiek przez chwilę zastanawia się jak to się stało, że on sam na to nie wpadł. Przecież można wyrazić takie wiele za pomocą kilu kresek, plam i kształtów. Zapamiętajmy zatem te nazwiska, tych ludzi którzy są częścią Plakatu Polskiego – zapamiętajmy i przyjrzyjmy się temu, co chcą powiedzieć, ponieważ to doskonali obserwatorzy życia, wystawiający trafne recepty na aktualne choroby społeczeństwa.

„Śląska szkoła plakatu” – wystawa plakatów Muzeum Historii Katowic 4.12.2013–16.02.2014

skiej szkoły plakatu, i której to stała się istotnym elementem. Największy rozkwit plakatu miał miejsce pod koniec lat 50-tych oraz 60-tych – i w tych właśnie latach rozpoczął budowę swego specyficznego prestiżu. To, co najbardziej przykuwa uwagę oglądając plakaty śląskich artystów, to wyrazistość formy. Najlepszym tego przykładem są plakaty Waldemara Świerzego. W jego pracach najważniejszy staje się artystyczny przekaz. Nie jest tu ważna warstwa tekstowa, gdyż jest ona w dużej mierze skondensowana do minimum. To nie słowa stanowią główną oś porozumienia między artystą, a odbiorcą jego prac. Plakat przemawia do nas za pośrednictwem barw, kształtów, poszczególnych elementów zapożyczonych z życia codziennego, czy też symboli. W tym momencie na myśl nasuwa mi się hasło Awangardzistów Krakowskich, które w mojej opinii idealnie wpisuje się w estetykę śląskich artystów, a mianowicie: Minimum słów, maksimum treści. Plakat staje się interpretatorem rzeczywistości. Artysta za pośrednictwem plakatu przedstawia swój stosunek do świata. Na wystawie tej nie znajdziemy jedynie plakatów, które służyły promocji wydarzeń kulturalnych, filmów, poszczególnych miejsc, czy też plakatów reklamowo – handlowych. Wiele jest tu również plakatów społeczno-politycznych, czy też takich, które poruszają tematy najbardziej drażliwe i trudne. Plakat to forma wypowiedzi plastycznej za pośrednictwem, której dochodzi do niemego dialogu między artystą, a odbiorcą jego prac. Dochodzi do odczytania treści, która zaszyfrowana została w strukturze plakatu. Treści, którą odbiorca musiał najpierw odnaleźć, a następnie odczytać. Wydawać by się mogło, że plakat w dzisiejszym świecie nie jest już w stanie nikogo zaskoczyć, a zwłaszcza plakat, który w dużej mierze nie odnosi się do rzeczywistości bezpośrednio nam danej, rzeczywistości, w której żyjemy. Jest jednak inaczej. Plakaty wciąż zachwycają, zdumiewają i budzą zainteresowanie. Uważam, że plakat ma nam jeszcze wiele do zaoferowania i z pewnością jest dziedziną sztuki, w której wykorzystanie grafiki komputerowej czy też fotografii cyfrowej daje bardzo wiele możliwości wykreowania twórczego „ja”. Pokolenie Y (jak widać) również czuje, interpretuje i doświadcza sztuki.


017

zobaczone

PANORAMICZNE SPOJRZENIE W PRZESZŁOŚĆ TEKST / Bibiana Lisik

Rok 2006. Trzydzieste urodziny Sławomira Elsnera. W jego ręce wpada egzemplarz czasopisma „Panorama” z 1976 roku i tym samym rodzi się koncepcja projektu opowieści o wizerunkach zagubionych w czasie i przestrzeni. Coś w pracach Elsnera irytuje. Irytuje formą, niesprecyzowaną tematyką, nawet sposobem przedstawienia. Twórczość ta wywołuje niepokój i nie zaspakaja ciekawości. Takie wrażenie można odnieść bez znajomości genezy projektu „Pano–rama 2013”, który można było oglądać, po raz pierwszy na śląsku, w Rondzie Sztuki w Katowicach od 22 listopada 2013 do 22 stycznia 2014. Autor, w postaci obrazów, przywraca realny socjalizm funkcjonujący w kolorowym magazynie. Ukazuje zjawiska społeczne ukształtowane przez cenzurę i ograniczenia czasów PRL-u, w formie barwnych, odważnych, czasem wyrwanych z kontekstu zdjęć. Konsumpcja, erotyka, powoli kiełkujący kapitalizm – kolorowe zdjęcia, umiejscowione na jednej ścianie odzwierciedlające popularny ówcześnie zwyczaj wycinania i  kolekcjonowania fotografii pochodzących z zachodnich czasopism. Elsner chce pokazać przede wszystkim specyfikę socjalistycznego rynku prasowego, który sięgając po europejskie wzorce dawał polskiemu obywatelowi iluzjonistyczne poczucie bycia i egzystowania w globalnym świecie. Mamy do czynienia ze swoistego rodzaju wycinankami oraz wydzierankami. Oprócz przedstawienia ujęć codziennego życia, Elsner w swoim projekcie zawarł również obrazy z cyklu Populaires – pornografię lat 70., jednak niekompletną. Tak jakby ktoś wydarł najistotniejszy element zdjęcia. Autor odnajduje i na nowo tłumaczy wizerunki, które utknęły między wtedy, a teraz. Konfrontuje swoją formę z formą drukarską lat 70., na nowo wzbudza w odbiorcach zainteresowanie życiem zamkniętym w ramach socjalistycznej rzeczywistości. Elsner posługuje się niezwykłą umiejętnością patrzenia na rzeczy w sposób świeży i aktualny, a poprzez różnorodność wyraża więcej. Wystawa „Pano–ramy 2013” dla jednych jest sentymentalną podróżą w przeszłość, dla innych natomiast niezwykłym spotkaniem z językiem i obrazem PRL-u ujętym we współczesnej formie, wciąż tak bardzo oryginalnym. XXII Festiwal Ars Cameralis: SŁAWOMIR ELSNER PANO-RAMA 2013 Wystawa: 22.11.2013–22.01.2014, wernisaż: 22 listopada, godz. 18:00

Czarny świt w Europie W bytomskiej Kronice, na piętrze stanął dziwny pojazd. Wygląda niepokojąco. To samochód partyzancki, samoróbka. Opisany sprayem: kapitalizm fuck, Silesia, revolta, pacyfa i anarchia. Poczucie niepokoju jest tym większe, że obrazek dopełnia widok z okna tuż za nim. Jest jak fototapeta. Spokojny bytomski rynek: trochę śniegu, niewielu przechodniów, zmarznięte gołębie. Świecące świąteczne dekoracje odbijają się w szybach, generalnie nic się nie dzieje. Jakaś pustka. Ale to właśnie w tej emanującej z zewnątrz pustce jest źródło niepokoju, to w niej tkwi potencjalne zagrożenie. Konfrontując się jak gdyby z tym widokiem, pojazd stoi nieruchomo, ale w napięciu. Solidarity Guerilla. Jak tam trafił? W pomieszczeniu wydaje się ogromny jak fortepian. Złożony został z części i zmontowany (ponownie po sesji fotograficznej w zabrzańskiej industrialnej scenerii. Częścią projektu będą też sesje zarówno z aktywistami jak i squatterami, przedstawicielami związków zawodowych czy różnych społeczności.) w galerii. Sterczy z niego karabin maszynowy. Czy naboje są prawdziwe? Nie, bo to prototyp zmontowany z dostawczego wozu, a na nim umieszczona jest atrapa broni. Kiedy i przeciw czemu, a raczej, w jakiej sprawie – bo tak należałoby postawić pytanie o jej funkcję – ma być użyta? Ma służyć zwykłym ludziom w obronie ich interesów. Ma ochraniać manifestację lub strajk. Ma obronić lokatorów przed eksmisją. To broń, która broni, a nie atakuje. Pacyfa, a nie pacyfikacja. Odrywając się na moment od lokalnego śląskiego widoku i industrialnego kontekstu możemy sobie popatrzeć przez Solidarity Guerilla jak przez filtr czy lunetę, a trafniej może: celownik w kierunku Ukrainy. Ten prototyp

Zdjęcia zrobione po zajściach koło Stadionu Dynamo

znalazłby z pewnością swoje zastosowanie w tamtych okolicznościach. Czy aby ten spokojny bytomski rynek nie jest jak nasza stara, dobra Unia Europejska? Dziś Europa zadowolona sama z siebie, z horyzontalnej pozycji pełnego brzucha przygląda się, jak określił to Stasiuk, „zza firanki” dramatycznym wydarzeniom w Ukrainie. „Dziś sami stoimy przy oknie i lękliwie wyglądamy zza firanki: Czy aby ktoś, broń Boże, nie zacznie ‘wyznawać tych samych wartości’. A jeśli już musi, to najlepiej jak najdalej. Najlepiej w jakimś Mordorze. Ale to się nie uda. O wartości się walczy. (…) Ukraińska zima 2014 jest europejską klęską.”1 – kończy Stasiuk. Czarny świt nadejść może wszędzie. Zaspani, dopiero przecieramy oczy i  patrzymy na wschód. Tam już świt. A Majdan nie zasypia. W Kijowie dziś ponad 20 stopni mrozu.  Katowice, dnia 30.01.2014 r. Czarny świt – wystawa najnowszych prac Grzegorza Klamana, złożona z dwóch projektów: Śnienie oraz Solidarity Guerilla. Wystawa powstała w ramach Projektu Metropolis, którego kuratorem jest Stanisław Ruksza. Potrwa do 22.02.2014. Towarzyszące projekty: Roboty ziemne Macieja Salamona i Macieja Chodzińskiego oraz Gabinet dobrej historii Łukasza Trzcińskiego. 1 Andrzej Stasiuk o Europie, Gdy leje się krew i torturuje się ludzi, nad kijowskim Majdanem zalega cisza , „Tygodnik Powszechny” ; źródło: http://tygodnik.onet.pl/swiat/andrzej-stasiuk-o-europie-gdy-leje-siekrew-i-torturuje-sie-ludzi-nad-kijowskim/7z6ly].


prosto z

18


19

KoĹ&#x201A;o Naukowe Malarstwa


20

KoĹ&#x201A;o Naukowe Malarstwa


21

KoĹ&#x201A;o Naukowe Malarstwa


22

literacka

MARTA KOWALSKA

Z notatnika wnuczki malarza Parę słów wyjaśnienia Niniejszy tekst jest przedrukiem eseju, który wszedł w skład publikacji pt.: „Andrzej S. Kowalski”, wydanej przez Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach, Towarzystwo Przyjaciół Ronda Sztuki oraz Galerię Sztuki Współczesnej BWA w 2013 roku. Andrzej Kowalski był moim dziadkiem. Odszedł w słusznym wieku, chociaż z mojego punktu widzenia za wcześnie. Nie udało nam się nigdy porozmawiać o tym, czym dla niego była sztuka, a kim winien być artysta; czy też co stanowi o istocie dzieła sztuki. Tych ważnych pytań po prostu nie zdążyłam zadać. Mój esej nie miał być niczym innym, niż próbą wyobrażenia tej nieodbytej rozmowy. Niestety, na skutek skandalicznej redakcji, opublikowany został z karkołomnymi błędami, które zatar��y jego sens, likwidując dialogową formę, pomijając rozróżnienie moich wypowiedzi od słów dziadka, nad czym, jako jego autorka oraz wnuczka Andrzeja Kowalskiego niezmiernie ubolewam. W niniejszym przedruku, wszystkie fragmenty wyróżnione kursywą, to słowa Andrzeja S. Kowalskiego, bez wyjątku pochodzące z jego rubryki w miesięczniku „Zebra”, pt. „Z notatnika malarza” (1957–1958). Wierzę, że ponowna publikacja ma szansę naprawić błędy redakcyjne. Z notatnika wnuczki malarza

Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz zobaczyłam malowidła naskalne wykonane przez człowieka prehistorycznego. Wydaje mi się, że napotkałam je w którejś z książek o historii sztuki. Pamiętam jednak, że byłam małą dziewczynką, która kojarzyła przodków współczesnego człowieka z prymitywizmem, zezwierzęceniem, może trochę się ich bała. Sama dużo rysowałam i właśnie zwierzęta były jednym z moich ulubionych motywów. W owych bawołach, turach i koniach sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat (a to naprawdę niezmierzony okres z perspektywy dziecka) dostrzegłam jakby znajomą kreskę, swoją dłoń i własną wrażliwość. Tym samym, po dziecięcemu oswoiłam strasznego człowieka prehistorycznego. Nie zrozumiałam go, ale poczułam. Nie był już obcym. Zarówno zamiłowanie do tworzenia, jak i prehistoryczne bawoły towarzyszą mi do dziś. Jak to możliwe, że zanim człowiek zaczął opisywać świat za pomocą języka, poczuł – tak znajomą nam – potrzebę, wolę tworzenia i umoczywszy palce w barwniku, naniósł na ścianę jaskini kolor, kształt i sens? A po nim zrobił to jego syn, wnuk i prawnuk. Pozostało to dla mnie tajemnicą. Perspektywa myślenia dzisiejszego człowieka jest bardzo odległa od czasów prehistorycznych. Dysponujemy wyjątkowo małą ilością źródeł historycznych, pochodzą-

Portret Andrzeja Seweryna Kowalskiego, z archiwum rodzinnego

cych z tamtego okresu, by móc orzekać, z pretensją do pewności, o tym, czy malowidła naskalne z Lascaux miały dla ówczesnych ludzi znaczenie rytualne i religijne, czy nie. Możemy jednak domniemywać, że myślenie obrazowe jest znacznie starsze niż język i logiczny dyskurs, że na długo przed tym, kiedy człowiek nauczył się ubierać swoje myśli w słowa, posługiwał się już sztukami plastycznymi. Zdaje się, że sztuka towarzyszy człowiekowi od zawsze. Pytam, skąd zatem pochodzi owa prastara potrzeba tworzenia, wspólna wszystkim ludziom i jaka jest jej natura? Mój dziadek, Andrzej S. Kowalski, zmarł w 2004 roku; miałam wtedy kilkanaście lat. Choć wielokrotnie prowadziłam z nim rozmowy na temat sztuki, nie byłam jeszcze gotowa na pewne pytania, zwyczajnie nie dojrzały we mnie i niestety nigdy nie zostały zadane. Dziś, czytając przemyślenia dziadka, znajduję pewne odpowiedzi. Nie rozstrzygające, bowiem takich nie ma. Raczej subtelne, ostrożne spostrzeżenia. Chociaż dziadka nie ma ze mną, to mam wrażenie, że rozmawiamy ze sobą, że na stronach jego tekstów odnajduję odpowiedzi na pytania zadane przeze mnie po jego śmierci. Co więcej, dziadkiem targały podobne do moich wątpliwości. Niektóre z jego pytań są moimi pytaniami. Teraz już wiem, że tury ze ścian jaskiń również nie pozostawiły go obojętnym – pisał: [...] u  zarania dziejów ludzkich tkwią jaskinie, ale na ścianach tych jaskiń tkwią cuda. Cuda ludzkiej twórczości. Twórczość jest na pewno jednym z  zasadniczych wkładów człowieczeństwa. Zatem człowiek był o wiele za wcześnie człowiekiem, aby dzieje ludzkości mogły się wydawać logiczne. Zdrowy rozsądku! – pomóż, a przynajmniej nie przeszkadzaj zrozumieć, jak to się stało, że pośród ponurej walki z zimnem i upałem, głodem i nocą, ze zwierzem i różnoplemieńcem – jaskiniowiec, pod naporem tego co nie było w nim czworonogiem, zdobył się na cudowne marnotrawienie czasu i pozostawiał na ścianach swych jaskiń rysunki zwierząt, ludzi, narzędzi i bogów – tak piękne, że musimy dziś powiedzieć: “wzbogaciliśmy się o wielość środków artystycznych, wzbogaciliśmy się o arsenał wiedzy – nie zdołaliśmy się wznieść ku wyższej wartości estetycznej.” Rysunki zwierząt Delacroix nie są piękniejsze od bawołów rysowanych w jaskiniach, są tylko inaczej piękne. Toteż historia sztuki nie jest historią rozwoju piękna, jest historią rozwoju filozoficznych i fizycznych środków artystycznych, jest historią rozwoju postaw artystycznych. Tworzyć znaczy także: być człowiekiem. Zatem ludźmi byliśmy bardzo dawno, nawet w jaskiniach. To nie cywilizacja stworzyła człowieka takim jakim jest, to człowiek taki jaki jest stworzył cywilizację.

Zatem sztuka nie jest pochodną innych działań człowieka. Jest tak stara jak sam człowiek, starsza od cywilizacji, języka, wszystkich izmów. Jest wspólnym mianownikiem, obejmującym tych pierwszych tworzących w blasku ognia ludzi, jak i Vermeera, czy Miro, mojego dziadka, mnie, nas wszystkich wreszcie. Akt tworzenia stanowił wartość samą w sobie już u zarania dziejów ludzkości. Sam w sobie jest również rdzeniem, wokół którego przez wieki narastała filozofia sztuki, usilnie próbująca uchwycić owo jądro, jej magiczny fenomen. Posiąść istotę sztuki i piękna Rozumem. Zawładnąć siłą intelektu nad tym misterium, jakim jest akt twórczy. Bezowocnie. Pomimo tysiącletnich wysiłków najtęższych umysłów pozostał on nieodgadnionym dla intelektu i jego narzędzi. Jest Tajemnicą, która nie przestaje nas uwodzić. Tworzyć znaczy także: być człowiekiem. Nie sposób opisać, jak bardzo utożsamiam się z tym zdaniem. Jak bardzo mogłoby ono zostać wypowiedziane przeze mnie samą. Zgadzam się z Ernstem Cassirerem, który stwierdził, że definicja człowieka jako animalrationale jest definicją częściową. W świecie istnieje wiele innych czynników, czy też form aktywności, które nie tyle są ważne dla człowieka, co go określają. Michał Heller w Filozofii nauki, stawia tezę, zdecydowanie korespondującą ze stanowiskiem Cassirera: nawet gdyby człowiek za pośrednictwem metody nauk matematyczno-empirycznych osiągnął wiedzę absolutnie pewną, odkrył fizyczną teorię wszystkiego, nie rozwiązałby zagadki istnienia świata, nie odpowiedziałby na podstawowe pytanie – pytanie o naturę człowieka. Świat, w którym żyje człowiek, nie ogranicza się do tego, co czasoprzestrzenne, inteligibilne, dające się zmierzyć. Zgadzam się ze zdaniem dziadka, że stanęliśmy wobec paradoksu, że wiedza przynosi nam coraz więcej intelektualnego niepokoju, że daje coraz mniej pewności naszemu poczuciu siły i panowania, że zdobywając coraz to nowe przyczółki, nieznanego, otwiera nam nowe horyzonty ciemności. Ludwig Wittgenstein, którego koncepcja jest źródłowa dla neopozytywistycznego paradygmatu myślenia, zwraca uwagę na istnienie, innego niż racjonalność metody matematyczno-empirycznej, wymiaru aktywności człowieka. Filozofia, która w ramach stanowiska Wittgensteina, traci status nauki, ma na celu nie tylko rozjaśnianie tez wywodzących się z nauk przyrodniczych, ale przede wszystkim określenie zakresu tego, co da się pomyśleć, tym samym wskazując również na to, czego pomyśleć się nie da. Zgodnie ze słynnym zdaniem: „granice mego świata to granice mego języka”, filozofia określa to, co ostatecznie niepoznawalne i niemożliwe do wyrażenia. Wyznacza granice dyskursywnego poznania dla wszelkie-


23

go skończonego umysłu, tym samym, co najważniejsze, kierując naszą uwagę na to, co pozostaje niewyrażalne. Tym, czymś może być również: Płótno – ten ekran, na którym zastygł wykres napięcia myśli, uczuć i woli – przekazuje teraz obcym psychikom wyniki skupionego, wewnętrznego zasłuchu artysty, jego namiętności obcowania z materią malarską, siłę jego przekonania do własnej wizji i jego upartą pogoń za nią wśród osłabiających wątpliwości, jego nadzieje znalezienia „ czegoś nowego pod słońcem”. Za pośrednictwem sztuki człowiek przekracza własną skończoność, przekracza sam siebie. Poszukuje odpowiedzi, których nie potrafi znaleźć nauka. Jeśli je odnajduje, to zarówno dla artysty jak i odbiorcy sztuki, są one niewyrażalne na innej, np. językowej drodze. Doświadczenie sztuki jest także doświadczeniem absolutnej samotności. Psychiczny moment aktu twórczego wyklucza zbiorowość. Samotność aktu twórczego. [...] Odbiór takiego dzieła sztuki jakim jest obraz, to także sprawa intymności i samotności. Jeśli na sali wystawowej (sale wystawowe są z reguły miejscami odludnymi) stoisz sam wobec dzieła sztuki, to jest to równie naturalne, jak nienaturalne byłoby, gdybyś znajdował się samotny na meczu piłki nożnej. August Zamoyski, wybitny polski rzeźbiarz, w korespondencji z dziadkiem, w takich oto słowach przedstawił własne rozumienie sztuki: Sztuka nie ma nic wspólnego z wirtuozerią, przeciwnie – jest ona przedstawieniem rzeczy nie podległych naszym zmysłom. […] Sztuka, o ile jest Sztuką, zawsze jest sakralną, nigdy nie przedstawia, ani naśladuje, ale oddaje, bo dzieło autentyczne jest owocem doświadczenia mistycznego, którym promieniuje, a nie tematem, który jest elementem ubocznym. W odpowiedzi dziadek starał się opisać to, co takie szczególne w doświadczeniu sztuki, pisał, że można wyróżnić dwa rodzaje doznań, co wprawia nawet artystę w niemałe zakłopotanie: „czasami myślę o sobie, że wobec sztuki jestem jak człowiek na huśtawce”. Z jednej strony przeżywamy sztukę, dzięki niej doznając wyjątkowego doświadczenia, z drugiej strony jej zewnętrzną formę poddajemy elementarnej analizie, tym bardziej szczegółowej, im większym się jest znawcą sztuki: Raz znajduje się w punkcie odczuwania, przeczuwania, czegoś w rodzaju ekstazy i utożsamienia się z przejawem sztuki, roztopienia się w tym przeżyciu, a kiedy indziej w drugim punkcie, który leży w kraju arkadyjskim i rozkosz obcowania ze sztuką, czy to w twórczym czy biernym znaczeniu, jest czysto myślową, przeraźliwie chłodną percepcją – rozumieniem, rozróżnianiem, badaniem, ważeniem. Owo odczucie, które nie poddaje się logicznej analizie, jak zewnętrzna forma dzieła, jest tym, czego Rozum zdobyć nie może, jest tym, co nas interesuje. Sztuka odnosi nas do „czegoś więcej”. Sztuka nie naśladuje, nie odtwarza lecz „oddaje”. Przeżywanie jej jest swego rodzaju doznaniem mistycznym: W pierwszym wypadku nic nie wiem, ale ja też i nic wiedzieć nie potrzebuję. Wszystko dostatecznie jest określone przez to, że jest i że w tym jestem lub może, że przez to jestem. Oto największa Tajemnica, rzecz nie do wyjaśnienia, nie dająca się ujarzmić – wydawać by się mogło – wszechwładnemu Rozumowi. Doświadczenie obcowania ze sztuką, samotność aktu twórczego, i TO, do czego nas dzieło sztuki „odnosi” – tak ważne dla człowieka, że tak stare jak on, stanowić by mogło kryterium odróżnienia istoty ludzkiej od jej zwierzęcych, nietwórczych przodków. Czy jest to Tajemnicą naszego istnienia w ogóle? A może jego powodem? Czy te same uczucia targały owym prehistorycznym artystą, gdy spoglądając na ścianę jaskini, w świetle płomieni ogniska, podziwiał własne dzieło – owoc cudownego marnotrawienia czasu? Dziadku, ja czuję, że tak.

literacka

Kilka słów prof. Kazimierza Cieślika na temat pracy artystycznej Ondreja Vorela z Uniwersytetu Ostrawskiego Kiedy ponad dwa lata temu Ondrej Vorel zwrócił się do mnie z pytaniem, czy byłbym skłonny recenzować jego habilitację, ochoczo się zgodziłem, bo zawsze byłem admiratorem czeskiej kultury, po części w niej (za sprawą babci) zakorzeniony, a ostatnio za sprawą książek Mariusza Szczygła, od nowa zaciekawiony. Wkrótce okazało się, że Ph Dr w Czechach, to nie to samo, co Dr w Polsce, więc Ondrej Vorel winien najpierw obronić nasz doktorat. Zaproponował mi zatem ewentualne promowanie jego pracy doktorskiej. Tu miałem już poważne wątpliwości, bo jesteśmy rówieśnikami, a potencjał jego artystycznego dorobku oceniam jako bardzo wysoki. W takim wypadku „opieka”, a zwłaszcza artystyczna wydała mi się cokolwiek niestosowna. O decyzji podjęcia tego zadania zdecydowała nieszablonowość sytuacji i konieczność pełnienia funkcji negocjatora i translatora czeskich racji na nasz akademicki standard. Już na początku trafiłem na ciekawą analogię: Ondrej Vorel urodził się w Zlinie – czyli …Gottwaldowie, a ja w Katowicach – czyli …Stalinogrodzie. Za sprawą Jana Baty mógł się urodzić w Patagonii, a ja, mimo dziadka – powstańca śląskiego – reprezentuję przecież zakamuflowaną opcję niemiecką. W obu wypadkach wygląda to dość egzotycznie i mogłoby skazać nas obu na rolę outsiderów. Po tym obiecującym początku stanąłem przed kolejnym wyzwaniem: Vorel jako temat doktoratu zaproponował „Drogę Krzyżową” pojętą jako duża kompozycja figuralna opisująca wydarzenia według wczesnochrześcijańskiej tradycji związanej z drogą Jezusa Chrystusa z sądu Piłata na jerozolimską górę Kalwarię. Praca miała być zrealizowana w technice emalii, tworząc cztery przestrzenne bloki w kształcie sześcianów wielkości 180x180x180cm. Tu pojawiła się już uzasadniona obawa, czy czeski artysta – przedstawiciel najbardziej ateistycznego narodu świata nie wywoła przede wszystkim niechęci i posądzenia o prowokację. Przypomniałem sobie natychmiast Magora (Ivana Martina Jirousa) – kierownika artystycznego kultowej grupy rockowej The Plastic People of the Universe, historyka sztuki, eseistę, literata, opozycjonistę – i jego koncepcję Boga jako gąsienicy, która się przepoczwarza. I choć wychodzi z niej piękny motyl, to przecież po drodze definiuje Trójcę Święta: gąsienica, poczwarka, motyl. Nie sądzę, by Vorel, od lat mieszkający w Ostrawie (nie utożsamianej przecież z czeską herezją, ale do niedawna uważanej za mieszankę przemysłu i komunizmu – całkiem jak Górny Śląsk, zresztą) chciał być aż tak radykalny, ale kolejna reminiscencja dotycząca popularnego w Czechach komiksu „Zielony Raoul”, gdzie Karel Gott (Gott=Bóg) odbywa Drogę Krzyżową i umiera na krzyżu, kazała mi wyperswadować doktorantowi ten temat. Z prozaicznych względów: niemal trzykrotnej podwyżce cen wypalania emalii, odpadł też wariant technologiczny, choć mam nadzieję, że sympozjum emalii Vitkowice, które miało już sześć edycji, mimo wszystko przetrwa. Tak, czy inaczej żałuję, że kompetencje Ondreja Vorela w zakresie niszowej technologii nie będą w przewodzie doktorskim ujawnione, bo całe bogactwo tego warsztatu: od cienkiej warstwy laserującej, po gęste pasty z możliwością

ich reliefowego modelowania w oparciu o eksperymenty z piaskiem kwarcowym reagującym z farbą w wysokich temperaturach, to procedury, w których doktorant jest autentycznym prekursorem i autorytetem. W takiej oto sytuacji pojawił się temat „Znak 8” i nowe ramy technologiczne, które zaproponował Ondrej Vorel. 8.07.2011r. Wydział Artystyczny Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach wszczął przewód doktorski Ph Dr Ondreja Vorela i powołał na recenzentów Prof. Elżbietę Kuraj z Uniwersytetu Śląskiego i Prof. Ireneusza Walczaka z Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, mnie powierzając obowiązki promotora. Zamierzeniem autora było zawarcie w cyklu ośmiu obrazów historii Czechosłowacji z eksponowaną rolą magicznej dla Czechów cyfry 8. I tak na ten cykl składają się dwa obrazy poświęcone dacie 1918, kiedy to po prawie trzystu latach Czesi, Morawianie, Ślązacy i Słowacy uwolnili się spod monarchii habsburskiej i powstała Czechosłowacja – niepodległa Pierwsza Republika. Kolejny obraz, to rok 1938, kiedy skutkiem układu w Monachium oddano Hitlerowi Kraj Sudecki. Kilka miesięcy później Polska zajęła Zaolzie, a Węgry południową Słowację i Ruś Zakarpacką, ale tych wątków OndrejVorel nie eksponuje. Powstała wtedy Druga Republika, ale po niespełna pół roku III Rzesza przekształciła ją w Protektorat Czech i Moraw, a Słowacja przekształciła się w Pierwszą Republikę Słowacką – wasalną wobec Hitlera. Kolejny obraz, to rok 1948, kiedy to komunistyczny pucz związał Czechosłowację z blokiem Krajów Demokracji Ludowej – czytaj: na ponad 40 lat zniewolił kraj pod wodzą Komunistycznej Partii Czechosłowacji – sterowanej z Moskwy. Następne dwa obrazy, to „Praska Wiosna” 1968 roku, wiązane z nią nadzieje na proces demokratyzacji, odnowę kulturalną i społeczną i jej brutalne zdławienie (21 sierpnia) najazdem wojsk Układu Warszawskiego. I tutaj, podobnie jak w obrazie poświęconym układowi w Monachium w1938r. autor oszczędził nam zaznaczenia szczególnej roli polskiej „bratniej pomocy”. Kolejne dwa obrazy magicznej ósemki na końcu daty nie mają, ale dla autora w cyklu „Znak 8” były nieodzowne jako zamknięcie tej prywatnej historii Czechosłowacji. Rok 1989 – „aksamitna rewolucja” i rok 1993 – powstanie dwóch suwerennych państw: Czech i Słowacji, to definitywny koniec Czechosłowacji. Nieuniknione skojarzenia zakładanego cyklu obrazów z innym czeskim historycznym cyklem: „Słowiańską epopeją” Alfonsa Muchy dało mi możliwość do spekulacji co do fenomenu czeskiej kultury. Alfons Mucha na dwudziestu monumentalnych płótnach z patosem przedstawił historię narodu czeskiego. W 1928r. (znów magiczna ósemka) podarował cykl miastu Pradze, ale jego styl oceniono jako reakcyjny akademizm, a temat jako nacjonalistyczną interpretację faktów historycznych. Czeska kultura nie znosi wzniosłości i patosu, w czym biegunowo różni się od polskiego umiłowania mogił i pamięci sławnych klęsk. Dlatego też od razu zaakceptowałem

s. 24


24

literacka

założenia cyklu „Znak 8”, gdzie znajduję rodzaj gry z historią i gry z odbiorcą pospołu. Wyraźnym zaproszeniem do takiej spekulacji może być już choćby fakt użycia we wszystkich obrazach cyklu planszy i figur szachowych, co niejako wymusza traktowanie następujących po sobie faktów w ramach ścisłej konwencji i związanych z nią definitywnych regułach. Dostrzegam w tych obrazach odniesienia do rebusów (kamuflowanie przesłania), komiksu (przenoszenie znaczących elementów z obrazu na obraz), plakatu (duża rola użytego liternictwa i emblematów), dadaistycznych zabaw (włączenie w tkankę obrazów gotowych przedmiotów i struktur „przedmiotopodobnych”). Ten dadaistyczny charakter znajduję też w całym podejściu do tworzonego cyklu: ze stosownym dystansem. Na przykład spekulacje autora co do graficznego podobieństwa trójki z ósemką odnośnie daty 1993 wydaje mi się typowo „czeskie”. Przypomniało mi się tu powołanie w 1911 roku (a więc jeszcze przed dadaistami) przez Jaroslava Haska fikcyjnej Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa). Jeśliby zsumować cyfry: 1,9,1,1, to mamy 12, a z kolei 1 i 2 daje w sumie 3, jakże podobne do 8. Dadaistyczne i surrealistyczne tropy wywiodłem ze znanych mi wcześniejszych prac Ondreja Vorela, ale też historia moich z autorem kontaktów zdawała się potwierdzać słuszność takiego założenia. Kolejne maile i fragmenty pracy doktorskiej autor wrzucał do „tłumacza” Google, a więc w efekcie otrzymywałem coś na kształt eksperymentalnej poezji, gdzie mieszały się ze sobą języki debaty naukowej, instrukcji obsługi skomplikowanych urządzeń, familiarnej potoczności, szyfrowanych grypsów i czego tam jeszcze. Wszystko to spajane nader ekscentryczną gramatyką. Nad tym konglomeratem unosił się duch Andre Bretona, Philippe Soupaulta czy Roberta Desnosa. Sytuację zmieniło pojawienie się tłumaczki, a wraz z nią ryzykownej składni, anachronizmów i polsko-czeskiego słowotwórstwa, co było nieuniknione wobec specyfiki języka sztuki, z którym musiała sobie radzić tłumaczka – z zawodu prawniczka. Aby przybliżyć obraz tych dadaistycznych kontaktów podam przykład jednego z ostatnich maili z 03. 06. 2013.: „Witam panie profesore, nie wiem, czy wnioski wyciągnięte, wysyłam mu córkę. Raczej ponownie. Vorel.” W załączniku szczęśliwie znalazłem ostateczną wersję zakończenia pracy należycie przetłumaczoną, wymagającą ledwie retuszy. Te retusze i poprawki odsyłałem mailem używając różnych kolorów czcionki, w zależności od powodów mojej ingerencji w tekst. Wkrótce zwrotną pocztą otrzymywałem kolejną wersję, z której dowiadywałem się, gdzie w trosce o czystość i komunikatywność przekazu w języku polskim, dopuściłem się wypaczenia treści czeskiego komunikatu. A trzeba tu zaznaczyć, że partnerów miałem wielce kompetentnych, bo pamiętajmy, że w Czechach czyta 80% społeczeństwa, co daje im pierwsze miejsce w Europie. My w tym rankingu zajmujemy jedno z ostatnich miejsc. Na koniec wspólnym trudem, na zasadzie mailowego ping–ponga ustaliliśmy polską wersję pracy doktorskiej. Muszę tu zwrócić uwagę na kolejną cechę tego tekstu: jest to opowieść beznamiętna, pomijając drobne fragmenty odnoszące się do rodziny autora. I znów znajduję to jako typowe dla naszych południowych sąsiadów. Czesi mało mówią o miłości do ojczyzny i niechętnie to uczucie nazywają, pomijając niewątpliwe przejawy patriotyzmu na przykład podczas hokejowych zwycięstw nad ekipą ZSRR (w przeszłości) czy nieustanne uwielbienie dla Jaro Cimrmana – legendarnego czeskiego geniusza – to nic, że mitycznego, a właściwie wymyślonego. Ondrej Vorel w swojej pracy doktorskiej zdaje się respektować drugie przykazanie cimrmanowskiego Dekalogu Aktora: „Emocje wyrażaj raczej tyłem do publiczności. I śmiech, i płacz najlepiej wyrażasz ruchem ramion.”

Katarzyna – patronka teleholików TEKST / Justyna Barańska 1. „Kino, telewizja, oto rzeczywistość!”1 – słowa Jeana Baudrillarda można by zamieścić jako motto Telefrenii Edwarda Redlińskiego, stanowią bowiem trafną zapowiedź i jednocześnie pigułkę streszczającą to, co autor zawarł w powieści. Głównym problemem, jaki został w niej podjęty jest uwikłanie współczesnego człowieka w zmediatyzowany obraz świata, w którym niemożliwe staje się odróżnienie prawdy od fałszu, zdarzeń wykreowanych od rzeczywistych. Tam również zapomina się o oryginale, wielbiąc jego coraz doskonalsze kopie. Agnieszka Ogonowska w Przemocy ikonicznej2 zwraca uwagę na to, iż produkty medialne stanowią nośniki dominującej ideologii, przez co użytkownicy kultury żyją w świecie wykreowanym przez media i nowe technologie. Co więcej, „symulowany świat staje się już nie formą alternatywnej rzeczywistości, lecz stopniowo zaczyna przesłaniać tę realną, która sama podlega procesom estetyzacji”3. Wszystkie te wymienione sprawy Redliński skumulował w postaci Andrzeja Kmicica, bohatera cierpiącego na chorobę naszych czasów, czyli uzależnienie od mediów. Mężczyzna jest przypadkiem wyjątkowym – to nie żaden niewykształcony, nieinteligentny próżniak, pozwalający telewizji, kinu czy prasie na bezwzględną manipulację. Do czynienia mamy z człowiekiem rozwijającym teorie fizyczne, z człowiekiem, który z powodzeniem ukończył politechnikę, przez wiele lat pracował w zawodzie, a także bez większych komplikacji założył rodzinę, co sugeruje przecież, że i na polu relacji międzyludzkich radził sobie całkiem dobrze. Wszystko to jednak było pozorne i runęło w chwili, gdy Kmicic popadł w telewizyjną ekstazę zakrapianą alkoholem, zakończoną wstrząsającym dla niego wydarzeniem i wyrzuceniem telewizora. Od tego czasu uważał się za wyleczonego z uzależnień, a późniejsze odseparowanie od rodziny, znajomych tłumaczył poszukiwaniem sensu życia, który odnalazł w aptece w postaci aptekarki podobnej do ukochanej aktorki – Catherine Deneuve. Od tego czasu zachowanie bohatera diametralnie się zmienia. 2. Każda kultura generuje rozmaite modele: społeczeństwa, rodziny, zachowań, kobiecości czy męskości. Zmieniają się one w zależności zarówno od czasu, jak i od miejsca. Współcześnie wyznajemy zupełnie inne wartości niż w średniowieczu, przez co ideały musiały ulec przekształceniom. Zróżnicowanie ujawnia się także, gdy zestawimy społeczeństwa z odległych części globu – odmienne realia życia prowadzą użytkowników kultury do odmiennych hierarchii ważności, w oparciu o które wytwarzane są wzorce. Motyw takich modeli pojawia się również w Telefrenii przede wszystkim w postaci ideału obiektu miłości. Dla żony Kmicica był to Daniel Olbryski, grający postać Sienkiewiczowskiego Kmicica w filmie, dla teściowej Kennedy, dla głównego bohatera Catherine Deneuve. O ile w dwóch pierwszych przypadkach sprawa kończy się na jednej osobie, tak francuska aktorka w umyśle Andrzeja stanowi tylko jedną ze składowych ukochanej. Warto dotrzeć do istoty adresatki monologów bohatera, sprawdzić, z jak różnych modeli została stworzona, co jednocześnie ukaże jedno z obliczy tytułowej telefrenii. Już na pierwszej stronie otrzymujemy wskazówki, kim może być osoba, do której zwraca się bohater: „Zmartwychpowstałem. Tak! W poniedziałek 14.02 br., godz. 17:35 – kiedy ujrzałem Cię w aptece. Wróciłem do domu wstrząśnięty,

że jesteś, że istniejesz – natychmiast wyciągnąłem spod tapczana starą studencką walizkę, wydobyłem spomiędzy pożółkłych dokumentów pracę dyplomową, gdzie od lat wiernie czekała brązowa koperta. Otworzyłem ją, tę świętą skrytkę, to moje tabernakulum. I ostrożnie wysunąłem tygodnik „Film” – z Twoim portretem na okładce.” [s. 7] To nie tylko święta, nabiera cech boskich, skoro jej portret znajduje się w miejscu przyrównanym do tabernakulum. Co chwilę eksponuje jej wyjątkowość, odmienność od spotykanych przez niego ludzi. Później określa ją jeszcze jako delikatną i tajemniczą, z dopowiedzeniem „Święte obrazy tak mają” [s. 9] lub zastępując jej imię wyrażeniami typu: „mój święty Portret” [s. 10]. Andrzej wcale się nie mylił, a rozrzucone tropy konsekwentnie prowadziły do źródła jego obsesji na punkcie Catherine. To wcale nie aktorka stanowiła prototyp, wzorzec, który rzutował na wszystkie kobiety. Sam stwierdził, że na kształt osobowości dziecka, na to, kim stanie się w przyszłości największy wpływ mają pierwsze lata życia, a wówczas bohater chodząc z matką do kościoła, wpatrywał się w obraz św. Katarzyny. Jako starszy chłopiec siadał już w nawie wraz z mężczyznami, od tego momentu przyglądając się św. Józefowi. Nic więc dziwnego, że zapomniał o pierwszej fascynacji, która odżyła w nim dopiero podczas seansu w kinie: „Tak, Catherine: że-tem Ciebie. Że-tem od technikum, od smarkatego szesnastego roku – od pierwszego zachłyśnięcia się Tobą w kinie „Pokój”. Olśnienie, objawienie! Pewnie czegoś takiego doświadczył kiedyś Szaweł w drodze do Damaszku: świat się przede mną otworzył. Poezja, łaska na mnie spłynęły.” [s. 8] Wypowiadając powyższe słowa nie zdaje sobie sprawy z  tego, że przywołane porównanie z  Szawłem, mowa o objawieniu i łasce podpowiadały, gdzie ma szukać przyczyn miłości do Deneuve, jaki obraz zaktualizował w nim wspomniany film. Redliński ukazuje w sposób dość jasny, że informacje przekazywane przez media zagłębiają się w o wiele głębszych warstwach człowieka i nawet po latach oddziałują na niego poprzez podświadomość, a nawet zaczynają się nakładać, tworząc jeden obraz. Nie chodzi wyłącznie o podporządkowywanie się panujących trendom, lecz o kształtowanie życia wedle zaszczepionych ideałów. Uwidacznia się to przede wszystkim w tendencji Andrzeja do dopasowywania różnych faktów do własnych teorii – tak postąpił podczas pobytu w borowskim kościele. Zwraca uwagę na to, że poza imieniem pomiędzy postacią z obrazu a aktorką zachodzi jeszcze jedno podobieństwo: kolor włosów („A Borowska Katarzyna ma na prawym policzku blond kosmyk! [s. 219]). Bohater jednak pamięta, że Deneuve nie od urodzenia była blondynką, zatem poszukuje wyjaśnienia: „Może twoja matka, Catherine, polubiła ten obraz – jak moja? Może tam, w Paryżu, stałaś, jako dziewczynka, trzymając mamę za rękę – zapamiętałaś ten blond kosmyk – i dlatego przefarbowałaś” [ s. 219]. Jego zachowanie nie przedstawia zwykłego układania historii tak, aby pasowała do wyobrażenia o ukochanej aktorce. Na wielbieniu jej spędził niemal całe życie, bez względu na żonę, rodzinę. To ją starał się dostrzec w innych kobietach. Bohater nie zmienia obiektu swoich uczuć. Dokonuje czegoś zupełnie innego – nie przekształcając w żaden sposób wizerunku aktorki, przenosi na osi czasu punkt oznaczający moment zakochania, utożsamiając Deneuve ze świętą. Po rozmowie z księdzem z borowskiego kościoła klęka w tej samej nawie, co w dzieciństwie, i ostatecznie odkrywa prawdę: „To nie w kinie, nie na Parasolkach się


25

w Tobie zakochałem, ale tutaj! Tutaj, w kościele, przed ołtarzem! Przy zapachu świec, przy nabożnym śpiewie, przy akompaniamencie organów!” [s. 223]. Doświadczenie z dzieciństwa tłumaczy jego stosunek do Catherine. Jest dla Andrzeja kimś w rodzaju świętej nie tylko ze względu na podobieństwo do św. Katarzyny, lecz także ze względu na klimat i charakter miejsca, gdzie po raz pierwszy ją zobaczył. 3. Jednakże kobieta, do której się zwraca w powieści, to nie tylko postać z obrazu. Stanowi twór o wiele bardziej złożony, łączący w sobie św. Katarzynę, jej malarskie przedstawienie oraz do pewnego stopnia francuską aktorkę. W tym momencie należy bliżej przyjrzeć się obu matrycom: średniowiecznej świętej oraz współczesnej aktorce, a  poniekąd także trzeciej, której uosobieniem będzie aptekarka. Różnica pomiędzy nimi nie polega wyłącznie na dystansie czasowym, każda z nich pełni diametralnie inną rolę społeczną i realizuje inny typ kobiety. O św. Katarzynie ze Sieny dowiadujemy się przede wszystkim dzięki obrazowi z borowskiego kościoła (według Andrzeja miał co najwyżej sto lat) i porównaniu go do oryginału z bazyliki spod wezwania św. Dominika w Sienie (XIV wiek). Jednakże ich opis jest w powieści bardzo skąpy, opiera się głównie na wskazaniu różnicy „Sieneńska święta ma głowę ciasno obwiniętą białą chustą. Włosów nie widać (pewno czarne, jak to u Włoszki). A borowska Katarzyna ma na prawym policzku blond kosmyk! Niesfornie wywinięty spod chusty!” [s. 219] Niewiele więcej dopowiada na temat świętej ksiądz: „Autorka natchnionych pism mistycznych zwanych dialogami. Miała stygmaty, ale je do śmierci ukrywała” [s. 217]. Aby przybliżyć tę postać trzeba zatem sięgnąć do źródeł spoza świata przedstawionego. Katarzyna ze Sieny była dominikanką, która mając zaledwie siedem lat ślubowała dziewictwo. Z hagiografii dowiadujemy się, że niejednokrotnie podczas modlitwy, w ekstazie widziała Chrystusa, dającego jej wybór: woli nosić koronę cierniową w życiu doczesnym czy wiecznym? Katarzyna wolała przeżywać męki na ziemi. Podczas jednego z widzeń dowiedziała się, że zostanie stygmatyczką, przy czym poprosiła Chrystusa, aby stygmaty były wewnętrzne i nie było widać ran. Spełnienie tej prośby zaowocowało po jej śmierci konfliktami dotyczących przedstawień świętej. Przez długi okres panował zakaz malowania stygmatów jako atrybutu Katarzyny. Malarze mieli jednak do wyboru szereg innych: habit zakonu dominikańskiego, lilię, krzyż, koronę cierniową, książkę, pierścień, serce, pióro, koperty, zwoje, gołębia nad głową. Według Marii A. Mongini, badającej rozwój kultu i ikonografii św. Katarzyny ze Sieny w Polsce, ich wielość „odzwierciedla szczególne bogactwo życia mistycznego św. Katarzyny oraz złożony charakter jej misji nauczania, misji kościelnej, społecznej i charytatywnej”4. Jako że jedyną różnicą pomiędzy obrazami, przywołaną przez Kmicica, jest ten niesforny kosmyk, możemy założyć, iż na borowskim tak samo jak na oryginale spod pędzla Andrea Vanniniego występują te same atrybuty: habit, lilia i stygmaty, symbolizujące kolejno przynależność do danego zakonu, dziewiczą czystość oraz świętość. Cechy te już w pewien sposób określają adresatkę słów Andrzeja oraz rzucają światło na jego stosunek do ukochanej, traktuje ją z szacunkiem, wręcz ubóstwia, przy czym stawia na tak wysokim piedestale, że staje się dla niego niedostępna. Jeszcze więcej dowiemy się, sprawdzając, jakie role społeczne kobiety pełniły w średniowieczu. Janina Gilewska-Dubis5 w artykule na ten temat nie daje jednolitego modelu kobiety tej epoki, uważa wręcz, że na podstawie zebranych przez nią źródeł jest to niemożliwe. Od II wieku n.e. do szeregu rozmaitych wizerunków dołączyły święte,

literacka

męczennice, mistyczki i ascetki. W okresie średniowiecza dziewczynom wybierano tylko dwie drogi: małżeństwo lub klasztor. Z jednej strony przybrany habit miał podkreślać pokorę, prostotę i ubóstwo mniszek, z drugiej wstępując do klasztoru należało wnieść ze sobą wysoki posag. Klasztor był nie tylko miejscem schronienia przed niechcianym małżeństwem, lecz także kształcenia się, rozwoju duchowego, pracy i skupienia. Te wszystkie informacje ukazują, kim była, a może raczej jakie wzorce spełniała św. Katarzyna Sieneńska, czyli oryginał miłości Kmicica do „Catherine”. Nie łączy się ona w żaden sposób z popularnymi wyobrażeniami o współczesnej kobiecości w kulturze zachodnioeuropejskiej, gdzie do czynienia mamy z dwoma obliczami: uważa się, że kobieta została stworzona po to, aby „wyglądać” (stąd odpowiedni makijaż, ubiór), a jednocześnie po to, by wykonywać pewne czynności, najczęściej domowe6. W społeczeństwach tradycyjnych przypisuje się jej takie cechy: opiekuńcza, zajmuje się dziećmi, podporządkowana mężowi, kucharka, sprzątaczka, kura domowa, uzależniona od rodziny, a jej ambitniejszym zadaniem jest nauczenie dzieci szacunku dla tradycji i wartości7. Janina Radziszewska, opisując przekształcenia wzorca współczesnej kobiety, stwierdza, że „W momencie, gdy mężczyzna przestał dominować ekonomicznie nad kobietą, kobiety zaczęły – przez symboliczne zrzucenie gorsetu – wchodzić na tereny zarezerwowane dla mężczyzn. (…) Te czasy, w których kobiety kojarzono przede wszystkim z siedzeniem w domu i opiekowaniem się dziećmi, odchodzą więc powoli do przeszłości. Stopniowo zacierają się różnice między aspiracjami i dążeniami współczesnych Polek i Polaków (…)”8. Przekształcenia doprowadziły do tego, ze pojawiła się kobieta sukcesu – wykształcona, aktywna i pracująca zawodowo, lecz starająca się pogodzić z tym kwestię macierzyństwa czy obowiązki domowe. Do tego wzorca współczesnej kobiety pasuje adorowana przez Kmicica aptekarka. Każdy sygnał zainteresowania od aptekarki tylko wzmacnia wyobrażenie na jej temat, a wręcz upewnia bohatera w przekonaniu, że jest realizacją ideału. W związku z tym Andrzej oddaje się kolejnym marzeniom, nie mającym szans na ziszczenie. Kierując się myślą Baudrillarda dotyczącą hiperrzeczywistości, możemy stwierdzić, że aptekarka jest dla bohatera symulakrem kobiety idealnej, w której wzorcu mieści się zarówno św. Katarzyna, jak i Catherine Deneuve. Kmicic nie dostrzega różnicy, jaka zachodzi pomiędzy tymi kobietami, stworzone w jego umyśle wyobrażenia na temat każdej z nich pokrywają się, a następnie zostają przeniesione na aptekarkę. W rezultacie nie ma znaczenia, kim jest ani jaka jest, ponieważ bohater nie potrafi odróżnić swoich wyobrażeń od realnej kobiety9. Dodatkowo sprawę komplikuje sama Catherine Deneuve, aktorka urodzona w latach 40. XX wieku, zwana pierwszą damą francuskiego kina. Nie ma ona nic wspólnego z gwiazdami post-ludzkimi czy instant. Owszem zrobiła karierę kosztem drobnej metamorfozy, jednak nie możemy tu mówić ani o sztucznej tożsamości i ciele, ani o tym, że jej wizerunek był odpowiedzią na komercyjne zapotrzebowanie społeczne. Stworzyła go raczej z faktów mieszczących się w jej biografii oraz z rozmaitych ról, w które wcielała się w poszczególnych filmach. W głównej mierze to drugi element przyczynił się do złożoności problemu, jaki powstał w chorym umyśle Kmicica, co obrazuje rozmowa z synem. Podczas niej Karol próbuje dowiedzieć się, w kim podkochuje się ojciec: „Czy w tej śpiewającej dziewczynie z Cherbourga – która zaszła w ciążę z mechanikiem samochodowym – ale wyszła za jubilera, bo chłopak przestał pisać do niej listy z wojska? A może w tancerce z Rochefort? A może w tej zimnej i wyuzdanej mężatce z „Piękności dnia”? A może w tej cudownej białej dziewicy z „Pamiętnika cnotliwego młodzieńca”? A może w zalęknionej ślicznej

morderczyni ze wstrętu?” [ s. 93] Jednak Kmicic nie rozumie pytania, ponieważ według niego każda z tych ról musiała w niej być, była jej cząstką. Bohater utożsamiał postaci wymyślone przez scenarzystów i reżyserów z samą Deneuve, przypisując jej wybrane cechy. Na podstawie filmów stworzył obraz kobiety „głębszej i mądrzejszej od nas, ludzi banalnych”, która „rozszyfrowała blichtr i obłudę i skazana na poszukiwanie sensu, prędko przebijała się przez słoje fałszu ku rdzeniowi prawdy” [s. 120]. W zasadzie każde postępowanie aktorki bohater tłumaczył na jej korzyść, nie zauważając, że konsekwentnie budowała swój image, aby przebić się w filmowym świecie. Karol, próbując ją zdyskredytować w oczach ojca, powoływał się na książkę ze wspomnieniami Rogera Vadima dotyczącymi m.in. Deneuve („to było chytre ziółko od małego. (…) Ojciec, twoja Catherine poszła z Vadimem do łóżka po pierwszej randce. Miała lat siedemnaście!” [s. 117]) czy na prasowe artykuły („Twoja święta umoczona jest w aferze, reklamowała jakąś francusko-algierską telewizję, która była tak zwaną pralnią” [s. 117]). Nic jednak nie zaburzyło obrazu Catherine w wyobraźni Andrzeja – ona była bardziej realna od tej rzeczywistej, ba! dla bohatera tylko ta wyobrażona była rzeczywista, a żadna inna nie istniała. Możemy ją przyrównać do opisywanej przez Baudrillarda Ameryki, która jest hiperrzeczywista, ponieważ „powstała jako od początku urzeczywistniona utopia”10. Catherine, od pierwszego obejrzanego z nią filmu, w umyśle Kmicica tworzona była jako człowiecza utopia, czyli osoba idealna. Tak ujęty problem wkracza poniekąd na teren zjawiska, jakim jest idol – bożyszcza, którego obraz budujemy w oparciu o informacje zebrane z mediów. Otoczony kultem przypomina osoby boskie lub świętych. Przyczynę popularności gwiazd odkrywa Baudrillard, określając czym dla swoich fanów jest idol: „jest jedynie czystym, udzielającym się wszystkim obrazem, brutalnie zrealizowanym ideałem”, a także „bezpośrednią widzialnością pragnienia”11. 4. Z powyższych rozważań wynika, że bohater kocha się nie w człowieku, lecz w pewnej idei, składającej się z odmiennych cech. Ponadto święta, aktorka i aptekarka diametralnie różniąc się od siebie, ukazują jak na przestrzeni wieków zmieniały się role kobiet oraz kanon kobiecego piękna. Co więcej, nie można pominąć faktu, że nowe warianty pojawiały się i wypierały stare wraz z pojawieniem się nowych środków przekazu, będąc od nich w pewien sposób uzależnione. Rozpowszechnianie wzorca świętej przypisujemy malarstwu i przekazom ustnym, aktorki filmom, telewizji i kolorowym magazynom, a kobiety tradycyjnej – całej kulturze popularnej operującej stereotypami.

J. Baudrillarda, Ameryka, Warszawa 2011, s. 128. A. Ognowska, Przemoc ikoniczna, Zarys wykładu, Kraków 2004, s. 5. Tamże, s. 5. M.A. Mongini, Rozwój kultu i ikonografii św. Katarzyny ze Sieny w Polsce, Lublin 2006, s. 16. 5. J. Gilewska-Dubis, Kobieta w średniowiecznej Polsce w historiografii polskiej od połowy XIX do przełomu XX i XXI wieku, w: Oczekiwania kobiet wobec kobiet, pod red. B. Płonki-Syroki, Warszawa 2007, s. 205–250. 6. M. Gimbut, Przetłumaczyć i zrozumieć. Wzór kobiecości – perspektywa antropologiczna, w: Oczekiwania kobiet…, s. 359. 7. J. Radziszewska, Matka Polka – ideał wiecznie żywy?, w: Oczekiwania kobiet…, s. 466. 8. Tamże, s. 467. 9. Definiując społeczeństwo hiperrealistyczne, Baudrillarda stwierdza, że występuje ono wtedy, gdy rzeczywistość jest nieodróżnialna od modelu, J. Baudrillarda, Koniec panoptykonu, w: tegoż, Symulakry i symulacja, Warszawa 2005, s. 41. 10. J. Baudrillarda, Ameryka,…, s. 38. 11. Tamże, s. 70. 1. 2. 3. 4.


26

ton

Felieton Naczelnego

#05

Linttnernotatki

Wyrwane z terminarza oraz kontekstu 15.01.14. Gdyby obudzić śpiącego snem wiecznym Jana Van Eycka i dać mu chwile czasu na orientację w dzisiejszym świecie sztuki, wkładając mu dodatkowo w dłonie odpowiednie periodyki na wspomniany temat. Okazałby się niezłym ziomem i z pewnością odpowiedziałby na moje pytanie dotyczące dzisiejszego malarstwa tak: „Dla mnie twórczość musi być osobna. Może być wtórna naiwna, lecz osobna i przez to ma szanse na bycie prawdziwą. Zwłaszcza, że nie mam pewności, co do istnienia wtórności. Naiwność, natomiast dziś może być opozycją współczesnych trendów, które tak się nabzdyczyły wobec bycia banalnym, że usztywniły się do granic możliwości. Owa prawdziwość musi być przekonaniem instynktownym, więc to, co mówię ma charakter indywidualnego spojrzenia, zresztą

innego sobie w tym przypadku nie wyobrażam. Osobność rozumiem jako odrębną specyfikę pozbawiona [na ile, to możliwe] zbędnych powiązań i  współzależności, a więc niepotrzebnych kompromisów. Jako że dzięki technologicznym udogodnieniom artystyczna twórczość odrzuciła [bo tak wygodnie] warsztat, stała się technologicznie powszechna, a więc zarazem masowa i  pozbawiona indywidualności w kontekście warsztatowym. Tą indywidualność zamieniła na indywidualność [treści] ideologiczną. Tutaj zachwiana jest równowaga między treścią i formą. Coś, co kiedyś byłoby uznane za dyletanctwo i warsztatową niezręczność, dziś jest wystarczającą formą traktowaną jako kanon i zupełnie zadowalającą sprawność. W świadomość ludzi, którzy czują się poważnymi oceniaczami sztuki ta podmalówkowa nieporadność stała się dawno wirtuozerią. Zastanówmy się czy czasem nie staliśmy się oszukani przez tendencje i mody. Ilu młodych ludzi rodząc się w takich warunkach staje się artystami wierzącymi w ideały, które mogą okazać się puste. A też w ilu z nich pompowało się przekonanie o ich wyjątkowości, a potem szukało się nowych, niby zdolniejszych. Bo tendencja ogólnie jest taka, iż szuka się młodych, ci co bardziej zorientowani, zostają w środowisku panicznie szukając oryginalnych potwierdzeń swojego talentu, inni odchodzą przez sztukę skrzywdzeni [lub nie]. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że najczęściej wszystko dzieje się z powodu pieniędzy i z takich też pobudek ogłasza się społeczeństwu nowych artystycznych idoli. Mówi się też, że sztuką stanie się to, co przetrwa setki lat, lecz nie mówi się, że po pierwsze kogo obchodzi co stanie się kiedyś, a po drugie, co bardzo istotne, czas zmienia swoje oblicze za sprawą wielu czynników

i to, co dziś jest prawdą, kiedyś może być zwykłym kłamstwem. W tej materii szczególnie nie ma sprawiedliwości, a jako że jej granice i prawa są płynne, daje ona tym samym pole do popisu wszelakim szarlatanom. Przez to na pewno jest ciekawa i zwodzi tyle czystych dusz mamionych tym, co ukrywać może się pod terminem sztuka. Co trzeba sobie powiedzieć, że drogi artystycznych wyborów bywają fascynujące i ciężko się od nich oderwać. Ale na pewno warto zdawać sobie sprawę z ogromu zagadnienia, a nie tylko z jej wycinka. Przecież od dawien dawna łamano sobie głowy jaką barwą pędzel ubabrać i jak go ustawić aby odpowiednią plamę stworzyć. Nie po to tylu znakomitych mistrzów zastanawiało się nad najmniejszym śladem aby po latach ktoś palnął, iż najlepszą wystawą ubiegłego roku w “Rondzie Sztuki” był pokaz Elsnera. Bo tak nie jest, to nie matematyka, gdzie 2 i 2 powinno dać 4 [choć i tu nie mam pewności]. Chodzi jedynie o szersze spojrzenie, a nie zamykanie się w grupach mających prawo do ferowania wyroków. Ja wiem, że każdy chce mieć swoje zdanie, ale też wiem, że ten kraj pełny jest ludzi, co lepiej wiedzą i dlatego pełny jest jadu. My musimy widzieć więcej, bo inaczej zawsze będziemy krótkowzrocznym zaściankiem. Widzieć, nie wiedzieć, ponieważ wiedza w świecie sztuki zapisana jest w innym wymiarze, a sprowadzanie jej na nasze przyziemne realia staje się zwykle klęską. Gdy dokładnie spojrzy się wokół siebie. zauważyć można tysiące ciekawszych, bo prawdziwszych zdarzeń performatywnych, niż te dziejące się w galeriach. Ja nie staram się pouczać, ja tylko próbuje sam sobie uzasadnić swoją dezorientację. To jedynie kilka słów wobec nadmiernej pewności siebie, będącej [jak sądzę

nie tylko w tym przypadku] zawężeniem pola i spłyceniem powodowanym własnym interesem. 17.01.14. Znowu nie dostałem paszportu polityki, tylko ktoś inny, to już jest prawdziwy pech. W tamtym roku cały mój problem polegał na tym, że wybrali artystkę, która obierała ziemniaki w „Zachęcie”, a ja tym czasem byłem naprawdę blisko, bo równorzędnie [co za zbieg okoliczności] obierałem cebulę w „,Kronice”, a właściwie nie daleko „Kroniki”. Znowu po prostu, jak zwykle zostałem niezauważony. Być może za bardzo się podczas tego projektu mazgaiłem, przybierając wstrętne oblicze, co mogło krytykę wyczuloną na wszelaką estetykę odstraszyć od mojej artystycznej postawy. Muszę przyznać, że w tym roku byłem nieco dalej od laureatki, bo kierując się chytrymi chęciami dalej obierałem, gdzie tylko się da. Tym razem wszelkie warzywa i owoce. A tu proszę, kapituła zupełnie trzeźwo spojrzała na nominacje i choć pod uwagę jedynie brani są twórcy wystawiający wcześniej w „Rastrze” i „Zachęcie”, wybrała zaskakująco. Tak naprawdę, ta decyzja stwarza mi problem kolejny, bo nie wiem jak w tym roku się artystycznie ułożyć. Od obierania mam już odciski, zresztą, to raczej nie ma sensu, chyba że takie skrobanie bulwy uda mi się podciągnąć pod stałe performatywne odmierzanie naszego czasu. Chyba wyrobię sobie taki paszport na lewo, tak jak zrobiłem z prawem jazdy, odebranym za pijackie ekscesy. A może od razu załatwię sobie „Róże Gali”, bo tego raczej tez nie dostanę. /Maciej Linttner/

Śp. VIOLETTA SAJKIEWICZ Z wielkim smutkiem zawiadamiamy o śmierci pedagog Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, dr Violetty Sajkiewicz. Cała społeczność akademicka składa wyrazy współczucia rodzinie oraz bliskim. Violetta Sajkiewicz prowadziła zajęcia w zakresie estetyki, krytyki artystycznej oraz zagadnień współczesnej sztuki i designu. Była cenionym teatrologiem oraz krytykiem sztuki, znanym z prac naukowych, poświęconych sztuce współczesnej. Zatrudniona na stanowisku adiunkta w Zakładzie Teorii i Historii Sztuki ASP w Katowicach oraz Instytucie Nauk o Kulturze Uniwersytetu Śląskiego. Pełniła funkcję Przewodniczącej Rady Programowej Galerii ASP w Katowicach Rondo Sztuki, była członkiem Rady Wydziału Artystycznego, założycielką i redaktorem naczelnym internetowego dwutygodnika kulturalnego artPAPIER, współredagowała Tubę – czasopismo artystyczne Wydziału Artystycznego.


DNI OT WARTE ASP W K ATOWICACH 2014 warsztat y, konsultacje, w ykłady, warsztat y dla dzieci – www.asp.katowice.pl

projektowanie graficzne 19.02 10.00–12.00

Warsztaty filmowe Hollywood jak to działa?

19.02

▸ Działania multimedialne – prof. Marian Oslislo, Krzysztof Zygalski

10.00–12.00

Warsztaty z animacji After Efects

19.02

▸ Animacja i interakcja – asyst. mgr Marcin Nowrotek

10.00–12.00

Warsztaty projektowania znaków

19.02

▸ Podstawy projektowania – st. wykł. kw.I st. Justyna Szklarczyk-Lauer

13.00–15.00

Wizualne kalambury

19.02

▸ Podstawy projektowania – st. wykł. kw.I st. Justyna Szklarczyk-Lauer

15.00–16.00

19/20.02

▸ w czwartek 20 lutego – prezentacja prac studentów realizowanych w pracowni

11.00

Pracownia Druku Wypukłego – warsztaty

19/20.02

▸ warsztaty w technice linorytu

9.00–17.00

Pracownia Sitodruku – spotkanie i warsztaty

19/20.02

▸ spotkanie z pedagogami, możliwość poznania warsztatu i przyglądnięcia się pracy studentów.

10.00–14.00

Pracownia Intermediów i Technik Cyfrowych – warsztaty

19/20.02

sala 102

sala 105

sala 202

▸ mapping na żywo

/ Koszarowa 19

▸ Pracownia Fotografii – ad. dr Piotr Muschalik

/ Koszarowa 19

Pracownia Druku Wklęsłego – warsztaty i wykład

warsztat y i w ykłady dla osób niepełnosprawnych

Warsztaty fotograficzne z technik portretowych

grafika warsztatowa

sala 305

sala 007

sala 208

sala 308

sala 308

Pracownia Grafiki Cyfrowej – warsztaty

19/20.02

▸ tworzenie wielkoformatowego wydruku

8.00–11.00

Pracownia rysunku 1 roku – warsztaty i konsultacje

19.02

▸ rysunek modela

11.00–15.00

Pracownia Interpretacje Literatury – spotkanie

19/20.02

sala 301

sala 103

▸ prezentacja i omówienie prac studentów – filmy wideo, instalacje, prace konceptualne i inne

Pracownia Grafiki Książki

sala 204

19/20.02

▸ wykład i prezentacja prac

10,.00, 13.00, 15.00.

Pracownia Działań Multigraficznych

19/20.02

▸ akcja Rejestrator

10.00–14.00

Powarsztatowa wystawa fotograficzna

19/20.02

▸ wernisaż 18 lutego 2014 r. godz. 12.00

sala 203

sala 401

sala 401 sala 305

Warsztaty z edycji dźwięku

19.02

▸ Jacek Latoń

13.00–15.00

Warsztaty z projektowania stron www

19.02

▸ Publikacje cyfrowe – ad. dr Dawid Korzekwa

16.00–18.00

Warsztaty z kompozycji przedstawiającej i nieprzedstawiającej

20.02

▸ Pracownia Działań Ogólnoplastycznych – prof. Stefan Speil, ad. dr Magdalena Nazarkiewicz, asyst. mgr Zofia Oslislo-Piekarska,

10.00–12.00, 12.00–14.00

Warsztaty z technik mappingu Mapping i wszystko gra!

20.02

▸ Działania Multimedialne – ad. dr Ksawery Kaliski, asyst. mgr Piotr Ceglarek

10.00–12.00

Warsztaty z animacji i interakcji Od zera do bohatera

20.02

▸ Animacja i Interakcja – kw. II st. Bogdan Król, prof. ASP, asyst. mgr Michał Meiser

Projekcja filmu i prezentacja prac ▸ Pracownia Grafiki Edytorskiej

10.00–12.00

sala 007

/ Dąbrówki 9 sala 208

sala 308

sala 008

sala 208

19/20.02 12.00, 13.00, 14.00

sala 211

wzornictwo / Raciborska 37

19.02 10.00–12.00

Warsztaty kompozycyjne + wykłady ▸ wykłady na temat pracowni i druku offsetowego – Pracownia Projektowania Alternatywnego Prowadzące – studentka Weronika Banik, studentka Dobrosława Rurańska

19.02 12.00–14.00

sala 204

Warsztaty sztuk wizualnych + konsultacje prac

19.02

▸ Pracownia Sztuk Wizualnych – dr hab. Adam Pociecha, prof. asp, dr Zbigniew Furgaliński

10.00–14.00

sala 201 202, 203

Mixujemy – kolorujemy – warsztaty dla dzieci

19.02

▸ Projektowanie Kolorystki – dr Anna Kmita

10.00–14.00

Użytkownik, użyteczność, podróż i serwis www

19.02

▸ Zakład Badań Wizualnych i Interakcji – asyst. mgr Marta Więckowska

11.00–13.00

Wizualizacja prostych obiektów – warsztaty ▸ Rysunek Prezentacyjny – dr Damian Pietrek, dr Piotr Bąk

Opakowanie produktu jako wyzwanie projektowe ▸ Pracownia Projektowania Produktu – mgr Małgorzata Tatoj, mgr Justyna Szulc

sala 106

sala 206

20.02 10.00–12.00 12.00–14.00

sala 103a

20.02 10.00–12.00 12.00–14.00

malarstwo

sala 106

Warsztaty rysunkowe i malarskie

19/20.02

▸ rysunek i malarstwo z modela i martwej natury

9.00–16.00

Wykład i warsztaty scenograficzne

19/20.02

▸ Podstawy Scenografii i Działań Performatywnych, adj. dr Katarzyna Sobańska-Strzałkowska, adj. dr Marcel Sławiński

9.00–16.00

Warsztaty pozłotnictwa

19.02

▸ wykł. Agnieszka Trzos, asyst. Krzysztof Rzeźniczek – Pracownia Technologii Malarstwa

10.00–12.00

Prezentacja Katedry Malarstwa

19/20.02

▸ krótki materiał filmowy przedstawi: specyfikę kierunku, sukcesy naszych studentów i absolwentów, istotne inicjatywy i wydarzenia

9.00–16.00

Pracownia Rysunku – wykład i prezentacja

19.02

▸ Wierni i niewierni wobec natury – Pracownia Rysunku prof. Antoniego Kowalskiego

11.00–12.00

Konsultacje prac i teczek kandydatów

19/20.02

▸ indywidualne rozmowy, omówienie prac

9.00–16.00

Pracownia Malarstwa – wykład i prezentacja

20.02

▸ prof. Andrztej Tobis, adj.dr Dominika Kowynia Co to jest malarstwo? (jedno pytanie – wiele odpowiedzi)

10.00–11.00

sala 12,14 15, 21

sala 22 poddasze sala 02 piwnica

sala 18

sala 22 korytarz na parterze

sala 22

Pracownia Działań Interdyscyplinarnych – wykład i prezentacja 20.02 ▸ adj.dr Lesław Tetla, adj. dr Paweł Mendrek, asyst. Joanna Zdzienicka – Międzyprzestrzenie sztuki

12.00–13.00

Prezentacja Pracowni Kompozycji

19/20.02

▸ adj. dr Małgorzata Rozenau, przybliżenie zagadnień kompozycji pod kątem egzaminów wstępnych

9.30–10.00

Wystawa

19/20.02

▸ wystawa prac studentów na korytarzach budynku przy Dąbrówki 9

Zapraszamy na wykłady, wystawy, spotkania, prezentacje pracowni i konsultacje prac kandydatów 19–20 lutego 2014, godz: 10:00–17:00 Liczba miejsc na warsztatach ograniczona. Kontakt: Rzecznik prasowy ASP w Katowicach Adrian Urbanek, aurbanek@asp.katowice.pl, tel. 662 722 375

sala 22

sala 26

korytarz



Tuba #6