Page 1

Uniwersytetu Rolniczego

Mistrz nauk rolniczych Fenomenalny inicjator szkoły agronomicznej zapoczątkował rozwój nauk rolniczych na naszej Uczelni i w Polsce.

Diana Drobniak

Ilekroć sprawdzam swój plan zajęć w USOS-ie, tyle razy informuje mnie on, że zajęcia odbywają się w Budynku Godlewskiego. Gdyby nie możliwość sprawdzenia dokładnego adresu, myślę, że nadal stałabym na Alejach i próbowała się zdecydować, który to budynek „z fontanną” – czy ten, obok którego większość mieszkańców Krakowa przechodzi obojętnie? Stary, klasyczny, wzniesiony na początku XX w. gmach – oto miejsce naszego Godlewskiego Emila (warto dodać, że seniora). Skoro już wiemy, który to budynek, nurtuje mnie teraz kwestia: skąd ta nazwa? Co takiego zrobił ten człowiek, że jego nazwiskiem nazwano siedzibę Rektorów UR i miejsce Wydziału Rolniczo-Ekonomicznego? Skorzystałam z zasobów Internetu i okazało się, że nasz bohater to botanik, chemik i fizjolog w jednym. Prof. Godlewski ukończył Uniwersytet Jagielloński i to z jego ramienia został dyrektorem Studium Rolniczego w 1892 r. (jak zapewne pamiętamy, UR był kiedyś wydziałem UJ). Swój urząd sprawował przez 16 lat! A budynek, w którym uczą się studenci Wydziału Rolniczo-Ekonomicznego powstał właśnie dzięki

jego staraniom. Jednak by dowiedzieć się czegoś więcej, należy sięgnąć do lepszych źródeł niż sieć internetowa…

Pedagog idealny Prof. Emil Godlewski być może nie był odkrywcą spektakularnych zjawisk w przyrodzie, ale dla nas, studentów UR, znawców swego fachu, jego odkrycia budzą podziw. Po szczeblach swojej kariery naukowej piął się z łatwością i szybko stał się profesorem, uznanym fizjologiem i prekursorem chemii rolnej (ukochał swoją Katedrę Chemii Rolnej, którą stworzył i niepodzielnie rządził przez 30 lat), a także uwielbianym wykładowcą. Miał niezwykły dar do przekazywania swoim studentom skomplikowanej wiedzy biologicznej w sposób prosty i klarowny. A oni go za to kochali. Dowodem może być fakt, iż podczas strajku akademickiego w Wyższej Szkole Rolniczej w Dublanach, studenci spod bojkotu wyjęli jedynie jego wykłady. Prelekcje Godlewskiego, oprócz tego, że były ciekawe, to wydały plony – jego uczniowie to wybitni fizjolodzy, mikrobiolodzy i chemicy rolni. Jak pisał o nim jego uczeń, prof. Vorbrodt Godlewski miał „nadzwyczajny talent pedagogiczny, niezwykłą umiejętność zachęcania do pracy naukowej i wprowadzania w nią”. Ach, gdzie ci nauczyciele?

Geniusz w prostocie Jeśli chodzi o jego dorobek naukowy to zasłynął nim nawet za granicą. Swoimi odkryciami dał podwaliny pod nauczanie chemii rolnej, udowadI

niał tezy wielkich naukowców, obalał liczne postulaty innych fizjologów, wyszukiwał potwierdzenia dla wielu zjawisk biologicznych. Swoje liczne doświadczenia przeprowadzał w nader skromnym laboratorium (inni naukowcy aż się dziwili, że w takich warunkach można pracować!). Jego badania cechowała staranność, dowodzenie ich słuszności za pomocą wszelkich metod, wywracanie zjawisk przyrodniczych na drugą stronę, a przede wszystkim praktyczne zastosowanie wyników, zwłaszcza w rolnictwie. Był genialny w swej prostocie! Skonstruował nawet „aparat Godlewskiego” do prowadzenia badań nad oddychaniem roślin. Na szczególną uwagę zasługuje praca na temat składu chemicznego roślin uprawnych, wpływu nawożenia i wnioskowania, który ze składników pokarmowych znajduje się w glebie w niedostatecznej ilości. Dziś na zajęciach z chemii rolnej można prowadzić podobne doświadczenia.

Praktyk do potęgi „Był to rzadko spotykany typ wielkiego uczonego nie poprzestającego na rozwiązywaniu trudnych problemów naukowych, ale bacznie śledzący potrzeby życia praktycznego” – tak pisał o nim Vorbrodt. Utworzył liczne stacje botaniczno-rolnicze, zakłady doświadczalne i towarzystwa. Był człowiekiem wyjątkowo pracowitym (w ciągu 80 lat przerwę robił sobie tylko w wakacje, gdy odpoczywał nad polskim morzem), wytrwałym i sumiennym. Wręcz kryształowym! Gdy odszedł, jego przyjaciele pisali: „Zrozumieliśmy, że odszedł jeden z najwybitniejszych przedstawicieli nauki rolniczej, niezastąpiony nauczyciel i wychowawca wielu pokoleń”.

Uniwersytet Rolniczy


T R Y B Y

U R

My naprawdę studiowaliśmy Telefon na poczcie, ręczne kopiowanie notatek i brak Internetu. Z prof. Teofilem Łabzą, Dziekanem WRE o studiowaniu w latach 60-tych rozmawia Diana Drobniak. Zanim przekroczył Pan Profesor próg Wyższej Szkoły Rolniczej w 1965 roku, przyjechał Pan do Krakowa, by zdawać… – Egzaminy. Pamiętam, że zdawałało się matematykę, biologię i chemię do wyboru. Ale oprócz egzaminu pisemnego był też egzamin ustny. Były trudne? – Tak, były. Proszę pamiętać, że 20 lat po wojnie dostęp do studiów nie był tak łatwy jak obecnie. Na studia szli ludzie, którzy spełniali określone kryteria. Ale również liczba miejsc była ograniczona – na jedno miejsce na rolnictwie przypadało minimum trzech kandydatów. Nie było tak, jak teraz, że to uczelnie szukają kandydatów. Chyba wtedy nie mówiło się o czymś takim jak promocja uczelni? – Nie było to koniecznie, ponieważ uczelni było zdecydowanie mniej. Wydawano tylko informatory dla szkół średnich z opisem wydziałów na danej uczelni. Taki informator przeglądał każdy absolwent i na jego podstawie wybierał kierunek studiów. Kierunki nie dezaktualizowały się tak szybko jak dziś, gdy co chwilę tworzy się nowe, aby zachęcić do studiowania. Na przykład mój rocznik liczył ok. 230 osób i dopiero od trzeciego roku pewna grupa szła na specjalność ogrodniczą (nie było wtedy jeszcze Wydziału Ogrodniczego). Był to pierwszy rocznik, który posiadał jakąś specjalizację. Pochodzi Pan Profesor spoza Krakowa. Codzienne dojazdy na Uniwersytet Rolniczy

uczelnie były niemożliwe, więc zamieszkał Pan w akademiku. Czy możliwe jest porównanie obecnych domów studenckich z tymi sprzed 40 latu? – Mieszkałem w „Blokadzie” (obecnie akademik przy ul. Jabłonowskich). Warunki były znacznie gorsze od obecnych. Na piętrze były łaźnie do użytku publicznego, a w podziemiach miejsce do zbiorowej kąpieli. Ponadto nie były one dostępne codziennie. Mieliśmy pokoje wieleososobwe. Ja mieszkałem w „czwórce”, co dzisiaj jest nie do pomyślenia. Jednak na drugim roku znalazłem się w bardzo atrakcyjnym miejscu, czyli w Żaczku. Miały wtedy miejsce próby stworzenia koedukacyjnych akademików – próbowano wydzielać osobne piętra dla studentek, jednak studenci przemycali się nawzajem do pokoi obok portierów. Mimo trudnych warunków, wspominam ten okres jako najprzyjemniejszy w moim życiu. Chociaż w roku 1968 miały miejsce protesty, w których studenci brali czynny udział. Za karę wyrzucano nas na tydzień z akademika, brano na całonocne przesłuchania itp. Ale z reguły rektor wywalczał wolność dla swojego studenta. Co umożliwiał akademik? – Prawdziwe studiowanie. W tamtych czasach dostęp do materiałów, wiedzy był ograniczony. Czerpaliśmy ją jedynie z książek i notatek z wykładów. Akademik miał tę zaletę, że gdy na początku semestru dowiadywaliśmy się, jaki skrypt jest potrzebny na zajęcia, to przed biblioteką tworzyły się kilometrowe kolejki, by wypożyczyć książkę. Ci szczęśliwcy, którzy zdobyli książki, byli w akademiku bardzo ważnymi personami, bo od nich można było pożyczyć skrypt. Często wypożyczało się go od kogoś na zasadzie: „Będziesz miał dzisiaj w nocy II II

wolną książkę? Będę miał. O której mam przyjść?” i brało się na godzinę lub dwie i tak się uczyliśmy. Nie było dostępu do ksera! Tylko własne notatki z wykładów (osoba, która posiadała wszystkie, również była popularna w społeczeństwie akademikowym) przepisane ręcznie dawały podstawę do zdawania egzaminów.

Życie kulturalne było chyba aktywniejsze. Mieliśmy dużo możliwości, ale bardzo małe fundusze. Wierzcie mi, wyjście do pubu było wydarzeniem bardzo ważnym, bo miało miejsce tylko raz w roku! Ale dzisiaj też się pożycza notatki. – Tak, ale dziś się je skseruje, postawi koledze piwo i tyle. Wtedy, nasze studiowanie polegało na tym, że siedziałem nad tą pożyczoną na dwie godziny książką, chłonąłem wiedzę, bo chciałem i musiałem. Z drugiej jednak strony wy macie teraz więcej do nauki. Gdyby porównać mój indeks z waszym, widać dużą różnicę między liczbą zajęć i wykładowców. Niektóre przedmioty trwały kilka semestrów. Wy macie dużo takich „przedmiocików” i kilku prowadzących jeden przedmiot. A jak wyglądała komunikacja? My mamy do dyspozycji smsy, fora internetowe, Facebooka. Wielu z nas o kolokwium dowiaduje się z Internetu. Ja sobie nie wyobrażam życia TRYBY nr 2/2011


T R Y B Y

bez tych technologii. Jak za czasów Pana Profesora dawano sobie z tym radę? – Dokładną informację można było uzyskać od starostów i opiekunów grup, gdyż ta funkcja prężnie działała. Po drugie, nikt nie studiował dwóch kierunków, więc frekwencja na zajęciach była naprawdę wysoka. Stąd wiadomości były przekazywane na bieżąco. Zresztą, relacja student – wykładowca była wtedy kompletnie inna niż teraz. Jaka jest teraz ta relacja? – Wy nie macie żadnych obiekcji, by zaczepić dziekana na korytarzu i o coś zapytać. Niedawno miałem nawet telefon od studentki z pytaniem: „Panie dziekanie, do kiedy chodzimy do szkoły przed Świętami?” (śmiech. Jak widać, nie macie oporu!

„Będziesz miał dzisiaj w nocy wolną książkę? Będę miał. O której mam przyjść?” – i brało się książkę na godzinę lub dwie i tak się uczyliśmy Wracając do młodości – surowo opowiada Pan Profesor o swoim studiowaniu… – Chcę wam pokazać różnicę między naszym studiowaniem, a waszym. My naprawdę studiowaliśmy! W tamtych czasach nie do pomyślenia było, by ktoś przyszedł do profesora i zapytał, z których rozdziałów z książki ma się uczyć! Podobnie nikt nie odważyłby się prosić wykładowcę o materiały pomocnicze, tak jak wy dzisiaj prosicie o kopie prezentacji. Wtedy to było nie do pomyślenia! A dzisiejsze pojęcie IIIIII

U R

o studiowaniu jest inne: „A, przeczytam od tej strony do tej i to wystarczy”. To widać na korytarzach. Każdy wertuje tylko notatki, a rzadko kto ma w ręku książkę. Potrafi Pan Profesor porównać studia w 1965 i2011? – Nie. Różnimy się tak bardzo postępem technologicznym, że nie da się tego porównywać. A życie kulturalne? – To piękne czasy prężnie działających kabaretów, licznych rajdów uczelnianych, Klubu Buda, Smolenia, Laskowika czy Skalnych. Życie kulturalne było chyba aktywniejsze. Mieliśmy dużo możliwości, ale bardzo małe fundusze. Wierzcie mi, wyjście do pubu było wydarzeniem bardzo ważnym, bo miało miejsce tylko raz w roku!

Uniwersytet Rolniczy


T R Y B Y

U R

Siedemdziesiąt pięć gardeł Nauka śpiewu pod okiem profesjonalnego dyrygenta to zamiana „duszenia kota” na piękny koncert dla duszy.

Tomasz Wierzbicki

Tajemniczy, a nawet groteskowy, nikomu bliżej nieznany budynek przy al. 29 listopada, pomiędzy Wydziałem Leśnym a Ogrodniczym, kryje siedzibę wciąż mało znanej organizacji. Niejeden student mógłby pomyśleć, że to opuszczona stołówka, warsztat czy magazyn, tymczasem rzeczywistość jest inna. Chór Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie – oto oficjalna nazwa znajdującej się tam „kuźnicy talentów wokalnych”. Przeszło siedemdziesiąt pięć gardeł śpiewających jedną pieśń to widowisko możliwe do zobaczenia nie tylko w kościele podczas niedzielnego nabożeństwa, ale także podczas występu chóru naszej uczelni. Działając od 2003 r. rozwija on kulturę muzyczną studentów oraz talenty wokalistów.

Co w trawie piszczy

we, warsztaty i dwie płyty koncertowe. Nagrody i zwycięstwa w konkursach to rzecz prestiżowa i godna gratulacji, lecz oprócz tych działań chór realizuje swój program na corocznych wieczorach kolędowych uczelni, umilając studentom i pracownikom czas świąteczny. Cyklicznie uczestniczy również w akademickich koncertach kolęd w Krakowie oraz w wielu innych imprezach i wydarzeniach muzyczno-kulturalnych w okolicznościach, których nie sposób wymienić na stronach tego pisma. Chór pomaga osobom wykluczonym społecznie – w przededniu ubiegłych Świąt Bożego Narodzenia reprezentacja dała specjalny koncert dla podopiecznych Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej z rejonu Azorów w Krakowie.

„Dajcie tu jakąś muzyczkę” W repertuarze chóru znajdziemy utwory polskich kompozytorów: Góreckiego, Nowowiejskiego, Wacława z Szamotuł i wielu, wielu innych, utwory muzyki dawnej i współczesnej, chóralne aranżacje muzyki pop, a także gospel czy negro spirituals. Szcze-

gólnie godne polecenia jest wykonanie utworu „O ziemio polska” z muzyką Juliusza Łuciuka i słowami Jana Pawła II. Liczne utwory wykonywane na żywo można odnaleźć w popularnym serwisie internetowym z krótkimi filmami. Chór jest czterogłosowy mieszany, a nabór jest prowadzony na początku roku akademickiego. Chórzyści pochodzą z wszystkich wydziałów, często goszczą także studenci i absolwenci innych uczelni zarówno z kraju, jak i spoza granic Polski.

Bez batuty ani rusz Chórem naszej Uczelni dyryguje Joanna Gutowska-Kuźmicz, która jednocześnie pełni funkcję kierownika artystycznego, instruktorki emisji głosu, a w przeszłości była wokalistką wielu chórów. Jest to osoba niezwykle aktywna i uhonorowana wieloma nagrodami. Na stałe pracuje z trzema amatorskimi chórami w Krakowie. Próby odbywają się w roku akademickim przy al. 29 listopada 52 (sala w „dworku” na parterze) dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki od 19 do 21, a ćwiczenia z emisji głosu w środy i piątki. Szczegóły można uzyskać pisząc na adres e-mail: chorar.krakow@gmail.com oraz na stronie uczelni w zakładce „Organizacje”.

Przeszło siedemdziesiąt pięć gardeł śpiewających jedną pieśń to widowisko możliwe do zobaczenia nie tylko w kościele podczas niedzielnego nabożeństwa Uniwersytet Rolniczy

IV

TRYBY nr 2/2011

fot. Archiwum Chóru UR

Chór UR ma na swoim koncie liczne nagrody oraz wyróżnienia w konkursach i na festiwalach w kraju, a także zagranicą, liczne wyjazdy szkolenio-

UR - Tryby. Katolicki Miesięcznik Studencki  

Drugi numer Trybów. Katolicki Miesięcznik Studencki - wkładka Uniwersytetu Rolniczego - luty 2011