Issuu on Google+

Kraków, nr 3(21)/2013

marzec

ciało

ISSN: 2083-8948

– siedlisko grzechu czy świątynia ducha?


Kochany Pasterzu! Dziękujemy za encykliki Deus caritas est oraz Caritas in veritate. Dziękujemy za to, że przyjechałeś do Auschwitz-Birkenau, aby prosić Boga o łaskę pojednania. Dziękujemy za list do katolików w Irlandii na temat nadużyć seksualnych. Dziękujemy za spotkanie w Asyżu, na które po raz pierwszy zaprosiłeś agnostyków. Dziękujemy za beatyfikację naszego umiłowanego Jana Pawła II. Dziękujemy za trylogię Jezus z Nazaretu, doskonałą pożywkę dla naszych studenckich umysłów. Dziękujemy za kierowanie łodzią Piotrową w czasie prawdziwych sztormów. I dziękujemy też za rezygnację, pierwszą od kilkuset lat. Na koniec dałeś nam dobrą lekcję pokory. Nosimy w sercach Twoje sprawy. Zespół redakcyjny „Trybów”


od redakcji

Marzec 2013

Nie przepadałam kiedyś za tym oldskulowym wielkopostnym nabożeństwem. Denerwowały mnie język i zawodzące melodie. Mam na myśli Gorzkie żale, które powstały w XVIII w. i są „produktem” polskiej kultury i religijności. Uczestniczę w nich od zawsze, a dopiero w tym roku do mnie przemówiły. Może dlatego, że śpiewam je w większym niż dotychczas skupieniu i wyobrażam sobie historię, którą opowiadają? Widzę, jak bardzo cierpiał Boży Syn – niesprawiedliwie skazany, targany za włosy, ubiczowany, opluty, zraniony cierniem, nagi a potem ubrany jak pajac, żeby się wszyscy śmiali. I że umarł z miłości do człowieka, a miłość ta była ognista, gorąca, posłuszna. Epitety wzięte z oryginału. W tych dniach mocno przemawia do mnie jeden obraz. Chodzi mi ta myśl po głowie od rana do wieczora i jest niezwykle

natrętna. Mój Wielki Post ma w tym roku twarz św. Piotra. Ale nie tę twarz, kiedy Piotr zostawia wszystko i idzie za Jezusem albo kiedy zostaje pierwszym papieżem. Tę drugą twarz, gdy uczeń zapiera się Mistrza. Przecież to tak, jakby najbliższa mi na świecie osoba, za którą bez wahania oddałabym życie, powiedziała, że mnie nie zna. To tak, jakby mój mąż w towarzystwie obcych kobiet powiedział mi, żebym mu zeszła z oczu, że mnie nie kocha, a nasze małżeństwo to fikcja. To tak, jakby moja mama zaprzeczyła, że mnie wykarmiła i wychowała. I tak, jakby przyjaciółka opowiedziała obcym ludziom o moich najbardziej prywatnych i najtrudniejszych sprawach. Wszystko na raz. Czujecie to? Czy też macie ciarki na plecach? To by mnie zabiło. A Jezus to znosi. Z posłuszną, ognistą, gorącą miłością bierze krzyż i idzie. Nie zmarnujmy tego.

temat numeru:

ciało

4-8 Dusza i ciało – razem czy osobno? Zmartwychwstanie ciał... Prostytucja Pełnia ekspresji Bądź swoją najlepszą ozdobą! Współczesne science fiction

inżynier ducha św. Józef

9

rozmowa z charakterem dr Jerzy Kołodziej

10-11

encyklopedia wiary Niebo – wieczna nuda?

12

ona i on Autostradą do zaślubin

13

bł. ks. Jakub Alberione i jego dzieło 14-15 pro-life Młodzi obrońcy życia podnoszą głowy! Jeden z nas

16-17

portret Chcieć to móc

18

olimpiada sportów Zapasy

19

wokół nas Katolik w Wielkiej Brytanii

20

wokół nas Western o świętości recenzje

21

idźże, zróbże Fundacja Dr Clown

22-23

współpraca

Redaktor naczelny: Magdalena Guziak-Nowak Asystent kościelny: ks. Rafał Buzała Sekretarz redakcji: Agata Gołda Marketing: Marcin Nowak – promocja@e-tryby.pl Zespół redakcyjny: Magdalena Antkowiak, Michał Chudziński, Marta Czarny, Karolina Mazurkiewicz, Izabela J. Murzyn, Iwona Sidor, Dominik Sidor, Marek Soroczyński, Michał Wnęk Korekta: Maria Wyrwa DTP, foto: Marcin Nowak Okładka: Marcin Nowak Druk: Printgraph Brzesko

TRYBY NR 3(21)/2013

Adres redakcji: ul. Wiślna 12/7, 31-007 Kraków Data zamknięcia numeru: 5 marca 2013 r. Nakład: 7000 egz. Redakcja zastrzega sobie prawo  do skracania tekstów i zmiany tytułów. www.e-tryby.pl biuro@e-tryby.pl Wydawca: Orły Małopolski Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej

reklama

tel.: 784 902 140

3


4

te mat nu m eru >> Ciało

Dusza i ciało – razem czy osobno? Ciało bywa wielkie lub małe, zgrabne lub ociężałe, silne lub słabe. Tak wiele jest ciał, jak wielu jest ludzi – i każde jest inne. Każdy z nas może się pochwalić, że jest oryginałem, jakiego świat nie widział i już nigdy nie zobaczy. Tomasz Żmuda

Zapewnia nam to nasz unikalny kod genetyczny, który jest niepowtarzalny. Ale czy faktycznie nie jesteśmy w stanie znaleźć choćby jednego elementu wspólnego, który moglibyśmy wpisać w mianownik rodzaju ludzkiego? Odpowiedzi jest tak wiele, jak wiele jest przeróżnych filozofii i ideologii, które powstawały na przestrzeni wieków. Dla nas jako chrześcijan najbliższa jest myśl, że tak, owszem, jest coś, co nasze ciała łączy. Coś co czyni je sobie podobnymi – jest nim fakt, że są one mieszkaniem Ducha. No dobrze, ale co to jest za rodzaj ducha, można zapytać? Czy to jest Duch Tego, który stworzył nas na Swój obraz i podobieństwo, czy też może jest to nasza dusza, która po prostu zamieszkuje tymczasowo nasze ciało, czy też może jeszcze inny rodzaj ducha, np. naszych przodków? Aby wyjaśnić sobie tę sprawę, należałoby zrobić krótką wycieczkę historyczną, prześledzić, jak sprawy duszy i ciała miały się od starożytności aż do dzisiaj.

Platoński spadek I tak już starożytni Grecy zauważyli, że człowiek składa się z czegoś więcej niż tylko z ciała. Już Heraklit (to ten pan od słynnego powiedzenia „panta rhei” – wszystko płynie) zauważył, że człowiek posiada w sobie duszę, która jest przyczyną ciągłych zmian. Po nim przyszedł Platon, twierdząc, że zasadniczo człowiek jest cały duszą, która została zesłana do ciała w ramach kary za przewinienia, które mogła popełnić przebywając w świecie idei (czyli świecie realnym, prawdziwym; Platon wszystko, co się wiązało z ciałem, światem materialnym, uważał za nędzny cień świata idei). Nazwał on ciało grobem duszy, z którego może ona się wydostać jedynie poprzez cnotliwe życie. Teorię Platona poprawił jego uczeń Arystoteles, twierdząc, że dusza i ciało są ze sobą nierozerwalne, tworząc razem byt, jakim jest człowiek. I to właśnie dusza jest tym www.e-tryby.pl

elementem, który nadaje ciału kształt. Jest jego formą materialną, i jako taka powołuje ciało do życia, jest jego pierwszym aktem konstytuującym, organizatorką życia ciała człowieka. Z takim bagażem filozoficznym w temacie relacji duszy do ciała wszedł świat w erę chrześcijaństwa. I chociaż wydawałoby się, że to myśl Arystotelesa powinna być bliższa myśli chrześcijańskiej, to jednak na początku zwyciężyły teorie platońskie i to nimi właśnie posiłkowali się pierwsi myśliciele chrześcijańscy, tłumacząc relacje duszy i ciała w teologii chrześcijańskiej. Ten sposób myślenia zaciążył na myśli chrześcijańskiej na długie wieki i pomimo przełomu, jakiego dokonał św. Tomasz z Akwinu, pokutuje zasadniczo w naszym myśleniu aż do dziś. Bo czymże innym jest nasze przeciwstawianie zalet duszy wobec grzeszności ciała, aż do skrajności (niekiedy słyszymy, że są one wobec siebie nawet wrogie), jeśli nie powtarzaniem za Platonem.

Naturalna doskonałość Tymczasem oficjalna nauka Kościoła powtarza za świętym Tomaszem, że ciało i dusza są jednym (choć dusza istnieje także samodzielnie, sama w sobie). Ciało nie może istnieć bez duszy, a sensem istnienia duszy jest pobudzenie do życia ciała. Każda istniejąca rzecz w świecie składa się z dwóch elementów: istoty, która jest tej rzeczy (bytu) treścią oraz istnienia, które sprawia, że ta rzecz aktualnie istnieje. I tak też dusza jest niejako istnieniem człowieka. Dlatego wierzymy w ciała zmartwychwstanie, mimo że ono umiera na końcu naszego ziemskiego życia, to nie będziemy w Raju przebywać bez niego. Dlaczego? Ponieważ ciało jest treścią człowieka, jego istotą, tym co go określa, a jedyne czego mu brak to istnienie, które zapewnia mu dusza i uzupełnia treść ciała. To ona jest tą pierwotną energią, pierwot-

nym aktem stworzenia, który powołuje nas do życia w pełni. „Zaś dusza – skoro jest częścią ludzkiej natury – nie ma naturalnej doskonałości inaczej, jak tylko w złączeniu z ciałem” (św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, tom VII).

Jeden człowiek Chciejmy traktować siebie jako jedność duszy i ciała. Fałszywym wtedy staje się podział grzechów na grzechy ciała i grzechy duszy. Kiedy grzeszymy, to bierze w tym udział i ciało – które zazwyczaj bezpośrednio jest „umoczone” w grzechu – i nasz rozum, i nasza wola, i nasza dusza. Przecież nasze ciało nie może działać wbrew naszej woli i rozumowi. Jeśli ulegamy pokusom, to ulega im nie tylko


ciało, ale przede wszystkim rozum i wola. Czymże w takim razie jest umartwianie, które podejmujemy w Wielkim Poście? Bynajmniej nie tresurą ciała, lub nie daj Boże rodzajem zemsty na nim. Umartwianie jest treningiem woli i rozumu, tak aby posiadły stałą skłonność do czynienia dobra, czyli do życia cnotliwego. I jednocześnie wyrzekły się sięgania po dobro, które jest nam nienależne, co jest synonimem grzechu. Taki trening jest nieodzownym elementem naszego chrześcijańskiego życia. Sprawia, że utrzymujemy siebie w dobrej kondycji, dbamy o swoją cielesną oraz duchową higienę i zdrowie. A kiedy zdrowe jest ciało, to i zdrowa jest dusza, a kiedy dusza niedomaga, to niedomaga także ciało – wszak są one jednym człowiekiem.

Powołani przez Ducha Czyim więc mieszkaniem jest ciało? Już teraz możemy odpowiedzieć, że nie duszy, bo przecież ciało i dusza stanowią jedność i nie są ze sobą zespolone w zależności podległej. Toteż nie tyle ciało, co cały człowiek stanowi mieszkanie, świątynię Ducha Świętego, który zostaje nam dany przy chrzcie. Chrzest jest tym sakramentem, który powołuje nas na nowo do życia. I tak jak na początku naszego życia, przy poczęciu to dusza dana od Boga jest tym, co nas stwarza dla tego świata, tak przy chrzcie Duch nam dany powołuje nas do życia w społeczności świętych. Święty Paweł przyrównuje nasze życie do zawodów sportowych, w których jest nam dane wziąć udział. A przecież nie staje się do zawodów bez odpowiedniego treningu. Chciejmy więc podjąć wysiłek, rzucić wyzwanie swoim przyzwyczajeniom i żyć według powołania danego nam przez Ducha Świętego. Wtedy będziemy mogli powtórzyć za Apostołem Narodów: „w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4,7). TRYBY NR 3(21)/2013

Z mar twych wstanie ciał… Czyli czy w Niebie będę mieć zmarszczki i trądzik? Będę piękna i wiecznie młoda a może stara i brzydka? Beata Pochopień

Brzmi tajemniczo i nikt nie zaprzeczy, że jest inaczej. Kościół od wieków wyznaje wiarę w zmartwychwstanie Chrystusa i każdego człowieka. Pytanie o ludzkie powstanie z grobów intrygowało już wielkich myślicieli pierwszych wieków. Jedną z odpowiedzi znajdujemy u Ojców Kapadockich, a konkretnie u św. Grzegorza z Nyssy. W dialogu, jaki przeprowadza ze swoją siostrą Makryną o duszy i zmartwychwstaniu stwierdza, że ani późniejsze życie nie będzie podobne do obecnego, ani nasze ciała nie odrodzą się w wieku, w jakim umierały. Nie powstaną zatem niemowlęta, dzieci, młodzieńcy czy starcy, choć w przyszłym życiu nikogo takiego nie zabraknie. Byłoby „nędzą”, gdyby człowiek odradzał się np. w schorowanym czy zgarbionym ciele i niejeden z nas „porzuciłby nadzieje zmartwychwstania”. O samej naturze ludzkiej mówi zaś, że jest ona zmienna i każdego dnia, pomimo że zewnętrznie wyglądamy tak samo, jesteśmy kimś innym. W związku z powyższym, jedyna odpowiedź, jaka pada z ust Grzegorza na temat wyglądu naszego ciała po zmartwychwstaniu, sprowadza się do tego, że w tym właśnie momencie rozpoznamy siebie. „Zobaczymy siebie w sobie”. Każdy z nas rozpozna swoją tożsamość. Życie wieczne będzie kontynuacją życia doczesnego. Jeżeli ktoś jest miłosierny, rozpozna siebie jako miłosiernego; jeśli zaś ktoś jest zazdrośnikiem, rozpozna siebie jako zazdrośnika. Celem nauki o zmartwychwstaniu – jak podaje Pismo Święte – jest „przywrócenie naszej natury do tej, jaką miała przed grzechem pierworodnym. Będzie ona wolna od cierpienia i grzechu”.

fot. www.sxc.hu

fot. www.sxc.hu

te mat nu m eru >> Ciało

5


6

te mat nu m eru >> Ciało

P r o st y t u c j a „Szukam sponsora”, „Zgłoś się do mnie – na pewno nie pożałujesz tej decyzji” – takie oto ogłoszenia, komentarze i linki możemy znaleźć na wielu portalach internetowych. Prostytucja – skąd ten problem i jakie ma konsekwencje? Karolina Mazurkiewicz

W dobie, gdzie wszystko opiera się na nagości, obsceniczności, seksie i pieniądzach, nie można się dziwić, że rośnie skala zjawiska prostytucji. Brutalne jest to, że w tym „biznesie” przede wszystkim możemy znaleźć młode dziewczyny. Co skłania je do takiego stylu życia? Stoi za tym wiele czynników. Pierwszym – i chyba najbardziej znanym – jest szybki zarobek. Jak się dorobić, a się nie narobić – sprzedać swoje ciało. Niby prosty zarobek, ale jakże tragiczny. Wiele z tych dziewczyn po prostu nie zna innego sposobu wyjścia ze swoich problemów. Mają w głowie tylko to, co ukształtował im świat, że najlepiej jest sprzedać siebie, by się wzbogacić. Jeśli by wziąć pod uwagę dane statystyczne, to faktycznie wartość rynku prostytucji na świecie wynosi ok. 655 miliardów złotych – bardzo dużo. Zgroza! Drugim czynnikiem skłaniającym to tego stylu życia, są problemy rodzinne. Kobiety a wcześniej dziewczyny, które dorastały w domu, gdzie ojciec, konkubent matki, ojczym, obrzucał je wyzwiskami, poniewierał i maltretował, stają się nie tylko ofiarami rodziny, ale więźniem tej sytuacji. Coraz bardziej zaczynają się identyfikować z zasłyszanymi słowami i wybierają taką formę zarobku. Widoczny jest tu aspekt psychiczny, gdzie dziewczyna staje się najpierw przez bliskich, a później przez siebie, uprzedmiotawiana. Pojawia się również inny problem – nimfomania. Czytamy wiele wypowiedzi kobiet, które chętnie wybrały ten zawód, że po prostu uwielbiają seks i to daje im pełną wolność oraz swobodę życia. Wydaje mi się, że to tylko powierzchowne tłumaczenie. Jest to przecież bycie niewolnikiem własnego popędu seksualnego, z którego zamiast się uwalniać, to coraz bardziej się w niego brnie. Behawioralne, wręcz zwierzęce, zachowanie jest nie tylko straszne, co chore. Nimfomania jest chorobą psychiczną, którą należy leczyć. Całkiem niedawno w mediach nagłośniona została sprawa tzw. ukrytej prostytucji, czyli sponsoringu. Ten problem dotyka przede wszystkim młode dziewczyny. Chcą one w łatwy sposób zarobić na studia, nowe ubrania, dobry sprzęt (laptopy, komórki). Traktują to jak normalną pracę. Mają przeważnie jednego stałego klienta, dla którego są na każde zawołanie. Jest to pewnego rodzaju własność tego mężczyzny, kolejna zabawka. Niestety, ten rodzaj zarobku coraz bardziej się rozpowszechnia. Bez problemu www.e-tryby.pl

w Internecie możemy trafić na strony www, gdzie młodzi (nie tylko dziewczyny) zamieszczają swoje ogłoszenia i jak to nazywają „Szukają sponsora” na życie. Nieodłącznym elementem prostytucji jest przemoc. Kobiety, które handlują swoim ciałem, bynajmniej nie robią tego same. Najczęściej działają przez agencje towarzyskie. Często są bite, maltretowane, a w momencie kiedy chcą zrezygnować z tej pracy, zmuszane do pozostania. Pornobiznes zniewala. Trudno jest się od niego uwolnić. Choć w większości krajów sutenerstwo jest nielegalne, to problem nie znika. Handel kobietami kwitnie i przynosi duże zyski. Oczywiście, nie piszę tego po to, by te dziewczyny usprawiedliwić. Prostytucja jest jak nałóg. Nie daje wolności, ale jeszcze bardziej zniewala. Z coraz głębszym wejściem w problem, jeszcze trudniej jest się z niego wyzwolić. Dlatego takim kobietom potrzebna jest pomoc. Istnieje wiele organizacji, fundacji wyciągających rękę do potrzebujących pomocy dziewczyn. Nie należy pozostawiać ich bez troski i opieki. Warto również zaznaczyć, że Polska, podobnie jak 81 innych krajów, ratyfikowała ONZ-owską Konwencję w sprawie Zwalczania Handlu Ludźmi i Eksploatacji Prostytucji. Głównymi postanowieniami dokumentu są m.in.: zakaz eksploatacji prostytucji, zakaz prowadzenia legalnych domów publicznych, zobowiązanie do karania każdego, kto czerpie zyski z cudzej prostytucji, zobowiązanie do współpracy w ściganiu i karaniu sprawców handlu ludźmi w celu prostytucji, który został uznany za przestępstwo międzynarodowe. Zastanówmy się, ile z tych postanowień jest przestrzeganych? W Polsce istnieje ok. 16 tys. domów publicznych. Istnieje zatem pilna potrzeba ustanowienia prawa gwarantującego kobietom chcącym wyjść z prostytucji, szansę na lepsze życie lub chociaż normalny start. fot. www.sxc.hu


te mat nu m eru >> Ciało

Pełnia ekspresji Bez wątpienia: najważniejsze jest dla oczu niewidoczne. Całe wnętrze człowieka, z jego historią i wspomnieniami, marzeniami i planami, jest nieporównywalnie większe od tego, co mogą zobaczyć nasze oczy. Ale czy to, co widzimy patrząc w lustro albo obserwując innych, jest bez znaczenia? Iwona Sidor

Na przykład Gianna Beretta Molla. Zawsze gustownie i z klasą ubrana pani doktor. Włoszka „na czasie”, przeglądająca modowe żurnale. Inteligentna żona i matka, zawsze elegancka, nakładająca przed wyjściem z domu subtelny makijaż. A do tego… święta. Wzór pięknej i energicznej kobiety kochającej życie, który pokazuje, że to, co mamy w sercu i to, co uzewnętrzniamy poprzez naszą cielesność, dopiero razem tworzy spójną całość. Wyraża pełnię człowieczeństwa. Podsumowując oddaję w ręce mądrego Syracydesa: „Człowieka rozpoznaje się z wyglądu, z wyrazu twarzy pozna się mądrego. Jego ubiór, szeroki uśmiech i sposób chodzenia mówią o nim wszystko” (por. Syr 19, 29–30). Coś w tym jest, prawda?

fot. www.sxc.hu

To prawda, szata sama nie zdobi człowieka. Służy może bardziej prozaicznym celom: okrywa nagość ciała, ogrzewa, chroni. A jednak trudno tylko do tego zawęzić jej rolę. Bo czy ubiór – w jakimś stopniu – nie wyraża tego, kim jestem? Mojej osobowości, stylu bycia i postawy wobec świata? Nie wszystko da się wyrazić słowami. Strój odpowiedni do okoliczności wyraża szacunek do innych, mój gust i upodobania, poczucie estetyki (lub jego brak), oszczędność (nie szastam pieniędzmi, wydając je na niepotrzebne czy zbyt drogie ubrania) lub rozrzutność (ważne, że mam i zabłysnę przed innymi). Nasze świadome wybory w stosunku do ciała (oczywiście, kiedy możemy sobie pozwolić na ubieranie się w to, co chcemy) eksponują to, na czym nam zależy, by zostało zauważone. Albo przeciwnie – maskują to, co chcielibyśmy w sobie ukryć.

O przykłady niestosownego ubioru, a przy tym dwuznacznego zachowania, nietrudno. W mediach roi się od wylansowanych gwiazdek, na widok których w głowie pojawia się pytanie o rzeczywiste znaczenie ostatniego krzyku mody. Czasem dość przeraźliwego… Co nam pozostaje? Polecam szukać bardziej wartościowych autorytetów. Konkrety?

TRYBY NR 3(21)/2013

7


8

te mat nu m eru >> Ciało

Świat z chodzącymi ideałami nie byłby interesujący. Po co oglądać uśmiech, który nie wyraża radości lub patrzeć na oczy, w których nic nie widać?

Bądźwoją spszą najle ozdobą! Marta Czarny

M

ogłoby się wydawać, że trend na ulepszanie oraz trwałe ozdabianie swojego ciała wkroczył na salony w XXI w. Jest to niestety mit. Kobiety (i nie tylko!) od zawsze starały się pomagać naturze. W zależności od mody i środowiska, w jakim żyły, nacierały się olejami brązującymi lub zasłaniały przed promieniami słonecznymi, malowały ciało tuszem lub wybielały piegi dziwnymi środkami. Aktualnie jednak sposoby upiększania przeszły wszelkie granice. Kobiety i mężczyźni coraz częściej poddają się inwazyjnym operacjom plastycznym lub wszczepiają w swoje ciało duże ilości ozdób, które mają być ozdobą. Nie brakuje również fanów ekstremalnego tatuowania całej powierzchni ciała. Czasem jest to subtelnym dodatkiem, podkreśleniem swojej osobowości, jednak zdarzają się przypadki, w których efekty są zupełnie odwrotne.

Wśród mniej inwazyjnych środków na ulepszenie swojego wyglądu prym wiodą pomysły Japończyków. Niedawno w Internecie pojawiły się recenzje blogerów na temat plasterków, które, odpowiednio przyklejone na powieki, powiększają je. Równie dużą popularnością cieszą się zmieniające kolor soczewki, plastikowe maski do ujędrniania policzków czy spinacze korygujące kształt nosa. Sieć dosłownie tonie w artykułach, w których

ktoś „doświadczony” radzi tym mniej, jak wyglądać lepiej. Tylko lepiej to znaczy jak? Atrakcyjniej? Najlepszym sposobem na bycie atrakcyjnym jest bycie pewnym swej wartości. Mądrzej? Do tego nie wystarczą okulary kujonki. Warto popracować nad rozwojem swojego umysłu. Seksowniej? Z wszczepionymi implantami lub powiększonymi ustami być może osoba sprzeda się lepiej, ale czy na pewno personalne transakcje są celem życia? Na te pytania każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie. Warto jednak dwa razy zastanowić się, zanim podejmie się decyzję o trwałej zmianie swojego wyglądu. Niektórych decyzji nie da się cofnąć, a powiedzenie, że nie powinno oceniać się książki po okładce jest i będzie prawdziwe. Bóg nas stworzył na swoje podobieństwo, więc nie próbujmy Go na siłę poprawiać, bo to niemożliwe. fot.: ww w.f lickr.co

m

Współczesne

Science fiction Transplantologia W tej dziedzinie medycyny z każdym rokiem przekraczane są kolejne granice. Pierwszy udany przeszczep narządów u ludzi – nerek – odbył się w 1954 r. i dokonano go między dwoma bliźniakami. 50 sześć lat później w Barcelonie lekarze dokonali pierwszego całościowego przeszczepu twarzy. Pacjentem był mężczyzna, który przypadkowo postrzelił się w twarz. Lekarze musieli przeszczepić skórę i mięśnie twarzowe, nos, usta, podniebienie, szczęki i kości policzkowe. Rok później, także w Hiszpanii, specjaliści dokonali transplantacji obu nóg pacjentowi, który stracił je w wypadku samochodowym. Warto dodać, że Kościół popiera transplantacje i zachęca do przekazywania organów po śmierci dla ratowania życia. W przypadku dzielenia się organami za życia, dawca ma obowiązek wybrać dobro większe, czyli należy uwzględnić czy np. oddanie nerki i jej przeszczep niesie odpowiednio małe ryzyko dla dawcy i odpowiednio dużą szansę dla biorcy. www.e-tryby.pl

Nanotechnologia

Stosowanie mini urządzeń w medycynie to nie melodia przyszłości, lecz teraźniejszość. ĘK Badania przeprowadzone na myszach z wykorzystaniem nanobotów dały zaskakująco dobre rezultaty w walce z czerniakiem. Napełnione lekami przeciwnowotworowymi mikroskopowe baloniki o średSkóra w  sprayu nicy 100 nm eksplodują w okolicy Jednymi z najbardziej bolesnych komórek rakowych, niszcząc je. i ciężko gojących się ran są te poMetoda ta jest znacznie bezpieczwstałe na skutek oparzeń. Naukowcy niejsza od powszechnie używanych, z Instytutu Medycyny Regeneracyjnej ponieważ do organizmu dostaje się przy Uniwersytecie w Pittsburghu milion razy mniejsza dawka raopracowali innowacyjną metodę regedioterapeutyczna. Nanowłókna, neracji skóry po oparzeniach. Skonstruczyli miniaturowe rurki, służą owane urządzenie natryskuje roztwór naukowcom z Northwestern zawierający komórki macierzyste skóry University po zaaplikowaniu chorego, pobrane z nieuszkodzonych fragw odpowiednie miejsca, mentów. Ogromną zaletą tego projektu jest do tworzenia rusztowań bardzo krótki czas gojenia, wynoszący zasłużących odbudowie ledwie kilka dni. Obecna wiedza pozwala na wątroby, serca lub trzustleczenie tą metodą jedynie oparzeń drugiego ki. Przewiduje się, że stopnia, jednak lekarze wierzą, że z biegiem w przyszłości ta metoda czasu również bardziej rozległe rany uda się może być pomocna do komórkowym pistoletem wyleczyć. odbudowy złamanych kości oraz organów miękkich. M IC H A Ł W N


Św. Józef

inżynier ducha

9

Św. Józef

fot. www.sxc.hu

– patron na nowe tysiąclecie Marzec to miesiąc poświęcony św. Józefowi. 19 marca obchodzimy uroczystość św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny – Patrona Rodzin i Ojców. Św. Józefowi, po Maryi, należy się szczególna cześć. Kościół po wszystkie czasy przedstawiał św. Józefa jako najdoskonalszy wzór życia chrześcijańskiego. Bóg wybrał Go i przeznaczył na opiekuna Pana Jezusa i Jego Matki. Bóg mu się powierzył. To on, cieśla z Nazaretu opiekował się swym Stworzycielem – Panem Wszechświata, Panem Wszechrzeczy. Osoba św. Józefa budzi, zwłaszcza od ubiegłego stulecia, żywe zainteresowanie wśród licznych chrześcijańskich teologów, jak i w szerokich kręgach wiernych. Ten najcichszy i najbardziej pokorny wśród świętych Pańskich, którego ziemskie życie było bardzo zwyczajne i proste, staje się szczególnie bliski dzisiejszemu człowiekowi pracy, dzielącemu swój czas między obowiązki rodzinne i zawodowe. Jest jednak w tym mozolnym i nieefektownym życiu Józefowym coś, co pociąga ludzkie serca, budzi szacunek, miłość i chęć do naśladowania. Tajemnica tej ludzkiej sympatii, czci i zaufania do Opiekuna Najświętszej Rodziny kryje się w jego wielkiej świętości, mającej źródło w najściślejszym kontakcie z Tym, który był Synem Bożym, a zarazem jego Bogiem i Stwórcą. TRYBY NR 3(21)/2013

Szczególnym przywilejem św. Józefa było podniesienie go do godności Opiekuna i przybranego ojca Jezusa, przez co stał się obrazem i zastępcą Ojca Niebieskiego na ziemi, głową Świętej Rodziny i uczestnikiem tajemnic Bożych. Był on istotnie głową nazaretańskiej Rodziny. Był tym, który z całą odpowiedzialnością dbał o jej bezpieczeństwo, codzienny byt i właściwą atmosferę. To on opiekował się Matką i Dzieckiem, on bronił ich przed niebezpieczeństwami, podejmował wielki trud i prace dla dobra Jezusa i Maryi. Żył tylko dla tych Dwojga. Całą treścią jego życia było wypełnienie we wszystkim woli Bożej. Współcześni mężowie i ojcowie powinni wpatrywać się w postać św. Józefa i zrozumieć, że być głową domu, to znaczy także być w tym domu obecnym fizycznie i duchowo, znać potrzeby swoich najbliższych, czuć się odpowiedzialnym za wychowanie swoich dzieci. Tylko taki dom, gdzie oboje rodzice wzajemnie sobie pomagają i przestrzegają Bożych Przykazań, wspólnie modlą się, może być podobny do nazaretańskiego domu. 19 marca – uroczystość św. Józefa – to Dzień Ojca. W tym dniu składajmy najlepsze życzenia naszym ojcom – tatusiom. s. M. Alina Krawczyk, sercanka

Św. Józef to najcichszy i najbardziej pokorny wśród świętych Pańskich.


10

rozm o wa z charak tere m

Więcej niż wczasy w Egipcie Zajmuje się Pan coachingiem. Co to tak naprawdę znaczy? – Coaching to nie jest jedna metoda. Ja zajmuję się coachingiem menedżerskim, który jest nastawiony na cele biznesowe i na rozwój osobisty w dziedzinie biznesu. Jest też np. coaching handlowy – ktoś chce być dobrym sprzedawcą i pyta mnie, co zrobić, aby skutecznie prowadzić proces sprzedaży dla klientów biznesowych. Robię też tzw. life coaching tzn. spotykam się z ludźmi, którzy chcą rozwiązać jakiś swój problem. Psychoanaliza na kozetce? – Nie, nie, nic z tych rzeczy. Podam przykład. Parę miesięcy temu zgłosiła się do mnie lekarka, która nie potrafiła występować publicznie. Kompletnie ją to paraliżowało. Przeszła różne terapie i nic to nie dało. Powiedziałem jej tak: „Proszę pani, po pierwsze – nie jestem lekarzem, po drugie – nie jestem psychologiem, po trzecie – nie wiem, jak pani pomóc, po czwarte – nie mam pojęcia, jaka jest przyczyna pani zahamowań, ale wiem jedno: to, jaka jest przyczyna i jak pani pomóc, wie pani sama. A ja to z pani wydobędę”. Wziąłem czystą kartkę papieru i zaczęliśmy pracować. Opowiadała mi swoją narrację, a ja słuchałem. Starałem się ją zrozumieć i znaleźć punkty zaczepny, by zadać jej ćwiczenie ze spotkania na spotkanie. Po pół roku widzę chyba najszczęśliwszą osobę pod słońcem. Przypomniałem jej niedawno to, co powiedziałem na naszym pierwszym spotkaniu: „Nie jestem lekarzem, nie jestem psychologiem, nie wiedziałem, jak pani pomóc. Pani sama sobie pomogła”. Udało się przełamać lęk przed wystąpieniami? – Tak. Teraz ta kobieta szuka okazji, żeby tylko przemówić na forum, bo jest to dla niej tak wielką przyjemnością! Choć ja nie zrobiłem nic nadzwyczajnego. Zapytałem ją, co mogłaby zrobić, aby pokonać swój lęk. Ona sama na spotkaniu rzuciła jakiś pomysł, który naturalnie wypływał z jej opowieści, a ja tylko zachęciłem, by poszła tą drogą. Skoro to takie proste, to dlaczego sama tego wcześniej nie zrobiła? – Każdy z nas jest tak skonstruowany. Wszyscy mamy w głowie bariery i sami się ograniczamy. Wszyscy, bez wyjątku, ja też. Jesteśmy jak małe dzieci. Dziecko trzeba chronić, żeby nie zrobiło sobie krzywdy, karmić, żeby nie umarło z głodu i dać mu przestrzeń do rozwoju. Nas też www.e-tryby.pl

Z dr. Jerzym Kołodziejem, menedżerem i coachem, który swe doświadczenia zbierał w 30 krajach świata, rozmawiają Magdalena Guziak-Nowak i Marcin Nowak. trzeba chronić – przed fobiami, które mamy w głowie („Nie uda mi się, nie dam rady, jest beznadziejny”), karmić pozytywnym wzmocnieniem i dać przestrzeń, czyli nie ograniczać. To właśnie jest coaching. Nie ma tu żadnych wielkich książek i opracowań. Jest tylko to, o czym przed chwilą powiedziałem. Trzeba tylko mieć odwagę wysłuchać tego, co mówi druga osoba.

porażki? Kurs ma na celu uświadomienie tego problemu i rozpoczęcie procesu przełamywania własnych barier. Każdy z nas ma tutaj coś do zrobienia. Od 10 lat obserwuję efekty, jakie dają te kursy i zmiany, jakie zachodzą w uczestnikach. Słuchacze polecają je swoim bliskim i znajomym i nierzadko sami kilkakrotnie w nich uczestniczą. Stąd widzę stałe zapotrzebowanie.

Od czego zaczyna Pan pracę z nową osobą? – Od pierwszej sesji próbnej, poczas której poznajmy się nawzajem. Po niej każda ze stron może się wycofać. Bez żadnego tłumaczenia. Podobnie wygląda to wówczas, gdy prowadzę coaching biznesowy np. z prezesami dużych firm.

Podczas kursów stawia Pan różne pytania i zachęca do szukania swego miejsca w świecie. Od czego to zacząć? – Od zadania sobie pytań: Kim jestem? Jakie są moje prawdziwe pragnienia? Na czym mi zależy lub inaczej, jakie są moje wartości, którymi chcę się kierować? Jaki ślad chciałbym zostawić

Coacha nie potrzebują ci, którzy myślą: „Jakoś się przez to życie prześlizgnę, za nic nie chcę odpowiadać, sednem mego życia są wczasy w Egipcie”. Powiedział Pan, że każdy ma jakieś bariery. Czy więc każdy potrzebuje coacha? – Moim zdaniem tak. Choć właściwie nie. Coacha nie potrzebują ci, którzy myślą: „Jakoś się przez to życie prześlizgnę, za nic nie chcę odpowiadać, sednem mego życia są wczasy w Egipcie”. Natomiast jeśli ktoś bierze swoje życie poważnie, chce być za coś odpowiedzialny i mieć wpływ na rzeczywistość, automatycznie staje się samotnikiem i potrzebuje wsparcia z zewnątrz. Pnąc się w górę, coraz mniej ma ludzi, z którymi mógłby swobodnie porozmawiać. Coraz mniej osób go rozumie, nawet wśród najbliższych, bo często musi podejmować niepopularne decyzje. Od wielu lat prowadzi Pan popularny kurs o przełamywaniu barier. Jego kolejne edycje organizuje w Krakowie duszpasterstwo akademickie Uniwersytetu Papieskiego. Czy chodzi o jakieś konkretne bariery? – Sami jesteśmy dla siebie największym zagrożeniem, bo blokujemy w sobie prawdziwe pragnienia i ograniczamy się w podejmowaniu działań. Najczęściej obawiamy się porażki. To ciekawe, jak szybko poszerzy się przestrzeń naszego działania, jeśli odpowiemy sobie na pytanie: co bym zrobił, gdybym nie bał się

po sobie na tym świecie? Ważne jest, aby szukać tego w uczciwym dialogu z samym sobą. By odpowiedź na te pytania nie była wynikiem porównywania się lub spełnienia oczekiwań innych ludzi. Skąd mam wiedzieć, co mam robić w życiu? – Zadać sobie pytania jak wyżej i udzielić na nie odpowiedzi, lecz to jest dopiero początek. Żeby to odkryć, trzeba się ruszyć, wstać, postawić kilka kroków i zrobić coś konkretnego. Jeśli pozostaniemy na etapie intelektualnych rozważań, to niewiele się zmieni. Odpowiedź na te pytania jest zawsze w naszym zasięgu, ale często tego nie widzimy, bo nasz wzrok jest jakby na uwięzi naszego rozumu. Powinniśmy zatem zaryzykować i ruszyć w wyznaczonym przez siebie kierunku. Jak się pomylimy, to nie musimy się usprawiedliwiać ani się obwiniać, tylko skorygować kierunek i iść dalej. Spotyka Pan bardzo wiele osób. Czy są one na swoim miejscu? – Znam ludzi, którzy żyją w zgodzie ze sobą, robią to, do czego się nadają. Ale znam i takich, którzy adaptują się do sytuacji. Nie zgadzają się wewnętrznie z tym, co robią, ale mówią: „Nie mam wyjścia”.


rozm o wa z charak tere m 11

fot. M. Guziak-Nowak

dr Jerzy Kołodziej – menedżer, coach, w 1976 r. skończył studia i odbył staż zawodowy w firmie ENEL we Włoszech. Po powrocie do kraju zatrudnił się w Instytucie Maszyn Matematycznych, gdzie zdobył doświadczenie w projektowaniu systemów mikrokomputerowych. Później przez 4 lata przebywał w USA, gdzie zajmował się modelowaniem 3D. Pracował w korporacjach amerykańskich w Polsce: IBM i AVNET. Od 2004 r. jest niezależnym doradcą biznesowym. Dużo podróżuje, negocjował kontrakty w 30 krajach na różnych kontynentach. Przez ostatnie kilka lat najczęściej pracuje w Polsce z kadrą menedżerską różnych przedsiębiorstw i instytucji.

Faktycznie nie mają wyjścia? – Nie, zawsze jest wyjście. Jeśli twoja robota ci nie odpowiada, powiedz: „Panie szefie, zwalniam się”. Przy takim bezrobociu? – To zabobon, że na rynku nie ma pracy. Obawa przed poszukiwaniem tego, czego naprawdę pragniemy jest tak wielka, że chętniej bierzemy to, co jest gotowe, nawet jeśli jest byle jakie. Bierze Pan odpowiedzialność za te słowa? – Tak. A gdy po przeczytaniu wywiadu zadzwoni do nas stu studentów, którzy zwolnili się z pracy, która im nie odpowiadała i nie mogą znaleźć nowej? – To znaczy, że nie przeczytali wywiadu do końca. Czy możemy przejść obok przejścia dla pieszych? Możemy, ale jest to niebezpieczne. A czy przejście dla pieszych zawsze gwarantuje nam bezpieczeństwo? No nie. Załóżmy, że ktoś naprawdę chce zrezygnować z pracy, która nie daje mu satysfakcji. Od czego zacząć taką zmianę? – Nie wolno uciekać tylko dlatego, że się czegoś boimy albo coś nam nie odpowiada. Ucieczka do niczego nie prowadzi. Ktoś, kto ucieka z rodziny, miejsca pracy, od przyjaciół, będzie uciekał zawsze W tej sytuacji nikomu nie gwarantuję powodzenia, a nawet – gwarantuję niepowodzenie. Szefowi można powiedzieć „do widzenia” wtedy, kiedy dokładnie wiemy, czego pragniemy i mamy wewnętrzną zgodę na to, by tak postąpić. A nie wtedy, gdy jesteśmy obrażeni, bo szef każe nam TRYBY NR 3(21)/2013

pracować, a my byśmy woleli oglądać nowe aukcje na allegro. Nie wszystkie rzeczy, które nas spotykają są przyjemne. Najczęściej nawet są nieprzyjemne. Ale zawsze nam coś o nas samych mówią. Jeśli coś nas irytuje, to najprawdopodobniej z nami jest coś nie tak, a nie z tym czymś. To my decydujemy o tym, jak odbieramy świat. Kiedyś pracowałem jako pielęgniarz w szpitalu psychiatrycznym w Wiedniu. Gdy wchodziłem na drugie piętro, pewien chory siedział, kiwał się i zawsze mówił do mnie tak: „Dzień dobry panie pielęgniarzu. Jesteś głupi”. Czy ja się na niego obraziłem? Oczywiście, że nie. A gdyby szef w pracy powiedział panu: „Dzień dobry, jest pan głupi”? Czym się te sytuacje różnią? Niczym. A to, jak na nie patrzymy zależy od tego, co mamy w głowie. Święte oburzenie siedzi tylko w naszej głowie. Akceptujemy trudną sytuację lub nie. To co odpowiedzieć wtedy szefowi? – Ciekawy punkt widzenia. Czy wie pan coś więcej na ten temat? Bo do tej pory miałem o sobie inne mniemanie. Oczywiście, my tu sobie możemy gadać, ale w rzeczywistości nie jest to takie proste. Jesteśmy na sobie bardzo mocno skoncentrowani. Mocno krytykuje Pan system edukacji, a sam jest Pan jego „produktem”. Kiedy doszedł Pan do wniosku, że szkolnictwo w takiej formie, jaką znamy, zabija kreatywność i myślenie? – Tak, przeszedłem drogę edukacji, lecz patrząc wstecz, to od szkoły średniej byłem nastawiony krytycznie do programu edukacji. Pomógł mi w tym system, jaki obowiązywał w poprzednim ustroju, w którym funkcjonowały dwa niezależne nurty: nurt oficjalny, gdzie w podręczni-

kach szkolnych i akademickich przewijała się ideologia komunistyczna (najmniej tej ideologii było w przedmiotach ścisłych, które mnie najbardziej interesowały) i nurt prywatny czy niezależny, gdzie musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie – jak to jest naprawdę? Ciągłe zadawanie sobie tego pytania i poszukiwanie odpowiedzi weszło u mnie w pewien nawyk i nadal we mnie pozostaje. Często wchodziłem również w polemikę z oficjalnym przekazem. Obrona mojej pracy doktorskiej przypadła na okres przemian w 1981 r. Pamiętam egzamin z filozofii, na którym, po otrzymaniu tematu a przed udzieleniem odpowiedzi, odważyłem się zadać pytanie komisji egzaminacyjnej, czy mam odpowiadać zgodnie z nurtem obowiązującym w literaturze czy zgodnie z moimi przemyśleniami, które moim zdaniem leżą bliżej prawdy? Było to dość ryzykowne pytanie, lecz trafiłem na profesorów z otwartymi umysłami i po przedstawianiu swojego zdania na zadany temat, egzamin zakończył się pomyślnie. Obecnie, kiedy jesteśmy bombardowani coraz większym szumem informacyjnym, poszukiwanie własnej drogi i podejmowanie świadomych decyzji staje się niemal koniecznością. Co ma zrobić człowiek „ociosany” przez system edukacji, który chce być wolny, kreatywny? – Zacząć myśleć samodzielnie i nie dać się łatwo przekonać mainstreamowemu przekazowi medialnemu. Samodzielność w myśleniu ma swoją cenę, którą warto zapłacić, aby poszerzyć swoją strefę wolności. Warto zadawać sobie pytania: czy to, w czym uczestniczę zgadza się z moim wewnętrznym przekonaniem? Czy jestem wobec siebie uczciwy w tym, co myślę i mówię? Czy odrobiłem zadanie domowe, odpowiadając sobie na podstawowe pytania, czy raczej prześlizguję się po różnych tematach i staram się dostosowywać do otoczenia? Dziękujemy za rozmowę. W kwietniowym numerze „Trybów“ ukaże się interesujący i inspirujący artykuł dr. Jerzego Kołodzieja pt. „Czego uczą nas w szkole, a co jest nam potrzebne w życiu?“.


encyklopedia wiary

Niebo – wieczna nuda?

W Roku Wiary czytaj

„YOUCAT” 68. Grzech pierworodny? Co mamy wspólnego z upadkiem Adama i Ewy? Grzech we właściwym sensie jest ponoszoną osobiście winą. Wyrażenie „grzech pierworodny” nie oznacza osobistego grzechu, lecz kondycję ludzką pozbawioną pierwotnej świętości i sprawiedliwości, z jaką rodzi się każdy człowiek, zanim jeszcze zgrzeszy z własnej woli. Odnośnie do grzechu pierworodnego, mówi Benedykt XVI, należy wiedzieć, „że wszyscy nosimy w sobie kroplę trucizny tego myślenia, które zostaje obrazowo przedstawione w Księdze Rodzaju (...) Człowiek nie ufa Bogu. Skuszony słowami węża, podejrzewa, że (...) Bóg jest konkurentem, który ogranicza naszą wolność i że dopiero wtedy jesteśmy w pełni ludźmi, gdy odstawimy Boga na dalszy plan (...) Człowiek nie chce swojego istnienia i pełni życia otrzymywać od Boga (...) I przez to, że tak czyni, zawierza się kłamstwu zamiast prawdzie i tym samym opiera swoje życie na pustce, na śmierci” (Benedykt XVI, 8.12.2005 r.) 311. Co to są owoce Ducha Świętego? Owocami Ducha Świętego są: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, życzliwość, wierność, łagodność, opanowanie, czystość”. Po owocach Ducha Świętego świat może zobaczyć, co dzieje się z ludźmi, którzy całkowicie pozwalają się Bogu objąć, prowadzić i formować. Owoce Ducha Świętego świadczą o tym, że Bóg odgrywa w życiu chrześcijan rzeczywiście ważną rolę. YOUCAT to Katechizm Kościoła Katolickiego dla młodzieży. Numery pytań odpowiadają numeracji w YOUCAT.

www.e-tryby.pl

fot.: www.youcat.org

12

„Wierzę w odpuszczenie grzechów, ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny”. W ostatnim fragmencie Credo poświęcimy trochę miejsca na spowiedź, zmartwychwstanie ciał oraz życie po śmierci. Warto czy nie spowiadać się z tych samych grzechów? Czy ciało jest konieczne do zmartwychwstania? Oraz – czy w niebie aby na pewno nie będziemy się nudzić? Beata Pochopień

Grzechów odpuszczenie

Ciała zmartwychwstanie

Bóg powołując świat do istnienia zapragnął z nim relacji. Stworzenie świata jest zatem wejściem w relację. Każdy człowiek został obdarowany dobrą naturą, jednak poprzez swój bunt, nieposłuszeństwo i odwrócenie się od Boga, zerwał ową komunikację. Rzeczywistość grzechu dotyka każdego z nas. Stanowi prawdę o ludzkości, słabej i podatnej na działanie zła. W swoim wielkim miłosierdziu, Bóg stale na nowo zachęca człowieka, aby podejmował wewnętrzną walkę z tym, co go oddala od Niego. Sakrament pokuty jest namacalnym dowodem Bożego poszukiwania człowieka. Niejeden z nas zniechęca się, kiedy po raz kolejny spowiada się z tych samych grzechów. Nasuwa się myśl, że to wszystko jest po prostu bez sensu. Jak podkreśla o. dr hab. Romuald Kośla OFM, dogmatyk z katedry mariologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, aby znaleźć sens w przystępowaniu do spowiedzi świętej, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że „sakrament pokuty nie jest ani zwykłym uspokojeniem sumienia, ani tym bardziej czysto formalnym przejawem religijności. Jest przebaczeniem, a więc podstawowym aktem, poprzez który Bóg uzdrawia, odnawia, ogarniając nas na nowo swoją miłością. Na spowiedź trzeba patrzeć nie tyle przez pryzmat własnej grzeszności, słabości – my przecież do końca życia pozostaniemy słabi i grzeszni, a zatem potrzebujący nawrócenia, przebaczenia – ile w perspektywie działania Boga, które nie jest zwykłą wyrozumiałością wobec owej grzeszności, czy darowaniem winy, ale cudem bezinteresownej Jego miłości. Dodać by należało, wiernej miłości, która nas z Nim jednoczy. Dlatego warto się spowiadać”. Ilekroć przy spowiedzi okazujemy skruchę i wyrażamy pragnienie poprawy, tylekroć Bóg obdarza nas swoją łaską, i choć następnym razem wyznajemy te same grzechy, nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi. Wciąż na nowo odradzamy się w łasce Chrystusa. Każdego dnia przybliżamy się do zmartwychwstania.

– Nic z tego, co Bóg stworzył nie może być pominięte w kontekście ostatecznego spełnienia. Poprzez swoje zmartwychwstanie – tłumaczy dalej o. Romuald – Chrystus wysługując nam zbawienie w ciele, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym, wynosi naszą cielesność do chwały i sprawia, że nasza skończoność ubogacona zostaje Bogiem. Od pierwszych wieków funkcjonowało w teologicznej wrażliwości, w sposób wyraźny u św. Ireneusza, pojęcie salus carnis, zbawienie ciała. Człowiek zatem w swej jedności cielesno-duchowej jest przedmiotem zbawienia. Ponadto, wskrzeszenie ciała oznacza, że cały człowiek wraz ze swoją historią życia, ze wszystkimi relacjami, ma swoją przyszłość, że w spełnieniu się człowieka spełni się jakaś cząstka świata, którą on stanowił. Nie będziemy zbawieni od świata, lecz z nim. Zbawienie człowieka ma wymiar wieczny.

Żywot wieczny O charakterze życia wiecznego wiemy niewiele. Jedno jest pewne: w niebie mieszka Bóg, wiec opływa ono w miłość, bo przecież Bóg jest Miłością. Wzajemne obdarowywanie się Trójcy miłością udzieli się także i nam. Stąd – jak mówi o. Romuald – „tam naprawdę będziemy prawdziwie i na zawsze miłować. Tam będziemy zdolni poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę (por. Ef 3,19). Także św. Jan opisuje w ten sposób szczęśliwość: A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa (J 17,3). Jednym z biblijnych obrazów wiecznego życia jest uczta, która sugerowałaby, że to życie będzie oparte na szczęśliwej bliskości z innymi, gdzie radość wszystkich jest radością każdego. Wynika z tego, że treścią przyszłej chwały będzie komunia w miłości”. Będziemy tak mocno zaabsorbowani szczęściem z bliskości Boga i drugiego człowieka, że nie będzie mowy o nudzie!


ona i on Czy miłość będzie czekać w nieskończoność? Czy brak pieniędzy i czasu to naprawdę powód do odkładania ślubu na bliżej nieokreślone kiedyś? Zamiast „tłuc się” do małżeństwa szosami i dziurawymi drogami, może lepiej zachłysnąć się odwagą i ruszyć autostradą na ślubny kobierzec? O wrażeniach ze swojej trasy do bycia „żoną i mężem” opowiadają nasze redakcyjne małżeństwa.

Autostradą do Zaślubin Magda i Marcin: Jesteśmy małżeństwem niecałe trzy lata. Parą zostaliśmy w lipcu 2009 r., a zaręczyliśmy się w listopadzie. Marzyliśmy, by pobrać się w maju. Tylko w którym roku...? Do dziś pamiętamy grudniową randkę, na której postanowiliśmy, że staniemy przed ołtarzem za pięć miesięcy. Wielu pukało się w czoło, bo nie mieliśmy ani pracy, ani mieszkania, ani bogatych rodziców, ani pieniędzy – żyliśmy od pierwszego do pierwszego ze stypendium naukowego. Kiedy wśród znajomych rozeszła się ta wiadomość, dostaliśmy wielki segregator z harmonogramem przygotowań do ślubu i wesela. Według harmonogramu byliśmy daleko w lesie – z zamieszczonej tam tabelki wynikało, że minimum dwa lata wcześniej należy zarezerwować salę, orkiestrę i termin u księdza... A my do projektu „Najpiękniejszy dzień naszego życia” podeszliśmy z radością i spokojem. Żeby na starcie nie narobić sobie długów, oszczędzaliśmy na czym się dało. Wcale nie potrzeba ogromnych pieniędzy, by zorganizować wspaniałą uroczystość. Suknię ślubną kupiliśmy na... ebayu. Na targach ślubnych poznaliśmy jubilera, który nas polubił i sprzedał obrączki za 600 zł (stały wtedy po ok. 1500 zł za parę). Trzy kartony wódki, która nam została, oddaliśmy do sklepu. Ciasteczka dla gości na pożegnanie dostaliśmy w prezencie. Poza tym niespodziewanie otrzymaliśmy ciekawe propozycje pracy, dzięki czemu udało nam się trochę załatać dziurawy budżet. A skąd mieliśmy resztę pieniędzy, do dziś nie wiemy. Pan Bóg tak pokierował naszymi sprawami, że rozwiązały się prawie bez naszego udziału, choć wszystkie rachunki płaciliśmy my sami. „Góra” zatroszczyła się nie tylko o przeżycia duchowe, ale i o pieniądze. Tak, Pan Bóg naprawdę wiedział, czego wtedy potrzebowaliśmy. Nie żałowaliśmy tej decyzji ani przez chwilę. A na podróż poślubną wróciliśmy do Krakowa, by zaliczyć sesję. W środę wieczorem byliśmy w akademiku, w czwartek rano Marcin miał egzamin z malarstwa. Jego dzieła powstały w nocy i jeszcze mokre, niewyschnięte płótna zaniósł na zaliczenie. To była najlepsza sesja w naszym życiu. Zdaliśmy ją prawie na same „piątki”.

TRYBY NR 3(21)/2013

fot.: Grzegorz Lenart

Iwona i Dominik: Zaręczyliśmy się po pięciu miesiącach bycia parą, bez względu na to, kiedy będziemy mogli się pobrać. Już wtedy chcieliśmy być dla siebie kimś więcej. Jako narzeczeni marzyliśmy o ślubie, by móc w końcu każdego dnia zasypiać i budzić się razem. W rok po zaręczynach zdecydowaliśmy, że nie ma na co czekać, bo w czym właściwie przeszkadzają nam studia i czego nam trzeba, by zrealizować marzenie? W jeden wieczór wybraliśmy datę, dość charakterystyczną… Poniedziałek! Pierwszy dzień nowego roku akademickiego. Tego dnia imieniny obchodzi bliska nam święta – Teresa z Lisieux – zmiana daty nie wchodziła więc w grę. Wybór okazał się trafny pod każdym względem. Duchowo czuliśmy, że mamy pomoc z Nieba, a w praktyce wszystkie sprawy organizacyjne okazały się dużo prostsze do wykonania. Kościół tylko dla nas, wolny DJ (najlepszy w okolicy) i lokal „w naszym klimacie”, zupełnie nie oblegany tego dnia przez klientów. A przez to wszystko kosztowało nas dużo mniej! Co było dla nas – nie da się ukryć – dość ważne, bo na wesele zaplanowane z ośmiomiesięcznym wyprzedzeniem nie mieliśmy przewidzianej fortuny. Ba, nie mieliśmy nawet lichej sakiewki. Zdecydowaliśmy jednak stanowczo, że nawet jeśli nie znajdziemy funduszy na skromną uroczystość to i tak weźmiemy ślub tego dnia – choćby w górskiej kaplicy, tylko przy świadkach. Dzięki Bogu konieczne pieniądze się znalazły, a wszystko inne udało się zdobyć: obrączki powstały ze starego złota, znalezionego w maminych szufladach, a wśród przyjaciół znalazł się profesjonalny fotograf, wodzirej, zespół muzyczny, dekoratorka, florystyka, kosmetyczka i fryzjerka. Zamiast na hektolitry wódki postawiliśmy na włoskie wino, nasze ulubione, a dużo tańsze. Nie biegaliśmy po cukierniach w poszukiwaniu idealnego tortu – wzięliśmy taki, jaki był w miejscowej cukierni. Zdawaliśmy egzaminy, pracowaliśmy za granicą i pakowaliśmy się na kolejny rok akademicki. Wróciliśmy po cudownym ślubie i pierwszym zarwanym tygodniu na uczelni. Nieobecności zostały nam wybaczone. I kto twierdzi, że nikt nie lubi poniedziałków?

13


14

Bł. ks. Jakub Alberione i jego dzieło

Znalazłem

swoje

Moje życie było podobne do innych i spodziewałem się, że prędzej czy później założę szczęśliwą rodzinę. Jednak gdy mijały lata, a tak się nie działo, zacząłem zastanawiać się, dlaczego tak jest.

Co rusz pracowałem w innym zawodzie i ciągle przekonywałem się, że na dłuższą metę to nie jest dla mnie zajęcie. Energicznie zaczynałem coś nowego, ale z czasem okazywało się, że już nie potrafię czynić w tym postępów. Równolegle jednak nieustannie wzrastało we mnie życie wewnętrzne. Na początku myślałem, że każdy tak ma, że to kolejny etap rozwoju człowieka. Lecz szybko zauważyłem, że moi znajomi martwią się zupełnie innymi sprawami, niekoniecznie zbawieniem innych. Zacząłem zastanawiać się, czy Pan Bóg nie ma dla mnie jakiegoś specjalnego zadania. Skontaktowałem się z siedmioma różnymi zgromadzeniami zakonnymi, w tym z moim obecnym zgromadzeniem paulistów, ale do żadnego z nich nie odczuwałem jakiegoś szczególnego powołania. Spodziewałem się, że może pomogą mi w tym rekolekcje ignacjańskie, ale nie od razu tak się stało. Postanowiłem więc zamknąć sprawę ewentualnego życia zakonnego, gdyż nie mogłem przeciągać tego w nieskończoność. Codzienne życie domagało się trzeźwego stąpania po ziemi, rozmaitych konkretnych decyzji. We mnie pozostało jedynie pragnienie przeżycia kolejnego tygodnia rekolekcji ignacjańskich. Minął rok. Rzeczywiście rozpocząłem ćwiczenia duchowe u jezuitów. Pamiętam figurę Jezusa frasobliwego, wielkości dojrzałego mężczyzny, przed którą się modliłem. W pewnym momencie zauważyłem, że postać ta wyraża bardzo głęboki

smutek, szczególnie oczy – zamiast gałek miały głębokie, ciemne wyżłobienia. To wszystko sprawiło, że zapytałem: – Panie Jezu, dlaczego jesteś taki smutny? Następnie jakby z mojego wnętrza, przez moje usta przyszła odpowiedź: – Jestem smutny, bo przyszedłem tu, na ziemię, 2000 lat temu, aby przyciągnąć ludzi do siebie, a tak wielu nic sobie z tego nie robi i idzie do piekła. – To co ja mogę zrobić, Panie? – zadałem pytanie. Zaraz też pojawiła się odpowiedź, bo przypomniał mi się mój śp. ojciec, który czasem prosił mnie o wykonanie czegoś, a gdy się ociągałem albo o tym zapominałem, sam się tym zajmował, nawet mi o tym nie mówiąc. Dlatego też zrozumiałem, że Bóg bardzo subtelnie zaprasza mnie, abym kontynuował Jego pracę na ziemi.

Dobra Nowina nie na papierusie... ... ale w mp3! Bo „Wiara rodzi się ze słuchania” (Rz 10,17). 23 godziny i 33 minuty sam na sam ze Słowem Stwórcy. Posłuchaj w drodze na uczelnię, spotkanie z przyjaciółmi, w domu. Audiobook to wspólna inicjatywa wydawnicza Edycji Świętego Pawła i wydawnictwa Agape. Znajdziecie go na www.edycja.pl. Tytuł: Pismo Święte Nowego Testamentu. Audiobook MP3. www.e-tryby.pl www.e-tryby.pl

miejsce

Potem jeszcze wiele się wydarzyło, a ja ciągle miałem różne wątpliwości. Pytałem Pana, gdzie mam iść, co mam ze sobą zrobić. I tak jak wcześniej, jakby z mojego wnętrza, przez moje usta przyszła odpowiedź, że moje miejsce jest w Towarzystwie Świętego Pawła. W moim życiu nieustannie pojawiały się nowe osoby, które modliły się za mnie i pomagały mi podjąć właściwą decyzję. Tak na dobre o moim właściwym wyborze przekonałem się dopiero kilka tygodni po wstąpieniu do zgromadzenia. Miałem wtedy 35 lat. Stale dziękuję Panu za tę łaskę powołania, które jest dla mnie wielką radością. Odkrycie powołania było najtrudniejszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała. Wcześniej bowiem musiałem się bardzo, bardzo zmienić, przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego, co oddalało mnie od Boga, aby się z tym ostatecznie pożegnać i przewartościować własne życie

br. Adam

Jedna, wielka rodzina Pauliści, paulistki, Siostry Uczennice Boskiego Mistrza, pasterzanki, apostolinki, Instytut Jezusa Kapłana, gabrielini, anuncjatynki, Instytut Świętej Rodziny i świeccy współpracownicy. Można by powiedzieć, że dla każdego coś miłego. Wszystkie wymienione zgromadzenia i instytuty założył jeden człowiek – bł. Jakub Alberione. Razem tworzą Rodzinę Świętego Pawła. To fenomen w tej „branży” – 10 różnych instytucji, które wyrastają z tego samego źródła. Może Pan Bóg wzywa cię do służby w jednej z nich? Poczytaj na www.paulus.org.pl.


15

Czy znasz już patrona „Trybów”? Nazwa Założyciel Patron Rok powstania Członkowie Misja Działalność W Polsce W sieci

Kontakt

Towarzystwo Świętego Pawła Błogosławiony ks. Jakub Alberione Święty Paweł Apostoł 1914 księża i bracia zakonni głoszenie Ewangelii przez najnowocześniejsze środki techniczne głównie przez wydawnictwo Edycja Świętego Pawła Częstochowa, Warszawa, Lublin, Masłońskie www.paulus.org.pl www.edycja.org.pl www.edycja.pl www.magazynfamilia.pl ul. św. Pawła 13/15, 42-221 Częstochowa powolania@paulus.pl tel. 605-313-520

Szatan nie śpi

„Kiedy rozmawiam z biskupami, którzy nie wierzą w egzorcyzmy, pytam ich wprost: Jezus wypędzał złe duchy, Chrystus dał moc ich wypędzania, Chrystus zlecił odprawianie egzorcyzmów. Wierzycie w to? Odpowiadają, że tak. A zatem powinniście mianować egzorcystów. Jeśli nie mianujecie ich tam, gdzie są potrzebni, macie grzech śmiertelny, to z pewnością mogę powiedzieć!” Tymi być może ostrymi słowami zwraca się o. Gabriel Amorth – naczelny egzorcysta Watykanu – do biskupów traktujących wypędzanie złych duchów bardziej jako ciekawostkę niż prawdziwe zagrożenie. Don Gabriele, jak nazywany jest we Włoszech, to niepozorny 87–letni kapłan mający na swoim koncie około 50 tys. przeprowadzonych egzorcyzmów. Dokładnej liczby nawet on sam nie potrafi podać, ponieważ, jak twierdzi, skończył je liczyć po pierwszej setce. W 1954 r. przyjął święcenia kapłańskie, a po ukończeniu studiów prawniczych wstąpił do zgromadzenia paulistów. Obecnie jest członkiem Towarzystwa Świętego Pawła założonego przez Jakuba Alberionego. Swoją posługę odprawiania egzorcyzmów rozpoczął w 1986 r., a z początkiem lat 90. zainicjował powstanie Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów, któremu przewodniczył do momentu odejścia na emeryturę. Ojciec Amorth w swoich książkach oraz licznych wywiadach opisuje własne doświadczenia związane z wypędzaniem Złego. W swoim pokoju przechowuje płócienny woreczek, w którym znajdują się dwa kilogramy gwoździ wyplutych przez osoby, nad którymi sprawował egzorcyzmy. Szef egzorcystów radzi również, aby w przypadku, kiedy stwierdzimy, że coś niedobrego dzieje się z nami lub z kimś bliskim, odmawiać modlitwę do św. Michała Archanioła rozkazującą demonowi odejście. Dziennikarze często pytają go również, czy jako egzorcysta nie boi się diabła podczas licznych z nim kontaktów i zawsze pada ta sama odpowiedź: Bać się bestii? To on powinien bać się mnie, bo ja pracuję w imię Boże. On jest tylko małpą Boga. Michał Wnęk

TRYBY NR 3(21)/2013

Bł. Jakub Alberione (1884–1971)

Całe swoje życie, siły i energię poświęcił „ewangelizacji przez apostolstwo spełniane za pomocą współczesnych środków przekazu”. Urodzony w kwietniu 1884 r. w San Lorenzo di Fossano we Włoszech, święcenia kapłańskie przyjął mając 23 lata. Wkrótce objął stanowisko dyrektora tygodnika „Gazzetta d’Alba”. Związany z mediami i zafascynowany św. Pawłem z Tarsu kontynuował misję Apostoła, tworząc szkołę drukarską „Małego Robotnika”, a także instytucję produkującą i dystrybuującą filmy religijne „San Paolo Film” oraz stacje radiowe – poczynając od „Kulturalnego Radia Japońskiego”. Powołał do życia Rodzinę Świętego Pawła z licznymi zgromadzeniami i instytutami, na czele z paulistami – Towarzystwem Świętego Pawła. Chciał, aby wydawnictwa i księgarnie były centrami apostolskimi, „Domami Wydawniczymi Boga”, w których ludzie będą mogli odnajdować Dobrą Nowinę – światło i żar Jezusa Chrystusa. Przez papieża Pawła VI został odznaczony orderem Pro Ecclesia et Pontifice (Za Kościół i Papieża). Do Domu Ojca odszedł mając 87 lat. Kościół wspomina bł. Jakuba Alberionego w rocznicę jego śmierci, 26 listopada.

Myśli bł. Jakuba Alberionego: Prasa, kino, radio, telewizja stanowią dziś najpilniejsze, najszybsze i najskuteczniejsze narzędzia katolickiego apostolstwa. Być może czas przyniesie nam inne, jeszcze doskonalsze środki. Teraz jednak wydaje się, że serce apostoła nie może pragnąć nic lepszego, aby dawać Boga duszom i dusze Bogu. Maszyna drukarska, mikrofon, ekran są naszą amboną. Drukarnia, hala produkcyjna, sala kinowa, pomieszczenie techniczne są jakby naszym kościołem. Niebezpieczeństw jest wiele, ale uczynimy swoim powiedzenie św. Pawła: Wszystko zaś czynię dla Ewangelii. Zasadniczo każde czasopismo ma składać się zawsze z trzech części: prawda, droga, życie! Można mówić i myśleć o tym, co się chce, ale tak ma być. Ma zawierać w sobie drogę, prawdę i życie, nawet jeśli w różnych formach i różnych tematach, ale potrzeba, aby one były! Ażeby w pełni odpowiedzieć na potrzeby apostolstwa prasy, wymaga się, by przekazywać prawdę nauczania, dobro moralności, piękno formy. Nie zawsze koniecznie trzeba pisać o religii, ale trzeba zawsze pisać po chrześcijańsku. To może każdy chrześcijański pisarz.


pro-life Za Oceanem

Młodzi obrońcy życia

Pięknym przykładem działania młodych pro-life są Stany Zjednoczone. Wystarczy wspomnieć tu chociażby organizację Live Action, która została założona w 2003 r. przez 15-letnią wówczas Lilę Rose. Obrońcy życia w dużej mierze doskonale zrozumieli już, że „wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili, aby zło zatriumfowało”. Odczuli skutki fatalnej decyzji Sądu Najwyższego USA z 1973 r. w sprawie Roe kontra Wade, na mocy której zalegalizowano aborcję właściwie bez żadnych ograniczeń. Popularne jest tam hasło z koszulek organizacji Stand True Christ Centered pro-life – „Ja przeżyłem Roe kontra Wade, Roe kontra Wade nie przeżyje mnie”. Pokazuje ono determinację młodych Amerykanów, którzy dążą do delegalizacji morderstwa, nie uznając żadnych wyjątków. Jednocześnie działają w sposób pokojowy, lecz ciągły. Wydaje się, że nie mają szans w starciu z aborcyjnym gigantem Planned Parenthood (największa proaborcyjna organizacja na świecie). W ostatnim czasie jednak okazało się, że ponad połowa Amerykanów jest za życiem, a to najlepszy wynik od wielu lat. Choć ostatnie wybory prezydenckie wygrał wybitnie proaborcyjny Barack Obama, to w czasie kampanii wyborczej nacisk na republikańskich kandydatów, aby wyraźnie opowiedzieli się po jednej ze stron, był duży. Każde życie uratowane na tej drodze jest zwycięstwem…

podnoszą głowy! Ruch pro life potrzebuje ludzi młodych, którzy płyną pod prąd, nie ubolewając jednocześnie nad tym, ze woda jest zbyt mokra, a ci którzy płyną z prądem przemieszczają się szybciej, śmiejąc się z nich. Owszem, oni są szybsi, tylko że nigdy nie dotrą do celu, do źródła. Wręcz przeciwnie, oddalają się od niego.

U nas

Ewa Rejman

15-letnia Ewa Rejman prowadzi na Facebooku funpage Młodzi pro life. „Lubi” go już 13 tys. osób!

Wracając na rodzimy polski grunt mam wrażenie, że często popadamy w marazm. Sądzimy, że przecież w Polsce dzieci nienarodzone są chronione, może w stopnie niecałkowitym, ale dostatecznym. Trudno jest nam podnieść się z miejsca i zacząć coś robić. Owszem, prężnie działają u nas ekolodzy, obrońcy praw zwierząt i roślin (tylko błagam, żeby ktoś mi nie zarzucił po tym zdaniu, że zwierzęta lubię tylko na talerzu – to nieprawda!) – gorzej z obrońcami praw ludzi. W styczniu na Twitterze wicemarszałek sejmu – pani Wandy Nowickiej – przeczytałam, że wybiera się ona na protest przeciwko wycięciu drzew. Z lekka zdębiałam. Drzewo też żyje, to fakt, ale czy pani Nowicka naprawdę nie widzi nic nielogicznego w aktywnej obronie drzew przed „śmiercią” i jednoczesnej walce o legalizację zadawania śmierci maleńkim ludziom? Teraz dopiero zrozumiałam prawdziwość obrazka krążącego po Internecie, na którym widnieje dziecko nienarodzone i podpis: „Udawaj, że jestem drzewem i chroń mnie!”.

Młodzi pro-life Czy artykuł z „Gazety Wyborczej” może kogoś zmotywować do działalności pro-life? Okazuje się, że tak, a ja sama jestem tego najlepszym przykładem. Kiedy po raz kolejny przeczytałam o tym, że za życiem są jedynie „moherowe babcie” i tzw. „ciemnogrodzkie oszołomy”, postanowiłam, że muszę coś zrobić, aby odkłamać ten wizerunek. Pytanie, co konkretnie powinnam czynić, nie dawało mi spokoju. Postanowiłam wykorzystać przestrzeń internetową, jedyną, jaką mogłam. W ten sposób powstała moja strona na Facebooku: „Młodzi pro life – Young pro life” oraz mój blog „Nastolatka pro life”. Był to strzał w dziesiątkę. Dziś muszę przyznać, że nie oczekiwałam aż tak dużego entuzjazmu i odzewu z tak wielu stron. Niezmiernie cieszą mnie osoby gotowe poświęcać swój talent, wolny czas, umiejętności w służbie życiu.

Nadzieja fot. archiwum prywatne

16

www.e-tryby.pl

W Polsce za życiem są przede wszystkim ludzie młodzi. Aborcję popierają raczej ci starsi, którzy wychowywali się, kiedy obowiązywała zbrodnicza ustawa z 1956 r. Ten fakt napawa nadzieją. Nadzieją na to, że w przyszłości moje dzieci i wnuki będą dowiadywać się o aborcji jedynie z lekcji historii, tak jak ja teraz z lekcji historii dowiaduję się o okropieństwach II wojny światowej i Holocaustu…


pro-life Czy milion Europejczyków przekona Unię Europejską do zaprzestania finansowania programów aborcyjnych? Apel do Polek i Polaków: włączmy się w Europejską Inicjatywę Obywatelską „Jeden z nas”.

17

Spotkajmy się w Częstochowie! Zapraszamy na XXXIII Pielgrzymkę Obrońców Życia Człowieka na Jasną Górę. 23 marca (sobota). O godz. 9.30 odbędzie się Msza św. koncelebrowana – przewodniczy ks. abp Wacław Depo, Kaplica Cudownego Obrazu; w czasie Mszy św. złożenie przyrzeczeń Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego.

Podejmujemy w Polsce Europejską Inicjatywę Obywatelską „Jeden z nas”. Ta jedna z pierwszych dopuszczonych przez Komisję Europejską inicjatyw obywatelskich, ma doprowadzić do całkowitego zaprzestania finansowania z budżetu UE aborcji i doświadczeń na ludzkich embrionach. W przypadku jej powodzenia w istotnym stopniu zwiększy się stopień ochrony życia ludzi najbardziej bezbronnych. Zgodnie z traktatem lizbońskim grupa przynajmniej siedmiu obywateli z różnych krajów UE może zgłosić projekt zmian w prawie europejskim. Aby ten projekt był rozpatrywany przez Komisję Europejską oraz Parlament Europejski, konieczne jest zebranie pod nim minimum 1 miliona podpisów pełnoletnich obywateli z przynajmniej siedmiu krajów UE. W inicjatywę „Jeden z Nas” jest zaangażowanych już 25 krajów UE, stąd jest to największa dotychczas akcja promocji i obrony życia w Europie. Aktualnie Unia Europejska – poprzez dotacje dla proaborcyjnych, prywatnych, międzynarodowych organizacji, m.in. International Planned Parenthood Federation (IPPF), Marie Stopes International (MSI) – finansuje znaczną część zabójstw nienarodzonych dzieci w Afryce i w Azji oraz eksperymenty na ludzkich TRYBY NR 3(21)/2013

embrionach. Ten niegodny ludzi cywilizowanych proceder wszyscy Europejczycy zmuszeni są opłacać ze swoich podatków! Prawo do życia każdego człowieka zawiera się w ogólnoludzkim, ponad wyznaniowym nakazie etycznym: „nie zabijaj!” oraz w fakcie naukowym: życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia. Potwierdzają to liczne publikacje naukowe, oraz popularne encyklopedie czy podręczniki. Ostatnio został on uznany w przełomowym orzeczeniu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 18 października 2011 r., który stwierdził, że zapłodnienie jest początkiem życia ludzkiego, a człowiek w fazie prenatalnej powinien podlegać ochronie, szczególnie w aspekcie jego godności oraz integralności. Aborcja jako niszczenie życia człowieka w okresie od jego poczęcia do dziewiątego miesiąca życia w łonie matki, jest zabójstwem niewinnego i skrajnie bezbronnego człowieka; dodajmy – szczególnie okrutnym, bo dokonywanym bez żadnego znieczulenia. Ufamy, że decydenci UE, w której, w imię szacunku do życia człowieka, zniesiono karę śmierci nawet dla największych przestępców, opowiedzą się za zaprzestaniem finansowania aborcji i eksperymentów na embrionach ludzkich z funduszów UE.

Apelujemy do wszystkich pełnoletnich Polek i Polaków o wsparcie obywatelskiej inicjatywy „Jeden z nas” poprzez złożenie swego podpisu, a także propagowanie tej inicjatywy w swojej rodzinie, sąsiedztwie, środowisku pracy. Podpisy popierające inicjatywę „Jeden z nas” można składać zarówno w formie tradycyjnej „papierowej”, jak i wypełniając odpowiedni formularz na stronie internetowej: www.jedenznas.eu. Pragniemy aby Polska, Ojczyzna Jana Pawła II, jednego z największych obrońców życia człowieka od poczęcia po naturalny kres, była także europejskim liderem w liczbie podpisów zebranych pod tym szczytnym projektem! Komitet Narodowy Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej „Jeden z Nas” – Warszawa, 21 lutego 2013 r. Jakub Bałtroszewicz Joanna Banasiuk Michał Baran Bogdan Chazan Mariusz Dzierżawski Kaja Godek Piotr Gładysz Małgorzata Mąsiorska Olgierd Pankiewicz Joanna Potocka Tomasz Terlikowski Paweł Wosicki Antoni Zięba

Następnie referaty i wykłady zaproszonych gości w Kaplicy św. Józefa przy Wałach Jasnogórskich. Głos zabiorą: ks. bp Kazimierz Górny, ks. dr Marek Dziewiecki, Dietmar Fisher, Human Life International Wiedeń, Jakub Bałtroszewicz, dr Paweł Wosicki, ks. Tomasz Kancelarczyk, Ewa H. Kowalewska, Mariusz Dzierżawski. Pielgrzymka zakończy się Drogą Krzyżową na Wałach Jasnogórskich. Zapraszamy wszystkich obrońców życia! W imieniu organizatorów: Halina i Czesław Chytrowie, Paweł Wosicki, Antoni Zięba Ważna informacja dla osób z Krakowa i okolic Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka organizuje wyjazd autokarowy na tę pielgrzymkę. Koszt przejazdu w obie strony – 10 zł, zgłoszenia do 15 marca w godz. 9.00–15.00 pod nr. tel. 12 421 08 43. Wyjazd autokaru z Placu Matejki o godz. 6.15 i spod kościoła księży pijarów, ul. Dzielskiego 1 o godz. 6.30. Planowany powrót około godz. 17.00.

Przekaż swój 1% na dobry cel KRS : 0000140437

www.pro-life.pl


ć e i c h C tom por tret

www.e-tryby.pl

atn

Nagroda InterSTUDENT przyznawana jest od 2009 r. przez Fundację Edukacyjną Perspektywy, a w tym roku patronatem honorowym objął ją prof. Wiesław Banyś, przewodniczący KRASP (Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich). Nagroda jest przyznawana studentom zagranicznym, nie tylko za działania naukowe, ale również za te związane ze strefą kulturalną, socjalną czy międzynarodową. W tym roku to wyróżnienie trafiło właśnie w ręce Alony w kategorii studentów studiów doktoranckich (obecnie jest na czwartym roku Wydziału Górnictwa i Geoinżynierii). Zasiada ona także od 2010 r. w komitecie organizacyjnym Krakowskiej Konferencji Młodych Uczonych, a także jest członkiem organizacji naukowej Pro Futuro. – Ponieważ znam język rosyjski,

e

Oni budują pomosty między kulturami

ryw

Lata 90. to ciężki czas dla rodziny Alony. Rozpad Związku Radzieckiego i powstanie niepodległej Ukrainy, w której nie zawsze wszystko było na swoim miejscu, odbijają się ciężkimi wspomnieniami. – Widziałam wyczerpanego tatę, wracającego po pracy, mamę (bibliotekarkę w mojej szkole) starającą się zaopiekować nami jak najlepiej potrafi, nie otrzymując w pracy wypłaty. Takie wtedy były czasy. To wszystko wpłynęło na mój twardy charakter, w Polsce nazywany siłą przebicia – twierdzi. Szkołę średnią Alona ukończyła dyplomem z wyróżnieniem i w wieku 16 lat wybrała Narodowy Uniwersytet Techniczny w Doniecku jako uczelnię, na której chciałaby rozwijać swoje zainteresowania. Po pierwszym roku rozpoczęła naukę języka polskiego na Polskim Wydziale Technicznym. – Moją uwagę właśnie do historii i kultury naszych sąsiadów przyciągnął dziekan PWT Aleksander Makiejew. Potrafił on zarazić studentów zapałem do pracy, rozpalić w nich ciekawość do uczenia się, a zwłaszcza ciekawość do Polski. Tak się stało ze mną i z wieloma moimi znajomymi, którzy studiowali na Polskim Wydziale Technicznym – mówi z sentymentem Alona. Najważniejszym zadaniem, jakie postawiła przed sobą na początku, było

– Uwielbiam tańczyć, pływać, grać w siatkówkę. Rozpoczęłam naukę niemieckiego i staram się podszlifować swój angielski. Jeżeli tylko jest jakaś dłuższa przerwa na uczelni, jadę na Ukrainę, do domu, odwiedzić rodziców, brata i babcię. Jestem okropnie ciekawa świata, a udział w konferencjach, spotkaniach międzynarodowych, organizacja wyjazdów, każda napotkana osoba, otwierają przede mną drzwi odsłaniając inną kulturę, sposób bycia i coś zaskakującego. To fascynujące. Chciałabym również serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do mojej obrony pracy magisterskiej, oraz wspierają mnie swoją wiedzą, doświadczeniem i dobrym słowem na studiach doktoranckich – kończy opowiadać o sobie Alona.

mp

Ciężkie lata 90.

Prywatnie

wu

Alona Nad urodziła się w miejscowości Kurakhovka, w obwodzie donieckim na Ukrainie. Cała jej rodzina związana jest z kopalniami węgla. Tata Alony był górnikiem, niestety ciężka praca i trudne warunki doprowadziły do tego, że zachorował na cukrzycę. – Nawet moja babcia ma dwuletnie doświadczenie w pracy w kopalni pod ziemią – mówi o swojej rodzinie. – Ponieważ obwód doniecki to przede wszystkim region przemysłowy, a dominującym krajobrazem są tam hałdy, miało to ogromny wpływ na wybór mojego przyszłego zawodu. Do dzisiaj pamiętam, jak razem z babcią i starszym bratem chodziliśmy na spacery w rejony kopalń.

utrzymać wysoką średnią na studiach i udało się to w drugim semestrze, zakończonym średnią 5,0. W 2007 r. Alona wygrywa stypendium rządu polskiego i na semestr zimowy przenosi się do Krakowa. Wybiera górnictwo na AGH, ponieważ, jak sama twierdzi, uczelnia ta ma wieloletnią tradycję, a zarazem jest bardzo nowoczesna oraz uznawana za jedną z najlepszych w Polsce w tej dziedzinie. Podczas studiów pierwszy raz wygłasza referat na sesji kół naukowych – i to w dodatku w języku polskim. – Dla mnie to było kolejne osiągnięcie – dodaje. Rok później, we wrześniu, Alona otrzymuje zaproszenie, aby kontynuować naukę na AGH. Postanawia zaryzykować i staje się studentką dwóch uczelni, oddalonych od siebie blisko 1500 kilometrów. Na piątym roku studiów rozpoczyna na obu uczelniach pisanie prac magisterskich, które broni z wynikiem bardzo dobrym. – Najbliższym celem związanym z życiem zawodowym jest obrona rozprawy doktorskiej – przyznaje. Na swoim koncie ma trzynaście artykułów naukowych (12 napisanych w Polsce i jeden na Ukrainie), opublikowanych w zeszytach naukowych m.in. w Rosji, Czechach, Polsce i na Ukrainie. – Dotyczą one nie tylko zagadnień zawartych w pracach magisterskich i doktorskiej, ale także moich zainteresowań. Skupiałam się w nich nad rozwiązaniami stosowanymi przy rekultywacji terenów pokopalnianych oraz wpływie górnictwa na środowisko – wyjaśnia.

c hi

MICHAŁ WNĘK

óc

. ar

Twardy charakter wykuty w górniczej rodzinie oraz chęć poznania świata pomogły Alonie osiągnąć sukces. W tym roku została laureatką nagrody InterSTUDENT, przyznawanej najwybitniejszym studentom zagranicznym w naszym kraju.

a ukraiński jest moim ojczystym, byłam opiekunem oraz tłumaczem zarówno polskich studentów i doktorantów na praktykach naukowo-przemysłowych w Doniecku i Żytomierzu, jak również występowałam w roli tłumacza, kiedy gościliśmy studentów z Ukrainy i Rosji na AGH – opowiada. Z pewnością to, jak i liczne inne inicjatywy, w których brała udział, zdecydowały o takim werdykcie jury konkursu.

fot

18


olim piada spor tó w

Zaatakowana dyscyplina Międzynarodowy Komitet Olimpijski ogłosił niedawno, że dla zapasów nie znajdzie się miejsca na Igrzyskach od 2020 r. Choć może się to jeszcze zmienić, warto przyjrzeć się z bliska tej dyscyplinie już teraz.

MICHAŁ CHUDZIŃSKI

Z

powodu tego nieoczekiwanego ogłoszenia rozgorzała debata publiczna nad zaletami zapasów. To fakt, że sport ten ma wiele walorów oraz „od zawsze” był łączony z Igrzyskami Olimpijskimi. Zapasy są sportem walki polegającym na fizycznym zmaganiu się dwóch zawodników. Rozgrywane były na każdych Igrzyskach – zarówno starożytnych jak i nowożytnych. Jak twierdzą specjaliści, jest to najstarsza, najpopularniejsza i jedna z najtańszych form sportowego współzawodnictwa, dostępna i popularna na całym świecie. Jak jest w rzeczywistości, musiałem sprawdzić na własnej skórze. Nigdy nie spotkałem nikogo uprawiającego zapasy. Gdy podczas ostatniej Olimpiady Damian Janikowski sięgnął po medal, oczywiście wszyscy mówili o zapasach, ale tylko wtedy. Stąd moje obawy co do dostępności treningów. Jednak nie było tak źle, wiele ośrodków trenuje zapaśników. Ja udałem się na trening do sekcji zapaśniczej TS Wisła Kraków. Trening w gronie kilku osób rozpoczął się od intensywnej rozgrzewki. Najbardziej nietypowej spośród mi znanych. Poza częścią standardową (bieg, skłony itd.) musiałem wykonać nieskończoną liczbę przewrotów oraz rzutów własnym ciałem podczas nich. Brzmi dziwnie, a patrząc z boku, wygląda chyba jeszcze dziwniej. Podczas treningu zapaśniczego upada się jednak często i bez odpowiedniej rozgrzewki mogłoby się to zakończyć groźną kontuzją. Dodatkowym niespotykanym elementem była rozgrzewka karku polegająca na dociskaniu głowy pod różnymi kątami do podłogi. Potem mogłem już rozpocząć zasadniczą część treningu. Należy zaznaczyć, że istnieją dwa style zapasów: klasyczny, w którym dozwolone są jedynie chwyty powyżej pasa oraz styl wolny, który charakteryzuje się możliwością chwytania również za nogi. Ja trafiłem na trening tego pierwszego. Zajęcia odbywały się w parach, w których zawodnicy nawzajem siebie przerzucali przez ramię tak, aby drugi upadł na łopatki. W pojedynku zapaśniczym najlepiej TRYBY NR 3(21)/2013

punktowany jest właśnie taki rzut. Często przeważa nawet o zwycięstwie. Wydawało mi się, że wykonanie takiego rzutu nie jest proste i nie dam rady przerzucić nad sobą zawodnika o podobnej wadze do mojej. Jednak wszystko zależy od techniki – odpowiedniego ustawienia i płynnego połączenia sekwencji ruchów. Siła dochodzi z czasem. – Zawodnicy w toku przygotowań są stopniowo poddawani coraz większym obciążeniom, przez co organizm ma czas zaadoptować się do późniejszych walk i olbrzymiego wysiłku fizycznego – mówi trener sekcji zapaśniczej Piotr Budzyn. Podczas przerzucania przeciwnika na łopatki musiałem także pamiętać, aby upadając nie „zahaczył” o moje nogi. W jednym z pierwszych przerzutów niestety tak się stało i ostatecznie bardziej ucierpiałem ja niż przeciwnik. Po kilkunastu powtórzeniach byłem już w stanie w miarę poprawnie wykonać taki rzut. Choć nie bez sporego zmęczenia. Podczas walki jest dużo trudniej. Wszystko należy wypracować podczas treningów. – Jest to sport w 100 proc. bez „ściemniania”, tutaj nie da się oszukiwać – dodaje trener Budzyn. Warunki fizyczne i płeć nie są najważniejsze. Jeśli tylko jest motywacja i chęć do regularnych treningów, każdy może osiągnąć zadawalający poziom. Co do kosztów – opłata tygodniowa (w TS Wisła) wynosi 80 zł i właściwie brak innych wydatków np. na sprzęt. Zapasy są sportem wszechstronnie rozwijającym sprawność, wytrzymałość i kondycję. Wielu sportowców innych dyscyplin właśnie od zapasów rozpoczynało swoje kariery. Jest to bowiem doskonała baza kondycyjna i wydolnościowa przy-

datna w każdym innym sporcie. – Ponadto zapasy świetnie kształtują charakter młodego człowieka, uczą uczciwej rywalizacji i twardej postawy, uczą życia – wylicza zalety trener sekcji zapaśniczej TS Wisła. Wszystko to dowodzi, że sport taki jak ten powinien być nadal rozgrywany na Igrzyskach Olimpijskich. Polecam każdemu choćby spróbowanie, a samej dyscyplinie i zawodnikom życzę powrotu na olimpijskie łono już podczas wrześniowych obrad MKOl-u.

INSPEKTOR GADŻET

Żywe słowo w kieszeni Potrzeba zasięgnięcia do Biblii dopada nas często w nieoczekiwanych momentach. Podczas spowiedzi zdarza się też otrzymać rzadko spotykaną modlitewną pokutę, a nie mamy pod ręką książeczki. Rozwiązaniem w obydwu sytuacjach jest bezpłatna aplikacja „Pismo Święte” na urządzenia dotykowe. Pozwala ona nie tylko znaleźć dowolny fragment, ale i czytania na każdy dzień oraz wiele modlitw. Prawdziwy skarb prosto do naszej kieszeni! AppStore/Sklep Play: „Pismo Święte” Cena: 0 zł

19


w okół nas

Katolik w Wielkiej Brytanii

najazdami Wikingów, spoczęło w katedrze Durham (na zdj.). Ku jego czci około roku 700 na tej odciętej od świata wysepce na północnych obrzeżach Europy, w ciągu zaledwie 10 lat powstał tzw. Ewangeliarz z Lindisfarne, wyjątkowe dzieło jednego mnicha, pełne wysublimowanej symboliki i artyzmu oraz czerpiące ze źródeł wielu kultur – anglosaksońskiej, celtyckiej i śródziemnomorskiej.

Agata Kowol

Chrześcijaństwo na Wyspach Historia chrześcijaństwa na Wyspach Brytyjskich sięga VI w., a Zjednoczone Królestwo usiane jest zabytkowymi katedrami i malowniczymi ruinami opactw. Mimo tylu dowodów na chrześcijańskie korzenie Europy, dziś protestanckie kościoły anglikańskie świecą pustkami. Za to miejscowi katolicy, choć nieliczni, mogą służyć za przykład zaangażowania w życie Kościoła.

Początki Mimo że najwcześniejsze wzmianki o chrześcijanach sięgają czasów, gdy Brytania była jedną z wielu prowincji Imperium Rzymskiego, pierwszej skutecznej misji chrystianizacyjnej w 597 r., na zlecenie Grzegorza Wielkiego, przewodni-

czył biskup Augustyn, zwany Apostołem Anglii. Inaczej sytuacja przedstawiała się w Irlandii, gdzie legiony cezara nigdy nie dotarły, a której chrystianizacja odbyła się za sprawą wpływów z sąsiedniej Brytanii, będącej pod rzymską okupacją. Czasy św. Patryka (V w.), a później VI i VII w., to epoka rozkwitu chrześcijaństwa i związanej z nim kultury na Zielonej Wyspie. Chrześcijaństwo, reprezentowane przez Augustyna, oraz liturgia iroszkocka, która dotarła na teren Szkocji i Anglii dzięki irlandzkim mnichom, były dwiema głównymi drogami chrystianizacji Wysp.

Kraina katedr i opactw

Biskup ze Świętej Wyspy Lindisfarne, jedno z miejsc kluczowych dla rozwoju chrześcijaństwa na Wyspach, to niewielka malownicza wysepka u północno-wschodnich wybrzeży Anglii. Przez kilka godzin dziennie jest połączona ze stałym lądem groblą komunikacyjną, którą dwa razy na dobę zalewa przypływ. Od trzynastu wieków jest celem licznych pielgrzymek – nie przez przypadek nazywa się ją Świętą Wyspą. Mnisi z tamtejszego opactwa organizowali liczne misje chrystianizacyjne na terenie Anglii. Najsłynniejszym mieszkańcem wyspy był św. Cuthbert (636–687 r.), opat, a później biskup Lindisfarne. Jego zachowane w nienaruszonym stanie ciało po około stuletniej tułaczce, spowodowanej

fot. Agata Karol

20

www.e-tryby.pl

Majestatyczne sanktuarium Cuthberta w Durham jest jedną z licznych średniowiecznych katedr na Wyspach. Tak jak większość z tych świątyń, zostało ono przekształcone w kościół anglokatolicki po roku 1534, kiedy to król Henryk VIII ogłosił się głową nowo powstałego Kościoła anglikańskiego, zrywając tym samym więź z Rzymem. Bardziej okrutny los spotkał budowle klasztorne – angielska reformacja zakładała rozwiązanie wszystkich zakonów oraz nacjonalizację dóbr kościelnych, wskutek czego ogromna liczba klasztorów i opactw popadła w ruinę. Inaczej potoczyła się historia Westminster Abbey – Opactwa Westminsterskiego, które stało się jedną z kilku najważniejszych świątyń anglikańskich, a także miejscem licznych ceremonii królewskich i jedną z bardziej popularnych atrakcji turystycznych Londynu. Nie należy jednak go mylić z londyńską Westminster Cathedral – główną rzymskokatolicką katedrą Zjednoczonego Królestwa.

Historia – skomplikowane dzieje i źródło tradycji Historia konfliktów religijnych w Zjednoczonym Królestwie jest bardzo długa; dość wspomnieć, że aż do połowy XIX w. katolicy nie mogli głosować ani studiować na uniwersytecie. Kościół anglikański, choć należy do niego większość brytyjskich chrześcijan, i choć od zawsze był ściśle związany z historią, tradycją i kulturą kraju, jest obecnie coraz słabszy, a jego świątynie świecą pustkami. Zaś do Kościoła rzymskokatolickiego należy statystycznie niecałe 9 proc. populacji Wielkiej Brytanii. Jednak istniejące parafie, choć nieliczne, skupiają ludzi świadomie uczestniczących w tradycyjnych nabożeństwach, dumnych ze swojej wiary i bardzo zaangażowanych w życie Kościoła. Dziś katedra w Durham jest ściśle związana z miejscowym uniwersytetem. Między innymi przez to, że w niej odbywają się wszystkie ważniejsze uroczystości uniwersyteckie. Wymienić można choćby oficjalną immatrykulację oraz coroczną wieczorną procesję ze świecami, kończącą się ekumenicznym nabożeństwem, w którym biorą udział studenci i kadra uniwersytecka różnych wyznań, z anglikanami i katolikami z prężnie działającego duszpasterstwa akademickiego na czele. Na Wyspach w dalszym ciągu kultywuje się dawne tradycje, które stanowią o sile narodu i jego kultury.


Wesotern świętości

się pożegnaniem Adios (z Bogiem).

Viva Cristo Rey

„Cristiada” to film pwięcony katolickiemu ruchowi „cristeros”, który przeciwstawił się tyranii skrajnie antyklerykalnemu rządowi Meksyku na początku ubiegłego wieku. T o wstrząsający obraz o świętości, wierze i walce o wolność. Dzieło to ma na całym świecie ogromne problemy z dystrybucją. W polskich kinach będzie można go oglądać od 5 kwietnia. Izabela J. Murzyn

Obłęd Callesa

Plutarco Elías Calles był prezydentem Meksyku, który swój urząd sprawował na początku XX w. Był to pierwszy polityk (w historii tego kraju), który dostał się na ten urząd w wyniku populistycznej kampanii wyborczej. W swoich postulatach wyborczych obiecywał m.in. redystrybucję ziemi, równość wobec prawa, demokratyczne rządy. Po objęciu władzy dał się poznać jako fanatyczny i brutalny antykatolik. Sam o sobie zwykł mówić, że jest „osobistym wrogiem Boga”. Podejmując większość swoich działań, Calles uderzał przede wszystkim w katolików. To w nich widział zaciekłych wrogów Meksyku. Kościół obarczał winą za wszelkie nieszczęścia. W 1926 r. doprowadził do ogłoszenia tzw. Praw Callesa, na mocy których z terytorium Meksyku zostali wyrzuceni wszyscy zagraniczni duchowni oraz biskupi Kościoła katolickiego. Zakazano wówczas używania konfesjonałów, udzielania nowych święceń, księża nie mogli nosić sutann i nie mieli praw wyborczych ani prawa do procesów sądowych. Szkoły prowadzone przez katolików zostały upaństwowione, nieruchomości kościelne skonfiskowane, zakazano też używania dzwonów. Miarą fanatyzmu Callesa było wprowadzenie kar finansowych dla wszystkich tych, którzy na co dzień posługiwali TRYBY NR 3(21)/2013

Gwałtowne i konsekwentne egzekwowanie Praw Callesa spowodowało, że ludność zaczęła się mu przeciwstawiać. Powstał wówczas ruch społeczny, który wystosował petycję do Senatu. Podpisało się pod nią milion obywateli. Przez niemal cały Meksyk przetoczyły się pokojowe demonstracje. Niestety, władze całkowicie zignorowały te działania. Dalej był bojkot ekonomiczny rządu. W odpowiedzi wojsko federalne zaatakowało wiernych podczas nabożeństwa. Zginęło wówczas 18 katolików. Wydarzenie to było punktem zwrotnym. Zaczęły się formować oddziały powstańcze, które miały walczyć w obronie praw katolików. Zawołaniem powstańców, których nazwano „cristeros”, były słowa „Viva Cristo Rey” („Niech żyje Chrystus Król!”). W początkowej fazie powstania wszystko wskazywało na to, że zostanie ono bardzo szybko stłumione. Sytuacja uległa zmianie, gdy dołączyli do niego Victoriano Ramirez i generał Enrique Gorostieta. W efekcie „cristeros” stało się armią składającą się z 50 tys. żołnierzy, a powstanie przekształciło w wojnę domową. Konflikt „uspokoiły” amerykańskie mediacje w 1929 r. Zawarto wówczas rozejm, na mocy którego wycofano najbardziej dotkliwe represje wobec katolików.

Niezwykły film Twórcom „Cristiady” udało się coś niespotykanego: połączyć hollywoodzki rozmach z dziełem głęboko religijnym. Główną rolę gra aktor i reżyser Andy Garcia. Wciela się w postać generała Enrique Gorostieta Velarde, przywódcę „cristeros”. W filmie zobaczyć można również Eve Longorię, Petera O’Toole, Eduardo Verastegui. „Cristiada” opowiada historię, która może wywołać duchowy i mentalny wstrząs. Duchowy, ponieważ pokazuje zwykłych ludzi, osadzonych w codzienności, którzy w bezkompromisowy sposób bronili swojej wiary. Mentalny, ponieważ uświadamia, jak łatwo populistyczne hasła mogą być wykorzystane do realizacji brutalnych represji wobec obywateli.

z kulturą

21

Paul.L Maier Coś więcej niż ślad Wydawnictwo PROMIC 2013

Odkrycie, które zagroziło upadkiem zachodniej cywilizacji. W ostatnim czasie coraz częściej sta-jemy się świadkami wydarzeń, które mocno niepokoją, budząc pełne obaw pytania o przyszłość, nawet tę najbliż-szą. Deszcze meteorytów, asteroidy, mijające w bliskiej odległości naszą planetę, prognozy globalnych klęsk, a teraz jeszcze abdykacja papieża każą się zastanawiać, czy rzeczywiście nie zbliża się zapowiadany od dawna koniec. Jeśli do tego wszystkiego dodać stare przepowiednie i proroctwa ujawniane przy okazji takich właśnie okoliczności to istotnie można przy-puszczać, że lada moment rozpocz-nie się final countdown, ostateczneodliczanie. Tymczasem w Galilei pojawia się tajemniczy Jeszua ben Josef, który jak niegdyś Jezus czy-ni cuda i porywa słowem tłumy. Co więcej, nawet przywraca życie zmarłym… Czy więc to zapowiadany Mesjasz, który powtórnie ma przyjść, by rozpocząć swój sąd nad światem? Powątpiewa w to dr Jonathan Weber, który – kto wie – być może staje przed najtrudniejszym z wyzwań: musi do-wiedzieć się, czy rzeczywiście Chry-stus powrócił na ziemię, czy też jest to największa mistyfikacja w dziejachludzkości…

Piotr Zaremba i Michał Karnowski Niepokorny. Bronisław Wildstein Wydawnictwo Fronda 2012

Niepokorny Wywiad-rzeka z Bronisławem Wild-steinem, jedną z najbardziej wyrazi-stych i bezkompromisowych postaci, to obraz Polski, która się zmienia, oraz ludzkich zachowań i przyzwyczajeń, które pozostają niezmienne. Obszerna rozmowa to rozważanie o komu-nizmie, przemianach i egzaminie z wolności. To prezentacja układów sił i nieoficjalne biogramy znanychnazwisk. To biografia człowieka, którynie do końca wyrósł z młodzieńczego buntu i bycia outsiderem. I wreszcie – hołd pamięci zamordowanego przez SB studenta – Staszka Pyjasa. Bez patosu i banałów. Czyta się jednym tchem. Magdalena Guziak-Nowak


Y N O CZERW

22

idźże, zróbże

Czerwony nos i uśmiech na twarzy to jego znak rozpoznawczy. Najczęściej może pochwalić się bujną, tęczową czupryną i bajecznie kolorowymi strojami. Zwykle występuje na cyrkowej arenie, ale nie tylko. Są tacy, których można spotkać w zupełnie innym miejscu. O kim mowa? O klaunie, ale nie o takim zwykłym. O Doktorze Clownie. Paulina Jaworska

Dr Clown z Jagiellońskiej Główna siedziba Fundacji Dr Clown mieści się na warszawskiej Pradze (Fundacja działa też w innych miastach, np. Białymstoku, Krakowie czy Łodzi), niedaleko Parku Praskiego, w starej trzypiętrowej kamienicy. Wejście od podwórza, klatka IV. Na początku nie wiem, czy dobrze trafiłam, ale kiedy dostrzegam samochód z wizerunkiem klauna jestem pewna, że to tu. Witają mnie dwie panie, które są w okręgu warszawskim pełnomocnikami, i zapraszają do środka. Chociaż z zewnątrz kamienica jest szara i nie wygląda zachęcająco, to po przekroczeniu progu Fundacji wchodzę w całkiem inny świat. Kolorowe ściany, podłogi i rolety w oknach (każda w innym kolorze). Przestronny pokój, dalej kuchnia i następna sala. To co pierwsze rzuca mi się w oczy, to dwa duże worki stojące pod ścianą, a w nich... czerwone nosy! Pierwszy raz w życiu widziałam tyle nosów jednocześnie! – Każde dziecko dostaje go podczas odwiedzin klaunów w szpitalu, zawsze zostawiamy też dzieciom zwierzęta zrobione z baloników, a czasem także słodycze – tłumaczy pani Ania. Ja również dostaję czerwony nos.

Klaunem być Wolontariuszami Fundacji zostają głównie studenci, a właściwie studentki (na ponad 20 osób w stolicy jest tylko 3 chłopaków) z pedagogiki czy psychologi. Ale można tu spotkać także zawodowych aktorów i ratownika medycznego. Pani Ania, która dziś jest pełnomocnikiem, swoją przygodę z Fundacją również zaczynała od wolontariatu ładnych kilka lat temu. Pomimo wielu obowiązków nie zrezygnowała z bycia dr. Clownem i nadal odwiedza dzieci jako dr Bajka. Ponieważ – jak mi powiedziała – każdy wolontariusz ma własny pseudonim, pod którym znają go dzieci. I tak w Fundacji są dr Pippi, dr Kokardka, dr Koniczynka czy dr Żaba.

Przebranie drugą skórą Stroje, w które przebierają się wolontariusze, są ich oryginalnymi pomysłami, sami www.e-tryby.pl

nos

robią projekty. – Jeśli chodzi o wykonanie to najczęściej wolontariuszom szyją je mamy. Nieraz wystarczy do spodni od piżamy doszyć kieszenie i strój gotowy – mówi pani Ania, pokazując mi kolorowe przebrania. Można tam znaleźć tiulowe kołnierze, kraciaste spodnie czy kubraczek zrobiony w połowie z marynarki, a w połowie ze swetra. Strój odzwierciedla charakter danej postaci, tak np. wspomniana wcześniej dr Kokardka ma strój w kokardki, ale nie zawsze jest tak łatwo. Dr Żaba strojem wcale nie przypomina żabki a... wróżkę! – Na początku trochę dziwnie się człowiek czuje, szczególnie ktoś nieśmiały. Bo wchodzisz i od razu zwracasz uwagę swoim wyglądem – tłumaczy pani Ania. – Kiedy któregoś razu miałam tylko zrobić zdjęcia dziewczynom w czasie wizyty u dzieci i nie miałam przebrania, czułam się nieswojo. One poprzebierane, pomalowane a ja nie. Czegoś mi brakowało – wspomina. Można śmiało powiedzieć, że strój klauna i czerwony nos to druga skóra wolontariuszy.

Proces rekrutacyjny – i ty możesz zostać klaunem Najczęściej chętni do pomocy w Fundacji trafiają tu dzięki tzw. poczcie pantoflowej – Kasia powiedziała Marysi, a Marysia Zosi. Albo ludzie szukają w Internecie takiej organizacji, która do nich pasuje. Tak do nas trafiają – mówi pani Magda. Jeśli chodzi o „rekrutację” na klauna, to aby nim zostać, trzeba przejść kilka kroków. Po pierwsze: zgłosić się, po drugie: odbyć szkolenia (np. psychologiczne), które są organizowane co pewien czas. Odbywają się także tzw. klaunady. Wtedy wolontariusze poznają tajniki sztuczek iluzjonistycznych, uczą się żonglerki czy origami. Dla mnie także wykonano sztuczkę polegającą na schowaniu klaunowego noska i wyjęciu go zza mojego ucha. Jak to się stało, pozostało tajemnicą dr Bajki. Natomiast pani Ania zrobiła mi balonowego konika. Laik skręcałby balon pół dnia, jej zajęło to 20 sekund! Dzieci same wybierają zwierzątko jakie chcą otrzymać, czasem wymyślają dziwne stworzonka. A wolontariusz, chociaż nie wie, jak ma wyglądać kosmiczny ludzik, i tak potrafi wyczarować go dziecku. Moje rozmówczynie opowiedziały mi, że wolontariuszkami były kiedyś dwie Japonki. Jedna

z nich nie mówiła po polsku, ani nawet po angielsku. Dlatego chodziła do dzieci ubrana (nie przebrana) w swój tradycyjny strój i robiła zwierzątka z papieru. Nosiła ze sobą kartkę „menu zwierzakowe”, na którym były narysowane zwierzęta i dziecko wskazywało, które wybiera.

Wizyta gościa z czerwonym nosem Fundacja działa nie tylko w szpitalach, ale też Środowiskowych Domach Samopomocy, Przedszkolach Integracyjnych czy Specjalnych. Nad każdą grupą czuwa prowadzący; to ktoś z długim stażem w Fundacji, szczególnie przeszkolony. Zwykle do sali, w której przebywają mali pacjenci, klauni przychodzą w parach. Czasem też występują w świetlicach, jest to jednak możliwe tylko na oddziałach, na których dzieci mogą wstawać z łóżek. Mali pacjenci bardzo pozytywnie reagują na te wizyty, będące promykiem radości. Dzieci są zaciekawione, chętnie współpracują. Ale... bywa, że na dziecięcym oddziale leżą także dorośli. – Pamiętam takiego chłopaka, który zaczął leczyć się jako dziecko i później też tam przebywał. Był ode mnie kilka lat starszy. Ja miałam chyba 20 lat, a on 26 – śmieje się dr Bajka. Na temat Fundacji i jej działalności powstały magisterki i licencjaty, a z przeprowadzanych badań wynika, że dzięki wizytom klaunów dzieci są weselsze, mają lepszy nastrój, więcej się uśmiechają. A jak pisał Janusz Korczak „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Dobrze, że są tacy którzy ten uśmiech wywołują.

Śmiech lekarstwem na wszystko Badania potwierdzają, że śmiech usprawnia cały nasz organizm i pozytywnie działa na jego funkcjonowanie. Nie tylko przyśpiesza krążenie i powoduje szybsze bicie serca czy wewnętrzny masaż naszych organów, ale też poprawia samopoczucie, pomaga w walce ze stresem i lękiem, a co najważniejsze – zwiększa wydzielanie tzw. hormonów szczęścia, czyli endorfin. Prekursorem śmiechoterapii był Amerykanin – Hunter Cambell Adams, znany też jako Patchem Adams. To on jako pierwszy na świecie (w latach 60.) opracował i zastosował tę metodę wśród małych pacjentów. Pierwszy „klaunowy” nos zrobił sobie z gruszki używanej w szpitalach. Początki nie były łatwe, niektórzy z kolegów po fachu dziwili się i wyśmiewali innowacyjną metodę, ale nie mieli racji. Metoda zdobywała coraz więcej zwolenników i praktyków na całym świecie. W Polsce Fundacja Dr Clown powstała 14 lat temu, w 1999 roku. A sam Patche Adams, chociaż dziś jest już staruszkiem, to nadal rozwesela dzieci w szpitalach. Kilka lat temu gościł również w Polsce, na zaproszenie Fundacji. Odwiedź stronę Fundacji: www.drclown.pl.


idźże, zróbże

reklama

TRYBY NR 3(21)/2013

23


REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE

WIARA JEST SPOTKANIEM GŁOSI KS. DR HAB. ROBERT WOZNIAK 17 – 2 2 m a rca 20 1 3 codziennie

18.30

KOSCIÓŁ MARIACKI W KRAKOWIE


Tryby marzec 2013