Issuu on Google+

Historia w szkole to ju偶 historia

Zdejmujemy tabu z... egzorcyzm贸w

Krak贸w, nr 4(13)/2012

Ulotna granica 偶ycia

ISSN: 2083-8948


po drugiej stronie

,,Jeśli możemy zaakceptować to, że matka zabija swoje dziecko, to jak możemy mówić innym ludziom, by nie zabijali drugiego człowieka”

fot.: www.morguefile.com

Matka Teresa z Kalkuty

Karen Kingsbury W odcieniach błękitu Edycja Świętego Pawła 2012

Katarzyna i Mariusz Marcinkowscy NPR jest O.K.! Nowy styl życia Wydawnictwo Rubikon 2012

Andrea Tornielli Współpracownicy prawdy Wydawnictwo Salwator 2005

W szponach przeszłości

Przełomy

NaPRawdę naturalnie

„Dążcie do prawdy...”

Brad pracuje w nowojorskiej agencji reklamowej, która należy do jego przyszłego teścia. Ślub z Laurą ma się odbyć za sześć tygodni, więc przygotowania do niego wchodzą w najgorętszą fazę. Niespodziewanie jednak najnowsze zlecenie blokuje całą jego kreatywność. Dzieje się tak za sprawą pewnej niedokończonej historii z czasów ogólniaka. Co takiego ukrywa Brad przed swoją rodziną i przyszłą żoną? Czy bohater prosząc o wybaczenie, będzie potrafił wybaczyć sam sobie? Wielokrotnie powtarzany w literaturze motyw rozliczania się z własną przeszłością i wybaczenia w książce tej zyskuje nowy wymiar, gdyż pojawiają się tutaj liczne odwołania do wiary i do Biblii. Naprawdę warto przeczytać tę książkę!

Tom Davis wraz z głównym bohaterem, fotoreporterem Stuartem Danielsem, zabiera czytelnika do afrykańskiego kraju, Suazi. Wśród wszechobecnej nędzy, głodu, gwałtów i przemocy żyje tam dwunastoletnia dziewczynka, Adanna, której droga przetnie się z drogą zagubionego białego fotografa, który dzięki tej małej dziewczynce odnajdzie to, czego od dawna szukał. Historia Adanny i jej rodaków z pewnością zachęci wielu z was do modlitewnego i materialnego wsparcia narodów afrykańskich, gdyż opisana w książce z brutalną szczerością rzeczywistość, długo po lekturze nie pozwala o sobie zapomnieć.

Książka to zbiór wywiadów z małżeństwami, naukowcami i osobami duchownymi. Osią wywiadów są metody naturalnego rozpoznawania płodności. Marcinkowscy i ich rozmówcy walczą z zabobonami, jakie krążą wokół NPR-u. Rozprawiają się z mitem „kalendarzyka”, mitem nieskuteczności, mitem „katolickiej antykoncepcji” i mitem trudności prowadzenia obserwacji. Wyjaśniają na konkretnych przykładach, jak metody naturalne pomagają budować więź małżeńską, analizują trudne, niepodręcznikowe przypadki oraz pokazują, że NPR może być fascynującą przygodą intelektu.

Po co czytać kolejną książkę o papieżu? Dla zrozumienia Papieża-Osoby i tego, co się działo i dzieje w Kościele. Książka przybliża historię Benedykta XVI od młodości do wyboru na Stolicę Piotrową. Ważne, by ta biała postać pojawiająca się w oknie na Anioł Pański nie była anonimowa, cukierkowata. Joseph Ratzinger to człowiek nietuzinkowy. Zarówno jako profesor, prefekt Kongregacji Nauki Wiary i papież uparcie dąży do poznania prawdy i przybliżenia jej innym. To przykład na to, że nie tytuły zdobią człowieka, ale człowiek tytuły.

Agata Gołda

2

Tom Davis Adanna Edycja Świętego Pawła 2011

TRYBY nr 3(12)/2012

Agata Gołda

Marcin Nowak

Magdalena Guziak-Nowak

KONKURS

Recenzowane przez nas egzemplarze mogą trafić w Wasze ręce. Kwietniowy konkurs jest inspirowany wspomnieniem liturgicznym św. Wojciecha, które obchodzimy 23 dnia tego miesiąca. Pytanie: pod jakim innym imieniem jest znany w świecie chrześcijańskim św. Wojciech, biskup i męczennik? Na odpowiedzi czekamy pod adresem: sekretariat.tryby@gmail.com do końca kwietnia.


o d r e d a kc j i

Czy wiecie, że codzienna lektura trzech rozdziałów ze Starego Testamentu i jednego z Nowego sprawi, że w rok przeczytamy całe Pismo Święte? Ktoś inny wyliczył, że czytając po 11,5 min dziennie, też powinno się zdążyć w 365 dni. Można też czytać po dwa rozdziały. Wtedy „połkniemy” Biblię w rok i 10 miesięcy. Ale możemy też czytać po jednym wersecie, uczyć się go na pamięć i chodzić z nim przez cały dzień na uczelnię, do pracy, kina i na zakupy. Możemy przed Pismem klękać, jak się klęka przed sacrum i medytować w ciszy i skupieniu. Spotkanie ze Słowem Boga możemy potraktować jak wyśmienitą przygodę dla intelektu – tyle w nim przenośni, historycznych nawiązań, wiadomości o innych kulturach. Można też spojrzeć na Pismo Święte jak na dobrą powieść z wartką akcją. Wszystko możemy, jeśli ostatecznie przybliża nas to do

najważniejszego celu, jakim według św. Augustyna jest większa miłość do Boga i bliźniego. Chcę siebie i Was zachęcić tą krótką refleksją do aktywnego przeżycia tegorocznego Tygodnia Biblijnego, który pod hasłem „Kościół domem budowanym przez miłość” będziemy obchodzić od 22 do 28 kwietnia. Warto w tym czasie odkurzyć Biblię i zacząć czytać, zanim zżółknie od nieużywania. Jestem pewna, że wszyscy znajdziemy w niej coś dla siebie. Rolnikom polecam Księgę Rodzaju, ekonomistom – Księgę Liczb, przed egzaminami – Księgę Mądrości a wszystkim zakochanym – Pieśń nad Pieśniami. A na koniec przyjmijcie jeszcze poświąteczne życzenia. Byśmy zbyt szybko o minionej Wielkanocy nie zapomnieli, ale każdego dnia żyli w blasku Zmartwychwstania.

Marzec 2012 temat numeru: PIENIĄDZE W KOŚCIELE 4-7 Dać czy nie dać? Oto jest pytanie Higienicznie o pieniądzach Diabelska giełda? rozmowa z charakterem o. Aleksander Posacki

8-9

w trybach historii 10 Historia w szkole to już historia media pod lupą 11 Słupki oglądalności czy człowiek? rodzynki radzyńskiego Z mar Twych wstań!

11

ona i on Wierny zanim powiesz tak

12-13

alfabet relacji

13

pro-life Ulotna granica życia

14-15

b16/jp2 Orędzia Wielkanocne

16

inżynier ducha bł. Chiara Luce

17

encyklopedia wiary 17 Czy muzułmanin i buddysta zostaną zbawieni?

Redaktor naczelny: Magdalena Guziak-Nowak Redaktor prowadzący: Przemysław Radzyński Sekretarz redakcji: Agata Gołda Redaktor dodatków uczelnianych i PR: Karolina Pluta Marketing: Marcin Nowak Zespół redakcyjny: Iwona Bielecka, Agnieszka Całek, Michał Chudziński, Marta Czarny, Diana Drobniak, Karolina Mazurkiewicz, Izabela Murzyn, Wojciech Podlewski, Dominik Sidor, Tomasz Wierzbicki, Michał Wnęk Korekta: Katarzyna Brzezowska DTP, layout: Marcin Nowak Okładka: Marcin Nowak

Foto: Katarzyna Cieślik Asystent kościelny: ks. Rafał Buzała Adres redakcji: ul. Wiślna 12/7, 31-007 Kraków Data zamknięcia numeru: 4 kwietnia 2012 Nakład: 6000 egz. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania tekstów i zmiany tytułów.

ona i on Akceptacja czy przyjaźń

18

misz-masz

19 współpraca

sekretariat.tryby@gmail.com Wydawca: Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej

Jesteśmy na: Akademii Górniczo-Hutniczej | Politechnice Krakowskiej | Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie | Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie | Szkole Głównej Handlowej w Warszawie |

3


Dać czy nie dać? Oto jest pytanie

fot.: www.flickr.com

t e m a t n u m e r u > p i e n i ą d z e w Ko ś c i e l e

Wiele artykułów mówiących o pieniądzach w Kościele, zaczyna się od stwierdzenia, że jest to sprawa trudna i delikatna. Ośmielę się stwierdzić, że wcale taką nie jest, jeśli popatrzymy na nią z odpowiedniej perspektywy.

R

ozpocznijmy od prostej definicji Kościoła. Kościół jest wspólnotą ludzi ochrzczonych, wierzących, gromadzących się na sprawowaniu liturgii. Popatrzmy na działanie wspólnoty. Ma ona określony cel, zadanie. We wspólnocie na ogół jest jakaś jedna osoba odpowiedzialna, która ją prowadzi. Przykładem mogą być: wspólnota rocznikowa na studiach czy osoby wynajmujące wspólnie mieszkanie – mają cel nadrzędny, do realizacji którego potrzebne są środki finansowe pochodzące 4

TRYBY nr 3(12)/2012

Tomasz Mistur od całej wspólnoty. Bardzo podobnie jest z Kościołem. Mamy nadrzędny cel – niebo. Drogą do nieba jest życie na ziemi. Człowiek jest istotą cielesno-duchową; do doznań duchowych (dusza) potrzebuje konkretnego fizycznego miejsca – kościoła, budowli (ciało). Czy potrzebny jest konkretny budynek? Tak, ponieważ jest to Dom Boży i tylko w miejscach, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament, Jezus jest rzeczywiście obecny pod postacią chleba. Te miejsca to kościoły i kaplice.

W pozostałych miejscach Bóg jest obecny w człowieku, w otaczającym nas świecie, jednakże nie jest to taka sama obecność, jak w tabernakulum. Utrzymanie budynków i opłacenie osób dbających o nie, wymaga nakładów finansowych. Podobnie jest w naszych własnych domach czy mieszkaniach. Brać i ponosić odpowiedzialność Bierzemy odpowiedzialność za nasze czyny, a ponosimy

ją po zrealizowaniu – bądź nie – powziętych zobowiązań. W świetle tych faktów trzeba zapytać, czy chcę być odpowiedzialny za moją wspólnotę parafialną, za mój Kościół? Czy to jest mój Kościół, czy tylko czuję się zmuszony, bo mnie ochrzcili, a pozytywnego przykładu wiary nie miałem? W dodatku jeszcze „ci księża”. Często rodzi się we mnie taka pokusa, by zmieniać świat i innych ludzi zamiast zacząć od siebie. Pewien reporter zapytał Matkę Teresę z Kalkuty: „jak zmienić świat?” Ona


t e m a t n u m e r u > p i e n i ą d z e w Ko ś c i e l e

odpowiedziała: „ja zmienię siebie, pan zmieni siebie i proszę zobaczyć, zmieniamy świat”. Kiedyś też usłyszałem takie powiedzenie: „pilnuj siebie, będziesz w niebie”. Czy nie patrzymy na grzechy innych, chcąc usprawiedliwić swoje? Pamiętajmy! Kościół jest dla grzeszników, niebo dla świętych. Odpowiedzialność za Kościół ma dwa wymiary. Ważniejszy jest duchowy. Tu trzeba sobie postawić pytanie: czy modlę się za Kościół, czyli papieża, biskupów, kapłanów i wiernych, siebie oraz za dzieła Kościoła? Drugi wymiar ma charakter materialny. Tu z kolei należy zadać sobie pytanie: czy troszczę się o dobra materialne Kościoła? Jeżeli jestem wierzący czyli praktykujący (nie można być wierzącym i niepraktykującym, gdyż jest to nielogiczne, bo czy można żyć i nie oddychać?), to sprawą oczywistą jest, że będę się troszczył o mój Kościół, gdyż dbamy o to, co jest nasze. Im bardziej jest to dla mnie drogocenne, tym więcej starań włożę, aby zachować ten skarb. Jeżeli odkryję, iż wiara jest drogocenną perłą, to będę o nią zabiegał, troszczył się. Im słabiej czuję się związany z Kościołem, tym mniej o niego dbam. Bardzo ważna jest postawa – dbam o Kościół, potrafię sobie odmówić czegoś. Okazją do tego jest choćby Wielki Post i każdy piątek (w którym obowiązuje nas

powinniśmy się dzielić z innymi – jest to dobroczynność ze sprawiedliwości. Jednak, jeżeli ktoś potrzebuje pomocy – jałmużny, to powinien ją od nas otrzymać bez względu na to, czy dawca posiada nadmiar dóbr, czy też nie. Obowiązek czy przyjemność? Myślę, że dla osób mocno związanych z Kościołem – przyjemność, dla mniej zaangażowanych – obowiązek, a dla obojętnych czy krytyków – banał. Ale to przecież ci ostatni, z mojego doświadczenia, mają na ogół najwięcej do powiedzenia w tym temacie. Najczęściej składaną ofiarą są pieniądze wrzucane na tzw. tacę, czyli w czasie niedzielnych Mszy św. i podczas uroczystości. Historia tej ofiary sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Po Eucharystii odbywała się agapa, czyli uczta miłości braterskiej. Każdy przynosił dary, które spożywano, a to, co pozostawało, rozdawano biednym. Z upływem czasu agapy zaczęły zanikać – wierzących przybywało, więc rodziły się problemy natury czysto organizacyjnej, a z przechowywaniem darów były kłopoty, choćby ze względu na brak miejsca na magazynowanie. Z tego powodu łatwiejszym rozwiązaniem było wprowadzenie systemu składki pieniężnej, a za zebrane środki

dwie starsze panie rozmawiają o niedogodnościach w kościele – że zimno, że kiepsko słychać i jakoś w ogóle nie tak w tej świątyni, a bawiąca się obok wnuczka mówi: a czego spodziewacie się za złotówkę? post jakościowy), kiedy zaoszczędzone pieniądze można przekazać np. na pomoc biednym. Jest to ofiara wynikająca z miłosierdzia. Mój wujek, deklarujący się jako niewierzący, podaje pewien przykład, który pokazuje inną motywację. Mówi on: „jak idę do kościoła, np. na pogrzeb, to zawsze daję na składkę, gdyż jak idę do teatru, to przecież płacę za sztukę”. Ta zasada dobroczynności bazuje na bona superflua, są to dobra wykraczające poza te niezbędne do życia i nimi właśnie

zakupywano to, co było akurat potrzebne. Pieniądze z tacy są przeznaczone na utrzymanie infrastruktury parafialnej, opłaty za media, remonty, na wypłaty dla pracowników, na podatek od wiernych. Jednakże, często połowa ze składek niedzielnych przekazywana jest na inne cele Kościoła, poza właściwą parafię, np.: na Kurię Rzymską, kurię diecezjalną, seminaria duchowne, dzieła apostolskie, na budowę nowych kościołów, na misje. Pewien znajomy kapłan powiedział mi, że połowa

pieniędzy, jakie zbiera w ciągu miesiąca, idzie poza parafię, a opłaty rosną. Często dodatkowo w parafiach zbierane są pieniądze na budowę kościoła czy remonty. Takie składki przeprowadzane w dwojaki sposób – albo w ko-

Czy potrzebny jest konkretny budynek? Tak, ponieważ jest to Dom Boży i tylko w miejscach, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament, Jezus jest rzeczywiście obecny pod postacią chleba. pertach na tacę, albo kapłani proszą o wpłacanie na konto parafii. Kolejna zbiórka często jest prowadzona podczas kolędy. Ofiary z niej dzielone są na dwie części: jedna idzie na parafię, a druga dla kapłanów. W parafiach powinny istnieć rady ekonomiczne. Mają one głos doradczy w sprawach finansowych wspólnoty. Po wysłuchaniu opinii, ksiądz proboszcz podejmuje ostateczną decyzje, mówi o tym kan. 597 Kodeksu Prawa Kanoniczego. Co dzieje się z pieniędzmi danymi na tacę od strony duchowej? Zostają one złożone jako nasza ofiara, dar wypracowany przez nas. Jezus je przyjmuje, jako owoc naszej pracy i uświęca. Stają się częścią ofiary Chrystusa. Ksiądz, który kradłby pieniądze ze składki (czasem słyszę takie zarzuty), popełniałby najcięższy grzech, czyli świętokradztwo. Ile dawać? Na początek anegdota, jakże prawdziwa: dwie starsze panie rozmawiają o niedogodnościach w kościele – że zimno, że kiepsko słychać i jakoś w ogóle nie tak w tej świątyni, a bawiąca się obok wnuczka mówi: a czego spodziewacie się za złotówkę? Odnośnie ofiar składanych na tacę są trzy punkty widzenia. Pierwszy bazuje na Starym Testamencie, gdzie jest mowa o dziesięciu procentach od zarobków – tyle miał przekazywać każdy dla lewitów, którzy opiekowali

się świątynią. Druga, wypływająca z Nowego Testamentu, mówi: daj tyle, ile podpowiada ci serce. Trzecia, nowa świecka, mówi: nie daj nic. Uczniowie czy studenci zastanawiają się, czy mają dawać, skoro nie zarabiają. Należałoby się zastanowić, skąd pochodzą ich środki utrzymania. Otrzymują pieniądze od rodziców, państwa, czy sami wypracowują stypendium? Gdy nauczą się dzielić z innymi tym, co otrzymali, będą otwarci na biedę drugiego. Zobaczmy też, na co wydajemy. Czy nie można sobie odmówić jakiejś rzeczy czy zachcianki? Można zapytać wprost – ile wydaję choćby na kosmetyki, piwo, komórkę, sprzęt multimedialny, komputerowy? Jeżeli rzeczywiście nie mogę wspomóc finansowo, to powinienem się dużo modlić i pościć w intencji Kościoła. Kan. 222 KPK mówi, że oprócz obowiązku dbania o Kościół, mamy obowiązek troszczyć się o szafarzy Kościoła. Kapłan otrzymuje pieniądze za intencje mszalne, czyli odprawione Msze św. Może przyjąć pieniądze za jedną Mszę św. odprawioną w danym dniu, a pieniądze za pozostałe mają być przesyłane do kurii. Dodatkowymi pieniędzmi są te za iura stolae (z łac. prawa stuły), czyli ofiarowane kapłanom za chrzty, śluby i pogrzeby oraz inne posługi. Jeżeli kapłan sprawuje dodatkowe funkcje, np. praca w szkole, to również otrzymuje wynagrodzenie. Większość tych pieniędzy trafia do kapłanów. Jeżeli parafia jest biedna, to część pieniędzy z iura stolae trafia do kasy parafii. Kapłani ze swoich pieniędzy płacą comiesięczne składki na kurię i seminarium duchowne. W niektórych parafiach istnieją cenniki – powinny być czy nie? Nie powinno ich być, gdyż II Synod Plenarny, odbywający się w latach 19911999, zabronił wyznaczania wysokości ofiar przy okazji sprawowania sakramentów i sakramentaliów. Każdemu, kto chciałby poznać stan finansowania Kościoła, polecam przygotowany przez Katolicką Agencję Informacyjną raport o finansach Kościoła w Polsce, zaprezentowany 27 lutego 2012 r. 5


t e m a t n u m e r u > p i e n i ą d z e w Ko ś c i e l e

Higienicznie o pieniądzach „W stosunku do pieniędzy potrzebujemy jakiejś ramy, wyrzeczenia. Zaworu bezpieczeństwa, samoregulatora, który pozwoli zachować właściwą higienę relacji z pieniędzmi.” Katarzyna Cieślik

J

większe dysproporcje między przejadającymi się a niedojadającymi. Przytoczony na wstępie cytat z książki Bóg, kasa i rock’n’roll, daje rozwiązanie promujące higienę stosunków na linii człowiek-pieniądz. Nie wybrzmiewa tak mocno, jak Dekalog z góry Synaj, przez co ciężko próbować adaptować go na jedenaste przykazanie, które de facto z takim przesłaniem przydałoby się współczesnemu człowiekowi. Jest to droga, którą warto wybrać, by nie dać się uwięzić w klatce ze złota, która, mimo że piękna, jednak zabiera wolność. Droga, która powstała w odpowiedzi na to, co obecnie rozgrywa się na wielkich rynkach finansowych, ale i w naszych małych gospodarstwach domowych. Uczeni, że potrzeby człowieka są nieograniczone, ciągle odczuwamy presję posiadania,

która rodzi destrukcyjną konkurencję. Sprawę pogarsza nasza spaczona mentalność. Widząc, że sąsiad ma lepszy samochód, po cichu życzymy mu, aby ktoś na tej pięknej karoserii wydziergał coś ostrym nożem. Brakuje nam dystansu do pieniądza, a co za tym idzie – do dobra materialnego. Brakuje nam przyzwoitości, która określałaby nasze człowieczeństwo w tym względzie. Wreszcie – brakuje nam granicy, której przekroczenie odziera nas z godności. Mówi się, że dla pieniędzy człowiek zrobi wiele. Nie mówi się natomiast, że za te same pieniądze człowiek może zmieniać świat – ten wielki, ale i ten osobisty. Pieniądz = dobro, ale tylko wtedy, gdy istnieje silny „zawór bezpieczeństwa”.

fot.: www.morguefile.com

esteśmy już wyleczeni z wszelkich epidemii gruźlicy, dżumy czy cholery. Znamy lekarstwa na przeróżne choroby. Mimo to nadal leczymy się my sami, leczą się nasi rodzice i przyjaciele. W kolejce do lekarza ustawiają się nasze sąsiadki. U drzwi psychologa siedzi grupka osób znękanych problemami. Chcemy uzdrowić nasze ciało, ale nie zapominajmy również o naszej duszy… Wspaniała homeostaza organizmu pozwala nam żyć dłużej, lepiej i piękniej. Leczymy raka, dlaczego zatem nie mielibyśmy leczyć uzależnienia od pieniędzy? Przesyt dóbr, promowany konsumpcjonizm ponad miarę, pragnienie luksusu i dobrobytu. To tylko nieliczne zjawiska, które są dziećmi obrzydliwej potrzeby posiadania, potrzeby rodzącej coraz to

6

TRYBY nr 3(12)/2012


t e m a t n u m e r u > p i e n i ą d z e w Ko ś c i e l e

S

Diabelska giełda? „Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.” Groźba wypowiedziana ustami Jezusa odnosi się do inwestowania pieniędzy? Dotyczy maklerów i inwestorów? Nic bardziej mylnego. Michał Chudziński

ufność i wewnętrzną wolność w stosunku do posiadanego majątku. Nie wolno się od niego uzależnić! Aby służyć innym inwestując na giełdzie, nie jest konieczne oddawanie całego zysku na cele charytatywne. Kupując akcje, nabywamy część firmy, którą wspieramy swoimi pieniędzmi. Dzięki temu wsparciu pozwalamy komuś na rozwój. Z szerokiego wachlarza firm należy więc wybierać te, które działają zgodnie z zasada-

fot.: Michał Chudziński

ą to przecież ostatnie słowa przypowieści o talentach (Mt 25, 14-30). Skarcony w niej został ten sługa, który powierzony talent (około 240 tysięcy złotych) zakopał w ziemi, zamiast zainwestować go, jak zrobili to inni słudzy. Nie był on w stanie zdobyć się na ufność i zaryzykować swojego życia. Tymczasem Jezus uczy, że należy podejmować niezbędne ryzyko. Daje nam też niepodważalny przykład – własną

śmierć na krzyżu. Tak też jest i dzisiaj. Zetknięcie się z pieniędzmi stanowi punkt wyjścia do poznania głębszej prawdy o nas samych i naszym stosunku do Boga. Wszystko, co otrzymaliśmy od Stwórcy, jest nam dane, aby z tego korzystać i służyć innym. Także pieniądze. Lepiej służyć własnymi rękami? Oczywiście, ale chcąc pomóc dzieciom w Afryce, dużo łatwiej (i taniej) przekazać jest

pieniądze na ten cel odpowiednim organizacjom, które są na miejscu i mają potrzebną wiedzę. Skąd brać pieniądze? Pracując, „bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę” (Łk 10,7). Skąd mieć tyle, aby godnie żyć i móc pomagać innym? Inwestując! „Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność” (Mt 35, 27).

Skoro mamy inwestować oraz podejmować ryzyko, nasze drogi prowadzą już wprost na giełdę. A tutaj, aby nie stracić, konieczne jest przestrzeganie pewnych zasad. Chłodne myślenie, operowanie tylko wolnymi środkami i dywersyfikacja ryzyka, to tylko kilka z nich. Dodatkowo, a może nawet przede wszystkim, trzeba ustrzec się przed chciwością i żądzą pieniądza. Aby to zrobić, należy zdobyć się na

mi zrównoważonego rozwoju oraz służą życiu. Warto także trzymać się z daleka od tych szkodliwych, np. producentów papierosów czy alkoholu. Przykładem dobrego inwestowania jest Kościół Anglikański, który dzięki inwestycjom finansowym w ostatnich dwóch latach podwoił swój majątek (5,5 mld funtów). Inwestujmy więc mądrze oraz dzielmy się zyskiem z tymi, którzy tego potrzebują. 7


Powiedział kiedyś Ojciec: Posługa egzorcyzmu jest czymś normalnym w Kościele, to odwieczna praktyka, której nie trzeba się bać. Dlaczego więc egzorcyści są tak chronieni w Kościele? – W niektórych diecezjach obowiązuje pewna selekcja. Osoba zgłaszająca się do kurii w pierwszej kolejności kierowana jest do poradni psychologicznej – tak jest np. w Krakowie czy Warszawie – a dopiero później podawany jest jej kontakt do konkretnego egzorcysty. Nie jest to jednak praktyka objęta jakimikolwiek przepisami, a służy jedynie do „przecedzenia” różnych przypadków. Rytuał egzorcyzmu nie wspomina o konieczności konsultacji z psychologami czy psychiatrami każdego przypadku, jednak aby odciążyć egzorcystów od ludzi chorych, czasami wprowadza się tę formę porady. Z czego wynika tak duże zainteresowanie egzorcystami? – W tej chwili zainteresowanie egzorcyzmami jest na drugim miejscu po seksie, jeżeli mówimy o Internecie. To wynika w pewnym stopniu ze skłonności człowieka do poszukiwania sensacji, do czegoś tajemniczego, niesamowitego. Ludzie zgłaszający się do egzorcystów bardzo często taką wizytę poprzedzają spotkaniem z magami lub okultystami. Wiąże się to z pewnym typem ludzi, nie tyle nieumiejących, co niechcących, poradzić sobie z własnymi problemami i starających się zrzucić je na kogoś innego. Duchowni i psycholodzy zawsze zwracają dużą uwagę na problem wolności, czyli samostanowienia człowieka. Na pierwszym miejscu człowiek sam musi sobie chcieć pomóc, sam się o to starać, a dopiero później szukać pomocy. Aby zacząć szukać pomocy musimy zdefiniować problem. Czy samemu można zaobserwować jakiekolwiek symptomy wskazujące na to, aby porozmawiać z egzorcystą czy swoim przewodnikiem duchowym? – Istnieje możliwość zaobserwowania u siebie problemu zniewolenia. Jeżeli ktoś nie panuje nad jakąś sferą swojego 8

TRYBY nr 3(12)/2012

życia, psychiką… Oczywiście wchodzi to w obszar kompetencji nauk humanistycznych, medycznych, psychiatrycznych, dlatego też egzorcyści działają jakby równolegle z lekarzami, zachowując jednak pewną autonomię. Niestety, nie każdy terapeuta może współpracować z egzorcystami. Problemem jest ukryty materializm w naukach humanistycznych, mający swoje początki w oświeceniu, a przyjęty przez część psychiatrów i psychologów jako coś oczywistego. Większość tych nauk ma piętno, żeby nie powiedzieć przekleństwo, materialistycznej opcji. Człowieka się postrzega jako istotę biologiczną, materialną, psychobiologiczną i w tym duchu próbuje się go leczyć, nie zważając na to, że może mieć on problem duchowy. Ja sta- Egzorcyzmów nie można się bać, trzeba je zrozumieć. Jak one ram się przywró- wyglądają i czy różnią się od tych pokazanych w filmach? Na cić w głowach wszystkie te pytania odpowiada o. Aleksander Posacki. ludzi możliwość istnienia świata Rozmawia Michał Wnęk duchów, czyli czegoś, co po oświeceniu zostało dogmapowiedzieć, że demon jest Ojciec opisał, jak roztycznie i prymitywnie „zdele- transkulturowy, a co za tym poznać u siebie oznaki galizowane”. To bardzo ważne idzie, każdy może zostać opętania, a czy istnieje jakiś – możliwość, czyli że pewne opętany. Szatan nie pyta, czy sposób, aby się przed nim problemy, które mają nie tylko ktoś jest ateistą, wierzącym uchronić? ludzie młodzi ale też starsi, w Boga lub czy jest na etapie – Z naszego punktu winiekoniecznie muszą wychoposzukiwania. Podstawą dzenia, działanie demonów dzić z wnętrza organizmu. opętania jest zło. Można związane jest ze złem czyli Człowiek nie jest zamkniętą popełniać grzech nie mając grzechem. Nie jest natomiast puszką sardynek, ale układem o tym świadomości. Podobnie uwarunkowane wrażliwością otwartym, podatnym na pewbyło w tradycjach pogańskich, człowieka, jak to pokazują ne siły pozaosobowościowe, gdzie zabijano ludzi rytualnie niektóre filmy. Istnieje kilka które mogą spowodować jego myśląc, że jest to coś normalprzepisów, aby ustrzec się problemy aż do tzw. opętania. nego. I zdarzają się przypadki przed demonicznym opętaopętań pogan. Gdy misjonarze niem. Przede wszystkim naleA jak wygląda sytuacja jadą na misje, to w odległych ży unikać grzechu i zachować w przypadku, gdy ktoś jest krajach spotykają takich ludzi. Prawo Boże czyli Dekalog, niewierzący? Czy ateista Opętany czy zniewolony może a po drugie unikać praktyk może zostać opętany? zostać człowiek niezależnie mediumicznych osłabiających – Jak najbardziej. Można od kultury czy mentalności. barierę obronną osobowości.

Zdejmujemy tabu… z egzorcyzmów

fot.: Karolina Orłowska

r o z m owa z c h a r a k t e r e m


r o z m owa z c h a r a k t e r e m

Nie powinno uczestniczyć się w doświadczeniach transowych czy psychodelicznych, ponieważ połączenie tego z grzesznością człowieka stwarza otwarta furtkę najpierw do zniewolenia, a w dalszej kolejności opętania. Czy można określić grupy grzechów, które bardziej narażają nas na takie niebezpieczeństwo? – Z naszych doświadczeń wynika (a związane jest to z logiką teologiczną), że najbardziej otwierają na działanie złych duchów grzechy bałwochwalstwa różnego typu, z satanizmem na czele. Na drugim miejscu jest okultyzm ze wszystkimi swoimi praktykami i stanami pseudomedytacyjnymi. Nie możemy także lekceważyć notorycznie popełnianych grzechów ciężkich. W tym wypadku przykładem może być nienawiść, która jest bliska czarnej magii lub grzech przeciwko Duchowi Świętemu, czyli negowanie swojej grzeszności. Istnieją różnego rodzaju niby-psychologiczne nurty, wmawiające człowiekowi, że jest bogiem bezgrzesznym i doskonałym. Natomiast w chrześcijaństwie człowiek musi przyznawać się do swojej słabości i prosić nieustannie o miłosierdzie. We wspomnianych ruchach jest zupełnie odwrotnie. Nie dość, że się temu zaprzecza, to jeszcze rozwija złudne przekonanie, że takiego człowieka biorącego udział w spotkaniu grzech nie dotyczy, a to jest bardzo niebezpieczne. Egzorcyzmy mimo kilkuset lat swojego istnienia ciągle są traktowane przez wiernych jako coś niezwykłego. Duży wpływ mają z całą pewnością na taką sytuację różne filmy, bazujące na prawdziwych wydarzeniach, jak choćby „Rytuał”. Proszę powiedzieć, czy często się zdarza, aby w czasie egzorcyzmów dochodziło do zjawisk niewytłumaczalnych? – Jeżeli w danej sytuacji występuje problem demoniczny, to przeważnie „coś” się tam zamanifestuje. Początkiem egzorcyzmu są modlitwy, które zaczynają drażnić złego ducha. Z biegiem czasu stają się one

coraz bardziej intensywne, rozkazujące, co prowadzi do pojawienia się oporu, który widać w postaci wyzwisk, zastraszania, próby przerwania egzorcyzmu. W niektórych przypadkach dochodzą do tego paranormalne zjawiska, jak przesuwanie się stołu czy krzeseł, a sam otrzymałem informacje od dwóch różnych księży, że byli świadkami lewitacji. Po części te sytuacje odpowiadają tym filmowym, które z oczywistych względów niejednokrotnie są przerysowane. Ojciec napisał bardzo pochlebną recenzję przytoczonego filmu, jednak nie wszystkie ekranizacje są aż tak wierne prawdzie. – Wydaje mi się, że w każdym filmie tego typu jest ziarno prawdy i wcale bym z nimi nie walczył. Dużo gorsze są te, które próbują zmieniać naszą wrażliwość, czyli tam, gdzie chce się nam wmówić, że zło jest czymś sympatycznym i normalnym, to ja będę protestował. Czy przez te wszystkie lata, kiedy zajmował się Ojciec egzorcyzmami dopuszczał choćby przez chwilę myśl, że są one spowodowane przez choroby psychiczne? – Nie można sprowadzić człowieka tylko i wyłącznie do działania jego mózgu, bo to jest nierzetelne i sprzeczne z doświadczeniem ludzkości. Mózg dla niektórych badaczy stał się pseudointelektualnym fetyszem. My nie wykluczamy, że odgrywa on w tym wszystkim swoją rolę. Jednak uważamy, że nigdy nie będzie miał on jej takiej, aby zastąpić np. pojęcie osoby czy wolności. Sam mózg jest tylko kawałkiem mechanizmu, więc już kwestii chociażby wspomnianej wolności nie da się przez niego wyjaśnić, więc dlaczego my jej doświadczamy? Często mówi się, że nauka coś wyjaśnia, a to jest nieprawdą. Ona stara się jedynie pokazać działanie mechanizmu w jakimś sektorze rzeczywistości, który może zbadać. Zawsze natomiast występują jakieś ograniczenia metodologiczne. Nie może ona ekstrapolować a to się dzisiaj dzieje – określonych wniosków z badanego sektora

na całą rzeczywistość, bo przez to dokonuje się pewnego nieuprawnionego błędu generalizacji. Wchodzimy chyba w taką epokę, że musimy zacząć prowadzić też spory intelektualne nt. demonologii, duchów. Jest to jednak problem także filozoficzny. Czy byt musi być jedynie materialny, czy dopuszcza się także niematerialne? O duchach możemy mówić jako bytach bezcielesnych. Czy można udowodnić, że nie ma bytów niematerialnych? Można powiedzieć, że jest to trudne do udowodnienia według niektórych koncepcji, co nie oznacza, że jest to niemożliwe. W sensie filozoficznym, intelektualnym i naszych przeczuć staje się to realne. Ludzie starający się temu zaprzeczyć są ograniczeni intelektualnie, bo próbują wpakować całą rzeczywistość w jakiś wąski gorset materializmu. Statystyki potwierdzają, że w Polsce rośnie liczba egzorcystów. A jak to wygląda w innych krajach? W Niemczech po śmierci Anneliese Michel Kościół całkowicie zakazał egzorcyzmów. – Racje tego zakazu są czysto lękowe, można nawet pokusić się o stwierdzenie irracjonalne. Nie zmienia to faktu, że nadal występują tam zniewolenia, a księża, z którymi mamy kontakt, ubolewają nad tym, gdyż muszą szukać pomocy egzorcystów za granicą. Czy istnieją jakieś okresy w kalendarzu lub w ciągu dnia, podczas kt��rych działania duchów są nasilone? – Świetnym przykładem może być okres Wielkiego Postu, w czasie którego zły duch jest pobudzony. Związane jest to z rosnącą liczbą ludzi modlących się i nawracających, a przy okazji demon chce też coś dla siebie „utargować”. Odnośnie pory dnia to wiadomo, że sprzyjająca jest noc, ponieważ człowiek staje się mniej krytyczny, osłabiona też jest jego koncentracja. Fałszywe objawienie przeważnie również miały miejsce nocą. Zaobserwowano również prawidłowość, że znamienna jest godzina trzecia w nocy, a działa to na zasadzie pewnego rodzaju wyszydzenia

godziny piętnastej. Jak często nagrywane są egzorcyzmy? Czy upowszechnienie nagrań nie służyłoby ściągnięciu z nich metaforycznej kotary? – Czasami to się zdarza, jednak z racji tego, że jest to świeża sprawa, Kościół się tego jeszcze trochę boi. Obowiązuje taki ogólny zakaz utrwalania egzorcyzmów. Nie jest on może kategoryczny, ale istnieje. Powodów jesteśmy w stanie wymienić kilka, chodzi m.in. o dobro człowieka poddawanego egzorcyzmom oraz jego rodziny, istnieje również duża obawa przed nadużyciami medialnymi. Ja osobiście nie byłem przeciwny nagrywaniu egzorcyzmów, gdyż takie sztuczne chowanie się i ukrywanie tego wszystkiego powoduje jeszcze większą niepewność, której nie powinno być. To nas też oddala od prawdy. Bo jeżeli egzorcyzmy są prawdziwe, to dlaczego nie możemy pokazać ludziom jak się zmienia twarz, jak osoba egzorcyzmowana wypluwa metalowe przedmioty? Czyli taka transparencja przydałaby się z punktu widzenia Kościoła? – Moim zdaniem tak, natomiast nie chcę się wypowiadać z punktu widzenia Kościoła, bo on także ma swoje racje. Chce ochraniać egzorcyzmowanych przed nadużyciami, a wiernych przed manipulacjami. Transparencja na pewno by służyła prawdzie, ale ta prawda jest związana z jakąś konkretną osobą, o którą musimy jako Kościół dbać.

Ojciec Aleksander Posacki SJ teolog katolicki, filozof, wykładowca akademicki doktor habilitowany teologii (KUL, Lublin), doktor filozofii (Uniwersytet Gregoriański, Rzym), profesor Akademii „Ignatianum”. Specjalista w zakresie teologii duchowości, znawca demonologii oraz historii filozofii. Członek zwyczajny Polskiego Stowarzyszenia Teologów Duchowości.

9


w trybach historii

Historia w szkole to już historia Co trzeba zrobić, by poważni, dorośli, zdrowi na umyśle ojcowie i dziadkowie zamknęli się w podziemiach kościoła i zarządzili głodówkę? Wystarczy pomajstrować w szkolnictwie. Magdalena Guziak-Nowak Matematyczny absurd Nie od dziś Ministerstwo Edukacji Narodowej narzeka na żenująco niski poziom wiedzy historycznej. Ostatnio wpadło na pomysł, co zrobić, by zaradzić tej frustrującej sytuacji. Od września, czyli od nowego roku szkolnego, chce ograniczyć liczbę godzin historii. Zabawne, że za tą matematyczno-historyczną abstrakcją stoją dwie absolwentki studiów matematycznych (!) na polskich uniwersytetach: Katarzyna Hall i Krystyna Szumilas. Ale od początku.

z historią ma niewiele wspólnego, bo składa się z dziewięciu bloków tematycznych DO WYBORU (np. „Kobieta i mężczyzna, rodzina”, „Język, komunikacja i media”, „Wojna i wojskowość”, „Gospodarka”). Przeciwko takiemu nauczaniu historii zaprotestowali w 2009 r. czołowi polscy historycy z różnych opcji politycznych. Pod apelem „Ratujmy

posłów – nic z tych rzeczy nie jest w stanie skłonić do dyskusji przedstawicieli obecnych polskich władz. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę – bez wątpienia drastyczną – formę protestu. Nie mamy już 25 lat i wiemy, że dużo ryzykujemy, ale trzeba ryzykować w obronie polskiej edukacji” – napisali na internetowym blogu, który zawieszał się regularnie

Po co to zamieszanie?

O co w tym chodzi? Zaczęło się w 2008 r. Ówczesna szefowa MEN-u Katarzyna Hall podpisała rozporządzenie w sprawie nowych podstaw programowych dla szkół publicznych. Reforma najpierw dostała się do podstawówek, potem gimnazjów, a we wrześniu jej ofiarą mają paść „ogólniaki”. W dużym skrócie chodzi o to, że w gimnazjum uczeń ma poznać zagadnienia historyczne od starożytności do 1918 r., a w liceum od 1918 r. do czasów współczesnych. Idea nie jest głupia, bo daje szansę na to, że zamiast uczyć pięć razy o wojnach perskich, nauczyciele zdążą omówić te procesy historyczne, które uczniowie mogli obserwować na własne oczy. Twórcza refleksja nad historią najnowszą może być niezwykle cenna. Na czym więc polega MEN-owski „haczyk”? Ano na tym, że kompleksowy program nauczania nie obejmie wszystkich uczniów – ci, którzy w liceum nie zdecydują się na wybór profilu historycznego, będą realizować przedmiot o nazwie „Historia i społeczeństwo”. Przedmiot, który 10

TRYBY nr 3(12)/2012

środowiska artystyczne i twórcze a także sami uczniowie, którzy przychodzili do salezjańskiego oratorium z wyrazami uznania. Niespieszna za to była reakcja minister Szumilas, która dopiero po dziewięciu dniach głodówki zaprosiła wycieńczonych opozycjonistów na wycieczkę… do stolicy. Krakowski protest zakończył się niespodziewanie 30 marca pod wpływem rozmowy z kard. Stanisławem Dziwiszem, który poprosił o przerwanie głodówki i zapewnił o swoim wsparciu w dalszych działaniach. Krakusi zapowiedzieli więc, że chcą niezależnej komisji edukacji składającej się z ekspertów i przedstawicieli rodziców, która ma przygotować własną propozycję reformy nauczania historii. W ślad za Krakowem poszła Warszawa. PRL-owscy opozycjoniści głodowali w siedzibie Stowarzyszenia Wolnego Słowa.

historię, ratujmy polski kanon” podpisało się ponad stu profesorów historii. Protest trafił w MEN-owską próżnię. Głodówką w system Sprawa odżyła 19 marca br., kiedy działacze anty-PRL-owskiej opozycji rozpoczęli w salezjańskim kościele św. Stanisława Kostki na krakowskich Dębniakach protest przeciwko „hodowli matołów”. Czyli produkcji wykształciuchów bez korzeni i tożsamości. „Listy obywateli, analizy ekspertów, wystąpienia

z powodu ogromnej liczby odwiedzin (www.obronaszkoly. salon24.pl). Głodujących natychmiast poparły placówki oświatowe i wychowawcze,

Aż się prosi, by uderzyć na zakończenie w patetyczną nutę. I zacytować np. Piłsudskiego, który mówił, że „Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”. Albo pozwolić sobie na kąśliwy komentarz – że politycy chcą ogłupić naród, bo tępym ludem bez korzeni łatwiej jest manipulować. A może powód, dla którego szkoła stała się polem minowym rojącym się od niewypałów w postaci nieudolnych reform, jest dużo bardziej prozaiczny? Jak napisał internauta na blogu opozycjonistów: „Zlikwidować szkołę i wprowadzić 3-miesięczne kursy, najlepiej korespondencyjne. Szkoła na prądzie i ciepłej wodzie zaoszczędzi…”

Protestujący w Krakowie, którzy dla ratowania polskiej edukacji poświęcili własne zdrowie: Grzegorz Surdy, Adam Kalita, Leszek Jaranowski, Ryszard Majdzik, Bogusław Dąbrowa-Kostka, Marian Stach, Paweł Kurtyka, Kazimierz Korabiński, Aleksander Czapla, Tomasz Kalita, Sebastian Kęciek i Marcin Szymański. Głodówka w Warszawie rozpoczęła się z inicjatywy Adama Borowskiego, Mariusz Pateya, Lecha Ochnika i Grzegorza Wysockiego.


media pod lupą | rodzynki radzyńskiego

Słupki oglądalności czy człowiek?

media pod lupą

T

en makabryczny żart dotyczący rodziców Madzi z Sosnowca można znaleźć w wielu miejscach w Internecie. Na Facebooku, portalach rozrywkowych i na forach. Często jest nawet opatrzony zdjęciem pary. Nawet jeśli u niektórych to wszystko budzi niesmak, to przez innych jest powielane i przesyłane znajomym jako naprawdę dobry dowcip. Prywatnych użytkowników nie może powstrzymać przed takim działaniami nic poza ich własnym zdrowym rozsądkiem. Nie da się jednak ukryć, że u źródeł tego dowcipu znajdują się profesjonalne media, które wielokrotnie w tej sytuacji przekroczyły etyczne granice. Początkowo, kiedy jeszcze opinia publiczna przekonana była, że dziewczynkę porwano,

„Jak nieoficjalnie dowiedziała się redakcja Vogule Poland, miesięcznik PANI przyznał nominację dla Kasi i Bartka Waśniewskich w plebiscycie Srebrne Jabłka 2012 dla najpiękniejszych par za szczególną interpretację słów «dopóki śmierć nas nie rozłączy»”. Agnieszka Całek media stanęły na wysokości zadania. Publikowały zdjęcia dziecka, podawały szczegóły zajścia, prezentowały apele rodziny. Sytuacja drastycznie się zmieniła, gdy matka Madzi wyznała, co faktycznie się stało. Niestety zrobiła to przed kochającym blask fleszy detektywem Krzysztofem Rutkowskim i jego kamerą. Ten zamiast przekazać nagranie stosownym władzom, oddał je mediom. I tutaj zaczął się koszmar, bo film pojawił się w czołowych stacjach telewizyjnych. Niektórzy dziennikarze, by

nikt im nie zarzucił naruszenia zasad etycznych, tłumaczyli nawet, że puszczają z całości nagrania tylko tyle, ile absolutnie „muszą”. Cokolwiek to znaczy. Sytuacja zaowocowała tym, że na matce dziewczynki nie pozostawiono suchej nitki. Komentarze pod materiałami dziennikarskimi zaroiły się od epitetów, życzeń śmierci i kategorycznych ocen. Publiczny proces kobiety zaczął się na długo przed tym, nim wymiar sprawiedliwości zdążył zareagować. Prawo do informacji

zostało wypaczone i wymierzone przeciw człowiekowi. Polskie media zapomniały o etyce i prawie do obrony. A szkoda, bo etyka w codziennej pracy dziennikarza to nie jest bardzo skomplikowana sprawa. Na przykład francuski dziennik lokalny „OuestFrance” ma swoją kartę etyczną złożoną z kilku słów, ale za to bardzo wymownych. Niech one posłużą za komentarz do tej sytuacji: „Mówić nie szkodząc, pokazywać nie szokując, świadczyć nie atakując, oskarżać nie potępiając”.

jajka zamieniła na Kinder Niespodzianki. Ot i cały cud. Anegdotę tę przytaczam z kilku powodów. 1. Ma wielkanocny charakter. I nie idzie tu bynajmniej o historię z jajkami, ale o przebijającą z niej moc zmartwychwstania. 2. Doskonale oddaje atmosferę wspólnoty, w której żyje Ania – minimum środków,

maksimum radości. Jak w pierwszych chrześcijańskich Kościołach. Wracamy do korzeni. 3. Pokazuje na czym polegają prawdziwe cuda. W nich w ogóle nie chodzi o zobaczenie czy usłyszenie Matki Bożej, ale o przemianę życia. I takich cudów życzę Wam w okresie wielkanocnym!

rodzynki radzyńskiego

Z mar Twych wstań! Najnowszy cud w Medziugorie, to kury znoszące… czekoladowe jajka.

tym cudzie opowiadała goszcząca w marcu w Polsce Ania Golędzinowska. Promowała swoją książkę-świadectwo Ocalona z piekła. Od jakiegoś czasu mieszka w Medziugorie – znanym miejscu objawień maryjnych. Ania podkreśla, że osobiście nigdy nie widziała tam Matki Bożej czy „kręcącego się Słońca”. Jej obecność w Bośni i Hercegowinie związana jest z nawróceniem. Wywieziona do Włoch przez grupę przestępczą handlującą żywym towarem była gwałcona. Dzięki „aniołowi stróżowi” wyrwała się stamtąd, dostała się do Mediolanu i została top modelką. Jak większość w showbiznesie nadużywała narkotyków i alkoholu. Spotkała dobrych ludzi, którzy pokazali jej Medziugorie. Stworzyła tam ruch „Czyste Serca”. Wspólnota, w której żyje utrzymuje się z tego, co przyniosą pielgrzymi. Nawet lekko przeterminowaną żywnością

nikt tam nie gardzi. Ale czekolada znaleziona w zakamarku spiżarni, która swoją przydatność do spożycia straciła kilka lat temu, to już lekka przesada. No ale i w tym wypadku należy trzymać się zasady, że niczego nie można zmarnować. Dziewczyna rozsypała czekoladę kurom; „niech i one mają coś z życia” – pomyślała (Golędzinowska ostatnie lata swojego życia przebywała na włoskich salonach; mimo że pochodzi z Polski, to kogo ze stolicy można by podejrzewać o znajomość sztuki chowu drobiu domowego?). O tym, co zrobiła, z dumą opowiedziała bratu na co dzień troszczącemu się o kurnik. „No to czekamy teraz na czekoladowe jajka” – powiedziała. „Przecież kur nie karmi się czekoladą; a poza tym, czekoladowe jajka to tylko na Wielkanoc” – irytował się brat. Chcąc udowodnić mu, że nie ma racji Ania zabrała mu klucze od kurnika, poszła tam wcześnie rano i wszystkie

fot.: Materiały Edycji Świętego Pawła

O

Przemysław Radzyński

11


ona i on

WIERNY

zanim powiesz „tak”

„Wierność jest nudna” – śpiewa Natalia Kukulska w piosence promującej film „Och, Karol 2”. Dlaczego? Bo przecież wszystko, co mamy najcenniejszego, dzielimy tylko z jedną osobą – to dziś takie nieatrakcyjne. A jeśli jej jeszcze nie znamy, zachowujemy nasz skarb do czasu, kiedy się wreszcie spotkamy – jakie to nużące. Iwona Bielecka i Dominik Sidor

12

TRYBY nr 3(12)/2012


ona i on

C

odzienność małżeńska bywa monotonna, a tęsknota singla za wielką miłością nieznośna. Tak, to trudne. Ale czy nie jest warte wysiłku? Czy trudne musi być nudne? O ile bycie wiernym poślubionej osobie jest wartością, którą jesteśmy w stanie zrozumieć i przyjąć, o tyle czystość przed małżeństwem wzbudza zdziwienie, a nawet pewien bunt. Przecież możliwe jest, że nasz obecny partner zostanie kiedyś naszym mężem czy też żoną. Dlaczego więc nie cieszyć się już teraz obecnym związkiem i poznawać na wszystkich płaszczyznach? Być może odpowiedź nie brzmi nowocześnie i pozornie sprzeciwia się zasadzie „carpe diem”, ale tylko rozważne dzielenie się swoim duchem i ciałem prowadzi do życia jego pełnią. Doskonale wiedzą to osoby, które – choć zachowały czystość do nocy poślubnej – przyznają, że ciężko było im pogodzić się z tym, że ich Jedyny szeptał podobne czułe słówka innej kobiecie, czy też ich Ukochana wtulała się w ramiona innego. Tym boleśniejszy do przyjęcia był dla nich nieodwracalny fakt, że ich małżonek miał już za sobą intymne kontakty z inną osobą – widocznie wtedy tak bardzo mu bliską… Bardzo często, zwłaszcza kobietom,

ciężko jest zapomnieć o takich czy podobnych relacjach swoich mężów. W głębi serca odczuwają je jako zdradę. Choć jeszcze nie byli razem, a często nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu, to jednak budzi się pewien żal, a radość z miłości miesza z dziwnym smutkiem. Bo, żeby pójść dalej wspólną drogą, trzeba wybaczyć wszystko, co było. Także niecierpliwość i niewierność – brak wiary w to, że warto zaczekać z fizycznym okazywaniem czułości, aż do dnia zaślubin z tą przeznaczoną nam „drugą połówką”. Dla niej zachować najpiękniejsze, zaprzeć się siebie. Francis Bacon pisał: „Bądź wierny sobie, a nie będziesz niewierny innym”. Może w tym miejscu warto zapytać samego siebie czy wiem, co tak właściwie jest dla mnie wartością? Jakie mam zasady w życiu i czy jestem im wierny w swoich wyborach? A może płynę z prądem i nie stać mnie na odwagę, by nie biec przez życie „owczym pędem”? Wbrew temu, co nachalnie narzucają mass media, stanowczość w obronie swoich wartości daje dużo większą satysfakcję niż czerpanie z wszystkich możliwych źródeł uciech i przyjemności. Często okazują się tylko marnymi wodami gruntowymi, z których więcej szkód

niż pożytku w postaci złamanych serc i ran w sferze emocjonalnej. Czy chciałbym stać twarzą w twarz z miłością swojego życia i czuć się przez nią zdradzony, bo zabrakło jej cierpliwości? Czystość w dzisiejszym świecie, pędzącym z prędkością światła, to niemalże sztuka. Ale czy nie ona właśnie pozwala dotrzeć do źródła piękna? W odpowiednim czasie tam, gdzie jest głębia miłości. Pełnia życia… w wierności. To, jacy jesteśmy dziś, zaprocentuje w przyszłości, która „zaczyna się dziś, a nie jutro” (Jan Paweł II). Czy tego chcemy, czy nie – przeszłość ma wpływ na nasze obecne i kolejne relacje. Jedni powiedzą: „na całe szczęście”, inni: „niestety”. Wystarczy spojrzeć na weselne albumy tych, którzy zaczekali na siebie z sercem czystym i wiernym aż do ślubu. A na barwnych fotografiach – oprócz nieziemskiej radości świeżo upieczonych małżonków – można dostrzec podziw i jakąś nutkę żalu w oczach gości, którzy w dniu swojego ślubu nie będą mogli podarować swojemu ukochanemu śnieżnobiałego welonu – tak wymownego symbolu nienaruszonego piękna serca i ciała... A to zdarza się w życiu tylko ten jeden jedyny raz.

fot.: Archiwum Iwony i Dominika

alfabet relacji

D jak dziewictwo Przemysław Radzyński

D

ziewictwo to stan czystości osób, które nie podjęły działań seksualnych. Dziewictwa nie można traktować wyłącznie fizjologicznie, a bardziej jako etos. Nawet jeżeli straciliśmy dziewictwo, to możemy żyć w czystości. W naszej, dość seksistowskiej, kulturze zwraca się uwagę głównie na dziewictwo kobiet. Mężczyźni często zapominają, że nie tylko oni chcieliby związać się na całe życie z osobą, która swoją seksualność będzie dzieliła wyłącznie z nimi. Mimo że często określenie „dziewica” staje się inwektywą, że mężczyźni prześcigają się w wyliczaniu kobiet, z którymi spali, co w ich odczuciu czyni ich mistrzami seksu, to może być to forma likwidowania niskiej samooceny, poza tym to, o czym często mówimy, nie oznacza tego, o czym myślimy. Cywilizacje starożytne czy także późniejsze, które były rozpasane seksualnie, rozpadały się. Nieodpowiedzialność ze sfery intymnej była przenoszona na inne sfery życia… Dziś podobnie zerotyzowane media utwierdzają młodego człowieka w przekonaniu, że niemożliwe jest życie bez orgazmu. Ale na Zachodzie i w Polsce powstają ruchy czystych serc. Zrzeszeni w nich ludzie pokazują, że w dziewictwie można nie tylko trwać, ale też czerpać z tego radość.

Cykl powstaje we współpracy z Radiem Bonus UPJPII. Audycji można słuchać w środy o 20.15 na radio.upjp2.edu.pl. Na stronie Radia Bonus znajdują się także archiwalne nagrania.

13


pro-life

Śmierć dotyczy każdego z nas i nie jesteśmy w stanie jej uniknąć. Jednak przy pomocy dostępnej aparatury medycznej mamy możliwość odsunięcia jej w czasie. Magdalena Antkowiak

P

apież Jan Paweł II promowanie wartości życia ludzkiego stawiał na czele zadań swojego pontyfikatu. Dążył do tego, aby życie każdego człowieka – słabego, upośledzonego lub gasnącego było chronione, szczególnie przez pracowników służby medycznej. Domagał się ochrony pacjentów, których życie jest już jedynie biologiczną wegetacją. Ciało człowieka nigdy nie było i nie będzie jedynie zbiorem tkanek i narządów, ponieważ jest ono ciałem uduchowionym. Nie istnieje też żaden moment, w którym dusza mogłaby być „wprowadzana” lub „wyprowadzana” – w razie jakiegokolwiek upośledzenia. Niezależnie od kondycji fizycznej

to cały żyjący człowiek jest wartością świętą a nie jakaś jego część, cecha bądź zdolność. Dlatego też jego dobro ma być głównym celem wszelakich działań lekarskich. W kontekście umierania znaczy to, że nie możemy podtrzymywać życia za wszelką cenę, ale też nie powinniśmy go odrzucać w chwilach cierpienia. Jan Paweł II w swoich przemówieniach apelował, aby o jakość życia zabiegać poprzez odpowiednie i utrzymywane we właściwych proporcjach leczenie. Śmierć nie jest momentem, który należałoby odsuwać w czasie. Umieranie to ostatni akt życia, który, jak całe życie, musi być przeżywany z godnością. Śmierć dla istoty ludzkiej nie jest zjawiskiem do 14

TRYBY nr 3(12)/2012

końca zrozumiałym, mimo iż od poczęcia jest ona wpisana w historię każdego z nas. Medyczna definicja śmierci mówi nam o tym, że człowieka można uznać za zmarłego w momencie stwierdzenia trwałego ustania funkcji pnia mózgu. Wiemy jednak, że nie oznacza to śmierci wszystkich komórek mózgu. Dzięki osiągnięciom współczesnej medycyny mogą one żyć jeszcze przez dłuższy czas poprzez sztuczne podtrzymywanie akcji serca i oddychania. W ten sposób człowiek może zachować krążenie krwi i trawić pokarmy (wprowadzane sondą do żołądka) mimo braku jakichkolwiek objawów świadomości. Terapia uporczywa a podstawowa opieka medyczna

W celu podtrzymania funkcji życiowych człowieka nieuleczalnie chorego stosowane są środki, które najczęściej wiążą się z cierpieniem oraz naruszeniem jego godności, sztucznie przedłużając w ten sposób jego umieranie. Zabiegi te nazywane są w środowisku lekarskim uporczywą terapią, która nie obejmuje zabiegów łagodzenia bólu takich jak karmienie i nawadnianie, o ile służą one dobru pacjenta. Według Kościoła stosowanie tej terapii wiąże się z brakiem akceptacji nieuchronności śmierci. Papież Jan Paweł II przestrzegał przed jej stosowaniem w wypadku, gdy zabiegi przestaną być współmierne do oczekiwanych rezultatów, a także, gdy staną się uciążliwe dla pacjenta i jego rodziny. Równocześnie

Ulotna

zaleca konieczność leczenia, zaznaczając, że terapia musi zostać doprecyzowana w konkretnych przypadkach. Ważne jest, aby lekarz decydując się na zastosowaniu lub zaprzestanie stosowania środków podtrzymujących życie miał na uwadze realny stan chorego. Z punktu widzenia Kościoła rezygnacja z uporczywej trapi, która przynosi niepewne i bolesne przedłużanie życia, jest moralnie dopuszczalna wtedy, gdy zostanie zachowana podstawowa opieka medyczna. Jednak pojawienie się w ostatnich latach zwiększonej liczby przypadków uśmiercania pacjentów wpłynęło na zmianę definicji uporczywej terapii. Pojawiło się pytanie, czy aby sztuczne odżywianie chorego znajdującego się w stanie wegetatywnym, które dotychczas kwali-

upośledzeni i nieprzytomni, co znaczy, iż jesteśmy niezdolni do zachowań typowych dla ludzi zdrowych, to mimo tego jesteśmy wciąż osobami ludzkimi, istotami cielesno-duchowymi, nie półludźmi. Dlatego nie mamy wątpliwości, iż konieczne jest podjęcie wszystkich koniecznych czynności, jakie należą do podstawowej opieki medycznej przy trwale nieprzytomnych lub będących w stanie wegetatywnym pacjentach. Chodzi tu szczególnie o podawanie pokarmów i płynów, gdyż każda osoba będąca w stanie wegetatywnym powinna być traktowana jak każdy inny pacjent w stanie ciężkim. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że podtrzymywanie życia poprzez sztuczne karmienie i nawadnianie nie jest nakazem, gdyż jest ono uzależnione od stanu

fikowało się do podstawowej opieki medycznej, nie wchodzi w zakres uporczywej terapii? Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie musimy najpierw określić, czym lub kim jesteśmy. Czy jesteśmy tylko i wyłącznie ludzkim umysłem, który kieruje ciałem, a w momencie kiedy traci swe zdolności stajemy się wyłącznie magazynem organów? Jeśli tak, to znaczy to, że w chwili śmierci mózgu stajemy się zwykłym ciałem, które można zwyczajnie uśmiercić pomimo tego, iż nasze serce nadal bije a organy nadal pełnią swoje funkcje życiowe. Jako chrześcijanie wiemy jednak, że osobą ludzką jesteśmy tak długo, jak długo żyje nasz organizm. Nawet gdy jesteśmy chorzy,

chorego. Jeśli więc działania te nie osiągną swego celu lub doprowadzą jedynie do bólu i cierpienia pacjenta mogą być zaniechane. Mimo iż procedury zawarte w ramach opieki podstawowej nie można jednoznacznie zaliczyć do działań uporczywej terapii, to niekiedy mogą być one uporczywe. Prawo trzech podpisów Medyczne kryteria śmierci człowieka pojawiły się w chwili uznania przez Komitet Harwardzki (1968 r.) wystąpienia u pacjenta nieodwracalnej śpiączki wraz z bezdechem. Objawy te uznane były za równoznaczne ze śmiercią. Mimo tego, iż kryteria te uważane były za coś umownego, wzbudziły one głośną krytykę wielu lekarzy,


pro-life

granica życia którzy spostrzegli, że zostały one opublikowane pomimo braku konkretnych badań naukowych. Szokujące jest jednak to, że mimo sprzeciwu środowiska lekarskiego w wielu krajach kryteria te uznane zostały za zgodne z prawem. Jednym z państw, gdzie uznano taki sposób orzekania śmierci pacjenta są Stany Zjednoczone. Ich prawny dokument „Uniform Determination of Death Act” mówi o śmierci jako nieodwracalnym ustaniu oddechu i krążenia lub ustaniu wszystkich funkcji mózgu. Dotychczasowe sercowo-płucne kryteria śmierci wzbogaciły się o kolejne – neurologiczne. W Polsce, aby uznać śmierć mózgową należy upewnić się, czy chory spełnia kilka warunków. Najpierw trzeba potwierdzić śpiączkę u pacjenta i rozpoznać przyczynę tego stanu. Równocześnie sprawdza się, czy wy-

stwierdzenia śmierci przez komisję a nie wtedy, gdy odłączy się go od respiratora. Tak więc, za sprawą trzech złożonych podpisów, sytuacja prawna chorego zmienia się diametralnie – pacjent nie jest już obywatelem chronionym przez państwo, gdyż według prawa medycznego staje się „zwłokami” sztucznie podtrzymywanymi przez urządzenia, wobec którego przestają być aktualne jakiekolwiek obowiązki terapeutyczne. Ogólne zasady świadczące o śmierci mózgu, które zostały przyjęte w krajach naszego kręgu kulturowego zostały opublikowane m.in. w polskim Dzienniku Urzędowym Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej z dnia 5 września 1994 r. O śmierci mózgu jako całości świadczy trwały bezdech (potwierdzony badaniami) oraz brak sześciu odruchów: brak reakcji źrenic na światło, brak reakcji ruchowych na

prawnie pacjent jest uznany za zmarłego. Według tych przepisów zmarły posiada status zwłok z bijącym sercem. Mimo tego wielu lekarzy twierdzi, że takie zwłoki nie różnią się niczym od każdego z nich. Jednak prawne potwierdzenie śmierci jest bezpieczną ochroną dla tych, którzy biorą udział w pobraniu organów „zmarłego” pacjenta do przeszczepu. Spora część lekarzy transplantologów zajmująca się przeszczepami twierdzi, że w momencie pobierania narządów dawca jeszcze żyje. Apelują, aby zrezygnować z tezy iż „śmierć mózgowa” oznacza definitywną śmierć człowieka i uznać, że dawca w chwili pobierania narządów żyje. Idąc takim torem myślenia w Stanach Zjednoczonych Prezydencka Rada Bioetyczna zaproponowała zmianę nazwy „śmierć mózgowa” na termin „całkowitej dysfunkcji mózgu”. Nasz niepokój może bu-

według niektórych specjalistów możliwe pod warunkiem szybkiego zastosowania łagodnej terapii hipotermii oraz nieprzeprowadzania próby bezdechu, która w większości przypadków kończy się śmiercią pacjenta. Dzięki akceptacji tej tezy możemy zapobiec temu, aby pacjentów będących w stanie wegetatywnym nie podtrzymywać przy życiu jedynie po to, aby stali się dawcami organów. A właśnie do tego dąży część środowiska medycznego, która w okresie malejącej ilości dawców szuka w ten sposób wyjścia z kryzysu. Jeśli na to pozwolimy, to doprowadzimy to do tego, że przestaniemy być traktowani jako istota ludzka a zaczniemy być tylko „żywym magazynem” organów. Od momentu poczęcia do naturalnej śmierci jesteśmy wartością świętą i nienaruszalną. Nikt, kto w obliczu śmierci nie zapobiega jej przy pomocy nadzwyczajnych środków a jedynie łagodzi jej objawy, nie wykracza przeciwko tej wartości. Taka postawa, oparta na życzliwości wobec chorego, jest godną szacunku służbą i aktem miłości wobec bliźniego. Lekarze powinni

stąpiło nieodwracalne uszkodzenie mózgu wobec możliwości terapeutycznych i upływu czasu. Jeśli wymienione wyznaczniki są spełnione i nie ma niczego, co by mogło wykluczyć diagnozę śmierci mózgowej, to już po kilku godzinach można zrobić badania odruchów pniowych i bezdechu. W naszym kraju badania te polegają na odłączeniu respiratora na ok. 10 minut, powodując w ten sposób nieodwracalne uszczerbki w mózgu, które w większości wypadków prowadzą do śmierci człowieka. Komisja do spraw Stwierdzania Śmierci Mózgu składająca się z neurologa, anestezjologa i medyka sądowego może stwierdzić zgon na podstawie przeprowadzonych badań, pomimo utrzymującej się akcji serca. Człowiek uznany jest za zmarłego w momencie

bodźce bólowe, brak odruchu wymiotnego i kaszlowego po podrażnieniu gardła i tchawicy, brak odruchu rogówkowego (po dotknięciu rogówki powieki zostają nieruchome), brak spontanicznych ruchów gałek ocznych oraz w trakcie tzw. próby kalorycznej, gdy na błonę bębenkową skierowany zostaje strumień bardzo zimnej wody, brak odruchu oczno-mózgowego, czyli bezruch gałek ocznych przy przekręcaniu głowy na bok.

dzić również to, że większość społeczeństwa poszczególnych krajów nie wie, że stan człowieka, u którego można za pomocą badań stwierdzić śmierć mózgu w niektórych przypadkach ma do 70 proc. szans na powrót do zdrowia. Jest to

być przede wszystkim sługami życia a nie narzędziami, które przyczyniają się do śmierci człowieka. Natomiast dla rodziny i najbliższych chorego najważniejszą powinnością jest wspieranie go w jego ostatnim moralnym zadaniu, jakim jest umieranie z godnością.

Pobieranie narządów od pacjentów w stanie „śmierci mózgu” Czy możemy być do końca pewni, gdy pobieramy narządy od pacjenta w stanie „śmierci mózgu”, iż jest on zmarłym człowiekiem? W momencie dopełnienia procedur orzeczenia śmierci możemy mieć pewność tylko co do tego, że

27 kwietnia – Narodowy Dzień Pokuty za grzechy przeciw życiu człowieka 27 kwietnia minie kolejna rocznica uchwalenia w 1956 r. ustawy aborcyjnej, obowiązującej aż do 7 stycznia 1993 r. W wyniku stosowania prawa, które narzucił Polsce komunistyczny terror, życie straciły miliony polskich dzieci. Zapraszamy na Mszę św. w intencji przebłagania Pana Boga za grzechy przeciwko życiu człowieka. Eucharystia pod przewodnictwem J. Em. ks. kard. Stanisława Nagyego odbędzie się 27 kwietnia (piątek) o godz. 18 w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. 15


b16/j p2

Orędzia Wielkanocne

J

ednym z pytań, które najbardziej nurtują człowieka, jest właśnie to: co jest po śmierci? Dzisiejsza uroczystość pozwala nam odpowiedzieć na tę kwestię, że śmierć nie ma ostatniego słowa, bo w końcu tryumfuje Życie. A ta nasza pewność zasadza się nie na zwyczajnym, ludzkim rozumowaniu, ale na historycznym fakcie wiary: Jezus Chrystus, ukrzyżowany i złożony w grobie, zmartwychwstał w swoim chwalebnym ciele. Jezus zmartwychwstał, abyśmy i my, wierząc w Niego, mogli mieć życie wieczne. Ta wieść stanowi serce ewangelicznego przesłania. Z mocą głosi to św. Paweł: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara”. I dodaje: „Jeżeli tylko w tym

życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania” (1 Kor 15, 14.19). Od poranka zmartwychwstania nowa wiosna nadziei przychodzi na świat; od tego dnia rozpoczyna się nasze zmartwychwstanie, gdyż Pascha nie jest jednym momentem w historii, ale początkiem nowego stanu: Jezus zmartwychwstał nie po to, aby pamięć o Nim pozostała żywa w sercach uczniów, ale dlatego, żeby On sam żył w nas i byśmy w Nim już teraz mogli kosztować radości życia wiecznego. Przesłanie o zmartwychwstaniu Pana rozświetla ciemne regiony świata, w którym żyjemy. Myślę tu szczególnie o materializmie i nihilizmie, o tej wizji świata, która nie jest w stanie wykroczyć poza to, co doświadczalne eksperymentalnie i niepocieszona kieruje się ku nicości, która miałaby być ostateczną przystanią istnienia ludzkiego. Faktycznie, jeżeli Chrystus

by nie zmartwychwstał, „pustka” miałaby przewagę. Jeśli wyeliminujemy Chrystusa i Jego zmartwychwstanie, nie ma wyjścia dla człowieka, a każda jego nadzieja pozostaje iluzją. Ale właśnie dziś rozbrzmiewa z mocą przesłanie o zmartwychwstaniu Pana i jest ono odpowiedzią na aktualne pytanie sceptyków, przytoczone również w Księdze Koheleta: „Czy jest coś, o czym by się rzekło: ‘Patrz to coś nowego’?” (Koh 1, 10). Tak, odpowiadamy: w paschalny poranek wszystko zostało odnowione. Mors et vita duello conflixere mirando: dux vitae mortuus regnat vivus – Śmierć zwarła się z życiem i w boju, o dziwy, choć poległ Wódz życia, króluje dziś żywy. Oto nowina! Nowina, która przemienia egzystencję każdego, kto ją przyjmuje, jak to miało miejsce w życiu świętych. Benedykt XVI, Orędzie Wielkanocne 2009 r.

encyklopedia wiary

Drodzy Bracia i Siostry! Jakże wymowny jest dla nas ten Dzień, który mówi z całą prawdą o naszym początku. Kamieniem węgielnym całego naszego budowania jest sam Chrystus Jezus. Ten kamień, odrzucony przez budujących, który Bóg opromienił światłem zmartwychwstania, złożony jest w samym fundamencie naszej wiary, naszej nadziei i naszej miłości. On jest pierwszą racją naszego powołania i misji, którą każdy z nas otrzymuje już na chrzcie. Dzisiaj pragniemy odkryć na nowo to powołanie, przyjąć na nowo na własność tę misję. Pragniemy sprawić, aby na nowo przenikała ją radość zmartwychwstania. Pragniemy przybliżyć ją na nawo wszystkim ludziom, tym, którzy są blisko, i tym, którzy są daleko. Dzielimy się wzajemnie, jedni z drugimi, tą radością. Dzielimy ją z Apostołami, z niewiastami, które jako pierwsze przyniosły wieść o zmartwychwstaniu. Zjednoczmy się z Maryją. Człowiek nie może nigdy utracić nadziei w zwycięstwo dobra. Ten dzień niech stanie się dzisiaj dla nas początkiem nowej nadziei. Jak nie radować się zwycięstwem tego Chrystusa, który został umęczony za świat, przez który przeszedł dobrze czyniąc wszystkim i głosząc Ewangelię królestwa, w którym znalazła wyraz cała pełnia odkupieńczej dobroci Boga? W niej człowiek został powołany do najwyższej godności. Jak nie radować się zwycięstwem Tego, który tak niesprawiedliwie został skazany na najstraszniejszą mękę i na 16

TRYBY nr 3(12)/2012

śmierć na Krzyżu; zwycięstwem Tego, który przedtem był ubiczowany, spoliczkowany, oplwany, z tak nieludzkim okrucieństwem? Jak nie radować się z objawienia mocy samego Boga, ze zwycięstwa tej mocy nad grzechem i nad zaślepieniem ludzi? Jak nie radować się ze zwycięstwa, które definitywnie odnosi dobro nad złem? Oto Dzień, który Pan uczynił! Oto Dzień powszechnej nadziei. Dzień, w którym wokół Zmartwychwstałego skupiają się i łączą wszystkie ludzkie cierpienia, rozczarowania, upokorzenia, krzyże, naruszona godność ludzka, gdzie naruszone życie ludzkie, ucisk, przymus, wszystkie rzeczy, które wielkim głosem wołają: Victimae paschali laudes immolent Christiani. Niech w święto radosne Paschalnej Ofiary składają jej wierni uwielbień swych dary! Zmartwychwstały nie oddala się od nas; Zmartwychwstały powraca do nas. On idzie wszędzie tam, gdzie oczekuje Go więcej ludzi, gdzie jest większy smutek i trwoga, gdzie są większe nieszczęścia i łzy. Idzie, aby światłem zmartwychwstania opromienić to wszystko, co podlega ciemnościom grzechu i śmierci. Bł. Jan Paweł II, Orędzie Wielkanocne 1979 r.

Michał Wnęk

ODPOWIEDŹ

O

Czy muzułmanin i buddysta zostaną zbawieni?

D

obra chrześcijańska odpowiedź brzmi w skrócie: „Ufam, że tak. Życzę im tego. Modlę się o to”. Rzecz jasna chodzi o szczerego muzułmanina i buddystę. Nasza wiara, że jedyną drogą do zbawienia jest Chrystus, może być rozumiana na dwa sposoby. Pierwszy z nich – raczej problematyczny – sprowadzałby się do przekonania, że wszyscy, którzy Chrystusa nie znają, zbawienia nie dostąpią. Taka potoczna opinia dosyć długo utrzymywała się wśród chrześcijan. Jednak głęboko myślący ludzie nawet wtedy nie traktowali tego jako oczywistości. Drugie możliwe rozumienie stwierdzenia, że Jezus to jedyny Zbawiciel, jest takie, że każdy, kto zostaje zbawiony, dostępuje tego dzięki Chrystusowi – nawet jeśli o tym nie wie. W początkach chrześcijaństwa żył św. Justyn Męczennik (II w.), który rozwinął nauczanie o tzw. „logosie rozsianym”. „Logos” to termin wieloznaczny, po grecku oznacza m.in. „rozum”, natomiast święty Jan w swojej Ewangelii określa nim Jezusa, jako Słowo Boże, przez które wszystko się stało. Św. Justyn uważał, że Logos Boży jest rozsiany i promieniuje w świecie, działając niejako incognito. Każdy człowiek, żyjący według „prawego rozumu”, żyje ostatecznie według światła Bożego. Na przykład Sokrates był dla Justyna „chrześcijaninem przed Chrystusem”,


inżynier ducha | encyklopedia wiary

inżynier ducha

Uśmiech dla Boga Życie na wzór Chrystusa wcale nie jest łatwe, bo przecież Chiara sama mówiła: „Jak trudno iść pod prąd”. Jednak tym słowom towarzyszyło również stwierdzenie – „Dla Ciebie Jezu”.

C

Karolina Mazurkiewicz

hiara Luce była jedynym dzieckiem państwa Badano. Przez 11 lat prosili oni o łaskę potomstwa, aż w końcu otrzymali niezwykły dar – małą dziewczynkę. Przyszła na świat 29 października 1971 r. w Sassello we Włoszech. Jej życie było bardzo normalne i typowe. Miała swoje

plany i marzenia, które chciała zrealizować. Ważnym elementem jej życia był sport, a przede wszystkim tenis. Była związana z ruchem Focolari „Dzieło Maryi” założonym przez Chiarę Lubich. Wyróżniał ją piękny uśmiech i duże oczy, z których biła radość i miłość. Nauka nie szła jej rewelacyjnie. Zdarzyło się również, że

musiała powtarzać trzecią klasę gimnazjum. W najmniej oczekiwanym momencie życia pojawiła się choroba – nowotwór kości. Bez łez, żalu czy smutku Chiara przyjęła wyrok. W swoim pamiętniku napisała: „Tę chorobę Jezus zesłał mi we właściwym momencie”. Mimo ogromnego bólu nie myślała o sobie, ale o innych. Wraz z postępującą chorobą jej miłość do Boga wzrastała. Odmawiała nawet morfiny, bo jak twierdziła „odbiera jej świadomość, a ja Jezusowi mogę oddać tylko cierpienie”. Paradoksem jest, że ludzie przychodzący ją pocieszyć sami zostawali przez nią pocieszeni. Każdy kolejny tracony włos czy krwotok, był ofiarowała dla Jezusa. W pełni świadomie szykowała się na śmierć,

którą nazwała „zaślubinami”. 7 października 1990 r. odeszła z pokojem w sercu i radością na ustach. W ostatnich słowach powiedziała mamie: „Bądź szczęśliwa, bo ja jestem”. Już po dziewięciu latach od śmierci rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. 25 września 2010 r. Benedykt XVI uroczyście ogłosił Chiarę „Luce” Badano błogosławioną. Papież stawia ją jako przykład dla młodzieży, mówiąc: „Jej życie było krótkie, ale zdołała w nim dać zdumiewające świadectwo. Przeżyła niespełna 19 lat pełnych życia, miłości i wiary. Dwa ostatnie lata były pełne cierpienia, które jednak znosiła w niezmiennej miłości i świetle, pochodzącym z jej serca wypełnionego Bogiem”.

Ateiści Jeżeli człowiek uczciwie i szczerze doszedł do subiektywnego przekonania, że Bóg nie istnieje, to trudno go za to winić. Święty Tomasz z Akwinu uważał nawet, że ktoś taki grzeszyłby pozostając nadal chrześcijaninem... Oczywiście niewierzący bardzo się myli, ale powinien słuchać sumienia, takiego, jakie w danym momencie ma. Pan Bóg będzie nas rozliczał z uczciwości naszych decyzji. Jeżeli człowiek jest szczerze przeświadczony, że Boga nie ma, to dlaczego miałby w niego wierzyć? Ale jeśli przy tym wspomniany człowiek pozostaje uczciwy i prawy, to w gruncie rzeczy, gdzieś w sercu, nadal wierzy w prawdę, piękno, dobro, czyli tak naprawdę wierzy w Boga, choć Go nie rozpoznaje. Zatem możemy i powinniśmy

fot.: www.morguefile.com

choć oczywiście nie mógł znać historycznego Jezusa. Jednak Sokrates uczciwie szukał prawdy, mając w sobie taką do niej miłość, że gdy doszedł do tego, co uznał za prawdę, to był gotów oddać za nią życie. Tak więc ojciec greckiej filozofii kochał Chrystusa nie znając Jego imienia, ponieważ kochał prawdę. Przyjmując taką logikę, możemy na gruncie chrześcijaństwa powiedzieć, że każdy człowiek uczciwie szukający sensu życia i stosujący się w miarę swych możliwości do tego, co poznał, jest w pewnym sensie nieświadomym wyznawcą Jezusa. Uznanie tego nie może nas zniechęcać do głoszenia Ewangelii, bo Jezus pragnie być poznany w sposób świadomy, jednak wolno ufać, że uczciwi wyznawcy innych religii nie są daleko od Boga. Na potępienie naraża się tylko człowiek, który mając jasne poznanie Chrystusa, odrzuca Go. służyć takim osobom naszym świadectwem wiary i jej ewentualnym objaśnieniem, ale nie musimy uważać ich od razu za straconych dla nieba. Ateizm może oznaczać odrzucenie pewnego wyobrażenia Boga i przez to oczyszczać pole dla autentycznej wiary. Natomiast istnieje niebezpieczeństwo takiego ateizmu, który podkopuje fundamenty całego życia. Jak mówi jeden z bohaterów Dostojewskiego,

usprawiedliwiając morderstwo: „Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”. Taki ateizm grozi człowiekowi zgubą. Odpowiedź powstała na podstawie rozmowy z dr. Markiem Kitą, filozofem i teologiem, zastępcą dyrektora Międzywydziałowego Instytutu Ekumenii i Dialogu na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie.

zadaj pytanie Drodzy Czytelnicy, jeśli chcielibyście uzyskać kompetentną odpowiedź na pytanie związane ze sprawami wiary i moralności, wyślijcie je do nas, a my znajdziemy eksperta, który rzetelnie na nie odpowie. Na Wasze pytania czekamy pod adresem: sekretariat.tryby@gmail.com 17


nasz patron

Przyjaciel wie o mnie wszystko? Coraz więcej ludzi żali się na to, że nie ma przyjaciół. Mało kto z tych ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że czyni wszystko, by zbudowanie z nim trwałej przyjaźni stało się niemożliwe. Jednym z niebezpiecznych błędów w patrzeniu na przyjaźń jest przekonanie, że przyjaciel to ktoś, kto wie o mnie wszystko, a mimo to mnie kocha. Zwykle konsekwencją tego błędu jest błąd kolejny: przekonanie, że mam obowiązek mówić przyjacielowi wszystko o mnie, zwłaszcza o moich słabościach, albo że on ma prawo wręcz tego ode mnie żądać. Wtedy przyjaciel zamieniłby się w policjanta czy sędziego, który przypisuje sobie prawo rozstrzygania za mnie moich spraw i oceniania mnie we wszystkim. Tymczasem mądry przyjaciel nie potrzebuje i nie chce wiedzieć o mnie wszystkiego! Chce wiedzieć tylko tyle, ile ja chcę, by wiedział. Przyjaciel to ktoś, kto potrafi mnie kochać zawsze i wszędzie niezależnie od tego, czego się o mnie dowie. Gdy dowiaduje się o mnie – ode mnie samego, od innych ludzi czy z własnej obserwacji – rzeczy dobrych, to cieszy się ze mną i mobilizuje mnie do dalszego rozwoju, a gdy dowiaduje się o moich słabościach czy błędach, to z cierpliwą miłością pomaga mi rosnąć. Przyjaźń to zaufanie i otwartość Nie zbuduje przyjaźni ktoś, kto myśli, że ma obowiązek mówić przyjacielowi o sobie zawsze i wszystko. Wobec przyjaciela nic nie muszę, a już zwłaszcza nie mam obowiązku mu się zwierzać z moich słabości. Nie zbuduje jednak radosnej przyjaźni także ten, kto wpada w skrajność przeciwną i uważa, że przyjaciel powinien we wszystkim go akceptować, patrzeć na niego wyłącznie pozytywnie, zawsze czule pocieszać, ale nigdy nie powinien zwracać mu uwagi, a tym bardziej go upominać. W takiej wersji przyjaciel zostaje zredukowany do roli lustra, które ma mi mówić, że jestem najpiękniejszą i najwspanialszą osobą na świecie. Do takiej roli da się 18

TRYBY nr 3(12)/2012

Akceptacja czy przyjaźń? Kto z nikim nie jest w stanie rozmawiać o swoich słabościach i błędach, komunikuje światu, że nie potrzebuje przyjaciół. ks. dr Marek Dziewiecki sprowadzić – na krótko! – człowiek zakochany, ale nie dojrzały przyjaciel. Prawdziwy przyjaciel nie zmusza mnie do żadnych zwierzeń, ale zaczyna cierpieć wtedy, gdy widzi, że moje postępowanie zaczyna być niezgodne z moimi własnymi przekonaniami, normami moralnymi, wartościami, priorytetami czy pragnieniami. Jeśli przeżywam trudny okres – co widać nawet z zewnątrz – i nie zaczynam z własnej inicjatywy (!) rozmawiać o tym z przyjacielem, to znaczy, że nie jestem zdolny do przyjaźni albo że uważam, iż jest mi ona niepotrzebna.

Nie zbuduje przyjaźni ktoś, kto myśli, że ma obowiązek mówić przyjacielowi o sobie zawsze i wszystko. Uznanie własnych granic Do przyjaźni nie są zdolni ci, którzy uważają, że poradzą sobie sami ze wszystkim, albo że potrzebują jedynie „ogólnego” wsparcia od przyjaciela, bez rozmawiania z nim o konkretnych trudnościach i bez mówienia o własnych słabościach czy błędach. Tacy ludzie uważają, że wystarczy, iż o swoich błędach i słabościach czy o swoim żalu do siebie powiedzą samemu sobie i Bogu. Z chwilą, gdy w ich życiu pojawiają się (nieuniknione!) problemy, tacy ludzie zaczynają prowadzić z przyjacielem rozmowy oderwane od tego, co najważniejsze w ich aktualnym życiu. Taka postawa prowadzi do ogromnego cierpienia ze strony przyjaciela, gdyż być przyjacielem to być przekonanym, że jeśli rzeczywiście

bardzo kocham tę drugą osobę, to ona w rozmowach ze mną powie mi wprost o swoich trudnościach i popełnionych błędach, bo mi ufa i wie, że potrzebuje w tym momencie pomocy. Nie zbuduje trwałej przyjaźni taki człowiek, który uważa, że powiedzenie przyjacielowi – z własnej inicjatywy – o swoich słabościach i błędach to niepotrzebna forma upokorzenia czy zbędna forma pokuty. Przyjaciel niesie światło i moc Im bardziej ktoś z nas jest dojrzały, tym bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że nie zawsze jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Zwłaszcza wtedy, gdy jego zachowania są niezgodne z jego własnymi wartościami, głosem sumienia czy priorytetami. Taki człowiek wie też, że jego szczerość i otwartość wobec Boga ma te same granice, co szczerość i otwartość wobec samego siebie. Jeśli nie powie sobie całej prawdy, to Bogu też jej nie powie, a w konsekwencji nie otworzy się na przyjęcie pomocy od Boga. Właśnie dlatego człowiek pragnący rozwoju chce z własnej woli i z własnej inicjatywy mówić nie tylko sobie i Bogu, ale także przyjacielowi o tym, co go niepokoi w jego własnym zachowaniu. A przyjaciel – właśnie dlatego, że kocha – będzie miał odwagę ocenić daną sytuację z całą, czasem bolesną prawdą, gdyż chce mi pomóc w rozwoju. Zwierzenie się z moich słabości czy błędów przyjacielowi mobilizuje mnie do rozwoju bardziej niż potrafię mobilizować się do rozwoju w samotności. Przyjaźń to dysponowanie mocą podwójnej miłości: mojej i przyjaciela. Przyjaciel chce być kimś, kto

pomaga mi radośnie żyć, a nie kimś, kto w obliczu rozziewu między moimi słowami a moimi zachowaniami, nie może mi pomóc, gdyż moje słabości traktuję jak tematy tabu i nie mówię o tym, co mnie – i jego – najbardziej niepokoi tu i teraz (o tym, co cieszy, można rozmawiać spokojnie nawet z nieprzyjaciółmi). Nikt dojrzały nie chce takiej przyjaźni, w której musi udawać przed tą drugą osobą, że ona jest chodzącym ideałem. Przyjaźń to odwaga i ryzyko Kto szuka przyjaciół, ten deklaruje, że jest aż tak odważny, iż szuka kogoś, kto potrafi powiedzieć mu prawdę także o jego słabościach i że jest aż tak odważny, że potrafi tę prawdę przyjąć bez manipulacji w myśleniu i bez potrzeby „usprawiedliwiania” własnych słabości. Człowiek, który z nikim nie chce czy nie potrafi rozmawiać o swoich słabościach i błędach, komunikuje światu, że nie potrzebuje przyjaciół. W odniesieniu do takich ludzi aż ciśnie się na usta pytanie: jak bardzo trzeba ciebie pokochać, byś komuś powiedział z własnej inicjatywy i wprost: zrobiłem błąd, pomóż mi! Jeśli żadna forma miłości tu nie wystarczy, to lepiej będzie, gdy ktoś taki zdecyduje się na życie samotne, by nie zadawać cierpienia komuś, kto go bardzo pokocha, ale później

Nikt dojrzały nie chce takiej przyjaźni, w której musi udawać przed tą drugą osobą, że ona jest chodzącym ideałem. zobaczy, że i tak kochana osoba chowa się przed nim z tym, w czym najbardziej potrzebuje pomocy. Jeśli z przyjacielem nie rozmawiam o tym, co we mnie jeszcze niedojrzałe albo jeśli boję się, że przyjaciel mnie potępi zamiast ze wzruszeniem i taktem pomagać mi rosnąć, to taka „przyjaźń” jest stratą czasu dla obydwu stron i przynosi jedynie rozgoryczenie, gdyż rozmowy niedokończone są gorsze od rozmów niezaczętych.


misz-masz Katarzyna Cieslik, Marta Czarny

Przebiegła zebra

Zabójcza dawka humoru Z lodówki studenta: JAJKA – Jeśli coś puka od środka, starając się wydostać ze skorupki, to jajko prawdopodobnie nie jest pierwszej świeżości. SAŁATA – Nie nadaje się do jedzenia, jeśli nie możesz jej usunąć z lodówki bez użycia papieru ściernego. Ani jeśli jest w stanie płynnym. MIĘSO – Jeżeli otwarcie lodówki powoduje gromadzenie się bezpańskich psów i much przed twoim domem, to oznacza, że mięso się zepsuło. ZIEMNIAKI – Świeże ziemniaki nie mają korzeni, łodyg ani bujnego listowia. RODZYNKI – Nie powinny być twardsze, niż twoje zęby. SÓL – Na szczęście nie psuje się.

KONKURS Zapewne zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego zebra ma pasiaste umaszczenie. Naukowcy ze Szwecji i Węgier rozwiązali zagadkę, która od dłuższego czasu nurtowała ludzkość na całym świecie. Okazało się, że paski na sierści zebry to bodziec odstraszający owady. Badania przeprowadzone przez naukowców dowiodły, że zebry odbijają światło inaczej, niż inne gatunki zwierząt o zabarwieniu jednolitym. U zwierząt o ciemnej maści występuje zjawisko noszące nazwę efektu światła spolaryzowanego poziomo, który powoduje, że ciemna sierść przyciąga krwiożercze owady. Natomiast światło odbijające się na białej sierści rozchodzi się falami niespolaryzowanymi, co powoduje, że muchy nie lgną do takiego bodźca tak silnie, jak w przypadku sierści czarnych czy brązowych. Ale to nie koniec. Naukowcy idąc dalej postanowili przeprowadzić eksperyment na przyciąganie much do konkretnych kolorów. Posmarowano klejem trzy plansze: białą, czarną i w paski. Jak się okazało, plansza pasiasta przyciągnęła najmniej owadów, najwięcej natomiast plansza czarna. Eksperyment powtórzono później angażując do niego cztery modele koni: biały, czarny, brązowy i pasiasty. I w tym przypadku potwierdzone zostało to, co udowodnił pierwszy eksperyment – model konia w pasy przyciągnął najmniejszą liczbę much. Przebiegłość i spryt zebry zaskoczyły zapewne nie tylko nas, ale i samych naukowców! Ulubione prawa pana Trybika Czarne dziury powstały tam, gdzie Pan Bóg podzielił przez zero. Dziewczyna jak fenoloftaleina – czerwieni się z zasady. Nie należy żądać przepisania czegoś na komputerze od pani z dziekanatu, tym bardziej, kiedy ma ona nowe tipsy lub właśnie układa pasjansa.

Drodzy Czytelnicy! Przed Wami kolejny konkurs! Waszym zadaniem jest dorobienie wiosennego stroju dla naszego Pana Trybika. Obok znajduje się rysunek naszego ulubieńca bez ubranka! Ubierzcie zatem Pana Trybika, zróbcie mu zdjęcie, bądź zeskanujcie i wyślijcie obrazek mailem pod adres sekretariat.tryby@gmail.com w tytule wiadomości wpisując „MiszMasz-konkurs”. Najlepsi pomysłodawcy otrzymają nagrody książkowe, a trzy projekty zostaną wydrukowane w kolejnym numerze! 19


Przekaż 1% podatku na wydawcę „Trybów” Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej

www.krakow.ksm.org.pl

nr KRS:

0000339553

K

0000339553 KSM Kraków

TRYBY

KSM to:

S M

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej

Kształtuj Swoją Młodość

Kolonie, obozy i rekolekcje szkoła pracy nad sobą dla dzieci i młodzieży okazja do spotkania z Bogiem Festiwal teatralny „Inspiracje” nauka zorganizowanego, poukładanego życia Diecezjalna Szkoła Lidera wspólnota młodych katolików zawody sportowe środowisko, któremu chce się działać dla rówieśników (Spartakiada Narciarska) sposób wykorzystania każdej chwili życia cotygodniowe spotkania wydawca miesięcznika studenckiego „Tryby” w 18 miejscach diecezji


Tryby. Katolicki miesięcznik studencki kwiecień 2012