Issuu on Google+

dodatek studentów Politechniki Krakowskiej

Jest Pan w gronie osób, które doprowadziły do odzyskania przez Ojców Bonifratrów szpitala przy ul. Trynitarskiej w Krakowie. – Tak, rzeczywiście, w 1991 r. Zostałem powołany przez dr. Kazimierza Kaperę, wiceministra zdrowia w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, na stanowisko dyrektora ówczesnego szpitala im. Edmunda Biernackiego. 15 lat temu szpital powrócił do Zakonu Bonifratrów, a ja kierowałem nim dalej, aż do maja ubiegłego roku. Wcześniej, 1 stycznia ubiegłego roku zostałem powołany na stanowisko prezesa spółki Boni Fratres Cracoviensis, która zarządza tą historyczną krakowską placówką. W 1991 r., kiedy prowincjałem Zakonu był o. Hubert Matusiewicz, rozpoczęliśmy drogę do odzyskania szpitala przez Bonifratrów. Szpital im. Biernackiego, jako instytucja państwowa, został zlikwidowany. Jednocześnie w jego miejsce powołano placówkę niepublicznej Służby Zdrowia, która jest własnością prowincji Zakonu. Na przełomie 1996 i 1997 r. pełniłem właściwie trzy funkcje: dyrektora szpitala im. Biernackiego, jego likwidatora z ramienia wojewody małopolskiego oraz dyrektora nowo utworzonego szpitala św. Jana Grandego. Wtedy był to pierwszy niepubliczny szpital w Polsce, który przetarł drogę do reprywatyzacji innych podobnych placówek.

Bonifraterska służba chorym

o różnej historii, trudno więc oczekiwać, aby myśleli tak samo. Staramy się prowadzić proces integrowania ludzi i wprowadzać taką atmosferę, która sprzyja patrzeniu na człowieka chorego jako na całość cielesno-duchową. Jeżeli słyszymy opinie z zewnątrz, że jest tu dobra atmosfera, to należy się z tego cieszyć i dziękować Bogu, że takich ludzi nam tu posyła. To jest też pewien styl, który wynika stąd, że wszędzie, gdzie to możliwe, pracują siostry zakonne. Nie tylko na stanowiskach kierowniczych, zarządzając pielęgniarkami, ale też jako szeregowe pielęgniarki na oddziałach. Właściwie na każdym oddziale pracują po dwie, trzy siostry zakonne i już sama ich obecność stwarza inną atmosferę. fot.: Archiwum Trybów

Panie Doktorze, jest Pan prezesem zarządu szpitala Ojców Bonifratrów w Krakowie. Jaka była Pańska droga do powołania lekarskiego, a później do tego miejsca, w którym się obecnie znajdujemy? – W mojej rodzinie nie było tradycji lekarskich. Mama – anglistka, a tato – inżynier. Tylko brat mojej babci był lekarzem. Tak więc do swojego powołania doszedłem samodzielnie. Dopiero przed maturą, którą zdawałem w krakowskim V Liceum Ogólnokształcącym, podjąłem decyzję o studiach medycznych.

Z dr. Markiem Krobickim, laureatem tegorocznej Nagrody im. Ciesielskiego, prezesem zarządu spółki Boni Fratres Cracoviensis, prowadzącej Szpital Zakonu Bonifratrów Św. Jana Grandego w Krakowie, rozmawia dr inż. Antoni Zięba. Dziękujmy zatem Bogu, że szpital wrócił do Ojców Bonifratrów bez procesów sądowych, na zasadzie porozumienia między stronami. Bł. Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że służba chorym to służba samemu Chrystusowi. Chciałbym zapytać, jak Pan Doktor postrzega elementy duchowe, religijne w pracy lekarza? – We współczesnej, stechnicyzowanej medycynie większe znaczenie przykłada się do danego przypadku chorobowego niż do konkretnego pacjenta. Już podczas studiów powinno się przygotowywać lekarzy do tego, aby widzieli pacjenta holistycznie – nie jako przypadek chorobowy,

ale całościowo, jako chorego człowieka. Musimy mieć świadomość tego, że niezależnie od posiadanego sprzętu diagnostycznego, nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z chorym człowiekiem, a także z jego rodziną. Trzeba dostrzegać też duchowe potrzeby pacjenta, które mogą być mniej lub bardziej ukryte i starać się je zaspokajać. Domyślam się, że w tym szpitalu dobrze szczególnie przebiega współpraca pomiędzy kapelanami – Ojcami Bonifratrami a personelem medycznym – lekarzami i pielęgniarkami. – Szpital ma ponad 300 pracowników i są to ludzie

Widziałem piękne zdjęcie kaplicy szpitalnej i myślę, że często przebywają tam na modlitwie czy adoracji Najświętszego Sakramentu zarówno pacjenci, jak i personel medyczny. Jak Pan Doktor ocenia aktualną sytuację szpitala i jakie widzi perspektywy, może nie na dziesięciolecia, ale na najbliższe lata? – Historycznie rzecz biorąc, nasz szpital, który wrócił w 1997 r. do Zakonu Bonifratrów, przetarł szlak dla innych szpitali bonifraterskich. Jesteśmy już teraz rodziną szpitali. Obecnie w Polsce funkcjonują cztery nasze szpitale: w Krakowie, Katowicach, Łodzi oraz w Piaskach-Marysinie koło Poznania. 1 maja ubiegłego roku zostałem poproszony przez Ojca Prowincjała, aby objąć funkcję dyrektora kurii prowincjalnej do spraw rozwoju i integracji całej polskiej prowincji. Aby zajmować się strategią i integracją wszystkich naszych jednostek. Próbujemy myśleć w kategoriach grupy kapitałowej i jest to element, który Zakon zaczął wprowadzać już na całym świecie. Czujemy się wszyscy – bracia i współpracownicy – jedną rodziną Świętego Jana I


Tr y by PK

Bożego, zjednoczoną nie tylko powołaniem medycznym, ale też charyzmatem wyrastającym z duchowości naszego założyciela, który ponad 500 lat temu podjął opiekę nad chorymi. To on stworzył model współpracy pomiędzy zakonnikami – którzy składają specjalny, czwarty ślub troski o chorych, ślub szpitalnictwa – i osobami świeckimi. Jako dyrektor kurii prowincjalnej czy prezes spółki, jestem odpowiedzialny za realizację tego charyzmatu na równi z braćmi. Naszym zadaniem jest budowanie rodziny Świętego Jana Bożego, która w Polsce liczy około 80 braci i około 1500 osób świeckich. Na świecie te dysproporcje są jeszcze większe. Chciałbym teraz zapytać o związki Pana Doktora z osobą patrona naszej nagrody, Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego. Czy Pan Doktor znał osobiście Sługę Bożego Jerzego, może rodzina Pana miała kontakt z Nim czy z Jego małżon-

ką, bo przecież Kraków nie jest znowu taki duży? – Moi rodzice, podobnie jak Sługa Boży Jerzy Ciesielski i Jego żona, należeli do akademickiego duszpasterstwa przy kościele św. Floriana, prowadzonego wówczas przez ks. Karola Wojtyłę. To środowisko przyjaciół późniejszego Ojca Świętego było kręgiem, z którym kontakty utrzymuję do dziś, zaś lata mojego dzieciństwa i młodości to czas spotkań z rodziną Sługi Bożego, wspólnego przeżywania wielkich chwil związanych z powołaniem ks. kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, Jego Pontyfikatem, aż po pożegnanie na placu Św. Piotra. Moi rodzice do końca swojego życia przyjaźnili się z Panią Danutą Ciesielską, zaś z Jego córką Marysią znamy się od dzieciństwa, począwszy od kolędowych spotkań na Kanoniczej i Franciszkańskiej. Panie Doktorze, chciałbym jeszcze nawiązać do spraw rodzinnych – prze-

cież nasza nagroda jest nagrodą imienia Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego – ojca rodziny. – Moje małżeństwo zawdzięczam pośrednio Ojcom Bonifratrom i temu szpitalowi. Tu bowiem poznałem moją przyszłą żonę, która pracowała jako młody lekarz internista w oddziale chorób wewnętrznych. W tym roku minęło 25 lat naszego małżeństwa. W tym czasie, pomimo licznych obowiązków rodzinnych i prowadzenia domu, żona znalazła jeszcze czas, by zdobyć kolejne specjalizacje – z geriatrii i angiologii. Podziwiam ją za to! Pan Bóg obdarował nas trójką dzieci. Najstarszy syn ma 22 lata i studiuje medycynę, młodszy jest na turystyce w Uniwersytecie Ekonomicznym, a 19-letnia córka rozpoczęła właśnie studia pedagogiczne w zakresie wychowania przedszkolnego i chciałaby zajmować się najmłodszymi dziećmi. Co Pan, jako osoba ze stosownym stażem mał-

Nagroda im. Sługi Bożego

Jerzego Ciesielskiego – ojca rodziny Już po raz szesnasty Kapituła Nagrody „Źródła” wyróżnia osobę, która w szczególny sposób zasłużyła się w działalności na rzecz umacniania rodzin. Dotychczas laureatami nagrody byli: red. Jan Maria JACKOWSKI, dr Paweł WOSICKI, mgr inż. Józef DĄBROWSKI, mecenas Zbigniew CHOJNACKI, mgr Antoni SZYMAŃSKI, red. Czesław RYSZKA, prof. Włodzimierz FIJAŁKOWSKI, dr Rafał MICHALIK, Stanisław KOGUT, dr inż. Marian PALUCH, prof. Franciszek ADAMSKI, prof. Włodzimierz BOJARSKI, prof. Gabriel TUROWSKI, o. dr Tadeusz RYDZYK, ks. bp Stanisław STEFANEK.

Patron nagrody Fundacja „Źródło”, ustanawiając w 1997  r. Nagrodę, przyjęła za jej Patrona Sługę Bożego Jerzego Ciesielskiego – ojca rodziny. W tegorocznym przedstawieniu Patrona Nagrody przywołujemy tekst zamieszczony na tablicy, którą ufundowali przyjaciele Jerzego Ciesielskiego. W „cudowny” sposób, jak na ówczesne czasy PRL-u, w urzędach centralnych uzyskano przydział reglamentowanej miedzi, a w Wydziale Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Krakowie otrzymano zgodę na wykonanie odlewu. Tablica została umieszczona w Kolegiacie św. Anny, przy wejściu, po prawej stronie. II

TRYBY nr 2(11)/2012 Dodatek Politechniki Krakowskiej

Tekst umieszczony na tablicy został opracowany przez Gabriela Turowskiego: Pamięci Jerzego Ciesielskiego dr. inż. budownictwa – Docenta Politechniki Krakowskiej – wykł. Uniwersytetu w Chartumie ur. 12.II.1929 w Krakowie. Zginął wraz z dziećmi Katarzyną i Piotrem w katastrofie statku na Nilu w Chartumie 9.X.1970 + Chrześcijanin XX wieku. Życiem swym dawał świadectwo miłości Boga i bliźnich + w pierwszą rocznicę śmierci i spotkania z Panem

żeńskim, chciałby przekazać naszym czytelnikom, wśród których są przecież osoby, które niedawno zawarły związek małżeński lub w najbliższym czasie planują małżeństwo? – Przede wszystkim trzeba chronić więzi rodzinne przed współczesną gonitwą. Będąc dyrektorem szpitala, w którym dokonywały się pierwsze w Polsce zmiany własnościowe, musiałem wiele czasu poświęcać pracy zawodowej, co powodowało, że czasu dla rodziny miałem mniej niż bym chciał. Dziś brakuje trochę tych chwil, które przeminęły i nieraz tego żałuję, więc jeśli mogę coś radzić, to by być z sobą jak najczęściej, słuchać siebie nawzajem i celebrować wspólne chwile. W naszej rodzinie piękne jest to, że ciągle jeszcze – choć dzieci to już prawie dorosłe osoby – mamy taką potrzebę, by przynajmniej w wakacje, chociaż na tydzień, zgrać wszystkie indywidualne plany urlopowe i być razem. Dziękuję za rozmowę.

W 2012 r. Nagrodę otrzymał lek. med. Marek Krobicki Urodził się w Krakowie w 1956 r. Jest lekarzem internistą. Po ukończeniu studiów i stażu rozpoczął pracę w Szpitalu im. E. Biernackiego w Krakowie na Oddziale Chorób Wewnętrznych. W 1991  r. został dyrektorem tego szpitala. Wkrótce potem szpital powrócił do prawowitych właścicieli, czyli Zakonu Bonifratrów, a Marek Krobicki nadal, przez następnych 16 lat, kierował tym szpitalem jako jego dyrektor. W początkowym okresie torował drogę do reprywatyzacji innych podobnych placówek. 1 stycznia 2011 r. został Prezesem Spółki „Boni Fratres Cracoviensis”, a od maja współpracuje z władzami Zakonu na stanowisku Dyrektora w Kurii Prowincjalnej wspierając i koordynując wszystkie dzieła prowadzone przez Zakon w Polsce. Przed 25 laty przyjmując Sakrament Małżeństwa z Beatą, dali początek rodzinie, w której dochowali się trójki dzieci: synów Jędrzeja i Bartosza oraz córki Marii. Szczyci się obecnością w „Środowisku”, które tworzą studenci z duszpasterstwa akademickiego prowadzonego przez ks. Karola Wojtyłę wraz z ich dziećmi.


Tr y by PK

Czy guru musi być święty? J

obs zmarł 5 października ubiegłego roku i przez kilka kolejnych dni, czy nawet tygodni, w mediach było duże poruszenie w związku z jego osobą. Dominowało poczucie, że świat stracił geniusza i wizjonera. Wkrótce po pogrzebie ukazała się biografia Jobsa pióra Waltera Isaacsona, którego do jej napisania „namaścił” kilka lat przed śmiercią sam Jobs. Potwierdza ona powszechne przekonanie o wielkości Jobsa, ale też „sprowadza go na ziemię”, pokazując mniej spektakularne, a czasem również negatywne aspekty jego osobowości.

W kategoriach ewangelicznych Steve Jobs był niewątpliwie człowiekiem "tego świata". Ale jak Jezus w Ewangelii chwalił roztropność synów tego świata, tak pewnie pochwaliłby gorliwość i pasję Jobsa. Kto wie, może nawet dałby go nam jako przykład do naśladowania.

była jednym z kluczy do sukcesu. A zależało mu na naprawdę drobnych rzeczach. Osobiście uczestniczył w projektowaniu np. wtyczki do gniazdka. Kilkanaście dni poświęcił dyskusjom tylko nad tym, jak dalece zaokrąglić brzegi w obudowie komputera Apple II. W efekcie produkty były perfekcyjnie dopracowane.

Paweł Adamczyk SJ / DEON.pl

Prawdziwa zmora

W garażu

Think Different Hasłem wywoławczym Jobsa było bycie innym albo osławione już Think Different, tj. „myśl inaczej”. Takie dążenie do oryginalności było w nim posunięte do ekstremum i przejawiało się w tym, że często nie uznawał reguł rzeczywistości. Jak czegoś zapragnął, rzeczywistość miała

fot.: wikipedia.org / Matt Yohe

Wiemy, że Jobs razem ze Stevem Wozniakiem w 1977 w słynnym już garażu swojego ojca założył firmę Apple Computer. Wyceniono ją wtedy na 5,309 dolarów. Trzy lata później firma była warta 1,79 miliardów dolarów. Obecnie jej wartość rynkowa to 365 miliardów dolarów. Nie ma wątpliwości co do finansowego sukcesu Jobsa, ale to nie obsesja pieniędzy stworzyła Apple. Zrodziła ją pasja robienia pięknych i możliwie najlepszych produktów, wyniesiona przez Jobsa jeszcze z rodzinnego domu. Jego przybrany ojciec budował domy, które łączyły w sobie funkcjonalność, prostotę i piękno. Już jako szef Apple’a Jobs starał się zarażać pracowników firmy umiłowaniem pięknych przedmiotów i w tym celu pokazywał im wyroby jubilerskie, szklane cuda słynnego Tiffaniego i tłumaczył, na czym ich piękno polega. mu paść do stóp. Była w tym megalomania, ale też nieustępliwość, która pomagała mu osiągać to, co zamierzał. Jobs wyznawał zasadę, że dręczenie ludzi pytaniem o to, czego chcą, nie ma sensu. Twierdził, że ludzie tego nie wiedzą, aż do momentu, kiedy im się to coś pokaże. Był w tym wiernym uczniem Henry’ego Forda, który mówił, że jeśli

słuchałby czego ludzie chcą, to musiałby dać im silniejsze konie i nigdy nie wyprodukowałby samochodu. Ostatnie lata to pasmo olbrzymich sukcesów Jobsa i jego firmy. Największe hity komercyjne ostatnich lat: iPod, iPhone, iPad to jego techniczne dzieci. Nie da się ukryć, że jego obsesja na punkcie dbałości o najdrobniejsze szczegóły

Ale nie wszystko, co Jobs robił, odniosło sukces. Zaledwie kilka lat po stworzeniu Apple’a został z niego wyrzucony, a firma w międzyczasie stanęła na skraju bankructwa. Niektóre produkty wymyślone przez Jobsa okazały się technologicznymi niewypałami i właśnie jego obsesje były tego przyczyną. Uparł się na przykład, że komputer NeXT musi być w kształcie idealnego sześcianu. Pomysł okazał się prawdziwą zmorą dla inżynierów, bo ułożenie komponentów w takiej obudowie było bardzo niewygodne i kosztowne. Jobs nie słuchał żadnych głosów z zewnątrz, ufając całkowicie swojej intuicji. Cały projekt okazał się kompletną klapą. Z ludźmi też różnie mu się układało. Z jednej strony, potrafił inspirować i motywować, z drugiej zaś krzywdzić i poniżać. Zarażał swoją pasją innych do tego stopnia, że ludzie woleli rezygnować z bardziej prestiżowych i lepiej płatnych stanowisk, byle tylko pracować z nim. Ale tych samych ludzi i ich pracę często oceniał jako bezwartościową (tyle że w wulgarnych słowach). Potrafił bardzo szybko przejść od wychwalania do krytyki, złośliwości czy nawet mszczenia się nad każdym, kto w czymś mu podpadł. Był kapryśny i „humorzasty”. Jedną z jego obsesji było jedzenie. Przez większość życia był radykalnym wegetarianinem. Miał okresy, gdy jadał tylko owoce. Gdy zdiagnozowano u niego raka, postanowił, że wyleczy go dietą. Żywił się tylko sokiem z marchwi III


Tr y by PK

i owoców, a wszelkie głosy rozsądku skłaniające go do poddania się operacji, ignorował. Lekcja pokory Choroba okazała się tym aspektem rzeczywistości, który nie pozwolił się ujarzmić i nagiąć do silnej woli Jobsa. Walczył

z nowotworem przez kilka lat, by w końcu pogodzić się z koniecznością odejścia. Choć był megalomanem, to śmierć przyjął jako lekcję pokory. Ludzie tacy jak Jobs trafiają się rzadko. Niekoniecznie nadają się na świętych, ale przez swoje osiągnięcia i bogactwo swojej osobowości potrafią inspirować i uczyć. Niezależnie od tego, jaką moralną

ocenę wystawimy Jobsowi, pozostanie on ikoną umiejętnego łączenia technologicznego wizjonerstwa z komercyjnym sukcesem i pasją piękna. Może też być dla wielu przykładem, jak konsekwentnie realizować swoje pasje i zamierzenia. Źródło: Deon.pl

O co pytają młodzi?

Czy ksiądz może być rodzicem chrzestnym? Jeżeli ktoś został rodzicem chrzestnym jeszcze przed wstąpieniem do seminarium duchownego, to pozostaje nim nadal, nawet jeżeli w czasie obecnym jest kapłanem. Natomiast jeżeli mężczyzna teraz jest księdzem i ktoś z rodziny poprosi o to, aby to on został ojcem chrzestnym, powinien zapytać o zgodę swojego biskupa. Pewnie spytasz: dlaczego? Dlatego, że ksiądz nie jest w stanie zapewnić wystarczającej opieki temu dziecku. Oczywiście, duchową jak najbardziej, ale np. gdyby rodzice zginęli w wypadku, trzeba by się było tym dzieckiem zająć. A rozliczne obowiązki księdza mu na to nie pozwalają. Z reguły ksiądz nie zostaje więc ojcem chrzestnym.

IV

TRYBY nr 2(11)/2012 Dodatek Politechniki Krakowskiej

fot.: Archiwum prywatne

Postać ks. Krzysztofa Wąsa, duszpasterza akademickiego studentów Politechniki Krakowskiej, przedstawialiśmy Wam w numerze grudniowym. Niejednokrotnie młodzi ludzie zwracają się do niego ze swoimi wątpliwościami czy rozterkami. Na łamach „Trybów” przytoczymy odpowiedzi na dwa wybrane pytania. Jeżeli i Wy chcecie zadać prywatnie ks. Krzysztofowi swoje pytanie, piszcie: kleron3@wp.pl.

Jaki sens mają nasze modlitwy, jeżeli Bóg i tak zrobi, co będzie uważał za stosowne? Nasze modlitwy potrafią zmienić bieg wydarzeń. Tego jesteśmy świadkami nawet w naszych czasach. Pan Jezus kiedyś powiedział: „Proście a otrzymacie, szukajcie a znajdziecie”. Nieraz słyszałem świadectwo, jak ktoś wyprosił dla swego syna łaskę nawrócenia. Wszyscy wokół mówili, że z niego to już nic nie będzie, a tutaj wytrwała modlitwa jednej kobiety odmieniła wszystko. Albo pewnemu panu dawali tylko trzy miesiące życia, a on żyje już trzy lata od tamtej wiadomości podanej przez lekarza i ma się dobrze. Pamiętam wydarzenie z pieszej pielgrzymki na Jasną Górę. Byłem jeszcze wtedy w seminarium i pełniłem posługę kwatermistrza (czyli tego, kto szukał miejsc noclegowych dla pielgrzymów). Pewnego dnia strasznie lało. Nie mogliśmy znaleźć miejsc na nocleg. Ludzie nie otwierali, bo leje, zimno i prawie wszystkie domy były dla nas zamknięte. Była godz. 11.00, a my mieliśmy tylko

20 noclegów na 300-osobową grupę. Nie wiedzieliśmy co robić. W końcu pomyśleliśmy: pomódlmy się w tej intencji, niech Pan Jezus się zatroszczy o miejsca dla ludzi. W końcu pielgrzymujemy do Jego Matki. Staliśmy w strugach deszczu i powoli, z wiarą zmówiliśmy modlitwę „Ojcze nasz”. Na końcu ktoś powiedział: „Św. Judo Tadeuszu, patronie od spraw beznadziejnych, módl się za nami”. I poszliśmy szukać miejsc noclegowych. Można w to nie uwierzyć, ale po pół godziny od naszej modlitwy wyszło słońce, a ludzie zaczęli otwierać swoje domy. O 16.00 mieliśmy ok. 500 noclegów, czyli ponad 200 więcej niż potrzebowała nasz grupa, więc mogliśmy się podzielić z inną. Dla mnie osobiście to był cud i dowód na to, że Bóg bardzo szybko wysłuchuje naszych modlitw. Dlatego ufam i mocno wierzę, że nasza modlitwa może zmienić bieg wydarzeń.


PK - Tryby. Katolicki miesięcznik studencki - luty 2012