Page 1

lipiec 2012

TOUCHÉ | lipiec 2012

dział | 1


2|

Posemestralne „zaliczenia”. Upały coraz bardziej dają się we znaki pod względem racjonalnego myślenia, co miałam (nie)przyjemność zaobserwować w jednym z jakże solidnych środków komunikacji międzymiastowej, zwanym pociągiem. I przy tym pociągu się już zatrzymamy, bo rzecz dotyczyć będzie nie tylko pojazdu, ale i również innego znaczenia słowa „pociąg”. Siedzą dwie młode przedstawicielki płci żeńskiej. Wizualnie są jak najbardziej kobiece i wszystko, co kobieta mieć powinna, one mają na swoim miejscu. Czar pryska, gdy jedna z nich odzywa się do swojej towarzyszki - i uwierzcie, wiele dałabym, by móc w tej rozmowie pośrednio, bo pośrednio, jednak mimo wszystko nie uczestniczyć. „I co, było w końcu coś z tym Radkiem? Ja już dawno tego mojego zaliczyłam”. I szczęka mi opadła, bo gdyby nie typowo żeński głos, byłabym w stanie stwierdzić, iż siedzą ze mną sami mężczyźni. Gdzie się podział nasz romantyzm, Drogie Panie? Co się stało, że spotykam coraz więcej takich, co tylko „zaliczyłyby” jakiegoś Pana? Owszem, termin Friends with Benefits jest niezwykle popularny, ale nie zapominajmy, że wciąż mamy w sobie wiele z typowej baby - złapie nas czasem melancholia, smutek, a nawet tęsknota. W pogoni za resztkami romantyzmu, wraz z ekipą lipcowego działu Fashion poszukujemy Julii ze słynnego dramatu Shakespeare’a, by odpowiedziałanam, gdzie spotkać można pożądaną przez nas pure love. A tymczasem bezgrzesznie „zaliczyć” możemy tylko jedno - najnowszy numer TOUCHÉ. Jestem pewna, że warto, rozpoczynając od okładki, na której zgodziła się wystąpić Dobrawa Zowisło, której w świecie polskiego (i nie tylko) modelingu chyba przedstawiać nie trzeba. Obecnie „zalicza” kontrakt w Nowym Jorku. Też byśmy tak chcieli... ę Marta Lower



redaktor naczelna

TOUCHÉ | lipiec 2012


|3

Spis treści

Piersi o tym piszemy

jej punkt widzenia ....................6 wywiad z nią | Victoria Driuk ..........8 wywiad z nim | Dawid Podsiadło ........14 jego punkt widzenia .................19 fashion Waiting for Juliet ............................20 Street fashion .................................26 Jestem kasia ...................................27 film On i Ona w kinie ..............................28 Nowości .......................................30 Analiza starego dzieła .........................32 W domowym zaciszu .........................34 info kulturalne ........................35 muzyka Muzyka od kuchni ...........................36 Nowości .......................................38 Na lipiec .......................................40 Kulturalnie z Bristolu .........................41 literatura Szerokie horyzonty ............................42 Recenzje ......................................44 Klasyka literatury .............................45 teatr | Recenzje .............................46 kobieta poszukująca | Wesele-nie...50 psychologia Umysł mistrza.......................................52 Nie opuszczę Cię aż do śmierci .............54

Dania pozwala na seks w parku. O tym, że park to świetne miejsce na seks, wiedzą chyba wszyscy, którzy lubią aktywnie spędzać czas. Problem w tym, że o ile palaczy i piwoszy w parkach rozumie większość Polaków (oprócz policji), tak aktywnych seksualnie w parku zaakceptować po prostu nie potrafią. W każdym razie takie mam doświadczenia, a wychodzę z prostego założenia, że jeśli Ty możesz przy mnie palić, to ja mogę przy Tobie bzykać. O ile ja mogę dostać raka, Ty możesz się czegoś nauczyć. Nutę nadziei na poprawę obecnego stanu rzeczy znaleźć można poza granicami naszego pięknego kraju w mieście zwanym København (Kopenhaga) istnieje park, gdzie bzykać się można. Niestety, nie można tego robić na oczach dzieci - proponuję więc przynieść ze sobą zestaw opasek, by zakryć im ślepia. Ørstedsparken, stał się sex-friendly, ponieważ duńskie władze, w przeciweństwie do polskich, legalizują to, co akceptuje społeczeństwo. A przynajmniej się starają to robić.

TOUCHÉ | lipiec 2012

Lustereczko powiedz przecie, jak długo będzie we mnie. Mężczyźni to proste istoty. Was, drogie kobiety, kręci wszystko z napisami promocja, a nas kręci patrzenie na seks. Dlatego też lustro jest świetnym motywatorem i  afrodyzjakiem. O  ile niektóre kobiety wybierają mężczyzn ze względu na charakter a nie wygląd, to panowie najpierw patrzą, potem słuchają. Oznacza to tyle, że wasz kochanek/chłopak/mąż kocha się z  wami, bo podoba mu się Wasze ciało i  choć zapewne wiele innych czynników oprócz wyglądu ma wpływ na jego pobudki seksualne, to nie dorabiajcie sobie do tego dziwacznych filozofii - strata czasu, jesteśmy prości w obsłudze jak budowa cepa. Z tego też powodu seks przed lustrem jest dla nas tak podniecający. A jeśli coś jest podniecające, to można to robić dłużej i częściej. Neverending (sex)story. Napisało do mnie kilka kobiet, że ich facet w  przeciągu 15 minut kończy sprawę i nie chce robić nic więcej. Zasmuciła mnie ta wieść, jednak zamiast udać się do tych kobiet, postanowiłem, że zdradzę im i Wam tajemnicę ciągłego stosunku. Mężczyzna, po wylewnej rozmowie, czasem wymięka w sile argumentów. Wiele osób uważa, ze dyskusja nie ma sensu i każdy wraca do swoich spraw. Czasem kobieta musi przeprowadzić monolog ze sobą, by doprowadzić sprawę do końca. Jest to jedno z rozwiązań, które należy robić na oczach partnera, by on także zainteresował się rozmową. Prawda jest bowiem taka, że mężczyzna może dyskutować bardzo długo, trzeba mu tylko stymulować głowę. I można to robić tylko słowami (oralnie). Inną drogą jest rozgrzewka słowna (tzw. gra wstępna). Choć tak naprawdę, pomimo, że wstępna, najlepsza jest po, bo zachęca do kolejnej konwersacji.

Emil Samson Jeśli chcecie, bym napisał więcej na ten temat, piszcie na: emilsamson@interia.


Redakcja MARTA LOWER redaktor naczelna redaktor prowadząca/marketing mlower@touche.com.pl

ANIA SALAMON dyrektor artystyczna/layout/skład/łamanie asalamon@touche.com.pl

DOBRUSIA RURAŃSKA grafika

BARTOSZ FRIESE redaktor działu film/muzyka bfriese@touche.com.pl BASIA GRACZYK - reklama/promocja - promocja@touche.com.pl DZIAŁ GRAFIKI: Kinga Tync, Basia Maroń, Ania Pikuła DZIAŁ FOTO: Olga Adamska, Mateusz Gajda, Karamell Studio, Hania Sokólska, Roksana Wąs OKŁADKA: Karamell Studio (szczegóły str. 20) NA OKŁADCE: Dobrawa Zowisło (HOOK) DZIAŁ REDAKTORÓW: Anka Chramęga, Małgorzata Iwanek, Martyna Kapuścińska, Cyprian Kawicz, Natalia Kosiarczyk, Iga Kowalska, Asia Krukowska, Magdalena Kudłacz, Kamil Lipa, Monika Masłowska, Eliza Ortemska, Magdalena Paluch, Maciek Pawlak, Agnieszka Różańska, Emil Samson, Justyna Skrzekut, Patrycja Smagacz, Natalia Sokólska, Sandra Staletowicz, Kasia Trząska, Natalia Tarabuła, Aneta Władarz STYLIŚCI: Kasia Gorol, Ania Sowik KOREKTA: Ewelina Chechelska, Monika Masłowska, Natalia Tarabuła STRONA INTERNETOWA: Adrian Pacała: adrian@touche.com.pl Dagmara Lower - logotyp WYDAWCA: AKADEMICKIE INKUBATORY PRZEDSIĘBIORCZOŚCI ul. Piękna 86 | Warszawa 00-672 Redakcja TOUCHÉ - redakcja@touche.com.pl ul. Szarych Szeregów 30 | Jaworzno 43-600 Opublikowane teksty, zdjęcia i ilustracje objęte są ochroną praw autorskich i nie mogą zostać naruszone przez osoby trzecie.

Autorką portretów jest Dobrusia Rurańska.


dział | 5

TOUCHÉ | lipiec 2012


6 | jej punkt widzenia

Ilustracja: Kinga Tync

Ocalona

Pamiętam doskonale te powtarzające się pytania na wypracowaniach w szkole: Co zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę? Kiedy miałam około dziewięciu, dziesięciu lat, praktyczna część mojego umysłu kazała mi napisać esej z nożem i sznurem w roli głównej. Właściwie nie z własnej potrzeby, ale z analizy wynikającej ze zdrowego rozsądku. Kiedy przyszłoby jednak co do czego, właściwie nie miałam pojęcia, w  jaki sposób wykorzystać ten sprzęt. Sama z siebie najchętniej zabrałabym wtedy lalkę Barbie. Albo Robinsona Crusoe. Zaczytywałam się w tej książce bez opamiętania. A, że tematyka była jak najbardziej adekwatna, to i nauczyciel z zadowoleniem wystawił całkiem pozytywną ocenę. Pod koniec podstawówki, kiedy w szóstej klasie padło podobne pytanie na jednym z zaliczeniowych sprawdzianów, napisałam całkiem porządny, jak na swój wiek, elaborat. Wtedy już ani sznurki, ani lalki Barbie nie były mi w głowie. Na bezludną wyspę zabrałabym ze sobą chłopaka. Opisałam dość szczegółowo jego przydatność w  kwestii prokreacji. Na następny dzień do szkoły zostali wezwani rodzice. W razie wątpliwości – nie, nie napisałam nic zdrożnego. Można by powiedzieć, że był to biologiczny artykuł z dużą dozą literackiej swady i kreacji. Jak na szóstoklasistkę oczywiście. Dziś, ponad 12 lat od tego wydarzenia, takie wypracowanie w szkole podstawowej nie wywołałoby już tyle szumu. Dzieci stosunkowo wcześnie rozpoczynają edukację seksualną. Jeśli nie przy udziale rodziców i pedagogów, to w zakresie podwórkowego marketingu szeptanego. Rodzice też ze zdecydowanie mniejszą gorliwością uciekają przed niechcianymi pytaniami. Coraz rzadziej opowiadają wymyślne historie o  kosmicznych siłach, kapustach i  bocianach. Może wreszcie zaczynamy rozumieć to, że seksualność jest piękna. Pod warunkiem, że rozmawiamy o niej otwarcie. I z głową. To drugie niestety nie jest takie łatwe. Do naszych zachodnich sąsiadów wyjątkowo szybko dotarła otwartość. Stało się jednak coś dziwnego. W  niemieckich przedszkolach edukacja seksualna jest obowiązkowa. Godne to społecznej pochwały – a  jakże! Do momentu, kiedy nie nakłania się

6-letnich maluchów do masturbacji, wzajemnego dotykania się i zabawy w doktora. Chodzi o to, że na specjalnych lalkach pokazywane są narządy płciowe, a dzieci na sobie pokazują później gdzie co jest. Ze szczegółami. Specjalnie przygotowane książeczki opiewają przyjemność płynącą z dotykania jąder i łechtaczki. Zabawa w homoseksualizm również jest na porządku dziennym. Z tej „edukacji seksualnej” nie można wypisać własnego dziecka, ponieważ grozi to więzieniem. Organizacje praw dziecka zasłaniają się tym, że każdy ma prawo do zaspokojenia seksualnego. Boże! Widzisz i nie grzmisz! Skąd to się wzięło? Może to efekt szeregu przemian społecznych? Choć raczej… przede wszystkim: braku zdroworozsądkowego myślenia. Od rewolucji seksualnej mija już pół wieku, tymczasem seksualność traktowana jest jak nowa zabawka! Tak jakby ktoś nagle odkrył żyłę złota w  swoim ogrodzie, w przeliczeniu szłoby w bardzo grube miliardy euro, a on momentalnie by to wydał! Nie licząc się z gwałtowną inflacją, która mogłaby doprowadzić do poważnego kryzysu gospodarczego w kraju! O tak, zachłysnąć się można pieniądzem… Zachłysnąć się można i seksualnością, jak się okazuje… Coraz bardziej przekonuje mnie to, że moje pokolenie jako ostatnie mogło mieć szansę na normalne dzieciństwo. Mam dwadzieścia cztery lata. Ocalałam prowadzona na rzeź. Nie, Szanowny Panie Różewicz, to nie jest profanacja. Jestem dzieckiem swoich czasów. I podejmuję wyzwania, jakie te czasy stawiają przede mną. A coraz częściej spotykam się z tym, że to są nazwy puste i jednoznaczne: wiara i profanacja, pieniądz i ambicja, miłość i seks, prawda i oszczerstwo. Mam dwadzieścia cztery lata. I wiem, że na bezludną wyspę zabrałabym Biblię i Pana Tadeusza.  Natalia Sokólska A Ty, co byś ze sobą wzięła? Napisz: sokolska@touche.com.pl

TOUCHÉ | lipiec 2012


jej punkt widzenia | 7

Ilustracja: Kinga Tync

Danse macabre

Powiadają, że raz w życiu trafia się na tancerza idealnego. Takiego, co o chasse i releve nikłe ma pojęcie, za to takt w takt podąża za pulsem złapanym w  jej nadgarstku. Co się wokół niej jak liść wije, a  jej być wiatrem pozwala. Dopasowuje się do każdego zagniecenia sukienki i  błyskawicznym zamkiem dłoni przebiega po jej plecach, aby mu się w  tańcu nie wymknęła. Obrazem będąc, nie wyfrunęła z jego ramy. I suną razem po płótnie, a świat, świt i wstyd dziwią się, jak to być może. Zdarzyła się ta historia na parkiecie, choć tak naprawdę wcale jej nie było. Parkietu pewnie też, któż kładłby dzisiaj w tancbudach parkiet. Było to za rządów tańców kółkowo-kupkowych, wywijanych z  dobrotliwą skromnością, ku ogólnemu poczuciu jedności w  tuptaniu. Któregoś dnia przyszła rewolucja tańca zaangażowanego społecznie, triumfalny pochód piruetów wybitnie dotykalskich, trójwymiarowo niegodnych. I  przestało się wtedy różne sprawy załatwiać, uzgadniać, wyjaśniać. Biznesy, targi, zatargi i rogi przeniosły się na potańcówki. Dwa powłóczyste swingi robiły za znak drogi z pierwszeństwem, a jednym dobrym expose szyi można było ugrać niejedno. Tańcząc malowało się obrazy. Wirując, opowiadało historie. Ministerstwo zdrowia mówiło, że wzmagała się ogólna tężyzna fizyczna, gibkość i chuć. MSW wskazywało na wybitne zasługi tańca dla animacji życia towarzyskiego w kręgach zastanych. Ministerstwo głupich kroków nie mówiło nic, tylko kroczyło w  tango. A  my, szare miraże, osiągaliśmy kolejne poziomy wtajemniczenia w falowanie i spadanie. Chwilami bywał to parkur, gdyśmy zadeptywali na potrzeby niczym nieograniczonych widowisk ściany, podłogi i krzesła. Cokolwiek stanęło na drodze, trzeba to było wszystko kreatywnie przetańczyć. Zdarzały się także skoki przez plotki, pchnięcia kawą i kocharstwo. Obowiązywał jednakże pewien niepisany bonton, polityka nienarzucania, system wolnych wolnych. Zawiązywano strategiczne sojusze ds. odbijanych i  prawie szanowano wzajemne potrzeby przestrzenne. Dlaczego więc tak dobrze zarządzana Atlantyda poszła na dno? Ano, mili Państwo, bo oto pojawił się na antenach Taniec z i nagleśmy zgłupieli,

TOUCHÉ | lipiec 2012

widząc naprężone ramy i tekturowe uśmiechy. Bo skoro oni tam tak bujnie oszukiwali, a wydawało nam się przyjemnie, że ten och i ach się dzieje realnie, to co dopiero u nas? Czy to znaczy, że my byliśmy naprawdę..? Że dłoń szukała swojej dłoni, a rozpalony oddech w nie swoją łopatkę trafiał nie przypadkiem? Co tam się przydarzyło pomiędzy nimi nami, ile udało się przeczytać z opowieści mojego biodra? Czy wszyscy, ale to wszyscy już widzieli, czy sobie odnotowali w  swoich balowych karnecikach, że tu okazałam słabość, a tam silność, lecz może lepiej było nie dotykać. Nie tańczyć tak, jakby miało nas zaraz zabraknąć. Nie brać na zapas, nie podbierać tancerzy zaklepanych i klepiących. I wtedy przyszła straszna wyrzutnica sumienia. Granda. Tancbuda podała się do dymisji a parkiet strzelił sobie w łeb. Ilekroć dziś prowadzę się na bal, usiłuję powrócić do tańców introwertycznych. Zachowuję daleko idącą wstrzemięźliwość od wszelakich ruchów, które mogłyby znaczyć i dać się pozaznaczać. Dygam uprzejmie, potuptuję uczciwie. Gibkość spada, że przez szacunek dla czytelnika o innych indeksach nie wspomnę. Aby oddać tangu sprawiedliwość, przyjdzie może czasem chwileńka słabości, gdy naelektryzowana nuta wypełnia stęchłe powietrze, a we mnie fala, mnie się chce butem po podłodze snutych opowieści. I wtedy być może nawet gdzieś przepadła, gdyby nie okoliczności. Żyjemy bowiem obecnie w czasach chodzonego. I jedyne, co może temu zadać kłam, to jeszcze jeden. Jeszcze ostatni zjazd na Litwie.

Sandra Staletowicz Oczekując na Państwa salta i piruety, uniżona: staletowiczowna@gmail.com


8 | dział

KLASA BĘDZIE PÓŹNIEJ Victoria Driuk (ur. 1993) Pochodzi z Kijowa. W Polsce mieszka od siedmiu lat. Gitarzystka zespołu „Mięśnie”, pasjonatka fotografii. Udział w programie „Top Model” na chwilę wywrócił jej życie do góry nogami. W maju jej zdjęcie ukazało się na okładce „Playboya” oraz wystąpiła w serialu „Na Wspólnej”.

fotografie: Hanna Sokólska stylizacja: Barbara Malinka

TOUCHÉ | lipiec 2012


wywiad z nią | 9

TOUCHÉ | lipiec 2012


10 | wywiad z nią

Spotykamy się na ruchliwym rondzie w centrum Warszawy. Gdyby nie charakterystyczny tatuaż, prawdopodobnie miałabym duży problem, żeby zauważyć ją w tłumie ludzi. Trampki, krótka spódniczka, czarne okulary przeciwsłoneczne. Naturalna i  bezpretensjonalna w  obyciu. Wspólnie przemierzamy zatłoczone Krakowskie Przedmieście. Skręcamy w bramę kamienicy, żeby po chwili znaleźć się w przyjemnie zimnym, opustoszałym lokalu… Viktoria oznacza zwycięstwo. Przyzwyczaiłaś się do wygrywania? Nie jestem fanką swojego imienia, więc nie utożsamiam się szczególnie z jego znaczeniem. I być może tym samym – nie zawsze wygrywam. Chociaż próbuję. Mówią, że kto nie gra, ten nie wygra – i to ma sens. Trzeba się liczyć z tym, że na dziesięć podjętych prób trafi się jedno zwycięstwo. Ja przeważnie wygrywam w myślach - sama ze sobą, w  kwestiach podejmowania decyzji. Zdarza się, że wybieram coś, co na krótszą metę może być dla mnie uciążliwe lub szkodliwe, ale po upływie czasu okazuje się najlepszym z możliwych wyborów. Moim ostatnim zwycięstwem jest matura z angielskiego zdana na 30 punktów na 30 możliwych, więc jest moc (śmiech). Dlaczego nie wygrałaś „Top Model”? Przypuszczam, że decydującą rolę odegrał zbyt niski wzrost (170 cm – przyp. red.) i może tatuaże na ciele… Wzrost, tatuaże… To nie są rzeczy, nad którymi możesz „pracować” w  trakcie trwania programu. To znaczy, że Twoja obecność tam i tak była z góry przesądzona… Być może, bo wzrost to bardzo istotna kwestia. W  momencie kiedy dziewczyny wyjeżdżały do Paryża na Fashion Week, stało się jasne, że te wymogi wzrostowe nie są czyimś widzi mi się. Tam panowały ścisłe i  restrykcyjne reguły obowiązujące wszystkie modelki wybiegowe. Projektanci szyją ubrania na wysokie dziewczyny, a ja jestem raczej kompaktowa. W wyemitowanym programie z paryskiego Fashion Week, został zaakcentowany raczej nie wzrost, a budowa ciała… Większość dziewczyn miała trudność ze zmieszczeniem się w  zaproponowane zestawy odzieżowe. Modelki, które są wyższe, mają naturalnie inną budowę ciała i  większy rozmiar ubrań. Tymczasem na mnie, ze względu na niższy wzrost, większość ubrań po prostu wisiała. Trzeba je

było zszywać, skracać, podwiązywać, spinać… Cyrk na kółkach. Jeśli jesteś nieco niższa, to spodnie rurki, przeznaczone do prezentacji na wybiegu, sięgają ci od piersi do palców u stóp. Z takim ubraniem nie da się pracować.

KANONEM URODY NIE STANIE SIĘ NAGLE POSTURA „NIECO TĘŻSZEJ” DZIEWCZYNY, TYLKO DLATEGO, ŻE WYEMITOWANO PARĘ REKLAM, ODBYŁO SIĘ KILKA KAMPANII I W SZKOLE MÓWI SIĘ WIĘCEJ O ANOREKSJI.

Wychodzi na to, że lansowanie wizerunku wysokiej, kościstej modelki jako ideału piękna, ma źródło w takich, a nie innych ciuchach przeznaczonych na wybieg. Muszę przyznać, że podoba mi się ten wizerunek… Dzięki niemu modeling to elitarna profesja. Z drugiej strony, nie trzeba być omnibusem, żeby zdawać sobie sprawę z  negatywnych konsekwencji społecznych kreowania właśnie takich kanonów urody. Powoli, bardzo powoli, rusza jednak machina promocyjna bardziej naturalnego wyglądu… Masz na myśli na przykład reklamy „Dove”? Nie do końca. Promowanie w  telewizji akceptacji własnego ciała, chociażby w reklamach, a  pokazywanie nowatorskich projektów fashion – to zupełnie inne kwestie. Kanonem urody nie stanie się nagle postura „nieco tęższej” dziewczyny, tylko dlatego, że wyemitowano parę reklam, odbyło się kilka kampanii i w szkole mówi

TOUCHÉ | lipiec 2012


wywiad z nią | 11

Mimo, że nie wygrałaś programu, mam wrażenie, że szala zwycięstwa przechyla się na Twoją stronę. To o Tobie jest najgłośniej… Program wygrała Olga (Kaczyńska – przyp. red.). Przebywa ona teraz i pracuje za granicą, pewnie dlatego o  niewielu z  jej poczynań można usłyszeć w  Polsce. Prywatnie darzymy się z  Olgą szczerą sympatią. Z  tego co wiem, odnosi już ona pierwsze sukcesy, w przeciwieństwie do zwyciężczyni pierwszej edycji, Pauliny, która moim zdaniem nie wykorzystała swojego potencjału w czasie, który był jej na to przeznaczony. Większość dziewczyn z  mojej edycji również zaniedbuje „swój czas”. Ja umawiam się na wywiady, zaaranżowałam sesję w Playboyu, itd. Jeżeli ktoś chce – to potrafi. A  ja chcę wycisnąć z  tego czasu wszystkie soki, jakie się da. Mam wrażenie, że reszta dziewczyn czeka, zamiast działać.

się więcej o anoreksji. To wymaga bardzo gruntownych przemian i czasu. Tu pojawia się jednak pewien problem. Kanon urody od kilkudziesięciu lat kreowany jest na wybiegu. A  tam trzeba potrafić zaprezentować ubranie. Nietrudno się domyślić, że najlepiej zrobi to wysoka i szczupła modelka. Nie potrafię wyobrazić sobie modelki XXL w sukience haute couture. Ten „kościsty” ideał urody wykreowała w  latach 60’ brytyjska modelka Twiggy. Powiedzieć, że było to kontrowersyjne w  ówczesnych czasach – to mało. Podburzone opinie nie miały jednak żadnego znaczenia, skoro projektanci kochali Twiggy… … bo na niej świetnie prezentowały się ich ubrania! Mam wrażenie, że od tego czasu nic się nie zmieniło – ten biznes funkcjonuje wciąż na tej samej zasadzie. Chodzi o to, że modelka nie powinna koncentrować uwagi na sobie, ale na tym, co ma na sobie. Wybieg nie ma być prezentacją modelek, ale pokazem ciuchów.

TOUCHÉ | lipiec 2012

Był okres, kiedy dziewczyny chciały się wypromować poprzez bywanie na warszawskich „salonach”. To może pomóc w karierze, ale działanie wizerunkowe nie powinno ograniczać się tylko i wyłącznie do tego. Ten typ autopromocji jest skuteczny – w  końcu wszystkie portale plotkarskie na tym bazują. Ale ta skuteczność trwa tylko chwilę. Sama z  siebie również bardzo lubię chodzić na te imprezy. Mieszkam w Warszawie, więc dojazd nie stanowi problemu. Na dłuższą metę samo „bywanie” nie prowadzi jednak do niczego. Jeśli nic poza tym nie robisz, stajesz się niewidoczny, a za pół roku nikt nie będzie o tobie pamiętał. Jak oceniasz swoją pracę? Zdecydowanie pozytywnie ze względu na finanse. Chociaż większość czasu spędzam na castingach, to cieszę się, gdy mam nawet jedną bądź dwie sesje raz na parę miesięcy. Jest bardzo ciężko. Planujesz już inwestycje w  związku ze swoimi zarobkami? Inwestycja została już zrealizowana (śmiech). Za sesję w  Playboyu kupiłam sobie gitarę, która była dla mnie ogromnym wydatkiem. Tak więc po ostatnich zarobkach już słuch zaginął, a do gitary i tak będę musiała jeszcze dołożyć dwa tysiące (śmiech). Nie umiem trzymać pieniędzy. Kiedy uda mi się coś zarobić, momentalnie to wydaję. Nie czujesz czasem, że praca modelki ogranicza Twoją wolność?

W ogóle! Wręcz przeciwnie – robię co chcę i co mi się podoba. Podczas sesji również jest znaczna przestrzeń na moje interpretacje i  pomysły. Projektanci, makijażyści i fotografowie chętnie zgadzają się na inne rozwiązania. Mój wgląd w to, co robię, jest bardzo duży. Podobnie jak zaangażowanie. Spełniam się w tym i czuję się wolna. To i  zawód modelki daje przestrzeń do podkreślenia niezależności… To nie stanowi żadnego problemu. Z  wyczuciem trzeba czasem poinformować o  swoich pomysłach i  propozycjach, żeby nikogo nie urazić. Ludzie pracujący w  tej branży są bardzo wrażliwi, emocjonalni. Często mają swoje prywatne wizje… Niezależność to umiejętność osiągania własnych celów, z poszanowaniem dla praw innych ludzi. I  staram się tego trzymać. W  końcu na swoim udzie mam wytatuowany symbol niezależności – węża mokasyna (śmiech).

NA DŁUŻSZĄ METĘ SAMO „BYWANIE” NA SALONACH NIE PROWADZI DO NICZEGO. JEŚLI NIC POZA TYM NIE ROBISZ, STAJESZ SIĘ NIEWIDOCZNY, A ZA PÓŁ ROKU NIKT NIE BĘDZIE O TOBIE PAMIĘTAŁ. Dlaczego zdecydowałaś się na taki tatuaż? Wokół tego węża zaczęły już rosnąć legendy (śmiech). Prawda jest taka, że pojechałam do studia, a na wzór zdecydowałam się dopiero na miejscu. Chciałam, żeby mój tatuaż był kobiecy, żeby przedstawiał węża, może jakieś motywy florystyczne… I  tyle. Wcześniej nie było związane to z  żadną symboliką czy przekonaniami… Dopiero później, ze względu na liczne pytania, musiałam wymyślić do tego historię (śmiech). Ktoś mi powiedział, że tatuaże są jak biżuteria. Dodają ci pewności siebie, określają cię… Ale wiadomo, że długo noszona biżuteria może się znudzić. Nie boisz się tego? Oczywiście, że się boję. Moje tatuaże już mi się nudzą. Miałam okres, kiedy znie-


12 | wywiad z nią

nawidziłam tego węża. Potem znowu go pokochałam. I tak fazowo. Nie wiem, co zrobię, jak faktycznie będę miała ich dość. Może będę je zakrywać, może je usunę… Albo zrobię sobie nowe, żeby się na nich skoncentrować (śmiech). W  krótkim wywiadzie dla Playboya powiedziałaś, że tatuaże utrudniają Ci pracę. Tymczasem widzę, że na Twoim drugim udzie pojawił się kolejny symbol… Czasami rzeczywiście utrudniają mi one pracę… Ten tatuaż zamyka pewien okres w  moim życiu i  zamierzam zaczekać jakiś czas ze zrobieniem nowego. Nie zawsze tatuaże pasują do koncepcji sesji, szczególnie tych fashion, kiedy mam ubrane stylowe, drogie sukienki. Na szczęście są alternatywy: mogę założyć coś, co przykryje tatuaże albo coś, co się nie będzie z nimi gryzło i je wyeksponuje. Wolę to drugie. Jakby co, zawsze jest jeszcze Photoshop (śmiech). Ten nowy tatuaż również nic nie znaczy? To też był stuprocentowy spontan! Przeprowadzałam wywiady na konwencji tatuażu we Wrocławiu i  nagle przyszedł mi do głowy pomysł na nowy wzór. Opracowałam go wspólnie z tatuatorem Pawłem Reduchem. Tatuaż ten składa się z  kilku elementów: pierwszej litery mojego imienia, trzech rozetek, trójkąta Penrose’a, czyli figury niemożliwej do wykonania i odwróconego krzyża… Odwróconego krzyża!? Z  tym symbolem wiąże się wiele znaczeń, podobnie jak ze swastyką. Dla mnie to jest po prostu znak. Przecież krzyż nie tylko związany jest z  religią. Nazywany jest krzyżem świętego Piotra, który został powieszony głową w dół i symbolizuje pokorę. W  ezoteryce to symbol odwrócenia. Wiązany jest również z  kartami tarota. Przez satanistów został wykorzystany znacznie później. Utrwaliłam ten znak na swoim ciele dla kontrowersji. On jest bardzo malutki. Jeśli ktoś się przypatrzy, to zauważy. A  ja już zdążyłam pomyśleć, że jesteś radykalnie antyklerykalna w  swoich poglądach. Nie. Jestem ateistką. Znam się na religii – chodziłam przez 3 lata do szkoły katolickiej, a  przez 7 do szkoły żydowskiej. Nie lubię się jednak podpisywać pod żadną konkretną wiarą czy wyznaniem. Jeśli już musiałabym się sklasyfikować, to najbliższy jest mi buddyzm. Wgłębiłam się w kilka ciekawych lektur, szukając rozwiązania swoich problemów związanych z pomysłem wyjazdu

z Polski. Buddyzm pomaga zgłębić własną świadomość, racjonalnie ocenić rzeczywistość. Wszystkie problemy, które nas otaczają, tak naprawdę tkwią w  nas samych. Jeżeli chcemy się ich pozbyć, to nie można uciekać. Trzeba zwiedzić swój umysł i zweryfikować, czego się chce. O  tym między innymi traktuje buddyzm. Planujesz już konwersję? To z  pewnością nie będzie decyzja chwili. Jeśli to poczuję, to zacznę się z  tym utożsamiać, ale nikt o  tym nie będzie musiał wiedzieć. Nie chcę się afiszować z  religią, uważam, że jest to prywatna sprawa każdego człowieka. Wydaje mi się, że religia powinna traktowana być osobiście. Podczas programu powiedziałaś, że żadna szanująca się kobieta nie powinna pokazywać się nago w  telewizji. Mam wrażenie, że wyjątkowo szybko zweryfikowałaś swoje poglądy. Krępuje mnie rozebranie się i  pozowanie nago przed kamerą. Wciąż uważam, że świecenie tyłkiem w  telewizji jest passé, ponieważ nie mam żadnego wglądu w to, w  jaki sposób zostanie to przedstawione na wizji. Dlatego się tym martwiłam i  byłam tym tak mocno rozemocjonowana. Magda Roman zrezygnowała z  rozbieranej sesji i musiała opuścić program.

KIEDY JUŻ STANĘ SIĘ PRAWDZIWĄ KOBIETĄ, CHCĘ BYĆ KOBIETĄ Z KLASĄ. NA RAZIE BRAKUJE MI LAT. JESZCZE CHCĘ SIĘ WYSZALEĆ. PÓŹNIEJ BĘDZIE KLASA.

Rozumiem wybór Magdy – ze względu na agencję nie musiała się martwić dalszą karierą, nawet bez Top Model. Kompleksy związane z figurą nie pozwoliły jej się rozebrać. Ja nie miałam kompleksów, tylko nie chciałam rozbierać się przed kamerą. I to była ta zasadnicza różnica. Nagość w prasie jest już na miejscu? Pijesz do Playboya (śmiech). Uważam, że nie ma nic złego w  aktach i  rozbieranych

sesjach. Oczywiście, jeżeli zrobi się to gustownie, a nie w  tani i  tandetny sposób. Kobiece ciało jest piękne i trzeba je pokazywać. Subtelnie. I z klasą. Czym jest dla Ciebie kobieta z klasą? To kobieta, która ma swój styl. Umie się konsekwentnie i  ciekawie wypowiedzieć. Potrafi sama na siebie zapracować i  nie jest od nikogo zależna. Z jednej strony jest czuła i emocjonalna, a z drugiej niebywale silna. Potrafi racjonalnie podejmować decyzje. Pasuje do Ciebie to miano? Może za parę lat. Jeszcze nie jestem kobietą, ale dorastam, aby się nią stać. Kiedy już stanę się prawdziwą kobietą, chcę być kobietą z klasą. Na razie brakuje mi lat. Jeszcze chcę się wyszaleć. Później będzie klasa. Jak Radek, Twój chłopak przyjął sesję w Playboyu? Cieszył się jak dziecko, kiedy się dowiedział (śmiech). Nigdy nie usłyszałam od niego nic złego. Wspiera mnie i cieszy się, kiedy idę do przodu. Nigdy nie był zazdrosny. Wie, że robię to dlatego, że chcę i dlatego, że zarobię pieniądze. Traktuje to jako powód do dumy. Redakcja Playboya tłumaczyła wybór Ciebie na okładkę jako połączenie polsko-ukraińskiej jakości przed zbliżającymi się mistrzostwami Euro 2012… Można powiedzieć, że stajesz się twarzą Euro? Nie stałam się, ale chciałabym. Ta sprawa z  okładką nie jest jednak nagłośniona aż tak, jakbym chciała. Na szczęście ci, którzy powinni wiedzieć, to wiedzą. Ważne jest dla mnie, że dla nich mogę być symbolem tej polsko-ukraińskiej przyjaźni podczas mistrzostw. Poza tym w  żaden inny sposób nie jestem związana z piłką nożną. Nie gram, nie oglądam, nie interesuje mnie to. Ale być twarzą Euro – czemu nie (śmiech)! Machina promocyjna już ruszyła (śmiech). W  końcu w  coverze hymnu mistrzostw autorstwa grupy Bliss, padają słowa: „O  Victorio, moja Victorio, piękna z Ukrainy modelko, przynieś szczęście naszym piłkarzom (…)”. No i pojawiasz się w klipie. Z  wokalistą zespołu, Kamilem, znamy się już od dawna. Ten cover to była jednak „niespodzianka”. Szczerze? Przeraziłam się, kiedy pierwszy raz go usłyszałam. Po pewnym czasie i po rozmowie z Kamilem zaczęło mi się jednak to podobać. Zaproszono nas nawet do udziału w Pytaniu na śniadanie, gdzie zagraliśmy wspólnie ten

TOUCHÉ | lipiec 2012


wywiad z nią | 13

cover na żywo. Tymi samymi słowami, co zwrotka o Tobie, rozpoczyna się również refren „Snu o  Victorii” Dżemu. To Twoje klimaty muzyczne? Lubię tę piosenkę. Kojarzy mi się z mocnymi przeżyciami sprzed 3 lat, kiedy moi znajomi zaśpiewali mi ją pod oknem z okazji urodzin. Dżemu jednak nie słucham. Wolę muzykę alternatywną. Jeśli chodzi o polską scenę muzyczną to wymienić mogę Baabę, Gabę Kulkę, Mitch&Mitch, Łąki Łan. Moja uwaga koncentruje się jednak szczególnie na muzyce zagranicznej. O dźwiękach mogłabym rozmawiać przez tydzień bez przerwy... Często bywa tak, że muzycy nie tworzą takiej muzyki, jakiej lubią słuchać. Jak jest z Tobą? Rzeczywiście (śmiech)! Mój zespół – Mięśnie tworzy taką muzykę, z  którą nie miałam nic wspólnego. Porównywani jesteśmy do Świetlików. Ja nigdy wcześniej nawet nie znałam tego typu muzyki, ale gram to i  czuję. Mięśnie cały czas ewaluują, stylowo zbliżamy się w  stronę funku. Ludzie mają problem z  określeniem naszego gatunku muzycznego.

TOUCHÉ | lipiec 2012

Po Twoim udziale w Top Model wzrosła popularność zespołu? O  tak! Na ostatnie 2 koncerty w  Warszawie przyszło mnóstwo osób, których nie znałam. Ludzie dowiadują się z Facebooka, o zespole wspominam też w wywiadach… Nam jednak nie zależy na popularności. To od początku był projekt alternatywny, nie skierowany na media. To w  założeniu miał być projekt dla nas i dla naszych znajomych. Rozwinął się on nieco, poszedł w ciekawym kierunku. Pracujemy już nad drugą płytą. Kiedy ostatnio rozmawiałam z  Gabą Kulką, powiedziała mi, że gdy oprócz twoich znajomych na koncertach pojawiają się również inni ludzie, to zdajesz sobie sprawę z tego, że to, co tworzysz może trafiać w  gusta. W  Waszym przypadku istnieje jednak spore ryzyko, że ci ludzie nie przyszli ze względu na muzykę. Nie, ludzie, którzy się pojawili, byli szczerze zainteresowani naszą muzyką. I  zapewniam Cię, że nie były to moje 14-letnie fanki, ale dojrzali odbiorcy dźwięków. Moja osoba podziałała w tym przypadku co najwyżej jako machina promocyjna marki. Powiedziałaś kiedyś, że nikt nie jest wolny od kompleksów. Jakie są Twoje?

Mam ich sporo. Chciałabym mieć dłuższe włosy. 2 lata temu obcięłam się na łyso i do tej pory ponoszę tego konsekwencje. Chciałabym być wyższa i mieć inny kształt języka. Mam wrażenie, że mój jest duży i gruby, a zawsze marzył mi się ostry i cieniutki. Mam również problem z  zębami – kiedyś złamałam szczękę i od tamtej pory mam krzywy zgryz. Od niedawna noszę aparat, więc zęby da się naprawić, piersi może mi jeszcze urosną… Nie lubię również swoich palców. Wiele rzeczy, którymi się teraz zajmujesz, bazuje na kulcie młodego ciała. Nie boisz się starości? Starość mnie przeraża. Po pierwsze boję się o to, że nie będę miała stałej pracy i zabezpieczenia finansowego. Druga kwestia to wygląd. Nikt nie chce, aby patrzono na niego przez pryzmat staruszka i żeby ludzie podrywali się w  tramwaju na jego widok. Może później patrzy się na to w inny sposób? Może to tylko kwestia czasu, żeby się do tego przyzwyczaić? Podobno życie zaczyna się o  pięćdziesiątce (śmiech). Na razie staram się o tym nie myśleć, bo mam wrażenie, że krępuje mi to umysł. Nie mam wglądu w przyszłość na dłużej, niż na 5 lat. Więc na razie... carpe diem. rozmawiała: Natalia Sokólska


fot.: Marta Chrobak

14 | dział

TOUCHÉ | lipiec 2012


dział | 15

LEPSZA NIŻ SEN

Taka właśnie zdaje się być ostatnimi czasy rzeczywistość tego człowieka. Poczucie abstrakcji zdarzeń i niedowierzanie dominują we wszystkich jego wypowiedziach. Medialny szum? Zdecydowanie. Ogromna presja? Tak. Ale jest coś jeszcze: niezwykły talent i pracowitość. Oraz wiele decyzji, które w najbliższym czasie mogą być kluczowe dla jego przyszłości. A to dopiero początek drogi, początek wielkiej przygody. Mowa rzecz jasna o Dawidzie Podsiadło: zwycięzcy drugiej edycji X Factora. Nie ulega więc wątpliwości, że potrafi zainteresować sobą widzów, zaczarować ich swoim śpiewaniem. Ale oprócz tego jest też wrażliwym i interesującym młodym mężczyzną, mającym szalony plan na życie. Marzycielem? Absolutnie, ale coś mi mówi, że na bujaniu w obłokach się nie skończy...

TOUCHÉ | lipiec 2012


16 | wywiad z nim

Jak czuje się zwycięzca X Factora? Jako, że do tej pory mogę szczerze powiedzieć, że nie wierzę, że to wydarzenie miało miejsce, moja odpowiedź brzmi – nie wiem. Najlepiej chyba będzie skontaktować się ze zwycięzcą pierwszej edycji programu, Gienkiem Loską...

MÓJ ORGANIZM ZACZYNA ZIEWAĆ I JEST MI ZIMNO. TAK REAGUJĘ NA STRES. ALE NIE MAM SPOSOBU NA WALCZENIE Z NIM. PO PROSTU IDĘ I ROBIĘ TO, CO MNIE STRESUJE. PÓŹNIEJ JEST JUŻ SPOKÓJ. Jak wyobrażasz sobie siebie za pięć lat? Posiadający zarost, często noszący gitarę, uśmiechnięty i  spełniający swoje marzenia chłopak. Wydajesz się być bardzo spokojnym i  opanowanym człowiekiem. Ciekawa jestem czy istnieje coś, co Cię na prawdę wkurza, irytuje? Nie toleruję hipokryzji, nieszczerości i bezmyślnej, niesprawiedliwej agresji. Jak w  takim razie radzisz sobie ze stresem i  emocjami, które z  pewnością towarzyszą występom na scenie? Po prostu je przeżywam. Nie mam sposobu. Mój organizm zaczyna ziewać i jest mi zimno. Tak reaguję na stres. Ale nie mam sposobu na walczenie z  nim. Po prostu idę i  robię to, co mnie stresuje. Później jest już spokój. Zdawałeś w tym roku egzamin dojrzałości. Zamierzasz rozpocząć jakieś konkretne studia, czy wolisz na razie skupić się na tworzeniu muzyki, śpiewaniu, koncertowaniu? Oczywiście zamierzam rozpocząć studia. Przeprowadzka do Warszawy jest w  moich najbliższych planach, oraz podjęcie studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Japonistyka, sinologia, bądź American

Studies: to kierunki, na które złożyłem podanie. Miałeś trudności związane z pogodzeniem uczestnictwa w  programie X Factor i przygotowaniami do matury? Nie miałem trudności, bo do matury się po prostu nie przygotowałem. Okazało się jednak, że mam niebywałe szczęście ostatnimi czasy, bo niski poziom matury bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Wygrana w  programie dała Ci spory zastrzyk pieniędzy ale także kontrakt płytowy. W jakim kierunku muzycznym chciałbyś pójść przy nagrywaniu pierwszego albumu i czy będą to kompozycje autorskie czy raczej covery? Dołożę wszelkich starań by pierwszy album był moim autorskim, jednak, niestety nie zależy to wyłącznie ode mnie. O wiele więcej do powiedzenia ma sama wytwórnia, z którą będę współpracował, dlatego też ostateczne określenie jeszcze chwilę potrwa. Mam gotowy materiał, który chciałbym zaprezentować publiczności, i  za który chciałbym być krytykowany. Pochodzisz z Dąbrowy Górniczej. Z czym kojarzy Ci się to miejsce? Jak już wspomniałem, czeka mnie przeprowadzka do Warszawy, ale Dąbrowa Górnicza to dla mnie dom. Miejsce, w  którym mogę odpocząć od zgiełku, azyl. Na pewno będę często do niego wracał. Tak właściwie to non stop. Jak to się stało, że postanowiłeś zajmować się muzyką? Opowiedz trochę o  swoich muzycznych początkach, pierwszych występach... Muzyka zawsze w  naszym domu odgrywała ważną rolę. Dzięki mojemu bratu i  temu, że mieszkaliśmy w  jednym pokoju, chcąc nie chcąc słuchałem klasyków. Próbowałem swoich sił jako perkusista na kuchennych taboretach, ale odłożyłem to zafascynowanie wraz ze zmianą miejsca zamieszkania. W nowym miejscu zauważyłem, że lubię śpiewać i  postanowiłem się na tym śpiewaniu skupić bardziej niż na innych hobby. Dołączyłem do Młodzieżowego Ośrodka Pracy Twórczej, gdzie pan Dariusz Szweda, stworzył mój wokalny wizerunek.

Uważasz, że muzyczne wykształcenie jest niezbędne dla wokalisty? Uważam, że niekoniecznie, ale ja zdecydowanie zamierzam się w tym kierunku edukować, by usatysfakcjonować samego siebie. By poznać moją największą pasję od tej drugiej, teoretycznej i bardziej logicznej strony. Odbieram ją zmysłami od wielu lat, nadszedł czas bym poznał jej struktury. Jesteś związany z  dwoma zespołami: Curly Heads i Reaching For The Sun. Czy będą się one dalej rozwijać, czy skupisz się raczej na karierze solowej? Moje zespoły rozwijają się teraz nawet bardziej niż wcześniej, nie mam zamiaru rezygnować ze współpracy z  żadnym z  nich, chociaż przyznam szczerze, że siebie za dziesięć lat widzę z  zespołem grającym muzykę zbliżoną do Reaching For The Sun. W finale śpiewałeś w duecie z Katie Melua. Jej twórczość jest dla Ciebie czymś ważnym? Jej twórczość miała ogromny wpływ zarówno na moje życiowe smutki i radości. Celebrowała zarówno te gorsze jak i lepsze dni. Dzięki niej powstało wiele moich utworów. Jakie to uczucie stać z nią na scenie? Stanie obok Katie na scenie to wydarzenie tak abstrakcyjne, że chyba nigdy nie będę w stanie uwierzyć w jego autentyczność. Kuba Wojewódzki powiedział Ci: „Nigdy nie spotkałem tak zdolnego, tak neurotycznego krasnala jak Ty”. Jak wyglądała Twoja współpraca z  jurorami, czego nauczył Cię kontakt z nimi? Jurorzy to naprawdę niesamowici ludzie. Mimo, że tak bardzo się od siebie różnią, cechuje ich pewien wspólny pierwiastek. Są to ludzie niesamowicie ciepli, wrażliwi i artystycznie bogaci. Kontakt z nimi, poniekąd wyostrzył mój dystans do swojej osoby, dodał mi pewności siebie i uświadomił kim się jest, gdy wychodzi się na scenę. No właśnie, już niedługo wyjdziesz na scenę razem z Tatianą Okupnik, z którą nagrałeś wspólną piosenkę w  Londynie... opowiedz o tej współpracy i kiedy

TOUCHÉ | lipiec 2012


wywiad z nim | 17

będzie można ją usłyszeć jej efekty? W trakcie programu okazało się, że razem z Tatianą „nadajemy na tych samych falach”. Stwierdziliśmy, że dobrym pomysłem będzie stworzenie duetu. Tatiana zaangażowała w  projekt producenta Troy’a  Millera, z  którym ostatecznie zrobiliśmy utwór. Nagrywaliśmy dwa i  pół dnia w  londyńskim studiu. Były to wspaniałe chwile, niesamowite doświadczenie. Premierowe wykonanie odbędzie się 15 lipca na charytatywnym meczu organizowanym przez Marcina Gortata.

fot.: Marta Chrobak

Zarówno w pierwszym odcinku live, jak i w finale zaśpiewałeś utwór U2 : „With or Without You”. Odważny wybór i  to dwa razy... Ma on dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie? Utwór bardzo lubię, jednak nie ma on dla mnie jakiegoś sentymentalnego znaczenia. Wybierając utwór na finał, zależało nam na tym by pokazać mój rozwój na przestrzeni tych siedmiu tygodni w  programie. Byłem osobiście bardzo zawiedziony swoim występem w  pierwszym odcinku live, dlatego cieszyłem się z  możliwości zaśpiewania tego utworu lepiej.

TOUCHÉ | lipiec 2012

STOPNIOWO POZNAJĘ POLSKI KUNSZT I JESTEM NIESAMOWICIE DUMNY Z TEGO, ŻE POCHODZĘ Z KRAJU, W KTÓRYM TWORZY TAK WIELU WYBITNYCH ARTYSTÓW. SAM TEŻ CHCIAŁBYM PISAĆ WARTOŚCIOWE TEKSTY W OJCZYSTYM JĘZYKU, ALE NA RAZIE NIE POTRAFIĘ. Czujesz presję po wygraniu X Factora? Odczuwam nieustanny brak czasu, mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, można chyba to nazwać presją. Staram się jednak uspokoić i żyć wolniej by nie popełnić zbyt wielu błędów. Co lubisz robić kiedy akurat nie poświę-

casz się muzyce? Ostatnio mało mam takiego czasu, ale uwielbiam oglądać filmy czy seriale, grać w gry komputerowe.. Odnosisz czasem wrażenie, że w  Polsce bardzo łatwo „szufladkuje” się młodych artystów? Co sądzisz o naszej scenie muzycznej? Cały świat szufladkuje i  to nie tylko w  branży muzycznej. Od tego sposobu dzielenia społeczeństwa chyba nie ma na razie ucieczki. O  naszej scenie muzycznej nie mogę powiedzieć wiele, jako że jestem jeszcze dzieciakiem i  wychowywałem się raczej na zagranicznym rock’u. Stopniowo poznaję polski kunszt i jestem niesamowicie dumny z tego, że pochodzę z kraju, w którym tworzy tak wielu wybitnych artystów. Sam też chciałbym pisać wartościowe teksty w  ojczystym języku, ale na razie nie potrafię. Kto w  takim razie jest według Ciebie w Polsce wybitnym artystą? Uwielbiam Leszka Możdżera, Smolika, Karolinę Kozak, Brodkę, Anię Dąbrowską, Myslovitz, Grzegorza Turnaua i Seweryna Krajewskiego. Co kojarzy Ci się ze słowem sukces a co


18 | wywiad z nim

DLA MNIE SUKCESEM JEST SATYSFAKCJA, I AKCEPTACJA PRZEZ SAMEGO SIEBIE, CZEGOŚ CO WYKONAŁEM. ANALOGICZNIE PORAŻKA TO STAN, W KTÓRYM CZUJĘ, ŻE MOGŁEM ZROBIĆ COŚ O WIELE LEPIEJ. dziom, którzy również są na początku swojej muzycznej drogi? Nigdy się nie poddawaj, wierz, że możesz wszystko. Jeśli miałbyś wybrać jedną płytę, która najlepiej odzwierciedla Twój charakter to jaka by to była? Nie potrafię wybrać takiej płyty. Nie znam swojego charakteru zbyt dobrze... To może chociaż piosenka? The Strokes – Trying Your Luck

fot: A. Szymczyk

Bez czego nie wyobrażasz sobie życia? Bez moich bliskich. Po prostu.

jest według Ciebie definicją porażki? Dla każdego jest to na pewno indywidualna kwestia. Dla mnie sukcesem jest satysfakcja, i akceptacja przez samego siebie, czegoś co wykonałem. Analogicznie porażka to stan, w którym czuję, że mogłem zrobić coś o wiele lepiej. Uważasz, że w życiu należy kierować się

sercem czy rozumem? Wydaje mi się, że nie da się podążać zawsze za sercem, bądź też zawsze za rozumem. Jako, że posiadam duszę lubującą się w romantycznej atmosferze, znacznie częściej podążam drogą określaną przez serce. Co chciałbyś powiedzieć młodym lu-

Zamierzasz spędzić te wakacje pracowicie, czy też trochę odpocząć od tego całego szumu związanego z Twoim udziałem w X Factorze? Te wakacje będą raczej „balansem” pomiędzy pracą a  odpoczynkiem. W  sierpniu mam zamiar wyskoczyć na jakieś dwa tygodnie w ciche miejsce. A resztę czasu spędzę na rozwijaniu pasji i pracy. Jesteś typem marzyciela czy raczej stawiasz sobie konkretne cele? Jestem typem marzyciela, który stawia sobie konkretne cele. W takim razie o czym teraz marzysz i jaki masz cel? Marzę o  tym by stworzyć album z  moją muzyką i  jednocześnie jest to też moim celem.  ■  rozmawiała: Iga Kowalska

TOUCHÉ | lipiec 2012


jego punkt widzenia | odważnie o kobietach | 19

Ilustracja: Basia Maroń

O spalonych, łydkach i kolorowych kartonikach

Musicie wiedzieć, że niniejszy potok słów inspirowany jest wielkim czerwcowym świętem. I nie mam na myśli tutaj dnia kobiet. Chodzi jak najbardziej o Euro 2012, którego zwycięzcę w chwili czytania już zapewne znacie (czyżby Polacy? tzn. polska mniejszość w drużynie niemieckiej?). W swojej nieobliczalnej uprzejmości pozwolę sobie wyjaśnić Wam przyczynę wielu niepotrzebnych niesnasek, które z całą pewnością wystąpiły, gdy przynosząc piwo swojemu samcowi nieopacznie powiedziałyście coś… niefortunnego (gdybyście za każde nie- w tym zdaniu wypijały kieliszek wódki byłybyście już martwe… w sensie nieżywe). Bardzo możliwe, że w swoim roztargnieniu samcowie zapominali wówczas wyjaśnić to i owo (tyle meczy!), ale nie obawiajcie się krnąbrne białogłowy – bo oto ja pędzę pomóc wam uniknąć przyszłych kompromitacji! Mecz się rozpoczyna, jeśli nie zrobiłyście tego wcześniej, to jest to odpowiednia chwila, by zapytać, która drużyna to które koszulki, z w ł a s z c z a jeśli jedna z nich to tzw. nasi. I nie dawajcie się ponieść własnemu ego, które podpowiada, że zdać się tu można na rozsądek – gdyż reprezentacje na pewno tego nie robiły dobierając kolory strojów. Tak też biało-czerwoni zbyt często bywają po prostu biali, a Ci w pomarańczowym to z pewnością nie reprezentacja Bhutanu. Nie na mistrzostwach Europy. Jeśli tego nie zrobiłyście to – na wszystkie świętości – nie pytajcie o to w dziewięćdziesiątej minucie (to ta ostatnia). A już na pewno ostrożnie obnoście się z własnymi wybuchami emocji. Energiczne wiwatowanie połączone z szarpaniem Twojego dziwacznie niemrawego przyjaciela, gdy Tytoń wyciąga piłkę z siatki, może nie być najlepszym sposobem na przybliżenie Wenus do Marsa. Kiedy już uda nam się określić, komu kibicujemy to zapamiętajcie, że jeśli nasi są po lewej (tzn. w bramce po lewej rezydują seksowne łydki naszego bramkarza), to musimy strzelić gola do bramki po prawej. Po przerwie (to ten moment, kiedy idziecie po więcej piwa) sytuacja się odwraca, jesteśmy po prawej (łydki), strzelamy na lewo (możliwie najdalej od łydek i innych części ciała

TOUCHÉ | lipiec 2012

przymocowanych do bramkarza). To naprawdę proste i wyjątkowo ważne. Dlaczego? Patrz: poprzedni akapit. Kolorowe kartoniki. Sędzia (ten inaczej ubrany pan, biega po boisku, choć nie kopie piłki) nie pokazuje ich by sprawdzić, czy inny kolor butów nie pasowałby lepiej do kreacji zawodnika. Nie jest to tym samym sugestia, że zawodnik ma beznadziejny gust. Tak… Wiem, że widziałyście niejednokrotnie, jak po natarczywym, kilkukrotnym pokazywaniu jakiejś kartki (np. żółtej) zawodnik w końcu schodził z boiska. Zaręczam jednak, że nie poszedł się przebrać. I nie wróci – przynajmniej nie prędko. Zasada jest bardzo prosta: kiedy sędzia pokazuje kartonik (jakiegokolwiek koloru) nienaszym krzyczycie dobrze mu tak! Kiedy sędzia pokazuje kartonik jednemu z naszych wybieracie sobie dowolne słowo ze słownika wyrazów obelżywych i kierujecie je do sędziego. Dochodzimy zatem do największej z tajemnic, jaką skrywa pokryta zawodnikami murawa. Spalony. Gotowe? Tak więc spalony to sytuacjagdypiłkarzdrużynyatakującejwmomencie-kierowaniad oniegopodaniajestbliżejbramkiprzeciwnikaniżprzedostatnizawodn ikdrużynyprzciwnej. Uff. Proste? Nie? Ok, w gruncie rzeczy sprawa wygląda podobnie jak przy kartonikach. Kiedy piłka wpada do naszej bramki, na naszej połowie (łydki) krzyczycie spalony plus słowo z wspomnianego już słownika. Kiedy piłka wpada do nienaszej bramki i nikt się nie cieszy, a śmieszny pan poza boiskiem macha czymś co wygląda na swojską, kuchenną ceratę to wówczas krzyczycie jaki k… spalony! Bądź coś podobnego ze słownika. Na zakończenie bla bla bla wiecie, że to tylko stereotypy bla bla bla. Przepraszam bardzo, ale zaczyna się mecz! 

Kamil Lipa

Peany na moją cześć kierować należy na: ksiaze.kam@gmail.com (lamenty trafią od razu do spamu)


20 | fashion

WAITING FOR

Juliet

foto: Karamell Studio (A. Kozub i R. Kwaśniak) stylizacje: Patrycja Pagas wizaż, fryzury: Zoyka Zielińska modelki: (od lewej) Weronika Franczyk (Hook), Karolina Niemiec (8fi Model Management)

Zdjęcia zrealizowano w Pałacu w Paszkówce (www.paszkowka.pl) Serdecznie dziękujemy!

TOUCHÉ | lipiec 2012


dział | 21

TOUCHÉ | lipiec 2012


22 | dział

TOUCHÉ | lipiec 2012


dział | 23

TOUCHÉ | lipiec 2012


24 | dział

TOUCHÉ | lipiec 2012


fashion | 25

Patrycja Pagas Słowo o projektancie Moda od zawsze była jej wielką pasją. Do tej pory wzięła udział w wielu konkursach dla młodych projektantów, w których odniosła niewątpliwe sukcesy. W tym roku w marcu wygrała m.in. Międzynarodowy Konkurs dla Studentów Mody organizowany przez MIAMI FASHION WEEK na Florydzie. W kwietniu została półfinalistką w Międzynarodowym Konkursie THE LINK odbywającym się w Mediolanie - finał konkursu będzie miał miejsce we wrześniu w Cannes. Stroje Patrycji Pagas szyte są z ogromną dokładnością i zadbaniem o najmniejszy szczegół (przykładem są sukienki wyszyte perłami czy cekinami - których w projektach jest dość sporo). Kostiumy te, bez względu na kolekcję, są bardzo kobiece, zmysłowe, sensualne - czyli takie, jakie chciałaby nosić każda z nas, by czuć się wyjątkowo i elegancko.

TOUCHÉ | lipiec 2012


26 | fashion | street look

street fashion Laura Tym razem pod lupą ląduje Jagna, 25-letnia studentka kulturoznawstwa i prawa. Jagna uwielbia zabawę modą, oryginalne połączenia, chętnie eksperymentuje z mieszaniem poszczególnych stylów cieszących się obecnie największym powodzeniem. Bardzo często nawiazuje do stylu grunge, rock, retro, czy też boho. W tej stylizacji miesza jeans ze zwierzęcym printem ze swojej spódnicy. Zestaw może wydawać się nieco etniczny ze względu na wzór występujący na spódnicy, połączony z sandałami i orientalnymi bransoletkami. Moją uwagę przykuł naszyjnik, który również dobrze wpasowuje się w te klimaty. Pomimo swej prostoty jest bardzo nowoczesny, a zarazem uniwersalny – można go łączyć naprawdę z wieloma rzeczami. Wiecznie żywy jeans (który zwłaszcza teraz spamuje nas swą obecnością pod postacią szortów, koszul oraz kamizelek) przełamuje wrażenie, iż obcujemy z jednym tylko stylem w całym zestawie. Jagna postawiła również na odrobinę koloru w swej stylizacji poprzez dodatki – zegarek i okulary. Drobiazgi te sprawiły, że stylizacja stała się jeszcze ciekawsza i nie jest monotonna. Każdy element stroju wygląda dobrze z osobna, jak również jako całość w zestawie. Jagna ma na sobie spódnicę z TK MAXX, koszulę, torbę oraz naszyjnik pochodzące z Vero Mody, sandały marki Bata i okulary od Betsy Johnson.

Anna Sowik Stylistka, blogerka, miłośniczka i kolekcjonerka mody vintage. Skąpiradło kochające zakupy w lumpeksach, jej szafa w 99% zdominowana jest przez łupy z secondhandów i tym bez oporów się szczyci. Wielbicielka stylu retro, typ zbieraczki, koneserka babcinych sukienek i torebek. Od teraz również facehunterka polująca na ciekawie ubranych na ulicach Katowic. Więcej znajdziesz na: http://przebierankipannyanki.blogspot.com/

TOUCHÉ | lipiec 2012


fashion | jestem kasia | 27

Jeśli zakładam romantyczną sukienkę, to tylko i wyłącznie wraz z „nieromantyczną” resztą stroju. Nie wyobrażam sobie, bym założyła do niej delikatne szpileczki i eleganckie dodatki. Równowaga musi być zachowana! Ostre dodatki świetnie przełamują delikatność sukienki i w taki też sposób uzyskałam czysto festiwalowy look.

Kasia Gorol Znana w Sieci jako Jestem Kasia. Studentka germanistyki i języka szwedzkiego, kochająca modę, zakupy i zabawę w stylistkę własnej osoby. Wraz ze swoimi stylizacjami często widywana na jednej z najpopularniejszych stron modowych na świecie: http://lookbook.nu/user/63384-Kasia-G/ Kasię znajdziecie również na jej stronie internetowej http://www.fashionsalade.com/jestemkasia/ oraz innych portalach: http://www.facebook.com/JestemKasiaBlog http:// www.formspring.me/Kasiica http://www.bloglovin.com/blog/2384316#


28 | film

On i Ona w kinie Niebezpieczne uwikłanie

„Kobieta z piatej dzielnicy”/„La Femme du Veme” Data premiery: 22.06.2012 (Polska), 11.09.2011 (Świat) Scenariusz i reżyseria: Paweł Pawlikowski Zdjęcia: Ryszard Lenczewski Obsada: Ethan Hawke (Tom Ricks), Kristin Scott Thomas (Margit Kadar), Joanna Kulig (Anna) Dystrybucja: SPI International Polska Czas trwania filmu: 1 godzina, 23 minuty

Elizo, jestem w kropce, bo niby przez najnowszy film Pawła Pawlikowskiego nie mogłem zasnąć i w głowie kłębiły się czarne, zwiastujące wielkie przeżycie chmury, ale z drugiej strony, dzień po seansie wróciłem do swojej własnej monotonii, jak gdyby zapominając o burzliwych losach Toma Ricksa. Paweł Pawlikowski jest twórcą niebanalnym i  wcale się nie dziwię, że tworzy za granicą, bo w Polsce jego filmy przybrałyby estetykę rodem z  Big Love Barbary Białowąs czy prawdziwych, TVN-owskich historii. Największą popularność przyniosło mu Lato miłości – wieloznaczny, nasycony symbolicznym przekazem film o  zakamuflowanym, homoerotycznym uczuciu rodzącym się pomiędzy skrajnie różniącymi się od siebie dziewczętami. Zachwyciłem się rzetelnością przekazu Pawlikowskiego: cudownymi metaforami, peryfrazami fabularnymi, całą poetyką i  nostalgią idealnie trafiającą w moją wrażliwość, tym samym oczekiwania w stosunku do Kobiety z piątej dzielnicy miałem ogromne. Tom Ricks (Ethan Hawke) – amerykański pisarz, typowy przykład kulturowego everymana, przyjeżdża do Paryża w  poszukiwaniu straconego czasu. Dla bohatera Proust’owskiego cyklu słodka magdalenka była czynnikiem wywołującym wspomnienia, dla Toma istniały one przede wszystkim w jego bujnej wyobraźni i lesie – głównym motywie jego powieści – który w metafizyczny sposób odzwierciedlał samotność i zagubienie. Tom pragnie zbliżyć się do swojej kilkuletniej córki, to jego podstawowa misja. Atakowany przez byłą żonę, oskarżany o chorobę psychiczną (co powoduje zupełnie odmienną interpretację filmu) trafia do nieatrakcyjnego, pełnego brudnych interesów hotelu. Jego introwertyczną pozycję, z zapisanymi kartkami papieru w tle, odmieniają kobiety: Anna (Joanna Kulig) to niewinna, uosabiająca wigor i  miłość Polka, której egzystencja jest pasmem smutków i cierpień (jej wykonanie piosenki Tomaszów Ewy Demarczyk wywołało u mnie dreszcze). Margit (Kristin Scott Thomas) – demoniczna femme fatale jest dwubiegunową postacią łączącą w sobie ułudę i  rzeczywistość, jawę i  sen, przede wszystkim śmierć – mitycznego Tanatosa. Wpływ kobiet na Toma warunkuje jego czyny, ruch, życiowe decyzje. Są one spiritus movens jego irracjonalnego bytu. Kobieta z  piątej dzielnicy to trzymający w  napięciu thriller nawiązujący, w moim odczuciu, do wczesnych dzieł Polańskiego i Żuławskiego. Pełno tu kulturowych odniesień, elementów paranormalnej grozy, freudowskich koncepcji bytu. W tym całym artystycznym galimatiasie brakuje jednego – klarowności zbudowanej historii. Alegorie przewyższyły intrygującą opowieść. Elizo, jestem w kropce. 

Bartosz Friese

TOUCHÉ | lipiec 2012


dział | 29

Pochwal się tym, co najcenniejsze Koszmar paryski Bartoszu, muszę przyznać, że sama pełna jestem ambiwalentnych uczuć co do Kobiety z piątej dzielnicy. Zafascynował mnie minimalizm dzieła Pawlikowskiego, który z jednej strony sprawia, że historii Toma Ricks’a (Ethan Hawke) nie da się strywializować i wrzucić do przysłowiowego jednego worka wraz z setką thrillerów opartych na podobnych wątkach fabularnych, z drugiej jednak pozostawia on pewien niedosyt. Napięcie w filmie narasta już od pierwszych minut, konsekwentnie przybierając na wadze w trakcie seansu. Szereg enigmatycznych wątków otwiera natomiast przed widzem szerokie pole interpretacyjne. To ostatnie staje się szczególnie interesujące w momencie, gdy rozpatrujemy je w kontekście domniemanej choroby psychicznej głównego bohatera, o której wspominasz również w swojej recenzji. Osobiście uznałam ów kontekst za wyjątkowo ciekawy, głównie ze względu na niekonwencjonalne rozwiązanie całej historii. To ono sprawiło, że również po przespanej, w moim przypadku, po seansie nocy moją głowę zaprzątały myśli brnące ku rozwiązaniu zagadki, jaką zadał nam Pawlikowski. Filmowy Paryż podzielony zostaje na dwie współbytujące ze sobą płaszczyzny: brutalnego półświatka emigranckich dzielnic, oraz onirycznej przestrzeni kierowanej wyobraźnią Toma. Akcja tych dwóch światów oparta jest na relacjach głównego bohatera z jego dwiema kochankami: tytułową kobietą z piątej dzielnicy, Margit Kadar (Kristin Scott Thomas), która przejmuje kontrolę nad tajemniczą, ciemną stroną całej historii, oraz Anną (Joanna Kulig), przyczyniającą się do skomplikowanej sytuacji między Tomem, a jego niebezpiecznym pracodawcą. Co ciekawe, wątek córki Toma, który stanowi fabularny cel jego pobytu w Paryżu, zepchnięty zostaje jakby na boczny tor, nawet w kulminacyjnych scenach filmu. Nie jest to więc historia ojca, który za wszelką cenę próbuje odzyskać prawo do opieki nad dzieckiem. Fabuła Kobiety z piątej dzielnicy okazuje się dużo bardziej złożona i problematyczna. Wszystko to sprawia, że ta wielojęzykowa, intrygująca opowieść staje się z minuty na minutę coraz większym znakiem zapytania dla widza siedzącego w kinowym fotelu. Film Pawlikowskiego jest trudny w odbiorze i niełatwy w interpretacji, co stanowić może z jednej strony jego atut, z drugiej jednak istnieje prawdopodobieństwo, że będzie jego gwoździem do trumny. Trud interpretacyjny oraz niejasne, tajemnicze zakończenie całej historii powodują, że nie tylko Ty jesteś w kropce. Wszyscy jesteśmy.   Eliza Ortemska

promocja@touche.com.pl TOUCHÉ | lipiec 2012


30 | film | nowość

Portier z piekła rodem

„Słodkich snów” / „Mientras duermes” Data premiery: 29.06.2012 (Polska), 23.09.2011 (Świat) Reżyseria: Jaume Balaguero Scenariusz: Alberto Marini Zdjęcia: Pablo Rosso Obsada: Luis Tosar (Cesar), Marta Etura (Clara), Alberto San Juan (Marcos) Dystrubucja: Kino Świat Czas trwania filmu: 1 godzina, 42 minuty

Każdy miewa czasem gorszy dzień. Bywa, że problemy przytłaczają tak bardzo, że nawet nie chce nam się wstawać z łóżka. Jednak zwykle znajdujemy jakiś powód w naszej marnej egzystencji, który daje nam motywację i siłę, aby wkroczyć w nowy dzień. Dla niektórych jest to praca, dla innych miłość, rodzina czy przyjaciele. Ale czy rzeczywiście warto wstawać z łóżka, gdy jedynym sensem naszego życia staje się chęć unieszczęśliwienia innych? Taki właśnie cel przyświeca Cesarowi, głównemu bohaterowi filmu Słodkich snów w reżyserii Jaume Balaguero. Opiekuńczy syn, uprzejmy i pomocny dozorca, którego chwalą i lubią wszyscy sąsiedzi, pod płaszczem pozorów ukrywa swą psychopatyczną naturę wywołaną brakiem zdolności do odczuwania szczęścia. Przed samobójczymi myślami ratuje go chęć uprzykrzenia życia mieszkańcom bloku. Najbardziej waleczną ofiarą okazuje się być młoda Clara, której mimo przeciwności losu powodowanych przez dozorcę, uśmiech nie znika z twarzy. Jej nieugięta pogoda ducha fascynuje go, a zarazem doprowadza do szału. Dlatego wymyśla kolejne, zaskakujące intrygi, aby tylko złamać kobietę i zbliżyć się do niej. Pogodni i  gościnni zazwyczaj Hiszpanie, nie mają sobie równych, jeżeli chodzi o kino grozy. Wystarczy przypomnieć takie filmy jak: Labirynt fauna, Sierociniec czy Rec – również w reżyserii Jaume Balaguero, który to uznawany jest za najbardziej nowatorski horror tej dekady i absolutny przełom w historii gatunku. Hiszpa-

nom udaje się świetnie zrealizować marnie wykonane, ale chwytliwe pomysły Amerykanów. Podobnie jak Rec można porównać do Blair Witch Project, tak analogiczną historię Słodkich Snów odnajdziemy w amerykańskiej produkcji Rezydent. Jaume Balaguero nie odsłania jednak wszystkich kart na początku: akcja rozwija się powoli, a  postać „prześladowcy” prezentowana jest stopniowo. Reżyser nie tłumaczy postępowania głównego bohatera. Wprowadza tylko pewne tropy – takie jak relacje matki z synem – które mogą sugerować powody jego stanu psychicznego. Kluczem do sukcesu tego obrazu jest fakt, że w wyrafinowany sposób prezentuje on historię zbrodni z perspektywy „łowcy”, a  nie „ofiary”. Wplecione w  akcję introspekcje pozwalają nam poznać motywy głównego bohatera, w  którego postać popisowo wcielił się Luis Tosar. Cesar bezlitośnie rozprawia się z każdym, kto zagraża jego mistyfikacji. Działa z zaangażowaniem i precyzją psychopaty. Opowieściami o swoich nikczemnych czynach dręczy schorowaną matkę, która przykuta do łózka, ale w pełni świadoma, musi biernie przysłuchiwać się słowom nienawiści własnego dziecka. Jest bezwzględny i  podstępny, ale jednocześnie romantyczny i tajemniczy. Wszystko to sprawia, że widz śledząc intrygi Cesara, trzyma kciuki, aby tylko jego prawdziwa twarz nie została zdemaskowana. Realistyczny charakter scen i zaskakujące zwroty akcji budują przerażającą lecz wiarygodną opowieść. Zakończenie filmu to wręcz suspens’owski majstersztyk: kiedy wydaje się, że Cesar dostatecznie zniszczył już życie Clary, oprawca zadaje ofierze ostateczny cios. Nowe dzieło Jaume Balaguero z  sukcesem odnawia kanon thrillera psychologicznego. Autor w mistrzowski sposób operuje wyrafinowanymi środkami wyrazu, których dostarcza gatunek. Widz z  ciekawością, a  zarazem z  obawą czeka na kolejne kroki Cesara. Myślę, że historia dozorcy z piekła rodem, którego dusza karmi się cudzym nieszczęściem, może sprawić, iż nie jeden widz nim położy się spać, zerknie pod łóżko, aby sprawdzić, czy przypadkiem nikogo tam nie ma.  Agnieszka Różańska

TOUCHÉ | lipiec 2012


film | nowość | 31

Największy strach mówi szeptem

„Szepty”/„The Awakening” Data premiery: 15 czerwca 2012 (Polska), 11 listopada 2011 (Świat) Reżyseria: Nick Murphy Scenariusz: Nick Murphy, Stephen Volk Zdjęcia: Eduard Grau Obsada: Rebecca Hall (Florence Cathcart), Dominic West (Robert Mallory), Isaac Hempstead-Wright (Tom), Imelda Staunton (Maud Hill) Dystrybucja: ITI Cinema Sp. z.o.o. Czas trwania filmu: 1 godzina 47 minut

Boimy się. Co więcej – lubimy się bać. Dowodem są stale powstające i cieszące się popularnością wśród publiczności produkcje z  gatunku kina grozy. Współcześnie przybrały one różne formy, począwszy od horroru found footage (zapiski bohatera znikającego w  niewyjaśnionych okolicznościach, najpewniej poprzez starcie z  siłami nadprzyrodzonymi, odnalezione przez przeciętnego człowieka pragnącego ujawnić całą prawdę nagraną na kamerze), kończąc na torture porn (pornografii przemocy, epatującej scenami tortur, krwi i okrucieństwa). Szepty w reżyserii Nicka Murphy’ego są ciekawym przykładem filmu starającego się przekonywać widza o nieistniejącym świecie pozagrobowym za pomocą logicznych wyjaśnień, nadszarpując tym samym konwencję horroru. Czy nawet takie rozwiązanie jednak nie wywołuje w nas strachu? Londyn. Lata 20. XX wieku. Florence Cathcart (Rebecca Hall) jest absolwentką Harvardu, pisarką, a ponadto znaną demaskatorką spirytystów, którzy wykorzystują pogrążonych w żałobie ludzi wierzących w możliwość ponownego spotkania ze zmarłymi. Po kolejnej udanej akcji wykrycia oszustów do drzwi jej domu

TOUCHÉ | lipiec 2012

puka Robert Mallory (Dominic West), jeden z nauczycieli elitarnego internatu dla chłopców w  Rookford, prosząc o  pomoc. Kilka dni wcześniej w  niewyjaśnionych okolicznościach zginął jeden z ich wychowanków, a pozostali uczniowie obwiniają o jego śmierć ducha. Florence podejmuje wyzwanie, z czasem rozumiejąc, że nawet najbardziej racjonalne i  naukowe próby zaprzeczenia istnieniu zjaw okażą się niewystarczające. Decydując się na recenzję filmu angielskiego reżysera w  moim umyśle cały czas intensyfikowały się obrazy Innych w  reżyserii Alejandro Amenabara. Nie sposób zapomnieć ciemnych pomieszczeń rozświetlanych jedynie blaskiem świecy, doskonale prowadzonej akcji trzymającej w  napięciu, a co najważniejsze – zaskakującego rozwiązania w ostatnich minutach. Genialna gra Nicole Kidman, wzruszająca i przerażająca historia osadzona w czasach wojny pozwoliła zawładnąć widzem. W  podobnej konwencji utrzymany jest także Sierociniec Juana Antonio Bayona, miejsce, które miało pełnić rolę idealnego domu, a  okazało się pułapką. Wizualizacja strachu z  udziałem dzieci, wyimaginowani przyjaciele, zamknięta przestrzeń starej posiadłości, lokalizacja z dala od zgiełku miasta to wspólne mianowniki wszystkich trzech europejskich produkcji. Szepty nie są zatem przejawem indywidualizmu reżysera. Należy przyznać, że narracja prowadzona jest w  intrygujący sposób, bowiem skupia się na racjonalnym wyjaśnianiu nie-istnienia ducha, swego rodzaju wyjściu naprzeciw zjawisku paranormalnemu, które doprowadza do zachwiania konwencji horroru. Ciekawą postacią jest główna bohaterka – młoda i wykształcona, co w owych czasach było ewenementem. Nick Murphy kreuje ją na kobiecy odpowiednik Sherlocka Holmesa, nieustępliwą i  dążącą do logicznego rozwiązania zagadki. Szczególną uwagę należy zwrócić na specyficzne zdjęcia, montaż oraz muzykę. Kamera niczego nie zdradza tylko cierpliwie podąża za bohaterami, obrazy są wysublimowane, a znaczną część wypełnia cisza. Wydawałoby się, że nikt z bohaterów nie reaguje, oprócz samego widza. Filmowe zabiegi są przyczynkiem do introspekcji najciemniejszych zakątków podświadomości, powrotu do źródeł. Gra tajemnicą, cieniem, szeptami, przeszłością, bez nadmiernego epatowania nadmiernymi środkami wyrazu i przemocą to przykład dojrzałego podejścia do tematyki strachu. Niestety, nie zabrakło również błędów. Realizatorom zdarza się niekonsekwencja w  prowadzeniu akcji, a niepotrzebne przedłużanie zakończenia jest oznaką usilnej chęci przyciągnięcia uwagi widza jeszcze przez kilkanaście minut.  Magdalena Kudłacz


32 | film | analiza starego dzieła

I że Cię nie opuszczę...

Każdy człowiek, romantyk czy posiadający logiczny umysł i kierujący się praktycznym myśleniem doskonale pamięta wizję nieograniczonego szczęścia, przedstawianą przez większość bajek widzianych w okresie dzieciństwa. „I żyli długo i szczęśliwie...” – przepiękna księżniczka całuje swego wymarzonego, nieustraszonego księcia i razem odjeżdżają w siną dal. To słynne „żyli długo i szczęśliwie” nigdy nie zostało nikomu udowodnione poprzez dalszy ciąg animowanej historii zdobywania miłości. Rysunkowe opowieści z okresu przedszkolnego spowodowały zakorzenienie w ludzkim umyśle nadziei, że któregoś pięknego dnia każdy z nas spotka swą upragnioną miłość, zakończoną hucznym weseliskiem, po którym odjedziemy piękną karocą przy blasku zachodzącego słońca. Zakochani powoli znikają za horyzontem, nie bacząc na żadne trudy, które mogą zakłócić tę sielankę i nie zdając sobie sprawy, że ta wspólna poślubna wyprawa nie będzie wzorcowym sequelem etapu zakochiwania się w sobie. Wiedza na ten temat przychodzi wraz z doświadczeniem, czyli wieloletnim stażem małżeńskim, którym nie mogą pochwalić się książę i księżniczka z pięknej bajki o miłości, nieznającej słowa „znużenie”. Uczucie to jest za to bardzo bliskie innej parze, łypiącej na widza ze szklanego ekranu – bohaterom filmu Mike Nicholsa z 1966 roku o przewrotnie brzmiącym tytule Kto się boi Virginii Woolf?. Dzieło znanego reżysera zaczyna się dość niewinnie. Niemłode już małżeństwo – Martha i George, wraca do swego domu z przyjęcia, odbywającego się u ojca kobiety i oczekuje na odwiedziny nowych znajomych, którzy niedawno wprowadzili się do miasteczka. Bohaterowie w pierwszej scenie ukazują się jako całkiem sympatyczna mieszanka charakterów, sprzeczająca się o drobiazgi i wybuchająca śmiechem po wzajemnej wymianie niewybrednych przezwisk. Z każdą kolejną minutą filmu napięcie między nimi niepokojąco narasta, przeradzając się powoli w coraz głośniejsze krzyki i wyzwiska. Dzwonek do drzwi, oznajmia-

jący przybycie gości, staje się zwiastunem wydarzeń, które nieuchronnie nadejdą, a które rzucą paskudne cienie na pozornie sympatyczne, czubiące się w zabawny sposób małżeństwo. Od momentu wejścia nowych sąsiadów – Nicka i Honey, żartobliwy ton wzajemnych docinek zaczyna przybierać charakter zjadliwych komentarzy, brutalnych ataków i sporów dosłownie o wszystko. Martha wydaje się być dominującą w tym układzie. Wyrzuca swemu mężowi jego życiową niezaradność, konserwatyzm, dogłębne zakorzenienie w Zakładzie Historii Uniwersytetu, gdzie George pracuje i nieumiejętność osiągania wyznaczonych celów. On wydaje się tym słabszym, opanowanym, przyjmującym ciosy raz po razie z całkowitym spokojem i akceptacją. Jednak z każdym kolejnym przykrym słowem i następującej jedna po drugiej szklance mocnego trunku, George zaczyna przejmować kontrolę nad grą, którą nierozsądnie rozpoczęła jego żona. Dochodzi między nimi do słownej wojny, w którą wciągnięci zostają zaproszeni goście, zdające się być czułym, kochającym się młodym małżeństwem. Ta noc dla całej czwórki stanie się wielogodzinną gehenną ciągłych pretensji, gniewu, przemocy i zdrady, podpartą litrami alkoholu i dymem wypalanych papierosów. Zakończenie tego dramatu nadejdzie o świcie, gdy obie pary dowiedzą się swych wzajemnych tajemnic i skrywanych dotąd wstydliwych sekretów. Dla starszego stażem małżeństwa będzie to świt oczyszczający. Po latach oszukiwania się i stwarzania pozorów szczęścia, poruszania się z gracją między rzeczywistością, a światem iluzji, Martha i George będą musieli zmierzyć się z koniecznością uznania tego, co prawdziwe. Kreowana przez nich przepiękna wizja rodzinnego życia zostanie zdekonstruowana przez George’a, zmęczonego i znużonego odgrywaniem roli ofiary. Jego żona okaże się być tą słabszą, nieumiejącą pogodzić się z realnością, uciekającą w świat fantazji i dziwacznych urojeń. Po tej wyczerpującej nocy, obfitującej w szczere wyznania, praw-

TOUCHÉ | lipiec 2012


film | analiza starego dzieła | 33

dopodobnie nie dojdzie między nimi do rozłamu, ale raczej do umocnienia więzi i akceptacji losu. Niestety dla młodszych bohaterów tej tragedii, ta noc stanie się przeklętą. Wyjdą o świcie w poczuciu przegrania, które być może pociągnie za sobą dalsze konsekwencje. Tytuł filmu nawiązuje do piosenki z bajki Disneya Trzy małe świnki: - Who’s afraid of the Big Bad Woolf?. W filmie ciężko wytypować kto jest owym złym wilkiem, oszukanym przez sprytne, choć z pozoru niewinne, małe świnki. Tu role nieustannie się zmieniają. Ten, kto dominuje, po chwili pada pod ciężarem doznanego upokorzenia, pod stopami tryumfujących, których jednak niespodziewanie, lada moment, może spotkać ten sam los. Każdy z bohaterów historii jest doskonale wykreowany. W role kobiece wcieliły się Elizabeth Taylor i Sandy Dennis. Zaprezentowały dwie skrajnie różne typy osobowości. Martha w wykonaniu Taylor jest twardą heterą, która lubi kłótnie, głośny śmiech i przekraczanie granic, które mogą ją kosztować utratę męża. Z drugiej strony pokazuje swą słabość, nie jest w stanie pogodzić się z brakiem dziecka, którego bardzo pragnie. Infantylna Honey, kreowana przez Dennis, wydaje się być bezbronną, niczego nieświadomą dziewczynką, zamkniętą przypadkiem w ciele dorosłej kobiety, sterowanej przez męża – playboya. Ona również potrafi kontrolować swoją grę małżeńską i podejmować własne decyzje. Nie chce dziecka, więc usuwa ciążę (najprawdopodobniej nie jedną), udając przed mężem chorobę. W tej postaci jest coś niepokojącego. Role męskie także zostały mocno obsadzone. George w wydaniu Richarda Burtona to typowy spokojny mieszczuch, który w zaskakujący sposób potrafi przeobrazić się w dominującego i kontrolującego sytuację gracza. Natomiast George Segal, odtwarzający rolę Nicka, ukazuje człowieka, który posiadając wiele, pragnie jeszcze więcej, nie bacząc na tych, których może zranić. Kto się boi Virginii Woolf? to doskonałe studium ludzkiej psychologii i przykład niekonwencjonalnej terapii małżeńskiej, ale też krytyka społeczności amerykańskiej lat sześćdziesiątych. Nichols w umiejętny sposób pokazuje fałsz, w jakim żyją inteligentni, wykształceni ludzie, którzy pod przykrywką szczęśliwego życia, piorą brudy za grubymi ścianami elegancko pomalowanych ścian domków na przedmieściach. Na uwagę, prócz doskonałej gry aktorskiej i świetnej reżyserii, zasługują zdjęcia autorstwa Haskella Wexlera. Oryginalne i odważne kadry wzmacniają nastrój przerażenia i zagubienia bohaterów, ukazują ich stany emocjonalne w niesztampowy sposób i podtrzymują atmosferę zagadkowości i kreacji. Film Mike’a Nicholsa pozostawia widzowi wiele niepokojących myśli i odczuć. Nie daje bezpośredniej wizji radosnego życia małżeńskiego, ale również nie pozbawia nadziei co do możliwości ratunku upadającego związku. W tym dziele nie ma przypadku, ani też nadmiernej kreacji. Reżyser z pełną świadomością pokazuje to, co widzi wokół siebie. Za białymi płotkami i równo przyciętym trawnikiem, za lśniącymi oknami mieszkają ludzie, którzy toczą ze sobą grę.  Aneta Władarz

TOUCHÉ | lipiec 2012


34 | film | w domowym zaciszu

Piętno samotności

„Samotny mężczyzna”/„A Single Man” Data premiery: 14 maja 2010 (Polska), 11 września 2009 (Świat) Reżyseria: Tom Ford Scenariusz: Tom Ford, David Scearce Zdjęcia: Eduard Grau Obsada: Colin Firth (Profesor George Falconer), Matthew Goode (Jim), Julianne Moore (Charley), Nicholas Hoult (Kenny Potter) Dystrybucja: Gutek Film Czas trwania filmu: 1 godzina, 39 minut

Fenomenalny debiut reżyserski amerykańskiego projektanta mody Toma Forda jest kolejnym przykładem utwierdzającym mnie w przekonaniu, że sztuka nie wymaga od swoich twórców solidnego wykształcenia akademickiego. Liczy się przede wszystkim osobowość, wizja oraz pasja tworzenia, poprzez które artyści filtrują swoje inspiracje, pomysły i doświadczenia. Samotny mężczyzna ukazuje jeden dzień z  życia profesora George’a  Falconera, który od miesięcy bezskutecznie usiłuje pogodzić się ze śmiercią swojego wieloletniego partnera życiowego – Jima. Samotność i ból po stracie kochanka doprowadzają go na skraj przepaści. George podejmuje decyzję o  popełnieniu samobójstwa, ale przedtem stara się uporządkować wszystkie swoje sprawy. Niespodziewanie dla głównego bohatera na horyzoncie pojawia się migoczące w  tunelu światełko, ale życie okazuje się bardziej przewrotne, niż mógł przypuszczać. Film zachwyca swoim klimatem. Fabuła opowiedziana bez zbędnego pośpiechu, nieprzegadane dialogi, atmosfera wczesnych lat 60-tych oraz liryczna ścieżka dźwiękowa skomponowana

przez Abla Korzeniowskiego to elementy, które w połączeniu z subtelnym sposobem prezentowania zdarzeń sprawiają, że historia Samotnego mężczyzny staje się niezwykle intymnym studium samotności i  cierpienia człowieka. Wydaje się, że to tylko jeden dzień z życia z bohatera, a oglądając ten film ma się wrażenie, jakby czas gdzieś zabłądził. Teraźniejszość jawi się jako odrealniony sen, podczas gdy przeszłość zaczyna stanowić realny fundament egzystencji. Wspomnienia wspólnego życia z  Jimem nawiedzają profesora Falconera raz po razie, ukazując różne elementy łączącego ich uczucia. Moc wspomnień drzemiąca w miejscach i przedmiotach jest tak wielka a  zarazem przytłaczająca, że bohater nie potrafi zapanować nad stopniowo pochłaniającą go tęsknotą i samotnością. Scenariusz filmu został oparty o  wydaną w  1964 roku powieść Christophera Isherwooda o  tym samym tytule. Tom Ford świadomie wybrał materiał na swój filmowy debiut, bowiem zarówno główny bohater powieści, jak i jej autor byli homoseksualistami. Również sam Ford przyznaje się do odmiennej orientacji seksualnej i od lat pozostaje w związku ze swoim partnerem. Jest to zatem temat niezwykle bliski reżyserowi. George, podobnie jak wielu homoseksualistów na świecie, codziennie przywdziewa maskę zwykłego mężczyzny i niewyróżniającego się z tłumu człowieka. Bohater doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaką rolę musi odegrać przed innymi ludźmi. Odbicie, które codziennie widzi w lustrze przed wyjściem do pracy, to nie tyle on sam, co po prostu wyraz twarzy. Problem odmienności, braku akceptacji i strachu przed odrzuceniem ze strony społeczeństwa to kolejny po miłości czy samotności wątek, który w  niezwykle wysublimowany i nienachalny sposób został poruszony w tym filmie. Postać George’a  Falconera jest wyrazem kondycji psycho-fizycznej człowieka doświadczającego piętna samotności po stracie ukochanej osoby. Miłość i  przywiązanie do drugiego człowieka okazują się siłami destrukcyjnymi, które stopniowo uniemożliwiają normalne funkcjonowanie i wciągają bohatera w głąb osobistej rozpaczy potęgowanej chronicznym uczuciem osamotnienia. George nie chce, a może nie potrafi się im przeciwstawić. Samotny mężczyzna urzeka spokojem, zmysłowością, wywarzeniem emocji. Jest opowieścią nad wyraz intymną a  przy tym uniwersalną i poruszającą. Dlatego z czystym sumieniem mogę ją polecić do oglądania w domowym zaciszu każdemu, kto w świecie X muzy poszukuje głębokich i egzystencjalnych przeżyć.   Martyna Kapuściska

TOUCHÉ | lipiec 2012


dział | 35

Info Kulturalne LIPIEC POD ZNAKIEM OPEN’ERA Odliczamy dni do kolejnej edycji Open’er Festival! Już 4 lipca rozpoczyna się najbardziej wyczekiwana impreza kulturalna roku! Fanów The Cardigans czeka prawdziwa muzyczna uczta, ponieważ obecność zespołu na Open’erze została już potwierdzona. Już 6 lipca scenę w Gdyni zawojuje charyzmatyczna brunetka wokalistka The Cardigans. Ponadto ogłoszono uczestnictwo innych artystów zagranicznych jak: Dva oraz Pipes & Pints z Czech, Kerekes Band (Węgry), Instrumenti (Łotwa). Z  niecierpliwością oczekujemy też występu naszych polskich zespołów, które pojawią się na tej samej scenie: Paula & Karol - z pewnością rozkręcą publikę swoimi folkowymi radosnymi piosenkami oraz muzycy Kapeli Ze Wsi Warszawa. Ostatnie miejsce na ALTER SPACE zajmie jazzowo - eksperymentujący sekstet pod wodzą Marcina Maseckiego, czyli Profesjonalizm. Talent Stage zapełni się w ciągu tych 3-ch lipcowych dni takimi artystami polskiego pochodzenia jak: BEZSENSU, Camero Cat, Crab Invasion, Enchanted Hunters, Fair Weather Friends, Keira Is You, Little White Lies, Miąższ, Minerals, Sinusoidal, Sjøn. Nie można zapomnieć oczywiście o perełce dla sympatyków teatru. Miłośnicy Teatru Starego będą mogli podziwiać kunszt reżyserski Krzysztofa Warlikowskiego, którego sztuka Anioły w  Ameryce zostanie ponownie wystawiona właśnie na Open’erze, we wszystkie 3 dni Festivalu. Już nie mogę się doczekać lipca… Żaden szanujący się fan kultury nie może opuścić tego wydarzenia! www.opener.pl

................................................... OFF FESTIVAL KATOWICE 2012 Drugi miesiąc wakacji z kulturą w tle, rozpoczyna VI edycja OFF FESTIVAL w  Katowicach. Z  początkiem sierpnia, w  dniach 2-5, fani muzyki alternatywnej mogą rozkoszować się dźwiękami ulubionych wykonawców rockowych, metalowych, hip-hopowych, indie-rockowych czy synth-popowych. W tym roku warto przyjechać w tych dniach do Katowic, by móc posłuchać na żywo takich artystów jak: Daughn Gibson, The Band Of Endless Noise, Hanimal, Obscure Sphinx czy The Stubs. Obecność tych gwiazd na Off Festivalu jest już potwierdzona. Można delektować się obecnością tych znakomitych artystów przez całe 3 dni lub nabyć bilet jednodniowy. Wystarczy przyjść i dobrze się bawić! www.off-festival.pl 

TOUCHÉ | lipiec 2012

Monika Masłowska


36 | muzyka od kuchni

Podróż po wyobraźni

Sadly not the debut single from a 75-year-old cosmonaut, but it is a song with real pop nous. (Niestety nie jest to wokalny debiut 75-letniego kosmonauty, ale jest to piosenka o prawdziwym popowym duchu.) Tak brytyjski The Guardian zapowiada solowy debiut Igora Volka – byłego basisty elektro punkowego New Young Pony Club. Okazuje się, że ma on więcej wspólnego z podróżowaniem w kosmos niż tylko zbieżność nazwisk ze sławnym kosmonautą. Igor Volk urodził się na Ukrainie, ale swój warsztat muzyczny rozwijał w Londynie. Jeszcze jako członek New Young Pony Club zaczął snuć oryginalne muzyczne pomysły, które nabrały kształtu kiedy to Volk rozstał się z zespołem, a na jego artystycznej drodze pojawił się Nick Phillips z New Sins, który objął funkcję producenta przygotowywanej płyty. 18 czerwca ukazał się singiel Voice. Elektroniczne motywy nawiązujące stylem do popu lat 80’, przyjemna, nieskomplikowana gitarowa melodia,

subtelny wokal Volka oraz pogwizdywanie i chórki w tle, tworzą interesującą kompozycję. Pierwszy singiel aby zaistnieć na rynku muzycznym powinien posiadać w sobie jakiś element wyróżniający na tle konkurencji. Coś, co sprawi, że odbiorcy zostaną zaciekawieni na tyle, by mieć ochotę na więcej. W tym przypadku dopełnieniem, a może i sednem projektu jest teledysk – a co dla nas Polaków istotne – jest on wynikiem współpracy Volka i dwójki młodych, polskich twórców: reżysera – Dawida Krępskiego i autora zdjęć – Michała Pukowca. Jak reżyser wspomina pracę nad klipem? W jaki sposób nawiązaliście współpracę z Igorem Volkiem? To długa historia. Louis Hautemulle z firmy HK Corp (Band of Skulls, Cold Specks) przypadkowo zobaczył nasz teledysk dla Becy (Fall into light) i postanowił włączyć mnie do ich katalogu reżyserów. Louis polecił mnie Igorovi, który jest jego przyjacielem i właśnie poszukiwał kogoś, kto wykona teledysk dla niego.

Od początku miałeś pomysł na teledysk? Początkowo teledysk do Voice poruszał się w zupełnie innych rejonach wizualnych. Planowałem stworzyć historię o szansoniście występującym w domu starców. Pomysł był zbyt mroczny dla Igora. Mówił mi on o swoich inspiracjach – gdzieś w trakcie rozmowy wspomniał o artykule, w którym autor przedstawił teorię, że nasz świat znajduje się na wewnętrznej stronie planety (czyli słońce byłoby środkiem ziemi). Ten pomysł mocno mnie zaintrygował – tekst piosenki mówi o postaci uwięzionej w wyobraźni pisarki. Stąd już krótka droga do finalnego konceptu – podstawą jest podróż przez wyobraźnię, oraz gra skojarzeń: powracające motywy lasu jako dzikości, książki – notesu, tekstu – wszechświata, telewizora jako okna itp. A jeżeli chodzi o stronę wizualną klipu? Jakie miałeś inspiracje? Od początku teledysk miał być retro – chciałem złożyć hołd teledyskom, które oglądałem na kasetach VHS przywożonych przez mojego ojca z Zachodu

TOUCHÉ | lipiec 2012


muzyka od kuchni | | 37

(Peter Gabriel – Sledgehammer, A-HA – Take on me). To wrażenie kiedy oglądasz coś naprawdę świetnego, ale części tego nie widzisz gdyż kaseta VHS jest już lekko nadszarpnięta – to czego nie widać trzeba sobie dopowiadać i tu uruchamia sie prawdziwa wyobraźnia. Mam nadzieję, że ten teledysk pobudzi wyobraźnię oglądających, tak by tam gdzie nie wszystko jest jasne wypełniły go ich własne wyobrażenia. A jeżeli podróż po wyobraźni i retro – to animacja poklatkowa. Co prawda po ostatnim animowanym teledysku (Brodka – Kropki Kreski) powiedziałem sobie: nigdy więcej, ale cóż... trzeba było zacisnąć zęby i działać.

(...) PO 5 GODZINACH PRACY ZORIENTOWALIŚMY SIĘ, ŻE GDZIEŚ POPEŁNILIŚMY BŁĄD W OBLICZENIACH I CAŁE SEKWENCJE TRZEBA ZACZĄĆ OD NOWA, A PRZYPOMINAM, ŻE BYŁO -30 STOPNI NA DWORZE, BYLIŚMY PO 5 GODZINACH WYTĘŻONEJ PRACY I ZDĄŻYŁA SIĘ ZROBIĆ 3 W NOCY.

Mieliście jakieś problemy na planie zdjęciowym? Animacja poklatkowa z natury jest skomplikowana i kapryśna. Trzeba wszystko przewidywać i skrupulatnie wyliczać. Zanim zrobiliśmy pierwszą klatkę powstał szczegółowy storyboard oraz przelicznik poszczególnych scen na ilość klatek. Plan

TOUCHÉ | lipiec 2012

zdjęciowy opóźniał nam się ze względu na pogodę – to był moment kiedy na zewnątrz było -30 stopni Celsjusza i mieliśmy problem ze znalezieniem hali, w której moglibyśmy malować na ścianie. Finalnie, dzięki pomocy znajomych z ekipy DOBRA DOBRA, udało się. Niestety pomieszczenia wtedy były w trakcie remontu, praktycznie nieogrzewane i tak spędzaliśmy w kurtkach, czapkach, szalikach kolejne ciężkie godziny malowania dziesiątek klatek na ścianie. Michał miał dodatkowy „ciężki orzech do zgryzienia” w postaci ruchomego światła w trakcie sekwencji poklatkowej. Ruchy kamery wyliczaliśmy wcześniej i zaznaczaliśmy pajęczyną taśm z opisami na ziemi. Z ciekawostek – po 5 godzinach pracy zorientowaliśmy się, że gdzieś popełniliśmy błąd w obliczeniach i całe sekwencje trzeba zacząć od nowa, a przypominam, że było -30 stopni na dworze, byliśmy po 5 godzinach wytężonej pracy i zdążyła się zrobić 3 w nocy. Czyli łatwo nie było... Właściwie każda sekwencja niosła ze sobą nowe wyzwania. Moment, w którym widzimy ręce „lecące” przez las z notatnikiem, w którym animują się rysunki nastręczył kolejnych problemów. Kamil (autor malunków naściennych) musiał narysować ponad 150 rysunków o formacie A4 w notesie. Rysunki zaczęły przebijać na kolejne strony, więc trzeba było znaleźć taki mazak lub flamaster, który przy zachowaniu kontrastów nie będzie przebijał na kolejne strony – oczywiście jest to niemal niemożliwe więc powstał mix różnych technik szybkiego rysowania. Następnie przyszedł etap animowania w lesie – z różnych przyczyn technicznych zakończyło się to brodzeniem na kolanach w śniegu, w bardzo niewygodnej pozycji, tak żeby dobrze prezentować zeszyt przy -30 stopniach przez kilka godzin. W porządku. Mieliście już zdjęcia. Co dalej? Postprodukcja to oddzielna para kaloszy.

Montaż tego typu wideo to skomplikowana rzecz, tym bardziej że generalnie całość była pomyślana jako ciągły lot – właściwie bez cięć montażowych. Obrabianie kilku tysięcy klatek w rozdzielczości 18 megapixeli to „zabawa” sama w sobie. Zaczęliśmy z Michałem eksperymentować z techniką VHS. Jak wspominałem teledysk od początku miał być oldschoolowy. Nie lubię kiedy rzeczy są nieudolnie stylizowane. Tak więc jedynym sposobem na uzyskanie prawdziwości był prawdziwy transfer na VHS. Ustawialiśmy różne konfiguracje sprzętu, mixy pomiędzy współczesnymi aparatami HD, a recorderami VHS, różne konfiguracje i wariacje. W końcu znaleźliśmy to czego szukaliśmy. Efekt był hardcorowy, byliśmy pełni obaw jak Igor odbierze tego typu konwencję. I jak odebrał? Był zachwycony! Myślę, że w ogóle nie spodziewał się czegoś takiego. Przy takim budżecie to było dla niego jak wygrana na loterii. Tym bardziej, że przez dwa miesiące pracy właściwie nie widział nic. A wy? Osiągnęliście swoje zamierzenia? Teledysk w osiemdziesięciu procentach jest wierny storyboardowi – tak, osiągnęliśmy to, co chcieliśmy. Pojawiło się kilka nowych rzeczy, a parę musieliśmy wyrzucić. Wiedzieliśmy, że nie chcemy żadnych „zapychaczy” – wszystko musi być pasujące i na odpowiednim poziomie. W trakcie realizacji wpadliśmy z Michałem na wiele różnych pomysłów, które myślę, że pojawią się w jakimś przyszłym projekcie animowanym, choć oczywiście po zakończeniu zdjęć dla Igora tym razem obydwoje powiedzieliśmy: nigdy więcej! Przykład muzyki Igora i dzieła chłopaków pokazuje, że wcale nie trzeba być kosmonautą, by udać się w kosmiczną podróż.  Kasia Trząska


38 | muzyka | nowość

Country Splin

Maciej Maleńczuk z zespołem Psychodancing Psychocountry Wytwórnia: Warner Music Poland Premiera płyty: 28.05.2012

Nie przepadam za muzyką country, nie potrafię się do tego gatunku przekonać. Nie interesuje mnie (a wręcz irytuje) kultura Dzikiego Zachodu; westernów również nie oglądam. Cała ta gorączka złota, walki kowbojów i saloony z pięknymi damami są dla mnie zmorą, całkowitą abstrakcją nijak się odnoszącą do preferowanej przeze mnie estetyki i wrażliwości. Bodaj jedyną wokalistką country, jaką znam, jest Dolly Parton – i to nie za sprawą jej muzyki (bo unikalnym utworem tej pieśniarki, który – owszem – uwielbiam jest Jolene), ale ról w kiepskich, prymitywnych, amerykańskich produkcjach. Do tego specyficznego gatunku postanowił mnie teraz przekonać Maciej Maleńczuk wraz z zespołem Psychodancing. Niestety mu się to nie udało, ale bardzo cenię jego odrębne, indywidualne podejście do muzyki i wieczne eksperymentowanie balansujące na granicy kiczu i pastiszu. Maciej Maleńczuk to wyjątkowa persona na polskim rynku muzycznym. Ostatnio znany przede wszystkim za sprawą płyty Wysocki Maleńczuka i wielkiego hitu wykonanego w ramach

projektu Yugopolis – Ostatnia nocka. Był frontmanem zespołu Pudelsi, z którym nagrał kilka bardzo dobrych płyt. Do tej pory Noś dobre ciuchy, Samba-Mamba czy też Uważaj na niego są przebojami i królują na współczesnych prywatkach. Piosenki Maleńczuka są bardzo uniwersalne, każdy z nas jest w stanie się z nimi utożsamić, odnaleźć w słowach (notabene często pisanych przez samego artystę) cząstkę „własnego ja”. Wręcz uwielbiam w rytm twórczości Maleńczuka pić „mocniejsze trunki”. Tak, przyznaję się do tego, że czasami sięgam po szklankę wypełnioną płynem zupełnie innym niż kawa. Jestem sam i Synu (utwór nagrany wraz z pochodzącym z Katowic zespołem Hasiok) to bardzo emocjonalne studium zagubień człowieka w życiowych meandrach. No to zdrowie! Płyta Psychocountry jest muzycznie bardzo zróżnicowana. Wszystkie teksty utworów wybranych przez wokalistę, jak na przykład Stand by your Man, Cat’s in the cradle i Casey Jones, zostały przez niego przetłumaczone i zupełnie inaczej zaaranżowane. Reszta kompozycji została stworzona przez Maleńczuka i Psychodancing, a Ballada o Dzikim Zachodzie autorstwa Wojciecha Młynarskiego była niegdyś z powodzeniem prezentowana przez Kabaret Dudek. Do udziału w projekcie Psychocountry, artysta zaprosił Johna Portera, Nergala i Gienka Loskę, z którymi wykonał utwór Highwayman – zdecydowanie najlepszy na całej płycie. Subtelny głos z niebywałym, angielskim akcentem Portera wchodzi w idealną symbiozą z mocnym, zachrypniętym Loski. Zaskoczeniem dla słuchacza jest przyjemny wokal Nergala, trudny na początku do rozpoznania. Płyta jest stylistycznie spójna. Na pewno jej dużym atutem jest specyficzny klimat wypracowany przez zespół, silnie zakorzeniony w tradycji Dzikiego Zachodu. Psychocountry jest jednak albumem przewidywalnym, niepotrafiącym zachęcić i przekonać przeciwnika muzyki country do odkrycia drzemiącego w niej uroku. Kicz, który niegdyś był atutem Maleńczuka, na tej płycie staje w szranki z tandetą. Wszystkie (a jest ich aż szesnaście!) piosenki są, według mnie, przeznaczone tylko dla wielbicieli tego gatunku, tym samym target płyty jest z góry ograniczony. Przykro mi, muszę wyciągnąć z mojego odtwarzacza płytę Psychocountry i zastąpić ją starszymi, bardziej ambitnymi propozycjami Maleńczuka. W Balladzie o Dzikim Zachodzie, Maleńczuk śpiewa: Potwierdzają to setne przykłady, że westerny wciąż jeszcze są w modzie (…). Dla mnie to, niestety, gatunek démodé. 

Bartosz Friese

TOUCHÉ | lipiec 2012


muzyka | nowość | 39

Otul zmysły

IMANY The shape of a broken heart Wytwórnia: Universal Music Polska Premiera płyty: 19.06.2011

Kiedy ktoś mówi mi, że tzw. models turned actresses są słabe, podaję mu przykład Charlize Theron, Umy Thurman czy Jennifer Connelly. W przypadku models turned singers wybór jest trochę mniejszy, ale ratuje się Carlą Bruni, Grace Jones, która właściwie znana jest tylko dzięki swojej muzyce, a nie dokonaniom w świecie mody, lub Millą Jovovich. Teraz do tej drugiej grupy mogę dodać Imany, czarnoskórą piękność z korzeniami na francuskich Komorach. Przyznaję, że sam podchodziłem do jej debiutanckiej płyty The Shape of a  Broken Heart bez większych nadziei na wiekopomne dzieło, jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że jest to początek ciekawej kariery muzycznej. Nie jest to jednak album wybitny, ani niestety nawet bardzo dobry. The Shape… to zbiór klimatycznych utworków, w większości ballad o  nieskomplikowanej budowie, niewyszukanej melodyce, niewyrafinowanej warstwie tekstowej. Puszczona cichutko w  tle, uszlachetniała drobne czynności dnia codzinnego, które wykonywałem przy pierwszym odsłuchu, ale na koncercie bym się

TOUCHÉ | lipiec 2012

nudził. A raczej nudziłbym się, gdyby nie zjawiskowy, niespotykany, pełen kolorów głos Imany. Nie ma najlepszej techniki, ale nadrabia ładunkiem emocjonalnym, który w jej śpiewie jest niezwykle silny. Wszelkie niedoskonałości całokształtu płyty odpuszczam więc, całkowicie udobruchany tym przepięknym głosem, którym Imany czaruje już od pierwszego (cudownie niskiego zresztą) dźwięku. Płyty dobrze się słucha także dzięki odpowiednio dobranym instrumentom, a  najpiękniejsze momenty to te, gdy łączą się barwy głosu wokalistki i sekcji smyczkowej, otulając nas jak ciemnozłote światło zachodzącego słońca lub czekoladowa kąpiel. Najmocniejsze punkty albumu to otwierająca go, spokojna ballada Slow down, w której Imany prezentuje głębię swojego głosu. Tu właśnie smyczki dają popis, a na końcu płynnie przechodzą do pięknej części wstępnej promującego krążek singla You will never know, rytmicznego, emocjonalnego i  wpadającego w  ucho. Przyjemnym utworem jest też ostatni na liście – Take care­ – który, mimo dość okrojonego składu instrumentalnego, ma pełne brzmienie dzięki wykorzystaniu chóru dziecięcego, a tekst, przypominający mantrę, wyśpiewuje nam Imany po angielsku i komoryjsku, dając ukłon w stronę miejsca swojego pochodzenia. Tu wtrącę dygresję – angielszczyzna Imany nie jest wzorowa, udało mi się wysłyszeć kilka francuskich, niemych h, to jednak tylko dodaje jej uroku. Drugi singiel płyty – Please and Change – zupełnie mnie nie przekonał, nie jestem w  stanie go sklasyfikować, bo balansuje chaotycznie na granicy między soulem, folkiem i popem, brzmiąc w  efekcie jak szkic utworu, wersja próbna, a  nie gotowy singiel promocyjny. Broni się tytułowy utwór The shape of a broken heart, swoista oda do Afryki, której etniczna forma pozwala nam odkryć najgłębsze zakątki duszy Imany. Kolejne utwory, jak Seat with me czy Pray for Help mnie nie zachwyciły – mają dość wtórną melodykę i nie wyróżniają się niczym specjalnym, choć nie można im odmówić nastrojowości i dobrze złożonego instrumentarium. Ożywczym elementem jest wspomniane już, zakończeniowe Take Care. Płyta byłaby bardzo dobra, gdyby dopilnowano większej spójności stylu. Imany kreowana jest na artystkę bluesowo-folkową z domieszką soulu, tymczasem jej pierwszy album zalała fala banalnego często popu. Mimo wszystko uważam, że The Shape of a  Broken Heart to udany debiut i  chociaż liczyłem na więcej etnicznej prostoty, a mniej popularnej papki, to i tak zachęcam do zapoznania się z ciepłym, balsamicznym głosem Imany i śledzenia jej w przyszłości, w – mam nadzieję – lepszym repertuarze.   Maciek Pawlak


40 | muzyka | na lipiec

Powiew przyjemnego chłodu

TRES.B 40 Winks of Courage Wytwórnia: EMI Music Poland Premiera płyty: 15.05.2012

To nie jest płyta, która na rynku muzycznym znajduje się już bardzo długo, bowiem album grupy Tres.B pt. 40 Winks of Courage miał premierę w maju tego roku. Nie mogłem jednak przejść wobec niej obojętnie i nie zaprezentować Wam mojego odkrycia (zapewne niektórym z Was już dobrze znanego) sprawiającego, że czas od maja aż po dziś dzień, kiedy to piszę tę recenzję, wydaje się o wiele bardziej przyjemny i wielobarwny. Tres.B zadebiutowali w  2010 roku. Członkami zespołu są: Misia Furtak – wokalistka pochodząca z  Polski oraz dwaj muzycy spoza granic naszego kraju. Ich zagraniczność ma ogromny wpływ na muzykę tria, dzięki temu staje się ona bardziej kosmopolityczna, przybiera barwy europejskości z najwyższej półki. Piosenki aranżowane przez zespół posiadają analogiczne brzmienie (bardzo odległy, wręcz skandynawski lęk) do utworów Bjork, Sigur Ros, czy też zespołu Kukl. Tres.B inspiruje się tuzami europejskiej muzyki alternatywnej, ale co ważne, ich inspiracja daleka jest od plagiatu. Nietuzinkowy gust muzyczny Tres.B ma odzwierciedlenie w  wyjątkowej twórczości, jaką prezentuje na swoich

płytach. Debiutancki album pt. The Other Hand (2010 rok) to eteryczne klimaty, pełne słońca i blasku, wzbogacone lekko zachrypniętym głosem Misi i  mocnymi, gitarowymi bitami. To bardzo przyjemny, bezpretensjonalny krążek, który oscyluje wokół wielu muzycznych kategorii, nie dając się zaszufladkować do jednego gatunku. Natomiast 40 Winks of Courage to całkowite przeciwieństwo pierwszej płyty Tres.B. Już okłada wskazuje wstępną, powierzchowną drogę interpretacji. Skała, na której stoi człowiek umieszczona jest na tle przerażającego, niebezpiecznego pejzażu. Otchłań stopniowo wchłaniająca ukazaną personę zapewne symbolizuje próbę asymilacji słuchacza z  niecodziennymi dźwiękami płynącymi z unikatowych utworów Tres.B. Druga płyta zespołu jest bardziej wyrazista, zbudowana na konkretnych fundamentach, pozbawiona muzycznych poszukiwań; w pełni ukształtowana. Brzmienie zespołu nie przypadnie każdemu do gustu, bo płyta 40 Winks of Courage nie zaspokoi przeciętnego, masowego słuchacza. Po kilkakrotnym zaznajomieniu się z  muzyką prezentowaną przez Tres.B nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest ona ekskluzywna, przeznaczona bardziej do wewnętrznej celebracji, aniżeli słuchania na co dzień, tym samym zostanie bardziej doceniona przez muzycznego konesera – osoby poszukującej w dźwiękach wyżyn emocjonalności, wzruszenia, personalnego poruszenia. Dwanaście akustycznie zróżnicowanych utworów znajdujących się na płycie tworzy jedną, wyrazistą, mroczną i niepokojącą całość. Trudno mi wybrać numer, z  którym w  pełni się utożsamiam. Woolgathering doprowadza mnie do uczuciowej eksplozji, Something to Forget grozę i niepokój przeistacza we wręcz von Trier’owską melancholię, The Goose Hangs High działa na moje ciało, jak solidna dawka kofeiny, a Like is – utwór o bardzo surowym, ascetycznym teledysku – wprowadza w  swojego rodzaju trans. Najbardziej cudownym aspektem związanym z  nowym wydawnictwem zespołu Tres.B jest, Drodzy Czytelnicy, feeria emocji, które towarzyszą podczas wsłuchiwania się we wszystkie piosenki mające wspólną myśl przewodnią - idée fixe – co nadaje charakterystycznej spójności. Z ciekawością będę przyglądał się dalszemu rozwojowi Tres.B. Gorąco Was zachęcam do zapoznania się z płytą 40 Winks of Courage – idealną na wakacyjne delektowanie się tumiwisizmem, jednocześnie wymagającą niebywałego zaangażowania, przede wszystkim emocjonalnego.  Bartosz Friese

TOUCHÉ | lipiec 2012


muzyka | kulturalnie z bristolu | 41

Music is the key and Love Saves The Day! O tym, że Bristol jest jednym z najbardziej rozrywkowych miast w  Wielkiej Brytanii wie już chyba każdy! Koncert za koncertem w szybkim tempie; imprezowy kalendarz zapełnia się w mgnieniu oka, a  wolnych terminów brak do samego września, pure madness indeed! W natłoku tak cudownych imprez i artystów ciężko zdecydować, o  której imprezie można wspomnieć kilka słów. W tym miesiącu wybór był jednak jednoznaczny i nieodwołalny. Padł on na jedną z największych imprez miesiąca, która przyćmiła taką uroczystość jak koncert z okazji przywitania znicza olimpijskiego w Bristolu! Love Saves The Day, bo o tej imprezie mowa, przyciągnęła osiem tysięcy concert goers, którym nie straszny był ulewny deszcz i  tony błota, bo przecież każdy zapalony imprezowicz wie, że w plener bez wellington boots ani rusz! Scena usytuowana w centrum miasta zamieniła Bristol w  wielkie serce tętniące muzyką, a  każda z  uliczek wypełniona była radosnymi tłumami po same brzegi. Cała impreza została zorganizowana przez Red Bull Music Academy, która co roku skupia wschodzące gwiazdy muzyczne i najlepszych producentów, aby stworzyć jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną atmosferę zabawy i jedności. Bristolska impreza miała jednak podwójny wydźwięk, gdyż celebrowała sześćdziesiątą rocznicę koronacji królowej. W  powietrzu można było wyczuć dumę, która rozpierała Brytyjczyków, dodawała odrobiny patosu i stanowiła cudowne dopełnienie jubilee weekend. Koncert już od pierwszych chwil cieszył się ogromną popularnością, a  ceny biletów dla spóźnialskich zamykały się w niebanalnej kwocie dwustu funtów, dlatego po raz kolejny sprawdziło się przysłowie the earlier the better! Zapalonych miłośników nie przegoniła nawet brytyjska pogoda, która po raz kolejny (jak zawsze w  najmniej odpowiednim momencie) zafundowała wszystkim zimny prysznic. Niewiarygodny jest fakt jak niewiele potrzeba ludziom do szczęścia i  jak ogromny wpływ na każdego z  uczestników miała świadomość wspólnie przeżytych i  przetańczonych chwil. Różnorodność gatunków muzycznych i  wielobarwność artystów zapewne przywróciła niejednego fana o  zawrót głowy. Na szczęście strona techniczna koncertu została zorganizowana na miarę najwyższych standardów. Każdy z  uczestników mógł coś dla siebie znaleźć na jednej z trzech przygotowanych scen muzycznych. Podczas trwania festiwalu można było podziwiać takie gwiazdy jak Roots Manuwa, Bonobo, Jamie Jones, Joy Orbison i wielu innych. Moją uwagę przykuła jednak młodziutka producentka i  DJka Maya Jane Coles. Podczas rozmowy z  PR-owcem Tricky’ego, w trakcie tworzenia mojego ostatniego artykułu, wspomniał on o jednej ze swoich podopiecznych, którą jest Maya. Takiej rekomendacji nie można było zlekceważyć dlatego postanowiłam przyjrzeć się bliżej tej jakże młodej i utalentowanej artystce. Już sam stage image Coles wyraża jej indywidualność, a orientalna uroda dodaje jej tajemniczości. Swoją egzotyczną urodę artystka zawdzięcza brytyjsko-japońskiemu pochodzeniu. Jaka sama pr-

TOUCHÉ | lipiec 2012

zyznaje, muzyką zaczęła się interesować w wieku piętnastu lat: wtedy to postanowiła, o tym że chce się dowiedzieć jak najwięcej o  jej tworzeniu i  zgłębić wszystkie tajniki, aby każdy stworzony przez nią utwór stał się unikatową wizytówką kojarzoną tylko i wyłącznie z jej nazwiskiem. Większość utworów jest sygnowana prawdziwym imieniem i  nazwiskiem artystki jednak dla fanów muzyki dubstep Maya znana jest jako Nocturnal Sunshine. Producentka intryguje słuchacza każdą nadchodzącą sekundą jej kompozycji, a  wszystkie dźwięki zaskakują swoją wielobarwnością i  do tej pory niespotykanymi połączeniami i  rozwinięciami. We wszystkich utworach rozpoznać można jej unikatowy styl, który od początku do końca jest jej własną aranżacją gdyż Coles writes, produces, engineeres, arranges, mix and performes every element of the track. Jaka jest recepta na sukces? Maya przyznaje, że sama tak bardzo skupia się na swoich pomysłach i wytrwale dąży do celu, że nawet nie zauważa kiedy stają się one realnym fragmentem jej życia. Zapytana o to jak opisałaby swoją muzykę przyznaje, że nie chce wtłaczać swoich utworów w gotowe i ogólno przyjęte wzorce. Zdecydowanie bardziej stara się tworzyć muzykę ogólnodostępną dla szerokiej publiczności, tak aby każdy mógł znaleźć swój niepowtarzalny bit. Ten rok jest niewątpliwie jednym z najbardziej intensywnych w karierze artystki, czekają ją bowiem występy w ponad dwudziestu pięciu krajach w światowej sławy klubach. Podczas jej bristolskiego koncertu każdy mógł poczuć się jak na house party w gorącej Hiszpanii, a kałuże i tony błota stanowiły najmniejszy problem. Po zakończonych widowiskach w  parku, poszukiwacze dalszych wrażeń mogli wziąć udział w after party, które odbywało się pod hasłem Love Saves the Night. Na miejsce nocnych, muzycznych uciech zostały wybrane jedne z  największych i  najpopularniejszych klubów takich jak: Motion, Lakota czy Blue Mountain. Cause if love does not save the day, who will? Może pinta rześkiego piwa…  CosmoSoul


42 | literatura | szerokie horyzonty

Przekląć literaturę, by ją wskrzesić (trylogia C. R. Zafóna)

Wraz z każdym kolejnym rozdzialikiem prozy Zafóna odczuwa się potrzebę rozpruwania nici tajemnicy i strzępienia szwów intrygi, by w końcu spowolnić pracę serca i z radością przyznać, że to naprawdę urocza, wciągająca proza, której nie potrzeba wielkonakładowej reklamy, ale odpowiedniego „pochówku”.

Zdarza się, że w wyniku medialnego szumu wokół znanej, poczytnej postaci ze świata literackich bestsellerów, odczuwa się awersję do jej twórczości (jeszcze zanim zdąży się jej zasmakować). Zapewne nie inaczej jest w przypadku hiszpańskiego pisarza, Carlosa Ruiza Zafóna, który jedną książką zaabsorbował myśli czytelników na całym świecie. Choć krytycy lokują spuściznę autora za linią demarkacyjną pierwszorzędnej literatury, nie da się ukryć, że Cień wiatru (bo o  nim mowa) przewyższa górnolotne teksty zdolnością do trzymania w napięciu oraz tym, że bawi i emocjonuje odbiorców w każdym wieku. W prosty sposób, za pomocą kilku (chciałoby się rzec „marketingowych”) chwytów, oczarowu-

je i sprawia, że czytający z  zapartym tchem sięgają po kolejne tomy trylogii poświęconej wyjątkowo wdzięcznemu, choć uruchamiającemu dźwignię makabrycznych wydarzeń cmentarzysku. Ty, który wchodzisz, zapomnij o spokoju Cień wiatru, Gra anioła i  Więzień nieba to autonomiczne powieści. Zawierają jednak mnóstwo wspólnych komponentów (te same miejsca, postaci i literackie motywy), tworząc trylogię. Akcja każdej z nich rozgrywa się w mrocznej, pozbawionej turystycznego blasku Barcelonie minionego stulecia (raz przed, a raz po wojnie, choć w retrospekcjach wraca się i do okresów terroru). Odtajnianie owianej milczeniem przeszłości stanowi główną oś akcji i jest asumptem do ryzykownych działań bohaterów. Zafón kieruje wyobraźnię czytelników w rejony rodzinnej księgarni, na ulice miasta, do zaniedbanych pałacyków, ohydnego więzienia i  – przede wszystkim - na Cmentarz Zapomnianych Książek, nad którym pieczę obejmuje najstarszy z księgarzy Sempere oraz jego kustosz – Izaak Monfort. Miejsce, w  którym ukrywane są ostatnie zachowane wydania utworów wyrugowanych poza nawias literatury, dostępne jest tylko nielicznym uprawnionym, którzy mają możliwość ocalenia od społecznej amnezji jedną jedyną, wybraną przez siebie pozycję. Cmentarz odwiedzają główni bohaterowie trylogii – Daniel (Cień wiatru), młody pisarz David Martin (Gra anioła) oraz Fermin Romero de Torres (Więzień nieba). Recz jasna, w życiu każdego z nich wydarzą się nieprawdopodobne i pełne grozy epizody, mające związek z  „zakazaną” literaturą. To właśnie książki, ich wpływ na losy człowieka oraz próba utrzymania ich przy życiu stanowią główną myśl prześwitującą przez strony sygnowane przez Zafóna. Odbiorca rozpoznaje więc znany, powielany od wieków motyw (dość wspomnieć o  Latarniku Sienkiewicza czy Pani Bovary Flauberta) i ulega mu, dążąc do rozwikłania zagadki. Na Cmentarzu David Martin pozostawia swoją zignorowaną przez publikę książkę – „Kroki nieba” , a  w  opiekę bierze „Lux Aeterna”. Dziesięcioletni Daniel odnajduje egzemplarz powieści Juliana Caraxa, a jako dorosły mężczyzna, wprowadzając w antykwaryczne arkana Fermina (który wybiera „Miasto przeklętych, cz. 13: Dafne i  niemożliwe schody” Martina), otrzymuje manuskrypt „Gry anioła”. Powieści zatem znajdują pomost na wielu płaszczyznach. Przeklęte domostwa, figurki aniołów, książki i listy to tylko niektóre z powracających fabularnych rekwizytów. W świecie imaginacji Zafóna W trylogii współwystępują dwa światy – autentyczna czasoprzestrzeń, którą wypełnia sielankowe, spędzane z  bliskimi „teraz” oraz zatarta w  pamięci przeszłość, która powraca, by zaburzyć ład i  spokój. Daniel (Cień wiatru) poszukuje odpowiedzi na pytanie, co stało się ze wszystkimi książkami Juliana Caraxa, kto je spalił i dlaczego. Zanim pozna prawdę, będzie śledzony i uwikłany w  serię kryminalnych wydarzeń. Zrobi wszystko, by dowiedzieć się prawdy o związku pisarza z rodami Fortuny’ch, Aldayów i Monfortów, a także będzie drążył kwestię zaginięcia miłości Caraxa – Penélope. W ślad za nim podąży inspektor Fumero, któremu ewidentnie zależy na poskromieniu Fermina. Na domiar złe-

TOUCHÉ | lipiec 2012


literatura | szerokie horyzonty | 43

go, opuszczony budynek, w którym przyjdzie Danielowi poznać prawdę, nosi dość niepokojącą nazwę - Mglisty Anioł. Bohater Gry Anioła, David Martin to przyjaciel starego Sempere, autor powieści w  odcinkach „Tajemnice Barcelony” oraz serii „Miasto przeklętych”. Zgadza się napisać powieść na zlecenie nietuzinkowego, czartowskiego wręcz wydawcy, Andreasa Corelliego, ponieważ odrzucony przez pracodawców i ukochaną Christinę Sagnier (która wychodzi za mąż za człowieka, do którego bardziej czuje dług wdzięczności niż miłość), a  także świadomy, że zostało mu tylko kilka miesięcy życia, nie widzi lepszej alternatywy. Światłem w  otaczającym go pandemonium okaże się Isabella (przyszła matka Daniela), dzięki której znów odżyje mu serce i  dusza, nie poddająca się krwawej rozgrywce, jakiej echa słychać także w Więźniu nieba. Tutaj bowiem poznajemy losy Fermina, który ma za sobą pobyt w  więzieniu Montjuic, skąd wydostał się (w  roli umarłego) właśnie za sprawą współwięźnia – Martina. Tamten poprosił go, by zaopiekował się Isabellą i małym Danielem i dał do zrozumienia, że naczelnik Valls nie ma skrupułów i pchając się na literacki parnas, jest zdolny do wszystkiego. Martin, który zgodził się napisać dlań książkę, na przekór poświęca się Grze anioła, zaś Fermín, przygotowujący się do ślubu z Bernardą, musi uporać się z przeszłością i odkryć przed przyjaciółmi swoją prawdziwą tożsamość. Rodzinna saga pełna tradycyjnych wartości ? Książki Zafóna oscylują na pograniczu gatunków literackich. Spajają elementy powieści osiemnastowiecznej, powieści kryminalnej, inicjacyjnej, romansu, a nawet rodzinnej sagi. W każdym tomie przybywa informacji o familii Sempere, pojawiają się kolejni krewni, którzy przestają być tylko postaciami drugoplanowymi. Bohaterowie „wędrują” między książkami, okazując się następnym „chwytem” przysparzającym Zafónowi czytelników, ciekawych dalszych losów osób, z którymi zdążyli się utożsamić. Powieści awangardowe, które zdominowały literackie trendy w  dwudziestym wieku, negowały podstawowe zasady kompozycyjne, stawiając na nielinearność, epizodyczność czy hybrydyczność języka. Zafón powraca do klasycznej formy literatury. Za sprawą króciutkich rozdziałów, mocno ugruntowanej intrygi, klarownego stylu pisania, trylogia zjednuje sobie szerokie audytorium. Prosta dialektyka bohaterów dobrych i złych nie wymaga od czytelników pogłębionej refleksji i  nie inicjuje żadnych dylematów. Mają rację ci, którzy twierdzą, że to twórczość prosta i przyjemna. Ale czy to źle? Czyż nie tęskni się dzisiaj do książek na nowo hołdujących tradycyjnym wartościom i  umożliwiających chwilową retardację szybkiego trybu życia dzięki naprawdę zajmującej książce? Autor piętnuje czarne charaktery, w  kolorowych barwach ukazując ludzi o pogodnym usposobieniu. Jego książki napawają optymizmem, gdyż kończą się happy endem i pozwalają na pochwałę idei uniwersalnych – rodzinnej miłości, przyjaźni, odwagi, wzajemnej pomocy i troski o najbliższych. Nie wdają się w szczegóły życia codziennego, ale zwracają uwagę na rzeczy banalne i  ważne zarazem, a  często ignorowane – na mały, bezpieczny,

TOUCHÉ | lipiec 2012

kameralny świat, który zapewnić mogą najbliżsi, trwałe zasady i kultywowanie tradycji. Pisarzowi pozwala na to kilkudziesięcioletni dystans czasowy, jaki obiera w trylogii (zapewne inaczej musiałby skomponować akcję rozgrywającą się w dobie facebooka, migracji i osłabienia relacji międzyludzkich). Prosto do celu Książki C. R. Zafóna, mimo że są kilkusetstronicowe, czyta się w zawrotnym tempie. Piętrzenie niewiadomych i gęstość prozy, przy jednoczesnej prostej konstrukcji, sprawnie prowadzonej narracji i ujmującym języku, to recepta na sukces. Pisarz potrafi pobudzić wyobraźnię i nakierować całą percepcję czytelnika na działania prowadzące do rozwiązania enigmy. Raz po raz pojawiają się nowe postaci czy motywy i odbiorca momentami gubi się w  labiryncie poszlak. Wszystkie elementy układanki jednak w  którymś momencie okazują się nieodzowne, tworząc spójną całość. O ile Cień wiatru ma formę zamkniętą, o tyle dwie pozostałe książki pozostawiają wiele niedopowiedzeń i otwartych furtek dla kolejnych narracji. Z  tegoż powodu mogą się wydawać bardziej chaotyczne i  mniej przemyślane. Więcej wykorzystują też opisu aniżeli wartkiej akcji, która dominuje w  pierwszej książce cyklu. Tym, co najlepsze w sytuacji odbiorcy, jest oczywiście wyjściowa niepewność i  stopniowe odkrywanie kart mrocznej tajemnicy. Dziwne lokalizacje, zdefektowane, rodem nie z tego świata postaci, niepokojące wiadomości i mrożące krew w żyłach powiązania sprawiają, że chętnie sięga się po kolejne dzieła Hiszpana. Język nie wymaga nadprzeciętnej erudycji, a jednak jest nietypowy dzięki ironii i  autorskiemu drygowi do rozbawiania czytelnika. Nieraz w sukurs prostemu wywodowi wchodzi ni stąd ni zowąd jakieś arcyciekawe wyrażenie. To niesamowicie pobudza, nie tylko intelektualnie. Komiczne roszady słowne Fermina de Torres i Daniela Sempere, a także zaczepne wypowiedzi innych bohaterów pozytywnie wpływają na odbiór trylogii (wnet pewnie – ku uciesze fanów – tetralogii, bo Zafón już dawno zapowiadał czteroksiąg o Zapomnianych Książkach). Pisarz zgrabnie tworzy z jednej strony klimat tajemnicy, z drugiej – ciepła i  bezpieczeństwa. Jego powieści są „staromodne” w dobrym tego słowa znaczeniu, zarówno pod względem formy, jak i treści. To, co najbardziej w nich zadziwia, to to, że jednocześnie przerażają, jak i wzruszają („marketing” po raz kolejny!). Bo cóż innego powiedzieć o  wizycie Bernardy i  Bei w  salonie ślubnym albo o szczerych rozmowach przyjaciół? Powieści (ciekawe i przyjemne) podobają się dorosłym i młodzieży, kobietom i mężczyznom. Jak widać, Zafón opracował do perfekcji umiejętność trafiania w potrzeby czytelników. Choć należy tu poczynić małe zastrzeżenie. Książki nie są sobie równe. Gra anioła i Więzień nieba nie mają już „tego czegoś”, co posiadał Cień wiatru , który lekturą obowiązkową jest na pewno.  Małgorzata Iwanek


44 | literatura | recenzja

Mężczyzna na życiowym zakręcie

Ostatni występ kłamcy

Spadkobiercy, Kaui Hart Hemmings

Kłamca 4. Kill’em All, Jakub Ćwiek

wydawnictwo: Znak, 2012

wydawnictwo: Fabryka Słów, 2012

Dla postronnych osób życie Matta Kinga mogłoby wydawać się bajką. Ma piękną żonę i dwie udane córki, jest poważanym prawnikiem, mieszka na Hawajach i w jego rękach spoczywa los potężnej fortuny, spadku po przodkach. Sytuacja jednak ulega drastycznej zmianie, kiedy żona Matta, Joanie, ulega poważnemu wypadkowi podczas wyścigów łodzi motorowych i zapada w śpiączkę. Wówczas Matt zostaje postawiony przed trudnym zadaniem, jakim jest wychowywanie dorastających - a przez to i sprawiających problemy - córek. Sprawa komplikuje się bardziej, kiedy okazuje się, że stan Joanie pogarsza się na tyle, że obowiązywać zaczyna podpisana przez nią decyzja o nie podtrzymywaniu jej przy życiu. W tym samym czasie Alex, starsza córka Matta decyduje się powiedzieć mu o sekrecie, który od jakiegoś czasu skrywała jej matka... Spadkobiercy to druga powieść Kaui Hart Hemmings, młodej pisarki z Hawajów rodem. Jej pierwsza książka, House of Thieves, to zbiór opowiadań wśród których znalazło się opowiadanie będące podwaliną dla recenzowanej właśnie książki. Tematyka książki jest bardzo bliska czytelnikom, dotyka bowiem problemów, z  którymi na pewno zmaga się znakomita większość z  nich. Konflikt rodziców z  ich dorastającymi dziećmi, przepaść pokoleniowa między nimi powodująca ciągły brak wzajemnego zrozumienia. Hemmings porusza również bolesny temat zdrady, do której doprowadza stopniowe oddalanie się od siebie współmałżonków, tym bardziej bolesne, kiedy strona zdradzana nadal kocha swoją drugą połówkę i stara się jej dogodzić w nawet najbardziej nieracjonalny sposób. A wszystko to osadzone w bajkowej scenerii hawajskiego krajobrazu. Kto bowiem powiedział, że żyjąc w raju automatycznie zostaje się obdarzonym życiem bez kłopotów? Spadkobiercy Kaui Hart Hemmings jest lekturą lekką, lecz nie pod względem poruszanej w niej problematyki. Czyta się ją szybko, kolejne rozdziały przelatują w oka mgnieniu. Kiedy jednak przeczytane zostanie ostatnia strona, w czytelniku toczyć się będzie wewnętrzna dyskusja na temat ceny wybaczenia i miłości.

Trwa Apokalipsa. Wojska Lucyfera na całym świecie toczą walkę z zastępami anielskimi pod wodzą Michała. Kolejne miasta zostają zniszczone przez wojny i  głód, tudzież ludność ich zostaje zdziesiątkowana przez zmasowany atak zombie. Ale wśród tych wszystkich wydarzeń brak Lokiego, anielskiego cyngla, który miał za zadanie zlikwidować Antychrysta. Skandynawski bóg kłamstwa po prostu zniknął w momencie, kiedy na Ziemi dosłownie rozpętało się piekło… Czwarta część przygód Kłamcy była długo wyczekiwaną przez fanów częścią cyklu. I  ku zaskoczeniu wielu z  nich, okazała się ostatnią. Definitywnie. Nie ma możliwości jej kontynuacji. Stety czy niestety - zależy od czytelników i  od tego, czy spodoba im się sposób, w jaki autor zakończył serię. Ja osobiście czuję lekki niedosyt, gdyż postać Kłamcy już od pierwszej części weszła do mojego literackiego hall of fame. Fabuła czwartej części Kłamcy jest kontynuacją wydarzeń z poprzedniej książki, tj. Kłamcy 3. Ochłapy sztandaru. W Kill’em All czytelnik dowiaduje się co stało się z Jessicą i Erosem po wejściu w obraz na poddaszu jednego z mieszkań w paryskiej kamienicy oraz gdzie Samedi zabrał Dionizosa i Światowida, i jaki miał w  tym cel. Przede wszystkim jednak wyjaśniona zostaje zmartwychwstałej żony Lokiego oraz losy samego anielskiego cyngla, który zakres swych działań został zmuszony przenieść do świata elfów. A  także ostatecznie wyjaśniona zostanie zagadka gromadzenia przez Lokiego anielskiego pierza. Kłamca 4. Kill’em All to fantastyka w najlepszym wydaniu. Dobrze napisane, cięte dialogi – z odrobiną wulgaryzmów, przemyślane postacie będące mieszanką postaci biblijnych, mitycznych i  całkowicie fantastycznych oraz wciągająca do ostatniej strony akcja. Tak w skrócie można scharakteryzować nie tylko czwartą i ostatnią część cyklu Kłamcy, lecz całą serię o bogu kłamstwa.  

Anka Chramęga

TOUCHÉ | lipiec 2012


literatura | klasyka literatury | 45

Konsumpcyjna zguba dekandenta

Joris-Karl Huysmans „Na wspak” Wydawnictwo Zielona Sowa, 2003

Jak wygram w tej kumulacji, to kupię sobie... – no właśnie, co zrobiłybyście z ogromem pieniędzy? Pierwszy miesiąc byłby rajem – optymistycznie zakładając, że nie roztrwoniłybyście nagrody w tydzień – to ciągłe wydawanie: na samochód; na uszczelkę w kranie, żeby nie kapało; na skórzaną torebkę; na tę boską sukienkę z  wystawy obok której codziennie przechodzicie, tę w szaro-granatowe kwiaty. Istna sielanka. Ale co by było, gdyby taki stan trwał całe życie? Gdyby ten cały konsumpcjonizm trwał nieprzerwanie? Bohaterowi „Na wspak” taka dola się przejadła, jako przedstawiciel klasy bogatej, spędzał dnie wyłącznie na

TOUCHÉ | lipiec 2012

chlaniu i seksie. Świat oferował mu nieskończoną ilość butelek gotowych do opróżnienia i swawolnych kobiet gotowych do wypełnienia swoich portmonetek kolejną wypłatą. Pewnego dnia, postanowił uciec od dotychczasowego ja, wyprzedał wszystkie swoje dobra i porzucił mieszczański raban na rzecz cichej, odludnej wsi na przedmieściach Paryża. Tam to zamknął się w swoim majątku otoczony niebagatelną ilością alkoholu i najrozmaitszymi dziełami sztuki. Nie jest to łatwa pozycja, a  wręcz jedna z  najmniej przeze mnie lubianych form beletrystyki. Świat nie jest tutaj przedstawiony ku radości duchowej Czytelnika, nie przynosi ukojenia w  ucieczce od smutków dnia codziennego, a  nawet odnoszę wrażenie, że zamiarem autora było zmuszenie Czytelnika do myślenia, do wysnucia wniosków. Czytelnik ma za zadanie doszukać się pewnej formy morału z  tej historii. Wydaje się jakby autor chciał przed czymś przestrzec, dać do myślenia, pozostawić umysł pełen rozważań, nawet po odłożeniu książki na półkę czy zwróceniu jej pani bibliotekarce. Duża wada tej powieści, to niewiarygodnie długie opisy, bardzo szczegółowe i  rozwlekłe. Dla przykładu, przez dwa rozdziały autor opisywał dom głównego bohatera, racząc nas wyszukanymi opisami każdego oryginalnego mebla jaki jegomość nabył. Niebywałą zaletą w mojej opinii, jest niezwykły realizm scen – przebieg ekstrakcji zęba u dentysty, tak rzeczywisty, wywołał na mojej twarzy grymas przykuwający uwagę większości pasażerów autobusu, którym wówczas jechałam. Miałam wrażenie, że to mnie zęba wyrywano i  chciałam tę książkę wyrzucić przez okno. Jeżeli chodzi o sceny przedstawiające ludzką pierwotność, to wszystko zostało zawarte w iście kulturalnym stylu, wulgaryzmy okazały się zbędne, albowiem autor dosadnie daje Czytelnikowi do zrozumienia co ma na myśli, a mimo to cały czas używa bardzo wyszukanego słownictwa. W jakim celu powstała powieść o człowieku, który jest idealnym przykładem biblijnego grzesznika? Co było zamysłem autora, możemy się domyślać indywidualnie. Może chciał podkreślić problem stale narastającego konsumpcjonizmu – ale czy o takim mogła być mowa w 1884? Gdyby tę książkę napisano współcześnie, taka interpretacja nasunęłaby się od razu, jesteśmy bowiem niewolnikami technologii, która z  roku na rok postępuje i brutalniej uzależnia nas od siebie. Ale co dokładnie mógł mieć na myśli francuski pisarz – skandalista, to pytanie pozostawiam Waszej osobistej ocenie. 

Patrycja Smagacz


46 | teatr | recenzja

fot. materiały teatru

Teatr ku zagładzie

Spektakl „Kopenhaga” Teatr IMKA w Warszawie W 1941 r. w okupowanej przez Niemców Kopenhadze spotykają się dwaj fizycy jądrowi - Niels Bohr (Jan Frycz) i Werner Heisenberg (Adam Woronowicz). Dawny mentor i wyrodny uczeń. Obaj dysponują wiedzą na temat skonstruowania bomby atomowej. Heisenberg przewodniczy nazistowskiemu programowi atomowemu, Bohr zaś dwa lata później w Los Alamos skonstruuje detonator do ładunku zrzuconego na Nagasaki. Ich rozmowa oscyluje wokół próby dowiedzenia się, który z nich w tamtym momencie jest najbliżej odkrycia, ale jednocześnie obaj szukają w oczach rozmówcy powodu, by swojej wiedzy nie użyć. Do tego dochodzą wzajemne żale, pretensje, urażone ambicje. Od początku widzimy jednak, że ich rozmowa w zasadzie do niczego nie prowadzi. Co więcej, trzeba sporego wysiłku, aby nie zmęczyć się słuchaniem tekstu pełnego naukowych dywagacji, nazw pierwiastków, nazwisk wybitnych fizyków, liczb i zjawisk, o których przeciętny widz raczej nie ma pojęcia. Nie bez powodu użyłem słowa słuchaniem, bo oto mamy przedstawienie właściwie bez scenografii, nie licząc kilku przezroczystych przesłon, bez specjalnej gry świateł, z trzema krzesłami i barkiem. Aktorzy to stoją, to siedzą… i mówią. I nic z tego mówienia nie wynika, ani na poziomie pokazanego zdarzenia, ani na poziomie ogólnego wydźwięku spektaklu. A szkoda, bo tekst Michaela Frayna nie jest tekstem złym, ani pozbawionym ciekawych emocji czy metafor. Dowodzą tego setki jego wystawień na świecie, z teatrem telewizji BBC z Danielem Craigiem, Stephenem Reą, Francescą Annis włącznie. Mam jednak wrażenie, że reżyser potraktował go dosyć powierzchownie. Efekt taki, że nie oglądamy ani konkretnej historii, ani też spektakl nie skłania nas do żadnych refleksji natury ogólnoludzkiej. W ogóle nie została na przykład wydobyta cie-

kawa postać Margrethe Bohr (Aleksandra Popławska), a to ona stanowi katalizator do tego, posługując się fizycznym terminem, aby panowie nie tylko przerzucali się wzajemnymi oskarżeniami, ale do czegoś doszli. To ona swoim szyderstwem sprawia, że mężczyźni muszą przyznać, iż pomylili się w ocenie własnego talentu, co stanowi zresztą największy dla nich dramat. Nie mamy szansy zastanowić się nad relacją samych państwa Bohr. Heisenberg w którymś momencie mówi do nich, że wspaniałe jest to, iż mogą o wszystkim rozmawiać, podczas gdy z tekstu ewidentnie wynika, że oni w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Może nie potrafią, może nie chcą? Na takie i wiele innych pytań nie znajdujemy odpowiedzi w inscenizacji Waldemara Krzystka, co nie ukrywam, pozostawia spory niedosyt. Po obejrzeniu tego spektaklu czułem się zmęczony. Zastanawiałem się, po co on w ogóle powstał, zwłaszcza w miejscu, które uchodzi za kuźnię arcyciekawych przedsięwzięć. Co więcej, przeczytałem, że po premierze nastąpiły przemówienia oficjeli i przedsiębiorców nawołujące do finansowania teatrów z prywatnych zasobów, bo tak się robi na zachodzie. I wspaniale! Słuszna to droga, bo mecenat państwa nieustannie słabnie. Prezentujemy im jednak spektakl raczej dla koneserów i to, niestety, nie koneserów sztuki. Bo niby to teatr oparty na słowie, ale słowo to nie zostaje wydobyte, przez co nic nie znaczy. Dywagacje istotne, ale mało kogo one tak naprawdę dzisiaj obchodzą. Zachęcamy więc do wsparcia teatru, prezentując sklecony pewnie naprędce spektakl bez żadnej wizji z wykorzystaniem tekstu – pewniaka. Nie muszę chyba mówić, że słaba to wróżba dla polskiego teatru na przyszłość.



Cyprian Kawicz

TOUCHÉ | lipiec 2012


teatr | recenzja | 47

Grundig, lombard i duralex

fot. www.teatrslaski.art.pl

który stara się markować zdeterminowanego gangstera, dąży do bogactwa, kombinuje. Jest to rubaszny dewota, który twierdzi, że jest prawiczkiem, ale dokładnie widać u niego zainteresowanie mężczyznami - dokładnie jak u Witkowskiego. Hubert vel Barbara, jak każdy szanujący się mafioso ma swoich przydupasów – Saszę i Felka (gościnnie Michał Czernecki i Marcin Szaforz). Szczególną sympatią właściciel lombardu obdarowuje tego pierwszego, jak zwykł mawiać : „Mój Saszka Kochany”. Na scenie można również zobaczyć w wielu odsłonach Annę Kadulską – jak zawsze ekspansywną i charyzmatyczną. Barbara Radziwiłówna... to nie jest jedynie opowieść o pryncpialnym, ciotowatym kapitaliście. Bystrzejsze oko dostrzeże również satyrę na temat konsupcjonizmu i zmian jakie w Polsce miały miejsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szyderstwo z rozwijania wolnego rynku i pieniądza, który powoli zdominował wszystkie sfery życia. Witkowski mimo tego, że akcja powieści dzieje się w czasach PRL-u, nawiązuje również do współczesności - szerzącego się materializmu, obnaża wady i mentalność Polaków. Odważnie ukazuje także problemy związane z gender – płcią kulturową, doskonale widpczne w głównej postaci – homoseksualnym przedsiębiorcy katoliku. Książki twórcy Lubiewa są wielowymiarowe, oscylują międzu komizmem i tragizmem, artyzmem i kiczem, a z pewnością nie są łatwe do przeniesienia na deski teatru, z czym doskonale poradził sobie młody reżyser – Jarosław Tumidajski, zmieniając monodramatyczną formę prozy. Polecając ten spektakl muszę pamiętać, że nie każdy jest takim fiksatem jak ja, lubiącym nawet audiobooki Witkowskiego – które autor sam czyta... A osoby wybierające się do teatru powinny mieć świadomość, że Witkowski to nie Kalicińska, a Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna - Szczakowej to nie Dom nad rozlewiskiem.

Spektakl „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego Pierwsza adaptacja prozy Witkowskiego na deskach katowickiego teatru - Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna – Szczakowej przyciąga do teatru zarówno młodsze jak i starsze pokolenie. Osoby, które doskonale znają współczesego prozaika jak i te, które zostały zwabione na przedstawienie tytułem kojarzącym się z królową Polski, drugą żoną króla Augusta . Te drugie mogą być skonsternowane. Owszem, rzecz opowiada o Barbarze Radziwiłłównej, ale to jedynie przezwisko Huberta, który może i jest królem, ale lombardu. Niezwykle zwichrowanym zmanierowanym cinkciarzem. Bohater prowadzi waluciarski biznes w dzielnicy Jaworzna, ale czym on się w życiu nie zajmował, jakich interesów się nie chwytał. Legalnych i niekoniecznie. Ściagał długi, prowadził kino, budę z zapiekankami, no i lombard. Bankrutuje, marzy i pielgrzymkuje do Lichenia, bo jak trwoga to do Boga. Charakter miejsca i czas trwania akcji doskonale oddaje scenografia przygotowana przez Mirosława Kaczmarka. Przyczepa kempingowa, regały z peerelowskimi gadżetami, makieta loda - pozwalają na przeniesienie się w lata osiemdziesiąte. Poznajemy wielobarwną postać. W roli głównej Andrzej Warcaba, co od początku budziło we mnie mieszane uczucia. Trochę go za dużo na scenach teatru wyspiańskiego. Sprawiło to, że nie był do końca autentyczny w swojej roli. Groteskowy. Ale być może właśnie taki jest Hubert... Ma on w sobie mnóstwo sprzeczności, jest zarówno katolikiem jak i osobą wierzącą w horoskopy i wróżby, niezwykle wywyższającym się lumpeninteligentem, trochę romantykiem - sentymentalistą, pozorantem,

TOUCHÉ | lipiec 2012



Asia Krukowska


48 | teatr

TOUCHÉ | lipiec 2012


festiwal | 49

fot. materiały teatru

Jestem bi...gamistą

Bigamia w większości państw jest zjawiskiem nielegalnym. Nie dotyczy to rzecz jasna krajów muzułmańskich. Pewien londyński taksówkarz zdaje się być jednak na tyle sprytny, by lawirować między dwoma domami, na dodatek będąc właściwie finansowo zabezpieczonym przez obie żony. Ta historia stała się podstawą jednego z  najlepszych tekstów komediowych jakie kiedykolwiek powstały. A mianowicie sztuki „Mayday” Ray’a  Cooneya, która od lat wywołuje salwy śmiechu na widowniach sal teatralnych całego świata. W  Polsce, sztukę tę wystawiano już na scenach takich teatrów jak: Teatr Polski we Wrocławiu, czy krakowski Teatr Bagatela. Od niedawna można również oglądać ją na deskach opolskiego Teatru im. Jana Kochanowskiego. Aktorzy po raz pierwszy zmierzyli się z  tekstem, podczas kiedy w  innych miastach od wielu lat oglądać mogliśmy obie części tego przedstawienia. I leczyć ból brzucha przez parę ładnych dni. Zadanie nie było więc proste. Ray Cooney nazywany jest mistrzem farsy nie bez powodu. Mimo, że jest już wiekowym staruszkiem doskonale wie z czego mogą śmiać się ludzie i to na całym świecie. Niesamowita jest uniwersalność i ponadczasowość jego sztuk. Bo

TOUCHÉ | lipiec 2012

oprócz „Mayday” duży sukces odniosły też takie jak: „Mayday 2, Wszystko w rodzinie” ( jeszcze śmieszniejsza niż pierwsza część) czy „Okno na parlament”. Mary i  Barbara żyły więc sobie spokojnie dzieląc łoże z tym samym mężczyzną. I przeżyłyby tak pewnie kolejne lata w szczęściu i dobrobycie, gdyby nie pewna staruszka. Starsza pani, która zdzieliła ich męża po głowie swoją torebką. Oto dowód, że damska torebka może zdziałać cuda. Otumanić złego Johna Smitha, trwającego przez lata w  kłamstwie i  wprowadzić w  jego życie chaos, który skutecznie utrudni mu życie. Interesujące, z  czego potrafimy się śmiać. Bo na dobrą sprawę jest to rodzaj ludzkiego nieszczęścia. Ale patrząc z boku na miotającego się Johna, próbującego ogarnąć swoje życie, co dotąd udawało mu się dzięki kalendarzykowi - nie sposób pozostać poważnym. Jest to kompletna bzdura. Bzdura, którą opolscy aktorzy potrafili jednak zainteresować widza. Być może sam tekst jest tak dobry, że nie sposób zepsuć tego przedstawienia? Wywołali u  widzów śmiech powodujący ból mięśni brzucha. Nie wywołali jednak potoku łez, co zdecydowanie udało się tym w  krakowskiej Bagateli. Być może wynika to z faktu, że po raz pierwszy mo-

Londyn. Różne części miasta, choć niezbyt oddalone. Dwie piękne kobiety. Gotowe na wszystko dla swojego mężczyzny. Opiekuńcze, kochające, czułe. Czekające w łóżku w seksownej bieliźnie na ukochanego. Gotujące pyszny obiadek dla zapracowanego, lecz zawsze punktualnego mężulka. Szkoda tylko, że dla tego samego.

żemy oglądać to przedstawienie w Opolu. Najbardziej przekonujące były jednak w  swoich rolach Mary i  Barbara (Arleta Los- Pławszewska, Grażyna Misiorowska) a nie sam John Smith ( Leszek Malec). Te dwie kobiety mają w sobie tyle ognia, że spokojnie mogłyby obdzielić nim wszystkich grających w tym przedstawieniu panów. Ale nie można odmówić też świetnego grania sąsiadom „z  góry” w  obu domach Johna, a szczególnie grubiutkiemu gejowi Bobby’emu ( Bartosz Dziedzic). Nie jest wcale łatwo zagrać geja w sposób delikatny, nie- chamski a jednak wywołujący śmiech. Warto wybrać się na „Mayday” do opolskiego teatru. Najlepiej w  jakąś deszczową sobotę. Pośmiać się z  tych dwóch kretynek, które przez lata ślepe były na oszustwa męża. I  z  miotającego się, próbującego ukryć prawdę bigamisty. A potem niech żony spojrzą na własnych mężów i pomyślą: czy on jest wobec mnie szczery? A  mężowie niech popatrzą na żony i zapytają siebie: ciekawe czy by zauważyła? Ale w  końcu i  tak wszyscy będziemy się śmiać.   Iga Kowalska


50 | kobieta poszukująca

Wesele-nie Życie kobiety można określić jako niegramatyczne. O ile możemy opisać się przeważnie w jako takiej teraźniejszości, przeszłość i przyszłość wymykają się już logicznym zasadom. Pomiędzy naszym byłam a będę czai się nie byłam, nie będę i być nie chcę. A wszystko to w odwiecznym błąkaniu się pomiędzy tym, co powinnam, a czego pragnę, nawet w jednym z najważniejszych dni naszego życia.

Ślub stanowi w naszej kulturze tradycyjny obrzęd przejścia, szczególnie akcentowany z  punktu widzenia kobiety. W  życiu dwojga bezpośrednio zainteresowanych zmienia się podobno niewiele, natomiast dla dziesiątek krewnych, przyjaciół i wrogów jest to niejednokrotnie przejście przez Morze Czerwone. Aby jakoś załagodzić nagłą pustkę po przeprowadzce, ograniczyć narzekania przyjaciółek i  krytyczne plotki ciotek, współczesne panny młode dążą do ślubno-weselnego układu z  najwyższej półki życiowego konformizmu. W efekcie zamiast księżniczek spotykamy często Białe Damy skrajnie wycieńczone staraniem o  prawidłowe ułożenie łyżeczek i  zasypiające pomiędzy ciastem a barszczem. Są jednak między nami i takie, które w  całym tym zamieszaniu zwanym wyjściem za mąż odnalazły swoje wyjście awaryjne. Anka pamięta kolację, na której powiedzieli rodzinie, że za rok o  tej porze planują tańczyć na swoim weselu. Wieść przyjęto zaskakująco sprawnie i  serdecznie. Słyszała już o  ślubach różne historie, tu jednak nie było w  zasadzie żadnego potencjalnego zagrożenia okołoweselnym szałem. Mieli odziedziczony po znajomych plan na sympatyczny obiad ze wspaniałym deserem, a wieczór już tylko dla siebie, dla spokojnego cieszenia się każdą minutą pierwszego dnia zaklepania miłości. Gdy siostry zaoferowały pomoc w  polowaniu na sukienkę, uśmiechnęła

się gdzieś pod nosem i przystała na wypad. Po 10godzinach wiedziała już, że trzeba uciekać, nawet za cenę utraty połowy weselnych gości. Kaśka zreferowała szybko przegląd ofert kredytowych, a  Wera miała już dla mnie zaklepanego posh krawca i  katalog szwajcarskich bukietów. A wszystko to z miłości, w najgorszym z dostępnych wydań, nie cierpiących sprzeciwu. Kultura wytworzyła w  nas zadziwiający schemat myślenia o  własnych zaślubinach – to my jako centrum wydarzeń próbujemy usilnie przenieść należne nam w tym dniu zainteresowanie i życzliwość na ludzi, którzy z  różnych przyczyn gromadzą się dookoła stołów i ołtarzy. Jest w  tym coś z  zaklinania szczęścia, aby nikogo nie zranić, a  zjednać wszystkich – staramy się wynieść na wyżyny obfitości, stylu i  kurtuazji, łącząc przy tym rokokowe zapędy teściów i  wyrobiony w  poprzedniej epoce kulinarny gust ciotek. Powiedziałam tylko Wojtkowi – słuchaj, wiejemy. Musimy się z  tego ich naszego wesela jakoś wyplątać, bo chyba wszyscy zapomnieli, że to my się hajtamy, to my ich zapraszamy i  wyprosimy, jeśli będzie taka potrzeba. Przyjęli strategię taktownego odmawiania na wszelki wypadek wszystkiego, aby nikogo w tym peletonie dobrych doradców nie wyróżnić. Najbardziej cierpieli rodzice, pozbawieni jakiegokolwiek wpływu na menu i  usadzenie gości. Teściom z  kolei niegodne wyda-

wało się zbycie ludzi samym obiadem, tak jakby nieprzekarmienie miało zesłać wieczny głód na potomków. Jakby lniana biała sukienka zwiastowała powódź, raka i rozwód. Co roku przez takie same płycizny myślowe przekopują się dziesiątki par. Oczywiście, znajdują się i  rzesze takich, którym zakopiański Wersal ociekający brokatem i  klozetowym żartem całkowicie odpowiada – są w  pełni szczęściarzami i  jeśli na to przystają, nikt nie ma prawa podnieść słowa krytyki. W  strefie marzeń pozostaje jednak dalej sytuacja, w  której to para młoda bez stresu i  po swojemu przygotowuje takie święto, które pozostaje w  zgodzie z  ich saldem konta, poczuciem estetyki i prawdziwymi sympatiami. Przepytani przeze mnie małżonkowie w  większości na wspomnienie swojego ślubu przywołują pobudkę o  3, pijanego kamerzystę i  zaśnięcie w  sukni na toalecie. Co więcej, goście pytani o  najlepsze weselne potrawy, nie potrafią wskazać znaczących różnic pomiędzy kolejnymi przyjęciami. Częściej pojawia się temat muzyki - na skoczne nuty bądź nieudolnych wodzirejów zwróciło uwagę większość moich rozmówców. Największe zaskoczenie budzi jednak pytanie – i  co w związku z tym? Co wtedy poczułeś, jaką przyszłość wyobraziłeś sobie przed świeżo poślubionymi? Tutaj następuje zadumane drapanie po podbródku i  niechętnie wymruczane chyba nic. Od wesela minęło 5 lat. Ania i  Wojtek zwiększyli zasoby ludz-

TOUCHÉ | lipiec 2012


kobieta poszukująca | 51

kie o 200% i z tkliwością wspominają wieczór, gdy chcieli po dniu wrażeń otworzyć pudełko ulubionych lodów i obejrzeć film, a  zamiast tego wylądowali na klubowej imprezie-niespodziance, przygotowanej przez kilku znajomych. Tańczyłam do 3, w  dżinsach i  balerinkach. I  totalnie nie pasującą do reszty resztką eleganckiej fryzury. Słuchając tej historii nie można oprzeć się wrażeniu, że dworki, pieczone bażanty i przebłyski cyrkonii na dłoni krojącej dwumetrowy tort oddaliły nas niewyobrażalnie od właściwego pojęcia wesela jako wesołości. Stanu, w którym jest nam wystarczająco dobrze, by podskoczyć do góry i przytulić sąsiada, a wszystko to gdzieś z samego wnętrza, które być może jest właśnie sercem. Kolejne przykłady pójścia niejako pod prąd w  sytuacjach, które zupełnie nie na naszą miarę skroiła tradycja pozwalają wierzyć, że w poszukiwaniu własnego miejsca pośród odartych z  sensu porzekadeł pozwala prawdziwie się weselić. Idąc dalej tym etymologicznym tropem – samemu będąc wesołym, rozweselić innych, a  więc dać im radość z  samego faktu rozpoczęcia budowania nowej drogi. Żadna miłość nie skurczyła się jeszcze od nieofiarnego zastawienia całego swojego dobytku dla zgagi 200osobowej delegacji, podobnie jak żadne oczepiny nie okazały się tak skuteczne jak uściśnięcie przyjaciółek i  szepnięcie, że teraz tak trochę się odchodzi. Jeśli więc to przed Wami rozpoczyna się sezon burzliwych przygotowań do nocy, której z wycieńczenia prawdopodobnie nie będziecie pamiętać, pozwólcie sobie na siebie. Odpuśćcie. Poszukajcie optymalnego środka. I zorganizujcie sobie choć odrobinę wesołości, a weselnie zrobi się samo. Poszukujemy odpowiedzi na pytanie, czy kobiecie takiej jak Ty potrzebne jest w ogóle małżeństwo? Podziel się z nami swoim spojrzeniem i  pomóż innym touchankom w  poszukiwaniu własnego głosu w  sprawie urzędowych związków. Czekam! staletowiczowna@gmail.com 

Sandra Staletowicz

TOUCHÉ | lipiec 2012


52 | psychologia

Umysł mistrza

il. Ania Pikuła

W naszych domach EURO 2012 rozsadowiło się wygodnie na kanapie już na dobre i prawdopodobnie nie prędko pozwoli się wyprosić z domu, ku rozpaczy tych, którzy każdego dnia odliczają czas do jego zakończenia. Po nieudanych meczach reprezentacji europejskich państw, eksperci często zwracają uwagę na to, iż – poza złym przygotowaniem fizycznym – zawodnicy często są nieodpowiednio przygotowani psychicznie. Obecnie przykłady z muraw Polski i Ukrainy nasuwają się na myśl jako pierwsze, ale rzecz jasna tego typu sytuacje dotyczą każdego sportu wysokiej rangi. Okazuje się, iż mistrzostwo zaczyna się już w głowie sportowca. Na czym zatem polega przygotowanie mentalne zawodników?

Przygotowanie psychiczne zawodnika jest procesem wielofazowym, rozłożonym odpowiednio w czasie, oraz przeplatanym stałym doskonaleniem zaplecza fizycznego. Artykuł ten poświęcę jedynie kilku najpopularniejszym technikom mentalnym z  całego spektrum dostępnych. Służą one zwiększaniu kontroli myśli, emocji, jak i uwagi sportowca. Wpływają także na wzrost motywacji podczas zawodów. Stadion w wyobraźni Najczęściej stosowaną techniką w  treningu mentalnym jest technika wyobrażeniowa, która polega na tworzeniu czy odtwarzaniu sportowych doświadczeń zawodnika. Z  badań wynika, iż 99% olimpijczyków stosuje ją z  powodzeniem przynajmniej raz dziennie. Sportowiec przywołuje wówczas w  wyobraźni rożnego rodzaju doświadczenia zmysłowe związane z  uprawianą przez siebie dyscypliną, np. wzrokowe (widok boiska), słuchowe (doping kibiców czy gwizdek sędziego) czy ruchowe (praca mięśni). Przed zastosowaniem tej techniki, psycholog sprawdza, który z  kanałów zmysłowych jest najbardziej rozwinięty, co wpływa na preferencje

zawodnika, co do wyboru pewnego typu wyobrażeń np. o charakterze wzrokowo – słuchowym. Każdemu wyobrażeniu towarzyszy jedna z  dwóch perspektyw – wewnętrzna i  zewnętrzna, która pozwala na wyobrażanie sobie sytuacji pod różnymi kątem. Perspektywa wewnętrzna to jakby spoglądanie na wszystko własnymi oczyma, natomiast wykorzystanie przez zawodnika zewnętrznej orientacji pozwala oglądać samego siebie z  pozycji obserwatora. Badania prowadzone za pomocą neuroobrazowania ukazują, iż podczas stosowania techniki wyobrażeniowej w  pewnych obszarach mózgu, takich jaki parahipokamp czy kora przedczołowa, pojawia się silna aktywacja. Pobudzenie w  rejonie kory przedczołowej wpływa na większą kontrolę wykonania danej czynności przez zawodnika. Jednakże aktywacja, o której mowa, miała miejsce jedynie u  sportowców o  wysokich umiejętnościach, stąd można wysnuć wniosek, iż jej skuteczność zależy przede wszystkich od tego, w  jakim stopniu dana czynność sportowa została uprzednio opanowana. Technika ta wpływa także na zmia-

nę pewnych przekonań dotyczących własnych kompetencji czy skuteczności w działaniu. Wielokrotne odtwarzanie w  wyobraźni pewnych sytuacji, sprawia, iż w naszym umyśle tworzy się jej mentalna reprezentacja, która wpływa na pojawienie się silniejszych połączeń w  mózgu. Samo jej przywołanie uruchamia serię automatycznych zachowań, np. pożądanych w czasie zawodów reakcji emocjonalnych. Zastosowanie techniki wyobrażeniowej jest bardzo szerokie – od oswajania się z nowymi obiektami sportowymi, poprzez podnoszenie poczucia własnej skuteczności do radzenia sobie z  różnego rodzaju stresorami, które zawsze towarzyszą mistrzostwom. Inną techniką, która podnosi poczucie panowania nad sytuacją w  czasie zawodów, jak i zwiększa pewność siebie w trakcie ich trwania jest technika wyobrażeniowa, która dotyczy osiągania mistrzostwa (często uzupełniana o  nagrania video). Owe nagrania video dotyczą tych fragmentów gry zawodnika, w  których jego zachowanie charakteryzowało się kontrolą nad swoimi emocjami, poprawnym wykonaniem sportowym, a  także skutecznym

TOUCHÉ | lipiec 2012


psychologia | 53

pokonywaniem trudności, które to psycholog uzupełnia swoimi perswazyjnymi komentarzami. Self-talk Lekka rozmowa z samym sobą, przynosi nam często tyle satysfakcji (o  ile nie więcej!), co rozmowa z  innymi. Jednakże dialog wewnętrzny sportowca jest starannie zaplanowaną rozmową, w  trakcie której analizuje on własne uczucia, myśli, oceniając je, a  także nadając im bardziej pozytywny kierunek. W  ramach tej techniki wyróżnia się różnego rodzaju składowe, takie jak: zatrzymywanie myśli negatywnych, zamiana myśli (zastępowanie negatywnej i krytycznej oceny samego siebie – Jestem idiotą., jakimś komentarzem odnoszącym się do zachowania, np. Wybiłem się ze słupka startowego w  nieprawidłowy sposób.), przewartościowywanie (zamiana myśli typu Nie zrobiłem dzisiaj tego, co zamierzałem. poprzez myśl Jestem coraz bliżej dalekosiężnego celu, zmniejszyłem ilość błędnych podań o 20%) oraz restrukturyzacja poznawcza (polega na identyfikowaniu przez zawodnika pojawiających się samoczynnie, krytycznych myśli wobec samego siebie oraz ich zamianie – Nigdy tego nie opanuję. na zdanie typu Pewne elementy tej czynności już opanowałem). Głównymi funkcjami dialogu wewnętrznego jest motywowanie samego siebie do wysiłku, jak i  udzielanie sobie instrukcji. Co ciekawe, olimpijczycy self-talk stosują w sposób systematyczny, planując jednocześnie jego treść i czas, podczas gdy zawodnicy o wiele mniej wykwalifikowani stosują go raczej w reakcji na pewne wydarzenia. Obniżenie poziomu pobudzenia, a  zarazem zwiększenie koncentracji, poczucia pewności siebie, jak i  wzmacnianie pożądanych myśli oraz umiejętności nagradzania samego siebie to największe z korzyści, jakich można doświadczyć stosując dialog wewnętrzny. Pełny luz Kolejną techniką wykorzystywaną w  treningu mentalnym jest relaksacja. Wymaga koncentracji na różnych grupach mięśni, przy jednoczesnych ich rozluźnianiu, czemu często towarzyszy spokojny i rytmiczny

TOUCHÉ | lipiec 2012

oddech. Podczas swej pracy psycholodzy uczą zawodników rozpoznawania poszczególnych poziomów napięcia mięśniowego oraz stanów rozluźniania określonych partii mięśni. Kolejne fazy tego treningu krążą wokół identyfikacji tych bodźców, które mogą wprowadzać w zawodnika w  stan relaksacji – owymi bodźcami mogą być to pewne słowa czy ruchy. Sportowiec sukcesywnie uczy się wzbudzać w  sobie stan przyjemnego odprężenia w czasie pojawienia się relaksującego bodźca. Procedura relaksacji jest powtarzana przez zawodnika podczas treningu sportowego, a także podczas przerw w zawodach oraz – co ważne – po popełnieniu przez niego jakiegoś błędu. Dzięki temu zawodnik obniża destrukcyjnie pobudzenie, którego doświadcza w  tej sytuacji. To z  kolei wpływa na zmniejszenie lęku oraz zwiększenie kontroli nad swoim stanem fizycznym, jak i emocjami. Techniki relaksacyjne sprzyjają zawodnikom zwłaszcza w  końcowych etapach zawodów czy rozgrywek, co wpływa na możność podejmowania trafniejszych i  bardziej kompleksowych decyzji. Trzeba także zaznaczyć, iż ta technika – podobnie jak poprzednie – przynosi najwięcej korzyści zawodnikom o  wysokim poziomie wykonania danych czynności. Zawodnicy piłki nożnej, grający na pozycji pomocników, wzięli udział w  badaniach dotyczących skuteczności treningu mentalnego. Każdy z nich był poddany trzem opisanym już wcześniej technikom, tj. wyobrażeniowej, dialogu wewnętrznego i relaksacji. Rezultaty udziału w treningu mentalnym oceniano podczas 8 rozgrywanych przez zawodników meczów. Pod uwagę wzięto wykonanie 3 rodzajów czynności w  drugiej części meczu (przejęcie piłki, przyjęcie piłki oraz jej podanie). Badacze zgodnie stwierdzili, iż w wyniku zastosowania treningu mentalnego doszło do istotnej poprawy 2 z  3 rodzajów analizowanych przez nich czynności w  drugich połowach meczu. Rutyna przygotowawcza, czyli osiąganie mistrzostwa Długotrwały trening ma wpływ nie tylko na lepsze działanie mięśni, ale także na zmiany w  strukturze i  funkcjach ośrodkowego

układu nerwowego, które powstają wskutek wielokrotnego powtarza tych samych czynności. Sprzyja to, rzecz jasna, osiąganiu możliwie najlepszego poziomu wykonania danej czynności sportowej. Nabycie tego rodzaju rutyny jest szczególnie istotne w czasie wykonywania tych elementów współzawodnictwa, w  których moment i tempo wykonania w dużej mierze zależne jest od samego sportowca, jak np. rzuty karne w piłce nożnej czy serwis w siatkówce. Przykładem stosowanych rutyn przygotowawczych jest np. zachowanie tenisisty Rogera Federera, który przed serwisem wykonuje zazwyczaj serię bardzo podobnych ruchów, często niezależnie od pola serwisowego. Czas uczenia się takiej rutyny zależy, rzecz jasna, od umiejętności sportowych zawodnika, jednakże dołączenie do niej elementów regulacji emocji oraz sprzyjających koncentracji uwagi, sprawia, że czas uczenia się może trwać jeszcze dłużej. Okazuje się, iż u  doświadczonych sportowców, którzy mają już wypracowane rutyny przygotowawcze, nawet drobna ich zmiana, kończy się pogorszeniem poziomu wykonania czynności. Podobnie jak poprzednie, opisane powyżej techniki, służą one przede wszystkim zawodowcom. Mięśnie to nie wszystko Obserwując sportowe igrzyska, często zachodzimy w  głowę, jakim cudem sportowcom udaje się wytrzymywać taką presję i  zwyciężać w  wielkim stylu, wpisując się złotymi literami do annałów. Ciężka i  nadludzka praca fizyczna, której poświęcają się każdego dnia, by polepszać swoje sportowe możliwości, przybliża ich do osiągania coraz większych trofeów. Jak ukazałam w  artykule, to właśnie tacy zawodnicy – doskonale przygotowani fizycznie – są w stanie korzystać z potęgi umysłu. Nie będzie chyba przesadą wysunięcie hipotezy, iż to właśnie w  głowie równorzędnych graczy stających naprzeciwko siebie, tli się mistrzostwo. Bibliografia: Aleksandra Łuszczyńska, Psychologia sportu i aktywności fizycznej. Zagadnienia kliniczne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011



Natalia Kosiarczyk


54 | dział

il. Ania Pikuła

Nie opuszczę Cię aż do śmierci... Powiedz, że tak nie jest. Nie zgódź się z moim zdaniem. Dobrze, ale przecież oboje doskonale wiemy, że każdy człowiek, nawet ten najbardziej zatwardziały, marzy o osobie, która go pokocha... każdy chce kochać i być kochanym... każdy chce doświadczyć bliskości drugiej osoby...poczuć jak to jest kogoś przytulić, pocałować... Jak to jest śmiać się razem... Jak to jest patrzeć komuś w oczy i widzieć tam samego siebie... każdy marzy o swoim księciu z bajki (lub księżniczce)... niezaprzeczalnie i bezapelacyjnie każdy – nawet osoba upośledzona umysłowo... a może szczególnie ona?

TOUCHÉ | lipiec 2012


psychologia | 55

Życie człowieka jest nierozerwalnie związane z rodziną. Rodzina to prymarne środowisko rozwojowe i wychowawcze każdego z nas. Tu przecież dziecko przychodzi na świat, uczy się wszystkiego od maleńkości, rozwija się, wychowuje... Nawet dziecko lekko upośledzone umysłowo... Dziecko to także dorasta i chce, a nawet czuje głęboką potrzebę założenia własnej rodziny. Spójrzmy na tę rodzinę z dwóch stron. Pierwsza i pierwotna rodzina jest rodziną generacyjną, czyli tą, w której człowiek się rodzi, wychowuje, kształtuje swój charakter i osobowość, dorasta. Drugą rodziną jest rodzina prokreacyjna, czyli ta jaką człowiek chce sam założyć i która będzie generacyjną dla jego dzieci. W toku rozwoju człowieka nieustannie zmieniają się role społeczne pełnione przez niego. Nie jest już dzieckiem, ale staje się osobą dorosłą, pomimo swojej niepełnosprawności intelektualnej stopnia lekkiego. I chce być traktowany jako osoba dorosła. I chce posiadać swoją prokreacyjną rodzinę. Dlatego ciekawym tematem jest analiza zdolności podejmowania ról małżeńskich przez osoby niepełnosprawne umysłowo, które muszą przezwyciężyć szereg barier wynikających z ich stanu mentalnego (upośledzenie) jak i barier środowiskowych i społecznych. „Wyszłam za mąż, zaraz wracam...” Przeprowadzono do tej pory dość dużo badań, które ujawniają, że osoby z lekkim upośledzeniem umysłowym nie podejmują ról małżeńskich na równi z pełnosprawnymi ludźmi. W grupie ludzi upośledzonych, aż 75% to panny lub kawalerowie, natomiast wśród zdrowych ludzi to zaledwie 30%. Analizując to zjawisko z perspektywy płci, badania wykazują, że znacznie więcej kobiet niż mężczyzn z lekkim upośledzeniem umysłowym zawarło związek małżeński. W przypadku pełnosprawnych ludzi jest to porównywalna liczba, niezależna od płci. Wiemy także, że mężczyźni pełnosprawni znacznie częściej od upośledzonych umysłowo podejmują role małżeńskie. W badaniach poddano uwadze także wiek zawierania tychże małżeństw. Okazało się, że średni wiek zawieranych małżeństw przez osoby upośledzone był nieco wyższy niż pełnosprawnych intelektualnie i wynosił 22,9. Kobiety niepełnosprawne intelektualnie zawierają małżeń-

TOUCHÉ | lipiec 2012

stwa nieco później niż ich pełnosprawne rówieśnice. Wynika to z faktu dojrzałości do pełnienia określonych ról społecznych, a takowa jest przecież rola żony. Powyższe fakty są istotnym zaprzeczeniem obiegowych opinii o pochopnym i zbyt szybkim zawieraniu związków małżeńskich przez osoby upośledzone umysłowo w stopniu lekkim. Okazuje się bowiem, że istnieje wręcz przeciwna tendencja... „Może rosną im już pisklęta... ?” Część małżeństw zawartych przez osoby upośledzone umysłowo zdecydowały się także na proces prokreacji i podjęły, obok ról małżeńskich, także role rodzicielskie. Ponadto nie różnili się oni liczbą posiadanych dzieci od małżeństw pełnosprawnych. Tyle tylko, że w procesie porównania wyników badań zauważalna jest tendencja do podwyższania wieku zakładania rodziny u małżeństw niepełnosprawnych. Badacze stwierdzają, że występuje zróżnicowanie w zakresie podejmowania ról małżeńskich między kobietami a mężczyznami z lekką niepełnosprawnością intelektualną – oznacza to, że kobietom łatwiej zawrzeć małżeństwo, a następnie pełnić role rodzica, niż mężczyznom. Badacze wyjaśniają to odmiennym nastawieniem dziewcząt, które wyżej oceniają swe możliwości, akceptują siebie, posiadają wyższą samoocenę i poczucie własnej wartości. Ponadto mają wyższe umiejętności społeczne i osobiste niż mężczyźni. „Wszyscy chcą kochać, aż do utraty tchu... Zmysły postradać – bezpowrotnie!” Wszystkie te badania dowodzą jednak, że osoby z lekkim upośledzeniem umysłowym mają trudności w zawieraniu bliższych kontaktów interpersonalnych, które prowadziłyby w przyszłości do zawarcia przez nie małżeństwa. Konkluzje te wskazują na możliwości i ograniczenia tych osób w zakresie podejmowania przez nie podstawowych ról społecznych adekwatnych dla człowieka dorosłego. Fakt, że osoby te trzeba bardziej uświadamiać i edukować w zakresie samodzielności, obowiązków i praw panujących między ludźmi, odpowiedzialności za własne czyny czy też w zakresie funkcjonowania instytucji rodziny, seksualności tych osób i procesu prokreacji. Ale mimo to, zastanawia mnie, dlaczego tak jest? Dlaczego tak źle traktujemy tych ludzi? Czy niepełno-

sprawny znaczy gorszy? Przecież Ci ludzie mimo niższego IQ mają takie samo serce jak pełnosprawni ludzie. To serce także jest ogromne, dobre i kochające. Bije tak samo - bije dla innych. Różni się tylko tym, że potrzebuje więcej miłości i akceptacji ze strony bliźnich niż normalne serce. Niestety stosunek współczesnego społeczeństwa do osób niepełnosprawnych, szczególnie niepełnosprawnych intelektualnie, jest bardzo negatywny, a co dopiero jeśli mówimy o zakładaniu przez nie rodzin czy o legalizacji ich związków. Pomyślcie sami ile razy zdarzyło się Wam skrzywić na widok takich osób – par trzymających się za ręce, całujących się lub przytulających, ale jednak niepełnosprawnych intelektualnie. Ile razy pomyśleliście sobie: „O Boże, co za okropność!” lub „Skandal, oni nie powinni tak robić, jeszcze będą z tego kłopoty” , „O fuj, jakie to odrażające” , „O matko, wstydu nie mają!” lub taki widok wzbudzał w Was salwy śmiechu itp.? Ale może warto spojrzeć na te osoby inaczej, normalniej i cieszyć się ich szczęściem, tym że kogoś kochają i są kochane... a na niepełnosprawność spuścić zasłonę milczenia? Przecież kiedy widzimy naszych pełnosprawnych znajomych to jakoś potrafimy cieszyć się ich szczęściem i nie mamy z tym problemu. Pomyślmy, czyż wtedy świat nie byłby piękniejszy...? Osobiście znam i podziwiam osoby niepełnosprawne intelektualnie, które wstąpiły w związek małżeński i funkcjonują jako rodzina, czasami dużo lepiej niż rodziny założone przez osoby zdrowe. Podziwiam ich przede wszystkim za odwagę - oni udowodnili swoją postawą, że każdy ma prawo do miłości! Każdy może tę miłość dawać i ją otrzymywać! Każdy pragnie mieć u swojego boku tę drugą osobę, z którą idzie przez życie, która jest mu oparciem, która go wysłucha, pocieszy, ale też będzie się z nim radowała i świętowała! Tę jedną osobę...jedyną na świecie...tę wyjątkową! Bo miłość góry potrafi przenosić! Życzę Wam z całego serca, Drodzy Czytelnicy, więcej tolerancji i akceptacji, a najbardziej życzę Wam miłości, która nie widzi barier. Bibliografia: Z. Janiszewska-Nieścioruk, Człowiek z niepełnosprawnością intelektualną



Natalia Tarabuła


56 | dział

TOUCHÉ | lipiec 2012

TOUCHÉ lipiec 2012  

Jedyne takie pismo w sieci. Dla kobiet i o kobietach takich jak Ty - femme nie znaczy przecież fatale!

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you