MM Trendy #11 (56)

Page 1

LISTOPAD 2017 NUMER 11 (56) / WYDANIE BEZPŁATNE

Wojciech Waglewski dziś po prostu jest inaczej

Edytorial

Restaurant Week

Historia

Stylowa ucieczka z miasta

Dlaczego tak kochamy jeść

Kolorowe ptaki w szarej masie



#11

#spis treści listopad 2017

30

Restaurant Week

#06 Newsroom

Design, moda, wydarzenia

# 14 Felietony

Paweł Krzych: samotni nie chodzą do kina Paweł Flak: bourbon czy whisky

# 38 Historia

# 64 Styl życia

# 18 Temat z okładki

# 40 Rozrywka

# 66 Pasja

Waglewski mówi: dziś jest inaczej

Lokacje alternatywne

# 30 Kulinaria

# 44 Kultura

# 70 Trendy towarzyskie

Dlaczego kochamy jeść

Kolorowe ptaki w szarej masie

Kino, muzyka i wydarzenia w listopadzie

Kosmetyki naturalne.

25 aut każdego roku

Kto, z kim, kiedy i dlaczego

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

3


| OD REDAKTORA |

#okładka: NA ZDJĘCIU WOJCIECH WAGLEWSKI FOTO JACEK POREMBA

#11

Do It Yourself. Bardziej swojsko, w języku polskim brzmi to: zrób to sam. Działaj. Twórz. Buduj alternatywę dla głównego nurtu, hołdującemu z reguły masowym i nieszczególnie wyszukanym gustom. To trudna i często pokręcona droga, ale ile potrafi dać satysfakcji. Od początku swojej kariery kroczy nią Wojciech Waglewski. Kompozytor, gitarzysta, producent, (współ)twórca formacji Osjan czy Voo Voo, z którym to zespołem wciąż nagrywa dobrze sprzedające się albumy. Robi to bez setki doradców od brzmienia, wizerunku, social mediów, targetów, stylistów fryzur, wizażystów i tak dalej. Jest po prostu sobą a nie wymyślonym na okoliczność dwóch najbliższych sezonów branżowym produktem. To trochę dziwne pisać o nim: muzyczna alternatywa, skoro facet robi po prostu swoją robotę. Ale jeśli mainstream wygląda tak bardzo źle, jak możemy to oglądać w telewizji (publicznej czy prywatnej) po godz. 20 w weekendy, to nie ma się czemu dziwić. Stracić twarz można na całe życie. Waglewski nigdy nie postawił fałszywego kroku. Warto go za to cenić. Tym numerem magazynu rządzi więc alternatywa. Wchodzimy do różnych miejsc w mieście, które uchodzą za alternatywne i w pełni zasłużyły na takie miano. To (często dość oblegane) kluby, serwujące rozrywkę niespotykaną w pierwszej lepszej dyskotece. Kto chce, na pewno znajdzie wśród nich ofertę dla siebie. Alternatywy szukamy także w świecie zapachów, gdzie prym wiodą mydła czy perfumy wytwarzane „domowymi” metodami. Odkrywamy również kartę alternatywnej historii miasta, poszukując śladów szczecińskich dzieci-kwiatów lat 70. XX wieku. A na deser, już nieco mniej alternatywnie, zgłębiamy restauracyjną scenę miasta, idąc śladami zakończonego niedawno Restaurant Week oraz oglądamy motoryzacyjną pasję zbierania modeli aut oczami dorosłego człowieka. Nigdzie nie znajdziecie takich fajnych materiałów o mieście, jak u nas.

Jarosław Jaz / Redaktor naczelny

4

#redakcja Nowy Rynek 3, 71-875 Szczecin tel. 91 48 13 341; fax 91 48 13 342 mmtrendy.szczecin@polskapress.pl www.szczecin.naszemiasto.pl/mm-trendy Redaktor naczelny: Jarosław Jaz Product manager: Karolina Naworska Producent: Agata Maksymiuk Promocja i marketing: Agnieszka Stach Redakcja: Celina Wojda, Bogna Skarul, Małgorzata Klimczak, Tomasz Kuczyński, Anna Folkman Dział foto: Sebastian Wołosz, Andrzej Szkocki Skład magazynu: Ewa Kaziszko MOTIF studio Dystrybucja: Piotr Grudziecki Druk: COMgraph Sp. z o.o. Prezes oddziału: Piotr Grabowski Reklama: tel. 697 770 172, ewa.zelazko@polskapress.pl Wydawnictwo: Polska Press Grupa sp. z o.o. ul. Domaniewska 45, 02-672 Warszawa Prezes: Dorota Stanek

Dołącz do nas na www.facebook.com/ MagazynMMTrendy oraz Instagram.com/mm.trendy



| NEWSROOM |

#5 seriali, które musisz obejrzeć by Agata Maksymiuk

1. Stranger Things 2 Bliźniacy Duffer ponownie

zapraszają na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Jedenastką i starszym (a na pewno większym) bratem Demogorgona. Drugi sezon Stranger Things to najgorętsza premiera jesieni. Spotkamy potwory, których nie powstydziłby się Lovecraft, wejdziemy w sytuacje rodem z powieści Kinga, przypomnimy sobie takie przeboje, jak Ghostbusters, E.T. czy The Goonies, a głośniki wypełnią się ścieżką dźwiękową pełną od syntezatorów.

2. Belfer 2 Nowe miasto, nowa klasa i nowi uczniowie, ale zasady te same. Jakub Żulczyk, pisarz i scenarzysta tym razem zapuścił wici wokół wrocławskiego liceum, w którym coś zgrzyta. Maciej Bochniak i Krzysztof Łukaszewicz, reżyserzy, zaciskają kadry i ani przez minutę nie starają się rozrzedzić gęstej atmosfery. I tylko Maciej Stuhr w roli nauczyciela Pawła Zawadzkiego zakasa rękawy, by rozplątać to, co ci trzej naplątali. W szkole toczy się mordercza gra i trzeba ją rozwikłać. 3. Wataha Polskie seriale nigdy nie miały się tak

4. Peaky Blinders Cokolwiek się nie wydarzy, jedno jest pewne – poleje się krew. Thomas Shelby opuści wiejską posiadłość i wróci na ulice Birmingham, jego bracia wyjdą z więzienia, gang Peaky Blinders zjednoczy się. Biznes Cyganów przyciągnie do Anglii Włochów, którzy chętnie przejęliby interes. Wokół jak wilki będą krążyć Żydzi, czekając na pierwsze potknięcia. Wojna rozpęta się na dobre. 5. Mindhunter Była książka, jest i film. Podobno to historia oparta na faktach, podobno od czasów pierwszego sezonu „Detektywa” nie było tak dobrego serialu, podobno będzie drugi sezon. Na pewno warto wyjąć z życia 10 godzin i oddać je Netflixowi, by się o tym przekonać. Akcja serialu zabiera widzów do 1979 roku, by wraz z dwoma agentami FBI wejść do głowy najbrutalniejszym i najsprytniejszym mordercom.

6

Foto: Sebastian Wołosz

dobrze. Szczególnie, kiedy na planie spotykają się reżyserzy Kasia Adamik oraz Jan P. Matuszyński. Akcja drugiego sezonu toczy się na pograniczu polsko-ukraińskim. Rebrow jest poszukiwany listem gończym, Natalia Tatarkiewicz nie żyje, a tytułowa wataha odkrywa 21 ciał. Trup ściele się gęsto.

Nowy Concept Store otwiera się na Szczecin Uznane światowe marki oraz polskie projekty: przy alei Wojska Polskiego ruszył nowy butik z odzieżą i biżuterią – MoMo. Podczas oficjalnego otwarcia można było wziąć udział w konsultacjach stylistycznych z Zosią Ślotałą, stylistką i projektantką. Na półkach i wieszakach czekają oryginalne projekty, zarówno te streetwearowe, jak i bardziej eleganckie. Za butik odpowiada szczecinianka Marzena Ościńska. Więcej na FB: @salonmomoconceptstore. (am)



| NEWSROOM |

Foto: Archiwum

BMW Jazz Club prezentuje: Nowe Pokolenia

Zmysłowy głos Mor Karbasi Mor Karbasi wystąpi 6 listopada o godz. 19 w Filharmonii. Charyzmatyczna wokalistka uważana jest za następczynię Yasmin Levy. Jej twórczość to wędrówka wzdłuż brzegów Morza Śródziemnego, śladami Żydów sefardyjskich wypędzonych w XV wieku z Hiszpanii. Mor Karbasi śpiewa jak nikt inny - jej głos niesie cały wachlarz emocji: radość, smutek, tęsknotę, melancholię. Gwiazda zabłysła na scenie world music w 2008 r., kiedy wydała swój debiutancki album „The Beauty and the Sea”. Artystka unikalnym stylem śpiewania, wyjątkową wrażliwością i niezwykłym połączeniem różnorodności śródziemnomorskich gatunków muzycznych oczarowała słuchaczy. (red)

8

Już w grudniu odbędzie się XII edycja BMW Jazz Club. Najnowsza odsłona projektu nosi tytuł „Nowe Pokolenia”. Dyrektor artystyczną i wokalistką jest polska artystka o światowej renomie – Aga Zaryan. Koncert będzie jednocześnie premierą projektu muzycznego artystki, powstałego specjalnie na potrzeby tego wydarzenia. Zaryan do udziału w projekcie zaprosiła kilkudziesięciu młodych muzyków klasycznych, grających w składach Młodej Polskiej Filharmonii i Orkiestry Akademii Beethovena. Koncert to połączenie młodzieńczej energii i wirtuozerii oraz innowacyjnego podejścia do muzyki. BMW Jazz Club pojawi się w Szczecinie 12 grudnia w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza. Bilety można kupić na www.eventim.pl, a także poprzez specjalną aplikację dostępną na fan page’u BMW na FB. (am)


Daj się zainspirować! Meble na wymiar Twoich oczekiwań.


| NEWSROOM |

Szczecinianie podbili internet

Za nami kongres „Maksimum Osiągnięć” Październik w Szczecinie zwieńczył kongres „Maksimum Osiągnięć”, którego gwiazdą był Brian Tracy, światowy autorytet w dziedzinie psychologii osiągnięć, zarządzania czasem i sprzedaży. Podczas całodniowego eventu goście wysłuchali prelekcji m.in. Rahima Blaka, CEO i założyciela grupy ClickCommunity - agencji social media oraz platformy aplikacji click apps oraz Adama Gnycha, trenera, konsultanta, doradcy i coacha. Uczestnicy kongresu stanęli przed szansą poznania technik wyznaczania jasnych celów i tworzenia planów ich realizacji, budowy klarownej komunikacji w biznesie, efektywności, a także kreowania siebie w relacjach zawodowych jak i prywatnych. Spotkanie było też okazją do nawiązania nowych relacji biznesowych z przedsiębiorcami, przedstawicielami firm oraz trenerami biznesu. (am)

10

Foto: Archiwum

W niespełna miesiąc od publikacji, cover piosenki Depeche Mode „Enjoy the silence” w wykonaniu członków Zespołu Pieśni i Tańca „Szczecinianie” zdobył niemal pół miliona odsłon w serwisie YouTube, a świeżo po nagraniu trafił na Facebooka oficjalnego profilu brytyjskiej grupy, który śledzi ponad 7 mln miłośników Depeche Mode z całego świata. Utwór pojawił się w Internecie za sprawą Tulii, 24-letniej studentki ze Szczecina, która na 24 godziny przejęła Facebooka brytyjskiej grupy. - Na nagranie mieliśmy niewiele czasu - wyjaśnia Tulia.-. W coverze wystąpiły moje koleżanki, które są solistkami, akordeonista oraz pani Sylwia, skrzypaczka prywatnie wielka fanka Depeche Mode. Nagranie powstało w dwie godziny. (am)

Kobiety w Arenie. Przyłącz się 16 listopada o godz. 17 w Arenie Szczecin odbędzie się druga odsłona wyjątkowego wydarzenia o nazwie Arena Kobiet. To spotkanie i warsztaty kierowane do pań. Tym razem na temat prawa, biznesu i kobiecości. Rejestracja trwa, wstęp jest bezpłatny. Arena Kobiet to wydarzenie, które powstało w ramach organizacji Projektu Zmiana. Zostało stworzone, by każda kobieta mogła odkryć nową, lepszą wersję siebie. Arena Kobiet tym razem będzie zdeterminowana trzema hasłami: „Kobieta i prawo”, „Kobiecy biznes” oraz „Mój kawałek kobiecości”. W każdej z dziedzin wypowiedzą się zaproszone prelegentki. By wziąć udział w spotkaniu, należy zarejestrować się na stronie evenea.pl. Wstęp jest bezpłatny. Organizatorkami są: Joanna Dudziak, Nina Kaczmarek, Anita Gałek. (af)



Foto: Sebastian Wołosz

Foto: Sebastian Wołosz

| NEWSROOM |

Autoshow, czyli szybkie auta i piękne kobiety Premiery aut, pokazy twerku, występy gwiazd – tak wyglądał tegoroczny szczeciński Autoshow, największe targi motoryzacyjne w naszym regionie. W tym roku wydarzenie odbyło się w siedzibie Międzynarodowych Targów Szczecińskich. Podczas imprezy można było podziwiać nie tylko nowości od dealerów, ale też prezentacje klasyków motoryzacji oraz popisy na motocyklu Hard Enduro. Nie zabrakło sprzętu tuningowego, car audio i narzędzi dla warsztatów samochodowych. Odwiedzający mogli zapoznać się również z ofertami firm ubezpieczeniowych, wypożyczalni aut, serwisów samochodowych, hurtowni motoryzacyjnych, motocyklowych i firm z akcesoriami. Wśród wystawców pojawili się m.in. Autonovum i Grupa GEZET. Dwudniową imprezę uświetnił występ Mistrzów Twerku, a całość zwieńczył koncert rapera i miłośnika motoryzacji - Tede. (am)

12

Zosia Ślotała w butiku dla dzieci Gratka dla mam, raj dla najmłodszych - w Szczecinie pojawił się nowy, dziecięcy butik - Niebieskie Migdały. Butik ma charakter nie tylko sklepu, ale też pracowni. Na otwarciu pojawiła się Zosia Ślotała, stylistka, projektantka, a prywatnie mama dwójki maluchów. Podczas wydarzenia celebrytka opowiedziała o stworzonej przez siebie marce eleganckich ubranek, zaprezentowała wybrane kreacje, a także podzieliła się kilkoma radami z innymi mamami. Wśród gości były także Agnieszka Kowalewska, autorka bloga Mamowymi Oczami z córką Amelką. Butik to inicjatywa dwóch szczecinianek: Marzeny Ościńskiej i Julii Winiarskiej-Och. Więcej na FB: Niebieskie Migdały. (am)


Profesjonalna pielęgnacja i zaawansowana kosmetyka pojazdów

Chcesz, aby Twoje auto lśniło przez lata?? · polerowanie lakieru · zabezpieczanie nowych i używanych aut powłokami ceramicznymi · aplikacja wosków naturalnych i syntetycznych · kompleksowe czyszczenie wnętrz · pranie tapicerek materiałowych · czyszczenie tapicerek skórzanych · przygotowywanie aut do sprzedaży

Zadzwoń do nas i umów się już dziś - 881 27 27 25 Niech Twoje auto zabłyśnie! Bohaterów Warszawy 66, Nowogard

www.shiningbeauty.pl

www.facebook.com/SB.autodetailing


| FELIETON | #okiem blogera

#samotni nie chodzą do kina Katarzyna Groniec śpiewała w jednej ze swoich piosenek: „Samotni nie chodzą do kina […] Bo wstyd prosić o jeden bilet”. Mimo wszystko spróbuję. Nieśmiało przy kasie wypowiadam zwrot: „poproszę jeden bilet”. Idę dziś na film jako Twój zaoczny przewodnik. Pozwól, że opowiem o kinie w Szczecinie. Będzie filmowo, ale i alternatywnie. No to chodźmy. Światła gasną i słychać mój głos, a na ekranie wyświetlają się pierwsze historyczne migawki filmowe. Szczecin. Druga połowa XX wieku. Szczecinianie uwielbiają chodzić do kina. W latach 50. jest już w czym wybierać, gdzie pójść na seans filmowy. 7 propozycji, m.in. Kino „Przyjaźń” (Dąbie), „Odra”, „Polonia”/„Młoda Gwardia, kino wojskowe „Mars” (ul. Wawrzyniaka). Z biegiem czasu kina są jeszcze bardziej w zasięgu ręki, bo praktycznie uruchamiane są w każdej dzielnicy. Niektóre z nich będą niezwykle popularne przez długie lata. W 1959 roku powstaje kino „Kosmos”, a dwa lata wcześniej kino „Delfin”. Kolejne miejsca pojawiają się niczym grzyby po deszczu, w 1965 roku mamy do dyspozycji 25 kin! A co powiesz na seans pod chmurką, pewnego rodzaju modyfikację kina samochodowego? Podejrzewam, że może być trudno o samochód (może ktoś ze znajomych ma, wszak mamy rok 1965). Ale to nic nie szkodzi. Zapraszam do kina Bałtyk, do kina ogrodowego, gdzie filmy można obejrzeć, siedząc na ławce. Albo do kina „Derby” przy Bramie Portowej. Obejrzysz film, napijesz się szczecińskiego piwa, a także obstawisz wynik wyścigów konnych (legalnie, bez obaw, że zaraz przyjedzie policja). Pyk! I jesteśmy w latach 90. Z 4 milionów widzów w latach 60., do kin chodzi dziesięciokrotnie mniej (ach ta cholerna telewizja!). Tutaj od razu nie sposób nie wspomnieć o kinie „Pionier”, które

14

może poszczycić się wpisem do księgi rekordów Guinnessa (w 2005 roku), jako najdłużej działające kino na świecie. Jest się czym chwalić. Obok kino „Kosmos” z wielką ekspozycją plakatów aktualnie granych filmów. Powiem Ci w sekrecie, że jak pójdziesz do wypożyczalni kaset video w tym budynku i ładnie poprosisz, to może uda Ci się dostać jakiś plakat! Czad, co nie? Kawałeczek dalej kino Colosseum, studyjne kina „Zamek”, „Pałacowe”, „Kontrasty”, „Korab”, „Mewa”. Te dwa ostatnie odwiedzamy często razem z moimi kolegami i koleżankami z klasy II b Szkoły Podstawowej nr 18 im. Józefa Bema. Nieważne, czy idziemy na najnudniejszą ekranizację najnudniejszej lektury szkolnej. Zawsze jest to lepsze niż lekcje. Soczek w kartoniku, kanapka przygotowana przez mamę. Nie pamiętam, by wtedy w kinach podawali popcorn. Czasy mocno się zmieniają wraz z wejściem multipleksów. Multikino i Helios (a potem jeszcze jeden na prawobrzeżu). Większość konkurencji nie wytrzymuje. Zamyka się Kosmos, Colosseum, Delfin. Podobny los spotyka Kontrasty (przestaje istnieć cały klub). Rok 2017. Na kinowej mapie Szczecina mamy Multikino, Helios (dwie sztuki), Pionier, Zamek. Google pokazuje tylko te pięć, ale mnie nie oszukają. Dobre filmy można obejrzeć jeszcze w Szczecińskim Inkubatorze Kultury oraz w Miejskim Ośrodku Kultury Dąbie. Warto śledzić rozkładówkę wydarzeń. Na moje polecenie zasługują też cykliczne projekcje kina kanapowego w Hormonie. Regularnie, co tydzień serwowane są nam najciekawsze filmy, najczęściej spoza głównego nurtu. Żeby jednak nie było, że multipleksy to tylko wielkie kubły popcornu, cola w wiadrach i same blockbustery (sam czasami lubię), to rekomenduję środowe seanse w ramach cyklu „Kino konesera”.

Bez obaw, koneserem filmowym nie trzeba być, aby się na to wybrać. Jak piszą organizatorzy „prezentowane tam filmy to najczęściej niszowe dzieła z niebanalną fabułą i inteligentnym humorem”. Pod wielkim wrażeniem jestem, jak przed seansem filmowym jest zawsze wprowadzenie, komentarz prowadzących. Raz się nawet załapałem na konkurs filmowy (i wygrałem! Zestaw: książka, film oraz CD). Z kolei na projekcjach w Hormonie lub Starej Rzeźni nie brakuje spotkań ze znanymi ludźmi. Ostatnio odbyło się spotkanie z Aleksandrem Dobą tuż po seansie filmu „Happy Olo”. Szczecin to też festiwale filmowe, ale temu trzeba poświęcić osobną publikację. Ilu szczecinian w miesiącu teraz chodzi do kina? Myślę, że dużo mniej niż w latach 90. (Ach ten cholerny Netflix!)

Paweł Krzych autor najpopularniejszego szczecińskiego bloga www. szczecinblog.pl oraz strony na FB Uśmiechnij się - jesteś w Szczecinie. Lokalny patriota. Pasjonat Szczecina, nowych mediów oraz podróży.



| FELIETON | #kultura picia

#bourbon czy whisky? Z pozoru niby to samo. Choć amerykańską „whiskey” i szkocką „whisky” dzieli w nazwie jedna litera... Nawet kolor może być łudząco podobny... W obu przypadkach bywa, że jest efektem użytej beczki i to byłby jakiś wyznacznik! Bywa jednak częściej, że jest wynikiem dodania barwnika. Gdy na etykiecie nie znajdziemy informacji typu „natural colour”, niemal zawsze możemy być pewni, że kolor nie jest naturalny. Producenci przyznają się do stosowania karmelu „dla wyrównania odcieni” kolejnych multicaskowych partii whisky. Wcale nie chodzi im o to, że ciemniejsza whisky sprzedaje się lepiej... Twierdzą też, że jego zastosowanie nie ma wpływu na smak... Dochodzimy do pierwszej różnicy. Szkoci mocą ustawy mogą „podrasować” swoją whisky jedynie za pomocą naturalnego barwnika – karmelu o symbolu E150a. Amerykanie nie szczypią się i masowo dodają do swojej whiskey barwnik o niewinnie brzmiącej nazwie „karmel amoniakalno-siarczynowy E150d”. Nazwa nie jest przypadkowa. Jest to naturalny barwnik E150a, tylko modyfikowany chemicznie. Otrzymywany w wyniku podgrzewania cukrów w obecności kwasu siarkowego oraz związków amoniaku. Myślisz sobie, no nie! Mój „Dżak Beam’s” tego nie ma. Przecież napisaliby na etykiecie..., a świstak siedzi i zawija te sreberka... Bez paniki! WHO zaleca jedynie ostrożność i ograniczone spożywanie produktów zawierających karmel amoniakalno-siarczanowy. Może i dobrze, bo whiskey w nadmiarze i tak szkodzi (he he). Kolejna różnica to rodzaj zboża używanego do produkcji spirytusu. Głównym ziarnem, stosowanym w USA do produkcji whiskey, jest słodka kukurydza. W Szkocji do produkcji najlepszych whisky używa się jedynie słodu jęczmiennego.

16

Oba destylaty, zanim trafią do beczki, charakteryzuje jedno podobieństwo. Są często tak paskudne i niepijalne, że aby nazywały się whisky/whiskey, mają obowiązek starzenia w dębowych beczkach - przez minimum 3 lata w Szkocji i 2 lata w USA. Miałem okazję kilkukrotnie spróbować świeżych destylatów, tzw. „new make” lub „white dog”, które beczki „nie widziały” i wrażenia były niezapomniane... Bywały wyjątkowo palące, przesiąknięte kiszonką i siarkowodorem oraz pozostawiające zalegający niesmak... Nic dziwnego, że za karę trafiają na lata do beczki… Najważniejszą cechą odróżniającą oba destylaty jest rodzaj drewna używanego do procesu dojrzewania whisky. W Stanach Zjednoczonych od lat działa silne lobby bednarzy, którzy chcąc zachować miejsca pracy, wymusili na władzach regulacje nakazujące produkcję bourbonu jedynie w nowych beczkach. Szkoci z kolei uważają, że świeża beczka - podobnie jak samochód, wymaga wstępnego „dotarcia”, aby można było wlać do niej destylat whisky. Przede wszystkim zależy im, aby przed wlaniem swojego destylatu do beczki, najpierw inny alkohol wypłukał z niej wszystkie efekty uboczne stosowania surowego drewna. Mowa tu o nadmiernej woskowości, zbyt mocno ściągających język taninach, garbnikach, ligninach, posmaku politury, lakierów do drewna i parafiny. Obecnie Szkoci najczęściej stosują beczki po bourbonie, czyli amerykańskiej whiskey :) Niegdyś masowo stosowali beczki po hiszpańskim wzmacnianym winie - sherry. Obecnie, wraz z malejącą popularnością tego trunku, beczki po sherry stały się „dobrem luksusowym”... Zdarzają się też Szkotom eksperymenty pod tytułem - wlejmy destylat do surowej beczki! Muszę jednak powiedzieć, że wszelkie edycje whisky z tzw. „fresh oak”, które próbowałem, miały coś zniechęcającego...

Beczka ma zbawienny wpływ dla destylatu. Alkohol w miarę leżakowania uspokaja się, układa i łagodnieje. Może wydobyć pozytywne sensorycznie akcenty whisky. Beczka jest też dla tego alkoholu jedyną „przyprawą”. Ślad, który wywarł na drewnie beczki poprzedni alkohol (bourbon, wino, rum, cognac, etc.), przenika do znajdującej się w niej whisky. Beczki po bourbonie mogą wzbogacić whisky np. o akcenty kwiatowe, jabłkowe, miodowe, czy woskowe. Beczki po sherry dodają całą paletę smaków kojarzących się z ciemnymi owocami, przecierami, konfiturami, przyprawami korzennymi, a nawet z prochem strzelniczym... Z mojego doświadczenia wynika też, że długie dojrzewanie whisky w beczkach może wpłynąć nań bardzo korzystnie, natomiast bourbon whiskey im starszy tym gorszy...

Paweł „Pawloff” Flak urodzony w pięknym mieście Szczecin, koneser Single Malt Whisky, moderator na forum BestOfWhisky.pl, miłośnik klasyki rocka oraz entuzjasta gitary elektrycznej


Zbliża się okres wigilii firmowych, spędź ten wieczór w Ruszt Grill House. Krzywoustego 14, Szczecin / Rezerwacje: 790 380 876 FB: @RusztSzczecin / Insta: @RusztGrillHouse



| TEMAT Z OKŁADKI |

ś i z d u st o r p o p jestej z c a in Wojciech Waglewski Gitarzysta, kompozytor, aranżer i producent. Lider zespołu VooVoo. Od ponad 40 lat na scenie. Lista artystów, z którymi współpracował jest długa: Stańko, Peszek, Kazik, Raz Dwa Trzy, Maleńczuk… W Szczecinie wystąpił ostatnio z synami Fiszem i Emade. Jak mówi - życie bez sztuki jest zdecydowanie uboższe. Tylko, ile dziś zostało dla niej miejsca? ROZMAWIAŁA AGATA MAKSYMIUK / FOTOGRAFIE JACEK POREMBA / SEBASTIAN WOŁOSZ

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

19


| TEMAT Z OKŁADKI |

To zacznijmy od ostatniej płyty Voo Voo „7”. Oprócz tego, że to naprawdę świetny album, trochę poprzestawiał nam kalendarze, bo zaczyna tydzień od środy. Skąd ta kolejność? - Pewnie tak było, że w środę zacząłem pisać. Później pomyślałem, że każdy głupi by wymyślił, że tydzień zaczyna się od poniedziałku, więc zacząłem od środy. Ale można dorobić do tego taką gębę, że my pracujemy w weekendy, kiedy państwo odpoczywa, a kiedy my odpoczywamy, wtedy państwo idzie do pracy. I tak poniedziałek, wtorek, środa to czas odpoczynku. Czwartek, piątek, sobota i niedziela to dni pracy. Czyli ta „7” to po prostu tydzień? Kiedy przeglądałam wywiady z Panem zauważyłam, że dość często ją Pan wymienia. - Zaczęło się od tego, że siódemka funkcjonuje u mnie w życiu osobistym i rodzinnym od wielu lat. Przewija się w postaci numerów mieszkań, tablic rejestracyjnych albo pinów. Siódemka ciągnęła do nas, a my do niej. Może to dlatego, że łatwo ją zapamiętać? Może to ładny znak graficzny? W każdym razie siódemka jest jedną z najciekawszych i najpozytywniejszych liczb w historii. We wszystkich kulturach i religiach to bardzo mocna liczba, oznacza m.in. siłę i spokój. A czy w muzyce wciąż jest miejsce na takie rozważania? Pana muzyka od zawsze kojarzyła mi się ze sztuką i to z najwyższej półki. Każdy utwór to oddzielna historia, opowiedziana od początku do końca, ale też inny obraz, do którego można wrócić po jakimś czasie i odczytać go zupełnie na nowo. Czy tak powinno się odczytywać dziś muzykę? Nie tylko tę, którą Pan tworzy, ale muzykę w ogóle? W ostatnich latach komercjalizacja wiele jej odebrała. - To dotyczy nie tylko muzyki. Dotyczy stylu bycia, dotyczy miejsca sztuki w życiu. Są ludzie, którzy tak sobie układają życie, że sztuka nie jest im w ogóle potrzebna. Coraz większa społeczność traktuję ją „jako taką” – coś, co fajnie wygląda na ścianie w mieszkaniu, bo tak im architekt zaproponował, albo coś, przy czym się dobrze pije wódkę. Są ludzie, dla których sztuka nie wiąże się z żadnym manifestem, żadnym sposobem na życie. Takie podejście w połączeniu z - delikatnie mówiąc mierną promocją sztuki, jeśli w ogóle możemy mówić w Polsce o promocji sztuki i estetyki, składa się w taki model, który może być rozczarowaniem. W zasadzie, biorąc to pod uwagę, rzeczą oczywistą jest, że nagle telewizję publiczną opanowuje disco polo, że chamstwo występuje jako element walki z poprawnością polityczną, a architektura jaka jest - taka jest i, że to wszyst-

20

ko dzieję się ku radości całego narodu. To co, pogubiliśmy się? - Trzeba mocno się w piersi uderzyć i rozejrzeć po okolicy, żeby zobaczyć, że jeśli chodzi o preferencje estetyczne, to gdzieś się pogubiliśmy. Ale nie wiem, w którym wieku… część twierdzi, że to była komuna. Na pewno komuna miała w tym największy udział, ale wcześniej też rozbiory spowodowały, że udział sztuki w naszym życiu stał się dosyć platoniczny. Polityków żadnej opcji sztuka w ogóle nie interesowała i nie interesuje nadal. Z drugiej strony, sztuka przez wielkie S i wielkie Z jest jedynym i chyba największym dorobkiem chociażby tej polski komunistycznej. Nawet ta będąca w opozycji do komunizmu, czy też ta będąca na drugim planie. Mówię teraz o artystach sfery estradowej, jak np. Ewa Demarczyk czy Czesław Niemen, którzy tworzyli na światowym poziomie. Nie wspomnę nawet o kinematografii czy malarstwie. Z tego wynika, że na prawdziwą sztukę jest coraz mniej miejsca. - To taki dziwny paradoks, że z jednej strony społeczeństwo atakują media, ale z drugiej strony jest jeszcze taka siła, znacznie mniejsza, ale taka, która robi wszystko, żeby ocalić jeszcze coś z tego człowieczeństwa. Dlatego w naszym przypadku probierz jest bardzo prosty - gdyby to, co robimy nie spełniało oczekiwań przynajmniej „jakiejś tam” grupy osób, to byśmy nie mieli publiczności na koncertach. Bilety by się nie sprzedawały. Ostatnio im trudniejsze robimy płyty, tym więcej ludzi je kupuje. Może ten przyrost jest znikomy, ale jednocześnie procent naszych odbiorców jest wystarczający, żebyśmy się z niego utrzymali. Tak samo jak jest wystarczający, żeby naszą wizytówką wykuć coś znacznie ważniejszego, niż to, co media proponują. Dziś niewielu wykonawców może powiedzieć coś takiego szczerze. Nad wszelkie procesy twórcze przekłada się popularność. - Każdy sam wybiera sobie drogę. Moim zdaniem droga czerwonego dywanu jest drogą o krótkim zasięgu, ale o dużym uderzeniu. Istnieje możliwość zaistnienia, robiąc wokół siebie dużo szumu w mediach. Jeśli ktoś tak lubi i pewnie przynosi mu to dużo pieniędzy, to jego sprawa. Mnie bardziej interesuje materia, w której kolokwialnie mówiąc, gmeram. Czyli, żeby o muzyce dowiadywać się jak najwięcej i starać się jej robić jak najwięcej i jak najgłębiej. To jest dla mnie zdecydowanie


Nagle telewizję publiczną opanowuje disco polo, chamstwo występuje jako element walki z poprawnością polityczną, a architektura jaka jest taka jest i to wszystko dzieje się ku radości całego narodu.


| TEMAT Z OKŁADKI |

ważniejsze niż to, czy zostanę opisany w gazetach. Oczywiście, nie będę chował głowy w piasek. Chciałbym, żeby moją muzykę później ktoś kupił, ale chyba jestem dość dobrym przykładem, że unikając mediów na ile można, daję radę i to przez lat kilkadziesiąt. Ale to są zupełnie różne drogi. Są ludzie, którzy spędzają czas w kontakcie ze sztuką bardzo platonicznie i jakoś żyją. No i co zrobić? Mi się wydaje, że życie bez sztuki jest zdecydowanie życiem uboższym, ale jeśli ktoś tak lubi? Są ludzie, którzy stawiają przede wszystkim na promocję, bo uwierzyli kiedyś, że bez promocji nie ma sztuki i się w tej promocji rozsmakowali. To jest inny typ uprawiania zawodu niż ja. Każdy wybiera to, co chce. Czy przez to nie tracimy na jakości? Czy dziś możemy powiedzieć, że mamy dobrych muzyków jazzowych, dobrych muzyków rockowych, popowych… generalnie dobrych muzyków? - Mamy bardzo dobrych muzyków na rynku. Powoli zaczynamy pozbywać się takich odczuć, które powstały i były bardzo bolesne, pod koniec lat 90., kiedy zostaliśmy zagłuszeni mediami zagranicznymi. Po 89 roku dostaliśmy pełny dostęp do tego, co się dzieje na świecie i zupełnie stłamsiło nas to swoją potęgą. W zasadzie to nic dziwnego, bo światowy przemysł rozrywkowy był mocno rozwinięty i bardzo wysoko płatny. Można było robić olbrzymie widowiska, gromadzić fundusze na występy świetnych artystów, a my nagle poczuliśmy się malutcy. Powoli staraliśmy się dobić to tego światowego i europejskiego poziomu, ale robiliśmy to przede wszystkim kosztem oryginalności. Jest mnóstwo takich historii, że np. w Gdańsku powstaje muzyczna scena Manchesteru. Straciliśmy kontakt z własną kulturą muzyczną. Teraz powoli zaczyna się to odbudowywać. W tej chwili jedynie mam ambiwalentny stosunek do sztuki rockowej. Po za staruchami takimi jak chociażby my, młodych zespołów za wiele nie ma. Ale tak jest na całym świecie. Wszystkie zespoły typu The White Stripes, Black Keys póki co gdzieś się pochowały. Jeśli chodzi o polską scenę, to po pierwsze, rozwinął się rynek producentów muzycznych. To bardzo ważne, bo wieki całe nie mieliśmy producentów. Chyba jednym z pierwszych był Grzesiek Ciechowski, zaraz zanim ja podążyłem. W tej chwili producentów jest dużo i to naprawdę na światowym poziomie. To bardzo ważne, bo oni odpowiadają za to, żeby utwory, które nagrywamy, nie brzmiały kompromitująco, żeby się odkleić od tzw. brzmienia zza żelaznej bramy, które nam kiedyś klepnięto. I słusznie zresztą. A co z tymi muzykami? - W muzyce to jest bardzo ważny moment. To wszystko o czym mówię powoduje, że zarówno w muzyce popowej, którą robią Kortez, Podsiadło czy Brodka, naprawdę słychać światowe produkcje. Ta muzyka naprawdę jest sprawnie zrobiona. Poza tym są to inteligentni, fajni, wrażliwi artyści. Jest też cała rzesza młodzieży typu The Dumplings i fala elektro-popu, która jest bardzo interesująca. Myślę, że żadnego wstydu tu nie ma. Scena jazzowa też jest fantastyczna, chociaż nadal są artyści,

22

o dziwo, mało rozpoznawalni w Polsce. Jest np. Maciek Obara, który wydaje z artystami SIM (School of Improvisational Music). Lada moment wychodzi jego nowa płyta, a wiadomo, że płyta wydana z SIM to jednocześnie akt, który stawia artystę w gronie najwybitniejszych. Samo hasło SIM otwiera mu drzwi na wszystkie festiwale. Jest oczywiście Wojtek Mazolewski, który ze swoim kwintetem pełni rolę taką quasi pożyteczną, ponieważ łączy rynki i pokolenia, a przy okazji zapełnia sale. Jest też taka scena okołojazzowa - od Ani Jopek przez Dorotę Miśkiewicz na Monice Borzym kończąc. No i jest jeszcze paru szaleńców, takich jak Macio Moretti, który zawsze zaskakuje jakimiś fantastycznym projektami, z którymi jeździ po świecie. Cały czas napływa młode pokolenie, które potrafi się świetnie odnaleźć na rynku. Czyli nie jest źle. Jednak niektórzy twierdzą „kiedyś było lepiej”, „kiedyś było łatwiej”. No, ale przecież kiedyś panowała cenzura, do wielu rzeczy nie było dostępu, z drugiej strony rynek był mniejszy, konkurencja była mniejsza. Jak to jest? - Zacytuję poetę Świetlickiego: „nigdy wódka nie będzie taka zimna i pożywna”. Nie cierpię takiego myślenia, że „kiedyś było lepiej”, „kiedyś było łatwiej”. Słyszałem też takie wersje: kiedyś, jak wychodziła płyta, to każda piosenka z tej płyty była przebojem. No, ale na litość boską, kiedyś w miesiącu wychodziła jedna płyta albo pół płyty. A w tej chwili w miesiącu wychodzi ich kilka tysięcy. Taki tok myślenia to nieporozumienie. Marudzenie często wynika z tego, że nie wszyscy ludzie „zmieścili się” w dzisiejszych realiach. Największy z tym problem mieli kabareciarze. Kiedyś wystarczyło krzyknąć: „ruskie, ruskie, kto zamawiał ruskie?” i wszyscy rechotali. Czy jest łatwiej? Jest inaczej… ale może tak, z jednej strony jest łatwiej, bo internet spowodował, że mamy dostęp do wszystkich informacji na świecie, ba, możemy skontaktować się z każdym artystą na świecie i zaproponować mu współpracę. Z drugiej strony, jest trudniej, bo nie mierzymy się już z artystami z sąsiedniego podwórka, ale z całym światem, w związku z tym musimy być lepsi. Więc, po prostu, jest inaczej. A jak jest, kiedy wchodzi Pan do studia z synami? - Fantastycznie gra się razem. Nie ma dla mnie znaczenia czy to są moi synowie, czy nie. Ważne, że to świetni muzycy. Uważam Emade za najlepszego producenta w kraju. Potrafi wykorzystywać nowe technologie, ma ogromną wiedzę. Z tej wiedzy wynika też świadomość, że najlepsze nagrania w muzyce rockowej powstawały w latach 60. i 70., czyli wtedy, kiedy ja zaczynałem grać. Nie ma już wielu muzyków z takim brzmieniem. To nas ze sobą świetnie skleja. Oni potrafią to, czego ja nie potrafię, a ja to, czego oni. Ale było też kilka minusów zabraniających takiej kolaboracji. Pierwszy, to że ja nie bardzo przepadałem za faktem, żeby młodzi muzycy współpracowali ze staruchami. Obojętnie czy z rodziną, czy nie. Wydawało mi się, że młodzi posługują się swoim językiem i ten język jest w opozycji do tego, co robią starsze pokolenia. Przynajmniej kiedyś w muzyce rockowej tak było, ale pozmieniało się to już wieki temu całe.


| TEMAT Z OKŁADKI |

Drugi minus, to taka polska nieżyczliwość związana z tym, że to „tatuś załatwił”. Chociaż myślę, że zgrabnie tego uniknęliśmy. Chłopcy występowali pod pseudonimem, a ja nawet nie wiedziałem, że nagrali pierwszą płytę. Postanowiliśmy wejść do studia dopiero, kiedy oni mieli już bardzo wyraźnie zaznaczony status, kiedy każdy wiedział co ma robić i kiedy możemy patrzeć na siebie jak na muzyków, a nie jak na rodzinę w studiu. Czyli czas spędzony z Fiszem i Emade w studiu, to trochę taki czas na dotarcie się i nauczenie czegoś nowego? - Bycie dobrym muzykiem to nie tylko umiejętność grania, ale też słuchania. W kontakcie z każdym artystą - obojętnie czy gram z Mazolewskim, czy ze Stańką - staram się podsłuchać, co oni tam robią i co mogę od nich, kolokwialnie mówiąc, zerżnąć. To zawsze działa tak samo, nie ma znaczenia czy gra się z rodziną, czy nie. Kiedy z Fiszem i Emade zdecydowaliśmy firmować naszymi nazwiskami płytę, długo myśleliśmy nad jej koncepcją. Bardzo ważny był przekaz, czyli o czym ma być i na ile temat może być wspólny dla nas. I tak np. drugą płytę zdominowały teksty Fisza o dosyć głębokich relacjach rodzinnych. Moim zdaniem to teksty absolutnie unikatowe w polskim piśmiennictwie bigbitowym, ale i światowym. Teksty były dominujące, ale to one sprawiły, że ta płyta jest jaka jest. Później pojawia się kwestia kompozycji. Jako główny kompozytor, ale nie jedyny, podsyłałem to, co przygotowałem do akceptacji synom. Oczywiście połowę odrzucali. Ten etap był zdecydowanie dłuższy, niż w pracy z innymi muzykami. Zupełnie inna była też uważność i praca nad dźwiękiem. Z reguły, nagrywając płyty sam jestem producentem. Tym razem producentem był Emade, ja byłem tam tylko podmiotem wykonawczym. Zdarzało się, że byłem sprowadzany do parteru. Byłem liderem, ale nie jedynym. W Szczecinie, w filharmonii wystąpiliście razem. Na początku chciałam spytać czy pamięta Pan poprzednie koncerty, czy wydarzyło się tu coś wyjątkowego, ale chyba bardziej mnie ciekawi czy odwiedzając tak dużo miast, tak dużo różnych miejsc, można któreś zapamiętać i faworyzować? - Zapamiętać można, ale faworyzować raczej nie. Oczywiście, szczecińska filharmonia jest wyjątkowa. Oprócz tego, że zdobyła mnóstwo nagród, to jest niezwykle urokliwa. Grałem tam trzy koncerty. Ten pierwszy był nieszczególny, ponieważ próbę robiliśmy przy otwartych drzwiach, a koncert był przy zamkniętych. To zrobiło ogromną różnicę. Dźwięk mojego wzmacniacza, odwróconego w stronę drzwi, zmasakrował całą scenę. Niestety, w czasie koncertu poprawić się tego już nie dało. Tak, że zapisała mi się ta filharmonia w pamięci, szczególnie to pierwsze wejście. Ale samo miejsce jest naprawdę przeurokliwe. Bardzo lubię takie minimalistyczne konstrukcje, a biel z czernią jest moim ulubionym zestawem kolorów. W Polsce pojawia się coraz więcej ciekawych miejsc, świetnie skonstruowane sale widowiskowe i koncertowe, ale jeśli chodzi o urodę, to chyba nie ma takiego drugiego, jak filharmonia w Szczecinie. Mam tylko taki niewielki kłopot z jej elewacją. Ostatnio tak

się zastanawiałem, że ta biel musi mieć taki charakter, że łatwo można ją zepsuć, np. przez deszcz czy inne takie… ale w zasadzie na tym to się nie znam. Na razie całkiem dobrze się prezentuje (śmiech). To już tak na koniec z ciekawości zapytam: jak wychodzi Pan na scenę, to czuje Pan jeszcze tremę? - Tremę mam całe życie. Trema, jak mówił Jan Kaczmarek, to kara za pychę, za to że się człowiek pcha na afisz. Są tacy, którzy uważają, że to ich dopinguje. Mnie to osłabia totalnie. Kiedy wychodzę na scenę, zdarza się, że jest mi słabo. Więc w sumie nie wiem, czy ta trema to taka fajna rzecz, bo wszyscy mówią, fajnie fajnie… fajnie mieć tremę. Znam też takich ludzi, którzy twierdzą, że jej nie mają wcale. I ja chciałbym tak. Wolałbym wychodzić na koncert jak na prywatkę i czuć się zupełnie luźno, ale nie da się i taka jest prawda. Czasem zapominam, co ja w zasadzie miałem powiedzieć i jak się zachować w danym momencie, więc wtedy po prostu nic nie mówię. Zazwyczaj w ostatniej chwili sobie przypominam jakiś fragment tekstu. Tak, że mam tremę, mam ją absolutnie i po tylu latach wciąż przyjmuję ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mogłem pracować gdzie indziej, taką wybrałem pracę i takie są jej koszty.

Nie przegap!

Kolejni artyści czekają! 30.11.17 - The Dumplings Orkiestra hol Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza 05.12.17 - Stanisława Celińska Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza 08.12.17 - Mikromusic - TRAFO. Trafostacja Sztuki 18.01.18 - Anita Lipnicka Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza 19.02.18 - Kazik i Proforma Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza 20.02.18 - Perfect Akustycznie Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza Zadbaj o bilety już dziś i nie przegap żadnego koncertu. Szczegóły znajdziesz na Facebooku: @Hormon1 oraz na www.bilety.fm. Do zobaczenia!

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

23



Ucieczka Z MIASTA Zaglądamy na obrzeża miasta, by obejrzeć projekt Karoliny Orzechowskiej. Wpływy mody lat 90., bunt i miejska nonszalancja wyraźnie rysują na fotografiach. Jak mówi artystka – wychowałam się na Matrixie i filmach sci-fi. Postanowiłam przelać to na modelkę i jej stylizacje. Lubię jesienny chłód, emanujący z miasta i to, że nawet w najbardziej oświetlonych aglomeracjach można się na chwilę zgubić. Pełny edytorial znajdziecie na stronie www.karolinaorzechowska.pl oraz FB: @MagazynMMTrendy. FOTOGRAF I STYLIZACJA Karolina Orzechowska - www.karolinaorzechowska.pl / MODELKA Natalia Michalewska Blous / MAKIJAŻ I FRYZURA Oliwia Pawłowska Ubrania: Futro EVC dsgn via Elska Polscy Projektanci / Sukienka Reserved Re.Design Biżuteria Ania Kuczyńska / Okulary Ray Ban






| KULINARIA |

Restaurant Week, czyli dlaczego tak kochamy jeść? Lubimy nowe smaki, ciekawią nas restauracje i ponad wszystko kochamy jeść. Ale czy zawsze tak było? Przy okazji kolejnej odsłony Restaurant Week wspólnie z Aleksandrą Kopińską-Szykuć, City Managerem Restaurant Week Szczecin - zaglądamy za kulisy naszego kulinarnego rynku. ROZMAWIAŁA AGATA MAKSYMIUK / FOTO ANDRZEJ SZKOCKI

Dziś chętnie chodzimy do restauracji, ale jeszcze kilka lat temu wizyta w lokalu była traktowana, jak zbyteczne lub dość kosztowne wyjście z domu. Wiele osób wolało samodzielnie przygotować elegancki obiad lub kolację. Tak bardzo się zmieniliśmy? - Zmiany zachodzące wśród nas, tak pod względem gotowości do samodzielnego przyrządzania potraw, jak i otwartości na nowe smaki, to jedno. Ale ważna jest także mnogość oferty restauracyjnej oraz fakt jej powszedniości. Sądzę, że ewolucja obyczajów i zamożności klientów to także ważny czynnik. Dziś wyjście na obiad, nawet samotne, nikogo już nie dziwi. Wyjścia ze znajomymi również nie muszą czekać na specjalne okazje. Jesteśmy coraz bardziej otwarci, podróżujemy, sporo pracujemy. Gotowanie w domu nie zawsze mieści się w rozkładzie dnia. Jest natomiast spora liczba osób świadomie gotujących w domu i mam wrażenie, że ta grupa rośnie. Ci goście wymagają też od restauracji lepszej obsługi, co przekłada się na poziom działania wielu miejsc. Powszechna staje się wiedza na temat tego, gdzie i jak zjemy, a także budowania apetytu zdjęciami zamieszczany-

30

mi w internecie. Trudno się oprzeć magii jedzenia „na mieście”. Rynek restauracyjny w Polsce długo był pogrążony w stagnacji. Dziś nasze lokale spokojnie mogą konkurować z tymi zagranicznymi. Czego nam brakowało? - To chyba mit. Wiele zależy od tego, do jakiego momentu w historii się odwołamy. Przed wojną nasza kuchnia pełna była np. wpływów egzotycznych, po wojnie sytuacja się zmieniła. A dziś? Czy wszystkie lokale mogą konkurować z „zagranicznymi”? Z pewnością nie. Ale pociesza mnie fakt, że im więcej podróżujemy, tym bardziej zadajemy sobie pytanie, czy „zagraniczne” oznacza lepsze i czy de facto jest z czym konkurować. Uważam, że nie i bardzo mnie to cieszy. Dziś realniej się oceniamy, bo i samopoczucie jako obywatele świata mamy lepsze. Czego nam brakowało? Kilkudziesięciu lat bez komunizmu. Co było przełomem na szczecińskim rynku? Otwarcie sieci fast foodów Mic-Mac, pierwsza egzotyczna restauracja, a może wejście do Unii Europejskiej i możliwość swobodnego podróżowa-

nia? Możliwe jest wskazanie takiego momentu, od którego rzeczywiście „coś” naprawdę zaczęło się dziać? - Ha! Każda z tych sytuacji to przełom! Ilu odbiorców, tyle przełomów. Mam wrażenie, że scena gastronomiczna, to jedna z najaktywniejszych na rynku. Odzwierciedla idealnie nastroje i zamożność, a także wyobrażenie społeczeństwa o sobie. Jacy chcemy być. Może amerykańscy i na luzie, a może francuscy i wyszukani. Kuchnia to wyobrażenie, kreacja. Wspaniałe pole do obserwowania siebie i przełomów społecznych, ale i własnych. Kiedy przeanalizujemy swoje życie, swoje miejsca i swoje nastroje, stworzymy sami mapę przełomów pasującą do nas, jak żadna inna. Obecnie na brak różnorodności nie możemy narzekać. Gotowanie jest modne, bywanie w restauracjach też. Mamy lokale – japońskie, francuskie, meksykańskie, amerykańskie, brazylijskie, rosyjskie. Tylko czy to nie zbyt wiele, jak na Szczecin? Czy za chwilę połowa z tych miejsc nie zamknie się? - Zweryfikuje to prawo rynku. Czasem nawet świetny pomysł i doskonała załoga „nie trafią


| KULINARIA |

w czas” i restauracja się zamyka. Częściej jednak powód jest bardziej prozaiczny. Prowadzenie restauracji to zadanie na cały etat. Ciężka praca, a nie brylowanie na sali wśród gości. To pilnowanie food costu i reakcja na zmieniające się potrzeby gości, przy jednoczesnym utrzymywaniu poziomu. To zarządzanie kadrą - od szefa kuchni, często artysty ze wszystkimi tego cieniami i blaskami - po panią zmywakową. To trudna codzienna praca. Nie każdy jest na nią gotów. Niedawno nadarzyła się okazja do sprawdzenia jakości naszego rynku. Za nami kolejna edycja Restaurant Week. Za stosunkowo niską cenę można odwiedzić wiele miejsc i spróbować różnych menu. Które miejsca są najbardziej oblegane? Szczecinianie szukają smaków, prestiżu miejsca czy może po prostu nowych wrażeń? - Wrażeń. Miejsca. Nowości. One budują prestiż, któremu również ulegamy. Restaurant Week to doskonała okazja do wyjścia w miejsca nieznane, ale i do wyjścia w ogóle. Wiele osób odwiedzających w tym czasie restauracje

nie jest ich częstymi gośćmi. Zauważyłam dwa problemy blokujące gości, które to wydarzenie doskonale rozwiązuje. Pierwszy to obawa, że nie zrozumiemy menu oraz strach przed wysokością rachunku. Obie kwestie mamy podczas festiwalu rozwiązane, bowiem menu wybieramy już w domu, możemy sprawdzić co oznaczają zwroty, których nie znamy i wybrać danie bez ryzyka. Rachunek płacimy również w domowym zaciszu i przychodząc nie musimy obawiać się żadnych niespodzianek. Jakich? Np. znana była historia jednego z restauratorów, który czarował gości „specjalnościami domu” niewycenionymi w karcie. Rachunek był oparty bardziej o osobę gościa, niż jakiekolwiek inne składowe. A „cenił” gości bardzo wysoko. Jak więc się nie bać? Na szczęście nie ma już miejsca, którym dowodził, a i on sam rozpłynął się we mgle gastro-historii. Klienci wracają do restauracji, które poznali przy okazji Restaurant Week? Można to sprawdzić? - Można. Wracają. Często sami o tym wspominają. Czasami restauratorzy rozdają prezenty przy okazji

rezerwacji i można je odebrać właśnie wracając. To jeden z uroków tego wydarzenia. Budowa wzajemnych relacji. W tym roku zasady uczestnictwa w festiwalu zostały odrobinę zmienione. Miało to wpływ na odbiór wydarzenia? - Zmieniła się cena. Długo i wnikliwie to analizowaliśmy z restauratorami i we własnym gronie. Oczywiście zmiana ceny może mieć wpływ na liczbę uczestników, ale nam zależy bardzo na jakości, a restauratorom także na ilości wydawanych potraw. Chcemy, żeby goście z zadowoleniem wracali do nich po festiwalu. Stąd wyższa cena. Stali bywalcy mogli jednak liczyć na 10-procentowy rabat, a chętni także na „welcome drink”, co de facto powodowało, że wyjście i tak, sprowadzając całość tylko do pieniędzy, się opłacało. Na szczęście odbiorcy Restaurant Week nie patrzą na wydarzenie tylko przez pryzmat finansów. To mnie cieszy i tak przez cały czas trwania festiwalu i mojej pracy przy nim starałam się je budować. Zapraszam do edycji wiosennej!

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

31


| KULINARIA |

Kulinarne inspiracje Plenty Restaurant Uwodzi, definiuje i zmienia. Zaczynamy od niego dzień i na nim kończymy. Jest okazją do celebracji, relaksu, nauki. I choć jego pierwotny cel to zaspokajanie głodu, dziś ponad wszystko napędza do działania i inspiruje. Posiłek już dawno przestał być po prostu jedzeniem, a tu możemy się o tym przekonać. Przeszklone ściany Plenty Restaurant z daleka prowokują gości odwiedzających Rynek Sienny w Szczecinie, by przekroczyć próg restauracji lub chociaż zawiesić ciekawskie spojrzenie na daniach podawanych do stolików przez kelnerki. A kiedy to się już stanie, znajdziemy się w surowym wnętrzu, które z jednej strony ożywiają oryginalne obrazy na ścianach i galeria zdjęć, z drugiej - rozpościerający się z okien sali widok na Stary Rynek. W powietrzu unosi

32

się zapach kulinarnej magii, która wychodzi spod rąk szefów kuchni. Wystarczy rozsiąść się wygodnie, by to poczuć. Tu jedzenie jest rytuałem. Propozycje autorskiej kuchni przejrzyście prezentują się w menu, które kusi od wejścia. Przed południem dobrze zacząć od świeżo wyciskanego soku, w południe od herbaty, a wieczorem od lampki wina. Kiedy pierwszy etap jest już za nami, na spróbowanie czeka zupa. Na wyróżnienie zasługuje ta z dorszem, krewetkami i aioli. Po takim wstępie podniebienie czeka na więcej. Jesienią najlepiej postawić na gęś confit z ziemniakami i karmelizowaną śliwką. W listopadzie nie wypada jej nie skosztować. Miłośnicy delikatniejszego mięsa dadzą się uwieść perliczce confit z puree selerowym i karmelizowaną gruszką - i dobrze, bo zdecydowanie warto dla niej zgrzeszyć. A kto od drobiu woli wieprzowinę, powinien spróbować schabu złotnickiego z kością, tłuszczykiem, kapustą zasmażaną i ziemniakami. W karcie na swój występ czeka również

okoń morski, pieczony w całości na grillowanych warzywach. Mówi się jednak, że nie wypada zjadać wszystkiego na raz, dlatego z okoniem warto umówić się na następny raz. Bo następny raz na pewno będzie. Każdy talerz, który opuszcza kuchnię Plenty, to oddzielna historia i smakowite dzieło sztuki. Tu oczy jedzą pierwsze. A kiedy na stoliku nic już nie zostaje, głowa staje się pełna inspiracji, a endorfiny śmielej przepływają przez organizm. Tym uczuciem śmiało można podzielić się z innymi. Na piętrze znajduje się druga sala, doskonała zarówno na biznesowe spotkanie, jak i uroczystość rodzinną. Plenty Restaurant to miejsce, gdzie na nowo można poznać idę posiłku.

PLENTY REST | ul. Rynek Sienny 1, Szczecin tel. +48 606 728 093 | e-mail: info@plentyrest.pl www.plentyrest.pl





| KULINARIA |

Smak Szczecina kryje się w Spiżarni

Znana i lubiana, bo prawdziwa i szczecińska. Spiżarnia już od dwóch lat udowadnia, że w kulinarnym świecie jeszcze niejedno jest do odkrycia. Sezonowo i regionalnie. Tak przedstawia się menu Spiżarni. Dania serwowane są na bazie uznanych produktów wysokiej jakości. W składzie posiłku na próżno szukać polepszaczy smaku czy mrożonych półproduktów. Jedzenie jest prawdziwe, smaczne i bywa intrygujące. Jesienią królową menu jest gęś, która czeka na gości w kilku nieoczywistych odsłonach. - Polecam spróbować pierogów mięsnych z gęsiny i kaszy gryczanej - mówi Przemysław Olczyk, szef kuchni. - Podajemy je z sianem z pora i sosem żurawinowym. Pierogi wyrabiamy samodzielnie na miejscu. Dopełnieniem posiłku może być domowy bulion z gęsi owsianej z ręcznie robionymi kluskami oraz natką pietruszki. Na uwagę zasługuje również pierś z gęsi sous vide. Podajemy ją w sosie z zielonym pieprzem, kaszą bulgur wraz z warzywami oraz musem morelowym. - Stawiamy na tradycyjne polskie dania serwowane w nowoczesnej odsłonie - dodaje Jakub Szwak, manager restauracji. - Nie przesadzamy z eksperymentowaniem,

36

ale sprawiamy, że dania nie są nudne i oczywiste. Jak przystało na spiżarnię, jesteśmy przechowalnią dobrych, sprawdzonych smaków.

Przyjacielska atmosfera Swobodna atmosfera, połączona z oryginalną kuchnią sprawia, że goście czują się jak na odwiedzinach u najlepszego przyjaciela. Można nie tylko się najeść, ale poplotkować przy winie czy pożartować przy mocniejszych trunkach. Wystrój jest ciepły i elegancki. Ściany spiżarni są ozdobione ręcznie malowanymi freskami. Jak przystało na prawdziwą Spiżarnię, na półkach dumnie prezentują się słoiki z przetworami. Wśród bywalców są osoby przyjezdne oraz mieszkańcy miasta. To lokal otwarty na każdego. Co ważne, swój kącik i specjalne menu znajdą tu również najmłodsi. Atutem restauracji jest salka dla maluchów z animatorką zabaw, która może bezpłatnie zaopiekować się dziećmi gości w każdą sobotę i niedzielę. W tym czasie rodzice mogą spokojnie zjeść obiad czy kolację. Lokal tworzą cztery niezależne sale, idealne zarówno na kameralne spotkanie, jak i duże przyjęcie. - Zimą organizujemy wigilie firmowe - mówi Jakub Szwak. - Rezerwacja sal jest już otwarta. Spiżarnię można również wynająć z myślą o przyjęciu

weselnym, komunii, chrzcinach, ale także jubileuszu czy spotkaniu biznesowym. We wszystko co robimy, wkładamy wiele serca. Zależy nam, by goście wychodzili stąd z uśmiechem i wracali jak do siebie.

Wyjątkowa lokalizacja Łatwy dostęp i charakterystyczne umiejscowienie sprawiają, że nawet przyjezdni nieznający miasta z łatwością trafią do Spiżarni. Wystarczy znaleźć się na placu Hołdu Pruskiego - z jednej strony filharmonia, z drugiej Centrum Dialogu „Przełomy”, po środku Spiżarnia Szczecińska. Trzy wyjątkowe miejsca, które wspólnie tworzą małe centrum miasta.

Spiżarnia Szczecińska Plac Hołdu Pruskiego 8 | Szczecin tel. 91 4 88 88 81 facebook.com/SpizarniaSzczecinska



| HISTORIA |

Kolorowe ptaki w szarej masie W latach 60. w Stanach Zjednoczonych narodził się ruch hipisowski. Na początku lat 70. dotarł do polskich miast. Szczecin też miał hipisów. Dziś opowiadają nam swoją historię. TEKST MAŁGORZATA KLIMCZAK / FOTO ARCHIWUM

Hipisi nie dążyli do rewolucji. Nie chcieli zmieniać świata, raczej go kontestowali. Mieli ochotę żyć po swojemu, nie wchodząc nikomu w drogę, ale w komunistycznej Polsce taka postawa nie zawsze się podobała. Młodzi hipisi szokowali długimi włosami, kolorowym strojem i „abnegackim” podejściem do szarej rzeczywistości PRL. Za tę odmienność byli wyrzucani ze szkół, prześladowani przez milicję oraz Służbę Bezpieczeństwa. - Chcieliśmy się jakoś wyróżnić w szarej masie, ale najważniejsze było, żeby odkrywać siebie i drugiego człowieka. Brak przemocy, miłość dla wszystkich, to wciąż aktualne tematy. Świat się zmienia, ale te wartości nie przemijają. Amerykanie w latach 60. mieli konflikt w Wietnamie, my nie mieliśmy takiej wojny, ale także chcieliśmy zaistnieć, jak hipisi w USA – mówi Inga Kurek-Baranowska, dziś popularna animatorka kultury z Domu Kultury „Słowianin”. W latach 60. XX wieku daleko było w Polsce do demokracji. W PRL jakiekolwiek przejawy buntu tłumione były w zarodku. Brak wolności słowa, wszelkiego rodzaju uniformizm - to głównie przeciw temu buntowała się polska młodzież. Wszelkie represje ze strony władz umacniały jeszcze kontestacyjny charakter ruchu. Dlatego ideały hipisów amerykańskich: muzyka, poezja, styl życia szybko zostały zaadaptowane przez polskich. W Szczecinie kultowymi miejscami, związanymi z hipisami, była m.in. „Brama”, „Syf” czy „Placyk”. W latach siedemdziesiątych były to główne miejsca spotkań. Placyk to oczywiście plac Grunwaldzki. Miejsce dobrze skomunikowane z innymi dzielnicami

38

miasta, którego położenie sprawiało, że w razie jakiejkolwiek interwencji policji, łatwo było stamtąd uciec. A komenda Milicji Obywatelskiej była przecież w pobliżu (przy ul. Mazurskiej). Ponadto funkcjonował nieistniejący już klub Pax oraz Zamek Książąt Pomorskich. Oczywiście hipisi spotykali się również w mieszkaniach prywatnych, gdzie prowadzili długie dyskusje w oparach nikotyny oraz alkoholu, a czasami i innych używek, od czego nawet dziś się nie odżegnują.

Ideały Hipis żył teraźniejszością, nie martwił się o to, co będzie jutro, nie nosił zegarka, bo czas dla niego zupełnie nie istniał. Nie wszyscy wyglądali identycznie. Czasami pojawiała się chęć wyróżnienia się na tle innych. To było ciągłe poszukiwanie siebie. - Byłam pierwszą dziewczyną, która obcięła głowę na łyso – mówi Inga Kurek-Baranowska. - Ojciec nie mówił mi dzień dobry na ulicy, bo się wstydził. W szkole byłam indywidualistką, chodziłam z gitarą. Brat wolał dyskoteki, ja byłam im przeciwna, bo tam był hałas, który niczego nie wnosił w moje życie. Unikano kontaktów z wszelkimi instytucjami: zarówno świeckimi (jak szkoła, wojsko, praca) czy kościelnymi. - Skupialiśmy się na tym, żeby jak najszerzej poznać świat - wspomina Inga Kurek-Baranowska. - Interesowała nas literatura, filozofia, teatr, religioznawstwo. Kiedy ktoś przeczytał jakąś książkę, natychmiast dzielił się tym z innymi. W księgarniach dużo było wtedy poezji, więc wydawałam kieszonkowe na książki. Zresztą, wtedy osoby z książkami pod pachą można było spotkać na ulicy. Nikogo to nie dziwiło. Można było do takiej osoby podejść i rozpocząć rozmowę, bo wiadomo było, że gdy ktoś ma książkę, to jest swój człowiek. Wycinałam poezję z gazet. Inne koleżanki wycinały plakaty wykonawców, a ja wiersze. Hipisi sprzeciwiali się konieczności odbywania przymusowej służby wojskowej. Część z nich poszła w ruchy religijne, inni w sztukę. Istniała wtedy Scena Propozycji Młodych Studia Zet. Zajął się nimi Andrzej Sadowski. Jeździł na warsztaty teatralne, brał udział w spotkaniach, spotykał Grotowskiego. To właśnie ta grupa dała prapoczątki dzisiejszemu Teatrowi Kana.

Kolorowe stroje Zewnętrzną oznakę przynależności do ruchu stanowiły długie włosy, bose stopy i swoisty ubiór. Hipisi nosili włosy, opadające na plecy, w które często wplątywali kwiaty lub wianki. Mężczyźni zapuszczali brody. Jeżeli klimat na to pozwalał, chodzili boso. Strój miał wyrażać związek z naturą i musiał być funkcjonalny, najlepiej własnoręcznie wykonany, z naszywkami. Większość hipisów sama szyła i łatała swoje stroje. Niezależnie od okoliczności, wszędzie nosiło się to samo ubranie. Przeważnie w jasnych kolorach, inspirowane wzorami Indian północno- i południowoamerykańskich oraz hinduskimi wzorami. Kolorowe, kwieciste, luźne bluzki z szerokimi rękawami, indiańskie poncza, wytarte jeansy z szerokimi nogawkami – tzw. dzwony, barwne


| HISTORIA |

cygańskie spódnice, do tego tanie ozdoby z drewna, podwieszane na rzemykach. Kolorowe koraliki, paciorki na szyi i przegubach dłoni, dzwonki, pacyfki, apaszki i bandany na włosach. - W Polsce bardzo ciężko było dostać jakikolwiek materiał – mówi Inga Kurek-Baranowska. - Moja mama na szczęście miała maszynę do szycia i jak jej coś narysowałam, to mi uszyła. Moim hitem była sukmana z lnianej zasłony. Powiedziałam mamie, że zamiast zasłon wolę mieć fajne ubranie. I miałam. Na białym tle były czarno-czerwone maki. Wystarczyło zszyć boki i już sukmana była gotowa. Drugą rzeczą, którą pamiętam, była serweta na stół, którą moja mama przywiozła z Wilna. Z tego zrobiłam poncho.

Muzyka Muzyka stanowiła jedną z podstaw ruchu hipisowskiego. Była silniejszym spoiwem niż ideologia. To wtedy powstał język, będący połączeniem muzyki i treści zawartej w tekstach oraz niezwykłe poczucie braterstwa pomiędzy muzykami na scenie a publicznością. W połowie lat 60. eksplodowała muzyka młodzieżowa, przede wszystkim rockowa, nieakceptowana przez ogół starszego pokolenia. Około 1967 roku w rocku zaznaczył się wpływ psychodelii, szczególnie dobrze oddającej nastroje dzieci-kwiatów. Najważniejszymi wykonawcami byli: The Doors, The Animals, The Beatles, Bob Dylan, Van Morrison i Joan Baez. W Polsce zespołem najbardziej identyfikującym się z ruchem był Osjan, z którego wyrósł zespół Maanam, a Olga Jackowska należąc do ruchu hippisowskiego przyjęła imię Kora. - W Polsce słuchaliśmy przede wszystkim SBB i Brekaoutu, a także Osjan, którzy odwoływali się do muzyki wschodniej – mówi Inga Kurek-Baranowska. - Ważnym zespołem zagranicznym był dla nas Led Zeppelin. Kiedy Czesław Niemen nagrał płytę „Enigmatic”, strasznie chciałam ją mieć. A to nie było takie proste. Często korzystaliśmy z giełd płytowych, które były organizowane w Szczecinie. Gdy ktoś miał znajomych marynarzy, to mógł zamawiać płyty u nich. Dla mnie osobną postacią był Marek Grechuta. Może nie wyglądał jak hipis, ale wydaje mi się, że w duszy był hipisem. Zawsze mnie fascynował.

Starcia z Milicją Obywatelską Najspokojniejsza subkultura na świecie była solą w oku ówczesnych władz. Drażnił hipisowski spokój, drażniło dążenie do wolności, przeciwstawianie się przemocy. Milicja od początku hipisów inwigilowała, zabierała na przesłuchania. W tamtych czasach każdego można było zatrzymać na 48 godzin bez powodu. Milicjanci pytali zatrzymanych, dlaczego noszą długie włosy, skąd mają zagraniczne płyty. Uprzykrzali życie, jak mogli. Po 1968 roku w prasie zaczęły się ataki propagandowe. Ówczesne gazety („itd”, „Żołnierz Wolności”, „Polityka”, „Przekrój”, „Radar”, „Sztandar Młodych”) przedstawiały hipisów jako wyrzutków społeczeństwa, leni wpatrzonych w amerykańską modę. - Milicja zatrzymywała nawet wówczas, gdy głośno rozmawialiśmy – wspomina Inga Kurek-Baranowska. - Trudno było nie roz-

mawiać, jak w nocy wracaliśmy grupą z klubu na Pomorzanach do domu na Niebuszewie. Niektórzy ze znajomych często trafiali na komendę. Byli przetrzymywani. Na szczęście nigdy nie miałam takich przejść. Subkultura była popularna tylko klika lat. Potem przyszła fala punka, ale ideologia hipisów okazała się ponadczasowa. - Ta idea nigdy nie zginie, bo wszyscy chcą gdzieś w głębi duszy wolności i spokoju – podsumowuje Inga Kurek-Baranowska.

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

39


Ludzie mówią, że …

40


| ROZRYWKA |

…kultura dzieli się na wysoką i niską albo alternatywę i mainstream. Mówią, że do tej pierwszej warto się przyznawać, a tej drugiej trzeba się wstydzić. Mówią, że są miejsca w Szczecinie, w których spędzili całe życie, choć w tle wciąż brzmi jedna playlista. Mówią, że nic tak nie pomaga, jak opinia drugiego człowieka. Więc pytam, gdzie w Szczecinie dziś się bywa? ROZMAWIAŁA AGATA MAKSYMIUK / FOTOGRAFIE ADAM PELIKAN, SŁAWOMIR JANCZAK

Google podsuwa około 329 000 odpowiedzi na moje pytanie, więc uściślam. Chodzi o miejsca związane z wolnym czasem, rozrywką, ustawioną na pograniczu kultury wysokiej i niskiej. Omijam muzea, filharmonię i galerie, razem ze wszystkim eventami, które proponują. Nie interesują mnie miejsca, w których brzmi 10 dziś najpopularniejszych utworów z zestawienia legendarnego Billboard Hot 100. I ostatecznie rezygnuję z miejsc, w których trzeba pojawić się w stroju formalnym, a przynajmniej eleganckim. Google szybko zacieśnia wynik do około 2 tys. odpowiedzi, a jeszcze szybciej wskazuje faworytów zestawienia.

Dorobił się legendy, zanim jeszcze powstał

nie starego rocka z wszelkimi odmianami electro. I, że odnosi się to również do nowych bywalców, ale nie ma co się przejmować, bo przynajmniej jest „kolorowo”. Po za tym jeszcze się taki nie urodził, co zadowoliłby wszystkich. Koniec końców, ludzie mówią, że to dobry lokal. Tylko nie rozumieją, dlaczego kasują „dychę za wjazd”. Kamil przyznaje nawet, że na początku był sceptycznie nastawiony do klubu, ale w końcu poszedł i się zakochał, bo na górze znajduje się pub, w którym podają dobre piwo, a na dole można potańczyć przy alternatywnych brzmieniach. Tomasz, choć też zakochany, wyznał, że znalazł się w trudniejszej sytuacji, bo za klubem nie przepada. To nie jego klimat. Niestety, narzeczona uwielbia to miejsce. Ratuje go to, że lokal się powiększył i w drugiej części można spokojnie posiedzieć. Tomasz zapewnia, że to idealny kompromis dla jego związku. Ludzie mówią też, że Hormon to całe ich dzieciństwo. Anna wspomina czasy, kiedy na imprezę wpuszczano od 16 lat, a ona miała 15 i musiała „legitkę” od starszej o rok sąsiadki pożyczać. Krzysztof to potwierdza, a Kornel się dziwi, bo myślał, że para tam pracuje, a nie bywa, bo są tam zawsze. Ludzie mówią też, że wracając z Hormona, warto wejść do piekarni po pieczywo na Rayskiego oczywiście. Tylko trzeba uważać. Tomasz ostrzega, że nie zawsze jest czynne, ale jak ma się szczęście, to po drodze do domu zje się ciepłe bułeczki.

Wszystkie drogi, o każdej porze nocy prowadzą w jedno miejsce. Do Hormona. Tak przynajmniej twierdzi Mariusz, bliżej nieznany mi internauta. Dawid, potwierdza te tezę i wymownie poleca wpadać tam „pod pretekstem”, wyraźnie podkreślając słowa „pod pretekstem”. Ludzie mówią, też że najgorsza impreza w Hormonie bywa tą najlepszą. Mówią, że niby zawsze wiadomo czego się spodziewać po kolejnej nocy, a i tak impreza czymś zaskoczy. Podobno brzmi tam niestandardowa muzyka, raczej dla miłośników rocka i nie usłyszy się tu typowo klubowych kawałków. Karol twierdzi nawet, że to to jedyny lokal w Szczecinie z parkietem, gdzie grają rocka, a Baśka dodaje, że dyskoteka tu ciut głośna i klimat troszkę mroczny. DJ klubu na to wszystko zapewnia, że Hormon to zdecydowanie strefa wolna od „Despacito”.

Drewniany domek

Okazuje się też, że ludzie nawet listy piszą. I zdarza się, że błagają w nich o nową playlistę, bo od 10 lat na parkiecie słuchają tego samego. Zaznaczają, że niektórzy bywalcy są młodym pokoleniem, a nie zbuntowanymi punkowcami. Administratorzy Facebooka Hormona chętnie dzielą się treścią tych listów ze swoimi odbiorcami, co jednych prowokuje do kolejnych zwierzeń, a innych wręcz odstręcza, bo jak mówią - teraz wszyscy wiemy, że nie ma co listów pisać, bo zaraz będą upublicznione. Ale ogólnie Hormon, to po prostu Hormon. Kawał życia sporej gromady ludzi. Niektórzy twierdzą nawet, że pamiętają, jak klub otwierano. Zapewniają, że bywają tam systematycznie. Uważają, że przez ostatnie lata lokal stał się mocno eklektyczny i łączy dość płyn-

Ale na tym nie koniec, bo ludzie mówią, że jest w Szczecinie miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. Marcin wyjaśnia, że to obiekt klimatyczny w doskonałej lokalizacji. Drewniany domek, praktycznie w centrum Szczecina, położony w Parku Żeromskiego. Podobno chodzi o ten domek, co znajduje się na prawo od miejsca, gdzie stała dawna hala widowiskowa Urania, podobno to stary domek grabarza. Mówią też, że to domek przy ul. Zygmunta Starego, albo raczej ten przy ul. Storrady, który na planie miasta z lat 70. figuruje jako „Schronisko Turystyczne”. Anonimowy internauta neguje jednak, że to dom grabarza, bo nie widział tam nigdy cmentarza. Ludzie jednak nie przestają drążyć. Mówią, że cmentarz był i chowano tam Francuzów, którzy

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

41


jest jak za granicą, bo jest duży dziedziniec, a dokładniej podwórko, na którym jest bar, gra muzyka i święcą się lampeczki. Jarek trzyma mocno kciuki za to miejsce, bo muzycznie, tekstowo i pod każdym względem to jego stylistyka, która dotyka duszy. Daniel myśli podobnie, ale wyraża to w prostszych słowach - bunkrów nie ma, ale jest fajnie. Aśka mówi, że to K4, że kiedyś był tu inny klub. Podobno teraz to miejscówka zacna, choć jedyna taka w Szczecinie, wiec nie ma konkurencji. Magda mówi, że jak zobaczyła zdjęcia, to myślała, że to Nocny Targ Towarzyski w Poznaniu, a nie lokal w Szczecinie, ale chyli czoła aż do ziemi i będzie tam bywać. Agnieszka twierdzi, że długo czekaliśmy na klub, który podejmie się zamawiania konkretnych bookingów na poziomie sceny międzynarodowej, no i w końcu jest. Osobom, które tam się wybierają poleca wziąć sweter lub bluzę na wypadek, gdyby było za zimno, bo klimat tam jest surowy. Ale ze swetrem czy bluzą już prosta droga by odbyć prawdziwą ucztę muzyczną. Dodaje, że to opcja tylko i wyłącznie dla osób interesujących się muzyką, które wiedzą, czego przyszły tu posłuchać. Ewentualnie dla tych, którzy szukają alternatywnych nurtów muzycznych. Bartosz, jakby zostając w temacie ciepłych swetrów, pisze, że w klubie tym ogarnięto sztukę rozpalania konkretnego ognia.

w większości byli słynnymi mieszkańcami Szczecina. W 1928 roku zmodernizowano cmentarz, wybudowano kaplicę i dom ogrodnika-zarządcy. I kiedy wydaje się, że wszystko już wyjaśnione, ktoś dodaje szkoda, że w takim cudownym miejscu tak mało się dzieje. Może stowarzyszenie się bardziej ogarnie. I dyskusja rusza od nowa, bo okazuje się, że Domek Grabarza, to żaden tam dom grabarza, a miejsce spotkań i koncertów. Ludzie mówią, że to totalne podziemie, tajemnica poliszynela i absolutna zagadka Enigmy. Mówią, że tu tylko psychodeliczne brzmienia, ciężki rock, ale czasem i tłuste bity. Podobno w środku mieszka kot, który może wszystko potwierdzić. Krzysztof mówi nawet, że w ogóle nie jest ze Szczecina, ale bywa tam stale i żałuje tylko, że nie może częściej. Ludzie mówią, że ostatnio występowali tam Marszałek Pizdudski albo Vegetable Kingdom, ale i Molde, i że podobno nikt ich nie zna, ale każdy chce usłyszeć. Ale tak ogólnie, to o tym miejscu nie mówi się za wiele. Pachnie Berlinem Ludzie mówią, że jest jeszcze miejsce w Szczecinie, gdzie można stać się częścią nowej historii. Podobno to na Kolumba, podobno

42

Ogólnie ludzie mówią, że tu miód, cud, petarda, sztos, techno, i że Berlin w Szczecinie. I chociaż podwórko, piasek i lampeczki już zwinięte, to w środku i tak jest undergroundowy klimat, mnogość różnych pomieszczeń i świetne nagłośnienie. Jedynie szatnie przydałoby się powiększyć, bo przy większych bibach nie ogarnia. Dominika też pije do szatni, bo stanie w kolejce po kurtki zabrało jej więcej czasu niż sam koncert. Na Tomku kolejka nie robi wrażenia, bo w środku jest zacnie, wnętrza są zachowane w stylu przemysłowym i brak jest zbędnych dekoracji, które tutaj mogłyby tylko pogorszyć sprawę. Max z tematem wraca na bar i dodaje, że basy łamią żebra, a do minusów zalicza skromny wybór whisky. Twierdzi nawet, ze Kolumb płakał, gdy stąd wypływał. Mówią też, że to po prostu typowy klub dla ludzi, którzy chcą poskakać przy konkretnych gatunkach muzycznych, o których istnieniu większość ludzi nawet nie ma pojęcia i w niewielu miejscach można je usłyszeć. Sławomir odradza to miejsce ludziom kochającym bawić się przy radiu esce lub osobom, dla których w klubie najważniejsze jest, jak kto jest ubrany oraz osobom czepiających się, że dostali drinka w nieodpowiednim szkle, z minami jakby przyszli do klubu za karę. Chodzi mu też o osoby, którym przeszkadza nawet to, jak ktoś tańczy lub o tych, dla których istotny jest kolor ścian. Z tego co mówią wynika, że to klub przede wszystkim undergroundowy, w klimacie industrialnym, który ma na celu tworzenie imprez , koncertów dla ludzi , dla których muzyka jest zainteresowaniem nieco szerszym od zwykłego zainteresowania klubowicza, który wychodzi w weekend po to, by się zrelaksować w miłym, ładnym, przytulnym, pełnym fantastycznych kanap i ekskluzywnych drinków z parasolką miejscu. Jak mówi Przemysław - jednym słowem jest tu grubo. Ludzie mówią, że istotnym wyznacznikiem wartości miejsca jest jego autentyczność, a nic bardziej autentycznego od cudzej opinii znaleźć się nie da.


M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

43


| KULTURA |

# nie możesz przegapić Tomasz Stańko Quartet Mimo oficjalnego sprzeciwu, na polskiej scenie pojawili się kilkadziesiąt lat temu muzycy tak utalentowani, że rychło ich dokonania wyszły poza żelazną kurtynę (Komeda, Duduś-Matuszkiewicz, Jan Ptaszyn Wróblewski). W latach 60. do młodej fali polskiego jazzu dołączył Tomasz Stańko. Dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich muzyków na świecie. „December Avenue” to najnowszy album legendy polskiego i europejskiego jazzu oraz jego nowojorskich przyjaciół. 27 listopada, Filharmonia, godz. 19, bilety 30-70 zł

„Moja Abba” doskonale oddaje klimat tamtych czasów. 15 listopada, Teatr Krypta, bilety 25-30 zł

Czeski spektakl w Kanie Teatr Kana zaprasza na spektakl „Kurica nie ptica, Ukraina nie zagranica” zespołu Teď, nádech a leť z Czech w reżyserii Davida Zelinka. To portret życia marnowanego wojną i woli przetrwania. Mozaika złożona ze szczątków losów tych, którzy choć nie weszli w bezpośredni kontakt z wojną, to jednak ta wpływa na ich życie, a także tych, którzy w niej po jednej czy po drugiej stronie, dobrowolnie lub też nie, uczestniczą. Rzeczywistość złożona ze sprzeczności i niedorzeczności, których nie da się osądzać, ale wobec których nie można pozostać obojętnym. Są zbyt blisko. 10 listopada, Teatr Kana, godz. 19, bilety 15-20 zł

W listopadzie odbędzie się seria koncertów, podczas których do Justyny i Kuby dołączy skład żywych instrumentów: smyki, sekcja dęta i perkusja. Będzie to jedyna okazja aby usłyszeć znane utwory zespołu w aranżacjach, gdzie dobrze znana warstwa elektroniczna miesza się z klasyką. 30 listopada, Filharmonia, godz. 19, bilety 65-75 zł

Król Edyp

„Moja ABBA” w Teatrze Krypta Premiera spektaklu muzycznego „Moja ABBA”, autorstwa Tomasza Mana w reżyserii Pawła Niczewskiego. Lata 70. XX wieku w Polsce to czasy smutne, szare i pozbawione inspirujących rozrywek. Przyjazd szwedzkiego zespołu muzycznego Abba budzi tęsknotę za kolorową rzeczywistością. Urzekające melodie, barwne, fantastyczne kostiumy, uśmiech, pewność siebie i beztroska. Wówczas w Polsce nikt nie miał odwagi tak wyglądać, ani nawet podobnie myśleć. Tekst Tomasza Mana

44

The Dumplings Orkiestra Po tegorocznym debiucie na scenie głównej Openera, zespół The Dumplings rusza w trasę w zupełnie nowym formacie.

Rzecz dzieje się w Tebach niszczonych przez zarazę. Lud prosi o ratunek króla Edypa, który już raz ocalił miasto, kiedy uwolnił je od pożerającego ludzi potwora – Sfinksa. Postać Edypa – tragiczna, uwikłana we własne czyny, które sprowadzają nieszczęście, wskazuje na moment „rozpoznania samego siebie” – poznania prawdy o sobie samym. Edyp jest lustrem, w którym przeglądają się w dziejach miliony odbiorców tej opowieści, która należy do klasyki europejskiej kultury. 4 listopada, Teatr Współczesny, godz. 19, bilety 26-35 zł

Poparzeni Kawą Trzy Poparzeni Kawą Trzy to zespół muzyczny, w skład którego wchodzą dziennikarze i



| KULTURA |

współpracownicy ogólnopolskich rozgłośni radiowych, TVP oraz... organista z kościoła na Bielanach. Powstali w 2005 roku jako zespół coverowy, mający w repertuarze utwory rosyjskich grup Leningrad i 5’Nizza. Przy okazji wspólnej trasy koncertowej z Leningradem, Poparzeni postanowili grać utwory polskie, a pomógł im w tym Rafał Bryndal, pisząc parę tekstów, do których, pod wodzą gitarzysty Krzysztofa Zasady, skomponowali muzykę. Od tej pory Rafał został tekściarzem i nieformalnym, ósmym członkiem zespołu. 25 listopada, Sala Koncertowa, godz. 19, bilety 110-120 zł

Młoda Polska Filharmonia w Szczecinie Młoda Polska Filharmonia, jedna z najpopularniejszych młodzieżowych orkiestr symfonicznych w Polsce, wystąpi z koncertem Vivat Polonia w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie. Koncert odbędzie się w ramach VII Jesiennej Trasy Koncertowej orkiestry. Młodą Polską Filharmonię poprowadzi Adam Klocek, dyrektor artystyczny orkiestry, laureat nagrody Grammy 2014. Gościem specjalnym jesiennej trasy koncertowej i solistą w koncercie Telemanna będzie Roman Spitzer, światowej sławy altowiolista, wieloletni solista Israel Philharmonic Orchestra, obecnie pełniący funkcję pierwszego altowiolisty w Rotterdam Philharmonic Orchestra. 11 listopada, Filharmonia, godz. 19, bilety 20-30 zł

Festiwal Tanga Argentyńskiego

Natalia Przybysz z nowym albumem Natalia Przybysz wystąpi w Szczecinie w ramach promocji nowego albumu „Światło nocne”. To kolejna płyta Natalii Przybysz, po znakomitym krążku „Prąd”, który uzyskał status platyny. „Światło nocne” to już drugi album wyprodukowany przez Jurka Zagórskiego. Obok Zagórskiego, do kompozycji i brzmienia, które jest rozwinięciem i kontynuacją nagrodzonego dwoma Fryderykami „Prądu”, przyczynili się również muzycy - stały skład zespołu – Mateusz Waśkiewicz, Filip Jurczyszyn i Hubert Zemler. Płyta jest pełna osobistych i głębokich przeżyć. Album zapowiadają dwa single - „Przez Sen” oraz „Światło nocne”. 6 listopada, Opera na Zamku, godz. 19, bilety 80-90 zł

46

„Tiempo Para Tango Szczecin 2017” to impreza, na którą zaprasza klub 13muz. Odbędzie się z udziałem tancerzy i nauczycieli tanga: Alejandro Alberto Hermida (Argentyna/ Bahia Blanca z partnerką) i Joanny i Krzysztofa Gołębieckich (Szczecin) oraz zespołu tangowego: Trio Angel z wirtuozem bandoneonu Christianem Gerberem. 17 listopada, 13muz, godz. 20:30, bilety 35-45 zł

Jakub Żulczyk w Książnicy Pomorskiej Dyskusyjne Kluby Książki i Książnica Pomorska zapraszają na spotkanie autorskie z Jakubem Żulczykiem. To pisarz, publicysta i scenarzysta. Za powieść „Ślepnąc od świateł”, brutalny kryminał dziejący się w warszawskich realiach, otrzymał nominację do Paszportu Polityki. Zadebiutował w 2006 roku przygodową powieścią o miłości, „Zrób mi jakąś krzywdę”. Współprowadził programy telewizyjne i radiowe. Oprócz pisania prozy i publicystyki, pracuje także jako scenarzysta serialowy („Belfer”). Był stypendystą programu Willa Decjusza oraz zwycięzcą

międzynarodowego konkursu na esej Young Euro Connect. 14 listopada, Książnica Pomorska, godz. 17, wstęp wolny

Festiwal Komedii SZPAK Zmaganiom najciekawszych artystów prezentujących gatunki komediowe, towarzyszyć będą wydarzenia pozakonkursowe. Na finał przygotowano „Impro z gwiazdami” - wieczór pełen szalonych improwizacji. Pełna humoru, wybuchowa mieszanka gier improwizacyjnych w wykonaniu kolektywu improwizatorów oraz gości, którymi w tym roku będą gwiazdy: Ewa Błachnio, niegdyś znana z Kabaretu Limo, Mikołaj Cieślak – powiedzieć dziś, że znacie go jedynie z Kabaretu Moralnego Niepokoju, to obrazić Ministra Błaszczaka z Ucha Prezesa; Bilguun Ariunbaatar – niezapomniany reporter U1 Bator TV z programów Szymona Majewskiego. Polski showman mongolskiego pochodzenia, który swoim wdziękiem i poczuciem humoru zaskarbił sobie serca Polaków. 30 listopada – 3 grudnia, różne miejsca

Podziel się z nami swoją opinią! Wyślij maila lub napisz do nas na FB



| KULTURA |

# kino w listopadzie długo, bo w stolicy właśnie rozpoczyna się manifestacja niepodległościowa. Do budynku, w którym znaleźli schronienie, próbuje wedrzeć się grupa agresywnych chuliganów. Wydarzenia, jakie rozegrają się w murach skłotu, odcisną niemożliwe do zatarcia piętno na życiu wszystkich bohaterów.

Mother! 2017

Darren Aronofsky potrafi wciągać widza w swoje historie. „Requiem dla snu” szokowało wizją społeczeństwa uciekającego przed rzeczywistością w uzależnienia. „Czarny łabędź” wciągał w mroczną strefę duszy głównej bohaterki, zaś „Zapaśnik” przywracał wiarę w aktorski talent Mickeya Rourke. Według recenzentów „Mother!” to surrealistyczny koktajl Polańskiego, von Triera i Bunuela. Trochę dreszczowiec, trochę baśń, a przede wszystkim autotematyczny utwór o męczarniach, w jakich rodzi się dzieło sztuki. O co chodzi? Uczucie wiążące młodą parę zostaje wystawione na próbę, kiedy w ich domu zjawia się nieproszony gość. A później kolejny…

Pewnego razu w listopadzie 2017

Kiedy, jak nie w listopadzie, film polskiego reżysera o takim tytule miałby mieć premierę? Andrzej Jakimowski, autor m.in. „Sztuczek” i „Zmruż oczy” w najnowszym filmie próbuje dotknąć tematów w Polsce, które dziś napędzają debatę publiczną, ale – w soczewce – są źródłem tragedii setek osób. Marek na co dzień troskliwie opiekuję się matką, z którą mieszka w przedwojennej kamienicy. Kiedy w wyniku eksmisji rodzina traci dach nad głową, rozpoczyna się wyczerpująca tułaczka po Warszawie – między jedną noclegownią a drugą. W końcu Markowi udaje się wynegocjować miejsce w skłocie w centrum miasta. Szczęście bohaterów nie trwa

Manifesto 2015

Aktorski masterclass w wykonaniu Cate Blanchett. Aktorka wciela się w aż 13 różnych postaci: gospodyni domowej, nauczycielki, robotnicy, wdowy, wokalistki punkowego zespołu, bezdomnego mężczyzny czy reporterki telewizyjnej. Każdy z jej bohaterów wygłasza na ekranie fragmenty słynnych artystycznych


manifestów autorstwa pisarzy i reżyserów, malarzy i tancerzy, rzeźbiarzy i poetów, filozofów i architektów, zderzając najbardziej radykalne idee XX wieku z bieżącą rzeczywistością.

Cicha noc 2017

Najlepszy 2017

Ku pokrzepieniu serc. Głównym bohaterem filmu jest Polak, który zachwycił świat, a który u nas, do dziś, pozostaje osobą praktycznie nieznaną. Pełna morderczego wysiłku, spektakularnych upadków i niezwykłej siły, historia inspirowana życiem Jerzego Górskiego, który ukończył bieg śmierci oraz ustanowił rekord świata w triathlonowych mistrzostwach świata, zdobywając tytuł mistrza na dystansie Double Ironman z czasem 24h:47min:46sek. Ten rekord nie byłby jednak możliwy, gdyby w jego życiu nie pojawiły się dwie kobiety. Jedną stracił. Druga stała się inspiracją, aby zawalczył o swoje życie.

Tryumfator festiwalu filmowego w Gdyni. Adam (Dawid Ogrodnik), na co dzień pracujący za granicą, w Wigilię Bożego Narodzenia odwiedza swój rodzinny dom na polskiej prowincji. Z początku ukrywa prawdziwy powód tej nieoczekiwanej wizyty, ale wkrótce zaczyna wprowadzać kolejnych krewnych w swoje plany. Szczególną rolę do odegrania w intrydze ma jego ojciec (Arkadiusz Jakubik), brat (Tomasz Ziętek), z którym Adam jest w konflikcie oraz siostra (Maria Dębska) z mężem (Tomasz Schuchardt). Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy świąteczny gość oznajmia, że zostanie ojcem. Wtedy, zgodnie z polską tradycją, na stole pojawia się alkohol. Nikt z rodziny nie spodziewa się, jak wielki wpływ na życie ich wszystkich będą miały dalsze wydarzenia tej wigilijnej nocy.

Morderstwo w Orient Expressie

(Murder on the Orient Express) / 2017 Ekranizacja klasycznej powieści kryminalnej Agathy Christie, wyreżyserowana przez pięciokrotnie nominowanego do Oscara Kennetha Branagha. On sam gra także słynnego detektywa Herculesa Poirot, rozwiązującego sprawę morderstwa, którego ofiarą w najsłynniejszym pociągu świata pada wpływowy amerykański biznesmen. Luksusowa podróż staje się punktem wyjścia do stylowej, pełnej napięcia i zaskakującej opowieści sensacyjnej, uznawanej za największą zagadkę kryminalną wszech czasów. Trzynaścioro pasażerów uwięzionych zostaje w pułapce, nie wiedząc, co ich czeka. Jeden człowiek musi wskazać mordercę, zanim ten zaatakuje ponownie.


| MUZYKA |

10 albumów na listopad by Jarek Jaz (MM Trendy) & Milena Milewska (Radio Szczecin)

Primus The Desaturating Seven (ATO Records) Pisanie o albumach Primusa w kategoriach dobry/zły mija się z celem. Płyty Claypoola i ekipy niezmiennie są doskonałe. Kipiące zappowskim luzem, pełne abstrakcyjnych aluzji, ironii, sardonicznego humoru oraz przede wszystkim instrumentalnej wirtuozerii, swego czasu doprowadziły formację na szczyty alternatywnych zestawień i platynowej sprzedaży. Ok, to były lata 90. XX wieku i wiele rzeczy wyglądało wówczas inaczej niż dziś, ale Les Claypool, jego basowa gitara oraz wokal z wyżymaczki wciąż trzymają klasę. Wracając jeszcze na chwilę do przeszłości: o Primusie mówiło się w kategoriach funk metalu, wrzucając do jednego worka z Faith No More i Jane’s Addiction. Dziś te odniesienia są niewiele warte. Tamte składy kurzą się we wspomnieniach czterdziestolatków lub revivalowych koncertach dla ludu, zaś Primus wciąż poszerza kategorie awangardowego rocka. Z jakim skutkiem? Płyta nawiązuje do bajki z lat siedemdziesiątych zatytułowanej „The Rainbow Goblins” autorstwa Ula De Rico. Opowiada o siedmiu goblinach, które ukradły wszystkie kolory z całego świata. Paranoiczne tango wciąż ma się dobrze.

Four Tet New Energy (Text) Z czym kojarzy się nowa energia? Z postanowieniami noworocznymi, których skutek wyparowuje gdzieś trzy tygodnie po imprezie sylwestrowej? A może z couch’owym słowotokiem, z którego mamy wyciągnąć dla siebie „inspirację” i dzięki temu

50

zyskać „nowe ja”. W post-new age’ owej estetyce ten zwrot zyskuje wiele znaczeń. Swoje skojarzenia odkrywa Kieran Hebden, jeden z bardziej utalentowanych kompozytorów nowej elektroniki. Jego energia to melancholijne wyprawy w kierunku IDM, ambientu, ale też i danceflooru, gdzie Four Tet czuje się równie dobrze, co na dobrych odsłuchach w sypialni. Potrafi więc być tak samo skuteczny w wyrafinowanych dźwiękowych subtelnościach, wokół których osnuta jest większa część albumu, jak i w rytmach 4x4 serwowanych w doskonałych proporcjach chociażby w numerze „SW9 9SL”. Choć w techno modne jest ostatnio nurzanie się w darkside’owych klimatach (wszak czasy mamy niespokojne), to Four Tet wolał postawić na intymność i przygotować strawne, osobiste danie.

radiową graną o północy”. Odnosząc to do oferty polskich rozgłośni radiowych – nie tylko o północy. Ten zestaw może i jest dziwny, ale bez wątpienia budzi spore emocje, czego nie można powiedzieć o radiowych ramówkach. To niesamowite, jak wysokim poziom serii serwuje oficyna K7 niezmiennie od lat 90.

która zachwyca w stylowym „In the room”. Poza wyprawami w rasowy nowoczesny soul, sporo tu brzmień typowych dla Exit rec. – chropowatego d’n’b, juke’owych eksperymentów czy zabaw spod znaku Maddslinky. Cóż, to po prostu kolejny fajny album, przy którym można spędzić kilka miłych chwil.

Daphni Joli Mai (Jiaolong)

Lone DJ Kicks

Zed Bias Different Response

(K7)

(Exit)

Może to i prawda, że Lone każdy swój set składa z podobnych (choć często bardzo odległych od siebie elementów), ale na pewno nie oznacza to choćby grama nudy. Co wyciągamy z tego worka? Madlibowe rymowanie na bitach Lootpacka, melodyjny indie rap Camu Tao z katalogu Def Jux, a tuż obok tego psychodeliczną elektronikę z lat 90. w wydaniu Boards of Canada. Pojawia się stare techno autorstwa Johna Beltrama i zupełnie nowe kawałki Matta Cutlera (Lone). Na deser pochodząca z zaświatów Drexciya i zupełnie mocno stojący na ziemi Radiohead. Dość pokręcony zestaw, ale tak szacowna instytucja jak K7 nie oddawałaby swoje flagowej serii komuś, kto nie stworzyłby na jego bazie spójnej konstrukcji. Sam Cutler opisuje swój pierwszy wydany oficjalnie miks jako „dziwną audycję

Weteran klubowej elektroniki z Manchesteru, jeden z pionierów stylów 2-step i UK garage, podąża z duchem czasu. Wcześniej z powodzeniem odnajdywał się w house’owych produkcjach, również UK funky, dubstep czy grime (jako Sleepin’ Giantz czy Madd Again!). Wytwórnia promuje najnowszy album jako „nowoczesny brytyjski soul w formacie 160 BPM” i trudno polemizować z tym zgrabnym marketingowym linerem. Zed Bias nigdy nie wciskał lipy. Ani w studio, ani na parkiecie, o czym kilkakrotnie można było przekonać się nawet w szczecińskich klubach. Teraz próbuje sił w bardziej footworkowej stylistyce i tempie. Mamy więc do czynienia z wysokich lotów taneczną elektroniką z udziałem wielu wspaniałych gości, m.in. MC DRS, Zoë Violet, Evą Lazarus czy soulową wokalistką Herleigh Blu,

Jakoś wcześniej nie zarejestrowałem, że Caribou, postać bądź co bądź uznana wśród fanów nowoczesnej elektroniki, zmienia ksywę na Daphni. Choć Kanadyjczyk Dan Snaith nagrywał już także wcześniej jako Manitoba, zapewne więc ma upodobanie do żonglowania artystycznymi pseudonimami. O ile w przypadku twórczości Caribou mieliśmy do czynienia z muzycznymi dekonstrukcjami na styku hip hopu, funku i popu, to działając jako Daphni, Dan Snaith zdecydowanie kieruje się ku muzyce tanecznej, zabierając słuchacza na sam środek rozbłyskującego od refleksów dyskotekowych kul parkietu. Część tego repertuaru mogliśmy poznać już na kompilacji Fabriclive 93, która składała się wyłącznie z autorskich numerów Kanadyjczyka i charakteryzowała się zdecydowaną parkietocentrycznością. Brzmienie Daphni lokuje się gdzieś pomiędzy Four Tet’em a Floating Points (prywatnie panowie dobrze się znają) i choć kawałków z „Joli Mai” można słuchać także w domu, to didżeje poszukujący minimalistycznych tanecznych sztosów również nie mają co narzekać.


| MUZYKA |

Jordan Rakei Wallflower (Ninja Tune) Podczas imprez w szkole raczej nie był królem parkietu, częściej trzymał się z boku, zresztą „wallflower” to właśnie osoba podpierająca ściany w czasie potańcówek. Jordan przyznał, że zwykle czuł się outsiderem i tak naprawdę wyrażał się jedynie w muzyce. Pewnie dlatego ta płyta brzmi jak czyjś pamiętnik i jak to bywa w dobrej prozie, nie wszystko jest tu takie, jak się wydaje. „May” wcale nie jest utworem o pięknej, wiosennej miłości, tylko przejmującą opowieścią o śmierci babci wokalisty, a gdy już Rakei bierze się za miłość, robi to niebanalnie i z dużym smakiem („Sorceress”, czy „Lucid”). Brzmieniowo nadal otrzymujemy soul - akustyczny i elektroniczny ze sporym udziałem jazzującej perkusji i funkowych dęciaków. Mogłoby się wydawać, że przy drugim albumie, a do tego wydanym w innej (w sumie już legendarnej) wytwórni, będzie próbował coś na siłę zmieniać, by pokazać się z innej strony. Ale Jordan po prostu konsekwentnie zaprasza nas do swojego intymnego i ocierającego się o sen świata. Reszta się nie liczy, bo on dobrze wie o czym i jak chce opowiadać.

Ibeyi Ash / (XL) Tytułowy popiół kojarzy się z pozostałościami i zniszczeniem, jednak bliźniaczki z duetu Ibeyi skupiają się na tym, że popiół to także naturalny nawóz. Jakkolwiek banalnie to brzmi - koniec daje szansę na coś nowego, z ziemi wyrastają kolejne rośliny, powstaje nowa energia. Na „Ash” jest dużo kontaktu z naturą i jeszcze więcej siły odnajdywanej w graniu

muzyki. Nie bez przyczyny słyszymy: „nie umiem czytać w myślach, nie mogę wejść na najwyższe drzewa, ale potrafię grać na bębnach”. I właśnie te bębny łączą się z wpływami kubańskimi, folkiem, jazzem, elektroniką oraz tekstami napisanymi w czterech językach. Z wielu różnych głosów, często dotykających tematu dyskryminacji, wyrasta niezłomność uniwersalna dla wszystkich kultur. To płyta dwóch młodych kobiet, które z jednej strony szukają silnych wzorców (stąd cytaty z wypowiedzi Michelle Obamy), ale same też dają świetny przykład tego, jak czerpiąc to, co najlepsze z tradycji, pokonywać trudności i ciągle iść do przodu.

tym jak wydała mixtape „Cut 4 Me”, kazała nam czekać na debiut aż cztery lata. I skoro mieliśmy już tyle cierpliwości, to dotrwamy też do lutego - wtedy Kelela zagra w Warszawie. Z „Take Me Apart” czas powinien nam zlecieć szybko i bardzo przyjemnie.

Kelela Take Me Apart

Benjamin Clementine I Tell a Fly

(Warp)

(Behind)

Wątpliwości, trudne decyzje, powroty, nowa miłość - Kelela nagrała osobisty album o wszystkich uczuciach towarzyszących rozstaniu, sprawdzający się w kontrastujących ze sobą sytuacjach - przed wyjściem do klubu, ale i podczas samotnego wieczoru pod kocem. Wokalistka nie boi się całkowicie odsłonić teksty są jej na tyle bliskie, że gdy wspomina o niektórych utworach, do jej oczu napływają łzy. Nie jest tu daleko do wrażliwości Sade, a dużą inspiracją było też sensualne r’n’b Janet Jackson (Kelela przyznała, że po nagraniu kilku numerów czuła się, jakby mówiła do Janet: „to dla Ciebie, mamo”). To brzmienie ma także prawie dwudziestu „ojców” - współautorów piosenek i producentów, jednak nikt nie ma wątpliwości, kto gra tu pierwsze skrzypce i dba o spójność, czy dopracowanie całej wizji. Widać, że potrzebowała dłuższej chwili, by zamknąć pewne rozdziały i nabrać dystansu, bo po

„Cudzoziemiec z ponadprzeciętnymi umiejętnościami” - taki zwrot Clementine przeczytał na swojej wizie do USA - po angielsku brzmi to dosadniej, bo użyto słowa „alien”. Wokalista stwierdził, że rzeczywiście często czuł się obco, zupełnie jak tułacz przemieszczający się z miejsca do miejsca - stworzył więc album, który w jego zamyśle jest sztuką o dwóch muchach wędrujących przez świat. Wydaje się abstrakcyjne i ten materiał ma z abstrakcją wiele wspólnego. Czasem jest przesiąknięty muzyką klasyczną z XIX wieku, potem znowu pojawia się opera, folk, czy soul, a do pianina dołączają klawesyn i klawikord. Do tego utwory mają nietypowe i połamane konstrukcje, zupełnie jakby Benjamin chciał przełożyć na dźwięki chaos współczesnego świata - świata już na początku przyrównanego do dżungli, w której dzieci powinny dorosnąć najszybciej, jak się da. „I Tell a Fly” jest wymagającą podróżą, jednak

ci najbardziej wytrwali mogą liczyć na nagrodę w postaci wytwornej i refleksyjnej płyty, dalekiej od pójścia na łatwiznę.

Moses Sumney Aromanticism (Jagjaguwar) „Czy jestem istotny, jeśli moje serce jest bezczynne?” pyta Sumney na płycie o aromantyzmie, czyli niezdolności, bądź niechęci do odczuwania romantycznej miłości. Cytując fragmenty tekstów - jest to świat samotności i dominującej pustki z odgłosami próżni. I tu dzieje się coś niesamowitego, gdyż ta rzeczywistość nie odpycha chłodem, a pochłania emocjami pulsującymi w każdym wyśpiewanym słowie. Wokalista sprzeciwia się wszechobecnej obsesji szukania miłości i dobierania się w pary, a perspektywa nieudanych romansów i samotności nigdy nie była tak absorbująca. Moses odbiera świat na niesamowitym poziomie wrażliwości - chciałoby się powiedzieć, że widzi i czuje więcej. Uzupełnia to muzyka, będąca fuzją jazzu, ambientu, soulu i folku z hipnotyzującymi smyczkami, czy harfą. Słucha się tego z zapartym tchem. Pewnie, że Sumney nie jest pierwszym, który przeszywa swoim idealnym falsetem, ani tym bardziej pierwszym, który śpiewa o braku miłości. Ale dawno nikt nie robił tego z taką klasą i wyczuciem.

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

51


| ZDROWIE |

Pierwsze chwile dziecka na świecie To, co dzieje się z dzieckiem zaraz po urodzeniu, zależy od tego w jaki sposób odbywał się poród, a także od tego w jakiej kondycji rodzi się dziecko. TEKST ANNA FOLKMAN

Przy założeniu, że dziecko urodziło się bez komplikacji i siłami natury, to po jego wydobyciu trafia od razu na brzuch mamy. Dziecko jest wciąż połączone z nią pępowiną. Mama może je przytulić, personel osusza noworodka. - Pozostawienie wilgotnego dziecka spowodowałoby szybką utratę ciepłoty ciała, dlatego tak ważne jest osuszenie - zauważa dr Beata Tomczyk, neonatolog ze szpitala w Zdrojach. - Maluszek jest tylko wycierany z wód płodowych, krwi, smółki, ale pierwsza kąpiel następuje po około dobie od urodzenia. Dziecko zostaje odpępnione - przez tatę lub personel, w zależności od tego, jak rodzice zaplanowali sobie ten moment. W tym czasie (do 5 minut po urodzeniu) ocenia się dziecko po tym, jak się zachowuje i przyznaje mu punkty w skali Apgar. Jeśli kolor skóry jest odpowiedni, dziecko płacze, rusza nóżkami i rączkami, dostaje wysoką punktację. Przez kilkanaście minut noworodek może pozostawać blisko mamy. Wszystko zależy od tego, jak ona się czuje i co się z nią dzieje. Oczekiwane jest urodzenie łożyska, czasami konieczne jest założenie szwów na krocze. Później, na chwilę, dziecko trafia pod promiennik – stanowisko neonatologiczne z odpowiednią temperaturą. Tam jest ważone, mierzone i przechodzi zabieg Credego, czyli zakrapianie oczu azotanem srebra w ramach profilaktyki rzeżączkowego zapalenia spojówek. Po tych zabiegach dziecko owinięte w pieluszki, z klamerką na kikucie pępowiny, wraca do mamy i przystawiane jest do piersi. - Mama na sali porodowej przebywa jeszcze przez dwie godziny po porodzie. To czas na bliski kontakt i pierwsze karmienie. Kiedy mama jest już na sali poporodowej, dziecko przyjmowane jest na oddział noworodkowy - dodaje neonatolog. - Tam podaje się mu witaminę K. Według najnowszych zaleceń, wszystkie noworodki mają obowiązek przyjęcia witaminy K domięśniowo - w zastrzyku, chyba że rodzice nie wyrażają zgody na to - wtedy robi się to doustnie. Wówczas muszą podawać tę witaminę jeszcze kilka razy, już kiedy będą w domu. Po podaniu witaminy, noworodek z powrotem trafia do mamy. Potem następuje kompleksowe badanie przez neonatologa. Ten kontroluje całe dziecko, zaczynając od głowy przez jamę ustną, oczy, uszy, obojczyki, klatkę piersiową (osłuchanie serca, płuc), bada brzuch, kontroluje narządy płciowe, odbyt itd. - W pierwszej dobie życia dziecku przysługują szczepienia prze-

52

ciwko gruźlicy oraz WZW B (żółtaczce zakaźnej). Po czwartej godzinie życia przeprowadza się tzw. test pulsoksymetryczny - zauważa pani doktor. - Drugi raz taki test przeprowadza się przed wypisaniem dziecka. Maluszkowi zakłada się czujnik na nóżkę i przez min. 2 minuty sprawdza wysycenie krwi tlenem. Dzięki temu można zidentyfikować szybciej wady serca. Następnie pobierane są jeszcze próbki krwi na dwie bibułki, które wędrują do badań w Szczecinie i w Warszawie. Pobiera się je po 48 godzinach od urodzenia. Te badania pozwalają wykryć choroby metaboliczne, np. fenyloketonurię czy mukowiscydozę. Noworodek przechodzi też przesiewowe badanie słuchu, zwykle przed samym wypisem. Kiedy mama rodzi przez cesarskie cięcie, różnica dotyczy przede wszystkim pierwszego momentu po porodzie. Od razu po wydobyciu dziecka, trafia ono pod promiennik. Tam, po wspomnianych zabiegach, dziecko jest owijane w pieluszki, ma krótki kontakt z mamą. - Mama może je przytulić, pocałować, ale to trwa zaledwie kilka minut, bo sama mama jest jeszcze w trakcie operacji - podkreśla dr Tomczyk. - Dziecko trafia zatem na oddział noworodków. Maluch z mamą mogą się spotkać na dłużej, kiedy mama trafi na salę dla położnic. Niestety ten kontakt jest także ograniczony - kobieta nie może poruszać się, nawet podnosić głowy. Położna podaje dziecko mamie, przystawia do piersi, ale później zabiera je na oddział noworodkowy. Kobieta nie jest w stanie sama się nim zająć. Musi minąć ok. 8 godzin zanim znieczulenie paraliżujące od pasa w dół przestanie działać. Jeśli obecni są bliscy, np. tata dziecka, jest możliwość, by opiekę tę przejął właśnie on. - Prawdą jest, że coraz częściej spotykamy się z rodzicami, którzy przychodzą do porodu z oświadczeniem zawierającym listę procedur, których nie życzą sobie by były wykonywane w stosunku do ich dziecka - przyznaje dr n. med. Anna Błażejczak, pediatra, neonatolog z Kliniki Patologii Noworodka szpitala na Pomorzanach. - Takie sytuacje nie są już sporadyczne. Tygodniowo to nawet kilka noworodków, których rodzice mają szczególne „życzenia”. Zawsze jednak staramy się z rodzicami porozumieć. Rozmawiamy z nimi, tłumaczymy, przekonujemy, ale i słuchamy ich próśb i jeśli nie zagrażają one życiu dziecka, przystajemy na nie. Dokonujemy jednak wówczas zawsze wpisu w kartę dziecka o tym, że wytłumaczono rodzicom konieczność wykonania niektórych zabiegów. Jeśli nie wyrażają na to zgody, czynimy taką adnotację dodając, że robią to choć zostali poinformowani o konsekwencjach i robią to na własną odpowiedzialność.


Nowość

w Laser Studio!

Nieskończona moc laserowych możliwości Idealnie czysta skóra, doskonale napięta i jędrna - to marzenie każdego. Jak się okazuje, od dziś wystarczy jeden zabieg i niecała godzina, by ziścić to marzenie. O szczegóły pytamy doktora Zbigniewa Matuszewskiego z Laser Studio. Jeszcze latem zapowiadaliśmy nowy zabieg w Laser Studio. Wiem, że to już półmetek przygotowań. Zdradzi nam Pan coś więcej na temat nowości? - Już w połowie listopada zaproponujemy pacjentom Laser Studio zabieg, którego zastosowanie i możliwości techniczne są nieograniczone. Jego ponadprzeciętność wyraża się w samej nazwie - Infinity, nieskończoność. To zabieg, który działa warstwowo. Po pierwsze, napina skórę, a przez oddziaływanie na naczynia krwionośne działa stymulująco. Po drugie, odparowuje naskórek, likwidując przy okazji przebarwienia czy inne niedoskonałości. Zabieg jest przeznaczony do okolic twarzy i szyi. Oczywiście, można stosować go np. na dekolcie, dłoniach czy przedramio-

nach. Jednak najbardziej spektakularne efekty widać właśnie na twarzy i szyi. Na czym polega zabieg? Jak długo czeka się na pierwsze efekty? - Działanie zabiegu Infinity składa się z dwóch etapów. Podskórnego i zewnętrznego. Najprościej mówiąc, laser frakcjonuje punktowo kolejne warstwy skóry, stymulując tkanki oraz naczynia krwionośne. W ten sposób uwalniają się naturalne substancje, oddziałujące bezpośrednio na zewnętrzną część skóry. W trakcie zabiegu skóra staje się idealnie czysta, a tuż po zabiegu idealnie napięta. Z gabinetu wychodzi się po niespełna godzinie z niewielkim zaczerwienieniem, jak np. po masażu. Od razu można wrócić do pracy i cieszyć się nową jakością skóry. Efekty utrzymują się od 6 do 8 miesięcy. Czy zabieg Infinity można porównać do innych zabiegów z zakresu medycyny estetycznej, również tych laserowych? - Mówimy tu o tak wysokiej stymulacji, że Infinity jest nieporównywalny do żadnego innego zabiegu ani z zakresu tradycyjnej medycyny estetycznej, ani laserowej. Popularne osocze bogatopłytkowe czy ostrzykiwanie preparatami chemicznymi nie są w stanie wywołać takich efektów. Mikrodermabrazja teoretycznie

daje podobne rezultaty do tych, jakie pojawiają się po odparowaniu naskórka (jeden z etapów Infinity), tyle, że nasz zabieg jest bezinwazyjny, a jego efekty są natychmiastowe. Ponadto nie musimy wyłączać się z życia na kilka dni po zabiegu i nie musimy obawiać się skutków ubocznych. Podobnie jest w przypadku innych zabiegów laserowych. Przez długi czas na rynku nie było lepszego zabiegu niż lifting laserowy. Jednak jest to zabieg radykalny, pacjent musi wziąć kilka dni wolnego, by wszystko się właściwie zagoiło. Trzeba to również wcześniej zaplanować. I tu pojawia się przewaga Infinity. Możliwe, że dzięki nowym technologiom niedługo część zabiegów zniknie z rynku. Czyli możemy powiedzieć, że jest to zabieg przyszłości? Tylko dlaczego do tej pory o nim nie słyszeliśmy? - Infininty to nowość na rynku i absolutnie milowy krok w zakresie pielęgnacji skóry. W całym kraju zabieg jest dostępny jedynie w Laser Studio. Technologię i procedurę opracowałem osobiście. Myślę, że dzięki postępowi technologicznemu niedługo taki zabieg będzie można stosować na całe ciało.

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

53


| URODA |

Sekrety makijażu Magdy Pieczonki FOTO Andrzej Szkocki

54

Ponad 30 szczecinianek wzięło udział w wyjątkowych warsztatach makijażu, zorganizowanych przez Agnieszkę Szeremetę, wizażystkę i specjalistkę od wizerunku ze Szczecina. Zajęcia poprowadziła Magda Pieczonka, makijażystka gwiazd. Uczestniczki poznały tajniki makijażu Glow oraz Smokey. W rolę modelki wcieliła się szczecińska blogerka modowa Laila Szaranek. Specjalistka podzieliła się swoim doświadczeniem, oraz zdradziła tajniki pracy z gwiazdami. Agnieszka Szeremeta planuje drugą edycję warsztatów w formie pokazu oraz w formie praktycznej już w kwietniu. (am)





| ZDROWIE |

Kręgosłup - czy to musi boleć? Kręgosłup jest filarem naszego ciała. Jego dysfunkcja uderza w nasze zdrowie u jego podstaw. O tym jak właściwie zadbać o zdrowy kręgosłup i gdzie szukać pomocy opowiedział doktor Łukasz Terenowski z Domu Lekarskiego.

Co jest najczęstszą przyczyną bólu kręgosłupa? Kogo dotyczy ten problem? - Dolegliwości bólowe kręgosłupa dotykają pacjentów w każdej grupie wiekowej. Z jednej strony narastające tempo życia i wymagania stawiane pracownikom w pracy oraz formy spędzania czasu wolnego – sprawiają, że problem bólów kręgosłupa coraz częściej dotyczy pacjentów młodych i w wieku średnim. Z drugiej strony wydłużający się czas życia kobiet i mężczyzn prowadzi w sposób naturalny do „zużywania” się struktur kręgosłupa. Bóle kręgosłupa mogą mieć różnorodną przyczynę m.in.: zwyrodnieniowe, pourazowe, zapalne, nowotworowe. Jednak w praktyce klinicznej najczęściej spotykamy się z dyskopatią czyli chorobą krążka międzykręgowego. Krążek międzykręgowy sam może być bezpośrednią przyczyną bólu. Może też dojść do sytuacji gdzie na skutek jego przemieszczenia dojedzie do ucisku struktur nerwowych, co spowoduje promieniowanie bólu wzdłuż ręki lub nogi. Są też osoby cierpiące na chorobę stawów międzykręgowych, wiąże się to z ich przeciążeniem. Wiele osób odkłada wizytę u lekarza na rzecz samodzielnie dobranych masaży, rozgrzewających plastrów, maści czy leków przeciwbólowych. Jakie konsekwencje może mieć takie postępowanie? Gdzie właściwie należy się udać?

magnetycznego. Aby skutecznie ukierunkować leczenie musimy dokładnie zdiagnozować źródło bólu. Tylko w ten sposób właściwie dobierzemy leki, prowadzimy rehabilitację, oraz w razie potrzeby zaplanujemy leczenie interwencyjne lub operacyjne.

- Dolegliwości bólowe kręgosłupa, które nawracają lub nie ustępują po odpoczynku – zawsze wymagają diagnostyki, czyli badania lekarskiego, RTG czy rezonansu

Współczesna medycyna jest medycyną celowaną – wybiórczo działającą na przyczynę lub miejsce bólu. Diagnostyka jest tu potrzebna. W przypadkach

58

kiedy przyczyną dolegliwości bólowych kręgosłupa są urazy, zapalenie czy nowotwory – pominięcie diagnostyki może prowadzić do bardzo poważnych i często nieodwracalnych następstw. Z tych powodów zawsze doradzam wizytę u lekarza specjalizującego się w chorobach kręgosłupa - ortopedy, neurologa czy neurochirurga. Pozwoli to uniknąć niepowodzeń w leczeniu oraz zapobiec powikłaniom.


| ZDROWIE |

Jakie zabiegi najczęściej zaleca się, by przywrócić kręgosłup do pełnej sprawności? - Jeżeli prezentowane przez pacjenta dolegliwości bólowe mają niewielkie lub umiarkowane nasilenie, a badanie lekarskie nie wykazuje niepokojących objawów oraz wykluczyliśmy w zleconych baniach zagrażające zdrowiu patologie odpoczynek, rehabilitacja oraz leki przeciwbólowe pierwszego rzutu zazwyczaj wystarczają. W przypadku kiedy takie leczenie nie przynosi poprawy lub jedynie poprawę krótkotrwałą pacjent powinien powrócić do lekarza prowadzącego, aby zmodyfikować leczenie lub pogłębić diagnostykę. Pacjenci często unikają tej drogi ponieważ boją się, że lekarz „będzie chciał” ich operować, co wiąże się z ryzykiem i długotrwałą rekonwalescencją. W Domu Lekarskim jest też stosowana kriolezja oraz szereg innych nowoczesnych zabiegów. Na czym polegają? - Zawsze staramy się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom pacjentów, którzy liczą na szybkie ustąpienie dolegliwości bólowych, powrót do sprawności i uniknięcie leczenia operacyjnego. Stąd wychodzimy z interwencyjnym leczeniem bólu kręgosłupa, które w sposób precyzyjny, bezpieczny i małoinwazyjny pozwala osiągnąć te cele. Leczenie interwencyjne to medycyna „szyta na miarę” potrzeb indywidualnego pacjenta. W przypadku ucisku korzenia nerwowego możemy pod kontrolą radiologiczną podać leki przeciwbólowe i przeciwzapalne bezpośrednio w miejsce konkretnego ucisku, w przypadku przepukliny

krążka międzykręgowego możemy w podobny sposób wprowadzić w to miejsce leki powodujące uwodnienie uszkodzonego i przywracające właściwy kontur krążka międzykręgowego (DiscoGel). Jeżeli głównym objawem są bóle stawów międzykręgowych jesteśmy w stanie selektywnie pozbyć się tej przykrej dolegliwości stosując kriolezję. To stosunkowo nowa „broń” w zwalczaniu bólów kręgosłupa. Chociaż zimno w leczeniu bólu stosowane było od czasów antycznych. Współczesne metody są znacznie bardziej wysublimowane. Przy pomocy neurostymulacji jesteśmy w stanie zróżnicować nerwy ruchowe i czuciowe oraz zastosować selektywnie działanie niskich temperatur do włókien przekazujących impulsy bólowe. Wielką zaletą tej metody jest, poza wysoką skutecznością, również praktyczny brak działań niepożądanych co stwarza ją idealnym rozwiązaniem dla pacjentów obciążonych chorobami ogólnoustrojowymi lub przyjmujących znaczną ilość leków. Jak powinniśmy dbać o kręgosłup, by zapobiec jego schorzeniom? - Przynajmniej w połowie tak jak o swój samochód (śmiech). Regularnie „jeździć na przeglądy”, rozważnie „eksploatować”, a w przypadku awarii – niezwłocznie zgłosić się do „serwisu”. Problem profilaktyki został już szeroko opisany w literaturze:

„…Szlachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się nie zepsujesz.”

Często nie odczuwając dolegliwości – bagatelizujemy nieprawidłowe zachowania a kiedy zdamy sobie sprawę z wpływu ich następstw na nasze życie jest już zbyt późno na przeciwdziałanie. Pęd cywilizacyjny skazuje nas na długie godziny spędzane w pracy. Ergonomiczne stanowisko pracy, w którym kręgosłup obciążony jest zgodnie z jego fizjologicznym ułożeniem, dzielenie czasu pracy na ćwiczenia rozciągające. W przypadku pracy fizycznej stosowanie pasów czy kamizelek ochronnych. Pozwalają w prosty sposób ograniczyć ryzyko wystąpienia schorzeń kręgosłupa. Aktywność fizyczna na stałe wpisała się do naszego grafika zajęć. Rosnąca świadomość zdrowego trybu życia, a także trend stylu „fit”, „light” spowodował masowy rozwój klubów sportowych i fitness. W przypadku sportów wytrzymałościowych, siłowych czy z elementami akrobatycznymi nie do przecenienia jest rola doświadczonego trenera. Musimy zdawać sobie sprawę, że wzmacnianie ciała od jego niszczenia przez sport dzieli cienka linia i często niewłaściwe ćwiczenia fizyczne zamiast budować zdrowie naszego kręgosłupa i stawów – niszczą je. Trener pilnując właściwej biomechaniki ruchu oraz często hamując nasze zapędy do szybkiego „sukcesu” jest gwarancją naszego zdrowia. W ramach profilaktyki schorzeń kręgosłupa polecić można ćwiczenia wzmacniające / stabilizujące ukierunkowane na kręgosłup w ramach zajęć „zdrowy kręgosłup”, pilates, joga.


| ZDROWIE |

Bezwstydne rozmowy na wstydliwe tematy Cierpiał na nie Napoleon Bonaparte, nie oszczędziły Marylin Monroe ani Elizabeth Taylor, zatruwały życie Ernestowi Hemingwayowi. Są tematem tabu, więc większość z nas z uporem odwleka wizytę u lekarza aby skończyć z niedogodnościami tej nieprzyjemnej przypadłości. Rozmowa z dr n. med. Maciejem Józefowiczem, chirurgiem ogólnym i proktologiem z kliniki Beauty Group w Szczecinie.

60

dr n. med. Maciej Józefowicz, chirurg ogólny, proktolog, flebolog. Członek m.in. Towarzystwa Chirurgów Polskich i Polskiego Towarzystwa Chirurgii Onkologicznej. Współpracuje z kliniką chirurgii plastycznej Beauty Group w Szczecinie. Więcej informacji na temat zabiegów: www.artplastica.pl


| ZDROWIE |

Panie doktorze, czym właściwie zajmuje się proktolog? Proktologia to nauka, która traktuje o chorobach jelita grubego, odbytu i odbytnicy. Proktolog zajmuje się problemami, związanymi z wymienionymi przeze mnie elementami przewodu pokarmowego i tkanek przylegających. Jest to nauka dosyć stara, bo pierwsze wzmianki na temat leczenia chorób proktologicznych pojawiają się na rysunkach i inskrypcjach starożytnych … Choroby proktologiczne towarzyszą nam od tysięcy lat i nie oszczędzały znanych osobistości. Na żylaki odbytu skarżyli się Karol Marks, Marylin Monroe, Ernest Hemingway… Cierpiał na nie też Napoleon: podczas bitwy pod Waterloo nie był w stanie siedzieć na koniu, więc dowodził na leżąco. Wizyta u proktologa jest dla wielu osób tematem tabu, wiąże się ze sporymi obawami i wstydem. Rozwiejmy więc wątpliwości: jak wygląda przebieg takiej wizyty? Bez wątpienia mamy tutaj do czynienia z bardzo intymną sferą doznań człowieka, w związku z tym większość pacjentów w pierwszej kolejności stara się rozwiązać swoje problemy poprzez samopomoc. W dalszej kolejności te osoby trafiają zwykle do apteki aby nabyć podstawowe leki służące leczeniu chorób proktologicznych, a dopiero w ostateczności do lekarza. Droga ta wygląda zupełnie inaczej jeżeli mamy do czynienia z nagłym, ostrym rozwojem choroby. Niestety zazwyczaj pacjent trafia do lekarza z pewnym opóźnieniem. Samo przygotowanie się do pierwszej wizyty wymaga w zasadzie odrobiny dobrej woli: zgłoszenia się do lekarza, opowiedzenia o swoich problemach i poddaniu się badaniu lekarskiemu poszerzonemu o pewne elementy badania specjalistycznego. Czyli działanie na własną rękę i leczenie się bez konsultacji lekarskiej nie jest wskazane w przypadku odczuwania dolegliwości? Oczywiście że nie jest wskazane, ponieważ są one bardzo niespecyficzne i niecharakterystyczne. Czasami rzeczywiście mogą dotyczyć bardzo znanych i powszechnych jednostek chorobowych i właśnie w taki sposób mogą się objawiać, natomiast należy pamiętać o tym, że takie same dolegliwości powodują choroby, które wymagają leczenia specjalistycznego. Mowa u szczególnie o chorobach nowotworowych przewodu pokarmowego. Czy któraś z płci częściej zmaga się z chorobami proktologicznymi? Związek między płcią a występowaniem chorób nie ma większego znaczenia. Obserwujemy statystycznie, że mniej więcej po 50. roku życia problemy proktologiczne ma połowa populacji ludzkiej, natomiast dla pewnych osób, np. kobiet w okresie ciąży, połogu, rzeczywiście częściej obserwujemy występowanie żylaków odbytu i podobnych schorzeń. Choroba hemoroidalna jest dosyć powszechnym problemem. Skąd się bierze? Hemoroidy, czyli żylaki odbytu – rodzimy się z nimi i mamy je przez całe życie. Natomiast pod wpływem działania różnego rodzaju czynników sprawczych może dojść do aktywacji procesu chorobowego. Możemy mieć do czynienia z przejściowym wzmożeniem ciśnienia wewnątrzbrzusznego w tłoczni brzusznej i stąd okresowym powiększeniem się żylaków odbytu, a także sytuacją gdzie to ciśnienie jest tak duże, że sploty żylne

nie wytrzymują tegoż ciśnienia i dochodzi do przesączenia krwi, pękania tych splotów żylnych albo zatrzymywania się w nich krwi. Czy hemoroidy można leczyć metodami nieinwazyjnymi, czy lekarze skłaniają się raczej ku leczeniu chirurgicznemu?W pierwszym okresie zalecamy leczenie nieoperacyjne, niezabiegowe: proponujemy pacjentowi właściwą, lekkostrawną dietę, terapię ruchem i oczywiście zastosowanie leczenia farmakologicznego, czyli zachowawczego. Natomiast dopiero w momencie, kiedy ta terapia nie daje rezultatów albo choroba ma tak zaawansowany stopień, że nie poddaje się leczeniu zachowawczemu proponujemy pacjentowi inne rozwiązania, oczywiście dostosowane indywidualnie do jego potrzeb, w tym rodzaju i stopnia zaawansowania choroby. W ten sposób za każdym razem mamy do czynienia z indywidualizacją procesów terapeutycznych: zachowawczych i operacyjnych. Czy istnieją alternatywne metody leczenia? Jak najbardziej. Przy pierwszych stadiach choroby możemy leczyć pacjenta wykorzystując technikę laserową: wiązka laserowa uszkadza tkanki guzka z minimalnym wpływem na sąsiadujące tkanki. Aby wykonać zabieg należy mieć doświadczenie i dysponować specjalistycznym sprzętem. Wykonuję tego typu zabiegi wykorzystując laser neodymowo-yagowy i polecam je pacjentom, bo przynoszą zadowalające efekty kliniczne. Często stosuje się też zabieg skleroterapii, która polega na wstrzyknięciu środka obliterującego w guzki. Zaletą tej metody jest możliwość ostrzyknięcia wszystkich guzków w czasie jednej wizyty, co pozwala osiągnąć naprawdę szybki efekt. Czy nieleczone hemoroidy mogą być niebezpieczne? Jeżeli pozostawimy te schorzenia nieleczone, wówczas dochodzi do nasilenia różnego rodzaju objawów. Choroby przechodzą w kolejne stadia rozwojowe, a część z nich może w istotny sposób wpłynąć na ogólny stan zdrowia pacjentów. Znane są z piśmiennictwa takie przypadki jak np. historia lekarza Davida Livingstone’a, który zmarł z powodu powikłań związanych z żylakami odbytu. Livingstone odmówił leczenia i operacji, co skończyło się dla niego tragicznie. Sporadycznie zdarza się, żeby pacjent który ma żylaki odbytu mocno się krwawił – na tyle mocno, że trzeba przetaczać krew, podawać leki drogą dożylną by przygotować go do zabiegu i ten zabieg wykonać. Czy osoba zdrowa, której jeszcze nie dotyczą tego typu problemy może zastosować się do zaleceń dzięki którym nie zachoruje na tego typu schorzenia? Nie mamy stuprocentowej pewności, że ta osoba nie zachoruje, ale możemy zminimalizować ryzyko wystąpienia tychże schorzeń. Jak już wspomniałem warto pamiętać o tym, że należy stosować się do diety lekkostrawnej, niezapierającej, pozbawionej ostrych przypraw, napojów gazowanych itd. Zalecany jest też aktywny tryb życia: nie siedźmy jedynie przed telewizorem lub przed ekranem komputera. Wybierając dyscyplinę sportu należy jednak pamiętać o tym, że niezalecane są z drugiej strony aktywności, które wymagają długiego siedzenia, takie jak kolarstwo czy jeździectwo.

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

61


| ZDROWIE | #porady eksperta

Sposób na właściwy kształt Smukła sylwetka, to marzenie zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ćwiczenia, dieta oraz zrównoważony tryb życia to podstawa w utrzymaniu prawidłowej wagi, a co za tym idzie pożądanego wyglądu. Co jednak zrobić, kiedy tłuszcz „przyczepi się” do naszych boczków czy ramion i za nic nie chce nas opuścić? Katarzyna Ostrowska-Clark z Gabinetu medycyny estetycznej Medimel, wszystko nam wyjaśniła. - Liposukcja, czyli odsysanie tłuszczu wielu osobom kojarzy się z metodą na odchudzanie. Czy rzeczywiście tak jest? - Liposukcja to jeden z najciekawszych zabiegów medycyny estetycznej, jednak nie wolno go traktować jako metody na odchudzanie. Raczej jako sposób na modelowanie ciała. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy dana osoba uprawia sport i dość dużo schudła, ale zostały jej tzw. boczki. Liposukcja z sukcesem je zniweluje. Odsysanie tłuszczu można przeprowadzić praktycznie na każdej części ciała. Trzeba wiedzieć, że liczba komórek tłuszczowych w naszym organizmie jest stała. Kiedy tyjemy, zmienia się ich wypełnienie. Komórka puchnie i zwiększa swoją objętość. Zmniejszając liczbę komórek, mamy pewność, że nowe nie odrosną. Pacjent musi jednak o siebie dbać. Jeśli osoba poddana zabiegowi ma tendencje do tycia i po zabiegu pozwoli sobie na zbyt wiele, oczywiście znów przybierze na wadze. Jest to metoda odpowiednia dla pacjentów, którzy mają problemowe miejsca np. bryczesy, oponkę, brzuszek, przy-środki kolan. - Jak wygląda zabieg?- Istnieje wiele metod odsysania tłuszczu. Większość z nich jest połączona z techniką tumescencyjną. Chirurg w miejscach, z których chce odessać tłuszcz, tworzy niewielkie nacięcie, przez które wprowadza specjalny płyn. Dzięki temu „puchną tkanki”, powodując oddalenie się od siebie komórek tłuszczowych, … dzięki adrenalinie obkurczają się naczynia, zmniejszając liczbę uszkodzonych naczyń. Następnie lekarz wprowadza pod skórę sondę. U nas wykorzystuje się PAL (power assosted liposuction), czyli liposukcję wibracyjną. Specjalne urządzenie wprawia kaniulę w ruch, ułatwiając rozbijanie tkanki tłuszczowej z otaczających tkanek. Pozwala to na łatwiejsze jej odessanie. Nie wolno odessać wszystkiego, człowiek musi mieć trochę tłuszczu, żeby skóra nie zrosła się z mięśniami. Przeciętnie odsysa się od 2 do 3 litrów tłuszczu, maksymalnie 5 do 6 litrów. Zaburzenia metaboliczne w organizmie nie mogą być zbyt duże.

62

- Efekt jest natychmiastowy czy trzeba uzbroić się w cierpliwość? - Na wymarzony efekt pacjent musi chwilę zaczekać. Świetnie wygląda się dzień po operacji, ale obrzęk będzie potem narastał. Naczynia chłonne potrzebują ok. 6 tygodni by się zregenerować. Po tym czasie widać pierwszy zarys nowej sylwetki. Pełen efekt pojawi się po ok. 3, a nawet 4 miesiącach. Dopiero wtedy można zmienić ubrania na rozmiar mniejszy. Całkowite gojenie, tak jak w przypadku każdego zabiegu chirurgicznego, trwa 12 miesięcy. W przypadku liposukcji 60 proc. sukcesu zależy od lekarza, 40 proc. od pacjenta. Po zabiegu konieczne są masaże limfatyczne. Codziennie przez godzinę masuje się tkanki, żeby skóra właściwie się poprzyrastała. Rezygnując z masażu, pacjent jest narażony na niewłaściwe, nieestetyczne uformowanie skóry w danym miejscu. Do tego przez 6 tygodni trzeba nosić specjalnie ubranie uciskowe. Blizny po zabiegu są bardzo mało widoczne. - Jakie ryzyko niesie za sobą liposukcja? Czy mogą wystąpić skutki uboczne? - Tak, jak w przypadku każdej ingerencji w ludzkie ciało, mogą wystąpić skutki niepożądane. Liposukcja jest obciążona pewnymi konsekwencjami. Po zabiegu pacjent musi zostać pod obserwacją dobę lub dwie. Monitorujemy saturację, kontrolujemy oddech, podajemy heparynę drobnocząsteczkową. Trzeba pilnować , żeby nie doszło do zakrzepicy żylnej lub zatorowości płucnej. Na gojenie się wpływ ma kondycja pacjenta, wiek, styl życia, ciśnienie, przebyte choroby. Dlatego bardzo ważne, żeby lekarz wiedział kogo kwalifikuje do tego zabiegu. - Liposukcja potrafi zmienić życie? - Reakcje pacjentów są wspaniałe. Kiedy człowiek widzi, że jego sylwetka w końcu jest jego wymarzoną, budzi się w nim mnóstwo pozytywnej energii. Niektórzy zmieniają swój styl życia, przechodzą na zdrową dietę, zaczynają uprawiać sport. Myślę, że ten zabieg może pomóc pozbyć się kompleksów i nabrać pewności siebie.

ul. Nowowiejska 1E , Szczecin – Bezrzecze | tel. +48 91 818 04 74, +48 500 355 884 | e-mail: gabinet@chirurgia-szczecin.pl www.chirurgia-szczecin.pl


Krępujące męskie schorzenia nie muszą być problemem Coraz więcej mężczyzn boryka się ze stulejką oraz krótkim wędzidełkiem, które zaburzają sferę estetyczną, fizyczną ale także psychiczną pacjenta. Krępujące męskie schorzenia nie muszą być problemem – nowoczesne metody leczenia, pozwalają na wykonanie zabiegu w godzinę, a pacjent tego samego dnia wychodzi do domu.

wieku występuje zwykle stulejka pozapalna. Każdy mężczyzna bez względu na wiek, powinien wykonywać badania profilaktyczne. Jeśli czuje, że występują niepożądane objawy, najpierw powinien udać się na konsultację do urologa, aby dowiedzieć się czy kwalifikuje się do leczenia zabiegowego. Kompleksową opiekę oraz leczenie zabiegowe wykonują także specjaliści w klinice EuroMedis przy ulicy Powstańców Wielkopolskich w Szczecinie. Tu, oprócz szeregu poradni specjalistycznych, w ofercie pojawiły się także zabiegi urologiczne.

Jak mówi dr Michał Soczawa – urolog, tego typu dolegliwości mogą powodować m.in. stany zapalne oraz dyskomfort podczas stosunku. Występują u mężczyzn w każdym wieku, zwykle jest to temat tabu.

- Pacjent najpierw przychodzi na wizytę i jest kwalifikowany do zabiegu, następnie ustalany jest termin, lekarz dokładnie wyjaśnia w jaki sposób będzie przebiegał zabieg oraz czy istnieje ryzyko powikłań. Sam zabieg trwa od pół godziny do godziny. Pacjent leży na stole, otrzymuje znieczulenie miejscowe. Po zakończonej procedurze obrzezania, specjaliści zakładają szwy wchłanialne, czyli takie, które nie wymagają później zdejmowania. To znacznie ułatwia proces rekonwalescencji – mówi dr Soczawa.

- Czasami rozmawiam z 30-sto letnim pacjentem, który ma problem, jednak strach przed badaniami powoduje przyzwyczajenie do dyskomfortu. Pacjent staje się mało aktywny seksualnie i przestaje mu zależeć na wyleczeniu schorzenia. Zdarzają się również 70-cio letni pacjenci, dla których wykonanie zabiegu jest bardzo ważne. Bez względu na wiek należy dbać o swoje zdrowie – podkreśla dr Soczawa. Zabieg obrzezania - dotyczy osób w różnym wieku. 1 procent osiemnastolatków ma stulejkę wrodzoną, z kolei w starszym

Jak dodaje dr Michał Soczawa zabieg obrzezania jest zabiegiem, który w przypadku występowania stulejki, może uchronić pacjenta przed powikłaniami i w znacznym stopniu podnieść jego jakość życia.

Poradnia Urologiczna Więcej informacji na www.EuroMedis.pl | rejestracja: tel. 91 818 21 41 | Al. Powstańców Wielkopolskich 33a 70-111 Szczecin


| STYL ŻYCIA |

Kosmetyki naturalne, podobnie jak ekologiczna żywność, zyskują na popularności. Sięgamy po nie, bo chcemy odżywiać skórę składnikami, które są dla niej przyjazne, nie zawierają substancji chemicznych, nie powodują problemów alergicznych. TEKST CELINA WOJDA / FOTO MANUFAKTURA LAWENDA / MINISTERSTWA DOBREGO MYDŁA

64

Jeszcze kilka lat temu ekologiczne kosmetyki były stosowane albo przez osoby zmagające się z alergiami i chorobami skóry, albo przez zwolenników „eko”. Ten chwilowy trend, jak niegdyś uważano, wciąż jednak trwa w najlepsze. Ekologiczne i naturalne kosmetyki znajdziemy już nie tylko u alergików. Znaczna część kobiet nie wyobraża sobie codziennej pielęgnacji bez eko-kremów. - Szczególnie dotyczy to osób, które zaczynają mieć dolegliwości chorobowe i to nie tylko skórne – mówi Andrzej Ceranowski, właściciel sklepu z kosmetykami naturalnymi w Szczecinie. - Coraz więcej osób przychodzi do miejsc,

w których można kupić kosmetyki naturalne, czyta skład, zadaje pytania, prosi o konsultacje.

Stworzyć coś dla siebie Anna Czupryńska swoją przygodę z naturalnymi kosmetykami zaczęła od siebie. Stworzyła produkty naturalne na własny użytek, których właściwości uznała za tak dobre, że postanowiła podzielić się nimi ze światem. - Jestem silnym alergikiem, marzyłam o produktach przepełnionych naturalnymi olejkami eterycznymi, które mają duże właściwości łagodzące dla skóry i roznoszą przepiękne zapachy, rozpieszczając zmysły – opowiada Anna Czupryńska, właści-


| STYL ŻYCIA |

cielka Manufaktury Lawenda. W swojej manufakturze pani Anna zajmuje się produkcją różnych kosmetyków z naturalnymi aromatami lawendy, pomarańczy, wanilii czy trawy cytrynowej. Jednak bezwzględnym hitem są musy mydlane olejowe. To kompozycja naturalnych olei i maseł w połączeniu z kremową bazą mydlaną podaną w formie musu. - Produkty wytwarzamy ręcznie, według własnej receptury – opowiada pani Anna. - Każdy z nich starannie pakujemy w szklany słoiczek. Dbamy o wysoką jakość składników, dzięki czemu nasze produkty zaspokoją potrzeby nawet najbardziej wymagającej skóry. Stawiamy na naturalne surowce, takie jak olej kokosowy, masło shea, masło kakaowe, olej słonecznikowy, witamina E i olejki eteryczne. To one dostarczają najcenniejszych wartości odżywczych, które są niezbędne w codziennej pielęgnacji skóry. Dopełnieniem oferty są ręcznie wykonane świece zapachowe i tartaletki z naturalnego wosku roślinnego, które dbają o nastrój, roznosząc przepiękne zapachy w pomieszczeniu.

Z miłości do mydła Produkcja naturalnych kosmetyków może być niezwykle interesująca. Jak opowiada Anna Bieluń z Ministerstwa Dobrego Mydła, taka praca jest połączeniem wielu różnych czynności. Efekt finalny zależny jest od sumy czynników, a kompleksowa praca nad mydłem nigdy się nie nudzi. - Recepturowanie - twarda wiedza o olejach i masłach, liczenie, kombinowanie, porównywanie i ustalanie proporcji. Każdy olej ma swoje właściwości, każdy inaczej się zmydla. Potrzeba lat, żeby potrafić przewidzieć, jak będzie wyglądało mydło, którego skład olejowy mamy tylko na papierze – mówi Anna Bieluń.

Jak podkreślają producentki naturalnego mydła, mydlarstwo to rzemiosło z pogranicza chemii i gotowania. Dużo tu kolorów, zapachów, konsystencji. Trudno określić, czy bardziej liczy się precyzja odmierzania, powtarzalność ruchów i skru-

dziwią, ale to przecież normalne, kiedy coś na dobre zamieszkuje twoją głowę. To też zabawa i ciągły wybór: koloru, formy, pieczęci, rodzaju zdobień. Można stosować rozmaite techniki, łączyć barwy, kontrastować, dodawać faktury, peelingi, kontrolować pojawianie się białego osadu, aromaterapia, zielarstwo - które zioła najlepiej macerować, które dodawać w całości, co z czym łączyć, o czym w ogóle nie myśleć. Design opakowań, tworzenie marki, sprzedaż, dystrybucja, pozyskiwanie surowców itd.

Czas i chęci

pulatność zapisywania receptur czy szaleństwo chaotycznego tworzenia z dosypywaniem szczypty tego i szczypty tamtego. - Czasem działa jedno, czasem drugie. Najczęściej jednak to dwa przeplatające się style pracy - kontynuuje Anna. - Nie będziemy oryginalne mówiąc, że inspirujące jest życie w całym jego kształcie. Czasem wystarczy zapach pozostawiony przez kogoś w windzie, czasem jakieś wspomnienie z dzieciństwa, tęsknota za kolorem. Innym razem pomysły przychodzą zupełnie nie wiadomo skąd. Zdarza się też, że kieruje nami konkretna potrzeba: mydło ma peelingować i pachnieć świeżo, ma być super delikatne, ale nie nudne. Ma idealnie sprawdzać się w roli prezentu. Klienci też przychodzą z potrzebami, opisują to o czym myślą, a my próbujemy im odpowiedzieć. Czasem mydło się po prostu śni. Znajomi się

Proces powstawania wyrobów kosmetycznych jest długi i czasochłonny. Zaczyna się od pomysłu, od którego do produkcji mija trochę czasu. Surowce, składniki aktywne czy opakowanie, przygotowanie pierwszej próby, zamawianie próbek składników. W taki sposób rozpoczyna się wielomiesięczny proces próbowania. - Przygotowujemy dziesiątki, czasem setki wariantów, sprawdzamy działanie, konsystencję, stabilność produktu. Kiedy jesteśmy zadowolone z efektu, wyrób rusza do testowania – wyjaśnia pani Anna. - Rynek kosmetyczny jest uznawany za bardzo trudny – kontynuuje Anna Bieluń. - Polskie klientki są świadome i wymagające, szybko się nudzą i poszukują nowości. Jesteśmy jednak wyjątkiem na skalę Europy, ponieważ dużą część rynku zajmuje u nas rodzima produkcja. To nie dzieje się w żadnym innym środkowoeuropejskim kraju. U nas, obok dużych graczy, funkcjonuje mnóstwo firm lokalnych - i dużych, i tych mniejszych. Bardzo nas to cieszy. Jesteśmy dumne, że Polki wybierają właśnie nas i mamy nadzieję, że będzie nam dane jeszcze wiele razy zmierzyć się z wymaganiami tej kapryśnej, ale ekscytującej branży.

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

65


| PASJA |

Prawdziwy fan kupuje 25 aut rocznie Znana irlandzka pisarka Cecelia Ahern powiedziała kiedyś, że dobrze znaleźć sobie hobby, które tak człowieka wciąga, że z radością czeka na kolejny tydzień, zamiast ponuro liczyć dni. Osobą, która idealnie pasuje do tej definicji jest Piotr Włodarczyk, 28-letni pasjonat z Nowogardu. W jego przypadku miłością życia okazała się motoryzacja. Zarówno ta na większą skalę, jak i na nieco mniejszą. A jeśli mamy być precyzyjni, to chodzi o skalę 1:18. TEKST MACIEJ ŻMUDZKI / FOTO ANDRZEJ SZKOCKI

66


| PASJA |

Właśnie takich rozmiarów są bowiem modele samochodów, które składają się na imponującą kolekcję bohatera naszego listopadowego materiału. Ta liczy aktualnie 257 egzemplarzy, które stanowią wierne repliki jeżdżących po drogach pojazdów. – Ponad sto z nich to modele BMW, kolejne sześćdziesiąt cztery stanowią reprezentanci marki Mercedes-Benz. Jest też między innymi dwadzieścia sztuk Bugatti Veyrona – wylicza pan Piotr. I to właśnie te wymienione jako ostatnie są w tym przypadku najbardziej unikatowe. Osoby, mogące poszczycić się taką kolekcją w Polsce, można policzyć na palcach jednej ręki. Co więcej, jest całkiem prawdopodobne, że wystarczyłby do tego zaledwie jeden z tych palców. – Brutalna prawda jest taka, że te modele są dość drogie i dlatego stosunkowo mało osób je kolekcjonuje. Wiem, że niektórzy – głównie z powodów bezpieczeństwa – nie afiszują się ze swoimi zbiorami i właśnie dlatego nie mogę ze stuprocentową pewnością oznajmić, że moja kolekcja jest jedyną tego rodzaju w Polsce. Przypuszczam jednak, że w całej Europie znajduje się maksymalnie kilka osób, które posiadają zestaw dwudziestu Veyronów. W jaki sposób rodzi się tak niecodzienna pasja? – W moim przypadku zaczęło się już, kiedy byłem dzieckiem. Tata wpoił we mnie miłość do motoryzacji, pielęgnował ją i jeździliśmy razem na wystawy samochodowe. Tuż przed wyruszeniem na jedną z nich, rozchorowałem się i niestety nie mogłem towarzyszyć tacie w wyjeździe. Moją absencję na targach zrekompensował za to prezent, który otrzymałem po jego powrocie. To właśnie wtedy dostałem swój pierwszy model i powiem szczerze, że od razu zrobiło mi się lepiej. Od tamtej pory minęło trochę czasu i mniej więcej dziesięć lat temu na dobre rozpocząłem już kolekcjonowanie na własny rachunek. MODEL CO PIĘTNAŚCIE DNI Skoro o rachunku mowa, to trzeba odnotować, że modelarstwo samochodowe nie należy do najtańszych pasji. Za modele żywiczne płaci się mniej więcej 400 złotych, za te metalowe już 1000-1500. Zamówień dokonuje się najczęściej poprzez znajomych z forum internetowego (www.diecastclub.pl), które zrzesza kilkudziesięciu pasjonatów z Polski. – Wszystkie najświeższe informacje wrzucamy na forum i dzięki temu można zacząć

planować zakupy. Zapowiedzi modeli wychodzą ze sporym wyprzedzeniem, więc od momentu zamówienia do jego realizacji mija zazwyczaj kilka miesięcy. Czekam niecierpliwie, ale gdy upragniona paczka w końcu przychodzi, to jej szaleńczo nie rozrywam. Szanuję wszystkie, nawet te najmniejsze elementy i dlatego każdy kolejny ruch jest spokojny, a otwieranie przesyłki, rozcinanie kartonu i zdejmowanie folii z należytym szacunkiem celebrowane. Piotr Włodarczyk jest dumny z tego, że jego kolekcja liczy aktualnie 257 modeli. Skoro prawdziwe zbieranie zaczęło się 10 lat temu, to łatwo policzyć, że zbiór rozszerza się średnio mniej więcej o 25 egzemplarzy rocznie. Innymi słowy, co miesiąc do kolekcji dołączają kolejne dwie repliki samochodów. – Ta liczba faktycznie trochę przeraża, ale ciężko dyskutować ze statystyką. Zdarzały się chude miesiące, w których nie zamawiałem żadnego, ale dla równowagi były też takie, w których kupiłem ich naprawdę sporo. Pamiętam np. zamówienie, w którym tych modeli przyszło do mnie jednorazowo aż dwanaście. Jednymi z najdroższych są właśnie Veyrony i to sprawia, że ta kolekcja jest unikalna na skalę kraju. Na moje szczęście i nieszczęście, firma, która je produkuje zapowiedziała jednorazowe wydanie sześciu kolejnych modeli, a to na pewno bardzo zaboli i uszczupli mój portfel. A zaczęło się naprawdę niewinnie, bo kupiłem tylko jednego, według mnie najładniejszego. Później pojawił się taki, który spodobał mi się jeszcze bardziej, więc w tej sytuacji nie mogłem odpuścić. Dalej poszło już lawinowo i w końcu stwierdziłem, że chcę mieć w swojej kolekcji wszystkie siedem modeli, które były dostępne. Nie przewidziałem jednak tego, że firma zdecyduje się wypuszczać na rynek kolejne egzemplarze kilka lat po tym, jak w ogóle zakończy się produkcja tego samochodu. Tak jednak zrobili i trzeba przyznać, że tu mnie złapali. KOLEKCJONOWANIE PO CICHU Zbieranie modeli samochodowych w skali 1:18 niesie za sobą pewien problem. Licząca 257 egzemplarzy kolekcja zajmuje tyle miejsca, że pan Piotr ma poważne kłopoty z jej należytym prezentowaniem. – I właśnie to boli mnie zdecydowanie najbardziej. Profesjonalne gabloty są kosztowne i mieszczą 20-30 modeli, więc na odpowiednie wyeksponowanie swojej kolekcji po-


GRY BEZ PRĄDU

trzebowałbym bardzo dużo miejsca. Na razie nie dysponuję taką przestrzenią i dlatego modele leżą samotnie w kartonach. Głównie z tego powodu wielu znajomych nie jest w stanie zrozumieć mojej pasji do ich kolekcjonowania. W praktyce wygląda to tak, że zamawiam model za półtora tysiąca, otwieram, oglądam i odkładam do kartonu. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że nie każdy podziela moją pasję – śmieje się 28-latek. Piotr Włodarczyk jest właścicielem firmy, która zajmuje się auto detailingiem, czyli profesjonalną pielęgnacją i zaawansowaną kosmetyką pojazdów. I to właśnie w swoim nowogardzkim salonie upatruje szansy ekspozycji posiadanych modeli. – Są tam całkiem niezłe warunki i za jakiś czas planuję wstawić jedną gablotkę na 10-15 egzemplarzy. Chcę, żeby były odpowiednio podświetlone i należycie się prezentowały. Ostatni raz moja kolekcja ujrzała światło dziennie w październiku ubiegłego roku, gdy wziąłem udział w corocznej wystawie Toy Fair w Poznaniu. Pokazałem wtedy 70 moich modeli, spotkałem się z innymi pasjonatami z naszego forum i przyznaję, że zabawa była doskonała. Nie muszę chyba dodawać, że wróciłem do domu bogatszy o trzy kolejne egzemplarze! KIEDY POWIEM SOBIE DOŚĆ Posiadanie tak dużej i niewyeksponowanej kolekcji dla niektórych jest z pewnością całkowicie niezrozumiałe. Pan Piotr ma jednak na ten temat zupełnie inne zdanie. Wszystko za sprawą uczuć, jakie towarzyszą powiększaniu posiadanego już zbioru. – Mimo że jest to taka „pasja po cichu”, to daje mi naprawdę przeogromną satysfakcję. Mężczyźni lubią kolekcjonować seriami i ja cierpię na to samo. Jeśli pojawia się jakiś model w pięciu wersjach kolorystycznych, to ja koniecznie chcę mieć je wszystkie. Ludzi z takim hobby w Polsce oszacowałbym łącznie na kilkadziesiąt osób i bycie w tym gronie daje mi bardzo dużo radości. Co zatem musi się stać, aby została podjęta decyzja o zakończeniu zbierania? – Zastanawiałem się nad tym, kiedy powiem sobie „stop” i doszedłem do wniosku, że bieda musiałaby mi mocno zajrzeć w oczy, żebym zrezygnował z tej pasji. Do podjęcia decyzji o zakończeniu zbierania mógłby mnie skłonić też znaczący spadek jakości produkowanych modeli. To jest w tej branży absolutnie niedopuszczalne i gdyby taka sytuacja miała miejsce, to byłbym zmuszony zakończyć kolekcjonowanie – dodaje Włodarczyk.

Gryp planszowe, hobbystyczne (bitewne), kolekcjonerskie (karciane), fabularne, akcesoria do gier ul. Kaszubska 3/U7 Szczecin tel.: 792 500 244 / www.: sklepfenix.pl

ZAPRASZAMY

Na razie takich problemów jednak nie ma. Na świecie wciąż pojawiają się nowe modele o wysokiej jakości, a nasz bohater regularnie przegląda forum i wzbogaca swoją imponującą kolekcję o następne egzemplarze. Mówi, że gdy widzi nową okazję, to momentalnie pojawia się pożądanie i – jak sam to określa – „pierwsze wow”. Później następuje kalkulacja, jak zniesie to budżet. Chwilę później rzeczona kalkulacja przestaje mieć jednak znaczenie, bo do głosu znów dochodzi „pierwsze wow”. To właśnie wtedy następuje decyzja o dokonaniu zamówienia. I pozostaje nam się z tego cieszyć, bo ile wart byłby świat bez prawdziwych pasjonatów?


| ROZRYWKA |

Zastanawiasz się, jak wartościowo wypełnić czas wolny dziecka? Co zrobić, by skutecznie rozwijać w nim, tak pożądaną we współczesnych czasach, kreatywność i zdolność logicznego myślenia? Warsztaty z robotyki – oto doskonała rozrywka i możliwość zaszczepienia w młodym człowieku pasji do fizyki, mechaniki i matematyki! Pokaż swojemu dziecku, że nauka może być fascynującą przygodą!

Dzień urodzin wymaga wyjątkowej oprawy. Przyjęcie w krainie robotów to moc niezapomnianych wrażeń – wyśmienita zabawa i odkrywanie pasjonujących sekretów nauki. Podczas przyjęcia dzieci wcielą się w rolę konstruktora interaktywnych robotów i wezmą udział w wielu emocjonujących konkursach, a każdy z gości otrzyma drobny upominek. Już teraz wybierz temat i zarezerwuj termin.

Urodziny w krainie robotów to dwie godziny wypełnione emocjonującą zabawą i… nauką w grupie 8-12 osób. Przyjęcie można zorganizować według wybranego bloku tematycznego, jak konstruowanie niesamowitych mechanizmów, dzikich zwierząt, rozgrywanie piłkarskich rozgrywek czy tworzenie bardziej zaawansowanych i interaktywnych robotów – pełzającego węża, elektrycznej gitary i wiele, wiele innych! A wszystko pod opieką dwóch wykwalifikowanych i doświadczonych animatorów. Urodziny z robotami to doskonała forma zabawy dla dzieci ciekawych świata – Twoja pociecha zapamięta je na długo! Urodziny w krainie robotów to dwie godziny wypełnione emocjonującą

zabawą i… nauką w grupie 8-12 osób. Przyjęcie można zorganizować według wybranego bloku tematycznego, jak konstruowanie niesamowitych mechanizmów, dzikich zwierząt, rozgrywanie piłkarskich rozgrywek czy tworzenie bardziej zaawansowanych i interaktywnych robotów – pełzającego węża, elektrycznej gitary i wiele, wiele innych! A wszystko pod opieką dwóch wykwalifikowanych i doświadczonych animatorów.

Urodziny z robotami to doskonała forma zabawy dla dzieci ciekawych świata – Twoja pociecha zapamięta je na długo! Organizujemy też zajęcia dla szkół - jednorazowo możemy przyjąć grupę 47 osób. Zapraszamy też całe szkoły na 2,5 godzinne zajęcia jednorazowe, podczas krórych przyjmiemy do 100 osób. ROBOTFAN Nordweco ul. Wieniawskiego 21, Szczecin 602 247 841 | info@robotfan.pl

M A G A Z Y N M I E J S K I | N U M E R 11 / 2 0 1 7

69


| TRENDY TOWARZYSKIE |

Trafostacja Sztuki ruszyła z impetem

Foto: Andrzej Szkocki, Sebastian Wołosz

Monika Tomczyk, Szczeciński Inkubator Kultury, Rafał Bajena, Stowarzyszenie Twórców i Producentów Sztuki.

Wystawą „Tadzio. Równianie cienia” Grupy Budapeszt i festiwalem dla dzieci Kids Love Design, Trafostacja Sztuki rozpoczęła nowy sezon artystyczny. Obie wystawy nadal można oglądać w Trafo. (mk)

Krzysztof Trzciński, Uniwersytet Szczeciński, i Bogdan Twardochleb, Kurier Szczeciński.

Od lewej: Stanisław Ruksza, dyrektor Trafostacji Sztuki, senator Grzegorz Napieralski i Jędrzej Wijas, Trafostacja Sztuki.

Grupa Budapeszt - od lewej: Igor Krenz, Michał Libera i Daniel Muzyczuk.

Monika Tomczyk, Szczeciński Inkubator Kultury, prof. Kamil Kuskowski, Akademia Sztuki.

Nowy salon w Szczecinie

Foto: Andrzej Szkocki

5 października oficjalnie zainaugurowano działalność nowego punktu na dealerskiej mapie Szczecina. Salon marek Fiat, Fiat Professional, Abarth, Jeep i Alfa Romeo tego wieczoru zamienił się w arenę laserowego show, animacji na piasku, a także pokazu kunsztu sztuki barmańskiej. Obecni na otwarciu goście mogli zapoznać się z gamą aut, które oferowane są w nowym salonie Grupy Gezet. Całość wydarzenia poprowadził gość specjalny - Filip Chajzer. (red)

Filip Chajzer, Małgorzata Szwarc, wójt Gminy Kołbaskowo; Zbigniew Głuchy, współwłaściciel Grupy Gezet.

70

Zbigniew Głuchy, prezes zarządu, współwłaściciel Grupy Gezet; Andrzej Sawczuk, dyrektor Rozwoju Sieci FCA POLAND.


Stań się częścią naszej społeczności Uwielbiasz robić zdjęcia? jesteś uzależniony od selfie? a dzień bez sfotografowania swojego śniadania to dzień stracony? Doskonale! Podziel się ze światem tym co lubisz. Wejdź na Instagram, dodaj nas do obserwowanych, wrzuć fotkę i koniecznie otaguj MM Trendy

Dołącz do nas na FB @magazynMMTrendy Instagram @mm.trendy

- w ten @ czy inny # sposób. W listopadzie raz w tygodniu będziemy udostępniać najlepsze zdjęcia, i nagradzać atrakcyjnymi nagrodami. Książki, płyty, zaproszenia do kina i na koncerty czekają na Ciebie!


| TRENDY TOWARZYSKIE |

Finał Szczecin European Film Festival

Aktorzy czytali książki

W Filharmonii im. Karłowicza – na zakończenie festiwalu Szczecin European Film Festival - odbyła się gala wręczenia nagród twórcom najlepszych filmów dokumentalnych, które w ostatnim roku zostały nakręcone w Europie lub przez europejskich twórców. (mk)

Po raz kolejny w Szczecinie mieliśmy okazję posłuchać dobrej literatury czytanej przez aktorów i dziennikarzy. Festiwal Czytania od kilku lat cieszy się dużym zainteresowaniem i przyciąga wielu wielbicieli książek. (mk)

Francesca Fini, jurorka (z lewej) i Ewa Rogowska, wolontariuszka.

Olga Bołądź czyta dzieciom.

Od lewej: Mariusz Urbanek, pisarz, Jerzy Kisielewski, publicysta, Konrad Pawicki, aktor.

Foto: Sebastian Wołosz

Dana Jesswein, dyrektor biura festiwalowego SEFF i Jamie Naqvi, laureat konkursu Telefonart.

Nagrody Pro Arte W tym roku laureatami nagród marszałka województwa zachodniopomorskiego Pro Arte zostali: Maria Andrzejewska, Leonia Chmielnik, Inga Iwasiów i Czesław Kuriata. Nagrody zostały wręczone podczas inauguracji sezonu artystycznego w Operze na Zamku. (mk)

Konrad Wojtyła, dziennikarz, i Roma Gąsiorowska, aktorka.

72

Od lewej: Maria Andrzejewska, Inga Iwasiów, Czesław Kuriata, marszałek Olgierd Geblewicz, Joanna Tylkowska-Drożdż, solistka Opery na Zamku, Leonia Chmielnik, Paweł Wdówka, tancerz Opery na Zamku.

Foto: Sebastian Wołosz

Gonzalo Almeida (z lewej) i Bernd Buder, jurorzy festiwalu.



#TU NAS ZNAJDZIESZ KAWIARNIE

• City Break CH Galaxy - 0 piętro • Costa Coffee CH Galaxy 0 piętro • Columbus Coffee CH Galaxy - 2 piętro • Starbucks Coffee CH Kaskada • So!Coffee CH Outlet, ul. Struga 42 • Columbus Coffee CH Turzyn - 0 piętro • Fabryka Deptak Bogusława 4/1 • Fanaberia Deptak Bogusława 5 • Teatr Mały Deptak Bogusława 6 • Columbus Coffee DriveUp, ul. Struga 36 • Castellari Al. Jana Pawła II 43 • Public Cafe Al. Jana Pawła II 43 • Cinnamon Garden Al. Jana Pawła II (fontanny) • Columbus Coffee ul. Krzywoustego • Columbus Coffee MEDYK” ul. Bandurskiego 98 • Orsola YogoHaus Plac Zołnierza 3/1 • Hormon Cafe ul. Monte Cassino 6 (od Piłsudskiego) • Dom Chleba al. Niepodległosci 2 • Columbus Coffee Oxygen • Corona Coffee al. Piastów 30 (Piastów Office, Budynek B) • Cafe Pleciuga Plac Teatralny 1 • Columbus Coffee Piastów 5/1/ul. Jagielońska • Coffe Point ul. Staromiejska 11 • Pasja Fabryka Smaku ul. Śląska 12 • Castellari ul. Tuwima (Jasne Błonia) • Public Cafe Podzamcze ul. Wielka Odrzańska 18 • Kawiarnia Koch ul. Wojska Polskiego 4 • Czekoladowa Cukiernia „SOWA” ul. Wojska Polskiego 17 • Starbucks Coffee (Brama Portowa) ul. Wyszyńskiego 1 • Bajgle Króla Jana, ul. Nowy Rynek 6

SALONY FRYZJERSKO KOSMETYCZNE i SPA

• Beverly Hills Akademia Urody CH Auchan • Beverly Hills Akademia Urody CH Galaxy - parter • Studio DUMA Usługi Kosmetyczne Marzena Dubicka ul. Langiewicza 23 • Studio Urody Masumi Deptak Bogusława 3 • Dr Irena Eris KOSMETYCZNY INSTYTUT ul. Felczaka 20 • Atelier Fryzjerstwa Małgorzata Dulęba-Niełacna ul. Witkiewicza 49U/9 • MASI Wielka ul. Odrzańska 30 • EXPOSE akcesoria atelier Magda Zgórska ul. Chopina 22 (1 piętro) • Imperium wizażu ul. Jagiellońska 7 • Studio Jagielońska 9 ul. Jagielońska 9 • Modern Design Piotr Kmiecik ul. Jagiellońska 93/3 • Atelier Katarzyny Klim ul. Królowej Jadwigi 12/1 • Salon fryzjerski YES ul. Małkowskiego 6 • Salon Fryzjerski Keune ul. Małopolska 60 • Studio Fryzjerskie Karolczyk ul. Monte Cassino 1/14, • Belle Femme ul. Monte Cassino 37a • Vegas Studio Fryzjerskie ul. Panieńska 46/6 • Salon Kosmetyczny GAJA ul. Wojska Polskiego 10 • Sam Sebastian Style ul. Pocztowa 7 • Cosmedica ul. Pocztowa 26 • Hair & tee ul. Potulicka 63/1 • Obssesion ul. Wielkopolska 22 • Gabinet Kosmetyczny Dorota Stołowicz ul. Mazurska 20 • Enklawa Day Spa al. Wojska Polskiego 40/2 • Cosmedica ul. Leszczynowa 23 (Rondo Zdroje)

RESTAURACJE

• Porto Grande ul. Jana z Kolna 7 • Sake Sushi al. Piastów 1 • Restauracja Aramia ul. Romera 12 • Restauracja Aramia Podzamcze ul. Opłotki 1 • Karczma Polska Pod Kogutem Plac Lotników 3 • Restaucja Dzika Gęś Plac Orła Białego 1 • Trattoria Toscana Plac Orła Białego 10 • Caffe Venezia Plac Orła Białego 10 • Chief Rayskiego 16 pl. Grunwaldzki • Stockholm Kitchen & Bar Bulwar Piastowski 1 • The Greek Ouzeri Bulwar Piastowski 2 • El Tapatio ul. Kaszubska 3 • Columbus ul. Wały Chrobrego 1 • Colorado Steakhouse ul. Wały Chrobrego 1a • Takumi Sushi Bar CH Galaxy - 2 piętro • Sphinks CH Kaskada • Restauracja Szczecin ul. Felczaka 9 • Avanti al. Jana Pawła II 43 • El Globo ul. Józefa Piłsudskiego 26 • OPERA (Na Kuncu Korytarza) ul. Korsarzy 34, Zamek • Planeta ul. Wielka Odrzańska 28 • Wół i Krowa ul. Wielka Odrzańska 20 • Bombay ul. Partyzantów 1 • Z Drugiej Strony Lustra ul. Piłsudskiego 18 • Stara Piekarnia ul. Piłsudskiego 7 • Ricoria Ristorante ul. Powstańców Wielkopolskich 20

• Plenty ul. Rynek Sienny 1 • Buddha Thai ul. Rynek Sienny 2 • Spiżarnia Szczecińska Plac Hołdu Pruskiego 8 • Pomiędzy ul. Sienna 9 • Giovanni Volpe Lodziarnia ul. Tkacka 64 • DietaBar.pl ul. Willowa 8 • Rotunda Północna ul. Wały Chrobrego 1 b • Willa West Ende al. Wojska Polskiego 65 • Willa Ogrody ul. Wielkopolska 19 • Restauracja/Hotel Atrium al. Wojska Polskiego 75 • NIEBO Wine Bar Cafe ul. Nowy rynek 5 • Bachus ul. Sienna 6 • La Passion du Vin ul. Sienna 8 • Tokyo Sushi’n’Grill ul. Rynek Sienny 3 • Bollywood Street Food, ul. Panieńska 20 • Villa Astoria al. Woj. Polskiego 66 • To i Owo restauracja, ul. Zbożowa 4

KLUBY SPORTOWE I FITNESS

• Pure Jatomi, CH Kaskada • Fitness World (Radisson Hotel) Plac Rodła 10 • Szczecińskie Centrum Tenisowe ul. Dąbska 11a • Fit Town ul. Europejska 31 • North Gym Fitness Club Galeria Północ 1 piętro ul. Policka 51 • RKF ul. Jagiellońska 67/68 • Squash na Rampie ul. Jagiellońska 69 • Marina Squash Fitness Club ul. Karpia 15 • Lady Fitness&Wellness, ul. Mazowiecka 13 • Bene Sport Centrum ul. Modra 80 • Fitness Club ul. Monte Casino 24 • Marina Club Dąbie, Yaht Klub Polska Szczecin ul. Przestrzenna 11 • Elite Sport Club Spółdzielców 8k, Mierzyn • Fitness Forma ul. Szafera 196 • Universum Fitness Club, ul. Wojska Polskiego 39a • Prime Fitness Club, ul. 5 Lipca 46

SKLEPY I SALONY MODOWE

• Salon Mody Brancewicz al. Jana Pawła II 48 • Salon Terpiłowscy CH Auchan • Salon Terpiłowscy CH Ster • Salon Terpiłowscy CH Galaxy • Salon Terpiłowscy CH Turzyn • Salon Terpiłowscy ul. Jagiellońska 16 • C.H. TOP SHOPING, ul. Hangarowa 13 • Salon Jubilerski YES CH Galaxy • Dekadekor ul. Rayskiego 18(lok U1) • Portfolio ul. Rayskiego 23/11(wejście od Jagielońskiej) • Silver Swan CH Galaxy (parter) • Swiss CH Galaxy (parter) • Van Graf CH Kaskada • La Perle - Salon Sukien Ślubnych ul. Kaszubska 58 • Trend S.C. Mierzyn, ul. Długa 4b • EBRAS.PL Pl. Żołnierza 17 • Organic Garden ul. Kaszubska 4 • Sklep Firmowy Zakładów Ceramiki Bolesławiec al. Niepodległości 3 • 6 Win ul. Nowy Rynek 3 • C.H. FALA al. Wyzwolenia 44a • Geobike CH Nowy Turzyn I piętro • Centrum Mody Ślubnej ul. Krzywoustego 4 • Sklep Vegananda ul. Krzywoustego 63 • Sklep Zdrowa Przystań ul. Monte Cassino 2/2 • Meble VIKING al. Wojska Polskiego 29 • MaxMara ul. Bogusława X 43 • KAG Meble i Światło S.C. ul. Struga 23 • MOOI wnętrza al.Wojska Polskiego 20, • BiM al. Wojska Polskiego 29 • MarcCain al. Wojska Polskiego 43 • Moda Club al. Wyzwolenia 1-3 • Beaton Aparaty słuchowe, Edmund Reduta ul. Rayskiego 40a • Boutique Chiara ul. Bogusława X 12/2 • Escada Sport ul. Wojska Polskiego 22 • B.E. Kleist Jubiler ul. Rayskiego 20/2 • DRAGON EVENT ul. Twardowskiego 18 (teren Bissmyk) • Drzwi i Podłogi VOX Sylwia Drabik ul. Santocka 39 • Centrum Finansowe JANOSIK ul. Krzywoustego 28 • Świat Rolet ul. Langiewicza 22 • Cavallo - Sklep Jedziecki ul. Przybyszewskiego 4 • Piękno Natury ul. Reymonta 3, pawilon 58 • Zielony Kram ul. Reymonta 3, pawilon 85

GABINETY LEKARSKIE I MEDYCYNY ESTETYCZNEJ

• Dom Lekarski al. Bohaterów Warszawy 42 (CH TURZYN)

• Dom Lekarski ul. Rydla 37 • Dom Lekarski ul. Gombrowicza 23/Bagienna 6 • Dom Lekarski al. Piastów 30 (Piastów Office Center, budynek C (wejście od dziedzińca) • Dom Lekarski ul. Struga 42 (Outlek Park) • Hahs ul. Czwartaków 3 • Hahs Klinika ul. Felczaka 10 • Fizjoline Centrum Rehabilitacji ul. Kosynierów 14/U1 • Medicus Plac Zwycięstwa 1 • Lecznica Dentystyczna KULTYS ul. Bolesława Śmiałego 17/2 • EuroMedis ul. Powstańców Wielkopolskich 33a • Laser Studio ul. Jagiellońska 85/1 • Studio Masażu - LAVA ul. Tymiankowa 5b • Estetic ul. Ku Słońcu 58 • ESTETICON ul. Jagiellońska 77 • Fabryka Zdrowego Uśmiechu ul. Ostrawicka 18 • Klinika Stomatologii i Kosmetologii EXCELLENCE ul. Wyszyńskiego 14 • Dentus ul. Felczaka 18a, ul. Mickiewicza 116/1 • MEDICO Specjalistyczne Gabinety Stomatologiczne i Lekarskie al. Bohaterów Warszawy 93/1 (vis a vis CH Turzyn) • NZOZ MEDENTES Przecław 93e • NZOZ MEDENTES ul. Bandurskiego 98(1pietro) • Hipokrates ul. Ku Słońcu 2/1 • Klinika Zawodny ul. Ku Słońcu 58 • Venus Centrum Urody ul. Mickiewicza 12 • Intermedica centrum okulistyki ul. Mickiewicza 140 • Medi Clinique ul. Mickiewicza 55 • Art. PLASTICA ul. Wojciechowskiego 7 • Image Instytut kosmetologii ul. Maciejkowa 37/U2 • Medimel ul. Nowowiejska 1E (Bezrzecze) • Figurella - Instytut Odchudzania ul. Bohaterów Warszawy 40 • Dental Implant Aesthetic Clinic ul. Panieńska 18 • Perładent - Gabinet Stomatologiczny ul. Powstańców Wielkopolskich 4c • Nowy Impladent Stomatologia Estetyczna i Rekonstrukcyjna ul. Stoisława 3/2 • dr Hamera ul. Storrady-Świętosławy 1c / 6 piętro • Centrum narodzin MAMMA ul. Sowia 38 • Stomatologia Mierzyn ul. Welecka 38 • Stomatologia Kamienica 25 ul. Wielkopolska 25/10 • Maestria Klinika Urody ul. Więckowskiego 2/1 • VitroLive ul. Wojska Polskiego 103 • Medycyna Estetyczna Osadowska, al. Piastów 30 (Piastów Office) • Gabinet „Orto-Magic” ul. Zaciszna 22 (od ul.Topolowej) • Stomatologia Mikroskopowa ul. Żołnierska 13a/1 • CENTRUM DIETETYCZNE NATURHOUSE al. Wyzwolenia 91, al. Wyzwolenia 6, ul. Krzywoustego 27 • Miracle Aesthetics Clinic Szczecin, ul. Ostrobramska 15/u3 • Odnowa Centrum Zdrowia i Urody CH Turzyn, ul. Boh. Warszawy 40 • Ra-dent. Gabinet Stomatologiczny ul. Królowej Korony Polskiej 9/U1, Krzywoustego 19/5 • Ella Studio depilacji Cukrem ul. Kaszubska 17/2 • Specjalistyczny Gabinet Ginekologiczno-Położniczy dr n. med. Andrzej Niedzielski ul. Niemcewicza 15 • Niepubliczna poradnia psychologiczno- pedagogiczna Carpe diem ul. Pocztowa 35/1

• Grupa Gezet Honda Głuchy, ul. Białowieska 2

BIURA NIERUCHOMOŚCI I DEWELOPERZY

• Calbud ul. Kapitańska 2 • Neptun Developer ul. Ogińskiego 15 • SGI (budynek Nautica) ul. Raginisa 19 • Baszta Nieruchomosci ul. Panieńska 47 (Baszta Siedmiu Płaszczy) • SCN ul. Piłsudskiego 1A • Extra Invest ul. Wojska Polskiego 45 • Graz Developer pl. Zgody 1 • Artbud ul. 5 lipca 19c • MAK-DOM ul. Golisza 27 • TLS Developer ul. Langiewicza 28 U2 • Modehpolmo ul. Wojska Polskiego 184c/2 • Litwiniuk Property Al. Piastów 30 Office Center • INDEX Nieruchomości, ul. Bagienna 38C

KULTURA

• Filharmonia ul. Małopolska 48 • Hotel Zamek Centrum ul. Panieńska 15 • Szczeciński Inkubator Kultury ul. Wojska Polskiego 90 • Galeria Kierat ul. Koński Kierat 14 • Open Gallery Monika Krupowicz ul. Koński Kierat 17/1 (1-pietro) • Galeria Kierat 2 ul. Małopolska 5 • Muzeum Historii Szczecina ul. Mściwoja II 8 • Teatr Pleciuga Plac Teatralny 1 • 13 Muz Plac Żołnierza Polskiego 2 • Muzeum Sztuki Współczesnej ul. Staromłyńska 1 • Galeria Sztuki Dawnej Muzeum Narodowego ul. Staromłyńska 27 • Teatr Polski ul. Swarożyca 5 • Teatr Współczesny Wały Chrobrego 3 • Gmach Główny Muzeum Narodowego w Szczecinie Wały Chrobrego 3 • Kino Pionier al. Wojska Polskiego 2 • Trafostacja ul. Św. Ducha 4 • Zamek Książąt Pomorskich, Korsarzy 34 • Helios CH Kupiec ul. B. Krzywoustego 9-10 • Sala Koncertowa Baszta ul. Energetyków 40 • Stowarzyszenie Baltic Neopolis Orchestra ul. ks. kard. S. Wyszyńskiego 27/9 • Opera na Zamku ul. Korsarzy 34

INNE

• Urząd Miejski sekretariat ul. Armii Krajowej 1 • Urząd Miejski - promocja/rzecznik ul. Armii Krajowej 1 • Urząd Marszałkowski - promocja/rzecznik ul. Korsarzy 34 • Urząd Marszałkowski - sekretariat ul. Korsarzy 34 • Centrum Informacji Kulturalnej i Turystycznej ul. Korsarzy 34 • Urzad Wojewodzki - sekretariat, promocja/rzecznik Wały Chrobrego 4 • TVP S.A. ul. Niedziałkowskiego 24a • Radio ESKA Szczecin pl. Matki Teresy z Kalkuty 6 • „Pro Bono” Kompania Reklamowa Paweł Nowak ul. Necała 2 • Empik School Brama Portowa 4 • Speak UP DH Kupiec • Labirynt al. Niepodległości 18-22 (5 piętro) • Euroafrica ul.Energetyków 3/4 • Lexus ul. Mieszka I 25 • Polska Fundacja Przedsiębiorczości ul. Monte Cassino 32 • DDB Auto Bogacka Mercedes ul. Mieszka I 30 • Szczecińskie Centrum Przedsiębiorczości ul. Kolumba 86 • Mercedes Mojsiuk ul. Pomorska 88 • Interglobus ul. Kolumba 1 • Dealer BMW i MINI Bońkowscy Ustowo 55 (rondo Hakena) • Wnętrze na Piętrze ul. Piłsudskiego 27 • Polmotor Szczecin Ustowo 52 (rondo Hakena) • L Tour CH Galaxy • CITROEN A.DREWNIKOWSKI ul. Andre Citroena 1 • PŻM: POLSTEAM Plac Rodła 8 • Peugeot DREWNIKOWSKI ul. Bagienna 36D • Półncna Izba Gospodarcza ul. Wojska Polskiego 86 • CITROEN A.DREWNIKOWSKI al. Bohaterów Warszawy 19 • Dudziak i Partnerzy ul. Jagielońska 85/14 • Holda / Chysler Dodge i Jeep ul. Gdańska 7 • Doradztwo i Odszkodowania Celem ul. Kołłątaja 24 • Łopiński VW ul. Madalińskiego 7 • Anons Press Agencja Reklamowa ul. Wojska Polskiego 11 • POLMOZBYT Peugeot Plac Orła Białego 10 • Biuro Turystyki Pelikan ul Obrońców Stalingradu 2/U3 • Ford - Bemo Motors ul. Pomorska 115B • Eko drogeria Bio natura ul. Kaszubska 26 • AUTO BRUNO Volvo ul. Pomorska 115b • Kobi- Kopnij Bile ul. Bolesława Śmiałego 19/7 • Peugeot DREWNIKOWSKI ul. Rayskiego 2 • Deep shine Detailing, ul. Łukasińskiego 108 • Camp & Trailer Świat Przyczep • Finanset ul. Jagiellońska 85/8 al. Bohaterów Warszawy 37F (za Statoil) • Centrum Informacji Turystycznej pl. Żołnierza Polskiego 20 • KOZŁOWSKI Toyota ul. Struga 17, ul. Mieszka I 25B • Philson Investments Spóldzielnia Inwestycyjna • Krotoski-Cichy Skoda ul. Struga 1A ul. Jagiellońska 90/6 • Krotoski-Cichy VW ul. Struga 1A • KOZŁOWSKI Opel ul. Struga 31 B • Polmotor Nissan,Renault, Dacia ul. Struga 71 • POLMOTOR KIA ul. Wisławy Szymborskiej 8 • Volvo Maszyny Budowlane Polska ul. Pomorska 138-141 • Pehamot Skoda ul. Zielonogórska 32 • Grupa GEZET Alfa Romeo & Lancia ul. Białowieska 2 • Seat Krotoski-Cichy ul. Białowieska 2 • Subaru ul. Struga 78a

SALONY SAMOCHODOWE