Page 1

STANY SKUPIENIA Tomasz Pietrzak 1


I kiełek najmniejszy dowodzi, że śmierć naprawdę nie istnieje, A jeśli w ogóle była, to po to, by życie powieść przed siebie. (…) Wszystko idzie naprzód, nic się w sobie nie zapada, A umrzeć jest czymś innym, niż ktokolwiek sądzi… Źdźbła trawy, Walt Withman

2


Stany skupienia Tu się spotykają wszystkie stany skupienia; przychodzisz na świat, jak paleozoiczna ryba wypełzasz z oceanu, dostajesz nogi, płuca i nabierasz powietrza. Z czasem jesteś lżejszy, pełniejszy jest też obraz, struktura, sploty od ramienia do kciuka - ten świat nie wystarcza, więc patrzysz dalej; za szybę, za blok, za miasto, za morze, za najczarniejszą z galaktyk, w pyły mgliste. Wyostrza się widzenie rzeczy, łączą drobiny i cudzość staje się własna - wtedy pęka lód. Dotąd zamarznięte, tłuste serce, jak kaflowy piec rozgrzewa dom. I wygodniej, i czulej. Można już go podjąć. Fotele ustawione, stoły nakryte, ulotność uprasza się by ją zatrzymać w warstewce jodku srebra, lecz i ona się rozproszy. Stałość, lotność, płynność. Na przemian są ci dane, jak obraz w złośliwym kalejdoskopie – i to nagłe zatrzymanie na jednym. Popatrz – cienie są coraz dłuższe i ty coraz cieńszy, jak światło przesączające się przez szczelinę. Wpływasz w dukty, korzenie, kamienie. Milkną impulsy, krzepnie krew. Tu spotykają się stany skupienia; odchodzisz nagle ze świata, albo przesypujesz się, w inny, na przemian z tym ci dany.

3


Z dziennika absolwenta Szpitala św. Peregryna

4


Candy Darling on her Deathbed Everyone loves you when you're someone else

Robert Stone

Oni to wiedzą, tamci w rajstopach, z ustami na dojrzałą wiśnię i ci, co przynoszą zawiesinę, że co dzień przybywa ci make up’u. Nie jesteś już tiwi lalunią z lakierowaną skórą, zabaweczką prosto z fabryki - a to, na ręce, to nie plamki z tuszu, czy farby, to nawet nie plamy na obiektywie aparatu. Cukiereczku? Cukiereczko? Nikt cię już nie chce brać do ust, przekładać z ręki do ręki, posuwać. Zdajesz się być coraz węższą, zasypiającą źrenicą. Powiedz mi, jaki tam sen wypatrzyłaś, Siostrzyczko? Odchodzisz w nim od siebie? Czy jesteś dopięta w talii? Wystrojona w burdelowe kiecki? Dotykam cię, dziecinko. Drżysz. Twoja skóra zmienia się jak pory roku. Jest jesień. Pytasz, czy pamiętam starą piosenkę, w której piękni chłopcy odchodzą do nieba, a piękne dziewczyny są niebem - i mówisz - wkrótce zamieszkam w jednej z nich, w falbanie, pod błękitną halką i będę niebem, a ty popatrzysz na mnie przez obiektyw i nie odróżnisz chmury od chmury.

5


Prezent Są prezenty, których nie można nie przyjąć. Na przykład; pruje się makatka ciała i dzwonią, że znaleziono nici; że można coś jeszcze zacerować. Albo: leżę w szpitalu i w myślach odmieniam cię przez wszystkie przypadki i przypadek sprawia, że stajesz w drzwiach. Niepojęte zdarzenia. Jestem w fikuśnej sali Szpitala Przyjaznego Umieraniu i siedzę w twarzy o barwie onkologicznej. Mówię ci, mógłbym grać w teatrze kabuki lub być storą dla indyjskiego teatru cieni, tak cienki jest już splot. Przy łóżku wyrosły kroplówki, jak strąki na łodydze fasoli i siostry kłują jak szerszenie. Często do mnie wpadają cioteczka Glukoza, ten starty drań Steryd i przekonują, że są prezenty, których nie można odrzucić, kiedy ciało aż rwie się, by przejść przez zamknięte drzwi.

6


"Miesiąc za miesiącem jak jeden długi dzień" Zanim łóżko zamknęło go w powiece, kolekcjonował ludzi jak znaczki. Dziś wyczesuje wspomnienia o nich i pyta: na którą będzie obiad? Ale bez znaczenia są godziny, zasiadanie do tafli stołu, kiedy puchną cebulki włosów i myśli pakują walizki w dalekie wojaże. Czekasz na coś?

Nie czekaj. Usiądź jeszcze na chwilę;

porozmawiajmy o prehistorycznych ptakach i o tym, że ty też będziesz jak one - nikt nie domyśli się, że kiedyś jakiś lot rozerwał cięciwę horyzontu;

Coś było, coś jakby odeszło - powiedzą głazy, a ja usiądę i opiszę to wszystko do pustki.

Póki, co choroba nabiera nowych umiejętności, jak dziecko, z którego wyrośnie cieśla – pielęgnujesz je i kołyszesz do snu, a ono podcina korzenie.

7


Ujęcie Przecież nie umrę w tym ujęciu, kiedy stoimy pod budką z hot dogami, w planie amerykańskim jest mi zbyt do twarzy, tak jak jest mi do twarzy w błękicie, w łóżku, w ciasnym kadrze z serem na widelcu. Zatem co dalej? Klatki będą biec, guzy puchnąć i zapętli się taśma. Minie rok, góra dwa - rak i nawrót - prequel i wycieńczający sequel, a montażysta dalej będzie dopinał swoje. Będziemy wychodzić do teatru, całować się i robić te wszystkie różowe rzeczy. I to będzie boleć. To, kiedy mówisz, leżąc nagi dziś chciałbym odejść razem z tobą. Koniec jest pewny. Kiedyś zabraknie szpulek na nowe dni i zmęczy się oko operatora. Przyjdzie napis. Wtedy poblednę, przebiorę się w rajskie kąpielówki, a imię zdrobnieje mi do niewyraźnego graweru, tak jak piersi i płuca do urny. Kamera zbliży się po raz ostatni twarz, włosy na klatce, uda - i zrobi ostry zwrot - przejście przez czerń - i nagły rzut na śnięte pod akacją tłumy nieznajomych.

8


Zarażeni Głos 1 Należymy do tego wymierającego gatunku, który z rzadka zjawia się na skraju pokoju. Nie bywamy już w korytarzach. Nie widują nas, choć wciąż mają dowody na nasze istnienie: gabloty odcisków, odlewy, zdjęcia osteoporozy, gruźlica jak żywa dzieli się w formalnie - ktoś, kiedyś to zbada. Poskleja w jedną postać i wspomnienie, w jeden szkielet , ale póki co, czekają, aż ostatni przesypie się w urnę.

Głos 2 Zamieszkujemy spokojnie kołdrowe dorzecza i doliny, gdzie o świcie promienie światła kłują jak zastrzyki przeszywają i lecą dalej, do łazienki, gdzie wywieszamy ciała jak krochmalone płachty. Możesz przez nie kalkować drzewa, lub przechadzać się z nimi pod rękę jak z żaglem, między grządkami tych, którym też pisane jest zmienić stan skupienia. Rozsypać się i skamienieć. Ulotnić i upłynnić, wchłaniając się w wody głębinowe. Wlać się do czyichś ust.

9


Oddział Przechodzę przez drzwi drugiego piętra, a tam cały oddział śniętych ryb w kataplazmie - weteranki przeszczepów córki Komy i kobiety z Hiroszimą rozgrywającą się w ciałach, a na końcu korytarza, w salach za welonem czekają te z odsłoniętymi brzuchami - każdy strzelisty jak nagie wzgórze, które rośnie. Jest lato, za oknem erupcja. Dojrzewają kwiaty i otwierają swoje śpiewne usta - oto okrzyk rozwieranej szkatułki pełnej klejnotu, co jaśnieje i wprawia w ruch hufiec krochmalonych ludzi oni przychodzą i podziwiają różowy diament dobyty ze wzgórza.

10


Z dziennika absolwenta Szpitala św. Peregryna Włosy na mydle - jak amonity znalezione w łazience i wciąż myśli: noszę to w sobie jak trawiący mnie poemat albo: ci lekarze oglądają mnie jakbym był godny podziwu. To wyróżnia absolwentów szpitala - spojrzenia z poczekalni nie potrafiące zadać pytania: co w panu jutro umrze? Porozmawiajmy więc w języku, co nie ma czasu przyszłego. Nikt nie rzuca w nim sieci w nieznane morze; kołyszmy się we wspomnieniach jak muszle odtwarzając wiatr. Wiesz,

byłem wczoraj w akwarium i podziwiałem rozgwiazdy - zdumiewające stworzenia - żałuję, że nie jestem jedną z nich. Nie odrasta we mnie to, co umiera, żadna tkanka, żadna komórka nie powiela się. W moim ciele pogrzeb, potem jakaś tabletka musuje mi pod powieką. Wracasz z pracy i kładziesz głowę w dolinie torsu, a ja łapię twój oddech i tak sobie myślę trudno mieć życie za kochanka wiedząc, że pewnego dnia odejdzie.

11


Pillsucker’s blues O Panie, nie kupisz mi Mercedesa? Zrobię ci za to laskę

z bukowego drewna, abyś mógł się podeprzeć po wysiłku tworzenia. Tak bardzo lubię pluszowe zderzaki i podróże fioletowymi wzgórzami. Chcesz, wezmę cię ze sobą? Będziesz mógł krzyczeć To ja! do zamkniętych drzwi Kościoła a potem sami ulepimy świat w kształcie obłego sześcianu. Dziś jest środa, więc oglądam kolorowy telewizor; wyżymają protest songi i przygrywa im Dylan; O Panie (teraz z tamburynem) zagraj mi poranek, kiedy odleci już nasenny aniołek, albo odpłynie kling tampa rampa. Pewnego dnia zniknę sam, z globalnym ociepleniem i przeszczepioną wątrobą. Więc zagraj! Zaskocz mnie, zakręcimy razem słońce i założymy na siebie korony drzew. Będę Królem Learem, a ty Królem Olch. Zagraj, póki dziś to nie jutro. Dla niego, dla mnie i dla tego, co patrzy posępnie w mojej twarzy. Damy mu cyrkowego pisaku na lusterku, dymne słowa go zmienią i zaśpiewa z nami: Nie ma miejsca,

do którego się idzie ulicą zbyt senną, aby śnić.

12


Ostatki Spójrz na nas, a potem popatrz przez okno, jak ten las przybrał na wadze - tłuste zwierze dyszy, patrzy. Jeszcze trochę, a pochwyci i wciągnie w szeleszczący ul śmierci, w te rybie brzuchy kopców, między te ścieżki lepkie jak języki jaszczurek. Ale póki co, jeszcze tu jesteśmy, więc połknij porcelanową laleczkę, bo spada ci poziom leukocytów. Nie czujesz? Sezon gorączkowy w pełni i wróżę przyszłość z plam na języku. Jeszcze tylko dzień, dwa i położę cię do łóżka o wąskich biodrach. Mój ty bibelocie, śliniący się między szpalerami fiolek, nasze tokujące serca właśnie zaczęły pojmować, że są coraz bardziej w tym lesie.

13


Wykrój Miło mi, Exitus Letalis, jestem krawcem i przyszedłem wziąć miarę na ektoplazmę - a Panu jak na imię? Woli Pan z długim rękawem czy krótkim? Kaptur? Wedle uznania. Proszę leżeć spokojnie - dopiero, co wykarczowali Panu płuco, wciąż widać faksymile zastrzyków, i kręte gałęzie kroplówek wrastają w ręce. Chociaż widzę, że humor dopisuje - uśmiechnięty jest Pan do pasa - no, no. Rozkosznie się flirtuje, ale ja tylko wezmę miarę na togę - i uciekam zrobić wykrój - tak na wszelki wypadek, gdyby nagle ogłoszono Pana absolwentem życia.

14


Przetoczenie Słodycz wpłynęła we mnie i stałem się niestrawny dla ziemi. Odrzuciły mnie gęstwiny i leśne runa, i cała fabryka zaświatów zwróciła zniesmaczona. Byłem aż nazbyt słodki, a tacy nie umierają młodo. Nie wiedzie ich nic na zielone pastwiska, nie ciągnie do wojażowania po zamglonych landach. Leżąc tam byłem zamarłym zegarem słonecznym, w którym czas nagle zaczął odrastać, stając się niepoliczalnym jak włosy. Szumiałem nimi, wprawiałem się w ruch jak las w wietrzny dzień - i przyszły obiecujące prognozy pogody. Rozjaśnił się pokój, wypełniając dniem po progi i ja na powrót wypełniłem łóżko, wyraźny, doświetlony, pękaty jak dzban pełen miodu.

15


Peregryn Laziosi na oddziale I’ll grow back like a Starfish Cripple and the starfish, Antony and the

Johnsons Błogosławione zdrowiejące ciało, te resztki, te strzępy, bawełna, kłębki włosów, kolczyki

i kolekcja guzików. I dalej – tło: prześcieradła, fiolki, szpatułki i dogorywające w wazonie tulipany. Niech będą błogosławione: cmentarze otwarte na oścież i to, co zostało po codziennych nalotach; jakiś szkielet, konstrukcja nieudolnego Architekta, jakaś ściana cienka jak gaza i blade płuco za nią, i to, co pod wyleżaną kołdrą - jakieś migotanie. Błogosławione niestrudzone ciało, co wraca z dalekiego frontu, po długiej bitwie, wojnie, z raną, szwem, w podartym mundurze, z bólem i rysopisem nie pasującym do zdjęcia. Błogosławione ciało i ciała, wazony i cały oddział leżący na plecach i brzuchy odsłonięte z ufnością, że naloty zakończone, kolczyki wpięte w uszy, wojny rozmyte, cmentarze domknięte. Tulipany wyrzucone.

16


Reszta pod resztkami

17


Do Trylobita, pytań kilka Trylobicie, spłaszczony grzbietobrzusznie zwierzu z bestiariusza Darwina, jakie piaski Maroka wyprosiły cię spod fałd pustyni, na tę półkę między bibeloty z Ikei? Z jakiej Gondwany zapomnianej cię wykopano? Z jakiego morza, roztartego na sól wypełzłeś? No, skąd ty? na skraju mojej epoki, nierozumiejący, niemalże przepraszający za ery nieobecności: że było się między permami i kambrami, pod stopami Maurów, na obiedzie u sułtanów; świadkowało się wojnom i upadkom imperiów. Było się w tylu miejscach przerzucanym z kąta w kąt. Czy nasz los jest tu podobny? Czy za miliony er, na jakieś międzygalaktycznej półce klona praprawnuka na pulsarze mglistym, w dogasającym wszechświecie, będę się wylegiwał okiem do góry? Tak jak ty muzealnie, skamieniały co do joty?

18


Wyziębienie Kiedy ktoś umiera, zamarzają pokoje. Bo człowiek jest jak piec: porządny, o mocnym spoiwie. Zimny na początku, ale z pierwszym krzykiem - iskra i to ciągłe wzrastanie jak postępująca gorączka. Codzienność trawi przepływy cieni i same cienie, pierwszy kompres dla ostudy i diagnozy onkologów, - wszystko, włącznie z dogorywającym palem jesionu. Potem tylko syk parującej wody i jeszcze zadymka. Zadymka

19


Jaszczur Pójdę tam po siódmej, choćby nie wiem co. Powiem mojemu drogiemu, zakopanemu jaszczurowi, że go wciąż bardzo kocham, a on mi nic nie odpowie, zabliźniony gdzieś w ziemi, razem z trumiennym balastem, między amonitami i skrzydłami pterodaktyli. Zmierzcha. Przy grobach rozsiadają się żywi, niektórzy z nich przynoszą w siatce brzęk zniczy – i dzwonią one jakby zwiastowano czyjś powrót ale nikt nie wraca. Wszyscy mieszkańcy tej kamiennej doliny urzędują w wymarłym niebie, z innymi wymarłymi kopalinami, przewracają się senni między lessami i zamokłymi iłami, jak małe grudy w wielkim grobowcu ziemi. I mój jaszczur między nimi, gdzieś pod stopami nasłuchuje kroków. Przychodzę po siódmej grzechocząc torbą.

1.XI.2006, Katowice

20


Zaginiony żeglarz Coraz bliżej Bożego Narodzenia i dzwony chętniej szastają dźwiękiem, jakby zbudziły się porzucone w wieżach. A ty, czego pragniesz? Jakie mleczne konstelacje ściągnąć ci z nieba? Jakie odgrzebać z ziemi pierścionki? Chcę nieosiągalnego

– odparł – nagiego szkieru i jego braku na drodze, i łodzi,

i jego w niej – młodego, od stóp do głów żywego – nie odpływającego w płonącym drakkarze. Znów mówiącego: liczę sobie zmarszczki;

za dwadzieścia, może trzydzieści lat będę rozpadliną…

Stoimy dziś nad blizną i słyszę jak bije ci serce, jak brzęczą w nim monety, niczym wrzucone na odchodne obietnice. Zmierzcha i ktoś znów wprawia w ruch uśpione dzwony, a my zapalamy w porcie najjaśniejsze ze świateł.

21


Klezmer band boy Wspomnienia - jak futerał klezmerskiego muzyka. Pusty rozbrzmiewam w przeciągu karbowanej uliczki. Hadera, Natanya, Hajfa ich suche piaski nie napełniają. Tylko furkot wiatru, jakby wywiewało mnie od środka, oddech po oddechu i już nikt się nie przesypuje. Nie ma imion, twarzy, pieśni weselnych, łkań. Więc płynę za morze między opiłkami fal, ale i tam nic mnie nie zamieszkuje. Nikt już we mnie głośno nie szumi, nie odbijają się echem głosy głosów, nikt nie przeciąga smyków kłótni. Gdyby chociaż udało się napełnić mnie chmurami, melodią ulicy albo szelestem drzew, czy dajmy na to raz zasłyszanym wspomnieniem w pociągu linii A – Zet, byłbym znów czyjś. Wypełniony.

22


Samobójstwo Dorothy Hale (Kahlo, 1939) Przyłapałaś mnie meksykańska złodziejko nad pochmurną przepaścią Wielkiego Jabłka; rdzewiejącą, utleniającą się kropla po kropli w beli czarnego aksamitu. Nie należę już do świata, nie oddycham jak stronnice powieści historią. Nie tworzę tła, ciągu dalszego. Nie ma też happy end’u, tylko powolne spadanie moment, kiedy cząsteczki tlenu wirują w płucach resztkami sił. Wydłuża się cień i znikam wertowana wiatrem. Kobieta z miotełką przeczesuje chodnik.

23


Szkielet w willi Co go wyrzuciło na powierzchnię? Jakie podłe spiski dębowych sęków nie pozwoliły mu wrastać we wstęgi er. Jaki to praprzodek ojca praprzodka, nie mającego zdjęcia w albumie, imienia zamieszkał z nami w ogrodzie? Dlaczego cholera milczy? W tej pozie może być podobny do nas za tysiąc królestw. Ponoć tak to jest już urządzone, wszyscy podlegamy tym samym porywom, przewrotom, zmianom pozycji wobec słońca. Nawet nasze zmarszczki, są jakby po nim dziedziczne. Powolne pękanie i przesypywanie się ziarno po ziarnie, znikanie w zaświatach Flawiuszy i Sewerów już w czyimś domu, jeszcze w czyimś ogrodzie.

24


Do Elsy Schiaparelli. Dyspozycje Dalego dotyczące ideału Elso, podjęto ostatnie decyzje. Ciało ujęte od tyłu, raczej akt z odsłoniętymi plecami, niż portret. Koniecznie z ramionami, jak gotyckie sklepienia (eklektyzm żony ma zadziwiać bezszelestne mrówki). Ma mieć coś z greki, to piękno rzeźby Aleksandra, jego siłę decydującą o milionach, albo tylko o jednej osobie - potężnej armii myśli, dystynkcji dni, miesięcy, lat. Ma być jak dom, do którego wiodą strome schody wzniosły, idealny, a głowa jak oślepiające słońce, wschodzące w ocullusie błękitu nieba. Całość będzie otwarta na przestrzał. Coś będzie ją nadgryzać i wić gniazda w portykach, rotundach, kolumnach. Będzie odwrócona twarzą do czasu, nie przejęta porywami, przewrotami ziaren pustyni. Zostanie tylko z myślami kontemplacją samej siebie z dystansu dekad, pomilczy tak, jak dmuchawiec piękny na chwilę, a potem uleci kawałek po kawałku.

25


Recycling Jak można umrzeć, tak bez zażenowania? Gdyby chociaż zawstydziła się przy obiedzie, kiedy schodziła – to nie! – bezczelnie wkopała się w ziemię i zaczęła zazieleniać. A zazielenia się nieźle – widziały to żuki pod dębem, między sękiem, w tej kapsułce co rozpuszcza się w kwaśnym żołądku ziemi. I przenika powoli, ciekami wodnymi i dopływami Ukajali, każdą tętnicą i korytem; szybka i porywista – i już jest w każdej rybie, osiada pod każdą z łusek, w każdym gładzonym prądem kamieniu jej krągłości – popatrz, na to spojrzenie sarny pijącej z rzeki - tak samo płochliwe.

26


Ujęcia

27


Córka Pszczelarza Lucynie Rams

I. Małżeńska egzaltacja Córki Pszczelarza …z grozą zachodów słońca to bym uważała, bo wschód bardziej boli. Coś jakby poród gwiazdy z łona ziemi i ocean jak pulsujące wody płodowe stoimy wpatrzeni w to, a nasze usta i dłonie są otwarte, czekają aż hostia wzniesie się i zaczyna się parszywa bajka. Odtąd jestem Kopciuszkiem, który w nic się nie zmieni: umiem gotować, szyć, robić pranie, mówić i gdakać. Jestem dobra w łóżku jak kurewka, ale stała jak góra i pomniejszy głaz – i jak one mam spękania ale nie martw się Kotku biorę na to papużki, co skrzeczą podskórnie i sklejają mnie na nowo. Corannie, corannie, corannie… jestem świeża jak pranie, jak pszczoła bzyczę nad gazetą i jak ona jestem targana na cztery sady. 2. To małżeństwo jest jak komora gazowa ze mną pod wiekiem – nagą żydówką z blond lokami. Tu już nie ma przejaśnień, tylko podtruwanie słowami to, co między nami to powtarzalność, rutyna porodów słońc, wsączanie się w siebie cyklonem kłótni, jakieś pochmurne błogosławieństwo co trzyma nas jak wór kości otwórz go, a rozsypią się.

28


II. Dziecko na wiosnę Stoisz za parawanem, cały jak ziewnięcie lamparta, znudzony suchością sawanny – A tu? Podejdź do mnie, co ty na to? Roztopy, odwilż. Dziś jestem jak misa jeziora wypełniona wodą po zimie, z bobasem, co pęczniał od lata i przewracał się bezsennie. Dotknij tafli skóry. Czyż nie jest błyszcząca? Pod nią większe złoto, całe kopalnie świecidełek, co rozsypią się migocząc na cztery pokoje, klekocząc drewnianymi bocianami i ciuchciami. To nasze gobeliny utkane z komórek, splot włókien i pragnień. Krzyk, który przezimował w toni.

29


III. S. Plath pisze list do V. Woolf, Court Garden. 1962 Mieszkam w centrum sterowania wszechświatem, skąd planety, drogie kuzynki odlatują i dokąd powracają jasne meteory, jak dzieci zajmujące bawialnię, salon, półpiętro. Ludzie, dalsi krewni chodzą tu w płaszczach, zamknięci gdzieś, między ''tak'' a ''nie''. Cały ich świat, to trzy guziki odpinane od święta: niedzieli, jego pogrzebu, jej zmartwychwstania. Nic tu nie jest równe Nic i gwiazdy patrzą bardziej zawiedzione, tak jak te w domu, w Smith College, i te z 1950 roku. Takie same, zimne. Jedyne ciepło, to żarówka i okno uszczelnione kocem. Piszę wiersze na szronie. Szorstkie, nieprzystępne jak tutejsze drogi: kręte, grząskie, nieznane jak alfabety dopiero co odkryte w Asyrii nic nie mówiące. Dokąd prowadzą brzuchy mostów i czy po nich, z nimi dojdę dalej? Jest tu i rzeka Ouse. Za dnia, ten sam rudy lis siedzi w fotelu, mężczyzna o nieznanym odcieniu udaje uberojca, patrzy jak przepisuję sestynę. Nocą, słyszę kroki sprzed lat, ktoś odsuwa krzesło: czytam Atlas pszczół i spływają słowa Aureli „Nie możesz”. Ale ja zawsze wiedziałam: ''Pięć przystanków do komory grobowej głębokiej na pięć sążni, on tam jest''. Dostać się przynajmniej na dwie. To by było szczęście. Śniąca Virginio, pewien październik i pewien styczeń, muszą się zdarzyć. Póki co, dwie ryzy papieru na wiersze leżą jak martwe ciała, milczące, puste, bezpłodne manekiny. Dziś w ulu deszcz, a przeze mnie przelała się przyszłość: ceglane domy i teczki pełne Eliota, Audena, i twoje tulipany. Wszystkie zwiędły na moich oczach, odleciały w próżną galaktykę innych zmarłych, gdzie tylko cisza i jutro moja ukochana Enigma.

30


IV. Sylvia Plath obchodzi mieszkanie na Fitzroy Road 23 Czy ma to znaczenie, że jestem czystym acetylenem unoszącym się w szkatule, że matka w trwałej ondulacji wdycha ten zapach, haustami nabierając wspomnień i odchodzi ociężała? Czy ma to znaczenie, najmniejsze, że mąż z menażerią kochanek czekających w progu, rozgląda się po pokoju i zastanawia: co, to za owoc zgnił pośród tych wielobarwnych tapet? Jaka była jego nazwa, kształt, smak? Czy był błyszczący? Czy ma to znaczenie, dla galaktyk, powojów, pielęgniarzy stojących w przeciągu, że wyprawiłam się w pobliskie zaświaty jak wyprawia się skórę ostrym cięciem? Lekka, z kokiem upiętym na pszczele gniazdo, w czystej bieliźnie. W ciele co nigdy nie było z teczyny. Z każdym rymem zasadzałam się na sążnie, z każdą frazą głębiej między chrząszcze i coraz więcej ciężkich oddechów płynęło z ust do ust. Ale czy ma to teraz znaczenie, czyż miało kiedykolwiek, że byłam sztucznie podtrzymywana przy życiu, karmiona przez wszystkich drogich zmarłych, chroniona przez lasy, niemowlęta, zdrady i powroty, przez seks i pszczoły. Ich miód dusił: słodycz, słodycz, słodycz. Trutniu, ta królowa zgniła w wychłodzonym ulu.

31


Virginia Woolf, robi szkic do Pani Dalloway, po czym siada w fotelu i pije kawę For there she was!

1. W zasadzie wszystko gotowe. Zarys postaci, umeblowanie pokoju, drobiazgi ważniejsze i te mniej okładają się na komodzie kurzem.

Pani Dalloway, Virginia Woolf

Wiem,

że drzwi będą otwarte, i że wejdzie w czarnej sukni. Kolejność scen też ustalona; najpierw pół ryzy na zawiązanie intrygi, a potem decyzja u szczytu kartki - czy spadnie w dół jak katharsis? Czy chór zaśpiewa żałobne crescendo, a może rozejdzie się, nie zauważywszy nikogo wartego pieśni? 2. Zacznę najprościej. Najzwyklejszy poranek w życiu kobiety, decyzje podejmowane w dobę. W tej względności światów, wschodów słońca, łazienek, przyjęć wydawanych dla zapełnienia ciszy brzękiem. A potem trywialne pytanie. Kto ma umrzeć? Bo przecież można umrzeć, to takie proste jak wybranie narzędzia ścinającego głowę hortensji. Można, też to zmienić. 3.

Zwrot akcji.

Miłość, to ciekawe hobby jak szydełkowanie wypełnia dziury, splata i nudzi, gdy wzór nie wychodzi. Można kochać, to jest łatwe jak kupno rękawiczek, sezonowych substytutów ciepła. W końcu można, to połączyć, pozwolić na przenikanie się kontrastów, żeby jedno bez drugiego, i jedno przez drugie dochodziło do głosu. Kulminacja. Postawić postać przed lustrem. Pozwolić jej to wszystko przyjąć i podjąć z pozoru łatwą decyzję:

Czy pani domu zejdzie na kolację?

32


Diane Arbus, Flower girl at a wedding, Conn. 1964 Co przeszło przez nią? Jaki nagły snop światła, czy przebłysk flesza przebił flint oka; te kwiaty, tę żałobną wiązankę we włosach? I dokąd idzie sama? Sunie? Płynie? Leci, w sukni z ektoplazmy czy poliestru, z urodą precjozy wyjętej z trumienki; blada, z dendrytem zmarszczek, z oczyma jak diafragmy? Na jakie wesele, na jaką stypę po braciszku Sammym czy Johnnym niesie ją? W tej galerii, na kredowej ścianie, jest ledwo postrzeganiem. Jakąś kwiaciarką, tłem, lasem z zaczajonymi bestiami; zarysem, na którym dopiero rozpinamy kanwę.

33


Dan Pagis robi studium do wiersza O. Być poetą, najlepiej żydowskim z korzeniami sięgającymi gdzieś dębu Europy. Pisać wiersze i nocą w pośpiechu pakować je w chusty, walizki podręczne, pożyczone od ojca, z Ojcem w środku i zaznaczonym wersetem: ''Czyż u Boga człowiek jest niewinny?'' Rozmawiać o tym przed dworcem i krzyczeć do siebie na bocznicy. Chmurę później pić herbatę z chińskiej czy miśnieńskiej porcelany (gatunek nieważny) i czytać po francusku: ''Il faut tenter de vivre!'''' recytując to po cichu na balkonie, o szóstej, w mieszkaniu pod piątką. Powoli zapominać cienie białych łodzi w telawiwskim porcie, dom w Radautz za morzem. Zapominać o przeszłości za górą, dawnym czy wczorajszym imieniu zza szafy. W szafie mieć nowe dokumenty i zdjęcie matki.

34


El Kassovitz przed ścianą Arte pro arte. - Jezu! Wassiliy masz z tym jakiś problem? Jedna kreska przecina blejtram na pół. Wszystko na świece dzieli się na dwa; zaufanie, dzień, kocham, ale to normalne, że coś jest tylko dla siebie, nawzajem. Nie rozumiem po co, to tło i kwadrat? Co przybliżasz? Łączysz? Przecież dać do zrozumienia można prostą linią na białym tle, co zespala ramę północną z południową. Nic ponad to. Reszta to luźna interpretacja.

35


Przezimowanie

Dla A.

Pani Guinea zapewniała stanowczo, że dla hiacyntów w doniczkach, wypuszczających pączki na parapecie okna w specjalnej, delikatnej podściółce z muszel perłowych, był to, mimo zimy, pogodny i piękny dzień. Kamienny chłopiec z delfinem, Sylvia Plath

36


Winterwind Wracam pamięcią, jakbym przeskakiwał mur, w ten las porośnięty rózgami, w ten listopad, kiedy liniały drzewa i nasze dawne miłości. Schodziły stare blizny niczym kora, a myśmy szli dalej, w sidła po nowe – ostatnie zwitki lata kruszały pod naciskiem stóp, falowały halki grzybów i nim opadło zmurszenie – luty – byliśmy ze sobą w każdym stanie skupienia. Dwie samotności; zmrożone i lotne, na przemian płynne i jakże stałe. Dwa końce skakanki, pomiędzy którymi sznur.

37


T. rozmyśla, kiedy A. śpi Jak tylko się odwrócę w twoją stronę, mogę powiedzieć ''to się jednak dzieje''. Ta bezsenność o czwartej, nagłe pytanie: czy będzie wschód i czy do zachodu będziemy dnieć równolegle, naprzeciw tapczanu, w kuchni nad zupą, na parterze i ostatnim, na trasie A. - B.? To jest jak rozmowa przez kubek i sznurek – rzecz umowna - na nieoddalenie się, usłyszenie, zobaczenie, na znajomość dróg powrotnych nad ranem. Piąta. Ręka opadła na pierś jak łodyga. Sen coraz szybszy na twojej połowie, niespokojny, dopiero zrozumiany. Czuwamy na zmianę, patrząc jak to kiełkuje, zakwita, wzrasta niczym młode drzewo za oknem, wysoko, solidnie tężejąc korą, sekunda po sekundzie i głębiej, rok po roku. Liść przy liściu.

38


Le Pont d’ Alexandre. Paryż przed północą zimy I wznieśliśmy go niczym pakt dla brzegów, skrajów łóżek i miast zarzecznych. Dla rozmów, żeby miały gdzie przemykać i milczenia, żeby miało gdzie się rozpraszać. Teraz nie grożą nam żadne porywy, prądy zdradzieckie, fale strzępiaste. Można przejść, wejść na promenadę, i zasnąć spokojnie między przęsłami potężnych ramion. Zanieść o świcie czerwień ust, lub lekarstwo na grypę, mijając po drodze kicz rozpasły minionych miłostek: ten renesans pełen zrywów i mroczne średniowiecze, i wiek siedemnasty. Pamiętasz wiek siedemnasty? Ty miałeś Ludwiczka, ja Piotrusia. Opowiadaliśmy sobie o nich, o mostach co pękły. To już przeszłość, odłożona na wysokie pylony. Dziś łączymy, budujemy w pośpiechu trotuary, jakbyśmy planowali sojusze miast, odległych landów czekających na przejęcie rogatek i esplandów, każdej tętnicy wiodącej do serca.

39


Zawsze powroty. Paryż – Katowice przez Rijekę i Ateny. Południe

(…) travel is searching And home has been found Hunter, Björk Zrozumiałem to w loggii kawiarni „Le Jardin d’Hiver”: to nie moje miasto: bełkotliwa gawiedź, francuszczyzna rozsiadła między kawami i kremami, a gdzieś tam, czulej, bezpieczniej, cieplej. Gdzie indziej, nie tu - miejsce, do którego się kluczy wracając. Przez serpentyny Alzacji, Graz, nagość brzegów Chorwacji i ruiny nadmorskich polis. Po drodze rozmawia się w języku Platona, kupuje się pomidory i rozsiada pod markizami, ale i tam nie jest się do końca u siebie. Żadne bramy nie witają, żadne okna domostw, nad klifami nie otwierają się na cień zza skały. Więc pakuje się: souveniry, zdjęcia, kapelusze i zostawiam obcość nadętego er, plaże nudystów w Brać, kraje górzyste i ściany wychłodzonych hoteli. Jadę wiedziony dźwiękiem talerzy rozstawianych na stole, i szarością rozlewającą się za Beskidem. Wracam na piętro, gdzie wygrywa znana melodia i ktoś zmienia pościel, uchyla okno. Ktoś otwiera drzwi i siebie.

40


Bartnicy we wrześniu Miłość jak pszczeli zwiad. Pojedyncze ukłucie przez strój ochronny i już razem wyplatamy dom. Potem całą barć i coraz więcej rozmów, gier przy stole. Obiad. Mała ceremonia jedzenia kwiatów, ciche podawanie plastrów - to niewidzenie się przez siatkowe kapelusze i mozolne poznawanie: każda zadyszka, choroba, pęknięcie i rysa na dłoni. Lato chyli się ku ziemi jak dojrzała śliwa. W piwnicy setki słoi. Brzuchacze pełne miodu pilnują nas jak Cerbery lata, a tu na górze coraz niewyraźnej. Ściana z wosku między nami, mniej zrozumienia. Coraz dalej, dalej, dalej. Stół staje się jeziorem, targanym prądami. Usycha ul i schodzi opuchlizna.

41


The Turtles: Imagine me & you. Soundtrack Małżeństwo, które nie powinno być nazwane małżeństwem zasiada do stołu. Nastaje cisza jak przed rytuałem kłótni i wielogodzinnego godzenia się w salonie, na stole, na dywanie z Ikei. Ten związek to bonus do samotności. Wielka wyprzedaż szczęścia, na której kupuje się cały pakiet. Chociaż wszyscy odradzają, podszeptują coś, a wystarczy chwila niedosłyszenia i mijają lata. Staje się albumem to, czego do końca nie pojmujemy. Przychodzą nowe sny. Zamieszkujemy w nich, jak piasek drażniąc się i budząc. Zawsze budząc wypoczętymi. Witamy przyjaciół, niektórzy odchodzą z kwiatami, a my wciąż nakrywamy do stołu. Głodni. Powtarzający to samo, przez cały czas, tę niezmienność, nienaruszalność. Przychodzi myśl – czasem trzeba zasunąć zasłony, niech trwa przezimowanie.

42


Dom …bo szukałeś idealnych ścian, sufitów, dachów, przekątnych i okien przeciętych w pół. Szkła, za którym pusty pejzaż i ty - w tym pudełku ciasnym na nie odetchnięcie czy ziewnięcie choćby znudzeniem. Co innego zamieszkać w człowieku. Poznawać jego nierówności, przewracać się w nim z boku na bok i wsłuchiwać w każdy pojedynczy, ciężki oddech. Codziennie być Wergiliuszem rutyny: zmywanie, ścielenie łóżek, golenie się, i składanie prześcieradeł. Jak ogromne ma to znaczenie. To jak bycie tlenem co trzyma wszystkie cząstki w porządku, co łączy atomy tego słowa i krąży z nim po orbicie serca. Sprawia, że ściany są silniejsze, rytm bardziej regularny i dom - tak kruchy - trwalszy, bliższy. Znasz już odpowiedź. To pozwala wstać o siódmej i powiedzieć warto. Patrzeć jego oczami, jak zapełnia się pejzaż, jak drzewa podchodzą i powoli się w nie wrasta włosem, koniuszkami palców, chorobą, całym ciałem. Nie zauważa się wtedy pękniętych ścian, zawilgłego tynku bo to, co trzymało - trzyma.

Boże Narodzenie, 2005

43


Zimowanie Dzień zapowiada się zwyczajnie: monotonia fal radiowych, jakiś rozbłysk mnogi i przebłysk odległy pyłu galaktycznego. Posłuchaj, to mnie nie dotyczy, ani trochę. Jest południe, leżę zaklejony w kopercie pościeli i kocham tę dłoń po prawej, głowę, w której puchnie myśl między źrenicą a cebulką włosa. Kocham te stopy splecione w kołdrze i sen śniący o tym, że po wybudzeniu wciąż się śni. Najzwyczajniej siedzi i rozmawia w nieznanym nikomu języku. Łacina, lectio jeden na jeden. Budzimy się coraz później i coraz częstej śnimy to samo. Ta noc zapowiada się zwyczajne: jakiś przebłysk pojedynczy na środku pokoju i rozbłysk z drugiej strony łóżka. Czytasz. Posłuchaj, to mnie właśnie dotyczy. To cały mój wszechświat; o ósmej myje się w łazience, potem wychodzi gdzieś, wraca z zakupami, krąży po mojej orbicie i nieustannie, nieustannie rozszerza się w myślach.

44


Mr. & „Mrs” Bee Zimujemy jak puchate pszczoły, impregnując się woskiem na porywistość sadu – oto nasz małżeński sześcian, robótka wyciszona w grozie wschodu słońca, a za nią szepty innych uli w zimowoli; czyjaś porzucona Eos, głuche śpiewy pasiek, i rozwścieczeni zwiadowcy – Gdzie oni są?

Gdzie oni są? My Own Boy, dziś jestem twoją królową ubraną w puder i przynoszę ci miód.

Otwieram swój słodki pyszczek – od teraz będę ci prać, gotować, rodzić dzieci, sypiać w jednym plastrze i śnić to samo ale czy to pozwoli przetrwać nam w zmrożonym mahoniu? Czy fabryka słodkości podoła porze, kiedy niebu zbrzydnie błękit i przyjdzie nam jeść śnieg? Tak też może być – słodkość z czasem się krystalizuje i wykrusza.

45


Candy Perfume Boy Jesteś cukierkowo uperfumowanym chłopcem z Kitshu, czarnym rabusiem wracającym przed świtem. Tym limesem przy T.( czy n), z którym zmierzam w nieskończoność, lub do rozesłanego łóżka, gubiąc po drodze włosy, książki; czekając pod schodami, chorując. Ufam prawidłowości w ciągu tych ułamków zdarzeń i bagatelek: że o rozłączności nie ma mowy, że ty po lewej - ja po prawej, ty na górze ja zdyszany na dole, z jakaś rodzącą się wątpliwością Skąd ja cię znam? Z podróży wcieleń? Z podróży pociągiem do rodziny we Wrocławiu? A może zza stołu, ze zdjęć w gazetach, spotkań, na których zna się tylko siebie? Cóż to za niepewność wkrada się właśnie teraz, kiedy uznaliśmy, że koty nam już nie wystarczają?

46


Blue Jacket & Hollyhock Jak cebulki hiacyntów w worze z innymi cebulkami powstrzymujemy się od kwitnienia. Nie dla nas zima co prześwieca zza płótna jej srogie oko odbarwia zieloność łodyg, nie pozwala splatać się w ziemi korzeniom. A tu cieplej. Bezpieczniej. W tym zwitku bawełny, jak pod osłonką zrastamy się ze sobą i wrastamy potajemnie w siebie. Wiosną zachwiejemy prawem ogrodu – z dwóch cebulek rozbłyśnie jeden kwiat.

47


Sony k 700i Och Kitku, już rozumiem – masz go żeby wysyłać esemesy tej drugiej z pulsara zamorskiego, co pali papierosy i składa wróble orgiami. O północy piszesz przez strefy czasowe, a twoja wiadomość jest jak Enterprise z napisem na flance kocham cię – warpowo, żebym tego nie słyszał. Ja siedzę w kuchni i kręcę nerwowo kogel mogel. Piszesz też do mnie, że marzysz o lepszej stronie życia; bawialni, sypialni i dzieciach w zestawie dwa plus jeden jak z katalogu Ikei. Niebo jest dziś sehr romantisch – gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy, jak małże przyklejone do plaży, niby tak dalekie, a bliskie, jakby popatrzeć z dystansu. Widzisz od pulsara do twojej planety, tylko kciuk.

48


Wilk Znaki na drodze mówią wyraźnie: nie wchodź do lasu, który już raz był ci obcym, bo połknie cię bestia o zielonym grzbiecie. Przecież wiesz, że tam burczy, pusty jak jaskinia brzuch i ostre pazury czekają na ciebie w igliwiu. Już zarzucają oczy i haczyki - trwa wieczna czujka myśliwego. Trop na ścieżce mówi wyraźnie: omijaj grząskość, niepewność, otwarte jak ramiona polany, a jeśli i tak go spotkasz, rzuć coś: bądź pozdrowiony wilku, na powrót wywołany z lasu, albowiem kiedyś znów przyjdzie dzielić mi z tobą legowisko i maszynkę do golenia. Być różowym kęsem, co zaspokaja głód.

49


<śl_kumplaszuk> cz. Nie zawsze jestem wdzięczny końcowi za to, że niesie początek nie wszystko jest uprzątnięte i stara miłość wciąż kłuje jak wściekły szerszeń. Idzie wiosna i trzeba wziąć się do roboty spisać senniki, od nowa wytłumaczyć znaczenie rytuału gotowania rosołu w niedzielę; trzeba wejść na czaterię i zrobić casting na męża, przyjmując kryteria wręcz niebywałe: gonada, płetwa, zasobność i połysk łusek. Bo to jest morze, w którym na powrót trzeba się zanurzyć, pokołysać biodrami, nabrać fali w serce. Taki jest nakaz nowego otwarcia, żeby po latach odbijania się od szkieru do szkieru włączyć sonar i wychwycić echo co ciekawszego rekina czy wieloryba i zamieszkać z nim w pustych wodach miejskiego oceanarium. Nie zawsze jestem wdzięczny końcowi za to, że niesie początek, bo nakazuje mi codziennie odmawiać mantrę; żeby wszystko się ułożyło, żeby nie trzeba było znów wymiatać obcych nagle zwyczajów... - a tu trzeba też wierzyć, że ta ryba, co od dziś pływa z tobą między glonami i zawiłościami prądów, co lawiruje między koralowcami i wrakami, spełni kiedyś twoje życzenia: przytrzyma wieko lub dociśnie poduszkę, kiedy zmęczą jadowite kuracje i robaki nagle zawołają o pomstę. 17.VI. 2007, Katowice

50


Pęka sowie niebo rozbliźnia się na świat mały przyczółek bólu

- a ty… - co ja? wciąż stoisz zamyślony jak pustynna rzeka pod Perth – i nie wiesz czy pozwolić mi płynąć w tym czy następnym życiu a przecież to nie ma znaczenia kiedy i tak wszyscy przelejemy się przez morza rozbijając o szkiery napotkanych serc

51


Kay

52


Kay zimuje prześniłeś już wszystko co ludzie w twoim wieku są w stanie prześnić i odchodzisz w gniazdo utkane z zaskrońców. składasz zmysły pradawnym bogom głazów i moren, a zima hula w tobie jak pogański tancerz.

53


Śniący Kay pod tym czepcem snu siadasz na skraju kry a to, co pod tobą - ta zmienność nurtu dotyczy ryb. ty zdajesz się być stały. ciało masz wmrożone w ziemię i korzeń zmrożony po samo łyko. przyszło ci wieść Antarktydę, kiedy lato w rozkwicie za linią światła.

54


Wybudzenie pierwszy promień Swaroga jest jak zajączek, co przeszywa ciało natarczywą świetlistością, wybudza i wprawia w ruch bibelot serca tę konstrukcję włókien tłoczącą wiosnę z głębi pulsującego jądra. idą roztopy ciał. gruboskórni wychodzą nadzy z grot i śnieżne bóstwa oswabadzają wszystko z kokonów. a w centrum ciała wrzawa. pękają kry.

55


Pierwszy krok i tuż pod stopą - kwiat, jego wijący się pęd, koloryt i cień tak nieustający w tym świetle, jak twoje zdziwienie. otwiera się ziemia niczym małż, a z niej rodzi się słońce i łamie się w tobie ostatnia kra. rzeka płynie, szalona.

56


UKŁAD WIERSZY Stany skupienia Z dziennika absolwenta szpitala św. Peregryna Candy Darling on her Deathbed Prezent “Miesiąc za miesiącem, jak jeden długi dzień” Ujęcie Ostatki Zarażeni Oddział Z dziennika absolwenta Szpitala św. Peregryna Pillsucker’s blues Wykrój Przetoczenie Peregryn Laziosi na oddziale Reszta pod resztkami Do Trylobita, pytań kilka Wyziębienie Jaszczur Zaginiony żeglarz Klezmer band boy Samobójstwo Doroty Hale (Kahlo, 1939) Szkielet w willi Do Elsy Schiaparelli. Dyspozycje Dalego dotyczące ideału Recycling Ujęcia Córka Pszczelarza I. Małżeńska egzaltacja Córki Pszczelarza II. Dziecko na wiosnę III. S. Plath pisze list do V. Wolf, Cort Garden. 1962 IV. Sylvia Plath obchodzi mieszkanie na Fitzroy Road 23 Virginia Wolf robi szkic do Pani Dalloway, po czym siada w fotelu i pije kawę Diane Arbus, Flower girl at a wedding, Conn. 1964 Dan Pagis robi stadium do wiersza O. El Kassovitz przed ścianą Przezimowanie Winterwind T. rozmyśla, kiedy A. śpi Le Pont d’Alexandre. Paryż przed północą zimy Zawsze powroty. Paryż – Katowice przez Rijekę i Ateny. Południe Bartnicy we wrześniu The Turtles: Imagine me & you. Soundtrack Dom Zimowanie

57


Mr. & „Mrs” Bee Candy Perfumed Boy Blue Jacket & Hollyhock Sony k700i Wilk <śl_kumplaszuk> cz. Pęka Kay Kay zimuje Śniący Kay Wybudzenie Pierwszy krok

58


T o m a s z P i e t r z a k (ur. 1982), autor tomu wierszy Stany Skupienia (KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, seria Pisma Literackiego RED, 2008). Publikował m.in. w Toposie, Gazecie Wyborczej , Odrze, Kresach, Wyspie, Rita Baum, Red, fo:pa, Portrecie. Jego wiersze znalazły się m.in. w antologii Amnesty International Daj Słowo, a także w słoweńskiej antologii Moral Bi Spet Priti autorstwa Brane Mozetica. Wiersze tłumaczone były na angielski, słoweński, czeski. Mieszka w Katowicach. Kontakt: tommypi@wp.pl

Tomasz Pietrzak: Stany skupienia © Tomasz Pietrzak Redakcja: Ryszard Chłopek

59

STANY SKUPIENIA - Tomasz Pietrzak  

Stany Skupienia Tomasz Pietrzak Wszelkie prawa zastrzeżone 2008