Page 1

2/2012

„Zaszczepienie miłości do klocuszków - mission completed” Maciej Mikitów

„ODWAGI” Michalina Wasilewska

„POLITYKA NIE JEST NAJWAŻNIEJSZA”

Jędrzej Wijas

„Nigdy nie wiadomo na co trafię i kogo spotkam” Michał Lubas


Tematy 4

Nie tylko o niedźwiedziowym przysłowiu

6

Studentka z brzuchem

8 10 12

Krajobraz po Becie Diablo 3

20 22 24 26

Dźwiękowy (d)efekt

28

„Nigdy nie wiadomo na co

Święty Gniew - ten Potwór żyje! Kontrasty budują? W tym szaleństwie jest metoda?

Majówkowy zawrót głowy PKP nie takie złe?

trafię i kogo spotkam”

14 18

„ODWAGI” Street Style

32 34 36

Jak się pozbyć cellulitu? Syndrom dnia wczorajszego „Zaszczepienie miłości do klocuszków - mission completed”

40

Koko kadra spoko?

42

„Polityka nie jest najważniejsza”

„zaszczepienie miłości do klocuszków” – mission completed!”


REDAKTOR NACZELNA Anna Kawa anna.kawa@views.szczecin.pl

DYREKTOR GENERALNY Tomasz Kadubiec tomasz.kadubiec@views.szczecin.pl

ZESPÓŁ REDAKCYJNY Dagmara Szymecka Kamil Liwiński Safia Ela Nojszewska Bartosz Mik Hanna Gołębiewska Daniel Łoza Magdalena Hoczyk Adrian Nijak Karolina Naworska Sandra Soczewa Paulina Malinowska DZIAŁ FOTOEDYCJI Safia

Odkąd pamiętam, zawsze zastanawiałam się, co daje większą przyjemność. Czy to, że mamy pewne marzenia, czy radość, kiedy udaje się je spełniać. Same pragnienia też można podzielić na te łatwiejsze, jak zaliczone na 5 kolokwium i te trudniejsze, jak ciężka praca nad własnym projektem. Osobiście wolę jednak te, które kosztują mnie mnóstwo pracy i wysiłku. Bo to właśnie one dają najwięcej energii do kolejnych działań. Podobnie było (i nadal jest) z The Views. Każdy kolejny numer to mnóstwo pracy całej redakcji - od przeprowadzenia długich rozmów, aż po sam jej skład. Za każdym razem pojawiają się nowe problemy, które nie zniechęcają, a wręcz przeciwnie. Pokazują, że zwalczanie przeciwności to długa i ciężka droga, ale to droga właściwa. Ba, najwłaściwsza, by osiągnąć sukces. Stąd też, każdemu z Was życzę byście spotykali na swojej drodze mnóstwo przeciwności, a także by każdy pokonany problem dodawał Wam sił do walki z następnymi! REDAKTOR NACZELNA Anna Kawa


Nie tylko o niedźwiedziowym przysłowiu

J

est kilka wartości w życiu, o które warto dbać. I w moim pierwszym „the viewsowym” tekście chcę jednej z nich poświęcić uwagę swoją, ale i Waszą. Nie będę wychwalać, wynosić na piedestał. Zapytam czy jest możliwa? Przyjaźń damsko-damska. Relacje międzyludzkie to jeden z tematów, o których na

upartego nie trzeba pisać, bo jest dość oczywisty. Dlatego też w swojej „przymusowej” roli dziennikarki chciałabym właśnie ów relacje wziąć na tapetę, prześwietlić i koloryzując skrytykować w łagodny sposób. Czytać ma się przyjemnie. W psychologii przyjaciółką jest ktoś, kto nas lubi, dobrze nam życzy i wierzy, że te uczucia oraz dobre intencje są odwzajemnione. Towarzystwo

przyjaciółki powinno sprawiać przyjemność. Z przyjaciółką mamy wspólne zainteresowania i razem robimy rozmaite rzeczy. Przyjaciółka jest pomocna, rozumie nas i daje emocjonalne wsparcie. Przyjaciółce możemy zaufać. Obok rodziny, ukochanego mężczyzny jest i nasza najlepsza przyjaciółka. Przekoloryzowałam? Kobiety to specyficzne jednostki stąpające w pięknych


butkach po szarych ulicach miasta, zabłoconych drogach wsi. Żaden szczegół nie umknie ich uwadze. Kobiecość sama w sobie to nie tylko „dziamganie dziobem” o ciuchach, kosmetykach, mężczyznach, o życiu. Bywają kobiety o męskich umysłach, które udzielają rad konkretnych, prostych, a przede wszystkim wyrażają to w sposób zdecydowany tak, że każdy problem na sam ton głosu znika i nie wraca! Różnie dobiera się ludzi, z którymi możemy podzielić się szczegółami z życia. Zazwyczaj jest to pokrewieństwo dusz. Zdarza się, że potrzebny jest ktoś, przy kim czujemy się lepiej, atrakcyjniej. Najważniejsze, żeby akceptować się ze względu na wszystko, żeby własne towarzystwo sprawiało przyjemność. To już nawet nie chodzi o trafność udzielanych rad. Równie dobrze może ich w ogóle nie być. Jednak warto czasami wysłuchać rad przyjaciółki, nawet jeśli są zupełnie zbędne, nietrafione lub prawda jest bolesna. To właśnie w towarzystwie in-

nych kobiet można nauczyć się wiele. Posłuchać o doświadczeniach, przeżyciach innej, bliskiej naszemu sercu kobiety to jak przestroga. Istnieje szansa, że nie popełnimy jej błędów. Poza tym, „kobiece społeczności” pełnią funkcję terapeutyczną. Już same towarzystwo, możliwość rozmowy i przebywania w babskim gronie z winem/przy komedii romantycznej/z lodami miętowymi (smak do wyboru)/ przy ulubionej kawie – niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać – ma ogromne znaczenie. Dlatego warto dbać o instytucję przyjaciółki w każdej minucie dnia. To działanie terapeutyczne, będące jak melisa, czyli łagodzące wszelkie napięcia dnia powszedniego, uzyskuje się poprzez samo celebrowanie chwil z przyjaciółką, dbanie o tę relację, rozmowę, opowieści (nie tylko z krypty!) o tym, co się wydarzyło, co irytuje, co smuci, a co sprawia radość. Przyjaciółka zazwyczaj sprawdza się w chwilach trudnych, bo „prawdziwych przyjaciół w biedzie poznajemy!”. Mówi: „Wiesz co, pierdzielę tę pracę. Musimy pogadać. Co mi mówiłaś, że my jesteśmy najważniejsze, tak? No to w takim razie powiedz windzie, żeby zaczekała, idę po płaszcz.” Jeżeli dzieje się tak, że Twoje nieszczęścia cieszą Twoją przyjaciółkę, należałoby posłać ją do diabła! Ewentualnie zastanowić się czy potrzebujesz kogoś takiego. Jest jeszcze coś, co wynika z natury kobiecej, a przeszkadza w przyjaźni. Zazdrość, zawiść… Kobiety przeważnie z pewnym dystansem podchodzą do innych kobiet. Raczej są nastawio-

ne, że ta druga może okazać się rywalką, bo: zdobędzie lepszą posadę „łasząc się” do szefa, zwinie przystojnego mężczyznę sprzed nosa zakładając krótszą sukienkę, wyższe szpilki lub będzie miała lepsze zdjęcia na Facebooku, albo okaże się tą drugą, dla której mąż zdradził… Te i inne mankamenty poddają w wątpliwość instytucję przyjaźni damskodamskiej. Bo jak przyjaźnić się z kobietą, która niekoniecznie chce dla nas jak najlepiej? Przyjaźń bywa również egoistyczna. Jeśli to ujrzy światło dzienne, przyjaciółka może zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zrozumiałym jest, jeśli nie o wszystkim przyjaciółce mówimy. „Obnażanie się” jest niepotrzebne i wbrew ludzkiej naturze. Każdy z nas posiada swój własny, wewnętrzny obszar, który chciałby mieć tylko dla siebie. Wcale to nie oznacza, że jeśli tak się dzieje, to z przyjaźnią jest coś nie tak. Ważne jest, aby między występowało zaufanie oraz świadomość, iż pokazując swoją „gorszą’ stronę nie zostaniemy zepchnięci na boczny tor, że przyjaciółka nie odwróci się, ani nie wykorzysta tego przeciwko nam. Przyjaźń jest głęboką więzią budowaną latami, która przechodzi przez różne fazy, jest wystawiana na próby. Starczy. Idźcie i pielęgnujcie swoje przyjaźnie!

Hanna Gołębiewska


D

wudziestoparolatka w ciąży? Wpadła i teraz sobie życie zmarnuje. Do dziś, właśnie tak wiele osób postrzega młodą dziewczynę spodziewającą się dziecka. A co jeśli macierzyństwo to świadoma decyzja studentki i jej męża? Wykształcenie to podstawa, potem praca, ślub, kredyt na mieszkanie. Trzeba się jeszcze wyszaleć, więc czas na zostanie rodzicami przychodzi sporo po trzydziestce. Dla wielu młodych ludzi to wizja najbliższej przyszłości, ich plany i nadzieja, że nic im nie szkodzi w konsekwentnym dążeniu do celu. W opozycji stoją młode pary, na początku studiów, u progu dorosłości, jednocześnie bardzo świadome siebie i własnych potrzeb. Na ich liście marzeń znajdują się nieco inne punkty. Wykształcenie, dobra praca, tak, ale najpierw ślub i dziecko. Przecież się kochają, a to nigdy się już nie zmieni, więc nie ma na co czekać. A szaleństwo? Czemu nie, z tą różnicą, że we trójkę i odpowiedzialnie. We wszystkim pomogą rodzice, również finansowo.

Rodzicielstwo razy 3! Marta jest w dwudziestym pierwszym tygodniu ciąży. Od roku po ślubie—Mój mąż w tym roku kończy ekonomię, ja jestem na szóstym semestrze farmacji. Gdy Magda wypowiada słowo „mąż”, na jej twarzy maluje się wzruszenie— bo tak naprawdę wciąż nie mogę uwierzyć, że mam męża—mówi studentka. Para od matury pracuje, każde wakacje, cały semestr. Chcą być samodzielni na tyle, na ile to możliwe. Mieszkanie dostali po dziadkach. Bez pomocy rodziców nie daliby rady.— Dlatego decyzja o dziecku musiała być wspólna. Babcie pomogą, już pomagają. Mój maluszek będzie miał trzy mamusie— żartuje dziewczyna. Nie będzie łatwo, ale czekamy na to z niecierpliwością. Marta jest pewna, że narodziny dziecka odmienią ich życie. Nie boi się jak pogodzi macierzyństwo z nauką. Nie ona jedyna zostanie studiującą matką. A rodzice i teściowie, to dla niej i jej męża prawdziwy skarb.


Krok w dorosłość Mam roczną córeczkę, Sarę, narzeczonego Marka i kończę psychologię— tak przedstawia się Ola. Studentka V roku. Nie planowali dziecka, ale dziewczyna ani przez chwilę nie żałowała tego co się stało. Sara to nasz prezent od losu. Zmieniliśmy się dzięki niej. Nie jesteśmy już parą dzieciaków. W końcu pojawiła się prawdziwa odpowiedzialność i to nie tylko za siebie. Marek poza studiami pracuje na pełen etat. Dba o rodzinę, zapewnia jej dostanie życie. Stał się odpowiedzialnym przyszłym mężem i ojcem. Sarze, poświęca każdą wolną chwilę. Jest wspaniałym ojcem, choć bardzo bał się, czy w ogóle sobie poradzi—wspomina Ola. Bali się oboje. Kąpiel, przewijanie, karmienie piersią, pierwszy spacer, kilka godzin tylko z babcią, okazały się nie lada wyzwaniem. Ale poradzili sobie, choć przyznają, że nie było łatwo. A na pożegnanie Ola patrzy mi w oczy i mówi— bycie matką, właśnie teraz, to najlepsze, co mogło mi się przytrafić.

na postanowiła, że synka wychowa sama. On nie nadawał się na ojca.. Najpierw powiedziałam, że zrywamy, później, że jestem w ciąży. Żadna z tych informacji nie zrobiła na nim wrażenia— wspomina mama Kuby, a w oczach pojawiają się łzy. Już go nie kocha, ale w synku widzi dawną miłość. Po urodzeniu dziecka nie była w stanie zostawić go samego. Przeczekała dwa lata. Dziś jestem solidną studentką polonistyki i szczęśliwą mamą. Choć swoje wycierpiałam. Macierzyństwo i ojcostwo to jedna z najistotniejszych decyzji w naszym życiu. Nie oznacza to, że należy odkładać je bez ustanku na potem. Podjęte odpowiedzialnie mogą sprawić że nasze życie zupełnie się odmieni. I to na lepsze. Kwestię po, przed, czy w trakcie studiów pozostawić należy tym bardziej zainteresowanym. A samotnym mamą, które się nie poddały, należą się owacje na stojąco i zamiast komentarzy—”panna z brzuchem”, może po prostu DZIELNA MAMA!

Nie zawsze jest łatwo Paulina studia rozpoczęła z dwuletnim opóźnieniem. Zaszła w ciążę w klasie maturalnej. Tak bardzo się bałam. O ciąży dowiedziałam się w piętnastym tygodniu—mówi dziewczyna. Ojciec Kuby, był jej chłopakiem przez 3 lata. To Pauli-

Karolina Naworska


Daniel Łoza

KRAJOBRAZ PO BECIE DIABLO 3!

B

eta testy Diablo 3 trwały od września. Do tej pory do gry wymagany był klucz aktywacyjny, którego zdobycie nie było łatwe. Jednak w przedostatni weekend kwietnia Bllizard udostępnił betę także dla tych, którym zabrakło szczęścia w losowaniach. Nie obyło się bez wpadek. Beta miała być dostępna od piątku godziny 21. Start nastąpił z blisko godzinnym opóźnieniem, ale i tak nie każdy mógł zagrać z powodu przeciążenia serwerów. Oprócz tego gracze narzekali na lagi, zrywanie połączenia i rzecz najbardziej frustrującą - konieczność stałego połączenia z Internetem i to nawet wtedy gdy gramy w tryb dla pojedynczego gracza. To nie wróży optymistycznie na przyszłość D3. Jeśli Bllizard nie wycofa się z tego pomysłu, w ich nową grę nie zagrają fani nieposiadający stałego połączenia z Internetem co wydaje się być karygodne. Co mogę powiedzieć o samej grze? Po kolei.

Fabuła Z bety nie dowiemy się dużo na jej temat. Pamiętacie zwiastun w którym mogliśmy zobaczyć meteor uderzający w ziemie i powodujący zamieszanie w wyniku, którego znika Decard Cane? Beta kontynuuje ten wątek. Wybrany przez nas śmiałek zawędruje do Nowego Tristram by zbadać sprawę spadającej gwiazdy. Przy okazji też zgodzi się odszukać Cane-a i ocalić świat przed potworami. Standard. Każda postać zaczyna w tym samym miejscu i ma takie

same pierwsze misje. Nie liczcie więc na eksperymenty rodem z Dragon Age: Początek czy Sacred.

Grafika Pod tym względem nie jest dobrze. Gra nie prezentuje się dużo lepiej od scrrenów, które mogliśmy zobaczyć już w 2008 roku. D3 wygląda jak trochę ładniejsze Torchlight. Nie możemy niestety zmieniać kąta kamery ani jej przyblizyć. Pewnie po to by ukryć fakt iż obiekty nie są aż tak szczegółowe jakbyśmy mogli sobie tego życzyć. Sam styl graficzny jest zaś troszkę cukierkowy co może się kojarzyć z World of Warcraft czy wspom nianym już Torchlight.

Rozgrywka Panowie z Blizzarda postanowili wprowadzić kilka zmian w stosunku do poprzednich części. Zapewne nie wszystkie spodobają się weteranom poprzedniczek ale po kolei. Tym razem na początku gry wybieramy nie tylko klasę postaci naszego bohatera, ale także jego płeć co pozwala nam dla odmiany zagrać żeńską wersją barbarzyńcy. Szkoda tylko, że ten wybór nie ma żadnego znaczenia dla rozgrywki i nie rozumiem dlaczego nikt nie pomyślał o zmianie wyglądu bohatera co w dzisiejszych czasach stało się standardem dla tego typu gier. Wracając do klasy postaci. W D3 mamy ich 5. Barbarzyńca – spec od walki bronią białą. Czarodziejka mistrzyni zaklęć. Łowca demonów – walczący przy użyciu broni


dyI wreszcie Mnich – używający do walki własnych pięści i magicznych mocy. Tym razem panowie z Blizzardu lepiej zbalansowali postacie. Każda ma swoje wady i zalety. Nikt nie jest wyraźnie potężniejszy od pozostałych co sprawia, ze zabawa każdą postacią może być satysfakcjonująca. Za to należy się pochwała dla twórców. Podstawy rozgrywki są w zasadzie takie same jak w D2. Świat gry jest podzielony na bezpieczne miasto, w którym otrzymujemy zadania i handlujemy z kupcami oraz na hmm... "strefę walki" gdzie wykonujemy misje i walczymy z hordami wrogów. Zlecane nam zadania to standard dla tego gatunku. Idź do tam i zdobądź przedmiot, pójdź tam i zabij bossa, porozmawiaj z kimś, naciśnij guzik i takie tam inne. Bardziej skomplikowanych misji w becie nie znalazłem. Naszą najważniejszą czynnością w grze natomiast jest eliminacja olbrzymich grup wrogów co od zawsze było główną atrakcją gier z serii Diablo. Autorzy wprowadzili pewne zmiany do mechaniki rozgrywki. Największe kontrowersje wzbudza uproszczony rozwój postaci względem Diablo 2. Podstawowe współczynniki naszego herosa takie jak siła czy zręczność rozwijają się automatycznie po awansie na wyższy poziom doświadczenia (zbieranego rzecz jasna za zabijanie potworów i wykonywanie misji). Również po awansie otrzymujemy nową umiejętność, przypisaną do danego poziomu. Oznacza to, że w przeciwieństwie do D2 nie wybieramy sobie interesującej nas mocy z drzewka umiejętności, ale dostajemy nową zdolność i nie mamy wpływu na to jaka to umiejętność będzie. Ta kontrowersyjne zmiana znacząco upraszcza rozwój postaci. Zamiast planować rozwój naszego bohatera tak by nauczyć go konkretnego stylu walki, po pewnym czasie po prostu otrzymujemy listę umiejętności, z której wybieramy to co nas interesuje i przypisujemy to do przycisków myszki oraz klawiszy 1-4 (jak w typowej grze MMORPG). Uproszczenie powinno się spodobać mniej zaawansowanym graczom, którzy boją się zepsucia postaci przez inwestowanie w mniej przydatnych zdolności. Zmodyfikowano system mikstur z D2. Wszystkie mikstury leczące są przypisane do klawisza "Q", jednak po wypiciu mikstury musimy odczekać chwilę by użyć kolejnej. Ponadto z wrogów wypadają azteccy

mikstury many (energii magicznej służącej do używania czarów i umiejętności). Każdy bohater ma własny pasek energii, który odnawia na własny sposób, np. poprzez atakowanie wrogów (barbarzyńca) lub chwilowe wstrzymanie się od używania magii (czarodziejka). Kolejną zmianą jest zwiększenie interaktywności gry. Na mapach znajduje się mnóstwo elementów, które możemy wykorzystać w walce takie jak żyrandol, który dzięki naszej interwencji może spaść wrogom na głowy. Ponadto dodano model fizyczny do gry, dzięki czemu mocniejszy czar, lub cios maczugą może odrzucić wroga na dość dużą odległość, a także uszkodzić stojący obok regał lub nagrobek. Wbrew pozorom taki drobiazg czyni grę bardzo efektowną i przyjemną. Diablo 3 to gra pokazująca, że w pewnych warunkach wandalizm może być całkiem przyjemny. Nie róbcie tego w domu.

Podsumowanie Przyznam szczerze, że przed betą uważałem się za antyfana serii Diablo. Do jedynki nigdy mnie nie ciągnęło, a dwójka znudziła mi się już w połowie drugiego aktu. Jednak D3 zmieniło moje nastawienie. Uproszczenie rozgrywki jest ciosem dla weteranów serii, lecz z drugiej strony usprawnia rozgrywkę i leczy ją z irytujących momentów. Nareszcie granie czarodziejką sprowadza się do walki, a nie do ciągłego picia mikstur i umierania. Nie musimy już w nieskończoność biegać do sklepu po zwoje teleportacji (tą rolę przejął magiczny przedmiot - nagroda za wykonanie jednego z zadań). Rozgrywka w porównaniu do D2 jest szybsza, sprawniejsza i trochę prostsza dzięki czemu D3 relaksuje dużo lepiej niż D2. Hardcorowcom to się nie spodoba, ale dla nich Blizzard z pewnością przygotuje wyższe poziomy trudności. Zdecydowanie jest na co czekać, choć ten obraz nie jest idealny. Przestarzała grafika, konieczność ciągłego połączenia z Internetem i wysoka cena (niemal 180 zł) psują obraz Diablo 3. Mimo to gra zapowiada się ciekawie. Premiera już 15 maja.


D

la jednych był niezapomniany i pełen wrażeń. Dla drugich nudny jak flaki z olejem. Ku rozpaczy tych pierwszych i radości drugich kilka dni temu się skończył. Jeżeli nie wiecie jeszcze o czym mówię, to wam powiem. O weekendzie majowym. I to nie byle jakim, bo długim. DŁUGI WEEKEND to coś, co Polacy kochają najbardziej. A szczególnie taki, który ma aż 9 dni! Aby móc pozwolić sobie na ponad tygodniowe odpoczywanie człowiek pracujący musiał wziąć 3 dni urlopu. Student nie musiał niczego. Z racji tego, że jest tym, kim jest. 9 dni wolnego przysługuje mu z góry! Tym się właśnie różnimy od pozostałej części narodu. I niech tak zostanie już na zawsze. Ale nie o studentach będę dzisiaj mówił. Skupmy się na majówce. Rozłóżmy ją na czynniki pierwsze. Kiedy? Od 28 kwietnia do 6 maja. Gdzie? Cała Polska. Z kim? Z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, dziewczynami, kochankami, wrogami,

kierowcami, pocieszycielami. Możliwości było wiele. Z czym? Kiełbasa grillowa + ketchup i musztarda. Obowiązkowo pół litra. No może 0,7. W porywach do litra. Majka ze Szczecina wyjeżdża na majówkę w piątek 27 kwietnia po zajęciach. Podstawili jej 3-wagonową osobówkę. Na peronie czekało jakieś 200 osób. Tak na oko. Drzwi pociągu otwierają się. Drobna i szczupła Maja mając 15 kilogramowy bagaż nie przepycha się. Czeka na swoją kolej. W końcu udało jej się wsiąść. Jedynym wolnym miejscem była toaleta. Trudno, jakoś dam radę – pomyślała. No pewnie, że da. A miała jakieś wyjście? Pociąg ruszył, a Majka oficjalnie rozpoczęła długą majówkę. Po kilku godzinach dojechała do dziadków, gdzie czekali na nią rodzice i siostra. Usiedli przy suto zastawionym stole, wzięli kartkę oraz długopis i zaczęli pisać. Rozpisali plan na każdy dzień. Piszemy po to, żeby każdy dzień wykorzystać jak najlepiej – mówi. Mówcie co chcecie, ale ja ubóstwiam

spontan. Nadeszła sobota. Od rana szykowanie. Szykowanie mięs białych i czerwonych. Udka trzeba dosolić, karkówkę zamarynować, a filet z piersi popieprzyć. Pomyć talerze i kubki. Wypolerować sztućce. Bo już jadą. Ciocia z wujkiem. W końcu przyjechali. Tata Mai rozpalił już grilla. W ogródku obok gołębnika. Na termometrze plus 30. Będzie fantastycznie – myśli Majka. Pierwsza pula mięsiwa ląduję nad żarem. Zdrówko! – powiedział dziadek Franek. Za chwilę znowu i znowu… Butelka poszła. W międzyczasie wszyscy wrzucili coś na ząb. Na ruszt powędrowała druga pula mięcha. I tak do nocy. Pula za pulą, butelka za butelką. Dobrze, że wszyscy mieli siłę wejść do domu o własnych siłach. Niedzielny poranek. KAC stulecia. Pomimo tego, że zapas był 5-litrowy woda się skończyła przed południem. Marazm i cisza ogarnęła roześmianą i szczęśliwą poprzedniego


dnia rodzinę Majki. Wieczorem w planach był koncert muzyczny w centrum Poznania. Nie mam siły – wymamrotała Maja. Reszta pokiwała głowami na znak solidarności z córką/ wnuczką/bratanicą. Niedzielne plany poszły w odstawkę. W poniedziałek szybkie śniadanie, prysznic i wspólny wyjazd do siostry babci. Tam już czekają w jakieś 10 osób. Zawsze jest śmiesznie u wujka Ryśka – mówi nasza bohaterka. Dojeżdżamy na miejsce. Wysiadamy z samochodu. Naszym oczom ukazuje się grill. A na nim prawie to samo, co 2 dni wcześniej. Wiecie jak się skończyła ta eskapada. Marazm i cisza dzień drugi. W środę już grilla nie było. Był obiad w Koninie z bratem mamy Majki. Zaszpanował. Postawił whisky.. Jego żona robiła za służącą.

3 godziny. Umówiliśmy się na obiad, więc wszystko było zimne. Nie dziwię się wściekłości cioci. Wesołe miasteczko to epizod 20-minutowy. Rodzicom się już nie chciało. Oficjalnie powodem szybkiego powrotu był brak kluczy do domku dziadków, którzy chodzą wcześnie spać.

My za to bawiliśmy się w najlepsze, mając w planach wypad do wesołego miasteczka w Inowrocławiu z dwoma chrześniakami naszej bohaterki. Powrót do domu o wpół do pierwszej. W nocy ciągłe wstawanie do WC. Za dużo płynów.

Góro/morzo-weekend. Tu się na chwilę zatrzymam. Bo wyjazdy do takich miejsc jak Trójmiasto, Karpacz, Kołobrzeg to istne szaleństwo. Co nas pcha w miejsca, gdzie jest już cała masa innych ludzi? W normalny weekend jest ich o wiele mniej. Nieważne. My musimy akurat wtedy i koniec kropka. Weźmy takie Zakopane. Doskonale wiemy, że nie będzie dla nas miejsca.

Rano niewyspanie. I te oczy. Jak po walce w ringu. Sine, podkrążone. Zrób mi kawę – ledwo wypowiedział tata Mai. Wypił i poszedł na drzemkę. Do Inowrocławia spóźniliśmy się

Piątek to szybkie pakowanie i powrót do rodzinnego Szczecina. Zmęczenie tygodniem wolnego dało za wygraną. Nieważne były piątkowe i sobotnie plany. Ważne było to, że w końcu sobie odpoczną. Tak wygląda większość długich weekendów w wykonaniu Polaków. Do wyboru mamy trzy opcje. Alko-weekend opisany wcześniej z tysiącem cioć, wujków i dalej niezidentyfikowanych członków rodziny.

Przepełnione

oblężone restauracje z cenami nie na naszą kieszeń, gubiące się dzieci i kilometrowe kolejki w jakimkolwiek sklepie. O kolejce linowej na Kasprowy nie wspomnę. Do tego parująca forsa z portfela. Niekiedy nawet i sam portfel wyparuje, żeby cieszyć zawartością kogo innego. A my i tak pchamy się w ten dramat. Ważne, że będę mógł pochwalić się w pracy czy na studiach, że byłem tam, gdzie byli wszyscy! Ostatnia opcja to domoweekend. No bo skoro wszyscy wyjechali i przeżywają alkoweekend, albo góro/morzoweekend, to w naszym mieście jest luźno. Czy zatem nie lepiej w długi weekend zostać w domu? Posiedzieć na balkonie, albo w ogródku. Inaczej grilllandii. Po prostu pobyć ze sobą. W ciszy i spokoju. To znakomita okazja do wiosennego odpoczynku w czystym tego słowa znaczeniu.

parkingi,

Adrian Nijak


PKP nie takie złe?

B

ezpośredniość komunikacji w dalekobieżnych pociągach zawsze budziła we mnie w szczery podziw. Ostatnio, gdy w wagonach PKP przychodzi mi spędzać nawet 7 godzin z hakiem, umiejętność rozprawiania z zupełnie obcymi ludźmi o dosłownie WSZYSTKIM zadziwia mnie jeszcze bardziej. Tym bardziej, że UWAGA- okazuje się to cholernie zaraźliwe. Raz miałam okazję podróżować z panem, który uważał, że ma bezpośredni kontakt z Bogiem poprzez sny prorocze, które miewa


prawie co noc. Przykładowoostatnio widział Matkę Boską na śniegu, która kazała mu jechać do Ameryki, no i on tam właśnie pojedzie. Rzucił pracę, a wypełnienie przesłania ze snu stało się jego życiowym celem. Już nie raz sobie z nią rozmawiał, więc wie, że dobrze robi. W przedziale znajdowało się łącznie ze mną osiem osób, w tym zafascynowana wyżej wspomnianym Jasnowidzem starsza pani. Ja i pozostała piątka pasażerów z początku podjęliśmy próbę udawania kompletnego braku zainteresowania ich konwersacją. Jednak po piętnastu m inutach „czytania”, skrobania paznokci, rozwiązywania krzyżówek czy oglądania przebłysków krajobrazu przez brudne okna, wszyscy się poddaliśmy. Przez połowę drogi ze Szczecina (bo mniej więcej tyle było nam dane słuchać naszego medium i jego dopiero co poznanej, wiernej fanki) nie robiliśmy nic innego jak tylko bezczelnie gapiliśmy się na tą dwójkę dziwaków. Zarówno pan jak i pani wyglądali i zachowywali się zupełnie normalnie, rozmawiali o jego wizjach niczym o pogodzie, a na koniec, przy pozostałej szóstce zaciekawionych widzów niemal umówili się na randkę. Gdy nasz Jasnowidz wysiadł, od razu zrobiło się cicho i nudno. Często miałam okazję podsłuchać coś równie ciekawego. Na przykład panią po czterdziestce, która wpadła z rozwianym blond włosem i krwistoczerwonymi pazurami do przedziału z wielgachną torbą

prosto od popularnego projektanta, ostentacyjnie rozkładając wokół swe najwidoczniej zmęczone torby. Zajęła przy tym powierzchnię dwóch siedzeń. Najlepsza była jednak jej ponadprzeciętnie głośna rozmowa przez telefon, gdzie poprzez swój beznadziejny niemiecki („Ja, ja, ich bin w Polsce, ja, ja, okej okej, ich habe Bienchen und Blümchen gelassen In eee Niemczech”) próbowała dać wszystkim do zrozumienia, że MIESZKA W NIEMCZECH (tak, są ludzie, którzy uważają się w związku z tym za kogoś lepszego). Po tym małym show wdała się w rozmowę z najbliższymi dwiema osobami, która polegała głównie na narzekaniu na beznadziejne warunki w polskich pociągach i wyrażeniu ulgi, że już tutaj nie mieszka. Krótko mówiąc- dzięki naszym pociągom, choć nie grzeszą wygodą, punktualnością i szybkością - jakkolwiek śmiesznie i patetycznie to zabrzmimożna ZAUWAŻYĆ DRUGIEGO CZŁOWIEKA. W moim przypadku, był to na przykład mężczyzna powracający do Polski po trzech latach pracy na zmywaku z Irlandii, który chce podzielić się swoimi wrażeniami po powrocie, niejednokrotnie obcokrajowiec chcący zaznać trochę polskiej gościnności i porozmawiać (oczywiście najlepiej w swoim ojczystym języku), starsza pani, która nie da Ci spokoju dopóki nie ponarzeka, że za komuny było lepiej, czy z pozoru niedostępne osoby, które przy bliższym poznaniu okazu-

ją się być kimś otwartym i interesującym. Sama niejednokrotnie wtykam nos w książkę, wkładam słuchawki w uszy i z miną godną seryjnego zabójcy lub pod hasłem: „Uwaga, gryzę”), Oddzielam się od tego pozornie irytującego tłumu. Z ręką na sercu przyznaję, że wychodzę w życiu z założenia, że większość ludzi mnie irytuje. A jednak- gdy komuś uda się mnie wyciągnąć zza tego muru, zawsze ze zdziwieniem odnotowuję, że było warto. I kto by pomyślał, że dziesiątki godzin monotonnego kołysania się w tych smętnych PKP może przysporzyć tylu niezapomnianych wrażeń i (o zgrozo!) zmusić do bycia miłym?!

Magdalena Hoczyk


„Odwagi!” Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jej sukienki, pomyślałam „Thanks God I’m woman!”. Absolwentka polonistyki, dziennikarka, projektantka mody…

Michalina Wasilewska Anna Kawa: Jak zaczęła się Twoja przygoda z projektowaniem? Michalina Wasilewska: Na początku przerabiałam kreacje mamy, często bez jej zgody. Potem już legalnie zaczęłam nadawać drugie życie rzeczom znalezionym w secondhandach. Szukałam ubrań z potencjałem. Wystarczyło, że spodobał mi się w nich jeden szczegół a już miałam pomysł na resztę. W końcu natrafiłam na piękny kwiatowy materiał i nie mogłam się oprzeć… tak powstała pierwsza sukienka. Czy pamiętasz swój pierwszy projekt? Pamiętam jak projektowałam tubiaste wdzianka z dziurkami na 4 łapy dla kotów i chomików. Jednak zapewne chodzi Ci o bardziej ludzkie oblicze moich projektów. O ile moja niezawodna pamięć mnie nie pomyliła, wydaje mi się, że była to zielona sukienka zawiązywana pod szyją. Była to stara , bardzo szarooka sukienka mojej mamy (mama wciąż zarzeka się, że nie była to kreacja ciążowa), w której spodobała mi się jedynie kokarda pod szyją. Cała reszta była do udoskonalenia. Tworząc tę sukienkę, wielu rzeczy się nauczyłam. Był to co prawda początek mojej drogi, jednak uświadomił kilka ważnych rzeczy. Jak wygląda Twój proces produkcyjny? Nie wiem czy moje szycie można tak określić?


Aktualnie bowiem sprowadza się ono do szycia sukienek samej sobie. Nie tworzę już rzeczy na zamówienie. Kiedyś rzeczywiście tak było. Wtedy mój dzień zaczynał się i kończył z igłą i nitką w ręku. Teraz na szczęście szyję tylko wtedy kiedy naprawdę mam na to ochotę ( i kiedy potrzebuję nowej sukienki na imprezę). To prawda, że większość Twoich kreacji powstała w akademiku? Tak. Wiązało się to z miejscem mojego zamieszkania. Kiedy studiowałam mieszkałam w akademiku i to tam codziennie tworzyłam swoje sukienki. Nie przeszkadzała Ci tamtejsza atmosfera? Wbrew wszelkim opiniom atmosfera Kordeckiego pomagała mi w tworzeniu. To tam powstało najwięcej moich sukienek.. tam miałam najwięcej pomysłów, planów. Otaczali mnie ludzie, którzy mnie inspirowali i wierzyli we mnie. Czego chcieć więcej? Skąd pomysł by projektować wyłącznie sukienki i spódniczki? Sukienki i spódniczki to część garderoby tylko dla kobiet ( z małymi wyjątkami oczywiście ) Są to te części stroju, które określają naszą kobiecość, uwydatniają ją. Sukienki i spódniczki są sposobem na zwrócenie na siebie uwagi, choćby po przez to, że w dzisiejszych czasach mało kobiet je ubiera. Poza tym, osobiście czuję się w nich znacznie lepiej niż w spodniach. Pola Ilowicz czy Michalina Wasilewska? Ciężkie pytanie. Wiele osób ostatnio pyta mnie czy Pola jeszcze istnieje… Swoją drogą Pola Ilowicz to tak naprawdę ja, także w tej kwestii nie powinnam mieć żadnych wątpliwości: zdecydowanie Michalina. Skąd pomysł na pseudonim? Wynik wielu nieprzespanych nocy i mojej


szalonej wyobraźni.

Chwila, której najbardziej żałujesz? Nie ma takiej chwili. Wszystko co zrobiłam , nawet jeśli wydawało mi się czymś złym, niepotrzebnym czy słabym, w jakiś sposób mnie ukształtowało. Nie żałuję niczego, jestem szczęśliwa, że tyle udało mi się przeżyć.

więcej!

Czasopisma modowe. W Szczecinie prawie ich nie ma. Co wg Ciebie jest tego główną przyczyną?

Moment, z którego jesteś najbardziej dumna? Czasem wciąż dumna jestem gdy przypomnę sobie pokazy, które udało mi się zorganizować. To uczucie, kiedy wciśnięty zostaje „play” i wszystko rusza, a ja obserwuję akcję raz z backstag’u raz z przed sceny, jest czymś niezapomnianym… Czy Twoja praca – dziennikarstwo – pomaga Ci jakoś w Twojej pracy czy to totalnie różne sprawy? Zależy jak na to spojrzeć. Czasem wplatam swoją pasję w teksty, które piszę, czasem udaje mi się szukać ciekawych tematów tam gdzie inni nie pomyśleliby nawet, że można je znaleźć… Często jednak jest tak, że te dwie rzeczy w żaden sposób nie łączą się ze sobą. A co sądzisz o modzie w Szczecinie? Dużo już na ten temat pisałam ostatnio. Sama bardzo często wypytuję o to swoich rozmówców, także wstydem byłoby teraz nie wyrazić swojej opinii. Co zatem mogę powiedzieć. Czekam na poprawę… na razie nie jest źle, ale nie ma też rewelacji. Nie wiem od czego to zależy, że Poznań czy Wrocław wypadają na tym tle znacznie lepiej. Szczecin ma potencjał, ale nie ma osób, które chciałyby go odkryć i wykorzystać w pełni. Może kiedyś… naprawdę wierzę w to, że pewnego dnia…J Czego wciąż brakuje Szczecinianom? Odwagi! Mamy wszystko: styl, gust, smak… gdybyśmy mieli więcej odwagi w pokazywaniu tego co potrafimy, mięlibyśmy znacznie

zastanawiam się nad tym dość często, jednak wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi na to pytanie.


Gdy nie projektujesz zajmujesz się…? Pracą… Praca pochłania cały mój czas. W pracy jestem myślami zawsze… wszędzie szukam tematu, każdego przepytuję na wypadek ciekawego życiorysu bądź kontaktów, które mogłyby mi przynieść ciekawe materiały.

Powiedz czytelnikom The Views coś, czego nie wie o Tobie nikt ;) Mam troszkę więcej lat niż myślicie :P

Anna Kawa


SPOTKANA W CZASIE MAJÓWKI, ZACHWYCIŁA NAS SWOIM NIEBANALNYM STYLEM, URZEKAJĄCĄ URODĄ, A PRZEDE WSZYSTKIM ZABAWNYMI DODATKAMI!

Aleksandra Kadubiec

Okulary - H&M Naszyjnik - SH Marynarka - H&M Top - Vero Moda Spodnie - H&M Buty - ZARA


C

zęsto spotykamy się z utworami muzycznymi, które wydają nam się brzmieć nudno i po prostu sucho. Słuchamy takiej „piosenki” i zastanawiamy się „dlaczego to jest takie nieciekawe? Przecież melodia wpada w ucho!”. No właśnie. Co sprawia, że dany utwór staje się produkcją muzyczną z prawdziwego zdarzenia? Co dodaje nagraniu profesjonalnego szlifu i powoduje, że taki utwór ma w sobie ten urok i głębię? W utworze pojawiają się dobre bity, i genialnie brzmiące pętle. Do nagrania go wykorzystano masę świetnej jakości instrumentów , samplery i syntezatory. Jest też dobry tekst. Ale cały czas czegoś brakuje. W utworze nie ma przestrzeni. Stąd ten efekt „suchości”. Nagranie nie przyciąga słuchaczy i brzmi jak tysiące innych. Dlaczego tak się dzieje? W nagraniu brakuje efektów. Efekty w utworze mogą sprawić, że utwór osiągnie brzmieniowy szczyt. Działają one jak przyprawa dzięki, której danie zyskuje ten niepowtarzalny smak. Są nieodłącznym elementem praktycznie każdej muzycznej produkcji popowej czy rockowej. Zdarza się je stosować nawet przy niektórych nagraniach muzyki klasycznej . Używa się pogłosu, który umieszcza nagranie odpowiednio w przestrzeni. Od lat studyjne efekty sprzętowe (teraz mamy już odpowiedniki cyfrowe, jednak nie posiadają one analogowego ducha i bywają często gorsze od wcześniej wymienionych) służyły do tworzenia efektów akustycznych i mechanicznych, które aż do dziś pozostają jednymi z tych naj-

chętniej używanych, należą do nich między innymi: pogłos naturalnej przestrzeni akustycznej, flanger taśmowy o charakterystycznym jazgotliwym, jasnym dźwięku czy przesterowanie wzmacniacza gitarowego, bez którego przecież nie byłoby muzyki rockowej. Jak wcześniej wspominałem, rolę efektów sprzętowych w dzisiejszych czasach przejęły efekty cyfrowe czyli tzw. „wtyczki” oferujące potężną jakość brzmienia i bardzo wygodną obsługę spod poziomu komputera. Istnieje ogromna ilość wtyczek zarówno darmowych jak i płatnych dzięki którym utwór może zabrzmieć dużo lepiej i znaleźć większą liczbę odbiorców. Najczęściej używane efekty to echo (delay) i pogłos. Są one ściśle ze sobą związane jednak pogłos charakteryzuje się dużo prostszą strukturą. Delay służy do opóźniania sygnału audio o wybrany i określony wcześniej odcinek czasu. Opóźniony sygnał jest następnie przetwarzany z sygnałem oryginalnym. Opóźnienie nie raz wykorzystywane jest do korygowania błędów rytmicznych czy ogólnego wykonania ale jest to metoda która na dłuższą metę niestety potrafi zepsuć całe nagranie ponieważ taki sposób korekcji błędów powoduję ich zagęszczenie w utworze co w efekcie może prowadzić do zabrania pewnego miejsca w przestrzeni podczas nagrywania utworu. Częściej jednak delay stosowany jest do uzyskania efektu echa. Pierwsze efekty delay budowano wykorzystując taśmę magnetyczną. Dzisiaj można ten efekt wygenerować korzystając z cyfrowych wtyczek.


Chorus , phaser i flanger to efekty, które bazują na tym samym rozwiązaniu – nieznacznie opóźniają sygnał audio i poddają go po przetworzeniu z powrotem na wejście. Dają jednak zupełnie inne brzmienie. Dodatkowo każdy z nich został stworzony w innych okolicznościach i z myślą o różnych zastosowaniach. Phaser sprawia, że każdy sygnał składa się z cykli, w których występują części dodatnie i części ujemne. Zazwyczaj są one podobne ale różnią się biegunowością. Pod względem brzmienia flanger przypomina phaser, rózni się jednak od phaser’a krótszym opóźnieniem dźwięku. Wtyczki tego efektu symulują brzmienie flangera taśmowego, który uzyskiwano odtwarzając na dwóch magnetofonach identyczne nagrania, po czym ręcznie spowalniano pracę jednego z nich. Chorus natomiast bazuje na koncepcie flangera, tworzy on kilka różnych źródeł dźwięku, z których każdy jest w nieznacznym stopniu odstrojony od drugiego. Efekt ten świetnie sprawdza się w przypadku takich instrumentów jak gitara elektryczna czy jakikolwiek syntezator.

Czasy mamy takie, że w zasadzie cały czas bombardowani jesteśmy przez muzykę. Jest ona oczywiście skrajnie różna i nie mówię tu już tylko o różnicach gatunkowych ale także o różnicach w zarejestrowaniu tego materiału. Różnią się one między innymi zastosowaniem efektów. Profesjonalni realizatorzy dźwięku są świadomi ich potęgi i wiedzą jak z nich korzystać. Pogłos stosowany jest tylko do rozmieszczenia instrumentów w przestrzeni a rzadko dodany delay może z powodzeniem spotęgować ekspresję utworu. Zdarzają się jednak tacy, którzy podczas realizacji jakiegoś utworu czy płyty potrafią zakryć pod efektami cały potencjał artysty. Jeśli przesadzi się z efektami tracą one swą magię i urok sprawiając że utwór zamiast brzmieć interesująco dla słuchacza jest po prostu z góry spisywany na straty. My mamy jednak szczęście żyć w czasach, w których większość płyt leżących na półkach w sklepach realizowana jest przez najlepszych producentów. Oni wiedzą jak nie doprowadzić do dźwiękowego defektu.

Kamil Liwiński


ŚWIĘTY GNIEW - TEN PO

T

eoretycznie pisanie o płycie, która nie zapisała się w historii złotymi zgłoskami 9 lat po premierze mija się z celem. Na pewno wszyscy ją znają, co najmniej 100 tysięcy recenzentów i drugie tyle fanów wyraziło swoją opinię. Ale wobec tej płyty nie można przejść obojętnym – ze względu na to kto ją nagrał, w jakich okolicznościach i jaki szum ona wywołała. Panie i Panowie – przedstawiam Wam „brzydala”. St. Anger Metalliki. Ilekroć słucham tej płyty przypominam sobie wiadra (czy może całe baseny?) pomyj, jakie wylano na zespół. Co to jest? Co to za brzmienie? Gdzie solówki? Komercha! Ale po kolei… Był to trudny czas dla muzyków. Mieli problemy rodzinne i osobiste. Wreszcie coraz trudniej było im wytrzymać we własnym towarzystwie. Zarówno

Hetfield jak i Ulrich to bardzo mocne osobowości. Starcia między nimi nie przyczyniały się do poprawy atmosfery, która i tak, mówiąc kolokwialnie, zaczęła gęstnieć jak owsianka babuni. Ofiarą padł basista – Jason Newsted, który dołączył do zespołu po tragicznej śmierci Cliffa Burtona. Nigdy nie zyskał takiego respektu jakim cieszył się Burton. W dodatku jego wkład w grę był… po prostu słabo słyszalny na płytach, co spowodowane było jednak bardziej wpływem produkcji, niż słabymi umiejętnościami. Członkowie zespołu przed sesją St. Anger postanowili podziękować Newstedowi i wyrzucili go z zespołu. Zespół pozostał bez basisty i z ciągle nierozwiązanymi problemami. Mimo to podjęto się nagrywania nowego krążka. Zajęło to Hetfieldowi i spółce około roku (kwiecień 2002 – początek

maja 2003), na co wpływ miał między innymi odwyk alkoholowy na który musiał udać się wokalista. Atmosferę towarzyszącą pracy grupy doskonale oddaje film dokumentalny Some Kind Of Monster. Ciągłe spięcia na linie Hetfield – Ulrich, kłótnie o kształt kompozycji i „pałeczkę pierwszeństwa” w zespole. Zatrudniono nawet psychologa z którym muzycy mieli regularne sesje, mające na celu poprawienie wzajemnych stosunków. Nawet wielcy metalowego świata poddaliby się, powiedzieli dość i zakończyli działalność. Metallica jednak trwała dalej… Producentem nowego albumu został Bob Rock, z którym grupa z Los Angeles współpracowała przy tworzeniu słynnego „Czarnego Albumu”. Rock objął tez posadę basisty na czas sesji nagraniowej (miała miejsce w studiu HQ w San Rafael) i był


współkompozytorem kawałków na płycie. Już przy zetknięciu z pierwszym utworem (Frantic) uderza brud i naładowanie emocji, czemu nie można się zbytnio dziwić. Również po dotychczasowym „brzmieniu Metalliki” nie ma śladu. Przede wszystkim gitary są zestrojone niżej (w większości kawałków dropped C, ale wykorzystano także niższe strojenia). Całość brzmienia przywodzi na myśl grupę wkurzonych na maksa facetów zebranych w metalowym garażu. W środku jest ponad 30 stopni, przez dziury w blasze prześwieca światło, a w nim widać tańczące drobinki kurzu. Pot spływa po czołach muzyków, a oni wyładowują się, czuć furię. Mimo to wszystko brzmi klarownie, precyzyjnie, żaden instrument nie „zamula”. Pozostając w temacie gitar – brakuje solówek, co mocno zniechęciło fanów. Każdy utwór to zbiór riffów, moty-

tego, co Metallica prezentowała do tej pory. Niestety na niekorzyść St. Anger. W wielu przypadkach jest to powtarzanie tych samych linijek po kilka razy, przez co utwory popadają chwilami w monotonię i mogą męczyć (tak jak utwór tytułowy, który mimo to jest naprawdę dobry). Być może mogłyby być lepiej dopracowane, jednak najwyraźniej to akurat czuł Hetfield – co też daje wyraz temu, jakie uczucia wrzały wewnątrz zespołu. Zdarzają się też i perełki, jednak pod względem warstwy lirycznej nie jest to szczytowe osiągnięcie „Mety”. Drugim powodem jest wokal. James często po prostu się wydziera. Ekspresja zdecydowanie bierze górę nad melodyjnością. Mimo to są także fragmenty czystego śpiewu (St. Anger, ciekawy Unnamed Feeling), a gdy już się pojawiają, to są na właściwym miejscu. Nie da się jednak ukryć, że lepiej wypada on w swoim szorstkim, ale melodyjnym wokalu, niż w krzykach. Generalnie utwory są długie, przywodzą na myśl efekty jamowania. Cała płyta trwa 75 minut. I nie będę ukrywał, że przesłuchanie jej w całości za jednym podejściem (zwłaszcza za pierwszym razem) jest rzeczą po prostu trudną. Muzyka jest „gęsta”, agresywna. Ale jest to agresja zupełnie inna niż ta, z którą mieli do tej pory styczność fani Metalliki. Z tą płytą trzeba się oswoić, poczuć i zrozumieć emocje w niej zawarte, w czym pomaga wspomniany wcześniej film Some Kind Of Monster (pierwotnie taki tytuł miał nosić krążek). Wtedy może być nieco łatwiej „wgryźć się” w jej mięsistą strukturę. St. Anger można oceniać różnie. Fani „starej Metalliki” (niektórzy twierdzą, że skończyła się już na debiucie) raczej zdania nie zmienią i pozostaną przy stwierdzeniu, że jest to najgorsza

OTWÓR ŻYJE! wów… ale z ręką na sercu – solówki nie czułyby się chyba dobrze w takim dźwiękowym towarzystwie. Można za to odnaleźć sporo smaczków (jak choćby na początku Some Kind Of Monster). Kolejna zmiana w brzmieniu zaszła tym razem u Larsa Ulricha. Perkusja była jednym z punktów, który wywołał największe oburzenie wśród sympatyków. Niektórym na myśl przywodziła walenie kijem w kosz na śmieci. Faktem jest, że nie każdemu ona może odpowiadać, bo jest po prostu inna, choć moim zdaniem dobrze współgra z muzycznymi konstrukcjami poszczególnych kawałków i brzmi bardzo mocno. Powszechne zastosowanie miała podwójna stopa, co wydatnie wpłynęło na dynamikę. Co zaś tyczy się Jamesa Hetfielda to temu oberwało się chyba najmocniej. I to z dwóch powodów. Teksty na płycie odbiegały dość mocno od

ich płyta. Wątpliwości nie ma na pewno co do tego, że z całego dorobku legendy thrashu jest to

„Ilekroć słucham tej płyty przypominam sobie wiadra (czy może całe baseny?) pomyj, jakie wylano na zespół.” dokonanie najbardziej kontrowersyjne. Eksperyment, który miał być rodzajem terapii. Eksperymenty tym bardziej trzeba doceniać. Ileż zespołów przez 20 lat istnienia nagrywa takie same płyty, bojąc się zmiany stylistycznej, utraty fanów zapatrzonych w tylko jedno spektrum dźwięku. Poza tym, ci sami „fani” utyskiwali czasami, że dwie poprzednie płyty (Load oraz Reload) były nudne i nie wzbudziły żadnych gorętszych uczuć. Więc jak przystało na zespół z taką renomą, Metallica zaserwowała twór, po którym zawrzało. Potwora - z zewnątrz brzydkiego i nieokrzesanego, ale z nietypowym wnętrzem, któremu warto się dokładniej przyjrzeć. PS – rekomenduję zapoznawanie się z płytą na dobrych słuchawkach. Ocena: 7/10 Skład: James Hetfield – g., voc.; Lars Ulrich – perc., dr.; Kirk Hammet – g., voc. Produkcja: Bob Rock & Metallica Wytwórnia: Electra Okładka: Pushead

Bartosz Mik


Ela Nojszewska

(recenzja filmu „Nietykalni” reż. Olivier Nakache, Eric Toledano)


Bogacz w sile wieku – ale całkowicie sparaliżowany. Młodzieniec w pełni sił – czarnoskóry emigrant, który dopiero wyszedł z więzienia i wyrzeka się go nawet własna rodzina. Komedia? Mimo wielu zabawnych scen, nie określiłabym filmu tym mianem. Tragedia? Nie, w żadnym wypadku. Banał o tym, że życie zawsze jest piękne, a żeby dostać, trzeba dać? Tak. Ale jakie to piękne, że takie filmy wciąż powstają! Jakie to piękne, że tę historię napisało życie! A przecież ta opowieść, choć prawdziwa, jest zgrana jak rzadko. Sparaliżowany bogacz, który zamiast wykwalifikowanego i doświadczonego pielęgniarza zatrudnia eks-więźnia, dla którego szczytem ambicji jest zasiłek. Taka opowieść brzmi, jakby zrodziła się w głowie scenarzysty. W dodatku bohaterowie są wprost idealnie skontrastowani, niczym Flip i Flap, Danny Glover i Mel Gibson w „Zabójczej broni” czy bohaterowie niemal każdej komedii romantycznej. Oni i ich światy stanowią absolutne przeciwieństwo. Wiek średni młodość. Choroba – zdrowie i siła. Biała skóra – czarna skóra. Wykształcenie i wyrafinowanie – prymitywizm i brak ambicji. Poukładane życie –

luz i radość. Lśniący złotem dom i jajka Faberge – slumsy i kilkunastoosobowa rodzina. Ale jednak ta historia zdarzyła się naprawdę i tym większe niesie pocieszenie. Ciemnoskóry Driss i sparaliżowany Philippe - doskonale zagrani przez Omara Sy i Francois Cluzeta - łączą swe ścieżki z zaskakującą łatwością. Wprawdzie czasami Driss zaprotestuje przeciw zakładaniu pacjentowi rajstop, czasem zapomni przystawić mu do ucha telefon, ale cóż to jest w obliczu pokrewieństwa dusz! W przyjaznej, pozbawionej dydaktyzmu atmosferze film pokazuje, że Vivaldi i Earth, Wind & Fire mają więcej wspólnego, niż się na pierwszy rzut oka wydaje – muzyka w filmie jest jednym z jego największych plusów - a przeciwieństwa tworzą harmonijną całość. Że czasem trzeba siłą wepchnąć szansę do ręki komuś, kto wcale jej nie chce. Że czasem zapominamy, jak wiele mamy powodów do radości – i nie chodzi tu tylko o sportowy samochód Philippe’a, wydobyty spod plandeki i ponownie użyty do pędzenia po ulicy. To dużo lekcji, ale lekkostrawnych i podnoszących na duchu. Sam zresztą śmiech – nie mówiąc już o śpiewie – Omara Sy rozbawiłby chyba nawet pomnik. Jednakże mimo dobrego nastroju, w jaki film wprawia – choć nie brak i melancholijnych scen – czy może on zmienić nasze życie? Większość z lekcji, jakie oferuje, przeznaczonych jest dla ludzi pokroju Philippe’a. To Driss jest bowiem świeżym powiewem w jego życiu, przynoszącym mu radość, luz i ożywienie skostniałych dni. Philippe robi dla Drissa tylko jedną rzecz – uczy go ambicji i poświęcenia pracy. Daleko mu do Pigmaliona – to raczej on zmienia się pod wpływem swego pracownika. Ale uczy się korzystać na nowo z rzeczy, które już zostały mu dane. Dlatego my, zwyczajni ludzie, możemy jedynie uśmiechnąć się z sympatią, docenić nasze zdrowie i dalej torować sobie drogę w brutalnym świecie. Bo awansować do świata jajek Faberge nie jest łatwo, co świetnie pokazuje wątek obrazu Drissa. Ale może przynajmniej na naszej drodze znajdziemy przyjaciół, tak jak bohaterowie filmu. A to już bardzo dużo.


W TYM

JEST

Zapomnijcie o Czarodziejkach z Księż

L

egenda głosi, że internauci złożyli się na pewien film. Co za scenariusz tak zachwycił użytkowników Sieci, że postanowili pomóc i sięgnąć do własnych kieszenii? Wydawać by się mogło, że w Internecie znależć można wszystko. Jednego brakowało – "Iron Sky". Filmu o nazistach z Księżyca. Akcja "Iron Sky" dzieje się w niedalekiej przyszłości – w 2018 roku. Podczas misji na srebrny glob okazuje się, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. Na ciemnej stronie Księżyca znajduje się baza hitlerowców, powstała w 1945 roku po ich ucieczce z Ziemi. Zwolennicy Hitlera nie planują tam jednak spokojnej egzystencji. Zamierzają przeprowadzić inwazję na Ziemię i szykują się do niej od wielu lat. Gdy dwoje Niemców leci na naszą planetę w poszukiwaniu zasilania dla ich kosmicznego statku tajemnica wychodzi na jaw. Nie dla wszystkich wizyta nazistów będzie katastrofą... Istotnym elementem filmu jest parodia polityki Stanów Zjednoczonych. Osoby, które w minimalnym stopniu znają popularnych amerykańskich polityków i ich przywary, odnajdą w dziele Tima Vourensoli wiele nawiązań, będących dodatkowym źródłem humoru. Na uznanie zasługuje przeróbka sceny z filmu "Upadek" z 2004 roku. Ten krótki fragment będący wielokrotnie parodiowany także przez polskich internautów (przykładem niech będzie kultowy na youtube "Hitler: w poszukiwaniu


SZALEŃSTWIE

METODA?

życa – nadchodzą księżycowi naziści!

elektro") trafił też do "Iron Sky". eniu możemy oczekiwać I to w mistrzowskim stylu! nietuzinkowego i zabawnego seansu. Zauważyć można także odniesienia do popkultury – Kto by pomyślał, że abwidać je choćby w niezwykle surdalny pomysł i wsparcie widowiskowej scenie walki w internautów da taki efekt? statkach kosmicznych, bliźni- Internauci – dziękujemy! aczo podobnej do scen z "Gwiezdnych Wojen". Nawet muzyka wydaje się wtedy jakaś znajoma. Efekty specjalne, mimo że tr u d n o porównywać je do tych z filmów George'a Lucasa, stoją na wysokim poziomie. Okazuje się więc, że internauci mogą wiele. Można zrobić dobry film science-fiction bez uczestnictwa USA? Można! Absurd, dobry humor, przyzwoita gra aktorska i fajne efekty specjalne złożyły się na tę komedię, która, choć nie jest dla każdego, ma swój urok. Budzi skrajne emocje: od zachwytu, przez szok (dystrybutor kinowy zapewnia, że film był skandalem na festiwalu Berlinale) i przemyślenia dotyczące różnic między polityką III Rzeszy a współczesną, do intelektualnego sponiewierania. Film spodoba się osobom patrzącym nawet na najbardziej poważne aspekty rzeczywistości z przymrużeniem oka. Przy takim nastawi-

Dagmara


„Nigdy nie wiadomo

pozna STUDIUJE

DZIENNIKARSTWO,

PISZE PRACĘ LICENCJACKĄ, A MIMO TO, ZNAJDUJE CZAS BY KA

DY WOLNY CZAS SPĘDZAĆ PODRÓŻUJĄC. O FASCYNUJĄCY

PRZYGODACH I UROKACH AUTOSTOPU OPOWIADA MICHAŁ LUBA


na co trafię i kogo

am.”

AŻ-

YCH

AS.

Anna Kawa: Skąd pomysł na podróżowanie po świecie taką metodą? Ktoś zaraził Cię tą pasją, zainspirował? Michał Lubas: Pierwszą inspiracją była książka Kingi Choszcz i Chopina „Prowadził nas los”. Relacjonują w niej swoją pięcioletnią podróż dookoła świata. Pamiętam, gdy pierwszy raz trafiłem na ich stronę internetową i pomyślałem, że podróżowanie autostopem może być fascynującą przygodą i idealnym sposobem na poznanie innych kultur. Inspiracją były także książki i blogi innych podróżników, którzy w ten sposób przemierzają świat. Studia – Dziennikarstwo. Łączysz to jakoś ze swoją pasją? Z każdego wyjazdu przywożę różne zapiski i mam nadzieję, że niedługo złożę w jakieś fajne teksty. Pojawią się one na mojej stronie internetowej, którą chciałbym niebawem założyć. W przyszłości chciałbym także połączyć podróże z filmem dokumentalnym, a to poniekąd też łączy się z dziennikarstwem. Podobno z podróżowaniem autostopem jest jak z tatuażami – robisz pierwszy i za chwilę myślisz o kolejnym. Czy w Twoim przypadku też tak jest? Oczywiście! Najlepszym tego przykładem jest fakt, że przedwczoraj wróciłem z podróży po Ukrainie i Mołdawii, a już myślę o kolejnym wyjeździe. Nawet Kapuściński mówił o tym, że istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby nieuleczalnej. Cieszę się, że jeszcze nikt nie wymyślił na nią leku! ;) A jak wyglądają Twoje przygotowania do podróży? Dokładnie planujesz czy raczej oddajesz się chwili i czekasz co przyniesie los? Przed każdym wyjazdem lubię trochę dowiedzieć się o kraju, który chcę odwiedzić. Nie mówię tu o poznawaniu jakiejś głębszej historii, ale ogólne informacje tak, aby mieć jakieś pojęcie o miejscu, które chcę poznać. Szanuję wszystkie kultury i nie chcę być osobą, która


nie potrafi się w danej społeczności zachować. Jeśli chodzi o planowanie trasy podróży, to zdecydowanie oddaje się chwili. Nigdy nie wiadomo na co trafię i kogo poznam. Nie chcę być więźniem ustalonych wcześniej tras. Kiedy jesteś już w zupełności gotowy do drogi, masz wszystko czego potrzeba, czy nie paraliżuje Cię czasem strach przed tym, że coś się nie uda? Na początku, gdy rozpoczynałem swoją przygodę z autostopem pojawiały się u mnie myśli, że to się nie uda i może lepiej zostać w domu. Dziś na szczęście ten strach zamienił się w ekscytację i podwoił tą, która była od początku mojego podróżowania. A pamiętasz może jakąś swoją najgorszą przygodę ze swoich podróży? Na całe szczęście nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, gdyż takich przygód nie miałem. Wszystkie są bardzo pozytywne. Skoro wiemy, że złych przygód nie było, to nie mogę nie zapytać o najlepsze wspomnienia! Jest ich mnóstwo. Najlepszymi wspomnieniami są na pewno spotkania z ludźmi, którzy okazują mi swoją bezinteresowną pomoc. Jako, że jestem świeżo po powrocie z Mołdawii od razu nasuwają mi się miłe wspomnienia z tego kraju. Podczas trzydziestopięciostopniowego upału szedłem z plecakiem po Komracie, stolicy Gagauzji (obszar autonomiczny Mołdawii) i spotkałem przemiłą babuszkę, która po rozmowie ze mną, wsadziła we wszelkie wolne przestrzenie w moim plecaku mnóstwo ogórków. Na koniec zabrała mnie do Cerkwii na nabożeństwo i wtajemniczała mnie w kulturę swojego regionu. Takie spotkania pamięta się do końca swojego życia. Ile krajów udało Ci się już zwiedzić? Udało mi się odwiedzić i przede wszystkim poznać 14 krajów: Wielką Brytanię, Finlandię, Niemcy, Czechy, Słowację, Ukrainę, Węgry, Serbię, Chorwację, Iran, Mołdawię, Bośnię i Hercegowinę, Bułgarię i Turcję. Wiemy już, że podróżowałeś po wielu krajach świata. Często nawet po takich, o których – wybacz- normalny człowiek nawet nie pomyśli – przeważnie ze strachu. Mówię tu o Iranie! Co Cię podkusiło, żeby się tam wybrać? Z Iranem była bardzo ciekawa sytuacja, ponie-

waż nie planowałem tam jechać. Gdy przygotowywałem się do podróży po Gruzji, czytałem wiele książek i internetowych relacji osób, które tam były. Jednak przez przypadek trafiłem na bloga, w który młoda para opisywała swoje irańskie przygody. Gruzja poszła na bok i na główny plan wyszedł Iran. Zacząłem starać się o wizę i kilkanaście tygodni później byłem już w tym niesamowitym kraju. Zdaje się, że właśnie Iranowi poświęcasz swoją pracę licencjacką. Aż tak Cię zafascynowało to miejsce czy r a c z e j chciałeś złamać jakieś tabu? I to i to. Iran fak ty c zn ie b a r d z o mnie zafascynował. Jest to kraj pełen kontrastów, b a r d z o zróżnicowany. Chciałbym go dobrze poznać i zrozumieć, jednak jest to trochę trudne, bo nawet sami jego mieszkańcy go nie rozumieją. Ma niesamowitą historię i kulturę – przecież każdy słyszał przynajmniej o perskich dywanach ;) Jeśli chodzi o pracę licencjacką to poświęciłem ją Iranowi, aby pokazać, że wiedza jaką posiadają Polacy na temat tego kraju opiera się głównie na tym, co przekazują im media. Jako że informacje przekazywane przez prasę są głównie negatywne, ludzie często kojarzą ten kraj z terroryzmem i regionem niebezpiecznym dla normalnego Europejczyka. Jest to przy-


kre, bo ja osobiście w Iranie otrzymałem od ludzi wiele życzliwości i czułem się bezpieczniej niż w jakimkolwiek innym miejscu w Europie.

A teraz trochę bardziej przyziemnie. Ile kosztuje Cię taki wyjazd? Który z nich był najtańszy, a za który zdecydowanie za dużo zapłaciłeś?

Podróż marzeń. Czy jest takie miejsce na ziemi, o którym marzysz, które chcesz koniecznie odwiedzić, żeby móc powiedzieć, że widziałeś już wszystko?

Tak naprawdę ciężko powiedzieć ile takie wyjazdy kosztują. Jeżdżę autostopem, śpię w namiocie lub u ludzi (Couchsurfing) więc te koszty zazwyczaj odpadają. Zostaje tylko jedzenie i inne przyjemności. Trzeba też się czasem liczyć z koszami wiz. Tak więc wszystko zależy od tego do jakiego kraju jadę. Najdroższej chyba wyniosła mnie Finlandia, ze względu na ceny. Najtańsze wyjazdy to te kilkudniowe np. do Czech czy na Ukrainę.

Chcę odwiedzić każdy zakątek świata, lecz wiem, że prawdopodobnie mi się to nie uda ze względu na krótkie życie (statystyczny mężczyzna żyje tylko

Kiedy opowiadasz o swojej pasji znajomym, jak reagują? Podziwiają czy może uważają za kompletnego freak’a? Reakcje są różne. Jedni podziwiają, drudzy uważają, że nie jestem normalny. Jednak zawsze mnie w tych moich wyjazdach wspierają. Często też sami decydują się na podróżowanie w taki sposób i zarażają się ode mnie tą pasją. I na zakończenie, powiedz czytelnikom The Views coś, czego nie wie o Tobie nikt! W każdej podróży bardzo lubię… powrót do domu. Człowiek podczas takiego wyjazdu uczy się pokory, docenia bardzo swoje otoczenie i to co posiada na co dzień. Jednak ta radość z powrotu szybo zmienia się w tęsknotę za Drogą.

72 lata! ;) ). Jednak gdyby udało mi się któregoś dnia wylecieć w kosmos i spojrzeć na tą naszą przepiękną Ziemię, mógłbym powiedzieć, że widziałem już wszystko :) Każdy podróżnik, prędzej czy później, o niej marzy – podróż dookoła świata… Tak, u mnie to marzenie pojawiło się „prędzej” i mam nadzieję, że nie będę musiał czekać do „później” na jego realizację :)

Anna Kawa


Karolina

JAK SIĘ POZBYĆ CELLULITU? Naworska

Która z nas nie ma tego problemu? Wg badań, z pomarańczową skórką, zmaga się ok. 90% kobiet. Mimo to, scenariusz walki jest znacznie mniej skomplikowany, niż przedstawił to Andrzej Saramonowicz. A ponieważ cellulit, w dużej mierze, ma podłoże genetyczne, dopada kobiety w każdym wieku i o dowolnej wadze. Nie zapominajmy, że wpływ ma także zła dieta, bogata w sól i tłuszcze, brak ruchu i picie alkoholu. Więc winne są nie tylko nasze babki! Zwalczyć cellulit nie jest łatwo - wymaga od kobiety czasu, wysiłku i konsekwencji w działaniu. Namawiamy więc na wiosenny detoks! I nie oznacza to głodówki, godzin na siłowni i kosmetyków o wartości średniej krajowej. Wystarczy się nie poddawać i wprowadzić kilka zmian do swego stylu życia!

WODA Brzmi banalnie? Woda to podstawa w oczyszczaniu organizmu z toksyn. Więc nie czekaj i podejmij wyzwanie. Od półtora to dwóch litrów wody dziennie po-


prawi wygląd Twojej skóry i nie tylko.

NA ZIELONO Zdrowsza dieta nie tylko pomoże w walce z cellulitem, wpłynie także na redukcję wagi. Postaw na warzywa zielone. Zawierają antyoksydanty i potas pomocne w oczyszczaniu organizmu i zapobiegające gromadzeniu się wody. Brokuły, szpinak, a także jagody i pomidory to od dziś uzupełnienie każdego posiłku!

W PLENERZE Bez ruchu nie pozbędziesz się pomarańczowej skórki! Nie oznacza to wycieńczającego treningu na siłowni. Wiosna sprzyja aktywności. Rowerem na uczelnie, jogging po bułki lub joga na ogrodzie. Rezultaty zobaczysz szybciej niż myślisz. A w zdrowym ciele zdrowy duch!

WSMARUJ SIĘ Cellulit to twardy zawodnik. Dlatego potrzebne są solidne działania. Pamiętaj, że kosmetyki pielęgnacyjne są bardzo istotne. Rozgrzewające, ściągające, chłodzące. Ważne, żeby ujędrniały i zawierały Lkarnitynę, kofeinę i wyciąg z owoców.


W

ybierasz się na kolejną imprezę i z niepokojem myślisz o dniu następnym. Masz ciemno przed oczami, robi ci się słabo, a w głowie masz milion wspomnień. A to wszystko dlatego, że dobrze wiesz, co czeka cię dnia następnego : ból głowy, mdłości, zmęczenie niepokój, dreszcze i zawroty głowy. A to wszystko za sprawą choroby, którą potocznie zwiemy popromienną – którą jest KAC. Kac jest efektem obniżającego się stężenia alkoholu we krwi.

Może on trwać nawet ponad dobę ! Jest wiele czynników, które go wywołują, np. palenie papierosów, stan zdrowia, kondycja fizyczna. Istnieje jednak kilka sprawdzonych sposobów na walkę z nim.

Profilaktyka – czyli kacowa antykoncepcja Po pierwsze musimy wiedzieć, że czysty alkohol (np. wódka, gin )daje mniej nasilone objawy kaca, niż alkohole kolorowe (np. whisky, czerwone wino ). Pamiętaj, aby nie sugerować

się zawartością procentów w danym trunku. Złe samopoczucie powoduje metanol zawarty w alkoholach – dlatego też starajmy sięgać się po te, które mają jego najmniejszą zawartość. O tym, że nie pije się na pusty żołądek wie każdy. Ważne abyśmy przed wyjściem zjedli jeden gorący posiłek. Warto sięgnąć też po słodycze czy mleko. Najskuteczniej jest sięgnąć po dwie łyżki stołowe oleju. Przed wyjściem, nie zapomnij o zwitaminizowaniu się – sięgnij

A W K A J I L Y Z C -

Ć Y Z LC

M E C A K Z


po witaminę C oraz witaminy z grupy B. Gdy nie wylewasz za kołnierz Najważniejsze jest, aby nie mieszać ! Bądź wierny jednemu trunkowi. Jak piwo – to piwo, a jak wódka – to Jedz dużo i tłusto – tylko tak możesz ułatwić organizmowi, wchłaniane przez ciebie hektolitry napojów wyskokowych. Poza tym musisz nieustannie się nawadniać – napojami bezalkoholowymi oczywiście. Pomocne będą soki owocowe, które zawierają fruktozę. Stwierdzenie, że „ruch to zdrowie”, sprawdza się w stu sytuacjach na sto. Jeżeli masz tylko okazję, to baw się i tańcz ! J

KAC o poranku Musisz uzupełnić cukier, aby jak najszybciej przetworzyć alkohol. Wypij słodzoną herbatę, lub sięgnij po niewielką porcję miodu, dżemu lub winogron. Należy też dostarczyć swojemu organizmowi witaminy C, magnezu oraz potasu. Możemy to zrobić sięgając po kapsułki lub po sok porzeczkowy ( wit. C ), albo sok pomidorowy ( potas ). Zaleca się również jedzenie tłustych i kwaśnych zup : żurek, barszcz czerwony, kapuśniak.

wadnianie i jeszcze raz nawadnianie ! Sięgnij po napoje izotoniczne, które dostarczą organizmowi niezbędnych minerałów oraz glukozy. Jeżeli nie masz ich pod ręką, napij się niezawodnej wody mineralnej.

Najlepszym sposobem na uniknięcie kaca będzie … mieć umiar, co oczywiście nie jest takie proste. Gdy silna wola zawiedzie – skorzystaj z powyższych rad. Miłego imprezowania J

Jeżeli ból głowy nie daje ci spokoju – sięgnij po lek przeciwbólowy. Najlepsza będzie aspiryna, gdyż leki na bazie ibufrofenu mogą podrażnić żółądek, a paracetamol źle reaguje z alkoholem. Poza tym : nawadnianie, na-

Sandra Soczewa


PASJE MOŻNA MIEĆ RÓŻNE—ZBIERAĆ ZNACZKI, KOLEKCJONOWAĆ BUTY, TOREBKI, APASZKI, RYSOWAĆ, ŚPIEWAĆ CZY TAŃCZYĆ. ON JAKO SWOJĄ DRUGĄ MIŁOŚĆ WYBRAŁ LEGO! ROZMAWIAM Z MACIEJEM MIKITOWEM, 22 LATKIEM, STUDENTEM WNEiZ UNIWERSYTETU SZCZECIŃSKIEGO, PASJONATEM MTB ORAZ DOBREGO JEDZENIA! Anna Kawa: Jak zaczęła się Twoja przygoda z klockami LEGO? Maciej Mikitów: Pierwsze LEGO dostałem jako nagroda… za samodzielnie zrobienie „tego i owego” na nocniczku. Dziadek postanowił, że rodzina nie będzie mnie szantażować bym był już „dorosły” w tych sprawach, i LEGO miało być motywatorem do przełamania się. Skutecznym motywatorem;) Potem już, LEGO towarzyszyło każdej Gwiazdce, urodzinom i Dniu Dziecka. Przerwa przyszła, gdy miałem ok. 14 lat bo przecież „lego było dziecinne”, a bardziej trendy było niszczenie sobie oczu i kręgosłupa przed komputerem. Po-

wrót (czyli wyjście z „Dark Ages”) miał miejsce pod koniec 2011 roku, gdy odkryłem portal LUGPOL (http://www.lugpol.pl/forum/index.php; stamtąd też pochodzi właśnie zwrot „DA”). Prace użytkowników Lugpolu obudziły we mnie dzieciaka, zapierając dech w piersiach jakością wykonania i pomysłowością. Tak więc, miłość do lego powróciła :) A ile czasu już trwa? Od wyjścia z „DA”, do dzisiaj – bardzo intensywnie!


„zaszczepienie miłości do klocuszków” – mission completed!” Nie bałeś się, że to co robisz będzie wyśmiewane, biorąc pod uwagę Twój wiek? Jest wyśmiewane i to bardzo, a to błąd występujący w powszechnej opinii o Lego. Ludzie myślą bowiem, że klocki te to zabawka „złóż, postaw na półce, niech się kurzy”, a prawda jest taka, że w klockach pana Kristiansena drzemie potencjał niewyobrażalnej siły, a jedynym co nasz ogranicza to nasza wyobraźnia! Nie wstydzę się, bo pokazuję ludziom swoje prace bądź Lugpol, i śmiechy milkną pod naciskiem zachwytu. Nie mogę nie zapytać, jak na Twoją pasję reagują Twoi znajomi… Najpierw się śmiali, potem przyszli raz czy dwa… trochę tu, trochę tam. Teraz wpadają częściej i sami już wiedzą gdzie stoją zbiorniki z klockami :) Najgorsze jest tylko ponowne segregowanie po ich wizycie. Jak wygląda Twoja praca? Konstruujesz coś raz dziennie, raz w tygodniu czy po prostu wtedy, kiedy masz „wenę”? Najbardziej złożone projekty potrafią pochłonąć kilka tygodni i mnóstwo pieniędzy (liczone w setkach), a wszystko musi być starannie zaplanowa-

ne – nie mogę sobie na razie niestety pozwolić na luksus typu „a co mi tam, kupię bo fajne, MOŻE się kiedyś przyda”, tutaj każdy grosz się liczy! Co do budowania – tylko wena pozwala maksymalnie wykorzystać własny potencjał. Budowanie dla samego budowania nie przynosi dobrych efektów. Wena też bardzo mi się przydaje, gdy update’uje własną stronę o moich kochanych ludzikach lego (śmiech) (minifig.manifo.com). Prowadzę ją sam dla siebie – chwila na zatrzymanie się, wyjęcie ludzików i aparatu, ustawienie scenki bądź zbudowanie rekwizytów z klocków pozwala na chwilę przystopować w szaleńczym wyścigu szczurów, jakim jest nasze życie. Ile ogólnie kosztuje taka zabawa? LEGO oferuje tzw. Minifigures, czyli serie 16 różnych figurek zapakowanych w woreczek o zerowej przejrzystości - można je kupować na łut szczęścia bądź, to co lubię, po dokładnym „obmacaniu woreczka”. Serii jest 6, każdy ludzik kosztuje dziesięć złotych, a tylko niektóre mi się


Z całą pewnością była to maszyna do rozprowadzania nowej warstwy betonu – ujrzałem kiedyś takową w akcji, zapamiętałem jak wygląda i pognałem do domu budować. Miałem wtedy ok. 11 lat, a z efektu finalnego byłem dumny jak paw przez tygodnie. Słyszałam, że część swoich prac dedykujesz Tej Jedynej. To prawda? Zdecydowanie. Tak. Jak bardziej. Z resztą, udało mi się Ją przekonać do Lego na tyle, że sama posiada duże zestawy u siebie w pokoju, a przyznać trzeba, że nie są to zestawy tanie. Czyli chyba „zaszczepienie miłości do klocuszków” – mission completed ;) podobają, dlatego też półkę dumnie zdobią tylko te wybrane przeze mnie :) Najdroższy oficjalny zestaw jaki posiadałem to wydatek ok 500zł. Teraz zaś, gdy dokupuję części pod dany projekt, przekroczyłem spokojnie 2000 zł, i mogę pochwalić się częściami w miarę wystarczającymi mi na dziwne projekty. Aktualny pomysł, domek na drzewie, wyciągnie z mojej kieszeni ok 200-300zł. W takim razie, powiedz nam ile już projektów masz na swoim koncie? Około 40, od makiet po samojezdne potwory na kołach.

Skąd czerpiesz inspirację do nich? Bardzo lubię powiększać bądź rozbudowywać oficjalne zestawy Lego. Dobrą inspiracją są też przedmioty codziennego użytku, jak np. but na obcasie, którego projekt mojego autorstwa, po zdobyciu uznania na Lugpolu, został dostrzeżony także na międzynarodowych forach Lego, co bardzo cieszy i jest niezwykłą motywacją do kolejnych wysiłków. (obrazek poniżej—dop.red.) Z której z prac jesteś najbardziej zadowolony?

A teraz tak trochę bardziej technicznie. Jakiego klocka brakuje Ci w całej ofercie LEGO? I dlaczego? Pilot do zdalnego sterowania. Mam większy i lepszy- ale to właśnie ten mniejszy braciszek byłby teraz bardziej poręcznym dla mnie.


Czy masz inne hobby oprócz LEGO? MTB. Jest to jedyna rzecz, na którą wydaję więcej pieniędzy niż Lego. Śmiganie rowerem po trudnych technicznie trasach, to coś co bardzo lubię. Mój rower kosztował mnóstwo kasy a zbierałem na niego….2 lata, pracując i sprzedając zbędne mi rzeczy. Nie obyło się też w historii mojej miłości do roweru wyczynowego bez kontuzji – wybite palce czy poszarpana twarz to norma. Gorzej tylko, że ciągle odczuwam mikro ból związany z nadwyrężonymi kolanami (od lądowania, nadmiernych przeciążeń przy pedałowania na trasie), co nie jest fajne, zważywszy na to, że mam tylko 22 lata. Jak tu pracować do 67. roku życia??

I na zakończenie, powiedz czytelnikom The Views coś, czego o Tobie nie wie nikt! ;) Nigdy nie byłem w Legolandzie! :(

Anna Kawa


Safia

Okiem kobiety


D

maja ma ich zostać tylko 23). Szkoda tylko, że po strzelonej bramce mają zakaz okazywania radości poprzez zdjęcie koszulki…

wał już z Legią w fazie grupowej Ligi Europy, więc powinien sobie poradzić. Młodość młodością, ale nie zabrakło też starych znajomych. Franz powołał Dariusza Dudkę, Marcina Wasilewskiego, Rafała Murawskiego i Pawła Brożka. Patrząc na skład reprezentacji pozostaje wierzyć, że młodość będzie szła na boisku w parze z doświadczeniem. Wiem, że nie wymieniłam wszystkich powołanych, proszę się nie obrażać.

awno, dawno temu, za górami, za lasami reprezentacja Polski w piłce nożnej wygrywała mecze. Bardzo ważne Nie dziwi fakt, że powołanie, mecze. I odnosiła sukcesy. W 1972 by stanąć między słupkami dostał roku na Igrzyskach Olimpijskich w Wojciech Szczęsny. Chłopak gra Monachium pokonała Węgrów regularnie, dobrze się spisuje. Oby 2:1. Cztery lata później na IO w w czerwcu zamurował naszą Montrealu zdobyła srebro. Dwubramkę przed przeciwnikami. Nie krotnie na mistrzostwach świata mogło zabraknąć także polskiego zdobyła też brązowy krążek. Najtrio, które wspiera szeregi niemiecpierw w RFN w ’74 a później w ’82 kiej Borussi Dortmund, czyli Kuby w Hiszpanii. Jeszcze nie tak dawno, Błaszczykowskiego, Łukasza PiszczSkoro już o młodości mobo na IO w ’92 w Barcelonie poka i Roberta Lewandowskiego. W wa… Naszych piłkarzy do walki nownie nasi piłkarze zdobyli srebro. tym sezonie panowie osiągnęli to, przed każdym meczem będą zaPo tych sukcesach do naszej reo czym wielu piłkarzy może machęcały – może niekoniecznie prezentacji wkradł się młode, ale na pewno jakiś zły duszek, który na„Czy na stadionie, czy przed telewizorem, pełne wigoru – panie z mieszał, oj namieszał w zespołu Jarzębina (moim szeregach piłkarzy… jest wiara w naszych i walkę z honorem. Muszę no 1 jest ich reprezenCzęste zmiany trenera, przyznać, że choć na co dzień jestem jak niewierny tantka w okularach – problemy z kadrowiczaTomasz, to tym razem wierzę. Wierzę, że naszym świetny ruch sceniczny!). mi i niemoc. Do EURO i Zaśpiewają naszym kaMŚ po ’92 albo się nie się nareszcie uda, bo ponoć Smuda czyni cuda.” drowiczom, że gdy wykwalifikowaliśmy, albo grać im się uda, ucieszy kończyliśmy swoje wystęsię Smuda. Utwór folklopy na fazie grupowej. Ten fragrzyć. Wraz ze swoim klubem zdobyli rystyczny, iście słowiański i wpadament o sukcesach to naprawdę mistrzostwo Niemiec, Puchar Niejący w ucho. Pewnie większość nanie jest bajka, ale my młodzi po miec i znaleźli się w jedenastce seszego społeczeństwa, a zwłaszcza prostu nie pamiętamy, że Polacy zonu. Dobrze byłoby do tych trofemłodzieży, wstydzi się przyznać, ale potrafili kiedyś dobrze kopać piłkę. ów dorzucić jeszcze medal minie da się ukryć, że ten hit jest zaZnamy, niestety, tylko pasmo niestrzostw Europy. Jak zwykle mamy pamiętywalny. Wszyscy krytykują powodzeń kadry narodowej. Ale też zagranicznych Polaków. Z taki wybór, ale przecież ktoś na najwyższy czas to zmienić! W tym orzełkiem na piersi (a mało brakoniego głosował. Czyżby sprawdził roku jesteśmy współgospodarzami i wało, by mówić: z logo PZPN na się scenariusz: „Wyślę smsa dla jaj” po prostu nie wypada nam odpiersi) zagrają Sebastian Boenisch, – pomyślała cała Polska? paść po trzech spotkaniach w faDamien Perquis, Ludovic Obraniak, Hit, jaki by nie był, ma zazie grupowej. czy Eugen Polanski. Ilekroć słyszę, grzewać piłkarzy do walki. Mam Nie tak dawno trener Francijak rodacy krytykują grę emigrannadzieję, że tak będzie. Choć szek Smuda ogłosił skład kadry natów, to mi ręce opadają. Skoro ci obaw mi nie brakuje. Jeżeli hymn rodowej. Jesteśmy jedną z najzawodnicy mają polskie obywatelsię nie sprawdzi, to jesteśmy jeszcze młodszych drużyn turnieju, co mostwo, potrafią się odnaleźć na mumy – kibice. Bez względu na przeże okazać się naszą zaletą. Po rawie a czasem nawet zdobyć goszłość reprezentacji i myślenie o pierwsze - piłkarze są waleczni i la, to właśnie takich ludzi potrzebupolskim futbolu, piłkarze będą od 8 zdeterminowani. Po drugie - mają je – spisana przez wielu na straty – czerwca nas potrzebować. Bo jak dobra kondycję i jako młodzi tak nasza kadra narodowa. W skłaśpiewają Wilki: Czy na stadionie, szybko się nie męczą, biegając 90 dzie znalazł się też nowicjusz, który czy przed telewizorem, jest wiara w minut po boisku. A po trzecie, co nie miał jeszcze okazji zadebiutonaszych i walkę z honorem. Muszę przyznać, że choć na co dzień jeistotne dla płci pięknej, są przystojwać w biało-czerwonych barwach stem jak niewierny Tomasz, to tym ni! Dlatego nawet jeśli jakaś kobie- Rafał Wolski (swoją drogą najrazem wierzę. Wierzę, że naszym się ta nie zna zasad futbolu, to będzie młodszy piłkarz, bo ma niespełna nareszcie uda, bo ponoć Smuda mogła popatrzeć na 26 przystoj20 lat!). Jeżeli uda mu się zagrać czyni cuda. niaków (tylu zawodników obecnie na Euro, to zostanie wrzucony od znajduje się w kadrze, ale do 29

razu na głęboką wodę. Występo-


„POLITYKA NIE JEST W Tomasz Kadubiec Wywiad z radnym Szczecina Jędrzejem Wijasem, członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wieloletnim szefem klubu SLD w Radzie Miasta i byłym kandydatem na Prezydenta Szczecina. Tomasz Kadubiec: Jak podoba się Panu Polska jako kraj do życia? W czym nie różni się ona od tzw. krajów zachodnich, a w czym jesteśmy jeszcze „z tyłu”? Do jakich wartości i postaw powinniśmy dążyć? Jędrzej Wijas: Nie wyobrażam sobie urodzenia w innym kraju. Myślę, że mógłbym mieszkać w wielu miejscach, ale wszędzie czułbym się Polakiem i czułbym związek z Polską. Bardzo ważną wartością dla mnie jest język i kultura Polski. Mówiąc o kulturze nie mam na myśli tylko dorobku humanistycznego i artystycznego wielu pokoleń, ale także mam na myśli cały konglomerat naszych zalet, pięknych cech, oraz wad, uprzedzeń, z którymi cały czas walczymy, staramy się przezwyciężyć. Polskość jest wyzwaniem. Bardzo bliska jest mi linia myślenia Brzozowskiego czy Gombrowicza, którzy nie traktowali polskości w schemacie martyrologiczno-religijno-narodowościowym. Natomiast Polskę A.D. 2012 wiele z Zachodem łączy jak i dzieli. Łączy moim przekonaniu dążenie do demokracji parlamentarnej w połączeniu z systemem wolnorynkowym. Łączy Polskę także dążenie, mimo wielu przeciwności do otwartości, tolerancji. Dzielą nas natomiast wiele rzeczy, które są wynikiem różnych fobii i kompleksów. Można je tłumaczyć zaszłościami historycznymi, edukacją, źle w moim przekonaniu pojętą religijnością. Są to rzeczy związane głównie z jakimś nieuzasadnionym traktowaniem wartości jako rzeczy, które należy narzucić innym. Dzisiejsze społeczeństwa demokratyczne uznają, że każdy ma prawo do własnych wartości o ile nie wyrządzają one innym ludziom krzywdy. Nie mamy natomiast prawa na-


WSZYSTKIM” społeczną przekłada się na poziom życia i wynik ekonomiczny kraju, co widać po krajach zachodnich. Zatem uważa Pan, że w kategoriach postępu mieści się tolerancja, legalizacja aborcji, eutanazji, „miękkich narkotyków”?

rzucać swoich przekonań innym. Różnica między krajami zachodnimi a Polską jest dwojaka. Z jednej strony jest to poziom kultury życia publicznego, szacunku dla różnorodności. Z drugiej strony jest to moim zdaniem swoiste „zaleniwienie” w kwestii zmiany prawa w duchu wolności i swobody. Mówię tu zarówno o gospodarce, obyczajach, ale także o zaniedbaniach w polityce społecznej, którą nadal postrzega się jako jakąś formę jałmużny. Nie widzi się, że odpowiednie kierowanie polityką

Mój stosunek do tych kwestii jest zróżnicowany. Uważam, że usuwanie ciąży jest złem, ale nie ma charakteru przestępstwa i nie powinno podlegać jakiejkolwiek penalizacji. Uważam także, że aborcja powinna być wolnym wyborem kobiety. Mimo to według mnie jest to zło i osobiście zrobiłbym wszystko, żeby zapobiec usunięciu płodu. Natomiast moja indywidualna ocena aborcji nie przekłada się na ocenę polityczną tego, że nasze prawo jest szkodliwe w tej kwestii i powinno ulec daleko idącej liberalizacji. I do tego będę dążył niezależnie od swoich osobistych poglądów. Oczywiście ideałem jest to, aby każde dziecko było przez rodziców oczekiwane. Zupełnie nie rozumiem postawy rządu w kwestii in vitro. Teraz widzimy jakieś deptanie w miejscu. Z jednej strony premier deklaruje, że nie będzie się słuchał

biskupów, a z drugiej to są tylko słowa. W nowej kadencji ta sprawa miała być szybko załatwiona, a tymczasem została znowu odłożona na półkę. Jeśli chodzi o nauczanie religii w szkołach, uważam, że powinna ona jak najszybciej z nich zniknąć z korzyścią zarówno dla szkoły jak i dla samej religii. Tak samo nierozwiązane jest przestrzeganie praw kobiet oraz praw ojców. Wszystkie te sprawy sprawiają, że stajemy się rezerwatem anachronizmu w Europie i dlatego jako człowiek lewicy będę walczył o rozwiązanie tych problemów. Jak ocenia Pan przeprowadzaną obecnie reformę systemu emerytalnego? Nie jest dla mnie przekonujący argument, że w ten sposób ratuje się system emerytalny. Najpierw należało by raczej usunąć patologie społeczne, np. „umowy śmieciowe” i objąć wszystkie umowy obowiązkiem odprowadzania składek emerytalnych. Moje pokolenie jest szczególnie mocno dotknięte tym problemem. Znam wiele osób, które mają 35 lat, a składki odprowadzali przez rok lub dwa. Uważam, że wiek emerytalny powinien być zrównany, ale ludzie w pewnym wieku – nie wiem czy to 64 czy 65 lat – powinni mieć prawo przejść na emeryturę o wysokości wynikającej z pełnego wypracowanego kapitału. A jeśli będą mieli siłę i chęć pracowania dalej to powinni mieć taką możliwość. Obracam się wśród ludzi, którzy


pozostają aktywni zawodowo nawet po siedemdziesiątce. Mówię tu głównie o środowiskach naukowych, eksperckich. Osoby takie są w stanie i wręcz powinny pozostawać aktywne zawodowo. Ale to dotyczy tylko wycinka całego społeczeństwa. Mój ojciec pracował fizycznie i tak się smutnie złożyło, że zmarł przed nabyciem praw emerytalnych. Pamiętam jego stan zdrowia i nie wyobrażam sobie, żeby pracował jeszcze 10 lat w ciężkim zawodzie, który wykonywał. Moim zdaniem to jest krok [reforma emerytalna – red.] w złym kierunku. Nie powiem jak Jarosław Kaczyński, że jeśli doszedłbym to władzy to cofnął bym ją, ale na pewno bym ją zmienił. Starałbym się ją skorygować w duchu większego wyboru, ale nie cofnąłbym jej, ponieważ uważam, że Polakom potrzeba swoistej ciągłości. Dążyłbym do tego, aby była bardziej przyjazna ludziom. Jak ocena Pan sytuację w Sojuszu Lewicy Demokratycznej? Czy jest to partia, która chroni wolność wypowiedzi? Jakie są nastroje w partii po dość kiepskim wyniku wyborczym? Jaki stosunek ma Pana partia do Ruchu Palikota? Zacznijmy od tego, że SLD nigdy nie miał problemów z wyrażaniem swoich poglądów. One zawsze mieściły się w pewnej formule ideowej i programowej przyjętej przez partię. Teraz szczególnie panuje atmosfera swobodnej dyskusji, ponieważ o ile można sobie wyobrazić, że partia trzyma zwarte szyki, kiedy sprawuje władzę, to zupełnie inaczej jest w partii, która dyskutuje się jak będzie wyglądała jej przyszłość. W moim odczuciu

przejęcie steru rządów przez Leszka Millera nie załatwi niczego i nie określi przyszłości SLD. Moim zdaniem jest to okres przejściowy. Leszek Miller odegrał już dużą rolę historyczną w dziejach lewicy polskiej i zostanie ona zapisana na kartach historii złotymi zgłoskami ze względu na to, że doprowadził do wprowadzenia Polski do Unii Europejskiej.

ewidentnie poglądy neoliberalne i blisko mu do Donalda Tuska. Są także osoby, których obecność jest pozytywne ze względu na samą ich „inność”, ale jest to niewystarczające dla projektu na lata. Mam tu na myśli posła Biedronia i posłankę Grodzką. Samo bycie innym w

Ponosi także odpowiedzialność polityczną za aferę Orlenu, afera Rywina… Tak, ale to będzie miało mniejszą wagę dla historyków niż to, że lewica prowadzona przez Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera doprowadziła i do przystąpienia do NATO i UE, ale także do uchwalenia Konstytucji RP z 1997 roku, która po 15 latach obowiązywania jest bardziej chwalona niż krytykowana. Uważam jednak, że Leszek Miller nie odegra takiej roli jak w przyszłości, ale pomoże partii wybrać w jakim pójdzie kierunku. No właśnie, jaki to będzie kierunek? I to się wiążę z odrębną kwestią. Ja w przeciwieństwie do Leszka Millera nie zamierzam obrażać członków Ruchu Palikota. Cały czas mam też problem z polityczną oceną tego ruchu, ponieważ jest on bardzo zróżnicowany i przypomina pod tym względem samoobronę. Jest w niej Janusz Palikot, który ma

takiej strukturze jak Sejm jest sukcesem. Ale co z tego wynika politycznie? Co ma do zaproponowania środowisko, którego głównym postulatem było uczestniczenie w życiu publicznym? Za wyborem tych osób powinny pójść poważne propo-


zycje w kwestii edukacji czy zmiany prawa. Ale mamy też w Ruchu Palikota trzecie środowisko, które identyfikuje się z lewicą i na to SLD nie może przymykać oczu. Jest dla mnie kwestią otwartą jak będzie wyglądać współpraca naszych partii, ale obecnie trudno jest mi sobie wy-

mokratycznej jako przedstawiciel nowoczesnej socjaldemokracji jest przewrażliwiony na nazwę partii, która „śmierdzi” kultem osoby. Mamy w parlamencie partię, której wyznacznikiem programu jest jeden człowiek. Tą partią jest Prawo i Sprawiedliwość. I nie chciałbym mieć odczucia, że Ruch Palikota jest rządzony w ten sam sposób co PiS. SLD jest demokratyczną partią i tego samego oczekuje od swoich partnerów. Skupmy się teraz na sprawach związanych z Pana pracą w Radzie Miasta. Jak ona wygląda? Jakimi sprawami się w niej Pan zajmuje? Z kim najlepiej się Panu współpracuje, jak wygląda współpraca Rady z prezydentem Krzystkiem?

obrazić jak będzie wyglądała współpraca SLD, a obecnym Ruchem Palikota, ponieważ mamy pola styczne w sprawach obyczajów, ale w sferze gospodarki czy prawa nasze postulaty całkowicie się rozchodzą. Poza tym Sojusz Lewicy De-

Jesienią tego roku minie 10 lat od kiedy zostałem radnym. Myślę, że jest to dobry moment na podsumowanie. Trudno mi ocenić w jaki sposób zostałem radnym. Od początku moje życie zawodowe było nierozerwalnie związane z działalnością samorządową, która jest na granicy działalności społecznej i zawodowej. Ja od tych 10 lat zasiadałem w komisji edukacji i kultury. Teraz są to już dwie komisje – ja zasiadam w komisji kultury i obecnej kadencji jestem jej przewodniczącym. Oprócz tego zasiadam także w komisji zdrowia i polityki społecznej. W toku swojej działalności działałem w komisji promocji i

rozwoju, komisji budżetu, komisji rewizyjnej. Z tego co wiem, to najdłużej w Szczecinie pełniłem funkcję szefa klubu w Radzie Miasta. Specjalizuję się w kwestiach pomocy społecznej, edukacji, kultury. Wiąże się to z moim wykształceniem, ponieważ jestem nauczycielem polonistą po studiach podyplomowych z komunikacji społecznej i mediów oraz doktoranckich z zakresu literaturoznawstwa. Zajmuje się zatem tymi dziedzinami, na których się znam. Najlepiej współpracuje mi się z ludźmi otwartymi, sympatycznymi, a Ci zasiadają w różnych formacjach. Znakomicie współpracuje mi się z kolegami i koleżankami z komisji kultury. Nie ma dla mnie znaczenia kto z jakiego środowiska politycznego się wywodzi. Oczywiście tak samo jak w pracy czy na studiach spotykamy osoby, z którymi ciężko się współpracuje. Trzeba nad tym przejść do porządku dziennego i skupić się na rozwiązywaniu problemów. Jeśli chodzi o współpracę z prezydentem to sprawa jest bardziej skomplikowana. Bardzo się cieszę, że prezydent ma zaplecze polityczne w Radzie Miasta. Że nie ma sytuacji, w której prezydent był skonfliktowany z całą Radą. Mówię tu o Marianie Jurczyku. Mam dużo szacunku dla niego jako człowieka, ale prezentuje on sobą inną mentalność. To powodowało taką barierę w komunikacji, że nie dało się pchnąć do przodu Szczecina tak jakbyśmy chcieli. Cieszy mnie niezmiernie, że w obecnej kadencji prezydent Krzystek zrozumiał, że jest prezydentem wszystkich, a nie tylko swojej partii. Prezydent jest samodziel-


ną jednostką polityczną i tak powinno być. W miastach gdzie też tak jest – jest dobrze. Tak został skonstruowany nasz system, że prezydent nawet bez poparcia Rady ma zapewnioną pewną władzę. Dzisiaj prezydent jest innym człowiekiem niż podczas pierwszej kadencji. Pod względem politycznym na pewno, a pod względem osobistym? Myślę, że także. Jest człowiekiem bardziej otwartym i odważnym. Dopóki będzie szedł w tym kierunku, będzie miał moje poparcie. Natomiast czy jest to prezydentura bez zarzutów? Nie. Jest wiele spraw, których zaniechano, a o które zabiegałem u prezydenta. Jakie to sprawy? Kwestie związane przede wszystkim z centrum miasta. Z rewitalizacją? Z rewitalizacją szeroko pojętą. Także jeśli chodzi o sprawy społeczne. Trudno mi znaleźć aktywność prezydenta w kształtowaniu przestrzeni miejskiej i nadawaniu jej charakteru. Razi mnie to, że znikają miejsca, które byłyby powodem do spacerowania po Szczecinie. Mam na myśli księgarnie, ciekawe kawiarnie. Same dyskoteki nie wystarczą. Zdaję sobie sprawę, że w dużym stopniu wiąże się to z działalnością gospodarczą. Miasto nie będzie oczywiście zakładać kawiarni, ale może tworzyć warunki, aby miasto żyło. Mamy Akademię Sztuki, ale ciągle słaby jest rynek galerii, gdzie studenci mogliby wystawiać swoje dzieła i wzbudzać zainteresowanie mieszkańców. Brak jest spójnej polityki kulturalnej i kształtowania przestrzeni. Z jednej strony prezydent robi do-

brze tworząc centrum sztuki współczesnej na ul. Św. Ducha, ale same instytucje nie wystarczą. Musi wokół tego zaistnieć przestrzeń gospodarcza i kulturalna. Nie wystarczą pojedyncze inwestycje. Musimy określić jak chcemy widzieć nasze centrum. Brakuje mi zrównoważonej polityki w kwestii edukacji wszystkich szczebli. Palącym problemem jest brak miejsc w żłobkach i przedszkolach. Jeśli nie zapewnimy obecnym i przyszłym matkom możliwości rozwijania się zawodowo, nie pozwolimy rozwijać się Szczecinowi. Nie możemy im stawiać dylematu: kariera zawodowa czy dziecko? To droga donikąd. Miasto przespało boom edukacyjny, kiedy mnóstwo osób decydowało się na studia wyższe. Teraz nie rozbudujemy już w takiej skali przedszkoli publicznych i musimy wspierać przedszkola niepubliczne. To są działania długofalowe i na nich prezydent musi się skupić.

ka nie jest jedyną rzeczywistością, w której żyję. Uważam, że polityk, który zajmuje się tylko nią jest najgorszy. Bo polityka nie jest wszystkim. Powiem więcej: polityka nie jest nawet najważniejsza. Polityka jest tylko jednym ze sposobów poglądu na rzeczywistość i możliwości jej zmieniania. Tak wiele dzisiaj czynników wpływa na nasze życie, choćby globalna gospodarka i massmedia. Obyczaje nie zmieniają się z powodu religii, ale z powodu zmian w kulturze. Polityka uczy pokory. Będąc politykiem nie jestem Panem życia. Nie jest się w ogóle żadnym Panem. Jest się osobą, która ma wykonać określone zadania oczekiwane przez społeczeństwo. Moje ambicje polityczne nie są dla mnie najistotniejsze. Rozwijam się naukowo i w tym będę się realizował. Prawdziwego życia jest w polityce bardzo mało, a wbrew pozorom jest go bardzo dużo w literaturze.

Jakie ma Pan plany na przyszłość? Sejm, Rada Miasta, prezydentura Szczecina?

Czyli zajmuje się Pan literaturoznawstwem zawodowo?

Na Prezydenta i do Sejmu już startowałem. Do Sejmu już nawet dwukrotnie. Cóż mogę powiedzieć – rolą polityka jest startować w wyborach i poddawać się weryfikacji. Jeśli uznam, że moja rola w polityce się skończyła nie będę startował w wyborach. Na razie nie uznałem, że się skończyła. Sprawy nie idą w dobrym kierunku i nie uważam się zwolniony z obowiązku zabiegów o kulturę, o zmianę prawa. Nie dzieje się tak jak bym sobie życzył ja oraz osoby, z którymi rozmawiam i mnie popierają. Decyzja oczywiście leży po stronie mieszkańców. Polity-

Tak się złożyło, że do tej pory działalność naukowa szła obok mojej działalności samorządowej. Nie wykluczam w przyszłości pracy naukowej na uczelni. Poza tym staram się inwestować w siebie i swoje kompetencje. Zarówno z myślą o polityce jak i z nie-polityką. Mówię tu np. o poznawaniu zagadnień gospodarczych. Polska idzie w kierunku dobrowolności – także dobrowolności zajęć. Polityka nie jest dla mnie najważniejsza, ale w dużym stopniu zdeterminowała moje życie. Przygotowując się do rozmowy z Panem przypomniał mi się pe-


wien krótki filmik, który pojawia się natychmiast po wygooglowaniu Pana w wyszukiwarce. Teledysk? Dokładnie. Chciałbym wiedzieć co kierowało Panem przy tworzeniu takiego spotu wyborczego? Nie da się ukryć, że jest on bardzo oryginalny. Moim zdaniem ważniejsze jest co się mówi, a nie w jaki sposób. Chodziło o zwrócenie uwagi na swoją osobę?

Tak. Śpiewam tam własnym głosem. W liceum i na studiach grałem w różnych grupach, ale nigdy nie wyszło to poza przysłowiowy garaż. Grałem tylko gościnnie na gitarze w jednym ze szczecińskich zespołów. A jaki jest Pan osobiście? Czym zajmuje się Pan w wolnym czasie? Jakby Pan siebie opisał z pozycji osoby trzeciej?

[Śmiech] Nie. Chodziło mi o konkretny przekaz dla oglądających. Chodziło mi o to, żeby wykrzyczeć pewne fundamentalne wartości. A czas po wyborach pokazał jak bardzo są one istotne. Głośna ostatnio sprawa ACTA pokazała, że wolność jest ośrodkiem tożsamości młodego pokolenia i ja też to tak odczuwam. Natomiast „Konkretny przekaz” powstał w hołdzie moim wieloletnim przyjaciołom, którzy są oddanymi fanami muzyki ekstremalnej, i z którymi łączy mnie przyjaźń już kilka dekad. Ja tej muzyki zacząłem z pasją słuchać w 4 klasie szkoły podstawowej i dotąd jeżdżę na festiwale. Jestem członkiemzałożycielem Stowarzyszenia Muzyki Ekstremalnej „AAAAAAARRGH”. Organizuję koncerty w Szczecinie, w Polsce i za granicą oraz wyjazdy na duże europejskie festiwale, gdzie grał m.in. Vader, Metallica i Slayer. Byłem przekonany, że ten teledysk wywoła zamieszanie, ale spodziewałem się tego zamieszania w środowisku fanów metalu i różnych odmian muzyki ekstremalnej. Liczyłem na odzew z tamtej strony.

Trudno jest mówić o sobie, bo z jednej strony mówienie o sobie dobrze może uchodzić za zarozumialstwo, a z drugiej jak mówi przysłowie: „Krnąbrny jest tylko ten, kto nie ma innych zalet.” Trzeba się, więc odnaleźć pośrodku. Mój dzień wygląda tak, że jeśli nie jest to dzień posiedzeń komisji to albo po pracy odbieram dziecko ze szkoły i odrabiam z nim lekcje, jeżdżę z nim na rowerze, deskorolce oraz uczestniczę w różnych wydarzeniach kulturalnych albo oddaję się pracy naukowej. W weekendy jeśli pogoda dopisuje to spędzamy aktywnie czas w Puszczy Bukowej, bo nieopodal niej mieszkam. Staramy się, aby naszym sobotnim rytuałem był ruch fizyczny, chociaż mi nie brakuje ruchu w ciągu tygodnia, ponieważ poruszam się rowerem. Bardzo dużo czasu poświęcam z rodziną na kulturę. Z synem chodzę na każdą premierę w „Pleciudze”, oglądam też ciekawsze premiery filmowe, chodzę na wernisaże, do muzeów. Do tego należy też doliczyć czytanie książek. Staram się tak funkcjonować, żeby tygodniowo przeczytać 2 pozycje. Słucham też audiobooków do czego gorąco zachęcam.

W „Konkretnym przekazie” słyszymy Pana autentyczny głos?

Jestem pod wrażeniem. A jak ocenia Pan takie inicjatywy jak

nasza gazeta? Jak może ona wpłynąć na życie Szczecina i opinię publiczną? Ja uważam, że każda forma aktywności, która zmierza do pielęgnowania szacunku dla słowa jest inicjatywą dobrą. Istnieje też grupa ludzi, która potrzebuje konkretnych i merytorycznych informacji, nie sprowadzonych do tabloidowego przekazu. A z drugiej strony osoby tworzące takie medium i zdobywające doświadczenie otwierają sobie drzwi do szeroko pojętego przemysłu medialnego, który jest branżą ewidentnie rozwojową. Chcę powiedzieć także, że dostrzegam często brak umiejętności formułowania przekazu medialnego. Jeśli ktoś przystępuje do redagowania artykułu i wie, że po drugiej stronie będzie miał wymagających odbiorców to także będzie go motywować do ulepszania swojej gazety. Liczę też na to, że wzbogacicie szczecińską ofertę medialną. Istnieją portale informacyjnorozrywkowe, natomiast brakuje miejsca prezentacji opinii o Szczecinie. Tworzycie medium, które ma szanse wzbudzić taką dyskusję, czego Wam życzę. Dziękuję za rozmowę.

The Views  

creative magazine

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you