Page 1

1 TNT


SKŁAD REDAKCJI: Redaktor naczelna: Ewelina Dziedzic Zastępcy redaktor naczelnej: Aleksandra Fiutowska, Maciej Bernaś Najlepszy grafik na świecie: Maciej Zawierucha Dziennikarze: Anna Pietrzyk, Aleksandra Śliwa, Zuzanna Żuchalska, Małgorzata Żurowska, Urszula Sasorska, Łucja Hudy, Marta Zygmunt, Agnieszka Orszulak, Jędrzej Ciupis, Marta Dąbrowska, Karolina Zając, Kinga Ćwikła, Magdalena Tyszecka, Sylwia Łakomy, Klaudia Majerańczyk, Maja Bączek, Karolina Ociepka, Alicja Grządziel, Karolina Makówka, Marta Durda, Joanna Wężyk, Ewa Nowak, Stanisław Tokarski, Fryderyk Zoll, Mateusz „Manti” Suchan, Franciszek Cachel, Jakub Pyla, Jakub Morawski, Jan Kłapa, Jakub Miśkiewicz. Dziękujemy pani mgr Marcie Karpiel oraz panu dr Mateuszowi Skusze za wsparcie i korektę, bez której ten numer nie powstałby.

2 TNT


OD REDAKCJI "Wszystko wydaje się bardzo proste, dopóki nie zaczynasz się nad tym zastanawiać." Każdego miesiąca przychodzi moment, gdy po napisaniu artykułów, sprawdzeniu ich i złożeniu w jedną całość, należy daną pracę podsumować i wystosować tekst „od redakcji”. Jest to zdecydowanie najmniej lubiana przeze mnie część procesu powstawania gazety. Narzekanie na ogrom nauki? Nie. Szumne rady „jak żyć?”? Tym bardziej nie. Nie chcę stawiać się w roli wielkiego mówcy. Myślę, że najbardziej wartościowe w TNT są teksty, których autorzy poświęcili swój czas i energię, by przekazać coś wartościowego. Mam nadzieję, że po 10 miesiącach pisania dla Was, wciąż sięgacie po gazetę z radością i ciekawością. Do przeczytania! Redakcja

3 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Jak kobiety żyły i pracowały w epoce przed genialnym wynalazkiem fotografii? Jak głosi angielskie przysłowie odnotowane w XVII wieku – „a woman’s work is never done”. Ale zaraz, czy zatem praca mężczyzn się kiedyś skończy? Hurrra! Wiwat! Bogu dzięki! Juhuu! Jedna chwila Mościpanowie… Czy to jednak nie jest krzywdzące? Kogo bardziej dyskryminuje? Czujecie, że padła wyraźna sugestia – „macie lepiej, uprzywilejowane przez los leniuchy!”. Jak powiada klasyk: „Chwileczkę! Chciały równouprawnienia? To niech teraz mają” (może niedokładnie, przytaczam z głowy). Podejrzewam, że gdyby tę dyskusję potraktować poważnie, rozwinęłaby się błyskawicznie i rozpaliła u niejednych wolę walki. Grząsko! Tak, to powiedzenie z brodą, wcale niegrzeszące aktualnością. Są lepsze. Jak przecież doskonale wiemy praca żadnego Nowodworczyka nigdy się nie kończy (nawet, o naiwni, w czasie wakacji). I tu, pozwólcie, roztoczę pole do swobodnej interpretacji, przechodząc do meritum.

W okresie od 26 kwietnia do 11 sierpnia, Międzynarodowe Centrum Kultury prezentowało wystawę pt. „Praca kobiety nigdy się nie kończy” (wolne tłumaczenie dopuszcza także wersję „roboty domowe nigdy się nie kończą”…). Widz staje tu oko w oko z postaciami z rycin Albrechta Dürera, Rembrandta van Rijn, Petera Paula Rubensa, Williama Hogartha i innych znakomitych. Można było oglądać, wyszukane w bogatych zbiorach Gabinetu Rycin Biblioteki Naukowej PAU i PAN, liczne prace twórców szkoły włoskiej, francuskiej i niderlandzkiej oraz stosunkowo rzadkie prace kobiet-rytowniczek. Już po raz dziewiąty obie instytucje nawiązują współpracę, by udostępnić oczom publiki choć fragment tego jednego z największych zbiorów kolekcjonerskich na kontynencie. Organizatorzy zafundowali nam podróż poprzez różne w swej konwencji wyobrażenia ról społecznych, jakie kobieta spełniała na przestrzeni wieków. Karty 126 rycin wypełnione ich codziennymi sprawunkami, pracą (ciężką i lekką…), rozrywką, wyrzeczeniami, uczuciami, dziwactwami oraz nadzieją. Iście demokratycznie zaprezentowano obok siebie wizerunki kobiet w każdym wydaniu - boginek, muz, świętych, szwaczek, kucht czy kurtyzan. Tę swoistą anatomię funkcji społecznych zawartych w pojęciu „kobieta” podzielono tematycznie na siedem części, dodatkowo uzupełniając całość rzeźbami Aliny Szapocznikow i Xsawerego Dunikowskiego oraz instalacjami artystów takich jak Małgorzata Łojko czy Erwina Ziomkowska. Jak zawsze, wykonanie, estetyka oraz organizacja całego przedsięwzięcia były dopięte na ostatni guzik. Dobre oświetlenie sprzyja podziwianiu precyzji rylca i nie męczy wzroku. Niknące z czasem konteksty były przypominane przez tabliczki ze zwięzłą analizą dzieła oraz tłumaczeniami (głównie z odrzuconej przez współczesność łaciny – pozdrowienia dla klasyka!) sentencji i utworów widocznych w kompozycji.

4 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Naszym punktem odniesienia są odrębne „wcielenia” płci pięknej: „Matka”, „Towarzyszka i sługa”, „Przedmiot”, „Muza”, „Wojowniczka”, „Wzór dobry, wzór zły” oraz „Szafarka dobra i zła”. Tak jak obalono do dziś mnóstwo stereotypów, które pokutują na wystawionych tu grafikach wybitnych twórców, również wystawa w MCK burzy nasze wyobrażenia o podejściu do tematu z perspektywy XVII i XVIII wieku. Można było tu zobaczyć na przykład niezależną matkę-żywicielkę rodziny, która wyprodukowane przez siebie rzeczy sprzedaje, by wykarmić familię a także zainwestować co nieco w… ziemię. Autorką pełnych symboliki wyobrażeń dam uwikłanych w domowe obowiązki (połowa XVII wieku) jest zaś… Dunka, Geertruydt Roghman. W kwestii sensu ekspozycji najlepiej jednak oddać głos autorom tego przedsięwzięcia – dr Karolinie Grodziskiej i prof. Jackowi Purchli, którzy w publicznym zaproszeniu bardzo celnie ujęli myśl przewodnią wystawy: „Czy zadania kobiety, mimo tak znaczącej zmiany, jaka dokonała się w położeniu społecznym pań w ciągu ostatnich 150 lat, pozostają tak samo powtarzalne i niekończące się? To pytanie winno być punktem wyjścia dla dyskusji nad spojrzeniem sztuki na zmieniające się role i status kobiety”.

Zachęcam zatem, by przejrzeć się w lustrze epok, w powszechnej opinii zniewolonych przez wymagające, trudne do zniesienia konwenanse, a faktycznie niepozbawionych różnorodności. Z wizerunków tu umieszczonych – bohaterki „Wzoru cnotliwej żony” czy „Niedobranej pary”, „Smażącej ciastka” i innych bije milczenie. Ktoś słusznie zauważył, iż współczesne kobiety różnią się od tych, które żyły w dawnych czasach tym, że mają o wiele większe prawo głosu. Drogie Panie, skoro obecnie możecie zaistnieć samodzielnie w mediach, podejrzyjcie jak ówczesne medium, jakim była sztuka, ukazywała byt Waszych poprzedniczek. JAN KŁAPA

5 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Brzmienie postmodernizmu

W ramach krakowskiego festiwalu muzycznego Sacrum Profanum zapomniane hale przemysłowe Nowej Huty ponownie zatętniły życiem. W dniach 21 i 22 września na terenie ocynowni ArcelorMittal miały miejsce dwa koncerty finalizujące tegoroczne wydarzenie. Sobota należała do The Ensemble Modern wykonującego ostatnie prace Franka Zappy – fragmenty „The Yellow Shark” oraz „Greggery Peccary&Other Persuasions”. Nieżyjący już dziś artysta był określany mianem symbolu zachodniej kontrkultury, satyrycznym wirtuozem awangardowym z całą swoją improwizacją, wręcz szaleństwem. Jego zespół, początkowo nazwany „The Mothers”, a później „The Mothers of Invention” w 1966 roku został okrzyknięty „shock-rockowym” przez prestiżowy magazyn „The New York Times”. Sobotni wieczór był mimo wszystko najważniejszym wydarzeniem Sacrum. Już pierwsze dźwięki momentalnie oczarowały słuchaczy (a bisom nie było końca), którzy w skupieniu przysłuchiwali się symfonicznej interpretacji muzyki klasycznej XX wieku, inspirowanej twórczością Strawińskiego. Można też było usłyszeć nieco bluesa, jazzu. Zappa uwielbiał eksperymentować.

Niedzielny koncert POLISH ICONS obejmował występy DJów, którzy zremiksowali utwory Lutosławskiego w 100. rocznicę jego urodzin. Z jego muzyką (w wykonaniu orkiestry AUKSO) zmierzyli się: Skalpel – polski duet, Oneohtrix Point Never, Emika, Clark i Mira Calix związani z londyńskimi wytwórniami NinjaTune i WARP. Muzyce elektronicznej przeplatanej z żałobną, preludiami i fugą towarzyszyły efekty wizualne – gra świateł, grafiki, dymów, laserów. Wszystko to składało się na niepowtarzalny klimat. Coś niesamowitego. JOANNA WĘŻYK

6 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

New York, New York… Idąc ulicą możesz spotkać tu ludzi wszystkich narodowości, we wszystkich kolorach skóry, usłyszeć kosmiczną mieszankę języków, kultur, ubioru… Oprócz tego spoglądasz w górę i nie możesz doliczyć się pięter drapaczy chmur, które zapierają dech w piersiach. Widzisz kamienicę, park, charakterystyczny zaułek i myślisz „To tutaj kręcili najlepszy film akcji”… Jesteś zachwycony, a jednocześnie przerażony „Miastem, które nigdy nie śpi…” czy też „Centrum wszechświata”- ktoś nie bez powodu nadał mu te przydomki.

W tym roku pojechałam do Nowego Jorku, gdzie spędziłam prawie dwa miesiące. Od dawna marzyłam, żeby się tam znaleźć. Udało się, czyli marzenia jednak się spełniają! Przede wszystkim chciałam podszkolić język, bo oczywiście nigdzie nie zrobi się tego lepiej niż w kraju, w którym używany jest on na co dzień. Pierwsze, co bardzo mnie zaskoczyło, to widok całej masy Rosjan, Chińczyków, Japończyków, Hindusów… Rozglądałam się wokół i szukałam Amerykanów! Od dawna słyszałam, że jest tu mieszanka ludzi z całego świata, ale żeby aż tak?! Okazało się, że w Nowym Jorku to rzadkość spotkać prawdziwego Amerykanina z krwi i kości, który nie byłby chociaż w 1/8 Włochem, Francuzem czy Chińczykiem. Mimo to, byłam zachwycona miastem i stwierdziłam, że te dwa miesiące zapowiadają się wspaniale! Słynne żółte taksówki, ogromne sklepy, mnóstwo samochodów, tysiące restauracji, kawiarenek, miliony ludzi podążających każdy w innym kierunku. Times Square po zmroku z migocącymi billboardami, reklamami, Broadway czekający na spragnione niezapomnianych przedstawień tłumy… Kolejki na Empire State Building, z którego widok zapiera dech w piersiach. To miasto naprawdę tętni życiem!

Oprócz przyjemności, jakim był odpoczynek, zwiedzanie, zasmakowanie życia w „Wielkim Jabłku”, zostałam również uczniem jednej z nowojorskich szkół językowych. Idąc na egzaminy wstępne byłam pełna obaw… Czy sobie poradzę? Czy mnie zrozumieją? Już po przekroczeniu progu budynku moje obawy zostały rozwiane. Spotkałam się z całą masą serdeczności, życzliwości, przestałam się denerwować! Miesiąc, który tam spędziłam minął jak jeden dzień. Koledzy z klasy okazali się fantastycznymi ludźmi, nawiązałam wiele ciekawych znajomości, poznałam ich kulturę, religie, nauczyłam się choć paru słów w innych językach.

7 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Mówiąc krótko- staliśmy się jedną wielką rodziną. Wcale nie czuliśmy się jak w szkole, czas upływał bardzo szybko. Pewnego niedzielnego dnia wybrałam się również na wycieczkę do Waszyngtonu - miasta z bogatą historią, pełnego muzeów i turystów, bo każdy ma na mapie wycieczki Biały Dom, Kapitol czy Pomnik Jeffersona. Oczywiście przed ogrodzeniem domu prezydenckiego stało mnóstwo turystów robiących zdjęcia. Słyszałam, że Barack Obama lubi robić niespodzianki i czasem pojawia się, by porozmawiać z turystami. Niestety, nie miałam tego szczęścia. W końcu nadszedł czas powrotu do „szarej” rzeczywistości. Ciężko było wsiąść do samolotu i opuścić „Wielki Świat”. Jednak na pewno kiedyś tam wrócę, bo to jedno z takich miejsc gdzie się wraca i wraca, i nigdy się nie nudzi…

KAROLINA CZAPLAK

MACIEJ BERNAŚ

8 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

„Z żaka król”

6 X 2013r. w krakowskiej Filharmonii odbyła się uroczysta gala, która zwieńczyła trzydniowe obchody jubileuszu 425-lecia istnienia I Liceum Ogólnokształcącego im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie. Podczas drugiej części uroczystości zaproszeni goście mieli okazję zobaczyć widowisko słowno-muzyczne, którego częścią były fragmenty przedstawienia pt. "Z żaka król"- o czasach, gdy Król Jan III Sobieski był uczniem szkoły nowodworskiej. Opracowaniem widowiska zajęły się prof. Marta Karpiel, prof. Małgorzata Podsiadło, prof. Bogumiła Latinek, a także pan prof. Michał Karasiński. Było to zadanie trudne, ponieważ czasu było bardzo mało, a zadań do zrealizowania wiele.

Wszystko zaczęło się w drugim tygodniu roku szkolnego. 6 IX, w piątek, na długiej przerwie, w szkolnej auli odbyło się organizacyjne zebranie, na które mogli przyjść wszyscy chętni do podjęcia działania. Prof. Karpiel od razu powiedziała jasno: skoro przyszliśmy, zadeklarowaliśmy pomoc i jesteśmy odpowiedzialni za efekt końcowy. Reżyserami przedstawienia zostali Ewelina Dziedzic i Natan Waśniowski, zaś nad przygotowaniem scenografii czuwała Ola Kuliczkowska. Castingi, podczas których wybrani zostali aktorzy do poszczególnych ról, odbyły się na początku kolejnego tygodnia. Pierwsza próba miała miejsce w piątek, 13. września. Nie wydaje mi się, żeby była to data pechowa. Był to początek pracy, ale i dobrej zabawy. Przez kolejny tydzień na próbach towarzyszył nam prof. Janusz Ryba, który pomagał nam zrozumieć, o czym właściwie mówimy i jak mamy mówić poprawnie. Dzięki temu wszystko zdawało się nabierać sensu i przybrało kształt czegoś, co będzie można pokazać ludziom. Ten tydzień zakończyliśmy dwugodzinną próbą w filharmonii. Pokazała ona, że jesteśmy dopiero na początku długiej drogi do sukcesu. Po opanowaniu tekstu, poznaniu własnej postaci, wejściu w rolę, niezbędne jest uporządkowanie sytuacji na scenie w każdym momencie przedstawienia, wyeksponowanie odpowiednim ustawieniem postaci, która wygłasza jakąś ważną kwestię i uniknięcie chaosu w momentach, w których na scenie znajdowało się najwięcej aktorów. Pomogła nam w tym pani Katarzyna Maria Zawadzka, aktorka teatru KTO, która

9 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

przyszła na próby w kolejny wtorek i środę. Dzięki jej wskazówkom szkielet przedstawienia zmienił się w coś, z czego mogliśmy być zadowoleni i co mogliśmy powtarzać na codziennych już próbach, za każdym razem eliminując tylko coraz mniejsze błędy. Na początku ostatniego tygodnia poszliśmy do wypożyczalni strojów Teatru Starego, gdzie mogliśmy skompletować dla siebie kreacje na niedzielny wieczór. Jedni przebierali się w możliwie najbardziej obciachowe rzeczy, inni zaś szukali na ubraniach coraz to bardziej znanych nazwisk. Wszak niecodziennie można założyć spodnie, w których na deskach teatru występował sam Daniel Olbrychski. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć w owych ubraniach, zabraliśmy się za szukanie rzeczy, które faktycznie mogą nam się przydać.

MACIEJ BERNAŚ Próby generalne zaczęliśmy w czwartek w auli, kolejne odbyły się w sobotę, również w szkole, a w niedzielę od rana mogliśmy już ćwiczyć w filharmonii. Dobrą zabawę gwarantowały mikroporty, z którymi większość z nas miała kontakt po raz pierwszy. Po ostatniej próbie przed obiadową przerwą, wszyscy wydawali się spokojni o to, co miało nastąpić za kilka godzin. Dopiero gdy skończyła się pierwsza część uroczystości, zaczęło do nas docierać, że za chwilę mamy wyjść na scenę i to, co było dla nas zabawą przez ostatnie tygodnie, ma stać się prawdziwym spektaklem. No ale cóż poradzić, każdy, wyściskany przez najbardziej zestresowaną ze wszystkich reżyser Ewelinę, wychodził na scenę z przekonaniem, że wszystko pójdzie dobrze. I poszło. Światła działały, mikroporty też, prądu nie zabrakło, tekstu nikt nie zapomniał, było naprawdę w porządeku, tak, jak chcieliśmy to zrobić. Czy podobało się widzom? To już pytanie nie do mnie. Zrobiliśmy wszystko najlepiej jak mogliśmy, jesteśmy z siebie zadowoleni. Nie udałoby się to, gdyby nie zaangażowanie wielu osób, na czele z Eweliną i Natanem, którzy poświęcili bardzo dużo czasu, włożyli wiele serca i pracy w przygotowanie przedstawienia. To samo można powiedzieć o opiekunach, w szczególności pani prof. Karpiel, która, choć czasem słusznie mówiła nam, że coś jest źle, że wiele rzeczy możemy zrobić lepiej, przez cały czas wierzyła, że przygotujemy przedstawienie na miarę naszych możliwości. A te podobno są całkiem spore, bo wszak to Nowodworek. ;) Wielkie dzięki dla wszystkich, za każdą próbę, każdy rekwizyt, każde przyniesione jedzenie, praca z Wami była naprawdę super! STANISŁAW TOKARSKI

10 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Zderzenie czołowe z Wszechświatem

Odwiedziłam ostatnio nasze Muzeum Narodowe jako że stęskniłam się za tym budynkiem, panią w recepcji, szatniarzem i w ogóle Gmach Główny wypełnia me serce ciepłem. Żartuję oczywiście. Plakaty trąbią, że Matta wypożyczony, że wystawa „Człowiek i Wszechświat”, wielkie wydarzenie. Wiedziona odrobinę ambicją (no jak to, był w Krakowie, a ja nie widziałam?) a odrobinę ciekawością, wybrałam się stawić czoło Niepojętemu (to również tytuł jednego z obrazów). Ściany pomalowane na czarno, sale pogrążone w mroku. Obrazy są jedynymi oświetlonymi punktami. Niby klasyczne, ale efektowne zagranie. Technika to olej na płótnie, a prace wyglądają jak transparentne malunki na szkle. Podchodzę zaciekawiona, przyglądam się, przechylam głowę, mrużę oczy... generalnie pełne skupienie. Nagle podskakuję przerażona. Tuż nad moją głową rozlega się odgłos uderzenia w rurę, podobny sygnalizacji sąsiadów, że jestem za głośno. Rozglądam się. Sąsiadów nie uświadczysz. I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to efekty dźwiękowe, mające wprowadzić mnie w klimat. Chyba były niepotrzebne. I tak czułam się jak w futurystycznej galerii ulokowanej na przykład na Marsie, albo w wilgotnej piwnicy. Na pewno padnie teraz pytanie, czy mi się podobało, jakie to było i czy w ogóle coś zrozumiałam? Nie będę opowiadać co powinno Wam się podobać, co macie tam dostrzec. Nie sugerujcie się mną, ani żadną inną opinią. Mogę tylko poradzić: najpierw przydałoby się dowiedzieć czegoś o samym artyście. Ja zrobiłam mały rekonesans. Matta to podróżnik, zaangażowany działacz na rzecz wyzwolenia krajów Ameryki Południowej, ale przede wszystkim artysta, nie mieszczący się w określeniu „surrealista” i odrzucający miano „abstrakcyjny”, wychodzący poza ramy (Ha, no właśnie. Obrazy naprawdę nie mają ram!), nawet jak na tendencje okresu w którym tworzył.

11 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Nie mogę powiedzieć, że podobało mi się wszystko, że każdy przekaz zrozumiałam, jednak parę prac zapadło mi w pamięć. Przede wszystkim trzy wyobrażające centaury. I jeden wizerunek ulicy w wojennej zadymie. Lecz najbardziej zachwyciły mnie prace polskiego twórcy, Alfreda Lenicy z cyklu „Chile - Chile”, które zostały dołączone do wystawy. Namalował je wyrażając swój podziw i poparcie dla Matty, którym był zafascynowany. Nie podobało mi się tylko, że zabrakło dla nich oprawy, miejsca i choćby specjalnego oświetlenia. Wiszą stłoczone na jednej ścianie, ulokowane tak, że musiałam zabawnie wyglądać, stercząc przed recepcją z zadartą głową, gapiąc się na nie dłużej niż nakazuje przyzwoitość. Cóż, były warte nadwerężenia karku. Są najlepszą częścią wystawy. Matta mówił: „stawiać opór”, tak więc postąpiłam ignorując potępiające spojrzenia mądrzejszych ode mnie koneserów sztuki. Nie polecam ekspozycji wszystkim. W końcu nie każdy lubi takie piwniczne klimaty, poza tym, umówmy się, to specyficzny kierunek w sztuce. Większość ludzi reaguje na niego jak na pająki w łazience. Ale Was mogę zachęcić przynajmniej do krótkiej wizyty w holu Gmachu Głównego. Warto zobaczyć, co mamy i nie znamy, choć cudze chwalimy. Wystawa: Matta. Człowiek i Wszechświat. 13 lipca 2013 – 31 października 2013 Cena biletu: normalny: 13 zł, ulgowy: 8 zł. Godziny otwarcia: poniedziałek: nieczynne wtorek – sobota: 10:00 – 18:00 niedziela: 10:00 – 16:00 MAGDALENA TYSZECKA

12 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Wywiad z Alexem Niznikiem

Do naszej szkoły uczęszcza wielu młodych ludzi, którzy radość czerpią z niecodziennych pasji. Jednym z nich jest Alex Niznik – miłośnik kitesurfingu. Trochę więcej o nim samym, a także o tym, bądź co bądź, mało popularnym w Polsce sporcie możecie przeczytać w poniższym wywiadzie. Marta Zygmunt: Powiedz nam kilka słów o sobie. Alex Niznik: Chodzę do klasy 3a2, o profilu mat-inf. Przeniosłem się do Nowodworka na początku zeszłego roku, wcześniej uczęszczałem do III Społecznego Liceum na Stradomiu. Zmieniłem szkołę, bo stwierdziłem, że w I LO będę miał zdecydowanie lepsze możliwości do nauki. MZ: Twoje imię i nazwisko zdecydowanie nie brzmią polsko. AN: Urodziłem się we Francji (Grenoble), w miasteczku Bernin u podnóża Alp, gdzie spędziłem pierwsze 7 lat mojego życia. Chodziłem tam do pierwszej klasy szkoły podstawowej, w tym samym czasie uczęszczając też do „zaocznej" szkoły polskiej. Dlatego po przyjeździe do Polski, poszedłem od razu do 2 klasy, jako 8 czy 7-latek, nie pamiętam (śmiech). W każdym razie jestem rok młodszy rocznik 96. MZ: Wiemy, że interesujesz się kitesurfingiem. Jak to wszystko się zaczęło? AN: Przygodę z kite'em zacząłem w Egipcie, w 2008 roku, jeżeli dobrze pamiętam. Cała męska część rodziny (ojciec i brat) pływała na windsurfingu. Gdy mój tata postanowił spróbować kite'a, spodobało mu się tak bardzo, że chciał nas tego nauczyć. Nienawidziłem robić nowych rzeczy (szczególnie tych związanych z wodą, za windsurfingiem też nie przepadałem), ale ojciec zapisał mnie na kurs kitesurfingu. Stawiałem opór wszystkimi siłami, które miałem do dyspozycji, ale jednak dałem się zabrać na lekcję na środku morza. Po wakacjach w Egipcie, w 2010 r. pojechaliśmy na Zanzibar, gdzie pierwszy raz stanąłem na desce (wcześniejsze próby w Egipcie kończyły się totalnym fiaskiem). Wtedy do mnie trafiło, że ten sport jednak mi się podoba. Niestety, nie byliśmy na wyspie wystarczająco długo, abym mógł nauczyć się czegokolwiek więcej.

13 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

MZ: Teraz przyznaj się, gdzie spędziłeś ostatnie wakacje. AN: Ojcu tak bardzo spodobał się Zanzibar, że od tamtej pory jeździmy tam co roku, na miesiąc. Tylko tam pływam, i w ciągu miesiąca udaje mi się uczyć coraz to nowych ewolucji powietrznych. MZ: Jak wygląda sprawa kitesurfingu w Polsce? Są jakieś możliwości rozwoju, czy to tylko taki sport „wakacyjny”? AN: Kitesurfing jest sportem rozwijającym się w niezwykłym tempie. Większość osób uprawiających windsurfing bardzo chętnie przerzuca się właśnie na kite'a, mówiąc, że ten sport nie jest tak „nudny". Jeżeli chodzi o możliwości rozwoju w Polsce, to nie ma z tym żadnego problemu. Dobrym sposobem na podtrzymanie formy, czy też naukę, jest wybranie się na najbliższy wakepark. Zasada jest ta sama jesteśmy na desce i ciągnie nas lina. Wakeboard jest bardzo podobny do kitesurfingu, dlatego nawet zaleca się go bardziej doświadczonym zawodnikom, aby mogli szlifować swoje umiejętności. Oprócz tego w Polsce zostaje nam wiele jezior, nad którymi co jakiś czas wieje, no i oczywiście Hel - domena wszystkich pasjonatów ekstremalnych sportów wodnych.

MZ: Bierzesz udział w jakichś zawodach? AN: Jeżeli chodzi o mnie i zawody, to na razie jeszcze nie startuję w żadnych. Mam zamiar wziąć udział w Ford Cup 2014, we freestyle'u, gdy nauczę się paru nowych trików i będę mógł się z nimi pokazać na plaży. MZ: Czy masz jeszcze, poza kite’em, jakieś inne zainteresowania? Z czym chciałbyś związać swoją przyszłość? Może staniesz się inspiracją dla wciąż niezdecydowanych trzecioklasistów. AN: Oprócz kitesurfingu, na co dzień zajmuję się hodowlą mrówek, które mam od 5 lat oraz amatorskim beatboxem. Mrówki trzymam w sumie przez przypadek - dostałem puste formikarium w formie "spadku" i nie miałem co z nim zrobić, więc kupiłem królową i postanowiłem zająć się tym tematem. Moja kolonia liczy dziś około 600-700 osobników. Po maturze chciałbym się wybrać na studia informatyczne - Software Engineering, za granicą. MARTA ZYGMUNT

14 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Wywiad z Krystyną Jandą

Do Akademii Teatralnej trafiła właściwie przez przypadek. Miała jedynie towarzyszyć zdającej egzamin koleżance, a zachwyciła komisję i została… I tak od prawie 40 lat czaruje publiczność na ekranie i scenach teatrów, Jedna z najlepszych polskich aktorek, a z pewnością najbardziej zapracowana, KRYSTYNA JANDA, specjalnie dla Was opowiada o karierze, sukcesie oraz życiu. Wywiad przeprowadziły Agnieszka Orszulak i Karolina Zając

Agnieszka i Karolina: Którą rolę określiłaby Pani jako najbardziej przełomową w swojej karierze?

Czy uczucia towarzyszące Pani przy tym pierwszym występie pojawiają się obecnie? K.J.: Po pierwsze nagrywałam ten Teatr Telewizji będąc w piątym miesiącu ciąży. Wymiotowałam, nie mogłam grać w gorsecie, grałam na bosaka, bo tak puchły mi nogi. To zdominowało moje wspomnienia z tamtego okresu. Potem już zawsze było „lepiej”.

Krystyna Janda: Niewątpliwie wciąż Agnieszkę z „Człowieka z marmuru”. Ale rola w „Przesłuchaniu” umocniła i do końca mnie zdefiniowała jako aktorkę. W teatrze Medea i wszystkie po kolei role komediowe. A Shirley Valentine, którą gram od 2 lat, jest moją sztandarową rolą komediową.

A i K: Czy rola Doriana Graya z „Portretu Doriana Graya” Oscara Wilde’a, którą zagrała Pani w Teatrze Małym w Warszawie była dla Pani trudna do przedstawienia? Jeśli tak, to co było najtrudniejsze?

A i K: Jak wspomina Pani swój pierwszy debiutancki występ w „Trzech siostrach” Antona Czechowa w reżyserii Aleksandra Bardiniego w Teatrze Telewizji w 1974 roku?

15 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

prowadziłam tak naprawdę nigdy. Nigdy też nie gotowałam i sprzątałam. Nie musiałam. K.J.: Dorian Grey to w zasadzie mój debiut teatralny, obok wielkich znakomitości aktorskich. Reżyserem był Andrzej Łapicki. To wszystko było jak sen, ale jednocześnie grałam Anielę w „Ślubach panieńskich”. Trudno znaleźć różniejsze role. I to było moje szczęście. W tym samym czasie już zaczęliśmy zdjęcia do „Człowieka z marmuru” i chwilę później zaśpiewałam w Opolu, na festiwalu. Wszystko dziś się miesza. Pamiętam niewiarygodne emocje i tyle.

A i K: Wielu aktorów zarzeka się, że odradza swoim dzieciom pójście w ich ślady. Pani córka jest aktorką. Wpływała Pani w jakiś sposób na jej decyzję? K.J.: Bardzo jej odradzałam ten zawód i życie z tym zawodem, który cechuje egzamin każdego dnia z tego, jakim się jest aktorem , co się umie i czy ma się talent. Marysia zdała na studia aktorskie wbrew mnie i poza moją wiedzą i udziałem w tym wydarzeniu.

A i K: Czym kieruje się Pani wybierając role? W tym zadaniu pomaga Pani rodzina? Kto ma na Panią największy wpływ pod tym względem?

A i K: Jest Pani laureatką wielu prestiżowych nagród filmowych, na przykład otrzymała Pani Złotą Palmę na festiwalu w Cannes za rolę w filmie „Przesłuchanie”. Czy takie wyróżnienia zobowiązują?

K.J.: Jest wiele kryteriów i za każdym razem dominują inne. A to osoba reżysera i obsada, a to temat, a to doskonałość zapisu scenariusza czy sztuki teatralnej. Temat wyjątkowo mnie poruszający czy aktualny. Rodzina na moje wybory nigdy nie miała dużego wpływu, bo starałam się zawsze oddzielać życie zawodowe od rodzinnego, od kiedy pamiętam nigdy nie „męczyłam” ich swoimi sprawami zawodowymi.

K.J.: To oczywiste. Ale też nie dają nic gotowego w sensie zawodowym w zamian. Wręcz przeciwnie, jakby utrudniają dalsze życie zawodowe. Utrzymać się na fali i w czołówce przez 40 lat to nie lada sztuka i nie dają tego żadne wyróżnienia i nagrody. To miłe, ale też w rezultacie nie idzie za tym nic konkretnego. Ja, po nagrodzie w Cannes, zaszłam dwa razy z rzędu w ciążę i urodziłam moich synów. Wszystkie propozycje, które nadeszły, także te zza granicy, ominęły mnie, nie mogłam ich przyjąć.

A i K: Pracę na planie jakiego filmu czy serialu wspomina Pani najmilej? K.J.: Było ich około 100, trudno powiedzieć. Niewątpliwie wszystkie spotkania z Andrzejem Wajdą były najważniejsze.

A i K: Jest Pani ikoną polskiego kina i teatru. Czy odczuwa Pani presję bycia żywą legendą?

A i K: Czy trudno pogodzić życie rodzinne z tak aktywnym zawodem, jakim jest aktorstwo?

K.J. :I tak, i nie. Ale żyję i pracuję dalej, w zgodzie ze sobą. Mam do siebie szacunek, to chyba najważniejsze.

K.J.: Mnie się udawało i udaje. Mam do tego trójkę dzieci. Ale też mieszkałam do końca z rodzicami, teraz wciąż z moją mamą i to oni, na czele z moim mężem, pomagali mi przede wszystkim wychować dzieci. Domu nie

A i K: W repertuarze Teatru Polonia i OchTeatru znajduje się wiele ciekawych tytułów. Ma Pani swoją ulubioną sztukę?

16 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

K.J.: Tak, to spektakl „Koza, albo kim jest Sylwia”, ale generalnie lubię nasz repertuar i spektakle. To teatr jaki sama chciałabym oglądać. W tej chwili robimy dużo komedii i fars, szczególnie w Och-Teatrze. To mnie cieszy. Oglądam je z przyjemnością, są świetnie grane na bardzo wysokim poziomie. A i K: Obecnie występuje Pani w spektaklu „Danuta W.” w tytułowej roli Danuty Wałęsy. Czy spotkała Pani osobiście Pierwszą Damę? Co skłoniło Panią do przyjęcia tej roli? K.J.: Spotkałam panią Danutę Wałęsę wielokrotnie, ale już po premierze sztuki. Kiedy otrzymałam tę propozycję, wiedziałam, jaką szansę dostałam i jak ważny może to być spektakl dla Widzów. Także dla mnie. Dziś gram niewątpliwie ten spektakl- o historii Polskiprzez życie pani Danuty, także dla siebie, a nie wiem, czy nie przede wszystkim dla siebie.

prowadzę dziennik internetowy, utrzymuję tę stronę od lat.

także

A i K: Jest Pani prawdziwym „człowiekiem renesansu” – gra Pani 300 razy w roku, reżyseruje, prowadzi dwa teatry – jest Pani gwiazdą i ikoną, a przy tym spełnioną matką i kobietą. Czego więc można życzyć Krystynie Jandzie?

A i K: Prowadzi Pani bloga. Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie?

K.J.: Troszkę ulgi w tej codziennej walce z „niemożnościami”, jakie wiążą się z prowadzeniem Fundacji i dwóch teatrów w kraju, w Państwie, które raczej tego nie docenia i które nie chce pomóc.

K.J.: Zaczęłam w roku 2000 i raczej była to intuicja, że to dobry kontakt z widzami niż pewność. Odpowiedziałam przez te lata na wszystkie listy na forum kierowane do mnie. Jestem z tego bardzo dumna. Ja nie tylko

AGNIESZKA O RSZULAK, KAROLINA ZAJĄC

17 TNT


Kultura Kultura

Podróże Podróże

Sztuka Sztuka

Ludzie Ludzie

Film Film

Siwa Piecze Siwa Piecze

Miłość a podróże w czasie Nie ukrywajmy, że przeciętny widz, wybierając komedię romantyczną na swój filmowy seans nie oczekuje niczego specjalnego. Ten gatunek powstał (z góry przepraszam czytelników za to haniebne porównanie) w tym samym celu co "Potop" Sienkiewicza - „ku pokrzepieniu serc”. Zwykle na decyzję o obejrzeniu historii miłosnej z cudownie szczęśliwym zakończeniem wpływa nasz depresyjny stan ducha lub chęć oddania się błogiemu relaksowi. Jeśli nie jesteście fanatykami kina - a pisząc to mam na myśli gruntowne sprawdzanie obsady, reżysera, scenarzysty i całej filmowej otoczki przed każdym z oglądanych filmów, nazwisko Richarda Curtisa nic wam nie powie, a po waszym seansie nie będziecie spodziewać się niczego ponad utarty schemat. Gdy jednak wymienię kilka tytułów tego scenarzysty: „Cztery wesela i pogrzeb”, „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” wasze oczekiwania znacząco wzrosną. Nowy film Curtisa jest połączeniem typowej komedii romantycznej z kinem sciencefiction, choć fantastyczny jest tu tylko pomysł wyjściowy. Cała oprawa „Czasu na miłość” jest dokładnie taka, jak można się po tym twórcy spodziewać – film jest opowiedziany z wdziękiem, niewymuszonym humorem i zgrabnie napisanymi dialogami. Między bohaterami iskrzy, wszystkie postaci są bardzo wyraziste (nie tylko rodzina Tima, ale i jego kumple, pierwsza miłość, a nawet chłopak siostry), a niektóre sceny pozostaną w pamięci jeszcze na długo po seansie. Główny bohater filmu „Czas na miłość" to Tim: sympatyczny, rudowłosy, nieco niezdarny i roztrzepany chłopak. Ma on jednak w zanadrzu sztuczkę, za jaką wszyscy bohaterowie poprzednich filmów Curtisa daliby się żywcem pokroić: potrafi cofać się w czasie. Towarzyska wpadka? Niewykorzystana okazja? Głupi tekst rujnujący szanse na olśnienie potencjalnej miłości życia? Nie ma problemu: dzięki mocy przekazywanej w jego rodzinie z ojca na syna, Tim może wrócić do (prawie) dowolnego momentu ze swojej przeszłości. Zdolność tę wykorzystuje – oczywiście - do odnalezienia tego, czego brakuje w życiu 21-latka najbardziej: wielkiej miłości. Niech nie dziwi was fantastyczny wątek w tej historii: teoria podróży w czasie nie jest w filmie zbyt rozwinięta, a typowe paradoksy wynikające z modyfikowania przeszłości pozostają nietknięte. „Czas na miłość" to nie film science- fiction, a niezwykła moc bohatera jest jedynie pretekstem do opowiedzenia całkiem innej historii. Jak zwykle u Curtisa, mocnym punktem filmu pozostaje obsada. Mógłbym rozpisywać się godzinami nad jak zwykle doskonałym Billem Nighy. W głównych rolach obsadzono Rachel McAdams i Domnhalla Curtisa, między którymi na ekranie rozwija się całkiem przekonująca chemia. W każdej scenie widać, że aktorzy znakomicie czuli się na planie, bardzo dobrze rozumiejąc scenariusz. Nieporadność bohatera i jego ciągłe cofanie się w czasie, aby ponownie zmierzyć się z daną sytuacją, wypadają świetnie, a dialogi prowadzone pomiędzy postaciami zaskakują tym… że są naprawdę zabawne oraz błyskotliwe. Na sali kinowej nie można było znaleźć nikogo, kto nie zaśmiałby się chociaż raz. Z takiego pomysłu na scenariusz mogłaby powstać lekka opowieść, nic ponadto. A jednak dostajemy historię o relacjach, która wzrusza, sprawia, że przywiązujemy się do bohaterów, bawi, zaskakuje. Jeśli poszukujecie nieprzeciętnej komedii romantycznej zdecydowanie powinniście wziąć pod uwagę ten tytuł. Kobiety będą zachwycone, a nawet najbardziej zatwardziali macho powinni ocenić film minimum 7/10. To komedia romantyczna, na której z pewnością nie będziecie przysypiać.

KUBA PYLA

18 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Ponury Woody Allen Będąc wielką entuzjastką Woody’ego Allena z niepokojem obserwowałam ostatnie lata jego twórczości. Po rozczarowującym „O północy w Paryżu” i pełnych powtarzalności, schematycznych „Zakochanych w Rzymie”, wszystko jednoznacznie wskazywało na to, że pula kreatywności wybitnego reżysera uległa wyczerpaniu. Próby jak najefektowniejszego ukazania piękna europejskich miast stały się priorytetem Allena, na czym ucierpiały fabuły obu filmów, które można określić jako nieprzemyślane oraz przeciętne. Dlatego też z pewnym sceptycyzmem podeszłam do jego najnowszej produkcji – „Blue Jasmine”. Na szczęście moje obawy okazały się niesłuszne. Po kilku nieudanych latach Woody ponownie stworzył interesujący obraz. Jasmine to przedstawicielka nowobogackiej klasy, przyzwyczajona do luksusu i wygody. Mieszka w przestronnym apartamencie z widokiem na Central Park, ubiera się w najdroższych nowojorskich butikach. Jej życie upływa na organizowaniu przyjęć i byciu przykładną, błyszczącą w towarzystwie żoną. Gdy nagle traci cały swój majątek i ukochanego męża, jej świat wywraca się do góry nogami. Decyduje się na przyjazd do swojej przyrodniej siostry, mieszkającej w San Francisco, z nadzieją na rozpoczęcie nowego życia. Rosnące rozdrażnienie, nieumiejętność funkcjonowania w zwyczajnej, szarej rzeczywistości prowadzi Jasmine do załamania nerwowego.

19 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Najnowszego dzieła Allena nie można nazwać komedią. Jest to zdecydowanie jeden z najsmutniejszych filmów w dorobku jego twórczości. Historia znerwicowanej, nie potrafiącej zaakceptować swojej sytuacji życiowej kobiety zawiera w sobie jednoznaczną diagnozę – dramaty życiowe dotykają wszystkich bez względu na status majątkowy, społeczny, pochodzenie. Potrzeba ogromnej siły psychicznej, aby się z nimi uporać i stanąć ponownie na nogi. Jasmine się to nie udaje. Cate Blanchet brawurowo wcieliła się w postać głównej bohaterki. Po raz kolejny udowodniła, że jest fantastyczną aktorką. Postać przez nią grana raz wzrusza, raz napawa odrzuceniem i niesmakiem. Doskonale wydobywa ze swojej postaci wszystkie emocje. Bez dwóch zdań to na niej skupia się cała uwaga widza. Gdyby nie ona, „Blue Jasmine” zostałoby pozbawione blasku. W całym filmie nie brakuje charakterystycznego dla Woody’ego Allena sarkastycznego, ironicznego humoru. Jednak tym razem zamiast wywoływać śmiech prowadzi on do refleksji – to, co pozornie wydaje się zabawne jest prawdziwe, rzeczywiste W paradoksalnych sytuacjach spotykających Jasmine można dostrzec lustrzane odbicie współczesnego, przyprawiającego o smutek świata.

„Blue Jasmine” nie jest dziełem znakomitym i zdecydowanie nie dorównuje produkcjom Allena z lat 80. i 90. Jednak biorąc pod uwagę całkowitą zmianę konwencji z lekkiej komedii na poruszający dramat, reżyserowi udało się stworzyć przekonujący, warty obejrzenia film.

ZUZANNA ŻUCHALSKA

20 TNT


Kultura

Podróże

Sztuka

Ludzie

Film

Siwa Piecze

Siwa Piecze Jesienna krajanka ze śliwkami, żurawiną i morelami

To przepis dla wszystkich fanów ciasta kruchego, a także dla wszystkich wielbicieli śliwek. A jeśli już ktoś rozkoszuje się i w jednym i w drugim jednocześnie (tak jak ja ;), to z pewnością pokocha ten deser. W końcu co może być lepszego niż jedna wielka kruszonka, a wśród niej śliwki? I to wszystko urozmaicone moimi ulubionymi suszkami - żurawiną i morelą. Jesienią takie ciasto odstraszy nawet najgroźniejsze chmury. Przepis odnaleziony na mojewypieki.com i trochę zmodyfikowany wedle moich widzimisiów. SKŁADNIKI: 200 g mąki 175 g płatków owsianych 175 g masła 110 g brązowego cukru 50 g orzechów włoskich 3 łyżki nasion dyni 3 łyżki słonecznika 1 łyżeczka cynamonu 2 łyżki płynnego miodu 350 g śliwek 75 g suszonej żurawiny 75 g suszonych moreli

WYKONANIE : 1. Masło pokroić na małe kawałki, umieścić w misce, dodać mąkę i płatki owsiane i ugniatać tak jak kruszonkę. 2. Dodać cukier, orzechy, dynię, słonecznika, cynamon oraz miód i wyrabiać dalej. 3. Śliwki umyć, usunąć pestki i pokroić owoce na ćwiartki. 4. 2/3 ciasta oddzielić. Wmieszać w nie żurawinę i morele, a następnie wykleić nim dno formy wysmarowanej wcześniej masłem. 5. Na ciasto wyłożyć śliwki, a je z kolei obsypać pozostałą 1/3 ciasta, pokruszonego. 6. Piec w temperaturze 160 stopni przez około 50 minut.

Smacznego! ALEKSANDRA ŚLIWA http://siwapiecze.blogspot.com/

21 TNT


The Nowodworek Times #06/2013  

TNT - numer szósty

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you