Page 1

THE NOWODWOREK TIMES 02/16

Park Narodowy Sarek, Szwecja, Orsolya Haarberg, National Geographic


Wstęp od redakcji The Nowodworek Times Kochani czytelnicy! w tym numerze znajdziecie m. in. wywiad z naszą panią prezydent Nowodworka Gabielą Szutą, relacje z Konkursu Piosenki Obcojęzycznej i z Winter Battle, poznacie SMAK, dowiecie się na czym polega staż dziennikarski i poczujecie chłód pięknej Szwecji. Redakcja The Nowodworek Times


Marcin Tutajewski

Trochę polityki w Nowodworku, czyli o debatach oksfordzkich Czym tak naprawdę są debaty oksfordzkie? Zasady są bardzo proste. Po jednej stronie sali występuje propozycja – opcja opowiadająca się za tezą debaty; po drugiej natomiast opozycja – ta, która dąży do porzucenia konkretnego rozwiązania lub zastąpienia go innym. Każdy z mówców ma do dyspozycji, w zależności od rodzaju debaty, od czterech do siedmiu minut, podczas których musi ustosunkować się do wypowiedzi przeciwników, a także przedstawić swoje argumenty. Całości przyglądają się eksperci oraz marszałek, którzy nadzorują przebieg debaty, a także rozstrzygają kwestie sporne. Prawo oceny debaty ma także publiczność, która po zakończeniu głosuje za przedstawionymi ideami. Jak pokazała historia, publiczne dyskusje mogą prowadzić do znaczących zmian polityczno-gospodarczych, a nawet wpływać na wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Wystarczy chociażby spojrzeć na wyniki sondażów przedwyborczych w Stanach Zjednoczonych. W lipcu 2015 Hilary Clinton, główna kandydatka Partii Demokratycznej prowadziła niemal 20 punktami procentowymi nad przedstawicielem Partii Republikańskiej – Donaldem Trumpem. Dziś jest to tylko około 2 punktów i przewaga ta nadal się zmniejsza. Amerykański biznesmen dzięki debatom publicznym ma możliwość wpływania na społeczeństwo bardziej niż przy zastosowaniu reklam. Umiejętność wypowiadania się, łączenie faktów w logiczną całość czy pewność siebie to trzy cechy, które z pewnością powinna posiadać osoba występująca publicznie. Niektórzy twierdzą, że charyzma to coś, z czym trzeba się urodzić, jednak, jak pokazuje Boris Johnson w „The Churchill Factor”, ciągła praca i upór w dążeniu do postawionych sobie celów potrafiły zmienić niskiego i wstydliwego człowieka w jednego z największych mówców w historii świata – Winstona Churchilla. Zawsze uważałem, że w życiu należy podejmować nowe wyzwania oraz korzystać z tego, co dają nam nasze możliwości. Jeżeli też tak myślisz, przyjdź na debaty organizowane przeze mnie, Krzysztofa Woźniaka i Natana Waśniowskiego. Co środę od 15.20 w salach na drugim piętrze dyskutujemy zarówno na tematy poważne, jak i zabawne - jak chociażby „Jabłko jest lepsze od gruszki”. To doskonała okazja, żeby podnieść swoje umiejętności retoryczne, a także poszerzyć wiedzę o świecie.


Wojciech Góralczyk

Kraj sarkastycznych nihilistów? Królestwo Szwecji należy do grupy krajów północnych, o których z zasady mówi się, że są "zimne" i "surowe". Trafność tych ogólnikowych epitetów jest wątpliwa. Owszem, może odnoszą się one do pogody podbiegunowego regionu Lapplandii, być może chodzi w tym stereotypie o architekturę, w której nurty brutalizmu i minimalizmu przenikają się tworząc unikatową dla Szwecji mieszankę spotykaną w co drugim domu. Natomiast prawda o obywatelach centralnych i południowych regionów tego państwa jest taka, że są to jedni z najbardziej ciepłych, otwartych i tolerancyjnych ludzi w Europie, a być może nawet i na całym świecie. Oczywiście początkowo może to być trudne do zrozumienia. "Raczysz żartować" - powie wiele osób "Przecież w kryminałach, serialach, filmach i innych produktach kultury masowej, Szwedzi to zawsze ci chłodni, analityczni, sarkastyczni nihiliści". Tak, ale w tych samych utworach na północy Szwecji ludzie wstają rano, wybiegają ze swojego igloo, wsiadają na swojego renifera i pędzą do pracy, bo święty Mikołaj gardzi spóźnialskimi. Najlepszym przykładem do poprawnego zilustrowania społeczeństwa Szwecji, oraz do obalenia iluzji kraju chodzących trupów jest letnia seria "Allsång på...". Średnio raz w tygodniu, od końca kwietnia do września, organizowane są całodniowe festiwale. Co tydzień odbywają się one w innym regionie Królestwa, stąd mamy na przykład Allsång på Skansen, Grensen i wiele innych. Całe przedsięwzięcie polega na zebraniu się w jednym miejscu około 10 tysięcy Szwedów, którzy od rana do wieczora będą słuchać koncertów znanych i lubianych artystów, a także (co niektórzy pewnie wychwycili już w tytule) wspólnie śpiewać. Można powiedzieć kicz. Nawet trzeba. Ale, moim zdaniem, obala to całkowicie stereotyp bezdusznego Szweda. Widok kilkunastu tysięcy ludzi, małych dzieci i seniorów, kulturalnie usadzonych na plastikowych krzesełkach, w najdłuższy dzień roku (Midsommar), wspólnie śpiewających do szlagierów, piosenek ABBY, czy nowszych hitów Loreen, Månsa Zelmerlöwa i Icona Pop, jest na pewno bardzo trudny do wyparcia z pamięci.


I tutaj pojawia się pojęcie "wspólnoty", czyli coś, czego - według spaczonego punktu widzenia europejskich mediów – w Szwecji nie ma i nigdy nie było. Jak ma się to do prawdziwej sytuacji? Jedność Szwedów, szczególnie tych w wieku trzydziestu-czterdziestu lat, wielu socjologów zawdzięcza... telewizji. Do lat dziewięćdziesiątych, w szwedzkiej kablówce istniały tylko dwa kanały: SVT1 i SVT2. Kanoniczne już filmy puszczane o godzinie 19 i 21:30 gromadziły przed odbiornikami mnóstwo ludzi, których dzisiejsze notowania stacji telewizyjnych mogą tylko pozazdrościć. Następnego dnia, w pracy, szkole, czy nawet na ulicach głównym tematem rozmów był wczorajszy seans, co, mimo pozornej błahości, zdecydowanie zbliżało ludzi. Powszechność telewizji ma w Szwecji jeszcze jedną zasługę, którą jest doskonała znajomość języka angielskiego i miły dla ucha akcent. W SVT i komercyjnych stacjach telewizyjnych rzadko kiedy pojawia się lektor, o dubbingu nawet nie wspomnę. Zamiast tego, zdecydowana większość filmów i seriali produkcji krajów anglosaskich jest dostępna tylko w wersji z oryginalnym dźwiękiem i szwedzkimi napisami. Dzięki temu (chociaż ze słowem "dzięki" mogą się nie zgodzić szwedzcy szowiniści, których i tak jest niewiele) dzieci od małego są "bombardowane" językiem angielskim, podłapując czystą mieszankę amerykańsko-brytyjskiego akcentu. Szweda mówiącego po angielsku można jednak łatwo rozpoznać po częstej zamianie „s” w środku słowa na fonetycznie zmiękczone angielskie „th-s”. Język angielski jest w Szwecji (a także w Danii i Norwegii) bardzo powszechny. Powodem tego może być fakt, iż szwedzki to zasadniczo angielski lecz z wpływami niemieckimi. Można to podobieństwo utożsamić z udaną inwazją Wilhelma Zdobywcy na Wyspy Brytyjskie i zasymilowaniu się obu grup językowych. Można ale nie trzeba, ponieważ jest to jedynie moje przypuszczenie. Przykładowo: słówko "skąd", po angielsku: "wherefrom", a po szwedzku: "varifrån". Co nie oznacza, że język szwedzki jest prosty. Znam osobę, która udławiła się gumą do żucia próbując wymówić słowo „sjuksköterska”, co oznacza tyle co po prostu pielęgniarka. Ale właśnie owy "charakter" tego języka sprawia, że coraz więcej osób zaczyna się go uczyć, a kierunki takie jak filologia szwedzka z roku na rok stają się bardziej oblegane (dla porównania: ilość aplikantów na filologię szwedzką na UJ w roku 2014 to 176, a w 2015 już 548 - dostępnych miejsc jest 32). Oczywiście, warto też wspomnieć, że istnieje wiele dialektów szwedzkiego, takie jak szwedzkisami, szwedzki-estoński, szwedzki-fiński. Jednak zdecydowanie najbardziej popularny jest szwedzki centralno-południowy, ze względu na zlokalizowanie w tych rejonach największych ośrodków miejskich, takich jak Sztokholm, Malmö czy Göteborg (które jest dla Krakowa miastem partnerskim).


Kawa na ławę z Gabrielą Szutą


The Nowodworek Times: Gabrysiu, na początku rutynowe pytanie. Jak czujesz się w nowej roli? Bycie prezydentem zmieniło Twój pogląd na szkołę po tych kilku miesiącach? Gabriela Szuta: Szczerze mówiąc, obowiązki wyglądają właściwie tak samo jak w tamtym roku. Wtedy również dużo udzielałam się w samorządzie, byłam w sekcji organizacyjnej, miałam swój udział w wielu inicjatywach, które się odbywały, na przykład w koncertach czy jubileuszu wymagających dużego nakładu pracy przez cały nasz zespół. Podobnie jest teraz, z tym, że role się odwróciły i to ja koordynuję pracą zespołu. Na początku ciężko było mi się do tego przyzwyczaić, bo nie jestem typem osoby, która lubi wszystkim rozkazywać. Jednak po tych kilku miesiącach widzę, że ludzie wiedzą, że jest to mój obowiązek. Sami się dogadują i prowadzą wiele działań, nad którymi ja sprawuję pieczę. Mój sposób patrzenia na Nowodworek nie zmienił się znacznie. Mam po prostu dużo więcej zobowiązań związanych z organizacją i logistyką. Cieszę się, że mogę dla szkoły teraz zrobić coś więcej. TNT: Z tego co wiem, to wcześniej miałaś styczność z polityką szkolną, jako przewodnicząca swojego gimnazjum. Skąd masz tyle chęci do stania na czele uczniów? GS: Wielu ludziom może się wydawać, że mam zwykłą chęć rządzenia, jednak dla mnie to jest bardzo fajna zabawa. Oczywiście połączona z gigantyczną odpowiedzialnością i masą obowiązków. Ale ja po prostu lubię jak coś się dzieje. Przepadam za osobami kreatywnymi, które mają wiele pomysłów na ulepszenie życia w szkole, bardzo mnie to cieszy. Uwielbiam mieć kontakt z wieloma ludźmi i z nimi rozmawiać. Dlatego frajdą dla mnie jest organizowanie wydarzeń wraz z innymi. Jestem typem organizatora.

TNT: No właśnie. Dla wielu osób to była niespodziewana informacja, że dziewczyna z mat-fizu chce objąć takie stanowisko. Profil klasy nic do tego nie ma, jak wiemy z poprzednich lat, jednak wielu osobom tym razem towarzyszyło zdziwienie. GS: Sama nie wiem, zawsze lubiłam wyzwania. Odkąd pamiętam, gdy trzeba było coś zorganizować wszyscy mnie wołali i byłam zobligowana do działania. Tak jest do teraz. Faktem jest, że moje gimnazjum było małe, więc wtedy nawet sama mogłam się wszystkim zajmować. Teraz tak nie jest, Nowodworek jest nieporównywalnie większą szkołą i potrzebuję pomocy dużego zespołu. TNT: A co mogłabyś powiedzieć osobom, które oczekują od Ciebie natychmiastowych zmian, nawet jeśli z Twojego punktu widzenia mogłyby być odłożone na później? GS: Było już kilka propozycji odnośnie wielkich zmian, jak na przykład te w regulaminie. Potrzeba remontów i rozmów z dyrekcją. To dobrze, że ludzie mają takie intencje, jednak nie każdy pamięta, że jedynie część z tych rzeczy leży w zakresie moich obowiązków i możliwości. Ja wysłuchuję wszystkich pomysłów i staram się na nie odpowiadać. Jeżeli coś jest możliwe, to pertraktuję z dyrekcją, od której zależy realizacja. Jeżeli nie jestem w stanie czegoś zrobić to wskazuję osobę, która mogłaby pomóc zgłaszającym się. TNT: Duża część uczniów dopytuje się nadal o cukier. Było dużo krzyku na ten temat, więc może powiesz jeszcze coś więcej o tym?


GS: Sprawa z cukrem była dość zabawna podczas kampanii. Wiem, że to jest możliwe do zrealizowania, ponieważ ta akcja działa w innych szkołach. Nie powinno być z nią problemu. To trwa już długo, ale mieliśmy problem z finansami. Dlatego zrobiliśmy kiermasz, zebraliśmy pieniądze, by zapłacić za najważniejsze rzeczy. Jak tylko najwcześniej będzie się dało, postaramy się wznowić działalność Bartek Marketu. Tam powinny być na sprzedaż nasze szkolne gadżety, ma być też komputer z drukarką dostępne dla uczniów. TNT: Miejmy nadzieję, że ta inicjatywa zostanie jak najszybciej zrealizowana. Teraz chciałabym odejść trochę od Twojego wizerunku jako Prezydenta. Powiedz coś o sobie samej. Jakie masz plany na przyszłość? Są związane z profilem na jakim jesteś czy jednak wybierzesz inną ścieżkę po liceum? GS: Obawiałam się tego pytania. Jest dla mnie bardzo trudne. Mam duży problem z wyznaczeniem tego co chcę robić w przyszłości, bo zawsze wszyscy mieli mnie za społecznika, organizatora i osobę udzielającą się w wydarzeniach polityczno-samorządowych, ja zawsze chciałam być architektem. Marzyłam aby projektować i tworzyć coś ciekawego. Później z architektury pomysł przerodził się na grafikę komputerową i informatykę, więc dlatego chciałam iść na profil z rozszerzoną informatyką, a następnie dostać się na AGH. Teraz sama zastanawiam się czy to był dobry wybór, patrząc przez pryzmat spraw, w które się angażuję. TNT: No właśnie. A kariera polityczna? Bo twoje zainteresowania społeczne odbiegają od wspomnianej architektury, fizyki i matematyki. Pomyślałabym, że prędzej chciałabyś się zająć jakimiś organizacjami i sprawami społecznymi.

GS: No właśnie o to mi chodzi. Przyszłam do Nowodworka na profil z rozszerzoną informatyką. Chciałam się nauczyć projektowania stron, tworzenia grafiki, ale wszyscy przez cały ten czas podpowiadali mi właśnie karierę polityczną, sejmy czy Rady Miasta Krakowa. Nie wiem jednak czy chciałabym z tym łączyć swoje życie. Polityka ma bardzo duży wpływ na człowieka, nie koniecznie negatywny, bo to zależy od osobowości. Jednak nie jestem przekonana, czy chciałabym wziąć się za nią już całkiem na poważnie. TNT: A czym zajmujesz się w wolnych chwilach? To już może mniej polityczna sfera. GS: W gimnazjum byłam osobą, która się angażowała w absolutnie wszystko. Wszelakie kółka, nawet te taneczne. Chciałam spróbować wszystkiego. Jednak teraz, kiedy mam dużo więcej obowiązków to musiałam zajęcia pozalekcyjne ograniczyć. Kiedy już jednak posiadam trochę czasu wolnego to dużo czytam, rozmyślam, czy wszystko co zrobiłam miało sens i czy dobrze wykonałam swoje zadania. 80% swojego czasu poświęcam na prezydenturę. Ciągle w głowie mam masę pomysłów. To się nie nudzi, ale dość męczy. Myślę o samorządzie w niemal każdej wolnej chwili. Po feriach nabrałam sił i dalej będę intensywnie działać. TNT: Czyli aktualnie z powodu braku czasu nie rozwijasz swoich pasji? GS: Między innymi dlatego. Kiedyś grałam w kosza. Na mecz przyszedł jakiś nieznany mi trener, który dostrzegł moje zdolności. Miałam spróbować gry w nowym miejscu i z nowymi ludźmi. Jednak nie spełniałam wszystkich wymogów. Między innymi problemem było to, że miałam 1,60 cm wzrostu. Jest to zdecydowanie za mało jak na koszykarkę. Moje hobby są stricte amatorskie. Nie mam aktualnie pasji ,którą bym nieustająco rozwijała. Może i nie działa to na moją korzyść, ale jakbym posiadała jeszcze inne dodatkowe zajęcia to nie dałabym rady. Wolę robić jedno zadanie na 100% niż wiele, których efektywność wynosiłaby 30%.


TNT: Jaki jest twój cel w życiu i marzenia, które koniecznie muszą się spełnić? GS: Uwielbiam podróżować, robić zdjęcia, kręcić filmy. Chciałabym zwiedzić jak największą część świata i poznać wiele obcych kultur. Kiedyś też marzyłam o tym, żeby napisać książkę, jednak póki co nic z tego nie wyszło. Oprócz tego chcę dostać się na wymarzoną uczelnię, choć na razie nie wiem jaki kierunek wybrać. Moje zainteresowania są inne niż profil klasy. Nie znalazłam jeszcze kierunku studiów, który odpowiadałby mi na 100%. Najlepiej gdybym mogła wszystko połączyć. TNT: A w czym jesteś inna od reszty? Czym się wyróżniasz? Nie chodzi o bycie w czymś lepszym, lecz o cechę, która jest charakterystyczna dla Ciebie. GS: Ludzie mówią mi, że niewiele jest osób tak pozytywnie nastawionych do życia jak ja. Zawsze staram się motywować innych do działania i pracy, dawać im pomysły. Chcę się uśmiechać i być optymistką niezależnie od tego co się dzieje. Próbuję znaleźć pokojowe wyjście z wielu trudnych sytuacji. Ludzie, kiedy są zdenerwowani, poddają się, kończą dyskusję. Ja nie. Zawsze rozpatruję problem. Szukam pozytywnych i negatywnych aspektów, jednej i drugiej strony. Jeśli chodzi o interpersonalne sytuacje, to staram się wrócić do neutralnych relacji z drugą osobą. TNT: A czy zdarza ci się być osobą niemiłą? Jaką masz granicę cierpliwości do innych? Ludzie postrzegają Cię jako osobę bardzo pozytywną, miłą i zawsze uśmiechniętą… GS: Bardzo denerwuje mnie u ludzi ignorancja. Niektórzy mają pretensje, że postąpiłam tak a nie inaczej, a sami, mimo wyjaśnień nadal nie znają wielu aspektów sprawy. Irytuje mnie, jeżeli ktoś jest niecierpliwy, chamski i snobistyczny. Cierpliwość tracę głównie wtedy, kiedy po godzinach tłumaczeń, wielu argumentach, próbie wyperswadowania czegoś, to osoba nadal idzie w zaparte i nie chce spróbować pomyśleć w inny sposób, a ja wiem, że mimo wszystko mam rację. TNT: Na sam koniec - jakie masz motywacyjne przesłanie dla uczniów Nowodworka? By ciągle dążyli do celu? GS: Zachęcam do samorozwoju oraz zwiększania doświadczeń. To potem bardzo procentuje w życiu. Jeśli masz jakiekolwiek zainteresowania, to koniecznie je rozwijaj. Zachęcam do szukania stypendiów, MUNów, wyjazdów, wymian. Branie udziału w takich przedsięwzięciach przydaje się w przyszłości bardziej niż można sobie wyobrażać. Należy pamiętać, by robić rzeczy, które się lubi, bo z czasem przyniesie to korzyści. Na podstawie wiedzy którą nabywamy w latach szkolnych, budujemy swoją przyszłość i wybieramy ścieżki wyznaczane przez nasze pasje. TNT: Bardzo dziękuję za rozmowę! GS: Dziękuję również.

Greta Front


Kraków na przestrzeni wieków Eryk Czajkowski

Stara łacińska maksyma: Cracovia, totius Poloniare urbs celeberrima, głosi, że Kraków jest miastem w Polsce najsławniejszy. Miasto to było w przeszłości stolicą królów i królów tych nekropolią, a pozostało stolicą kulturalną, zktórej to roli wciąż nie chce Kraków zrezygnować, prowadząc ciche współzawodnictwo z niekwestionowaną stołecznością Warszawy. Dziś zresztą, argumenty i ambicje krakowian stają się jeszcze śmielsze. W Europe Środkowej to właśnie Kraków jest środkiem. Leży bowiem w równej odległości od wielkich stolic: Pragi, Wiednia, Bratysławy, Budapesztu i Warszawy, czy też, sięgając dalej, w środku koła wyznaczonego przez Zagrzeb, Triest, Monachium, Berlin, Królewiec, Wilno, Mińsk i Kijów i w samym centrum pomiędzy zachodem i wschodem Europy, jej północą i południem. Może więc to miasto, tak korzystnie usytuowane, tak bogate w tworzone przez wieki i szczęśliwie ocalone od wojennych zniszczeń pomniki kultury, miasto, w którym żyło dwóch laureatów Nagrody Nobla, zawsze tak bardzo europejskie, którego tak wielu mieszkańców mówiło przez stulecia nie tylko po polsku, lecz i po łacinie, po niemiecku i po żydowsku, ma szansę pozostać ośrodkiem Europy bez granic. Ale ja chciałbym tutaj wspomnieć o przeszłości Krakowa na przestrzeni stuleci poczynając od roku 1316 i opisując wszystkie daty co dokładnie sto lat. W 1316 roku pojawiła się pierwsza wzmianka o istnieniu ratusza w Krakowie, a także odnotowano liczne wpisy w ksiedzę miejskiej, dotyczące transakcji nieruchomościami, w których uczestniczyli mieszczanie obcy(tj. z innych miast, Tournia, Bochni, Wiślicy, Sandomierza), w tym także zagraniczni(Włoch, Moraw, Niemiec). Fakt ten może świadczyć o tym, że miasto weszło w okres pomyślnego rozwoju, a szlaki międzynarodowe i te wewnątrz Rzeczypospolitej, które prowadziły do Krakowa były intensywnie eksploatowane. Rok 1416 nie przyniósł zdarzeń tak pomyślnych jak wiek wcześniej. Dokładnie 20 marca 1416 zmarła druga żona Władysława Jagiełły, Anna Cylejska, która urodziła Jagielle córkę, Jadwigę Jagielonkę. Jadwiga zmarła w 1431 roku w skutek zatrucia przez swoją macochę i kolejną żonę Jagiełły, Zofię Holszańską. Anna Cylejska została pochowana w katedrze na Wawelu. Rok 1516 niestety również zebrał żniwo śmierci wśród znaczących person krakowskich. 5 września został zamordowany przełożonego zakonu Franciszkanów, włoskiego zakonnika Alberta Fontyna, który starał się wyplenić złe obyczaje w klasztorze. 17 października 1516 roku zmarł Franciszek Florentczyk, architekt królewski, odpowiedzialny za wykonanie niszy nagrobnej Jana Olbrachta. W latach 1507-1516 kierował przebudową Zamku Wawelskiego, zniszczonego po pożarze z 1499 roku. Warto wspomnieć, że był pierwszym renesansowym artystą włoskim działającym w Polsce.


W 1616 pojawił się w Krakowie konflikt dotyczący szkolnictwa wyższego. Zakon jezuitów prowadził energiczną działalność duszpasterską poprzez zakładanie szkół na wysokim poziomie. W wielu miejscach Rzeczypospolitej jezuici powoływali swoje kolegia, w Wilnie utworzyli własną akademię. Uniwersytet Krakowski widział w tym zagrożenie dla siebie. Popierany przez miasto, przez wielu przedstawicieli szlachty i biskupa Piotra Myszkowskiego, przeciwstawił się skutecznie w końcu XVI w. zamiarom otwarcia kolegium jezuickiego w Krakowie i objęcia przez jezuitów nauczania na niektórych wydziałach. Jezuici ponowili próby w drugim i trzecim dziesięcioleciu XVII w. W atmosferze gwałtownej polemiki otworzyli w 1625 swoją szkołę publiczną. Dochodziło przy tym nie tylko do wysuwania wzajemnych oskrażeń, ale i do krwawych bójek między uczniami Akademii i kolegium jezuickiego. Spór między Jezuitami i profesorami Akademii został rozstrzygnięty przez Władysława IV na korzyść Akademii. Jednak ta walka wpłynęła znacząco na poziom nauczania i Uniwersytet w Krakowie stał się uczelnią dla plebejuszy. Synowie szlacheccy, a zwłaszcza magnaccy wyjeżdżali na uniwersytety zagraniczne. 1716 był rokiem działań społeczno-kulturowych na rzecz miasta. Na przełomie lat 1715/16, w celu walki z żebractwem nieletnich biskup Kazimierz Łubański zarządził, aby „zbierane były i opatrywane żywnością dzieci młode, tak chłopcy, jak dziewczęta”. Chłopców oddawano do odpowiednich warsztatów dla nauki rzemiosła. W 1716 naprawy doczekała się zniszczona podczas nawałnicy w 1703 roku, wieża Zegarowa katedry wawelskiej. Nakryto ją nowym, okazałym hełmem w stylu barokowym, wykonanym wedle planów Kacpra Bażanki, który mimo chorowania na epilepsje był jednym z wybitniejszych przedstawicieli architektury Baroku w Polsce. Smutnym wypadkiem była jego śmierć ponieważ na skutek ataku epilepsji wypadł w mroźny wieczór z sań. Nim go odszukano – zamarzł. Rok 1816 obfitował w ciekawe wydarzenia w Krakowie. 22 stycznia odbyła się pierwsza sesja Zgromadzenia Reprezentantów Rzeczypospolitej. Był to poniedziałek, rano, przy biciu dzwonów w kościołach, świeżo wybrani członkowie Zgromadzenia Reprezentantów w liczbie 41 zgromadzili się na uroczystym nabożeństwie w kościele św. Anny. Następnie udali się do udekorowanej Sali Kolegium Nowodworskiego, gdzie sesję otworzył w imieniu Senatu Feliks Radwański. W tajnym głosowaniu wybrano na marszałka Sejmu senatora Dawida Oebschelwitza. W obecności komisarzy pełnomocnych dworów opiekuńczych odbyły się obrady. Po ich zakończeniu prezez Senatu Wodzicki wydał u siebie obiad dla wszystkich. „Spełniano toasty za zdrowie najjaśniejszych monarchów, protektorów tego miasta i okręgu”.


25 lutego miała miejsce inauguracja Towarzystwa Naukowego w Krakowie. 24 marca obchodzono uroczyście rocznicę koronacji cara Aleksandra I 7 czerwca odbył się ingres biskup Jana Pawła Woronicza, jednego z najwybitniejszych biskupów krakowskich, który przyczynił się między innymi do przebudowy pałacu biskupiego i ozdobienie go malowidłami Stachowicza, Smuglewicza i Peszki, stworzenia inspirującego salonu 0 miejsca spotkań krakowskiej elity oraz wskrzeszenia Towarzystwa Dobroczynności, wreszcie zorganizował on pamiętne pogrzeby Poniatowskiego i Kościuszki. Sam Woronicz mimo, że od 1828 był arcybiskupem warszawskim spoczął w katedrze na Wawelu 7 stycznia 1830 roku, zgodnie z wyrażanym wielokrotnie życzeniem. 17 czerwca - wylew Rudawy, a w następnych dniach(19-22.6) Wisły. Opis powodzi znajduje się w Gazecie Krakowskiej z 26 czerwca: Przez nadzwyczajne ulewy w różnych okolicach dnia 17 czerwca, przeplatane piorunami i gradem, i następne deszcze dnia 18 i 19, wystąpiła z brzegów swoich Rudawa pod Krakowem do Wisły wpadająca, zalała okolice i od wszczęcia swego aż pod Kraków wszędzie pozrywała tamy, poobalała i pozabierała młyny, papiernie, zmuliła łąki i zboża. Zaledwo rudawa zaczynała z mniejszym pędem płynąć, gdy znowu dnia 19 Wisła pomnożona wodami z gór galicyjskich przebrała brzegi, zalała równicy 5 lipca zmarł Rafał Czerwiakowski, pijar istotna postać dla Polskiej medycyny. Uważany jest, obok Jakuba Brioteta z Wilna, za twórcę nowoczesnej chirurgii polskiej. Był nadwornym konsyliarzem króla Stanisława Augusta, a w czasie powstania kościuszkowskiego – sztabsmedykiem w głównym lazarecie woskowym u św. Piotra w Krakowie. 31 lipca Rozwiązano dotychczasowe struktury władzy, ustanowione w czasie Księstwa Warszawskiego i rozpoczęto urzędowanie nowych władz administracyjnych Rzeczypospolitej Krakowskiej. 8 września wszedł w życie dekret cesarza Franciszka I znoszący opactwo benedyktynów w Tyńcu. 30 października utworzone zostało Towarzystwo Dobroczynności, a jego prezesem został wybrany Paweł Woronicz 1 grudnia została otwarta stacja Poczty KrólewskoPruskiej.

Wreszcie rok 1916, który dzięki coraz dokładniejszym rocznikom również obfituję w ciekawe i co więcej opisane wydarzenia, z racji ilości i obszerności streszczę je znów do kronikarskich not. 28 stycznia Rada wydziału lekarskiego UJ zawiesiła wykłady na 6 tygodni. Urządziła w tym czasie specjalne kursy dla młodzieży, która wyruszy na prowincję, aby przeprowadzić szczepienia ludności przeciw szerzącej się epidemii tyfusu i ospy. W Marcu stworzono komitet opiekuńczy nad Jeńcami Wojennymi Polakami, którego zadaniem była opiera nad jeńcami narodowości polskiej, więzionymi w obozach austriackich i niemieckich. 28 kwietnia zmarł Stefan Pawlicki, uwielbiany przez papieża Leona XIII krakowski profesor i filozof, ksiądz, urodził się w Gdańsku. 2 maja utworzono miejski urząd opieki socjalnej dla inwalidów oraz wdów i sierot poległych. 20 lipca Reaktywowano rozwiązaną w 1914 Radę Miejską. Liczyła teraz, wraz z przedstawicielami Podgórza, 103 członków. 27 lipca ponownie wybrana Juliusza Leo na prezydenta Krakowa. Uzyskał 86 głosów na 88 radnych, przy braku kontrkandydata. 8 listopada miały miejsce obchody aktu 5 listopada(ogłoszenie przez państwa centralne utworzenia Królestwa Polskiego). Odbyło się „manifestacyjne posiedzenie Rady Miejskiej wśród zaproszonych gości ku uczczeniu wiekopomnego aktu 5. Listopada wskrzeszenia państwa polskiego”. Wśród gości był komendant Józef Piłsudzki. 23 listopada Rada Miejska odbyła uroczyste posiedzenie ku pamięci zmarłego 21.11 cesarza Franciszka Józefa. 24 listopada uczczono śmierć Henryka Sienkiewicza, który zmarł 9 dni wcześniej.


1 grudnia Miasto kupiło budynek Teatru Ludowego przy ul. Rajskiej i przejęło teatr, odtąd pod nazwą Miejski Teatr Ludowy(od maja 1918 Miejski Teatr Powszechny). Adam Grzymała-Siedlecki, polski krytyk literacki i teatralny, dramatopisarz, tłumacz, prozaik, reżyser, objął dyrekcję Teatru Słowackiego i Miejskiego Teatru Ludowego. 25 grudnia zmarł Adam Chmielowski (brat Albert), malarz i opiekun nędzarzy pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jak widać na zaledwie kilku powyższych przykładach (a są ich niezliczone ilości), Kraków przez wieki mógł się pochwalić obecnością wielu wybitnych osobistości i być świadkiem różnych pamiętnych zdarzeń, zarówno historycznych, jak i kulturowych. I choć wiele z nich zostało już zapomnianych, niezaprzeczalnie ukształtowały one dumne miasto w którym dziś żyjemy; miasto którego fascynującą historię, aby w pełni docenić trzeba zgłębić o wiele bardziej wnikliwie niż mogą na to pozwolić przewodniki turystyczne.

Czym jest SMAK? Anna Wardęga Spotkania Młodych Amatorów Kina to inicjatywa uczniów V Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie, którzy kochają kino. Spotykamy się raz w miesiącu, w sobotnie poranki, by po wspólnie obejrzanym seansie podyskutować na temat wrażeń związanych z filmem i podzielić się przemyśleniami. Każdą projekcję poprzedza wprowadzenie przygotowane przez ochotnika z dowolnego krakowskiego liceum. Filmy, które zostają wyświetlane, wybierane są wcześniej przez uczestników. Często są to pokazy przedpremierowe, które oscylują pomiędzy kinem masowym a niszowym. Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam czego się spodziewać, gdy po raz pierwszy postanowiłam wziąć udział w „SMAKowej” akcji. Byłam jednak pod wrażeniem atmosfery, która towarzyszy temu spotkaniu. Poznałam tam wielu interesujących ludzi, którzy chcą dzielić się swoją pasją. Dlaczego warto wybrać SMAK? Przede wszystkim z powodu znacznego kontrastu z multipleksami, które traktują widza anonimowo i nie dają mu możliwości wspólnej refleksji i rozmowy. Dyskusja, która wywiązuje się po seansie pozwala poznać różne punkty widzenia i spojrzeć na film z wielu perspektyw. Dodatkowo bilety dla uczniów sprzedawane są w atrakcyjnej cenie 10 zł, a zbierając pieczątki na „zieloną kartę ucznia” można otrzymać bilet gratis. Dołącz do nas i sprawdź jak SMAKuje kino!


Eryk Czajkowski

recenzja Zachęcony moimi wcześniejszymi spotkaniami z twórczością Grahama Greene’a sięgnąłem ostatnio po jedną z jego pierwszych powieści, „Pociąg do Stambułu”. Greene jest angielskim powieściopisarzem i dramaturgiem, autorem powieści psychologicznych, często z sensacyjną akcją wykorzystywaną dla ukazania problematyki etyczno-religijnej (np. „Sedno sprawy”). „Pociąg do Stambułu” wpisuję się w tę konwencję. W Orient Expressie, legendarnym pociągu kursującym od Ostendy do Stambułu, zupełnie niespodziewanie splatają się losy piątki bohaterów. Carleton Myatt – żydowski przedsiębiorca, który jako przedstawiciel firmy produkującej rodzynki ma nadzieję zmonopolizować rynek nad Bosforem – użycza swojego przedziału biednej tancerce, Coral Musker. Ich znajomość zawarta w bardzo nietypowych okolicznościach przeradza się w przeciągu tej krótkiej podróży, w skomplikowane uczucie o zaskakującym zakończeniu. Kolejnym bohaterem jest Richard Czinner, socjalista, przywódca anty-rządowego spisku w Belgradzie, nad którym ciąży wyrok śmierci. Czinner udaje zwykłego nauczyciela, jednak sprytnej pannie Mabel Warren udaję się bezbłędnie odgadnąć jego tożsamość. Mając taki temat rezygnuję ze swoich pierwotnych planów i poświęca całe swoje zaangażowanie aby tylko wyjawić kim naprawdę jest Richard John. Ostatnią osobą, która odgrywa w tej podróży znaczące role jest austriacki złodziej i morderca – Jospeh Grunlich, który robi wszystko aby tylko nie dać się złapać. Sama akcja powieści zaczyna się na stacji początkowej Orient Express-u w Ostendzie, tam poznajemy już część bohaterów, z których część wybiera się aż do samego Stambułu. Podróż początkowo przebiega spokojnie, bohaterowie są przedstawiania, a jedyne co ich łączy to wspólny pociąg. Akcja zaczyna zagęszczać się dopiero podczas postoju w Kolonii gdzie pannie Warren udaję się odkryć tożsamość Richarda Johna i rozpoczyna dochodzenie mające na celu odkrycie jego planów i udaremnienie zamachu, który planował. W cały ten spisek zostaną zamieszani też pozostali pasażerowie, którzy o doktorze Czinnerze nawet nie słyszeli. „Pociąg do Stambułu” jest dziełem wpisującym się w całą konwencję twórczości Greene’a. Jak zwykle za dosyć płytką sensacyjną powiastką kryję się wiele pytań dotyczących psychiki ludzkiej. Opowieść staje się tłem do rozważań na temat nadziei, nienawiści i fałszu oraz lęków, które czają się na dnie ludzkiej duszy. Jak zwykle w przypadku Greene’a nie byłem rozczarowany tym dziełem, jak mówił sam autor marzyła mu się książka „(…) wyłącznie dla przyjemności, taka, na podstawie której przy odrobinie szczęścia mógłbym powstać film – i tak się złożył, że udało się i jedno i drugie”. Tak więc z jednej strony można spojrzeć na „Pociąg” jak na prostą powieść sensacyjną, ale tak naprawdę przy czytaniu jej ze zrozumieniem możemy dostrzec co autor chciał w niej pokazać.


Praktyczne wakacje Julia Jędryczko

czyli staż dziennikarski od kuchni Przeciętnemu studentowi słowo ‘staż’ kojarzy się nadzwyczaj źle, być może dlatego, że zdążył już skonfrontować się z polską rzeczywistością. W dobie hollywoodzkich produkcji ciężko pogodzić się z faktem, że krakowski staż to nie nowojorski, a tutaj od noszenia kawy jeszcze nikt nie awansował. Choć rzeczywistość nie zawsze idzie w parze z rysopisem marzeń, wakacyjnej praktyce zawsze warto dać szansę. Gdy już zdecydowałam się wysłać pierwsze maile ‘aplikacyjne’ do różnych redakcji krakowskich czasopism i dzienników, okazało się, że wcale tak łatwo nie będzie. Po kilku odpowiedziach było jasne, że ktoś ewidentnie za każdym razem doszukuje się w moich dobrych chęciach jakiegoś podstępu. Bo czy to nie dziwne, że licealistka chce podjąć darmową pracę kosztem własnych wakacji, a tym samym nie robi tego dla zaświadczenia odbycia praktyk wymaganego na uczelniach wyższych? Ktoś w Dzienniku Polskim najwyraźniej nie miał z tym najmniejszego problemu, bo już na początku czerwca siedziałam po drugiej stronie biurka szefa działu internetowego DP i wspólnie ustalaliśmy szczegóły mojego stażu (chyba trochę się zawiódł, sam przyznał, że myślał, że podpisze dokument odbycia 3 miesięcznej praktyki, puści mnie przeszczęśliwą do domu i zapewne już nigdy więcej mnie nie zobaczy. Miał pecha.) Staż trwał dokładnie miesiąc, od 1 do 31 lipca 2015r. Gdyby ktoś kazał mi w skrócie podsumować ten czas, odpowiedziałabym, że w skrócie się nie da. Wszystkie śmieszne historie, dialogi i sytuacje, a także całość atmosfery budującej specyfikę pracy w takiej redakcji są świetnym materiałem na książkę. Trochę Was zawiodę, bo jeśli chodzi o to, czego nauczyłam się przez ten miesiąc z zawodowego, dziennikarskiego punktu widzenia, to w gruncie rzeczy nie jest tego aż tak dużo. Bądźmy szczerzy – zakres obowiązków stażysty sprowadza się zazwyczaj do absolutnego minimum, a wynika to ze zwyczajniejszego braku odpowiednich kompetencji. W moim przypadku nie można było nawet mówić o jakichkolwiek kompetencjach, bo nie byłam i nie jestem studentką dziennikarstwa jak reszta ówczesnych stażystek, nie mówiąc już o doświadczeniu zawodowym i specjalizujących szkoleniach. Oczywiście pracując przez miesiąc w dziale internetowym portalu dziennik24.pl, siłą rzeczy musiałam opanować podstawy pozycjonowania internetowego, trochę grafiki, baz danych i stu tysięcy innych programów potrzebnych w procesie publikacji artykułu na stronie. Wszystko to jednak nic biorąc pod uwagę postęp informatyczny, szczególnie w branży dziennikarskiej.


Bardziej istotne jest to, czego nauczyłam się z życiowego punktu widzenia. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem w stanie rozpoznać na ulicy co najmniej trzydziestu z około stu poszukiwanych listem gończym niebezpiecznych przestępców, z uwzględnieniem czy są ścigali za morderstwa, czy handel narkotykami. Ktoś musiał aktualizować listę poszukiwanych przynajmniej raz na tydzień, nie trudno zgadnąć, komu powierzano to jakże ważne zadanie. Nie żałuję, zawsze może się przydać. Tak szybko, jak tylko zdałam sobie sprawę z występowania klasycznej hierarchii w redakcji, nauczyłam się nawiązywania przyjacielskich kontaktów z odpowiednimi osobami. Bardzo ważna sprawa, nie myślcie, że to, że zostaliście stażystami bardzo popularnego dziennika upoważnia Was do korzystania z redakcyjnej toalety dla personelu, nic z tych rzeczy. Stażyści używają małej, koedukacyjnej toalety, pamiętającej czasy PRL-u, a ta mieści się zupełnie w innej części budynku. Jest też połączona z palarnią, gdzie panowie w podeszłym wieku palą cygaro za cygarem, lustrując wzrokiem każdą stażystkę, która akurat wchodzi, a akustyka tego pomieszczenia jest zachwycająca. Jest się czego bać, ale wystarczy miła rozmowa z szefową działu, trochę zabawnych żartów i nadgodzin, a macie szansę otrzymać upragniony złoty kluczyk i zostać pierwszym w historii stażystą, który nie trzęsie się na myśl o skorzystaniu z toalety i dumnie chodzi na I piętro. Nauczyłam się, że każde zdjęcie Prezydenta Krakowa należy wcześniej odpowiednio przerobić tak, aby twarz nie była zbyt czerwona i nie świeciła się. Zobaczyłam na własne oczy, jak tak naprawdę zdobywa się jakże cenne w dziennikarstwie informacje (nie pytajcie, to po prostu trzeba zobaczyć!) i przekonałam się, że gdy potrzebujesz pomocy, informatycy z działu IT są dość przychylni zasadzie ‘przez żołądek do serca’. Spędziłam w tym budynku cudowny miesiąc, który trudno opisać jednym tekstem. Przede wszystkim, poznałam atmosferę i specyfikę pracy w redakcji gazety. A uwierzcie mi, że ten klimat i poznani ludzie są czymś absolutnie bezcennym. Z większością ekipy Dziennika w dalszym ciągu utrzymuję stały kontakt, mimo że dzieli nas ogromna różnica wieku i większość z nich ma już swoje rodziny. Ten staż dał mi ogromne możliwości rozwoju w branży dziennikarskiej w przyszłości, ale nie za sprawą obowiązków, które do mnie w tym czasie należały, a właśnie poprzez nowo zawiązane przyjaźnie. Mimo, że początki nie zachwycają a sam staż wymaga poświęcenia pewnej ilości wolnego czasu, chciałabym zachęcić was wszystkich do wakacyjnej praktyki, a w szczególności tych nowodworczyków, którzy mają zarys planów na przyszłość i chcą się przekonać, że dana branża to jest właśnie to, w czym odnajdą się najlepiej. A może w szczególności właśnie tych, którzy kompletnie nie mają pojęcia, kim chcą być. Oczywiście jest to rosyjska ruletka – albo traficie do miejsca z niesamowitymi ludźmi, a spędzony tam czas okaże się produktywny i inspirujący, albo zmarnujecie 30 dni swojego życia, nie robiąc absolutnie nic, siedząc z ludźmi, których szczerze nienawidzicie. Chyba warto zaryzykować.


Turniej noworoczny z perspektywy (nie)grającego gracza Filip Sass-Gustkiewicz

13 października 2015 roku – data dla mnie szczególna. Tego dnia przyszedłem na mój pierwszy SKS w Nowodworku. Byłem bardzo ciekaw, kogo tam spotkam, jeszcze bardziej jak można grać w koszykówkę na hali tak długiej, jak boisko do koszykówki powinno być szerokie. Spotkałem parę interesujących osób takich jak Janek, Ignacy czy Mikołaj. Średnio mi szło, więc pewnie porównali moją grę do niepełnosprawnego grającego w hokeja. Na szczęście później było lepiej. Trenowaliśmy co tydzień, ponieważ dziewczęta miały w tym samym czasie zajęcia z siatkówki i jakoś to trzeba było pogodzić. Pojechaliśmy na turniej, wygraliśmy niemal wszystkie mecze w grupie, które dały nam awans do finałów. Z perspektywy osoby zaczynającej swoją przygodę z nowodworską koszykówką wszystko wydawało mi się bardzo stresujące, mimo że nie wybiegałem w „pierwszej piątce”. Czułem się częścią drużyny, co dawało mi niesamowity powód do dumy w chwilach sukcesu. W zasadzie to w każdym meczu ktoś inny był kluczowym zawodnikiem, inny dawał drużynie zwycięstwo, co sprawiało, że każdy z nas czuł się potrzebny. Nawet ja. Naszym celem było dostanie się do NBA, ale niestety (na razie) przypadł nam tylko turniej noworoczny z VLO, (aka. WINTER BATTLE)... Muszę przyznać, że nie mieliśmy do niego specjalnych przygotowań tzn. nie szykowaliśmy taktyki tylko na ten mecz. Przystąpiliśmy do niego zatem „z marszu”; na ostatni trening we wtorek nie przyszedł nawet pan Sarota. Podobno nasze krzyki z sali gimnastycznej było słychać piętro wyżej w auli, a wszyscy wiemy, że w grze nie zawsze używa się wyszukanego słownictwa. Dowiedzieliśmy się także, że nasz trener nie może przyjść na turniej. Miał go zastąpić pan Mielnikow, który przypadkiem wybrał termin turnieju na dzień, w którym nie ma naszego trenera. No cóż. 15 stycznia nadszedł w końcu TEN dzień, w którym wszystkich nas obudzili rodzice i powiedzieli: „Wstawaj, dziś Nowodworek wygra”. Mieli rację, ale o tym za chwilę. Każdy miał dojechać na miejsce we własnym zakresie. Spotkaliśmy się wszyscy w bojowych nastrojach w szatni, gdzie dostaliśmy koszulki z naszymi numerami. Ponarzekaliśmy trochę, że były za duże, ale szybko weszliśmy na rozruch. W czasie rozgrzewki trafiliśmy mniej niż połowę rzutów osobistych, co było powodem do niepokoju, ale mieliśmy nadzieję, że kibice VLO, którzy byli już w komplecie, zajmą się rysowaniem krzesełek kluczami lub patrzeniem na swoich gwiazdorów. Na trybunie naszej szkoły stopniowo zaczynało przybywać osób. Obok nas rozgrzewały się cheerleaderki. Kilka osób robiło zdjęcia i przygotowywało oprawę, o której wiele słyszało się przed meczem, więc byłem bardzo ciekawy, jak będzie wyglądać.


Pierwszy gwizdek zbliżał się wielkimi, niczym nasz środkowy, krokami, więc udaliśmy się do szatni. Tam nasz nowy trener powiedział, że zmianami będzie zarządzał Janek – kapitan. Żaden z nas nie był z tego w pełni zadowolony, bo jak wiadomo, gdy jest się na boisku widzi się mniej i również mniej się myśli, niż gdy ogląda się grę z boku. Po okrzyku wojennym wyszliśmy na parkiet. To było naprawdę niesamowite uczucie. Jeszcze długo będę pamiętał ten moment, w którym patrzyło na mnie 2000 osób. To niesamowite uczucie być tym, któremu się kibicuje, a nie kibicującym. Chwila przejścia przez środek boiska mogłaby trwać dłużej, ale kazano nam siadać na ławce, bo wystąpić mieli dyrektorzy. Później swoim „melodyjnym” głosem przemówiła Jagna Olejniczak, a po niej nasza pani prezydent, Gabrysia Szuta. Już przed rozpoczęciem meczu wszyscy czuli się ogromnie podekscytowani, więc łatwo sobie wyobrazić, jaka konsternacja zapanowała po pierwszym gwizdku. Każda z osób na ławce wstawała i energicznie gestykulując pokazywała przeciwnikom, co o nich myśli, kiedy padały faule. Każdy kosz dla naszej drużyny oznaczał wyskoczenie do góry i przybicie piątki z pozostałymi. W przerwach zbieraliśmy siły na kolejne 10 minut walki, bo mecz był trudny i wymagający. Momentami traciliśmy koncentrację, co doprowadziło do (jedynie!) dwupunktowej przewagi. W trzeciej kwarcie rzuciliśmy tylko 4 kosze, a V liceum deptało nam po piętach. Wtedy z pomocą przyszedł Sergiusz Okarmus, któremu w końcówce meczu włączył się tryb Michaela Jordana, jak później go nazwaliśmy: rzucał kosz za koszem, mijał przeciwników jakby byli tyczkami. Niestety, udało mi się wejść tylko na ostatnie minuty czwartej kwarty, jednak nie liczą się indywidualności, lecz drużyna. A ta grała niesamowitą koszykówkę: kilku akcji nie powstydziliby się nawet profesjonalni koszykarze. Trzeba też przyznać, że gdyby „Piątka” wykorzystywała wszystkie swoje okazje, mogliby nieraz prowadzić w tym meczu i kto wie, jak on by się wtedy potoczył. Jednak to my wygraliśmy! To się liczy i o tym wszyscy będą pamiętać. Mówiłem o Sergiuszu, ale tak naprawdę każdemu z naszej drużyny należą się takie same brawa za końcowy rezultat, na który pracowali wszyscy. Każdy z nas dał z siebie wszystko. Rzeczą, o której nie wolno zapominać był doping. To, jak głośno i energicznie kibicowali nam uczniowie naszej szkoły, było wspaniałe. Na pewno piorunujące wrażenie zrobiły na każdym race, których użyto dopiero po meczu siatkówki, ale przyśpiewki z pewnością pomogły i miały swój udział w zwycięstwie! Ta gra byłaby zwykłym meczem, gdyby nie wy, więc korzystając z okazji, chciałbym wszystkim podziękować i powiedzieć, że czułem się dumny reprezentując Nowodworek. Po zakończeniu meczu wszyscy byliśmy przeszczęśliwi. Przebraliśmy się i wróciliśmy na trybuny dopingować naszych w meczu siatkówki. Niestety nie udało się wygrać. Jak wszyscy wiemy naszym hasłem jest „tradycja i nowoczesność”. Po drugim meczu to motto nabrało nowego znaczenia... :)


MASSOLIT BOOKS AND CAFE Jest na mapie Krakowa tych kilka zakątków, dzięki którym życie w naszej Smogarnii nabiera smaku (i to, nierzadko, dosłownie). Czasem tak już jest, że leje jak z cebra. Czasem zdarza się święto narodowe, miasto zamiera i nie wiadomo, co ze sobą począć. A czasem trzeba po prostu wymknąć się z rzeczywistości. Szczęście czeka już za rogiem, tak mówili. Cóż, dokładniej za dwoma rogami, ale niekiedy trzeba się pofatygować. Więc jak już miałabym uciekać, to do Massolitu (nie, nie tego Bułhakowskiego, nie śmiałabym nigdy!). Czemu akurat ta kawiarnia? Bo blisko, bo wszyscy okupują tylko Café Szafe, bo przycupnęła z boku, zapomniana, niezauważana i niedoceniana. Mam jednak złą wiadomość. Po głębokim namyśle i po wielu, wielu wizytach stwierdzam stanowczo i nieodwołalnie- nie polecam Massolitu. Absolutnie nie polecam! Apeluję wręcz i przestrzegam, by nigdy, przenigdy tam nie przychodzić. Już przy wejściu (uwaga na ekstremalnie strome schody!) obrzydzą Was piętrzące się pod sufit półki wypełnione po brzegi anglojęzyczną literaturą (a lektura ta, jak wiadomo, może grozić nabyciem brytyjskiego poczucia humoru ). Bezczelna mnogość gatunków, autorów i tytułów sprawia, że wybór jest dobijający i co zagorzalsi czytelnicy mogą doświadczyć arytmii, apatii, a w najgorszym wypadku przysłowiowego klapnięcia na cztery litery pośrodku kawiarni. Nie męczcie więc swojego wzroku, nie narażajcie ni serca ni czterech liter na uszczerbek. Oczywiście, odważniejsi i butniejsi z Was być może będą próbować przedrzeć się do kontuaru. Biedni jednak będą, straceńcy, w swej naiwności przekonani zapewne, że dostaną życiodajny napój bogów. Tam kawa, herbata i lemoniady, namawiające do popełnienia kolejnej zbrodni, kolejnego grzechu przeciwko ciału, duszy i zębom. Nie dajcie się zwieść, Nowodworczycy! Te ciasta prezentują się może okazale, smakowicie, być może ślinka wam pocieknie na sam ich widok, ale uwierzcie mi - gdy spróbujecie ich raz, będziecie chcieli znowu i znowu i śnić o nich będziecie. Zamiast myśleć o matematyce, historii lub fizyce, mącić będziecie myśli tymi słodkościami. O tak, ciasta te mają bezpośredni związek z niższymi ocenami! Powiedziałabym pewnie jeszcze wiele, by przekonać Was, żebyście nigdy Massolitu nie odwiedzali i tym samym zostawili wolne miejsce dla zbłąkanego wędrowca (ja chętnie nim zostanę!). Zasługujecie jednak na pewne wyjaśnienie. Prawda jest raczej prosta i zgoła inna. To miejsce zawiera w sobie przygodę i pachnie klimatem minionych lat. Wciąż tak mało tu krakowian, tak wielu zaś turystów z całego świata, ludzi nieprzeciętnych, oryginalnych, mówiących językami Europy, Ameryki i Azji. Przesiadują razem przy okrągłych stołach lub zagadują sprzedawcę, rozmawiają o swoich podróżach, o wrażeniach o Polsce, o polityce i o pogodzie. Pewnie zaczepi cię tu producent muzyczny z Londynu, by porozmawiać o książce, którą właśnie czytasz. Innego dnia dosiądzie się do Ciebie jakaś gruzińska para, która z pasją i przejęciem opowie o miłości i stosunkach między naszymi krajami. Chińczyk poprosi o zdjęcie na tle tych imponujących regałów. A Ciebie, Drogi Czytelniku, zainteresują może stosy gazet obcojęzycznych, zgromadzonych i udostępnianych na miejscu, by szlifować język i poszerzać horyzonty przy zwykłym kubku herbaty. Takich skrzyżowań dla kultur powinno być więcej, ale ważne że Massolit jest, istnieje i czeka na gości. Ta kawiarnia to inspiracja do tworzenia i do rozmyślań, to oaza wiedzy i słowa, to zwykłe niezwykłe miejsce, tylko kilka kroków od Nowodworka.

Dorota Kotniewicz


Dla mnie to jest całe życie. Rozmowa z Klaudią Oleksińską Klaudia Oleksińska to absolwentka naszej szkoły. Od kilku lat angażuje się w aktorstwo, występując na scenie. W ramach działalności teatru muzycznego AJ Project występowała w teatrach Bagatela, KTO i Ludowym. Zdobyła także doświadczenia w teatrach Mumerus i Rozdźwiek. Interesuje się sztuką w każdej postaci, a aktorstwo było jej pierwszą fascynacją. Najważniejsza dla niej jest możliwość ciągłego odkrywania siebie na nowo i przełamywania swoich ograniczeń. Zajmuje się też muzyką, śpiewem, tańcem i fotografią, pisze wiersze i dramaty. W wywiadzie dla The Nowodworek Times opowiedziała o egzaminach do szkół teatralnych i swoim postrzeganiu teatru. TNT: Opowiedz o swoich egzaminach do szkół teatralnych. Czym różniły się w poszczególnych miastach? K.O.: Kraków ma filie swojej szkoły teatralnej we Wrocławiu i Bytomiu. Są to filie PWST, ale można zdawać w każdym z tych miast. Warszawa ma je w Białymstoku i Olsztynie. Jest jeszcze szkoła filmowa w Łodzi. Także w Gdańsku jest szkoła artystyczna. Na każdy egzamin musisz mieć teczkę. Musi w niej być CV, zdjęcia, dowód wpłaty za udział w egzaminie, teksty, które wybierzesz. Jeździsz z tą teczką na wszystkie egzaminy, nie wiedząc jeszcze czy zdałeś maturę, musisz tylko mieć zaświadczenie, że do niej przystąpiłeś. Na dalszych etapach niektóre szkoły biorą pod uwagę wyniki matur z angielskiego i polskiego. Każda szkoła ma inne egzaminy, kryteria stroju i zasady. Podchodziłam do egzaminów w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. W Warszawie, jako pierwszych zauważyłam ludzi w całkowicie innym wieku, każdy z innego świata. Mnóstwo ludzi, nie było jak dojść do lustra. Wszyscy zestresowani. Przyjechałam z przyjaciółmi. Byłam tam pierwszy raz, ale poznałam takich, którzy próbowali siódmy, ósmy rok z rzędu. Wszyscy powtarzali teksty. Ja specjalnie ich nie wzięłam, żeby nie mieszać sobie w głowie. Jeden tekst mieliśmy mówić w całości, a na pozostałych miano nam przerywać i dawać zadania. Dowiedziałam się, że drugi i trzeci etap są w kolejne dni. Nawet jakbym przeszła, to nie miałam gdzie spać. Weszłam na salę z uśmiechem, w komisji były dwie kobiety i mężczyzna. Wszystko zależy od przewodniczącego komisji. Przypuszczałam, że przejdę, ale nie przeszłam. Najgorszy moment, jedziesz tam, starasz się i nie ma cię na liście. Zero wyjaśnień, nikt ci nie powie co zrobiłeś źle. Dla mnie to jest całe życie. Na uczelni w Krakowie najbardziej mi zależało, mam tu wszystkich znajomych i marzyłam o PWST. Przyjaciele czekali w parku. Zrobiłam tam rozśpiewkę i ćwiczenia dykcji. Weszłam na salę, atmosfera była wspaniała, wszyscy mnie wspierali i chceli pomóc, to było niesamowite. Spotkałam tam ludzi takich samych jak ja. W Krakowie trzeba mieć przygotowanych mnóśtwo tekstów. Od początku jesteś numerem. Nie przedstawiasz się imieniem i nazwiskiem, tylko mówisz, jaki masz numer. Wchodzi się w grupach piętnastoosobowych, w strojach kąpielowych. Trzeba śpiewać zbiorowo i wyklaskiwać, potem powtórzyć pokazaną choreografię. Jest dużo zadań aktorskich, wierszyki dykcyjne. Mnie zgubił brak pokory na tych egzaminach. Tych samych ludzi widuje się na egzaminach w każdym mieście. Gdy pojechałam do Wrocławia, to stwierdziłam: „tutaj przejdę“. Zakochałam się w tym mieście, poznałam tam niesamowitych ludzi. Pomyślałam, że dlatego nie dostałam się do Krakowie, bo lubię w życiu zmiany. Tutaj się dostanę, to będzie to. Byłam bardzo zmotywowana. We Wrocławiu sprawdzają, czy masz dobry zgryz. Czeka cię etap sprawdzenia dykcji i impostacji, potem etap ruchu, następnie czekasz na informację, czy przyjęli cię na etap interpretacji tekstu. Miałam za zadanie pokazać rozpacz. Nie wierzyłam, że się nie dostałam. To było to, na czym zależało mi od czwartej klasy szkoły podstawowej. Ale egzaminy to prawdziwa loteria, jest zbyt dużo ludzi, żeby można było sprawiedliwie wybrać.


TNT: Jak się przygotowywujesz do tegorocznych egzaminów? K.O.: Chodzę na warsztaty, zajęcia z tekstów, śpiewu, ćwiczę, tańczę. Dużo doradzają mi starsi znajomi. Nauczyciel od tekstów powiedział mi, że mam taki temperament, że trzeba mnie trochę przytemperować, innym razem, że jestem za grzeczna i muszę być jeszcze bardziej spontaniczna. Gram w Rozdźwięku, dużo mi to dało. Obserwuję innych ludzi, czerpię z otoczenia, budując postacie, które gram. I każdego dnia przesuwam swoje granice. TNT: Dlaczego ludzi przystępujacych do egzaminów określasz jako masochistów? Jakie cechy muszą mieć ludzie myślący o aktorstwie? K.O.: Na konkurs reportażu napisałam tekst o egzaminach do szkół teatralnych. Określiłam nas jako masochistów, bo sztuka jest bardzo niesprawiedliwa. Można robić coś wspaniałego, ale ktoś powie, że to nie jego gust, więc jest beznadziejne. I to tak rani. Egzamin to przepustka, w prawdziwym aktorstwie nie ma castingów. Kiedy widzisz, że nie ma cię na liście, to to jest koniec. Ale za rok wracasz znowu. Ludzie, którzy są ósmy raz mówią, że kazdy poprzedni uważali za ostatni. Ale ciągle nie rezygnują. Nie dasz rady przestać. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. TNT: Jak weszłaś w środowisko aktorskie? K.O.: Fuksem totalnym. Zaczęło się od teatru muzycznego. Szłam korytarzem Nowodworka i zobaczyłam plakat na drugim piętrze: „Szkoła wokalno – aktorska poszukuje aktorów do występów w Teatrze Bagatela.“ Umówiłam się na przesłuchanie. Tam poznałam moją pierwszą reżyserkę, u której się uczyłam. Byłam bardzo zdeterminowana. Występowałam w Bagateli, Teatrze Ludowym, KTO, scenie „ Tęcza“. Poszłam na casting do Teatru Graciarnia. Grałam w międzynarodowym spektaklu w Teatrze Mumerus, w ktrórym ukazywaliśmy kulturę romską i przełamywaliśmy stereotypy związane z tą mniejszością. Występowali w nim aktorzy z Węgier, Słowacji, Polski. Pracowaliśmy z reżyserami teatru Mumerus i nie tylko. Praca z tymi niesamowitymi indywidualnościami była dla mnie niezwykle inspirująca. Nie było castingów, po prostu znalazłam sie we wlaściwym miejscu. W drugiej klasie liceum uzcestniczyłam w warsztatach o Andrzeju Bobkowskim współorganizowanych przez Nowodworek i właśnie Teatr Mumerus. Potem do mnie zadzwonili i tak znalazłam się w spektaklu. Uczestniczyłam w wielu wydarzeniach kulturalnych, poznawałam coraz więcej ludzi na na warsztatach, imprezach, nawet w autobusie. Dołączyłam do Teatru Rozdźwięk, co też wiele mi dało. Są też różne agencje castingowe, do których jestem zapisana. To również daje różne możliwości. TNT: No właśnie, co myślisz o agencjach castingowych i ludziach, którzy dzięki nim zaczynają grać w serialach paradokumentalnych? Postrzegasz aktorstwo jako sztukę, a takie produkcje często są uważane za „zeszmacenie“. K.O.: Nie mam prawa tego potępiać. Nie mam nic do ludzi, którzy idą tam, żeby dorobić. Ale odczuwam duży dystans do ludzi, którzy uważają się za aktorów, dlatego, że grali w „Szkole“ czy „Szpitalu“. Zazwyczaj charakteryzują się oni brakiem pokory i są tacy dumni, co mi się wydaje śmieszne, włos się jeży na głowie. Dla niektórych ludzi siedzenie na widowni w programach rozrywkowych ma większą wartość niż występowanie w teatrze. Kiedyś telewizja produkowała wartościowe rzeczy, ale teraz robi chłam, bo właśnie na to jest popyt. To powstaje dlatego, że są na to odbiorcy. Uważam, że w aktorstwie trzeba mieć pokorę i pamiętać o tym, żeby się rozwijać. Tym ludziom moim zdaniem jej brakuje. TNT: Czym się różni granie dla dorosłych od grania dla dzieci? K.O.: Granie dla dzieci jest o wiele trudniejsze. Na nim tak naprawdę nauczyłam się aktorstwa. Dzieci od razu wyczują fałsz. Dla nich trzeba się starać cztery razy bardziej. Dorośli jak idą do teatru, chcą być ludźmi kulturalnymi, nie przyznają się, że nie rozumieją, oni idą na sztukę. Nie powiedzą, że im się nie podobało, bo wyjdą na takich, którzy się nie znają. A dziecko rzuci resztką kanapki i krzyknie: „Mnie się nie podoba, a ta pani jest taka i taka“. Grając trzeba być konsekwentnym. W spektaklach dla dzieci nie ma scenariusza, musisz iść za widownią, robić to, czego chcesz ich nauczyć. Przykładowo trezba wiedzieć, jak odegrać strach w zależności od wieku odbiorców, żeby ich zaciekawić, ale nie przestraszyć. Dlatego najwięcej uczą spektakle dla dzieci. A dla dorosłych to całkowicie inna gra.


TNT: Co dają konkursy recytatorskie? K.O.: Szczerze? Niedużo. To jest tylko twoja praca. Są komisje, które oczekują od ludzi konkretnych schematów. I ja chodziłam na te konkursy czasami tylko po to, żeby pokazać, że się nie dostosuję i będę robić po swojemu psychologię postaci. Pamiętam, jak przygotowałam „Dyktatora“ Andrzeja Bursy i dostałam wyróżnienie. W tym roku otrzymałam pierwszą nagrodę. Ale uważam, że zajęte miejsca są bardzo subiektywne – ktoś może robić świetną robotę i nie dostać nic. Warto brać udział w tych konkursach, ja nie zniechęcam. Ale nie można mieć jakiegoś parcia na nagrody, tylko na to, żeby się rozwijać, znaleźć dobre teksty. A najważniejsza rzecz to psychologia postaci i twoja własna praca - to najcenniejsze, co możesz z nich wyciągnąć. TNT: Jaka powinna być relacja między aktorem a reżyserem? Czy widzisz ją jako oczywistą hierarchię czy raczej układ na równi zakładający współpracę? K.O.: Mam już trochę doświadczenia i wydaje mi się, że nie ma dobrej recepty. Każdy reżyser jest inny. Aktor musi się uplastycznić i dostosować, bo zawsze pozostaje w jakiś sposób zależny. Musi się poddać reżyserowi, ale na pewne rzeczy nie powinien pozwalać. Bywają twórcy, z którymi akote nie da rady współpracować bez rezygnacji ze swoich wartości. A ja uważam, że w tym zawodzie trzeba się trzymać pewnych wartości, żeby się nie zgubić. Nie można dążyć do celu za wszelką cenę, czasami trzeba zrezygnować. Trzeba umieć rozróżnić pozytywne przełamanie się od zeszmacenia się. Jeżeli ktoś czegoś nie chce zrobić, dlatego, że ma jakieś wartości, to tego nie zrobi. Zazwyczaj nie ma sensu pakować się w toksyczną relację, która niszczy. Ja na przykład całkowicie angażuję się w rolę. Naprawdę, całkowicie. Staję się postacią, przeżywam jej problemy, widzę świat jak ona. Jeśli nie ma osoby, która dobrze poprowadzi takiego aktora, to może go tym zranić. Szczególnie, kiedy się zaczyna. Tu i teraz jestem Klaudią, ale nie ma takiej roli, z której nie zostałoby coś w mojej psychice. Z każdej coś mam. Z „Dyktatora“ mam szminkę i tą butę, o której juz mówiłam. W Rozdźwięku, w „Suprajs Party“ byłam dziewczyną niezwykle zakochaną. Jeżeli chcesz być dobrym aktorem, musisz poświęcić wszystko dla stworzenia postaci. Aktor musi pracować przez cały czas , muzyk czy malarz jedynie podczas tworzenia. A aktor zawsze, moment występu na scenie to już finał jego pracy and sobą, a nie pełnia. TNT: Czy reżyser dla aktora może być jednocześnie przyjacielem czy będzie to naruszenie koniecznej granicy? K.O.: Tak, może być. Miałam taką sytuację. Taka relacja może być o tyle trudna, że artyści są specyficzni. Jeśli spotykają się dwie osobowości, które zaczą się nawzajem niszczyć, to może być to toksyczne. Trzeba mieć dystans do wszystkiego. Czasami mam do czynienia ze wspaniałą osobą, ale wiem, że nie mogę w żaden sposób nawiązać z nią kontaktu, bo nasze osobowości by się nawzajem „zeżarły“. Znam jednak wielkie przyjaźnie czy pary aktorsko – reżyserskie, więc wiem, że jest to możliwe. TNT: Teatr amatorski – czasowe doświadczenie czy droga do poważnego aktorstwa? K.O.: Niczego nie planuję. To może dziwnie zabrzmieć, ale uważam, że dobry spektakl mogą zrobić bezdomni nieposiadający niczego i może mieć on wartość większą niż spektakl wystawiony na deskach Teatru Słowackiego. W żaden sposób nie neguję teatrów niezależnych, powstają w nich często lepsze rzeczy niż w instytuacjach finansowanych. To, co zrobimy, zależy tylko i wyłącznie od nas. Dla mnie nieważne, z kim pracuję. Ważne jest, żeby była zgrana grupa, z którą można stworzyć coś niesamowitego, a przy tym samemu się rozwijać. I to jest mój cel, to mi daje frajdę. Dla mnie nieważne, gdzie coś osiągnę. Czy to będzie w Teatrze Starym, Rozdźwięku, czy będę grać w piwnicy dla znajomych. Ja po prostu nie mogę żyć bez aktorstwa. Teatr to nie prestiżowy budynek, ale ludzie, którzy go tworzą.


TNT: Co myślisz o tym, co obecnie dzieje się w teatrze? Jakie zadania przed nim stoją? K.O: Może powinnam urodzić się w innej epoce, jestem trochę teatralną tradycjonalistką. Podoba mi się, jak wszystko ma swój cel. Nie neguję komedii, ale ludzie chodzą tylko, żeby się pośmiać. Dla mnie w społeczeństwie zanikają wartości, chęć poznania, nauczenia się czegoś. Dlatego często mam momenty zwątpienia. Największym zainteresowaniem cieszą się teatry wystawiające spektakle komediowe. Ludzie potrzebują ich, żeby uczyły i bawiły, ale to, co się zaczyna dziać, trochę mnie niepokoi. Śmiech jest potrzebny, nie zaprzeczam, komedie są bardzo ważne, o ile jest to wysoki humor, a nie bazowanie na najniższych ludzkich instynktach. TNT: Na ile więc reżyser powinien myśleć o widzu, a na ile spełniać na scenie własne artystyczne wizje? K.O: Reżyser zawsze musi myśleć o odbiorcy. Aktorzy też, bo widz jest najważniejszy. Dlatego my musimy prowadzić tego widza, a nie iść na łatwiznę i dać mu to, co zawsze się sprzeda, np. nagość. Drobnymi kroczkami trzeba go rozwijać i dopasowywać się do niego. TNT: Co myślisz o bezpośredniej interakcji aktora z widzem? K.O: Uważam, że to powinno być spontaniczne i dostosowane do odbiorcy. Publiczności nie wolno wystraszyć. Trzeba wyczuć, jacy są widzowie, to nie może być z góry ustawione. Przy dobrym spektaklu podchodzenie do widowni w ogóle nie jest konieczne do zaciekawienia jej. A przy nudnym przedstawieniu aktor budzi w ten sposób widza i to jest żałosne, bo beznadziejnej sztuce nawet interakcja nie pomoże.

TNT: Opowiedz, w jaki sposób konstruujesz postać. Czy zdarza Ci się obserowować ludzi podobnych do niej w świecie realnym? K.O: Tak, uwielbiam obserować ludzi i ich reakcje. Zdarza mi się patrzeć na nich, myśląc o tym, jak bym ich zagrała. Rozmawiając z jakimś człowiekiem potrafię przejąć jego głos albo sposób wypowiedzi, gesty. Lubię badać pewne rzeczy w innych, a to też pomaga mi potem w aktorstwie. Dzięki temu rozumiem publiczność i jej reakcje. Mogę być słodka i różowa, a ludzie na ulicy się do mnie uśmiechają. Ale jak przebiorę się za metala, to widzę u innych prawdziwą odrazę. Lubię się przebierać i patrzeć, jak ludzie będą na mnie reagować. TNT: Czy myślisz, że szkoły średnie powinny oferować zajęcia artstyczne, nie tylko aktorskie i w jaki sposób można to realizować? K.O: Tak, bo to bardzo otwiera. Szkoła nas ogranicza, wpycha nas w ramy, wszystkie te regulminy co do wyglądu, zachowania. Te wszystkie schematy nam szkodzą, przesadny savoir – vivre, to, że jedne rzeczy możesz mówić, a innych już nie. U dzieci wspaiałe jest to, że nie mają wpojonych tych zasad, są naturalne i spontaniczne. Gdyby takie zajęcia były w szkole, bylibyśmy jak one, umielibyśmy się cieszyć z życia, tak jak one. Ja bardzo lubię otwierać ludzi, uświadamiać im wszechobecne tabu, co wolno, a co niby nie. Wszystko jest tabu. Zajęcia artystyczne powinny zwrócić nam tą dziecięcą wolność. Każdy dorosły jest dzieckiem, tylko po pewnym czasie to dziecko w tobie umiera, bo nie możesz nim być, a to odbiera nam szczęście. Ja jestem dzieciakiem i jestem z tego bardzo dumna. Chcę, żeby to zawsze we mnie zostało. Każdy powinien mieć coś takiego - inność, odwaga, dają ludziom uśmiech. Wszysscy pragną przygód, ale bardzo boją się śmieszności, braku akceptacji. Brakuje im spontaniczności. Czasami zaczynam śpiewać i tańczyć w środku miasta i ludzi to wciąga.


TNT: Czego w ogóle nie zrobiłabyś na scenie? K.O: Nie wiem. Każdego dnia ta granica mi się przesuwa. Lubię łamać tabu, ale muszę widzieć w tym sens. TNT: Czy prawdziwy jest pogląd, że aktorzy to często ludzie z trudną przeszłością, którzy sztukę traktują w pewnym sensie jako terapię? K.O: Wszyscy artyści mieli trudną przeszłość. W sztuce można dać „normalnym“ ludziom namiastkę tego, czego nigdy nie dostaną, coś, co jest w środku, pewną głębię. My, artyści, jesteśmy bardzo specyficzni. Mamy doświadczenia, które możemy oddać poprzez sztukę. Malarze są raczej introwertyczni, a aktorzy nie, dlatego o tym mówią. Stachura pisał: „Życie to jest teatr“. Niektórzy traktują to jako terapię. Poza tym ,po co się ograniczać do jednego życia, skoro można mieć kilka? TNT: Jakie są twoje aktorskie plany na najbliższe miesiace? K.O: Trudno jest mi cokolwiek planować. Przygotowuję się do tegorocznych egzaminów do szkół teatralnych. Na pewno teraz wiem dużo więcej i mam dzięki temu większe szanse. Chodzę na warsztaty i zbieram doświadczenia. Na pewno będę dużo grać, ale dokaldnie nie powiem, bo sama nie wiem. Moje życie ciągle mnie zaskakuje. Wywiad przeprowadził Michał Słotwiński

Konkurs Piosenki Obcojęzycznej 16 lutego w naszej auli nowodworskiej zebrały się tłumy, aby być świadkiem corocznego wydarzenia jakim jest Konkurs Piosenki Obcojęzycznej. Rokrocznie pokazem nowodworskich talentów muzycznych zajmuję się pani profesor Halina Tyliba, której pomimo natłoku spraw organizacyjnych (którego namiastkę miałam okazję odczuć będąc w ekipie pomocniczej) zawsze towarzyszy uśmiech na twarzy. Uczestniczyć w konkursie mogli wszyscy uczniowie naszej szkoły (a w zespołach również pojawiały się osoby spoza niej), warunkiem było wykonywanie utworów nie zawierających wulgaryzmów ani nie obrażających nikogo. Oczywiście zdolności muzyczne również były mile widziane, a wszyscy uczestnicy pokazali bardzo wysoki ich poziom. W auli panowała niezwykle przyjazna atmosfera – zarówno widzowie, jak i sami występujący świetnie się bawili i nie dało się wyczuć żadnego zdenerwowania z ich strony. W tegorocznej edycji konkursu pojawiło się wiele nowych talentów, jak Sebastian Szydło ze swoim wybitnym wykonaniem „Lemon Tree” niemieckiego zespołu Fools Garden, ale również mogliśmy oglądać ubiegłorocznych laureatów – Konstancję Jarecką oraz Karolinę Banaś i Ignacego Krakowskiego (tym razem już jednak nie w duecie). Dominowały piosenki w języku angielskim, ale usłyszeć też można było wiele innych języków, jako, że każdy wykonawca prezentował dwie piosenki. Zaskoczenie dla wszystkich na pewno stanowił utwór wykonany w języku japońskim przez Olgę Startek z klasy 3K. Na uwagę z pewnością zasłużył również występ zespołu The Trees, który zaprezentował swoje autorskie piosenki w języku angielskim i francuskim. Zdziwieniem dla nikogo nie był jednak werdykt jury, które (jak co roku) zdecydowało, że wszyscy artyści przejdą do następnego etapu. Odbył się on już w Centrum Kultury Rotunda, dzięki sponsorowaniu wydarzenia przez szkoły językowe, współpracujących z Nowodworkiem przy organizacji tego przedsięwzięcia już od wielu lat. Po godzinach żmudnych przygotowań i wyczerpujących prób, konkurs rozpoczął się występem wspomnianej już Konstancji Jareckiej, która w ubiegłym roku swoim wielkim głosem podbiła serca wszystkich zgromadzonych, zajmując tym samym pierwsze miejsce. Każdy kolejny występujący podnosił poprzeczkę coraz wyżej, tego dnia wyczuwalna w powietrzu była trema i rywalizacja. Pomimo tego za kulisami panowała niezwykle miła i rodzinna atmosfera, rozluźniona przez wspólny śpiew przy dźwiękach gitary i wzajemne wsparcie uczestników. Mając przyjemność spędzić tam kilka minut – nie miałam ochoty wracać na widownię czy też do moich obowiązków jako członka ekipy organizacyjnej, która tego dnia miała ręce pełne roboty. Kiedy nadszedł wyczekiwany z niecierpliwością moment ogłoszenia werdyktu, nikogo on nie zdziwił, gdyż zdobywcy pierwszego miejsca zarówno w kategorii solistów (Milena Ślósarz), jak i zespołów (Krasnaya Komanda) byli niezaprzeczalnie i bezdyskusyjnie najlepsi ze wszystkich i zaprezentowali się na najwyższym poziomie, pomimo bardzo wymagających utworów. Mimo ilości pracy jaką z pewnością włożyłam w pomoc w organizacji, świetnie się bawiłam i samą przyjemnością dla mnie było przebywanie wśród ludzi, którzy to wydarzenie tworzyli. Ludzi pełnych talentu i pasji, chcących dzielić się nią ze światem i zarażających swoim pozytywnym nastawieniem. Każdy kto miał szczęście w jakiś sposób uczestniczyć w wydarzeniu jakim jest KPO, myślę że nie żałował poświęconego czasu. Ja na pewno nie. Magdalena Jaworska


Norbert Gacek

Garnitur Dwuguzikowy pancerz ściśle opina Serce Pod szyją krawat ściska słowa Mocnym Windsorem (by nie przeciekło coś jednoznacznego) W kieszeni dwadzieścia naboi W miękkiej ramie z filtrem Czy wystarczy ? By zabić wspomnienie By spalić obrazek wykryty w plastycznej nadziei A przesiąknięta tobą petłuske zdusić W popielniczce Utkałem mój pancerz z babcinej troski Z wieczorów przy herbacie Z kłótni z ojcem Z Ciebie i z innych nitek Fasony ? Ależ zmieniam nie można za długo spierać Tych samych historii Czasami rozpinam guziki Ufnie wierząc Krawcom dziurawej przyszłości Dodaje skrawek materiału lub zmieniam poszetkę Ale twoja igła trafiła głębiej Niż podszewkowo I znowu trzeba będzie Prac tę plamę z rozczarowania Ponoć można zmyć mydłem i zapominaczem Nie martw się ślepy krawcu Przecież można utkać grubsza marynarkę Przecież można rozmawiać z pustym krzesłem parującym od twojego śladu Przecież pożywny jest dym papierosów Przecież Tylko słowa krwawią

Nowodworek times  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you