Page 1

1


Spis Treści: 4 Dzień Kultury Niemieckiej i Francuskiej

8 Karl Lagerfeld

10 Wywiad z Maciejem Szmydem

8

13 Rowerem wśród tulipanów - Holandia

15 Turniej Szachowy w I LO

16 Wywiad ze zwycięzcą Turnieju Szachowego

18 Wywiad z Maćkiem Bernasiem

23 Profesor Jacek Purchała w I Liceum

25 Historia soczewek kontaktowych

18

27 Metronomy - Love Letters

29 Nowinki

31 W siatkówce się wybijamy

33 Syto Piecze

4

2


Wstęp od redakcji Drodzy czytelnicy!

Dwa wydania The Nowodworek Times już za nami... Nadszedł czas publikacji kolejnego, marcowego numeru. W tej odsłonie zetkniecie się z postacią popularnego kreatora mody Karla Lagerfelda, odbędziecie ekscytującą podróż po kraju tulipanów, zawitacie do naszej szkoły, by ponownie wziąć udział w wydarzeniach tj. Dniu Kultury Francuskiej i Niemieckiej. Nie zabraknie również spotkań z interesującymi osobami. W tym numerze poznacie bliżej postać szkolnego fotografa Maćka Bernasia, który opowie o swoich pasjach i zainteresowaniach. Swoją historię przedstawi również prof. Maciej Szmyd – opowie o początkach pracy w Nowodworku, związku z V Liceum oraz stosunku do „kredy”. Zapraszamy do zapoznania się z nowymi nowinkami naukowymi oraz smacznymi przepisami SYTA PIECZE. Życzymy Wam, aby czytanie The Nowodworek Times było dla was wielką przyjemnością oraz okazją do pogłębiania własnej wiedzy i zainteresowań. Do przeczytania! Redakcja The Nowodworek Times

Redaktor naczelny: Jakub Turcza Zastępca redaktora naczelnego ds. TNT / sekretarz: Aleksandra Budzińska Desktop Publishing: Kierownik artystyczny / fotoedytor: Natalia Kowalska

Karolina Zając, Agnieszka Uchman, Katarzyna Galon, Filip Storożuk, Karolina Czaplak, Łucja Hudy, Jan Kłapa, Michał Strój, Natasza Gadowska, Joanna Wójtowicz

Grafik: Tytus Maciejowski

Znajdź nas na: http://su-nowodworek.pl/tnt http://issuu.com/thenowodworektimes

Projektant grafiki: Anna Skoczeń, Natalia Kowalska

Kontakt: tnt.nowodworek@gmail.com

Dziennikarze: Agnieszka Orszulak, Klaudia Majerańczyk,

Dziękujemy opiekunom The Nowodworek Times pani prof. Marcie Karpiel oraz pani prof. Annie Tumidajewicz - za cenne uwagi oraz wsparcie.

3


Szkoła

DZIEŃ KULTURY NIEMIECKIEJ I FRANCUSKIEJ

26.03 w naszej szkole już po raz ÓSMY odbył się Dzień Kultury Niemieckiej i Francuskiej, choć obecnie nazywa się go również Dniem Kultury Różnych Narodów, ze względu na bogactwo treści scenariusza. Opiekunkami projektu były profesor Sylwia Dulian, nauczycielka języka francuskiego, oraz profesor Joanna RokoszLechwar, nauczycielka języka niemieckiego. Włożyły one w przygotowania wiele wysiłku i serca, by wydarzenie to zostało na długo zapamiętane. Problematyka tegorocznej edycji dotyczyła buntowników na przestrzeni dziejów. Jest to motyw ponadczasowy, pojawiający się w każdej epoce, który skłania do refleksji i chwili

zadumy… Zupełnie przypadkowo ten nastrój pasował do smutnej informacji, którą przekazał Pan Dyrektor Tomasz Malicki. Otóż zmarł emerytowany, wybitny nauczyciel historii w naszej szkole, profesor Stanisław Jastrzębski. Uczciliśmy jego pamięć minutą ciszy… W tegorocznej edycji reżyserką trwającego ponad cztery godziny przedstawienia była Joanna Golik, której pomagała Karolina Czaplak- obie uczęszczają do klasy 2E. Wbrew pozorom sklejenie każdej partii scenariusza w jedną całość wcale nie jest łatwe ,zwłaszcza kiedy współpracuje się z tak dużą ilością

4


charyzmatycznych ludzi z wielkimi talentamitancerzami, choreografami, piosenkarzami, aktorami, a także twórcami. Ciężkiej roli konferansjerów podjęły się cztery wspaniałe osoby, pochodzące z zupełnie różnych środowisk: król Francji Ludwik XVI wraz z małżonką Marią Antoniną (Jakub Seweryn z 2E oraz Joanna Wójtowicz z 2F), projektantka Coco Chanel (Nathalie Sułkowska z 2E), oraz Louise Brooksamerykańska tancerka, modelka i aktorka z początku XX wieku (w tej roli Alicja Borek z klasy 2H). Ostatecznie scenariusz podzielony został na Musical oparty na Wielkiej Rewolucji Francuskiej i filmie „Nędznicy”- opracowała go Irena Lenart, uczennica klasy 2H. Ona i kilka jej koleżanek ukazały heroiczną walkę Francuzów o wolność i podstawowe prawa człowieka. Następnie mogliśmy śledzić przebieg „Polskiej drogi do wolności”, przenieśliśmy się w lata 60te dzięki wspaniałym pokazom rock and rolla w wykonaniu grupy dziewczyn, a także Michała Nazaruka z 1G i absolwentki naszej szkoły, Justyny Morbitzer. Następnie lata 20-te, które przyniosły światu kreatorkę mody Coco Chanel, która uwolniła kobiety z długich sukien i spódnic, a także ścięła włosy na „chłopczycę”. Dodatkową atrakcją tej części był pokaz mody przygotowany przez Wiktorię Walenistę, uczennicę klasy 2F. Nie odbyłby się bez modeli, którzy dumnie prezentowali modę pamiętającą czasy naszych pradziadków, dziadków, ale również rodziców. Trzeba przyznać, że prezentowali się całkiem nieźle… ;) Zdziwić mógł nas fakt, iż tak kultowe zespoły jak The Beatles, The Rolling Stones i The Animals nie były akceptowane przez rodziców, którzy uważali, że ich dzieci dosięgnęła zbiorowa histeria… Konferansjerzy przedstawili też wiele ciekawych anegdotek związanych z życiem członków tych bandów.

Byliśmy też świadkami wielu wspaniałych pokazów tanecznych- francuskiego charlestona czy energicznego jive’a . Po tej niesamowitej dawce wrażeń przenieśliśmy się w mroki przeszłości, gdzie przybliżona nam została sylwetka zakonników, ale również ludzi świeckich żyjących w ascezie i ciągłym umartwieniu, którzy poszukiwali sensu życia. Następnie, by nie zrobiło się zbyt poważnie, poznaliśmy świat beztroski, zabawy i zasady „carpe diem”- życia hippisów. Żebyśmy nie zrobili się zbyt głodni, na scenę zawitała scenka kucharska, w której w satyryczny sposób zostały ukazane problemy dwóch młodych kobiet (Adrianny Skóry i Klaudii Krzyżanowskiej z 1C),

które odwiedził hydraulik (Mikołaj Bać 1E)… Ale to nie koniec! Z zaświatów powrócił James Dean- bożyszcze nastolatek lat. 50, który zginął tragicznie, ale pozostał w pamięci wielu po dziś dzień. Po energetycznym „It’s my life” ponownie przenieśliśmy się w świat lat 60, tym razem widzianych oczami niemieckiej młodzieży, europejskich dyktatorów i reformatorów. Wysłuchaliśmy wspaniałych wokalistek- Eli Koc (1D), która wykonała utwór „Lovely Day” przy akompaniamencie Rafała Cegielskiego (1A) i przepięknym tańcu Gabrieli Bulki (1E), a także Magdaleny Tyszeckiej z klasy 3G,

5


która wykonała utwór „Youth” przy wtórze dwóch gitar elektrycznych dwóch AdamówKałuży i Wróbla z klasy 1A. Pierwszą część widowiska zakończyła melancholijna piosenka „Mury” Jacka Kaczmarskiego w wykonaniu Joanny Klimczak (2F) i Dagmary Strączek (2D). Po niej udaliśmy się na 20-minutową przerwę, by skosztować przepysznych wypieków przygotowanych na tę okazję.

D’arc, Karola Moor, Fausta, Wertera, Marcina Lutra- każda z tych postaci pragnęła coś zmienić, nie zgadzała się z biegiem losu, często była za to wytykana palcami, szykanowana. Ponownie po chwili zadumy przyszedł czas na chwilę rozluźnienia i śmiechu- byliśmy świadkami kuchennych rewolucji w wykonaniu Jakuba Kotasia i Macieja Irzyka- chłopcy zręcznie doprowadzili nas do łez… szczęścia oczywiście ;) Przedostatnim punktem programu było „Spotkanie z emancypantkami i zakazany taniec”. Pod tym tajemniczym tytułem kryła się historia kobiet heroicznie walczących o swoje prawa, których spotkały ciężkie tortury, a w ostateczności śmierć… Tylko dlatego, że chciały normalnie żyć. Wszystkie przedstawicielki płci pięknej zgromadzone na sali mogły przyjrzeć się sylwetkom tych, które sprawiły, że nasze życie jest obecnie tak łatwe i chronione wieloma prawami… Następnie przyszedł czas na „zakazany taniec”- ogniste tango argentyńskie w wykonaniu Michała Nazaruka (1G) i Pauliny Baruchy (2D). Niejednym dostarczyło wypieków na twarzy... ;) Ale to nie był jeszcze koniec! Rytmiczny kankan w wykonaniu Ewy Lorens (2A) z zespołem i taniec współczesny Natana Waśniowskiego (2B) i Marii Kruszewskiej (1K) zakończyły pokaz umiejętności tanecznych uczniów naszej szkoły. Ostatnim, ale na pewno zauważalnym punktem programu był występ zespołu złożonego z uczniów klasy 2A- Jakuba Lewandowskiego, Piotra Skrzypka, Michała Zdanowskiego, Jaromira Rusnaka (2H) i Patryka Bały (2K), który zaprezentował kilka utworów kultowego bandu Pink Floyd. Co ciekawe, wokalistaprzybyły gościnnie Dawid Lewandowski obdarzony niskim, dojrzałym głosem okazał się uczniem klasy drugiej gimnazjum…

II część rozpoczęła się od autorskiej scenki uczennicy klasy 2K- Ani Janiec, pt.: „Człowiek Śmiechu”. Mogliśmy prześledzić posiedzenie Izby Lordów, którzy obradowali nad ludzkim losem. Scenka ta dostarczyła w większości dużej dawki śmiechu, ale również uzmysłowiła, iż jeszcze nie tak dawno ludzie byli traktowani podle. Dodatkowo w części „Czy ich jeszcze pamiętasz?” przypomniane zostały losy Joanny

6


Życie często zaskakuje! Dzień Kultury na pewno nie odbyłby się, gdyby nie zaangażowanie… ponad 200 osób! Tak, tak- to nie pomyłka! Konferansjerzy, aktorzy, modele, tancerze, oprawa muzyczna, twórcy prezentacji, osoby odpowiedzialne za dźwięk, światło, kostiumy, obsługa kawiarenki, auli, osoby odpowiedzialne za dekorację i scenografię, fotografowie, kamerzyści, reżyseria, osoby piekące ciasta- pod tymi wszystkimi sekcjami kryje się tyle nazwisk. Wszyscy poświęcili swój czas, włożyli trud, serce i charyzmę, ukazali swoje umiejętności, by Dzień Kultury mógł powstać. Serdecznie im dziękujemy za to wydarzenie i gratulujemy wspaniałych pomysłów i talentów, których nikt im nie odbierze! Gratulacje należą się również PANI PROFESOR JOANNIE ROKOSZ- LECHWAR I PANI PROFESOR SYLWII DULIAN, które wykazały się nie lada cierpliwością dla młodych, „gorących” głów :) Ja jako uczestniczka mogę tylko mieć nadzieję, że się podobało i cóż mogę więcej powiedzieć? DO ZOBACZENIA ZA ROK! Karolina Czaplak Fot. Wojciech Górski

7


Moda

Karl Lagerfeld

Uważany jest za prawdziwego mistrza. Należy do jednych z najbardziej wpływowych projektantów i cenionych fotografów świata. Być może stało się tak dlatego, że jak twierdzi „Świat mody mnie bawi i czuję się w nim swobodnie”. Siebie samego określa jako szczęściarza, gdyż osiągnął niesamowity sukces, nie mając zdanej matury ani studiów. Nie wchodzi to jednak w sprzeczność z jego pracowitością i poświęceniem, chociaż mówi, że woli sprawiać wrażenie jakby wszystko przychodziło mu z łatwością. Kim tak naprawdę jest Karl Lagerfeld? Chyba nie wie tego nikt, prawdopodobnie nawet on sam… Urodził się w Hamburgu ale przez wiele lat utrzymywał, że nikt nie zna prawdziwej daty jego narodzin. Podawał więc rok 1938. Jak się jednak okazało narodził się 5 lat wcześniejw 1933 i fakt ten ujawnił dopiero w jednym

z wywiadów w 2013 roku. Jego ojciec, Otto pochodził z Władywostoku w Rosji, a matka Elisabeth z Berlina. Kobietę tę uważa za idealną i do dziś bardzo ceni to, jaką miała osobowość. Wychowywał się w Niemczech, lecz mówi, że nie ma miejsca, z którego by pochodził. Postanowił odciąć się od korzeni i wzlecieć na własnych skrzydłach. W 1953 r. wyjechał do Paryża, gdzie rozpoczął pracę w domu mody jako kreślarz. Kilka lat później, w wieku 17 lat wygrał modowy konkurs, co zapewniło mu posadę między innymi u Yvesa Saint-Laurent. Pierwsza wylansowana przez niego linia odzieży cieszyła się niezwykłą popularnością i zebrała wiele przychylnych opinii. Wkrótce fanką ubrań Karla stała się nawet Elizabeth Taylor. W 1964 r rozpoczął pracę we francuskim domu mody Chloe, a w latach 70. dorabiał sobie jako

8


kostiumolog w teatrze. W 1972 roku rozpoczął współpracę z włoskim domem mody Fendi, co kontynuuje do dnia dzisiejszego. Prawdziwą popularność przyniosła mu jednak praca dyrektora artystycznego Chanel. Rozpoczął ją w 1983 roku, 12 lat po śmierci Coco, kiedy to dom mody tracił na wartości i uznaniu. Lagerfeld swoimi innowacyjnymi projektami postawił Chanel na nogi, choć niektórzy twierdzili, że sama Gabrielle przewracała się w tym czasie w grobie. Podobno inspiracje do swoich spektakularnych kolekcji czerpie ze snów. Czasem zdarza mu się, że podczas snu oczyma wyobraźni widzi już cały pokaz w ogólnym zarysie, a po przebudzeniu, kreśląc markerami po papierze dopracowuje szczegóły. Nikt nie może zaprzeczyć niesamowitości i oryginalności zarówno projektowanych przez niego kreacji jak i organizacji całego przedsięwzięcia, jakim jest pokaz haute couture. Choćby scenografia przedstawiającą ogromną ucztę, gdzie modelki przechadzały się pomiędzy wykwintnie zastawionymi stołami. Kiedy indziej natomiast prezentowały stroje siedząc na obracającej się karuzeli. Karl przyznaje, że zachwyca go praca, którą wykonują inni ludzie, a której on sam wykonać by nie potrafił, np. szycie. Do jego głowy przychodzą jedynie pomysły. Jednak nie poświęca całego swoje życia projektowaniu. Doszedł do wniosku, że jest to praca, którą kocha, lecz zajmuje go ona tak samo jak książki, których ma ogromną kolekcję czy fotografia. Zdaje sobie sprawę ze swoich talentów i nie ukrawa, że jest człowiekiem zarozumiałym. Mówi, że gdyby nie projektował ubrań, to pracowałby w branży reklamowej. Fakt, które go nikt Lagerfeldowi zarzucić nie może , to nienaganny i rozpoznawalny wizerunek. Siwe, gładko zaczesane włosy, sygnety na palcach i najczęściej czarny, elegancki strój.

Nie można oczywiście zapomnieć o ciemnych okularach, bez których stara się nie pokazywać. Wszystko to sprawia wrażenie ogromnego profesjonalizmu bijącego od Karla. Jest niepowtarzalny, a głoszone przez niego poglądy kontrowersyjne. Sam podkreśla: „Zagrałem wiele ról, żeby stworzyć wyobrażenie na swój temat. Myślę, że już właściwie nie można mnie poznać”. Dodaje, że nie chce być w niczyim życiu realną osobą, raczej zjawą, pojawiać się i odchodzić. Mogłoby się więc wydawać, że mimo tego jak bardzo jest w świecie ceniony to należy do osób samotnych. On jednak z przekonaniem stwierdza: „Dla mnie samotność jest zwycięstwem i walką. Ludzie, którzy tworzą często muszą być sami. Nie można żyć na oczach innych i pozostać twórczym. Każdy powinien żyć własnym życiem”. Słowa te brzmią bardzo oschle i chłodno. Myślę jednak, że nie dotyczą one jego kotki Choupette, która ma własną pokojówkę, profesjonalne sesje zdjęciowe i zaprojektowaną przez jej właściciela kolekcję kocich ubrań…. Katarzyna Galon

9


Ludzie

Wywiad z Maciejem Szmydem

Filozofię studiował tylko dlatego, że ją lubi, a jego największym zainteresowaniem jest historia sztuki, z której nie uczynił zawodu, by nie przestała być pasją. Pisze książki, które być może kiedyś uczynią z niego milionera. Polonista, którego plusiki i minusiki owiane są sławą w całym Nowodworku – Maciej Szmyd, wyjątkowo dla The Nowodworek Times opowiada o sobie, jego pasjach i szkole.

historia sztuki, filozofia, prawo, jak większość mojej klasy. Na polonistykę namówili mnie znajomi, jednak z upływem czasu ci koledzy się wykruszyli, a ja zostałem polonistą. Tak ta historia wygląda. A i K: Dlaczego został Pan nauczycielem? M.Sz.: Po studiach pracowałem w różnych miejscach, przeważnie bardzo krótko. W pewnym momencie trafiłem do prywatnej szkoły i tam zacząłem uczyć. To mi się spodobało, ponieważ wydawało mi się, że ucząc, mogę wpływać na ludzi, rzeczywistość. Według mnie to właśnie jest najlepsze w tym zawodzie.

A i K: Czy zawsze chciał Pan studiować polonistykę? M.Sz.: Nie, było to dosyć przypadkowe. Zastanawiałem się nad różnymi studiami, oczywiście humanistycznymi, tj. historia,

10


A i K: Jak trafił Ogólnokształcącego?

Liceum

A i K: Znany jest Pan z zamiłowania do filozofii. Ma Pan swojego ulubionego filozofa?

M.Sz.: Zupełnie przypadkowo. W szkole prywatnej zmienił się właściciel i oczywiście mi się nie spodobał, więc się zwolniłem. Zacząłem szukać pracy w różnych miejscach i byłem już prawie pewny, że będę uczył w II LO, ale też bez większej nadziei złożyłem podanie do Nowodworka. Tak się dziwnie podziało, że akurat w Sobieskim się nie udało, a tutaj trafiłem na zastępstwo za panią profesor Sapielak i już zostałem.

M.Sz.: Ja dzielę filozofów na tych, którzy są błyskotliwi, świetnie pisali oraz na takich, którzy są najbliżsi prawdy o świecie. Z pierwszej grupy moim ulubionym filozofem jest Arthur Schopenhauer, jako pisarz miał błyskotliwy styl. Do drugiej zaliczyłbym późnego Ludwiga Wittgensteina, Friedricha Nietzschego i amerykańskiego filozofa Richarda Rorty’ego.

Pan

do

I

A i K: Bardziej czuje się Pan polonistą czy filozofem?

A i K: Jest Pan absolwentem V LO i pracuje w Nowodworku. Te dwie szkoły mocno ze sobą rywalizują. Czy kiedykolwiek przeszkadzało to Panu w pracy?

M.Sz.: Polonistą. Filozofem jestem z zamiłowania, w sensie bardziej hobbystycznym. A i K: Ma Pan swoją ulubioną epokę literacką?

M.Sz.: Nie, nie przeszkadza mi to absolutnie. Bardziej ta rywalizacja mnie bawi. To jest fajne, że buduje się dumę, że chodzi się do takiej a nie innej szkoły, ale uważam, że napawanie się, że jest się jakąś elitą jest śmieszne. Każdy powinien mieć świadomość, że równie interesujący, utalentowani, ciekawi ludzie mogą chodzić do innych szkół o mniejszej renomie i o wyższych numerach.

M.Sz.: Najbardziej lubię epoki ze skomplikowaną literaturą, bo jest ona ciekawa, trudna. Interpretowanie trudnych tekstów jest bardzo interesujące. W takim razie moją ulubioną epoką jest barok. A i K: Jaka jest Pana ulubiona książka? M.Sz.: W tym kontekście powinienem wymienić jakieś utwory barokowe, ale tak naprawdę mam dwie ulubione książki, obydwie XIX-wieczne – z polskiej literatury „Maria” Antoniego Malczewskiego, a z literatury światowej byłaby to „Pani Bovary” Gustawa Flauberta.

A i K: Czy za Pana szkolnych lat ta rywalizacja wyglądała podobnie? M.Sz.: Tak, oczywiście była. Niestety ze wstydem muszę wyznać, że z naszego punktu widzenia, jako uczniów V liceum, nie było żadnej rywalizacji, bo my byliśmy lepsi, nowocześniejsi, inteligentniejsi, a do I i II – tych szkół w naszej opinii XIX-wiecznych, chodziły jakieś bezmyślne kujony. Mówię o tym ze wstydem, bo nie miało to i nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

A i K: Wielu uczniów, ale nie tylko, jak ognia unika naszej epopei narodowej „Pana Tadeusza”. Jak Pan myśli, z czego to wynika i czy można byłoby to zmienić?

11


M.Sz.: Generalnie to nie jest mój ukochany utwór (śmiech). Temu tekstowi zrobiono w Polsce ogromną krzywdę czyniąc go tak ważnym i poważnym, wielką epopeją narodową, którą trzeba czytać na kolanach. Tak naprawdę to jest taka dosyć humorystyczna historia o prowincjonalnych romansach z dość śmiesznymi postaciami, jak podstarzała Telimena szukająca męża, hrabia, którego moglibyśmy nazwać współcześnie prowincjonalnym hipsterem, czy ksiądz, który więcej mówi o polityce niż o wierze. To bardzo polska historia, niezbyt serio napisana i tak postrzegał ją sam Adam Mickiewicz, o czym niewiele osób wie. Trudność „Pana Tadeusza” polega na tym, że współczesny czytelnik nie lubi długich opisów, obecnie mamy inną wrażliwość. Czterostronicowy opis lasu może być dla nas sporym wyzwaniem, ale generalnie zachęcałbym do lektury, gdyż jest tam też wiele fragmentów fajnie, błyskotliwie napisanych.

A i K: Jak najchętniej spędza Pan wolny czas?

A i K: Od zeszłego roku jest Pan po raz pierwszy wychowawcą. Jak ta rola i ogólnie praca w szkole wpływa na Pana życie prywatne?

M.Sz.: Bo kreda to jest zło. Napiszcie to koniecznie (śmiech). Jest ohydna w dotyku i na pewno przenosi jakieś okropne choroby umysłowe. Dlatego jej nie używam i nie będę używać, chyba że będzie chodzić o ratowanie czyjegoś życia, ale tylko ewentualnie.

M.Sz.: Tu powinienem powiedzieć coś oryginalnego, że zajmuję się ceramiką albo baloniarstwem (śmiech). Niestety, spędzam mój wolny czas bardzo banalnie, a ten czas to generalnie tylko wakacje, więc przede wszystkim odsypiam rok szkolny. Czytam rzeczy, na które nie miałem czasu. Często marnuję czas na rzeczy całkowicie absurdalne, bez finału, np. na pisanie książek. Są to takie utwory jak „Powrót Pacenki” (parodia „Nad Niemnem”) czy „Sennik umarłych”. Jest to feministyczny horror, którego akcja rozgrywa się w środowisku filozofów podczas konferencji. Wydaje mi się, że jest zupełnie niezła. Jeśli kiedyś to wydam to pewnie pod pseudonimem, więc zapamiętajcie tytuł! (śmiech) A i K: Dlaczego nie używa Pan na lekcjach kredy?

M.Sz.: Wpływa bardzo, tzn. nie mam życia (śmiech). Bardzo mnie to angażuje czasowo i psychicznie. Nie skarżę się, bo wychowawstwo dużo mi daje. Wydaje mi się, że dzięki temu uczę się dużo o ludziach, ludzkiej psychice, relacjach międzyludzkich. W gruncie rzeczy jestem bardzo wdzięczny losowi za ten zaszczyt wychowywania 2E.

A i K: Bardzo serdecznie dziękujemy i życzymy jak najszybszego wydania wszystkich książek. M.Sz.: Proszę bardzo i dziękuję. Karolina Zając i Agnieszka Orszulak

A i K: Co jest Pana największą pasją? M.Sz.: Historia sztuki, a przede wszystkim historia malarstwa z XV-XVII wieku. Coraz mniej mam na to czasu, ale staram się jakoś go znaleźć, więc podróżuję i zwiedzam muzea, czytam książki.

12


Podróże

Rowerem wśród tulipanów - Holandia Dziś odwiedzimy Holandię - niewielki kraj położony nad Morzem Północnym, który kryje w sobie wiele osobliwości i ciekawostek. Swoją nazwę wywodzącą się ze słów „Holt-land” (kraina lasów) zawdzięcza temu, że kiedyś Holandia pokryta była wielkimi lasami. Mówiąc o krajobrazie, większą uwagę zwraca się jednak na powszechne depresje. Prawie jedna czwarta powierzchni kraju leży poniżej poziomu morza. Najniżej położone miejsce znajduje się w okolicach Rotterdamu i ma minus (!) 6,7 m wysokości. Najwyższe wzniesienie, bo trudno je nazwać górą, to Vaalserberg - 321 m n.p.m.

że są oni niezwykle liberalni i tolerancyjni. Bardzo cenią sobie prywatność i przystają na wiele dziwactw, które dla nas mogą wydawać się wręcz nieetyczne. Nie możemy jednak zapominać o gościnności Holendrów i ich przyjaznym nastawieniu do turystów i przyjezdnych. Warto wspomnieć o tym, że prawie każdy mieszkaniec Holandii posiada swój własny rower. Drogi rowerowe są tam przeważnie szersze niż chodniki dla pieszych a łączna długość takich ścieżek wynosi ponad 15 000 km! Oprócz rowerów Holendrzy uwielbiają również łyżwiarstwo. Gdy tylko przyjdzie mróz, każdy bierze swoje łyżwy i idzie ślizgać się na „naturalnym lodzie” powstałym na kanałach. Nie brakuje wtedy dookoła kramów z typowo holenderskimi zimowymi specjałami takimi jak Snert, koek i zopie.

Językiem urzędowym w tym kraju jest holenderski (niderlandzki). Większość Holendrów zna język angielski; a znany jest im również niemiecki. Co ciekawe, holenderski brzmi jak połączenie obu tych języków. Na przykład słowo „Dank U”, które ma coś w sobie z „thank you” i „danke”, oznacza „dziękuję”.

No dobrze, pozostaje tylko pytanie: gdzie i kiedy warto pojechać? Oczywiście od razu nasuwa się na myśl Amsterdam - jedna z najpiękniejszych stolic Europy. To tutaj możemy podziwiać nie tylko niezwykłe dla nas zabytkowe wiatraki, ale również tzw. „hofjesy”, czyli stare, otoczone rozległymi ogrodami, domy przyklasztorne, w których niegdyś mieszkali zakonnicy. Haga natomiast to siedziba rządu holenderskiego i królowej oraz najlepszej w Europie Królewskiej Galerii Malarstwa. Najpopularniejszy port znajduje się w Rotterdamie. Bez względu jednak na to, czy zatrzymujemy się w stolicy, czy w mniejszym miasteczku znaleźć możemy wiele urokliwych

Ale może teraz coś więcej o samych Holendrach. Na świecie panuje przekonanie,

13


miejsc. Holendrzy bardzo dbają o estetykę, są wręcz miłośnikami piękna. W kolorowych, wystylizowanych kamieniczkach znajdziemy mnóstwo galerii, kameralnych teatrów, wystaw malarskich oraz lokali muzycznych. Uwagę zwracają również niewielkie, ale za to pięknie przyozdobione ogródki. Nieodłącznym elementem krajobrazu są również wiatraki, które początkowo używane były do osuszania terenu, wcześniej zajętego przez jeziora. Pogoda w Holandii latem przypomina nieco naszą nadmorską wiosnę. Temperatury utrzymują się na poziomie kilkunastu stopni. Trzeba jednak pamiętać, że bywa tam bardzo wietrznie, więc nie można zapomnieć o wiatrówce i płaszczu przeciwdeszczowym!

najbardziej znanym elementem są chodaki. Stały się one miłą pamiątką kupowaną przez turystów. Przepięknym elementem krajobrazu holenderskiego oraz nieodłącznym symbolem tego kraju są tulipany. Holendrzy specjalizują się nawet w tworzeniu wyjątkowych mieszanek kolorystycznych tulipanów, które znane są na całym świecie. Na koniec wspomnę jeszcze o jednej ciekawostce, na którą natknęłam się na jednej ze stron internetowych. Otóż, w Holandii nie istnieje ścisły zakres imion wybieranych przez rodziców dla swoich pociech. Mogą oni je nazwać w dowolny sposób, o ile nie jest to obraźliwe i da się zapisać alfabetem łacińskim. Tak, ten kraj niewątpliwie jest bardzo osobliwym, ale przez to i niezwykłym miejscem.

Holandia słynie między innymi z wyrobu tradycyjnych serów (Gouda, Edamer), a także z tradycyjnego stroju ludowego, którego

Agnieszka Uchman

14


Szkoła

Turniej Szachowy w I LO

Miło nam usystematyzować. 3 marca (poniedziałek) odbył się Nowodworski Turniej Szachowy o Puchar Dyrektora I LO. Miejscem zmagań była sala nr 20, gdzie pośród wypożyczonych z Małopolskiego Związku Szachowego plansz i figur już od godziny czternastej zaroiło się od chętnych na intelektualną rozrywkę. Opiekunami całego wydarzenia byli profesorowie Jacek Szalewski i Adam Bil, a zorganizowali je: Mateusz Guzik, Andrzej Uhl oraz Piotr Skrzypek. Ekscytującej walce taktyków, w miarę wolnego czasu przyglądał się Pan Dyrektor, a profesor Bil w przerwach pomiędzy partiami zabawiał uczniów żartobliwymi anegdotkami. Po wyczerpujących starciach w czołówce uplasowali się Piotr Michalski z III B (I miejsce), Jakub Martowicz z I A (II miejsce), natomiast ostatnia lokata na podium przypadła Olafowi Mlekodajowi z klasy drugiej K. Pokonanych zostało aż dwudziestu siedmiu uczestników w toku pięciu tur (w każdej 15 minut dla jednego gracza). Zatem

zawody rozegrano systemem szwajcarskim. Nie można nie wspomnieć, iż wysoki wynik uzyskał także ex-prezydent - Adrian Domarecki. Znamy już wyniki, ale nagroda główna – Puchar Dyrektora - zostanie wręczony, z należytą pompą, dopiero na uroczystej Gali z okazji końca roku szkolnego. Z kolei tuż po zakończeniu zmagań w królewską grę najlepsi otrzymali ufundowane przez dyrekcję albumy. Pan Dyrektor pogratulował wspaniałych wyników i wyraził nadzieję, iż Turniej na stałe zagości w nowodworskiej tradycji. Wszystkim uczestnikom gratulujemy odwagi i życzymy dalszego doskonalenia zwojów mózgowych. Przygotowując się już do przyszłorocznej edycji, zachęcamy do intensywnego treningu. Przed nami Żywe Szachy w starciu z V Liceum Ogólnokształcącym. Oby zwycięzcy Turnieju Szachowego zaprezentowali taki sam poziom i objęli dowództwo nowodworskiej reprezentacji. Jan Kłapa

15


Ludzie

Wywiad ze zwycięzcą Turnieju Szachowego Piątek, 21 marca. Na kilka minut przed rozpoczęciem mszy kończącej szkolne rekolekcje w drzwiach Bazyliki Mariackiej ukazuje się Piotr Michalski – zwycięzca Turnieju Szachowego o Puchar Dyrektora I LO. Od razu przystępuje do niego redaktor TNT… J.K. Witaj! Winszuję zdobycia pierwszego miejsca. Z tego co wiem, bardzo zaskoczyłeś organizatorów, ponieważ nie znajdowałeś się na liście murowanych zwycięzców. Spora liczba uczestników, których należało pokonać sugeruje, że było ciężko. Czy ty też byłeś zaskoczony?

prezentował zbyt wysokiego poziomu, więc dosyć szybko go pokonałem. Natomiast później miałem problemy i był nawet taki moment, że mój przeciwnik mógł wygrać, ale nie wykorzystał jednej sytuacji i udało mi się go jakoś pokonać…

P.M.: Na początku także nie mogłem uwierzyć, że to się stało. Szczerze powiedziawszy, ja też nie obstawiałem swojej wygranej. (śmiech) Grywam w szachy, ale robię to tak bardziej… towarzysko. Gram często z kolegami, ale nigdy nie brałem udziału w żadnym turnieju. Chociaż co prawda w podstawówce [tu rozmówcy wymienili nazwę wspólnej szkoły oraz personalia nauczyciela, ale nie chcą być posądzeni o kryptoreklamę] wydelegowano mnie do jednego turnieju, ale - z tego co pamiętam - odpadłem po pierwszej partii. (śmiech) Także to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie.

…ech, zagapił się… Albo się zagapił, albo zestresował – nie wiem dokładnie. Trzeci rywal to… też dosyć szybko z nim wygrałem. Czwarty przeciwnik chciał, żebym przystał na remis, ale się nie zgodziłem i pokonałem go. Za to ostatni rywal był dosyć wymagający. Z tego co pamiętam, był to chłopak z pierwszej klasy, ale naprawdę prezentował wysoki poziom. Ostatecznie zajął drugie miejsce w tym turnieju! Ja też byłem już zmęczony poprzednimi partiami, więc wynikiem naszego starcia był remis. A więc miałem cztery zwycięstwa i jeden remis.

A jaki był przebieg twojej walki? Grałem z pięcioma uczestnikami. Na początku miałem rywala, który zdaje mi się, nie

16


A zatem graliście na tury?

…paradoksalnie. A gdybyś mógł jeszcze powiedzieć Czytelnikowi i mnie – na jakim jesteś profilu? Sam narzuca się związek między geniuszem matematycznym a szachami. Jak to wygląda w Twoim wypadku?

Tak, tak było. Ale warto podkreślić, że o zwycięstwie zadecydowały bardzo małe różnice punktowe. Ja wygrałem mając pół punktu więcej niż druga osoba. Na koniec powiedz, dlaczego twoim zdaniem warto uprawiać ten najaktywniejszy ze sportów?

Taaak... To też chyba było zaskoczenie, bo jestem na profilu klasycznym. Naszym wychowawcą jest pan prof. Adam Bil, który również był bardzo zaskoczony, ale jednocześnie zadowolony, że humanista wygrał taki turniej.

Myślę, że warto uprawiać taki sport, który sprawia ci przyjemność. Chociaż nie wiem, czy szachy bym nazwał sportem… Niemniej lubię je i miło jest wygrywać.

Gratuluję w imieniu TNT i swoim. Dziękuję za wywiad.

Czyli zgadzasz się z tym, że kształcą abstrakcyjne myślenie, uczą strategii, itp. ?

Dziękuję. [Pozdrawiamy organizatorów i dziękujemy Im za niezapomniane emocje – przyp. autora]

Myślę, że tak. Warto w nie grać, tym bardziej, że są – jak widać dość nieprzewidywalną grą…

tekst i fotografie Jan Kłapa

17


Ludzie

Wywiad z Maćkiem Bernasiem

Zanim umówiłyśmy się na wywiad z Maćkiem Bernasiem dokładnie obejrzałyśmy jego galerie zdjęć. Nie jest chyba zaskoczeniem, że niektóre zdjęcia naprawdę robią wrażenie. W połączeniu jednak z historią ich powstawania i objaśnieniami nabierają nowego, jeszcze bardziej fascynującego znaczenia. O pasji naszego, dobrze wszystkim znanego, szkolnego fotografa- Maćka Bernasia, rozmawiamy siedząc w bistro Charlotte, gdzie Maciek już widzi kolejne kadry i wyciąga aparat, by uwiecznić chwilę.

Klaudia Majerańczyk : Zawsze masz przy sobie aparat? Maciek Bernaś: Od pewnego czasu tak. Odkąd zacząłem realizować projekt 365, to stało się po prostu moim nawykiem. Na początku zacząłem nosić prosty kompakt, którego jakość niestety nie zadowalała mnie. Potem przyszedł czas na lustrzankę i teraz właściwie zawsze mam ją ze sobą, czy to cyfrową czy analogową. Gdy wychodzę z domu bez aparatu odczuwam pewnego rodzaju niepokój.

18


K: Jak my bez telefonu(śmiech)

K: Co sądzisz o inicjatywie Humans of New York? Fotografowanie ludzi tez Cię „kręci”?

M: Odkąd zacząłem robić projekt 365, fotografia stała się moją codziennością. Z roku 2013 mam zdjęcia na każdy dzień, przez to wiele z tych zdjęć jest byle jakich, coraz więcej było zrobionych „bo trzeba”. Teraz próbuję się odnieść do filozofii, którą daje mi analog, robię zdjęcia temu, co mi się naprawdę podoba i próbuję robić je bardziej wybiórczo. Jestem bardziej asertywny względem kadrów. Staram się nie robić zdjęć wszystkiemu, ograniczam się. Joanna Wójtowicz: Przybliż koncepcję tego projektu-365.

nam

M: Ten temat wzbudza we mnie mieszane uczucia. Zdjęcia robione do tego projektu są trochę nijakie. Proste portrety, których siłę buduje tylko i wyłącznie historia ukryta za tymi zdjęciami. Odnosząc się do drugiej części pytania- tak, uwielbiam fotografować ludzi, szczególnie w naturalnych dla nich sytuacjach. Lubię, kiedy nie wiedzą, że jestem w ich pobliżu. Ważne jest dla mnie uchwycenie tych chwil, które potrafią ukazać wszystkie ich emocje w danym momencie. Ale chyba właśnie to jest fotografia, pokazuje ten ułamek sekundy, który

może

tworzy historię. To, co znaczy dla mnie człowiek w fotografii, dobrze obrazuje mój stosunek do krajobrazu, szczególnie miejskiego, uważam, że bez człowieka kadr taki jest niemal zupełnie bezwartościowy.

B: Jest to taki projekt, w którym chodzi o codzienne robienie zdjęć. Nie jednego, ale kilku zdjęć. Potem z nich trzeba wybrać tylko jedno, a to wcale nie takie proste, jedno najlepsze ląduje na blogu. Założyłem tego bloga, ale w pewnym momencie przerosło mnie to z powodu obowiązków szkolnych, brakowało czasu na wrzucanie zdjęć. Celem tego projektu jest właściwie nauka odpowiedzialności. Do takiej systematyczności i sumienności trzeba dorosnąć. Szkoda tylko, że dopiero teraz, a nie przed zaczęciem projektu sobie to uświadomiłem.

K: Przeglądałyśmy razem Twoje zdjęcia i szczególnie jedno przypadło nam do gustu. Byłyśmy nim zachwycone. M: Rok temu załapałem sie jako fotograf na wycieczkę chóru do Nowego Yorku. To było zwykłe zdjęcie zrobione z autobusu jak przystało na turystę. Po prostu zauważyłem ten żółty autobus- symbol Ameryki i stwierdziłem, że muszę zrobić mu zdjęcie.

J: Jak godzisz naukę z fotografią? B: Fotografuję głównie, gdy chodzę, a chodzę dużo, bo na przykład ze szkoły i do szkoły, przy czym staram się nie używać komunikacji miejskiej i gdy stoję przed wyborem tramwaj czy nogi, zawsze wybieram to drugie. Nigdy nie spędziłem drogi do Nowodworka bez aparatu w ręce. Uwielbiam fotografię uliczną. To są zdjęcia, które najbardziej szanuję i kadry, których szukam.

J: Dla mnie to jest właśnie niesamowite, że to jest taka chwila, ułamek sekundy. Bo gdy Klaudia mi dziś pokazała to zdjęcie, to moja reakcja brzmiała: „on to zrobił?!”. M: Jednak uważam, że mogłoby być lepsze.

19


K: Jak zawsze skromny Maciek(śmiech)

internetu. Na początku liceum kupiłem lepszy obiektyw 70-200 f/2.8 – to jest ten najdłuższy, największy i najcięższy, z którym macie mnie okazję widywać często przy bocznej ścianie auli. Moja miłość (przykro nam dziewczyny– przyp. red.). Pewnego razu siedziałem z kolegami z klasy przed szkołą i pani dyrektor Urszula Mroczek- Gula dzięki temu obiektywowi zauważyła mnie i zaangażowała w fotorelacje z wydarzeń szkolnych . To zabawne, bo to jest ten element w mojej historii, który zaważył na tym, jak teraz fotografuję. Zacząłem dzięki temu zdobywać doświadczenie, to Nowodworek dał mi szansę rozwijania swoich umiejętności.

M: Ten ford, który tam wjechał burzy odrobinę kompozycję. J: Teraz pytanie, które w zasadzie powinno być na początku, jak zaczęła się Twoja przygoda z fotografią i dlaczego Cię tak to „wkręciło”? M: Fotografią interesowałem się od zawsze. Mój tata nie był nigdy fotografem, ale przywiązywał do niej dużą wagę. Mieliśmy w domu aparat cyfrowy, więc mogłem z niego swobodnie korzystać, zawsze lubiłem robić zdjęcia. Jako dziecko chodziłem z rodzicami w Boże Ciało na…jak to się nazywa?

K: Co jest najbardziej ekscytujące w całym procesie fotograficznym?

K: procesja?

M: To zależy czy cyfrą czy analogiem. W aparacie analogowym sprawa jest prosta, najfajniejsze jest samo robienie zdjęć i podobnie jest z aparatem cyfrowym. Z tym, że przy analogu jest ten dreszczyk niepewności, czy to zdjęcie na pewno wyszło, czy ono tam jest, czy jest dobre, czy coś zepsułem, czy poruszyłem. Jest to pewnego rodzaju „sport ekstremalny” w świecie fotografii, szczególnie w naszych czasach. To wielkie wyzwanie uchwycić moment mając do dyspozycji jedną klatkę i to w korpusie aparatu, który prawie niczego nie ma i jest to tylko i wyłącznie zależne od umiejętności fotografa, a nie od tego, jak wiele kosztował aparat. Co do fotografii cyfrowej, też uwielbiam łapanie momentów, z tym, że tu już nie kręci mnie tak bardzo ta niepewność. Fotografia cyfrowa to niestety częściej prowokowanie szczęścia, przez robienie tysięcy nieprzemyślanych zdjęć i liczenie na wymarzony efekt. Chyba właśnie te momenty, chwile, ułamki sekund zamrożone w ruchu kocham najbardziej. Czasami wystarczy

M: Tak(śmiech). Nudziłem się tam, więc chodziłem, fotografowałem ludzi i wszystko to, co się działo. Potem przyszedł moment, że w 6 klasie dostałem swój aparat. Parę lat później uparłem się, że chcę lustrzankę. Choć miałem uzbieraną połowę kwoty to potrzebna była mi druga. Moi rodzice na początku sceptycznie podchodzili do mojego pomysłu. Wyciągnąłem jednak asa z rękawa, ponieważ na rozmowie, takiej jaką przeprowadza się podczas badania dysgrafii czy dysortografii, przy obecności taty, na pytanie o największe marzenie, przyszły zawód odpowiedziałem „zostanie fotografem”. No i udało się. Zacząłem fotografowanie praktycznie bez żadnej wiedzy, uczyłem się wszystkiego od początku, nie wiedziałem co to jest ISO, przysłona, czas naświetlania. Wraz z czasem opanowałem to, robiłem zdjęcia i sprawdzałem jak poszczególne ustawienia wpływają na nie. Pomagał mi też internet, więc właściwie jestem takim samoukiem epoki

20


J: W jaki sposób chciałbyś się utrzymywać z fotografii?

zwykły uśmiech uchwycony niepostrzeżenie, ekscentryczny przechodzień, który wpasował się w kompozycję kadru, czasem moment, kiedy ktoś wywraca się na rowerze.

M: Próbuję wchodzić w rynek i myślę, ze skończę na fotografii ślubnej. Jest taka para fotografów, którzy zajmują się właśnie fotografią ślubną. Prowadzą bloga mammamija.pl i właśnie tak zupełnie przez przypadek na nich wpadłem. Podróżują po całym świecie robiąc zdjęcia ślubne, czy to w Indiach, czy to w Nowym Jorku. Ich zdjęcia są fenomenalne. Chciałbym osiągnąć to, co oni osiągnęli, móc podróżować ze swoją pasją po całym świecie.

J: Plany na przyszłość. Marzenia związane z fotografią? M: Marzenie to: żyć z fotografii, a realia to: pójdę na jakieś ścisłe studia i może uda się równocześnie fotografować i utrzymywać z tego zajęcia, ale to niestety mało prawdopodobne. Teraz posiadanie lustrzanki, aparatu w telefonie jest normą i każdy przy dobrym świetle może zrobić dobre zdjęcie.

K: Nie masz czasem wrażenia, że przez to, że cokolwiek wyjątkowego, oryginalnego dzieje się wokół Ciebie ty sięgasz po aparat i przez to nie czerpiesz stu procent radości z tych chwil?

K: Nawet amator? M: Pewnie. Może mieć szczęście. Sprzęt nigdy nie miał znaczenia. Czy fotografujemy coś iphonem, czy aparatem za 20 tys. to nie ma znaczenia.

M: Gdy zaczęłaś mówić o tych sytuacjach pomyślałem „jak dobrze, że zawsze mam przy sobie w tych chwilach aparat . Zgadzam się z tobą po części, bo np. na koncertach ludzie wyciągają iphony, tablety, nagrywają filmiki tylko po to, by

21


potem wrzucić to na instagrama i pochwalić się przed znajomymi. Swoimi udającymi analogowe zdjęciami, na których i tak niczego nie widać. To jest bez sensu. Staram się znaleźć złoty środek między uchwyceniem chwili i jednocześnie uczestniczeniem w niej, ale bywa to trudne do pogodzenia. Bardzo często na imprezach jest tak, że fotografuję zamiast się bawić. Z drugiej jednak strony zauważyłem, że z aparatem bawię się dużo lepiej, bo nie jestem królem parkietu, a z aparatem potrafię skakać przez trzy godziny. Wbrew pozorom jestem nieśmiały, nie umiem wyjść do ludzi, a aparat pozwala mi wejść z maską fotografa. Aparat daje mi pewność, poznawanie nowych ludzi nie jest problemem, bo zaczynam od zdjęcia a kończę na znajomości.

„Macie rację. Nigdy nie zaspokoję swoich wymagań, ale może dzięki temu coś w życiu osiągnę”. Tak chciałybyśmy zakończyć ten wywiad, tym zdaniem, bo ono idealnie definiuje to, kim jest Maciek Bernaś. Klaudia Majerańczyk i Joanna Wójtowicz

J: Mamy idealne pytanie nawiązujące do tej wypowiedzi. Podryw na fotografa! M: (śmiech) To bardzo śmieszne, bo nie praktykuję tego, przynajmniej mam taką nadzieję. Czasami w klubach podbiegają do mnie dziewczyny z pytaniem „O, może zrobisz sobie z nami zdjęcie”. Powiedzmy, że zauważam pewnego rodzaju fenomen, ale to jest tak z każdym artystą – „podryw na artystę”. Nie zaliczam się do tej grupy, a jeśli już to robię to nieświadomie. Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć Maćka, koniecznie zaglądnijcie na Maciek Bernaś Photography na facebooku : https://www.facebook.com/ MaciekBernasPhotography?fref=ts Po wywiadzie zarzuciłyśmy Maćkowi, że jego perfekcjonizm nigdy nie zostanie zaspokojony, bo jego wymagania do siebie, do tego, co robi są tak duże. Odpowiedział

22


Szkoła

Profesor Jacek Purchla w I Liceum Jak powstał nowoczesny Kraków? Co kryje się pod terminem „nowoczesny”? Dlaczego nasze Miasto ukształtowane zostało tak, a nie inaczej? Czy ma to jakieś znaczenie? – odpowiedzi na między innymi takie pytania udzielił prof. Jacek Purchla podczas wykładu w Auli Nowodworka 26 lutego 2014 roku. Dyrektor Międzynarodowego Centrum Kultury zaprezentował znaczenie „Matecznika Polski” na kulturowej mapie naszego kontynentu oraz zestawił krajobraz Krakowa ze światowymi metropoliami. Nawiązał tym samym do swej „młodzieńczej”, jak sam się wyraził, książki – pt. „Jak powstał nowoczesny Kraków?” (Wydawnictwo Literackie 1979, II wydanie – 1990). Tłem dla narracji ekonomisty i historyka sztuki w jednej osobie była niezwykle bogata kolekcja fotografii miasta z przełomu XIX i XX wieku. Pan dyrektor Tomasz Malicki w uznaniu dorobku naukowego Profesora oraz intensywnej współpracy MCK z naszą Szkołą wyróżnił go medalem wybitym z okazji Jubileuszu 425-lecia. Mamy nadzieję, że klasy humanistyczne obecne podczas sześćdziesięciominutowego wykładu uznały go za ciekawy. W bibliotece już niebawem będą dostępne książki podarowane przez Prelegenta – nowodworskiego absolwenta z roku 1973. Opiekunem całego wydarzenia był prof. Grzegorz Urbanek, a zorganizowali je Klaudia Majerańczyk i Jan Kłapa. fot. Maciek Bernaś

23


24


Nauka

Historia soczewek kontaktowych Obecnie coraz więcej osób potrzebuje korekcji wzroku, a coraz większa ich część decyduje się na soczewki kontaktowe. Powodem tego jest wygoda, możliwość uprawiania sportów, mniejsze ograniczenia. A wy zastanawialiście się nad historią soczewek kontaktowych? Kto je wymyślił? Czy zawsze wyglądały tak jak teraz? I czy są tak nowym wynalazkiem, jak nam się wydaje? Rzeczywiście, pomysł soczewek kontaktowych nie jest nowy. Pierwszym pomysłodawcą był oczywiście niezastąpiony geniusz – Leonardo da Vinci.

Pierwszą osobą, która zastosowała soczewki w praktyce, był szwedzki lekarz August Miller. Wydarzyło się to dopiero pod koniec XIX wieku. Pierwsze soczewki były wykonane ze szkła, przykrywały całe oko, a ich ciężar utrudniał noszenie. Soczewki upowszechniły się w latach 40 XX wieku, kiedy do wykonania twardej soczewki użyto tworzywa sztucznego. Soczewki były robione „na miarę”, na podstawie odlewu oka. Następnym krokiem były soczewki zakrywające tylko część oka (soczewki twardówkowe). Prawdziwy boom na soczewki nastąpił po roku 1954, kiedy to opatentowano ”mikrosoczewki” rogówkowe. Były one ciągle wykonane z twardego, nieprzepuszczalnego materiału, który oczywiście zapewniał dużo większy

Później tę ideę rozważał Rene Descartes. Współczesnym podobne pomysły musiały się wydawać fikcją naukową.

25


komfort niż szkło (twarde soczewki są dostępne w sprzedaży do dziś), ale miał też swoje wady – podrażniał, a na powierzchnię oka mógł dostać się kurz i zanieczyszczenia.

Porównanie soczewki miękkiej i twardej W 1971 roku producenci z Pragi, Otto Wichterle i Drahoslav Lim, rozpoczęli sprzedaż soczewek z wynalezionego przez nich miękkiego materiału – „hydrożelu”. Początkowo były przeznaczone do dziennego noszenia przez 12-24 miesięcy. Kilka lat później stworzono twarde soczewki z materiału przepuszczającego gazy, które jednak cieszą się znaczenie mniejszą popularnością.

Od 1981 w sprzedaży są dostępne soczewki do przedłużonego noszenia (w dzień i w nocy). Początkowo miały służyć do noszenia przez 30 dni, a w 1989 FDA (Urząd Kontroli Leków i Żywności) nakazał skrócenie tego czasu do 7 dni. Ostatnim etapem rozwoju znanych nam soczewek było wprowadzenie przez firmę Johnson&Johnson w 1995 soczewek jednodniowych. Łucja Hudy

26


Muzyka

Metronomy - Love Letters o Polskę (występ na Katowickim Off Festiwalu). Rok 2013 minął im pod znakiem nagrywania kolejnego, czwartego albumu. Oczekiwania były wielkie, podobnie stopień zniecierpliwienia pokaźnej grupy fanów zespołu, dlatego też emocje były ogromne, gdy opublikowano pierwsze szczegóły dotyczące płyty Love Letters. Towarzyszyła temu premiera utworu „I’m Aquarius”, piosenki dość osobliwej, gdyż trzon kompozycji stanowi powtarzana w kółko przez chórek sekwencja „szu tu tu a”. Kolejnym ujawnionym fragmentem płyty było tytułowe „Love Letters”, w którym postawiono na galopujący do przodu bit, dramatyczne chórki oraz ślicznie zaaranżowane partie pianina i instrumentów dętych. Na resztę materiału trzeba było poczekać do premiery i teraz bez wyrzutów sumienia można powiedzieć, że było warto. Na swoim czwartym albumie Metronomy próbują przywrócić ducha lat 60. i 70., dlatego też zamknęli się w studiu po brzegi wypełnionym analogowym sprzętem, który pozwolił im uzyskać charakterystyczne, przytłumione i ciepłe brzmienie. Słowem kluczem, które ciśnie się na usta podczas słuchania albumu jest minimalizm. Zespół redukuje niepotrzebne dźwięki do minimum, pozwalając wokalowi Mounta wyjść na pierwszy plan, co często skutkuje utworami wyjątkowo melancholijnymi i nastrojowymi, jak otwierające „The Upsetter”, czy „Never Wanted”. Muzycy coraz częściej chwytają za „żywe” instrumenty, na przykład

Metronomy to przykład zespołu, który nigdy nie stoi w miejscu. Każda ich płyta to nowa, niepowtrzalna, muzyczna podróż po krainie zwanej muzyką alternatywną. Trudno się jednak dziwić. Od czasu, kiedy Joseph Mount zaczął pisać swoje pierwsze kompozycje jako Metronomy, minęło już prawie piętnaście lat, a zespół zaliczał zmiany w obsadzie, co na pewno wpływało na ich muzyczną drogę. Dlatego wertując ich dyskografię, natrafimy zarówno na utwory o mocno tanecznym charakterze, ballady będące potencjalnymi przebojami, jak i „mniej przyjazne” utwory instrumentalne. Po wydaniu świetnie przyjętego przez krytykę oraz słuchaczy albumu „The English Riviera” z 2011 roku zespół rzucił się w wir długiej trasy koncertowej, podczas której zahaczył również

w „Mouth Of Sundays”, będącej niemalże rockową balladą, czy we wspomnianym wyżej „The Upsetter”. Na uwagę zasługują róznież fragmenty czysto instrumentalne, takie

27


jak świetnie zaaranżowany wstęp do „Love Letters”, klasycznie brzmiąca przygrywka do „Monstrous” i w końcu energetyczny utwór „Boy Racers”. Na koniec muszę wymienić swoich faworytów, piękną balladkę „The Most Immaculate Hairstyle” oraz przebojowe „Reservoir”, które można spokojnie postawić gdzieś pomiędzy „The look” a „The Bay” wśród najbardziej przebojowych kawałków grupy.

Przy pomocy starych syntezatorów i jak zwykle niezawodnego, songwritingu Metronomy stworzyli album bardzo przyjemny i klimatyczny, spójny, ciekawy i wciągający. Jaką muzyczną drogę wybiorą przy kolejnej płycie? Tego nie wie nikt. Na razie pozostaje nam zakupić bilety i drugiego lipca potulnie stawić się pod sceną Gdyńskiego Open’era na kolejnym koncercie Metronomy w Polsce, by usłyszeć materiał z Love Letters na żywo. Michał Strój

28


Nauka

Nowinki Niedostępne zasoby wody?

Alaskański kuzyn tyranozaura rexa

Odkrycie diamentu z niezwykłym błękitnym minerałem potwierdziło hipotezy naukowców o ilości wody na Ziemi – być może pod skorupą naszej planety kryje się nawet kilkanaście razy więcej tlenku wodoru niż w oceanach na jej powierzchni. Odnaleziony w Brazylii minerał może powstawać tylko na głębokości kilkuset

W północnych rejonach Alaski odnaleziono interesującą czaszkę tyranozaura. Zdziwienie naukowców wzbudziło już samo miejsce odkrycia kości, gdyż tyranozaury zamieszkiwały raczej ciepłe strefy klimatyczne. Jednak to nie koniec niespodzianek. Alaskański dinozaur jest o wiele mniejszy od kuzyna. Dla

km pod powierzchnią Ziemi. Nie byłoby w tym może nic niezwykłego, gdyby nie to, że zawiera wodę. Oczywiście woda nie występuje w płaszczu Ziemi w stanie wolnym, jest związana ze skałami. Nie znaczy to jednak, że jest zupełnie niedostępna – od czasu do czasu wydostaje się na powierzchnię Ziemi i wywołuje zjawiska wulkaniczne.

porównania, długość czaszki tyranozaura rexa to średnio 1,5 m, natomiast nowoodkryty Nanuqsaurus hoglundi miał czaszkę długości 63 cm. Naukowcy z Perot Museum of Nature and Science w Teksasie uważają, że wielkość dinozaura jest wynikiem przystosowania do chłodnego i ubogiego w pożywienie środowiska.

29


Hodowla narządów – przyszłość medycyny?

trochę czasu. Naukowcy nie poinformowali o nim od razu, ponieważ chcieli mieć pewność, że nowa metoda sprawdzi się w praktyce.

Naukowcy z Uniwersytetu w Teksasie „wyhodowali” w laboratorium całe, zdrowe płuca. Wykorzystali do tego fragmenty narządów pobranych od zmarłych osób. Na „szkielet”, uzyskany z jednego narządu, nanieśli komórki z drugiego. Po miesiącu spędzonym w odżywczym płynie uzyskano gotowy narząd. Niestety, narządy stworzone tą techniką nie nadają się do przeszczepów. Nie oznacza to jednak, że eksperyment jest tylko bezużyteczną ciekawostką. Naukowcy planują wykorzystać „żywe modele” w badaniu mechanizmów chorób oraz do testowania nowych metod leczenia. Zapewne uda im się stworzyć płuca zakażone różnymi chorobami i dzięki temu obserwować ich przebieg. Od przeprowadzenia eksperymentu minęło już

Łucja Hudy

30


Sport

W siatkówce się wybijamy

Mistrzowie Europy, Mistrzowie Świata, Mistrzowie Olimpijscy, piąta drużyna w aktualnym rankingu FIVB (Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej), to tylko kilka ich najważniejszych sukcesów - o kim mowa? Oczywiście o polskiej drużynie siatkarzy. Biją na głowę osiągnięcia naszych piłkarzy, lecz niestety wiele osób nic nie wie o tej złotej reprezentacji. W naszym kraju sportem narodowym jest piłka nożna. Dlaczego tak jest? …oceńcie już sami.

sportowej, która pomieści piętnaście tysięcy osób. Obiekt ten powstaje w Czyżynach i jest już na etapie wykończeniowym. Polecam ją zobaczyć, ponieważ naprawdę robi wrażenie. Natomiast Polska jako gospodarz turnieju trafiła do grupy „A” i rozegra mecze z Argentyną, Australią, Serbią, Wenezuelą i Kamerunem. Dla naszej reprezentacji jest to stosunkowo łatwa grupa, w której niewątpliwie jesteśmy faworytami, trzeba jednak pamiętać, że w sporcie nie można lekceważyć żadnego przeciwnika. Przewidywanymi zwycięzcami całej imprezy są Brazylijczycy i Rosjanie.

Mistrzostwa Świata w Siatkówce Mężczyzn Polska 2014 to turniej, który będzie rozgrywany od 30 sierpnia do 21 września br. Impreza odbędzie się w siedmiu polskich miastach (m.in. Kraków, Warszawa, Katowice, Gdańsk), a udział wezmą w niej dwadzieścia cztery czołowe reprezentacje świata. W Krakowie będą miały miejsce mecze fazy grupowej, a konkretniej mówiąc mecze grupy „D”. Oznacza to, że do Królewskiego miasta przyjadą reprezentacje: Włoch, Francji, Iranu oraz Belgii. Drużyny zagrają w nowo powstającej hali widowiskowo-

Niedawno w naszej reprezentacji zmieniony został sztab trenerski. Nowym trenerem został Francuz Stephane Antiga, były zawodnik grający także między innymi w polskiej lidze siatkarskiej (Plus Liga). Pomagać mu będzie drugi francuz, trener Philippe Blain. Wydaje mi się, że to eksperymentalny skład szkoleniowców, ponieważ nie prowadzili oni wcześniej żadnej reprezentacji narodowej.

31


Członkowie polskiej drużyny tę fazę mają już zdecydowanie za sobą. Nasz skład tworzą sami najlepsi i najbardziej doświadczeni siatkarze, którzy zagrali wspólnie wiele meczy. Rekordzistami pod względem ilości występów są Piotr Gruszka (450 meczów) oraz Paweł Zagumny (405 meczów). Uważam, że nasza drużyna jest na tyle silna, by zdobyć co najmniej trzecie miejsce podczas tych Mistrzostwach Świata. Prawdziwemu testowi zostaną poddani prawdopodobnie na miesiąc przed zawodami, w dniu 22 czerwca, kiedy zagramy towarzysko z Brazylią z okazji otwarcia nowej hali sportowej w Krakowie. Czuję, że będzie się dużo działo!

zawsze wszystko się udaje, konkurencja jest wymagająca, ale są całkiem nieźle zgrane, czują ducha sportu i wolę walki. Nie poszło im najlepiej w eliminacjach do pierwszej ligi, za to wynagrodziły nam to najlepszym od wielu lat wynikiem Nowodworka w licealiadzie siatkarskiej. Pewne jest to, że trening w niełatwych warunkach ma swoje plusy i sprawił, że jesteśmy bardzo twardzi i walczymy o każdą nawet najtrudniejszą piłkę. Procentuje to, kiedy gramy mecze w świetnych warunkach. Na koniec prosiłbym wszystkich o wsparcie i wiarę dla naszych siatkarzy i siatkarek, gdyż bardzo się starają i zasługują na to. Bardzo dużo pracują nad tym, by grać na jak najwyższym poziomie, godząc to jednocześnie ze swoimi innymi obowiązkami. W siatkówce się wybijamy i może wkrótce również nasza szkoła zacznie osiągać lepsze wyniki w innych dyscyplinach. Trzymajcie kciuki za Polaków na Mistrzostwach Świata. Kibicujcie im na meczach w Krakowie, bo prędko nie powróci do nas tak wielka impreza sportowa. Do boju Polacy! Do boju!

Nadszedł czas, by powiedzieć o szkolnej siatkówce i naszych reprezentacjach. Warto o tym wspomnieć, ponieważ dawno już Nowodworek nie świętował tak wielkich sukcesów siatkarskich. Ogólnie mówiąc, pniemy się w górę! Nasza męska reprezentacja siatkarzy osiągnęła wielki sukces i dostała się do pierwszej ligi siatkówki szkół, co oznacza, że rywalizować będzie na najwyższym poziomie w Krakowie. Trzeba również zaznaczyć, że drużynie udało się osiągnąć taki sukces mimo wielu przeciwności. Zespół jest jeszcze mało zgrany i brakuje mu doświadczenia oraz pewności, ale talentu i zapału ma ogromne pokłady. Świadczy to o tym, że potencjał drużyny jest ogromny. Jednak potrzeba sporo pracy i treningów, aby w przyszłym roku rywalizować jak równy z równym na poziomie, do którego dążyli tak długo. Jestem przekonany, że w przyszłym roku czekać nas będą wielkie siatkarskie emocje. Nie chcę składać żadnych deklaracji ani obietnic, ale sądzę, że następny turniej Noworoczny należy do Nowodworka! Nie zapominajmy także o naszych świetnie grających koleżankach. Jak same mówią, nie

Filip Storożuk

32


Syto Piecze Ciasto Marchewkowe Składniki: -1 szklanka mąki -3 jajka -1,5 szklanki cukru -1 łyżeczka proszku do pieczenia, sody oczyszczonej , soli i cynamonu -1 cukier waniliowy -2 szklanki startej na drobnych oczkach marchwi -1 szklanka wiórek kokosowych -1 szklanka oleju Sposób przygotowania: Cukier ucieramy z jajkami na masę, dodajemy stopniowo olej i mieszamy mikserem. Dodajemy mąkę w dalszym ciągu mieszając. Wrzucamy startą marchew i po kolei resztę składników, wszystko ciągle mieszamy. Ciasto wylewamy na blachę wysmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku do 180 stopni przez 40 minut. Możemy użyć jako spód do tortów, przekładać masą lub posypać cukrem pudrem.

33


Ciasto z galaretką i ananasem Składniki: Biszkopt: - 4 jajka - 9 łyżek cukru - 9 łyżek mąki tortowej - 9 łyżek oleju - 2 łyżeczki proszku do pieczenia Dodatkowo: - sernik na zimno firmy Delecta (jest jak dla mnie najlepszy) - 3 serki homogenizowane waniliowe - mleko - 1 czekolada - kakao - 2 galaretki pomarańczowe - ananas w puszce Sposób przygotowania: Jaja utrzeć z cukrami do białości. Następnie dodawać na przemian pozostałe składniki. Dużą, prostokątną formę, wysmarować masłem ( tylko dno) i wysypać bułką tartą. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 25-30 minut w temperaturze 170 stopni. Ostudzić. Sernik na zimno rozrobić z mlekiem według przepisu na opakowaniu, następnie dodać serki homogenizowane i dokładnie wymieszać. Ja do tego podzieliłam go na 2 części i do jednej dodałam startą czekoladę i kakao. Rozsmarować na ostudzonym biszkopcie najpierw jedną bez czekolady, a później drugą i wstawić do lodówki na 20-30 minut. Galaretki rozpuścić w gorącej wodzie, pozostawić do wystudzenia i stężenia. Ananasa osączyć i wyłożyć na masie serowej, następnie wyłożyć tężejące galaretki. Wstawić do lodówki do całkowitego stężenia. Serki nie muszą być waniliowe, mogą być truskawkowe lub brzoskwiniowe. Można też użyć innych owoców i galaretek o innym smaku. Smacznego.

34


35


W następnym wydaniu

Historia Pink Floyd’ów

The Nowodworek Times #3/2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you