Issuu on Google+

miesięcznik bezpłatny

Nr 45 • marzec 2013 ISSN 2080-8429

EGZORCYSTA str. 8

Reklama


2

kalejdoskop

marzec 2013

www.oksir.eu

Alosza wciąż w formie

Prosto z mostu

A

ANDRZEJ PUDRZYŃSKI

Czapki z głów!

T

en numer „Teraz Świecie” jest przede wszystkim o ludziach – nieprzeciętnych, wyróżniających się w rozmaitych sferach życia – od duchowej po materialną. Postawa jednej osoby, a właściwie dwóch, chociaż nie wypowiada się ona w artykule, poruszyła mnie w szczególny sposób. Państwo Burczyńscy w ciągu tygodnia stracili czterech synów. Trudno sobie wyobrazić większą tragedię dla rodziców. W jednej chwili dom, pełen rozmów i życia, pustoszeje i milknie. Wszystko w nim przypomina o tym, że jeszcze niedawno biegali po nim czterej zdrowi chłopcy. Wspomnienia i ból, spowodowane stratą, potrafią złamać najtwardszych, bo tak naprawdę traci się cel w życiu i powątpiewa w jego sens. Dla państwa Burczyńskich tym celem i sensem jest głęboka wiara. Wierzą, że Bóg, skoro już odebrał

im dzieci, musiał mieć w tym jakiś plan. I tym planem jest to, że doświadczyli wiele dobrego od ludzi, niekiedy zupełnie im obcych. Dlatego sami również chcą robić coś pożytecznego dla innych i założyć stowarzyszenie imienia swoich synów. To nie zwróci im życia, ale pokaże, że ich śmierć nie była nadaremna, że pamięć o nich będzie trwała nie tylko wśród najbliższych, ale także w świadomości wielu z nas. W życiu trzeba mieć cel. Bez tego człowiek błądzi po omacku, zastanawia się czy warto, po co to wszystko, może lepiej się poddać i odejść. Państwo Burczyńscy ten cel mają – chcą pomagać innym. Ilu z nas potrafiłoby w takiej sytuacji zdobyć się na podobny – nie waham się użyć tego określenia – heroiczny gest? Czapki z głów, drodzy państwo! I oby tylko ludzka zawiść i egoizm tego nie zniweczyły.

Trzy pytania do...

ANDRZEJA KOWALSKIEGO

dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury w Osiu W ostatnim miesiącu oglądałem… … pierwszy odcinek serialu „Anna German”, który emitowany był w telewizyjnej Jedynce w piątek 22 lutego. Myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy z czasów Rosji sowieckiej, a jednak… Może dlatego, że to dzieło rosyjskich filmowców. Długo jeszcze po emisji dyskutowaliśmy w domu nad biografią tej wspaniałej piosenkarki i słuchaliśmy jej cudownego głosu. Już dzisiaj czekam na kolejny piątkowy wieczór. Przeczytałem… … „Adieu. Przypadki Księdza Grosera” Jana Grzegorczyka oraz „Życie i los” Wasilija Grossmana. Polecam, świetne lektury. Szczególnie ta ostatnia. To nie tylko epicka opowieść o II wojnie światowej,

ale wielkie rozliczenie z mrocznymi siłami, które zdominowały historię XX wieku. To także, a może przede wszystkim, ogromna odwaga samego Grossmana. Wystarczy powiedzieć, że władze komunistyczne uznały książkę za tak niebezpieczną, że skonfiskowały nie tylko maszynopis, ale również samą maszynę i taśmę, na której została napisana. Ktoś powiedział, że po śmierci również powinno się przyznawać Nagrodę Nobla. Zgadzam się z tym całkowicie. Ta książka na to zasługuje. Słuchałem… …. przede wszystkim III Programu Polskiego Radia. Wspaniały kanał, kultowi redaktorzy, ciekawe audycje z „Listą przebojów” Marka Niedźwieckiego na czele i oczywiście „Zapraszamy do Trójki”. (ap)

Wydawca i redakcja: Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji ul. Wojska Polskiego 139, 86-100 Świecie, tel. 52 562 73 70 e-mail: terazswiecie@oksir.com.pl Redaktor naczelny: Andrzej Pudrzyński, e-mail: andrzej.pudrzynski@oksir.com.pl Reklama: tel. 661 504 850 Skład: Studio M&M GRAPHIC Druk: Express Media sp. z o.o. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i ogłoszeń.

loszy Awdiejewowi należą się słowa uznania nie tylko za to, że jak mało kto śpiewa romanse rosyjskie i cygańskie oraz piosenki żydowskie, ale także za to, że w wieku 72 lat ma taką werwę i poczucie humoru. O tym, że to wciąż artysta popularny i ceniony świadczyła pełna sala widowiskowa świeckiego ośrodka kultury, a o tym, że jego dowcipy wciąż bawią – rozlegające się częste salwy śmiechu. Awdiejewowi asystowali na gitarach od lat związani z nim muzycy, Kazimierz Adamczyk i Marek Piątek. Wspólnie dali już ponad 2 tys. koncertów. Ósmego lutego artysta zaśpiewał w Świeciu utwory ze swojej najnowszej płyty „Jestem tutaj”, będącej jego swoistym „the best of”. Bawiąc publiczność sięgał po humor dawnej Odessy i współczesną satyrę na naszą, wspólną z wszystkimi Słowianami, postkomunistyczną rzeczywistość. Nie zabrakło też dowcipów nawiązujących do starości, co pokazuje, że Awdiejew ma dystans do siebie i do swojego wieku. Dwugodzinny występ zakończyła – na ży-

Alosza Awdiejew dałw Ś wieciu brawurowy koncert

czenie publiczności – „Modlitwa” Bułata Okudżawy. W styczniowej rozmowie z naszą gazetą Awdiejew zapowiadał, że koncert w Świeciu będzie przeglądem całego jego dorobku. - Mam nadzieję, że publiczność będzie z tego wyboru zadowolona – powiedział. Bez dwóch zdań tak właśnie było,

FOT. RUDOLF STÝBAR

czego najlepszym dowodem były gromkie brawa w trakcie i na zakończenie występu. Po koncercie można było zdobyć jego autograf i uciąć sobie krótką pogawędkę. I to również był dowód wielkości tego artysty, który nie „gwiazdorzył”, ale zachowywał się zwyczajnie i na luzie. ANDRZEJ PUDRZYŃSKI

andrzej.pudrzynski@oksir.com.pl

Powrót do Świecia

N

ie co dzień można u nas usłyszeć artystkę, która zamiłowanie do Chopina dzieliła z publicznością nowojorskiej Carnegie Hall. Dla Niny Kuźmy – Sapiejwskiej, o której można bez przesady powiedzieć, że jest pianistką światowego formatu, występ w Świeciu był swego rodzaju podróżą do źródeł. Jej matka była świecianką. Młoda Nina lubiła przyjeżdżać do dziadków, mieszkających przy ul. Parowej w Świeciu. Jak żartuje, w pobliżu ich domu było wszystko, co potrzebne człowiekowi do życia: kościół, cmentarz, szpital psychiatryczny i zakład poprawczy. Po studiach muzycznych w Gdańsku, Nina Kuźma – Sapiejewska wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdobyła stypendium i kontynuowała edukację muzyczną. Dziś mieszka koło Nowego Jorku i koncertuje na całym świecie. Uwa-

Podczas recitalu w Ś wieciu nie mogło zabraknąć utworów Chopina, ukochanego kompozytora Niny Kuźmy - Sapiejewskiej FOT. ANDRZEJ PUDRZYŃ SKI

żana jest za jedną z najlepszych interpretatorek Chopina. W 1993 roku otrzymała nagrodę prezydenta Rady Miejskiej Nowego Jorku za działalność artystyczną.

Podczas występu w Świeciu, który odbył się pod patronatem burmistrza, artystka zagrała utwory Chopina, Villa-Lobosa, Debussy’ego, Skriabina i Lecuony. (ap)

Portugalskie fado na walentynki FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

Na święto zakochanych Cafe Kultura zaserwowała nastrojowe fado w wykonaniu Portugalczyka João de Sousa. Wybór był trafny, o czym najlepiej świadczyła wypełniona po brzegi kawiarnia. Fado to gatunek muzyczny powstały w XIX wieku w biednych dzielnicach portowych miast Portugalii. Refleksyjne i melancholijne pieśni nazywane są czasem portugalskim bluesem. Mieszkający we Wrocławiu João de Sousa śpiewał o utraconej miłości, niesprawiedliwości na świecie i snuł refleksje na temat życia i śmierci. W swoim projekcie Fado Polaco artysta wzbogacił tradycyjne fado o elementy jazzu i flamenco, połączone z afrykańskimi, arabskimi i polskimi inspiracjami. (ap) FOT. RUDOLF STÝBAR


wydarzenia

www.oksir.eu

marzec 2013

Apetyt na życie - Nie jestem w stanie żyć według schematów płci – jako kobieta po prostu leżeć i pachnieć – powiedziała w jednym z wywiadów piosenkarka Dorota Miśkiewicz, która 3 marca wystąpi w Świeciu.

T

Artystka muzykę ma w genach. Jej ojcem jest słynny saksofonista Henryk Miśkiewicz. Swoją artystyczną drogę rozpoczęła jako uczennica w klasie skrzypiec, ale szybko zrozumiała, że jedyny instru-

W SKRÓCIE Szanty w kawiarni 17 marca, w Dzień Świętego Patryka, ośrodek kultury w Świeciu zaprasza wszystkich miłośników szant, piwa oraz sympatyków klubu Yacht Club Morski Columbus do kawiarni Cafe Kultura na wspólną zabawę pod hasłem „Śpiewajmy szanty”. Początek o godz. 17.00.

Sztuka pięknego mówienia

Dorota Miśkiewicz zaśpiewa 3 marca w Ś wieciu utwory ze swojego najnowszego albumu „Ale”

rudno jej nie przyznać racji, bo energii, wytrwałości i pracowitości mógłby jej pozazdrościć niejeden obrotny facet. A warto też dodać, że jest kobietą piekielnie utalentowaną, co w połączeniu z wcześniej przytoczonymi cechami, daje mieszankę wybuchową – w pozytywnym znaczeniu tego określenia. I co więcej, jak sama mówi, stale ma apetyt na życie i na to, by wyznaczać sobie w nim nowe cele.

3

ment, jakiego potrzebuje to jej własne struny głosowe. Ilość projektów, sesji i koncertów, w jakie się angażowała, jest niezliczona. Równie nieprzebrana jest ilość gatunków muzycznych, przez które podróżowała. Zakotwiczona w jazzie, wypływała jednak na szerokie wody eksperymentów – zarówno na te bardziej egzotyczne, jak i bliższe polskim brzegom. Współpracowała i koncertowała z największymi gwiazdami showbiznesu: Nigelem Kennedy’m, Grzegorzem Turnauem, Anną Marią Jopek, Wojciechem Młynarskim. Dorota Miśkiewicz jest artystką jednocześnie nostalgiczną i staroświecką, ale i wiecznie poszukującą, wyczuloną na wciąż nowe dźwięki

i eksperymenty. Jej znakiem rozpoznawczym są nastrojowe, liryczne kompozycje. Elegancka i skromna, jednak charyzmatyczna na scenie, błyskawicznie nawiązuje kontakt z publicznością. Słuchając jej płyt zauważymy, że artystka przechodzi kolejno od jazzu, poprzez łagodny pop i fascynację rytmami Brazylii, aż do najnowszego wydawnictwa, albumu „Ale”, łączącego delikatną elektronikę z rytmami retro. To właśnie piosenki, pochodzące z tej płyty Dorota Miśkiewicz zaśpiewa podczas koncertu w Świeciu. „Ale” to album słodkogorzki i smutno-wesoły. Piosenki brzmią ciepło, lekko, nawet jeśli ich temat to waga ciężka. „Zamiast

Reklama

TELEFONY KOMÓRKOWE SKUP, SPRZEDAŻ, SERWIS, ZAMIANA

Już od 50 zł ! ASCOM, Świecie, ul. Klasztorna tel. 888 336 331 pn-pt 9.00-17.00, sobota 9.00-13.00

FOT. KAMA CZUDOWSKA

przygnębiać – dodaje ducha i pogody ducha” – przekonuje wydawca w zapowiedzi płyty. ANDRZEJ PUDRZYŃSKI andrzej.pudrzynski@oksir.com.pl

Dorota Miśkiewicz, niedziela 3 marca, godz. 19.00, duża scena Cafe Kultura. Bilety w cenie 30 zł do nabycia w kawiarni i w punkcie informacji OKSiR przy ul. Wojska Polskiego 139. WYGRAJ BILETY! Cztery osoby, które jako pierwsze odpowiedzą prawidłowo na pytanie, ile solowych albumów wydała artystka otrzymają bezpłatne wejściówki. Odpowiedzi wraz z podaniem imienia i nazwiska prosimy przesłać na terazswiecie@oksir.com.pl.

Na folkową nutę

P

iotr Metz, jeden z założycieli i wieloletni dyrektor muzyczny radia RMF FM, powiedział o zespole Lilly Hates Roses, że chociaż istnieje dopiero od niedawna, to jest na tyle dojrzały, że z powodzeniem może występować na zagranicznych festiwalach. Rzeczywiście, toruńsko-poznański duet powstał niespełna rok temu, a już ma na swoim koncie nie lada osiągnięcia. 22 marca będziemy mieli okazję usłyszeć ich w Świeciu. Zespół tworzą Kasia Golomska i Kamil Durski. Oboje mają już za sobą pewne doświadczenie sceniczne. Kasia od kilku lat śpiewa na różnych festiwalach i konkursach, Kamil natomiast udziela się w zespołach Living on Venus, Hellow Dog i Pelvis. Twórczość Lilly Hates Roses nawiązuje do amerykańskiego folku. Debiutancki singiel „Youth” został

zauważony przez amerykańskie radio KEXP oraz brytyjski magazyny „NME”. Warto dodać, że ten sam utwór zostanie wykonany przez brytyjską piosenkarkę i autorkę tekstów Sarah Blackwood, znaną z aranżacji utworów innych artystów i umieszczaniu ich na swoim kanale YouTube. Duet jest laureatem drugiej edycji „Make More Music”, konkursu Empiku dla muzycznych debiutantów, grających autorskie kompozycje. Wygrana dała możliwość wydania albumu w Sony Music Poland, który ukaże się w tym roku. Płyta będzie zawierała prawdopodobnie 10 piosenek. Materiał muzycy mają już niemal skończony.(ap) Lilly Hates Roses, piątek 22 marca, godz. 20.00, Café Kultura w Świeciu. Bilety (5 zł) od marca dostępne w kawiarni.

Do 8 marca przyjmowane będą zgłoszenia do eliminacji powiatowych 58. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego, adresowanego do uczniów szkół ponadgimnazjalnych oraz dorosłych. OKR jest najważniejszą imprezą ruchu miłośników żywego słowa w Polsce. Przeprowadzany jest w drodze wielostopniowych eliminacji: powiatowych, rejonowych, wojewódzkich oraz spotkań finałowych. Wielkie święto recytacji – finał 58.OKR – zaplanowano na czerwiec. Konkurs prowadzony jest w formie czterech odrębnych turniejów: recytatorskiego, poezji śpiewanej, teatru jednego aktora oraz „wywiedzione ze słowa”. Eliminacje powiatowe odbędą się 14 marca o godz. 16.30 w Kameralnej Przestrzeni Widowiskowej ośrodka kultury w Świeciu. Zgłoszenia przyjmowane są w punkcie informacji OKSiR (ul. Wojska Polskiego 139), tel. 52 562 73 71.

Spacer z aparatem Po raz szósty odbędzie się Świecki Spacer Fotograficzny. Może w nim wziąć udział każdy, kto interesuje się fotografią. Wystarczy przyjść 2 marca o godz. 11.30 na spotkanie koło Starostwa Powiatowego w Świeciu przy ul. Hallera. Spacer ulicami i zakątkami Świecia zakończy się w Izbie Regionalnej Ziemi Świeckiej.

Warsztaty twórczego pisania Świeckie Grono Literackie Zielony Kot zaprasza 23 marca na spotkanie i warsztaty z poetką i pisarką Barbarą Piórkowską. Zajęcia odbędą się w ośrodku kultury i potrwają od godz. 11.00 do 17.00. Ilość miejsc ograniczona do 12. Zgłoszenia przyjmuje Kinga Willim pod numerem telefonu 503 172 876 lub e-mailem: kinga.willim@gmail.com (należy podać imię, nazwisko i numer telefonu).


4

marzec 2013

wydarzenia

www.oksir.eu

Kulturalnie docenieni wiecki OKSiR na dorocznej gali, zorganizowanej 7 lutego, po raz kolejny przyznał Szmaragdowe Żyrafy za wspieranie i promowanie życia kulturalnego. Nagrody za szczególne osiągnięcia artystyczne wręczył również burmistrz Świecia. Wśród nagrodzonych przez burmistrza Tadeusza Pogodę znalazła się Adrianna Olędzka, zwyciężczyni jednej z edycji programu „Szansa na sukces”, a ponadto osoba od lat zaangażowana w życie artystyczne miasta. Nagrody otrzymały również Julia Olędzka, laureatka licznych ogólnopolskich festiwali oraz Paulina Walendziak, która zdobyła wyróżnienie na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Za aktywny udział w życiu kulturalnym miasta nagrodę wręczono również zespołowi wokalnemu Kociewiacy. Natomiast Natalię Głowalę doceniono za wysokie lokaty na turniejach tańca breakdance. Amelia Libecka, Mateusz Ciesielski i Magdalena Osowska, wychowankowie Centrum Działań Plastycznych Akademia, otrzymali nagrody burmistrza za zajęcie wysokich miejsc w międzynarodowych konkursach plastycznych na Słowacji. Kolejnym punktem programu było przyznanie przez firmę Mondi Świecie tzw. „Diamentów Mondi”, nagród dla osób zaangażowanych w integrowanie lokalnej społeczności. Jednym z takich przedsięwzięć była ubiegłoroczna akcja „Tolerancja poprzez futbol”, w ramach której działała strefa kibica w świeckim amfiteatrze i bito rekord Guinnessa na najdłuższy rysunek na świecie. Wśród uhonorowanych znaleźli się m.in. burmistrzowie Świecia i Chełmna oraz kierownik OKSiR-u. Kulminacyjnym punktem programu było wręczenie Szmaragdowych Żyraf. To szczególna nagroda, przyznawana od 2003 r. za wspieranie i promowanie życia kulturalnego w Świeciu. Na przestrzeni lat wyrabiana była z rozmaitych materiałów – od drewna po ceramikę. W tym roku była to grafika, wykonana przez artystę grafika Łukasza Lewandowskiego, instruktora OKSiR-u. - Dzisiejsza gala jest podziękowaniem za współpracę i okazaną pomoc, dzięki której udało się zrealizować wiele inicjatyw i przedsięwzięć kulturalnych – mówił Romuald Dworakowski, kierownik OKSiR-u. Podczas imprezy zaśpiewały Paulina Walendziak i Julia Olędzka, a efektowny pokaz tańca breakdance dała grupa CSW CREW. ANDRZEJ PUDRZYŃSKI ZDJĘCIA MARCIN SALDAT

Ś

Szmaragdowe Żyrafy 2012 przyznano w 4 kategoriach MECENAS: Mondi Świecie Od lat wspiera finansowo działania kulturalne OKSiR-u. W 2012 r. firma uczestniczyła w projektach „Papiernia” i Blues na Świecie Festival. SPONSOR: Kemira Świecie Od 3 lat firma jest sponsorem Międzynarodowego Festiwalu Orkiestr Dętych. Mekro Wsparcie działań artystycznych ośrodka, sponsor koncertu zespołu Universe podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w 2012 r.

FUNDATOR: Bart Partner projektu „Papiernia”, wsparcie rzeczowe dla Centrum Działań Plastycznych Akademia. Kasa Stefczyka Fundator nagród rzeczowych dla orkiestr wyróżnionych w czasie Międzynarodowego Festiwalu Orkiestr Dętych. PRZYJACIEL: Polskie Stowarzyszenie Diabetyków oddział w Świeciu Organizacja pikniku profilaktycznego „Dzień zdrowej matki”, bezpłatny pomiar ciśnienia i poziomu cukru w czasie imprez organizowanych przez OKSiR. Salony Muzyczne Riff Fundator nagród rzeczowych dla laureatów Międzynarodowego Festiwalu Orkiestr Dętych.


wydarzenia

www.oksir.eu

marzec 2013

5

W SKRÓCIE Dzień ze sztuką w Osiu

Podczas pierwszego seansu w technologii 3D najmłodszych widzów witali wolontariusze przebrani za postaci z filmów dla dzieci

FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

Strzał w dziesiątkę

Bilety na koncert w cenie 3 zł do nabycia w Gminnym Ośrodku Kultury w Osiu.

W pierwszy weekend, odkąd zaczęto wyświetlać filmy w jakości cyfrowej, świeckie kino Wrzos odwiedziło blisko 2 tys. widzów. – To tyle, ile wcześniej mieliśmy w ciągu miesiąca – mówi kierownik Marcin Traczyk.

N

owy sprzęt przeszedł „próbę ognia” 21 lutego, podczas premierowego seansu – filmu „Życie Pi”, wyświetlanego w technologii trójwymiarowej. - Wcześniej testowaliśmy projektor, ekran i wzmacniacze dźwięku. Wszystko sprawowało się bez zarzutu. Bałem się jednak, że zadziała złośliwość rzeczy martwych i podczas pierwszego seansu coś zacznie szwankować – przyznaje Marcin Traczyk. - Na szczęście obyło się bez problemów.

Już pierwszego dnia do kina ściągnęły tłumy. Wyświetlane dwukrotnie „Życie Pi” obejrzało w sumie ponad 500 osób, dzień później około 200 dzieci i dorosłych „Ralpha Demolkę”, również wyświetlanego w 3D. Dodatkową frajdą, przygotowaną tego dnia dla najmłodszych, była możliwość zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia z wolontariuszami, przebranymi za postaci z filmów dla dzieci. - Przed cyfryzacją mogliśmy jedynie pomarzyć o takiej frekwencji w ciągu dwóch dni. To, co stało się w weekend przekroczyło jednak

moje najśmielsze marzenia – nie ukrywa kierownik Wrzosu. Prawdziwa fala kulminacyjna nadciągnęła w piątkowe popołudnie i „zalała” świeckie kino do niedzieli wieczór. W ciągu trzech dni na widowni zasiadło około 2 tys. osób. Hitem była „Syberiada polska”. - To pokazuje, że cyfryzacja była strzałem w dziesiątkę. Rozmawiałem z widzami po seansach, pytałem ich o wrażenia. Wszyscy chwalili sobie zdecydowanie lepszy obraz, dźwięk i możliwość oglądania filmów w technologii 3D – mówi Marcin Traczyk.

Cyfrowe kino to także możliwość szybszego i łatwiejszego ściągnięcia filmu. Dzięki temu premierę „Syberiady” świecianie mogli obejrzeć tego samego dnia, co widzowie w całym kraju. W marcu również nie zabraknie ciekawych filmów. Dorośli zobaczą m.in. „Drogówkę”, młodzież „Wiecznie żywego”, a dzieci „Zambezię” w 3D. ANDRZEJ PUDRZYŃSKI

andrzej.pudrzynski@oksir.com.pl

Szczegółowy repertuar Wrzosu i zapowiedzi filmów na www.oksir.eu w zakładce „Kino”.

Mamy swojego bohatera

N

a cmentarzu przy ul. Sienkiewicza znajduje się grób Januarego Janiszewskiego, weterana powstania styczniowego. Akcja „Duchy w narodzie” upamiętniała 150 rocznicę wybuchu powstania oraz jego bohaterów, takich jak Janiszewski. 6 lutego zorganizowano happening na Dużym Rynku, gdzie ustawiono grafiki, przedstawiające bohaterów powstania styczniowego. - Wolontariusze rozdawali ulotki,

informujące dlaczego akurat te postaci znalazły się na grafikach – wyjaśnia Łukasz Lewandowski, koordynator akcji. January Janiszewski jako 19latek wziął udział w powstaniu. Potem los rzucił go do Wiąga. Zmarł w 1938 r. w wieku 94 lat. Został pochowany na cmentarzu w Świeciu przy ul. Sienkiewicza. Organizatorami akcji byli OKSiR, Urząd Miejski w Świeciu i Towarzystwo Przyjaciół Dolnej Wisły. (ap)

W sobotę 9 marca w Cafe Kultura w Świeciu odbędzie się wieczór autorski Anny Kleszewskiej, połączony z promocją tomiku opowiadań „Podróż”, wydanym po konkursie prozatorskim o tej samej nazwie. Anna Kleszewska zaprezentuje swoje opowiadania, opowie o sobie i swojej drodze twórczej. Każdy uczestnik wieczorku dostanie na pamiątkę tomik opowiadań. Młoda autorka (rocznik 1986) pochodzi ze Świecia, ale obecnie mieszka w Bydgoszczy. Aktywnie uczestniczy w spotkaniach świeckiego Grona Literackiego Zielony Kot. W 2003 roku opublikowano jej wiersze w tomiku „Pudełko z wierszami”, a w 2011 roku w „Wierszpudle”.

Filmowe perełki

Wolontariusze rozdający ulotki na Dużym Rynku

G

FOT. SZYMON TUSIK

Literacka podróż

Wieczór autorski Anny Kleszewskiej, 9 marca, godz. 17.00, kawiarnia Cafe Kultura. Wstęp wolny

FOT. ANDRZEJ PUDRZYŃ SKI

„Koty” w Jeżewie

W jeżewskim Ikarze unosiłsię duch poezji i … walentynek

Piątek 1 marca będzie w Osiu Dniem Kultury i Sztuki. W programie konkurs taneczny „5-6-78”, któremu będzie towarzyszyć wystawa fotografii Remigiusza Ratajczaka. Natomiast na wieczór zaplanowano koncert dwóch zespołów: Killed By Car oraz SielSKA. Pierwszy z nich łączy stylistyki popu, rocka i punka. Drugi z kolei bliższy jest estetyce reggae i jego żywszej odmiany, czyli ska.

rono Literackie Zielony Kot ze Świecia gościło 11 lutego w jeżewskiej kawiarni Ikar na „Poniedziałku zzz...”. Tym razem miał on typowo walentynkowy charakter – w tle romantyczna muzyka, Janusz Kasak śpiewający i akompaniujący sobie na gitarze, świece i masa czerwonych serc. Grono Literackie w składzie Tomasz Karpiński, Krzysztof Spych, Mariusz Heinrich, Anita Błażejewska i Kinga Willim, zaprezentowało swoją poezję, przedstawiającą różne

odcienie miłości. - Zostaliśmy przyjęci bardzo ciepło, a publiczność i prowadzący, Janusz Kasak, zadawali liczne pytania, momentami zabijając nam ćwieka – śmieje się Kinga Willim, koordynator Grona Literackiego. Rozmawiano o początkach Grona, o tym jak to jest pracować w grupie indywidualistów, jak wyglądają warsztaty, ale także o tym, co „gronkowcy” myślą o poetyckości zachodu słońca i jak to jest być poetą na co dzień. (kw)

KLAPS 2 – Dyskusyjny Klub Filmowy zaprasza do świeckiego Wrzosu na dobre, wartościowe kino. Bilet na seans – 10 zł. „Mój rower”, Polska 2012 (28 lutego, godz. 19.00). Najnowszy komediodramat Piotra Trzaskalskiego to nietypowy przewodnik po męskim świecie. Trzej mężczyźni skazani na swoje towarzystwo przez kilka dni, nie przepuszczą żadnej okazji, żeby uprzykrzyć sobie życie. W jednej z głównych ról Artur Żmijewski. „Miłość”, Austria/Francja/ Niemcy 2012 (14 marca, godz. 19.00). Nagrodzona Złotą Palmą na festiwalu w Cannes „Miłość” Michaela Hanekego to jedno z największych arcydzieł współczesnego kina. Film opowiada o małżeństwie muzyków w podeszłym wieku. Kiedy zdrowie głównej bohaterki gwałtownie się pogarsza, więzy uczuciowe od tylu lat łączące parę, zostają wystawione na ciężką próbę.


w cztery oczy

marzec 2013

FOT. ANDRZEJ PUDRZYŃ SKI

6

Nie da się ukryć, że stałeś się popularny po udziale w programie „Mam talent” w 2010 r., gdzie zdobyłeś drugie miejsce. Nagle stałeś się „tym Bednarkiem”, znanym i rozpoznawanym. Udział w telewizyjnym show traktowałeś jako sposób na promocję? Zgłosiłem się tam po trzyletnim graniu z zespołem Star Guard Muffin. Koledzy nawet o tym nie wiedzieli. Nie żałuję, a gdybym miał cofnąć czas, zrobiłbym to ponownie, bo to darmowa reklama. Trudno sobie wyobrazić lepszą formę promocji dla młodego, mało znanego muzyka. Trzeba jednak włożyć masę pracy, by przekuć to na trwalszy sukces. Ważne jest, by nie zatracić się w tym wszystkim i nie zapominać o muzycznych korzeniach. Większość młodych muzyków jest podatna na wpływy tzw. ludzi z branży, którzy uważają, że wiedzą lepiej, co mają grać i co robić. Wokół dobrze zapowiadających się wokalistów i zespołów, którzy mają na swoim koncie pierwsze sukcesy, krąży cała masa sępów. Mydlą im oczy, obiecują złote góry, a tak naprawdę nic z tego nie wynika. Poza tym, że najlepiej wychodzą na takim układzie oni sami. A co byś powiedział, gdyby zwróciła się do ciebie duża wytwórnia muzyczna i zaproponowała spore pieniądze, w zamian jednak oczekiwałaby, że będziesz robił wszystko pod jej dyktando? Gdybym chciał takiej współpracy, to pewnie już bym był w takiej firmie. Ale ja zdecydowanie wolę małą wytwórnię, z którą obecnie współpracuję. Panują tam przyja-

www.oksir.eu

- Otaczają mnie prawdziwi przyjaciele. Wiem, że gdyby zaczynało mi odbijać, to zaraz strzeliliby mnie w potylicę i powiedzieli: „No już Bednarek, ogarnij się” – mówi Kamil Bednarek w rozmowie z Andrzejem Pudrzyńskim. W lutym najpopularniejszy obecnie polski muzyk reggae wystąpił w hali widowiskowo-sportowej w Świeciu, promując swoją nową płytę „Jestem”.

Jestem Bednarek cielskie relacje, a poza tym łączy nas to, że przyświeca nam pewna misja. Chcemy pokazać, że reggae to nie tylko marihuana, słońce i Jamajka. To także muzyka, która porusza ważne tematy: od relacji między ludźmi po sprawy społeczne. W mojej wytwórni nie traktują mnie jak kurę znoszącą złote jajka, ale bardziej jak syna, któremu trzeba czasami podpowiedzieć, co ma robić, by nie pobłądził. Nie chcę się rozdrabniać, tylko budować swoją karierę stopniowo i systematycznie. Lepiej małą łyżką karmić się przez lata, niż od razu jeść wielką chochlą, bo łatwo się wtedy udławić. Sława, pieniądze, rzesze fanek – wszystko to jeszcze przed 22 rokiem życia. Woda sodowa nie uderza ci do głowy? Mam to szczęście, ze otaczają mnie szczerzy ludzie, prawdziwi przyjaciele. Wiem, że gdyby zaczynało mi odbijać, to zaraz strzeliliby mnie w potylicę i powiedzieli: „No już Bednarek, ogarnij się”. Myślę, że nadal jestem tym samym Kamilem Bednarkiem, jakim byłem kilka lat temu. Nie lubię wywyższać się ponad innych, bo mi się akurat udało. Los bywa przewrotny, raz jest się na wozie, raz pod wozem. Staram się o tym pamiętać. Jak zmieniło się twoje życie po programie „Mam talent”? Nagle, w krótkim czasie, z osoby anonimowej, stałem się osobą publiczną. Można to podzielić na trzy fazy. Pierwsza wiązała się z rozpoznawaniem mojej twarzy na ulicy. To było szalenie miłe. Myślałem sobie „Wow, ktoś mnie oglądał, ktoś mnie słyszał”. Potem to się przerodziło w jakiś rodzaj fascynacji i nagle okazało się, że mam masę fanek. Byłem w lekkim szoku. Później, i to

był ten trzeci etap, zacząłem grać koncerty. Wtedy okazało się, że nie wszyscy mnie lubią i dają temu wyraz, na przykład w Internecie. Przestałem się jednak przejmować rozmaitymi, często kąśliwymi komentarzami na mój temat i robiłem swoje. Co czujesz, kiedy jesteś na scenie? Uwielbiam występy na żywo, kocham śpiewać, obserwować reakcje publiczności. Na scenie daję z siebie wszystko. Niekiedy po koncertach ledwie trzymam się na nogach ze zmęczenia. Kiedy wracam do domu, żeby zebrać siły, to najdalej po trzech dniach, znowu zaczynam tęsknić za występami. To niesamowicie uzależnia. W 2012 r. w programie „Bitwa na głosy” wziąłeś udział już jako gwiazda, prowadząca jedną z drużyn. Poprowadziłeś ją na tyle skutecznie, że wygraliście program. Utrzymujecie ze sobą kontakt? Tak, chociaż nie będę kłamał, że kontaktujemy się codziennie. Każdy z nas ma swoje życie i pracę. Ale co pewien czas dostaję od nich informacje, że próbują coś działać, startują w castingach, biorą udział w rozmaitych przedsięwzięciach. Wspieram ich, na ile mogę i czasem służę radą. A nie było tak, że „Bitwa na głosy” najbardziej promowała prowadzących poszczególne drużyny, którzy i tak już odnieśli sukces? Raczej trudno będzie się wybić komuś, kto śpiewał w jednej z kilku kilkunastoosobowych drużyn. Odnoszę wrażenie, że w końcowym efekcie, to oni bardziej pomogli swoim prowadzącym, bo ci

znowu przypomnieli o sobie szerokiej publiczności. Nie zgadzam się z tym. Udział w „Bitwie” dał tym młodym ludziom rzecz bezcenną – doświadczenie, obycie sceniczne, możliwość podpatrzenia innych i nauczenia się od nich czegoś nowego. Zwycięska drużyna dostała dodatkowo „kopa”, bo jej członkowie zrozumieli, że są dobrzy, że ktoś ich docenił. Uwierzyli w siebie. Wziąłeś udział w castingu do brytyjskiej edycji telewizyjnego programu „X Factor”. Marzyła ci się kariera muzyczna za granicą? Wysłałem swoje nagranie z ciekawości. Chciałem sprawdzić, jak ocenią to, co robię ludzie za granicą. Czy jestem na tyle dobry, żeby mieć jakieś szanse w Wielkiej Brytanii, gdzie na rynku muzycznym panuje znacznie większa konkurencja niż u nas? Zostałem zaproszony na casting. Kiedy jednak okazało się, że regularnie koncertuję, zająłem drugie miejsce w „Mam talent”, wydaję swoje płyty, a teraz biorę udział w kolejnym show telewizyjnym, „Bitwa na głosy” – powiedzieli mi, że szukają ludzi z „czystą kartą”, a nie profesjonalistów. Jednak nie żałuję, bo poznałem tam fajnych ludzi i zwiedziłem Londyn. Byleś też na Jamajce. Podróż do tego kraju to chyba marzenie każdego muzyka reggae. To było niesamowite przeżycie, które zmieniło moje podejście do muzyki. Wcześniej lubiłem żywiołowość na scenie, ale gdzieś tam w środku jeszcze się blokowałem. Kiedy zobaczyłem tamtejszych muzyków i to, w jaki sposób oni przekazują emocje, opory znikły. Teraz

skaczę na scenie bez żadnego skrępowania (śmiech). Byłem też w studiu Tuff Gong w Kingston, w którym kiedyś nagrywał sam Bob Marley. Zarejestrowaliśmy tam minialbum z chłopakami z zespołu Star Guard Muffin. I do tego ludzie na Jamajce – otwarci, uśmiechnięci, życzliwi. To była podróż mojego życia. W ubiegłym roku doszło do zawieszenia działalności zespołu Star Guard Muffin. Dlaczego? Pojawiły się różnice zdań między wami? Nic z tych rzeczy. Nasz basista Kuba Wojciechowski postanowił odejść, bo chciał dokończyć studia. Myślę, że trochę był zmęczony tym całym szumem. Graliśmy kilkadziesiąt koncertów rocznie, a to faktycznie daje w kość. Rozstaliśmy się po przyjacielsku. Jak wyglądają takie programy jak „Mam talent” czy „Bitwa na głosy” widziane „od kuchni”? Rozczarowało mnie to, że te programy są aż tak mocno wyreżyserowane. Nawet pozornie spontaniczne reakcje są zaplanowane. Podobało mi się natomiast w nich to, że poznałem wielu ciekawych ludzi. Nadal stresują cię kamery? Teraz już nie, ale na początku rzeczywiście przeraźliwie się ich bałem. Działały na mnie jak paralizator. Zastanawiałem się, co będzie, jak się pomylę. Co wtedy? Przecież za chwilę obejrzą to miliony ludzi! Wyśmieją mnie. Z czasem jednak przychodzi moment, kiedy zapomina się o tym, że kamery są skierowane w twoją stronę i po prostu śpiewasz swoje. ROZMAWIAŁ ANDRZEJ PUDRZYŃSKI

andrzej.pudrzynski@oksir.com.pl


www.oksir.eu

reklama

marzec 2013

7

Klienci pytają o produkty ze „Świeckiej” Dobra wiadomość dla klientów. Wyroby Spółdzielni Mleczarskiej „Świecka” są już dostępne w sklepach Polomarket w Świeciu, Nowem i Pruszczu. – Szefowie firmy spełnili oczekiwania klientów, którzy dopytywali się o nasze produkty – mówi prezes Edmund Stanny. Klienci cenią wyroby z mleczarni w Świeciu nie tylko za smak, ale także za to, że nie ma w nich sztucznych konserwantów. - Konsumenci przykładają coraz większą wagę do zdrowego odżywiania. A trudno być zdrowym, jedząc produkty naszpikowane chemią. U nas tego nie ma – podkreśla Edmund Stanny, prezes Spółdzielni Mleczarskiej „Świecka”. Spółdzielnia znana jest z doskonałej jakości mleka, masła, serków, jogurtów, twarogu i sera. Od jesieni ubiegłego roku prawie wszystkie te produkty – na razie poza serem – można już kupić w czterech sklepach Polomarketu w Świeciu, a także w Nowem i Pruszczu. - Pracujemy nad tym, aby wspólnie z Polomarketem wypromować jeden produkt, który stałby się niejako znakiem rozpoznawczym naszej mleczarni. Byłby to serek homogenizowany, który smakiem i jakością zdecydowanie wyróżnia się na regionalnym rynku. Byłby on dostępny we wszystkich sklepach sieci Polomarket w całym kraju – mówi Edmund Stanny. Mleczarnia ze Świecia dostarcza swoje produkty do około 400 sklepów. Nie tylko w Świeciu i powiecie, ale także w Chełmnie, Wąbrzeźnie, Bydgoszczy, Kwidzynie. Produktami ze „Świeckiej” zajadają się przedszkolaki oraz uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów w Świeciu, w których spółdzielnia wygrała przetargi. Cenią je sobie także pacjenci bydgoskich, grudziądzkich i chełmińskich szpitali, bo i tam mleczarnia pokonała konkurencję jakością i terminowością dostaw. - Do wszystkich punktów dostarczamy towar własnym transportem. Codziennie nasze samochody wyruszają w osiem tras w różne kierunki województwa i poza nie. Nie ukrywam, że to kosztowne przedsięwzięcie. Wiadomo przecież, jak wysokie są ceny paliwa. Nie mamy jednak innego wyjścia, jeśli chcemy utrzymać klientów i dostarczać towar na czas – zaznacza prezes „Świeckiej”.

- Od początku stawialiśmy na to, by nasze produkty były nie tylko smaczne, ale też zdrowe. U nas nie ma sztucznych konserwantów i chemicznych dodatków – mówi Edmund Stanny, prezes Spółdzielni Mleczarskiej „Świecka” (po prawej)

Małe mleczarnie wygrywają rywalizację z wielkimi koncernami przede wszystkim jakością, ale też elastycznością w kontaktach handlowych. - Równie ważne jest jednak przywiązanie klientów do rodzimego producenta. Tak długo, jak mieszkańcy będą chcieli kupować nasze produkty, tak długo będziemy istnieli. To trochę transakcja wiązana – my dostarczamy klientom dobrej jakości towar, a dzięki temu, że jest on kupowany, pracę ma ponad 70 pracowników naszej mleczarni, którzy są mieszkańcami Świecia i okolic – argumentuje Edmund Stanny.


temat z okładki

marzec 2013

mówił mi, że przegram

FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

SZATAN

www.oksir.eu

Jak został ksiądz egzorcystą? W 1998 roku dostrzeżono w Polsce potrzebę stworzenia siatki posługi egzorcystów. Stało się to cztery lata po tym, jak zostałem proboszczem w Dólsku. Biskup diecezjalny Jan Bernard Szlaga podjął poszukiwania kapłanów, którzy mogliby pełnić tego rodzaju posługę. Pomoc mieli otrzymać ludzie w pobliżu miejsca zamieszkania. Co takiego się stało, że nagle biskup uznał za konieczne powołanie egzorcystów? Na początku nie było egzorcystów w naszej diecezji. To, że się pojawili jest wielką zasługą księdza Barkowskiego, werbisty, który pełnił taką posługę w Białymstoku. To on zwrócił uwagę na skalę zjawiska. Jego spostrzeżenia i przede wszystkim doświadczenia, sprawiły, że biskupi zajęli się tą sprawą. Zaczęli od powołania egzorcystów w każdej diecezji. To znaczy, że Kościół wcześ-

niej nie widział konieczności posiadania w swoich szeregach egzorcystów? A może wydarzyło się coś takiego w kraju lub na świecie, co sprawiło, że pojawiło się zapotrzebowanie na tego typu posługę? W Kościele zawsze byli egzorcyści, ale prowadzili działalność w małym zakresie. Obecne czasy są epoką New Age, Nowej Ery. Rozwija się okultyzm, słabnie wiara, coraz bardziej daje o sobie znać chaos duchowy. To wszystko sprawia, że ludzie wchodzą w sekty, są zagubieni. Wcześniej skala tych problemów była o wiele mniejsza. Sekty nie są niczym nowym. Chrześcijanie na początku też byli uważani przez starożytnych Rzymian za groźną sektę. Dlaczego właśnie teraz stały się ona tak niebezpieczne? Wszystko co powinno nas niepokoić wiąże się bezpośrednio ze wspomnianym już okultyzmem, magią, ukrytym panteizmem. Nową

sprawą są leki homeopatyczne. Istnieją zagrożenia oddziaływające na bazie muzyki, filmu, gier komputerowych, komiksów, a więc rzeczy na pozór niegroźnych. Dzieci od najmłodszych lat są oswajane z treściami, które wcale nie muszą im służyć. Są od nich stopniowo uzależniane. Z czasem mogą pojawiać się problemy. I tak jak w przypadku choroby ciała potrzebujemy pomocy lekarza, tak potrzeba posługi kapłana, gdy dzieje się coś niewytłumaczalnego z duchem. Jak to się stało, że to właśnie księdzu powierzono specjalną misję? Otrzymałem dekret od biskupa. Z tego co wiem, od pełniących tę funkcję wymaga się szczególnych zdolności. Nie powierza się jej przypadkowym kapłanom. A więc musiał ksiądz zwrócić na siebie uwagę. Prawo kanoniczne stawia egzorcyście bardzo wysokie wymagania.

- Bywałem w domach, w których działy się niezwykłe rzeczy. Mieszkańcy bali się wejść do piwnicy, w której słychać było huki i hałasy – mówi ksiądz Andrzej Piesik. Z proboszczem parafii w Dólsku koło Drzycimia i egzorcystą rozmawia Andrzej Bartniak.

Ważny jest charyzmat wrażliwości na ludzkie cierpienie. Od momentu święceń kapłańskich, chętnie posługiwałem w ramach sakramentu pokuty. Przyjmowałem ludzi szukających pomocy duchowej. Posługa egzorcysty ma dwa zasadnicze nurty. Pierwszy wiąże się z miastami, gdzie jest bardzo dużo ludzi potrzebujących pomocy. Tam wszystko odbywa się w bardzo ścisłej współpracy z psychologami i psychiatrami chrześcijańskimi. Jeśli ktoś czuje, że nad jego życiem przejmuje kontrolę jakaś ciemna siła, zgłasza się do sekretariatu, umawia się na spotkanie z lekarzem, później trafia do kapłana. Egzorcysta ma duży stopień pewności, że jest to osoba dręczona, a nie ktoś cierpiący na zaburzenia psychiczne. Drugi nurt, który ja reprezentuję, wiąże się z przyjmowaniem każdego, kto czuje taką potrzebę. Pomagam jako kapłan na każdej płaszczyźnie. Pamięta ksiądz pierwszą dręczoną bądź opętaną osobę,

FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

8

którą udało się uwolnić z mocy złego ducha? Nie. Tych przypadków było zbyt wiele. Pamiętam natomiast historię osoby, która najpierw podpisała cyrograf Szatanowi, a później próbowała się z tego wycofać. Była długa modlitwa o jej duszę. Towarzyszyła temu wyraźna manifestacja mocy zła. Jak się podpisuje taki cyrograf? Skąd wziąć tekst, który miałby taką moc sprawczą? Jak to technicznie wygląda? Można go ułożyć samemu, czy też ludzie znajdują gotowy formularz w Internecie? Niestety, poprzez Internet można dotrzeć do tekstu Biblii Szatana i nawiązać kontakt z grupami satanistycznymi. To jest wielkie zagrożenie, bo niektórzy robią to ze zwykłej ciekawości. Dość często dzieje się to za sprawą kontaktów koleżeńskich. Taka osoba zostaje zaproszona na spotkanie satanistów i pod wpływem atmosfery, presji rówieś-


temat z okładki

www.oksir.eu

ników, chęci przypodobania się grupie lub też zwykłego braku wiary w to, że ten czyn ma jakiekolwiek znacznie, podpisuje cyrograf. Po co się to robi? Czy rzeczywiście ktoś, kto podpisał taki dokument zyskał nagle pieniądze, sławę, lepsze życie? Rzadko tak się dzieje. Wobec tego zastanawiam się, jaki jest sens podpisywania czegoś, co przynosi tylko problemy? Nie widzę tu żadnej logiki. Oddaję Szatanowi duszę, a ten zamiast obsypać mnie pieniędzmi zsyła omamy, zwidy i cierpienia fizyczne? To, co jest związane z satanizmem, jest bardzo nielogiczne. Spotkałem się z przypadkiem osoby wierzącej, która powiedziała Szatanowi, że nie będzie się modlić, byle tylko jej nie dręczył. Zawarła dość dziwny układ, żeby mieć święty spokój. W jaki sposób trafiają do księdza ludzie, którzy czują, że w ich życiu dzieje się coś złego i nie jest w stanie pomóc im żaden psychiatra ani psycholog? Przyjeżdżają sami, przywożą ich najbliżsi, czy może proszą o to, aby ksiądz do nich przyjechał? Bardzo różnie. Cierpiący szukają pomocy. Z reguły dowiadują się od znajomych, którzy wcześniej się ze mną spotkali. W dobie Internetu egzorcystów można znaleźć bez trudu, ale kiedyś nie było to takie proste. Dla wielu pierwszym etapem jest kontakt z kurią. Jest tam koordynator, który kontaktuje z konkretnym kapłanem w zależności od miejsca zamieszkania. Ludzie kojarzą egzorcystę z kimś, kto modli się nad opętanym i towarzyszy temu manifestacja zła. Jest jakaś wyraźna walka znana między innymi z filmu „Egzorcysta”, ale takie filmowe sceny należą do rzadkości. Niektórzy ludzie, zanim trafią do mnie, najpierw odwiedzają bioenergoterapeutę, który tylko pogłębia problem. Wtedy dociera do nich, że został im tylko ksiądz. Osoba, która zaczyna odczuwać niewytłumaczalny niepokój, doświadczająca chorób i jakiegoś potwornego pecha, bierze to za przekleństwo rzucone przez osobę posiadająca taką moc. Praktyka pokazuje, że zwykle nie jest to żadne przekleństwo. Wtedy modlę się o uzdrowienie, umocnienie wiary, pomagam pozytywnie odczytać przeżywane doświadczenia. Dotarłem do danych, z których wynika, że tylko 2 proc. trafiających do egzorcystów faktycznie wykazuje znamiona dręczenia. Cała reszta to zaburzenia psychiczne. To trafne dane? Sądzę, że nikt nie jest w stanie zbadać tej sprawy, a tym bardziej wypowiadać się wiarygodnie. Fachowa literatura, nawet ta katolicka, wyraźnie mówi o tym, jak ważne jest właściwe rozpoznanie. Można uczynić

wielką krzywdę osobie chorej psychicznie, utwierdzając ją w przekonaniu, że znalazła się w mocy Szatana. Kapłan nigdy nie powie dręczonej lub, co się zdarza jeszcze rzadziej, opętanej osobie o swoich podejrzeniach. Poza tym kapłani współpracują z psychiatrami. A jeśli ktoś przyjeżdża do Dólska, dajmy na to z Krakowa i mówi: „Nawiedza mnie Zły, proszę mi pomóc”. Ksiądz mówi mu: „Dobrze, ale najpierw idź do psychiatry i przynieś zaświadczenie, że z medycznego puntu widzenia nic ci nie dolega”? Zawsze pytam czy był już u lekarza. Jeśli tak, to dociekam, jakie jest rozpoznanie. Czy był w szpitalu, czy ma może wypis, czym jest leczony. Jeśli mówi, że jest opętany, nie przyjmuję tego jako pewnik. Sam dokonuję rozpoznania. Zdarzają się natomiast przypadki – i te są najtrudniejsze – gdy potrzebna jest pomoc zarówno lekarza, jak i egzorcysty. Przeżyłem coś takiego. Zły duch mówił do mnie przez chorą osobę. Była to sytuacja bardzo jasna. Jednocześnie była to też choroba przejawiająca się ciągłą modlitwą. To z modlitwą można przesadzić? Należy pamiętać, że modlitwa nie jest jakąś formą magii. Zawsze powinna być wiązana z wiarą. Istotna jest postawa serca i umysłu. W tym przypadku odmówiłem egzorcyzm, a później pojechaliśmy na izbę przyjęć do szpitala psychiatrycznego w Świeciu. Zdarzyło się kiedyś księdzu pomylić? Nie podejmuję się jednoznacznego stwierdzenia, że mam do czynienia z osobą opętaną. Przede wszystkim staram się wysłuchać człowieka. Dotrzeć do przyczyny jego kłopotów. Miałem taki przypadek pewnej matki, która przyjechała do mnie z Niemiec, prosząc o pomoc dla adoptowanego syna. Przyjechała do Polski, bo w Niemczech nie ma egzorcystów. Po rozmowach i obserwacji okazało się, że kobieta jest nadopiekuńcza i sama ma problemy z osobowością, a chłopcu nic nie dolega. Jego reakcje były tylko formą buntu na postawę matki. Wyjechała bardzo niezadowolona. Czy prawdą jest, że w tych rzadkich przypadkach opętania, modlącego się egzorcystę w tym samym czasie wspierają modlący się w zakonach, czy innych wspólnotach? Tak. Zwłaszcza w dużych miastach. Rozmawiał ksiądz z Szatanem? Staram się tego unikać, ale niejednokrotnie mówił do mnie. Między innymi, że sobie nie poradzę i przegram w konfrontacji z nim. Jest rzeczywiście tak inteligentny, że niebezpiecznie wchodzić z nim w dyskusję?

Każdy z egzorcystów ma swoje doświadczenia. Tylko raz Szatan wywiódł mnie w pole swoją wypowiedzią. Jednak nawet wtedy czułem, że wszystko jest pod kontrolą Boga. Zły duch może działać tylko w pewnych granicach. Szatan przekomarzał się ze mną, że na nic nie zdadzą się moje starania, bo kobieta, którą opętał ma wsparcie w swoim mężu. Poprosiłem więc mężczyznę, aby wyszedł z kościoła. Wtedy kobieta rozebrała się na środku kościoła. Trzeba było prosić inne osoby, aby mi pomogły nad nią zapanować. Szatan lubi takie „efektowne” zachowania. Ostatecznie jednak przegrał. Skoro Bóg ma tak wielką moc, dlaczego na świecie jest tyle zła? Dlaczego Szatan rośnie w siłę? Ponieważ wiara jest coraz słabsza. To znaczy, że Bóg jest coraz słabszy? Nie. Bóg szanuje naszą wolność. Człowiek może wybierać. Proszę zauważyć, jak wielka jest wiara w rożnego rodzaju amulety, które mają nas chronić przed złem. Jeżeli biorę coś na szczęście, na przykład słoniki, pierścień Atlantów, realizuję zabobony, to znaczy że uważam, iż zagraża mi jakieś fatum. Jeśli jednak jest się dzieckiem Boga i jeśli czuje się ojcostwo Boga, to jest się absolutnie bezpiecznym. I to jest istota wiary. Musimy to odkrywać. Liturgię, modlitwę, wszystkim co wiąże się z praktykami umacniającymi naszą wiarę. Nie jest jednak tak, że dręczenie fundują sobie tylko ci, którzy mniej lub bardziej świadomie nawiązali kontakt ze złymi duchami w pragnieniu doświadczenia czegoś niezwykłego. Znane są przypadki, gdy cierpieniom były poddawane osoby czujące się dzieckiem Boga. Dlaczego tak się dzieje? Zawsze jest jakaś przyczyna. Czasami odnalezienie jej jest trudne. Dlatego kapłan przede wszystkim rozmawia z cierpiącą osobą. Bywałem w domach, w których działy się niezwykłe rzeczy. Mieszkańcy bali się wejść do piwnicy, w której słychać było jakieś huki, hałasy, przesuwanie mebli itp. Okazało się, że ci ludzie z wycieczek przywozili posążki nieznanych sobie bóstw, płaskorzeźby, których symboliki nie rozumieli. Trzeba było to wszystko zniszczyć i po jakimś czasie można było znowu normalnie mieszkać w domu. Dręczenia dotykają również księży? Nie spotkałem się z takim przypadkiem. Zdarzyło się kiedyś, że działania księdza nie przyniosły pożądanego skutku? Niejednokrotnie, trafiając do lekarza, słyszymy, że choroba tak bardzo postąpiła, że konieczne będzie długotrwałe leczenie. Podobnie bywa w przypadku człowieka nawie-

marzec 2013

dzonego przez złego ducha. Wtedy do zapewniania całkowitej ulgi potrzebna jest wielokrotna modlitwa. Ile trwa takie „oczyszczanie”? Różnie. Nie ma żadnej reguły. Wszystko zależy od skali problemu. Znam przypadek osoby związanej z magią, która przez 10 lat leczyła innych bioterapią, a później sama potrzebowała pomocy. Modlę się za nią od kilku lat. Każdorazowo przynosi to ulgę, ale potem znowu wracają problemy. Co sprawia, że coraz więcej osób ulega satanizmowi? Wiąże się to ze słabością rodziny. Dzieci coraz rzadziej znajdują w rodzicach autentyczne oparcie. Wydaje mi się, że Kościół właśnie teraz powinien pogłębić duszpasterstwo rodzin. To zagubienie młodych ludzi, o którym tak wiele mówią psychologowie, jest przyczyną błędów. Znam przypadek dziewczyny,

9

która poznała chłopka, będącego kapłanem w grupie satanistycznej. Za jego sprawą postanowiła zbliżyć się do tego środowiska. Tam przeżyła rytualny gwałt, z którego zrodziło się dziecko. Ciąża celowo była ukrywana. Dziecko zostało zabite rytualnie na cześć Szatana. Szukając jakiejś wspólnoty, grupy mogącej stanowić oparcie i jednocześnie zapewniającej całkowitą akceptację, można podjąć decyzje, które mają fatalne konsekwencje. Tak było z pewnym mężczyzną ze Starogardu. Był on zaawansowanym satanistą, któremu w pewnym momencie kazano zabić matkę. Powiedział, że tego nie zrobi, bronił się przed dawnymi kolegami białą magią, szukał pomocy u egzorcystów, ale nie byli mu w stanie pomóc. Znaleziono go powieszonego na płocie na pasku od spodni. ROZMAWIAŁ ANDRZEJ BARTNIAK

terazswiecie@oksir.com.pl

Reklama

Najlepszy kredyt gotówkowy w Polsce!

PROSTOLICZONY

KREDYT

GOTÓWKOWY

najlepszy w 2011 według Bankier.pl

PLACÓWKA PARTNERSKA CREDIT AGRICOLE BANK POLSKA S.A. 86-100 ŚWIECIE ul. Duży Rynek 12 (wejście od ul. Kopernika)

tel. 52 330 13 11 Materiał ma charakter informacyjny i nie stanowi oferty w rozumieniu art. 66 K.c. Szczegółowy zakres ubezpieczenia spłaty kredytu znajduje się w Warunkach Ubezpieczenia Kredytobiorców Credit Agricole Bank Polska S.A. oraz w Warunkach Ubezpieczenia Assistance. Przy składaniu wniosku o kredyt prosimy o udokumentowanie dochodu. Szczegółowy opis akceptowanych przez Bank dokumentów znajduje się na stronie www.credit-agricole.pl oraz pod numerem serwisu telefonicznego. W razie zawarcia umowy kredytowej ze zmienną stopą procentową istnieje ryzyko zmiany tej stopy, w tym jej podwyższenia, co może spowodować zwiększenie zobowiązania należnego do spłaty.


społeczeństwo

marzec 2013

DOBRO można pomnożyć Tragedia pod Świeciem zjednała ludzi. Fala pomocy i modlitwy ogarnęła państwa Burczyńskich z Drozdowa.

www.oksir.eu

weźmiemy udział – zapowiadają. Chcieliby stworzyć dzieło „Dobrej woli”. – Gdy emocje opadną, będziemy wiedzieli, na kim możemy polegać i z tymi ludźmi pragniemy współpracować. Zależy nam też na udziale dzieci i młodzieży, bo im chcemy służyć – tłumaczy Andrzej Burczyński. Wzruszyła go postawa młodzieży po wypadku synów. Zwłaszcza to, że aż tylu ich rówieśników zgłosiło się do pomocy. Gdy kolejka do ambulansu centrum krwiodawstwa zaczęła się rozrastać na Dużym Rynku, Daniel już nie żył. - Ale dobro, które przekazali mu ludzie się nie zmarnowało. Krew przyda się innym – zauważa Andrzej Burczyński. Jego postawa ma silny wpływ na przeżywanie tej sprawy przez ludzi. Wierzącym Andrzej Burczyński imponuje głęboką wiarą w Boga. - On nas teraz trzyma przy życiu – tłumaczy ojciec.

Lekcja życia

Na zdjęciach: po wypadku uczniowie Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Ś wieciu ustawili znicze pod tablicą upamiętniającą braci Burczyńskich FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

T

ragedia w Kozłowie wstrząsnęła ludźmi. Stracić jedno dziecko to dramat, a co dopiero czworo, nie mając ani jednego więcej. O wypadku mówiły wszystkie polskie media, kondolencje rodzinie Burczyńskich złożył m.in. polski rząd i biskup pelpliński. 5 lutego czterej bracia: Karol (19 lat), Marek (18 lat), Daniel (17 lat) i Krzyś (13 lat) jechali razem do szkół w Świeciu. W Kozłowie Karol stracił panowanie nad kierownicą. Daewoo tico wpadło w poślizg i uderzyło bokiem w pług śnieżny. Dwóch chłopców zmarło od razu, jeden chwilę później. Daniel w krytycznym stanie trafił do szpitala w Świeciu. Gdy rozeszła się straszna wieść o śmierci trzech braci, wielu nie traciło wiary, że 17-letni Daniel przeżyje wypadek. Lekarze z Nowego Szpitala od początku dawali mu mało szans, ale każdy chciał wierzyć, że los nie może być tak okrutny. Ludzie ruszyli Danielowi z po-

mocą. Portale społecznościowe zachęcały do oddawania krwi, a odzew przekroczył oczekiwania organizatorów. Wśród krwiodawców wyróżniali się młodzi, niektórzy oddawali krew pierwszy raz. Rozmawiał z nimi Jarosław Rządkowski, współorganizator akcji. - Czasem walczyli ze strachem, ale podkreślali, że muszą to zrobić dla Daniela – zauważył. O chłopcu myślano w wielu domach, bo wiadomość o katastrofie w Kozłowie poruszyła całą Polskę. Fora internetowe lokalnych mediów pełne są kondolencji, gotowości pomocy rodzinie, a także rozważań o sensie życia, Bogu i niesprawiedliwym losie. Gdy tydzień po wypadku Daniel zmarł w szpitalu, ludzi ogarnął jeszcze większy żal, a fala współczucia nabrała rozpędu. Nawet mieszkańcy odległych miejsc w Polsce zaczęli prosić państwa Burczyńskich o numer konta. - Chcemy wam darować pienią-

dze, zbudujmy za nie pomnik pamięci o waszych synach. Wasz dramat zjednoczył wielu ludzi! – argumentowali.

Jest tylu dobrych ludzi Andrzej Burczyński wraz z żoną Ewą są tym współczuciem wzruszeni i przytłoczeni. Dlatego nie kryją potrzeby mądrego wykorzystania wszelkiego rodzaju wsparcia dla dobra dzieci i młodzieży, ale pomnik pamięci ich chłopców im się nie podoba. - Bez przesady. To były zwykłe dzieci, nauczone wiary i szacunku dla drugiego człowieka, gotowe pomagać innym – tłumaczą. Rodzicom bliższy jest szczytny cel. - Fundusze, które nam zostały, wpłacimy na specjalne konto rady rodziców przy Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Świeciu. Cele statutowe i numer konta podamy po zebraniu zarządu rady, w którym

Rodzice braci mogą być o nich spokojniejsi, bo w niedzielę przed wypadkiem chłopcy przystąpili do komunii. To ważna wiadomość dla katolików – rosną nadzieje, że bracia trafią do nieba. Państwo Burczyńscy mają przeczucie, że oni już tam są. - Po pierwszej stypie byliśmy z żoną w szkole zostawić uczniom ciasta. Gdy wychodziliśmy, taki mały chłopiec z okrągłą buźką i czarnymi oczkami uśmiechnął się do nas i pomachał nam z daleka. Sam z siebie to zrobił, tak serdecznie. Wtedy poczuliśmy, że to nasi chłopcy do nas machają przez tego chłopczyka. Pozdrawiają nas i mówią, że u nich wszystko jest w porządku, że mamy się trzymać. Księża też są dobrej myśli, zdradzali to podczas rekolekcji, które rozpoczęli dzień po śmierci Daniela. Wymowa wszystkich nauk była podobna: niezależnie od wieku, miejsca i pory dnia, trzeba być przygotowanym na śmierć. Lekcję dostali też nauczyciele. Wymowne było przemówienie Ewy Joachimiak, dyrektora Zespołu

Szkół Ponadgimnazjalnych w Świeciu, do której chodzili Karol, Marek i Daniel. - Lekcja w szkole trwa 45 minut. Lekcja życia, na którą zostaliśmy wezwani 5 lutego ciągle trwa – podkreślała. - Nie wszyscy byliśmy do niej dobrze przygotowani. Jednak sumiennie uczymy się pokory, miłości i bycia razem w tak trudnych chwilach. Uczniowie ZSP nie kryją, że w tej szczególnej tragedii ich więź ze szkołą się pogłębiła. Od 5 lutego przez kilka dni lekcje upływały na rozmowach. Uczniowie i nauczyciele znaleźli się po tej samej stronie – żalu i współczucia. Razem włączyli się w organizację pogrzebów chłopców. Dyrektor odczytała dwa wzruszające listy, a koledzy z drugiej i czwartej klasy nieśli przed trumnami kwiaty, krzyże i portrety zmarłych. Żałoba ogarnęła całą społeczność ZSP. Szkoła odgrywała w życiu braci Burczyńskich ogromną rolę. Uczyli się najlepiej w swoich klasach. Do tego byli bardzo lubiani, dowcipni i towarzyscy. Kumple czują ich brak, bo gdy nauczyciele wzywali do odpowiedzi, Burczyńscy zgłaszali się sami, żeby uchronić kolegów i zawsze byli przygotowani do lekcji. Karol, Marek i Daniel chodzili do technikum mechatronicznego, wyróżniali się smykałką do wybranego zawodu. Koledzy twierdzą, że to dzięki tacie, który potrafi naprawić każdy sprzęt gospodarstwa domowego. Martwią się, kto teraz zda egzamin zawodowy? Bo, że Burczyńscy zdadzą, było pewne. Po ich śmierci, szkoła stanęła na wysokości zadania. Podporą rodziców była i jest Ewa Joachimiak, szczerze zaangażowana w ich wsparcie. Gdy dowiedziała się o wypadku, zadzwoniła do centrum zarządzania kryzysowego w starostwie, żeby natychmiast objęli państwa Burczyńskich pomocą psychologa. - Przeżyłam kilka tragedii jako dyrektor tej szkoły, ale takiej nigdy. Nie wyobrażam sobie, co czują rodzice. Bardzo chcę im pomóc, jak wielu innych ludzi – mówi Ewa Joachimiak. AGNIESZKA ROMANOWICZ

„Gazeta Pomorska”

FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

10


www.oksir.eu

reklama

Ĺšwiecie, ul.Wojska Polskiego 81, tel. 52 331 37 31

marzec 2013

11


12

marzec 2013

społeczeństwo

www.oksir.eu

Matka Halina

ze Świecia Co piąte dziecko w Polsce żyje w ubóstwie. O wielu z nich nie wiemy, że mają taki problem, bo się go wstydzą. Na szczęście są takie miejsca, jak świetlica Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Świeciu. Tu ubodzy nie czują się upokorzeni.

W

- Poniżenie, upokorzenie, bezsilność to ich codzienność – mówi Halina Urban, prezes Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Ś wieciu FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

Świeciu żyją ludzie bardzo biedni. I to nie tylko dlatego, że piją albo leżą i nic nie robią. Są i tacy, którym się nie powiodło, ale robią, co mogą, żeby odmienić swój los. Na przykład samotne matki, które niczym bohaterki, dzielnie walczą z biedą. Pracują za grosze do wieczora, a nocami lepią pierogi z ziemniakami i cebulą, żeby było smaczniej; po prostu, bardziej znośnie. Ukrywają swoją biedę przed dziećmi, znajomymi, a nawet bliskimi, którym wiedzie się lepiej. Opracowały całą strategię oszczędzania, wyspecjalizowały się w tym. Skręcają kaloryfery, gdy dzieci pójdą spać; pożyczają pieniądze na świąteczne drobiazgi, albo odmawiają sobie jedzenia, żeby przypadkiem młodym nie zabrakło Co nieco na ten temat wie Halina

Urban, prezes Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Świeciu. W baraku, gdzie mieści się ich siedziba, też nie ma luksusów.

Sklep zabrał mamę Każdy mebel pochodzi z darów. Niektóre zabawki pamiętają PRL. Co tu mówić, jest bardzo skromnie. Ale pani Halina nie narzeka. Okutana w ciepły pulower kręci się między stołami, na których leżą sterty używanych rzeczy.Musi je poskładać, bo zaraz przyjdą dzieci. Nie wiadomo jakie. Może przyjść każdy, kto chce. Mali i więksi. Dowiadują się o świetlicy pocztą pantoflową. Przychodzą na kółko plastyczne, czasem są tańce. Najczęściej trafiają tu z biedy. I to nie tej patologicznej, tylko od życiowego niefartu. - Ostatnio pewna dziewczynka wyznała mi, że sklep zabrał jej

Reklama

Kolejne ważne zmiany dla przedsiębiorców W związku z wejściem w życie od 1 stycznia 2013 r. ustawy z dnia 16 listopada 2012 r. o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce (Dz.U. z 2012 r. poz. 1342), wprowadzone zostały poważne zmiany w ustawie z 11 marca 2004 r. o VAT, a także w ustawie z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych. Głównie chodzi o obowiązek korekty podatku naliczonego VAT w przypadku nieuregulowania należności wynikającej z faktury zakupu w terminie 150 dni od daty upływu terminu płatności. Po upływie tego terminu przedsiębiorca – dłużnik jest zobowiązany dokonać korekty odliczonego wcześniej podatku VAT od nieuregulowanych faktur. Natomiast po uregulowaniu zobowiązania, ma prawo ponownie odliczyć podatek naliczony z faktury. W przypadku podatku dochodowego, od 1 stycznia 2013 r. ustawodawca wprowadził rozwiązanie polegające na obowiązku

dokonywania korekty kosztów podatkowych w przypadku nieuregulowania kwoty wynikającej z faktury lub innego dokumentu dokumentującego koszty, w ciągu 30 dni od daty upływu terminu płatności ustalonego przez strony, a w przypadku gdy termin płatności jest dłuższy niż 60 dni – nieuregulowania jej w ciągu 90 dni od daty zaliczenia w koszty. Po uregulowaniu zobowiązania podatnik ma prawo na ponowne zaliczenie wydatku w koszty podatkowe, z tym że może to nastąpić nie wcześniej niż w miesiącu uregulowania zobowiązania. Regulacja ta ma zmobilizować przedsiębiorców do terminowego regulowania swoich zobowiązań i przeciwdziałać zatorom płatniczym w firmach. Sytuacja ta generuje dodatkowe obowiązki w zakresie monitorowania wpłat i dokonywania odpowiednio korekty kosztów oraz podatku VAT naliczonego. Powstaje też wiele wątpliwości w zakresie stosowania nowych

uregulowań (np. jak postąpić, gdy w umowie strony przewidziały dłuższe terminy płatności np. 180 dni). Pracownicy naszej Kancelarii w pełni przygotowali się do wprowadzenia powyższych zmian, uczestniczymy w szkoleniach oraz nieprzerwanie dokształcamy się indywidualnie, aby sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed nami często zmieniające się prawo podatkowe. Anna Wolicka-Arym, właścicielka Kancelarii Rachunkowo-Doradczej „ABAKS” w Świeciu

Działamy już od

10 lat!

Zapraszamy do naszego biura

Kancelaria Rachunkowo-Doradcza „ABAKS” Anna Wolicka-Arym ul. Chmielniki 2B, 86-100 Świecie tel. 52 33 31 119, kom. 696 007 975 biuro@arym-ksiegowosc.pl www.arym-ksiegowosc.pl


społeczeństwo

www.oksir.eu

mamę. Dotąd pracowała tylko na targu, a teraz musi jeszcze dorabiać w sklepie. Małej doszła samotność, a bieda w jej domu jest, jak była martwi się pani Halina. Według Głównego Urzędu Statystycznego, przybywa „pracujących biednych” – ludzi, którzy tyrają, ale nie mogą wyjść z ubóstwa. To problem najniżej opłacanych zawodów, np. robotników albo sprzedawców. Wedle GUS, w 2011 r. niemal 9 proc. rodzin żyło w skrajnym ubóstwie, bo główny strumień ich dochodów płynął z robotniczej pracy. Prawdopodobieństwo życia w ubóstwie rośnie z liczbą dzieci w rodzinie. - Najbiedniejsze są zawsze rodziny wielodzietne – mówi Halina Urban. - W Świeciu są państwo X, którzy mają dziewięcioro dzieci. W tej rodzinie jest miłość, ale nie ma zabezpieczenia finansowego na podstawowe sprawy, jak jedzenie albo łóżko dla dzieci; do niedawna spały na dmuchanych materacach! Dopóki nie dostali kanap z TPD. Oprócz nich znaleźli tu też zrozumienie, dlatego często zaglądają do świetlicy. - Dzieci się rozerwą, a oni mogą sobie wybrać coś do ubrania, poczęstujemy ich drożdżówką, zamienimy słowo – opowiada Halina Urban. Zwraca uwagę, że wychodzenie do ludzi jest wśród ubogich bardzo istotne. Gdy wycofują się z życia zbiorowego, świat ogranicza się do nich samych. Wtedy tracą nadzieję Reklama

na wyjście z trudnej sytuacji i motywację do jej poprawy. Takie zachowanie może mieć decydujący wpływ na dzieci, bo przejmują nawyki rodziców.

Seks na oczach dzieci Dotyczy to również nawyków seksualnych. - Żyjemy w czasach kultu ciała i młodości. Seks jest na każdym kroku, dzieci go widzą – przypomina Halina Urban. Brak skrępowania niektórych rodziców bywa szokujący. - Pewien ojciec uprawiał seks z kochanką, a dwójkę swoich dzieci w wieku 3 i 5 lat położył w nogach. Trudno się dziwić, że maluchy miały potem trudności z zasypianiem i onanizowały się pod kołderkami – wspomina. Jeszcze gorzej, gdy dzieci są molestowane. Halinie Urban nie jest obcy ten problem. - Niestety, on narasta – ocenia. Najczęściej ofiarą pedofilów padają dziewczynki, trzy razy częściej niż chłopcy. Większość z nich udaje przyjaciela młodzieży, równiachy. Zbliżają się do ofiar powoli, przekraczając wreszcie próg przyzwoitości. Ale są i tacy, którzy od początku stosują przemoc. Według seksuologa Piotra Pośpiecha, za pedofilię odpowiada testosteron. - W swojej 15-letniej pracy biegłego sądowego, w której wydałem

prawie tysiąc opinii, tylko trzy razy zdarzyło się, że odpowiadały za ten czyn kobiety. Dwie z nich robiły to razem z mężczyznami, przez których były manipulowane. W powiecie świeckim słynna była historia rodziny z Bochlina, gdzie za molestowanie córek skazany został ich ojciec, o przydomku polskiego Fritzla. Na szczęście, jego nieletnie córki nie mają z nim dzieci. A to kolejny problemem Haliny Urban. - Wczesne ciąże zdarzają się regularnie i z reguły w biednych rodzinach – mówi. - To dlatego, że dziewczyny szybko szukają ucieczki z ubogich domów, chronią się w ramionach chłopaków i zachodzą w ciążę. Co mają zrobić, gdy dziecko ma się urodzić, a matki i ojca nie stać na łóżeczko i wózek? Wtedy często przychodzą do pani Haliny. - Pytań o łóżeczka i wózki jest tyle, że sami się za nimi rozglądamy. W ubiegłym roku udało się nam załatwić kilka, parę dostaliśmy. Na tym zależy nam najbardziej i na ubrankach dla niemowląt. Teraz szukamy zestawu dla noworodka, którego mama ma 17 lat, a tata 16. Bida w ich domach aż piszczy.

Choroby naszych czasów W Świeciu trzeba też pomagać matkom ze starszymi dziećmi. Syn jednej z nich ma astronomiczne ADHD.

marzec 2013

- To choroba naszych czasów, kiedyś tego nie było – zaznacza Halina Urban. - Chłopak niszczy wszystko, kopie, łamie, rozszarpuje. Dręczy matkę, oszukuje, wmawia jej alkoholizm. Bije ją, krzyczy i odgraża się. Trzeba go leczyć z tej wściekłości. Podziwiam ją, bo nie traci do syna cierpliwości i jeszcze znajduje czas i siłę, żeby nam pomagać. Za chorobę czasów pani Halina uważa też bezstresowe wychowanie. - Dzieci nie mają obowiązków, żeby broń Boże się nie denerwować – to niedobrze. Potem takie dzieci nie radzą sobie, gdy już rodzice przestają ich wyręczać. Odpowiedzialność i wiarę w siebie trzeba kształtować od małego. W bogatych rodzinach często o tym zapominają. Przeraża ją przepaść między biednymi i bogatymi. - Kiedyś nie było aż takich różnic, jak dziś – uważa. Ona dobrze zna uczucie, które towarzyszy ubogim dzieciom w szkole, gdy rodzice nie mają pieniędzy na dodatkowe podręczniki i nauczyciele muszą im kserować strony. Albo gdy nie ma mowy o wyjeździe na szkolną wycieczkę czy na wakacje. - Poniżenie, upokorzenie, bezsilność to ich codzienność – ubolewa pani Halina. Dlatego poświęca się im od 35 lat. - Muszę się opiekować dziećmi, zwłaszcza biednymi i chorymi. Miałam tak od najmłodszych lat – wspomina.

13

Już w liceum za najlepszą koleżankę wybrała Anię, bo była malutka – 148 cm wzrostu. Postanowiła się nią zaopiekować. Potem zdobyła pedagogiczne wykształcenie i całe życie przepracowała z dziećmi, a to w przedszkolu, a to w harcerstwie. Teraz, na emeryturze, działa dla dobra dzieci jak zawsze – na pełen gwizdek. - To dzięki pomocy innych ludzi – podkreśla skromnie. - Gdyby nie holenderska fundacja, która raz do roku przyśle nam kontener darów, mieszkańcy, którzy zaglądają tu z prezentami z dobroci serca i burmistrz, dzięki któremu mamy gdzie się podziać, moje pomaganie nie byłoby możliwe. Panią Halinę cieszy to, że darczyńców przybywa. - W ubiegłym roku było ich 105 – informuje i zachęca do pomocy. - Przyjmujemy wszystko, byle nie zniszczone. Jesteśmy gotowi zorganizować transport, bo samochodem wspierają nas Warsztaty Terapii Zajęciowej. AGNIESZKA ROMANOWICZ Wszyscy, którzy chcieliby wesprzeć Towarzystwo Przyjaciół Dzieci w Świeciu, proszeni są o kontakt pod nr tel.: 52 33 13 245 lub 52 33 12 850. Można też przekazać jeden procent podatku. Nr KRS – 0000347637. Na deklaracjach trzeba wpisać, że wpłata dotyczy Zarządu MiejskoGminnego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Świeciu.


14

społeczeństwo

marzec 2013

www.oksir.eu

PERŁA wydobyta z dna Wszystkie pokoje gościnne zostały odnowione z niezwykłą dbałością o detale. Na zdjęciu Elżbieta Klimacka

Patrząc na pieczołowicie odrestaurowany pałac w Jastrzębiu wprost trudno uwierzyć, że jeszcze osiem lat temu dzielił on los wielu innych podobnych zabytków popadających w ruinę.

P

o upadku PGR-u, pałac w Jastrzębiu koło Drzycimia nie miał szczęścia do właścicieli. Wprawdzie czasy PRL-u też nie przysłużyły mu się zbyt dobrze – chaotyczne i pozbawione konserwatorskiego nadzoru naprawy odbiły się na wyglądzie wnętrz – dbano jednak o to, by przynajmniej dach był szczelny. Wraz z wyprowadzeniem się z budynku ostatnich lokatorów, budowla zaczęła niszczeć, do czego skutecznie przyczynili się miejscowi rabusie. Nadzieja na zmianę tego stanu pojawiła się pod koniec lat 90., gdy zabytek kupiło pewne małżeństwo polskiego pochodzenia ze Stanów Zjednoczonych. Pałac w ich imieniu nabył pośrednik, który miał za zadanie wyszukać w Polsce niedrogą, najlepiej historyczną rezydencję.

Tenże spełnił zadanie, problem w tym, że z tylko sobie znanych powodów kupił coś znacznie droższego, aniżeli określono w umowie. Po jakimś czasie okazało się, że Amerykanów nie stać na taką nieruchomość, nie mówiąc już o remoncie, którego koszt przewyższał jej wartość. Nie było też dane zostać panem na włościach kolejnemu właścicielowi, tym razem Polakowi, prowadzącemu auto-handel w Niemczech. Wprawdzie zabrał się szybko do remontu, ale postanowił go zrobić bez jakichkolwiek dokumentów. W efekcie rodziły się tak kuriozalne pomysły, jak chociażby ocieplenie styropianem pałacu od wewnątrz. Podobno planował urządzić tam dyskotekę, choć są tacy, którzy przekonują, że miał to być raczej ekskluzywny dom uciech. Interwen-

cja konserwatora zabytków położyła kres ledwo rozpoczętym pracom. Zabytek ponownie wystawiono na sprzedaż. Przez pewien czas pałac wystawiony był nawet na popularnym portalu aukcyjnym, ale nie znalazł się żaden chętny.

Zaczęli od parku Tak było do roku 2006. Janusz Klimacki, właściciel firmy Kier, codziennie spoglądający z okien swojego biura na pałac, w końcu zdecydował się go kupić. Nie była to łatwa decyzja. - Trochę przerażał mnie remont – tłumaczy. - Z drugiej strony lubię budować, a poza tym mam słabość do zabytków. Czułem, że będę mógł się zrealizować na zupełnie nowej płaszczyźnie. Entuzjazm studziła jednak żona. - Będąc młodą dziewczyną wielokrotnie wyobrażałam sobie, że pałac należy do mnie, ale wtedy prezentował się on zupełnie inaczej niż w 2006 roku – wspomina Elżbieta Klimacka. - Martwiłam się tym, że przez najbliższe 10 lat albo i dłużej, będziemy mieli na głowie ogromne zmartwienie. Nowi właściciele remont rozpoczęli od parku. Dlaczego? - Bo baliśmy się zabrać za budynek – żartuje Jakub Klimacki, syn

FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

właściciela Kiera, którego żona Agnieszka jest menedżerem pałacu. - A naprawdę stało się tak dlatego, że projekt odnowy parku był gotowy szybciej niż ten dotyczący dachu. Ze względu na wiek i znajdujące się w nim okazy, trzyhektarowy park podlega ochronie konserwatora zabytków. Dlatego wszystkie drzewa musiały być zinwentaryzowane i szczegółowo opisane z określeniem zabiegów pielęgnacyjnych, jakich wymagają. Jest wśród nich 13 okazów, które mogłyby być uznane za

pomniki przyrody. Największą dumę właścicieli stanowi jednak aleja kasztanowców, które dało się uchronić przed atakiem szrotówka kasztanowcowiaczka, masowo niszczącego ten gatunek drzewa. Jesienią 2008 roku ruszyła wymiana 700-metrowego dachu. Gdy ten był gotowy, stolarze zajęli się oknami i drzwiami. Prawie połowę tych pierwszych trzeba było zastąpić innymi. Znacznie lepiej zachowały się drzwi. - Oczywiście wszystkie wymagały

Janusz i Elżbieta Klimaccy na schodach holu jastrzębskiego pałacu. Poniżej ich syn Jakub Klimacki FOT. ANDRZEJ BARTNIAK


społeczeństwo

www.oksir.eu

gruntownej konserwacji, ale ponad 90 proc. zachowało się w na tyle dobrym stanie, że mogliśmy je pozostawić – tłumaczy Janusz Klimacki. Każdy etap musiał być szczegółowo uzgadniany z konserwatorem i konsultowany z fachowcami z różnych dziedzin. Dla przykładu, tynki wymagały użycia specjalnych pyłów wulkanicznych, gwarantujących odpowiednią paroprzepuszczalność. Wraz z ich zakończeniem Janusz Klimacki po raz pierwszy poczuł, że jego plan się powiedzie. - To był ten moment, gdy wreszcie było widać, że zaczęliśmy posuwać się do przodu – podkreśla. - Wcześniej przez ponad rok można powiedzieć, że cofaliśmy się zdejmując dach, skuwając tynki czy demontując wszystkie instalacje.

Wesela w pałacowych salonach Jednym z priorytetów, jaki stawiali sobie właściciele, było zachowanie możliwie wiele z dawnego charakteru pałacu. Dlatego też znikły wszystkie rury centralnego ogrzewania, założone w czasach PRL-u. Schowano je do kanałów,

przygotowanych w tym celu przez Prusaków, którzy pobudowali rezydencję sto lat temu. Ogromne ilości sztukaterii wykonała jedna z bydgoskich firm, dokładnie odwzorowując zachowane częściowo zdobienia ścian i sufitów w Jastrzębiu. Niemal całe wyposażenie 21 pokoi gościnnych – meble, lampy, lustra, obrazy – Janusz Klimacki kupił za pośrednictwem Allegro. Zajęło mu to ponad dwa lata. Przeglądanie wybranych stron stało się codziennym rytuałem, zajmującym czasami nawet kilka godzin. - Nie chciałem żadnych imitacji, to miały być oryginały w stylu secesyjnym lub art deco – mówi. - Wyszukując tych rzeczy czułem się trochę jak myśliwy. Upolowałem sporo okazji, z których jestem dumny. Jak chociażby komplet mebli, znajdujących się w jednym z efektowniejszych pokoi, odkryty w warsztacie samochodowym. Naprawione i przemalowane są prawdziwym rarytasem. Kupując zabytek, Klimaccy nie mieli jeszcze pomysłu, jak go wykorzystają. Nigdy nie zakładali, że w nim zamieszkają. Wizja tego, czym mógłby być pałac, zaczęła się rodzić pod koniec budowy. Pierwszą im-

marzec 2013

W tym roku pałac w Jastrzębiu będzie obchodził100-lecie istnienia

prezą, podczas której goście mogli się przekonać, jak wielką pracę wykonano w Jastrzębiu, była impreza walentynkowa w 2011 roku. W sierpniu odbyło się pierwsze wesele. Po nim kolejne. W stosunkowo krótkim czasie pałac i organizowane tam przyjęcia weselne zyskały rozgłos. Co ciekawe, nie tyle za sprawą intensywnej reklamy, co zwykłej

poczty pantoflowej. Równie ciekawe jest to, że większość nowożeńców to mieszkańcy Trójmiasta, Bydgoszczy i Torunia. Latem tego roku w piwnicach pałacu, niegdyś pełniących rolę zakładowej stołówki, zostanie oddany do użytku pub. - Chociaż podobnych obiektów jest w Polsce sporo, to takich, w któ-

FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

rych wesela odbywają się w pałacu, a nie w stojącym obok namiocie, jest już niewiele – podkreśla Janusz Klimacki. - To jeden z głównych powodów, oczywiście oprócz niepowtarzalnej atmosfery wnętrz i naszych starań o to, by goście dobrze wspominali imprezę. ANDRZEJ BARTNIAK terazswiecie@oksir.com.pl

Reklama

Powiatowy Urząd Pracy w Świeciu

Pieniądze dla aktywnych

Dziesiątki rozesłanych ofert, rozmów z pracodawcami i ciągle nic. Za każdym razem pada to samo zdanie nie ma wolnych miejsc. Może w takiej sytuacji warto pomyśleć o tym, aby samemu zostać pracodawcą? Teraz jest to tyle łatwiejsze, że Powiatowy Urząd Pracy w Świeciu oferuje odważnym nawet 21 tys. zł. Czy to wystarczy do założenia firmy? W niektórych przypadkach pewnie nie, ale może stanowić mocny fundament przyszłego biznesu dającego niezależność. Również finansową. Wielu właścicieli dobrze prosperujących dziś interesów zaczynało ze znacznie skromniejszym kapitałem. By się udało trzeba jednak zrobić pierwszy krok. Znaleźć w sobie odwagę do zmierzenia się z wyzwaniem. Rację mają ci, którzy twierdzą, że uzyskanie środków na rozpoczęcie działalności gospodarczej nie jest wcale łatwe. Jednak intencją autorów programu aktywizującego bezrobotnych nie było rozdawanie pieniędzy każdemu zarejestrowanemu w urzędzie pracy, który się po nie zgłosi. Chodzi raczej o to, by wspierać chcących pracować i mających pomysł na to, co zrobić ze swoim życiem zawodowym. Powiatowy Urząd Pracy w Świeciu pozyskał na działania związane z aktywizacją dodatkowe 2,4 mln zł. Nie są to pieniądze należące się z rozdzielnika, lecz efekt starań i zabiegów o to, aby unijne fundusze, rozdysponowane w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, trafiły do Świecia. Sprawa jest tym bardziej godna uwagi, że w przyszłym roku takiego bonusu może nie być. Od 2014 roku specjalnymi względami mają być objęte przede wszystkim osoby bezrobotne, które ukończyły 50 lat. Póki co, pokaźne środki dostępne są również dla młodszych. Także dla tych najbardziej dynamicznych, którzy nie ukończyli jeszcze 25 lat. Program niejako z góry narzuca jakim osobom powinno się dać szansę. Przynajmniej 40 proc. muszą stanowić kobiety. Wśród aplikujących powinni się znaleźć również niepełnosprawni, bezrobotni po 50-tce oraz ci, którzy nie ukończyli jeszcze 25 lat. Na

15

wość szkolenia zastępca dyrektora PUP. Dokumenty, będące szczegółową analizą biznesu, ponownie oceniane są przez komisję. Efektem jej pracy jest druga lista rankingowa, zawierająca już nazwiska tych, którzy dostaną pieniądze. - Niektórym może się wydać, że trwa to długo i jest trudne, ale nie sądzę, by było cięższym doświadczeniem niż sama koncepcja przyszłej działalności i decyzja o jej podjęciu – uważa Karina Detlaf-Matia. Dość istotnym warunkiem, nierozerwalnie wiążącym się z unijnym wsparciem, jest konieczność zabezpieczenia na wypadek nie dotrzymania warunków umowy przez bezrobotnego. Innymi słowy, gdyby ktoś zakończył działalność przed upływem jednego roku lub przetrwonił pieniądze, będzie zobowiązany oddać całą kwotę. Gwarantem tego mogą być dwaj żyranci, Fundusz Poręczeń Kredytowych, działający przy Inkubatorze Przedsiębiorczości, bank lub odpowiedni akt notarialny. Pomoc z tytułu de minimis przysługuje bezrobotnemu tylko raz. Pewne ograniczenie dotyczy też tych, którzy wcześniej prowadzili już działalność. Nie otrzymają środków, jeśli od momentu zakończenia działalności do złożenia wniosku minęło mniej niż 12 miesięcy.

uprzywilejowanej pozycji są też długotrwale bezrobotni oraz mieszkańcy wsi. – Chciałabym, aby większej śmiałości nabrały zwłaszcza kobiety – podkreśla Karina Detlaf-Matia, zastępca dyrektora PUP w Świeciu. – W ostatnich latach dominowały wnioski mężczyzn. Wiem, że potencjał kobiet jest równie atrakcyjny zawodowo, więc tylko bardziej należy uwierzyć w siebie. Jak podkreśla zastępca dyrektora, z ankiet przeprowadzonych na potrzeby świeckiego PUP wynika, że 85 proc. firm, powstałych za pieniądze z dotacji, funkcjonowało także w drugim i trzecim roku działalności. Dłużej nie monitorowano zjawiska. - Taki wynik, jeden z najlepszych w województwie, utwierdza nas w przekonaniu, że wbrew czasem krytycznym uwagom, komisja rozdzielająca pieniądze, trafnie ocenia szanse powodzenia składanych projektów – zaznacza Karina Detlaf-Matia. Proces ubiegania się o dotację rozpoczyna się od złożenia formularza rekrutacyjnego, zawierającego opis planowanej działalności. Kolejne etapy to spotkanie z doradcą zawodowym i komisyjna ocena wstępnych biznesplanów. Tworzona jest lista rankingowa pomysłów. Najlepiej rokujący kierowani są na 40-godziny kurs „ABC biznesu”. - Jego celem jest zarówno przybliżenie pojęć, jakie musi znać każdy pracujący na własną rękę, choćby tych związanych z ubezpieczeniem i podatkami, a także przygotowanie do sporządzenia konkretnego już wniosku na dotację – objaśnia celo- Dawidowi Ż akowieckiemu ze Świecia dotacja z PUP umożliwiła zakup montażownicy


16

marzec 2013

echo gminy

www.swiecie.eu

materiały informacyjne gminy Świecie

Basen pełen atrakcji Zjeżdżalnie, dysze do masażu, rwąca rzeka, sale do rekreacji – to tylko niektóre niespodzianki, jakie będą nas czekały po modernizacji pływalni w Przechowie. Rozstrzygnięto konkurs na opracowanie koncepcji architektoniczno – budowlanej. Wpłynęło 15 prac. Przy ich ocenie brano pod uwagę m.in. walory architektoniczne, funkcjonalność i innowacyjność rozwiązań oraz koszty eksploatacji. Do każdego z tych założeń była przypisana odpowiednia ilość punktów. Maksymalnie można było ich zdobyć 100. - Wśród kryteriów nie było ceny wykonania modernizacji. Gdyby był to główny warunek, to mogłoby się okazać, że wygra wprawdzie projekt najtańszy, ale najmniej ciekawy pod względem wyglądu i zastosowanych rozwiązań – wyjaśnia Ryszard Sadowski, kierownik Wydziału Inwestycyjnego Urzędu Miejskiego w Świeciu i jednocześnie członek komisji oceniającej prace. Oprócz niego zasiedli w niej także architekt Marek Grosz (przewodniczący) oraz Sławomir Siemaszko, radny i przewodniczący Komisji Rewizyjnej Rady Miejskiej.

Nowoczesna i funkcjonalna Wygrała koncepcja architektoniczno-budowlana pływalni, opracowana przez Autorską Pracownię Architektury CAD z Warszawy, zdobywając 86 punktów. Zwycięstwo w konkursie stwarza możliwość do negocjacji z gminą na wykonanie szczegółowego projektu budowlanego.

Przyznano też dwa równorzędne wyróżnienia. Otrzymały je Studium z Warszawy i Arsis - Atelier Projektowe Agnieszki Kaczmarskiej z Katowic. Co zaważyło na wyborze komisji? - Obiekt w zwycięskim projekcie umiejętnie wkomponowano w otaczający go zespół zieleni. Zastosowano też zmienną, dynamiczną formę fasad, co sprawia, że z zewnątrz budynek nie ma monotonnego wyglądu. Poza tym w projekcie starano się jak największą część przestrzeni przeznaczyć pod funkcję podstawową, a jednocześnie wykorzystać elementy już istniejącej pływalni – zaznacza Marek Grosz.

Gejzer i zjeżdżalnie Część prac była efektowna pod względem architektonicznym, ale mało funkcjonalna. - Musimy pamiętać, że mamy tu do czynienia z wodą i wybór projektu, gdzie wewnątrz jest dużo załamań, powodowałby, że z czasem osadzałaby się w nich wilgoć i pleśń – dodaje Ryszard Sadowski. Po modernizacji pływalnia będzie miała 2670 m kw. powierzchni. Na parterze będą znajdowały się m.in. hol, szatnie i zespół saun. Niecka basenu rekreacyjnego i do nauki pływania będzie wyposażona w szereg atrakcji wodnych: rwącą rzekę, natryski strumieniowe, dysze ścienne do masażu, parasol wodny

i oświetlenie podwodne. Brodzik dla dzieci będzie wyposażony w gejzer i „plujące” zabawki z tworzyw sztucznych. Zjeżdżalnie rurowe będą miały zróżnicowane rozwiązania. Obie będą otwarte w dolnej części ślizgu i zamknięte w górnej części. Dłuższa zjeżdżalnia będzie wyposażona w efekty multimedialne (światło, dźwięk i projekcje obrazu). Na piętrze projektant zlokalizował widownię na 82 miejsca, bufet, salkę konferencyjną, salę fitness i pomieszczenie do bilarda. Całość będzie przeszklona, umożliwiając widok na basen. Wykorzystana będzie także piwnica, gdzie mają znajdować się sala do masażu i solarium. - Należy pamiętać, że to koncepcja, a nie ostateczny projekt i pewne rozwiązania mogą jeszcze ulec zmianom. Nie wpłyną one jednak na ogólny wygląd obiektu – podkreśla Ryszard Sadowski. Przy pływalni powstanie parking na 60 miejsc dla samochodów osobowych i 3 miejsca dla autobusów. Przybliżony koszt modernizacji pływalni, oszacowany przez pracownię CAD, to prawie 15,6 mln zł. Rozpiętość cenowa podana przez oferentów była bardzo duża – najdroższe rozwiązania sięgały nawet 30 mln zł. Prace budowlane rozpoczną się na przełomie 2013 i 2014 r.

Segregowanie się opłaca Od 1 lipca 2013 r. będzie obowiązywał nowy system gospodarowania odpadami komunalnymi. Śmieci będą odbierane z nieruchomości przez firmę, wyłonioną w przetargu przez gminę. Na wątpliwości i pytania mieszkańców odpowiada Edyta Kliczykowska, kierownik Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego w Świeciu. Zarządca bloku, w którym mieszkam, zadeklarował, że wszyscy lokatorzy będą segregować śmieci. Dzięki temu zapłacimy niższą stawkę - 12 zł od osoby miesięcznie. Co się jednak stanie, jeśli któryś z lokatorów będzie się z tego wyłamywał i nadal będzie wrzucał do pojemników nieposegregowane odpady? Czy ktoś to będzie kontrolował? O nieprawidłowościach będzie nas informowała firma odbierająca odpady. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kto z lokatorów segreguje śmieci, a kto nie. Jeśli dwukrotnie zostaniemy powiadomieni, że na terenie danej nieruchomości, wbrew wcześniejszym deklaracjom, część lokatorów nie prowadzi segre-

gacji, wówczas cały blok będzie musiał płacić wyższą stawkę – 24 zł miesięcznie od osoby. Wierzę, że z czasem zadziałała sąsiedzka solidarność i nikt nie będzie chciał narażać siebie i współlokatorów na wyższe koszty. Czy mieszkańcy bloków będą musieli trzymać kilka worków na różne odpady? Jedynie mieszkańcy domków jednorodzinnych i kamienic będą otrzymywać – tak jak do tej pory – oznaczone worki na szkło, plastik i metal oraz papier i kartony po napojach. Dodatkowo chętnym udostępnimy także worki na odpady zielone. Następnie worki będą obierane przez firmę. Wiąże się to z tym, że trudno byłoby ustawić przy każdym domku po kilka pojem-

ników. W bloku możemy mieć odpady w dwóch czy trzech zwykłych workach, a potem segregować je na bieżąco przy pojemnikach, wrzucając poszczególne odpady do odpowiedniego z nich. Przy blokach będą stały trzy pojemniki: na szkło, plastik i metal oraz na papier i kartony. Będzie stal też kontener na odpady zmieszane, na przykład resztki jedzenia. Co zrobić z gruzem, meblami czy sprzętem AGD? Będzie je przyjmowała bezpłatnie spółka Eko-Wisła w Sulnówku. Oprócz tego dwa razy do roku będziemy przeprowadzać mobilną zbiórkę tego typu odpadów. Mieszkańcy będą je mogli przynosić do specjalnych kontenerów, ustawianych w różnych miejscach w gminie.

WARTO PAMIĘTAĆ • •

• •

Ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach zacznie obowiązywać od 1 lipca 2013 r. Deklaracje o wysokości opłat za gospodarowanie odpadami komunalnymi należy złożyć do 31 marca 2013 roku w urzędzie miejskim, u sołtysów lub przesłać pocztą. Deklaracje można pobrać w Biurze Obsługi Mieszkańców Urzędu Miejskiego w Świeciu (w holu budynku), u sołtysów, ze strony www.swiecie.eu i wydrukować na domowej drukarce, będą też dostarczane przez gońców do właścicieli domów jednorodzinnych. W gminie Świecie opłata za posegregowane śmieci wyniesie 12 zł, a za nieposegregowane 24 zł. W przypadku mieszkańców budynków wielolokalowych deklaracje wypełnią za nich spółdzielnie mieszkaniowe, ZGM, zarządcy lub wspólnoty mieszkaniowe.


reklama

www.oksir.eu

marzec 2013

17

Lokalna Grupa Działania „Gminy Powiatu Świeckiego” 86-100 Świecie, ul. Chmielniki 2B, pok. nr 7, tel./fax (52) 33 01 832, email: lgdswiecie@op.pl www.lgdswiecie.pl

Lokalna Grupa Działania „Gminy Powiatu Świeckiego” jest partnerstwem trójsektorowym, utworzonym na obszarze siedmiu gmin powiatu świeckiego (Bukowiec, Dragacz, Drzycim, Jeżewo, Nowe, Świecie i Warlubie) dla realizacji Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW) na lata 2007-2013 w oparciu o Lokalną Strategię Rozwoju (LSR), którą realizujemy od 2009 roku.

WYDARZENIA Pozyskaliśmy dodatkowe 4 miliony! Zarząd Lokalnej Grupy Działania „Gminy Powiatu Świeckiego” 30 stycznia 2013 roku podpisał w Przysieku umowę na realizację dodatkowych zadań w ramach Lokalnej Strategii Rozwoju, na podstawie której nasza LGD otrzyma dodatkowe 4 mln zł. W tym roku ogłosimy dodatkowe nabory na wszystkie realizowane przez nas działania w ramach PROW, tj. Odnowa i Rozwój Wsi, Małe Projekty, Różnicowanie w kierunku działalności nierolniczej, Tworzenie i rozwój mikroprzedsiębiorstw. - Jesteśmy jedną z trzech LGD w województwie, które otrzymały dodatkowe środki – podkreśla Zdzisław Plewa, prezes LGD „Gminy Powiatu Świeckiego”. – Wśród kryteriów była ocena dotychczasowej działalności i jej skuteczność. Nie była to łatwa droga, ale opłaciło się. Dzięki dodatkowym 4 mln zł na terenach wiejskich zostanie zrealizowanych wiele inicjatyw i inwestycji. Powstaną też nowe firmy, a już istniejące przedsiębiorstwa będą mogły sfinansować zakup sprzętu. To z kolei będzie miało wpływ na tworzenie nowych miejsc pracy – dodaje prezes.

WYBRANE PROJEKTY

Spotkanie Lokalnych Grupa Działania W Świeciu gościliśmy Lokalne Grupy Działania z terenu województwa kujawsko-pomorskiego. Okazją do spotkania było omówienie wyników ewaluacji LGD. Organizatorem był Urząd Marszałkowski oraz nasza LGD. W spotkaniu, które odbyło się 31 stycznia 2013 r. brały udział prawie wszystkie LGD z naszego województwa. Omówiono również stan wdrażania oraz planowane nabory w ramach realizacji działań w 2013 roku. Przedstawiono uwagi i sugestie do rozliczeń środków przez LGD w ramach funkcjonowania. Pan dyrektor Bartosz Szymański odniósł się również do planów i przyszłości Leadera w nowym okresie programowania.

Działanie: Odnowa i Rozwój Wsi. Beneficjent: Gmina Dragacz. Tytuł projektu: Utworzenie izby historycznej, upamiętniającej osadnictwo mennonickie wraz z wyposażaniem świetlicy w miejscowości Dolna Grupa. Całkowity koszt projektu brutto: 105.253,51 zł. Wartość dofinansowania z LGD netto: 65.029,00 zł.

ZAPRASZAMY 1. Festyn Wielkanocny 2013 – zapraszamy mieszkańców oraz wystawców z obszaru LGD na Festyn Wielkanocny 16 marca 2013 r. (sobota), Świetlica Wiejska w Jastrzębiu (gmina Drzycim), godz. 11.00. 2. Organizacje pozarządowe, OSP, samorządy, gospodarstwa agroturystyczne oraz przedsiębiorcy mogą składać wnioski w ramach działania Małe Projekty – od 4 marca do 22 marca 2013 r. 3. Szkolenia informacyjne – zasady przyznawania pomocy oraz wypełniania wniosków o dofinansowanie. 26 lutego Świecie, 28 lutego - Jeżewo, 5 marca - Bukowiec i Dragacz, 7 marca - Nowe, 11 marca - Drzycim i Krusze. Wszystkie spotkania odbędą się o godz. 9.00.

Na terenie Gminy Dragacz znajdują się zabytki kultury mennonickiej. Mennonici przyczynili się w dużym stopniu do powstania specyficznego krajobrazu – nie tylko architektonicznego, ale i kulturowego. Dlatego utworzono izbę historyczną, upamiętniającą osadnictwo mennonickie, w której gromadzimy zachowane elementy bytności dawnych osadników m.in. ciekawe przedmioty codziennego użytku, dokumenty rękopiśmienne, fotografie, mapy. Dodatkowym działaniem było wyposażenie świetlicy, która służy zarówno turystom, jak i mieszkańcom.

Sfinansowano w ramach działania 4.31 „Funkcjonowanie lokalnej grupy działania, nabywanie umiejętności i aktywizacja” Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013 i środków Unii Europejskiej oraz Budżetu Państwa

Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie


18

marzec 2013

twarze biznesu

www.oksir.eu

W CZEPKU urodzony

Stolarnia Krzysztofa Otlewskiego to przykład jednej z bardziej błyskotliwych karier biznesowych w powiecie świeckim. Dziś zakład zatrudnia ponad 500 osób. Już niebawem nazwisko właściciela będzie utożsamiane nie tylko z branżą drzewną, ale także z turystyką.

K

Krzysztof Otlewski zaczynał od małej stolarni w Osiu. W ciągu 33 lat jego firma stała się jednym z największych pracodawców w powiecie FOT. ANDRZEJ BARTNIAK Reklama

rzysztof Otlewski z dumą podkreśla, że należy już do czwartego pokolenia stolarzy i cieśli. Jednak on był pierwszym, który miał możliwości i odwagę wypłynąć na tak szerokie wody. Wspominając ojca, przed oczami ma jego obraz, jak po powrocie z zakładów stolarskich Zgoda w Osiu, je obiad, czyta „Gazetę Pomorską”, a później idzie do swojego małego warsztatu na tyłach domu, żeby dalej pracować.

- Czasami przeciągało się to do północy – wspomina biznesmen z Osia. - Lubił wtedy mieć kogoś przy sobie. Chętnie podglądałem go jak robił okna, drzwi, jakieś meble, a czasami nawet zabawki. Sam też próbowałem coś zbijać z klepek. Tak wyglądał każdy dzień od poniedziałku do soboty. Drewno, meble, stolarnia to były tematy, o których ciągle się w domu rozmawiało. Dla nikogo nie było więc zdziwieniem, że Krzysztof Otlewski poszedł w ślady ojca. Z tą różnicą, że on w 1975 roku zatrudnił się w Zakła-

dach Celulozy i Papieru w Świeciu. Z przerwą na służbę wojskową, z papiernią związany był do roku 1980. Podobnie jak ojciec, on również po powrocie z fabryki zaszywał się w warsztacie, aby zarabiać dodatkowe pieniądze. - Dość szybko dałem się poznać jako solidny rzemieślnik i pewnie dlatego z miesiąca na miesiąc przybywało zleceń – mówi. - Coraz trudniej było się wyrobić. Zacząłem się zastanawiać, czy może nie spróbować usamodzielnić się. Trochę się tego bałem, bo praca w Celulozie


twarze biznesu

www.oksir.eu

była pewna i dobrze płatna. Z drugiej strony, po liczbie zamówień widziałem, że mam szansę zarabiać jeszcze więcej. W podjęciu strategicznej decyzji o rozstaniu się z papiernią i skupieniu na własnym biznesie pomógł mu kierownik. - Powiedział mi coś, co do tej pory, gdy to wspominam, w jakiś sposób mnie wzrusza – podkreśla Otlewski. - Pewnego dnia zwierzyłem mu się ze swoich rozterek, a on bez większego namysłu oświadczył, że gdyby mi się nie powiodło, zawsze będzie czekać tu na mnie miejsce. Wiele to dla mnie znaczyło, że ma o mnie i mojej pracy tak wysokie mniemanie. Zyskałem spokój, który pozwolił mi działać. Oprócz stolarki otworowej, prawdziwą żyłą złota w latach 80. okazały się meblościanki. - Dziś, zwłaszcza młodym ludziom, trudno w to uwierzyć, ale niektórzy zamawiający na swój przydział musieli czekać nawet dwa lata. Dlatego regularnie pojawiali się ludzie, którzy liczyli, że łapówka pozwoli skrócić ten okres – śmieje się. Nie było to jednak specjalnie

możliwe, bo ciągle brakowało podstawowych materiałów. Brzmi to paradoksalnie, ale w Borach Tucholskich były kłopoty z drewnem nadającym się do stolarki. W tamtym czasie w Osiu nie było tartaku – płyty drewnopodobne, podstawowy budulec popularnych meblościanek, trzeba było sprowadzać. Mimo tych trudności zakład dobrze prosperował, z każdym kolejnym rokiem wzmacniając pozycję właściciela na rynku. To przekonało go, że trzeba powiększyć stolarnię. Dotychczasowa nie pozwalała na realizację większych zamówień. W 1983 roku skromny warsztat rozrósł się do 130 m kw. - Pamiętam, jak spojrzałem na tę halę i pomyślałem sobie: „Co ja tu będę robił?”. Życie samo rozwiązało za mnie ten problem. Pod koniec 1991 roku załoga stolarni Otlewskiego liczyła już 30 osób, a powierzchnia zakładu, wybudowanego na nowej działce, przekraczała 400 m kw. - Miałem aspiracje, by dalej się rozwijać, ale nie sądziłem, że osiągnie to dzisiejszy poziom – przyznaje. - Widziałem jednak, że nastał

dobry czas dla ludzi przedsiębiorczych, dlatego zarobionych pieniędzy nie przejadałem, jak zdarzało się to innym, po których dziś nie ma już śladu, tylko dobrze inwestowałem. Miałem przeczucie, że w przyszłości będą procentować. Otwarcie granic umożliwiło robienie interesów także z zachodnimi partnerami. Pierwszy poważny zastrzyk gotówki z Niemiec wiązał się z zamówieniem na koziołki tapeciarskie – drewniane podpory wykorzystywane przez tapeciarzy i malarzy. Produkt może nie był wyrafinowany, ale pozwolił zaistnieć na rynku niemieckim. Intratne zamówienia zdarzały się w tamtym czasie też z Polski. Jednym z większych było zlecenie na produkcję 300 drzwi garażowych. Już po dwóch latach od otwarcia nowej stolarni zaczęło brakować miejsca. Żeby nie wstrzymywać produkcji, trzeba było wydzierżawić dodatkową halę. Chcąc mieć pewnych ludzi wokół siebie, Otlewski ściągnął do Osia swojego brata, aby pomógł mu prowadzić biznes. Z każdym rokiem przybywało zagranicznych kontraktów. Stopniowo zmieniał się

marzec 2013

też profil zakładu, który dziś nastawiony jest przede wszystkim na produkcje stelaży do mebli dla klientów z Niemiec, Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii i Danii. Krzysztof Otlewski stał się jednym z największych pracodawców w powiecie świeckim. Obecnie zatrudnia ponad 500 osób. Pod dachem jest 15 tys. m kw. Co najbardziej niezwykłe, firma nigdy nie wpłynęła na żadną mieliznę, która zachwiałaby jej kondycją. - Moja mama od zawsze mówiła, że jestem urodzony w czepku – żartuje Otlewski. - A tak na poważnie, starałem się w biznesie kierować rozsądkiem i ryzykować z umiarem. Pewnie dlatego dziś jestem w tym miejscu, w jakim jestem. A gdzie firma będzie za lat 10? Pewnej odpowiedzi na to pytanie nie potrafi udzielić nawet sam właściciel. Ma jednak ambicję sprawdzić się na nowych polach. Pierwsze z nich wiąże się z produkcją własnej kolekcji mebli. Próbkę możliwości można zobaczyć w firmowym sklepie znajdującym się przy zakładzie. - Chcemy potencjalnym kontrahentom pokazywać, na co nas stać,

a z drugiej strony próbujemy powoli wchodzić na rynek gotowych mebli. Stawiamy na dobre materiały i indywidualne podejście do klienta. W tym przypadku oznacza to możliwość wprowadzania wielu zmian do proponowanych produktów – zachwala Krzysztof Otlewski. - Bo dlaczego nie przedłużyć dwumetrowego stołu do trzech metrów, jeśli klient będzie miał takie życzenie? Sądzę, że takie podejście będzie procentować. Biznesmen potrafi pracować, ale są też chwile, gdy chce zapomnieć o wielkich interesach. Związane są one z jego pasją – myślistwem. Szczególnie ceni sobie trofea przywiezione z polowań w Afryce, Kirgizji i mroźnej Grenlandii. Przedsiębiorca z Osia zamierza wykorzystać nie tylko drzewny potencjał Borów Tucholskich, ale także turystyczny. Kolejna płaszczyzna rozwoju wiąże się z nowym nabytkiem, jakim jest ośrodek wypoczynkowy Beniovita w Tleniu. Jego zamiarem jest uczynienie z niego wzorowego miejsca wypoczynku. ANDRZEJ BARTNIAK

terazswiecie@oksir.com.pl

Reklama

Autopromocja

NISKA cena, WYSOKI nakład

19

Reklama w „Teraz Świecie” tel. 661 504 850


20

historia

marzec 2013

www.oksir.eu

Kiedy Pruszcz był miastem W średniowieczu na terenie obecnego powiatu świeckiego znajdowały się trzy miasta – Nowe, Świecie i…Pruszcz, który cieszył się tym przywilejem przez 500 lat, zanim został zdegradowany do rangi wsi. Ciekawostek związanych z tymi trzema miejscowościami jest dużo więcej.

N

ajważniejszym grodem, którego walory polityczne, ekonomiczne i militarne doceniali zarówno książęta polscy, jak i później Krzyżacy, było Świecie. Znane było wówczas pod nazwą Zwece, Szweze, Swecensis, Swecze, Swetze, Schwetz, czy w końcu także Swyeczye. Jak widać, formy zapisu nazwy miasta były przebogate, co mogło poniekąd wynikać także z niedbałości średniowiecznych skrybów i późniejszych kopistów.

Świecić jak Świecie Najczęściej nazwę „Świecie” odnosi się do miejsca świecącego, jasnego. Wynika to z tego, że zastosowana jako element architektury obronnej palisada, została wykonana z okorowanych, a więc jasnych drewnianych bali. Tego typu działania nie były zbyt powszechne w początkowym okresie średniowiecza, co stało się zapewne bezpośrednią przyczyną utworzenia nazwy grodu. W następnych latach zyskiwał on na znaczeniu, stając się nawet na pewien okres stolicą nie tylko kasztelanii, ale i całego obszaru Księstwa Pomorsko – Gdańskiego w czasach rządów księcia seniora Mściwoja (Mszczuja) II, w drugiej połowie XIII wieku. Świecie nie utraciło swojego znaczenia także w czasach rządów krzyżackich oraz okresie nowożytnym. Dobitnie świadczy o tym fakt ponownego nadawania (jako pierwsi uczynili to

książęta pomorscy) praw miejskich, zarówno przez dostojników Zakonu w 1338 roku – wielkiego mistrza Dytrycha von Altenburg, jak i króla polskiego Zygmunta I Starego w roku 1530.

Nowe na sprzedaż Drugim znaczącym ośrodkiem było Nowe, znane początkowo jako Novo Castro, a w czasach krzyżackiej administracji jako Neuenburg, czyli Nowe Miasto. Pierwsza wzmianka o Nowem jest związana ze smutnym wydarzeniem, jakim była śmierć księcia seniora na Pomorze i Ziemię Świecką Świętopełka II Wielkiego, która miała nastąpić 10 lub 11 stycznia 1266 roku. To właśnie z tego powodu odnotowano źródłowo istnienie osady, której faktyczne początki datuje się na drugą połowę XII wieku. Miastem stało się Nowe w roku 1302 wraz z nadaniem mu tych praw w czasie, w którym było ono własnością Piotra Święcy, wywodzącego się z możnego i odgrywającego dużą rolę polityczną na Pomorzu rodu. Nowe zostało zniszczone przez rycerzy zakonnych na początku XIV wieku, a Święca, nie dysponując odpowiednią sumą na jego odbudowę, zdecydował się je sprzedać Krzyżakom za sumę 1200 grzywien. Przyjmując, że była to grzywna chełmińska, wynosząca 191,29 grama srebra, Nowe zakupiono za ponad 229 kilogramów srebra. Bardzo dogodna lokalizacja, na wiślanej wysoczyźnie, zapewniała wręcz doskona-

Zamek w Nowem pobudowali Krzyżacy około 1350 roku. Twierdza i otoczone murami miasto stawiały zaciekły opór podczas wojny trzynastoletniej FOT. ANDRZEJ BARTNIAK

łe warunki do obrony, co potwierdziło się w okresie wojny trzynastoletniej (1454 - 1466) między Zakonem Krzyżackim a Polską. Nowe, jako ostatnia z nadwiślańskich warowni, poddała się wojskom polskim dopiero w roku 1466.

Sobieski polował koło Pruszcza Trzecią miejscowością ze względu na znaczenie był Pruszcz (nazywany także Prusk w źródłach z 1349 roku, czy Prusach według zapisów z 1410 roku). Początkowo, w roku 1320, wieś stanowiła własność rycerza Szymona, który odsprzedał ją

Krzyżakom. Ci, chcąc podkreślić znaczenie osady, w 1367 roku nadali jej prawa miejskie, licząc, że w ten sposób zdobędą przychylność polskich mieszkańców. Jak się jednak miało okazać, nie przyniosło to oczekiwanego skutku, a przywiązanie do polskiej mowy, tradycji, historii i kultury najwyraźniej uwidoczniły się w okresie zaboru pruskiego, kiedy to Pruszcz stał się silnym ośrodkiem polskości. Być może wpływ na to miał fakt, że we władaniu krzyżackich zakonników pozostał on jedynie do roku 1394, kiedy jako właściciela tych dóbr wymienia się Jana z Pruszcza, a w roku 1422 Thomke z Pruszcza.

Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że ten ostatni, znany też jako Tomasz z Pruszcza, naraził się w 1448 roku właścicielce wsi Dziki, która oskarżała go o przetrzymywanie chłopów zbiegłych z jej posiadłości. Co ciekawe, w puszczy w okolicach Pruszcza uwielbiał polować ówczesny starosta gniewski, a w późniejszym okresie król polski Jan III Sobieski. Niestety, obecnie nie ma tam już rozległych lasów, co tym bardziej czyni „historyczne polowania” ciekawym epizodem w dziejach dawnego miasta, które utraciło ten przywilej w 1867 roku. PRZEMYSŁAW KRZYŻANOWSKI terazswiecie@oksir.com.pl

Grupa, jakiej nie znamy Mało kto wie, że w Grupie koło Dragacza służył ojciec Jana Pawła II, a w czasie II wojny światowej tutejszy wojskowy obóz ćwiczeń wizytował Adolf Hitler.

T

Roman Kozłowski podczas spotkania w Izbie Regionalnej

FOT. MIROSŁAW SEJKOWSKI

o tylko niektóre ciekawostki, jakich można się dowiedzieć z książki „Truppenübungsplatz Gruppe. Grupa na zdjęciach i widokówkach w latach 1899-1941”. Publikację wydało w ubiegłym roku grudziądzkie wydawnictwo Kalamarski. Autorami są Roman i Wojciech Kozłowscy, ojciec i syn. Roman Kozłowski to emerytowany oficer Wojska Polskiego, który od lat mieszka w Grupie, gdzie służył w tamtejszej jednostce. W lutym miał spotkanie autorskie w Izbie Regionalnej w Świeciu. W tej ciekawej i bogatej w wiado-

mości źródłowe książce, autorzy w sposób bardzo przystępny przedstawiają historię wojskowego placu ćwiczeń, który służył na początku wojskom pruskim, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, żołnierzom polskim. W okresie II wojny światowej plac i strzelnicę wykorzystywali Niemcy, którzy ponownie „odstąpili” to miejsce Polakom w 1945 roku. Roman Kozłowski przytoczył szereg ciekawych informacji, wspominając między innymi o tym, że w Grupie pełnił służbę Karol Wojty-

ła, ojciec papieża Jana Pawła II. Po rozpoczęciu działań wojennych w 1939 roku przebywał tu również Adolf Hitler na zaproszenie generała i twórcy wojsk pancernych III Rzeszy, Heinza Guderiana. Publikację wzbogacają liczne archiwalne fotografie, które autorzy pozyskiwali m.in. na aukcjach internetowych oraz od zaprzyjaźnionych kolekcjonerów. Książkę „Truppenübungsplatz Gruppe. Grupa na zdjęciach i widokówkach w latach 1899-1941” już wkrótce będzie można kupić w Izbie Regionalnej w Świeciu. (pk)


bez retuszu

www.oksir.eu

marzec 2013

21

Kwestionariusz Prousta, czyli sami o sobie Główna cecha mojego charakteru: determinacja w dążeniu do celów Cechy, których szukam u kobiety: ciepło, wrażliwość, subtelność oraz lekka nutka zmysłowości Cechy, których szukam u mężczyzny: odporność na stres, opanowanie, konsekwencja w działaniu Co cenię najbardziej u przyjaciół: to, że zawsze mam w nich oparcie i mogę porozmawiać na każdy temat Moja główna wada: czasami za bardzo ufam ludziom Moje ulubione zajęcie: podróże i uczestnictwo w dużych wydarzeniach sportowych i kulturalnych Moje marzenie o szczęściu: dom, kochająca rodzina, praca dająca satysfakcję Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: strach przed samotnością Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: utrata możliwości robienia tego, co sprawia

mi największą satysfakcję Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: pewnie menedżerem jakiegoś klubu sportowego Kiedy kłamię: robię to w imię mniejszego zła Słowa, których nadużywam: improwizacja, spontaniczność Ulubieni bohaterowie literaccy: Herkules Poirot z kryminałów Agathy Christie Ulubieni bohaterowie życia codziennego: strażacy

Tomasz Keller, prezes spółki Vistula-Park Ś wiecie, zarządzającej Halą WidowiskowoSportową w Ś wieciu

Czego nie cierpię ponad wszystko: dwulicowości wśród ludzi, wywyższania się

Jak chciałbym umrzeć: bezboleśnie, najlepiej podczas snu

Moja dewiza: nigdy się nie poddawać, niezależnie od sytuacji

Obecny stan mojego umysłu: totalny kocioł, spowodowany natłokiem spraw, jakie mam na głowie

Dar natury, który chciałbym posiadać: pewnie bardziej wysportowaną sylwetkę, ale ciężko mi się zebrać

Błędy, które najłatwiej wybaczam: zapominalstwo i roztargnienie, pewnie dlatego, że sam je popełniam NOTOWAŁ ANDRZEJ PUDRZYŃSKI

Kwestionariusz Prousta to rodzaj zabawy towarzyskiej, popularnej w salonach mieszczan i arystokracji od drugiej połowy XIX wieku. Wbrew nazwie, nie wymyślił go francuski pisarz Marcel Proust (1871 – 1922). W młodości był tylko jednym z „przepytywanych”. To jednak wystarczyło, by z czasem, gdy stał się sławny, kwestionariuszowi nadano jego nazwisko. Pozornie błahe pytania stanowią jeden z pierwszych testów osobowości, pozwalających poznać m.in. upodobania, zainteresowania i marzenia drugiego człowieka.

Reklama

86-105 Świecie ul. Chełmińska 2a tel./fax: 52 331 09 65 mobile: 501 744 830, 504 259 191 e-mail: raf-mix@raf-mix.pl STS SOMAR

www.raf-mix.pl

HURT - DETAL • • • • • •

SPRĘŻARKI • KOMPRESORY ZAWORY • ELEKTRODY • WĘŻE • SPAWARKI ODZIEŻ BHP • KAMIENIE SZLIFIERSKIE TARCZE • SZCZOTKI • PAPIERY ŚCIERNE WIERTARKI • OPALARKI • SZLIFIERKI • WKRĘTARKI ARTYKUŁY SPAWALNICZE

www.airpress.pl

Autopromocja

Reklama w „Teraz Świecie” to dobra inwestycja tel. 661 504 850

RAFAŁ GÓRSKI


22

felietony

marzec 2013

miętającej, a jakże, władzy. Kiedyś to był rarytas, dziś na wspomnienie trudno się nie uśmiechnąć.

Kątem oka

T

Zdrowie pań! MAŁGORZATA BRANDT

Z

bliża się Dzień Kobiet, święto popularne w czasach PRL-u. Dziś już nie tak bardzo, choć jeszcze można dostrzec pomykających tego dnia panów z bukietami bądź też pojedynczymi egzemplarzami kwiatów. Swego czasu panowie, nim zdążyli dotrzeć z goździkiem do domu, częstokroć świętowali dużo wcześniej, by się wprawić, jak mniemam, w dobry nastrój i godnie to święto przeżyć – z kolegami.

Przychodzi mi zaraz na myśl filmik, który krążył kiedyś w Internecie, na którym to główny bohater (w tej roli Marek Kondrat) przychodzi w świetnym nastroju późną nocą do domu. W progu wita go poirytowana małżonka: „ A o której to się wraca do domu?”. A on na to rozbawiony: „Wraca, wraca, po gitarę przyszedłem!”. A wracając do 8 marca – kobiety tego dnia dostawały poza goździkiem od swych pamiętających mężczyzn, przydziałowe rajstopy od pa-

eraz rajstop z przydziału brak, za to w sklepach skolko ugodno. Się pozmieniało... Jestem akurat w tej grupie kobiet, która lubi i docenia takie drobne gesty, jak przepuszczanie przodem przez drzwi, czy inne formy okazywania szacunku przez mężczyzn. I jestem jak najbardziej za w kwestii równych praw kobiet i mężczyzn, ale nie dajmy się zwariować – sama szafy nie dźwignę. Panowie tak ochoczo przystający na tzw. równouprawnienie, które przybiera często postać trzaskania kobiecie drzwiami przed nosem, albo witania się z nią w pozycji siedzącej, podczas gdy ona stoi, brak dobrego wychowania maskują akceptacją rzeczonego równouprawnienia. „Same chciały, to niech się nie spodziewają specjalnych przywilejów!”. Tyle, że w kwestii przydziału sta-

mimo że płatne i ich sieć nadal nie jest kompletna, są po prostu super – żadnych korków, asfalt nowiuteńki, parkingi duże, czyste, a w toaletach na nich pachnie świeżością.

Pesel 85

Bez K kompleksów? SZYMON WACŁAWIK

D

www.oksir.eu

awniej podróż do Europy Zachodniej była niesamowitym doznaniem. Pamiętam te godziny walki na polskich drogach, zwieńczone finalnie dotarciem do Frankfurtu nad Odrą, z którego dalej w głąb Niemiec rozciągały się setki, jeśli nie tysiące hektarów betonowego raju autostrad. Kto z nas nie pamięta tej pogoni za prędkością na odcinkach bez ograniczeń i niesamowitego czaru wyprzedzających nas sportowych samochodów, które u sąsiadów były na porządku dziennym? Istna idylla,

przynajmniej ja tak to pamiętam. No i zazdrość, że gdzie indziej mogli, potrafili co więcej... zrobili.Do czego zmierzam, zapytacie. Ano do tego, że dziś sytuacja zmieniła się diametralnie i dzielące nas z Zachodem różnice właściwie zatarły się zupełnie. Dosłownie kilka dni temu wróciłem z wypadu narciarskiego w Alpy i z wielką przyjemnością stwierdzam, że nie mamy się już zupełnie czego wstydzić. Ba, śmiało mógłbym w wielu miejscach postawić nas za przykład do naśladowania. Nasze krajowe autostrady i drogi ekspresowe,

iedyś tak wyglądało w zachodniej Europie, ale dziś ten obraz jest zupełnie inny. Ciągnące się kilometrami korki, zapchane parkingi, na których kosze aż kipią śmieciami, „ogonki” do toalety, bo sanitariaty są brudne i pozapychane. Tragedia. Czas przejazdu 160-kilometrowego odcinka zajął nam blisko pięć godzin, co najdobitniej świadczy o jakości podróży. Ponadto okazuje się, że znajomość języka angielskiego wcale nie ułatwia komunikacji z mieszkańcami innych krajów. Ani Włosi, ani Szwajcarzy, ani Austriacy nie potrafią porozumiewać się w języku innym niż narodowy. W tym miejscu również, w mojej ocenie, mamy przewagę. Może nie mówimy po angielsku jak rodowici Brytyjczycy, ale na pewno znacząca część potrafi wyartykułować kilka podstawowych zwrotów.

nowisk czy równych zarobków na tych samych stanowiskach, zgody panów nie byłoby pewnie tak szybko. Nazwałabym to dosadniej, ale – zwłaszcza tutaj – nie wypada. Ostatnio w mediach staje się modne popularyzowanie żeńskiego rodzaju rzeczowników, które do tej pory funkcjonowały tylko w rodzaju męskim. I tak, używany do tej pory magister został również magistrą, marszałek – marszałkinią, detektyw – detektywką, minister – ministrą, wykładowca – wykładowczynią, psycholog – psycholożką. Można mnożyć przykłady, które jakoś drażnią moje ucho. A co z saperem albo kominiarzem? Czyż magistra nie budzi ironicznego uśmiechu pod męskim wąsem? Osobiście wolę pozostać magistrem niż być magistrą. Czasami można w słusznej sprawie przekombinować i narazić się na śmieszność, a po co?

Z

okazji Dnia Kobiet życzę wszystkiego dobrego wszystkim paniom – dużym i ma-

Spokojnie jednak, nie zapędzajmy się w tych „ochach i achach”, bo to co widać na zewnątrz to jedno, a to co wyłazi z nas – Polaków, to rzecz odmienna. Może i kraj mamy ładniejszy niż dekadę temu, może i infrastruktura drogowa się poprawiła, ale z kulturą osobistą jesteśmy na bakier jak dawniej. Tak się jakoś złożyło, że miejsce, w które się wybrałem, pełne było naszych krajan. Uświadomiłem to sobie od razu po przyjeździe... nasz rodzimy słownik pełen jest pięknych słów i zwrotów, jednak my jakoś uparcie korzystamy tylko z kilku, których zresztą nie mogę tu przytoczyć.

I

kolejna sprawa. Nie potrafię tego zrozumieć, ale jesteśmy dla siebie niemili i nieuprzejmi. Jadąc wspólnie kolejką czy wyciągiem narciarskim i słysząc, że wszyscy mówimy w tym samym języku, nikt nie potrafi zdobyć się na uśmiech i zwyczajowe „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. Co więcej, odnoszę wrażenie, że stajemy się dla siebie „niewidzialni” , jakby fakt

łym, grubym i chudym, z dowolnym kolorem włosów, feministkom i tradycjonalistkom. Tym, które mają odwagę w naszej polskiej, niełatwej i nietolerancyjnej rzeczywistości, być sobą i godnie walczyć o prawa mniejszości, o uznanie odmienności oraz tym, które mimo wyższego wykształcenia (jak to ujął jeden z posłów komentując głośny skandal) jednocześnie nie posiadają wykształcenia podstawowego. Życzenia płyną również do kobiet walczących różnymi sposobami o to, by mieć potomstwo i do tych, które nie chcą mieć dzieci, bo nie muszą, do tych, które tkwią desperacko w toksycznych związkach i do tych, które mają odwagę samotnie iść przez życie. Kobiety to duża siła. Trzymajmy się więc razem Drogie Panie i zmieniajmy świat na lepsze. Kształćmy się, wypowiadajmy swoje polądy, nie pozwólmy spychać się na aut, cieszmy się życiem i wymagajmy szacunku od panów, bo oni wiedzą, że bez kobiet byłoby lichutko i … zbyt cicho.

pochodzenia z jednego kraju działał jak magiczne zaklęcie. Nie umiem powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, niemniej proszę mi wierzyć, że tak właśnie zwykle to wśród nas wygląda. Kolejną ciekawostką, z której w moim odczuciu słyniemy na światowych stokach, jest „mega-szpan”. Większość polskich narciarzy dysponuje zwykle najlepszym, najnowszym sprzętem, markowymi kombinezonami, kaskami i goglami z najwyższej półki i wszystko to wygląda naprawdę cudownie do momentu, kiedy tak „odwalonego” narciarza nie zobaczymy w trakcie jazdy. Ewolucje wyczyniane przez tych przebierańców zdecydowanie bardziej przypominają balet mongolski niż narciarstwo alpejskie. Zakończę jednak optymistycznie i bez złośliwości – skoro udało nam się postawić duży cywilizacyjny krok i sprawić, że różnice rozwojowe między nami a zachodnią Europą zostały zniwelowane, to gorąco wierzę w to, że i w kwestii kultury też dojdziemy kiedyś do standardów zachodnich. Czego jak zwykle, sobie i Państwu, życzę.

Reklama

studio

druk

cyfrowy/offsetowy

internetowe

PROJEKTOWANIE: materiałów reklamowych, druków firmowych, druków użytkowych, opakowań, skład graficzny gazet, czasopism...

DRUKOWANIE: wizytówek, papierów firmowych, ulotek, plakatów, folderów, broszur, katalogów, teczek firmowych, kalendarzy... małe i duże nakłady

banery reklamowe, strony firmowe, galerie, sklepy on-line...

graficzne

Studio M&M GRAPHIC ul. Klasztorna 16 • 86-100 Świecie • tel./fax 52 332 46 90

www.mmgraphic.pl /

www.mmgraphic.com.pl

strony

e i n e z r o Tw as kreci! n


recenzje

www.oksir.eu

ANDRZEJ BARTNIAK

marzec 2013

MARIUSZ HEINRICH

Muzyka

TOMASZ KARPIŃSKI

Film

Książki

W hołdzie cichociemnym

Prawo marketu

Schulz w obrazkach

Bartosz Chajdecki „Czas honoru”, Polskie Radio 2010

„Supermarket”, reż. Maciej Żak, Polska 2012

S

liżej nieokreślone centrum handlowe, nazwane po prostu „Hipermarketem” oraz wzmożony, przedświąteczny ruch to, najoględniej mówiąc, fabuła dynamicznego dreszczowca Macieja Żaka. Mamy więc kierownika sklepu, który instruuje pracowników co do tego, jak mają wyglądać poszczególne stanowiska pracy. Mamy też „nadzorującą uczciwość” społeczeństwa firmę ochroniarską, z twardo stąpającym po ziemi szefem. Chyba nie będzie przesady w stwierdzeniu, że centralną postacią „Supermarketu” pozostaje właśnie ów „charyzmatyczny”, grany przez Mariana Dziędziela, szef ochrony. On właśnie robi wszystko, a nawet więcej, by sprawiedliwości uczynić zadość. On także zatrudnia swego – na nieszczęście obu – pasierba. Przybrany syn nie czuje się dobrze w roli stróża. Pewnego razu zauważa podejrzanego klienta, który w konsekwencji trafia w odludne miejsce na tyłach sklepu. Oskarżony w roztargnieniu schował opakowanie zjedzonego batonika do kieszeni kurtki. W imię profesjonalizmu zostaje zrewidowany. To, co dzieje się później zakrawa na horror. Można i chyba należy rozumieć ochroniarzy, którzy w natłoku klienteli mają niełatwe zadanie. Można też zwyczajnie – co w przypadku tego filmu będzie właściwsze – poddać się patologicznej atmosferze, bo w końcu to kino. I to naprawdę dobre.

Bruno Schulz, „Księga obrazów”, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2012, s. 520

ą ścieżki dźwiękowe, które potrafią świetnie funkcjonować niezależnie od filmu. Jednym z takich przykładów może być niezwykła muzyka, stworzona przez krakowskiego kompozytora Bartosza Chajdeckiego do serialu „Czas honoru”. Zamiast typowego tła, opartego na kilku akordach, artysta zaproponował bogate, niezwykle dynamiczne, gęste orkiestrowe brzmienie. Na płycie znajdziemy 16 kompozycji. W większości są to melodie znane z serialu, jednak dopiero słuchając płyty możemy odkryć wszystkie smaczki ginące w telewizorze. W tym przypadku warto przekręcić gałkę głośności mocniej w prawo niż zwykle. Piorunujące wrażenie wywołuje zwłaszcza, pełna napięcia, kompozycja „Pogoń”, w której orkiestrze towarzyszy chór. Aż ciarki chodzą po plecach, gdy śpiewacy z B.A.CH Film Voices raz za razem powtarzają frazę „Czas honoru”. Chajdecki, rocznik 1980, bardzo zabiegał, by to właśnie jemu producenci z Akson Studio powierzyli skomponowanie muzyki do tego filmu. Zasadniczym powodem była jego wyjątkowa tematyka i stosunek kompozytora do historii cichociemnych.

Miłość podzielona murem Camel, „Stationary Traveller”, Decca Record 1984

B

rytyjska grupa Camel, założona w Londynie w 1971 r., to jeden z filarów progresywnego rocka, z którym kojarzone są przede wszystkim Genesis, Yes czy King Crimson. Grupa ma w swoim dorobku kilka wybitnych albumów, spośród których warto wymienić choćby: „Camel” (1973), „Mirage” (1974) czy „Dust And Dreams” (1992). Moim zdaniem na szczególną uwagę zasługuje również, zbyt mało doceniana, płyta „Stationary Traveller”. Krążek miał stanowić pomost, łączący dawny styl lat 70., obfitujący w długie, nastrojowe kompozycje i bogaty w brzmieniowe ornamenty, z duchem lat 80. mniej pretensjonalnym, bliższym przeciętnemu odbiorcy, oczekującemu miłych uchu melodii. Andy Latimer, główny architekt zespołu, zaproponował tym razem kompozycje znacznie bardziej dynamiczne w porównaniu do wcześniejszych dokonań Camela. Płyta jest opowieścią o pogmatwanych losach i trudnej miłości ludzi żyjących w podzielonym murem Berlinie. Charakterystyczne miękkie, ciepłe brzmienie, z jakim wcześniej był kojarzony Camel, zastąpiły listopadowy chłód i wyraźnie wyczuwalne napięcie. Piękny album.

TOP 3

B

Dwoje w podróży „Piąta pora roku”, reż. Jerzy Domaradzki, Polska 2012

B

arbara (Ewa Wiśniewska) i Wiktor (Marian Dziędziel) to ludzie w pewnym już wieku. Ona właśnie straciła dom, który po śmierci jej długoletniego partnera prawnie należy do rodziny zmarłego. Intelektualistka zasłuchana w klasykach, wyczulona na sztukę. On emerytowany górnik, prostolinijny fan lekkiej muzyki i gołębiarz. Oglądamy tych dwoje w podróży. Jadą nad morze, jak się okaże w bardzo konkretnym celu – rozsypania prochów ukochanego Barbary. „Piąta pora roku” obfituje w – być może na siłę – zabawne, czy po prostu wpisane w jakąś konwencję momenty. Na pewno też nie odkrywa nieznanych lądów, mając jednak dwoje znakomitych aktorów, oferuje historię na tyle interesującą, że warto się wybrać w tę podróż razem z nimi. Zwróćmy też uwagę na niemal „liryczną” kreację Mariana Dziędziela, który pokazuje jakby mimochodem, jaki z niego artysta. Wyśmienity po prostu.

HITY LUTEGO

FILM 1. „Syberiada polska”, reż. Janusz Zaorski, Polska 2. „Ralph Demolka”, reż. Rich Moore, USA 3. „Życie Pi”, reż. Ang Lee, USA, Chiny Dane na podstawie lutowej sprzedaży biletów w kinie Wrzos w Świeciu.

KSIĄŻKI 1. „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, E.L. James, Wydawnictwo Sonia Draga 2. „Nowe oblicze Greya”, E.L. James, Wyd. Sonia Draga 3. „Ciemniejsza strona Greya”, E.L. James, Wyd. Sonia Draga Dane na podstawie lutowej sprzedaży w księgarni Matras w Świeciu.

23

U

biegły rok był rokiem Brunona Schulza. Kto o tym wiedział? Ręce w górę. Podejrzewam, że tylko ci, którzy słuchają radiowej Dwójki i kupują książki gdańskiego wydawnictwa. Moim zdaniem, tylko te dwie instytucje uczciły, jak się należy, pamięć o naszym wybitnym artyście. Pierwsza – prezentując na antenie bardzo wiele ciekawych audycji. Druga – wydając „Księgę obrazów”. Jest to owoc długoletniej pracy Jerzego Ficowskiego. Docieranie do prac, zbieranie ich, katalogowanie rozpoczął on w latach 40-tych XX wieku. Tę pracę przerwała śmierć. Dorobek jest jednak niebywały. W sumie kilkaset rysunków, które były ilustracjami do opowiadań pisarza. Oglądając rysunki Schulza mamy okazję poznać go z zupełnie innej strony. Możemy wejść w jego świat. Przyjrzeć się dokładnie każdej postaci. Jego fantazjom i marzeniom. Zauważymy też, że są integralną częścią jego opowiadań. „Księga obrazów” to wspaniale wydane dopełnienie twórczości Bruno Schulza.

Rubasznie o pierdzeniu Pierre Thomas Nicolas Hurtaut, „Sztuka pierdzenia”, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, s. 136

T

a mała książeczka ukazała się we Francji w 1751 roku i zrobiła furorę. Już sam tytuł wywołuje uśmiech na twarzy. A to dopiero skromny początek. Dwuczęściowe dziełko, które przetłumaczył z francuskiego Krzysztof Rutkowski, z niebywałym humorem mówi o historycznych korzeniach, rodzajach, zaletach i wadach „puszczania wiatrów”. Na początku dowiadujemy się, że wszyscy ci, którzy upierają się, że pierdnięcie musi być hałaśliwe, powołują się na łacińską sentencję Horacego – Tak głośno pierdnąłem, że pęcherz zabrzęczał. Zdaniem filozofa Saint-Evremonda, jest inaczej. Stwierdził on, że pierdnięcie jest westchnieniem, o czym powiedział kochance: Me serce przepełnione łzami, strasznie nabrzmiałe westchnieniami, na widok zaciekłości Pani, westchnienie jedno przemieniło tak, że z lęku przed ustami przez inny kanał się przebiło. Kwintesencją tej książeczki jest zakończenie, czyli „Kilka pierdnięć pociesznych”. I tak pierwsze z brzegu – pierdnięcia staruch – handel tymi pierdnięciami tak jest nieprzyjemny, że nie sposób znaleźć na nie sprzedawcy, ani kupca. Nie zamierzamy jednak nikomu zabraniać wtykania w nie nosa, bo handel wolnymi rządzi się prawami. Jeśliś Czytelniku zaczerwieniony, rozbawiony lub oburzony tematem – to znaczy, że autor osiągnął cel. Dlaczego rekomenduję dziś dwie pozycje gdańskiego wydawnictwa? Niedawno ogłosiło upadłość i może przestać istnieć. A to byłaby niepowetowana strata dla naszej kultury.


24

marzec 2013

reklama

www.oksir.eu


Teraz Świecie - marzec 2013