Page 1

G O S P O D A R K A

N A U K A

L U D Z I E

HIGH-TECH POD ZIEMIĄ MASZYNY GÓRNICZE ZAAWANSOWANE TECHNOLOGICZNIE

Nr 1• 10/2009

CENA 6,99 zł (w tym 7% VAT)

PODRĘCZNA BIBLIOTEKA

INDEKS 257028

ECLICTO, CZYLI POLSKI KINDLE

INŻYNIER

PILNIE POSZUKIWANY GOSPODARCE ZACZYNA BRAKOWAĆ ABSOLWENTÓW UCZELNI TECHNICZNYCH

INNOWACYJNOŚĆ BUDUJE MARKĘ ROZMOWA Z ANNĄ SIEŃKO, DYREKTOREM GENERALNYM IBM POLSKA


SPIS TREŚCI

14

30

ww

w. z ie lon aen erg ia

24

Południowy Koncern Energetyczny SA ul. Lwowska 23 40-389 Katowice tel.: +48 32 774 20 00 fax: +48 32 774 21 02 e-mail: pke@pke.pl www.pke.pl

OKIEM WYDAWCY

Nauka techniczna upada

6

Komu potrzebny Harvard? Internet zmienia amerykańskie szkolnictwo wyższe

KOMENTARZ Poczta jest nie tylko mailowa

WYDARZENIA 8–9 Świat 10 – 11 Od Instytutu do Węzłów przyszłości 12 Kraj

Polskie instytucje w EIT

OPINIE Energia z Węzła

Rozmowa z prof. Antonim Tajdusiem, rektorem AGH

.pke

4

40

.pl

13

Paradoks innowacji

14–17

Transfer z przyszłością

18–19

Czy Polska ma patent na przyszłość?

20–23

Rozmowa z Tomaszem Pyrciem, dyrektorem CTT AGH Nasze statystyki patentowe są zatrważające

Rozmowa z Anną Sieńko, dyrektorem generalnym IBM Polska

24–29

36 N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Spada zainteresowanie studiami technicznymi

Podręczna biblioteka

40–43

E-learning w szpitalu: namiastka normalności

44–45

eClicto, czyli polski Kindle wkrótce na rynku

System nauczania internetowego pomaga chorym dzieciom

Węgiel spalany inaczej

46–48

Nauka zeszła tysiąc metrów pod ziemię

50–53

Trwają prace nad podziemnym zgazowaniem węgla

Nowoczesne technologie w kopalniach

OPINIE Bezpieczeństwo kosztuje

49

KREATYWNI Sylwetki młodych naukowców

54–57

FELIETON Nie blokujmy myślenia!

RAPORT EDUKACJA Inżynier pilnie poszukiwany

CZŁOWIEK I TECHNOLOGIE

Po tragicznym wypadku w Rudzie Śląskiej

SPOTKANIA Innowacyjność Buduje Markę

36–39

TECHNOLOGIE

NAUKA I GOSPODARKA Polska gospodarka ma problem z innowacyjnością

35

Rozmowa z Jarosławem Urbańskim, socjologiem

58

30–34

TEBERIA




OKIEM WYDAWC Y • JERZY KICKI

Fortuna sprzyja odważnym Rewolucja technologii informacyjnej, jaka miała miejsce pod koniec XX wieku spowodowała, iż „świat stał się płaski a jego horyzont bardzo się przybliżył” jak napisał Thomas L. Friedman, trzykrotny zdobywca Nagrody Pulitzera, autor amerykańskiego bestsellera z początku XXI wieku „Świat jest płaski. Krótka historia XXI wieku”. Rewolucja technologii informacyjnych wciąż dokonująca się na naszych oczach (poczta elektroniczna, telefony komórkowe) oznacza również głębokie przemiany w takich dziedzinach jak inżynieria materiałowa, ale także tradycyjnych związanych z pozyskiwaniem surowców, czy wytwarzaniem energii. Zużycie energii gwałtownie rośnie i niewiele zmieni fakt, iż wskutek kryzysu po raz pierwszy od II wojny światowej spadło, o czym informuje ostatni raport International Energy Agency oznacza to tylko chwilowy przystanek na drodze dalszego wzrostu jej zużycia, a to z kolei wiąże się z przyśpieszonym sczerpywaniem zasobów surowców nieodnawialnych, jakimi są surowce kopalne (ropa, gaz, węgiel) odgrywające decydującą rolę w produkcji energii. Przetwarzanie tych surowców na energię rodzi w ostatnich latach wiele dyskusji i działań mających na celu przeciwdziałanie ubocznym skutkom procesu, w trakcie którego przedostaje się do atmosfery nadmierna ilość gazów cieplarnianych, to z kolei przekłada się na ocieplenie klimatu. To obszar zdecydowanych działań proinnowacyjnych. Lester Thurow, znany amerykański ekonomista, wykładowca Massachuset Institute of Technology doradca prezydentów Stanów Zjednoczonych i autor wielu książek w jednej z nich – „Fortuna sprzyja odważnym. Co robić by zbudować trwałą i dobrze prosperującą gospodarkę globalną” – pisze, iż na świecie dokonują się obecnie trzy procesy rewolucyjnych przemian. Pierwszy stanowią nowe technologie, co sprawia, że można już mówić o trzeciej rewolucji przemysłowej. Kończy się era fabryk i produkcji opartej na zasobach naturalnych, zaczyna się era wiedzy, edukacji, kwalifikacji, zwiększonych wydatków na badania i rozwój. Badania i rozwój to tylko 0,57% PKB Polski, a osiągnięcie średniego wskaźnika na poziomie 3% PKB do roku 2010 dla krajów UE, przy czym w znacznej części pochodzących z sektora prywatnego wydaje się tak samo odległe jak stworzenie perpetum mobile. Drugi stanowią nowe technologie telekomunikacyjne, dzięki którym powstaje globalna gospodarka – niewykluczone, że ich rozwój wręcz wymusza globalizację rynków. Dzisiaj, nieważne gdzie ulokowane jest dane przedsiębiorstwo – może prowadzić ono działalność w dowolnym punkcie na kuli ziemskiej. Gospodarki narodowe powoli ustępują miejsca gospodarce globalnej. Bardzo powoli, ale jednak tak też działają polskie przedsiębiorstwa. Trzeci – w większości państw świata odchodzi się od komunizmu, czy socjalizmu i próbuje się budować system wolnorynkowy. Każdy z tych rewolucyjnych procesów prowadzi do przekształcenia gospodarczego oblicza świata, w którym przyszło nam żyć. 

TEBERIA

Dwa pierwsze z tych procesów przemian wpisujące się w pojęcie trzeciego etapu rewolucji przemysłowej, czy jak kto woli gospodarki opartej na wiedzy. Jak pisze Lester Thurow w jednym z fragmentów w/w książki, aby znaleźć właściwy kierunek działania – trzeba mieć cechy odkrywcy. Odkrywcy są przede wszystkim odważni. Wyruszają w podróż, nie wiedząc, dokąd zmierzają, jakim szlakiem mają podążać, ani jakie działania okażą się skuteczne. Podążają „tam, gdzie jeszcze żaden człowiek nie dotarł”. Świadomi są tego, że większość ich wypraw skończy się najpewniej porażką, a mimo to decydują się rozwinąć żagle. Ale odkrywcy mają jeszcze jedną istotną cechę: potrafią słuchać. Zdobywają wiedzę, by jak najlepiej zrozumieć otaczającą ich rzeczywistość. Nie czekają, aż coś się wydarzy. Analizują sukcesy i porażki innych w nadziei, że dzięki temu sami będą mieć większą szansę na powodzenie. Gotowi są przystosowywać i przyswajać rozwiązania, które sprawdziły się gdzie indziej. Jeśli ponoszą klęskę, wyciągają wnioski z własnych błędów i znów wyruszają w drogę. Uważają, że porażki istnieją tylko po to, aby dzięki nim uczyć się, w jaki sposób zwyciężać, nigdy więc nie tracą odwagi. Wierzę, iż uda się zaszczepić młodym ludziom takie proinnowacyjne myślenie i działanie. Cechuje ono w dalszym ciągu jeszcze największą potęgę gospodarczą świata, o czym pięknie napisał zafascynowany europejskimi działaniami integracyjnymi amerykański ekonomista, politolog, doradca wielu europejskich polityków Jeremy Rifkin w książce „Europejskie marzenie. Jak europejska wizja przyszłości zaćmiewa American Dream”: „Amerykę różni od wszystkich „eksperymentów politycznych” jej bezgraniczna nadzieja i entuzjazm, optymizm czasami tak intensywny, że wprost powalający. Jest to kraj całkowicie pochłonięty możliwościami miejsca, gdzie jedynym naprawdę liczącym się drogowskazem jest ciągłe wprowadzanie udoskonaleń, a postęp uważa się za coś tak oczywistego jak wschód słońca”. Czy ten entuzjazm może udzielić się najmłodszemu pokoleniu Polaków? W ciągu tych kilku lat musimy wykorzystać szansę przed jaką stajemy. Dysponujemy ogromnym potencjałem jako szkolnictwo wyższe. Ciągle się zastanawiam jak wykorzystać potencjał, jaki drzemie w mojej uczelni. To przecież kilka tysięcy pracowników, wielu realizujących swoje działania naukowe z ogromną pasją, ale też armia młodych ludzi studentów. Niestety muszą nastąpić zdecydowane zmiany w całym obszarze szkolnictwa wyższego i muszą być to zmiany systemowe. Proces decyzyjny, jak to zwykle bywa, wlecze się niemiłosiernie, a od różnych dziwnych pomysłów może naprawdę rozboleć głowa. Jak ponadto poradzić sobie z codziennymi bolączkami, zawiściami, których nie brakuje, jak spojrzeć na sukcesy, które stają się udziałem innych – to liczna grupa pytań, na które będziemy starali się znaleźć odpowiedź w teberii, do lektury której gorąco zapraszam. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9


KOMENTARZ • JACEK SROKOWSKI

Poczta jest nie tylko mailowa Dla wielu osób, także dla mnie, pojęcie poczty jest tożsame z pocztą elektroniczną. Jest jednak jeszcze coś takiego, jak tradycyjna poczta. U nas to Poczta Polska. Przyznam, że dostaję gęsiej skórki na samą myśl o wizycie w placówce tejże instytucji, bo albo muszę odebrać jakiś list polecony, albo i sam takowy wysłać. Każda taka wizyta to strata kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu minut. Nie lepiej było ostatnim razem. Urząd pocztowy w Katowicach przy placu Młodzieży Powstańczej. Osiem okienek, ale pracują tylko dwa. W każdej z kolejek po kilkanaście osób. Cóż się dziwić, jest godz. 15.30. Na zewnątrz 30 stopni °C, w środku niewiele mniej, akurat mamy wakacje. Muszę wysłać list do firmy z siedzibą w Sosnowcu. Cała operacja sprowadza się właściwie do zakupu znaczka pocztowego, ale swoje trzeba odstać. Znajomy, który pracuje na Poczcie, uświadomił mnie, że tak musi być, bo Poczta to firma państwowa. Co wybory staje się łupem politycznym. To dlatego administracja Poczty ma się dobrze. Restrukturyzacja zatrudnienia zwykle dotyka tych fizycznych, a zatem Pań z okienek wciąż ubywa. Z rozrzewnieniem wspominam czasy – dawno, dawno temu – kiedy znaczek pocztowy można było kupić w każdym kiosku. Nie wiem dlaczego, ale kioskarzom przestało opłacać się handlować znaczkami, może z wyjątkiem miejscowości turystycznych, gdzie w sezonie jest duży popyt na kartki pocztowe. A zatem swoje muszę odstać, tym bardziej, że chcę wysłać „priorytet”. Mówienie o znaczku w liczbie pojedynczej bywa często symboliczne. Pamiętam, że pewnego razu list zamiejscowy musiałem oblepić co najmniej ośmioma znaczkami, bo akurat nominały nie odpowiadały wartości przesyłki. Każdy znaczek musi być obowiązkowo ostemplowany. Wiadomo, znaczek kocha stempel. Może, gdybym był filatelistą, doceniłbym walory stempla, a że nie jestem, wciąż dziwi mnie, z jaką ekspresją panie podbijają znaczki. Cóż się dziwić, że Panie na poczcie z takim zaangażowaniem pieczętują znaczki, skoro my Polacy, jak mało który naród, kochamy pieczątki. Ponoć są one schedą po carskiej Rosji. Sam musiałem sobie wyrobić pieczątkę, żeby wydać czasopismo, które mój drogi Czytelniku trzymasz w rękach. Czasami zastanawiam się, czy 

TEBERIA

Publikacje w magazynie „teberia” są współfinansowane przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz Europejskiego Funduszu Społecznego

Jerzy Kicki Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Szkoły Eksploatacji Podziemnej

Portal teberia.pl został utworzony pod koniec 2003 roku przez grupę entuzjastów skupionych wokół Szkoły Eksploatacji Podziemnej jako portal tematyczny traktujący o szeroko rozumianej branży surowców mineralnych w kraju i za granicą. Magazyn ,,teberia” nawiązuje do tradycji i popularności portalu internetowego teberia.pl, portalu, który będzie zmieniał swoje oblicze i stawał się portalem wiedzy nie tylko górniczej, ale wiedzy o otaczającym nas świecie.

ustawie o elektronicznym podpisie nie powinna towarzyszyć ustawa o elektronicznej pieczątce. Powróćmy jednak do kolejki. Przede mną jeszcze tylko dwie kobiety. Starsza z nich wyciąga z torebki cały plik rachunków. W kolejkach pocztowych zwykle uświadamiam sobie, że Internet to wciąż narzędzie młodszych pokoleń. Większość emerytów, nawet, jeśli zdarza się im od czasu do czasu przejrzeć jakąś stronę www, nie ma zaufania do e-rachunków. Boją się o swoje „małe co nieco”, mimo że podczas wyprawy na Pocztę prawdopodobieństwo kradzieży pieniędzy jest zdecydowanie większe. Nie wspomnę już, że opłata za każdy rachunek w okienku pocztowym kosztuje kilka złotych. Tymczasem przelew z e-rachunku zwykle nic nie kosztuje. Kolej na młodszą. O zgrozo, Pani wyciąga dwie siatki korespondencji służbowej, a wraz z nimi pocztową książkę nadawczą. Gdy Pani w okienku zakończyła już stemplowanie znaczków, rozpoczęła odręczne wypisywanie numerów nadawczych. Zawsze zastanawiałem się, do czego służy taka książka. Koleżanka, która pracuje w administracji jednej z firm, wytłumaczyła mi, że to zwykła ewidencja korespondencji pocztowej, na podstawie której Poczta wystawia fakturę zbiorczą. Wciąż nie mogę się nadziwić, że w XXI wieku ewidencja korespondencji odbywa się w tak prastary sposób. Myślę, że armia administracyjna Poczty Polskiej jest już bliska wprowadzenia jakiegoś innowacyjnego rozwiązania tego problemu. O ile dla kogoś jest to problem. Wreszcie po około trzydziestu minutach jestem przy okienku. Poszło szybko. Gorzej z listem. Zgadnijcie, ile czasu mój priorytet szedł do Sosnowca (dla mniej zorientowanych – Katowice bezpośrednio graniczą z Sosnowcem, kiedyś była to granica zaborów rosyjskiego i pruskiego)? Jedenaście dni! Przepraszam za kolokwializm, ale słowo „szedł” w tej sytuacji najlepiej pasuje. Pocztowe kolejki uświadamiają mi, że Polska to wciąż mało nowoczesny kraj. Ostatni raport Economist Intelligence Unit pokazuje dobitnie, że w rankingu innowacyjności błąkamy się na szarym końcu. Może to się kiedyś zmieni? Może… w 2030 roku. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

* Skąd ta nazwa – Teberia? …Otóż gdy pojawił się gotowy projekt witryny – portalu niestety nie było nazwy. Sugestie i nazwy sugerujące jednoznaczny związek ze Szkołą Eksploatacji Podziemnej typu novasep zostały odrzucone i w pierwszej chwili sięgnąłem do czasów starożytnych, a więc bóstw ziemi, podziemi i tak pojawiła się nazwa Geberia, bo bóg ziemi w starożytnym Egipcie to Geb. Pierwsza myśl to Geberia, ale pamiętałem o zaleceniach Ala i Laury Ries, autorów znakomitej książeczki „Triumf i klęska dot.comów”, którzy piszą w niej, że w dobie Internetu nazwa strony internetowej to sprawa życia i śmierci strony. I dalej piszą „nie mamy żadnych wątpliwości, co do tego, że oryginalna i niepowtarzalna nazwa przysłuży się witrynie znacznie lepiej niż jakieś ogólnikowe hasło”. Po kilku dniach zacząłem przeglądać wspaniała książkę Paula Johnsona „Cywilizacja starożytnego Egiptu”, gdzie spotkałem wiele informacji o starożytnych Tebach (obecnie Karnak i Luksor) jako jednej z największych koncentracji zabytków w Egipcie, a być może na świecie. Skoro w naszym portalu ma być skoncentrowana tak duża ilość wiedzy i to nie tylko górniczej, to czemu nie teberia.

Adres redakcji: Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie pawilon C1 p. 322 A al. Mickiewicza 30 30-059 Kraków tel. (012) 617 - 46 - 04 fax. (012) 617 - 46 - 05 e-mail: redakcja@teberia.pl www.teberia.pl” www.teberia.pl Redaktor naczelny: Jacek Srokowski (jsrokowski@teberia.pl) Sekretarz redakcji: Dariusz Zalega (dzalega@teberia.pl) Biuro reklamy: Małgorzata Boksa (reklama@teberia.pl) Studio graficzne: Greenhouse sp. z o.o. Katowice Projekt graficzny: Urszula Radosz-Sajdak Druk: Tolek, Mikołów Okładka: Cyclus Print 150 g, Środki: Cyclus Print 80 g Wydawca: Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie prezes: Jerzy Kicki f-agh@agh.edu.pl www.fundacja.agh.edu.pl NIP: 677-228-96-47 REGON: 120471040 KRS: 0000280790 Konto Fundacji: Bank PEKAO SA ul. Kazimierza Wielkiego 75 30-474 Kraków nr rachunku: 02 1240 4575 1111 0000 5461 5391 SWIFT: PKOPPLPW IBAN; PL 02 1240 4575 1111 0000 5461 5391

Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń. (C)Copyright Fundacja dla AGH Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszego wydania nie może być wykorzystywany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA




KRA J • WYDARZENIA

KRA J • WYDARZENIA

Inauguracja Narodowego Laboratorium Technologii Kwantowych

Scarky.com Sprawdź się sam

Stawiają na grupy doświadczalne

W Łodzi powstanie Centrum Technologii Informatycznych Na skalę europejską Ponad 39,5 mln zł dofinansowania otrzyma Politechnika Łódzka na projekt Centrum Technologii Informatycznych (CTI). W ramach projektu zaplanowano budowę i wyposażenie pięciokondygnacyjnego budynku przeznaczonego do prowadzenia nowoczesnego procesu dydaktycznego z informatyki. Budynek ma powstać do 2013 r. W CTI znajdzie się 21 specjalistycznych laboratoriów, w których zostanie utworzonych ponad 450 stanowisk dla studentów. Ma tu też powstać jedna z pierwszych w kraju pracowni dydaktycznych dla 120 osób, wykorzystujących obrazowanie trójwymiarowe. Cała infrastruktura będzie miała charakter dydaktyczny i będzie udostępniona studentom kierunków informatycznych. CTI będzie wspierać kształcenie w zakresie tworzenia i wykorzystywania technologii informatycznych w różnych obszarach wykształcenia technicznego realizowanego przez politechnikę. Władze politechniki liczą także na to, że dzięki tej inwestycji uda się ściągnąć do Łodzi studentów z zagranicy. Finansowanie projektu w całości realizowane jest ze środków PAP-Nauka Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Supernowoczesne systemy dla obrabiarek Medal dla naukowców ze Szczecina Za innowacyjny w skali kraju i Europy uznano na tegorocznych targach ITM Polska system sterowania obrabiarki CNC. Innowacja nagrodzona jednym ze złotych medali poznańskiej imprezy to efekt pracy szczecińskich naukowców – uczestników projektu badawczo-rozwojowego O.C.E.A.N. kierowanego przez dr. hab. inż. Stefana Domka, prof. Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego. Projekt jest finansowany ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. System O.C.E.A.N. jest wstępem do prac nad prototypem inteligentnej obrabiarki. Podczas realizacji zadań badawczych zrodziło się wiele innowacyjnych technologii, m.in. nowatorski sposób montażu silników liniowych. – Pracowników uczelni nie ograniczają zamknięte budżety, a jedynie ich wyobraźnia. Firmy rynkowe – w Polsce, w Niemczech, USA – dopiero rok temu rozpoczęły pracę nad pewnymi elementami systemów sterowania, nad którymi my pracowaliśmy już blisko trzy lata temu. Mamy nadzieję, że w przyszłości naszą pracą badawczą będziemy wyznaczać kierunki rozwoju – wyjaśniał dr inż. PAP-Nauka Paweł Dworak z Wydziału Elektrycznego ZUT.



TEBERIA

Za ponad 47 milionów złotych powstanie Narodowe Laboratorium Technologii Kwantowych. Utworzy je konsorcjum siedmiu polskich instytucji naukowych, a sfinansuje Unia Europejska. – Laboratorium ma być ogólnopolską platformą współpracy i wymiany doświadczeń nad technologiami kwantowymi – informuje koordynator inicjatywy, prof. Czesław Radzewicz z Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach konsorcjum mają powstać cztery nowe pracownie naukowe, a około dwadzieścia już istniejących będzie zmodernizowanych i wyposażonych w nowoczesny sprzęt. Jak wyjaśnił prof. Radzewicz, otrzymane fundusze Laboratorium przeznaczy również na szkolenia dla młodych naukowców: doktorantów i studentów. – Fizyka bez doświadczeń jest nauką mdłą i dlatego Narodowe Laboratorium Technologii Kwantowych ma promować grupy doświadczalne – zaznaczył koordynator. Interdyscyplinarne badania prowadzone przez naukowców z nowej placówki w dziedzinie inżynierii kwantowej mogą mieć znaczenie dla rozwoju technologii informacyjnych, metrologii, nawigacji, inżynierii materiałowej, ochrony zdrowia i ochrony środowiska. PAP-Nauka

Spotkanie młodych naukowców

Opole daje przykład Zdrowie w sieci Pierwszy w Polsce kompleksowy regionalny internetowy portal zdrowotny uruchomiono w Opolu. Pod adresem zdrowie.opolskie. pl znajduje się m.in. praktyczny przewodnik, co robić w wypadku choroby, można też odnaleźć adres najbliższego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, wykaz badań, których zrobienie leży w kompetencjach POZ, co robić, gdy pomoc lekarza lub stomatologa potrzebna jest wieczorem, pomocne dane o szpitalnych oddziałach ratunkowych, o postępowaniu w przypadku nagłego zagrożenia życia i inne. Ten jedyny tego typu portal w Polsce został utworzony siłami pracowników opolskiego Centrum Zdrowia Publicznego. PAP-Nauka

Miliony do wzięcia Na inwestycje z głową

Portal Scarky.com to polska innowacja umożliwiająca tworzenie zagadek i łamigłówek, m.in. matematycznych, logicznych i programistycznych, na stronie internetowej użytkownika. O uruchomieniu portalu, stanowiącego pierwsze na świecie rozwinięcie technologii Online Judge, informuje Pomorski Park Naukowo-Technologiczny. Innowacja jest zasługą polskiej firmy badawczo-rozwojowej Sphere Research Labs, założonej przez pracowników naukowych trójmiejskich uczelni technicznych. Jak wyjaśniają twórcy technologii, systemy typu Online Judge to umieszczone w internecie zbiory zadań dla programistów, zaopatrzone dodatkowo w moduł do sprawdzania poprawności rozwiązań. W portalu Scarky.com, kierowanym do szerokiego grona użytkowników, internauta wybiera zadanie i pisze program będący jego rozwiązaniem. Testuje go, a następnie wysyła do systemu, gdzie program jest kompilowany i uruchamiany na specjalnie przygotowanych danych testowych. Wynik działania programu użytkownika trafia do programu oceniającego, który bada jego poprawność i wysyła komunikat zwrotny. W razie niepowodzenia użytkownik może poprawić swoje rozwiązanie i ponownie zgłosić je do systemu. W przypadku sukcesu otrzymuje potwierdzenie, że jego program jest napisany efektywnie i mieści się w limicie czasu wyznaczonym przez twórcę zadania. PAP-Nauka

Ponad 60 milionów złotych czeka na właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw, inwestujących w infrastrukturę badawczą i wzornictwo. Nabór wniosków w ramach trzeciej w tym roku rundy aplikacyjnej do działania 4.2 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka rusza 28 września i potrwa do 30 października – informuje Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Ekologiczny campus Sukces studentów Politechniki Warszawskiej Pięcioosobowy zespół studentów z Politechniki Warszawskiej wygrał międzynarodowy konkurs General Electric “Make Your Campus Greener”. Zwycięzcy otrzymali złoty medal i 25 tys. euro na realizację projektu oraz czeki o wartości 800 euro dla każdego z członków grupy. Warszawscy studenci stworzyli projekt lokalnej instalacji kogeneracyjnej z silnikiem tłokowym zasilanym gazem ziemnym dla Instytutu Techniki Cieplnej. Jakub Kurkiewicz, Paweł Mazgaj, Adam Rajewski, Łukasz Sznajder, Adam Dominiak 13 sierpnia w budapeszteńskim finale konkursu pokonali zespoły z Francji i Wielkiej Brytanii. Zwycięzcy są członkami Koła Naukowego Energetyków Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa PW. W wieloetapowym konkursie przedstawiono około 30 projektów przygotowanych przez studentów z całej Europy. Jury oceniając projekty kierowało się względami ekologicznymi, wyobraźnią twórców i opłacalnością projektu. Sprawdzano, czy zastosowanie projektu pozwoli ograniczyć globalne ocieplenie, czy przyczyni się do obniżenia zużycia wody lub energii, czy w projekcie zastosowano zaskakujące rozwiązania służące ochronie środowiska. PAP-Nauka

Zwycięstwo młodych polskich matematyków

Już po raz czwarty odbyła się Krakowska Konferencja Młodych Uczonych. Konferencja, zorganizowana 17–19 września w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, odbywała się tym razem pod hasłem „Aktualne wyzwania nauki i techniki w ujęciu interdyscyplinarnym”. Krakowska konferencja ma za zadanie udostępnienie wszystkim zainteresowanym forum wymiany myśli i poglądów, a przy tym zintegrowanie młodego środowiska naukowego. Konferencja organizowana jest pod auspicjami rektora AGH – prof. dr. hab. inż. Antoniego Tajdusia. Czytaj: „Kreatywni”, str. 54-57

„Financial Times” Nie konkurujemy innowacjami Polskie firmy mogą konkurować niskimi cenami i tanią siłą roboczą, lecz nie innowacjami – pisze “Financial Times”. Dziennik twierdzi, że takie podejście może sprawdzać się w okresie spowolnienia gospodarczego, ale ograniczy potencjał wzrostu w miarę przyspieszania gospodarki. – Ponieważ polskie firmy znów oparły strategię na niskich kosztach, pytanie brzmi: czy zmienią myślenie o innowacji z chwilą, gdy kryzys się skończy – cytuje gazeta Małgorzatę Starczewską-Krzysztoszek z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.

Matematyka na medal 11 medali, w tym 5 złotych zdobyła reprezentacja Polski na XXIII Międzynarodowych Mistrzostwach w Grach Matematycznych i Logicznych, które w dniach 28–29 sierpnia odbyły się w Paryżu. Polską reprezentację, liczącą 30 osób, wyłoniły eliminacje organizowane przez Wydział Podstawowych Problemów Techniki Politechniki Wrocławskiej i Oddział Wrocławski Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Polacy wywalczyli w sumie 5 złotych, 3 srebrne i 3 brązowe medale, rywalizując w ośmiu kategoriach wiekowych i zawodowych. – To bardzo prestiżowy konkurs, oparty na bardzo trudnych zadaniach kierowanych do elity matematycznej – tłumaczy doc. dr Janusz Górniak, przewodniczący komitetu organizacyjnego konkursu w Polsce. Oficjalna strona konkursu – www.ffjm.org Polska strona konkursu – www.im.pwr.wroc.pl/grymat PAP-Nauka TEBERIA




ŚWIAT • WYDARZENIA

ŚWIAT • WYDARZENIA

... a Japończycy mierzą wysoko

Glony, głupcze!

fot StatoilHydro

Stawiają na grupy doświadczalne

Norwegowie szukają na morzu... Pływająca elektrownia Minister przemysłu naftowego i energetyki Norwegii Tercje Riis-Johansen otworzył pierwszą na świecie pływającą elektrownię wykorzystującą do produkcji prądu siłę wiatru, którą opracowała spółka StatoilHydro. Wiatrak-pływak Hywind, o wysokości 65 metrów, położony jest na morzu, w odległości 10 kilometrów od wybrzeża. Średnica rozpiętości łopatek rotoru elektrowni przewyższa 80 metrów, a moc turbiny wynosi 2,3 megawata. Stalowa rura wieży wchodzi pod wodę na głębokość 100 metrów i napełniona jest balastem ze żwiru i wody. Trzy liny, przymocowane do dna na głębokości 220 metrów, utrzymują konstrukcję w miejscu. Główne powody rozwoju pływających elektrowni na wiatr - to występowanie bardziej stabilnych strumieni wiatru nad morzem i konieczność uwolnienia na lądzie terenów dla PAP-Nauka działalności gospodarczej. 

Sztuczne drzewa na ratunek Sztuczne drzewa nie zapowiadają się estetycznie, za to mogą zaabsorbować o wiele więcej dwutlenku węgla, niż ich żywe odpowiedniki. Przekonani o tym są inżynierowie z Institution of Mechanical Engineers, którzy promują technologię stworzoną przez Klausa Lacknera z Uniwersytetu Columbia. Wymyślone przez niego „drzewa”, wyposażone w filtry, mają wychwytywać zanieczyszczenia z atmosfery. Brytyjscy inżynierowie oceniają, że 100 tysięcy syntetycznych drzew wystarczyłoby do zaabsorbowania emisji CO2 powodowanej przez transport i przemysł dz lekki Wielkiej Brytanii, o czym poinformował „The Times”. 

Czesi potwierdzają Zmiany klimatu źle służą piwu Jakość jednej z czeskich odmian chmielu, służącej do produkcji pilsnera, w ostatnich latach się pogorszyła. Czeski klimatolog tłumaczy to zmianami klimatu i twierdzi, że będzie jeszcze gorzej – informuje “New Scientist”. Klimatolog z Czeskiego Instytutu Hydrometeorologicznego, Martin Mozny, i jego współpracownicy podczas badań zwrócili uwagę na to, że w ostatnim półwieczu pogarszała się jakość jednej z czeskich odmian chmielu. Zdaniem naukowca, za zmiany jakości szyszek chmielowych odpowiada coraz wyższa temperatura powietrza. PAP-Nauka

Innowacyjna dyktatura Kim Jong Il, tyran Korei Północnej, polubił nowinki techniczne? Innowacja jako droga na skróty w rozwoju – tak podchodzi do sprawy reżim w Północnej Korei. Już kilka lat temu były widoczne pierwsze przejawy otwarcia tego kraju na nowinki techniczne. Wprowadzono wówczas pierwszą sieć telefonii komórkowej, tajlandzką, której jednak nie oceniono dobrze, gdyż można było dzięki niej kontaktować się z... zagranicą. Tym razem egipski inwestor, grupa Orascom, zdobyła kilkuletni monopol na telefonię komórkową w tym kraju, zapewniając, że z ich telefonów nie będzie można dodzwonić się poza kraj. Najbardziej zaskakujący jest jednak nacisk, jaki reżim kładzie na rozwój nowych technologii. Budżet nauki i technologii Korei Północnej w tym roku ma wzrosnąć o 9 proc., przy czym postawiono na trzy sektory: technologii informatycznych, nanotechnologii i biotechnologii. We wrześniu br. Koreańczycy z Chin i USA sfinansowali otwarcie Uniwersytetu Nauki i Technologii, niedaleko Phenianu, stolicy kraju, gdzie od dziesięciu lat istnieje też politechnika Kim Chaek. Zachodni eksperci oceniają, że środowisko naukowe tego kraju liczy już setki tysięcy osób, z tego 100 tysięcy samych informatyków (część z nich pracuje dla armii i uważa się, że nawet setka zawodowych hakerów ma umiejętności porównywalne z ich „kolegami” z CIA). dz

Otwarte zbiorniki bioreaktorów w firmie PetroAlgae na Florydzie, USA.

PETROALGAE

Futurystyczna wizja „sztucznych drzew”.

Ministerstwo Gospodarki Japonii poinformowało, że grupa 16 przedsiębiorstw, w tym Mitsubishi Electric, w ciągu czterech lat będzie uczestniczyć w ambitnym projekcie badawczym, którego celem jest stworzenie elektrowni słonecznej w kosmosie o mocy jednego gigawata. Podstawowym problemem, z którym muszą zmierzyć się naukowcy, jest opracowanie technologii pozwalającej przesyłać elektryczność w postaci fal elektromagnetycznych. Jeśli rezultaty ich prac będą satysfakcjonujące, Tokio zamierza umieścić na orbicie próbnego satelitę, wyposażonego w baterie słoneczne o powierzchni 4 kilometrów kwadratowych. Poza atmosferą ziemską, baterie słoneczne będą miały o wiele wyższą wydajność, a co więcej, nie będą uzależnione od kaprysów pogody. Budżet całego kosmicznego przedsięwzięcia Japonii już szacuje się na 21 miliardów dolarów. dz

Glony zaczynają doganiać stawkę pretendentów do miana surowca do produkcji paliwa przyszłości. Jak donosi ”Scientific American”, z poparciem znanych nazwisk – takich jak Bill Gates czy rodzina Rockefeller – kalifornijska firma Sapphire Energy zamierza już w 2011 r. produkować 1 milion galonów (1 galon = 3,78 litra) biodiesla i paliwa do silników odrzutowych, na bazie glonów. W ogłoszonych w pierwszej połowie tego roku wyliczeniach padły również liczby znajdujące się w planach sięgających roku 2020, kiedy to wspomniana firma ma zamiar produkować już 1 miliard galonów paliwa z glonów. Już w styczniu tego roku zostały przeprowadzone próby z paliwem uzyskanym z glonów w rejsowych samolotach. Linie Continental Airlines przeprowadziły pomyślne próby podczas komercyjnych lotów na samolotach Boeing 737. Co daje glonom przewagę nad konkurencją? Do wzrostu, podobnie jak inne organizmy roślinne, potrzebują słońca, wody i dwutlenku węgla, który zamieniają w cukry i metabolizują do tłuszczów, olejów. Ten roślinny olej może być następnie przetworzony w paliwo. Glony dzielą się szybko – ich biomasa jest w stanie podwajać swoją liczebność w przeciągu godziny i może być zbierana i przetwarzana przez okrągły rok. W odróżnieniu od innych roślin, które uprawia się z myślą o pozyskaniu z nich biopaliw, glony nie potrzebują dużych powierzchni ziemi uprawnej. Ich kultury – w postaci otwartych, lub zamkniętych zbiorników (bioreaktorów) mogą być prowadzone gdziekolwiek, nawet na nieużytkach, takich jak na przykład pustynia Gobi – jak donosi ts BBC. 

10

TEBERIA

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Robot pomoże w gimnastyce W Japonii zbudowano robota-instruktora gimnastyki leczniczej, który będzie prowadził zajęcia z zaawansowanymi wiekiem pacjentami. Jak poinformowano w Krajowym Instytucie Technologii Przemysłowej, elektroniczny „instruktor” o wysokości 70 centymetrów jest w stanie demonstrować około 30 różnych ćwiczeń gimnastycznych przewidzianych w profilaktyce różnych chorób. Od przyszłego roku firma Generale Robotics, po udoskonaleniu konstrukcji, zamierza dawać w leasing nowe roboty różnym placówkom medycznym i domom PAP-Nauka starców. 

Zielony Radiohead Rockowi innowatorzy Jeśli wybrałeś się do Poznania na niedawny koncert Radiohead samochodem, to na pewno nie zaliczasz się do zagorzałych fanów muzyków z Oxfordu. Radiohead to jedna z najbardziej zaangażowanych grup muzycznych w świecie. Thom Yorke i spółka znani są od dawna ze swoich proekologicznych postaw. Przez lata omijali Polskę i dopiero idea „Koncertu dla Ziemi” przekonała ich do występu w naszym kraju. Podczas występu Radiohead scena w poznańskiej Cytadelii zalana była światłem, ale muzycy do oświetlenia sceny wykorzystują oszczędną technologię LED. Jednak największy problem dla Radiohead stanowił od dawna transport. Muzycy starają się jak najmniej latać samolotami. Swój sprzęt, jeśli to tylko możliwe, zespół transportuje drogą morską, wykorzystuje też kolej, a podróże planuje w taki sposób, żeby możliwie najbardziej ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Radiohead zachęca także swoich fanów do postaw ekologicznych. Na stronie internetowej zespołu, dzięki specjalnemu kalkulatorowi można zmierzyć emisję CO2 w przypadku różnych środków transportu. Wielu polskich fanów Radiohead wzięło sobie do serca apele muzyków przyjeżdżając na koncert rowerami. Muzycy z Oxfordu dali się też poznać jako innowatorzy dystrybucji nagrań. Radiohead nie był pierwszym zespołem, który udostępniał nagrania w sieci. Innowacyjny był raczej sposób sprzedaży. Siódmy album studyjny Radiohead, ”In Rainbows”, wydany 10 października 2007 r. sprzedawany był drogą dystrybucji elektronicznej, gdzie każdy użytkownik mógł samodzielnie ustalić cenę albumu. Już pierwszego dnia odnotowano liczbę 1,2 miliona sprzedanych kopii. Dochody Radiohead z tego albumu prześcignęły dochody ze sprzedaży elektronicznej wszystkich pozostałych albumów razem wziętych. Co ciekawe, zaledwie 25 proc. użytkowników wybrało opcję bezpłatnego ściągnięcia. Wszyscy pozostali płacili, nierzadko i najwyższą jac możliwą sumę, czyli 99,99 funtów. 

Napęd elektryczny w modzie Kolejka po Bluecar Pierwsze dostawy samochodu Bluecar z napędem elektrycznym, produkcji francuskiej spółki Bollore i włoskiej Pininfariny, pojawią się „między przyszłą wiosną a latem” – oznajmił prezes Vincent Bollore. Bluecar, który będzie produkowany w Turynie przez Pininfarinę, powinien trafić najpierw do sprzedaży w kilku krajach europejskich, a potem do Ameryki Północnej i Azji. Produkcja akumulatorów LMP, które mają zapewnić autu zasięg 250 km na jedno naładowanie, zacznie się na skalę przemysłową w zakładach w Bretanii i w Kanadzie. Od czasu zaprezentowania w marcu Bluecara podczas Salonu Samochodowego w Genewie wpłynęło już około 6 tys. rezerwacji wstępnych.  PAP-Nauka

TEBERIA

11


OPINIE

Energia z Węzła

Od Instytutu do Węzłów przyszłości

P

Fot. Arch.

Polskie uczelnie, w składzie międzynarodowych konsorcjów, walczą o Węzły energetyczny i informatycznotelekomunikacyjny Europejskiego Instytutu Technologicznego. Gra toczy się o dużą stawkę – ogromny impuls dla rozwoju polskiej nauki i gospodarki.

Rozmowa z prof. Antonim Tajdusiem, rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie

rojekt Węzłów, mających grupować instytucje badawcze z różnych państw, ściśle związany jest z europejskim projektem promowania innowacyjnej gospodarki. W 2006 r. zrodził się pomysł Europejskiego Instytutu Technologicznego, w którym widziano odpowiednik słynnej amerykańskiej politechniki Massachusetts Institute of Technology (MIT). Według pomysłodawców Instytut miał szukać nowych rozwiązań w dziedzinach, stanowiących wyzwania dla gospodarki Starego Kontynentu: zmiany klimatyczne, energia ze źródeł odnawialnych czy też następna generacja technologii informacyjnych i komunikacyjnych. Oficjalną decyzję o utworzeniu Instytutu podjął Parlament Europejski we wrześniu 2007 r. Wśród propozycji jego lokalizacji pojawił się m.in. Wrocław, jednak ostatecznie wybór padł na Budapeszt, a jednym z powodów miało być to, że nie ulokowano tam jeszcze żadnej instytucji Unii Europejskiej. Rok temu w budynkach Węgierskiej Akademii Nauk odbyło się pierwsze spotkanie Rady Zarządzającej, inaugurujące działalność EIT, w składzie której znalazła się Polka – Daria Gołębiowska-Tataj, wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej. EIT ogłosił konkurs na utworzenie Węzłów Wiedzy i Innowacji (Knowledge and Innovation Community), których zadaniem będzie wprowadzenie w krwioobieg gospodarki efektów badań naukowych. W skład każdego konsorcjum, które ubiega się o Węzeł musiało wejść co najmniej trzech niezależnych partnerów z trzech krajów Unii Europejskiej, w tym co najmniej jedna uczelnia wyższa i jedno przedsiębiorstwo. Bruksela zamierza przekazać w ciągu najbliższych czterech lat około 1 miliarda euro na działalność Węzłów z trzech obszarów: energii odnawialnej, ograniczania zmian klimatycznych oraz informatyki i telekomunikacji Koordynatorem jednego z europejskich konsorcjów walczących o węzeł energetyczny jest Akademia Górni12

TEBERIA

Fot. Bogdan Kułakowski

WYDARZENIA

Węzły Wiedzy i Innowacji EIT to szansa na rozwój infrastruktury naukowej w Polsce.

czo-Hutnicza w Krakowie. Znalazły się w nim również: Politechnika Wrocławska, Politechnika Warszawska, Uniwersytet Jagielloński, Politechnika Śląska, Główny Instytut Górnictwa, ale także instytucje i firmy z Francji, Hiszpanii, Niemiec, Beneluksu i Szwecji. Politechnika Wrocławska stała się polskim liderem projektu informatyczno-komunikacyjnego, którego głównym koordynatorem jest uniwersytet w duńskim Aalborg. W jego skład weszły organizacje i instytucje z Hiszpanii, Grecji, Włoch, Słowacji i Anglii. Z kolei Politechnika Łódzka, wraz z 90 europejskimi instytucjami (w tym polskimi), przygotowała wniosek o ustanowienie Wspólnoty Węzłów Wiedzy i Innowacji, tak aby w Łodzi zlokalizować jedno z centrów szkoleniowo-badawczych. W grudniu br. ma zapaść decyzja, komu przypadną Węzły. Silne zespoły stworzone przez polskie instytucje dobrze jednak wróżą na przyszłość i mają szansę mocniej związać nie tylko polską naukę, ale i gospodarkę z zresztą Europy. O tym przekonany jest także prof. Tadeusz Więckowski, rektor Politechniki Wrocławskiej: – Według posiadanej przez nas wiedzy, na konkurs, w którym bierzemy udział, wpłynie 4-5 rywalizujących projektów. Odpowiedź na pytanie „Czy mamy szanse?” brzmi „Zdecydowanie tak”. Zrobiliśmy wszystko, co tylko było możliwe, by szanse nasze były jak największe – złożony projekt w zakresie potencjału i skali oddziaływania jest określany jako „mocny”. Niezależnie jednak od wyników konkursu, wygraną już dla nas jest nawiązana współpraca z potężną siecią firm biznesowych i uczelni badawczych z obszaru całej Europy. Przyjmujemy z zadowoleniem fakt, że potencjał naukowo-badawczy i dydaktyczny uczelni polskich, określany częstokroć przez naszych gości zagranicznych jako „imponujący”, jest coraz wyraźniej dostrzegany w Europie, przyciągając do nas kolejDZ nych partnerów i inwestorów. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Panie Profesorze, czy już wiadomo, gdzie będzie zlokalizowany Węzeł Wiedzy i Innowacji Europejskiego Instytutu Technologicznego o profilu energetycznym? Wyboru dokonają sami uczestnicy Węzła (z ang. KICs – Knowledge and Innovation Communities). Wszystko wskazuje, że jego siedziba znajdzie się w niemieckim Karlsruhe, gdzie miejscowy uniwersytet jest międzynarodowym koordynatorem projektu. Tyle, że KICs ma bardzo złożoną strukturę. Niezależnie od centrum KICs, każdy z krajów uczestniczących w projekcie będzie miał własne centrum na szczeblu krajowym. Koordynatorem polskim jest AGH. Ale to też nie oznacza, że polskie centrum będzie zlokalizowane w Krakowie. Istotą projektu jest partnerstwo na rzecz wiedzy i innowacji. Będziemy starali się wykorzystać istniejącą infrastrukturę i potencjał instytucji naukowych w Polsce na rzecz współpracy przy badaniach nad czystymi technologiami węglowymi, bo za ten konkretny temat odpowiada strona polska. Z kolei dla przykładu Szwedzi odpowiadać będą za odnawialne źródła energii. Każda z uczelni technicznych uczestniczących w projekcie może wnieść coś cennego do tej współpracy. Jednak prawdopodobnie największy udział w tym projekcie będą miały śląskie instytuty naukowe: Główny Instytut Górnictwa oraz Instytut Chemicznej Przeróbki Węgla, które specjalizują się w tych zagadnieniach i tam też powstać ma w najbliższym czasie Centrum Czystych Technologii Węglowych. Oczywiście, w zależności od potrzeb powstawać będą nowe laboratoria badawcze, tam gdzie będzie to uzasadnione.

A zatem jest to bardziej mobilny organizm? W pewnym sensie tak. Chcemy wspólnie korzystać z istniejącej infrastruktury. Nie ma żadnych przeszkód, żeby naukowcy z AGH czy Politechniki Wrocławskiej pracowali w śląskim Centrum. Problem polskiej nauki polega na tym, że – mówiąc kolokwialnie – rozmieniamy się na drobne. I tak, np. w Polsce powstaje pięć dużych ośrodków badań nad nanotechnologiami, podczas gdy można by stworzyć jeden-dwa ośrodki o naprawdę silnym potencjale. Zaoszczędzone pieniądze można zdecydowanie efektywniej wykorzystać.

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Wydaje się, że o powodzeniu przedsięwzięcia decydować będzie udział biznesu w KICs? Owszem. Od samego początku martwiłem się o to, czy polskie firmy „kupią” ideę naszego Węzła, bowiem zgodnie z intencją Unii Europejskiej ok. 30 proc. kosztów powstania EIT ma sfinansować biznes. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się takiego pozytywnego odzewu ze strony polskich przedsiębiorców. Wśród uczestników polskiego Węzła są m.in. Tauron, PGE, Lotos, ZA Kędzierzyn. W moim odczuciu, przedsiębiorców przekonała skala międzynarodowego przedsięwzięcia, jak i możliwość wykorzystania rozwiązań technologicznych powstałych nie tylko w Polsce.

Jest jeszcze jeden ważny uczestnik przedsięwzięcia, jakim jest państwo. Nie obawia się Pan, że ogromny deficyt państwa może stanąć na przeszkodzie finansowaniu projektu?

Istotą projektu jest partnerstwo na rzecz wiedzy i innowacji. Będziemy starali się wykorzystać istniejącą infrastrukturę i potencjał instytucji naukowych w Polsce na rzecz współpracy przy badaniach nad czystymi technologiami węglowymi, bo za ten konkretny temat odpowiada strona polska.

Nie, bowiem rząd ma wiele instrumentów wsparcia finansowego przedsięwzięć o charakterze naukowym. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju już skierowało na rozwój badań nad zaawansowanymi technologiami pozyskiwania energii ponad 300 mln zł. W zakres tego projektu wchodzą głównie badania nad czystymi technologiami węglowymi. AGH wraz z GIG oraz IChPW stworzyły konsorcjum w celu realizacji projektu zgazowania węgla, na który przeznaczonych jest ok. 80 mln zł. Jeśli nasze konsorcjum wygra konkurs i otrzyma zlecenie, to również te środki będzie można zakwalifikować jako udział państwa w KICs. Poza tym, jestem przekonany, że osoby kierujące naszym krajem zdają sobie doskonale sprawę, jak ważny dla jego rozwoju gospodarczego jest problem bezpieczeństwa energetycznego i nikt nie będzie skąpił pieniędzy na ten cel.

Czy Węzeł, w którym uczestniczy AGH, ma konkurencję w Europie? Ma. Nieoczekiwanie wyrósł nam konkurent w Niemczech, bowiem nie tylko uniwersytet w Karlsruhe stara się o projekt węzła energetycznego, ale niedawno do rywalizacji włączył się Uniwersytet w Julich, który znalazł partnerów w innych krajach europejskich, m.in. w Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, do tego węzła przystąpiła także Politechnika Łódzka. Jestem jednak optymistą, bowiem potencjał „naszego” Węzła w opinii wielu fachowców jest zdecydowanie większy. Rozmawiał: Jacek Srokowski TEBERIA

13


NAUKA i GOSPODARKA

NAUKA i GOSPODARKA

Polska najlepiej z krajów Unii Europejskiej radzi sobie z kryzysem gospodarczym. Polska gospodarka jest jedną z najmniej innowacyjnych w Europie. Oba zdania są prawdziwe, jak je pogodzić? Może po prostu innowacyjność, o której mówi się coraz więcej, nie ma aż tak wielkiego znaczenia? Tekst: Edwin Bendyk

publicysta „Polityki”

N

ajlepiej zapytać przedsiębiorców, wszak to oni ponoszą całe ryzyko swoich decyzji, więc muszą dobrze pomyśleć inwestując w czynniki zwiększające ich przewagę na rynku. W 2007 r. PKKP Lewiatan opublikował wyniki badań, w których pytał sterników polskiego biznesu o czynniki decydujące o konkurencyjności. Lektura nie pozostawia złudzeń: czynnikiem najważniejszym jest cena, potem dopiero z trzykrotnie mniejszą wagą pojawia się jakość, w dalszej kolejności, znowu z trzykrotnie zmniejszoną wagą, jakość relacji z klientem. Nasi przedsiębiorcy uznali natomiast, że innowatorski charakter produktów i usług nie ma praktycznie żadnego znaczenia dla ich rynkowego sukcesu. Czy w tych odpowiedziach ujawnia się wrodzone zacofanie polskiego biznesu, czy głębsza prawda o strukturze naszej gospodarki? Odpowiedzi dostarczają badania „Diagnozy społecznej” realizowane pod kierownictwem prof. Janusza Czapińskiego. Kolejne edycje „Diagnozy” 14

TEBERIA

ujawniają, że przedsiębiorcy sami z siebie są całkiem nowocześni, jeśli mierzyć poziomem wykorzystania najnowszych technologii komunikacyjnych, takich jak Internet. Już jednak ich pracownicy korzystają z takich technologii w znacznie mniejszym stopniu niż np. pracownicy sektora publicznego. Oznacza to, że póki co polski rynek nie kreuje popytu na nowoczesne kompetencje, co zazwyczaj dobrze koreluje z brakiem popytu na innowacje.

Konserwatyzm do przełamania Popytu na innowacje nie ma, bo liderami polskiej gospodarki są firmy operujące w sektorach, które trudno zaliczyć do technologicznie zaawansowanych. Przemysł meblarski, spożywczy, obuwniczy, jak każdy sektor masowy, niezależnie od zamożności, polega na dwóch czynnikach: cenie i jakości. Jakość zapewniają sprawdzone (im dalej od innowacji, tym lepiej) technologie produkcyjne, które najbezpieczniej N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

nich znaleźli się dwaj tacy, co ukradli cyberprzestrzeń, czyli Larry Page i Sergey Brin, twórcy Google. W sumie, patrząc wstecz, wydaje się, że nie wymyślili niczego wielkiego. PageRank, system rangowania witryn internetowych, za którym stoi sprytny algorytm, mógł wymyślić każdy zdolny matematyk. I wymyślił, sam widziałem podobne rozwiązanie polskiego autorstwa. Wygrał jednak Google. Czy tylko dlatego, że Page i Brin mieli odwagę „think big”? Oczywiście, same chciejstwo nie wystarczyłoby. Ważnym aspektem proinnowacyjnej kultury jest istnienie proinnowacyjnej infrastruktury. Pomysł twórców Google wymagał testowania, co w stało się możliwe dzięki informatycznemu zapleczu Stanforda. A gdy uniwersyteckie komputery zaczęły się zatykać, pojawił się anioł biznesu i sypnął pierwsze setki tysięcy dolarów. Po roku suma zebranych pieniędzy od inwestorów wzrosła do 100 mln dolarów.

Zaufanie w cenie W istocie nie chodzi o pieniądze, lecz o zaufanie. Inwestorzy w USA wiedzą, że ludzie tacy jak Page i Brin rzeczywiście myślą w kategoriach „think big”.

Bez ryzyka ani rusz Jak widać, innowacyjność to najkosztowniejszy, również w sensie psychologicznym sposób istnienia na rynku. Nic więc dziwnego, że innowacje nie rodzą się jak grzyby po deszczu, wymagają odpowiedniej gleby. Tą glebą jest kultura sprzyjająca podejmowaniu ryzyka. Niewiele tylko społeczeństw wypracowało kulturę sprzyjającą przedsiębiorcom gotowym do podjęcia ryzyka, a więc i poniesienia porażki. W większości krajów, zwłaszcza współczesnej Europy, porażka jest piętnowana i utrudnia dalsze funkcjonowanie w biznesie. W Stanach Zjednoczonych czy Izraelu porażka, jeśli nie jest przekrętem, traktowana jest jako rzecz normalna, etap na ścieżce rozwoju. Bo tylko przez błędy można dojść do rzeczy wielkich, a zasada „think big” to ważny element kultury proinnowacyjnej. W Izraelu nazywa się go „efektem izraelskiej matki”. Podobno kobiety w Izraelu wskakują na głowy swym dorastającym dzieciom i zrzędzą: „myślę, że za to wszystko co dla ciebie zrobiłam, oczekiwanie, że zdobędziesz nagrodę Nobla nie jest zbyt wygórowane”. W Stanach Zjednoczonych co drugi student Uniwersytetu Stanforda nie myśli o niczym innym, jak o rewolucji i zmianie świata za pomocą radykalnych innowacji. Wśród rys. Marcin Bondarowicz

Paradoks innowacji

kupić w Niemczech, Szwajcarii, Francji. Wiadomo wówczas, że polskie okno dachowe lub polskie masło będzie równie dobre, jak wyprodukowane w Danii. Żeby je sprzedać, okno takie lub masło muszą być od duńskiego tańsze. Nie trzeba być asem ekonomii, by dostrzec, że problem obniżenia kosztów produkcji załatwia w Polsce niska cena pracy. Na tyle niska, że przedsiębiorcy nie mają powodów, by inwestować w inne źródła wzrostu efektywności, jak choćby nadmierna automatyzacja lub innowacje. Innowacyjność nie jest cnotą kardynalną, lecz ostatecznością w generalnej praktyce gospodarczej, która charakteryzuje się dość dużym konserwatyzmem. Dobre wrogiem lepszego, ta zasada obowiązuje nie tylko w Polsce, lecz także wszędzie na świecie. Z punktu widzenia socjopsychologicznego oznacza dewiację, złamanie obowiązujących norm i zasad. Innowator jest więc kimś w rodzaju awanturnika, który pojawiając się z nowym pomysłem na produkt, biznes, usługę, liczyć się musi z olbrzymim ryzykiem. Jeśli mu się nie uda, na co liczy cała konkurencja, zostanie wyrzucony na margines środowiska z etykietką nieudacznika. A udaje się tylko nielicznym.

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

15


16

TEBERIA

Grecja Włochy

Belgia Luksemburg 1,62

0,59 Malta

1,13

Austria 2,56

Słowenia 1,45

0,97

Węgry

Słowacja 1,54

Czechy

0,46

0,57

Polska

2,54

Niemcy

1,27 1,18

Portugalia

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Hiszpania

3,47

Francja

1,79

1,31

Wielka Brytania

2,56

Holandia

1,70

0,57

Bułgaria

0,48

0,53

Rumunia

Cypr 0,45

spadek w porównaniu z 2001 r. Litwa 0,82 2,55

Dania Irlandia

Edwin Bendyk

publicysta „Polityki”, dyrektor Ośrodka Badań nad Przyszłością w Collegium Civitas. Ośrodek zajmuje się badaniami i kształceniem sposobów i metod zarządzania przyszłością, czyli nauką i sztuką antycypacji nieznanego. Więcej »emergencja.blogspot.com

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

wzrost w porównaniu z 2001 r.

średnia unijna

Łotwa 0,59

1,85

(wydatki w stosunku do PKB w 2007 r.)

Estonia 1,14

3,47

Sukces serwisu nasza-klasa.pl jest doskonałym przykładem, jak wielki potencjał kryje się ciągle w polskim rynku zmieniającym się nieustannie, m.in. pod wpływem rozwoju nowych technologii. Znawca tematu żachnie się zapewne i stwierdzi, że sam serwis nasza-klasa.pl nie jest specjalnie innowacyjny. Wykorzystuje jedynie, i to w sposób mniej zaawansowany niż np. Facebook, znane rozwiązania techniczne. To prawda, mimo to naszą-klasę.pl można porównać do fenomenu Google. Sukces twórców serwisu polega bowiem na tym, że we właściwym momencie dostrzegli coś, co inni przegapiali: na polskim internecie ciążył kult „poważnych aplikacji”, polegający na przekonaniu, że Sieć ma służyć do ważnych spraw. Wystarczy popatrzeć na różne badania – polscy internauci pytani, do czego wykorzystują Internet odpowiadają, że do nauki, pracy, zdobywania informacji. Inne jednak badania, nie polegające na pytaniu, lecz obserwacji realnego ruchu pokazują, że internauci nie są szczerzy i po prostu wstydzą się przyznać do bardziej ludycznych zachowań. Nasza-klasa.pl odwołała się do podstawowej ludzkiej potrzeby: pragnienia komunikacji i bycia razem w swoim gronie. Odwołała się jednak do tej potrzeby w odpowiednim momencie, gdy gęstość nasycenia dostępem do Internetu była już na tyle duża, że działał efekt sieci, czyli duże prawdopodobieństwo spotkania osób znajomych – starych kumpli z klasy. Sukces naszej-klasy.pl uczy tego, na co uwagę zwracają najnowsze opracowania dotyczące innowacji (wracające de facto do rozważań nad innowacyjnością zainicjowanych przed 100 laty przez Gabriela Tarde’a i kontynuowanych przez Schumpetera): technologia to tylko jeden z wymiarów innowacyjności. Niemniej cenne są pozatechnologiczne aspekty, odwołujące się do wiedzy organizacyjnej, antropologicznej, społecznej. Zbyt często w Polsce mylimy innowację z wynalazkiem. Nic bardziej błędnego. Innowacja to wynalazek, lecz także nowe rozwiązanie organizacyjne i nowa praktyka kulturowa wprowadzone do praktyk społecznych. Istota procesu innowacyjnego nie polega na wymyśleniu genialnej technologii, lecz skutecznym jej wprowadzeniu w życie. Wiedział o tym doskonale Thomas A. Edison, który tyle samo uwagi poświęcał tworzeniu wynalazków, co ich upowszechnianiu. Wielu polskich wynalazców o tym zapomina i ma pretensje, że na ich genialne dzieła nikt nie czeka z otwartymi rękami.  ¢

3,60

Wróćmy jednak na ziemię, czyli do Polski. Bilans dokonywany po takiej wycieczce przez świat wypada mizernie. Rynek nie kreuje popytu na innowacje. Infrastruktura techniczna jest ciągle w opłakanym stanie. Kapitału ryzyka jak na lekarstwo. Zaufanie społeczne i do instytucji publicznych na dramatycznie niskim poziomie. Zamiast kultu wiedzy pochwała kombinowania, przypomnijmy sobie, jak to prezydent państwa poprzedniej kadencji na spotkaniu z uczniami bez skrępowania przyznawał się, że ściągał. Izraelskie matki by się zapłakały. Chyba trzeba zmienić perspektywę. Analiza globalna rzeczywiście doprowadza do płaczu. Lepiej zmienić skalę mapy i przyjrzeć się takim fenomenom, jak portal społecznościowy Nasza-klasa.pl, fabryka autobusów „Solaris” i wiele innych pozytywnych przykładów ducha polskiej przedsiębiorczości. Specjalnie użyłem słowa przedsiębiorczości, by przypomnieć rzecz, o której w polskich dyskusjach o innowacjach zapomina się. Otóż, jak przekonująco pokazał Joseph Schumpeter, innowacja nie jest celem samym w sobie. Jest instrumentem, jaki wykorzystuje przedsiębiorca w swojej działalności. To nie innowator rozumiany jako wynalazca jest najważniejszy, lecz właśnie przedsiębiorca podejmujący ryzyko działalności gospodarczej. Celem działania przedsiębiorcy w kapitalistycznym systemie wolnorynkowym jest zapewnienie jak najwyższych zwrotów z zainwestowanego kapitału, do czego wykorzystuje wszystkie dostępne (czasem, niestety, łamiąc prawo) zasoby: zasoby pracy, technologie, innowacje, potencjał rynku, a także relacje z władzą publiczną, jeśli te mogą zaowocować zleceniami lub rozwiązaniami prawnymi gwarantującymi monopol.

Potencjał do odkrycia

Szwecja

Przedsiębiorczość po polsku

Wszystko zależy od oceny, jak optymalizować firmową strategię. W krajach skorumpowanych, o nadmiernym udziale państwa w rynku, z punktu widzenia przedsiębiorców najlepiej opłaca się inwestować w relacje z władzą publiczną. Wraz jednak z dojrzewaniem rynku, porządkowaniem sfery publicznej, proste strategie przestają wystarczać. Wówczas pojawia się wyzwanie dla prawdziwej przedsiębiorczości, czyli odkrywanie i zdobywanie nowych rynków.

Finlandia

Z kolei początkujący przedsiębiorcy-rewolucjoniści wiedzą, że nie zostaną oszukani przez swych inwestorów. Jedni i drudzy wiedzą bowiem, że kultura proinnowacyjna sprzyja innowacjom, tępi jednak cwaniactwo. Amerykański proinnowacyjny mix jest trudny do podrobienia. Najlepiej udało się to w Izraelu, który w latach dziewięćdziesiątych zaczął reformować swoją quasi-socjalistyczną gospodarkę i przestawiać ją na rozwój sektorów high-tech. Niezbędna okazała się interwencja państwa, które poprzez stworzenie odpowiednich agencji finansujących wkroczyło na rynek w roli inwestora ryzyka. Wszyscy i tak jednak wiedzą, że kluczem do sukcesu była i jest armia, która kreuje nieustannie popyt na najnowsze rozwiązania technologiczne, które potem migrują do cywila w postaci takich innowacyjnych rozwiązań, jak ICQ. Jak widać, doświadczenia izraelskie są równie trudne do podrobienia, jak amerykańskie. A co w takim razie z Finlandią, która przecież zaliczana jest do najbardziej innowacyjnych i konkurencyjnych zarazem krajów świata? Nie ma Finlandia frontowej armii, nie ma też wielkiej infrastruktury kapitału ryzyka. Finlandia ma jednak aktywne państwo, które umiejętnie zastępuje niedostatki rynku. Jak to możliwe? Znowu sprawa sprowadza się do proinnowacyjnej kultury, której ważnym składnikiem jest zaufanie. Finowie mogą pochwalić się najwyższymi w świecie wskaźnikami zaufania do siebie nawzajem i do instytucji publicznych.

NAUKA i GOSPODARKA

Wydatki na badania i rozwój w krajach Unii Europejskiej

NAUKA i GOSPODARKA

TEBERIA

17


NAUKA i GOSPODARKA

NAUKA i GOSPODARKA

Transfer z przyszłością

Spotkałem się też z opinią, że problem leży w mentalności znacznej części środowiska akademickiego, które jest bardziej nastawione na dorobek naukowy niż wdrożenia. Zgodzi się Pan z taką opinią?

Fot. Bogdan Kułakowski

Rozmowa z Tomaszem Pyrciem, dyrektorem Centrum Transferu Technologii AGH

Ile w ramach CTT realizowanych jest obecnie projektów, nazwijmy umownie, nauka-biznes? Na wstępie należałoby uściślić, co należy rozumieć pod tym pojęciem, bowiem Centrum, którym kieruję, zajmuje się przede wszystkim realnym transferem technologii, czyli sprzedażą bądź innymi formami udostępnienia własności intelektualnej powstałej na AGH. To może być sprzedaż patentu czy licencji, bądź też umowa wdrożeniowa. Przeciętnie zawieramy ok. 30 umów transferowych rocznie.

Czy to dużo, czy wyczerpuje potencjał AGH oraz kierowanej przez Pana instytucji? Moim zdaniem, absolutnie nie. Potencjał AGH pozwala na bardziej zintensyfikowany transfer.

Co stoi na przeszkodzie? Są jakieś ograniczenia prawne czy organizacyjne? 18

TEBERIA

Centrum Transferu Technologii Akademii Górniczo Hutniczej jest pozawydziałową jednostką organizacyjną AGH. Działa od 1 marca 2007 roku. Jej zadaniem jest wsparcie procesów komercjalizacji i transferu innowacyjnych technologii i wiedzy. CTT działa w obszarach marketingu nauki w środowisku przedsiębiorców, ochrony własności intelektualnej oraz obsługi i finansowania transferu technologii. Współpracuje ze środowiskiem naukowym AGH oraz środowiskiem przedsiębiorców niezależnie od ich wielkości i skali działania, a także z organizacjami zrzeszającymi przedsiębiorców. Wzajemna świadomość potrzeb i możliwości oraz zaufanie środowiska naukowego i przedsiębiorców to kluczowy czynnik sukcesu transferu technologii, a zatem zwiększenia innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Zwiększenie tej świadomości oraz zaufania to jeden z głównych celów działalności CTT. Partnerem Projektu Centrum Transferu Technologii AGH jest ArcelorMittal Poland S.A.

Nie ma ani barier prawnych, ani organizacyjnych. Mamy odpowiedni aparat urzędniczy, odpowiednie procedury. Mało tego, mamy możliwości uzyskania wsparcia finansowego, m.in. w ramach funduszy strukturalnych, w ramach inicjatyw typu IniTech, mamy nawet ustawę o wspieraniu działalności innowacyjnej, która umożliwia uzyskanie wsparcia ze środków publicznych na transfer technologii.

To w czym tkwi problem? Warunkiem dobrej współpracy jest przede wszystkim wzajemna znajomość środowiska naukowego i biznesowego oraz, co niesłychanie istotne, wzajemne zaufanie. Znajomość rozumiem poprzez wzajemną świadomość potrzeb i możliwości. Przedsiębiorcy muszą mieć zaufanie do tego, że na bazie innowacji powstałych na uczelni wyższej można zrobić biznes. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Nie, bowiem misją naukowca jest nauka. Dorobek naukowy jest dla naukowca wartością najwyższą, ale proszę mi wierzyć, że każdego naukowca satysfakcjonuje wymierny efekt praktyczny jego pracy. Moim zdaniem, podporządkowanie badań naukowych celom komercyjnym do niczego dobrego by nie doprowadziło. Natomiast realnym problemem jest wykorzystanie wyników prowadzonych badań, czyli nadanie im cech umożliwiających wykorzystanie komercyjne. Nie zawsze sam fakt zakończenia badań jest równoznaczny z możliwością zastosowania ich rezultatów w praktyce. Pomiędzy tymi etapami powstaje, nazwijmy umownie, luka finansowa, uniemożliwiająca doprowadzenie wyników badań do postaci komercyjnej. Są wprawdzie pewne narzędzia, które ułatwiają to, jak np. projekty celowe. Pozwalają one przedsiębiorcy uzyskać środki na sfinansowanie współpracy z nauką w celu rozwiązania konkretnego problemu. Są także środki z funduszy strukturalnych, które można spożytkować na rzecz wspólnego projektu. Problem tylko w tym, że wspólne projekty wymagają zaangażowania finansowego konkretnych przedsiębiorców, niezależnie od środków pomocowych, już na samym wstępie komercjalizowania wiedzy. To stanowi dość istotną barierę. Byłoby zatem ze wszech miar wskazane wypracowanie mechanizmów pozwalających uczelniom finansować wspomniany etap komercjalizacji badań. Moim zdaniem taki mechanizm zdecydowanie zwiększyłby transfer innowacyjnych rozwiązań.

Na świecie żyje ponad 6,5 miliarda ludzi. W 2050 r. będzie nas 9 miliardów.

Chrońmy zasoby naturalne!

Są, Pana zdaniem, jakieś szczególne obszary gospodarcze zainteresowane transferem technologii? Biorąc pod uwagę jedynie obszar działalności AGH trudno mi cokolwiek wyróżnić. Nie widzę obszaru, który poza wcześniej omawianymi barierami, byłby upośledzony w stosunku do innych. Rzecz jasna obszar nauk humanistycznych, które także mamy na AGH, nie może z oczywistych powodów konkurować z wydziałami technicznymi.

Zapewne trudno określić wartość rynkową transferowanej własności intelektualnej? Określenie komercyjnej wartości dobra intelektualnego jest problematyczne przy zawieraniu każdej z umów, zwłaszcza w obszarze rozwiązań innowacyjnych. Dlatego zwykle jest to udział w przychodach przedsiębiorcy powstałych w efekcie zastosowania innowacji powstałej w Akademii.

Jakie są zatem perspektywy takich instytucji, jak kierowane przez Pana Centrum Transferu Technologii? Wyłącznie świetlane. A mówiąc poważniej, spotykam się z dużą życzliwością władz uczelni. Zostaliśmy bowiem wyposażeni w funkcjonalną infrastrukturę, uregulowane zostały wszelkie zagadnienia związane z przepływami finansowymi przy transferach technologii, a także prawa naukowców do przychodów z tytułu wykorzystania ich prac. Patrząc na to, jak i na potencjał naukowców AGH, mogę tylko spoglądać z optymizmem w przyszłość. Myślę, że podobnie jest w innych tego rodzaju instytucjach w kraju.

Nasz magazyn drukujemy w 100 % na papierze z recyklingu.

Rozmawiał: Konrad Markowski N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

19


NAUKA i GOSPODARKA

NAUKA i GOSPODARKA

Czy Polska ma patent na przyszłość? Skłodowska, Kopernik, Łukasiewicz, Kierbedź przewracają się w grobie. Nikt by na świecie nie słyszał o ich osiągnięciach, gdyby tworzyli w Polsce na początku XXI wieku. Prawa do wynalazków sprzątaliby im sprzed nosa koledzy z USA, Japonii i Niemiec. Z aktualnych statystyk patentowych wynika, że jesteśmy jednym z najgłupszych i najbardziej odtwórczych narodów na ziemi…

J

eszcze przed II wojną światową Polska zajmowała 5-6 miejsce w Europie pod względem liczby patentów. Dzisiaj wleczemy się na szarym końcu. Na całym świecie patentuje się około 1,6 miliona wynalazków rocznie, ale z Polski pochodzi zaledwie 0,003 procenta wynalazków opatentowanych w Europie. Czesi i Węgrzy mają sto razy więcej w ciągu roku – oblicza Andrzej Błaszczak z portalu wynalazki. mt.com.pl. – Na jednego Polaka przypada najmniejsza liczba międzynarodowych patentów w Europie – przekonuje światowej sławy genetyk, prof. Jan Lubiński, którego spółka Read-Gene zarejestrowała pięć zagranicznych patentów w dziedzinie genetyki nowotwórów. Prawdziwym problemem jest nie tyle nawet liczba (na poziomie lat 60. XX w.), co żenująca skuteczność polskich wniosków patentowych – przekonują specjaliści z firmy badawczej KPGM, która opublikowała we wrześniu raport pt. „Intelektualne złoto – znaczenie własności intelektualnej w gospodarce oraz w sektorze dóbr konsumpcyjnych”. W Europejskim Biurze Patentowym (EPO) akceptuje się średnio jeden patent na dwa lub trzy zgłoszenia, ale te z Polski jedno na pięć do sześciu zgłoszeń. Skuteczność polskich wniosków do puli europejskich znaków towarowych wynosi zaledwie 40 proc., gdy w starej UE – ponad 80 proc. Wszystkie polskie przedsiębiorstwa zgłaszają kilkanaście razy mniej 20

TEBERIA

patentów europejskich niż największe koncerny. Na przykład najbardziej aktywny Philips ma 17 razy więcej zgłoszeń niż cały nasz kraj, a dziesiąta na liście Toyota – 5 razy więcej! Jeszcze gorzej jest pod względem liczby przyznanych patentów. Z jedną tylko firmą Bosch przegrywamy w stosunku 36 do 1. Dlaczego? – Prawdopodobnie polskie firmy zgłaszają coś, co jest już chronione, albo wniosek odrzuca się z powodu niskiej jego jakości – ocenia Mariusz Strojny z KPMG. – Dystans, jaki dzieli polskie firmy do liderów w branży produkcyjnej w Europie, jest ogromny i trudno jest sobie wyobrazić, aby w najbliższych latach udało się go znacząco zmniejszyć – kwitują autorzy cytowanego raportu. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o honor polskiej nauki, gorzej, że za pomocą statystyk w dziedzinie ochrony własności intelektualnej i przemysłowej mierzy się współcześnie poziom tzw. innowacyjności krajowych gospodarek, a ten przekłada się już nie tylko na prestiż, ale i na konkretne zyski.

Wynalazki mogą być kapitałem Patent na popularną „empetrójkę” (format audio mp3) zarobił dla jego właścicieli około stu milionów euro rocznie. Bez skutecznej ochrony byłby tylko źródłem strat: według wyliczeń KPMG z powodu naruszeń własności intelektualnej polskie firmy tracą średnio 4 mln zł rocznie, a mowa tylko N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Fot. Arch. IBM

Tekst: Witold Gałązka

o znakach towarowych. Oprócz nich w bazie przedmiotów chronionych własności przemysłowej Urzędu Patentowego RP figurują też: międzynarodowe znaki towarowe (na mocy tzw. porozumienia madryckiego), wynalazki, wzory użytkowe, przemysłowe i zdobnicze, oznaczenia topograficzne, a nawet topografie układów scalonych. – Wynalazek bez patentu wart jest niewiele. Dla firmy patent to jego waluta – mówią przedsiębiorcy. – Stawka jest wysoka, bo znaki towarowe i patenty warte są często dziesiątki lub setki milionów złotych i bywają najcenniejszymi aktywami spółek w sektorze dóbr konsumpcyjnych – szacuje Tomasz Wiśniewski, szef jednego z projektów badawczych na temat polskiej wynalazczości. Na świecie kradnie się nie tylko rozwiązania i technoN r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

logie, ale coraz częściej znaki towarowe, co bezpośrednio szkodzi marce. Tymczasem marki są głównym atutem każdej firmy oraz podstawą prowadzonej działalności. Aż dwie trzecie badanych polskich firm wytwarzających dobra konsumpcyjne deklarowało, że ma problem z podróbkami (podrabianie jest w Polsce przestępstwem ściganym z mocy prawa). Zbliżonej skali zjawisko dotyczy produktów podobnych (pod względem nazwy, opakowania, składu), jednak w ich przypadku właściciel znaku towarowego musi sam dochodzić roszczeń. Nic nie wskóra, jeśli nie zarejestrował patentu. Profesor Antoni Tajduś, rektor AGH w Krakowie wspomina, jak jeden z jego pracowników naukowych wymyślił oryginalne rozwiązanie w zakresie zimnej obróbki metali

Duże koncerny międzynarodowe zgłaszają wielokrotnie więcej patentów niż cały nasz kraj. Na zdjęciu laboratorium badawcze IBM.

TEBERIA

21


NAUKA i GOSPODARKA

Rura, trole i Myszka Miki Na niejasność i zagmatwanie prawa patentowego skarżą się w Polsce niemal wszyscy zainteresowani prócz pracowników Urzędu Patentowego RP i tysięcznej armii rzeczników patentowych: – Paradoks polega na tym, że skomplikowane, trudne i nieprzystępne przepisy to dla biurokracji patentowej podstawowa racja bytu i źródło nieustających dochodów – mówi proszący o anonimowość specjalista Regionalnego Ośrodka Informacji Patentowej na południu Polski. Dodaje, że problem jest uniwersalny: w Stanach Zjednoczonych eksperci patentowi za ciężkie pieniądze sprzedają biznesowi sążniste podręczniki, jak napisać wniosek w taki sposób, by „przemycić” rozwiązania, które zgodnie z duchem prawa nigdy nie mogłyby podlegać ochronie. Na świecie i w Polsce co rusz wypływają przykłady najbardziej absurdalnych wynalazków, którym – wskutek sprytu wnioskodawców lub dowolności czy błędów w ocenie – przyznano legalną ochronę. W polskich dużych przedsiębiorstwach państwowych od czasów PRL do perfekcji doprowadzono rodzimą odmianę hochsztaplerstwa, któremu w amerykańskich warunkach nadano nawet określenie „patentowej strategii Myszki Miki” (zbierać jak najwięcej formalnych praw-patentów i wciąż je przetwarzać i odnawiać, trzymając w szachu i zmuszając do słonych opłat każdego, kto dokonuje nowego wynalazku; rolę tzw. „troli patentowych” grają często największe korporacje, które stać na kosztowne utrzymywanie licencji „na wszystko”). W latach 90. w KGHM krążyło ironiczne powiedzenie, że nobliści to płotki w porównaniu do „wynalazców” miedziowego koncernu, którzy za swoje „osiągnięcia” dostawali znacznie więcej. Nagrody racjonalizatorskie szły w dziesiątki i setki milionów złotych i dziwnym trafem gwałtownie rosły pod koniec kadencji rad nadzorczych i zarządów, w których zasiadali przez przypadek posiadacze patentów. Najbardziej płodny w wynalazki był rok 1998, kiedy zarząd KGHM miał przeczucie, że może to być ostatni jego rok. Wypłacono ponad 47 mln zł, podczas gdy rok wcześniej – 14 mln zł. Później wprawdzie starano się uporządkować sytuację, ale prawa do wypłat za racjonalizację obowiązują przez kilka lat i nie sposób ich było zgodnie z prawem po prostu odebrać. Nawet, jeśli przysługiwały za – oczywiste dla każdego inżyniera – proste ułożenie rury, która przed ulepszeniem biegła… zygzakiem.

Gęstwina przepisów W Polsce, gdzie po wojnie doskwierał wynalazcom brak jednolitych uregulowań patentowych, sytuację miała uzdrowić nowa ustawa Prawo własności przemysłowej, 22

TEBERIA

którą uchwalono w 2000 roku po sześciu latach prac w Sejmie. W ustawie tej własność przemysłowa zaliczana jest do własności intelektualnej, traktowana na równi z prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Prawo to nawiązuje do długiej tradycji zapoczątkowanej Konwencją paryską o ochronie własności przemysłowej z 1883 r. W intencji projektodawców ustawa uzgadnia też polskie przepisy ze zobowiązaniami podjętymi po przystąpieniu Polski do WTO (Światowa Organizacja Handlu) i harmonizuje normy prawa polskiego z prawem Unii Europejskiej. Wszystko to miało służyć potrzebom dynamicznie rozwijającej się gospodarki rynkowej (pasjonaci wynalazczości mawiają, że opisując perypetie patentów w epoce nowożytnej, można by jednocześnie napisać historię kapitalizmu.) W najnowszych badaniach Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości postanowiła spytać praktyków (biznesmenów sektora małych i średnich przedsiębiorstw) o najpoważniejsze bariery w uzyskaniu ochrony patentowej. – Koszty – odpowiedziało aż 72 proc. ankietowanych, ale na wszystkich kolejnych miejscach umieścili już przeszkody prawne i administracyjne (!): długoletni proces oczekiwania (67 proc.), skomplikowane procedury (aż 38 proc.), brak szkoleń (39 proc.), brak bezpłatnego doradztwa (36 proc.). Na domiar złego, blisko jedna trzecia badanych nie wierzy w skuteczność uzyskanej ochrony.

A po co nam innowacje? Ocena wypadła miażdżąco dla administracji patentowej, ale i ona nie pozostała przedsiębiocom dłużna: rzecznicy patentowi, przedstawiciele firm szkoleniowych oraz badacze z PARP jednogłośnie stwierdzają, że 98 proc. polskich przedsiębiorców kompletnie nie interesuje się ani ochroną własności przemysłowej, ani uzyskaniem pomocy publicznej w tym zakresie (służy temu pilotowany przez PARP program operacyjny rozdziału funduszy UE Innowacyjna Gospodarka w tzw. działaniu 5.4). – Małe i średnie przedsiębiorstwa są w większości odtwórcze i nastawione raczej na technologie już sprawdzone, niż na własną innowacyjność – ocenia rzecznik PARP Monika Karwat-Bury. Obojętność polskiego biznesu sięga tak daleko, że ponad 75 proc. ankietowanych firm (badania KPMG) nie przeprowadzało i nie planuje w najbliższej przyszłości sporządzenia niezależnych wycen posiadanych własności intelektualnych. PARP podkreśla, że niski poziom innowacyjności polskiej gospodarki wiąże się z niskim poziomem finansowania badań. Pod względem nakładów na działalność badawczo-rozwojową Polska nie tylko pozostaje daleko poza wiodącymi państwami UE (Szwecja, Finlandia, Dania, Niemcy, Austria), lecz także wyraźnie odstaje od średniej dla całej Unii Europejskiej. Zdaniem ekspertów, obserwowane w Polsce obniżenie uzależnienia nakładów na „B+R” (badania i rozwój – przyp. red.) od wzrostu PKB to negatywne zjawisko. Odwrotne zmiany zachodzą w dynamicznie rozwijających się w tym obszarze Chinach i Republice Korei. Słabość polskiej i środkowoeuropejskiej polityki w dziedzinie innowacyjności gospodarki zauważył w zeszłym roku podczas wystąpienia w Krakowie sam Gerard Giroud, dyrektor EPO (Europejskiego Biura Patentowego, którego roczny budżet pochodzący z samych tylko opłat wnioskodawców sięga 1300 mln euro). N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Hasła nie zastąpią pieniędzy

Trysnął strumień euro?

– Innowacyjna gospodarka popierana jest hasłowo, ale w Polsce nie robi się wiele, aby pomóc naukowcom w zdobyciu niezbędnych, międzynarodowych patentów – tłumaczy prof. Lubiński, genetyk i onkolog, którego firma Read Gene zadebiutowała niedawno w New Connect na Giełdzie Papierów Wartościowych i mimo kryzysu uzyskała świetne wyniki na akcjach: 60-70 procent przebicia. Ich cena wzrosła z 2,70 zł w chwili debiutu do 4,35 zł w pierwszej połowie maja. Za zdobyte na giełdzie pieniądze naukowcy wdrożą kolejne patenty i poprowadzą badania nad rakiem. Lubiński pracował w Pomorskiej Akademii Medycznej nad metodami pozwalającymi poznać ryzyko zachorowania na nowotwory na podstawie analizy kodu DNA. – Po latach zauważyłem, że niektóre nasze odkrycia mają wartość nie tylko krajową, ale i światową. Powinny więc być chronione międzynarodowym patentem. Przez trzy lata kosztuje on około 30 tysięcy złotych – wspomina profesor. PAM nie miała pieniędzy, więc naukowiec z kolegami postanowił założyć prywatną spółkę. Uczelnia za współpracę naukową dostanie 20 proc. zysków Read Gene, która jest firmą typu „spin off ” (w senacie akademii nikt prócz rektora nie rozumiał tej koncepcji zarządzania – wspominają założyciele RG). – Brak wiedzy na temat tego rodzaju przedsiębiorczości akademickiej to jedna z przeszkód w jej rozwoju w Polsce – uważa prof. Lubiński i dodaje, że w skali kraju przeznaczenie kilku milionów złotych na finansowanie patentów nie byłoby dużym wydatkiem. Państwo mogłoby płacić nawet 90 procent ich ceny.

Czy państwo rzeczywiście zaczęło rozumieć swoją rolę we wspieraniu innowacyjności? Jednym z najnowszych przykładów może być program Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego „Patent Plus – Wsparcie patentowania wynalazków”. Ma on na celu unowocześnienie transferu technologii z jednostek naukowych do gospodarki. Adresowany jest m.in. do uczelni, akademickich inkubatorów przedsiębiorczości, parków technologicznych, konsorcjów badawczo-rozwojowych i polskich fundacji, które dzięki pomocy państwa dostaną refundację kosztów przygotowania zgłoszeń w UPRP i w procedurze miedzynarodowej oraz darmową asystę rzecznika patentowego. Własny wkład określono na zaledwie 10 proc. kosztów. Inną z jaskółek może być porozumienie podpisane w lutym w obecności prezes UPRP, dr Alicji Adamczak, między Głównym Instytutem Górnictwa, Politechniką Śląską i Uniwersytetem Śląskim. – Sygnatariusze zawartego porozumienia to jednostki o ogromnym potencjale naukowym, które rocznie realizują kilkaset prac badawczych, w znaczącym procencie mających cechy innowacyjnych projektów wynalazczych. Podjęcie współpracy pomoże stworzyć środowisko sprzyjające rozwojowi innowacyjności w całym regionie – ocenia dr Adamczak. Rekordową sumę 721 milionów złotych rozdzieliła przed kilkoma dniami PARP między dwieście polskich firm w konkursie PIOG na dofinansowanie najlepszych zgłoszonych projektów badawczo rozwojowych. Wśród zwycięzców są tuzy gospodarcze, jak Polska Miedź (otrzymała prawie 40 mln zł), ale też liczne niewielkie, jednoosobowe przedsiębiorstwa, które we wnioskach wykazały się dobrymi pomysłami, do których dopłaci Unia Europejska. – Nasz pozycja w rankingach ochrony własności przemysłowej i intelektualnej nie wynika z tego, że jesteśmy głupim narodem – podkreśla genetyk prof. Lubiński. – Mamy ogromny potencjał, tylko brakuje nam systemu, aby zamienić go w konkretne osiągnięcia. I to chronione prawem. ¢

Kryzys mądrego przywództwa Gorącym zwolennikiem innowacji i ścisłej współpracy nauki i biznesu jest również Klemens Ścierski, były minister przemysłu i handlu, szef Elektrowni Łaziska, która już przed laty słynęła ze zjawiskowej w Polsce liczby zarejestrowanych patentów zagranicznych (w Łaziskach opracowano ponad pół tysiąca oryginalnych technologii, sto patentów uzyskano w 12 krajach świata). – Kto dzisiaj w Polsce wie, że innowacje rządzą światem, że ludzie innowacyjni poradzą sobie w każdych warunkach? – pyta retorycznie Ścierski. Jego zdaniem przyczyną żałosnego poziomu innowacyjności w kraju jest kryzys dobrego przywództwa w firmach. – Potrzeba nam wizjonerów, a nie biurokratów, którzy boją się bezustannych zmian w radach nadzorczych i u steru przedsiębiorstwa. Dobry menedżer toleruje ludzi niepokornych, ale inteligentych. Musimy zmienić sposób myślenia: w Polsce, w gospodarce, na Śląsku, a również w górnictwie. Postawić na właściwych ludzi, przywódców i menedżerów gotowych uwierzyć, że najważniejszy jest człowiek i jego głowa, a w niej dobre pomysły – podsumowuje Ścierski. – Dopiero ostatnio w kraju pojawiły się projekty, które mają pomagać w zdobyciu patentów – ocenia prof. Lubiński. rys. Marcin Bondarowicz

w hutnictwie. – Nikt się tym wynalazkiem w Polsce nie zainteresował, a uczelni nie było stać na to, żeby innowację chronić patentem. Po trzech latach identyczne rozwiązanie pojawiło się w Niemczech. Okazało się, że z wynalazku skorzystał nieodpłatnie jeden z niemieckich koncernów metalurgicznych – mówi prof. Tajduś i podaje przykład Uniwersytetu Stanfordzkiego w Kalifornii, który ma nie tylko światowy prestiż, ale znany jest w kręgach naukowych z tego, że ponosi wysokie ryzyko działalności innowacyjnej. Na sto patentów, tylko 2 lub 3 znajdą zastosowanie komercyjne, ale wtajemniczeni wiedzą, że tylko jedno wdrożenie może zarobić na całą resztę. Tymczasem polskie przepisy w tym względzie zakazują władzom uczelni „nadmiernego” ryzyka.

NAUKA i GOSPODARKA

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

23


SPOTKANIA

SPOTKANIA

W tej sytuacji wierzy Pani, że nasza codzienność może być inteligentniej poukładana? Wierzę w to, bo są miejsca na świecie, gdzie tak naprawdę jest. Szkoda, że nie da się zaprojektować miasta w ten sposób, by wyeliminować z niego ruch samochodowy. Ale można go ograniczyć inwestując w nowoczesny transport publiczny. U nas w firmie wiele osób przestawiło się z samochodu na kolejkę podmiejską i zredukowali czas dojazdu do pracy z półtorej godziny do dwudziestu minut.

„IBM Next Five In Five” to pięć innowacyjnych rozwiązań proponowanych przez IBM, które mają odmienić nasze życie w ciągu najbliższych pięciu lat. Brzmi ekscytująco, ale na czym konkretnie to panaceum na nasze bolączki cywilizacyjne miałoby polegać? Weźmy tylko poruszony problem – możemy pochwalić się inteligentnym systemem ruchu drogowego w Sztokholmie, który doprowadził do obniżenia natężenia cyrkulacji pojazdów o 20 proc., emisji spalin o 12 proc., a 40 tysięcy ludzi więcej niż dotychczas codziennie korzysta z transportu publicznego. Za pomocą systemu kamer prowadzona jest bardzo efektywna rejestracja samochodów wjeżdżających do centrum, co wiąże się z opłatami. W ten sposób wiele osób porzuciło podróż samochodem na rzecz transportu publicznego. Wspomniane opłaty, już nie tyle za samo parkowanie, co za wjazd do centrum miasta, są inwestowane w rozwój transportu publicznego. Dzięki temu zbudowano w Sztokholmie dodatkową linię metra.

Fot. Arch. IBM

Dlaczego tak nie miałoby być w Warszawie lub w Krakowie?

Innowacyjność Buduje Markę 24

TEBERIA

Rozmowa z Anną Sieńko, dyrektor generalną IBM Polska

Dojeżdża Pani do pracy samochodem? Dojeżdżam, ale wstyd się przyznać, że dystans, jaki dzieli mnie z pracy do domu, to zaledwie kilka ulic. To nie tyle kwestia wygody, co mobilności i bezpieczeństwa.

Ale zdarza się Pani podczas tych krótkich dojazdów stać czasami w korkach. Na szczęście bardzo rzadko. Gorzej mają moi współpracownicy. Niektórzy z nich dojeżdżają do pracy nawet półtorej godziny. To jakiś koszmar. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Mam nadzieję, że tak będzie. Liczę, że pomoże nam w tym Euro 2012, choć niestety uciekło nam trochę czasu. Jeżeli do rozpoczęcia europejskich finałów zostanie zrealizowana tylko część inwestycji, to i tak będzie dużo lepiej niż obecnie. Dotyczy to oczywiście miast, w których zostaną rozegrane mistrzostwa, ale sądzę, że za dobrymi przykładami pójdą inni.

W niejednym polskim mieście gospodarze zaraz zaprotestują, że przecież dzięki funduszom strukturalnym wszędzie już coś się dzieje. Nie zaprzeczam temu. Tyle, że efektywnego systemu zarządzania ruchem nie da się zrobić półśrodkami, nie wystarczy na przykład skierować samochody na inne ulice. To wymaga zamodelowania takiego organizmu, jakim jest miasto, tym bardziej, że każde miasto ma własne reguły, które odpowiadają za powstawanie korków ulicznych. Nieraz zastanawiamy się, dlaczego stoimy w korku w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie staliśmy? Pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to wypadek. Po czym okazuje się, że nic się nie stało. Mijamy jakiś krytyczny odcinek i dalej swobodnie się poruszamy. Zatem, żeby stworzyć efektywny system zarządzania ruchem, trzeba najpierw poznać wszystkie wewnętrzne reguły. A że można stworzyć w Polsce inteligentny system zarządzania ruchem, choćby i pasażerskim, dowodzi nowy terminal na lotnisku Okęcie w Warszawie. Przy budowie tego systemu wzięto pod uwagę rozkład lotów, wielkość samolotów itd. Powstał model, na podstawie którego zbudowano nowy TEBERIA

25


SPOTKANIA

SPOTKANIA

terminal. I to działa. Przez półtora roku nigdy nie stałam w większej kolejce, a latam dość sporo.

Jak miałoby wyglądać wprowadzenie w Warszawie inteligentnego systemu ruchu drogowego? Jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że w większości dużych aglomeracji polskich działają już cząstkowe systemy monitoringu, na których można oprzeć zintegrowany system zarządzania ruchem. W Singapurze, które nie posiadało systemu kamer, budowano system w oparciu o przekaźniki GPS montowane w taksówkach. W ten sposób zbierano informacje o natężeniu ruchu drogowego.

Problem w tym, że jest to kosztowne przedsięwzięcie. Oczywiście! Jednak koszty są niewspółmierne do oszczędności.

Mówimy cały czas o inteligentnym ruchu drogowym, podczas gdy przeciętnemu Polakowi firma IBM kojarzy się z komputerem PC. Jaką ewolucję przeszedł IBM i dokąd zmierza? Jeśli mówimy o rynku polskim – który szczególnie nie odbiega od globalnego – obecnym kierunkiem rozwoju firmy IBM jest wspomniany program „Five Next in Five”. Mówiliśmy o ruchu drogowym, ale innym ważnym filarem tego programu jest służba zdrowia. Proponujemy innowacyjne rozwiązania, które sprawią, że leczenie pacjentów będzie bardziej skuteczne i mniej kosztowne. Dla przykładu wspólnie z warszawskim ICM pracujemy nad trójwymia-

Fot. Arch. IBM

IBM

26

TEBERIA

rowym obrazem serca. Dzięki temu rozwiązaniu lekarz pogotowia ratunkowego trafiając w nagłym przypadku do pacjenta będzie miał zdecydowanie większą wiedzę na jego temat. Korzystając z nowoczesnych narzędzi, przy pomocy internetu, lekarz już podczas pierwszego kontaktu będzie w stanie dokonać trafnej diagnozy. Pracujemy także nad bardziej efektywnym przesyłem energii czy systemem pracy. Nie ma chyba dziedziny gospodarki, w której nie byłoby IBM.

Tam, gdzie można zarobić… Również tam, gdzie można pomóc. Pracujemy ciągle nad tym, by usprawniać procesy biznesowe, co również ma wymiar społeczny.

Na czym polegają rozwiązania IBM? Oferujecie doskonałe oprogramowanie, które rozwiązuje wszystkie problemy w mgnieniu oka? To nie tylko software, ale także specjalistyczny sprzęt, jak i dopasowane do tego usługi konsultingowe. Przykładem jest koncepcja SOA. Dzięki niej nie trzeba wymieniać stosowanych dotąd rozwiązań informatycznych, by uzyskać jednolite dane. A wszystko to dzięki tzw. szynie danych, do której podpina się przeróżne rozwiązania informatyczne. To duża oszczędność dla administracji i firm. Proponujemy także systemy, które umożliwiają wykorzystanie pełnego potencjału obliczeniowego sprzętu w rozproszonej infrastrukturze, dzięki czemu można oszczędzić energię elek-

to jeden z najbardziej znanych i najdłużej funkcjonujących na rynku koncernów informatycznych. Do przedrostka „naj” można by dodać jeszcze kilka określeń. Po pierwsze, największy. Firma zatrudnia na całym świecie ponad 380 tys. pracowników i jest największym pracodawcą wśród firm IT. Po drugie, najbardziej innowacyjny, jeśli mierzyć to liczbą patentów. Każdego roku IBM patentuje ok. 3 tys. nowych rozwiązań. Początki firmy sięgają 1911 r., ale dopiero rozwój komputerów osobistych wywindował ją na szczyty. Premiera komputera osobistego firmy IBM miała miejsce 12 sierpnia 1981 roku w nowojorskim hotelu Astoria, pięć lat po premierze komputera Apple I firmy Apple Computer. Komputer posiadał 16 kB pamięci RAM, zamiast twardego dysku stację dyskietek 5,25” o pojemności 180 kB i kosztował ponad 2,5 tys. dolarów. Jego wyprodukowanie zajęło firmie rok.

Za ojca obecnego peceta uważa się Philipa Estridge’a, szefa laboratorium IBM, który przy opracowywaniu prototypu postanowił skorzystać z podzespołów ogólnodostępnych na rynku – dotychczas przy konstrukcji dużych maszyn IBM zawsze korzystał z własnych części. Napisanie systemu operacyjnego do nowego komputera zlecono maleńkiej wówczas firmie Microsoft z Seattle, której właścicielem był 25-letni Bill Gates. W 2005 roku IBM sprzedał dział komputerów osobistych chińskiemu Lenovo za 1,25 mld dol. Koncern skupił się na usługach doradczych i informatycznych oraz tworzeniu oprogramowania. Zmiana wiązała się z przyjściem w 2002 r. do IBM obecnego CEO, Samuela J. Palmisano. IBM wraz ze swoimi innowacyjnymi rozwiązaniami wchodzi coraz mocniej w obszary życia społecznego. W ubiegłym roku koncern zaprezentował drugą odsłonę „IBM Next Five in Five” – pięciu innowacji w rozwoju technologii, które odmienią nasze życie w ciągu najbliżN r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

tryczną. Jeśli już o tym mowa, produkujemy maszyny, które mają najniższe zużycie energii elektrycznej. Zbudowany przez nas na Uniwersytecie Warszawskim superkomputer Nautilius jest najbardziej energooszczędny na świecie. W ten sposób wychodzimy naprzeciw potrzebom współczesnego świata.

Tymczasem jedną z potrzeb współczesnej Polski jest budowa innowacyjnej gospodarki. Polska do tej pory uchodzi za kraj, w którym inwestycje światowych koncernów ograniczają się do budowy montowni sprzętu. IBM był jednym z pierwszych koncernów światowych, które postawiły na innowacyjność swoich inwestycji w Polsce. Inwestując w Polsce IBM postawił głównie na centra serwisowe, które zatrudniają wielu młodych ludzi po studiach. Przykładowo, centrum finansowo-księgowe w Krakowie zatrudnia ok. 1,5 tys. w większości młodych ludzi, którzy dzięki pracy w IBM nabierają doświadczenia korporacyjnego, uczą się określonych standardów jakościowych pracy w globalnej gospodarce. W ten sposób pracujemy np. dla firm z sektora paliwowego. Drugim filarem IBM w Polsce jest funkcjonujące również w Krakowie Laboratorium Oprogramowania. Jesteśmy bardzo dumni z niego, bo na całym świecie jest tylko kilka tego rodzaju jednostek. Pracuje tam blisko 300 osób, które tworzą oprogramowanie z rodziny Tivoli, służące m.in. do monitorowania infrastruktury informatycznej. Informatycy u nas zatrudnieni mają okazję do współpracy

szych 5 lat. Wybór konkretnych obszarów innowacyjności podyktowany jest rynkowymi i społecznymi badaniami oraz kształtem i charakterem projektów, nad którymi firma IBM pracuje na całym świecie. Zdaniem specjalistów IBM, rozwój technologii w ciągu najbliższych pięciu lat i będące jego owocem innowacje wpłyną na następujące obszary naszego życia: Redukcja problemów związanych z komunikacją miejską, transportem i zanieczyszczeniem środowiska. Sposób prowadzenia samochodów i podróżowania zmieni się nie do poznania. Wprowadzenie rewolucyjnych ułatwień w codziennych czynnościach dzięki nowym funkcjom telefonów komórkowych i eksploracji środowisk mobilnych (mCommerce – handel i popularyzacja komercyjnych zastosowań Internetu w oparciu o technologie mobilne). Telefon komórkowy będzie Twoim portfelem, brokerem biletowym, osobistym asystentem, bankierem, a także doradcą w zakupach. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

z informatykami z całego świata, przez co transfer wiedzy do Polski jest ogromny.

Skoro mówimy o młodych ludziach, proszę zdradzić, jak wygląda typowa ścieżka kariery w IBM? Czy nie jest aby tak, że odbywa się tu ogromna rotacja zatrudnienia? Dość powszechnie uważa się, że praca w dużych korporacjach to drenaż potencjału intelektualnego zatrudnionych ludzi. Mamy stosunkowo niski wskaźnik rotacji, co dowodzi, że zatrudnienie w IBM jest stabilne. Typowa ścieżka kariery w IBM wygląda w ten sposób, że pracę inicjuje 12-miesięczny okres edukacji. Nierzadko bywa tak, że zatrudniamy młodych ludzi jeszcze przed ukończeniem studiów. Systematycznie co trzy miesiące wyjeżdżają na zagraniczne szkolenia. Uwieńczeniem tego okresu dla najlepszych jest etat w IBM. Dalsza ścieżka kariery zależy od wykonywanej profesji, pracują u nas np. sprzedawcy, konsultanci, menedżerowie czy też architekci rozwiązań aplikacyjnych bądź strukturalnych. W tym ostatnim przypadku ścieżka rozwoju zawodowego prowadzi od junior IT po distinguished engineer, a takich osób jest zaledwie kilkaset na całym świecie. Są oni swoistymi guru od konkretnych rozwiązań. Bywa jednak często i tak, że ludzie zatrudnieni w IBM zmieniają działy, gdyż praca przy jednym i tym samym przez lata może stać się nużąca.

IBM to firma, która ma na swoim koncie najwięcej patentów, szacowanych na ok. 3 tys. rocznie. Jaki jest wkład polskiego IBM do tego dorobku?

Efektywne wykorzystanie źródeł energii. Będziemy ekologiczni i zaoszczędzimy. Skuteczniejsze metody diagnostyki i leczenia schorzeń oraz postępy w medycynie. Lekarze będą sprawniej i precyzyjniej diagnozować pacjentów w trójwymiarowym Internecie. Kontrola źródeł pochodzenia żywności i jej składu. Dzięki opisowi Twoich nawyków żywieniowych, można dowiedzieć się wiele na temat tego, kim jesteś. W najbliższym czasie sam dowiesz się więcej o pochodzeniu Twoich posiłków. W Polsce IBM jest obecny od 1991 roku. W Warszawie w 1996 roku rozpoczęło działalność Centrum Edukacyjne IBM, a w 2000 roku powstało jedno z pierwszych w Polsce Centrów Obliczeniowych (Data Center) na potrzeby świadczenia usług outsourcingowych. Od 2003 roku działa IBM Innovation Center, którego podstawowym zadaniem jest wspieranie rozwoju aplikacji dla produktów IBM. W Krakowie powstał ośrodek

świadczący usługi outsourcingu procesów biznesowych - Business Transformation Outsourcing (BTO), a w grudniu 2005 roku swoją działalność zainaugurowało Laboratorium Oprogramowania IBM. Jest to pierwsze tego typu centrum w Europie Środkowo-Wschodniej. Do głównych zadań centrum należy projektowanie i implementowanie produktów software’owych. Krakowskie laboratorium dołączyło do sieci 40 placówek programistycznych IBM zajmujących się rozwojem najbardziej innowacyjnych produktów firmy. Przy wrocławskim oddziale firmy działa Centrum Tłumaczeniowe IBM. Według doniesień prasowych IBM już wkrótce zamierza otworzyć we Wrocławiu centrum informatyczno-usługowe, w którym zatrudni aż 3 tys. osób z wyższym wykształceniem. O centrum IBM walczyły Katowice i Wrocław, ale także Kair i Bukareszt. Nikt jednak w IBM Polska nie potwierdza tych doniesień prasowych.  ¢ TEBERIA

27


SPOTKANIA

SPOTKANIA

temat określonej gałęzi biznesu bądź z zakresu zarządzania bądź produkcji, po to, by odpowiednio wykorzystywać wiedzę informatyczną. Same języki programowania to za mało.

Rozumiem zatem, że nad pewnymi rozwiązaniami mogą pracować wspólnie informatycy z Polski, Stanów Zjednoczonych, Indii i Brazylii?

Tak, bo jest tam inaczej układany program studiów. Czysta nauka informatyki na uczelniach zachodnich jest rzadkością. Informatyka jest uzupełniana wiedzą ekonomiczną bądź inną, w zależności od potrzeb.

Jak najbardziej. Informatycy z Polski zajmują wysokie stanowiska w laboratoriach rozsianych na całym świecie, co jest potwierdzeniem wysokiego wkładu polskiej myśli w dorobek IBM. Nie przypadkiem polscy studenci informatyki wygrywają rok w rok międzynarodowe konkursy. Mamy w Polsce naprawdę świetnych informatyków.

No cóż, nie ukrywam, iż życzylibyśmy sobie stałych umów z uczelniami, by korzystać z możliwości, jakie dają fundusze strukturalne.

Staramy się włączać świat nauki w to, co robimy, chcemy budować model współpracy podobny do tego, jaki prowadzimy z uczelniami na świecie. Pierwsza taka inicjatywa powstała we Wrocławiu, gdzie podpisaliśmy porozumienie z campusem wrocławskim na prowadzenie prac badawczych w obszarach zleconych przez jednostki administracji państwowej, samorządowej lub przez biznes. W Stanach Zjednoczonych współpraca pomiędzy firmami a uczelniami jest czymś naturalnym. Jeśli pojawia się problem w danej firmie, jego rozwiązanie zleca się uczelni wyższej na zasadach komercyjnych. W Polsce wciąż te mechanizmy nie są dostatecznie ukształtowane.

Pani minister Kudryckiej nie trzeba nic sugerować. Sama jest orędowniczką takiej współpracy. Jeśli mówimy o naszej współpracy z wrocławskim Centrum, to przyznam, że inicjatywa zrodziła się przypadkiem. Jeden z przemysłowców wrocławskich podczas pobytu w Laboratorium IBM w Zurichu wspomniał przy okazji, czym zajmują się wrocławskie uczelnie i w ten sposób przedstawiciele naszego szwajcarskiego laboratorium zainteresowali się wrocławskim campusem. I tak rozpoczęły się rozmowy o współpracy.

Czyli ma Pani możliwość zamówienia u rektorów AGH i UJ, weźmy na to, pięćdziesięciu absolwentów o takiej, a nie innej specjalności? Zdziwiłby się Pan, jak chętnie rozmawiają z nami na ten temat. Większość rektorów deklaruje, że jest w stanie tak dopasować program studiów, by takie firmy, jak IBM mogły pozyskiwać ich absolwentów dziesiątkami. I w tym obszarze współpraca z wyższymi uczelniami kwitnie.

Jest Pani zadowolona ze sposobów kształcenia informatyków na polskich uczelniach? I tak, i nie. Absolwenci wydziału informatyki są świetnie wykształceni w zakresie programowania, a to moim zdaniem za mało. Muszą posiadać wiedzę merytoryczną na TEBERIA

Powróćmy jednak do wspomnianej współpracy komercyjnej firm z uczelniami.

Miała Pani ostatnio możliwość rozmawiać z minister Barbarą Kudrycką przy okazji podpisania porozumienia IBM z wrocławskim Centrum Badań EIT Plus. Można było zasugerować pewne kierunki działań.

My jakoś sobie z tym radzimy. Zawarliśmy umowy z kilkoma uczelniami wyższymi (m.in. z AGH i Uniwersytetem Jagiellońskim) dotyczące profilu kształcenia studentów na potrzeby naszej firmy.

28

Czy to znaczy, że studenci informatyki w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej taką wiedzę posiadają?

Dla firm o dużym potencjale innowacyjności nieodzowną potrzebą jest współpraca z jednostkami naukowymi. Jak wygląda Państwa kooperacja z wyższymi uczelniami technicznymi?

Od dłuższego czasu słyszymy, że w tym kierunku powinna zmierzać nasza gospodarka, jest duża pula środków na ten cel z funduszy strukturalnych, a w tym kierunku podobno podąża też reforma szkolnictwa wyższego. Czy z punktu widzenia korporacji to wystarczające działania?

Anna Sieńko jest pierwszą kobietą, która kieruje polskim oddziałem IBM. Dołączyła do zespołu IBM Polska w 1999 r. jako menedżer ds. outsourcingu strategicznego, odpowiadając za stworzenie od podstaw i rozwój działu outsourcingu spółki. W swojej karierze pełniła również szereg funkcji handlowych i menedżerskich. Po odejściu z IBM wróciła do firmy w 2003 roku awansując na dyrektora Integrated Technology Services IBM GTS na region Europy Środkowo-Wschodniej. Anna Sieńko jest absolwentką Akademii Górniczo-Hutniczej. Jest mężatką, ma trójkę dzieci.

W takim razie może już nie zapytam, czy to właśnie we Wrocławiu powstanie planowane centrum informatyczno-usługowe, o którym niedawno rozpisywano się w prasie? Pozwoli pan, że nie będę komentowała tychże spekulacji.

IBM, o czym była już mowa, przoduje w statystyce patentowej. A jeśli zgłosiłbym się do Państwa z ciekawym rozwiązaniem, to czy kupicie mój pomysł? Każde zgłoszenie pomysłu jest traktowane bardzo poważnie przez centralę firmy. Sama otrzymałam kilka zleceń z biura prezesa Palmisano na lokalne rozpoznanie pomysłów, które wpłynęły do amerykańskiej centrali. Były wśród nich i takie, które opisane były wyłącznie w języku polskim. Centrala chce wiedzieć, czy pomysł jest ciekawy i możliwy do zrealizowania, kim jest firma czy wynalazca zgłaszający. Z początku byłam zaskoczona liczbą pytań na temat zgłoszenia oraz ich szczegółowością.

A jeśli pomysł okaże się ciekawy? Wtedy rusza cała maszyna weryfikująca zgłoszenie, rozpoczynamy rozmowy ze zgłoszeniodawcą i negocjacje handlowe.

Gdy zgłoszeniodawcą jest firma, to… może warto ją przejąć? IBM dokonuje wielu akwizycji firm softwarowych na całym świecie. W ten sposób staliśmy się właścicielem m.in. oprogramowania Tivoli. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

W Polsce również dokonaliście Państwo jakiejś akwizycji? Póki co, nie, choć pamiętam, że byliśmy blisko finału przejęcia firmy z Krakowa.

Skąd Pani zdaniem bierze się wynalazczość? Przede wszystkim z pasji, z której rodzą się ciekawe pomysły.

A pieniądze, chęć zarobku? Rachunek ekonomiczny jest zawsze na końcu. Wiadomo, że wynalazek musi być przydatny, a koszt jego wdrożenia nie może przekroczyć przychodów z jego zastosowania.

Myśli Pani, że w tak dużej korporacji to pasja dominuje nad wszystkim innym? Nie sądzę, by ludzka kreatywność była tłumiona przez reguły korporacyjne. Dyscyplina wcale nie musi niszczyć kreatywności. Dbamy o to należycie, bowiem na początku drogi jest kreatywność, na końcu zaś innowacyjność. A to właśnie innowacyjność buduje naszą markę.

Fot. Arch. IBM

Trudno to zmierzyć dorobkiem poszczególnych oddziałów krajowych, ponieważ w prace koncernu włączona jest cała międzynarodowa społeczność IBM. To ponad 350 tys. ludzi, którzy swoje pomysły mogą cyklicznie zgłaszać w specjalnie uruchamianym, nazwijmy umownie, portalu idei.

Powiedziała Pani, że dyscyplina nie musi niszczyć kreatywności pracowników. Myślę, że pod warunkiem, iż w firmie panują właściwe relacje interpersonalne.

Tak było kiedyś, teraz większość wynalazków rodzi się w wielkich laboratoriach.

Zwracamy na to szczególną uwagę. Nasz management przechodzi wiele szkoleń, prowadzonych jest wiele badań na temat relacji pomiędzy pracownikami. Dwa razy do roku mierzony jest tzw. klimat, czyli atmosfera w firmie, podczas którego pracownicy odpowiadają anonimowo na szereg pytań. Dodatkowo każdy menedżer otrzymuje raz w roku tzw. feedback, czyli zwrotną odpowiedź od swoich pracowników. Na podstawie tej ankiety dokonuje się oceny menedżera.

Ale takie, jak system Windows, wyszukiwarka Google czy portal Facebook nie powstały przecież w laboratoriach…

Czego zatem musi unikać menedżer w IBM, żeby nie wypaść źle w ankiecie?

Owszem, także poza laboratoriami korporacyjnymi powstają wielkie wynalazki. Zrodziła je pasja młodych ludzi. Paradoks polega jednak na tym, że wokół tych pomysłów powstały ogromne korporacje. Większość wynalazków rodzi się jednak z potrzeby. W naszym przypadku z potrzeby naszych klientów. To u nas w IBM Polska powstały tzw. handheldy dla polskiej policji. Dzięki połączeniu z centralną bazą danych policjant od razu wie, ile kierowca ma punktów karnych, czy jest notowany. I co ciekawe, stworzyliśmy to urządzenie z komponentów. Po prostu zintegrowaliśmy urządzenia w jeden system. Niby to niewielki wynalazek, a jednak jak wielce pożyteczny.

Powiem raczej, na co powinien zwracać uwagę w relacjach z pracownikami. Musi przede wszystkim klarownie przedstawiać wizję, musi odpowiednio powiązać strategię IBM z codzienną pracą swoich pracowników, musi udzielać pracownikom jasnych odpowiedzi, tak by pracownik wiedział, czy zrobił coś dobrze czy źle i musi nade wszystko wykazywać się pasją.

Jednak największe wynalazki w dziejach ludzkości powstawały poza wielkimi korporacjami.

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Kim jest dla Pani idealny menedżer? To ktoś, kto potrafi motywować zespół, zarażać pasją i nie tłumić oddolnych inicjatyw. Rozmawiał: Jacek Srokowski TEBERIA

29


RAPORT • EDUKAC JA

RAPORT • EDUKAC JA

Inżynier pilnie poszukiwany Tylko 7 proc. polskich studentów – dwukrotnie mniej niż średnio w Europie – kształci się na kierunkach technicznych, choć na ich absolwentów czekają dobrze płatne miejsca pracy. Tekst: MAREK BŁOŃSKI

Autor jest dziennikarzem Polskiej Agencji Prasowej.

B

rak inżynierów to dziś jedna z głównych cech, charakteryzujących polski rynek pracy. Kolejne analizy potwierdzają, że za kilka lat ten deficyt jeszcze się pogłębi. Paradoksalnie, choć te prognozy znane są nie od dziś, w ostatnich latach zainteresowanie studiami politechnicznymi malało. Ministerialny program kierunków zamawianych, który w tym roku – po ubiegłorocznym pilotażu – rusza pełną parą, ma być przełomem, służącym dostosowaniu struktury kształcenia do potrzeb rynku.

Spec na zamówienie

Fot. Andrei Merkulov/Dreamstime

W minionym roku akademickim pilotażowy program Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego „Zamawianie kształcenia na kierunkach technicznych, matematycznych i przyrodniczych” rozpoczęło 46 wyższych uczelni. Studia na kierunkach zamawianych rozpoczęło ponad 2 tys. młodych ludzi. Połowa z nich dostała tysiączłotowe stypendia. Uczestnicy programu korzystają też z innych form pomocy w nauce. To m.in. kursy wyrównawcze z matematyki i fizyki, kursy języka angielskiego, obozy naukowe, zajęcia dydaktyczne prowadzone przez wybitnych specjalistów z różnych dziedzin, kursy dające dodatkowe kwalifikacje i uprawnienia zawodowe, wyjazdy studyjne do przedsiębiorstw oferujących zatrudnienie absolwentów. Rok akademicki 2009/2010 to faktyczny start programu, na który do 2013 roku przeznaczono ponad 1,5 mld zł. Wszystko po to, by dodatkowo wykształcić kilkadziesiąt tysięcy absolwentów kierunków technicznych, informatycznych i matematycznych, na których jest zapotrzebowanie na rynku pracy. Najlepsi studenci – nawet połowa na roku – mogą liczyć na tysiąc złotych miesięcznego stypendium już od pierwszego roku studiów. Początkowo kryterium jego

30

TEBERIA

przyznawania jest świadectwo maturalne, w kolejnych latach o przyznaniu świadczenia będą decydować wyniki w nauce. W tym roku uczelnie ostro rywalizowały o możliwość włączenia się do programu. Na ministerialny konkurs wpłynęło ponad 160 wniosków, z czego 59 oceniono pozytywnie. Wniosków było znacznie więcej niż pieniędzy. Wszystko wskazywało na to, że mimo pozytywnych ocen część uczelni nie znajdzie się w programie z powodu braku środków. Pierwotnie miało być sfinansowanych 27 projektów na 21 uczelniach, kosztem 200 mln zł, pochodzących w większości z unijnego programu operacyjnego „Kapitał ludzki”. Resort nauki zdołał jednak przekonać odpowiedzialnych za kształt unijnego programu do zwiększenia puli środków na kierunki zamawiane. Dzięki dodatkowym 170 mln zł w tym roku będą zrealizowane wszystkie pozytywnie ocenione projekty, a liczba objętych programem studentów wzrośnie z planowanych 13 tys. do ok. 23 tys. – Udało nam się uzyskać dodatkowe środki na program kierunków zamawianych, co pozwoli na sfinansowanie wszystkich najlepszych projektów. Zainteresowanie uczelni, a przede wszystkim przyszłych studentów jest tak duże, że bardzo zależało nam na możliwości uruchomienia już teraz jak największej liczby projektów w całej Polsce. To ogromna szansa dla młodych ludzi, podejmujących w tym czasie ważną życiową decyzję o wyborze kierunku kształcenia – mówi minister nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Barbara Kudrycka. O pieniądze mogły ubiegać się uczelnie chcące zwiększyć nabór na kierunki: automatyka i robotyka, biotechnologia, budownictwo, chemia, energetyka, fizyka/fizyka techniczna, informatyka, inżynieria materiałowa, inżynieria środowiska, matematyka, mechanika i budowa maszyn, mechatronika, ochrona środowiska oraz wzornictwo. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

31


Wśród dofinansowanych uczelni na pierwszym miejscu znalazł się Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, który dostanie ponad 14 mln zł, by zwiększyć liczbę studentów matematyki i informatyki na Wydziale Matematyki i Informatyki. Wśród dofinansowanych kierunków znalazły się też m.in. chemia na poznańskim uniwersytecie, informatyka na Uniwersytecie Wrocławskim, ochrona środowiska na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, informatyka w Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej, budownictwo na Politechnice Łódzkiej, fizyka na Uniwersytecie Warszawskim. Pozostałe dofinansowane uczelnie to Uniwersytet Szczeciński, Politechnika Wrocławska, Uniwersytet Jagielloński, Akademia Podlaska, Politechnika Lubelska, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Politechnika Gdańska, Uniwersytet Rzeszowski, Politechnika Świętokrzyska, Politechnika Rzeszowska im. Ignacego Łukasiewicza, Polsko-Japońska Wyższa Szkoła Technik Komputerowych, Wyższa Szkoła Zarządzania i Bankowości w Krakowie, Akademia Techniczno-Humanistyczna w Bielsku-Białej.

Kierunek zamawiany to nie wszystko Twórcy programu podkreślają jednak, że zachęta do podejmowania studiów technicznych, jaką jest program kierunków zamawianych, to tylko jedno z koniecznych do podjęcia działań, by unowocześnić i dostosować do potrzeb rynku pracy całą – nie tylko akademicką - strukturę kształcenia w Polsce. Analizy potwierdzają, że mała liczba chętnych na studia techniczne w dużej części wiąże się z poziomem i systemem kształcenia w tych dziedzinach w szkołach podstawowych, gimnazjach i średnich. Przełom w kształceniu w przedmiotach matematyczno-przyrodniczych może przynieść nowa podstawa programowa, wdrażana od września w szkołach. – Nowa podstawa programowa redefiniuje to, czego szkoła ma nauczyć przeciętnego ucznia. W efekcie jej wdrożenia istotnie poprawią się efekty kształcenia – mówił wiosną tego roku uczestniczący w posiedzeniu plenarnym Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich ówczesny wiceminister edukacji, prof. Zbigniew Marciniak. Dziękował rektorom za to, że to m.in. z ich inicjatywy na maturę wróciła matematyka jako przedmiot obowiązkowy. – Rektorzy spowodowali to, kierowani troską o poziom absolwentów i właśnie braki na rynku pracy – ocenił. Dla powodzenia programu co najmniej tak samo ważna jak ministerialne dofinansowanie będzie postawa władz uczelni, na których nowe zasady powinny wymusić większą elastyczność działania. – Uczelnie powinny odejść od edukacji „podażowej”, czyli takiej, gdzie oferta uczelni uzależniona jest tylko od niezmiennych od lat możliwości, na rzecz podejścia „popytowego”, wynikającego z potrzeb rynku pracy – przekonywała przed wakacjami w Sejmie wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego, Grażyna Prawelska-Skrzypek.

Inżynierów brak Zlecona przez ministerstwo analiza, choć przeprowadzona w niezbyt sprzyjającym prognozowaniu okresie spowolnienia gospodarczego, potwierdziła wcześniejsze sondaże, według których inżynierowie są i będą jednymi z najbardziej poszukiwanych na rynku fachowców. Autorzy opracowania przekonują, że wysokie zapotrzebowanie na pracowników z wykształceniem technicznym to jedna 32

TEBERIA

RAPORT • EDUKAC JA Fot. Bogdan Kułakowski

RAPORT • EDUKAC JA

z podstawowych cech współczesnego rynku pracy w Polsce. Według badań TNS OBOP sprzed dwóch lat, ponad 60 proc. przedsiębiorstw deklaruje brak kadry inżynierskiej. Pracodawcy zgłaszają największe zapotrzebowanie na inżynierów mechaników, budownictwa i inżynierii środowiska oraz inżynierów elektryków. Ministerialna diagnoza zakłada, że jeżeli gospodarka polska szybko wyjdzie z obecnego spowolnienia i powróci na ścieżkę szybkiego wzrostu, w 2013 roku w przemyśle może brakować nawet 46,8 tys. inżynierów, a w sektorze usług 22,8 tys. Największe wzięcie u pracodawców będą mieli inżynierowie mechanicy, górnicy, metalurdzy i specjaliści z pokrewnych dziedzin. W ramach najnowszej analizy o opinię w sprawie zapotrzebowania rynku na specjalistów z kierunków matematycznych, przyrodniczych i technicznych zapytano wojewódzkie urzędy pracy, których przedstawiciele jako deficytowe kierunki wskazali m.in. fizykę informatyczną, elektrotechnikę i matematykę (z kierunków matematycznych), biotechnologię, inżynierię środowiska i ochronę środowiska (z przyrodniczych) oraz informatykę, automatykę, inżynierię biomedyczną, fizykę techniczną i inżynierię materiałową (z technicznych). Już dziś w niektórych dziedzinach widać lukę między popytem na specjalistów a podażą absolwentów.

Andrzej Wypych, dyrektor personalny ArcelorMittal Poland

Decydując o realizacji programu edukacyjnego ZainSTALuj się chcieliśmy nie tylko pokazywać uczniom i studentom perspektywy rozwoju w branży hutniczej i dzielić się wiedzą, ale również poznać ich oczekiwania.

Zawód na wagę złota Popyt na inżynierów po części potwierdził także czerwcowy raport firmy Manpower, należącej do światowych liderów w sektorze usług pośrednictwa pracy. Inżynierowie znaleźli się na czwartym miejscu wśród 10 najbardziej poszukiwanych zawodów w Polsce, Europie i na świecie. W naszym kraju aż 48 proc. pracodawców zadeklarowało, że ma trudności z obsadzeniem stanowisk z powodu braku kandydatów o odpowiednich kwalifikacjach. W pierwszej trójce poszukiwanych znaleźli się wykwalifikowani pracownicy fizyczni (np. elektrycy, cieśle, stolarze, murarze, hydraulicy, spawacze), menedżerowie projektów i przedstawiciele handlowi. – Badanie przeprowadzane było w Polsce po raz drugi. Osiem stanowisk, wskazanych jako najtrudniejsze do obsadzenia, w zeszłym roku ponownie znalazło się na liście tych najbardziej poszukiwanych – podkreśliła dyrektor generalna Manpower Polska, Iwona Janas. To tylko potwierdza, że odpowiadająca potrzebom rynku pracy zmiana profilu kształcenia jest trudna i wymaga czasu. Manpower już po raz czwarty przebadał prawie 39 tys. pracodawców z 33 krajów świata, by ustalić, na które stanowiska jest największe zapotrzebowanie. Aż 7 z 10 stanowisk, na które najtrudniej jest znaleźć pracowników, pokrywa się z listą zawodów ustalonych dla Polski. Pierwsza trójka dla regionu, obejmującego Europę, Bliski Wschód i Afrykę, jest niemalże taka sama jak dla Polski. W obu przypadkach najbardziej poszukiwani są wykwalifikowani pracownicy fizyczni i przedstawiciele handlowi. Z kolei lista czterech najbardziej poszukiwanych zawodów w tym regionie idealnie pokrywa się z listą pracowników, których najtrudniej jest znaleźć według zestawienia przygotowanego na podstawie deklaracji pracodawców ze wszystkich 33 krajów. To wykwalifikowani pracownicy fizyczni, przedstawiciele handlowi, technicy (produkcji, procesu produkcji i utrzymania ruchu) oraz inżynierowie. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

– Spowolnienie gospodarcze, którego doświadczają prawie wszystkie kraje, doskonale uświadamia pracodawcom, że są w minimalnym stopniu przygotowani do właściwego zarządzania talentami. Obecny czas jest wykorzystywany przez firmy do pozyskania dobrych i wartościowych pracowników. Fakt, że wielu pracodawców deklaruje chęć ich zatrudniania i jednocześnie zgłasza problemy ze znalezieniem odpowiednich kandydatów, to sygnał dla pracowników, aby dbali o swój rozwój, a dla pracodawców – by dbali o talenty, które już pozyskali – skomentowała Iwona Janas.

Stypendia i staże Niezależnie od prób dostosowania oferty kształcenia do współczesnego rynku, wielu pracodawców stara się aktywnie szukać przyszłych pracowników jeszcze w trakcie studiów, kusząc np. stypendiami, płatnymi stażami i dobrymi warunkami pracy po ukończeniu studiów. Katowicki Holding Węglowy, dla którego problemem jest szybkie starzenie się kadry, także inżynierskiej, funduje stypendia przyszłym inżynierom, którzy następnie podejmują pracę w kopalniach firmy. Miesięcznie to tysiąc złotych netto – tyle samo, ile stypendium dla najlepszych w programie kierunków zamawianych. Aby to odpracować, absolwenci muszą po studiach pracować w holdingu co najmniej 3-4 lata. – Obecnie mamy podpisanych ok. 30 umów stypendialnych – mówi Piotr Ostaszewski z KHW – a w sumie co roku przyjmujemy do pracy ok. 30–40 absolwentów studiów technicznych. Holding potrzebuje przede wszystkim górników-elektryków i mechaników. Większość stypendystów to studenci wydziału górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Holding pomaga też w podnoszeniu kwalifikacji własnych pracowników, w części finansując ich studia inżynierskie. W tym roku przy należącej do grupy KHW firmie szkoleniowej w Mysłowicach ruszają studia, umożliwiające zdobycie N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

inżynierskiego wykształcenia 90 pracownikom firmy. Holding finansuje jedną trzecią kosztów takich studiów, ale też np. gwarantuje im specjalny urlop, by mogli bez przeszkód napisać i obronić pracę dyplomową. Projekt rusza dzięki współpracy z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie.

ZainSTALuj się, czyli kuźnia hutniczych kadr Jeden z najszerszych i najbardziej przemyślanych programów edukacyjnych, w którego pierwszej edycji uczestniczyło w sumie – w różnych formach – ponad dwa tysiące studentów i uczniów, przygotował koncern hutniczy ArcelorMittal Poland, we współpracy m.in. z Akademią Górniczo-Hutniczą i Politechniką Śląską. To, że program „ZainSTALuj się” wymyśliła i sfinansowała firma z branży bodaj najbardziej dotkniętej rynkowym kryzysem, tylko pozornie może dziwić. Pomysłodawcy programu wyszli ze słusznego założenia, że w okresie dekoniunktury trzeba tym bardziej przekonywać przyszłych inżynierów o tym, że hutnictwo jest nowoczesną i perspektywiczną gałęzią gospodarki, dbając przy tym o przyszłe kadry. W ramach programu na uczelniach powstały Kluby ArcelorMittal, setki studentów wzięło udział w warsztatach i szlifowało „branżowy” angielski, kilkanaście osób otrzymało stypendia. Skorzystali na tym studenci, ale także pracodawca – dzięki badaniu opinii, które objęło blisko tysiąc osób z AGH oraz politechnik: śląskiej i krakowskiej, sporo dowiedzieliśmy się o samych przyszłych inżynierach: większość z nich wybrała studia inżynierskie świadomie, po studiach chciałaby zostać w Polsce i nieźle zarabiać. Czują się dobrze przygotowani do pracy, choć narzekają na brak umiejętności praktycznych i niedostatki w angielskim, co może utrudniać karierę w dużych korporacjach. – Decydując o realizacji programu edukacyjnego ZainSTALuj się chcieliśmy nie tylko pokazywać uczniom i studentom perspektywy rozwoju w branży hutniczej i dzielić się wiedzą, ale również TEBERIA

33


RAPORT • EDUKAC JA

Łowienie talentów Dla wielu dużych, myślących o rozwoju firm współpraca z uczelniami, zarówno w zakresie badań i wdrożeń, jak i rekrutacji przyszłych pracowników, staje się jedynym z priorytetów. Niedawno porozumienie dotyczące współpracy naukowo-dydaktycznej podpisały Politechnika Lubelska i Lubelski Węgiel Bogdanka – pierwsza polska kopalnia węgla kamiennego, z sukcesem notowana na giełdzie. W praktyce współpraca ma polegać m.in. na organizacji praktyk i staży studenckich w spółce, wspólnym określaniu tematyki prac dyplomowych i doktorskich oraz uruchamianiu nowych form kształcenia. – Porozumienie niesie korzyści nie tylko dla uczelni, ale również spółki, na której potrzeby zamierzamy kształcić kadrę inżynieryjno-techniczną. Przez wiele lat w uczelni funkcjonował kierunek górnictwo i geologia. Obecnie zastanawiamy się nad jego reaktywacją – mówi rektor Politechniki Lubelskiej, prof. Marek Opielak. Prezes LW Bogdanka, Mirosław Taras, przekonuje natomiast, że kopalnia już dziś musi myśleć o przyszłych kadrach. – Przed Bogdanką rysuje się 50-letnia perspektywa funkcjonowania na terenie Lubelszczyzny. Będziemy potrzebować wykwalifikowanych pracowników – mówi. Inna lubelska uczelnia – Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej – podjęła w tym roku współpracę z Zakładami Azotowymi Puławy. Dotyczy ona m.in. podjęcia przez naukowców z UMCS prac badawczych zleconych przez zakłady oraz zorganizowania przez uniwersytet studiów podyplomowych dla kadry „Puław” z zakresu informatyki, 34

TEBERIA

Specjalności techniczne, na które wg WUP -ów jest obecnie największe zapotrzebowanie rynku

Inżynieria chemiczna 3% Inżynieria procesowa 3%

Mechanika i budowa maszyn 3% Informatyka 29%

Elektrotechnika 3%

Nauka techniczna upada Rozmowa z Jarosławem Urbańskim, socjologiem

Elektronika 3% Telekomunikacja 3% Mechatronika 7%

Fot. Arch.

poznać ich oczekiwania. Dzisiejszy rynek wymaga dialogu i zaangażowania pracodawców w kształcenie przyszłych kadr – ocenia dyrektor personalny ArcelorMittal Poland, Andrzej Wypych. Z badań przeprowadzonych w ramach programu wyłonił się obraz przyszłego inżyniera świadomego, analizującego sytuację rynkową i oferty potencjalnych pracodawców. Co ciekawe, mimo medialnego larum o tym, że już niebawem na rynku zabraknie inżynierów, jedynie 13 proc. ankietowanych studentów brało to pod uwagę wybierając studia. 42 proc. zadeklarowało, że wybór był wynikiem ich zainteresowań, a 17 proc. skusiła wizja wysokich zarobków. Niemal co trzeci przyszły inżynier zadeklarował, że w swojej pierwszej pracy chciałby zarabiać „na rękę” co najmniej 2 tys. zł, co czwarty – 2,5 tys. zł. Po trzech latach pracy ponad połowa inżynierów byłaby usatysfakcjonowana zarobkami rzędu 3-4 tys. zł. Wiedza o ich oczekiwaniach jest cenna dla pracodawców, szczególnie wobec prognozowanego deficytu inżynierów. Wyniki badań świadczą też o niezłym rozeznaniu studentów w rynkowych realiach. Młodzi ludzie mają jednak świadomość, że zanim podczas rozmowy kwalifikacyjnej zażądają pierwszych 2 tys. zł, muszą udowodnić swoje kompetencje. Wprawdzie ponad połowa kończących naukę studentów uważa, że jest „raczej” (57 proc.) lub „zdecydowanie” (14 proc.) przygotowana do wejścia na rynek pracy, jednak aż 81 proc. ubolewa nad brakiem wiedzy praktycznej. Zaledwie 14 proc. badanych wzięło udział w programach stażowych. Chociażby te dane pokazują, że program „ZainSTALuj się” trafił w dziesiątkę studenckich potrzeb. – Fakt, iż we wszystkich działaniach programu przez cały rok akademicki udział wzięło ponad 2 tys. studentów i uczniów świadczy o potrzebie takich inicjatyw na uczelniach technicznych. Tego typu programy pozwalają na poznanie kompetencji, istotnych z punktu widzenia pracodawcy – ocenił rektor Akademii Górniczo-Hutniczej, prof. Antoni Tajduś.

RAPORT • EDUKAC JA

Inżynieria materiałowa 10%

Automatyka 13% Inżynieria biomedyczna 13%

Fizyka techniczna 10%

Specjalności matematyczne, na które wg WUP-ów jest obecnie największe zapotrzebowanie rynku

fizyka informatyczna 34%

elektrotechnika 33%

matematyka 33%

Specjalności przyrodnicze, na które wg WUP -ów jest obecnie największe zapotrzebowanie rynku Geologia 4% Geodezja i kartografia 4%

Górnictwo 4% Biotechnologia 39%

Chemia 4% Biologia środowiskowa 5% Biologia molekularna 5%

Ochrona środowiskowa 13% Inżynieria środowiskowa 18%

zarządzania, chemii, ochrony środowiska, ekonomii, finansów i rachunkowości oraz stosunków międzynarodowych. Z kolei puławska spółka dla studentów wybranych kierunków stworzy program praktyk i staży. – To przykład dobrej współpracy biznesu i nauki – podkreśla prezes Zakładów Azotowych Puławy, Paweł Jarczewski. Taka forma obecności firm na uczelniach sprzyja także budowaniu ich marki. Tylko w bezpośrednim kontakcie ze studentami – często przyszłymi pracownikami firmy – pracodawca ma szansę dobrze rozeznać, co decyduje o tym, że młodzi ludzie chcą u niego pracować. Ta wiedza może być nie do przecenienia przy szukaniu kolejnych pracowników. – Świadomość tego, za co pracownicy cenią firmę, jest także ważnym narzędziem rekrutacyjnym, pozwalającym zachęcić do pracy w firmie talenty, które są przez nią poszukiwane – tłumaczy Iwona Janas z Manpower Polska.  ¢ N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Z roku na rok maleje zainteresowanie studiami technicznymi i naukami ścisłymi. Czym to wytłumaczyć? Przyczyn zapewne jest kilka. Jedną z nich jest niż demograficzny z początku lat 90., który ma wpływ nie tylko na spadek liczby studentów na kierunkach ścisłych i technicznych. Przez ostatnie lata problem ten był niwelowany przez wzrost skolaryzacji, czyli odsetka osób z wyższym wykształceniem w danym przedziale wiekowym, co wynikało z ogólnego przekonania, że wyższe wykształcenie jest przepustką do lepszej pracy. Jednak wzrost skolaryzacji osiągnął już raczej maksymalny pułap, bo pod tym względem jesteśmy w czołówce europejskiej. A zatem obecnie górę biorą procesy demograficzne, co skutkuje zmniejszeniem ogólnej liczby osób podejmujących studia. Okazało się też, że studia wyższe nie gwarantują automatycznie ciekawej kariery zawodowej.

Demografia chyba nie wszystko tłumaczy, skoro studia humanistyczne wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem wśród młodzieży. Zainteresowanie studiami humanistycznymi zawsze było większe niż studiami technicznymi czy ścisłymi, ale w ostatnich kilku latach te proporcje jeszcze bardziej zostały zachwiane. W jakiejś mierze problem ten tłumaczy odwrót od industrializacji gospodarki. Od początku lat 90. sukcesywnie malało znaczenie przemysłu w gospodarce krajowej, a zatem zawód inżyniera stawał się coraz mniej atrakcyjny. Wbrew pozorom ten proces wciąż postępuje. W Zakładach im. Cegielskiego w Poznaniu planowana jest redukcja ponad 500 etatów. Wśród likwidowanych jest wiele stanowisk kadry technicznej, proporcjonalnie zdecydowanie więcej niż stanowisk bezpośrednio produkcyjnych. Dodatkowo mamy do czynienia ze zjawiskiem „importu” kadry inżynieryjnej. Przed kilku laty miałem okazję obserwować to zjawisko w zakładach ceramiki budowlanej Röben w Środzie Śląskiej. Włoską linię technologiczną do produkcji dachówki uruchamiali w większości specjaliści z Włoch. Podobnie jest w wielu innych firmach zagranicznych, które w ostatnich latach ulokowały swoje montownie w Polsce. To jest szeroko występujące zjawisko, o którym głośno się nie mówi. Zaryzykuję twierdzeniem, że wraz ze spadkiem znaczenia polskiej myśli innowacyjnej i technicznej spadło zapotrzebowanie na polskich inżynierów. To zaś przekłada się na powolny upadek polskiej nauki technicznej, co wskazują niskie notowania w rankingach światowych.

Wydaje się jednak, że w tym względzie osiągnęliśmy już dno, bo w niektórych branżach przemysłowych, jak górnictwo, hutnictwo czy energetyka młody inżynier jest na wagę złota. Owszem, jest to prawda. Tyle, że moim zdaniem, nie jest to całkowite odwrócenie tendencji. Przemysł poszukuje N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

ściśle określonych fachowców, których faktycznie zaczęło brakować. Dobrym przykładem jest górnictwo i hutnictwo. Koniunktura surowcowa spowodowała, że branże te skazywane na upadek „odżyły”, zaczęły inwestować w nowoczesny, bardziej wydajny sprzęt, do obsługi którego niejednokrotnie potrzeba ludzi z nowoczesnym wykształceniem. Ale to wciąż, moim zdaniem, jest zjawisko bardziej mikro, niż makro.

Czy tych trudności nie tłumaczy także problem natury mentalnej. Mówi się, że młodzież staje się coraz bardziej wygodna, więc większości w niesmak jest podejmowanie nauki na trudnych studiach technicznych i ścisłych. Podchodziłbym ostrożnie do tego rodzaju ocen, bowiem studia medyczne, które uchodzą za równie trudne, a może i trudniejsze, wciąż cieszą się ogromnym zainteresowaniem wśród młodzieży. Jeżeli faktycznie byłoby tak, że mamy obecnie do czynienia z problemem mentalnym, to tylko dlatego, że został on wygenerowany przez „chory” system edukacyjny. Mianowicie wraz ze wzrostem skolaryzacji nie podążał wzrost jakości nauczania, bowiem łatwiej jest wykształcić studenta na takich kierunkach, jak zarządzanie czy marketing, niż na kierunkach politechnicznych. W ten sposób mieliśmy do czynienia z niesłychaną promocją kierunków ekonomicznych. To zaś, w jakiś sposób, zrodziło przekonanie wśród młodzieży, że wystarczy mieć „papier”, żeby ustawić się w życiu.

Niewątpliwie trzeba to zmienić. Tylko jak? Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wprowadziło program „zamawiane kierunki”. Specjalny system stypendialny ma zachęcić młodzież do nauki na kierunkach technicznych i ścisłych. To dobry sposób? Być może dobry, ale zapewne jeden program nie rozwiąże tego złożonego problemu. Oby tylko nie było tak, że młody człowiek, zachęcony spotami reklamowymi wymyśli sobie, że chce zostać wybitnym inżynierem, a zatem zamówi sobie taki a nie inny kierunek, po czym okaże się, że nie ma żadnych predyspozycji intelektualnych do tychże studiów. Fakt, że za studentem „idą” pieniądze nie gwarantuje sukcesu, ponieważ mamy do czynienia z bardzo złą strukturą edukacyjną. Uczelnie nie zawsze mają dobre rozpoznanie rynku pracy, „produkują” studentów, którzy nie mają szans na znalezienie pracy zgodnej z wykształceniem. I na tym nie kończą się problemy. Jakość infrastruktury naukowej pozostawia wiele do życzenia, jakość kadry dydaktycznej również, bowiem większość wykładowców porusza się pomiędzy kilkoma różnymi uczelniami: publicznymi i prywatnymi. Nie da się zatem ukryć, że bez kompleksowych działań nie uda się rozwiązać wspomnianego problemu. Rozmawiał: Konrad Markowski TEBERIA

35


RAPORT • EDUKAC JA

RAPORT • EDUKAC JA

Fot. Bogdan Kułakowski

Komu potrzebny Harvard?

Bezpłatne programy nauczania w Internecie, uniwersytety Wiki, społeczności uczące się na wzór Facebooka – amerykańskie szkolnictwo wyższe przechodzi wielkie zmiany. Tekst: Anya Kamenetz

C

zy edukacja uczelniana faktycznie przypomina kwartet smyczkowy? Cofając się do roku 1966, tak właśnie brzmiało stwierdzenie ekonomisty Williama Bowena, późniejszego rektora Uniwersytetu Princeton i Williama Baumola. W inspirującej pracy Bowen i Baumol użyli tego porównania, aby pokazać, dlaczego uniwersytety nie są w stanie łatwo podnosić swojej wydajności. Jeśli chce się poprawnie wykonać kwartet smyczkowy, zauważyli – nie da się usunąć wiolonczelisty, ani upchnąć większej liczby występów grając muzykę szybciej. Lecz tak to wyglądało wtedy – nim MP3 i iPody nie udowodniły, jak swobodnie może płynąć muzyka. Przed tym, jak Google przekształciło do postaci cyfrowej 7 milionów książek, a użytkownicy Wikipedii stworzyli największą na świecie encyklopedię. Przed tym, jak YouTube Edu i iTunes U nagrały w formie audio i wideo wykłady najlep36

TEBERIA

szych profesorów w kraju dostępne za darmo i przed tym, jak studenci uniwersytetu stworzyli za pośrednictwem Facebooka największą na świecie społeczność zmieniając sposób, w jaki wszyscy dzielimy się informacjami. Naraz stało się możliwe wyobrażenie sobie nowego modelu kształcenia z wykorzystaniem zasobów internetowych, aby obsłużyć większą ilości studentów taniej, niż kiedykolwiek przedtem. - Internet krzyżuje plany każdego przemysłu, którego bazowy produkt może zostać zredukowany do zer i jedynek - mówi Jose Ferreira, założyciel i dyrektor generalny Newton, firmy typu startup z branży edukacyjnej. Edukacja, jak stwierdza, „jest największym obszarem dziewiczej puszczy w Internecie.” Ferreira jest jednym z członków luźno związanej grupy architektów edukacji 2.0, ostrzących swoje piły na ten właśnie las. Pierwszy najazd miał miejsce w MIT w roku 2001, gdy uczelnia zgodziła się umieścić programy N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

nauczania w sieci bez pobierania opłat. Dziś można mieć dostęp do pełnych syllabusów, notatek z wykładów, opisów ćwiczeń, testów oraz wybranych nagrań audio i wideo dla każdego kierunku studiów, jaki oferuje MIT – od fizyki do historii sztuki. Ta skarbnica wiedzy jak dotąd została odwiedzona przez 56 milionów obecnych i przyszłych studentów, absolwentów, profesorów i fotelowych entuzjastów na całym globie. – Pojawienie się Internetu stwarza możliwość rozpowszechniania materiałów wysokiej jakości po prawie zerowych kosztach, wyrównując tym samym szanse edukacyjne – mówi Cathy Casserly, starszy partner w Fundacji na Rzecz Rozwoju Nauczania Carnegie, która na swoim poprzednim stanowisku pracy w Fundacji Hewlett rozdysponowywała fundusze inwestycyjne na projekt MIT. – Zmieniamy kulturę myślenia o wiedzy i tym, jak powinna być udostępniana i kim są jej właściciele. Lecz szkolnictwo wyższe jako całość generalnie pozostaje kwartetem smyczkowym. Materiały dydaktyczne MIT mogą być bezpłatne, lecz dyplom w MIT ciągle kosztuje od 189 tysięcy dolarów wzwyż. Czesne poszło w górę bardziej niż jakiekolwiek inne dobra, czy usługi od 1990 roku, a amerykańscy studenci i absolwenci są obciążeni zawrotną sumą 714 miliardów dolarów zaległego długu od kredytów studenckich. Kiedyś najlepiej wykształcony kraj świata – Stany Zjednoczone, dziś w rankingach zajmuje 10 miejsce w skali globu pod względem odsetka młodych ludzi z wykształceniem pomaturalnym. – Wyższe uczelnie stały się oburzająco drogie, lecz ciągle istnieje powszechna odmowa przyznania tego, jakie są implikacje nowych technologii – mówi Jim Groom, „technolog edukacyjny” na Uniwersytecie Mary Washington w Wirginii i znaczący głos w blogosferze, opowiadający się po prostu za wysadzeniem w powietrze obecnego modelu uniwersytetu. Groom, nałogowy palacz, z wiecznym pięciodniowym zarostem, ukuł termin „edupunk” w celu opisania rozrastającego się ruchu w kierunku zaawansowanego technologicznie kształcenia w stylu „zrób to sam”. „Edupunk” stwierdza w pierwszych słowach swojego emaila, „ruch odnosi się do kompletnej nieodpowiedzialności i letargu instytucji edukacyjnych i środków, poprzez które pożerają one swoją własną misję.” Edupunki są w drodze. Od wspomaganych kapitałami inwestycyjnymi firm typu startup do porośniętych bluszczem murów Harvardu nowe eksperymenty i modele biznesowe wyrastają jak grzyby po deszczu jako pomysły przedsiębiorców, profesorów i studentów. Chcesz zajęć o strukturze przypominającej grę fabularną? Akredytowanego licencjatu za kilka tysięcy dolarów? Bezpłatnego uniwersytetu Wiki w sieci peer-to-peer? Wszystkie one istnieją już dziś, są uwerturą do totalnego edukacyjnego remixu. Architekci edukacji 2.0 przewidują, że tradycyjne uniwersytety, które trzymają się kurczowo modelu kwartetu smyczkowego, znajdą się po gorszej stronie tej całej historii, wraz z sieciami sprzedaży gazet i sklepami muzycznymi. „Jeśli nie znajdą woli do tego by wprowadzać innowacje i adaptować się do zmian zachodzących w świecie wokół nich,” napisał profesor David Wiley z Uniwersytetu Brighama Younga, „staną się instytucjami bez znaczenia do 2020 roku.” Wiley nie od razu się pojawił jako wichrzyciel. Jest 37-letnim wiernym Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Ostatnich z piątką dzieci. Ma krótko przycięte siwe włosy, okulary i mówi łagodnie z zachodniowirgińskim akcentem. Ze swej łagodności robi jednak strategiczny użytek, jako generał stojący na czele transformacji szkolnictwa wyższego. Wyzwaniem nie jest wprowadzenie technologii do sal lekcyjnych, jak zauważa. Pokolenie milenium (zwane także Generacją Y), ze swoimi Facebookami i ich telefonami komórkowymi, już to zrobiło. Wyzwaniem jest ujarzmienie potencjału, jaki niesie technologia, tak by obniżyć koszty i poprawić jakość kształcenia dla wszystkich. Wiley eksperymentował z wolnymi treściami edukacyjnymi i narzędziami od zarania Internetu. Już jako student niższych lat na uczelni został zatrudniony jako pierwszy webmaster swojej małej, ubogiej w środki i zasoby alma mater – Uniwersytetu Marshalla w Zachodniej Wirginii. – Pracowałem nad stworzeniem kalkulatora w JavaScript na potrzeby strony internetowej, gdy przyszło mi do głowy, że ten kalkulator, w odróżnieniu od tego w naszej podstawówce, może być używany przez 100 000 ludzi w tym samym czasie – wspomina. – Gdy umieści się materiały w sieci, są one inne w ten właśnie szczególny sposób; można zapłacić za ich wytworzenie raz, a mogą być używane przez nieskończoną liczbę ludzi. To wydawało się być czymś pomiędzy ogromną fascynacją a refleksją, która pozwala stwierdzić, że ma sens spędzenia reszty życia pracując nad tym projektem. W 1998 roku, gdy Wiley przyjechał do Brigham Young robić doktorat z psychologii i technologii kształcenia, dowiedział się o wolnym oprogramowaniu i systemach operacyjnych, takich jak Linux, które są tworzone dzięki współpracy i udostępniane za darmo. –Stwierdziłem: „Hej, przecież to jest dokładnie to, co należy zrobić z materiałami edukacyjnymi. Niech się to nazywa wolna dokumentacja (open content).” Dziś „wolna dokumentacja” jest największym frontem innowacji w szkolnictwie wyższym. Ruch, który rozpoczął się w MIT, rozpowszechnił się wśród ponad 200 instytucji w 32 krajach, które umieściły w sieci swoje programy kształcenia w ramach OpenCourseWare Consortium (Konsorcjum Wolnych Treści Nauczania). Lecz, na co zwraca uwagę Wiley, ciągle istnieje przepaść pomiędzy przeglądaniem takich zasobów jako zadania domowego i budowaniem uznanego, akredytowanego dyplomu z garści podcastów i klipów wideo na YouTube. – Dlaczego jest tak, że mój dzieciak nie może zrobić robotyki w Carnegie Mellon, algebry liniowej w MIT, prawa w Stanford? I dlaczego nie możemy poskładać 130 takich kursów razem i zrobić z tego dyplomu? – pyta Wiley. – Wszystkie te innowacje czekają na to, by zaistnieć. Odpowiednia infrastruktura swobodnie dostępnych treści jest pierwszym krokiem w znacznie dłuższej rozgrywce, która zmieni wszystko, co wiemy na temat szkolnictwa wyższego. Wiley dąży do tej rozgrywki na wiele różnych sposobów. Został współzałożycielem internetowej publicznej szkoły średniej typu non-profit, która czerpie z wolnych programów kształcenia, pozwalając studentom z Utah ukończyć studia w domu. Wiley jest „głównym przedstawicielem ds. otwartości” w firmie for-profit typu startup, Flat World Knowledge, zlecającej profesorom pisanie wolnych podręczników, które są dostępne bezpłatnie w Internecie, kosztują 19,95 dolarów za pobranie, lub 29,95 dolarów za kopię wydrukowaną na życzenie (finanse firmy Flat World zamknęły się sumą 8 milionów dolarów w funduszach typu joint venture wiosną tego roku). Wiley zaoferował również pięć z jego programów TEBERIA

37


RAPORT • EDUKAC JA

„Wolne programy kształcenia są trudne dla osoby uczącej się samodzielnie,” zgadza się Neeru Paharia, doktorantka w Harvard Business School. Budowanie społeczności, aby uczynić to łatwiejszym, jest celem jej nowego projektu – Peer2Peer University. Córka dwóch indyjskich inżynierów z Doliny Krzemowej, Paharia jest byłą konsultantką firmy McKinsey i jedną z pierwszych pracowniczek Creative Commons, firmy typu non-profit, założonej, aby stworzyć intelektualne i prawne podstawy dzielenia się programami edukacyjnymi i łączenia ze sobą ich treści bez udziału kosztów i biurokracji związanych z komercyjnymi prawami autorskimi. W 2005 roku założyła AcaWiki, luźno powiązany zespół zasilany przez wolontariuszy (craudsourced) zajmujących się bezpłatnymi streszczeniami publikacji naukowych. Teraz, jak mówi, chce zająć się „wszystkimi innymi sprawami, które uniwersytety robią dla ciebie: zapewniają tobie jasną ścieżkę od A do B, zapewniają społeczną infrastrukturę nauczycieli i studentów i akredytację tak, że faktycznie dostaje się zaliczenie tego, co się robi. Tak więc pytanie brzmi następująco: Czy jest sposób posklejania czegoś takiego w jedną całość?” Na konferencji w Chorwacji w ubiegłym roku, Paharia spotkała Jan Philippa Schmidta, niemieckiego informatyka pracującego nad wolnymi programami edukacyjnymi w Południowej Afryce; razem z jeszcze jednym Kanadyjczykiem i Australijczykiem założyli Peer2Peer University, który stał się jedną z najczęściej przywoływanych inicjatyw w wolnej edukacji. Przyszli studenci mogą korzystać z tej witryny internetowej, aby zwoływać się i układać harmonogram zajęć, spotykać się w Internecie i dawać sobie nawzajem korepetycje; wolontariusz wspomagający postęp pracy nad materiałem dla każdego programu ułatwia ten proces. Firma Peer2Peer dostała 70 tysięcy dolarów w postaci grantu z Hewlett Foundation na rozpoczęcie swoich pierwszych dziesięciu kursów pilotażowych o tematyce od ekonomii behawioralnej do wizualizacji Wikipedii – obszary programów kształcenia, które już posiadają internetowe społeczności zmotywowanych studentów. Pomysł Paharia „posklejania” edukacji – poskładania czegoś w całość na poczekaniu – jest ważny. Wszystkie te projekty są w dalszym ciągu w trakcie realizacji. Nawet najbardziej rozmarzeni maniacy technologii nie twierdzą, że monitor LCD może lub powinien zastąpić w pełni usystematyzowane doświadczenie studiowania na uczelni, jakie jest obecnie dostępne (przynajmniej jeszcze nie). Lecz mogłoby to przedstawiać sobą ulepszenie dla tych, których nie stać na uczelnię, lub dla połowy amerykańskich studentów, którzy uczęszczają na uczelnie publiczne przygotowujące do uzyskania licencjatu (community col38

TEBERIA

lage), lub nawet 80 % tych, którzy uczęszczają na uczelnie państwowe nie dokonujące selekcji wstępnej (non-selective universities). To, co docelowo interesuje Paharia, to dowiedzenie słuszności tego modelu, zademonstrowanie, że jest sposób na zapewnienie edukacji tanio lub nawet bezpłatnie wszystkim, którzy się do tego kwalifikują. – Jeżdżę bostońską linią T, widzę te wszystkie reklamy szkół i niepokoi mnie to, że tak wiele nadziei opiera się na posiadaniu wykształcenia i wciąż w ostatecznym rozrachunku kończysz ze 100 000 dolarów długu. Za co się płaci? I czy to jest najlepszy sposób tworzenia systemu? Firma Peer2Peer nie jest jedyną próbą przerzucenia mostu nad przepaścią pomiędzy wolnymi materiałami a tanią edukacją. Internetowy University of the People, założony przez Shai Reshefa, który zbił swój majątek na edukacji typu forprofit zamknął zapisy na swoje pierwsze zajęcia tej jesieni – 300 studentów z prawie 100 krajów. Chociaż musi jeszcze otrzymać akredytację, plany oferowania licencjatu z biznesu i informatyki, jako edukacji typu non-profit, zakładają wykorzystanie wolnych treści programowych i wykładowców ochotników; opłaty sumowałyby się na poziomie 4 000 dolarów za pełne cztery lata nauki. Richard Ludlov, 23-letni absolwent Yale ma swój własny pomysł na temat opłacalnego modelu biznesowego dla zasobów wolnych treści edukacyjnych. Jego firma typu startup Academic Earth, założona jako firma typu for-profit jest witryną internetową, która zbiera w całość wykłady w formie wideo i inne treści uczelniane z różnych źródeł. Jako student licencjatu, szukający pomocy w dogłębnym zrozumieniu trudnego zagadnienia ze swoich zajęć z algebry liniowej, natknął się na wolne programy kształcenia z MIT. Zdał sobie sprawę, że można tam znaleźć naprawdę superzasoby edukacyjne i że większość jego kolegów ze studiów nie wie o nich. – Moim pomysłem było, po pierwsze, zgromadzenie tej ogromnej masy krytycznej treści rozproszonych po różnych stronach; po drugie, zastosowanie najlepszych znanych doświadczeń w projektowaniu interfejsu użytkownika i w standardach sieciowych, aby zrobić dla treści edukacyjnych to, co dla TV zrobił Hulu; po trzecie zbudowanie edukacyjnego ekosystemu wokół tych treści – wyjaśnia Ludlov. – Odtwarzanie wideo to jedna rzecz, lecz tworzenie odpowiednich interaktywnych narzędzi i odpowiedniego systemu komentarzy da początek czemuś naprawdę wartościowemu. Porównanie z Hulu robi wrażenie. Gdy popatrzeć na branże w przemyśle rozrywkowym i informacyjnym, które padły pod czarem roztaczanym przez Internet, widzimy, że transformacja zaszła nierównomiernie: gazety przed telewizją, muzyka przed książkami. Hulu.com, który wystartował zaledwie 18 miesięcy temu, jest powszechnie uważany za pierwszą witrynę w sieci, która udowodniła, że masowe oglądanie nadawanej telewizji, jakie znamy, jest w stanie przenieść się do Internetu. Hulu dokonało tego przez swą atrakcyjność, dobre zaprojektowanie, łatwość w użytkowaniu oraz przez posiadanie rentownego modelu biznesowego z faktycznie płacącymi reklamodawcami i w niedługim czasie abonamentami. – Mówimy o dzieleniu dochodów z wieloma uniwersytetami – mówi Ludlov. – Większość z tych programów posiada licencję N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

niekomercyjną, lecz wraz z obniżającymi się dotacjami uniwersytety muszą być selektywne, w związku z tym, co finansują. Staramy się znaleźć sposób, aby uczynić to rentownym przez generowanie przychodów i upewnianie się, czy jest to zgodne z marką uniwersytetu. Jeśli wolne treści edukacyjne dotyczą zastosowania technologii do dzielenia się wiedzą, a Peer2Peer dotyczy społeczności sieciowych na rzecz uczenia się i nauczania – Bob Mendenhall, rektor internetowego Western Governors University jest najbardziej dumny z innowacji jego uczelni w trzecim, najtrudniejszym do zgryzienia wymiarze edukacji: akredytacji i ocenie. WGU został utworzony w późnych latach 90. ubiegłego stulecia, gdy gubernatorzy 19 zachodnich Stanów USA postanowili wykorzystać nowomodny wtedy Internet i stworzyć internetowy uniwersytet, aby rozszerzyć swój zasięg na studentów z obszarów wiejskich w ich regionie. Dziś jest to w całości internetowy uniwersytet z 12 000 studentów we wszystkich 50 stanach. Jest jednostką prywatną typu non-profit, tak jak Harvard; jedyne państwowe pieniądze stanowiło po 100 000 dolarów udziału z każdego ze stanów założycielskich. WGU działa całkowicie w oparciu o czesne: 2890 dolarów za 6-miesięczny semestr. – Powiedzieliśmy sobie „Stwórzmy uniwersytet, który rzeczywiście parametryzuje uczenie się” – mówi Mendenhall. – Nie mamy godzin zaliczeniowych, nie mamy stopni. Mamy po prostu serie ewaluacji, które mierzą kompetencje i na tej podstawie nadajemy dyplomy. WGU rozpoczęło od zwołania narodowej rady doradczej pracodawców, włączając w to Google i Tenet Healthcare. – Zapytaliśmy ich, „Czego nie umieją absolwenci, których zatrudniacie, a co chcielibyście, by umieli?’ Po tym pytaniu nigdy nie zapadała cisza. Następnie zostały stworzone systemy ewaluacji, aby mierzyć każdy ze wspomnianych obszarów kompetencji. Mendenhall przypomina sobie jednego ze studentów, który pracował na własny rachunek w branży IT przez 15 lat, lecz nigdy nie zrobił dyplomu; przeszedł wszystkie ewaluacje w sześć miesięcy i wrócił do domu z dyplomem bez odbywania studiów. Większość studentów przechodzi jednak pełny cykl kształcenia, pracując w swoim własnym tempie poprzez internetowe moduły, playlisty uprzednio nagranych wykładów, listy lektur, projekty i sprawdziany. Na każdych 80 studentów przypada jeden wykładowca z tytułem doktora i dyplomem w danej dziedzinie, służący jako pełnoetatowy mentor. – Nasi wykładowcy są tu po to, aby prowadzić, kierować, doradzać, dawać wskazówki, zachęcać, motywować, pomagać nadążyć ze wszystkim i to cała praca – mówi Mendenhall. Testy wielokrotnego wyboru są sumowane przez komputer, natomiast eseje i osobiste ewaluacje są oceniane przez oddzielną kadrę oceniających. To, co robi WGU, to korzystanie z Internetu do rozdzielenia różnych funkcji nauczania: „mędrca na scenie”, jako osoby przekazującej wiedzę, pomocnika i oceniającego. WGU stale przygląda się zarówno absolwentom, jak i ich pracodawcom, aby dowiedzieć się, czy studentom nie brakuje jakiejś umiejętności, tak by można było kontynuować dostrajanie ich programów nauczania. Mendenhall irytuje się, gdy słyszy tych, którzy twierdzą, że to, co on robi z edukacją i technologią jest niewykonalne. – Technologia zmieniła produktywność każdej gałęzi przeN r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Fot. Bogdan Kułakowski

nauczania dla każdego w Internecie za darmo; poświęca swój własny czas, aby przejrzeć prace studentów, przyznając podpisany certyfikat zamiast zaliczenia. Najnowszy wolny program nauczania Wileya został pomyślany jako sieciowa gra fabularna ze studentami podzielonymi na „cechy” kończącymi „misje” – wspólnota uczących się, zainspirowana przez świat grających w sieci. – Jeśli nie byłaby potrzebna interakcja z człowiekiem i ktoś, kto odpowiada na twoje pytania, wtedy biblioteki nigdy nie wyewoluowałyby w uniwersytety – twierdzi Wiley. – Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że treść to dopiero pierwszy krok.

RAPORT • EDUKAC JA

mysłu oprócz edukacji – mówi. – My po prostu próbujemy pokazać, że jest ona w stanie zrobić to również z edukacją – jeśli zmieni się sposób, w jaki odbywa się samo kształcenie, nie stając się tym, gdzie po prostu dorzuca się technologię na końcu. Jak dotąd ruch wolnej edukacji był wspierany w zdumiewającej mierze przez pojedynczego darczyńcę: Hewlett Foundation przekazała równowartość 68 milionów dolarów w grantach na inicjatywy w Berkley, Carnegie Mellon, MIT, Rice, Stanford i Tufts. Dziś te dotacje maleją, lecz pojawiają się nowe źródła finansowania. Prezydent Barack Obama przeznaczył 100 miliardów dolarów jako bodziec dla edukacji na wszystkich szczeblach, a ostatnio mianował wybitnego orędownika wolnej edukacji podsekretarzem do spraw edukacji (Martha Kanter, która pomogła uruchomić składające się ze 100 członków Konsorcjum Uczelni Społecznych – Community Collage – na rzecz Wolnej Edukacji i Projekt Wolnego Podręcznika Uczelni Społecznych). Równocześnie zespoły, takie jak FlatWorld i Knewton, przyciągają kapitał inwestycyjny. Pani Casserly z Carnegie Foundation pomaga istniejącym projektom wolnych programów nauczania stworzyć metryki, które pokazują ich wartość dla uniwersytetów. – Trzeba wykombinować modele dla tych wszystkich zagadnień – mówi. – Gdyby to były proste sprawy, nie byłyby tak zabawnym wyzwaniem. Ta transformacja edukacji może stać się faktem szybciej niż nam się wydaje. Jakkolwiek futurystyczne może się to wydawać to, z czym przyszło nam żyć, jest echem wcześniejszej historii uniwersytetu. Uniwersytet nie oznacza miasteczka uniwersyteckiego, zajęć czy konkretnej dziedziny wiedzy; oznacza cech – grupę ludzi zjednoczonych przez naukę. Uniwersytet taki jaki znamy narodził się około roku 1100, wraz z uformowaniem się wspólnot w Bolonii we Włoszech, w Oxfordzie w Anglii i w Paryżu wokół rzadkiej i cennej technologii informacyjnej – ręcznie pisanej książki. Ilustrowane manuskrypty tego okresu pokazują profesora na podium, nauczającego z szacownego tomu, podczas gdy rzędy studentów siedzą z papierem i piórem – te same podstawowe ramy, w jakich odbywają się zajęcia 1000 lat później. Dziś przeszliśmy od rzadkości do niewyobrażalnej obfitości. To zwykła kolej rzeczy, że te nowe gwałtownie rozwijające się technologie informacyjne będą zbierać wokół siebie nowe wspólnoty uczonych, zarówno w ramach, jak i poza istniejącymi instytucjami. Model edukacji jako kwartetu smyczkowego jest jednak na dłuższą metę nie do utrzymania. Uniwersytet przyszłości nie może być daleko.

Wyzwaniem nie jest wprowadzenie technologii do sal lekcyjnych, jak zauważa David Wiley z Uniwersytetu Brighama Younga. Pokolenie milenium (zwane także Generacją Y), ze swoimi Facebookami i ich telefonami komórkowymi, już to zrobiło. Wyzwaniem jest ujarzmienie potencjału, jaki niesie technologia, tak by obniżyć koszty i poprawić jakoś kształcenia dla wszystkich.

Tłum. Tomasz Siobowicz

© Fast Company Magazine 2009

TEBERIA

39


CZŁOWIEK i TECHNOLOGIE

CZŁOWIEK i TECHNOLOGIE

Podręczna biblioteka Druk na papierze – wynalazek Jana Gutenberga – przez pięć i pół wieku miał się dobrze. Ani rewolucja przemysłowa, ani inne zawieruchy dziejowe nie wysłały go do lamusa. Wydawało się, że nie zgładzi go nawet wszechpanoszący się od kilku lat Internet. Obity, poraniony musi teraz stanąć do boju z elektronicznym papierem. Tej walki może jednak nie przetrwać. Kindle oraz podobne urządzenia, wykorzystujące technologie elektronicznego papieru, szturmują rynek książki i prasy. Wkrótce na naszym rynku pojawi się pierwszy polski e-czytnik: eClicto.

Z

a projektem eClicto stoi kielecki Kolporter, największy obok Ruchu dystrybutor prasy w Polsce. Historia właściciela firmy, Krzysztofa Klickiego to klasyczny „american dream” w polskim wydaniu. Zaczynał w 1990 r. od rozwożenia „Gazety Wyborczej” do kilkunastu sklepów „Społem” w Kielcach Oplem Kadettem swojego ojca. Zarobione pieniądze inwestował w budowę firmy kolportażowej. Dziś zaopatruje ponad 28,5 tys. punktów sprzedaży, należy do 100 najbogatszych Polaków (36 miejsce) – jego majątek w 2008 r. wynosił 850 mln zł. Klicki zawczasu zdał sobie sprawę, że jego podstawowy biznes – dystrybucja prasy drukowanej, jest poważnie zagrożony, bowiem z roku na rok spada w Polsce sprzedaż gazet. Tylko w tym roku większość tytułów prasowych zanotowała dwucyfrowe spadki sprzedaży. Klicki zaczął inwestować w sprawdzone, ale rzec by można, mało innowacyjne gałęzie biznesu. W Sosnowcu otworzył centrum targowe Expo Silesia. Wiadomo, Kielce, z których pochodzi, to wielki ośrodek targowy. Próbuje także wejść na rynek handlu detalicznego – na terenie Polski funkcjonuje 900 saloników prasowych Kolportera, trwa tworzenie sieci osiedlowych sklepów „Meta”. Nomen omen profil sklepów będzie spożywczo-monopolowy. Inny kierunek dywersyfikacji to spedycja. Wykorzystując doświadczenia 40

TEBERIA

Fot. Bogdan Kułakowski

Tekst: Jacek Srokowski

logistyczne (dystrybucja prasy to jeden wielki mechanizm logistyczny), kielecki holding wprowadził na rynek usługę kurierską pod marką Kolporter Express. Kto wie, czy „oklepane” biznesy nie powstały po to, by Klicki mógł jedną nogę oprzeć na twardym gruncie, wchodząc drugą na grząskie, innowacyjne pole, ale kto wie, czy w przyszłości nie bardziej dochodowe. Jest nim rynek e-wydań, zarówno cyfrowych książek, jak i czasopism.

Nie tak dawno w Ameryce W Stanach Zjednoczonych od niespełna dwóch lat systematycznie podbija rynek księgarnia internetowa Amazon ze swoim elektronicznym czytnikiem Kindle. Do tej pory znalazł on 700 tys. nabywców. A to dopiero początek jego ekspansji. W czerwcu tego roku na rynku pojawiła się najnowsza wersja czytnika z ekranem o rozmiarze zbliżonym do formatu A4. Choć Amazon nie ujawnia motywów swoich planów, według analityków cel wdrożenia tej wersji czytnika wydaje się jasny. Amazon chce sobie w ten sposób zapewnić niemały kawałek tortu, jakim jest rynek e-podręczników. Według statystyk National Association of College Stores wartość rynku podręczników akademickich w USA wynosi 5,5 miliarda dolarów, z rosnącym udziałem sprzedaży ich wersji elektronicznych. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Większość globalnych wydawców tego segmentu rynku oferuje już wersje cyfrowe podręczników. Grupa wydawnicza McGraw-Hill Education, która w wyniku digitalizacji swoich tytułów zmniejszyła w minionym roku zatrudnienie o 300 pracowników, oferuje obecnie 95 % swoich tytułów w wersji cyfrowej. Kwitną również portale, takie jak CourseSmart.com, który oferuje już 5000 e-podręczników od kilku największych wydawnictw oświatowych w USA. E-tytuły są tam przeciętnie o połowę tańsze, niż ich odpowiedniki papierowe. Stanowy sejmik Kalifornii rozważa właśnie projekt ustawy dopuszczający Kindle’a do nauki w szkołach publicznych na równi z papierowymi podręcznikami.

Śląski eksperyment Pierwsze eksperymenty z e-podręcznikami mamy także w Polsce. Od ubiegłego roku uczniowie dawnej trzeciej, a obecnie już czwartej klasy Szkoły Podstawowej nr 33 w Katowicach na zajęciach nie korzystają już z tradycyjnych podręczników. Te zostały wgrane w netbooki. – Na początku pomysł spotkał się ze sceptycznym przyjęciem, ale nie w przypadku dzieci. Te i tak żyją już w świecie pełnym komputerów, toteż na ten projekt zareagowały z entuzjazmem – wspomina Anna Wietrzyk, rzecznik Śląskiego Kuratorium Oświaty. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

I eksperyment się powiódł. Urządzenie formatu A4, do którego można wgrać nawet kilkaset e-podręczników, stało się podstawą programu „Multimedialna szafka dla ucznia = lekki tornister”, wdrażanego przez śląskie kuratorium. Szkolny netbook może mieć jednak jeszcze szersze zastosowanie – mogą w nim znaleźć się nie tylko podręczniki, ale też tablice matematyczne, atlasy, słowniki, gry edukacyjne, a także programy autorskie opracowane przez nauczycieli. W tej roli sprawdziły się już minikomputery Classmate PC, których pierwszą partię przekazał Intel. Ważą raptem półtora kilograma, mają ekran od 7 do 9 cali, a co ważne w szkole – odporne są na upadek (sprawdzał to sam śląski kurator oświaty, Stanisław Faber rzucając sprzętem o... podłogę). Warto też wspomnieć, że podczas zajęć nauczyciel dzięki swojemu netbookowi i technologiom bezprzewodowym może kontrolować to, w jaki sposób dzieci wykorzystują swoje komputery. W katowickiej szkole uczniowie korzystają z nich zresztą tylko na zajęciach. Śląsk jest pierwszym regionem w Polsce, gdzie wprowadza się pilotażowo taki program, ale podobne rozwiązania od lat są stosowane w wielu krajach Europy: w Finlandii, Wielkiej Brytanii, czy od niedawna w Portugalii, która zakupiła notebooki Intela do nauki matematyki. TEBERIA

41


CZŁOWIEK i TECHNOLOGIE

CZŁOWIEK i TECHNOLOGIE

Eink dobry dla wzroku Doświadczeniom Śląskiego Kuratorium z uwagą przypatruje się Kolporter. – Wydaje się, że eClicto jest idealnym projektem dla szkół. Monitorujemy rynek podręczników szkolnych, rozmawiamy z wydawcami. Problem jest jednak bardziej złożony, niż nam się wydawało, począwszy od metodologii nauczania po technologię, która nie jest jeszcze dziś na tyle tania, żeby wprowadzić ją masowo do szkół – mówi Grzegorz Maciągowski, wicepre-

zes zarządu Kolporter Holding, odpowiedzialny za rozwój i strategię firmy. Dopiero niedawno pierwszej próby digitalizacji podręczników podjęło się Gdańskie Wydawnictwo Naukowe wraz z firmą NetPress Digital, polskim liderem na rynku cyfrowych publikacji. Leszek Gołuchowski, koordynator projektu eClicto w firmie Kolporter Info, która stworzyła ten nowatorski system, nie ma wątpliwości, że e-book zdecydowanie lepiej sprawdziłby się w szkołach, niż minilaptop. – Z całą pewnością edukacji dzieci lepiej służyłby papier elektroniczny niż monitor LCD. Pomijając kwestie finansowe, bez porównania większy jest komfort czytania, a przede wszystkim jest to technologia bardzo bezpieczna dla wzroku. Papier jest pozbawiony wszystkich defektów elektroniki, pola elektromagnetycznego. Wyświetlacz zbudowany jest z mikroskopijnej wielkości kapsułek wypełnionych bezbarwną cieczą, w której pływają naładowane elektrycznie drobiny (białe i czarne). Pod każdą kapsułką znajdują się dwie elektrody, które w zależności od potrzeb wyciągają na powierzchnię białe lub czarne drobinki. Zawiesina, w której się one poruszają, jest na tyle gęsta, że po odłączeniu prądu elementy pozostaną na swoim miejscu. Prąd pobierany jest więc tylko w trakcie

Książki bez papieru Na początku roku Amazon zaprezentował drugą generację swojego czytnika książek elektronicznych - Kindle 2, a kilka miesięcy później poszedł za ciosem prezentując Kindle DX – zbliżony do swego poprzednika, za to z o wiele większym wyświetlaczem. Specjalisci Amazonu nie próżnują – Kindle 2 pojawił się na rynku ledwo półtora roku po prezentacji pierwszej wersji tego czytnika, który spotkał się z ogromnym sukcesem. W porówaniu z poprzednikiem, nowy czytnik zapewnia lepszą jakość wyświetlanego tekstu oraz wydłużony czas działania baterii. Najnowszy czytnik ma niecałe 0,36 cali grubości (o jedną czwartą mniej od iPhone’a 3G), waży 283 gramy i posiada 6-calowy wyświetlacz o rozdzielczości 600x800. Co najważniejsze, może pomieścić około 1500 42

TEBERIA

książek, biorąc pod uwagę 2GB pamięci. Kindle 2 zostało wyposażone również w zupełnie nowe funkcje, jak np. opcja „czytaj-dla-mnie”, czyli obsługa książek w formacie audio (użytkownik może szybko przełączać odtwarzanie głosowe z tekstowym). Amazon twierdzi, że Kindle 2 obsługuje bazę ponad 230 tysięcy książek oraz amerykańskie i międzynarodowe gazety, magazyny, a nawet blogi. Większość z nich miała kosztować poniżej 10 dolarów za sztukę, jednak sami czytelnicy wyliczyli, że nie do końca jest to prawda. Niemniej, klienci nie zawiedli i nowy czytnik, podobnie jak stary, spotkał się

z ogromnym zainteresowaniem nie tylko za Oceanem. Pierwotnie Kindel 2 wyceniono w Stanach Zjednoczonych na 359 dolarów, lecz już latem jego cena spadła poniżej 300 dolarów. Ale właśnie wtedy na amerykański rynek weszła kolejna jego odmiana – Kindle DX, już za 489 dolarów, ale za to z jeszcze większymi możliwościami – wyświetlacz o przekątnej 9,7 cala, pamięć mieszcząca do 3500 książek, dokumentów i gazet, a urządzenie działa przez wiele dni bez konieczności ładowania. Minusem zapewne jest to, że takie urządzenie trudno zmieścić w kieszeni... Amazon śpieszy się z nowymi wersjami Kindle, bo czuje już oddech konkurencji. Na groźnego konkurenta wyrasta brytyjska firma Plastic Logic, realizująca swój projekt e-papieru, e-czytnika. Urządzenie jest wielkości kartki papieru formatu A4, ciut grubsze od niej, ale bardziej funkcjonalne. Ważne, że elastyczny i dotykowy ekran odporny jest na zginanie i uderzenia. Tak więc bez obaw można go zrolować, czy nawet – jak zapewniają producenci – złożyć w kostkę. Nowa fabryka Plastic Logic w Dreźnie ma produkować około miliona sztuk e-papieru rocznie. ¢ N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

przeładowywania strony, co znacząco wydłuża czas pracy na baterii. Zastosowana w eClicto technologia EInk powoduje, że wyświetlacz nie męczy wzroku, a jednocześnie zachowuje wysoki kontrast. Projekt eClicto po raz pierwszy został zaprezentowany 20 maja w Warszawie na Międzynarodowych Targach Książki. Kolejna prezentacja nastąpiła w czerwcu bieżącego roku na pierwszym polskim „Bookcampie” – nieformalnym spotkaniu miłośników książek, Internetu, e-marketingu i nowych technologii. O zainteresowaniu urządzeniem świadczą wyniki wyszukiwania w googlu. Bez żadnej kampanii promocyjnej po dwóch dniach od prezentacji pojawiło się ok. 12 tys. wyników.

Przekonać wydawców Na pytanie, kiedy urządzenie pojawi się na rynku wiceprezes Maciągowski odpowiada: jeżeli kolejna faza testów wewnętrznych zakończy się pozytywnie, pilotażowy start projektu przygotowywanego przez spółkę Kolporter Info nastąpi już grudniu bieżącego roku. Autorzy projektu podkreślają, że eClicto to nie tylko urządzenie, ale cały system dystrybucji. – Amazon jest ogromną księgarnia internetową, a zatem wypuszczając na rynek Kindle’a posiadał już ogromne zasoby książkowe (ponad 200 tys. pozycji – red.). My własną bazę musimy stworzyć, przekonując wydawców do tego kierunku rozwoju. Kolporter podpisał już umowy z 40 wydawcami. Do firmy spływają kolejne pozycje, które są dostosowywane do systemu eClicto. Nie wszystkie pliki PDF udaje się skonwertować do formatu ePub-owego. Konwertowane są także pliki tekstowe, dzięki czemu książka może zostać upubliczniona jeszcze przed jej „papierowym wydaniem”. Obecnie baza tytułów liczy ok. 1000 pozycji. Blisko połowa jest już przekonwertowana do systemu. Wśród pozycji książkowych dominuje beletrystyka. Nie zabraknie klasyki: Mickiewicz, Słowacki, Reymont, Sienkiewicz czy Żeromski. Swoją drogą ciekawe, czy autor „Przedwiośnia” nie ucieszyłby się ze „szklanego” wydania swojej książki? Problemem może być też cena. Kolporter musi przekonać potencjalnych użytkowników, że warto zapłacić za urządzenie 899 zł – tyle będzie wynosić promocyjna cena pakietu, w którym oprócz czytnika będzie około 100 darmowych książek w wersji elektronicznej. – Warto wziąć pod uwagę, że wraz z urządzeniem klient kupuje dość pokaźny zbiór pozycji książkowych, które są bonusem do urządzenia, więc decydując się na zakup warto i o tym pomyśleć. W druku wszystkie te książki mogą być warte nawet kilka tysięcy złotych – przekonuje Gołuchowski. – Bilansu jednak należy dokonać w perspektywie czasowej. Elektroniczne książki są na ogół o połowę tańsze od drukowanych pozycji. Czytnik eClicto jest zdecydowanie tańszy od swojego protoplasty zza oceanu. Tyle, że nowa wersja Kindle’a to elektroniczne cacko, które dystansuje eClicto. Nie tylko jest bardziej multifunkcyjny, ale przede wszystkim pracuje w sieci (jednak tylko w Stanach z uwagi na regulacje dotyczące kontroli eksportu technologii). eClicto uzupełnia swoje zasoby poprzez kabel USB. – Za superjakość, superwielofunkcyjność również płaci się super. Wejście z danym urządzeniem na rynek jest decyzją N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

biznesową. Apple wypuszczając na rynek iPoda weszło z urządzeniem bardzo prostym, z podstawowymi funkcjami. Okazuje się, że dotąd to proste urządzenie sprzedaje się najlepiej. My też chcemy zaproponować klientom podstawową funkcjonalność, bo to urządzenie służy przede wszystkim do czytania – przekonuje Maciągowski. Prezentowane dotąd urządzenie jest wyposażone w 6-calowy ekran, ale już trwają prace nad większym, 10calowym, który byłby nie tylko idealny do czytania książek (do tego całkiem nieźle wystarcza mniejszy ekran), ale także Leszek Gołuchowski, lektury prasy. Urządzenie nowej generacji będzie wyposażokoordynator ne w wiele dodatkowych funkcji, m.in. możliwość bezprzeprojektu eClicto wodowego łączenia się z Internetem i będzie reprezentowało światowy standard technologiczny. – Zorganizowanie systemu elektronicznej dystrybucji prasy Zorganizowanie systemu wymaga współpracy z wydawcami. Musi zmienić się podejście elektronicznej do redagowania gazet, inne niż w przypadku wersji drukowadystrybucji nej, ale też odmienne od internetowych wydań – przekonuje prasy wymaga współpracy Gołuchowski. z wydawcami. Na obecnym etapie, problemów z dystrybucją cyfrowych Musi zmienić gazet może okazać się zbyt wiele, np. sposób edycji reklam, się podejście do redagowania bowiem większość czytników pracujących na elektronicznym papierze ma wyświetlacze czarno-białe. To dlatego reklamo- gazet, inne niż w przypadku dawcy nie zamieszczają wciąż reklam w kindle’owych czytniwersji kach, choć mają już w ofercie m.in. 30 dzienników. drukowanej, ale Pokonanie tej, jak i wielu innych barier, wydaje się kwestią też odmienne od czasu, bowiem technologie zmieniają się z dnia na dzień. internetowych wydań. Co potwierdza fakt, iż na japońskim rynku pojawił się już kolorowy czytnik firmy Fujitsu. Fot. Bogdan Kułakowski

Aby jednak program nie pozostał na poziomie edukacyjnej ciekawostki, potrzebne są pieniądze na zakup sprzętu i przegranie podręczników (akurat w tym przypadku problemem jest nie tylko koszt, ale i ile niewielka ich liczba dostępna w wersji elektronicznej). – Już jesienią dzięki środkom wojewody śląskiego uda się uruchomić program w wybranych klasach co najmniej sześciu szkół w różnych miejscowościach, od dużych miast, jak Częstochowa, czy Sosnowiec, po małe wioski – opowiada Anna Wietrzyk. W kuratorium mają nadzieję, że uda się też uzyskać wsparcie samorządów lokalnych, dla których zaplanowano Multimedialne Targi Edukacyjne w Katowicach, aby przybliżyć ten na pierwszy rzut oka futurystyczny projekt.

Konkurencja nie śpi Potencjalna zmiana sposobu dystrybucji prasy to ogromne wyzwanie także dla samej firmy Kolporter. Tradycyjna dystrybucja to konglomerat ludzi i sprzętu. W samej działce kolportażowej w kieleckim holdingu pracuje blisko 1900 osób zatrudnionych w ramach umów o pracę i umów cywilnoprawnych, firma obsługuje 28,5 tys. detalicznych punktów sprzedaży oraz 13 tys. prenumeratorów (firm i instytucji). W dystrybucji znajduje się obecnie ok. 5 tys. tytułów o łącznym nakładzie 950 mln egzemplarzy w całym 2008 roku. Żeby dostarczyć je do punktów sprzedaży, należało użyć 325 tys. europalet – każda waży 600–800 kg. Codziennie prasę do punktów sprzedaży dostarcza 700 samochodów dostawczych i ciężarowych, które spalają ok. 8,5 tys. litrów paliwa dziennie. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od… Opla Kadetta. A gdyby to wszystko zastąpić jednym systemem informatycznym połączonym w sieci z wieloma urządzeniami eClicto? Czyż tak nie pomyślał sobie pewnego dnia Krzysztof Klicki? Cóż, trudno mi dociekać, o czym pomyślał szef Kolportera, niemniej ja bym pewnie tak pomyślał. I myślałbym jeszcze intensywniej, bo konkurencja nie zasypia gruszek w popiele. Amerykańska firma Plastic Logic, producent nowatorskiego czytnika epapieru Plastic Logic Reader, podpisała właśnie umowę na dostawę gazet i czasopism z firmą Zinio Systems, której wyłącznym przedstawicielem na Polskę jest wspomniana już firma NetPress Digital. Współpraca, jak deklarują przedstawiciele firmy z Halinowa, pozwoli na dostarczanie już w niedalekiej przyszłości także polskich ¢ tytułów na czytnik Plastic Logic. TEBERIA

43


CZŁOWIEK i TECHNOLOGIE

CZŁOWIEK i TECHNOLOGIE

E-learning w szpitalu – namiastka normalności

15-letni Adam rozpoczął tegoroczny rok szkolny w murach oddziału ortopedycznego Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu. Nikt go jednak nie zwolnił od nauki – kontynuuje ją w szkole przy szpitalu, gdzie jako jeden z pierwszych uczniów może przetestować system nauczania internetowego e-learning „Wirtualna Akademia Umiejętności”.

A

dam wraz z nowymi kolegami z oddziału: Mikołajem i Dawidem wyruszają w wirtualną podróż w kosmos, oczywiście, wirtualnym statkiem kosmicznym. – Super. Nauczyciel nie stoi nade mną i nie wymusza niczego, nie ma żadnej presji. Uczę się wtedy, kiedy chcę, kiedy czuję się dobrze – mówi Adam. A uczy się przy komputerze nader długo – podkreślamy: uczy, a nie bawi, choć w tym przypadku nauka może być tożsama z zabawą – bo jak szczerze przyznaje: przynajmniej się nie nudzę. I mówi wprost, bez ogródek: – Z fizyki jestem kiepski, ale astronomia mnie powoli wciąga. Szczęście w nieszczęściu, że może trochę „liznąć” astronomii w przeciwieństwie do zdrowych kolegów, bowiem nauka o kosmosie zniknęła z programu nauczania fizyki w gimnazjum. To prawdopodobnie jeden z pierwszych w Europie, a na pewno pierwszy w Polsce projekt nauczania małych pacjentów przez Internet. W Prokocimiu, największym szpitalu dziecięcym w Polsce, rocznie hospitalizowanych jest ponad 30 tys. pacjentów. Wiele z nich cierpi na choroby przewlekłe, zwłaszcza pacjenci oddziału onkologicznego. Szkoła w szpitalu to dla wielu namiastka normalnego życia, pozbawionego cierpień 44

TEBERIA

Fot. Bogdan Kułakowski

i chorób. Do przyszpitalnej szkoły trafia rocznie 400 uczniów, z czego w zakresie szkoły podstawowej uczy się 170 pacjentów, w gimnazjum – 75 pacjentów. Szkoła posiada także oddział przedszkolny. E-learning w Szkole Szpitalnej jest inicjatywą podjętą przez Akademię Górniczo-Hutniczą, przy współpracy z Małopolskim Kuratorium Oświaty, Dyrekcją Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu i Wydziałem Edukacji Urzędu Miasta Krakowa. Centrum e-Learningu AGH zaoferowało dostęp do platformy e-Learningowej Moodle, a także podjęło się nieodpłatnego przeszkolenia wszystkich chętnych nauczycieli. Do inicjatywy przyłączyła się firma ArcelorMittal Poland, która ufundowała sprzęt niezbędny do nauki: laptopy, a także routery, wielofunkcyjne urządzenie do drukowania, kopiowania i skanowania. Programy edukacyjne powstały przez okres wakacji specjalnie z myślą o dzieciach szkoły szpitalnej w Prokocimiu. Ich autorzy przy opracowywaniu systemów nauczania musieli kierować się m.in. wydolnością zdrowotną młodych pacjentów. – W projekcie uczestniczą dzieci przewlekle chore. Leczenie chorób nowotworowych trwa nawet kilka lat. W takich przypadkach musimy uwzględniać okresy niedyspozycji – przyznaje N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Anna Wesołowska, dyrektor szkoły. Inicjatywa ma charakter pilotażowy i od jej powodzenia uzależnione będzie wprowadzenie na szerszą skalę e-learningu do innych szpitali lub podobnych jednostek (np. sanatoriów). Jest też nowatorska z uwagi na wiek uczniów – z e-learningu korzysta bowiem głównie młodzież szkół średnich i wyższych. „Wirtualna Akademia Umiejętności” wdrażana w szpitalu jest przystosowana również do poziomu kształcenia szkoły podstawowej i gimnazjalnej. – Przecieramy szlaki w szkołach szpitalnych. Wdrożenie nowego systemu nauczania wymaga przygotowania, zarówno ze strony uczniów, jak i nauczycieli – mówi dyrektor szkoły. Projekt jest rozłożony na kilka etapów. Pierwszy to nauka przedmiotów fakultatywnych. Na początek przygotowano cztery kursy dotyczące edukacji regionalnej (“Moja mała ojczyzna”), astronomii (“Wyruszamy w Kosmos”), wielkich uczonych oraz grafiki komputerowej („Malowanie na ekranie”). Z czasem oferta zostanie poszerzona o inne obszary tematyczne, by zakończyć się na zwykłym programie edukacyjnym. Zajęcia z nauczycielami odbywają się symultanicznie (czyli o tej samej porze w sieci zalogują się uczniowie i będą uczestniczyć w lekcji, koordynowanej przez nauczyciela) N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Kinga Janusz,

lub indywidualnie (nauczyciel korzystając z konkretnych nauczyciel fizyki zaznajamia narzędzi i programów prowadzi lekcję z jednym dzieckiem). młodych Możliwe jest również samodzielne korzystanie z przygotopacjentów z systemem wanych kursów. nauczania Jak przyznaje Anna Wesołowska, projekt ma znaczenie internetowego nie tylko edukacyjne, ale i psychologiczne – ma służyć intee-learning „Wirtualna gracji ciężko chorych dzieci z ich środowiskiem szkolnym Akademia i rodzinnym. Umiejętności”. – Zwykle jest tak, że im dziecko jest bardziej chore, tym z większym zaangażowaniem podchodzi do nauki, bo nauka jest dla niego namiastką normalności – przyznaje dyrektor szkoły. Dzieci chwalą zajęcia z komputerami. Multimedialne szkolenia wykorzystują niekonwencjonalne metody nauczania – scenki z komiksów, symulacje sytuacyjne. Animacje fotograficzne i rysunkowe, małe żarciki oraz podkład muzyczny powodują, że nauka jest bardziej atrakcyjna i skuteczna. Badania potwierdzają, że uczniowie korzystający z interaktywnych podręczników zapamiętują o 30 proc. więcej informacji niż ci, którzy uczą się z podręczników tradycyjnych. Jest jeszcze jeden ważny atrybut pracy i nauki z komputerem – komunikacja, co dla dzieci chorych, przebywających kmark w izolacji, ma niesłychanie duże znaczenie. TEBERIA

45


TECHNOLOGIE

TECHNOLOGIE

Węgiel spalony inaczej

tlenku węgla w Europie. Nasza gospodarka wyemitowała w ubiegłym roku 207,2 mln ton CO2, notując przy tym spadek w stosunku do lat poprzednich. Tyle, że Komisja Europejska coraz bardziej zaostrza normy emisyjne dla państw członkowskich. Koszt ich wprowadzenia liczony jest w miliardach euro. Jednocześnie pojawia się problem dostępu do ropy naftowej i gazu ziemnego, a także ich niestabilności cenowej. Wobec tych wszystkich trudności podziemne zgazowanie węgla staje się jakże pożądaną alternatywą.

Fot. Bogdan Kułakowski

Technologia z Marsa

Czy potraficie sobie wyobrazić kopalnię węgla kamiennego bez węgla, a elektrownię węglową bez dymiących kominów? Nie? Za kilkanaście lat może będzie trudno wam sobie wyobrazić, że tak jak dziś wydobywano i spalano węgiel. Tekst: Jan Sanocki

P

owszechne wyobrażenie o kopalni węgla kamiennego jest następujące: na powierzchni stoi szyb wydobywczy, któremu towarzyszy kilka budynków, w tym zakład przeróbki węgla. Dół to zaś skomplikowany labirynt wyrobisk pionowych i poziomych, gdzie po węgiel zjeżdżają setki górników. Prawdopodobnie jednak za 15–20 lat ten funkcjonujący od dawien dawna model kopalni się zmieni. Aby otrzymać z węgla energię i ciepło nie trzeba wydobywać go na powierzchnię. Bezpieczniej i taniej można pod ziemią zmienić węgiel w gaz, służący do produkcji prądu, a w przyszłości, gdy gospodarka wodorowa będzie faktem, także wodoru. To co dziś wydaje się nieprawdopodobne, jutro może okazać się nieuniknione, bowiem eksploatacja węgla kamiennego w polskich warunkach staje się coraz trudniejsza, a tym samym kosztowniejsza. Niektóre kopalnie muszą już schodzić po węgiel na głębokość ponad 1000 m. Z każdym 46

TEBERIA

Póki co, węgiel spalany jest metodami konwencjonalnymi, bardziej lub mniej wydajniej, czyli bardziej lub mniej ekologicznie. Na zdjęciu najnowocześniejszy w Polsce blok energetyczny w Elektrowni Łagisza należącej do Południowego Koncernu Energetycznego. Blok 460 MW ma sprawność bliską 50 proc.

metrem wzrastają zagrożenia dla życia pracujących górników. Ostatnia tragedia w kopalni „Wujek-Śląsk” jest najlepszym na to dowodem. A przecież jeszcze świeżo w pamięci mamy tragiczny wypadek w kopalni „Halemba” (listopad 2006r., kiedy to wybuch metanu pozbawił życia 23 górników. W ubiegłym roku, który należał do stosunkowo bezpiecznych, w kopalniach węgla kamiennego życie straciło aż 29 górników. Obecny, niestety, będzie gorszy. Polskie kopalnie muszą w najbliższych latach zainwestować ponad 20 mld zł. Większość tych wydatków wiąże się nie tylko z efektywnością wydobycia, ale także bezpieczeństwem. A z czasem nakłady na eksploatację głębinową będą wzrastać. I nie wydaje się, żeby wzrost cen węgla (o ile taki nastąpi) zniwelował wzrost kosztów. Problemom związanym z eksploatacją węgla towarzyszy bowiem poważny problem ekologiczny. Polska gospodarka oparta na czarnym surowcu jest czwartym emitentem dwuN r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Główny Instytut Górnictwa (GIG) prowadzi doświadczenia na testowym georeaktorze w ramach Projektu Huge – podziemne zgazowanie węgla. W Polsce do podziemnego zgazowania być może nadaje się nawet kilkanaście mld ton węgla. W GIG w latach 50. i jeszcze 70. XX wieku prowadzono eksperymenty nad podziemnym zgazowaniem węgla kamiennego, zarówno w warunkach laboratoryjnych, jak i w nieistniejącej już dzisiaj kopalni Mars. Jednak nie doprowadziły one do opracowania w pełni przemysłowej technologii. – Problemem kluczowym jest tutaj jej bezpieczeństwo z uwagi na powstawanie w procesie zgazowania różnych gazów, w tym także tlenku węgla, który jest gazem silnie trującym. Tak więc technologia podziemnego zgazowania musi być wyraźnie lepiej rozpoznana pod różnymi względami, w tym środowiskowymi i bezpieczeństwa – mówi Józef Dubiński, dyrektor Głównego Instytutu Górnictwa. Józef Dubiński zwraca uwagę, że nie wszystkie złoża węgla kamiennego, które nie zostaną wyeksploatowane w tradycyjny sposób, nadają się do zgazowania. To, czy zgazowanie będzie możliwe, w dużym stopniu zależy m.in. od czynników geologicznych, jakości węgla, jego zapopielenia, dopływu wody oraz istnienia nieprzepuszczalnego nadkładu. Według dyrektora GIG, południowa i zachodnia część Górnośląskiego Zagłębia Węglowego posiada bardziej korzystną litologię dla stosowania podziemnego zgazowania pokładów węgla. Nad utworami karbońskimi występuje bowiem kilkusetmetrowy nakład trzeciorzędowy, który może stanowić nieprzepuszczalną barierę dla ewentualnej migracji powstających gazów w kierunku powierzchni. Tutaj bowiem, tak samo jak w przypadku podziemnego składowania dwutlenku węgla, nie może dochodzić do niekontrolowanych ucieczek gazów, ponieważ może to być niebezpieczne dla środowiska geologicznego, jak i dla ludzi. – W przypadku Polski można mówić o kilku, a nawet o kilkunastu miliardach ton zasobów węgla kamiennego nadających się do podziemnego zgazowania. Ponadto w niezagospodarowanych partiach zagłębia zasoby bilansowe ocenia się dzisiaj na około 25 mld ton. W przyszłości może jednak nie być społecznej akceptacji dla budowy nowych głębinowych kopalń, ale jeśli technologie podziemnego zgazowania węgla byłyby odpowiednio rozwinięte, to mogłyby one pozwolić na gospodarcze wykorzystanie przynajmniej części tych zasobów – przekonuje Józef Dubiński.

Na Śląsku nie da rady Należy sobie zdawać sprawę z tego, że na Śląsku trudno będzie prowadzić proces podziemnego zgazowania węgla na wielką skalę, szczególnie w obrębie zagospodarowanych partii złoża. Kopalnie są często połączone nie tylko hydraulicznie, ale też wentylacyjnie, w związku z czym N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

gazy powstałe ze zgazowania węgla mogą się przemieszczać między nimi. Technologie podziemnego zgazowania muszą być zróżnicowane, inne będą w przypadku pokładów płytkich, do ok. 150 m, inne do pokładów o średniej głębokości zalegania, czyli do ok. 1000 m i jeszcze inne do pokładów położonych głęboko, to jest poniżej 1000 m. – Aktualnie w pracach nad rozwojem technologii podziemnego zgazowania węgla jesteśmy na etapie prac eksperymentalnych, prowadzonych w Kopalni Doświadczalnej „Barbara” GIG, gdzie realizowany jest projekt o akronimie HUGE. Jego celem jest opracowanie metodologii, która umożliwia dobór i kontrolę parametrów procesu zgazowania, tak abyśmy mogli produkować gaz o odpowiednim składzie chemicznym, a także panowali nad samym procesem i mogli go w każdej chwili zatrzymać – wyjaśnia dyrektor Dubiński. W przypadku projektu HUGE jest on ukierunkowany na produkcję wodoru. Jak deklaruje Józef Dubiński, uzyskane wyniki potwierdzają, że jest to możliwe. W innym wariancie można nastawić się na produkcję metanu w procesie zgazowania węgla, ale to prawdopodobnie GIG będzie robił w kolejnym projekcie. – W rozwoju technologii podziemnego zgazowania węgla rozważany jest także aspekt pozostawiania dwutlenku węgla pod ziemią, co czyniłoby technologię bardziej przyjazną dla środowiska – dodaje dyrektor.

Wyjście z laboratorium Według Józefa Dubińskiego, aby dalej rozwijać technologie podziemnego zgazowania węgla kamiennego należy w pewnym momencie przejść do warunków rzeczywistej kopalni. Prowadzone jest rozeznanie w tym zakresie i kopalnia taka musi być zainteresowana tą technologią. – Mam nadzieję, że będziemy to realizować w ramach projektu strategicznego pt. „Zaawansowane technologie pozyskiwania energii”, w którym wymagany będzie aktywny udział partnera przemysłowego. Mamy podpisany list intencyjny w tym zakresie z Katowickim Holdingiem Węglowym – informuje Józef Dubiński. GIG przystąpi wspólnie z Instytutem Chemicznej Przeróbki Węgla do budowy Centrum Czystych Technologii Węglowych, gdzie jedną z projektowanych pilotowych instalacji technologicznych będzie właśnie nowoczesna instalacja podziemnego zgazowania węgla. Jednak, aby myśleć o szerokim rozwoju i zastosowaniu technologii podziemnego zgazowania węgla potrzebne będą odpowiednie kadry inżynieryjno-techniczne w wielu specjalnościach. Już dzisiaj w pewnej części kształci je AGH oraz Politechnika Śląska i Wrocławska. Wspomniane Centrum będzie służyło również edukacji. Projekt powstanie w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Kopalnia przyszłości Projekt podziemnego zgazowania, ukierunkowanego na produkcję gazu bogatego w wodór – HUGE (ang. Hydrogen Oriented Underground Coal Gasification for Europe) ma na celu opracowanie modelu funkcjonowania kopalni przyszłości, w której węgiel będzie zgazowywany pod ziemią, natomiast na powierzchnię odprowadzany będzie nośnik energetyczny w postaci gazu bogatego w wodór. Wraz z czynnikiem zgazowującym do złoża węgla dostarczany TEBERIA

47


TECHNOLOGIE

OPINIE

będzie również tlenek wapnia, w celu wiązania CO2. Dzięki temu na powierzchnię płynąć będzie gaz bogaty w wodór, natomiast odpowiedzialny za efekt cieplarniany CO2 będzie składowany w kawernach powstałych w miejscu zgazowanego węgla. Badania prowadzone w ramach projektu HUGE stanowią szansę na wykorzystanie w przyszłości węgli z pokładów nie eksploatowanych z uwagi na zbyt wysokie koszty spowodowane niekorzystnymi warunkami geologicznymi. Projekt HUGE jest trzyletnim projektem badawczym współfinansowanym przez Komisję Europejską w ramach Funduszu Badawczego Węgla i Stali. Koordynatorem projektu jest GIG. W ramach projektu w należącej do GIG Kopalni Doświadczalnej „Barbara” zbudowana zostanie pilotażowa instalacja do podziemnego zgazowania węgla oraz przeprowadzony zostanie eksperyment zgazowania węgla w georeaktorze, zlokalizowanym kilkadziesiąt metrów pod ziemią. Dokładna lokalizacja instalacji zostanie wybrana na podstawie wyników modelowania i symulacji komputerowych. Ponadto ocenie poddany zostanie również wpływ technologii na stan powietrza, wody i stabilności pokładów geologicznych. Badania nad podziemnym zgazowaniem nie są podejmowane po raz pierwszy. Prace w tym obszarze prowadzone były jeszcze przed II Wojną Światową w Związku Radzieckim. W późniejszym okresie instalacje podziemnego zgazowania eksploatowane były na Ukrainie i w Uzbekistanie, w którym taka instalacja działa do dnia dzisiejszego. Innowacja projektu HUGE polega na ukierunkowaniu podziemnego zgazowania węgla na produkcję gazu bogatego w wodór, przy jednoczesnej eliminacji CO2 poprzez jego trwałe związanie w postaci węglanu wapnia i składowanie pod ziemią.

Bezpieczeństwo kosztuje

Zdaniem specjalistów z GIG, produkcja gazu bogatego w wodór na drodze podziemnego zgazowania węgla stanowić będzie technologię kluczową dla przyszłości górnictwa węglowego, zaspokajając jednocześnie zapotrzebowanie na energię, surowiec dla przemysłu chemicznego i paliwo dla środków transportu w Polsce i innych krajach europejskich.

Gazować nad ziemią łatwiej W Polsce trwają także prace nad zgazowaniem węgla już wydobytego. Prowadzą je m.in. Zakłady Azotowe Puławy, na zlecenie których koncern Bechtel wykonał studium wykonalności instalacji pozyskiwania gazu syntezowego na potrzeby produkcji amoniaku. – Wnioski wynikające ze studium wykonalności projektu zgazowania węgla w Puławach są optymistyczne. Jesteśmy zdecydowani kontynuować realizację tego projektu – zapewnia Paweł Jarczewski, prezes ZA Puławy. Dostawcą węgla do instalacji i partnerem w projekcie jest Lubelski Węgiel Bogdanka. Nad projektem zgazowania węgla wspólnie pracują także Południowy Koncern Energetyczny (będący częścią koncernu Tauron Polska Energia) oraz Zakłady Azotowe Kędzierzyn. Obie firmy podpisały umowę o budowie nowoczesnej elektrowni poligeneracyjnej wytwarzającej energię elektryczną, ciepło i gaz syntezowy dla chemii. Projekt zgazowania węgla w Kędzierzynie zakłada budowę elektrowni o mocy 309 MW elektrycznych i rocznej produkcji syngazu w wys. 1,42 mld m sześć. Koszt instalacji szacowany jest na ok. 5,1 mld zł. W grudniu 2009 r. ma być gotowe studium wykonalności instalacji.  ¢

P

Chemicy z Lublina będą robić z CO2 benzynę. Koszt produkcji 1 litra płynu wyniesie około 40 groszy! – te sensacyjne informacje obiegły Polskę. Media, a nawet część polityków przyjęła je z entuzjazmem. Gorzej z środowiskiem naukowym, które powątpiewa w odkrywczość metod zespołu prof. Dobiesława Nazimka z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Projekt zespołu prof. Nazimka polega na wykorzystaniu sztucznej fotosyntezy oraz reakcji chemicznej, podczas której woda i dwutlenek węgla po dodaniu katalizatora i pod wpływem głębokiego ultrafioletu zamienia się w metanol, który następnie poddawany jest separacji termicznej i syntezie MTG (z metanolu w benzynę). W efekcie procesu powstają syntetyczne węglowodory, substytut benzyny i oleju napędowego. – W tej metodzie nie ma niczego odkrywczego. Mogę Panu to samo zrobić z dwutlenkiem węgla z wody 48

TEBERIA

gazowanej, którą pan pije. Pytanie tylko po co, skoro nie da się na tym zrobić biznesu? – mówi nam anonimowo jeden z chemików. Powstaje bowiem problem, ile należałoby zużyć energii we wspomnianym procesie? - Tylko, żeby przerobić 1 kilogram CO2 trzeba najpierw wyprodukować energię emitując 10 kilogramów CO2 – zauważa jeden ze specjalistów. Prof. Dobiesław Nazimek broni swojej koncepcji: – Reakcja główna jest silnie endotermiczna, co jest dość oczywiste. Bez wsparcia dodatkową energią proces nie zamyka się „biznesowo”. Nasz pomysł polega na domknięciu – ale nie całkowitym, bo to jest nierealne – sztucznej fotosyntezy CO2 energią pochodzącą z procesu MTG, gdyż ten jest silnie egzotermiczny. Z bilansu wynika, że w zależności od selektywności procesu MTG można pozyskać od 80 do 90 proc. brakującej energii. MTG nie jest procesem spalania, a więc nie dostarcza CO2 do atmosfery, natomiast dostarcza paliw. Naukowcy z Lublina deklarują, że ich projektem zainteresował się biznes, zwłaszcza firmy energetyczne oraz chemiczne.

- Jedna instalacja, finansowana m.in. z Unii, może powstać pod Łodzią. Druga, już za pieniądze prywatne, pod Łomżą – wylicza szef zespołu. Niemniej prof. Nazimek liczy na wsparcie finansowe projektu ze strony Ministerstwa Gospodarki. Ma przy tym silne wsparcie polityczne środowiska związanego z Radiem Maryja. Interpelacje w tejże sprawie składała już posłanka Anna Sobecka. Podczas spotkania z profesorem Nazimkiem przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki zaproponowali powołanie zespołu do przygotowania analiz poprzedzających decyzje inwestycyjne w sprawie budowy półtechnicznej instalacji. Ponadto ustalili oni, że istnieje szansa dofinansowania badań środkami z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, a resort służy pomocą w realizacji przedsięwzięć komercyjnych.  js N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Fot. Bogdan Kułakowski

Benzyna z CO2?

ochodzę z Rudy Śląskiej, gdzie mieszkam między kopalniami „Halemba” i „Wujek-Śląsk”. Jeszcze nie zagoiły się rany po niedawnej tragedii w „Halembie”, gdy moje okolice nawiedził kolejny dramat. Jak wielu myślę: i po co to wszystko, dla kilku dodatkowych ton węgla? Kazimierz Kutz napisał niedawno w swoim felietonie w „Gazecie Wyborczej”: „Niech nareszcie będzie spokój bez tego całego świństwa”, które jak podkreślił jest „źródłem ich wszystkich nieszczęść, poniewierek, często biedy dziedzicznej”. Jako, że mój ojciec nieomal nie stracił życia w wypadku… na „Wujku”, doskonale wyczuwam ten stan emocji. Jednak w chwili takiej jak ta, kiedy dla wielu rodzin węgiel stał się prawdziwym źródłem nieszczęścia, pewnie wielu zadaje sobie to samo pytanie: co zrobić z tym cholernym węglem? Zamknąć kopalnie? I takie padają pomysły przy okazji wielkich górniczych katastrof. Szaleństwo, bo niby co zrobić z ludźmi? Wystawić ich za bramę z kilkudziesięcioma tysiącami złotych. Już raz to zrobiono i nic dobrego z tego nie wyszło. Trudno też mi sobie wyobrazić polską elektroenergetykę bez polskiego węgla. A może czas pomyśleć o innym modelu górnictwa, w którym nowoczesna technologia wyeliminuje człowieka z tych miejsc, w których przebywać nie powinien? A takich miejsc pod ziemią, gdzie nie powinien przebywać, a już na pewno nie powinien pracować, będzie przybywało z roku na rok. Skończyły się już „łatwe” złoża. Po każde następne trzeba iść w głąb na 1000 m i niżej. A z każdym metrem przybywa zagrożeń naturalnych, wzrasta temperatura skał, przybywa metanu. Eugeniusz Krause, specjalista Kopalni Doświadczalnej „Barbara”, jeden z najlepszych w kraju fachowców od metanu, tłumaczył mi kiedyś prostą zależność pomiędzy koncentracją wydobycia a zagrożeniem metanowym. Wystarczy N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

wydłużyć ścianę węglową o 50 metrów, a potencjalny wypływ metanu ze złoża wzrasta o 200 proc. Pokazywał mi to na prostym geometrycznym wykresie. Ot, prosta matematyka, której nie da się oszukać, tak jak metanomierza. Jest więc oczywiste, że trzeba zmienić obecny model wydobycia węgla. Czyżbym jednak sam był tak naiwny, żeby w to wierzyć? Modernizacja kopalń to wydatek dziesiątek miliardów złotych. Katowicki Holding Węglowy od kilku miesięcy stara się pozyskać z rynku ok. 900 mln zł z przeznaczeniem na inwestycje w nowoczesny sprzęt wydobywczy. W tym celu wyemitował specjalny papier wartościowy tzw. obligacje węglowe. Póki co, nie udało się wiele sprzedać, bo rynek nie zareagował tak, jak chcieliby tego górnicy. Automatyczne, bezobsługowe kompleksy ścianowe, a po jakimś czasie podziemne technologie spalania węgla, eliminujące ostatecznie człowieka z procesu wydobycia węgla. Ten kierunek zmian w polskim górnictwie jest o tyle oczywisty, jeśli bezpieczeństwo traktować priorytetowo, co nierealny, wziąwszy pod uwagę realia ekonomiczne rządzące górnictwem. Właściciel, jakim jest Państwo, nie może w nieskończoność zrzucać odpowiedzialności na garb zarządów spółek węglowych. Wicepremier Pawlak rozpływa się w słowach mówiąc o czystych technologiach węglowych, podczas gdy na poziomie działań operacyjnych panuje od lat ten sam marazm. A to słyszymy, że minister by chciał, ale rząd nie chce, a to, że nie ma politycznego konsensusu w sprawie węgla. I tak to trwa. Od kilku dobrych lat Kompania Węglowa nie może doczekać się obiecanych 400 mln zł dokapitalizowania (jest to już sprawa trzech kolejnych rządów), więc o czym my mówimy, o jakim high-techu w kopalniach? Jacek Srokowski TEBERIA

49


TECHNOLOGIE

Na zdjęciu e-kopalnia, czyli system umożliwiający monitorowanie i diagnostykę maszyn pracujących na dole kopalni.

Fot. Bogdan Kułakowski

Nauka zeszła tysiąc metrów pod ziemię

TECHNOLOGIE

50

TEBERIA

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

Nowoczesny sprzęt pracujący dziś w górnictwie ma wiele wspólnego z Formułą 1. Górnicy i naukowcy zachowują się tak samo jak mechanicy w boksach. Siedzą przed ekranem komputerów i na bieżąco obserwują, jak zachowuje się sprzęt pracujący na dole. A produkuje się go według dwóch podstawowych zasad: ma być niezniszczalny i przewidywalny. Tekst: Tomasz Głogowski

Autor jest dziennikarzem Gazety Wyborczej w Katowicach

N

a biurku Jarosława Zagórowskiego, prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej stoi fotografia przedstawiająca wydobycie w jednej z australijskich kopalń węgla kamiennego. Potężny spychacz ładuje na ciężarówkę tony węgla, który znajduje się praktycznie tuż pod powierzchnią ziemi. To praktycznie kopalnia odkrywkowa: nie ma szybów, taśmociągów, potężnej infrastruktury. – My o takim wydobyciu możemy tylko pomarzyć – uśmiecha się prezes Zagórowski i dodaje, że zarządzane przez niego kopalnie, aby utrzymać wydobycie, muszą schodzić coraz to niżej – poniżej tysiąca metrów (rekordzistą w JSW jest kopalnia „Budryk”, która fedruje już na poziomie 1050 metrów). Ale każde zejście poniżej tysiąca metrów to w górnictwie potężny problem. Przybywa metanu, gwałtownie wzrasta temperatura, panują fatalne warunki. Koniecznością jest budowa specjalnej infrastruktury ułatwiającej pracę pod ziemią – potrzebna jest klimatyzacja, nowoczesne obudowy i pierwszej jakości sprzęt. I właśnie trudne warunki geologiczne są jednym z powodów, dla których do kopalń wkroczyła nowoczesna technika. Bez niej wydobycie węgla byłoby już niemożliwe i nieopłacalne. Dzisiejsze kopalnie w niczym nie przypominają już zakładów jeszcze sprzed 20, czy 15 lat. Mikroprocesory, elektroniczne systemy sterowania i komputery. To pod ziemią codzienność. Andrzej Meder, prezes Zabrzańskich Zakładów Mechanicznych (wchodzących w skład grupy Kopex), największego w Polsce producenta kombajnów ścianowych, mówi, że to właśnie w kombajnach zawarła się cała esencja przewrotu technologicznego w górnictwie. Postęp techniczny, jaki dokonał się w kopalniach, do złudzenia przypomina jego zdaniem rozwój przemysłu samochodowego. – Najpierw jeździliśmy syrenkami, potem przesiedliśmy się na polonezy, a teraz wielu z nas ma mercedesy. Tak samo z kombajnami górniczymi. Pierwsze egzemplarze były tak zawodne, że brygada doskonałych mechaników cały czas czuwała na dole w pełnej gotowości. Gdy N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

kombajn się zepsuł, co zdarzało się często, od razu dokonywali niezbędnych napraw. Poza tym, silniki elektryczne nie były w stanie napędzać całego urządzenia, więc musiano wspomagać się hydrauliką. Teraz to nie do pomyślenia. Nowoczesnych kombajnów nikt na dole nie naprawia – przekonuje prezes Meder. Wie co mówi, bo najnowsze produkty ZZM, czyli kombajny KSW 2000, KSW 1500 i KSW 800, to urządzenia, które pracują praktycznie bezobsługowo. Podwójny układ napędowy, zabezpieczenia przed przeciążeniem i pełna, tzw. dwustronna transmisja danych powodują, że można nimi sterować na „odległość”. Decyduje o tym szczególnie ta ostatnia funkcja, bo parametry pracy kombajnu mogą być na bieżąco przesyłane nie tylko na biurko szefów kopalni, ale nawet do centrum serwisowego ZZM. Dzięki temu, specjaliści z zabrzańskich zakładów mogą na bieżąco obserwować, jak zachowuje się wyprodukowany przez nich kombajn, pracujący np. w Chinach, czy Australii. – To jak Formuła 1, gdy inżynierowie w boksach obserwują na ekranach komputerów wszystkie parametry bolidu. Mogą w odpowiednim momencie wezwać samochód do garażu i dokonać zmian w ustawieniach, albo niezbędnych napraw. Tak samo jest z nowoczesnymi kombajnami – uśmiecha się na kolejne motoryzacyjne porównanie prezes Meder. Dodaje jednak, że w nowoczesnej kopalnianej rzeczywistości kwestia napraw odpada, bo sprzęt pracujący, dziś na dole kopalń produkuje się według dwóch podstawowych zasad: ma być niezniszczalny i przewidywalny. Co to oznacza? – Zakładamy, że maszyna musi bezawaryjnie przepracować określoną liczbę godzin, po czym zostanie wycofana z eksploatacji. Nie będzie się opłacało jej naprawiać – mówi Andrzej Meder.

Badanie, rozwój, przyszłość Jednak całej nowoczesnej elektroniki i urządzeń stosowanych do wydobywania węgla nie byłoby, gdyby nie inżynierowie pracujących w laboratoriach firm górniczych. Dziś każda szanująca się firma ma własne centrum badawczoTEBERIA

51


TECHNOLOGIE

-rozwojowe, albo przymierza się do jego stworzenia. Dobrym przykładem jest tu Kopex, który zaledwie półtora roku temu powołał spółkę Kopex-Technology, która skupiła w sobie wszystkie prace rozwojowe prowadzone w spółce. – Do tej pory każdy z działów zajmował się jakąś nową technologią, ale postanowiliśmy, że musimy stworzyć osobny zespół, który będzie odpowiedzialny tylko za prace rozwojowo-badawcze – mówi Tomasz Soroka, kierownik ds. techniczno-organizacyjnych Kopex-Technology. Zapewnia, że stworzenie nowej spółki, to szansa na pracę dla młodych inżynierów. Trwa właśnie rekrutacja, ale co ciekawe, ogłoszeń o pracę nie zamieszczono w gazetach. – W tej branży jest ogromna konkurencja, więc najlepsi studenci Akademii Górniczo-Hutniczej, czy Politechniki Śląskiej mają zapewnioną pracę już na studiach. My też staramy się wyłapywać „perełki”, ale zamiast łowców głów, słuchamy opinii naukowców. Jeżeli jakiś profesor poleci swojego studenta, to gwarantujemy mu pracę – zdradza Soroka. Zajęć młodym inżynierom z pewnością nie zabraknie, bo Kopex-Technology zaangażował się ostatnio w kilka poważnych projektów rozpoczętych przez spółkę-matkę. Jednym z nich jest analiza nacisku górotworu na nowoczesne obudowy produkowane w Tagorze. Choć brzmi to niewinnie, Kopex-Technology włączył się tym samym w realizację jednego z największych zamówień dla górnictwa w ciągu ostatnich lat. Okazuje się bowiem, że obudowy wyprodukowane w Tagorze wchodzą w skład automatycznego kompleksu ścianowego, który Kopex zainstalował właśnie w kopalni „Carborough Downs” w australijskim Queensland. To pierwszy w historii światowego górnictwa, tzw. kompletny i zintegrowany system aktywnego monitoringu pracy zmechanizowanego kompleksu ścianowego. Kontrakt wart jest 131,3 mln dolarów australijskich. To największa umowa Kopeksu w ostatnich latach i zarazem największa, jaką kiedykolwiek polska firma podpisała na australijskim rynku. – My przeprowadziliśmy badania wytrzymałościowe obudów, które muszą wytrzymać określone obciążenia. Jeżeli jakiś fragment kompleksu byłby zbyt podatny na naprężenia, to mogłoby być niebezpieczne dla załogi – mówi Tomasz Soroka i dodaje, że obudowy trafiły pod specjalne „prasy”, gdzie były rozsuwane i chowane ponad... 70 tysięcy razy. – To było zabójstwo dla całej sekcji, ale zdała egzamin – uśmiecha się Soroka. Kolejnym wyzwaniem dla Kopex-Technology będzie stworzenie specjalnego „skanera” dla kombajnu, który w przyszłości mógłby pracować za pomocą zdalnego sterowania. Okazuje się, że obecnie sporym problem dla każdego kombajnu ścianowego, który rozpoczyna pracę na dole, jest tzw. zawrębienie się, czyli odpowiednie ułożenie maszyny w ścianie. – Skaner będzie w stanie automatycznie rozpoznać złoże i zapamiętać wszystkie niezbędne parametry wydobycia – tłumaczy Soroka i dodaje, że projekt zwiększy nie tylko bezpieczeństwo pod ziemią, ale także ograniczy liczbę osób pracujących w zagrożonym rejonie.

E-kopalnia to nie science fiction Okazuje się, że obydwa te zjawiska mają spore znaczenie przy wdrażaniu nowoczesnych technologii. Bezpieczeństwo górników pracujących pod ziemią przyświecało także inżynierom z Famuru, którzy stworzyli e-kopalnię, 52

TEBERIA

TECHNOLOGIE

czyli system umożliwiający monitorowanie i diagnostykę maszyn pracujących na dole kopalni. Famur, podobnie jak Kopex, stworzył własną firmę badawczo-rozwojową, czyli Polskie Centrum Techniki Górniczej. Spółka zajęła się wdrożeniem i opracowaniem całego systemu, który pozwala zmniejszyć koszty serwisowania maszyn i urządzeń przez zdalną ich diagnostykę. Dzięki temu możliwe jest nie tylko wykrywanie stanów przedawaryjnych, ale też niedopuszczanie do powstawania awarii. – Przyszłością nowoczesnego górnictwa jest bezobsługowa praca maszyn. Dlatego podstawą do stworzenia e-kopalni było założenie: mniej mocy, mniej ludzi, a ten sam efekt – przekonuje Ryszard Bednarz, wiceprezes Famuru, kierujący Polskim Centrum Techniki Górniczej. Prezes Bednarz przekonuje, że zmniejszając awaryjność sprzętu, można będzie znacznie zwiększyć jego wydajność. Dziś słaba wydajność, to podstawowa bolączka naszego górnictwa. – Mamy już nowoczesne kombajny, które stoją przez dwie-trzy godziny dziennie, bo zepsuła się jakaś drobna część. Jeżeli będziemy prowadzić stałą diagnostykę, problem da się wyeliminować, a wydajność wzrośnie – dodaje prezes Bednarz. Zgadza się z tym Mirosław Taras, prezes kopalni „Bogdanka”, która przez wszystkich specjalistów uznawana jest dziś za najbardziej innowacyjną w polskim górnictwie. – Gdy w 1980 roku kończyłem studia, to powszechnie uważano, że maksymalne dzienne wydobycie ze ściany sięgnie 2 tysięcy ton. Dziś wydobywamy 15 tysięcy ton i uważamy, że to mało. W przyszłości chcemy 25, a nawet 30 tys. ton – przekonuje prezes Taras i dodaje, że nie będzie to możliwe bez nowoczesnej technologii. Dlatego część z 500 mln zł, które „Bogdanka” pozyskała z giełdy, zostanie przeznaczona na kupno nowego sprzętu, w tym kombajnów. – Dziś używamy kombajnów Joya, ale na targach górniczych w Katowicach zauważyłem, że polscy producenci zrobili ogromny krok do przodu. Depczą konkurenci po piętach – mówi prezes Taras i dodaje, że „Bogdanka” przygotowuje się też do wydobywania węgla techniką strugową. To rozwiązanie dla pokładów cienkich, poniżej 1,6 metra. Strug, który jest szybszy niż kombajn, dostarczy jeszcze w tym roku kopalni Bucyrus Polska. Będzie „skrobał” od 5 do 15 cm pokładu dziennie i będzie całkowicie automatyczny – sterowany przez komputer. Prezes Taras przekonuje, że wszystkie innowacje sprowadzają się do jednego celu – podniesienia wydajności. I właśnie to uratowało kopalnię na początku lat 90., gdy została odłączona od „śląskiego” górnictwa i stała się samodzielnym zakładem. – Wtedy stanęliśmy nawet przed widmem likwidacji. Mieliśmy dwie drogi. Albo się poddać, albo zainwestować w nowe technologie, które zwiększą wydobycie. Na szczęście wybraliśmy drugą opcję. Dziś większość naszych urządzeń, począwszy od obudów, a skończywszy na kombajnach, to produkty technologicznie zaawansowane – mówi prezes Taras. Przyznaje jednak, że „Bogdanka” – wdrażając nowe technologie – miała łatwiej niż kopalnie skupione w Kompanii Węglowej, Katowickim Holdingu Węglowym, czy Jastrzębskiej Spółce Węglowej. – To, co na Śląsku było najlepszego zostało już wybrane, czyli zupełniej inaczej niż u nas. My przez inną strukturę pokładu mamy mniejsze zagrożenia metanem, tąpaniami, czy innymi czynnikami N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

ryzyka. W takiej sytuacji łatwiej jest nam zainwestować w nowoczesny sprzęt, bo możemy przeznaczyć na niego część środków, które musielibyśmy wydać na zabezpieczenie złoża – przyznaje prezes Taras.

Miliony przeliczone w lata Wygląda jednak na to, że śląskie spółki węglowe nie zamierzają stać w miejscu i będą gonić „Bogdankę”. A nawet ją wyprzedzać. Okazuje się, że technikę strugową pierwsza zastosowała w sierpniu kopalnia „Zofiówka” (po 11 latach przerwy), wchodząca w skład JSW. Kompleks, w skład którego weszły, oprócz strugu, przenośnik ścianowy i nowoczesna obudowa, kosztował aż 97 milionów złotych. Ale jak przekonują w JSW opłacało się wydać te pieniądze, bo inwestycja ma jeden cel. Przedłużyć żywotność kopalni o kilkadziesiąt lat! Taki sam efekt ma przynieść kolejna inwestycja, w której wykorzystane zostaną nowe technologie – budowa nowego szybu w kopalni „Zofiówka”. Przetarg wygrało Przedsiębiorstwo Budowy Szybów należące do grupy Kopex. Firmę czeka teraz największa od ponad 20 lat inwestycja w polskim górnictwie – w praktyce budowa nowej kopalni. Ostatnią był „Budryk” w Ornontowicach, uruchomiony w latach 90. – Dla nas to duże wyzwanie, chociażby ze względu na sprzęt. Część urządzeń do wiercenia ostatnio wykorzystywaliśmy na „Budryku”, a potem nie było już okazji. Teraz, choć są całkiem sprawne, będziemy musieli zamontować w nich nową elektronikę – przyznaje Marian Kostempski, prezes Kopexu i dodaje, że z powodu braku zamówień na miejscu, PBSz musiało w ostatnich latach przerzucić się na kontrakty zagraniczne. Firma brała udział w modernizacji Europejskiego Ośrodka Badań Jądrowych (CERN) koło Genewy, gdzie polscy specjaliści wykonali chodniki i dwie olbrzymie podziemne komory, w których zainstalowano m.in. elementy słynnego Wielkiego Zderzacza Hadronów. Budowa szybu ma trwać cztery lata. Kontrakt obejmuje nie tylko wykonawstwo, ale i zaprojektowanie szybu, który ma mieć 8 metrów średnicy i 895 metrów głębokości. Równolegle drążone będą też poziome chodniki prowadzące do nowych złóż.

JSW nie ma wyjścia. Musi szukać nowych złóż węgla, bo stare wyczerpią się za ok. 30 lat. Dlatego, oprócz BziaDębiny, w okolicach Pawłowic ruszy budowa nowego szybu dla kopalni „Pniówek”. Wydobycie rozpocznie się tam w 2018 r. i w 2025 r. osiągnie poziom 7 tys. t na dobę. Specjaliści przekonują, że przyszłością górnictwa, niezależnie od tego, czy kopalnie będą fedrować jeszcze 10, czy 100 lat i tak będą bezobsługowe ściany wydobywcze. – Nie da się całkowicie wyeliminować górników pracujących pod ziemią, ale można ograniczyć ich liczbę. I tu jest ogromne pole do popisu dla nowych, górniczych technologii – przekonuje prezes Bednarz. – Od tej drogi nie ma odwrotu. Tam gdzie panują groźne dla życia warunki geologiczne, będą w przyszłości pracować maszyny. Będzie tak również na naszej kopalni i mamy tego pełną świadomość – dodaje prezes Taras. Próbę zainstalowania w pełni automatycznej ściany wydobywczej, która zastąpiłaby pracę 30 górników, podjął Katowicki Holding Węglowy. W 2005 roku w kopalni „Staszic” zaczęto montować urządzenia, które miały automatycznie sterować kombajnami. Niestety. Udało się je nawet odpalić, ale po kilku dniach eksploatacji, trzeba było przerwać wydobycie. – Okazało się, że trafiliśmy na lity piaskowiec, którego nie dało się pokonać – mówi Stanisław Gajos, prezes KHW. Podjęto decyzję o zdemontowaniu ściany i wydobyciu jej na powierzchnię. Kosztowała około 80 mln zł i holding nie zaryzykował jej zniszczenia. – Ale nie wycofaliśmy projektu. Nadal będziemy pracować nad automatyczną ścianą, razem z naukowcami z Akademii Górniczo-Hutniczej oraz Polskiej Akademii Nauk – obiecuje prezes Gajos i dodaje, że dzięki zdalnemu sterowaniu kopalnia będzie mogła do niezbędnego minimum ograniczyć przebywanie górników w niebezpiecznym rejonie.Ten, jak i podobne projekty mogą otrzymać wsparcie ze środków unijnych, m.in. PO „Innowacyjna Gospodarka”. Niestety, w tej materii nie wszystko zależy od człowieka, dlatego prezes Gajos szanse powodzenia ocenia na 95 proc. Te brakujące 5 proc. to natura, której działania ¢ w kopalni nigdy nie da się przewidzieć.  REKLAMA

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

53


KREAT Y WNI

KREAT Y WNI

Mateusz Jakubiak

Tworzyć coś nowego Zawsze fascynowało mnie górnictwo – potęga natury i ciężka praca ludzka. Specyfika produkcji górniczej prowadzonej sposobem podziemnym oraz warunki niepewności i ryzyka z nią związane skłoniły mnie do poszukiwania nowych rozwiązań, które mogą wspomóc planowanie tego rodzaju produkcji. Najbardziej pociągające w mojej pracy jest to, że mogę tworzyć coś nowego, coś, co może wspomóc ludzi pracujących w trudnym przemyśle. Inspiracją dla mnie jest ciekawość i przyjemność, jaką znajduję w analizowaniu problemów, szukaniu odpowiedzi i składaniu czasami różnych od siebie cegiełek w jedną spójną całość. Moimi największymi osiągnięciami zawodowymi jest praca doktorska, którą broniłam w wieku 28 lat oraz koncepcja nowoczesnego rozwiązania wspomagającego planowanie robót górniczych w kopalniach węgla kamiennego, nad którą obecnie pracuję. Plany zawodowe skupiają się wokół moich zainteresowań naukowych – chcę opracować założenia nowoczesnego systemu wspomagania planowania robót górniczych i doprowadzić do jego realizacji. Uczestniczę w organizacji konferencji, ponieważ uważam, że jest to wspaniała inicjatywa, dzięki której młodzi ludzie, stawiający pierwsze kroki w pracy naukowej, mogą szukać inspiracji do dalszego rozwoju.

Szukam wyzwań Zawsze szukam nowych i interesujących wyzwań, a praca na uczelni daleka jest od monotonii i dostarcza dużo możliwości zawodowej samorealizacji. Wymaga znacznej samodzielności, jak i dobrej organizacji pracy, ale umożliwia realizację zawodową w działalności naukowej, dydaktycznej i organizacyjnej. Myślę, że taka wszechstronność najbardziej mnie w niej pociąga. Obszar mojej działalności naukowej ma interdyscyplinarny charakter i wiąże się z nowatorstwem technologicznym: w ramach pracy doktorskiej prowadzę badania nad zastosowaniami laserów małej mocy w biologicznej rekultywacji terenów poprzemysłowych. Sądzę jednak, że największe osiągnięcie zawodowe dopiero zbliża się wielkimi krokami. Obrona pracy doktorskiej będzie ukoronowaniem 4-letniej pracy badawczej. Poza nagrodami stypendialnymi, do sukcesów zaliczyłbym publikacje prezentujące mój dorobek naukowy, których jest już niemal 40, a wśród nich 5 w czasopismach z Listy Filadelfijskiej. Swój dorobek naukowy prezentowałem na ponad 20 krajowych i międzynarodowych konferencjach. Krakowska Konferencja Młodych Uczonych nie jest jedynym tego typu projektem, w którego organizację jestem zaangażowany. Organizacja wiąże się z dużym wysiłkiem, ale sprawia naprawdę olbrzymią satysfakcję.

54

TEBERIA

Fot. Bogdan Kułakowski

Edyta Brzychczy N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

55


KREAT Y WNI

KREAT Y WNI

Małgorzata Śliwka

Kontakt z ludźmi daje satysfakcję Dla mnie podstawą wyboru kierunku studiów zasadniczych i później doktoranckich były zainteresowania ekonomią, ekonomiką, biznesem, a w szczególności rynkami finansowymi i giełdami towarowymi. Studia, które wybrałem, pozwoliły rozszerzać wiedzę w tym zakresie. Ale tak naprawdę przekonałem się o tym dopiero później, mając do czynienia w praktyce z obrotem instrumentami finansowymi na giełdach pieniężnych oraz dokonując wyceny przedsięwzięć inwestycyjnych. Najbardziej w mojej pracy fascynują mnie wyzwania. Oczywiście chodzi o wyzwania naukowe. Jednak bez kontaktu z ludźmi, doświadczania wzajemnych interakcji to wszystko, co robię na co dzień, byłoby znacznie mniej pociągające. Śmiem powtarzać znane stwierdzenie, że to przede wszystkim kontakt z ludzmi stwarza warunki do odczuwania satysfakcji z tego, co się robi. Niewątpliwie największym moim osiągnięciem naukowym było ukończenie doktoratu i jego obrona z wyróżnieniem na Wydziale Górnictwa i Geoinżynierii AGH. Planuję teraz rozwijać moje zainteresowania naukowe zmierzające do osiągnięcia w przyszłości statusu samodzielnego pracownika naukowego. A organizacja Krakowskiej Konferencji Młodych Uczonych dla mnie, jako koordynatora, to wyzwanie naukowe i organizacyjne.

Inspiruje mnie przyroda

56

TEBERIA

Michał Kopacz

Fot. Bogdan Kułakowski

Z zamiłowania jestem przyrodnikiem, jednakże zawsze interesowały mnie bardziej techniczne aspekty ochrony środowiska przyrodniczego. Zawsze fascynowało mnie podpatrywanie przyrody, rozumienie procesów i zjawisk w niej zachodzących. Praca naukowa daje przyjemność odkrywania czegoś nowego, zrozumienia z pozoru prostych rzeczy, ale uczy też cierpliwości i pokory. Nie bez znaczenia jest tutaj także aspekt dydaktyczny, drobne sukcesy zachęcają do wysiłku, porażki – do pracy nad sobą. Co mnie inspiruje? Po trosze ciekawość, po trosze piękno i złożoność otaczającej nas przyrody, na pewno osoby, z którymi współpracuję…. Na pewno jednym z ważniejszych moich osiągnięć naukowych jest uzyskanie stopnia doktora nauk technicznych. Jestem autorką blisko 40 publikacji, realizowałam kilka projektów naukowych i edukacyjnych, otrzymałam szereg nagród naukowych i organizacyjnych, jestem laureatką konkursów stypendialnych. Swoją przyszłość zawodową wiążę z pracą naukową, w najbliższym czasie ukierunkowaną na dziedzinę, z której chciałbym się habilitować. Zdecydowanie uważam, że istnieje potrzeba organizacji konferencji skierowanych do doktorantów i młodych stażem pracowników naukowych.

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9

TEBERIA

57


F E L I E TO N • ŁU K A S Z F O LT Y N

Nie blokujmy myślenia! Nie tylko w polskiej gospodarce brakuje innowacyjności. Brakuje jej wszędzie, na każdym kroku, w każdym nieomal przejawie życia gospodarczego, społecznego czy państwowego w Polsce. Na przykład nie ma innowacyjności w polityce - ciągle w gruncie rzeczy te same od 20 lat idee, a raczej idea, ci sami ludzie, tylko z roku na rok coraz starsi, czasem pojawiają się nowi, młodsi, ale nie wnoszą oni nic nowego. Co więcej, nie tylko nie realizuje się innowacyjnych projektów, ale także małe jest zapotrzebowanie na innowacyjne produkty, usługi, czy wreszcie idee (polityczne) w społeczeństwie. Przyczyna braku innowacyjności w gospodarce nie tkwi więc w jakichś mechanizmach gospodarczych, skoro także w innych dziedzinach jej brakuje. Przeszkód w rozwijaniu się innowacyjności należy szukać raczej w mechanizmach społecznych i kulturowych polskiego społeczeństwa. Dopiero po usunięciu tych barier będzie można liczyć na rozwój innowacyjności nie tylko gospodarki, ale i wszystkich innych dziedzin w Polsce. Zwróciłbym uwagę przede wszystkim na wychowanie i edukację dzieci. Nie ma w nich bowiem miejsca na „innowacyjność”, poszukiwanie własnej ścieżki rozwoju, odkrywanie własnych predyspozycji i talentów. Paraliżuje strach przed popełnieniem błędu, za co zostanie się upomnianym przez rodziców czy nauczyciela w szkole. A przecież w innowacyjności często próbuje się różnych rozwiązań, z których większość kończy się niepowodzeniem – tyle, że nie należy się tym zrażać, tylko próbować dalej, szukając i próbując innych pomysłów. W ostatnich czasach, moim zdaniem, problemem jest nadmiar rozrywek, które są do dyspozycji dziecka. Takich rozrywek, w których dziecko jest bierne, a nie twórcze. Zabawki, gry komputerowe, filmy i telewizja – wszystko to są gotowe produkty i usługi, z których dziecko ma tylko korzystać. Zbyt mało jest takich rozrywek, zabawek, które wymagałyby od dziecka 58

TEBERIA

twórczego podejścia, rozwiązywania problemów. W szkole obowiązują sztywne programy, do tego przeładowane wiedzą teoretyczną. Nie ma miejsca na dyskusję, na odstępstwo od jedynie słusznej opinii nauczyciela… Znowu dziecko nie ma prawa błądzić, stawiając śmiało własne tezy. A przecież tak ćwiczy się zdolności umysłowe, które w przyszłości, w życiu zawodowym, są niezbędne do myślenia innowacyjnego. Przeładowanie programu oznacza z kolei, że dziecko nie ma możliwości rozwijania własnych zainteresowań, wykraczających poza program szkolny. W domu trzeba odrabiać lekcje i przygotowywać się do częstych w naszych szkołach sprawdzianów wiedzy, odpytywań, itp. Mam znajomych, których dzieci uczą się w szkołach za granicą, np. w Wielkiej Brytanii i Danii. Wszyscy oni podkreślają, że dzieci w tamtejszych szkołach mają znacznie mniej przeładowane programy szkolne. A przy tym gospodarki tych krajów są znacznie bardziej innowacyjne, niż polska… Bo w innowacyjności nie liczy się tak bardzo wiedza teoretyczna, jak umiejętność jej stosowania i nawet, jeśli się ma tej wiedzy mniej, to i tak można zrobić z niej większy użytek praktyczny. Jak więc widać, przestawienie naszej gospodarki, a raczej całego państwa, na ścieżkę innowacyjności, wymaga przemian w świadomości społeczeństwa – rodziców, nauczycieli, polityków odpowiedzialnych za edukację. Poza zmianą programów, zmniejszeniem zakresu materiału teoretycznego i większej liczby zajęć polegających na ćwiczeniach korzystania z wiedzy, potrzeba także więcej kół zainteresowań w szkołach i poza szkołami, szczególnie w dziedzinach technicznych. Ba!, „koła informatyczne” nie mogą polegać, tak jak obecnie ma to często miejsce, na klikaniu w gry komputerowe… Należy też zadbać o odpowiednie kadry, a trudno je przyciągnąć oferując tak niskie pensje, jakie w Polsce mają nauczyciele. I koło się zamyka. N r 1 PA Ź D Z I E R N I K 2 0 0 9


Profile for Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im S. Sta

teberia_nr1  

teberia_nr1

teberia_nr1  

teberia_nr1

Profile for teberia24
Advertisement