Issuu on Google+

Książki ogrodami uczonych...

Awiator z Kaniowa

NUMER 3 (14) KWIECIEŃ 2012

NAUKA / TECHNOLOGIE / GOSPODARKA / CZŁOWIEK

POLSKIE APLIKACJE NA STARTup Bionik w przyrodzie widzi swego mistrza


Spis treści: 4 6 8 10 13 14 20 28 37 42 46

EDYTORIAL

Czy fundusze europejskie zabijają w Polakach innowacyjność? NA CZASIE

Newsy FAKTY

W oczekiwaniu na IPO Facebook w liczbach WYWIAD

Technologie jutra BIBLIOTEKA

* Skąd ta nazwa –

…Otóż gdy pojawił się gotowy projekt witryny – portalu niestety nie było nazwy. Sugestie i nazwy sugerujące jednoznaczny związek ze Szkołą Eksploatacji Podziemnej typu novasep zostały odrzucone i w pierwszej chwili sięgnąłem do czasów starożytnych, a więc bóstw ziemi, podziemi i tak pojawiła się nazwa Geberia, bo bóg ziemi w starożytnym Egipcie to Geb. Pierwsza myśl to Geberia, ale pamiętałem o zaleceniach Ala i Laury Ries, autorów znakomitej książeczki „Triumf i klęska dot.comów”, którzy piszą w niej, że w dobie Internetu nazwa strony internetowej to sprawa życia i śmierci strony. I dalej piszą „nie mamy żadnych wątpliwości, co do tego, że oryginalna i niepowtarzalna nazwa przysłuży się witrynie znacznie lepiej niż jakieś ogólnikowe hasło”. Po kilku dniach zacząłem przeglądać wspaniała książkę Paula Johnsona „Cywilizacja starożytnego Egiptu”, gdzie spotkałem wiele informacji o starożytnych Tebach (obecnie Karnak i Luksor) jako jednej z największych koncentracji zabytków w Egipcie, a być może na świecie. Skoro w naszym portalu ma być skoncentrowana tak duża ilośćwiedzy i to nie tylko górniczej, to czemu nie teberia. Jerzy Kicki Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Szkoły Eksploatacji Podziemnej Portal teberia.pl został utworzony pod koniec 2003 roku przez grupę entuzjastów skupionych wokół Szkoły Eksploatacji Pod-ziemnej jako portal tematyczny traktujący o szeroko rozumianej branży surowców mineralnych w kraju i za granicą. Magazyn ,,te-beria” nawiązuje do tradycji i popularności portalu internetowego teberia.pl, portalu, który będzie zmieniał swoje oblicze i stawał się portalem wiedzy nie tylko górniczej, ale wiedzy o otaczającym nas świecie.

Zrozumieć dzieci sieci START

StartApp – aplikacje na start! SPOJRZENIA

Książki ogrodami uczonych albo e-den dla i-diotów NAUKA

Adres redakcji:

Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie, pawilon C1 p. 322 Aal. Mickiewicza 30, 30-059 Krakówtel. (012) 617 - 46 - 04, fax. (012) 617 - 46 - 05, e-mail: redakcja@teberia.pl, www.teberia.pl” www.teberia.pl Redaktor naczelny: Jacek Srokowski - jsrokowski@teberia.pl Dyrektor Zarządzający Projektu Teberia: Artur Dyczko arturd@min-pan.krakow.pl Biuro reklamy: Małgorzata Boksa - reklama@teberia.pl Studio graficzne: Tomasz Chamiga - chamiga@wp.pl

Bionik w przyrodzie widzi swego mistrza

Wydawca:

INNOWACJE

f-agh@agh.edu.pl, www.fundacja.agh.edu.pl NIP: 677-228-96-47, REGON: 120471040, KRS: 0000280790

Awiator z Kaniowa PREZENTACJE

System pojąć, a ludzi zrozumieć PREZENTACJE

Innowacyjne struganie

Fundacja dla Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie Prezes: Jerzy Kicki

Konto Fundacji:

Bank PEKAO SA, ul. Kazimierza Wielkiego 75, 30-474 Kraków, nr rachunku: 02 1240 4575 1111 0000 5461 5391 SWIFT: PKO PPLPWIBAN; PL 02 1240 4575 1111 0000 5461 5391

Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń. © Copyright Fundacja dla AGH Wszelkie prawa zastrzeżone.Żaden fragment niniejszego wydania nie może być wykorzystywany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.


ED Y T OR I A L >>

Czy fundusze europejskie zabijają w Polakach innowacyjność? W ostatniej Teberii dość sporo ponarzekałem na polską innowacyjność, ale okazuje się, że nie jestem w tym odosobniony. Kilka tygodni temu ukazał się raport „Kurs na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu” przygotowany przez zespół ekonomistów pod kierownictwem byłego ministra gospodarki i pracy Jerzego Hausnera. I choć dokument ten odświeża wiele banalnych tez, niesie z sobą również sporo interesujących spostrzeżeń. Ciekawa jest zwłaszcza teza, z którą jak najbardziej się zgadzam, iż środki unijne zamiast pobudzać polską innowacyjność wręcz jej szkodzą. Prof. Hausner nie jest jedynym autorytetem, który tak uważa. Podobny pogląd wygłosił wcześniej prof. Krzysztof Rybiński w kontrowersyjnym dla wielu raporcie „Go Global: raport o innowacyjności polskiej gospodarki”. „W Polsce od czasu pojawienia się pieniędzy unijnych innowatorzy zamiast tworzyć nowe produkty i usługi w swoich garażach, zajmują się wypełnianiem skomplikowanych wniosków, żeby zdobyć środki unijne. Ostatnie dane GUS pokazują, że polityka łatwych biurokratycznych pieniędzy skutecznie zabija innowacyjność polskich firm”. Było to zresztą zauważalne podczas konkursu na rozwój e-biznesu, organizowanego w ramach programu innowacyjnej gospodarki. Okazało się, że o przyznaniu środków na rozkręcenie interesu nie decyduje pomysł, lecz kolejność zgłoszeń. Co więcej, wysokość przyznawanych dotacji nie zależała od innowacyjnych pomysłów, wręcz przeciwnie. Pojawiły się nawet komentarze sugerujące, iż system dotacji został stworzony po to, aby celowo utrzymać Polskę w obecnym stadium – stadium technologicznego skansenu. Prof. Jerzy Hausner w rozmowie z „Kulturą Liberalną” stawia podobną tezę: „Dotychczasowy sposób wydawania pieniędzy na innowacje to głównie psucie 4

Teberia 03/2012

rynku i innowacyjności. Cały program „Innowacyjna gospodarka” jest antyinnowacyjny, właśnie dlatego, że zajmuje się wtłaczaniem innowacji do przedsiębiorstw zamiast tworzyć warunki, by przedsiębiorstwa były innowacyjne. Proste kopiowanie modeli z krajów bardziej rozwiniętych z czasem przynosi coraz mniejsze korzyści, a to oznacza, że już teraz trzeba nie tylko kopiować, ale także kreować. Zamiast podążać ścieżką wydeptaną przez innych, należy szukać własnej”. Nie zgadza się z nim obecna minister nauki, prof. Barbara Kudrycka, która zauważa, że dobra absorpcja funduszy unijnych służy wzrostowi innowacyjności. Dowodząc tą tezę minister nauki zwraca uwagę na fakt, iż znaczna część środków unijnych została przekazana na inwestycje w najnowocześniejsze laboratoria i centra naukowo-badawcze. „Są to niezbędne inwestycje, dzięki którym talenty i potencjał intelektualny polskich naukowców trafi na odpowiednie warunki do rozwoju i wykorzystania w pracy badawczej”. „Cóż z tego – mówi – że polskie uniwersytety zostaną wyposażone w najnowsze laboratoria ze środkó w unijnych, jeśli pensja adiunkta nadal będzie zmuszała go do podejmowania niezliczonych chałtur kosztem pracy naukowej? – odpowiada prof. Hausner. Jego zdaniem jeżeli nie będziemy mieli dobrej klasy adiunktów i to w odpowiedniej liczbie, to nie stworzymy dobrej nauki. Niezależnie od tego, ile będziemy mieć świetnych laboratoriów. Kto w tej dyskusji ma słuszność pozostawiam każdemu do własnej oceny. Jacek Srokowski c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas


N A C Z A S IE >>

Ś W I AT >

Inteligentne okulary

Drukowane roboty

Tańsze panele słoneczne

Google przedstawiło rewolucyjne rozwiązanie w postaci inteligentnych okularów. „Project Glass”, bo tak się nazywa wynalazek potentata internetowego, przypomina rozwiązania rodem z filmów science fiction. Jak informuje portal BBC News, innowacja ma wejść na rynek prawdopodobnie już pod koniec tego roku, a cena produktu rozpoczynać się będzie od 250 dolarów. Nowoczesne okulary służyć będą jako asystent podróży, informator, osobisty dziennik oraz komunikator. Na szkle wyświetlana będzie mapa, która umożliwi użytkownikowi dotarcie do celu, a w momencie gdy spojrzy w niebo automatycznie wyświetli się informacja o aktualnej i spodziewanej prognozie pogody. Ponadto, dzięki systemowi GPS reklamodawcy będą mogli skuteczniej trafiać do klientów. Łącznie producent przewidział czternaście różnych zastosowań innowacyjnych okularów. Google ujawniło swoje plany względem wynalazku, gdyż chce je poddać pod konsultacje i ewentualne dopracowanie szczegółów. Tak brzmi oficjalne stanowisko firmy, tymczasem, jak podaje BBC, faktyczne przyczyny wcześniejszego zaprezentowania produktu Google są inne. Otóż, jak się okazuje podobne rozwiązanie opatentował Apple w 2008 roku. W tym przypadku system wyświetlania informacji oparty jest na technologiach laserowych. Niedawno również Sony oraz Microsoft zastrzegły sobie prawa do specjalnych miniaturowych wyświetlaczy zakładanych na oko użytkownika. Jak informuje portal, Google wcześniej również ujawniało swoje wynalazki, zanim jeszcze były gotowe na rynkowy debiut. Tak było między innymi z bezobsługowym samochodem. Innowacyjny produkt nie wszystkim jednak przypadł do gustu, w Internecie krąży już wiele filmików parodiujących funkcjonalność produktu Google.

Drukowane w  warunkach domowych roboty mogą pojawić się przed końcem tego dziesięciolecia - informuje serwis „BBC News”. Naukowcy chcą opracować technologię, która pozwoli przeciętnej osobie zaprojektować i wydrukować robota w ciągu 24 godzin. Zdaniem autorów możliwość łatwego tworzenia wyspecjalizowanych robotów może „wywrzeć głęboki wpływ na społeczeństwo”, ponieważ pozwoli zaspokoić potrzeby indywidualnych użytkowników - zarówno ratowników w niedostępnych regionach świata, jak i nauczycieli. Przewidują, że pojawią się społeczności użytkowników tej technologii, których członkowie będą się wymieniali projektami. W pięcioletnie przedsięwzięcie zaangażowani zostali eksperci z Massachussets Institute of Technology, Harvard University oraz University of Pennsylvania. Powstać ma program komputerowy, który pozwoli użytkownikom wybrać określone cechy robota - na przykład zdolność do nawigacji w określonym środowisku czy też manipulacji konkretnym typem obiektów. Po wybraniu odpowiednich opcji program wytworzy pliki, będące rodzajem „recepty”, pozwalającej wyprodukować robota przy minimalnej ingerencji człowieka. Części robota zostaną następnie wydrukowane na trójwymiarowej drukarce. Tego rodzaju drukarki wytwarzające obiekty z plastiku stają się coraz tańsze i trafiają już do indywidualnych odbiorców, jednak w  tym przypadku chodzi o urządzenie, które mogłoby wydrukować robota wyposażonego w układy elektroniczne i mechaniczne. Druk w domu lub odpowiedniej placówce usługowej nie kosztowałby więcej niż 100 dolarów.

Naukowcom z USA udało się zmniejszyć rozmiary i koszty dodatkowego wyposażenia instalacji paneli słonecznych. Zmodyfikowali oni inwertory przekształcające prąd stały na zmienny, zmniejszając koszty instalacji ponad połowę – poinformował Technology Review. Naukowcy pracujący dla firmy technologicznej Power Converters, zdołali zminiaturyzować podstawowe elementy systemu konwersji napięcia używanego w elektrowniach słonecznych. Miniaturyzacja ta może nie tylko zwiększyć wydajność systemów paneli słonecznych, bowiem na takiej samej przestrzeni będzie można umieścić ich więcej, ale także zmniejszyć ich koszty. Naukowcy zmniejszyli inwertor, urządzenie, które konwertuje otrzymywany przez panele słoneczne prąd stały, na używany w sieciach energetycznych prąd zmienny. Standardowe 30 kV inwertory są rozmiarów dużej lodówki i ważą około 200 kg, szybko się grzeją, przez co wymagają wydajnego chłodzenia i nie mieszczą się w pomieszczeniach technicznych wielu budynków, zwłaszcza mniejszych domów wielorodzinnych. Zwykle montowane są w osobnych pakamerach na dachach budynków lub dobudówkach na parterze, co jednak znacznie podnosi koszty instalacji. W nowym inwertorze zastosowano technologię miękkiego przełączania, umożliwiającą zmniejszenie strat łączeniowych mocy. Odbywa się ono przy zerowym prądzie lub napięciu, co ułatwia zastosowanie przy szybkim przełączaniu konwencjonalnych tranzystorów krzemowych, lekkich przełączników i kondensatorów zamiast ciężkich transformatorów i filtrów częstotliwościowych. Nowy inwertor ma wielkość średniej walizki i waży 42 kg. Może być montowany na ścianie i nie wymaga wydajnego chłodzenia. Obecnie koszty wyposażenia systemu paneli słonecznych jak np. inwertory, podnosiły cenę instalacji energii słonecznej nawet do 80 proc na 1 wat ; nowe inwertory zmniejszą te koszty o co najmniej 50-60 proc. na 1 wat. Pierwsza seria przedprodukcyjna nowych inwertorów ma być dostępna w maju br.

źródło: portal innowacji

źródło: PAP - Nauka w Polsce

źródło: PAP - Nauka w Polsce 6

Teberia 03/2012


N A C Z A S IE >>

P OL S K A >

Darmowy, ekologiczny transport miejski?

Polscy studenci najlepsi w RobotChallange

Muzo, czyli polskie Spotify

Czy możliwa jest darmowa komunikacja publiczna zasilana energią odnawialną? W Jaworznie, niespełna 100-tysięcznym mieście położonym w województwie śląskim trwają przymiarki do nowatorskiego eksperymentu komunikacyjnego. Założenie jest następujące: W Jaworznie potrzebny jest bezemisyjny transport miejski, a takim jest tramwaj. Dlatego Jaworzno opracowuje właśnie nowe studium komunikacyjne dla miasta. Wśród pomysłów pojawiły się ambitne plany stworzenia dwóch linii tramwajowych zasilanych energią słoneczną, za przejazdy którymi mieszkańcy nie będą musieli płacić. W Jaworznie wychodzą dodatkowo z założenia, że budowa tramwaju to być może jedyny sposób na wykorzystanie środków unijnych na komunikację miejską w Jaworznie. W ciągu najbliższych 18 miesięcy opracowane zostanie studium komunikacyjne, a kolejne 2 lata ma zająć przygotowanie dokumentacji potrzebnej do budowy linii. Miasto powinno być gotowe do budowy linii ok. 2015-2016 roku. Sieć tramwajowa ma mieć ok 12-14 kilometrów długości. Spore koszty inwestycyjne będą - według twórców koncepcji - równoważone przez niskie koszty eksploatacji. Przy obecnym spadku cen fotowoltaiki budowa elektrowni słonecznej, która dostarczałaby energii na potrzeby całej sieci tramwajowej to koszt około 5,3 mln złotych. Tymczasem na paliwo dla autobusów miasto wydaje 7 mln złotych rocznie. W  Jaworznie chcą, żeby tramwaj był prawdziwą alternatywą dla transportu samochodowego. Tabor ma być szybki, cichy, luksusowy, klimatyzowany i  wyposażony w  internet. A  nade wszystko ma być tani, a być może i bezpłatny. Władze miasta Przyglądają się rozwiązaniu, w którym płaci się za dojazd do tramwaju, a opłata za sam przejazd tramwajem jest symboliczna albo w ogóle jej nie ma.

Polscy studenci wygrali klasyfikację medalową największych zawodów robotów mobilnych w Europie – RobotChallange w Wiedniu. Wiedeńskie zawody, rozgrywane w dniach 10-11 marca b.r., uznawane są za największe i najbardziej prestiżowe w Europie. W  ich tegorocznej edycji wzięło udział około 500 uczestników z ponad 20 krajów, a rywalizowali oni w czternastu rozegranych konkurencjach. Klasyfikację medalową zdecydowanie wygrali młodzi konstruktorzy z  Polski (wśród nich studenci krakowskiej AGH i Politechniki Wrocławskiej), deklasując pozostałe reprezentacje. Polacy zdobyli 5 złotych, 5 srebrnych i 3 brązowe medale, wyprzedzając m.in. twórców robotów z Niemiec, Szwecji, Szwajcarii czy Austrii. Warto dodać, że Polacy wygrali klasyfikację medalową największych zawodów robotów mobilnych w Europie drugi rok z rzędu – podczas ubiegłorocznej edycji ich dorobek wynosił 6 złotych, 4 srebrne i 4 brązowe medale.

W  sieci ruszył nowy serwis Muzo.pl wzorujący się na popularnym w  świecie serwisie Spotify. Muzo pozwoli na ściągnięcie aplikacji na komputer i bezpłatne słuchanie 20 godzin muzyki za darmo. Serwis jest bratnią stroną znanej internautom Muzodajni, której właścicielem jest Zygmunt Solorz-Żak. Na starcie Muzo. pl oferuje internautom bazę około miliona piosenek. Redefine, spółka zarządzająca serwisem, podpisała umowy z Universal Music i Sony Music. Trwają negocjacje z kolejnymi firmami – jak podaje Wyborcza.biz. Muzo miałoby do końca roku zwiększyć bazę piosenek pięciokrotnie. Póki co aplikacja dostępna będzie tylko dla użytkowników komputerów z systemem Windows. Można ściągnąć już także wersję na Androida. Muzyka odtwarzana jest w chmurze - nie trzeba ściągać jej na komputer. Za darmo przesłuchamy 20 godzin muzyki. Jeden utwór można odsłuchać pięć razy. To pakiet darmowy, ale dla użytkowników przygotowane zostały jeszcze dwa. Jeden za 9,90 zł, który umożliwia słuchanie całej bazy mp3 bez reklam i dostęp do wszystkich stacji radiowych. Przy płatności SMS za ten pakiet zapłacimy nieco ponad 19 złotych. Ostatni, najdroższy pakiet - 19,90 zł przy płatności kartą lub przelewem - umożliwia nieograniczony dostęp do muzyki zarówno na PC jak i mobilnie. Dodatkowo pakiet umożliwia słuchanie muzyki offline w trakcie trwania abonamentu. Muzo jest odpowiednikiem Spotify, serwisu, który podobnym modelem biznesowym zainteresował internautów na całym świecie. Jednak pierwsze 9 miesięcy funkcjonowania Spotify na najważniejszym rynku amerykańskim pokazał, że projekt nie potrafi zdobyć oczekiwanej liczby subskrybentów, zwłaszcza tych płatnych, mimo, ścisłej współpracy z Facebookiem. Czas pokaże czy podobnie będzie z Muzo.

Teberia 03/2012

7


FA K T Y >>

W oczekiwaniu na IPO DOCHÓD

w miliardach USD

Facebook w liczbach ZYSK OPERACYJNY w miliardach USD

WYCENA

w milionach USD

Przy założeniu wyceny

Teberia 03/2012

100 miliardów USD

67 do 100 X jego szacunkowych dochodów netto w 2011

W takim stosunku, Apple warte byłoby

8

w tysiącach USD

PRZYCHODY Z REKLAM

w miliardach USD

Facebook będzie wart

ZATRUDNIENIE

2,2 do 3,3 bilionów USD


AKTYWNI UŻYTKOWNICY

W 2012 FACEBOOK MA OSIĄGNĄĆ

w milionach

Amerykańskich sieci społecznościowych

WYNIKI NA PRACOWNIKA

Ludności USA

WYNIKI NA AKTYWNEGO UŻYTKOWNIKA

w tysiącach USD Dochód

Amerykańskich użytkowników internetu

w USD

Zysk operacyjny

Dochód

Zysk operacyjny

Źródła:

Teberia 03/2012

9


W Y W I A D >>

Technologie jutra Dr. John Cohn, główny naukowiec projektowania automatyzacji IBM w rozmowie z Teberią Jakie są szanse, by w ciągu najbliższych pięciu lat była możliwość efektywnego magazynowania energii ze źródeł odnawialnych ? IBM wydaje 5 mld dolarów rocznie na badania i rozwój z czego dużą część pochłaniają badania dotyczące czystej, odnawialnej energii. Prace te prowadzą zespoły z Kalifornii i Nowego Jorku. Prowadzimy dwa projekty dotyczące pozyskiwania energii ze światła słonecznego. Jeden z nich nazywa się „Earth Abundant Solar”. Obecnie największym problemem przy pozyskiwaniu energii ze słońca są duże koszty wytwarzania paneli słonecznych. Same materiały nie są drogie, drogi jest natomiast koszt samej produkcji oraz duża energochłonność. Zespół Watson pracuje między innymi nad sposobem obniżenia energochłonności materiałów. Jedną z takich technologii jest folia fotowoltaiczna, która wprawdzie nie jest tak wydajna jak ogniwa polikrystaliczne czy bazujące na krzemie, ale jest zdecydowanie tańsza. Wierzymy, że z biegiem czasu technologia ta będzie powszechnie dostępna, tania i przyjazna dla środowiska. Drugi projekt polega na koncentracji energii słonecznej na niewielkiej liczbie ogniw. Chodzi o to, aby otrzymać większą ilość energii z mniejszej powierzchni ogniw. Normalnie nie można tego zrobić ze względu na gęstość energii, która powoduje topnienie materiału. Aktualnie używamy technologii do chłodzenia naszych serwerów, gdzie ogniwa rozgrzane są do temperatury setek stopni Celsjusza. Już dziś, mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jesteśmy rekordzistami świata pod względem efektywności wykorzystania energii słonecznej. Obecnie prowadzimy badania przemysłowe tej technologii na pustyni w Arabii Saudyjskiej. Mamy także zespół zajmujący się badaniami i rozwojem baterii, zwłaszcza w jej aspekcie chemicznym. IBM nie produkuje baterii, jednak zrozumieliśmy że tworzymy naprawdę bardzo dobrą mikroelektronikę na poziomie struktur atomowych. 10

Teberia 03/2012

Jeden zespół zajmuje się bateriami litowo-powietrznymi, które są alternatywą dla baterii używających ciekłych elektrolitów. Ich gęstość energetyczna jest znacznie większa (nawet pięciokrotnie) od standardowych baterii. Mają one niezłe charakterystyki życia i liczby cyklów. Co najciekawsze za następne 10 lat te rzeczy będą powszechnie dostępne. Możemy zatem już dziś pomyśleć jak przełoży się to na samochody zasilane energią elektryczną lub też na magazynowanie energii, bo jak wiemy energia magazynowana ze słońca i wiatru może zasilać małe instalacje - będzie to spora rewolucja. Nasz zespół zajmujący się badaniami i rozwojem jest naprawdę dobry. Jest to bardzo ekscytująca praca. Niestety, droga do komercjalizacji tych projektów jest jeszcze długa. Na jednym z video zamieszczonych na portalu Youtube mówi Pan, że technologie IBM można zobaczyć w każdej technicznej nowince. Która z technologii jest dla Pana najważniejsza? Nie powiedziałbym że w każdym, ale w wielu. Gdyby pytał mnie Pan o to na zasadzie, które z moich dzieci kocham najbardziej, nie byłbym Panu w stanie jednoznacznie na to odpowiedzieć. Bardzo interesuje się technologiami związanymi z energią. Myślę, że świat jeszcze przez długi czas będzie zależny od paliw


i energii konwencjonalnej. Musi się to jednak kiedyś zmienić, bo uważam, że postęp cywilizacyjny jest zależny od rozwoju alternatywnych źródeł energii. Co interesujące, to nie jest pojedyncza dziedzina, ale pojedynczy cel. Dlatego bardzo cenię sobie technologie nowoczesnych baterii, gdyż jest to połączenie chemii i nanotechnologii, które to dziedziny nauki uwielbiam. Kolejna z fascynujących mnie dziedzin, to sztuczna inteligencja, aczkolwiek uważam, że ten termin jest mocno nadużywany. Uważam, a wręcz jestem pewien, że w ciągu następnych 10 lat wiele urządzeń codziennego użytku będzie komunikować się z użytkownikami, a nawet uczyć się od nich w stopniu znacznie większym niż jesteśmy w stanie sobie to obecnie wyobrazić. Będziemy w stanie budować systemy, które będą tworzyć nową wiedzę, bardziej naturalnie interpretować istniejące dane. Będziemy mieli zatem do czynienia z urządzeniami prawdziwie inteligentnymi, a nie tylko symulującymi inteligencję czy interakcję, jak np. technologia Siri w telefonach komórkowych.

urządzenia, które powiedzą nam o czym myślimy, ale przecież mamy już proste urządzenia, które interpretują myśli. Nie mam wątpliwości, iż technologia ta będzie się rozwijać, przykładem niech będą ostatnie trzy lata i wózki inwalidzkie, które można kontrolować. Notabene, był to prywatny projekt mojego przyjaciela. Zrewolucjonizuje to wiele rzeczy otaczających nas. Na pewno zdolność kontroli urządzeń stanie się czymś normalnym. Taki postęp zwiększy też możliwości samego człowieka.

Sztuczna inteligencja – czy myśli Pan, że w dającej się przewidzieć przyszłości będziemy w stanie kierować urządzeniami przy pomocy naszych myśli?

Może Pan powiedzieć coś o wszechstronnym, inteligentnym systemie zarządzania budynkiem jak np. Dragon Hotel w Chinach, w którym wykorzystywane są technologie IBM. Inteligentne budynki to swego rodzaju modele oddające w swojej skali skomplikowane systemy urbanistyczne. Posiadają systemy zasilania w energię, światło, wodę oraz systemy odprowadzania ścieków. Ich celem jest zwiększenie wydajności przy minimalizacji kosztów, choćby poprzez możliwość kontroli temperatury bądź wyłączania świateł w nocy. Najbardziej interesujące jest zwiększanie wydajności poprzez zmianę np. rodzaju światła, bądź przestrzeni użytkowej. W IBM posiadającym jedne z największych budynków świata, poprzez zastosowanie systemów kontrolujących oświetlenie

(Udając głos robota) Nie jestem zaprogramowany, by odpowiedzieć na to pytanie (śmiech). To zabawne, w jednym z magazynów opisana była historia Stephena Hawkinga, który korzysta z syntezatora mowy. Myślę, że będziemy korzystać z coraz bardziej wyrafinowanych urządzeń wykorzystujących interfejs człowiek-maszyna czy nawet mózg-maszyna. Odpowiedź brzmi zatem: tak. Nie wiem czy stworzymy

można modelować aktywność ludzi i na tej podstawie modelować przestrzeń użytkową, by była najbardziej optymalna. Możliwość oszczędności energii to jedno, a oszczędność przestrzeni, którą trzeba ogrzać i oświetlić to drugie. Ważne jest w jaki sposób dokonujemy analizy prostych danych. Myślę, że na przykładzie mojego domu w Berlington przez ostatnie 10 lat przez zastosowanie systemów Teberia 03/2012

11


W Y W I A D >> kontroli, zredukowano koszty energii elektrycznej i cieplnej o 20%, przy jednoczesnym zwiększeniu wydajności. Wszystko to dzięki analizie danych. Dobrym przykładem jest super komputer IBM Deep Thunder, który służy prognozowaniu pogody. Przez pomiar temperatury, prędkości wiatru i wilgotności byliśmy w stanie określić czas, w którym powinno nastąpić wyłączenie lub włączenie urządzeń klimatyzacyjnych czy sterujących gospodarką wodną budynków. Dzięki temu byliśmy w stanie zaoszczędzić setki tysięcy dolarów rocznie. Tylko dzięki analizie informacji. Nie chcę mówić, że są to darmowe pieniądze, ale tak faktycznie jest. W ostatniej edycji programu IBM „Next 5 in 5” sporo uwagi poświęcono identyfikacji biometrycznej. Jak to zmieni nasze życie? Doskonałym przykładem jest to, że w moim kraju używa się danych biometrycznych choćby w paszportach. Spójrzmy jednak na telefony komórkowe czy inne urządzenia mobilne, w których wielu z nas przechowuje różnego rodzaju dane firmy i personalne. To sprawia, że muszę posiadać personalne hasło chroniące mój telefon, mimo, że używam telefonu tylko do własnych celów. Zamiast tego można wykorzystać dane biometryczne, które posłużą bezpieczeństwu, ale i naszej wygodzie. Chciałbym aby urządzenie samo wiedziało, że ja to ja. Dziś ze względu na koszty ludzie używają danych biometrycznych jedynie dla celów bezpieczeństwa danych, ale myślę, że w przyszłości będą je wykorzystywać także dla wygody. Wsiadam do samochodu który wie, że to ja i włącza moją ulubioną muzykę. Myślę, że kiedy koszty się obniżą, urządzenia staną się „mądrzejsze” i lepsze i będzie to dla nas wspaniałe udogodnienie. Czego IBM oczekuje od absolwentów uczelni technicznych w przyszłości? Wspaniałe pytanie. Myślę, że – mówię za siebie – jedną z rzeczy, którą kochamy we wschodniej Europie, a Polska jest tego świetnym przykładem, jest to, że macie świetne podstawy matematyki i wiedzy naukowej, jedne z najlepszych na świecie. Mam na myśli to, że kraje Europy wschodniej osiągają najlepsze noty w matematyce. My oczekujemy właśnie u inżynierów kombinacji solidnych podstaw wiedzy i kreatywnego myślenia, a także umiejętności komunikacyjnych. Nie rezygnujcie z tych fundamentów, jednocześnie otwórzcie się, skupiajcie się

12

Teberia 03/2012

na projektach praktycznych, wymieniajcie i komunikujcie swoje pomysły i doświadczenia. Jeśli ktoś ma dobre podstawy, dużo łatwiej jest mu rozwijać swoją wiedzę i zdobywać praktyczne doświadczenia. Rozmawiał: Szymon Sypniowski c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

John Cohn jest pracownikiem IBM - szefem działu badań projektowania automatyzacji. Dr Cohn jest znanym innowatorem w dziedzinie automatyzacji projektowania zarówno analogowych i cyfrowych, niestandardowych układów scalonych. Cohn posiada ponad 50 patentów wydanych lub będących w toku w dziedzinie automatyzacji projektowania, metodologii i obwodów. Dr Cohn jest autorem ponad 30 prac technicznych, a także przyczynił się do powstania czterech książek na ten temat. Dr Cohn jest również adiunktem Elektrotechniki Uniwersytetu w Vermont. Ponadto uczy w niepełnym wymiarze godzin, zarówno uczniów szkół średnich i podstawowych. John Cohn jest znanym w Stanach Zjednoczonych popularyzatorem nauki, organizuje podróże „wstrząsów i woltów”, czyli pokazy energii elektrycznej. W 2009 roku Cohn wziął udział w telewizyjnym show The Colony prezentowanym na kanale Discovery, gdzie jego uczestnicy symulowali życia po globalnej katastrofie.


BIBL IO T EK A >>

Zrozumieć Dzieci SIECI „Czy Polska przetrwa do 2030 roku?” – to kluczowe pytanie nowej książki znanego publicysty Edwina Bendyka „Bunt Sieci”. „Bunt Sieci” powstał zainspirowany protestami przeciwko porozumieniu ACTA. Książka jest swoistą kroniką trwającej po cichu i rosnącej w siłę rewolucji, buntu nowego sieciowego społeczeństwa przeciwko starym, niewydolnym strukturom państwa tkwiącego ciągle w XX, a nawet i XIX wieku. „Oczywiście pytanie to nie jest prognozą, lecz zachętą do refleksji nad światem, w którym najważniejsze role odgrywać będą dzisiejsi protestujący z ulic polskich miast. Co zrobić, by nie zmarnować ich energii i umiejętności?” – pisze autor książki. Kim są buntownicy z polskich ulic? Potomkami Karola Marksa walczącymi o cyberkomunizm? Epigonami neoliberalizmu pragnącymi uwolnienia energii prywatnych jednostek od zbędnych ograniczeń? A może ponowoczesnymi wyznawcami idei narodowej, mobilizującymi się na hasło: Internet, Honor, Ojczyzna? Zachętą do lektury „Buntu Sieci” niech będzie jej fragment: „Zamiast rozwijać powszechną i otwartą infrastrukturę kultury, zamieniliśmy domy kultury w supermarkety, oferujące za pieniądze „usługi kulturalne”. Dzieci przestały być podmiotem twórczego rozwoju, lecz stały się przedmiotem inwestycji służących akumulacji kapitału ludzkiego. Przemiana ta nie zakłóciła naszego zadowolenia z siebie, bo woleliśmy zachwycać się barwnymi opowieściami o kulturowych niszach tworzonych przez młodych w sieci, fascynując się ich kreatywnym potencjałem. Zamieniliśmy szkoły w fabryki kapitału ludzkiego, które po kolejnych falach standaryzacji programów i twórczego rozwoju systemu testowego stały się de facto fabrykami proletariatu pozbawionego podstawowych kulturowych, humanistycznych kompetencji. Skoro jednak wskaźniki w międzynarodowych testach PISA (Programme for International Student Assessment) oceniających osiągnięcia gimnazjalistów rosną, a nasi młodzi wygrywają w konkursach młodych naukowców i zawodach informatyków, to znaczy, że wszystko jest w porządku.

Być może nie rozumiemy ich do końca, skoro jednak spełniają nasze marzenia i gwarantują zwrot inwestycji (podliczmy szybko: języki, Internet, korepetycje, kursy, zajęcia sportowe i kulturalne, ciuchy i gadżety), to przecież nie jest najważniejsze. Tak, Dzieci Sieci to dzieci naszych marzeń. Jasne, muszą się trochę zbuntować, takie prawo młodości, jeśli jednak robią to z wdziękiem i w granicach prawa? Przeraziło nas nieco, gdy dzieci wyszły na ulicę, szybko jednak okazało się, że nawet protestują w wymarzony sposób: grzecznie, racjonalnie, nie paląc rodzicom samochodów i sklepów. Mimo to niepokój pozostał, bo jednak w końcu odważyli się pokazać razem, wyrazić się swoim, często nieudolnym, pożyczonym z naszych fantazmatów głosem. I zaczęli żądać tego, cośmy im przecież już dawno dali. Jak bowiem można w wolnej Polsce domagać się wolności? Dobry Dziki dla podstarzałych rewolucjonistów stał się jeszcze lepszym Dzikim. Dla innych przemienił się w barbarzyńcę, pirata, złodzieja, bolszewika, kibola, żula pragnącego wolności bez odpowiedzialności, sięgającego po czyjąś własność bez zapłaty; chama, co bluzga w Internecie nie znając szacunku dla dorosłych; nieuka, który nie potrafi gramatycznie i ortograficznie złożyć kilku słów. Skąd ta wściekłość? Bunt Sieci ujawnił bowiem, że zwrotu inwestycji nie będzie. Pokazał, że całe to ględzenie o społeczeństwie wiedzy, gospodarce opartej na innowacyjności, cały ten polski boom młodzieżowo-modernizacyjno-edukacyjny, przepraszam, boom inwestycyjny w kapitał ludzki, to po prostu bańka spekulacyjna żywiąca system, który nie kreuje większej realnej wartości. Bańka pękła, nadszedł krach. Jak każdy kryzys, Bunt Sieci zagraża doraźnym interesom tych, którzy czerpali korzyści z chorego systemu, i otwiera szansę na zmianę w dłuższej perspektywie, szansę na wyjście z Matriksu urojeń o cudzie podrabianej modernizacji na gapę”. Książka ukazała się nakładem „Polityki”. Więcej na jej temat www.buntsieci.pl lub http://www.facebook.com/buntsieci

Teberia 03/2012

13


S TA R T >>

StartApp – aplikacje na start! Wiele analiz wskazuje na to, iż rynek mobilny, zarówno jeśli chodzi o hardware jak i o software, będzie rósł w najbliższym czasie w zastraszającym tempie. Według raportu i prognoz firmy Gartner, ilość pobranych aplikacji między rokiem 2011 a 2010 wzrosła o ponad 100 % (do ok. 18 000 000), zaś do 2014 ma zostać pobranych w sumie dziesięć razy tyle! Samych smartfonów, które jeszcze jakiś czas temu uważane były za raczej niszowy i gadżeciarski produkt, sprzedano w 2011 roku prawie 500 milionów. Pojawienie się w latach 2008-2009 internetowych „store’ów” i „marketów” otworzyło również zupełnie nową epokę programowania. Wydaje się, że sprzedanie gry lub programu nigdy nie było tak proste, a powszechność i rozmiar rynku sprawiają, że nawet tania lub darmowa aplikacja może przynieść twórcy spore zyski. Możliwości te zauważyli programiści i przedsiębiorcy na całym świecie i po zalewie mediów społecznościowych możemy obserwować obecnie wzrastającą wciąż falę aplikacji – w samym Appstorze ich liczba, od dnia otwarcia do dziś wzrosła tysiąckrotnie co oznacza, że powstawało średnio ponad 350 aplikacji dziennie!

14

Teberia 03/2012


Za dużo smartfonów?

Sukces smartfonów w Polsce nie jest jeszcze tak spektakularny, jak na zachodzie, jednak i u nas zmiany widać gołym okiem. – Początki były bardzo trudne – wspomina Artur Starzyk z firmy Infinite Dreams, która na rynku smartfonów działa od dziesięciu lat. – Zaczynaliśmy od pierwszych smartfonów Nokii w roku 2002. Już wtedy czuliśmy, że ten typ urządzenia będzie w przyszłości czymś bardzo ważnym. Niestety przez długie lata nikt nie potrafił dobrze zdefiniować jak cały ekosystem mobilny powinien funkcjonować. Dynamiczny rozwój obserwujemy od czasu pojawienia się pierwszego iPhone’a – dopiero wtedy udało się połączyć wszystkie części układanki. Otrzymaliśmy świetny telefon, ale również bardzo przyjazny w użytkowaniu sklep z aplikacjami. No i rodzimy rynek też się rozwija, co nas bardzo cieszy. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu wystarczyło kilka pobrań, aby aplikacja pojawiła się w Top 10. Dzisiaj trzeba zmobilizować już kilkaset osób do pobrania gry, aby powalczyć o dobrą lokatę. Niestety, w odniesieniu do USA (to na razie największy rynek) to nadal liczby bardzo skromne. Faktycznie polski rynek jest na razie ledwie ułamkiem amerykańskiego, jednak stosunek ilości smartfonów do tradycyjnych telefonów dąży stopniowo do stanu, jaki obecnie rejestruje się na zachodzie, gdzie połowa użytkowników sieci komórkowych korzysta już ze smartfona. Do ofensywy w Polsce szykują się też wielkie firmy, jak Samsung czy HTC, które pragną zwiększyć sprzedaż swoich produktów w naszym kraju o kilkanaście – kilkadziesiąt procent. Powstaje również coraz więcej aplikacji przeznaczonych dla polskiego użytkownika. Michał Karmiński, twórca aplikacji EduKoala (zwycięzcy konkursu Startup Weekend Warsaw 2011) twierdzi, że Polski rynek aplikacji zaczyna być dochodowy. – Bardzo często powtarza się, że nieszczęściem polskich firm jest stosunkowo duży rynek, na jakim działamy. Bo z jednej strony 38 mln ludzi to spora rzesza osób, na których można zarobić pieniądze, z drugiej jednak można to zrobić bez konieczności podbijania rynków międzynarodowych. To może działać demobilizująco na programistów, pozbawiając ich ambicji globalnych. Spójrzmy na rynek np.: estoński, tam jest dużo więcej startupów odnoszących sukces międzynarodowy, jak chociażby Skype, co bierze się z nastawienia globalnego i małego rynku lokalnego.

Teberia 03/2012

15


Zespół EduKoala - zwycięzcy konkursu Startup Weekend Warsaw 2011

Polska awangarda W sklepach spotkać można coraz więcej aplikacji produkowanych w Polsce, a oprócz kopii sprawdzonych pomysłów z zachodu, powstaje też wiele oryginalnych projektów, jak choćby SaveUp, Cityrace, czy EduKoala. Ten ostatni jest programem wspierającym naukę języka obcego, który wykorzystuje mechanizm dostępny w każdym telefonie – odblokowywanie ekranu. Po zainstalowaniu EduKoali, zamiast zwykłego mechanizmu odblokowywania, na wyświetlaczu telefonu użytkownik widzi słówko w języku obcym i kilka propozycji jego tłumaczenia. Dopiero skojarzenie słówka z odpowiednim tłumaczeniem czyli poprawne rozwiązanie zagadki, spowoduje odblokowanie ekranu. Skąd pomysł na Koalę? – Aplikacji podobnych do EduKoali nie było w Android Markecie – przyznaje Michał Karmiński. – W czasie wymyślania pierwszej koncepcji EduKoali uczyłem się dość dużo hiszpańskiego i uznałem, że taka funkcjonalność mogłaby mnie dużo bardziej zmobilizować do nauki. To była główna inspiracja do stworzenia aplikacji. Jednak jej twórca zastrzega, że oryginalność nie zawsze jest receptą na sukces. – Polska to duży rynek, który w dodatku dynamicznie się zwiększa. Z tego względu nie dziwię się, że wiele firm kopiuje rozwiązania odnoszące sukces w USA, zamiast pracować nad innowacyjnymi rozwiązaniami, bo jest to dużo prostsze i często bardziej dochodowe. Sami pracujemy nad produktem skopiowanym ze Stanów i zakładam, że dużo szybciej zacznie zarabiać na siebie niż EduKoala – przyznaje Karmiński. 16

Teberia 03/2012

O ile jednak przeszczepianie zachodnich rozwiązań na grunt polski może mieć sens, to jednak powielenie aplikacji już stworzonej może być poważnym błędem i oznaczać godziny zmarnowanej pracy. – Osobom, które chcą wprowadzić innowacyjną aplikację, które uważają, że jeszcze nie ma takiego programu w Google Play czy AppStorze, radzę spędzić kilka dobrych dni upewniając się czy wdrażanego rozwiązania na pewno jeszcze nie ma – radzi Michał Karmiński. – Niestety kilka razy przez zbyt dużą pewność siebie i zbyt małe zbadanie rynku, zajmowaliśmy się pracą nad rozwiązaniami, które jednak były już stworzone. Od kiedy jednak aplikacje zaczęły powstawać w tempie dziesiątek i setek nowych produktów dziennie, programowanie stało się przedsięwzięciem dla ryzykantów. Nawet skrupulatne upewnienie się, że aplikacja tego rodzaju jeszcze nie jest dostępna w internecie, nie gwarantuje, że ktoś nie wprowadzi aplikacji na kilka dni wcześniej lub skuteczniej jej nie rozreklamuje. Tysiące programistów na całym świecie łamie sobie głowy nad tym, jak napisać aplikację, która przebije się na listę Top10, stanowiącą najskuteczniejszą reklamę. Polskie aplikacje nierzadko idą w  awangardzie mobilnych rozwiązań. Aplikacja SaveUp korzysta z systemu rozpoznawania zdjęć w celu ułatwienia zakupów: wystarczy zrobić zdjęcie okładki książki lub płyty, a SaveUp znajdzie produkt w swojej bazie danych i skieruje klienta do sklepu, umożliwiając mu zdalne nabycie produktu w kilka sekund – Świat zmierza w kierunku zlikwidowania, a przynajmniej


S TA R T >> ograniczenia roli klawiatury – mówi Arkadiusz Skuza, założyciel firmy iTraff będącej producentem SaveUp’a. – Apple, Google i inni to wiedzą. Nie chcemy już tylko pisać do komputerów i klikać myszką, chcemy do nich mówić. Jednocześnie kochamy robić zdjęcia i chcemy by maszyny mogły zrozumieć i ten poziom komunikacji. W iTraff Technology chcemy, aby człowiek prowadził maszynę pykając foteczki. SaveUp jest tylko początkiem projektu iTraff, gdyż technologię firmy można wykorzystać do wielu innych celów. Przykładem może być aplikacja Art4Europe służąca do identyfikacji dzieł sztuki przy pomocy zdjęcia. – Wkrótce każdy będzie mógł budować własne aplikacje z naszą technologią, już można się zapisywać na recognize.im – oświadcza Arkadiusz Skuza. – Otwieramy technologię, aby każdy na świecie mógł mieć własną aplikację z technologią rozpoznawania obrazu.

Ile za aplikację? Według danych serwisu 148apps ponad 45% aplikacji w Appstorze dostępnych jest za darmo. Kolejne 25% można ściągnąć za minimalną możliwą cenę 99 centów, istnieją jednak produkty kosztujące nawet setki dolarów. Jaka jest zatem idealna cena aplikacji? Zdaniem wielu minimalna cena, czyli 99 centów to już cena zaporowa, bo powszechny dostęp do darmowych produktów przyzwyczaił klientów, że za 99 centów należy się już coś ekstra. Jednak badania Flurry Analytics wskazują, że być może nie cena jest problemem, ale sposób w jaki płaci ją użytkownik. Według wspomnianej analizy najlepiej zarobić moż-

Aplikacja SaveUp korzysta z systemu rozpoznawania zdjęć w celu ułatwienia zakupów.

na na aplikacjach typu freemium, czyli dostępnych za darmo w wersji podstawowej, ale wyposażonych w wewnętrzny system mikropłatności umożliwiający otwieranie różnego rodzaju funkcjonalności typu premium. Model freemium szczególnie popularny jest wśród gier przeglądarkowych, gdzie grać możemy za darmo, a dodatkową opłatę musimy uiścić np. za przedmioty dające przewagę w rozgrywce. Innym przykładem może być popularny program Skype: podstawowa funkcja (rozmowy przez internet) dostępna jest za darmo, jednak za inne funkcje, takie jak wykonywanie tradycyjnych połączeń telefonicznych trzeba już płacić. Według wspomnianych badań, średnia suma wydana przez użytkowników „darmowych” aplikacji typu freemium (głównie gier) to... 14 USD, przy czym ponad połowę dochodu wygenerowanego przez tego rodzaju aplikacje budują „mikropłatności” o pułapie 20 USD lub więcej. Jednak zdaniem Marka Wyszyńskiego, jednego z założycieli Infinite Dreams, model freemium nie wyprze z rynku tradycyjnego, jednorazowego sposobu sprzedaży. – Prawdą jest, że model freemium czy adware [darmowa wersja aplikacji zawiera reklamy, które wyłączyć można za dodatkową opłatą – przyp. aut.] jest bardzo popularny. Ja jednak uważam, że na rynku jest miejsce dla gier za $0.99 jak i dla tych, co kosztują $9.99. Wszystko zależy od wagi produktu oraz jego grupy docelowej. Jeśli mamy na przykład do czynienia z wielką produkcją klasy AAA, której budżet może sięgać milionów dolarów, to naturalną rzeczą jest, że nie będzie ona wydana w formie freemium ani też nawet w cenie $0.99. Zresztą wystarczy spojrzeć na tytuły Top Grossing w AppStore. Są to produkty bardzo różnorodne, w bardzo różnych cenach. Odpowiednia cena aplikacji to nie wszystko. Pełny sukces oznacza nie tylko wysoką ściągalność aplikacji, ale przede wszystkim wiernych i lojalnych użytkowników, najlepiej schwytanych w jakąś sieć społecznościową. Taki model zastosowała firma Infinite Dreams przy produkcji gry „Let’s create! Pottery”. Gra pozwala każdemu posiadaczowi tabletu lub smartfona na spróbowanie swoich sił w ceramice, bez brudzenia rąk gliną i wypalania naczyń w piecu. Dotykając ekranu możemy nadawać kształt wirtualnym glinianym naczyniom oraz ozdabiać je. Skończone dzieło możemy umieścić w internetowej galerii, gdzie oceniane jest przez członków społeczności. – „Let’s Create! Pottery” jest grą, której cykl życia jest bardzo długi – podkreśla Marek Wyszyński. –

Teberia 03/2012

17


S TA R T >>

Prace nad trailerem Jelly Defense. Gra produkcji gliwickiego Infinite Dreams została nominowana w kategorii „Najlepszej polskiej gry 2011 dystrybuowanej cyfrowo” przez kapitułę konkursu Europe.

Dzieje się tak między innymi dzięki naszemu portalowi społecznościowemu (www.potterygame.com), na którym można publikować, oceniać i komentować ceramikę tworzoną przez graczy z całego świata. Do tej pory na portal przesłano ponad 200.000 dzieł.

Łatwiejszy start startupów Choć Google Play (dawny Android Market) nadal nie umożliwia polskim programistom sprzedaży aplikacji, to klimat do otwierania startupów związanych z technologiami mobilnymi staje się w Polsce coraz bardziej przyjazny. Powstaje również coraz więcej instytucji, firm i infrastruktury wspierającej startupy: – w Warszawie tworzy się teraz świetny ekosystem startupowy. Open Coffee, Appsterdam, Pitch Rally, Gamma Rebels, Reaktor... Tego wszystkiego jeszcze nie było rok temu, była pustynia, a teraz jest kilka bardzo jakościowych spotkań w tygodniu. Funduszy na startupy też jest coraz więcej. Wymówki powoli się kończą. Nie ma już wyraźnych powodów, żeby startupy z Polski nie mogły odnosić sukcesów w Dolinie Krzemo18

Teberia 03/2012

wej – mówi Krzysztof Wacławek, szef Cityrace.me w wywiadzie dla Wyborcza.biz. Pojawia się też coraz więcej konkursów, w których wygrana dodaje startupom skrzydeł. – Przyznam, że bez wygrania Startup Weekendu w Warszawie nie zdecydowalibyśmy się na stworzenie aplikacji. Od początku zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to bardzo kosztowne, a zmonetyzowanie EduKoali nie jest takie proste – ocenia Michał Karmiński. – Zdobycie pierwszego miejsca dodało nam skrzydeł i pozwoliło skupić się mocno na projekcie, co zaowocowało ogromną ilością nowych pomysłów wdrażanych w aplikacji. Podobnego zdania jest Arkadiusz Skuza z iTraff Technology: – Startup Week 2001 bardzo nam pomógł. Zdobyliśmy uznanie i rozpoznawalność w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Poznaliśmy inwestorów z tamtych rynków. Pierwsza dziesiątka w Europie (bo tam znalazł się SaveUp) to wielki sukces całego zespołu iTraff Technology i nieocenione doświadczenie. Rynek mobilny jest jeszcze bardzo młody (od otwarcia AppStore minęło niewiele ponad 3 i pół roku) i jeszcze nie w pełni okiełznany. Mimo to, Michał Karmiński ocenia, że o wiele bardziej sprzyja mło-


dym firmom niż rynek dóbr materialnych. – Poza ograniczeniami językowymi nie odczuwa się za bardzo granic czy różnic w prawie. Skutecznie można pracować w Polsce nad aplikacją podbijającą rynek Brazylijski i odwrotnie. Jeśli miałbym wskazać najtrudniejszy element, z jakim spotykamy się jako EduKoala, to jest to przetłumaczenie aplikacji na inne rynki docelowe. – Najtrudniejsze jest to – dodaje Arkadiusz Skuza, – że trzeba pracować ze świadomością, że gdzieś na świecie ktoś robi dokładnie to samo co my, że ten ktoś jest mądrzejszy, ma więcej pieniędzy i możliwości niż my. Najtrudniejsze jest wówczas to, aby pozostać na tyle stukniętym, aby wierzyć, że nam się też uda być wielką, wspaniałą firmą z doskonałymi produktami poprawiającymi życie ludzi. Podstawowym problemem pozostaje promocja i rozreklamowanie aplikacji. Wielu deweloperów przyznaje, że wybicie się z dziesiątek aplikacji powstających codziennie, stanowi największe wyzwanie. Każdy twórca aplikacji liczy na dostanie się na listę najpopularniejszych lub polecanych aplikacji, często promowanych na stronie głównej danego sklepu. Dobre miejsce w czołówce najpopularniejszych aplikacji wywołuje nierzadko efekt kuli śnieżnej i nowi użytkownicy zaczynają napływać szerokim strumieniem.

Nie tylko Gadu-Gadu? Choć wśród najpopularniejszych polskich aplikacji wciąż królują programy przenoszące do smartfonów funkcjonalności znane z ekranów komputerów, takie jak Gadu-Gadu czy Allegro, to powstaje coraz więcej produktów właściwych tylko urządzeniom mobilnym. Polacy odkrywają smartfony i choć część z ich funkcji, jak np. geolokalizacja wciąż do nas nie przemawia, to zapał z jakim wielkie firmy ogłaszają podbój polskiego rynku dobrze rokuje zmianom. Rozkręca się również moda na startupy działające na rynku mobilnym, bardzo często tworzone przez młodych ludzi mających więcej zapału i pewności siebie niż doświadczenia i środków. Co można poradzić młodym przedsiębiorcom, wchodzącym dopiero na ten ryzykowny rynek? – Działajcie odważnie, zdecydowanie i przede wszystkim nierozważnie – radzi Arkadiusz Skuza. Piotr Pawlik c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

Teberia 03/2012

19


S P O JR ZE NI A >>

Książki ogrodami uczonych albo e-den dla i-diotów – krótka rozprawa o przyszłości książki Rozwój e-booków budzi dziś w niektórych środowiskach troskę o dalsze losy tradycyjnej książki. Nie wszyscy wiedzą jednak, że początkowo obawy wiązano również z rozwojem pisma, czego ślady znajdujemy w najstarszych źródłach. W platońskim Fajdrosie faraon pyta z troską boga Totha – wynalazcę pisma – czy to udogodnienie sprawi, że człowiek zatraci zdolność pamiętania i myślenia. Zabawne, ale wiemy o tym dziś, tylko dlatego, że jego słowa zostały kiedyś zapisane.

20 Teberia 03/2012


Bardzo krótka historia końca książki Początek XXI wieku jest okresem gwałtownego wejścia elektroniki w każdą niemal sferę życia człowieka – od codziennej komunikacji, informacji, medycyny, fotografii, poprzez muzykę, po szeroko rozumianą rozrywkę, jak chociażby film czy gry – wszystkie te obszary zdominowały nośniki cyfrowe. Warto uświadomić sobie, że tradycyjna książka to jedna z nielicznych już treści, funkcjonująca w fizycznej oprawie! A przecież książka jest nie tylko nośnikiem treści. Jest przedmiotem, towarzyszącym człowiekowi od setek lat. Ma szeleszczące kartki, które przyjemnie wertować, marginesy – gotowe do zapisków (wiem, to nieładnie), okładkę i grzbiet. Grzbiety książek układają się w rozmaite wzory, dobrze prezentując się na półkach. Książka ma więc też funkcję dekoracyjną. Zapach księgarni lub czytelni w bibliotece generuje spokój, skupienie, rozkoszowanie się wiedzą. Papier i druk mają specyficzną woń, jakiej nie zastąpi żaden tablet. Bogata domowa biblioteka świadczy zwykle o zasobności i dobrej kondycji intelektualnej gospodarzy. Oczywiście, w domach przyszłości wie-

lotomowy księgozbiór zmieści się na tablecie. Ale czy wydawnictwa dotyczące np. sztuki dawnej, choćby „Historia piękna” Eco albo tomiki poezji dobrze będą prezentować się na najlepszym nawet e-papierze, zamiast w pięknie wydanych albumach? Koniec książki wieszczono wiele razy, najczęściej wiązano go – jak i dziś – z postępem technologicznym. W XIX wieku, przewidywany koniec literatury spowodowany miał być rozwojem kina. Ten rodzaj rozrywki miał ograniczyć czytelnictwo, choćby zabierając ludziom czas, poświęcany dotąd książkom oraz prezentując na ekranie co ważniejsze dzieła literackie. Obawy okazały się przedwczesne, a nawet zupełnie chybione – niektóre dobre scenariusze do dziś wydawane są jako powieści i cieszą się dobrą poczytnością. Kolejnymi zabójcami książki miały być radio i telewizja – z powodów – jak powyżej – atrakcyjnością swoją deklasując, najlepiej nawet wydane, dzieło literackie. Nic takiego się oczywiście nie stało – i radio, i telewizja mają zresztą programową misję wspierania czytelnictwa (czy ją realizują, to zupełnie inny temat). Wreszcie komputer. Ale ten, pierwotnie zabójca czasu, i wszelkie zło, sprytnie wdarł się również w obszary literatury, nie tylko prezentując i propagując gotowe dzieła (także streszczenia tych dzieł), ale wręcz generując powstanie nowych gatunków literackich (blogi) lub ich przekładów (gry komputerowe na bazie powieści – np. „Wiedźmin”). I tu dochodzimy do sedna. Już nie spieramy się o czytelnictwo, bo ono papierowe, czy elektroniczne, się obroni, ale o książkę jako formę i jej papierową przyszłość.

Ekspansja e-booków? W Polsce? Chyba jeszcze nie. Ogromny wzrost zainteresowania e-bookami notują za to Stany Zjednoczone. Sprzedaż książek w cyfrowym wydaniu wzrosła do 2010 r. dziesięciokrotnie i stanowi już niemal 10 proc. obrotu hurtowego o wartości 500 mln dol. Random House, największy wydawca w USA, poinformował z kolei, że 20 proc. całej sprzedaży w pierwszej połowie 2011 roku stanowiły książki elektroniczne. Jeszcze bardziej obiecujące są prognozy, które mówią, że w 2015 r. rynek e-booków osiągnie tam 22 proc. całego rynku książki, (podczas gdy w Polsce zaledwie 2 proc.) Już dziś Amazon – największa internetowa księgarnia w USA, sprzedaje Teberia 03/2012

21


S P O JR ZE NI A >> tam więcej książek w formacie cyfrowym niż w twardej okładce (na 100 książek sprzedawanych w twardej oprawie w Amazon przypada 180 e-booków). Czytelnicy mają do wyboru setki tysięcy tytułów komercyjnych i miliony książek dostępnych za darmo w tzw. domenie publicznej (dzieła, do których wygasły prawa autorskie). Jednak, mimo wzrostu sprzedaży książki cyfrowej, wydawcy nie obawiają się, że ta tradycyjna, odejdzie do lamusa. Nowe technologie dają czytelnikom po prostu większy wybór, zwłaszcza że książka elektroniczna jest tańsza i w każdej chwili dostępna w Internecie. Stuart Applebaum z wydawnictwa Random Mouse słusznie zwraca uwagę, że skoro 20 proc. sprzedaży na rynku wydawniczym w USA stanowią e-książki, oznacza to, że pozostałe 80 proc. należy do książki drukowanej. Na rynku polskim pierwsze propozycje przedstawił Kolporter. W serwisie eClicto – wraz z możliwością zakupu książki w cyfrowym formacie – otrzymywało się elektroniczny czytnik. Maciej Topolski, rzecznik Kolportera, twierdzi, że firma jest zadowolona z efektów, ale konkurencja chętnie wytyka błędy (zbyt mała liczba tytułów w sklepie eClicto, by zachęcić do kupna czytnika kosztującego 900 zł.; książki z księgarni Kolportera zapisywane są w specjalnym cyfrowym formacie, uniemożliwiającym stosowanie innych czytników). W tym samym czasie jednak, amerykański Amazon zaprezentował Kindle 2. I to na tyle skutecznie, że na rynku polskim sprzedało się ok. 6 tys. tych urządzeń, czyli tyle, ile wszystkich konkurencyjnych czytników razem. Skąd takie wzięcie? Kindle oferuje dostęp do księgarni z każdego miejsca w zasięgu działania telefonii komórkowej, (bo urządzenie zaopatrzone zostało w moduł łączności telefonicznej) lub w zasięgu wi-fi. Dzięki temu czytelnik w każdej chwili może połączyć się z księgarnią, przejrzeć nowości i kupić wypatrzone tytuły bez dodatkowych kosztów. Niewątpliwą zaletą Kindle 2 jest możliwość odtwarzania e-ksiażek także na innych urządzeniach: komputerze, telefonie komórkowym lub na iPadzie, między którymi jest pełna synchronizacja – czytelnik kontynuujący lekturę np. na telefonie komórkowym, rozpoczyna w miejscu, w jakim zakończył czytanie na Kindle’u w domu. Czy polscy czytelnicy otrzymają podobną ofertę od rodzimych cyfrowych księgarzy? Robert Rybski, prezes Virtualo.pl, serwisu e-książkowego, należącego do sieci Empik zapewnia, że tak. Już w 2010 r. Empik porozumiał się z podobnymi sieciami księgarskimi 22

Teberia 03/2012

w innych krajach europejskich, by razem wywalczyć od producentów atrakcyjne ceny na czytniki książek. Urządzenie proponowane przez Empik miało mieć atrakcyjną cenę i możliwość korzystania z e-książek na innych urządzeniach, w tym w telefonach komórkowych. Porozumienie umożliwiło także oferowanie w Polsce tytułów obcojęzycznych. Czy to się sprawdziło? Obecnie Empik oferuje e-czytnik TrekStor 3.0, pozwalający korzystać z Internetu, czytać książki elektroniczne, słuchać muzyki oraz oglądać filmy. Bez użycia innych urządzeń można kupować książki i pobierać je bezpośrednio na czytnik, a następnie pogrupować je w swojej cyfrowej biblioteczce. TrekStor obsługuje e-booki w najpopularniejszych formatach: PDF, ePub (wsparcie dla Adobe DRM), FB2 i TXT. Interfejs umożliwia przechodzenie do konkretnych stron wybranej książki, dodawanie zakładek i ulubionych pozycji. W opcjach można zmienić wielkość i kolor czcionki. Przy zakupie czytnika, Empik gwarantuje darmowy dostęp do ok. 8 tysięcy klasyków literatury – polskiej i zagranicznej, co – przy jego cenie, będącej równowartością jednego porządnie wydanego albumu (299,99 zł) jest ofertą kuszącą. Na wirtualnych półkach sklepu znajduje się ok. 30 tysięcy e-booków, płatnych, ale są to ceny porównywalne do cen książek wydanych tradycyjnie. Czy to dobra oferta? Być może, zwłaszcza że statystyczny polski użytkownik e-booka zarabia powyżej średniej krajowej. Z badań wynika także, że mieszka w dużym mieście, zna języki obce, jest człowiekiem


wykształconym, obeznanym z nowymi technologiami. Jest przy tym stosunkowo młody (między 20.-30. rokiem życia). Nie wiadomo dokładnie, ilu użytkowników mamy teraz w Polsce. Jedne źródła twierdzą, że Kindle’a ma 10 tys. Polaków, inne – 60, a przecież funkcjonuje już rynek wtórny tych urządzeń. Poza tym Kindle to nie jedyny czytnik e-booków. IPadów jest 200 – 300 tys., czytać zresztą można też na smartfonach. Potencjalnych e-czytelników jest więc w Polsce około miliona, a rynek ten cały czas się rozwija. Kiedy ktoś jednak kupuje Kindle’a, nie ma wątpliwości, że robi to po to, by czytać. Inaczej jest z iPadem czy smartfonem. Jedno jest pewne – to rynek przyszłości.

Tam-tamy na e-booku… Premiera nowego iPada o genialnych możliwościach technologicznych, oraz wejście na polski rynek Amazonu w sposób naturalny nasuwa pytanie o  przyszłość tradycyjnej książki (papierowej). Papier elektroniczny, stający się idealnym czytnikiem, urządzenia o pojemności pamięci wielu opasłych tradycyjnych tomów i wadze telefonu komórkowego, mogą wszak odtąd pełnić funkcję książki w różnych okolicznościach. Używając e-booków, oszczędzamy papier, a więc i drzewa, czas – eliminujemy obowiązki związane z odwiedzaniem księgarni

i wyborem odpowiedniej pozycji. W księgarniach internetowych można do woli przeglądać elektroniczne książki z różnych kategorii, przeczytać fragment tej, która nas zainteresowała oraz dokonać zakupu, płacą w sposób elektroniczny, a książkę otrzymując w formacie pdf. Posiadając czytnik e-booków, którego faktura przypomina kartkę papieru, możemy nie męcząc wzroku czytać, nawet przez kilka godzin. Zalety urządzeń tego typu są zatem odmieniane przez wszystkie przypadki – i… łatwo się nimi zachłysnąć. Jak będzie wyglądała zatem książka przyszłości? Na pytanie to usiłował odpowiedzieć Robert Chojnacki – szef wydawnictwa Otwartego i założyciel portalu Woblink.com – najbardziej zaawansowanej polskiej aplikacji do czytania i kupowania e-booków oraz multibooków, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Chojnacki wskazuje tam, że w przyszłości poczytny autor beletrystyki będzie bardziej reżyserem swojego dzieła, niż pisarzem. Książka będzie zawierała bowiem, w ramach swojej treści, muzykę budującą nastrój, która zagra w odpowiednim momencie, bo czytnik będzie śledził ruch naszej źrenicy. Pisarz reżyser poprowadzi z nami przebiegłą grę – tłumaczy Chojnacki. – Mogąc modyfikować treść książki w dowolnym momencie, będzie mógł nas zwodzić co do jej ostatecznej wymowy. Czytając książkę podróżniczą, usłyszymy dźwięki dżungli amazońskiej albo huk wodospadu Niagara. Oglądamy tajemny rytuał Indian, który udało się autorowi sfilmować po kryjomu komórką.... Prawie wszystko, o czym mówię, można zrobić lub zobaczyć na iPadzie w aplikacjach takich jak Kobo, iBooks czy Woblink. Naprawdę! Tę wizję autor podpiera przykładami – Książka „Orzeł biały i czerwona gwiazda” ma animowane mapy, które prezentują operacje wojskowe. Lektor czyta komentarz, żołnierze maszerują, flagi powiewają. Lektura książeczek dla dzieci ma być interaktywna – np. czytając „Małpę w kąpieli”, będzie można połaskotać małpę, albo ją wyrzucić przez okno. Taka formuła jest z pewnością szalenie atrakcyjna. Oto przedmiot, zwany niegdyś banalnie książką, staje się kreatorem rzeczywistości multimedialnej, angażując w odbiór treści wszystkie, niemal, zmysły. Świat zamknięty dotąd w wyobraźni autora, zostaje nam podany na tacy (tablecie) dokładnie w takim kształcie, w jakim go twórca wymyślił. Na pewno doskonale sprawdza się ten model w przypadku wydawnictw dokumentalnych, historycznych, edukacyjnych. Co jednak z literaturą piękną? Sytuacja artysty, pisarza, poety, staje się bardzo komfortowa – nie ma Teberia 03/2012

23


S P O JR ZE NI A >> już miejsca na interpretację, (nadinterpretację, złą interpretację), bo nie pracuje wyobraźnia odbiorcy, a bezrobotni krytycy literaccy i filolodzy, mogą się teraz zająć dystrybucją tabletów. Tylko, czy w tym rzecz?

…albo mądrość Prousta W tym kontekście interesująco wypowiada się dr Maksymilian Bielecki – psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, zajmujący się m.in. wpływem nowych technologii (gier komputerowych, e-booków) na pracę ludzkiego mózgu. W wyniku badań zachowania mózgu podczas procesu czytania, zwrócono uwagę, że najpierw informacja wzrokowa trafia do wzgórza, które jest „stacją przekaźnikową” naszego mózgu, a stamtąd do płatów potylicznych. Tam zachodzi analiza obrazu pod kątem koloru, formy, przestrzenności. Samo rozpoznanie kształtu to nie wszystko – potem zapalają się obszary odpowiedzialne za kojarzenie i zrozumienie, więc mniej więcej w ciągu 300 milisekund rozpoznajemy znaczenie czytanego słowa. Ale na tym się nie kończy burza w morzu neuronów. Po kolejnych 100-200 milisekundach włączają się obwody zajmujące się wnioskowaniem, interpretacją, znajdowaniem kontekstu, krytyczną analizą i wreszcie pojawiają się nasze własne myśli, refleksje, które wykraczają daleko poza czytany tekst. I to jest właśnie, jak pisał Proust, ta

24

Teberia 03/2012

„nasza mądrość, która zaczyna się tam, gdzie kończy się mądrość autora”. W podobnym klimacie wypowiada się dr Maryanne Wolf. Ta badaczka obawia się, że czytanie na ekranie komputera, iPada, czytnika e-booków nieuchronnie zmieni tę sieć szlaków i powiązań, która do tej pory umożliwiała głębsze skojarzenia. Nasza zdolność przyswajania stanie się uboższa, bardziej powierzchowna. Zabraknie tych kluczowych milisekund głębokiej refleksji. Papierowa książka, w przeciwieństwie do cyfrowych czytników, zostawia silniejszy ślad pamięciowy. Kojarzymy przestrzenny układ stron i lokalizację fragmentów, które wywarły na nas jakiś wpływ, wygląd okładki, czasem zapach i fakturę papieru. Książki różnią się od siebie. Tekst czytany w cyfrowym pliku wywołuje zaś pewien rodzaj efektu tunelowego – tłumaczy dr Bielecki – obejmujemy tylko pojedynczą stronę, akapit, a umyka nam całość lektury, nie wiemy, ku czemu ona zmierza, jaka jest jej struktura i rozmiar. Z drugiej strony nowe technologie uczą nas inaczej korzystać z informacji. Prześlizgując się po tekście wyławiamy istotne sensy, słowa klucze, w sposób błyskawiczny dokonujemy selekcji treści dla nas ważnych i mniej istotnych. Musimy radzić sobie z wieloma bodźcami, filtrując jednocześnie te, których szukamy, lub które wydają się nam potrzebne. Mówiąc prościej – przyswajamy więcej, ale bardziej


powierzchownie. Czy to gorzej? Trudno dziś powiedzieć. To po prostu nowa jakość, o którą prawdopodobnie oparta będzie przyszłość następnych pokoleń.

„Verba volant, scripta Manet” („słowa ulatują, pismo zostaje”)? W e-booku niekoniecznie… E-booki ułatwiają nam dostęp do dzieł, pozwalają stykać się z literaturą w każdym miejscu i o każdej porze, zachwycają nowatorstwem technologii. Ale korzystając z nich, warto także pomyśleć o zagrożeniach, które z sobą niosą. Temat ten podjęli m.in. dziennikarze Miłada Jędrysik, Wojciech Orliński. Swoje kasandryczne wizje zaczynają refleksją, że wynalazki często odwracały się przeciw ludziom. Druk przyniósł Europie absolutyzm, bo władcy mogli się porozumiewać z poddanymi bez pośrednictwa parlamentu. Kolej, telegraf, telefon, rozszczepienie jądra atomowego, wykorzystywano w obydwu wojnach, a współcześnie Internet i telefony komórkowe pomagają bliskowschodnim tyranom namierzać buntowników i naprowadzać pociski na budynki, w których pracują dziennikarze. Wszystko to skłania do kontrowersyjnego, ale może słusznego pytania, ile lat nasze parlamentarne swobody przetrwają po ostatecznym porzuceniu papieru na rzecz e-booków i e-czasopism? Szczególne niebezpieczeństwo widzą autorzy w możliwościach zdalnego uaktualnienia informacji. Zwróćmy uwagę na całą grozę, która może wyniknąć z sytuacji, w której treść każdej książki można w nieskończoność update’ować – po wersji 1.1 wypuścić 1.2beta, a potem 1.3rc2, a potem wersję 2.0, po której korekta zacznie się od nowa. Powstanie świat ciągłych poprawek do poprawek, wiecznej „wersji beta”, braku historii (bo stare wersje znikają bez śladu i nie można ich już po prostu zdjąć z półki, jak różne edycje papierowej powieści). Co będzie, gdy w postpapierowej przyszłości wszystko – kodeks karny, konstytucja, prawa człowieka, umowy międzynarodowe – będzie jakąś płynną „wersją beta”, którą będzie można zdalnie „uaktualniać”? To wprawdzie jeszcze science fiction, ale już raczej bliższe niż dalsze. A co najgorsze, idziemy w tym kierunku z bezmyślnym entuzjazmem. Nasze prawa jako obywateli są coś warte, tylko dopóki istnieją – jako ostateczna, niezmienna wersja – w postaci wydrukowanych książek, a my dysponujemy w miarę powszechną umiejętnością odnalezienia ich w tych książkach.

Konkluzja tego wywodu sprowadza się do faktu, że następne pokolenia w ogóle nie będą miały oparcia w prawie trwale zapisanym. Istotnie, świat, w którym stałe zasady mogą być poddane zdalnym uaktualnieniom nie wydaje się bezpieczny, bo otwierają się możliwości manipulacji. Warto jednak zauważyć, że już teraz prawnicy, zamiast z papierowych Dzienników Ustaw, czy innych aktów prawnych, korzystają z ich wersji elektronicznych, również zdalnie update’owanych. Stare wersje nie znikają jednak bez śladu, zapisane są w archiwach, (podobnie jak akty jeszcze nie obowiązujące, zapisane są i dostępne jako akty oczekujące). Elektroniczne programy prawnicze pozwalają na sprawne poruszanie się w gąszczu prawa nawet laikom, akty prawne są w nich uporządkowane, a sprytne wyszukiwarki odnajdą każde poszukiwane zagadnienie za pomocą słowników. Bazy prawnicze posiadają również pełnotekstowe elektroniczne wersje książek (kodeksów, podręczników, monografii) i czasopism oraz pełne orzecznictwo, dzięki czemu tzw. przeciętny obywatel może do woli korzystać z zasobów, skrywających niedostępną dotąd, wiedzę. Z jednej strony więc w technologii widzimy zagrożenia dla demokracji, z drugiej jej umocnienie, poprzez otwarcie dziedzin, zarezerwowanych wcześniej wyłącznie dla elit. Jeszcze inny problem, wygenerowany przez nowe technologie, znajdują cytowani autorzy w możliwości zdalnej kontroli, nie tylko rodzaju czytelnictwa obywatela, ale i jego miejsca pobytu. Zarzucają e-bookom odarcie czytelnika z intymności czytania. Kiedy czytamy e-książkę ze swojego iPada, ujawniamy różnym instytucjom to, że ta a ta osoba, zamieszkała tu i tu, pracująca tam a tam, właśnie teraz czyta to i to, przebywając pod tymi oto współrzędnymi geograficznymi. Jeśli w tym świecie pojawi się kiedyś na przykład jakaś dyktatura, samizdat będzie nie Teberia 03/2012

25


tylko nielegalny, ale nawet niemożliwy technicznie. Czy na pewno tego właśnie chcemy? Trudno nie zgodzić się z tymi argumentami. Czytelnictwo za sprawą nowych technologii odzierane jest z prywatności, a czytelnik znajduje się pod kontrolą, czy mu się to podoba, czy nie. Być może trochę w tych kasandrycznych wizjach przesady, bo nasza prywatność zagrożona jest już dawno, przez telefonię komórkową, Internet, portale społecznościowe itd. W tym przypadku, na szczęście, wciąż jeszcze jest alternatywa – cierpliwy papier i intymna atmosfera, jakiej nie zmąci oddech Wielkiego Brata.

E-book a świat według Laniera Opisując futurystyczny świat, w jaki może nas zaprowadzić dalszy rozwój multimedialnej książki, spróbujmy poluzować całkiem wodze fantazji. E-booki na pewno zmieniają relacje czytelnika z książką – czynność ta przestanie być intymna, ale za to nabierze wymiaru bardziej społecznego. Już dziś czytanie na ekranie komputera wiąże się z odbiorem różnych bodźców. Bielecki przyrównuje tę sytuację do towarzyskiego spotkania z przyjaciółmi przy kawiarnianym stoliku, gdzie co chwila ktoś komentuje 26

Teberia 03/2012

i dzieli się tym, co właśnie przeczytał. Nowe media już teraz zmuszają do większej aktywności, stałej gotowości do działania. Jak by jednak nie było, czytanie wciąż ma rację bytu – poruszanie się w cyberprzestrzeni to dziś przymus kulturowy, a czytanie jest tam wciąż podstawowym środkiem komunikacji. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że nowe technologie w tym e-booki stają się przedsionkiem tzw. wirtualnej rzeczywistości. Pojęcie to stworzył Jaron Lanier – futurolog, informatyk, autor kontrowersyjnej książki You Are Not a Gadget: A Manifesto („Nie jesteś gadżetem. Manifest”). W dziele tym zawarł krytykę technologii cyfrowych, w której np. Wikipedię określił triumfem „rządów umysłowego motłochu”, a portale społecznościowe oskarżył o prowadzenie do odczłowieczenia. Przede wszystkim jednak jest autorem prototypowego sprzętu, będącego elementem wirtualnej rzeczywistości – rękawic, służących do manipulacji obiektami widocznymi na ekranie komputera oraz systemu Reality Built for Two, w którym różne osoby mogą „przebywać” w tej samej wirtualnej przestrzeni. To – mówiąc prościej – pełna iluzja, podpowiadana ludzkim zmysłom przez komputer. Świat, który zaprezentował Lanier to przyszłość, w której nie tylko nie będziemy czytać, ale także przestaniemy mówić.


W tym świecie – mówi Lanier – możesz być wielkości góry, całej galaktyki albo kamyczka na podłodze. Fortepian... Cudownie jest być fortepianem. Można posługiwać się instrumentami muzycznymi zupełnie inaczej niż w  rzeczywistym świecie. Saksofon np. zamiast dźwiękami może grać feerią świateł. Albo nawet twoim własnym ciałem. Może deformować je. Możesz stać się kometą i stopniowo zmienić się w wielkiego pająka większego niż planeta. Z technicznego punktu widzenia wejście do tego świata iluzji będzie prowadzić przez specjalne okulary, rękawice i skomputeryzowany kombinezon, najeżony czujnikami, reagującymi na każdy ruch, a być może również urządzenia, które będą też symulowały wrażenia węchowe i smakowe. W tym wirtualnym świecie łatwo przekazać wszystko bez słów, a zatem po co opisywać obraz, który można bezpośrednio pokazać? Sytuację tę określił Lanier mianem komunikacji postsymbolicznej i przedstawił ja na początku lat 90. w spektaklu „The Sound of One Hand”, granym w teatrach w Toronto, Chicago i Linzu. Lanier występował w nim w wirtualnych okularach i rękawicy, podobnie jak cała publiczność, która widziała i czuła dokładnie to, co on. Rozwój technologii w tym kierunku wydaje się nieunikniony, ale myślę o tym z pewną obawą. Bo czy – gdyby cofnąć się w czasie i dać naszym przodkom technologię wirtualnej rzeczywistości – stworzyliby język, nie mówiąc już o piśmie? Nie byłoby dyskusji o książkach i e-bookach, bo nie byłoby ani książek, ani e-booków, ani nawet możliwości i narzędzi do dyskusji. To wizja, przy której współczesne obawy i argumenty, związane z rozwojem e-booków są po prostu dziecinne i śmieszne.

tytuły powtarzające się w  wersjach papierowej i elektronicznej. Dziś e-rynek sprowadza się do zdigitalizowania tekstu, w  USA mówi się tymczasem, że to nie jest nawet jego wersja 1.0. Kiedy pojawią się publikacje na masową skalę czerpiące z nowych możliwości technologicznych, powstanie zupełnie osobny rynek, który prawdopodobnie do 2020 r. zrówna się ze stopniowo kurczącym się rynkiem książki tradycyjnej. Częściowo zajmie jego miejsce na rynku czasu wolnego, jak wcześniej np. Internet, w którym też przecież czytamy. Arabowie twierdzili niegdyś, że książki są ogrodami uczonych. Ta metafora trochę jak z opowieści Szeherezady, przywołuje atmosferę piękna, relaksu, odpoczynku i przyjemności. Wpływ na to z pewnością miał sposób wydawania tradycyjnych książek, ich kunsztowna oprawa, bogate ilustracje. Poruszając się w świecie tej metaforyki warto zapytać, czym, w związku z przywołanymi powyżej zagrożeniami, staną się e-booki? Parkiem technologicznym futurystów czy grządką plebejuszy? Pytając o przyszłość książki, pytamy o przyszłość nauki, kultury, sztuki… A może o własną tożsamość…?

Dominika Bara c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

W opracowaniu korzystałam z informacji zawartych na stronach: http://wyborcza.pl/1,75476,11333409,Czy_e_booki_zmienia_nam_mozgi_.html?as=2&startsz=x#ixzz1pNWYa3pq http://wyborcza.pl/1,75475,11310088,Bauman__E_bookom_nie_da_sie_zaginac_ro-

Ad rem czyli co z tą książką?

gow.html#ixzz1pNrYT33L

Mimo obaw Platona, pismo – a  co za tym idzie i książka, nie upośledziły naszej pamięci – a wręcz przeciwnie – utrwaliły przeszłość, tradycję, kulturę. Jednak co z obawami dzisiejszych kasandrycznych futurystów? E-booki zniszczą naszą prywatność? Zmienią nasze mózgi? Zatracimy wyobraźnię i  zdolność mowy? Przywoływany wyżej Chojnacki prognozuje – Moim zdaniem w  2020 r. udział e-rynku w  całym rynku książki trudno już będzie mierzyć, bo wygeneruje on publikacje, których dziś wcale nie nazwalibyśmy książkami. Zabraknie solidnej podstawy do porównań, jaką są obecnie np.

pieru.html

http://wyborcza.pl/1,123455,11277567,Spor_o_elektroniczne_ksiazki_i_przyszlosc_pahttp://www.polityka.pl/nauka/komputeryiinternet/1511318,1,e-ksiazki-zalewajaswiatowy-rynek.read

Teberia 03/2012

27


N A UK A >>

Bionik w przyrodzie widzi swego mistrza

Bionika nie jest zwykłym naśladowaniem przyrody. To raczej twórcza inspiracja jej rozwiązaniami. Z osiągnięciami bioniki spotykamy się na każdym kroku, począwszy od zapinania rzepa w naszej kurtce, lecąc samolotem, zwiedzając najwyższe drapacze chmur, czy drżąc przed szczerzącym do nas zęby na ekranie dinozaurem z Jurajskiego Parku. O  tym czym jest bionika, jakie ma osiągnięcia oraz jak wygląda jej sytuacja w Polsce rozmawiamy ze specjalistą w tej dziedzinie, profesorem Andrzejem Samkiem z Akademii Górniczo-Hutniczej.

28

Teberia 03/2012


Andrzej Samek Prof. dr hab. inż. Andrzej Samek (ur. 1924 w Krakowie) w latach 1945-50 studiował na Wydziałach Politechnicznych Akademii Górniczo-Hutniczej uzyskując dyplom inżyniera mechanika oraz stopień magistra inżyniera nauk technicznych. Działalność naukową rozpoczął w 1956 r., przyjęty na stanowisko starszego asystenta w b. Katedrze Obrabiarek Politechniki Krakowskiej, w 1967 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego z zakresu technologii maszyn. W 1983 r. otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego i rozpoczął kolejny etap swej działalności naukowo-dydaktycznej. W 1987 r. przyczynił się do utworzenia nowego kierunku studiów „automatyka i robotyka” na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej. W 1991 r. został powołany na stanowisko profesora zwyczajnego. Obecnie prof. Andrzej Samek pracuje na Wydziale Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej, prowadzi dla studentów zajęcia z bioniki. Jest autorem szeregu artykułów i monografii na temat bioniki oraz pierwszego w Polsce akademickiego podręcznika z tej dziedziny nauki – „Bionika nauki przyrodnicze dla inżynierów”. Pod kierownictwem profesora powstał opatentowany projekt robota przemieszczającego się wewnątrz rur.

Teberia 03/2012 29


N A UK A >>

Bionik nie zachwyca się pięknem przyrody, lecz patrzy na nią instrumentalnie? Bionika pokazuje obszar przyrody ożywionej jako zbiór niezwykle doskonałych systemów biologicznych, które można rozpatrywać jako systemy techniczne. Na przykład owada można analizować jako mobilnego robota. Bionik patrzy na przyrodę jako na źródło nieprzeliczalnego zbioru różnorodnych rozwiązań. Jeśli chodzi o samą nazwę, bionika jest stosunkowo młodą nauką, ma raptem nieco ponad 50 lat.

Jeśli chodzi o samą nazwę to owszem, jest to młoda nauka. Ma ona jednak dwa rodowody. Pierwszy, opierający się na obserwacji i naśladowaniu przyrody sięga właściwie momentu, w którym człowiek wziął do ręki kamień i użył go jako narzędzia. W historii ludzkości pasjonatów naśladujących przyrodę było wielu. Najbardziej znany jest oczywiście Leonardo da Vinci, ale byli też inni, jak Matthew Baker, George Cayley, James Bell Pettigrew, Clement Ader, czy Ignaz i Igo Etrich. Ci ostatni zbudowali w 1910 roku samolot Etrich-Taube, oparty na sylwetce gołębia, bardzo popularny w początkach I Wojny Światowej. Druga ścieżka bioniki została zapoczątkowana w latach 50.-60. w USA. Rozpoczęto wówczas badania nad wykorzystaniem właściwości systemów biologicznych przetwarzających sygnały i informację. I tak to się zaczęło. Wówczas wprowadzono dla nowej dziedziny nazwę bionika. Używana jest czasem nazwa biomimetyka, ale biomimetyka to naśladowanie, a tu zupełnie nie chodzi o naśladownictwo. Bionika jest poszukiwaniem w przyrodzie wzorca, znajdowanie zasady działania, czyli funkcji organizmu i transformowanie jej na rozwiązanie techniczne.

30

Teberia 03/2012

Jakie osiągnięcia bioniczne należą do tych najbardziej przełomowych? Chociażby zmiana kształtu i właściwości okrętów podwodnych. Zmiana kształtu wzorowana na ssakach morskich, spowodowała przyrost prędkości z 7-14 węzłów na 35. Innym wzorcem było zachowanie się ryb morskich o wysokiej sprawności hydrodynamicznej, np. tuńczyka. Wzorując się na nich, jednostki podwodne stały się bardziej sprawne, i mobilne. Bionika ma duże osiągnięcia w dziedzinie zastosowania nowych materiałów. Należy pamiętać, że w przyrodzie nie ma metali krystalicznych, z których my budujemy większość maszyn i urządzeń. Przyroda stosuje materiały przekładkowe, materiały warstwowe i materiały z wypełniaczami. Właściwości pajęczyny pod względem mechanicznym wielokrotnie przewyższają właściwości stali. Ogromna odporność pajęczyny na uderzenia spowodowała, że są stosowane kamizelki kuloodporne wzmacniane włóknami ze sztucznej pajęczyny. Nowym odkryciem są materiały przekładkowe, z wkładkami z metali. Takie rozwiązanie występuje w muszlach pewnych morskich mięczaków głębinowych.


Może być to inspiracją do zbudowania materiałów doskonale tłumiących energię uderzenia. Innym przykładem może być rozwój mikro robotów latających. Dotychczasowe osiągnięcia bazowały zwykle na aerodynamice profilu skrzydła stałego, co nie dawało zadawalających rezultatów przy tych rozmiarach. Natomiast odkrycia, które doprowadziły do poznania zasady lotu owadów, były przełomowe. Owady z punktu widzenia klasycznej aerodynamiki nie mają prawa latać. Ani kształt nie jest odpowiedni, duża masa, słabe skrzydło – to nie powinno unieść się w powietrze. A tymczasem latają lepiej niż nasze konstrukcje. Jest to spowodowane wykorzystaniem zupełnie innej metody latania, wykorzystującej turbulencję. I na tej zasadzie zaczyna się w tej chwili budować mini roboty latające, które nie przekraczają 30 mm, a większe, bardziej sprawne mają od 20-30 cm. To jest nowszy kierunek, który niedawno się pojawił.

specjalności. Dużą rolę zaczynają również odgrywać przyrodnicy. Oni mogą podsunąć zespół wzorców, który inżynier może następnie zbadać i wykorzystać. Mogą też pomóc w przeprowadzeniu badań i analiz przyrodniczych. W ten sposób nawiązuje się współpraca między inżynierami, a przyrodnikami, której wcześniej nie było. W całkiem niedawnej przeszłości dyscypliny te były ściśle zamknięte. Przyrodnicy, to przyrodnicy, inżynierowie to inżynierowie, nie można było w zasadzie wymieniać informacji. To właśnie bionika sprawiła, że te dziedziny otworzyły się wzajemnie. Ona jest tym ogniwem, które wszystko łączy i wykorzystuje badania zoologów, botaników, paleontologów dla celów technicznych.

Nie ma też co ukrywać, że głównym motorem napędowym odkryć tego rodzaju są prace związane z obronnością. Ogromne programy wojskowe realizujące projekty badawcze z dziedziny bioniki posiadają zasoby liczące się w dziesiątkach milionów dolarów. My do tych programów może kiedyś dotrzemy jako pomocnicy-specjaliści.

Jakie mamy ostatnie, interesujące osiągniecia, które wynikły z tej współpracy? Chociażby kwestia łusek rekina. Przyrodnicy długo zastanawiali się, dlaczego ta ryba tak dobrze pływa? Okazuje się, że łuski rekina mają właściwości tłumiące turbulencję i powodują lepszy przepływ dookoła ciała zwierzęcia. W związku z tym odkryciem inżynierowie zastanawiają się nad osłoną, wzorowaną na łuskach rekina, którą można by pokrywać kadłuby samolotów. Na razie jest wielki sprzeciw, no bo jak umieścić napisy, kadłub już nie będzie taki piękny i błyszczący. W każdym razie pracy nad tą koncepcją trwają.

Bionika jest nauką interdyscyplinarną, konieczna jest współpraca naukowców z różnych dziedzin. Jak się to sprawdza w praktyce? Współpraca jest koniecznym warunkiem zwłaszcza przy projektowaniu złożonych konstrukcji. Im bardziej złożony jest obiekt, tym więcej musi przy nim twórczo pracować inżynierów z różnych

Znaną inspiracją zaczerpniętą z natury jest liść lotosu. Otóż liść lotosu ma tak ukształtowaną powierzchnię, że spadająca kropla wody nie rozpływa się, lecz zachowuje kulisty kształt. Staczając się, usuwa zanieczyszczenia jakie występują na powierzchni liścia. Na tej podstawie stworzono już samoczyszczące farby, które mogą służyć do pokrycia ścian budynków.

Teberia 03/2012

31


N A UK A >> Dzięki swoim właściwościom farba taka zapobiega rozprzestrzenianiu się glonów. Teraz często na świeżo otynkowanym bloku od południa mamy piękny różowy kolor, a od północy zielony. Dzięki nowym pokryciom możemy się przed tym zabezpieczyć. Bionika jednak to nie tylko wielkie i odległe wynalazki, ale także osiągnięcia, które ułatwiają nam życie na co dzień. Oczywiście, najpopularniejszym osiągnięciem tego typu jest rzep, który zresztą nie było tak łatwo stworzyć. Do tego my stosujemy tylko jeden rodzaj rzepu, natomiast przyroda dysponuje niezliczoną ilością rozwiązań zaczepów haczykowych, począwszy od zaczepów które łączącą parę skrzydeł motyla, a skończywszy na wyrafinowanych systemach zabezpieczających połączenie odwłoków kopulujących owadów. Osiągnięcia bioniki mogą być prostym zastosowaniem jednego rozwiązania jak właśnie rzep, ale też mogą to być złożone konstrukcje, oparte na koncepcji zaczerpniętej od przyrody. Na przykład jest już dostępny w sprzedaży pojazd pływający, wzorowany na delfinie. Jest dwuosobowy, pływa na i pod wodą, może wyskoczyć z wody i obrócić się o 180 stopni. Kosztuje około 75 tys. dolarów.

"Architektura nawet w większym stopniu niż budowa maszyn wykorzystuje przyrodę do tworzenia nowatorskich koncepcji budynków." Bionika jest też popularna w architekturze? Architekci w dziedzinie zastosowań bioniki mają ogromne osiągnięcia. Na przykład super wieżowce sięgające do wysokości jednego kilometra są wzorowane na strukturach drzewa, sekwoi i cedru. Architektura nawet w większym stopniu niż budowa maszyn wykorzystuje przyrodę do tworzenia nowatorskich koncepcji budynków. I w medycynie. Oczywiście w medycynie też, można powiedzieć, że bioinżynieria medyczna rozwinęła się gwałtownie w wyniku powstania bioniki. O ile bionika ma cha32

Teberia 03/2012

rakter bardziej ogólny, zajmuje się w ogóle światem organizmów żywych, to inżynieria medyczna stosuje rozwiązania techniczne do człowieka. Mamy tu protezy, implanty, zastawki, wiele inteligentnych, automatycznie działających urządzeń. Jest jeszcze jedna dziedzina bioniczna, o której niewiele się mówi, a ona również wpisuje się w to, czym się zajmujemy. Mowa tu o animatronice, dziedzinie której efektem jest to, że trzęsiemy się ze strachu gdy nam Spielberg pokazuje dinozaury. Jest to wynik animacji, która powstaje we współpracy z przyrodnikami. Musimy przecież znać szkielet, układ mięśniowy, a także sposób poruszania się i zachowanie zwierzęcia, które chcemy pokazać. Na tej podstawie buduje się model rzeczywisty albo wirtualny. To ma także szerszy, edukacyjny aspekt. Można bowiem odtwarzać zagrożone lub wymarłe gatunki dla celów dydaktycznych. Na przykład japońska firma Mitsubishi wprowadziła na rynek ruchomy model latimerii, ryby, będącej żywą skamienieliną. Dzięki czemu uczniowie mogą zobaczyć latimerię, której bardzo niewielka populacja (zaledwie kilkaset osobników) żyje w pobliżu Komorów. Jest to niewątpliwie ciekawa koncepcja, dzięki której w przyszłości będziemy mogli dużo łatwiej zapoznać społeczeństwo z gatunkami, które już wyginęły lub są zagrożone. W jaki sposób dochodzi się do konkretnych rozwiązań technicznych w bionice? Zaczynamy od obserwacji przyrody, czy od tworzenia koncepcji danego urządzenia, a w przyrodzie szukamy odpowiedzi na konkretne pytania? Obie drogi są stosowane. Można najpierw zapoznać się z danym osiągnięciem przyrodniczym, a potem zastanowić się czy można tę wiedzę jakoś wykorzystać w technice. Można też wyjść od konkretnego problemu technicznego. Na przykład chcemy zapro-


postawy młodego inżyniera z biernej na aktywną. Dotychczasowe formy studiów dają małe pole popisu dla samodzielnej twórczości studentów, a młodzi ludzie są pełni zapału, są bardzo chętni tylko mało się robi aby ułatwić im realizację ich twórczych aspiracji.

jektować specjalny chwytak robota. Szukamy wówczas w przyrodzie odpowiedniego wzorca w postaci spełniających żądaną funkcje kończyn chwytnych. Wtedy przyrodnicy przychodzą z pomocą, pokazując działanie łap gekona czy kameleona. Bionika w Polsce wciąż brzmi dosyć tajemniczo. Jak wygląda jej sytuacja w naszym kraju? Nie wesoło. Przez wiele lat byłem w pewnym sensie samotnym wilkiem, który zajmował się bioniką. Wszyscy porządni konstruktorzy słysząc o tym czym się interesuję, kiwali głową z politowaniem – zwariował, przyrodą się zajmuje, zamiast projektować porządną maszynę! Ale teraz ta sytuacja na szczęście się zmienia, postęp techniczny na świecie jest ogromny, w dużej mierze zawdzięcza on swoje osiągnięcia właśnie rozwiązaniom występującym w przyrodzie. Nie sugeruję oczywiście, że w przyszłości wszystkie rozwiązania będą oparte na przyrodzie, ale jest to dodatkowe źródło, niezwykle bogate i inspirujące dla twórczej działalności inżynierskiej. Na obecnym etapie i stanie wiedzy o bionice w Polsce, podstawowe znaczenie ma działalność dydaktyczna. Wprowadzenie tego przedmiotu na uczelnie ma na celu poszerzenie wiedzy o przyrodzie i zmianę

Jak wyglądają studia bioniczne? Studia mają trzy zadania, po pierwsze poszerzenie ogólnej wiedzy przyrodniczej, niezbędnej do takiej działalności. Po drugie, mają nauczyć nowego spojrzenia na przyrodę jako źródło rozwiązań technicznych. Po trzecie, stwarza się możliwość samodzielnej realizacji koncepcji technicznej, będącej wynikiem studiów bionicznych. W efekcie powstają bardzo ciekawe rozwiązania. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że prace dyplomowe bardzo rzadko kończą się jakimś szerszym rozwiązaniem przemysłowym. Do tego daleka droga. Ale sama przygoda, budowa rzeczywistego modelu daje studentom ogromną satysfakcję sprawdzenie się jako inżyniera. Jak już mówiłem, to jest dominująca roli bioniki, aktywizować twórczą postawę inżynierską. A przecież my właśnie takich właśnie inżynierów potrzebujemy, zwykłych wykonawców mamy aż za dużo. Zajęcia z przedmiotu Bionika na Akademii Górniczo-Hutniczej realizujemy w sposób nietypowy. Każdy student na wstępie dostaje ulotkę, w której podana jest szczegółowa tematyka zajęć, a także wyjaśnienie czym jest bionika i jaki jest cel tego przedmiotu. Nie jesteśmy zamknięci także co do literatury. Po omówieniu określonego tematu przekazujemy studentom spis poszerzających go lektur. Same studia zależnie od kierunku składają się z 1530 godzin wykładów, oraz 30 godzin laboratorium. Laboratorium obejmuje zarówno pokazy makro i mikroskopowe, jak i wspomagane komputerowo projektowanie konstrukcji. Omawiane są rozwiązania jakie istnieją w naturze, dotyczące pływania, kroczenia czy pełzania organizmów. Następnie studenci opracowują własny pomysł w postaci projektu koncepcyjnego, który jest podstawą zaliczenia. Zainspirowanie studentów do samodzielnej pracy jest podstawowym celem. Czy młodzi inżynierowie, chcący zajmować się bioniką muszą mieć jakieś specjalne predyspozycje? Trzeba mieć otwartą głowę i nie obojętnym na przyrodę. Są tylko te dwa wymagania. Teberia 03/2012

33


N A UK A >>

Nie ma możliwości stworzenia kierunku studiów bionika? Kierunek to za daleko, ale już w tej chwili jest to przedmiot na kilku wydziałach w Polsce. Na AGH bionika jest przedmiotem obowiązkowym na kierunku Automatyka i Robotyka i Inżynieria Medyczna. Nie ma zresztą w Polsce zbyt wielu ośrodków badawczych zajmujących się bioniką. Poza Krakowem, wykłady prowadzone są też we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu. Jakie mamy polskie sukcesy w badaniach bionicznych? Ja bym powiedział… porażki. Przykładowo, absolwent Politechniki Krakowskiej zaprojektował w współpracy ze mną pojazd pływający. Minęło prawie 10 lat i nikt poważnie się tym nie zainteresował. Podobnie CyberRyba, którą wykonali studenci Politechniki, pozostała na etapie modelu. Nie dziwię się temu, bo każda inwestycja, obciążona ryzykiem, jest trudna do podjęcia dla przedsiębiorcy, który nie ma dużego zasobu kapitałowego. Jeżeli rowery pedałowe pływają po wszystkich jeziorach, to nikt nie będzie zmieniał tego roweru na pływający na innej zasadzie pojazd, inwestując w to duże pieniądze. Owszem, wojsko jest zainteresowane tym pojazdem, ponieważ ma on interesujące właściwości, ale samo zainteresowanie to za mało. W zasadzie nie 34

Teberia 03/2012

ma więc sponsorów, których celem byłby niekonwencjonalny rozwój nowych, innowacyjnych rozwiązań konstrukcyjnych. Tego w Polsce bardzo brakuje. Nie mamy chyba jednak wyjścia, jeżeli chcemy być konkurencyjni na rynku, musimy chociaż próbować dogonić resztę świata, także w bionice? To prawdopodobnie daleka przyszłość, którą zrealizuje nowa generacja inżynierów, którzy będą sugerować rozwiązania bioniczne. Dopiero ta generacja zmusi przemysł do nowoczesności. Czy już teraz dzieje się coś w Polsce, co pomoże tę przyszłość zrealizować? Cały czas działamy w tym kierunku. Obecnie jest


pomysł aby tych kilkunastu ludzi, którzy zajmują się bioniką w kraju, spotkało się i ustaliło dalszy wspólny program działań. Kończymy także grant, którego celem jest program przedmiotu Bionika w szkolnictwie wyższym. Nauczyciel akademicki dostanie w ten sposób komplet materiałów, które umożliwią mu prowadzenie przedmiotu, na uczelni, może także w kooperacji z przyrodnikami. Zupełnie na innym etapie przebiegają te działania u naszych zachodnich sąsiadów. Funkcjonują tam zarówno specjalności, jak i wydziały, które kształcą inżynierów bioników. Co więcej, w Niemczech pojawił się pomysł aby inaczej niż dotąd prowadzić zajęcia z nauk przyrodniczych w szkołach średnich. Nie tylko w ujęciu systematycznym, lecz z uwzględnieniem możliwości zastosowań technicznych. Pionierem w tej dziedzinie jest znany botanik prof. Claus Mattheck, autor kilku książek dla młodzieży opisujących podstawowe zjawiska mechaniki na przykładzie budowy drzewa Już dzieci można więc nauczyć inżynierskiego spojrzenia na rozwiązania występujące w przyrodzie. Daleko nam więc do Niemiec, gdzie działa ponad 20 ośrodków, w których uczy się bioniki. Nie mówiąc już o Francji, Anglii i USA. U nas jednak też nareszcie pojawiły się szanse na rozwój bioniki, przede wszystkim została bowiem przełamana bariera obojętności środowisk naukowych i inżynierskich. Obojętności? Czyżby dokonania bioniki nie były dla nich ewidentne? Jeśli ktoś przez wiele lat siedzi w biurze projektowym i zajmuje się tylko tradycyjną metodą projektowania, to niechętnie słucha o czymkolwiek innym. Staramy się jednak przełamać ten opór, przede wszystkim wśród młodych inżynierów. W nich jest przyszłość i nadzieja rozwoju bioniki w Polsce. Rozmawiała: Aneta Żukowska zdjęcia: Festo c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

Teberia 03/2012

35


INNO WA C JE >>

36

Teberia 03/2012


Edward Margański i jego „skrzydełko”

Awiator z Kaniowa W jednym z hangarów na terenie Parku Technologicznym Przemysłu Lotniczego w Kaniowie, nieopodal Bielska-Białej powstaje prototyp samolotu, który może w zasadniczy sposób zmienić konstrukcje współczesnych statków powietrznych, choć w istocie opiera się on na konstrukcji pierwszego samolotu braci Wright. W Polsce mamy ok. dziesięć razy mniej samolotów ogólnego zastosowanie, czyli tzw. general aviation przypadających na obywatela niż w krajach rozwiniętych. Mamy tyle samo mniej lotnisk. A jednak to w Polsce powstaje jedna z nielicznych tego rodzaju, nowych konstrukcji w świecie. Po latach prób technicznych i żmudnym procesie certyfikacji, pod koniec ubiegłego roku Zakłady Lotnicze Margański & Mysłowski z Bielska-Białej rozpoczęły produkcję samolotu własnej konstrukcji EM-11C Orka. Co ciekawe, jest to pierwsza certyfikowana produkcja rodzimej konstrukcji od kilkunastu lat. „Orka”, określana również powietrzną limuzyną, to czteroosobowy samolot przeznaczony do lotów biznesowych, szkoleniowych i patrolowych. Maksymalny zasięg tego dwusilnikowego górnopłata wynosi 1500 km. „Orkę” oprócz wysokiej jakości technicznej cechuje konkurencyjna cena. Za porównywalny samolot austriackiej firmy Diamond Aircraft Industries w podstawowej wersji zapłacić ok. pół miliona euro. Polska maszyna kosztuje kilkanaście procent mniej. Bielską produkcją zainteresowali się Chińczycy. China International General Aviation Industry Group Limited zamierza nie tylko zakupić w Bielsku 30 egzemplarzy Orki, ale wejść także w bliższą współpracę z bielską firmą. Teberia 03/2012

37


INNO WA C JE >> Dzięki szybkiemu rozwojowi chińskiej gospodarki oraz stopniowemu otwieraniu przestrzeni powietrznej, w ciągu najbliższych 10-20 lat chińskie lotnictwo cywilne czeka okres dynamicznego rozwoju. Dla firmy Margański & Mysłowski to ogromna szansa na rozwój, firmy ciągle młodej, ale już ze sporym dorobkiem. Historia Zakładów Lotniczych Margański&Mysłowski sięga roku 1986, kiedy Edward Margański założył „Zakład Remontów i Produkcji Sprzętu Lotniczego”. Początkowo firma zajmowała się przeglądami i naprawami szybowców drewnianych. Po kilku latach działalność przedsiębiorstwa rozszerzyła się o projektowanie konstrukcji szybowców. W ciągu zaledwie 13 miesięcy zaprojektowano, zbudowano prototypy, dokonano oblotu, uzyskano Certyfikat Typu oraz wprowadzono do produkcji szybowiec S-1 Swift. Sukcesy szybowca SWIFT pozwoliły na pozyskanie zamówienia od firmy MDM Ltd. na projekt akrobacyjnego szybowca dwumiejscowego, co doprowadziło do rozpoczęcia prac nad szybowcem MDM-1 Fox, a w konsekwencji do tego, że światowych mistrzostwach ponad 90 proc. zawodników startuje na Swiftach lub Foxach. Obserwując tendencje na światowym rynku i poszukując swojego miejsca w branży, Zakłady Lotnicze skierowały swe zainteresowanie w kierunku samolotów ultralekkich. Bielska firma nawiązała współpracę z francuskim Aviasud. W ramach tej współpracy wyprodukowano (w kooperacji z innymi firmami z Bielska) pięć egzemplarzy ultralekkich samolotów „Albatros”. Kłopoty ze zbytem i likwidacja firmy „Aviasud” spowodowała, że produkcję przerwano. W latach 1998-1999, opierając się na dotychczasowym doświadczeniu oraz zrealizowanych wcześniej pracach wstępnych, rozpoczęto budowę prototypu odrzutowego samolotu szkolno-treningowego – o roboczej nazwie „Iskra II”. Margański wraz ze zespołem opracował projekt taniego samolotu odrzutowego o kompozytowej konstrukcji, mającego zastosowanie zarówno wojskowe, jak i cywilne. Gotową konstrukcję nazwano EM-10 „Bielik”. Jego pierwszy oblot miał miejsce w 2003 roku, ale równolegle, bo już w roku 2002, rozpoczęto prace nad wspomnianą „Orka”. Zarówno „Bielika” jak i „Orkę” Edward Margański mógł zrealizować przy wsparciu finansowym Włodzimierza Mysłowskiego, znanego bielskiego przedsiębiorcy, właściciela firmy „Marbet”, znanej przede wszystkim na rynku budowlanym z produkcji tzw. marbetek. Współpraca zaowocowała wspólnym 38

Teberia 03/2012

przedsięwzięciem. Panowie zostali wspólnikami. Pomysły, które rodziły się z pasji Margańskiego i szczypty zmysłu biznesowego Mysłowskiego powoli przybierają kształt poważnego przedsiębiorstwa lotniczego, znanego już poza granicami Polski. Jego twórcy mogą szczycić się faktem, iż są jedyną w Polsce firmą lotniczą oferującą finalny produkt w postaci samolotu. Reszta firm z tego segmentu, coraz prężniej rozwijającego się, ma do zaoferowania jedynie elementy wyposażenia lotniczego, choć w wielu przypadkach są to znaczące elementy lotniczej układanki. Przykładem jest Avio Polska, gdzie w bielskim zakładzie zaprojektowano i wyprodukowano część stałą turbiny niskiego ciśnienia silnika GEnx-2B, dzięki której zużycie paliwa będzie o 15 proc. niższe niż w porównywalnych silnikach na rynku. Szacunki wskazują, że jej zastosowanie podwoi zyski przewoźnika. Edward Margański, choć z podziwem spogląda na pracę konstruktorów z Avio Polska ma własny pomysł na zracjonalizowanie użytkowania samolotów.


Jego pomysł wydaje się banalnie prosty, choć w istocie to praca jego życia. - Są wynalazki, które wymyśla się jednej nocy, ale i są takie, które są sumą doświadczeń całego życia zawodowego. Mam nadzieję, że będzie to dzieło mojego życia. Jest to owoc mojej kilkudziesięcioletniej kariery zawodowej – mówi o idei rozwiązania, które w światku lotniczym zostało już okrzyknięte „skrzydełkiem”. Owe „skrzydełko” to w istocie małe ruchome skrzydło znajdujące się przed kabiną pilota, które zapewnia dodatkową siłę samolotowi w trakcie jego lądowania. W jaki sposób niby tak niepozorny, mały element miałby zracjonalizować użytkowanie maszyny? Przypomnijmy sobie widok lądującego Boeinga czy Airbusa, a zwłaszcza moment przed dotknięciem kołami ziemi. Wychylone klapy, zadarty do góry nos dla uzyskania niezbędnego kąta natarcia i pytanie: jaką siłę (ile procent aktualnego ciężaru samolotu) muszą w tym momencie wytworzyć skrzydła? Okazuje się, że ok. 110-115 %, gdyż obok ciężaru samolotu muszą skompensować skierowaną w dół siłę (owe

10-15 %) wytworzoną przez usterzenie wysokości dla utrzymania równowagi podłużnej w tym stanie lotu. Margański postanowił problem wyeliminować, co w ostatecznym rozrachunku ma doprowadzić do sporych oszczędności. Problem, który jak twierdzi jest wrzodem na sumieniu konstruktorów, którzy skrzętnie go ukrywają. - W szybowcach oraz w samolotach „z długim ogonem i wąskimi skrzydłami” rzecz nie ma większego znaczenia, ale już dla samolotów pasażerskich, czy samolotów bojowych jest już o co się bić. W swoim rozwiązaniu Margański postanowił wykorzystać układ tzw. kaczki, znany od zarania lotnictwa gdyż właśnie pierwszy samolot braci Wright posiadał konstrukcję „kaczki”, a co najciekawsze posiadał na przodzie „skrzydełko”. Rozwiązanie to jednak nie było kompletne, gdyż samolot był niewyważony, a w konsekwencji niestateczny. Skrzydełko ustawione na sztywno powodowało, że samolot był niestateczny i żeby uzyskać stateczność pilot musiał być „częścią samolotu”, musiał nieustannie trzymać ręce na sterach. Teberia 03/2012 39


Następcy braci (Farman, Bleriot i inni) przenieśli usterzenie do tyłu i samolot sam z siebie stał się stateczny. Problem właściwego połączenia stateczności i sterowności został na wiele dziesiątków lat rozwiązany, lecz czy dziś, gdy cyzelujemy osiągi i własności to wystarczy? Tam, gdzie owe osiągi i własności są absolutnie na pierwszym miejscu, czyli u producentów samolotów bojowych, problem został rozwiązany „sztuczną stateczność”. Takie samoloty jak F-16 i F-18 posiadają ruchome przednie usterzenie, które jest wychylane przez system, sterowany co prawda przez pilota, lecz realizowany i zarządzany przez skomplikowane systemy informatyczno -mechaniczne. Ale wracając do „kaczki”, konstrukcja ta powróciła w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy to rówieśnik Edwarda Margańskiego Amerykanin Burt Rutan zbudował samolot VariEze. „Kaczka” Rutana cechowała się nieprzeciętnymi osiągami, a głównie prędkością maksymalną i zasięgiem. Sława samolotu i konstruktora potwierdzona m.in. rekordem świata (zasięg 2635 km osiągnięty w kategorii samolotów o masie mniejszej niż 500 kg) spowodowały, że konstruktorzy amatorzy na całym świecie zbudowali ponad 400 sztuk takich samolotów. Powstanie ulepszonej wersji Long-Ez oraz innych modeli wywodzących się z idei VariEze zdawało się potwierdzać głoszone przez Burta Rutana poglądy jakoby w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu lat większość samolotów będzie budowana właśnie w układzie „kaczki”. - Prognozowana przez Rutana ofensywa „kaczek” wydawała się mieć sens. Razem z moimi kolegami 40 Teberia 03/2012

z biura konstrukcyjnego OBR w Mielcu zafascynowaliśmy się nową ideą. Na deskach kreślarskich po godzinach zaczęły powstawać „kaczkoloty” rodem z Polski. A skoro zaczęły powstawać, to pojawiły się dogłębniejsze analizy układu – wspomina pan Edward. - W swych analizach doszliśmy do wniosku, że „kaczki” w tej postaci to jednak „droga donikąd”. Zresztą nie były to tylko nasze obserwacje. „Kaczki” nie przyjęły się ze względu na słabe parametry pilotażu. Okazały się dużo gorsze niż przeciętne samoloty w zakresie małych prędkości, a głównie w długości startu i lądowania. - Korzyścią z owej przygody z „kaczkami” była konieczność wyjścia poza wyniesione z politechniki wzory i zasady, i przeanalizowanie „tak po chłopsku”, od strony fizyki zjawiska zasad zapewnienia stateczności i sterowności samolotu. Margański uznał, że „kaczka” byłaby doskonałym samolotem, o świetnych właściwościach, gdyby nie jej organiczne wady. Przede wszystkim w żadnym wypadku przednie usterzenie nie powinno być zabudowane na stałe do samolotu, lecz powinno zmieniać swe usytuowanie względem przepływających strug powietrza i że zmiany te (głównie kąta natarcia) powinny być realizowane przez jakiś mechanizm wg raczej skomplikowanych zależności. Niczym chorągiewka. W ten sposób powstała wizja pielęgnowana w umyśle pana Edwarda - widok „kaczki” lecącej z minimalną prędkością, z przednim płatem ustawianym względem opływającego powietrza tylko o tyle, ile potrzeba do zachowania równowagi. Owa wizja mogła doczekać się realizacji dzięki


INNO WA C JE >> mocnemu zaangażowaniu Edwarda Margańskiego w biznes lotniczy. Zdobyte doświadczenia, kontakty owocowały nowymi projektami. Wśród wspomnianych projektów „Bielika”, „Orki” zaczął powoli materializować się projekt „kaczki bez wad”. Pierwsze próby prowadzone na modelach potwierdziły słuszność stawianej tezy. Następnym etapem prac badawczych były testy w tunelach aerodynamicznych (Wojskowej Akademii Technicznej i Politechniki Warszawskiej). Badaniom zostały poddane trzy modele o różnych konfiguracjach, najpierw „społecznie”, w ramach „czystej pasji badawczej”, a potem w ramach „grantu” finansowanego przez Ministerstwo Nauki. - Dla wynalazcy szokiem były wykresy, które wyszły z komputerów zintegrowanych ze swymi tunelami. Jedna sprawa to coś wymyślić, wyobrazić sobie jak to działa, a zupełnie co innego – zobaczyć tę kartkę wysuwającą się z drukarki. Kartkę, na której widać wykresy w całości potwierdzające to, co się sobie wyobrażało. Tam abstrakcja, tu rzeczywistość – wspomina Edward Margański. Testy na modelach to jedno, testy na prawdziwym samolocie to zupełnie inna bajka. A po drodze zostaje jeszcze opatentowanie wynalazku. Edward Margański zdaje sobie doskonale sprawę, że przełomowym momentem dla jego wynalazku w praktyce może być tylko zademonstrowanie światu nawet najmniejszego, ale pilotowanego przez człowieka, samolotu dopuszczonego do lotu przez nadzór lotniczy. Samolotu, który z jednej strony wykaże właściwe własności pilotażowe, a z drugiej – istniejące i potencjalne przewagi nad współczesnymi konstrukcjami. Edward Margański decyduje się na realizację projektu w ramach działania 3.1. Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, przy współpracy z katowickim Parkiem Technologicznym Euro-Centrum, który zdecydował się wyłożyć 200 tysięcy euro na urzeczywistnienie pomysłu. Od razu pojawia się pytanie czy za to można zaprojektować i zbudować nawet doświadczalny samolot? Przecież nie. A może jednak? Margańskiemu przychodzi do głowy pomysł, by wykorzystać do tego celu zaprojektowanego przez siebie motoszybowca „Małgosia”, z którym spędził parę setek godzin w powietrzu. I tak w hangarze lotniska w Kaniowie rozpoczyna się praca, która dziś dobiega praktycznie końca. - Najdalej w lipcu „Małgośka” wzbije się w powietrze – zapowiada pan Edward. Edward Margański ma świadomość, że nawet jeśli przedsięwzięcie okaże się sukcesem, trudno będzie

dokonać rewolucji w konstrukcjach samolotowych, choć jego patent można zastosować zarówno w ultralekkich samolotach, jak i w pasażerskich i bojowych i to bez radykalnych modyfikacji ich konstrukcji. Rzecz jasna, żeby przekonać niedowiarków trzeba będzie wykonać znacznie większy prototyp, ale i pewnie to nie wystarczy, bowiem przemysł lotniczy to ogromne pieniądze, sieci zależności, dość skostniałe struktury korporacyjne. Tyle, że koniec prac nad prototypem „skrzydełek” zbiegł się z coraz bliższą wizją współpracy firmy Margański&Mysłowski z chińskimi przedsiębiorcami, którzy mają ogromne apetyty na zawojowanie lotniczego świata. Kto wie, czy w tym układzie „skrzydełko” nie pofrunie bardzo wysoko.

Jacek Srokowski c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

Teberia 03/2012

41


P R E ZE N TA C JE >>

KGHM Inteligentna kopalnia:

System monitoringu samojezdnych maszyn górniczych

System pojąć, a ludzi zrozumieć W KGHM Polska Miedź S.A. trwają prace nad przygotowaniem nowatorskiego systemu monitoringu samojezdnych maszyn górniczych. Projektowany system informatyczny będzie pierwszym tego rodzaju rozwiązaniem w świecie. Dotychczasowa praktyka pokazuje, iż wdrożenia zaawansowanych systemów informatycznych w polskim górnictwie realizowane są zwykle od strony spektakularnych i  „łatwych” do implementacji systemów planowania zasobów przedsiębiorstwa typu ERP (Enterprise Resource Planning - ang.) a zwłaszcza ich modułów finanse, środki trwałe, księgowość materiałowa. Moduły bardziej złożone, takie jak zarządzanie produkcją, planowanie zapotrzebowania materiałowego - jako dużo trudniejsze – były pomijane we wdrażaniu. Jednak powoli informatyka wkracza także i w „trudne” obszary polskiego górnictwa, a co warto podkreślić, dzięki zaangażowaniu rodzimych ośrodków naukowych. W ubiegłym roku KGHM Polska Miedź S.A. podpisał umowę z Instytutem Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią Polskiej Akademii Nauk w Krakowie z zespołem dr. inż. Jerzego Kickiego na opracowanie koncepcji monitoringu i transmisji danych technologicznych pracy samojezdnych maszyn górniczych w KGHM Polska Miedź S.A.

42

Teberia 03/2012

Jak pisze w swojej książce dr Krystian Żymełka, monitoring pracy maszyn w kopalniach w dzisiejszym znaczeniu pojawił się w połowie lat 50-tych XX wieku. Stało się tak na skutek rosnącego zapotrzebowania na surowce przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby zatrudnionych spowodowanym wycofaniem z kopalń pracowników skoszarowanych (jeńców wojennych, więźniów politycznych i żołnierzy - górników), co doprowadziło do wyczerpania możliwości ekstensywnego rozwoju górnictwa i spowodowało poszukiwanie innych rozwiązań. Rozwój mechanizacji doprowadził do kompleksowej mechanizacji całego procesu technologicznego, zapewniając ciągłą i równomierną pracę wszystkich maszyn i urządzeń sterowanych przez człowieka. Jednocześnie podejmowano próby zautomatyzowania poszczególnych procesów technologicznych, a na przełomie lat 60. i 70–tych XX w. próbę kompleksowej automatyzacji całej kopalni, czego najwymowniejszym przykładem była Zautomatyzowana Doświadczalna Kopalnia „Jan”. Jednak dopiero kilkanaście ostatnich lat przyniosło przełom w mechanizacji produkcji. Przyczyny są wielorakie. Po pierwsze, eksploatacja surowców w polskim górnictwie podziemnym – zarówno miedziowym, jak i węglowym – odbywa się w coraz trudniejszych warunkach górniczo-geologicznych, w których praca człowieka staje się coraz bardziej niebezpieczna. Po


Struktura organizacyjna

Maszyna górnicza

Podzespoły Właściciel

Dane

Identyfikacja maszyny Rodzaj / Producent Typ (model)

Producent

Wiedza

Zbiór informacji

Zarejestrowane zdarzenia i wielkości Czas / zmiana

Lokalizacja Operatorzy

Automatyczna akwizycja informacji w systemie EKSPERT

drugie, ekonomia wymusza na firmach górniczych coraz większą efektywność wydobycia, co jednoznacznie wiąże się z mechanizacją procesów technologicznych. Ilość danych, genrowanych przez kopalnie, których liczba ciągle rośnie wraz z udoskonalaniem i pojawianiem się nowych technik pomiarowych, zdecydowanie przewyższa możliwości percepcyjne człowieka. Krakowscy naukowcy wyszli zatem z założenia, iż projektowane systemy muszą nie tylko w sposób czytelny informować o realizowanym procesie technologicznym kopalni, ale wspierać z właściwym poziomem szczegółowości służby kopalniane w podejmowaniu trafnych decyzji – szczególnie dyspozytorów, dozór i operatorów urządzeń. Podstawowym problemem w przygotowaniu efektywnego systemu w KGHM Polska Miedź S.A. jest skala przedsięwzięcia. W kopalniach koncernu miedziowego pracuje ponad 1300 maszyn, (ładowarki, spychacze, wozy wiercąco-kotwiące, wozy wiercące, wozy do obrywki, wozy transportowe i wozy odstawcze) - z taką skalą mechanizacji wydobycia pod ziemią nie spotkamy się nigdzie w świecie. Zasadniczym celem działania kopalni jest uzyskanie planowanej produkcji przy minimalnych kosztach i zapewnieniu załodze górniczej jak najbezpieczniej-

szych warunków pracy. Proces produkcyjny kopalni, na który składają się: przygotowanie wyrobisk do przyszłej eksploatacji, urabianie, odstawa i transport oraz ciągnienie urobku szybami jest zakłócany przez różnego rodzaju zdarzenia, głównie o przypadkowym charakterze. Dlatego monitorowanie przebiegu procesu technologicznego w takich warunkach wymaga zainstalowania w kopalni wielu różnorodnych czujników pozwalających kontrolować jego stan oraz elementów wykonawczych pozwalających oddziaływać na jego przebieg. Cechą charakterystyczną systemów monitorowania procesów technologicznych kopalni jest oddalenie miejsc powstawania informacji od miejsc ich ujawniania, rozbudowa układów transmisji oraz możliwość powstania znacznych przekłamań spowodowanych nieprzyjaznymi warunkami środowiskowymi. - Pierwszą zasadę jaką przyjęliśmy w naszych działaniach to nie szkodzić – mówi Artur Dyczko, kierujący pracami zespołu. - Nasze prace zaczęliśmy od ustalenia potrzeb. W dokumencie „Katalog potrzeb w zakresie monitorowania wskaźników technicznych dotyczących pracy maszyn górniczych w kopalniach KGHM Polska Miedź S.A.” określiliśmy wspólnie Teberia 03/2012 43


P R E ZE N TA C JE >> my i specjaliści z KGHM - jakie informacje na temat pracy maszyn nas interesują, potem odpytaliśmy krajowy rynek producentów maszyn czy dysponuje techniką umożliwiającą dostarczenie interesujących nas informacji, a na koniec wyceniliśmy za pomocą rachunku ekonomicznego, ile te informacje nas mogą kosztować i czy są one na tyle ważne, że przyczynią się do poprawy efektywnego wykorzystania posiadanego parku maszynowego. Niby prosta rzecz, ale kosztowała zespół ponad pół roku pracy. Autorzy koncepcji wyszli z założenia, iż system musi być możliwie najprostszy, by wykorzystywał już istniejącą infrastrukturę komunikacyjną. - Zaproponowaliśmy, aby system oprzeć na istniejącej już w KGHM dołowej sieci światłowodowej, za pomocą której - drogą bezprzewodową z wykorzystaniem transmisji radiowej i punktów dostępowych (tzw. Access Point’y) zabudowanych na komorach tankowania maszyn – będzie można wysyłać do Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji KGHM wszystkie interesujące nas informacje o pracy poszczególnych maszyny. A dalej już za pomocą specjalnego systemu informatycznego będzie można zmieniać miliony sygnałów w ustrukturyzowane informacje i raporty. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach i wszystko nie jest tak proste jak mogłoby się wydawać z mojego opisu. Na etapie prac studialnych musieliśmy zbudować specjalny rejestrator, który poddaliśmy próbom dołowym. W naszej koncepcji założyliśmy, że nawiązanie połączenia pomiędzy system pośrednim a rejestratorem zabudowanym na maszynie będzie następowało zaraz po tym, jak maszyna znajdzie się w zasięgu sieci, wtedy to nastąpi zaczytanie danych do serwera mieszczącego się na powierzchni. Przeprowadzone obliczenia i testy ruchowe potwierdziły przypuszczenia Zespołu i podczas próby generalnej w kopalni Polkowice - Sieroszowice wszystko zadziałało jak trzeba. Analizowanie olbrzymiej ilości informacji oraz dobór ludzi, którzy mieli by się tym zajmować wydawało się istotnym problemem. - Pewnie martwiłbym się tym, gdyby nie ciągłość i konsekwencja działań, które prowadzimy wspólnie

44 Teberia 03/2012

z KGHM-em od blisko 10 lat – mówi Dyczko. - Otóż właśnie w 2002 roku zaprojektowaliśmy dla miedziowego koncernu z Lubina system, który wtedy nazwaliśmy EKSPERTSMG. Wtedy nie przypuszczałem, że owoc pracy naukowo-badawczej pod tytułem: „System ewidencji, kontroli oraz analizy efektywności i wydajności samojezdnych maszyn górniczych (SMG) jako środek obniżenia kosztów produkcji w KGHM Polska Miedź S.A.” będzie miał szansę stać się jednym źródłem prawdy o pracy maszyn i urządzeń w KGHM. System EKSPERTSMG jest jak dotąd pierwszym tak dużym projektem w KGHM Polska Miedź S.A. wykorzystującym kompleksowo informację pochodzącą ze wszystkich modułów SAP, dotyczącą ściśle określonej grupy użytkowników i sprecyzowanego kierunku działania służącym optymalizacji rozwiązań w innych obszarach działalności koncernu. W roku 2009 został rozszerzony zakres jego działania o obszar informacyjny związany z funkcjonowaniem Działów Energomechanicznych w Oddziałach Górniczych oraz Zakładów Wzbogacania Rud. System EKSPERTSMG jest systemem informatycznym klasy Business Intelligence zbudowanym przy wyko-


„System pojąć, a ludzi zrozumieć – tak w mojej ocenie powinna brzmieć recepta na udane wdrożenie systemu informatycznego." Artur Dyczko, IGSMiE PAN

rzystaniu komponentów platformy technologicznej SAP BusinessObjects, przeznaczonym do obsługi automatycznego procesu opracowania i dystrybucji informacji zarządczej dla definiowanych grup odbiorców. Dziś system administrowany przez Centralny Ośrodek Przetwarzania Informacji KGHM, który posiada operatorów w kopalniach i w zakładach wzbogacania rud, publikuje zestawienia miesięcznie i raporty on-line dla kadry zarządzającej koncernu. - A co najważniejsze przez 10 lat jego użytkowania zbudowaliśmy Zespół specjalistów znających się na swojej robocie jak nikt inny – podkreśla Dyczko. Pierwsze analizy efektywności ekonomicznej systemu wykazały spore zainteresowanie zarządu spółki pełnym wdrożeniem projektu. - Przedstawione zarządowi KGHM Polska Miedź S.A. dokumenty, zwłaszcza „Katalog Potrzeb w zakresie monitorowania wskaźników technicznych dotyczących pracy maszyn górniczych w kopalniach” oraz „Standard monitoringu i transmisji danych technologicznych o parametrach technicznych i technologicznych generowanych w trakcie pracy maszyn

górniczych” stanowią, co może zabrzmi nieskromnie, milowe kroki tak w porządkowaniu prowadzonych prac jak i budowaniu właściwego fundamentu pod dojrzałe i nowatorskie rozwiązanie, które samo w sobie stanowi przedsięwzięcie na skalę dotychczas niespotykaną na świecie – twierdzi Dyczko. Przed zespołem krakowskich naukowców pozostaje na dziś wdrożenie przedstawionej koncepcji. - System pojąć, a ludzi zrozumieć – tak w mojej ocenie powinna brzmieć recepta na udane wdrożenie, które miejmy nadzieję już niebawem się rozpocznie w Lubinie.

Jacek Srokowski c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

Teberia 03/2012 45


P R E ZE N TA C JE >>

Nowoczesne technologie w górnictwie podziemnym

Innowacyjne struganie Pod koniec ubiegłego roku w lubelskiej kopalni „Bogdanka” odbyło się XI International Mining Forum „Nowe spojrzenie na technikę i technologię eksploatacji cienkich pokładów węgla kamiennego”. Miejsce konferencji, która ściągnęła kilkuset fachowców – w tym aż 60 specjalistów z zagranicy m.in. z: Meksyku, Chin, Ukrainy, Rosji, Kazachstanu, Czech, Niemiec – było nieprzypadkowe. „Bogdanka” jest dziś jednym z niekwestionowanych światowych liderów w zastosowaniu innowacyjnych technologii górniczych. Niewątpliwie takim innowacyjnym rozwiązaniem jest wykorzystanie techniki strugowej w procesie urabiania węgla. Techniki znanej od 1937 roku, kiedy to w jednej z kopalń niemieckich pojawiło się urządzenie, którym była szyna z przyspawanym ostrzem w kształcie klina przeciągana tam i powrotem wzdłuż ociosu węglowego za pomocą liny ciągniętej przez kołowrót. Kolejne działania to dalszy rozwój urządzenia strugowego ciągle doskonalonego. W ostatnim okresie niewątpliwie dzięki współpracy producenta jakim jest Bucyrus (dziś już Caterpillar) i użytkownika jakim jest „Bogdanka”. Tym samym działaniu inżynierów firmy Bucyrus i Bogdanki jest najbliższe rozumieniu innowacyjności jaka prezentowana jest na łamach książki Carmine Gallo pt. „Steve Jobs – sekrety innowacji. Zupełnie inaczej – reguły przełomowego sukcesu” (Wyd. Znak – litera nova, Kraków 2011) poświęconej jednemu z największych innowatorów naszych czasów Stevowi Jobsowi. Gallo przytacza w niej powiedzenie, którego autorem jest amerykański ekonomista Tapan Munroe: „Innowacyjność to szeroka koncepcja . Mamy innowacyjność przez „małe i” i przez „duże I”. Ta druga dotyczy takich 46 Teberia 03/2012

wynalazków, jak Internet, silnik spalinowy, kod kreskowy. Ale innowacyjność to także drobne, ciągłe ulepszenia, które pomagają radzić sobie z życiem, rozwijać firmę, udoskonalać swoje produkty albo podnosić wydajność”. Ten ostatni aspekt jest kluczem do dzisiejszych sukcesów „Bogdanki”. – Otwiera ona nowe możliwości dla innowacyjnych rozwiązań tak w zakresie automatyzacji, informatyzacji jaki i monitoringu całego procesu wydobywczego. Wzrost efektywnego czasu pracy uzyskany dzięki tym rozwiązaniom jest kluczem do sukcesu ekonomicznego. Strug bynajmniej nie jest tą zdobyczą techniki, którą Einstein porównywał do siekiery w rękach zwyrodniałego zbrodniarza. To urządzenie, które wymaga ciągłego doskonalenia. Są też i inne walory tej techniki. Światowe doświadczenia kopalń stosujących technikę strugową, a także polskie – wskazują, że eksploatacja cienkich pokładów to szansa dla wzrostu bazy zasobów przemysłowych, co w praktyce oznacza możliwość przedłużenia żywot-


ności kopalń i ochronę miejsc pracy – przekonuje dr Jerzy Kicki, organizator konferencji. W polskim górnictwie dominował dotąd kombajnowy system urabiania. Pogoń za rentownością powodowała, że wybierano głównie „rodzynki z ciasta”, czyli pokłady średnie i grube, tj. te o miąższości powyżej 1,5 m. Dziś przedsiębiorcy górniczy coraz bardziej są zainteresowani eksploatacją zasobów zalegających także w cienkich pokładach.

związany z rozwojem technologii strugowej. Otóż, w Polsce wdrażanie techniki strugowej realizują młodzi inżynierowie, dla których zautomatyzowany system eksploatacji stanowi prawdziwe wyzwanie wskazujące kierunek dalszego rozwoju - to eksploatacja z minimalnym udziałem ludzi w przodku przy nowej roli i możliwościach automatyki i technologii informacyjnych. Tworzą one nowe formy i sposoby obsługi dotychczas realizowanych procesów produkcyjnych.

Szacunki specjalistów mówią, iż w tej grupie pokładów węgla może zalegać od 30 do 35% krajowych zasobów „czarnego złota” czyli ok. miliarda ton. W „Bogdance” szacuje się, iż eksploatacja cienkich pokładów technika strugową zwiększy zasoby kopalni będące przedmiotem eksploatacji o ok. 100 mln ton i wydłuży okres funkcjonowania kopalni o kilka lat. Jerzy Kicki podkreśla jeszcze jeden ważny aspekt

– Kolejne generacje młodej kadry wkraczającej do kopalń obdarzone są nowym rodzajem umiejętności, a przede wszystkim świadomości cechującej się szczególnym rozumieniem rzeczywistości (rzeczywistością jest przede wszystkim to co jest na ekranie) i są gwarantem, że ten kierunek poszukiwań nowych rozwiązań i dążenia do jak najmniejszej liczby ludzi zatrudnionych na dole kopalń będzie coraz silniej rozwijany – uważa dr Kicki.

Teberia 03/2012

47


P R E ZE N TA C JE >>

Organizatorzy XI International Mining Forum „Nowe spojrzenie na technikę i technologię eksploatacji cienkich pokładów węgla kamiennego”. Od lewej: Artur Dyczko, Mirosław Taras, Jerzy Kicki, Zbigniew Stopa, Michał Myszkowski.

Doświadczenia lubelskiej „Bogdanki” potwierdzają korzyści wypływające ze stosowania technologii strugowej. – Pokład 385, będący dominującym w naszej kopalni cienkim pokładem, był wcześniej wybierany techniką kombajnową. Jednak zanieczyszczenie urobku było tak duże, że uzysk węgla handlowego nieco przekraczał tylko 50 procent, a bywało, że schodził nawet poniżej tego poziomu. Jesteśmy kopalnią, która fedruje węgiel energetyczny, toteż nie mogliśmy sobie dalej pozwalać na aprobowanie kosztów tak niskiego uzysku. Dlatego szukaliśmy alternatywy dla kombajnu, pozwalającej na czyste wybieranie pokładu przy najniższym możliwym koszcie. Po rozeznaniu rynku zdecydowaliśmy się na technikę strugową. W umowie z firmą Bucyrus postawiliśmy warunek, że wydajność kompleksu musi sięgać co najmniej 10 tys. ton na dobę. Te warunki zostały spełnione w pierwszej badawczej ścianie w polu Nadrybie, gdzie w październiku 2010 roku dobowe wydobycie doszło do 16,8 tysięcy ton – wspomina Zbigniew Stopa, wiceprezes LW „Bogdanka”. Po wybraniu badawczej ściany w Nadrybiu kompleks w październiku ubiegłego roku został przezbrojony na ścianę 7/VII/385 w polu Stefanów. W zmodyfikowanej nieco wersji po uzyskanych doświadczeniach. Nowatorskie rozwiązania techniczne w napędzie wysypowym przenośnika ścianowego i układzie 48

Teberia 03/2012

przekładki przenośnika podścianowego wnieśli do niego inżynierowie Bogdanki oraz biur projektowych lubelskiej firmy Sigma i Bucyrus (Caterpillar). – Nie wnikając w niuanse tych rozwiązań, całość zmian spowodowała wydłużenie efektywnego czasu pracy struga do 16 godzin na dobę. W lutym bieżącego roku uzyskaliśmy z tej ściany doskonały dobowy rezultat 24,4 tysięcy ton węgla (to światowy rekord – red.), choć myślę, że maksymalne możliwości kompleksu są jeszcze większe. Oczywiście, nie chodzi w tym wszystkim o jakiś wyścig. Chcemy sprawdzić jaki poziom wydobycia w nowym polu Stefanów może dać ściana strugowa. Ta wiedza jest nam potrzebna po to, żeby projektowanie późniejszej eksploatacji tak zharmonizować z możliwościami uruchomionego wraz z nim szybu wydobywczo-wentylacyjnego, aby mógł on pracować przez całą dobę. Obecnie regularnie uzyskujemy powyżej 15 tysięcy ton węgla na dobę. Chcemy wiedzieć – uwzględniając sytuacje awaryjne – ile ścian trzeba uruchomić i wyposażyć, aby wielkością wydobycia wpasować się w możliwości szybu bez ponoszenia niepotrzebnych kosztów. Pole Stefanów to kluczowa inwestycja mająca zwiększyć dwukrotnie, z ok. 5,8 do 11,5 mln ton węgla rocznie, zdolności produkcyjne spółki. Tym samym Bogdanka zamierza podwoić, począwszy od 2014 r. swoje udziały w rynku węgla energetycznego w Polsce z obecnych ok. 7,5 do 15 procent.


„Szukaliśmy alternatywy dla kombajnu,

pozwalającej na czyste wybieranie pokładu przy najniższym możliwym koszcie.” Zbigniew Stopa, wiceprezes LW „Bogdanka”

Inwestycja w technologię strugową była jednym z celów spółki przy jej debiucie giełdowym w czerwcu 2009 r. Dziś inwestycja przynosi nadspodziewane efekty. Na ten rok lubelska kopalnia zapowiada wydobycie na poziomie 8 mln ton paliwa. „Bogdanka” podpisała w ubiegłym roku umowę na dostawę kolejnego kompleksu strugowego firmy Caterpillar o wartości ok. 160 mln zł. Rozruch nowego kompleksu przewidywany jest na czwarty kwartał 2012 r. Lubelska spółka myśli też coraz bardziej poważnie o zakupie trzeciego struga. Organizatorem wspomnianej konferencji była Fundacja dla AGH. jac

Jacek Srokowski c zapraszamy do dyskusji @ napisz do nas

Teberia 03/2012 49



Teberia 14