__MAIN_TEXT__

Page 1

Nieporozumienie wielokrotnie złożone Pierwszy dzień siedemnastego Festiwalu Teatralnego Maski otworzył występ duetu Anny Haracz (Teatr Kino Variatino) oraz Marka Branda (Teatr Zielony Wiatrak). Spektakl Kocha, lubi, szanuje opowiada o toksycznym związku dwojga artystów – tancerki i bezrobotnego reżysera. Marek Brand wraz z Anną Haracz wydestylowali ze złożoności i wielobarwności ludzkich relacji te najbardziej bolesne i najciemniejsze momenty, choć ukazane dosyć powierzchownie. Główne postaci, czyli Luiza i Maurycy, to artyści, którzy walczą z sobą, ale jednocześnie o siebie nawzajem, pomimo tego, że dominującą cechą ich związku jest cynizm i nuda. Teatr Zielony Wiatrak to zdecydowanie przedstawiciel starszego pokolenia „alternatywy” na tegorocznym Festiwalu Maski. Śmiało korzysta z wypróbowanych

i kojarzących się z tego typu teatrem „chwytów”. Widownia ustawiona jest z trzech stron sceny, co, jak można się domyślać, ma tworzyć intymną atmosferę spotkania aktorów z widzami. Jest to jednocześnie nawiązanie do sytuacji scenicznej, która, choć rozgrywa się w niedookreślonym miejscu, jest historią związku-klatki i trudno się z niego wydostać. Trzeba przyznać, że na tej płaszczyźnie ów rodzaj ukształtowania przestrzeni teatralnej sprawdza się, gdyż przywołuje uczucie osaczenia czy zniewolenia, jakie dominuje w całym spektaklu. Niestety w momencie, gdy postaci zwracają się bezpośrednio do widzów, pytając lub prosząc o coś, ale nie oczekując jakiejkolwiek reakcji i błyskawicznie zaczynając kolejną kwestię, staje się to żenujące. Za każdym razem, kiedy jestem świadkiem podobnych sytuacji w spektaklu, zastanawiam się, czemu mają służyć te zabiegi? Nie znalazłam jeszcze zasadnej odpowiedzi. Dlaczego aktor siada obok widzów i mówi do nich, a raczej do siebie,


jeżeli nic z tego nie wynika? Dlatego, że to jest jego zdaniem „fajne”? Na pewno nie nowe ani oryginalne, a wręcz poprzez takie „użycie” widzów zdawała się być uzasadniona, był moment, kiedy Maurycy zwracał się do przyjaciół Luizy, z którymi wcale nie chciał się widzieć. Rzeczywiście w tym kontekście granica fikcja teatralnarzeczywistość została zniesiona.

człowiek stworzony przez Boga w pierwszej kolejności był kobietą czy mężczyzną?

Zostając nadal przy rozwiązaniach scenicznych, warto zaznaczyć, że ciekawym rozwiązaniem było zastosowanie wielofunkcyjna skrzyni, która była rekwizytornią i łóżkiem jednocześnie albo – w razie potrzeby – stołem kuchennym lub przestrzenią do gry w szachy. Nie było to oczywiście niczym nowym, ale odnoszę wrażenie, że taki minimalizm i umowność w teatrze jest niezwykle potrzebna.

Jedynie ostatnia scena spektaklu mówi o czymś istotnym, a mianowicie o przebaczeniu i wspieraniu swoich bliskich w trudnych chwilach pomimo tego, że jeszcze przed chwilą wydawali nam się tak bardzo dalecy i obcy. W kontekście całego spektaklu to jednak naprawdę niewiele.

Sam tekst, połączony z bardzo sensualnym tańcem Anny Haracz (Luizy), jest dobrze znaną opowieścią o walce płci. Kilkukrotnie pojawiają się też odniesienia biblijne dotyczące stworzenia człowieka. W tych momentach wybrzmiwa konflikt:

Następnie zbliżamy się do coraz bardziej przyziemnych spraw, jak np. pranie skarpetek czy naprawa pralki. Mam wrażenie, że na tym poziomie pozostajemy, a spektakl miał widzom pokazać, tylko tyle, że każdy z nas daje się wciągnąć w podobne dziecinne przepychanki. Luiza jest w nim nośnikiem zestawu stereotypowych cech kobiecych: jest wrażliwsza, drażliwsza niż mężczyzna i w odróżnieniu od niego – sprząta w domu. Maurycy jest zaś uosobieniem klasycznego modelu mężczyzny: nie rozumie, co się do niego mówi, jeśli nie jest to powiedziane wprost, jest leniwy i oczywiście wybywa z domu na wiele godzin, nie mówiąc gdzie, co dla Luizy jest oczywiście nie do przyjęcia.

Joanna Grześkowiak


TEATR ZIELONY WIATRAK Kocha, lubi, sznuje reżyseria: Anna Haracz, Marek Brand tekst: Marek Brand muzyka: Tomasz Kobiela i Wojciech Masiak scenografia: Anna Molga choreografia: Anna Haracz światło: Radosałw Czerniawski występują: Anna Haracz, Marek Brand

Wszystko zależy od sytuacji Z Markiem Brandem, założycielem Teatru Zielony Wiatrak oraz z Anną Haracz, twórczynią Teatr Kino Variatino, rozmawia Joanna Grześkowiak. Joanna Grześkowiak: Który raz prezentujecie swój spektakl na Festiwalu Maski? Marek Brand: Jako ten skład czyli: Teatr Kino Variatino i Teatr Zielony Wiatrak pierwszy raz. Jeśli chodzi o sam Teatr Zielony Wiatrak, to nasz czwarty pokaz na Festiwalu Maski. Jak długo ze sobą współpracujecie? M.B.:To nasz drugi wspólny spektakl, ale mieliśmy długą przerwę. Pierwszy raz pracowaliśmy razem 12 lat temu. Anna Haracz: Wtedy zrobiliśmy spektakl wspólnie z jeszcze jedną tancerką. W czasie tej długiej przerwy każdy z nas robił swoje projekty. Rok temu zrodził się pomysł na ten właśnie spektakl.

Czy scenariusz spektaklu Kocha, lubi, szanuje to Wasza osobista historia czy fikcja literacka? M. B.: Jest to fikcja literacka. Oczywiście z pewnymi drobiazgami – pewne sytuacje to moje osobiste doświadczenia związane z życiem rodzinnym, relacjami damsko-męskimi. W spektaklu jest to wypaczone i wykoślawione. Nie ukrywam, że miałem dość duży problem środowiskowy jeśli chodzi o tego konkretnego bohatera i bohaterkę. Chciałem pokazać środowisko bardzo stresogenne, podatne na depresję, a jednocześnie mocne i wrażliwe. Bałem się robienia spektaklu o środowisku teatralnym samym w sobie. Według mnie robienie spektaklu o teatrze jest zjadaniem własnego ogona. Doszedłem do wniosku, że poprzez to, że partnerka Maurycego jest tancerką, aon jest niespełnionym reżyserem, który nie ma pracy, będzie można ciekawie pokazać środowisko teatralne od środka. Czy pisząc scenariusz wiedziałeś, że będziecie razem pracować? M. B.: Nie. Dramat napisałem kilka lat temu i w zeszłym roku postanowiłem go zrealizować. Przede wszystkim szukałem aktorki-tancerki. Poszedłem na spektakl zaprzyjaźnionego teatru i tam występowała Ania. Od razu zaproponowałem jej pracę przy tym właśnie spektaklu. A. H.: Chociaż często się widywaliśmy, to nasze drogi się bardzo rozeszły. Obserwowaliśmy co robimy, ale


zniknęliśmy z pola swojego zainteresowania twórczego. Kiedy Marek zaproponował mi współpracę, od razu się zgodziłam. Jednocześnie trochę się przestraszyłam, bo jestem tancerką, a nie aktorką. Bałam się tekstu, tego, na ile będę w stanie dobrze go powiedzieć. Nie chciałam, żeby nasza praca straciła na wartości. Marek bardzo mi w tym pomógł, kierując mnie na naturalny sposób mówienia i wtedy okazało się, że jestem w stanie dobrze powiedzieć tekst. Jak wyglądała Wasza współpraca? M. B.: Muszę powiedzieć, że było to niesamowite, bo pisałem tekst na nowo. Przyniosłem to, co było i zaczęliśmy razem to czytać. W próbach czytanych już czułem, że muszę wiele zmieniać, bo było za dużo słów. Jednocześnie Ania dawała dobrą energię. Mówiła: Marek, tu nie będziemy gadać, tu musi być ruch. Sceny wypadały, wchodziły nowe teksty. A. H.: Duża elastyczność ze strony Marka, dotyczyła tekstu i tego, że nie musi on zostać powiedziany dokładnie tak jak został zapisany. Bardzo często było tak, że ja mówiłam: „wiesz co, ja bym powiedziała to tak, powiedz, o jakie emocje Ci chodzi”. Jeśli to zgrywało się i popychało dalej spektakl, dramaturgię, to było zaakceptowane. Taka, a nie inna zawartość tekstu jest wynikiem konkretnej sytuacji i tego, że tak trzeba było na nią zareagować. To było duże ułatwienie, że nie musiałam deklamować, tylko myśleć, jak ja bym

o tym powiedziała, żeby to zabrzmiało emocjonalnie.

Bez sensu i bez morału? Nowa premiera Teatru Automaton, Egzorcyści i terapeuci, mogła być sporym zaskoczeniem dla widzów. W finale spektaklu bohaterka mówi: „Historia ostatniej pary na świecie nie kończy się morałem […] jest pozbawiona sensu”. Czy na pewno? Do sterylnej przestrzeni laboratorium Kajetana Ducha Widzącego (Artur Szych) – podejrzanego „mistrza”, szamana, egzorcysty i terapeuty trafia dwójka młodych ludzi. On, Johnny (Szkoski), niespełniony piosenkarz i poeta, budzi się ze snu i spotyka Ją (Anna Prętka) – kobietę o wielu imionach (Silvia, Salomea, Róża, Pola, Helena, Basia). Johnny zostaje wykastrowany przez towarzyszkę, która reprezentuje w tym momencie bardzo pierwotny i fantazmatyczny wymiar kobiecości – podobna sytuacja miała miejsce w Księciu Niezłomnym w reżyserii Jerzego Grotowskiego. Kajetan, bezskutecznie próbujący udowodnić, że znalazł jedyną, skuteczną metodę terapeutyczną pozwalającą na osiągnięcie szczęścia i harmonii, testuje młodych bohaterów. Rozpoczyna się sesja „metodą dramy” – przypominająca ustawienia Berta Hellingera - która polega na tym, że pacjenci „wchodzą w rolę” obcych osób i próbują rozwiązać swoje problemy. Ten sposób myślenia w polskim teatrze został


spopularyzowany dzięki Mai Kleczewskiej, która pracuje według ustawień na próbach z aktorami. Kajetan z początku panuje nad sytuacją. Ubrany w czarną, wyszywaną cekinami marynarkę, jest karykaturalnym przetworzeniem wielu terapeutów, szamanów, reżyserów. Z wszechwiedzącą miną dyryguje, przydziela rolę, zadaje pytania. Warto przy tej okazji pochwalić wizualną stronę przedstawienia: biel przestrzeni kontrastuje z czarnymi kostiumami bohaterów, świetnie dobranymi przez Julię Kosek. Johnny, choć ma świadomość gry, coraz mocniej wchodzi w całą sytuację. Zmagający się z własnym niepowodzeniem, brakiem potencji (w przenośni i dosłownie), niekiedy przypomina polskich bohaterów romantycznych. Basia (takie imię przyjmuje w ustawieniach dziewczyna), jest najbardziej tajemniczą postacią w całym spektaklu. Jej zmienna tożsamość, wieczne aktorstwo, sprawiają, że na scenie widzimy niemal wszystkie stereotypowe role kobiety: kochanki, matki, muzy, żony. W finale, gdy w czasie sesji Kajetan przyjmuje rolę ojca, ujawnia swoje prywatne problemy, młodzi bohaterowie buntują się (Freud). Ona wykłuwa mu oczy, on mówi o tym, że dokonał procesu

indywiduacji (termmin zaczerpnięty z Junga), otrzymuje też spowrotem swoje jądra. Po tym symbolicznym zabiciu ojca (wykłucie mu oczy nawiązuje do mitu o Edypie), Johnny może dojrzeć, stać się mężczyzną. W długiej, patetycznej przemowie chłopak staje się Mścicielem wymierzającym sprawiedliwość, po czym następuje apokalipsa – na ekranach wyświetlane są projekcje dymów, wybuchów, słychać mocną, ostrą muzykę, plsują światła. Co jednak po tym? Mężczyzna pada zmęczony, a kobieta sprząta. Apokalipsa czy nowy początek, które nastąpiły nie są wzniosłe, nie powodują oczyszczenia. Nowi Adam i Ewa (czy może ostatni ludzie na ziemi?) zdają się wciąż tak samo zagubieni, jak byli. Terapia i egzorcyzmy nie skutkują. To postać Basi w tym spektaklu jest realną siłą, realną potencją działania. Mężczyzna może gadać, przyjmować gesty, jednak energię daje kobieta. Tutaj to ona kończy historię. Dzięki niej bohater mógł dojrzeć. Jednak, mimo swojej siły, zawsze istnnieje wobec mężczyzny, wykorzystuje swoją seksualność, przyjmuje role nadawane przez męskie spojrzenie (nawet w finale, gdy przemawia już sama). Nie mamy tu zatem do czynienia z jednoznaczną pochwałą kobiecości.


Krzysztof Cicheński, jak zawsze w swoich przedstawieniach, operuje ogromnym zapleczem intelektualnym, mnożą się cytaty, odwołania, konteksty. Wielką wartością jest to, że podawane są one w sposób nienachalny, bardzo często dowcipny. Bardzo zgrabnie dołącza też elementy popkulturowe (Kajetan ma swoją stronę na facebooku). W spektaklu widać sporo nawiązań do modnych ostatnio estetyk teatralnych – do wspomnianej już Kleczewskiej, obsesji kamery wideo jak z przedstawień Krzysztofa Garbaczewskiego czy scena apokalipsy wyraźnie inspirowana dokonaniem Romea Castellucciego. Środki wyrazu służą tutaj formie i nie przesłaniają akcji, zwraca uwagę hipnotyzująca muzyka i wysmakowana gra świateł. Nie jest to teatr psychologiczny – raczej performatywna powiastka filozoficzna. Estetyczne i intelektualne nawiązania prowokują ważne pytania o sens poszukiwania tożsamości, potrzeby definiowania siebie poprzez formy czy role społeczne. Więc może jednak nie bez morału i bez sensu? Stanisław Godlewski TEATR AUTOMATON Egzorcyści i terapeuci scenariusz i reżyseria: Krzysztof Cicheński muzyka: ANIIS kostiumy i charakteryzacja: Julia Kosek scenografia: Filip Brzyski, Agata Reichelt, Hans projection mapping: Quantum VJs Jan Kęszycki, Michał Berus

współpraca techniczna: Łukasz Jata plakat i projekt graficzny: Kasia Augustyniak występują: Anna Prętka, Szkoski, Artur Szych

Nośnik potencjału Z Krzysztofem Cicheńskim, twórcą Teatru Automaton i reżyserem spektaklu Egzorcyści i terapeuci rozmawia Stanisław Godlewski. Stanisław Godlewski: Skąd wziął się pomysł na taki spektakl? Krzysztof Cicheński: Pomysłów było wiele, ich odszukanie i nazwanie byłoby teraz bardzo trudne i na pewno trwałoby bardzo długo. Inspiracje są zarówno literackie, jak i życiowe, związane z tym, że pracujemy w zespole. Każdy dzieli się doświadczeniami podczas pracy. Jeżeli chodzi o inspiracje literackie i filozoficzne, to na pewno jest tu dużo języka psychoanalizy, oczywiście przetworzonego i traktowanego z dużym dystansem. Myślę, że inspiracją był też filozoficzna refleksja Georgesa Bataille’a, postać jego żony (późniejszej żony Lacana). Dotyczy także spraw związanych z kobiecością, przecież w epilogu to bardzo mocno wybrzmiewa. I myślę, że to jest z jednej strony związane z naszymi doświadczeniami, a z drugiej – z lekturą, zarówno czasopism, czasami bardzo głupich, czasami są to nawet rewelacje z „Faktu” czy ściągane z internetu. Także wiele postaci terapeutów, które były dla nas


inspirujące, są wyciągnięte z internetu, z takich rewelacji, że jest gdzieś taki oszołom, który leczy ludzi. I zazwyczaj ten terapeuta nie do końca jest czysty mentalnie. Zaintrygowała mnie ta kobiecość. Postać kobiety, która kastruje mężczyznę, która wchodzi w najróżniejsze stereotypowe role. Czy to się wiąże z mizoginistycznym spojrzeniem, czy może chodziło ci o pochwałę kobiecości? I pochwałę, i rodzaj dezaprobaty: wobec relacji, nie tylko samej kobiecości, ale również męskości. Kto jest nośnikiem potencjału, potencji. „Lęk przed kastracją” to jest po prostu hasło Freudowskie, które wyciągnęliśmy i połączyliśmy z prostą metaforą: „nie mam jaj”, to znaczy, że mnie nie stać na coś, nie mam siły, żeby coś wykonać. I to jest poskładana mozaika tych myśli. Jest coś takiego, że kiedy ten mężczyzna się „wykończy”, to kobieta zostaje sama, nudzi się, więc bierze tę szmatę i sprząta. Jest to chyba podyktowane bardziej przez życie, niż filozofię i psychoanalizę. Ciekawi mnie również, w jaki sposób dekonstruujesz wiele teatralnych „mitów” - szamana-Grotowskiego, ustawień Hellingerowskich Kleczewskiej czy wizji plastycznej Castellucciego. Chodziło Ci o pokazanie „zagubienia” teatru? Nie tyle nawet zagubienia, ja tego nie oceniam i w żaden sposób nie wartościuję. Chodzi o to, że myśląc o tych wszystkich terapiach, będąc

również teatrologiem, w jakiś sposób myślę o twórcach teatru, którzy robią go po coś więcej niż dla samego efektu estetycznego. Kiedy dają mu większe wartości oddziaływania na człowieka, społeczeństwo, na świat itd. Te osoby, które wymieniłeś – chociażby Grotowski czy Hellinger, którym się inspiruje Kleczewska – wiadomo, że my sobie nie robimy ustawień Hellingerowskich na próbach, raczej inspiruje nas postać, która ma tak wielką charyzmę i przyciąga tyle osób, że nawet doszło to do naszego polskiego teatru. To wzbudziło jakieś sensacje teatralne, kuluarowe. A tak naprawdę to jest człowiek, który ma swoje, powiedziałbym, chore poglądy – i te poglądy Hellingera jako człowieka mogę ocenić w jakiś sposób. To jest dla mnie inspiracja, żeby zastanowić się nad tym, czy w tej terapii nie można się gdzieś zatracić. Również w tej teatralnej – wiadomo, że drama jest jedną z terapii, które są stosowane zarówno w kontekstach coachingowych, kiedy ktoś chce się rozwijać i idzie na trening osobisty, jak i tą, którą leczy się schizofreników, i to z sukcesami. Nie chcę też wartościować, że to złe i wszyscy się w tym zatracają, nie wiedzą kim są, bo są postaciami. Zdarzają się przypadki i te przypadki nas interesują. Grotowski też… Bardzo lubię spektakle Grotowskiego, ale potem się zastanawiam, co po tych spektaklach działo się dalej? Ten cały okres „parateatralny” jest dla mnie trochę niejasny. Być może jeszcze tego do końca nie znam, być może ten spektakl jest próbą poradzenia sobie z tym


w jakiś sposób. Oczywiście inspiracja jest jasna i punkt, w którym ja teraz jestem w myśleniu o tych postaciach, jest widoczny w tym spektaklu. Ostatnie pytanie – czy faktycznie, jak w finale, jest to „bez sensu i bez morału”? Nie wiem czy to jest bez sensu, nie wiem czy to jest bez morału. Myślę, że

to jest prowokacja rzucona widzom. Czy oni widzieli w tym jakiś sens i nagle ten epilog im ten sens odbiera, kiedy postać to mówi? Czy, być może, ten epilog potwierdza to, co myśleli przez całą godzinę? Wydaje mi się, że na to pytanie nie odpowiadam ja, ale widz. Dziękuję za rozmowę.

Zapowiedzi W drugim dniu festiwalowym MASEK zapraszamy do obejrzenia spektakli Czarnobyl Teatru Kryły Hałopa oraz Hantio Jacka Zawadzkiego. Poniżej krótka prezentacja twóców. Teatr Kryły Hałopa (uprzednio Free Theatre) – jeden z niewielu niezależnych i alternatywnych zespołów teatralnych na Białorusi. Założony w 2001 roku w Brześciu jako wspólnota twórców o zbliżonych poglądach politycznych i ideach artystycznych. Motorem napędowym i główną przyczyną powstania teatru, była potrzeba reakcji na otaczającą rzeczywistość poprzez sztukę – stworzenie platformy dla działalności twórczej wobec ludzkiego ucisku, przemocy, bierność i społecznych represji. Jacek Zawadzki – aktor związany ze szczecińskim Teatrem Współczesnym i Teatrem Kana. Pracował także w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Prezentowana w zeszłym roku Moskwa Pietuszki z jego udziałem, spektakl-legenda z 1989 roku, była najszerzej komentowanym spektaklem poprzedniej edycji Festiwalu.

Profile for Teatralia Magazyn

W twarz nr 2/2013  

W twarz nr 2/2013  

Profile for teatralia
Advertisement