Page 1

Gazeta

festiwalowa

Nr 6/22.11.2013

W numerze: • recenzje spektaklu Upadek pierwszych ludzi w reżyserii Iwony Kempy: s. 4-6 • wywiad z Arkadiuszem Walesiakiem, aktorem Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu: s. 5 • wywiad z Arturem Pałygą, laureatem Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej: s. 2-3 • wywiad z Wojciechem Majcherkiem, jurorem 8. Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port: s. 9-10


h

Wywiad

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA KIEDYŚ SIĘ SKOŃCZY Z Arturem Pałygą, laureatem tegorocznej Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, rozmawia Sandra Szwarc. Sandra Szwarc: W ciągu ostatnich lat napisałeś sporo tekstów teatralnych, jeden za drugim. Zdaje się, że to straszny zapieprz.

scenicznymi chodzę długo, lubię jak one dojrzewają. Tekst W środku słońca… był pisany trochę jak brudnopis czegoś, co ma powstać. Potem pomyślałem, że może to jest ciekawsze niż to, co mogłoby z tego powstać. Ale lubię też tę gorączkę na próbach, to, że scenę trzeba napisać na jutro. Na przykład samo pisanie sceny na próbę trwa pół godziny, przygotowanie do niego – pół dnia. Ile to pracy? Czy to jest jedna godzina pracy, pół dnia pracy, czy wliczyć też wszystkie rozmowy jakie prowadziliśmy wcześniej o tym tekście?

Artur Pałyga: Mam poczucie, że strasznie zapieprzałem jako dziennikarz. Przez dziesięć, dwanaście lat, nie pamiętam dokładnie ile, byłem dziennikarzem lokalnym, który robił wszystko. I to był potworny zapieprz. W ogóle wielu ludzi sobie nie wyobraża, jak potworny zapieprz jest w dziennikarstwie, gdzie siedzi się do późnej nocy i pisze się piętnaście tekstów dziennie. Jak sobie teraz przypomnę, że pisałem piętnaście tekstów różnej długości w ciągu doby, to mi się to w głowie nie mieści, jak można było to robić. Więc tam był zapieprz.

A co z formą tekstu? W obu tekstach pisanych dla siebie, tak i w Nieskończonej historii, jak i W środku słońca… czuć polifoniczność. Ten drugi jest właściwie rozpisany jak partytura. Głosy pojawiają się, przenikają...

A potem trafiłeś do teatru. Tak, i nagle okazało się, że tam jest czas na pisanie tekstu. Na początku jeden krytyk zarzucał mi, że ja mam fabrykę tekstów, bo tak dużo piszę – pisałem trzy, cztery teksty w roku – i myślałem sobie – Jezu, taki luz, pisać akurat tyle, a nie piętnaście dziennie. Oczywiście, te trzy, cztery teksty w roku są dłuższe, ale nie przesadzajmy, teksty teatralne nie są aż takie długie. Wystarczy, żeby tekst miał trzydzieści stron, to w końcu nie ma być powieść. Będąc dziennikarzem, pisałem regularnie czterdzieści stron dziennie.

Nie wiem do końca dlaczego, ale bardzo ważne są dla mnie te różne głosy, kiedy chce się powiedzieć wszystko... Mam takie wspomnienie z dzieciństwa – mieszkam w bloku na 9 piętrze, patrzę przez okno, jest wieczór, naprzeciwko drugi blok pełen okien. W końcówce pierwszej swojej sztuki, Testament Teodora Sixta, chciałem oddać te okna w bloku – za każdym dzieje się coś innego, zza każdego słychać jakiś inny głos. Ta końcówka – tak to sobie przynajmniej nazwałem – była taką symfonią głosów, jeden przechodzi w drugi, potem się nakładają, mieszają się ze sobą. Tak jakby chciało się zagrać cały ten blok naprzeciwko. I teraz W środku słońca…, którego początkiem była historia pożaru, w sprawie której chodziłem jako dziennikarz. Kobieta, do której spalonego mieszkania próbowałem dojść, mieszkała na dziewiątym piętrze w strasznie pokręconym bloku. Poszukując jej lokalu poczułem się jak w labiryncie, w którym celem wędrówki

Podobnie jak w przypadku Nieskończonej historii, z tekstem W środku słońca gromadzi się popiół miałeś ten komfort, że nie było żadnego terminu. Ale to było tak, że chodziłem na przykład tydzień z jakąś myślą, robiłem sobie zapiski i dopiero potem siadałem, żeby to napisać. Z tekstami

2


Wywiad

fot. Agnieszka Misiewicz

jest spalone mieszkanie. Pukam do kolejnych drzwi i pytam o tę kobietę. Wchodzę do różnych przestrzeni, do różnych głosów, do różnych sytuacji. Ktoś ogląda Kiepskich, ktoś robi obiad, spotykam kogoś po kłótni... a ja ciągle chodzę i pytam o ten pożar. Najpierw tak sobie wyobraziłem tę sztukę, żeby przedstawić ten labirynt. A potem pomyślałem, że nie ma co opowiadać, że ja chodzę po bloku i wchodzę do mieszkań. Zostawmy to wyobraźni. Niech te sytuacje żyją własnym życiem w głowach widzów, reżyserów, aktorów. Niech mówią wszystkie. Chcę podkreślić to, co powiedziałem w rozmowie tuż po czytaniu, z jakiej perspektywy jest opowiadane W środku słońca... – opowiadane jest z perspektywy ludzi, którzy już w tym świecie nie są. Tego świata, o którym opowiadają już nie ma. To jest takie wyobrażanie sobie, że świat właśnie zniknął – mamy jeszcze jakieś flesze przed oczami – i oni próbują sobie szybko te flesze opowiedzieć, zanim one zgasną.

zrozumieć, skoro z dzieckiem jest wszystko w porządku. Ona odpowiada, że dzieciom dzieją się straszne rzeczy, a jej strach wynika z samej świadomości, że złe rzeczy się wydarzają. Dla mnie jednym z tematów tego tekstu jest właśnie poczucie bezpieczeństwa, w jakim żyjemy. Scena, która została wycięta w czytaniu, czyli cytat z Arystotelesa, mówi, że jeżeli społeczeństwo żyje w poczuciu bezpieczeństwa, to są to jego ostatnie chwile. Jest ono zgubne, mydlące oczy. Kiedy pytasz, czy mi nie za dobrze, to o tym sobie myślę, że jest mi teraz dobrze i jednocześnie czuję właśnie powiew tej grozy, że to się skończy. Jeżeli jest dobrze i się kończy, to jest strasznie. Ale oczywiście, dopóki jest dobrze, to nie warto się tym zajmować.

Myślę o ubiegłym roku... Najpierw nagrodzona Nieskończona historia, potem nagradzany Morrison/Śmiercisyn, teraz Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna. Nie za dobrze Ci? Mam takie poczucie, że teraz jest dobrze, że wszystko jakoś idzie. Poniekąd trochę o tym jest tekst W środku słońca…, o poczuciu bezpieczeństwa, w którym nieuchronnie zawarty jest przerażający wniosek, że to się za chwilę skończy. W jednej ze scen matka wariuje, że dziecku coś się może stać. Jej mąż nie jest w stanie tego

3

h


Recenzja

DOM BEZ OGRODU

Z jednej jego strony znajduje się wjazd do tunelu – z drugiej pozbawiony jednej ściany pokoik wyposażony w prowizoryczny aneks kuchenny, biurko, krzesło i półkę. Wiszą w nim także najróżniejsze tabliczki i znaki ewakuacyjne; budowa trwa. Na suficie wisi zmontowany z rurek, folii i plastikowych części olbrzymi czarny korzeń, który przypomina, że akcja ma miejsce u zarania, to znaczy pod ziemią. Zmiana punktu wyjścia dobitnie przypomina, że człowiek powstał z prochu i nim na powrót się stanie. Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy Człowiekowi (Arkadiusz Walesiak) zostaje przydzielona do pomocy Kobieta (Mirosława Sobik). Skazani na współpracę przy budowie metra, z braku innych możliwości, poznają wszystkie stadia życia społecznego – od zmieszania przez fascynację aż do pierwszych konfliktów. Akcja spektaklu rozwija się identycznie jak w Biblii – czego zresztą da się doświadczyć wprost: co pewien czas Człowiek i Kobieta wchodzą na peron, na którym po obu stronach wjazdu do tunelu znajdują się mikrofony, do których aktorzy odczytują odpowiednie starotestamentowe fragmenty. Ta pozycja stawia ich w planie przestrzennym w regularnej kontrze do zajmującego małe pomieszczenie Zwierzchnika (Michał Marek Ubysz) – kierownika budowy, Boga i planisty jednocześnie. Scenografia w wykonaniu Mirka Kaczmarka, choć robiąca wrażenie, dezorientuje odbiorcę – miejsce, w którym znajdują się bohaterowie ani trochę nie przypomina rajskiego ogrodu, pierwsi ludzie od razu zostają oklejeni etykietką robotnika, a Stwórca jest gapowatym wynalazcą-neurotykiem, który eksperymentuje z „nowymi – ludzkimi – technologiami”. W spektaklu znaleźć można też wiele niekonsekwencji temporalnych: niektórym scenom towarzyszy chorał gregoriański, na ścianie wyświetlony zostaje fresk Stworzenie Adama Michała Anioła. Materiały, z których wykreowana jest scenografia, a także fakt, że pierwsi ludzie są budowniczymi metra, skłania do interpretacji, iż co prawda oglądamy Początek, mający jednak miejsce któryś już raz. Tym bardziej dziwi postawa Zwierzchnika: odnosi się on do ludzi jak do dzieci, nieudolnie próbując powiedzieć im cokolwiek

Inscenizacja tekstu Antoniego Ferencego, Upadek pierwszych ludzi, w reżyserii Iwony Kempy zamknęła pokazy tegorocznego R@Portu. Realizacja ta jest wariacją na temat genezyjskiej wizji stworzenia świata, kładącą szczególny nacisk na umieszczenie w rajskim ogrodzie, a później wygnanie tytułowych bohaterów. W ujęciu Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu zmienia się sceneria znanych wydarzeń, a ludzie u swego początku mieszkają pod ziemią. Jakie są tego konsekwencje? Widownia składa się z dwóch części ustawionych kaskadowo po obu stronach swego rodzaju zaśmieconego koryta, w którym powstaje linia metra. Ponad miejscami dla publiczności zawieszone są dwa podłużne ekrany, na których w trakcie spektaklu wyświetlane są wizualizacje przedstawiające obraz zza szyby środka transportu o różnych porach.

fot. Agnieszka Misiewicz

m

4


Recenzja

GRZESZNICY WSPÓŁCZESNOŚCI

związanego z ich płciowością i seksualnością. Sami zainteresowani zresztą poznają swoje ciała niczym przedszkolaki, które uświadamiają sobie niespodzianie, że istnieje coś takiego jak różnice anatomiczne.

Świat po katastrofie. Pod ziemią, w klaustrofobicznym tunelu metra, na pozór zwyczajnie toczy się życie. Jest praca, jest miłość, nienawiść, zawiść. W tym wszystkim znajduje się troje zagubionych i samotnych ludzi, Człowiek i Kobieta, sterowani przez Zwierzchnika. Oglądając spektakl Upadek pierwszych ludzi, przyglądamy sie bacznie relacjom damsko-męskim.

Relacje Adama i Ewy są odzwierciedleniem stereotypów płciowych: on się mądruje, unosi się i niewiele robi, ona jest dobrze zorganizowaną histeryczką, która próbuje narzucić swoje zdanie. Efekt ten spotęgowany zostaje także przez użycie słów „człowiek” i „kobieta” na określenie bohaterów. Nieskorygowany, szowinistyczny obraz wzięty z Pisma Świętego w interpretacji Kempy urasta do rozmiarów balonu, którego nic w trakcie spektaklu nie przekłuwa; zbyt silna jest sugestia o stwórczej mocy słowa w kontekście Genesis, by potraktować owo użycie jako udany dowcip. Ponadto pierwsi rodzice odzywają się do siebie niczym stereotypo-

Świat, w którym przychodzi nam żyć, jest pełen współzależności, skomplikowanych relacji międzyludzkich. Antoni Ferency, autor sztuki, pod lupę bierze kobietę i mężczyznę. Przyglądamy się kilku etapom znajomości dwojga osób, rodzącego się uczucia, pierwszej fascynacji i w końcu związku. Dodatkowo jesteśmy świadkami relacji pracowników i pracodawcy. Opowieść jest w gruncie rzeczy banalna, gra aktorska jedynie poprawna, momentami traci tempo, a emocje nie wybrzmiewają wystarczająco mocno. Właściwie cały spektakl najlepiej określa właśnie to sformułowanie: poprawny, podręcznikowy, tzw. bezpieczny teatr środka. Jedynie scenografia Mirka Kaczmarka (choć przypomina mi zanadto projekty scenograficzne Michała Korchowca, który regularnie współpracuje z tandemem Demirski&Strzępka) pozostaje wyróżnikiem spektaklu. Daje złudzenie, że oto znajdujemy się pod ziemią, w Warszawskim metrze w budowie. Nie ma innego świata, jest jedynie wszechogarniający nas brud, syf. Konstrukcja okablowania nad głowami widzów wciska w fotel, zwielokrotnia poczucie klaustrofobii, daje wrażenie swoistej duszności. Pole gry aktorskiej, umiejscowione pomiędzy dwoma „częściami” widowni pełne jest brudu, a rekwizyty są rozrzucone w nieładzie. Gdzieś z boku umiejscowiony jest pokoik

wi budowlańcy, Zwierzchnik dowiaduje się o ich współżyciu za pośrednictwem włączonej krótkofalówki, a obecność samego grzechu (czy może raczej „szklanego grzechotszybu”) akcentowany jest tąpnięciami w tunelu metra. Ponadto opuszczenie raju jest konsekwencją awantury między parą bohaterów, bo tak naprawdę Zwierzchnik ich stamtąd nie wygania; najchętniej nadal częstowałby ich herbatą

fot. Agnieszka Misiewicz

i jabłkami. Jego gniew ogranicza się do wystąpienia podobnej znanej z internetu i telewizji mowy wyborczej Krzysztofa Kononowicza. Przełożenie opowieści z Księgi Rodzaju na język współczesny sprawiło, że spektakl utknął w martwym punkcie. Poza epitetami i nadaniem cech charakteru tak Stwórcy, jak i pierwszym ludziom, to przepisanie (tekst Antoniego Ferencego), podobnie jak i odtworzenie (spektakl Iwony Kempy) nie wniosły głębszej refleksji. Usunięcie Boga z pola ludzkiego zainteresowania porównać można w tym kontekście do zamieszkiwania domu bez okien i wyjścia na zewnątrz; owo ludzkie zamieszkanie jest prowizoryczne, nieporównywalne z niczym, ponieważ brak tutaj podobnej możliwości. I wygląda na to, że człowiek skazany jest na zagładę i bez zrywania jabłka z niewłaściwego drzewa w ogrodzie.

Joanna Żabnicka

z którego czuwa Zwierzchnik – Bóg.

5

m


m

Recenzja Jesteśmy obserwatorami intymnego przedstawienia rozpisanego na dwie osoby. Znajdujemy się w budowanym dopiero metrze, które staje się metaforą świata, biblijnym rajskim ogrodem w którym spotykają się on – Człowiek, i ona – Kobieta. Nie jest to jednak świat perfekcyjny, idealny, jak ten z Pisma Św. Przypomina raczej coś pomiędzy – karę, albo formę przejściową – czyściec. Najciekawszą, najbardziej zastanawiającą postacią jest osoba Zwierzchnika, alter ego samego Boga Stworzyciela. Z lekka ciapowaty, gamoniowaty, dobroduszny, ze złotym sercem… Zwierzchnik, który pcha ku sobie dwoje niewinnych ludzi, Zwierzchnik, który, zamiast bezlitośnie egzekwować wykonanie kolejnych zadań, staje się raczej partnerem, przewodnikiem prowadzącym swe dzieci przez życie za ręce. Stanowi rodzaj przewodnika, dobrego ojca wskazującego życiowe ścieżki, sugerując odpowiednie wybory, nie zmuszając do nich. Jest umiejętnym, choć momentami urzekającym prostotą wypowiedzi (agitacja wyborcza Kononowicza), manipulatorem, który wie, co chce osiągnąć. Pozostała dwójka – Człowiek i Kobieta to do bólu stereotypowe postaci. On – silny, męski, rządzący, ona – słaba, znająca się na gotowaniu, raz po raz usiłująca się stawiać Człowiekowi. Wprowadzenie przez reżyserkę do sztuki Ferencego fragmentów Księgi Rodzaju wzmacnia i ukierunkowuje interpretację tekstu Upadku pierwszych ludzi pytając, jak taki upadek wyglądać może współcześnie. Traktuje biblijny tekst jako – najprościej rzecz ujmując – metaforę związku kobiety i mężczyzny, metaforę miłości. Oba przeplatające się utwory tworzą zaskakująco spójną całość – opowieść o stworzeniu pierwszych ludzi jest komentarzem, narracją uzupełniającą sceniczne wydarzenia. Nie wnosi jednak – choć powinna – dodatkowych warstw interpretacyjnych. Spektakl Iwony Kempy ogląda się dość przyjemnie. Nie bulwersuje, stanowi podrasowaną wizualizacjami i kilkoma innymi „wyznacznikami” sztuki współczesnej (m.in.

muzyka rockowa w tle, w pewnych momentach rzęsiste „kurwy” i inne wulgaryzmy) opowieść o człowieku. Jednak tych kilka „odhaczonych” punktów (wespół z żyjącym autorem), nie stanowią niestety o sile spektaklu, jak i o jego rzeczonej współczesności. A szkoda. Uważam, że bardzo dobry tekst Antoniego Ferencego wart jest lepszej realizacji scenicznej.

Anna Petynia

fot. Agnieszka Misiewicz

Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu Antoni Ferency Upadek pierwszych ludzi reżyseria: Iwona Kempa scenografia: Mirek Kaczmarek muzyka: Bartosz Chajdecki obsada: Mirosława Sobik, Michał Marek Ubysz, Arkadiusz Walesiak prapremiera: 15 grudnia 2012

6


Wywiad

INSPIRACJA? NIEKONIECZNIE Z Arkadiuszem Walesiakiem, aktorem Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, o spektaklu Upadek pierwszych ludzi rozmawia Natalia Grygiel.

Arkadiusz Walesiak: Sprawa była jasna od początku. Iwona, proponując nam współpracę, powiedziała, że w tym samym czasie ma też inną realizację sceniczną i będzie do nas doskakiwać. Mieliśmy tydzień pracy z nią, potem tydzień bez i tak dalej. Było to dla nas wyzwanie bardzo potrzebne, bo byliśmy zmuszeniu do pracy tylko i wyłącznie ze sobą. Rozmowy, a także kłótnie, które odbywały się na próbach, zaowocowały na scenie. Nie tyle staraliśmy się reżyserować nawzajem, ile właśnie rozmawiać, ponieważ najważniejszy był dialog. Iwona „na deser” komentowała: „to tak”, „to nie”.

fot. Agnieszka Misiewicz

Natalia Grygiel: Iwona Kempa na dłuższy czas musiała opuścić Wasze próby. Jakie są plusy i minusy takiej pracy?

Człowiek w spektaklu Upadek pierwszych ludzi jest tabula rasa. Czym inspirował się Pan pracując nad rolą Człowieka?

Absolutnie nie. Gdybym robił tak za każdym razem, okazałbym się kompletnym niedorajdą w swoim zawodzie. Nie potrafiłem odnaleźć w tej roli rzeczy, które mnie do czegoś odnosiły, a nawet starałem się uciekać przed wzorowaniem się na czymkolwiek. Tak jak pierwszy człowiek, intensywnie szukałem w sobie emocji. Wiedziałem, że to właśnie emocje muszą być w tym spektaklu na wysokim poziomie.

Nie potrafiłem inspirować się niczym konkretnym. Starałem się przeżyć to „spotkanie” jak po raz pierwszy, bez kontekstów. Trudno było mi się na czymś się wzorować i czegoś poszukiwać. To, co zostało mi dane, czyli sytuacja i temat, zderzyło się ze światem scenicznym i pozostałymi postaciami.

Czy przed rozpoczęciem pracy nad spektaklem zastanawialiście się, do kogo się zwracacie? Dosłowność przekazu sugeruje, że odbiorcą jest osoba młoda, albo

Za każdym razem wychodzi Pan od „niewiedzy”. Czy tego akurat wymagała rola? 7

h


Wywiad | Zapowiedź

BITWA O NAS

chcieliście mieć pewność, że spektakl zostanie przez wszystkich zrozumiany. Być może odniosła Pani takie wrażenie ze względu na tautologię zawartą w tekście Ferencego. Mnie, jako aktorowi, te fragmenty pozwoliły osiąść w sytuacji. Jednak wcale nie jest tak, że na nasz spektakl przychodzi głównie młodzież. Kiedy już przychodzi, to zdajemy sobie sprawę z tego, że jej pozytywne reakcje wywołane są brakiem kontroli nad słownictwem. Oni przychodzą do teatru, a tu lecą „kurwy”, „gnoje” i tak dalej. Natomiast ludzie dorośli szukają w tym spektaklu przewrotności, alegorii.

W ostatnim dniu festiwalowym – już poza konkursem – zobaczymy dzieło Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, Bitwa Warszawska 1920. To duet dobrze znany gdyńskiej publiczności, a przez kapitułę Festiwalu R@Port doceniony nagrodą główną dwukrotnie: w 2010 roku za spektakl Niech żyje wojna!!! oraz w zeszłym roku za W imię Jakuba S.

Faktycznie, rzadko porusza się w teatrze temat związany z wyobrażeniem Boga. Choć trudno jest określić, w jakim świetle jest pokazany w spektaklu Kempy…

Dotykanie historii bez historii, achronologiczność i paskudna bezpośredniość to tylko niektóre z cech spektaklu Bitwa Warszawska 1920. Czy jest to satyra? Manifest? Tragikomedia? A może po prostu lustro, w którym odbija się współczesne,

Właśnie to jest fantastyczne. Przewrotność Boga i jego ciapowatość.

Czy to było celem Waszego spektaklu? Pokazanie, że Bóg jest podobny do tych, którzy w niego wierzą? Myślę, że tak. Jest bardziej człowieczy niż my go sobie wyobrażamy, a że musieliśmy go pokazać, to nie chcieliśmy, żeby był na antresolce i podświetlić, żeby zobaczyć jak jego paluszek błyszczy i lśni. Może ten nasz Bóg nie jest taki nieskazitelny.

Moje ostatnie pytanie jest trochę niewygodne. Kempa zdecydowała się na wierne przełożenie postaci z tekstu Ferencego. Dlaczego rozróżniacie Człowieka i Kobietę? Niestety, ale to jest pytanie do autora. Chcieliśmy, żeby Ferency przyjechał dzisiaj z nami. Byłoby to fantastyczne spotkanie. My też zastanawialiśmy się nad tym podziałem. Kobieta, Zwierzchnik, Człowiek-Konserwator. Ja jestem konserwatorem?

rys. M. Tarkawian

h

8


Wy w i a d |Z a p ow i e d ź

h

PODSTAWĄ DOBREGO TEATRU JEST DOBRA LITERATURA Z Wojciechem Majcherkiem, jurorem 8. Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port, rozmawia Aleksandra Spilkowska.

O kreacjach aktorskich z wybranych recenzji:

Aleksandra Spilkowska: Chciałabym zacząć od kwestii wzbudzającej teraz największe zainteresowanie, czyli wyniku narad jury. Będzie niespodzianka?

„Krzysztof Globisz szkicuje w przedstawieniu aż cztery role: jest wśród nich lirycznie wzniosły ksiądz Skorupka z ręką uniesioną w symbolicznym geście ataku – po czym bezlitośnie autoparodiuje sam siebie, kpiąco cytuje własne pozy i kwituje je pogardliwym: »Żenada«.”

Wojciech Majcherek: Nie umiem powiedzieć, czy nasz werdykt zostanie odebrany jako niespodzianka, bo zawsze jest on w pewnej mierze niewiadomą. Publiczność ma oczywiście swoje wybory. Trudno stwierdzić, co jest lepsze: pokrycie się oczekiwań z wynikiem czy zaskoczenie, kontrowersja, bo i jedna, i druga sytuacja ma swoje zalety. Jeżeli zdania się nie pokrywają, powstaje temat do dyskusji. A jeśli obie strony się zgadzają, to znaczy, że przedstawienie, które zostało wybrane jest bezdyskusyjnie najlepsze.

Jacek Sieradzki, Teatr im. Dzierżyńskiego, „Odra”, nr 10/2013.

„Dorota Pomykała jest znakomita, jako Matka Polka, brawurowa i autoironiczna jest kreacja Krzysztofa Globisza, który staje się to Witosem, to ks. Skorupką - a cały czas zarazem gra siebie, wybitnego aktora, któremu komiczne chwyty przychodzą jednak czasem nieco zbyt łatwo.”

Jak Pan uważa, czy Festiwal R@Port, mimo ograniczonej liczby prezentowanych spektakli, stanowi miarodajny obraz życia teatralnego w Polsce? Czy przedstawia panoramę najnowszej dramaturgii?

Witold Mrozek, Dzierżyński uwodzi w Krakowie – weekend oskarżeń w Starym Teatrze, „Gazeta Wyborcza”, 26 czerwca 2013.

Natalia Grygiel

Wbrew pozorom polskiej dramaturgii współczesnej, czy szerzej – literatury, jest dość dużo

9

fot. Marta Ankiersztejn

polskie społeczeństwo? Historia zatacza koło. Jesteśmy potomkami Jakuba Szeli, wyznawcami i ofiarami kapitalizmu. Bitwa Warszawska 1920 jest subiektywną, gorzką oceną kondycji współczesnego świata. Przebija z niej poczucie beznadziei. Jesteśmy nudnymi trybikami maszyny zwanej społeczeństwem demokratycznym, bez chęci i realnych możliwości na zmianę. Na sam koniec przedstawienie przybiera formę wyrzutu wobec publiczności za jej bierność. Ale jest to raczej uwaga wygłoszona pro forma, bez wiary w powodzenie jakiejkolwiek rewolucji czy wprowadzenie zmian. Wszystkiemu nie bez powodu przygląda się Stańczyk, widz klęski…


h

Wywiad na scenach. Moim zdaniem idea Festiwalu R@Port, który koncentruje się na polskich, współczesnych tekstach dramatycznych i ich inscenizacjach, jest bardzo dobra. Są oczywiście inne festiwale, które uwzględniają taki repertuar, ale w nieco szerszej formule, dopuszczając również teksty obce, a także adaptacje. Festiwal R@Port jest więc w swojej formule absolutnie wyjątkowy i bardzo dobrze, że tak jest. Myślę, że ludzie, którzy śledzą recepcję polskiej dramaturgii współczesnej, mogliby podsunąć propozycje innych przedstawień, które są grane w naszych teatrach, a są inscenizacjami współczesnych sztuk. Tutaj dokonano takiego wyboru i spośród tych przedstawień musieliśmy wskazać to najlepsze.

roczny przewodniczący jury [Paweł Demirski]. Jest on przecież silnie obecny na polskich scenach, a jego twórczość stanowi niewątpliwie ważny element współczesnej polskiej dramaturgii…

…ale obecny jest głównie w realizacjach Moniki Strzępki. Tak. Teraz mieliśmy jeden spektakl w Lublinie, gdzie Remigiusz Brzyk zrealizował Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł, ale to jest ewenement, chociaż być może stanowiący dobry precedens. Brzyk pokazał, że można wystawić ten dramat na swój sposób, a nie tylko patrzeć na niego okiem Moniki Strzępki. Zobaczymy, czy rzeczywiście będzie to precedens, który pozwoli na dalszą karierę sztuki, czy też jednorazowy przypadek. Na pewno chciałoby się, żeby współczesna dramaturgia była obecna jeszcze mocniej. Nawet się zastanawiam, czy gdyby Sławomir Mrożek dzisiaj napisał Tango, to czy ta sztuka też znalazłaby się w takiej sytuacji, to znaczy, że ktoś wystawiłby tylko prapremierę i na tym by się skończyły jej sceniczne dzieje. Może jesteśmy w takim momencie.

Jak ocenia Pan kondycję polskiej dramaturgii? Na to pytanie też nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony jest zainteresowanie, zarówno ludzi, którzy chcą pisać, jak i przynajmniej części teatrów. Są podejmowane próby wystawiania sztuk współczesnych. Istnieje także Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna – i to też jest bardzo dobra inicjatywa. Natomiast wydaje mi się, że istnieje pewnego rodzaju problem. Mianowicie teksty, nawet te nagrodzone, nie robią dużej kariery scenicznej. Nierzadko jest tak, że nawet najlepsze dramaty mają tylko jedno wystawienie – to prapremierowe. Czasami jakieś drugie, trzecie. Ale recepcja jest w pewien sposób ograniczona. Zastanawiam się, czy wynika to z tego, że teatry bardzo chcą mieć absolutnie świeżą premierę? Może reżyserzy nie chcą „po kolegach” robić tekstów, które już były wystawione? A może problem tkwi w tym, że te sztuki nie są na tyle pojemne, aby prowokować inne interpretacje? Wydaje mi się, że istnieje tu pewnego rodzaju słabość, która prawdopodobnie leży po obu stronach – i autorów, i teatrów. Oczywiście mamy też zjawisko spółek autorsko-reżyserskich, którą praktykuje na przykład nasz tego-

Czy ma pan jeszcze jakieś prognozy dotyczące przyszłości polskiego dramatu? Bardzo bym chciał, żeby nasza dramaturgia się rozwijała i istniała przede wszystkim jako tekst do wystawienia. Chociaż rozumiem też tendencje współczesnego teatru, który zupełnie inaczej traktuje podstawę literacką spektaklu – jako scenariusz lub kolaż różnych tekstów… Mniej potrzebny jest taki dramat napisany i gotowy do wystawienia. Ale mimo wszystko uważam, że ten nurt powinien istnieć. Być może jest to zdanie, które wobec współczesnych tendencji można uznać za konserwatywne, ale uważam, że w dużej mierze podstawą dobrego teatru jest dobra literatura.

10


N a g r o d a To s t e r a

KOMU TOSTER? OBSTAWIAMY ZWYCIĘZCÓW I TYPUJEMY PRZEGRANYCH Starym, dobrym zwyczajem „Fora Nova” w ostatnim numerze pozwala sobie na podsumowanie R@Portu. Jak zwykle z Festiwalem żegnamy się trochę z przekąsem, bo nie poprzestajemy na zauważeniu ciekawych pozycji tegorocznego programu, ale bezczelnie wytykamy to, co według nas było zupełnie nietrafione. Organizatorom dziękujemy za tę niezależność i swobodę wypowiedzi, skwapliwie z niej korzystamy, typując nie tylko najlepszy spektakl, ale i ten najgorszy, „antytyp”. Ten ostatni otrzyma niechlubną Nagrodę Tostera – by twórcy, prosimy wybaczyć ten kolokwializm, produkowali innego rodzaju suchary. Natalia Grygiel – rocznik 1987, teatrolog. Typ: Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku w reżyserii Agnieszki Glińskiej jest bezkonkurencyjną propozycją na tegorocznym R@Porcie. Dobrze poprowadzone sytuacje, proste teatralne gesty i świetnie zbudowane role. Zespół Teatru Studio oddał język Masłowskiej, nie przerysowując postaci. Ukazał też w sposób mało inwazyjny, że każdy z nas w oczach drugiego człowieka może być postrzegany przez pryzmat stereotypu. Taki trochę współczesny bowaryzm. Antytyp: Wszyscy święci. Zabłudowski cud to zdominowanie aktora przez multimedia dyktowane egoistyczną wizją reżyserską, w której aktorzy nie mieli przestrzeni na pokazanie swojego kunsztu. Joanna Grześkowiak – rocznik 1989 (choć czasem twierdzi, że urodzona w 1916 r.), kulturoznawca i teatrolog. Typ: Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku – z braku konkurencji. Antytyp: Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata – za głębokie upośledzenie poznawcze.

Agnieszka Misiewicz – rocznik 1988, studentka teatrologii i (ciągle jeszcze) politologii. Poznańska pyra, miłośniczka podróży, także teatralnych – byle odkrywczych. Typ: Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku – z pozoru leciutka inscenizacja wydobywa z tekstu Masłowskiej nie tylko humor, ale i aktualną refleksję – o Polakach i o ludziach po prostu. Antytyp: Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata – za podniesienie naszpikowanej stereotypami opowieści do rangi (bardzo wątpliwej) sztuki. Aleksandra Spilkowska – rocznik 1992, studentka wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie. Typy: Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku – świetny tekst, DOBZI aktorzy, prosta i konsekwentna poetyka spektaklu; Joanna Szalona; Królowa – dopracowana strona wizualna, ciekawe kreacje aktorskie, przenikliwe spojrzenie na współczesną rzeczywistość. Antytyp: Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata – nieznośna konwencja, drewniane aktorstwo, częstochowskie rymy.

11

Joanna Żabnicka – rocznik 1989, absolwentka filologii polskiej, studentka wiedzy o teatrze. W wolnych chwilach trochę pisze, trochę śpi; czasem zmyśla. Typ: brak przedstawienia wyróżniającego się wysokim poziomem artystycznym. Antytyp: Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata – za nierozumienie słów „sztuka” i „współczesny”.

Nie wszystkim członkiniom redakcji „Fory Novej” udało się prześledzić cały repertuar R@Portu, dlatego o werdykcie zadecydowały głosy pięciu z nich. Wyniki udało się nam zliczyć łatwiej niż plakaty na wystawie: w naszym rankingu na Najlepszy Spektakl bezdyskusyjnie wygrywa przedstawienie na podstawie dramatu Doroty Masłowskiej Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku Teatru Studio w Warszawie w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Toster wędruje natomiast do twórców spektaklu Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata Teatru Nowego w Łodzi, Roberta Urbańskiego (tekst) i Jacka Głomba (reżyseria).

Redakcja

g


t

Felieton | Zasłyszane

RODZAJE KLASKANIA

Znaczenie: To był dobry spektakl. Myślisz o nim długo, przypomina ci się nawet po kilku miesiącach po wyjściu z teatru. Opowiadasz o nim znajomym, mimo że nie chcą już o nim więcej słyszeć.

Wydawać się może, że bicie brawa to czynność bardzo prosta i radosna. Otóż nie! Wyróżnić można kilka typów klaskania:

3. Klaskanie uznaniowe. Przebieg: Od 15-20 klasków, by nie przesadzić. Znaczenie: Wyraz uznania dla aktorów za to, że musieli grać w takim g*****.

1. Klaskanie w uniesieniu i natchnieniu. Przebieg: Klaszczesz bez opamiętania, a osoby siedzące obok odsuwają się od ciebie w trosce o swoje bezpieczeństwo. Ból rąk utrzymuje się przez kolejne dwa dni po spektaklu. W skrajnych przypadkach zdarza się, że po wyjściu z teatru mimo woli zaklaszczesz w sklepie lub autobusie. Znaczenie: Spektakl był jednym z dwóch lub trzech najlepszych spektakli, jakie dane ci będzie zobaczyć w swoim życiu. Śnisz o nim!

4. Zredukowane klaskanie. Przebieg: Jeden klask, uzupełniony głupią miną. Znaczenie: Jesteś wykończony nerwowo, uciekasz z teatru i nigdy nie wracasz. 5. Klaskanie mechaniczne. Przebieg: Klaszczesz, klaszczesz, klaszczesz. Znaczenie: Wszyscy klaszczą, więc ty też. Nie wiesz, dlaczego.

2. Klaskanie z zaangażowaniem. Przebieg: Klaszczesz przez kilka minut po zakończeniu spektaklu i wiesz, dlaczego! Nie zdarza się to zbyt często.

Joanna Grześkowiak

ZASŁYSZANE / WYCZYTANE •

A spektakl? Podoba się, tak. Zwłaszcza młodzieży. Oni to aż sikają w majtki – Michał Marek Ubysz o Upadku pierwszych ludzi

Spektakl zrobiliśmy w trzy tygodnie, a potem pojawiła się pani reżyser. Rachu, ciachu i poszło – Michał Marek Ubysz

Ten Bóg był taki nieładny, a pan jest teraz jest taki ładny – widz do Michała Marka Ubysza

Jak tak tu sobie rozmawiamy, to ja się zastanawiam nad tym, co powiedziałem – Łukasz Rudziński

Kiedy człowiek spotyka się po raz pierwszy z czymś, co wisi kobiecie na klatce piersiowej – Arkadiusz Walesiak O zastosowanych w spektaklu Joanna Szalona; Królowa środkach scenograficznych (ponoć na trzeźwo): Dość surowa scenografia okazuje się niezwykle funkcjonalna, prostymi i nienachlanymi środkami transformująca przestrzeń sceniczną z łóżka w ring bokserski lub kort do squash – „Fora Nova”, nr 3

Gazetę festiwalową redagują: TEATRALIA (www.teatralia.com.pl) w składzie: Ula Bogdanów, Agnieszka Domańska, Natalia Grygiel, Joanna Grześkowiak, Agnieszka Misiewicz (redakcja), Anna Petynia, Aleksandra Spilkowska, Joanna Żabnicka (korekta) oraz Sandra Szwarc skład i łamanie: Monika Ambrozowicz kontakt: poznan@teatralia.com.pl zdjęcie na okładce pochodzi ze spektaklu Upadek pierwszych ludzi, fot. Agnieszka Misiewicz

12

Profile for Teatralia Magazyn

Fora nova nr 6/2013  

Fora nova nr 6/2013  

Profile for teatralia
Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded