Page 1

Gazeta

festiwalowa

Nr 3/19.11.2013

W numerze: recenzje spektaklu Kokolobolo, czyli opowieści o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata w reżyserii Jacka Głomba: s. 2-4 wywiad z Jackiem Głombem: s. 5


m

Recenzje

PLASTIKOWY TORT Czytając opisy spektaklu Kokolobolo, czyli opowieści o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata można się dość mocno zaciekawić. Historia Roberta Urbańskiego jest oparta na faktach, bohaterowie są z życia wzięci i skrojeni na miarę naszych możliwości – realiów przedwojennej Łodzi. W opowieści o Szai Magnacie i Ślepym Maksie jest wszystko, co strukturalnie tworzy wiele innych, sprawdzonych fabuł i mogłoby widza zainteresować: miłość, przyjaźń, zdrada, śmierć, walka i zabawa. Mimo to konfrontacja ze scenicznym ujęciem zostawia widza z poczuciem rozczarowania. Tekst powstał na zamówienie i miał być opowieścią o Łodzi, o jej historii, a także lokalnym micie – bohaterach wyjętych spod prawa, którzy jednocześnie zasłynęli ideą sądu rozjemczego. Faktycznie bowiem istniał Ślepy Maks i Szaja zwany Magnatem.

rym marzy się rządzić miastem. Akcja rozgrywa się na przestrzeni wielu lat. Od czasów słodkich i niemal beztroskich, po wojnę i Holocaust. Parafrazując wypowiedź samego reżysera, scena tańców staje się sceną śmierci. Brzmi dość patetycznie i tak też

Kokolobolo funkcjonowało jako szynk na rogu Pomorskiej i Wschodniej na Łódzkich Bałutach. W ujęciu twórców knajpa to trochę spelunka, biedniejsza wersja Moulin Rouge – też tańczą i śpiewają, tyle że nie do taktu. Jego bywalcy, czy może mieszkańcy, mają tego świadomość, co nie przeszkadza im prosperować i tworzyć zwartą wspólnotę. To miejsce, w którym gromadzą się ludzie żyjący na marginesie społeczeństwa jak Rywka, uciekinierka, biedne prostytutki czy złodziejaszki, któ-

jest. O przeskokach czasowych informuje widzów postać kataryniarza, która funkcjonuje w spektaklu jako rodzaj zewnętrznego narratora i marionetki służącej do streszczania pominiętych przez inscenizację wątków fabularnych. Potencjał całkiem ciekawie brzmiącej historii nie został wykorzystany. Nie wiadomo, czy bohater jest w gruncie rzeczy zbiorowy, czy też jest nim Maks lub Szaja, ani co jest tematem spektaklu. Przemijanie, gwałtowna zmiana losu czy odchodze-

fot. Janusz Szymański

2


Recenzje

CZYM PRAWDA NIE JEST

nie świata w niepamięć w wyniku Zagłady? Tematy dość nieokreślone i skąd inąd znane, bo podejmowane na wiele różnych sposobów, często z lepszym skutkiem. Wiele scen nie wpływa na rozwój akcji i nie wnosi wiele do rozwoju postaci powodując znużenie odbiorcy. Dialogi przypominają te serialowe, gdzie wypowiada się zdecydowanie za dużo i zbyt nachalnie. Większość postaci jest wyłącznie papierowa, a czarne charaktery (tj. oprawcy, Niemcy) są monstrualnie złe. Jedyna postać, która zdaje się rozwijać czy zmieniać, to Szaja Magnat. Decyzja, aby taki tekst wystawić do bólu realistycznie również nie wpływa korzystnie na kształt całości, bo wydobywa i potęguje jego mielizny. Styl gry aktorów wydaje się archaiczny, miejscami koturnowy, czasami patetyczny, a przede wszystkim sztuczny, nieautentyczny. Takie zestawienie w pierwszej części spektaklu nawet bawi, choć wątpliwe, aby ten rodzaj śmiechu był przez twórców zamierzony. Niestety druga część wypada w porównaniu z pierwszą gorzej. Holocaust można w teatrze pokazać w bardzo różny sposób. Jacek Głomb konsekwentnie podążał wcześniej obraną ścieżką. Postaci padają po kolei pod ostrzałem z kapiszonów, a te, które jeszcze pozostają przy życiu trzęsą się z rozpaczy, krzyczą i rzucają się na ziemię. Trudno o jakiekolwiek wzruszenie, za to dość łatwo o inne, również skrajne emocje. Z jednej strony reżyser buduje czwartą ścianę i zachęca, aby uwierzyć w zamknięty i, teoretycznie, spreparowany w szczegółach świat, a z drugiej wprowadza do niego teatralną umowność czy zwykłe atrapy np. w formie plastikowego tortu czy skrzypaczki, która udaje, że gra, a gra za nią ktoś inny. Prawdopodobnie spektakl zyska lub już zyskał grono odbiorców, którym nie przeszkadzają wymienione mankamenty. Jestem skłonna uwierzyć w entuzjastyczne reakcje młodzieży czy seniorów, o których wspominali w trakcie dyskusji aktorzy. Czy jest to jednak spektakl reprezentacyjny dla poziomu festiwalu polskich sztuk współczesnych? Jako pozycja konkursowa na R@Porcie wydaje się dziwić…

Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach ślepego Maksa i Szai Magnata z Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi w reżyserii Jacka Głomba to przedstawienie zaskakujące z wielu powodów. Legenda miejska, jako medium informacji na temat specyfiki konkretnego miejsca w danym czasie, staje się ostatnimi czasy ważnym źródłem inspiracji dla twórców teatru. Stwarza ona bowiem idealny i pozornie łatwy do obrony pretekst dla łączenia faktów z fikcją. Tytułowe Kokolobolo to nazwa knajpki – w tym ujęciu o szemranej reputacji – która w międzywojniu rzeczywiście funkcjonowała w Łodzi. W realizacji Głomba staje się ona miejscem spotkań społeczności żydowskiej, a także drobnych i tych nieco większych cwaniaczków, próbujących uszczknąć dla siebie z życia jak najwięcej. Miejsce to jest zdominowane przez nierzadko frywolną zabawę, popitki i nie do końca czyste interesy. Na scenie króluje scenografia przygotowana na tradycyjną modłę: bar w stylu retro, stoliki, z lewej strony podest, na którym wykonywane są piosenki, w tle – dwie olbrzymie szafy i piętrząca się pomiędzy nimi góra krzeseł. Jest to przestrzeń, w której spotykają się dwaj przyjaciele z łódzkich Bałut, jednej z biedniejszych dzielnic Łodzi. Szaja Magnat dopiero co wyszedł z więzienia, Ślepy Maks, egzekutor długów, właśnie żeni się po raz drugi w lokalu, który odziedziczył po pierwszej żonie. Życie trwa w pełnym rozkwicie aż do momentu, gdy naziści wkroczą do miasta. Spektakl złożony jest z dwóch części, a jego wewnętrzną cezurę stanowi początek II wojny światowej. Głomb na straży fabuły stawia narratora-kataryniarza, który mową wiązaną wprowadza publiczność w kolejne sceny, czasem nawet kusząc

Ula Bogdanów 3

m


m

Recenzje się na ich podsumowanie. Schemat fabularny jest zdumiewająco prosty i przewidywalny: przed wojną łódzki półświatek determinowali Żydzi, po ‘39 natomiast to właśnie społeczeństwo zostało pozbawione wszystkiego z godnością i życiem włącznie. Prawidłowość ta znajduje swoje odzwierciedlenie także w samej kompozycji spektaklu, bowiem odwrócenie ról nie determinuje zmian kwestii. W efekcie zastosowania podobnych klamr przedstawienie zostaje unieruchomione, kolejne sceny stają się przewidywalne, a stereotyp na temat złych Niemców i żydowskich złodziejaszków urasta do rangi fabularnej motywacji. Ten zaskakująco biało-czarny rysunek, nieustannie wzbogacany o scenki tyleż dynamicznych, co filmowo upozowanych bójek, korzysta ze wszystkich możliwych kalek: Żyda-wiecznego tułacza, nazisty o skłonnościach melomańskich, a wreszcie – co wydaje się najbardziej przerażające – Żyda, który pokornie i z własnej woli idzie na rzeź, poddając się bez walki. Szaja Magnat po wyjściu z więzienia staje się innym człowiekiem, namawia Ślepego Maksa do porzucenia szemranego interesu egzekwowania długów i organizuje w Kokolobolo lokalny sąd odsiewający krętaczy finansowych od ich ofiar i wymierza sprawiedliwość. On także staje się przywódcą w czasach nazistowskiej niedoli i podejmuje decyzję o urządzeniu w knajpie warsztatu szewskiego – by możliwie jak najdłużej przeżyć. Pierwsza część spektaklu swoim klimatem przypomina historię łotrzykowską, ale tak naprawdę

cały spektakl zdominowany jest przez estetykę realizmu serialowego, skupiającego się na fasadzie. Tekst główny, jak i piosenki napisane przez Roberta Urbańskiego przyczyniają się do podkreślenia papierowego charakteru postaci i zdarzeń. Wiele nie przesadzę, jeśli napiszę, że w tej inscenizacji widać wręcz, że rozlewana do kieliszków wódka to woda, a iluzja teatralna, na utrzymanie której zostały zużyte spore środki, jest podwójnym i bodaj największym oszustwem spektaklu. Najbardziej zastanawia jednak to, czego to przedstawienie de facto dotyczy. Reżyser, charakteryzując swoją twórczą postawę podczas pospektaklowego spotkania z publicznością, wiele razy podkreślał, że interesuje go niemodny obecnie teatr opowieści, w którym można wyraźnie określić wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Z punktu widzenia poetyk klasycznych taka kompozycja rzeczywiście decyduje o fortunności opowiadania jako gatunku; problem polega jednak na tym, że wyznaczniki formalne współcześnie nie mogą determinować historii. Postawa reżysera dziwi, a przynajmniej zaskakuje dlatego, że wykorzystuje on kontekst historyczny i poszlaki legend miejskich w zasadzie tylko po co, żeby pochwalić się znajomością prawideł fabularnych „dobrego” scenariusza. Kokolobolo... nie jest bowiem ani próbą rekonstrukcji przeszłości, ani wariacją na temat klimatu Łodzi na skraju wojny, ani nawet rzetelnym portretem zbiorowym ówczesnej społeczności. Czym więc ów spektakl miał być?

Joanna Żabnicka

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi Robert Urbański Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata reżyseria: Jacek Głomb, scenografia i kostiumy: Małgorzata Bulanda teksty piosenek: Robert Urbański, muzyka na żywo: Joanna Cieślarczyk/Zuzanna Wojdal, Maciej Kuliberda, Michał Makulski, Michał Nowak, Wojciech Sokołowski występują: Magdalena Drab (gościnnie), Malwina Irek, Magdalena Kaszewska, Agnieszka Korzeniowska, Mirosława Olbińska, Aleksandra Posielężna, Katarzyna Żuk, Paweł Audykowski, Michał Bieliński, Wojciech Droszczyński, Łukasz Gosławski, Artur Gotz, Gracjan Kielar, Hubert Kułacz, Albert Pyśk (gościnnie), Sławomir Sulej, Bartosz Turzyński premiera: 22 września 2012 fot. Agnieszka Misiewicz

4


Wywiad

PASSÉ WOBEC TEGO, CO MODNE

Z Jackiem Głombem, reżyserem spektaklu Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata, rozmawia Joanna Grześkowiak. Joanna Grześkowiak: Jest Pan dyrektorem Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy i to właśnie tam, jak zauważył w czasie spotkania po spektaklu Łukasz Rudziński, powstała większość Pana spektakli. Jak pracowało się Panu w Łodzi, która nie jest Pana rodzinnym miastem ani miejscem w którym często Pan pracuje?

Czy tworząc spektakl myśli Pan o tym, kim jest Pana widz i po co przychodzi do teatru? Wszystko co robię, robię tylko dla widza. Mój pomysł na świat to było zawsze przymierze z publicznością. Zawsze ten język opowieści, to w jaki sposób konstruuję spektakle, jest wobec widza. Mnie widz bardzo interesuje. Nie lubię, kiedy wychodzi z moich spektakli, a czasem to się zdarza. Koledzy mówią w takich sytuacjach, że to fantastycznie, bo to taka prowokacja. A ja tego nienawidzę i uważam, że teatr trzeba robić w przymierzu z widzem. I to z każdym widzem. Czyli trzeba znaleźć taki język, żeby on trafił i do tych młodych gniewnych, i do tych starszych, ułożonych. Żeby opowiadać historię – jest to teatr opowieści, o czym było tu zresztą szeroko powiedziane.

Jacek Głomb, fot. Materiały Teatruu

Jacek Głomb: Pana Łukasza szanuję, ale nie wie wszystkiego. Od paru lat coraz częściej robię spektakle poza Legnicą. I robię to z ciekawości świata, z pewnej chęci spotkania się z innymi ludźmi. W takim sensie, że ten „świat legnicki”, który kocham najbardziej i do końca świata tam będę, pozwala mi już na to, bo jest na tyle dobrze ułożony, że czasem mogę skoczyć sobie w bok. Nie robię tego kosztem pracy w Legnicy. Zespół pracuje, robi fajne spektakle, spotyka się z nowymi ludźmi. A ja mam wtedy czas na spotkanie się z nowymi ludźmi, bo to jest też taki moment, kiedy mogę kawałek siebie komuś oddać. Mogę się z kimś podzielić swoim światem, co też jest ważne. Kiedy osiągnie się coś w życiu, można przybrać dwie postawy: albo się to zamiata pod siebie, albo się z kimś dzieli. Ja mam taką głęboką potrzebę podzielenia się z ludźmi swoim światem, doświadczeniem, umiejętnościami, wadami, zaletami i tym, co mam w sobie. Więc ta wycieczka, przygoda z Łodzią, nie jest dla mnie niczym nadzwyczajnym, ponieważ już wcześniej takie przygody miałem. Teraz pracuję w Gorzowie, za chwilę wracam do Łodzi. Dla mnie ta wędrówka po świecie staje się coraz bardziej rozpoznawalna.

Co jest według Pana największym grzechem współczesnego teatru? Kompletny brak porozumienia z widownią. Uważam, że teatr polski, ten modny teatr, ten plastikowy, nowoczesny teatr, kompletnie zatracił świadomość tego, dla kogo jest. Teatr to są widzowie, teatr to jest przymierze z publicznością. To jest nie prowokacja, tylko opowieść, rozmowa z widzem. Mam bardzo surowy pogląd na temat współczesnego teatru w Polsce. Uważam, że jest on strasznie słaby warsztatowo i aktorsko. Ten teatr polski, który kiedyś był bardzo chwalony za warsztat reżyserów i aktorów, strasznie spsiał. Ja tego współczesnego teatru w ogóle nie rozumiem. To, co ja opowiadam, jest kompletnie passé wobec tego, co jest modne i dzisiaj powszechnie uznane za wartość.

Ogląda Pan współczesne spektakle? Coraz rzadziej.

5

h


u

Esej

ZAKLĘTE REWIRY Kiedy przedstawiamy się lub mamy powiedzieć kilka słów o sobie, najczęściej wymieniamy także miejsce pochodzenia. Ten zwyczaj pokazuje dobitnie wagę, jaką nasza kultura przykłada do tego elementu. Przekonanie o istotności owej informacji – nie zawsze w pełni uświadomione – opieramy na stereotypach, rzeczywistych cechach, lokalnej wiedzy, wpojonej w młodości uczuciowej reakcji… Jeszcze w XIX wieku popularna była koncepcja determinizmu społecznego czy środowiskowego, którą to kwestią zajmowali się chociażby dramatopisarze okresu naturalizmu, traktując często wspomnianą ideę jako rodzaj nowego fatum warunkującego sytuację bohaterów na tyle silnie, że stawała się ona sytuacją bez wyjścia. Twórczość Jacka Głomba, reżysera spektaklu Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata na pierwszy rzut oka możemy określić jako wychodzącą z diametralnie różnej pozycji. Punktem startu, a zarazem osią, wokół której budowany jest ten typ teatru, jest głęboka wiara w sprawczą moc sztuki, która umie wpływać na zastaną rzeczywistość i przeobrażać ją na lepsze. Reżyser tak deklaruje na swoim blogu: „(…) kieruję legnickim teatrem, który stał się znany, ceniony i nagradzany w całej Polsce, jako artystyczna wizytówka regionu, ale także – a może przede wszystkim – jako miejsce, w którym upominamy się o prawa dla biednych i wykluczonych, o prawdę, że Polska to nadal kraj zapóźnień materialnych, cywilizacyjnych i kulturowych. Niestety, także wielkich różnic między wykształconymi i bogatymi, a biednymi i pozbawionymi szans życiowych. (…) Teatru używam jako jedynego dostępnego mi dotychczas sposobu naprawiania świata. Grając w legnickich ruinach na Zakaczawiu, Fabrycznej, Nowym Świecie czy w miejscach społecznie trudnych, jak na betonowych Piekarach, robiliśmy to nie dla kaprysu i kolorytu. Graliśmy i będziemy grać w takich przestrzeniach, by głośno i wyraźnie upominać się te zapomniane i zdegradowane miejsca, by dać szansę na lepsze życie mieszkańcom tych zaklętych rewirów”.

W kontekście wymienionych przestrzeni na myśl przychodzą takie realizacje teatru w Legnicy jak słynna Ballada o Zakaczawiu Jacka Głomba czy Made in Poland Przemysława Wojcieszka. W obu przywołanych spektaklach reżyserzy upominają się o zapomniane, zdegradowane miejsca, oba są zakorzenione w przestrzeni Legnicy i jej konkretnych dzielnic, w pierwszym niesławne Zakaczawie pojawia się w tytule, natomiast w drugim Piekary stają się autentycznym miejscem akcji przedstawienia. Ten legnicki spektakl gościa tegorocznego R@Portu charakteryzuje humor i sięgnięcie do tradycji miejsca, jednej z owianych złą sławą, wręcz uważanej za najniebezpieczniejszą dzielnicę miasta. Ballada o Zakaczawiu to okraszona nutką melancholii opowieść o tym, skąd przyszli i dokąd idą jej mieszkańcy. Głomb zainscenizował lokalne legendy, nieznane poza małą społecznością, co nie oznacza, że spektakl był niezrozumiały poza kontekstem. Dla obu stron, lokalnej społeczności, jak i przyjezdnych widzów, interesująca staje się opowieść o tym, co znajduje się poza oficjalną narracją historyczną i kulturową, czemu do tego momentu nikt nie chciał i nie musiał poświęcić uwagi. Z kolei u Wojcieszka przestrzeń także ma swoją historię, ale jest ona stosunkowo nowa. Główne akcenty położone są na opowieść, która rozgrywa się tu i teraz. Istniejąca tuż obok widzów przestrzeń beznadziei staje się boleśnie realna, nie ma w niej miejsca na patynę czasu i nastrojowe spojrzenie w przeszłość, a mimo to okazuje się ona niepozbawiona potencjału estetycznego.

Aleksandra Spilkowska 6


Relacja z wystawy i promocji książki

Wystawa poświęcona jednemu z jurorów tegorocznego Festiwalu R@Port, Pawłowi Demirskiemu, miała wczoraj swój wernisaż w przestrzeni Galerii Ratusz w Gdyni. Demirski na scenę! to zbiór czternastu plakatów do spektakli realizowanych w teatrach w całej Polsce z przedziału czasowego 2005-2013. Inscenizacji sztuk Demirskiego kilkakrotnie podejmował się reżyser Michał Zadara (From Poland with love, Wałęsa. Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna, Ifigenia nowa tragedia [według wersji Racine’a], Tykocin) i Monika Strzępka (m.in. Śmierć podatnika, Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej, Tęczowa trybuna 2012, Firma, Courtney Love czy Bitwa Warszawska 1920). Inaugurację poprowadził dyrektor Teatru Miejskiego, Wojciech Zieliński. Wystawę można oglądać do połowy grudnia.

fot. Natalia Grygiel

JURORÓW DWÓCH

Promocja książki Dramaturgia Janusza Głowackiego – trochę teatru była natomiast okazją do wspomnienia o tym ubiegłorocznym jurorze. Pomysłodawcą wydania tekstów wygłoszonych podczas zeszłorocznej konferencji pod tym samym tytułem (z zastrzeżeniem, że jest to jedynie próba całości), jest profesor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego Jan Ciechowicz. Do Teatru Miejskiego przybyła Ewa Nawrocka, autorka tekstu Szekspir Głowackiego, a także Joanna Puzyna-Chojka, której analizę strategii pisarskich Głowackiego można przeczytać w promowanej książce. Publikacja zawiera piętnaście tekstów napisanych przez teatrologów i filologów. Naukowy charakter publikacji podkreśla recenzja prof. dr hab. Ewy Wąchockiej z Uniwersytetu Śląskiego.

fot. Natalia Grygiel

fot. Natalia Grygiel

Natalia Grygiel

7

y


d

Felieton | Zasłyszane

O AUTORZE, CO PISAĆ Z POWODZENIEM MOŻE… Miało być o kserze, (s)forze i redaktorze, ale… nie można się powtarzać. Czyżbym się zestarzała? Kolej-

ne lata biegną, R@Port dorośleje, ma już osiem lat. Każda z czterech edycji, na których byłam, była diametralnie inna. Wszystkie jednak sprowadzić można do wspólnego mianownika – do postaci AUTORA.

W tych kilkudziesięciu słowach chciałabym z lekkim dystansem spojrzeć właśnie na niego i naszkicować zaledwie kilka atrybutów, które, jak sądzę, powinien posiadać dobry – zatem wystawiany, rozchwytywany, poczytny współczesny dramatopisarz. Oto one: • Rozwiane włosy, najlepiej potargane á la Einstein – w procesie twórczym są one niezbędne – co ów autor będzie z szewską pasją wyrywał? Podobną funkcję u mężczyzn może sprawować broda. Koniecznie gęsta. Można ją także gładzić w ferworze myślenia i obmyślania, czyli tzw. móżdżenia. Często stanowi skutek braku czasu na golenie. Trzeba wszak ciągle tworzyć, tworzyć, pisać…! • Bojowe spodnie, czyli bojówki – koniecznie z dużą ilością kieszeni, kieszonek, kieszoneczek, w których pomieszczą się niezliczone karteluszki ze szkicami postaci, scen, arytmetycznymi wyliczeniami, punktami kulminacyjnymi. Do tego kilkanaście ołóweczków, piór, pióreczek i innych długopiszących narzędzi.

Podkrążone oczy – od patrzenia w monitor, kartki, książki, czytania sztuk konkurencji. I z braku widoku słońca, a co za tym idzie, z braku światła dziennego. Wszak najlepiej tworzy się w nocy. Copywriterska bądź dziennikarska przeszłość – to idealna szkoła do nauki warsztatu, ale też robienia z igły wideł, pompowania tekstu, użycia metafory i pisania o niczym… Szary, bury i – koniecznie! – porozciągany sweter. Tylko dzięki niemu dramatopisarz odpowiednio wtopi się w tłum ludzi, by móc ich obserwować, a później owe obserwacje przenieść na karty sztuki. Inne funkcje tej części ubioru? Patrz punkt pierwszy. Mikser – najlepiej o dużej mocy. Po co? By miksować. Miksować słowa, skojarzenia, postaci, autorów, światy, sztuki, teksty i stwarzać nowe sztuki, światy, postaci.

A co z wyobraźnią? Wyobraźnię mniej Ty – Drogi Czytelniku, Zacny Widzu, by sobie wyobrażać, co autor miał na myśli, interpretować, dyskutować, optować, znaczenia dosztukować.

Anna Petynia

ZASŁYSZANE •

Spektakl ma przerwę, więc proszę się nie obawiać, będzie chwila odsapki – Mariusz Żarnecki Ja odpowiem na pańskie kolejne pytanie, o ile Pan by chciał je zadać – Jacek Głomb do Łukasza Rudzińskiego

Spotkałem fajnych ludzi, a to rzadkość, bo większość ludzi w teatrze nie jest fajna – Jacek Głomb Tobie się podobało? Moja mama się wzruszyła, sąsiadka się śmiała, a ja – nic – widz w przerwie spektaklu Kokolobolo...

Gazetę festiwalową redagują: TEATRALIA (www.teatralia.com.pl) w składzie: Ula Bogdanów, Agnieszka Domańska, Natalia Grygiel, Joanna Grześkowiak, Anna Kołodziejska, Agnieszka Misiewicz (redakcja), Anna Petynia, Aleksandra Spilkowska, Joanna Żabnicka (korekta) skład i łamanie: Monika Ambrozowicz kontakt: poznan@teatralia.com.pl zdjęcie na okładce pochodzi ze spektaklu Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach ślepego Maksa i Szai Magnata, fot. Janusz Szymański

8

Profile for Teatralia Magazyn

Fora nova nr 3  

Fora nova nr 3  

Profile for teatralia
Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded