Page 1

2

17.06–18.06.2013

Agnieszka Misiewicz fot.fot. materiały organizatorów

gazeta 19. Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Performatywnych A PART

ZAPRASZA 19 CZERWCA (ŚRODA) 18.00 Kinoteatr Rialto

TEATR PORYWACZE CIAŁ (POLSKA) PARTYTURY RZECZYWISTOŚCI [spektakl po polsku] 20.30 Teatr Korez

ANITA WACH/VIA NEGATIVA (POLSKA, SŁOWENIA) OOPS! [teatr tańca, performans, spektakl po polsku] Przedstawienie dla widzów dorosłych.

--------------------------------------------

21 CZERWCA (PIĄTEK) 19.00 Kinoteatr Rialto

KARBIDO (POLSKA) STOLIK [spektakl muzyczny]

TEATRALNA POGADANKA >> Agnieszka Misiewicz Divadlo Continuo jest nazywany przez czeskich teatrologów „nowym cyrkiem” – w swoich spektaklach łączy bowiem techniki akrobatyczne z popisami kuglarskimi, chętnie korzysta także z kostiumów i lalek. Zaprezentowany na Festiwalu A PART Now…? zupełnie odbiega od charakterystycznych dla artystów z Continuo form działalności – w spektaklu zrezygnowali z widowiskowej formy, by porozmawiać o… no właśnie, o czym? Czescy artyści tym razem nie zdecydowali się na zastosowanie efektownych rozwiązań scenicznych, chcąc zdemaskować teatralne mechanizmy, „zbliżyli” się do widza. Nie ukrywali się za kostiumami i scenografią, wystąpili w codziennych ubraniach, zwracając się wprost do publiczności. Starali się wyjść z dotychczasowej roli, a raczej odgrywali to wyjście, ostatecznie tylko wzmacniając tym samym swój status aktora. Kiedy jeden z nich łamaną polszczyzną odczytywał z gazety informacje o zbliżających się do Ziemi asteroidach, reszta z niepokojem spoglądała w górę. „Wierzycie nam, że patrzymy na nadlatujące asteroidy, a przecież ani nie

możemy ich zobaczyć, ani nie byłyby w stanie nic nam zrobić, jest nad nami sufit!” – trzeźwo zauważył „narrator” tego przedstawienia. Artyści starali się rozbić w ten sposób teatralną iluzję, która jest jednak przecież świadomą i obustronną umową pomiędzy twórcami a odbiorcami. Takie autotematyczne działania bywają dla teatru bardo ożywcze, o ile nie sprowadzają się do prostego wytknięcia nieprawdy. W najnowszym czeskim teatrze pojawiła się ostatnio tendencja do tworzenia spektakli dokumentalnych – może w tym kontekście pytania o prawdę w teatrze są dla Continuo nie tylko potrzebne, ale i aktualne.

1 <<


2 WSZYSTKIE NASZE NĘDZNE SPRAWY >> Joanna Żabnicka Divadlo Contiuo to zespół, którego przedstawienie rozpoczęło trzeci dzień festiwalowy. Ich dywagacje na temat prawdy i fałszu w teatrze ujęte zostały w ramy spektaklu Now...?, który można było zobaczyć na scenie Teatru Korez. Czeski zespół na szczęście nie próbował jednak udzielić odpowiedzi na pytanie: czym jest prawda? Przypomina mi się pewien dowcip, który, przytoczony w kontekście tego spektaklu, nie naruszy zasady decorum. Otóż zapytany właśnie o tę kwestię gazda odpowiada, że istnieją trzy prawdy: prawda, święta prawa i gówno prawda. Dokładnie o tym traktuje przedstawienie Now...? Istnieją bowiem abstrakcyjne pojęcie prawdy, z definicji nieosiągalne dla człowieka, oraz prawdy, w którą ufa „się” bezrefleksyjnie, a wreszcie to będące jawnym zakłamaniem. Na scenie pojawia się wielu ludzi obojga płci – każdy jest czymś zafrapowany: jeden czyta gazetę, tamten znowu stroi pianino, a ów przechadza się po sali z wentylatorem, którym podwiewa strzępy papierów i rozrzucone przed chwilą

fot. materiały organizatorów

Pytania te artyści zderzają z kolejnymi – tym razem o prawdę w życiu. Pojawia się tu wiele wątków, scen, tanecznych etiud, które tworzą barwny i momentami przezabawny kolaż. Ze sceny pada stwierdzenie, że motorem napędowym – zarówno życia, jak i teatru – jest konflikt. Ciekawie zostało to oddane w choreograficznym duecie, jak i w komicznej scenie, w której zawartość gazety – dosłownie – uderza. Bardzo udaną była też tłumaczona (piąte przez dziesiąte) na polski scena dywagacji na temat na temat istnienia miłości. Now…? to spektakl, który ma spory potencjał, bo choć niektóre wątki sprowadzają się do zbyt banalnych konkluzji, jest też kilka ciekawych i wartych rozwinięcia. Dialogowanie z publicznością nie – jak zwykle – przez ruch, ale głównie przez słowo, wychodzi Continuo trochę mniej sprawnie. Teatr, z wszelkimi jego monumentalnymi mechanizmami, to jednak ich żywioł i nie są w stanie wyprzeć się tego – nawet deklarując łamanie teatralnych konwencji. ¢

przez kogoś innego plastikowe kubki. Wszystkie osoby robią coś, w co – jak się zdaje – wierzą, choćby było to jakkolwiek bezużyteczne. Można nawet powiedzieć, że do momentu, kiedy pierwszy aktor

>> 2

się odezwie mamy do czynienia z autentyczną sytuacją. Oczywiście publiczność zdaje sobie sprawę, że to, co widzi, to jednak tylko gra i dlatego słowa, które miały ujawnić główną myśl spektaklu spaliły na panewce. Postawienie rozrastającego się pytania: „czy wiecie? czy wiecie w czym tkwi problem? czy wiecie w czym tkwi problem teatru?”, podobnie jak odpowiedź na nie „bo to nie jest prawda”, trącą banałem. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której mówiący próbuje zdemaskować (zdemaskowany już przecież dawno!) teatr jako źródło iluzji. Konstatacja ta jest spłaszczana zresztą potem jeszcze bardzo obcesowo, kiedy ten sam aktor stwierdza, że ma mały penis, po czym wybucha śmiechem i mówi, że przecież tak nie jest, bo wszystko co powiedział, mówił w teatrze. Jednak na żadne z tych przeczących sobie zdań nie dostarcza dowodu, będącego poręką prawdziwości tych słów. Kolejno przytaczane w trakcie spektaklu „kłamstwa”, jak twierdzenie, że nie ma miłości, a jest jedynie chemia, wykrzykiwane założenia teorii Freuda czy kilkakrotnie cytowany artykuł o tym, że do ziemi zbliża się „470 asteroidów”, mają być litanią kłamstw, jakich dokonuje się na nieświadomych ludziach. A przecież wiadomo nie od dziś, że to naczynie, w którym podawana jest potrawa decyduje o tym, jak danie smakuje. Zatem czy problem nieprawdy


2

Divadlo Continuo (Czechy) Now…? reżyseria i reżyseria światła: Pavel Štourač, scenariusz i scenografia: Continuo, muzyka: Alessandro La Rocca, Continuo, występują: Kateřina Šobáňová, Zuzana Smolová, Alessandro La Rocca, Ivo Jurečka, Martin Janda, Michal Puhač premiera: 2012

CZEGO NIE WIDAĆ >> Agnieszka Misiewicz Nie powinna dziwić obecność na Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Performatywnych A PART współczesnego tańca – chętnie czerpie on z teatru i perfomansu, granice między nimi często zacierają się. Tak jest i w przypadku Compagnie Étantdonné, która pojawiła się w tegorocznej edycji z bardzo przekornym spektaklem ShowCase Trilogy.

fot. materiały organizatorów

tkwi w konkretnym języku? Oczywiście, że nie – na scenie pojawiają się one przynajmniej trzy (czeski, angielski i polski – za sprawą porwanego z publiczności „tłumacza”, wyposażonego w listę dialogową oraz usiłującego odczytać polski tekst czeskiego aktora) i każdy z nich kłamie. Spektakl jest dość chaotyczny, mnogość przywoływanych przykładów oraz performerów wypełniających przestrzeń nie pozwala się skupić. Od razu na myśl przychodzi Radio Bzdet i inne zagłuszacze z Walentynek Tadeusza Różewicza. Ten szum zdaje się na zmianę puentować i odrzucać dopiero co postawione twierdzenia. W konsekwencji spektakl odbiera się jako ciężki, tak do zniesienia, jak i od niskich lotów żartów. Zdarzają się też momenty naprawdę śmieszne, jak ten, w którym gazeta sama daje swemu czytelnikowi po twarzy, bo przecież tego w niej – podobnie jak w teatrze – szukamy: przemocy i konfliktu. Codzienność upływająca w harmonii jest więc codziennością straconą – w dwojakim znaczeniu tego słowa. Przedstawienie Now...?, przy całym swoim potencjale komicznym, ma wydźwięk zgoła pesymistyczny. Jeżeli odwołać się do najważniejszej myśli Gombrowicza – że nie ma ucieczki przed formą – należałoby stwierdzić, że wnioski, jakie performerzy z Divadlo Continuo wyciągnęli z obserwacji codzienności, również nie są wiarygodne, a upozowane. Po obejrzeniu Now...? można ponadto odnieść wrażenie, że gra o nieskończonej liczbie „drugich den”, jaką rozpoczął czeski zespół, wciągnęła go tak bardzo, że w rebusie na temat metateatralności po prostu zabrakło teatru. ¢

Zawarta w tytule przedstawienia „trylogia” wyznacza kompozycyjne ramy dzieła użyciem trzech słynnych tematów muzycznych (tu zgrabnie przetworzonych), do których chyba każdy tancerz klasyczny marzy zatańczyć: Święta wiosny Igora Strawińskiego, Bolera Maurice’a Ravela oraz Jeziora łabędziego Piotra Czajkowskiego. Nie warto chyba jednak sztucznie wyznaczać trzech głównych wątków tematycznych spektaklu, bo – mimo wyraźnego choreograficznego wyodrębnienia poszczególnych części – zmieniają się płynnie i są znacznie szersze niż w zapowiedzi programowej. Jest to więc rzecz nie tylko o pięknie, czasie i pustce, ale i silnie autotematyczna – o tworzeniu tanecznego

przedstawienia, i o tym, czego na scenie już nie widać. Tańca w „tradycyjnym” rozumieniu jest tu proporcjonalnie do całości stosunkowo niewiele, choreografia opiera się głównie na przygotowaniu do takiego działania. Jej istotą nie jest więc ten krótki popis tanecznych umiejętności, który serwowany jest pod koniec każdego z aktów, ale poprzedzające go działania organizujące przestrzeń i przygotowujące artystów do tej krótkiej chwili występu. Czas staje się zresztą bardzo ważnym elementem spektaklu – tancerze sposobią się do działania bardzo powoli, na naszych oczach przebierając się, dopiero poznając przestrzeń, odkrywając

3 <<


2

>> 4

TRYLOGIA PO FRANCUSKU >> Joanna Żabnicka ShowCase Trilogy, spektakl teatru tańca w wykonaniu Compagnie Étantdonné, w założeniu składa się z trzech etiud dotyczących piękna, czasu i pustki. Przedstawienie pokazane w chorzowskim Teatrze Rozrywki na zakończenie trzeciego dnia festiwalu zebrało gromkie brawa. Okazuje się bowiem, że historia opowiadana poprzez ciało może odnaleźć narrację inną niż tę werbalną.

fot. materiały organizatorów

zaskakujące związki między choreografią codziennych czynności a choreografią prezentowaną szerokiej publiczności do „kanonicznych” dzieł muzyki. Chcąc pokazać powstawanie przedstawienia w czasie rzeczywistym, a nie jedynie ten wycinek, który zwykle przychodzi obserwować widzom, testują ich cierpliwość, a są w tym niespiesznym działaniu szalenie konsekwentni. Artyści mają przy tym spore poczucie humoru, próby wypracowania jakiegoś ruchu i wynikające z nich „dłużyzny” kwitują nieco zniecierpliwioną, ale wciąż – dobrą miną do „złej” gry. Tempo i intensywność ich działania pozwala dłużej zatrzymać się nad uchwyconymi niczym na stop-klatce plastycznymi obrazami, które tworzą, zajmując konkretne miejsce w przestrzeni. Ich ruchy są zwielokrotnione, „wypróbowane” po kilka lub nawet kilkanaście razy, by wreszcie osiągnąć zadowalający efekt. W każdym akcie, a nawet w poszczególnych scenach, ruch nabiera całkiem odmiennego charakteru, żartobliwie wadząc się z muzyką lub grając z konwencją oryginalnie tworzonego do niej baletowego dzieła. Ich finalne występy to niby taniec klasyczny, ale z perspektywy obserwowanych wcześniej poczynań artystów, możemy dostrzec w nim zgoła inne wpływy, z czym znakomicie korespondują wyświetlane na białej ścianie ponad sceną animacje video. Ukoronowaniem spektaklu jest poruszająca ostatnia scena, od/tańczona w przestrzeni skrupulatnie wypełnionej lalkami Barbie przez tancerki będące ich większą kopią. Niezapomniany obraz. ¢

Scenografia była bardzo prosta: w tle sceny znajdował się biały kwadrat, na ziemi – jakby na kształt jego odbicia – świetlisty odpowiednik. Pomysł na ShowCase Trilogy zdaje się równie klarowny – chodzi o to, by było jak najoszczędniej: tak jeśli chodzi o rekwizyty, jak i o ruch. Nie znaczy to oczywiście, że głównym zajęciem trojga tancerzy było stanie na scenie. Chodziło raczej o „pożyczanie” sobie nawzajem ruchów przez występujących, naśladowanie następujących po sobie sekwencji. Nieparzysta liczba tancerzy pozwalała na takie

ustawienie ich w określonej konstelacji, by osoba znajdująca się na końcu linii, którą tworzyły ciała performerów, nadawała ton kolejnej scenie. Jest to zabieg dość męczący dla odbiorcy na dłuższą metę, jednak początkowe „dotarcia” się na scenie rzeczywiście mogły wywołać uśmiech u publiczności. Wyjątkowo ważnym elementem tej prezentacji były remiksy trzech tematów-filarów muzyki poważnej, do której artyści tańczyli (lub sprawiali wrażenie, że „zanoszą się” do wykonania tańca – bo i tak raz się zdarzyło) partie


2 SYMETRIA JAKO ZABÓJCA

fot. materiały organizatorów

>> Joanna Żabnicka

solowe: Święto wiosny Strawińskiego, Bolero Ravela i Jezioro łabędzie Czajkowskiego. Te bardzo głośne, do tego niejako „połamane”, utwory miały na celu rozbić kolektywizm działań tańczących. O ile bowiem pierwsza część, ukazywała próbę przejścia aktorów po rozpostartych na ziemi ubraniach z jednej krawędzi świetlnego kwadratu na drugą, przez co formą bardziej nawiązywała do teatru dramatycznego, o tyle kolejne dwie bazowały jedynie na ruchu w przestrzeni i – co szczególnie ważne – na jego powtarzanych przez jedną osobę do znudzenia sekwencjach. Szczególnie wyróżniła się część trzecia, w której obie kobiety upodobniały się do lalek. Zanim jednak to nastąpiło, jedna z nich przybierała pozy kojarzące się z gestami modelek na wybiegu lub w trakcie sesji fotograficznej. Druga kobieta ustawiała tymczasem w rzędach nagie blond lalki w równych odstępach tak długo, aż w jasnym kwadracie pozostało miejsce tylko dla ostatniej – i właśnie na tym polu przez chwilę tańczyła jeszcze pierwsza z kobiet. Potem obie przebrały się w beżową bieliznę,

naciągnęły na głowy pończochy ze starannie wyszminkowanymi ustami i podkreślonymi na czarno oczami. W ten sposób zupełnie się do siebie wzajemnie upodobniły, co znalazło także odzwierciedlenie w układzie choreograficznym, wykonywanym w większej części w pozycji leżącej przez obie artystki w „alejkach” wytyczonych przez siedzące lalki. Wymagało to niezwykłej precyzji i robiło niemałe wrażenie tym bardziej, że ruchom tancerek, przywodzącym na myśl ograniczoną ekspresję kończyn lalek Barbie, towarzyszyła projekcja przedstawiająca te ostatnie nagie, wykonujące ćwiczenia do złudzenia przypominające z kolei te, które kobiety wykonywały we wcześniejszych partiach spektaklu. Propozycja Compagnie Étantdonné z pewnością odznaczała się na tle dotychczas pokazanych przedstawień stopniem hermetyczności języka, a tym samym – potraktowania tematu. Osnucie spektaklu wokół trzech pojęć: piękna, czasu i pustki, sprzyjało utrzymaniu spójnej koncepcji tego specyficznego teatru tańca. ¢

Compagnie Étantdonné ShowCase Trilogy kocepcja i choreografia: Frédérike Unger, Jérôme Ferron , aranżacja muzyczna: Hubert Michel , światło: François Maillot, Frank Guérard , scenografia: Etienne David , wideo: Nicolas Diologent i Frédérick Pickering występują: Frédérike Unger, Marie Rual (Emily Mézières), Jérôme Ferron  premiera: 2007

Najnowszy spektakl Teatru A PART, Ziemia Gomo, jest – mimo swojej onirycznej scenerii – tematycznie mocno związany ze Śląskiem. Przestrezń, pełna odgłosów z kopalni, węgla, metalowych konstrukcji i ognia, pozostaje obca, mimo że jest znana. Praktycznie nieposługujące się językiem jako nośnikiem sensów obrazy unieważniają podziały, które przyjęło się uważać za oczywiste w tej części świata. W spektaklu tym wszystko jest wspólne, a każda próba podziału niesie z sobą śmierć. Ziemia Gomo rozpoczyna się od sceny w czymś na kształt obozu koncentracyjnego, po którym spacerują, choć groźbą przymuszeni do tego, ludzie ubrani „na galowo”, pod krawatami. Ten obraz przywołuje na myśl raczej pospieszną wycieczkę uczniów w mundurkach lub pochód otumanionych pracowników korporacyjnych, próbujących nie narazić się swoim strażnikom, niż poruszających się po wybiegu więźniów. Podobna niepewność czy ambiwalencja, niejednokrotnie ujawnia się tak na poziomie postaci, jak i w ich otoczeniu. Do okratowanej przestrzeni, której horyzont określony jest przez drut kolczasty, można dostać się przez czarną furtkę, kojarzącą się z bramką cmentarną lub taką prowadzącą do parku. Po ziemi kulają się czarne baloniki zawiązane srebrną wstążką; gdyby nie ich lekkość, mogłyby zostać uznane za stosy kul, które przytracza się do nóg skazańców. Ów „ogród koncentracyjny” (korzystam w tym miejscu z tytułu

5 <<


2

fot. Jacek Lidwin

fot.Paweł Siodłok

debiutanckiej płyty zespołu Świetliki), staje się polem do manifestowania kolejnych form opresyjności – od narzędzi systemu totalitarnego, przez strach wywołany napaścią potwora na szczudłach, aż po narzucony przez region, w którym przyszło żyć, zawód górnika. Sposobem sprawowania kontroli nad drugim człowiekiem staje się także miłość, jako uczucie wymagające od pary nie tylko zaangażowania, ale i (samo) kontroli. Pośród nietypowego kojarzenia sytuacji i postaci, tak charakterystycznego dla estetyki snu – a w spektaklu Marcina Hericha wykorzystane chyba do maksimum – wyłaniają się sceny dość klarowne i odwołujące się do zupełnie

niespodziewanego tekstu kultury. Tak właśnie dzieje się chociażby w scenie, w której z dymu wyłaniają się postaci baletnicy i górnika, stają naprzeciw siebie po to, by po dłuższej chwili milczenia i bezruchu zakochać się w sobie. Ta subtelna scena, tak osobna pośród wybuchów ognia, chrzęstu ciężkiej muzyki i kopalnianych odgłosów, przywodzi na myśl dwoje bohaterów baśni Hansa Christiana Andersena Dzielny ołowiany żołnierzyk. Charakterystyczna dla tego spektaklu jest kompozycja. Pomimo narzucającej się chaotyczności scen walki, ucieczek piszczących przeraźliwie Japonek i dzikich tańców Indian, dominującą zasadą prowadzenia poszczególnych scen jest symetria. Scenografia zbudowana jest w sposób, by narzucała taki właśnie układ przestrzenny. Po bokach instalacji stoją po jednej wieże z reflektorem, a pod każdą z nich taczka z węglem, który lada chwila zapłonie. W tyle, na krańcach horyzontu sceny – widnieją wyloty dwu tuneli, z których najczęściej aktorzy będą wychodzili synchronicznie. Pośrodku ogrodzenia opasującego całość, niejako na osi przestrzeni znajduje się furtka, od której będzie pod koniec spektaklu usypana droga z gorących węgli, a u końca tego duktu spocznie w trumnie górnik. Także podług tej ścieżki ustawione będą dwa krzesła – dla opuszczonej kobiety i drugie, już dla nikogo. W scenie pochówku ujawnia się ponadto jeszcze jedna granica – wyznacza

partnerzy i sponsorzy

>> 6

ją furtka. Kiedy kobieta zostawia za sobą ukochanego i nieśmiało ją przekracza, otwiera się przed nią światło (stanowiące przedłużenie węglowego szlaku), a raczej oczywistym jest, co oznacza w podobnej sytuacji pójście w jego stronę. Ta konstytuująca obraz symetria uniemożliwia jednak połączenie tego, co z prawej i tego, co z lewej strony (lub u góry i na dole). Dojście do granicy, jaką jest oś równa się śmierci. Podobne postępowanie obnaża ponadto schematyczność myślenia twórców o przestrzeni – a tego przecież we śnie (i teatrze) być nie powinno. W Ziemi Gomo wyraźnie obecny jest także związek Erosa i Tanatosa, a bezpośrednio przywołany zostaje w scenie finałowej, kiedy to na szczycie czarnych regałów ustawionych pomiędzy wspomnianymi tunelami podnoszą się nagie, uskrzydlone i radośnie pląsające w rytm muzyki postaci. Pod koniec raz jeszcze ujawnia się zatem wielofunkcyjność przestrzeni sceny; tym razem zmienia się ona w katakumby – wszak na półkach zalegają trumny. Najnowszy spektakl Teatru A PART zaoferował widzowi mnogość klimatów i obrazów. Ziemia Gomo, jako przestrzeń niczyja z jednej, a będąca równocześnie centrum wieloznaczności (niejako „do wykorzystania”) z drugiej strony, daje olbrzymie pole manewru dla artysty. Z tym trzeba jednak uważać, aby – tak jak w kopalni – nie kopać zbyt głęboko. ¢


fot. Paweł Siodłok

2 OBLĘŻONA ZIEMIA >> Agnieszka Misiewicz

Już w pierwszych chwilach Ziemi Gomo wyraźnie zarysowuje się opresywna sytuacja, stanowiąca kanwę spektaklu. Scena otoczona jest metalowym płotem zakończonym drutem kolczastym, jedyna prowadząca doń brama jest pilnie strzeżona. Osaczeni bohaterowie po kilku minutach rozpaczliwego krążenia po tej zamkniętej przestrzeni odsłaniają zawieszone pod ubraniami kartoniki, z wypisanych na nich liter układając słowo „koniec”. I rzeczywiście, jest to początek końca ich świata. Dawne kino Słońce, mieszczące się poza centrum Katowic – między osiedlem robotniczym na Nikiszowcu a Janowem – to znakomite miejsce na opowiedzenie historii, w której pojawiają się obrazy i dźwięki zaczerpnięte z górniczego życia Śląska. Teren ten, znajdujący się poza głównym biegiem miejskich wydarzeń, ciekawie wpisuje się także w refleksję o osaczeniu czy przemijaniu, które to motywy można odnaleźć w Ziemi Gomo. Znakiem rozpoznawczym Teatru A PART są sugestywne, wyraziste obrazy, których nie zabrakło także w ich najnowszym spektaklu. Pierwszym, bardzo istotnym znakiem jest już scenografia: metalowa konstrukcja wytyczająca zamkniętą, nieprzyjazną przestrzeń, dozorowaną przez ubranych w czarne skórzane płaszcze mężczyzn. W spektaklu

silnie widoczne są antynomie: strażnicy poruszają się pewnym krokiem, zamknięci ludzie szybko przenoszą się z miejsca na miejsce, co rusz przystając i badając sytuację – ciągle żałośnie bez wyjścia. Siła tkwi niestety nie w ich ilości, ale we wszechmocy władzy, której kolejne oblicza ukazuje reżyser. Dalej pojawiają się kolejne (pozorne) przeciwieństwa: Marcin Herich zestawia górnika z delikatną baletnicą, żywioł ognia z wodą, by w końcu połączyć nawet Erosa z Tanatosem. Patos przeplata się z groteską, sceny dramatyczne przełamywane są komicznymi: pojawia się dziwaczne plemię tańczące dookoła pracownika kopalni i tancerki, wielki potwór płoszący małe Azjatki, Kupidyny ze strzałami – ale bez łuków. A PART stosuje w Ziemi Gomo wiele rozwiązań charakterystycznych dla teatru

plenerowego – monumentalną scenografię, ogień czy postaci na szczudłach, które sprawdziły się całkiem dobrze także w tej kameralnej przestrzeni. Niektóre z zaproponowanych przez twórców obrazów zagrały jako przepiękna metafora (jak choćby przejście do bramy po usypanej z żarzącego się węgla linii demarkacyjnej), inne – jako nieco zbyt oczywisty symbol (trumna, znicz i kwiaty w scenie pogrzebowej trochę niepotrzebnie zwielokrotniają i tak przecież jasny przekaz). Ziemia jako źródło, przestrzeń życia i pracy, możliwości i ograniczeń, a w końcu – miejsce ostatecznego spoczynku, stała się dla twórców pretekstem do poruszenia wielowątkowej opowieści. Opowieści pisanej nie słowami, ale obrazami. ¢

Teatr A PART (Katowice) Ziemia Gomo zamysł, zarys scenariusza, reżyseria, scenografia: Marcin Herich, scenariusz: napisany na scenie przez zespół Teatru pod kierunkiem Marcina Hericha występują: Maria Katarzyna Gliwa, Natalia Kruszyna, Joanna Pyrcz, Monika Wachowicz, Maciej Dziaczko, Cezary Kruszyna, Marek Radwan, Lesław Witosz  muzyka: fragmenty utworów Johanna Johannssona, Ortomo Yoshihide, Mr Geoffrey & JD Franzke, Ulver, Dream Theatre, Social Interiors, Toska i Tomaso Albinioniego oraz oryginalne dźwięki pracy kopalni KWK „Bolesław Śmiały” w Łaziskach Górnych premiera: 2012

7 <<


2

gazetę redaguje internetowy magazyn

kontakt: redaktor@teatralia.com.pl

>> 8

w składzie: Agnieszka Misiewicz (redakcja), Joanna Żabnicka (korekta), Julia Lewińska (redakcja techniczna), Katarzyna Lemańska (skład i łamanie)

Na stronie nr 2  

Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A PART

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you