Issuu on Google+

W gronie najzdolniejszych narciarek młodego pokolenia zakwalifikowanych do udziału w programie TAURON OlimpijSki znalazła się mieszkanka Nowego Targu Aleksandra Malinowska. Dziś to właśnie ona odpowiada na nasze pytania. Jak zaczęła się Twoja przygoda z narciarstwem alpejskim? Aleksandra Malinowska: Moja przygoda z narciarstwem alpejskim zaczęła się kiedy miałam 2 lata. Cała moja rodzina to sympatycy sportu, można więc powiedzieć, że nie miałam wyboru. Amatorskie wypady w słoneczne niedziele na Kasprowy Wierch bądź na Słowację przerodziły się w prawdziwą pasję. Od kiedy trenujesz tę dyscyplinę wyczynowo w klubie narciarskim? AM: Do klubu KS Firn Zakopane dołączyłam w wieku 7 lat. Początkowo były to wyprawy na rowerach bądź jazda na rolkach. Rodzicom głównie chodziło o to abym spędzała czas aktywnie. Dzisiaj już nie muszą mnie do tego namawiać. Czy poza treningami znajdujesz czas na jazdę na nartach także dla przyjemności? AM: W moim wypadku ciężko jest mówić o jeździe dla czystej przyjemności, gdyż nawet trening na nartach, na którym trzeba się zmęczyć i dać z siebie wszystko, jest przyjemnością. Może brzmi to banalnie ale tak naprawdę jest. Oczywiście przyjaciele w zimie próbują mnie wyciągnąc na narty bądź deskę snowboardową, ale niestety w sezonie jest to nierealne – według trenera może to zaburzyć naszą technikę. Jednak gdy sezon sie kończy, a śnieg można jeszcze zaleźć na Kasprowym Wierchu - nigdy nie odmawiam! Które za swoich dotychczasowych sukcesów sportowych uważasz za najważniejsze? AM: Za moje najistotniejsze sukcesy w Polsce uważam wyniki z Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Myślę, że te zawody są najważniejsze w sezonie dlatego cieszę się, że mogłam zdobyć medale w każdym kolorze. Równie ważne były dla mnie ostatnie zawody w Jurgowie (sezon 10/11), w których wygrałam slalom specjalny i zajęłam drugie miejsce w slalomie gigancie. Na zawodach międzynarodowych najlepszym wynikiem był start we Vratnej (7 miejsce) i zawody w Rickach, w których zajmowałam 8 miejsce po pierwszym przejeżdzie z niewielką stratą do pierwszej zawodniczki.


Jakie jest Twoje największe marzenie dotyczące narciarstwa? AM: Moim największym marzeniem dotyczącym narciarstwa jest start na Olimpiadzie i chyba jak każdego narciarza ciągłe wygrywanie. W przyszłości chciałabym dorównać czołówce światowej. Jacy są Twoi najwięksi narciarscy idole? AM: Jest nim zdecydowanie Bode Miller. Podziwiam go za odważną, zdecydowaną i agresywną jazdę. Wszystko stawia na jedną kartę. Jego technika nie jest może wzorem ale nastawienie psychiczne jest na pewno godne naśladowania. W slalomach nie mogę oderwać wzroku od Marcela Hirschera, natomiast wśród kobiet numerem 1 jest Lindsey Vonn. Inspirują mnie także Julia Mancuso, Maria Riesch i Anja Paerson. Co oznacza dla Ciebie udział w projekcie TAURON Bachleda Ski i jakie są Twoje oczekiwania względem tego przedsięwzięcia? AM: Projekt Tauron Bachleda Ski jest dla mnie przede wszystkim wielką szansą, którą chciałabym jak najlepiej wykorzystać. Jest to również wielkie odciążenie finansowe dla rodziców. Przyda się też oko nowych fachowców i współpraca z nimi. Jakie jest Twoje najśmieszniejsze wspomnienie lub zabawna sytuacja związana z treningami, wyjazdami lub zawodami narciarskimi? AM: Zabawnych sytuacji było wiele, dzielą sie one na takie o których wiedzą trenerzy i na takie o których wiedzą tylko zwodnicy. Pamiętam śmieszną historię ze spaghetti. Nie jestem pewna co to były za zawody, ale wszystko rozgrywalo się na Słowacji. Było to ok. 5 lat temu, gdy jako małe dziewczynki chciałyśmy podlizać się i i jednocześnie zmusić trenera Macieja Kolasę do odwołania treningu. Wyruszyłyśmy w stronę miasta, szłyśmy ok. 15 - 20 minut. Kompletnie nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy ani czy w pobliżu jest jakiś supermarket. Po zaczepieniu jakiegoś Słowaka, który wskazał nam drogę, dotarłyśmy w końcu do sklepu. Kupiłyśmy makaron, sos i pomidory oraz kilka innych składników. Gdy wróciłyśmy do pokoju, zaczęłyśmy “gotować”. Już na początku zamiast poczekać aż woda się zagotuje i zacznie wrzeć, wrzuciłyśmy makaron do zupełnie zimnej wody w garnku – wszystko aby zyskać na czasie. Makaron gotował się tak ok. 1,5 godziny ponieważ zajęte czymś zupełnie innym zapomniałyśmy o nim. Kiedy sos był już gotowy, nałożyłyśmy cały rozgotowany makaron (nie zdawałyśmy sobie sprawy, że nie nadawał się do jedzenia) na talerz, polałyśmy sosem i doprawiłyśmy przyprawami. Zadowolone i dumne z siebie poszłyśmy do narciarni do trenera i wręczyłyśmu mu nasze dzieło. Pan Maciek bardzo się ucieszył, ponieważ jeszcze nie jadł obiadu. Następnego dnia na treningu (który jednak się odbył) trener był bardzo blady i narzekal, że jest mu niedobrze. Oczywiście chodziło o makaron i jak sie później okazało także o cukier zamiast soli, którym nieświadomie doprawiłyśmy danie... Ta przygoda potwierdza chyba znane przysłowie “Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”  Do dnia dzisiejszego gdy oferujemy jakiekolwiek danie, trener mówi stanowcze NIE ! Czy masz jakieś inne hobby lub zainteresowania poza narciarstwem?


AM: Poza narciarstwem alpejskim moim hobby jest fotografia. Po lekcjach uczęszczam również do szkoły języka angielskiego. Dużo czasu poświęcam językom, ponieważ wiem, jak bardzo pomagają w podróżach.


Aleksandra Malinowska - wywiad