Page 1

T CENA: 13zł w tym 8%VA Ń SIE ZE WR 11 /20 /09 NR 53

ISSN 1897-3655

INDEKS 233021


70

50

56

40

62

34 34

56 62 66 70

Nick Morte - Wymiana portfolio

WA N

REDA K Aleksa TOR NAC ZE ndra S koczyla LNA: s

WYDAWCA: FHU Koalicja, ul. Szpitalna 20-22/s4, 31-024 Kraków

22

Klasyczny Myke Chambers Dominik Basnyk z sieradzkiego „Miniola” Kelly Doty - Poza mapą Inspiracje - Michał Dziekan Carl Löfqvist - „Wow” Victor Montaghini - Plusy posiadania rodzeństwa Kudi chick - Kelly Eden Street Team - Kamil „Karzeu” Dirt Edge Ciekawe/nadesłane

st.eu attoofe www.t t@gmail.com s tattoofe

Redak nieza cja nie zw r m a redag ówionych, ca materiałó owania zastrz w eg in n a ie a s d o o e d zamie powiada z słanych tek bie prawo a s stów z c z o nych r treść eklam .

CO

IE RE GR DA AF Rad KC IC J o ZN Kry sław A: styn Bła E: szc aS As zym zyńs ia ki czy k

8

Gdańsk Tattoo Konwent 2011

ISSN 1897-3655

RA

Od redakcji i newsy

Max : Intro .com.pl DRUK ax ntrom www.i A: AM KL I RE com NG ail. ETI @gm t RK MA oofes : Y tatt IC et), : N to .n fo W A O a, k s C g za D K biu A a s R ), R .ja Ł A Mo O K Sy ŁP pl w . Ó art. (ww f ot SP a. k W fal sza LI (3 a A k zJ ST are as D uk Ł

OP

6 8 22 28 34 40 44 50

magazyn dla ludzi kochających tatuże

66

28

polski

44


TATTOOFEST 6

Data premiery: 09.09.2011 Reżyser: Billy Burke Gatunek: Dokument Produkcja: Stany Zjednoczone, 2008 Dystrybutor: 9th Plan Nagradzany na festiwalach na całym świecie fascynujący dokument o japońskim tatuażu. Od kiedy kojarzone z przestępczym światem Yakuzy tradycyjne tatuaże Tebori zostały oficjalnie zabronione przed japońskie prawo sztuka tatuowania stała się nielegalna i zeszła do podziemia. „Under The Skin” to pierwsza w historii podróż do tego podziemnego świata, który na co dzień pozostaje ukryty dla postronnych. Mario Barth, legenda amerykańskiego tatuażu, wcielił się w przewodnika po świecie rodziny Horitoshi, mistrzów starożytnej sztuki Tebori tradycyjnej japońskiej techniki tatuowania, której korzenie sięgają wieki wstecz. Widzowie po raz pierwszy dostąpią możliwości zajrzenia do zamkniętego grona mistrzów Tebori, poznają ich wielowiekową kulturę, egzotyczną ojczyznę i mitologię związaną z tradycyjną japońską sztuką ozdabiania ciała tatuażami. Barth zapuszcza się w ukryte uliczki Tokio, tatuuje się w zakazanych studiach i uczestniczy w zamkniętych dla

W dniach 1-2.10.2011 będziemy mogli się spotkać na II Festiwalu Tatuażu w Poznaniu. Tym razem, festiwal odbędzie się w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc w mieście, w samym sercu Starego Rynku, w Galerii Miejskiej Arsenał. Czeka nas 12 konkursowych kategorii, w tym zupełnie nowa na „Najbardziej wybitne studio konwencji”. Wśród wystawców reprezentanci polskiej sceny tatuażu, między innymi studia: Juniorink, Gonzo Tattoo, Jokersi, Nekroskop, oczywiście nie zabraknie poznańskiego Jazz Tattoo z Rogalem i Kubą Kujawą w składzie. Co przyniesie druga edycja festiwalu, czy ma szansę stać się cykliczną imprezą? Już wkrótce będziemy mogli się o tym przekonać. Zapraszamy!

www.tattookonwentpoznan.pl FB Tattoo Konwent Poznań

polski magazyn dla ludzi kochających tatuaże

W

akacje prawie za nami, choć sezon urlopowy jeszcze w trwa. Już niedługo trzeba będzie wygrzebać z szafy swetry, bluzy, płaszcze, kurtki i okryć te nasze wytatuowanie tajemnice. Ile ciekawych historii związanych z tatuażami spotkało Was w wakacje, kiedy prezentowaliście się w pełnej krasie na plażach i ulicach miast, a może jacyś tubylcy chcieli poznać bliżej znaczenie tatuaży plemienia, które reprezentujecie? Nasz klimat zawsze sprzyja tworzeniu się właśnie takich przygód w okresie wiosenno-letnim, choć pewnie większość posiadaczy tatuaży już nie zwraca uwagi na reakcje tłumu, a może z takowymi się nie spotyka? Na pewno widok wytatuowanego, w mniejszym czy większym stopniu ciała, nie jest już niczym dziwnym, nawet w naszym kraju. Jednak te pierwsze kilka ciepłych dni, kiedy można spotkać się z większą atencją ludzi dookoła, przynajmniej dla mnie, jest dość zabawnym zjawiskiem. Komu w pewnym momencie zaczyna przeszkadzać wzrok przechodniów, niech wyobrazi sobie miejsce… niewielką miejscowość, małomiasteczkowy klimat, równe domki, przycięte trawniki, spokojne kawiarenki… i praktycznie sami wytatuowani ludzie! Mnie zdarzyło się pojawić w takim miejscu, co prawda w Austrii a nie Polsce, ale wrażenia były bardzo pozytywne. Konwenty, bo w właśnie w takim celu wizytowałam owe miasteczko, to niezwykła okazja, by poczuć się jak ryba w wodzie. W takich warunkach każde spojrzenie, bez wyjątku związane jest z pozytywnym zainteresowaniem tatuażem, porównywaniem, a często spontanicznie nawiązywaną rozmową o artystach i naszym wspólnym, jakże międzynarodowym świecie. W krótkim odstępie czasu po ukazaniu się tego numery, odwiedzimy Londyn, który ze swoją imprezą tatuatorską jest w ścisłej, światowej czołówce. Jest to okazja dla kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu (!) tysięcy zwiedzających zobaczyć jak pracują artyści z całego świata, ale co ważniejsze poczuć klimat tatuatorskiego święta i bez skrępowania wejść w to środowisko. To czasem bardzo przyjemne zobaczyć jak wiele ludzi dzieli wspólną pasję i odnaleźć się w takim miejscu. Dzięki austriackiemu konwentowi w Gleisdorf, który będziemy relacjonować w kolejnym numerze, przypomniały mi się wszystkie pozytywne aspekty związane z konwentami. To odpowiedni nastrój i nastawianie przed imprezą w Londynie, zdecydowanie moją ulubioną, która bez wątpienia jest każdego roku najważniejszym wydarzeniem września. Kto nie odwiedził nigdy brytyjskiej stolicy ma ponownie szansę już niebawem, ja bardzo gorąco do tego zachęcam. Nie jest wytartym frazesem, że to niezapomniane wrażenie, które na zawsze może zmienić wyobrażenie o tatuatorskim świecie. Tymczasem zapraszam do lektury. Ola


obcych świętach i rytuałach związanych ze światem tatuaży Tebori. Szacunek i zaufanie jaki udaje mu się zyskać u rodziny Horitoshi wprowadza go, jako jedynego do tej pory obcokrajowca, do świata pilnie strzeżonego i całkowicie ukrytego przed oczami niewtajemniczonych. DANE TECHNICZNE: Język: angielski, polski lektor Obraz: 2, 35:1/4:3/kolor Czas trwania: 58 min Dźwięk: DD 2.0 Region 2

TattooFest objął patronatem to wydawnictwo, w związku z czym mamy konkurs dla czytelników. Do wygrania jest 5 płyt DVD „Mario Barth: Na własnej skórze”. Pytanie konkursowe: Czy w tatuażu Tebori używa się maszynek elektrycznych? Nagrody trafią do pierwszych 5 osób, które wyślą do nas prawidłową odpowiedź na tattoofest@gmail.com.

Prenumerata

Tattoo Fest!! 1.

Prenumerata: • Koszt jednego magazynu to 13 zł • Za 78 zł dostajesz 6 numerów + 1 w prezencie • Istnieje możliwość zakupu archiwalnych numerów • Po wpłacie na konto przesyłka na terenie kraju gratis • Przy przesyłce pobraniowej i zagranicznej doliczamy jej koszty • Bez awizo w Twojej skrzynce pocztowej!! Zamówienia: 12 433 38 90 tattoofest@gmail.com Wpłata: Przekazem pocztowym na adres: FHU Koalicja ul. Szpitalna 20-22/s5, 31-024 Kraków Przelewem na konto: Radosław Błaszczyński 02 1540 1115 2064 6060 0446 0001 • Dopisz od którego numeru zamawiasz prenumeratę. Jeśli chcesz otrzymać fakturę, koniecznie poinformuj nas o tym w trakcie zamówienia.

2. Magazyn można także kupić

w formie elektronicznej na naszej stronie www.tattoofest.eu/sklep • Koszt jednego wydania to 10 zł • Do wyboru masz kilka opcji płatności • Do przeglądania stron potrzebny jest Acrobat Reader • PDF’y magazynu nie nadają się do druku Tę opcję szczególnie polecamy osobom przebywającym za granicą

INDONEZJA

Borneo to jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie nadal praktykuje się tradycyjną, plemienną sztukę tatuażu w formie jaka przetrwała tysiące lat. Nieliczni członkowie plemion zamieszkujących wyspy mieli kontakt ze światem zewnętrznym, przez co udało się zachować wiele rytuałów we właściwie niezmienionej formie, w tym wykonywanie tatuaży. Zdjęcia borneańskich tatuaży obiegły cały świat i stały się podstawą określania w zachodniej kulturze tego, jak wygląda tatuaż plemienny – tribal.

TATTOOFEST 7


To już, albo raczej do z ha l Stoczni Gdańsk piero, trzeci raz jedna tatuażu z ca łej Polsk iej gościła m iłośników Dopiero, ponieważ mi i spoza jej gran ic. typu, w Zachodniej Eunóstwo imprez tego ki lk unastu lat, jedna ropie odby wa się od wiele mog liby nauczyk ich orga nizatorz y trz yletn iego „Tattoo Koć się od za ledwie już na sta łe wpisa ła się nwentu”. Ta impreza w ka lendarz tatuatorskich spotka edycja umocniła w znń, a jej trzecia stopn iu zdobytą uprz aczący m Z dr ugiej jednak stronednio pozycję. malkontent tego nie y, przeciętny zauważ ył.

W

tym roku po konwencji dało się gdzieniegdzie słyszeć głosy, że poprzednie edycje były lepsze, a niebo za niebieskie… Według mnie, organizatorzy kroczą wybraną przez siebie drogą z ogromną konsekwencją. Mamy tutaj do czynienia z małą konwencją, bo za takie uznaję te, na których pracuje mniej niż stu tatuatorów (duże, zagraniczne, to już grubo ponad dwustu, i nie są na razie w zasięgu polskich realiów organizacyjnych!). Jednak jak na niedużą konwencję, ograniczoną przede wszystkim przestrzenią, było na niej wszystko, co na tego typu spotkaniu powinno się znaleźć, a nawet trochę więcej, bo doszedł jeszcze pomysł. Wykorzystywanie bliskości morza i klimatu z nim związanego nadało spójności temu wydarzeniu. Oprawa graficzna i kampania promocyjna dopełniały całości. Na samej konwencji temat ten był również widoczny na każdym kroku. Świetnym pomysłem była konkurencja dla wystawców, w której za najładniej udekorowane miejsce pracy oddające morski klimat można było wygrać darmowy boks w 2012 roku. Także w konkursach pojawiła się kategoria o tematyce związanej z morzem i chociaż z  autopsji wiem, że tego typu inicjatywy ze względu na małą frekwencję z reguły się nie sprawdzają, tak tutaj był to strzał w dziesiątkę - wystawiono kilkanaście niezłych prac. Ponadto, co rusz między boksami można było dostrzec, czy to wśród wystawców czy odwiedzających, osoby przyozdobione marynarskimi akcentami.

I

nną atrakcją zaproponowaną przez organizatorów były wybory „Miss Tattoo”, ale niestety do rywalizacji zgłosiły się tylko trzy kandydatki. Na TATTOOFEST 8


dwiedzający mogli za to podziwiać wiele innych atrakcji. Na scenie wciąż pojawiały się nowe grupy, by umilić wszystkim pobyt. Przerwy między występami były wywarzone i pozwalały w spokoju przechadzać się pomiędzy boksami czy skorzystać z cateringu (w tym roku zarówno wegetarianie jak i mięsożercy nie mogli narzekać). Niestety, nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, co działo się na scenie, ale na pewno jednym z gwoździ programu był pokaz podwieszania w wykonaniu „Hooked Friends”. Widać, że grupa z roku na rok coraz bardziej się rozwija, stając się profesjonalną i  lepiej zorganizowaną. Kilka niedociągnięć na pewno nie może rzutować na ich kreatywność, zaangażowanie i efektowność projektu, więc oby tak dalej! Pokaz nadawał się faktycznie tylko dla osób pełnoletnich i o silnych nerwach, niezbędna była także doza tolerancji i lekkie przymrużenie oka.

reszcie należy powiedzieć o wizytówce „Tattoo Konwentu” jaką są koncerty. Jak to się mówi, do trzech razy sztuka. Podczas pierwszej edycji zawiodła akustyka wnętrza. W trakcie drugiej, plany pokrzyżowała pogoda. Za trzecim razem, organizatorzy wyciągnęli wnioski i koncert odbyły się pod zadaszeniem na zewnątrz budynku. Nie było przesady w ich ilości i pora, czyli późne popołudniowo-wieczorne godziny, była odpowiednio dobrana. Na scenie pojawiły się dwa amerykańskie hardcorowe składy, czyli „Death Before Dishonor” oraz „Sworn Enemy”, a także takie grupy jak „The Analogs” i „The Cuffs” z Polski, które wraz z innymi skutecznie umilały czas. Publiczność dopisała podczas praktycznie wszystkich koncertów. Duży plus.

O

N

a terenie festiwalu mieliśmy także kilka wystaw. Nigdy nie budzą one wielkiego zainteresowania, jednak są smaczkiem, który dodatkowo wypełnia przestrzeń. Mnie osobiście bardzo spodobała się ekspozycja Dariusza Skitka z Poznania, od połowy lat 90. związanego z graffiti, vlepkami i szablonami. Zaprezentowane prace to obrazy trudne i zakręcone, które każdy może sobie analizować we właściwy dla siebie sposób.

N

ajwiększą wystawą była ta tworzona na żywo przez grafficiarzy na murach okalających budynek CSG. Budziła ona zachwyt, a raczej powinna, bo przedsięwzięcie było niezwykle imponujące. Szkoda jednak, że nie do końca udaje się połączyć

W

Klimatyczne żurawie

N

o tak. Wydawać by się mogło, że nie pamiętam o najważniejszym, czyli samych tatuatorach i wystawcach. Przy tej ilości różnorakich atrakcji (a przecież nie możemy zapomnieć, że całe wydarzenie ma miejsce w przepięknym Gdańsku, nad samym morzem i to w okresie letnim, kiedy odbywa się Jarmark Dominikański… eh…) można było zapomnieć… i niestety niektórzy chyba tak zrobili. Widać było sporo niepracujących artystów, nie wiem czy nie chcieli czy nie mieli chętnych. Na pewno ci najlepsi nie narzekali na brak pracy i ich maszynki były rozgrzane do czerwoności. Zdarzali się i tacy, którzy ewidentnie do Gdańska przyjechali z pobudek czysto towarzyskich i  czas maksymalnie wykorzystywali do celów integracyjnych. Taki stan rzeczy na szczęście nie miał przełożenia na jakość i ilości wystawianych w konkursach prac.

Efekt Graffiti Jamu

sztukę ulicy ze światem tatuażu i zainteresowanie ze strony tatuatorów czy odwiedzających nie było aż tak duże. Często widziałem artystów malujących w samotności. Mam nadzieję, że właśnie dzięki takim inicjatywom różne nurty i style artystyczne będą się nawzajem przenikały, zbliżały do siebie i obustronnie inspirowały.

Dominik znów w roli konferansjera

pocieszenie mogę jedynie napisać, że chociaż temat wydaje się kuszący i atrakcyjny, generalnie jego wykonanie nie udaje się na żadnej konwencji i jest raczej powodem późniejszych drwin i plotek, niż wymiernej ciekawostki. Więc summa summarum, dobrze się stało, że przy tej ilości kandydatek wybory zostały odwołane.

Nagrodzeni i dzielni modele Trofea czekały…

Chazme & Bezt

Sainer & Sepe

TATTOOFEST 9


Spacerem do Stoczni…

wysoko. Do grona artystów nagrodzonych udało się przebić kilku tatuatorom zza wschodniej granicy, którzy w tym roku wyjątkowo obficie prezentowali się w Gdańsku. Byli to Anton Oleksenko pracujący w Polsce w „D3XS”, a także Denis Sivak z Ukrainy, których prace oglądało się z czystą przyjemnością. W niedzielnym konkursie „Best Of Day” szans nie dał nikomu Victor Portugal z krakowskiego „9th Circle”, zdobywając pierwsze miejsce i śliczną replikę żaglowca (kolejny morski akcent). Obecność zagranicznych artystów na konwencji gdańskiej to kolejny fakt, który mnie niezmiernie cieszy i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że ich ilość z roku na rok będzie rosła. Chociaż w przypadku właśnie tej imprezy, nie są oni jej siłą napędową wpływającą na jakość, tą rolę pełnią wszystkie elementy, które opisałem wcześniej.

„Tattoo Konwent”

to jeszcze raz podkreślę, mała konwencja, i nie mówię tego ze złośliwości, jak zapewne niektórzy chcieliby moją wypowiedź odebrać.

Dla mnie słowo „mała” wiąże się również ze słowami „mały budżet”, a ilość atrakcji i poziom organizacyjny jaki zaserwowała nam ekipa z „Pandemonium” pozwala pomyśleć, że najważniejsza jest dla nich sama impreza, a nie to, ile pozostanie po niej na koncie. Widać, że chcą poprzez nią zbliżyć i scalić polską scenę undergroundu, zachęcając do udziału środowisko punkowe i hardcorowe (koncerty), street artowe (graffiti) oraz artystyczne (wystawy i pokazy sceniczne). Systematycznie, z roku na rok eliminują błędy, wyciągają wnioski i wciąż coś poprawiają. Ciężko będzie osiągnąć jeszcze wyższy poziom i czymś zaskoczyć. Pozostaje mieć nadzieję, że całe to środowisko, bywające bardzo chimeryczne, nie odwróci się pewnego dnia z jakiegoś nieuzasadnionego powodu od „Tattoo Konwnentu”, a jeszcze bardziej go wesprze, bo na pewno na to zasługuje, czego im serdecznie życzę. Z drugiej strony Polski, Radosław Błaszczyński Tattoofest Kraków

III Tatuaż autorski - Anton Oleksenko, D3XS, Gliwice

W

tym roku mieliśmy dziesięć kategorii. W każdej z nich można było oglądać kilkadziesiąt tatuaży. W jury zasiedli znani i szanowani polscy tatuatorzy jak: Zappa, Tomasz „Tofi” Torfiński i Bartosz Panas, a także Krzysztof Iwin z gdańskiej ASP. Moim zdaniem, to najtrafniej dobrane grono osób oceniających prace podczas wszystkich edycji. Pracowali bardzo starannie, sumiennie i obiektywnie, na ile oczywiście pozwalają w  takiej sytuacji własne gusta i upodobania. Nie mieli łatwego zadania, na przykład w kategorii „Tatuaż kolorowy mały” musieli wybierać wśród blisko pięćdziesięciu zaprezentowanych prac! Jakość tatuaży, które mogliśmy oglądać była bardzo różna: od ciekawych i zaskakujących, po bardzo słabe. Faktem jednak jest, że te liche, na większości zagranicznych konwencji uznane byłyby za bardzo dobre. Przy polskim poziomie znacząco jednak odstają od tych najlepszych pod kątem technicznym, stylistycznym i artystycznym. Nie ma jednak co narzekać, ogólnie poprzeczka była postawiona

Tatuaż drugiego dnia festiwalu - decydujące starcie

Poza kategorią ;)

„Ekipa” Juniorink

TATTOOFEST 10

Denis Sivak, Art-8, Ukraina

Pokaz grupy Hooked Friends


II Tatuaż kolorowy mały - Kuba, Blackstar, Warszawa

II Tatuaż czarno-szary mały - Krzysiek, Azazel, Milanówek

TATTOOFEST 11

Dominik, Miniol, Sieradz

Paweł, I Love Ink, Bydgoszcz

Marcin Surowiec, Jazz Tattoo, Poznań

III Tatuaż kolorowy mały - Marcin Surowiec, Jazz Tattoo, Poznań

Smyku, Dead Body Tattoo, Włocławek

Luk, Art Force, Warszawa

Maciek, Magic’s Tattoo, Irlandia


TATTOOFEST 12

III Kompozycja damska - Paweł, Panteon, Białystok

Łukasz, Tat Studio, Gdańsk

Wyróżnienie - Tatuaż kolorowy mały - Dmitriy Samohin, Ukraina

Krzysiek, Azazel, Milanówek

Aivaras, Totemas Tattoo, Litwa I Tatuaż o tematyce morskiej - Luk, Art Force, Warszawa

Novick, Juniorink, Warszawa


I Tatuaż czarno-szary mały - Krzysiek, Azazel, Milanówek

I Tatuaż drugiego dnia festiwalu - Victor Portugal, 9th Circle, Kraków Maciek, Azazel, Milanówek Magda, Art Force, Warszawa

TATTOOFEST 13

I Tatuaż autorski - David Rudziński, Gulestus, Warszawa

III Tatuaż czarno-szary duży - Magda, Art Force, Warszawa


David Rudziński, Gulestus, Warszawa

I Tatuaż pierwszego dnia festiwalu - Piotr, Evil Tattoo, Kalisz

Andrzej, Stoneheads, Gdańsk

TATTOOFEST 14 Daniel, East Side Ink, Białystok

Mariusz, Tattoo Man, Gdańsk

Wyróżnienie – Kompozycja damska - Piotr, Evil Tattoo, Kalisz


II Tatuaż tradycyjny - Iwona, Blackstar, Warszawa

Wyróżnienie - Tatuaż pierwszego dnia festiwalu, David Rudziński, Gulestus, Warszawa

TATTOOFEST 15

III Tatuaż o tematyce morskiej - Marcin, JaTuTaTToo, Gdynia

I Tatuaż tradycyjny - Doman, Stara Baba, Warszawa

II Tatuaż pierwszego dnia festiwalu - Andrzej, Stoneheads, Gdańsk

III Tatuaż pierwszego dnia festiwalu - Victor Portugal, 9th Circle, Kraków


Andrzej, Stoneheads, Gdańsk

II Tatuaż autorski - Andrzej, Stoneheads, Gdańsk

TATTOOFEST 16 III Tatuaż tradycyjny - Aldona, Szerytattoo, Warszawa

II Tatuaż czarno-szary duży - Daniel, JaTuTaTToo, Gdynia

Wyróżnienie - Tatuaż drugiego dnia festiwalu - Denis Sivak, Art-8, Ukraina


Jarek, Tat Studio, Gdańsk

Jarzomb, Blues Tattoo, Rumia

TATTOOFEST 17

Igoryoshi, Slayer Tattoo, Lublin

I Tatuaż czarno-szary duży - Krzysztof Ryłka, Mansarda, Olsztyn

Piotrek Jodżi, Warszawa


III Tatuaż drugiego dnia festiwalu - Edek, Kult Tattoo Fest, Kraków

I Tatuaż kolorowy duży - Broda, Stara Baba, Warszawa

II Tatuaż drugiego dnia festiwalu - Piotr, Evil Tattoo, Kalisz

TATTOOFEST 18 II Kompozycja damska - Piti, Kult Tattoo Fest, Kraków

I Kompozycja damska - Jarzomb, Blues Tattoo, Rumia

III Tatuaż kolorowy duży - Kuba, Blackstar, Warszawa


II Tatuaż kolorowy duży - Anton Oleksenko, D3XS, Gliwice

Wyróżnienie - Tatuaż kolorowy duży - Anabi, Anabi-Tattoo, Szczecin

I Tatuaż kolorowy mały - Komarenko, Stoneheads, Wrocław

Wyróżnienie - Tatuaż czarno-szary mały - Daniel, JaTuTaTToo, Gdynia III Tatuaż czarno-szary mały - Karol, Blackstar, Warszawa Wyróżnienie Tatuaż drugiego dnia festiwalu - Aldona,Szerytattoo, Warszawa

TATTOOFEST 19


TF: Wiemy, że twoje życie było bardzo burzliwe… MYKE: Faktycznie… Byłem bezdomny od 15-go roku życia, więc większość mojej młodości spędziłem na ulicy. Przemieszczałem się po Stanach w wagonach towarowych, jadłem ze śmietników, spałem gdzie popadło i nie miałem nic poza plecakiem i psem. Nie było lekko. Kiedy miałem 17 lat odkryłem narkotyki i alkohol, i uzależniłem się od nich. Przez następne 13 moje życie było narkotycznym koszmarem, aż do momentu, w którym zgłosiłem się na odwyk z jedną myślą: albo to, albo śmierć. Tam szybko odkryłem, że ludzie mnie lubią i jedyne czego chcą to mi pomóc, nie oczekując niczego w zamian. Było to 8-go września 2005 roku. Od tamtej pory jestem czysty. Obecnie często odwiedzam więzienia i rozmawiam z ludźmi, którzy kończą swój wyrok. Staram się ich podtrzymać na duchu dając trochę nadziei. Spotykam się także z młodzieżą, która przechodzi odwyk. Nadszedł czas abym dał światu coś od siebie… TF: Kiedy zainteresowałeś się tatuażem? MYKE: Zacząłem tatuować we wczesnych latach 90., żeby zarobić na przetrwanie. Zawsze miałem zapędy w kierunku sztuki, więc tatuowanie wydawało mi się tego naturalną konsekwencją, zwłaszcza, że każdy ze sceny punkowej kogo znałem chciał mieć tatuaż. Uczyć zaczął mnie mój nieżyjący już TATTOOFEST 22

przyjaciel Weasel, z którym mieszkałem w punkowym domu w Orleanie. Po zaledwie 6 miesiącach „edukacji” uznałem, że wszystko już potrafię. Wyjechałem wtedy do Kalifornii i opowiadałem w każdym street shopie niezłe bzdury, tylko po to, aby zdobyć posadę. Skończyło się na tym, że zdecydowanie za długo pracowałem w tego typu miejscach. Otrząsnąłem się z marazmu i postanowiłem otworzyć własne studio w Austin w Teksasie. Musiałem nauczyć się tatuowania na nowo. Miałem 10 lat praktyki, ale przestałem się rozwijać, a co gorsze nawet starać. To smutne, ale teraz widzę coraz więcej takich postaw dookoła. Sam dostrzegłem, jak ważny jest nieustanny postęp i bycie otwartym. Kiedy tylko ustaliłem swoje priorytety, życie stało się lepsze. Aktualnie odwiedzam dużo konwentów w Stanach i zawsze cieszę się każdą spędzoną tam minutą. Życie znów stało się dla mnie przygodą, a miłość do tatuaży wybuchła na nowo! TF: Za co lubisz traditional? Co cię w nim fascynuje? MYKE: Najbardziej cenię go za wyrazistość i prostotę, a przy tym trwałość względem upływu czasu. Nie uznaję się za zatwardziałego tatuatora stylu traditional, staram się zawsze dodawać coś od siebie i łamię przyjęte zasady. Niektórzy artyści pracujący w tym stylu pewnie nie mają przez to poważania dla moich prac, ale to nie problem…


Tak naprawdę nigdy nie lubiłem żadnych zasad. Staram się stosować tylko do jednej: nie kopiuję prac innych tatuatorów, co niestety często obserwuje się na co dzień. Wolę, żeby moje tatuaże wyróżniały się i były charakterystyczne. Uwielbiam jasne kolory i grube kontury! Mam duże poszanowanie do tradycji i korzeni tej formy sztuki, która w takim obliczu potrafi przetrwać próbę czasu. Traditional jest sprawdzony i prawdziwy. TF: Firma Sullen Clothing wypuściła na rynek koszulkę z twoim projektem, jesteś szczęśliwy z tego powodu? MYKE: Tak, niezmiernie się z tego cieszę! Jakość koszulki i nadruku jest po prostu niesamowita! Sullen to świetna firma, a przy tym kolektyw artystów. Bycie częścią ich działań to dla mnie zaszczyt! TF: Co chciałbyś przekazać ludziom poprzez tatuaże? MYKE: Chciałbym żeby tatuowanie było dla moich klientów pozytywnym i wartym zapamiętania doświadczeniem, a efektem mojej pracy był czysty, solidny tatuaż, który będą kochać. TF: z tego co wiemy, dość sporo podróżujesz… MYKE: O tak! Sprzedałem swoje studio w Teksasie, kiedy poczułem, że coś mnie wzywa, że muszę ruszać… Własna pracownia uniemożliwiała podróże i trzymała mnie w jednym miejscu. Obecnie stacjonuję w Filadelfii wraz z moją dziewczyną, uroczą modelką Miss Mary-Leigh Maxwell i pracuję w „Art Machine Productions”. Mam nadzieję, że w 2012 roku uda mi się pojawić w Europie. TF: Czy masz doświadczenie w jakimś innym zawodzie? MYKE: Tak, robiłem grafiki dla kilku firm. Jeśli nie zająłbym się tatuowaniem, chciałbym poświęcić się pracy z trudną młodzieżą. Lubię pomagać. Sam przeszedłem wiele i wyciągnąłem z tego wnioski, chciałbym podzielić się moim doświadczeniem i wesprzeć w ten sposób innych. TF: Dobre i złe strony twojego zawodu? MYKE: Najlepsze to możliwość pracy kiedy i gdzie zachcę. Najgorsze jest to, że pracuję za dużo :). TF: Słowo na koniec. MYKE: Dziękuję!

www.mykechambers.com www.facebook.com/Myke.Chambers.Tattoos TATTOOFEST 23


TATTOOFEST 24


TATTOOFEST 25


TATTOOFEST 26


TATTOOFEST 27


W tym numerze roi się od prac polskich tatuatorów, a to za sprawą relacji z gdańskiego konwentu i ciekawych tatuaży do nas nadsyłanych. Do tej mozaiki dołącza Dominik Basnyk z sieradzkiego studia „Miniol”. W rozmowie zapewnia nas, że tatuaż ma się dobrze nie tylko w największych polskich miastach, i że czasem warto spędzić Sylwestra w pracy. Krysia: Kto przyczynił się do tego, że zacząłeś tatuować? Dominik: Kiedy w ‘96 lub ’97 roku wpadła mi w ręce niemiecka gazeta poświęcona tatuażom, od razu zafascynowała mnie ta sztuka. Szokiem było, jak precyzyjne rzeczy można zrobić na ludzkiej skórze (choć patrząc z perspektywy czasu, nie były to prace najwyższych lotów). Zbiegło się to niemalże z otwarciem przez mojego kuzyna „Żmiję” pierwszego salonu tatuażu w Sieradzu. To właśnie tam spędziłem wiele godzin przyglądając się pracy Sebastiana. Skonstruowałem własną, amatorską maszynę, która wprowadzała tusz pod skórę za pomocą zaostrzonej struny do gitary. Po niedługim czasie zakupiłem u Piotra Żurawskiego nowiutki komplet maszyn. Po konwencji w Warszawie w 2005 roku sieradzkie studio „Vampiria” przestało istnieć, a ja stałem się „obwoźnym” tatuatorem. Krysia: Kiedy zdecydowałeś się na otworzenie studia? Dominik: Ten pomysł kłębił się w mojej głowie już od kilku ładnych lat. Długie przemyślenia, organizacja potrzebnych środków, trochę samozaparcia, wiary i tak 15 listopada 2008 roku, bez pompy i fajerwerków, został otwarty „Miniol”. Po kilku miesiącach oczywistą stała się potrzeba zwerbowania kogoś do pomocy. Po ponad roku poszukiwań, ogłoszeń, przeglądania prac i rozmów z potencjalnymi kandydatami, kontakt ze mną nawiązał Piotrek. Współpracujemy od roku, chłopak ma zajawkę i  ciągle się rozwija. Dzielimy się obowiązkami, nie ma spinek i obydwaj jesteśmy zadowoleni. Myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Krysia: Czy ludzie w Sieradzu tatuują się chętnie? Dominik: Tak, myślę, że mogę tak stwierdzić. Świadczą o tym zapisy w moim kajecie :). Obserwując minioną dekadę widziałem wzrastającą popularność tego zjawiska w całym kraju,

TATTOOFEST 28

więc myślę, że nie ma większego znaczenia czy jest to nasz niespełna 50cio tysięczny Sieradz, czy milionowa Łódź. Ludzie po prostu przestali bać się tatuowania. Krysia: Jak prowadzi się studio w tej wielkości mieście? Dominik: Ja czuję się tu dobrze. Sieradz to moje miasto rodzinne, ma swoje wady ale także długą i bogatą historię. Ludzie, którzy przychodzą do pracowni to nie tylko jego mieszkańcy, z tego co mi wiadomo, „Miniol” to jedyne studio w regionie, w promieniu 50 km. Krysia: Jak oceniasz podejście ludzi do tatuowania. Jaka jest świadomość mieszkańców, twoich potencjalnych klientów? Dominik: Z tą świadomością bywa różnie. Okazuje się, że słowo „tatuaż” nie jest tak jednoznaczne, jak mogłoby się wydawać :). Dla jednego będzie to portret bliskiej osoby, dla kogoś innego kolorowa kompozycja, realistyczny detal, mistyczny symbol albo chiński znaczek. Jest dosłownie cały przekrój klientów, których wymaganiom próbuję sprostać. Oczywiście jeśli temat albo motyw jest mało ciekawy, staram się nakłonić do zmiany decyzji. W chińskie i arabskie pismo nie wnikam, robię to najlepiej jak umiem, klient jest zadowolony, a ja zarabiam :). Krysia: Malarstwo, fotografia… masz liczne zainteresowania. Opowiedz o swoich artystycznych poczynaniach. Zdaje się, że jest to coś bardzo istotnego w twoim życiu, masz nawet wytatuowane pędzle w malarskim stylu Tofiego… Dominik: Tak, noszę dumnie dwie prace Tofiego, jedna z nich odzwierciedla właśnie elementy związane z moją malarską pasją. Towarzyszy mi ona od ’99 roku, kiedy odkryłem w swojej szafce zapomniany komplet chińskich farb olejnych, będący bodajże jakimś prezentem. W tej sferze mogę tworzyć

całkowicie to, co chcę. Najnowsze prace to moje refleksje nad różnymi zdarzeniami, próby poruszania problemów, chęć znalezienia odpowiedzi. Malarstwo jest też dla mnie pewnym rytuałem, zajrzeniem w głąb siebie, lustracją. Krysia: Zostając w temacie twojej ręki, byłeś na konwencji w Berlinie jako model Tofiego. Czy nie planujesz kolejnych zagranicznych wyjazdów? Dominik: Zwiedziłem niewiele zagranicznych imprez, byłem w Berlinie i w  Paryżu (pozdrawiam serdecznie Falkiego i Ewcię). Oczywiście chciałbym wybrać się w inne miejsca. Mam nadzieję, że wszystko przede mną. Do Berlina pojechałem chętnie, bo wiedziałem, że Tofi ucieszy się jeśli pojawię się i wyjdę na scenę zaprezentować prace jego autorstwa. Poza tym, nie było to na próżno, bo zajęliśmy 3 miejsce w kategorii „Best realistic”. Krysia: Jaki typ prac nazwałbyś swoim ulubionym i dlaczego? Dominik: Zdecydowanie realistyczne. Dobrze mi się pracuje korzystając z fotografii lub kompilacji różnych zdjęć i  grafik. Lubię odzwierciedlać rzeczywistość czy to w formie portretu czy kompozycji. Jestem pod wielkim wrażeniem naszych wschodnich sąsiadów, u których realizm jest wręcz fotograficzny. Krysia: Najbardziej podobają mi się twoje tatuaże przedstawiające podobizny psów. Czy jest jakiś powód, dzięki któremu tak dobrze ci wychodzą? Dominik: Lubię tatuować portrety, a zwierzaki same w sobie darzę dużą sympatią. Jeśli mam styczność z psiakiem, mogę z nim trochę poprzebywać, poobserwować go, poznać charakter i pobawić się, to może to być sposób na dobry portret. Krysia: Wielu tatuatorów nie lubi wykonywać coverów. Jakie jest twoje


podejście, traktujesz to jak wyzwanie czy raczej tą mniej przyjemną część pracy? Dominik: Dawniej przerabiając jakiś szpecący tatuaż w coś wizualnie ciekawszego uważałem to za wyzwanie. Dzisiaj podchodzę już do tego mniej ufnie, nie jest to moja mocna strona. Podejmuję się zakrywania tatuaży dość jasnych i niedużych. Uważam, że w kraju są osoby, które zrobią to lepiej ode mnie. Krysia: Co jest dla ciebie najtrudniejsze w procesie tatuowania, a co lubisz najbardziej? Dominik: Najtrudniejsze jest przekonanie opornego klienta z nieinteresującą wizją tatuażu, że można zrobić coś

lepszego. Przychodzi taki i myśli, że jak płaci to wymaga i życzy sobie znak zodiaku z wplecionymi datami urodzin dzieci, imieniem żony oraz najlepiej gdy to wszystko będzie dość „agresywne”, bo koleś ma ponoć taki charakter. To są najtrudniejsze akcje, bo ciężko zmienić punkt widzenia takiej osoby. Natomiast najprzyjemniejszą chwilą jest dla mnie moment nakładania ostatnich cieni i bieli. Jest to taka przysłowiowa kropka nad „i”. Krysia: Jakie cele stawiasz sobie jako tatuator? Na czym się skupiasz, co chciałbyś polepszyć? Dominik: Uważam, że można coś polepszyć w każdej dziedzinie. Chciałbym

skupić się na technice, tworzyć jeszcze ciekawsze kompozycje i nie wykonywać tatuaży tylko w jednym stylu! Krysia: Czy masz jakąś ciekawą, studyjną historię, którą chciałbyś się z nami podzielić? Dominik: Dla mnie najciekawsza historia to pracowity Sylwester 2009/2010. Ostatni dzień roku postanowiłem spędzić w studiu. Klientką była dziewczyna z oddalonej o 13 km Zduńskiej Woli. Wyszło tak, że dziś jest moją dziewczyną i mieszkamy razem w Sieradzu :). www.miniol.pl FB: Miniol Basnyk

TATTOOFEST 29


TATTOOFEST 30


TATTOOFEST 31


TF: Znalazłyśmy informację, że tatuujesz od 4 lat, to prawda? Jaka jest twoja historia? Kelly: Zgadza się. Kiedy tylko skończyłam koledż, zaczęłam rozglądać się za stażem. Niestety moja nieśmiałość i nieumiejętność nawiązywania kontaktów z obcymi, były dla mnie dużą przeszkodą, a poszukiwanie osoby, która mogłaby mnie uczyć, prawdziwą wewnętrzną walką. Pewnego dnia udałam się do „Turnpike Tattoo” w Connecticut by się wytatuować. Przy okazji wspomniałam, że szukam stażu i zerknęli na mój sketchbook. Kilka tygodni później zadzwonili z propozycją, na którą tak bardzo czekałam. To był łut szczęścia! Timm Coniah był wspaniałym nauczycielem, który zaszczepił we mnie poczucie, że to co robię „nie jest jeszcze wystarczająco dobre”. Takie nastawienie pomagało

TATTOOFEST 34

mi wtedy i pomaga też teraz. Prawie 2 lata temu opuściłam szeregi „Turnpike” i zaczęłam pracować w „Off the Map” w Easthampton w Massachusetts. Byłam bardzo podekscytowana kiedy mnie zatrudnili. Wiedziałam, że jest to dla mnie wielka szansa i nie zawiodłam się. TF: Opowiedz o pracy tam. Kelly: „Off the Map Tattoo” to super miejsce i mój drugi dom. Jest wyjątkowe jeśli chodzi o wsparcie jakie otrzymuję od ludzi, którzy zajmują się studiem. Gabe, Mary, Brian, Rachel i Tim bardzo starają się nam pomagać, nie tylko w zakresie codziennych studyjnych spraw, ale także w kwestiach reklamy, wystaw prac i specjalnych imprez. Co ważne, inni tatuatorzy pracujący na stałe, czyli Chloe Vanessa, Ben Reigle, Tim Senecal i Max Rothert

pomagają sobie wzajemnie, by osiągnąć sukces. Wszyscy się motywujemy, bo każdy z nas chce się rozwijać. Każdego roku w studio pracuje gościnnie około 40 artystów. Zjeżdżają się z całego świata, a my korzystamy z tego zdobywając wiedzę. Nie wspominając o tym, że mamy tendencję do kolekcjonowania prac od odwiedzających nas tatuatorów. TF: Twoje prace w większości są słodkie, łagodne i… dziewczęce. Kelly: Dziękuję za komplement! Wśród moich klientów nie pojawiają się wyłącznie dziewczyny, mogę nawet powiedzieć, że proporcje są równe. Osobistą szorstkość w kontaktach staram się nadrabiać przez to, co tworzę. Wydaje mi się, że każdy tak naprawdę lubi zwierzęta, tym bardziej takie, które wyglądają na nieco


pokrzywdzone. Inspiruje mnie mnóstwo rzeczy: telewizja, stare zabawki, różni artyści czy… śniadania. Nie wiem dokładnie jaki jest powód, dla którego rysuję w ten sposób i dlaczego robię takie, a nie inne tatuaże. Tak po prostu lubię, nie stawiałabym na jakiejkolwiek głębsze znaczenie motywów, które wybieram. Czasami szop pracz ma rogi jelenia, ponieważ z nimi lepiej poradzi sobie w walce…

TF: Co lubisz w tatuowaniu? Kelly: Uwielbiam wszystko! Jeśli miałabym wybrać konkretnie, to byłaby to kreatywność na jaką mogę sobie pozwolić. To, że ktoś zgadza się aby zmienić mu wygląd z jednej strony jest przerażające, z drugiej zaś motywuje. Świadomość wykonania czegoś, co dana osoba będzie kochać, a ty sam będziesz z tego dumny sprawia, że chcesz wykonać pracę jak najlepiej

TF: Scharakteryzuj się w kilku słowach. Kelly: Jestem jedynaczką i uwielbiam telewizję. Jestem beznadziejna w najprostszych formach interakcji międzyludzkich. Wierzę, że wszystkie te fakty łączą się ze sobą. Jeśli spotkacie mnie na konwencji, z pewnością pomyślicie sobie „jaka ona jest dziwna, a może powiedziałem coś nie tak?”. Od razu mogę zapewnić, że z wami wszystko w porządku. To ja jestem po prostu społecznie upośledzona.

osób, które nie mogą w takiej mierze liczyć na swoją rodzinę, dlatego staram się jeszcze bardziej.

TF: Co motywuje cię do pracy? Kelly: Poza moimi przyjaciółmi i współpracownikami jest to odpowiedzialność z jaką wiąże się ten zawód. Z pewnością należy wspomnieć o mojej rodzinie, która wspiera mnie przy każdym przedsięwzięciu, zwłaszcza związanym z moją twórczością. Znam niewiele

i dać z siebie wszystko. W tajemnicy mogę zdradzić, że lubię golić ludzi. TF: Jakie przesłanie chciałabyś zawrzeć w swoich pracach? Kelly: Jeśli mogłabym to robić, byłoby to zw yczajne „uśmiechnij się!”, „nie bądź ponurakiem!” Zdrowiej jest nie brać wszystkiego na poważnie i umieć obracać różne rzeczy w żart.

TF: Opowiedz o najważniejszych dla ciebie artystach. Kelly: Podziwiam wielu, zarówno tych z branży tatuatorskiej, jak i innych. Moi ulubieni tatuatorzy to: Jeff Gogué, Scotty Munster, Nick Baxter, Russ Abbott, Luca Natalini, Jimmy Lajnen i Jesse Smith. Na moje uznanie może zasłużyć każdy, kto wypracował indywidualny styl i potrafi tworzyć piękne kompozycje. Poza tatuażem upodobałam sobie sztukę lowbrow. Mark Ryden, Camille Rose Garcia, Tara McPherson i Greg „Craola” Simkins to moi faworyci. Głupota wyłaniająca się z czegoś poważnego uszczęśliwia mnie. Choć może częściej coś po-

TATTOOFEST 35


ważnego wyłania się z głupoty… Tak czy siak, lubię dwoistość rzeczy. TF: Czy szkolisz się w innych dziedzinach sztuki? Kelly: Kiedy dostałam się na staż, nie miałam czasu na inne rzeczy, skupiałam się na tatuowaniu, tatuowaniu i… tatuowaniu. Po rozpoczęciu pracy w „Off the Map” postanowiłam wrócić

TATTOOFEST 36

do tworzenia. Przybywanie wśród tak niesamowicie utalentowanych ludzi motywuje do wszelkich działań artystycznych. W zeszłym roku zaczęłam malować olejami i uwielbiam to zajęcie. To nie tylko świetna zabawa, ale widzę także jak duży wpływ wywiera na moje tatuaże. TF: Plany i priorytety.


Kelly: Priorytetem jest moja praca, całkowicie mną zawładnęła. Spędzam w niej wiele godzin, późno wracam do domu, jem zupę i gadam z kotem modląc się przy tym, żeby nie udławić się kawałkiem marchewki. Mówiąc szczerze, w tym momencie mi to odpowiada. Nie jestem zbyt dobra jeśli chodzi o robienie dalekosiężnych planów. W najbliższym czasie chcę po prostu

robić to co robię, w przyszłości też, ale włączyłabym w to podróże. TF: Jaką zupę lubisz najbardziej? Kelly: Ha, ha, widzę, że poszperaliście na mój temat! Kilka minut od studia znajduje się tajska knajpa serwująca zupę z kiełkami fasoli, która (przysięgam) smakuje jak łzy trafiajace do miski podczas jedzenia. Jeśli miałabym

wybrać ulubioną, byłaby to zupa z mięczaków (New England Clam Chowder). Pochodzę z Nowej Anglii i nie ma szans, żebym kiedyś zrezygnowała z tego dania. Jest po prostu za dobre!

www.kellydotytattoo.com facebook.com/kelly.doty

TATTOOFEST 37


C

ieszy mnie, że zdecydowałyśmy się powrócić do działu Inspiracji, bo wyszukiwanie artystów innych niż tatuatorzy bywa równie pasjonujące. Jest mnóstwo niesamowitych twórców i cieszę się, że możemy Wam przybliżyć dorobek chociaż garstki z nich. Często jest tak, że nie do końca rozumiem na czym polegają techniki, którymi posługują się prezentowani tu bohaterowie, ale liczy się efekt końcowy, a wiedzy przecież nigdy za wiele. Krysia TF: Może w ramach wprowadzenia przedstaw się i opowiedz coś o sobie. Michał: Nazywam się Michał Dziekan. Pochodzę z małej miejscowości na Dolnym Śląsku, leżącej w Kotlinie Kłodzkiej. Obecnie mieszkam w Warszawie i pracuję w studiu kreatywnym „Ars Thanea” jako tzw. digital artist, a po godzinach jestem ilustratorem -freelancerem. Moja praca jest na tyle komfortowa i przyjemna, że starcza mi sił na rozwijanie swojej pasji. Pierwszą, konkretną wiedzę o rysunku zdobyłem na kursie przygotowującym do egzaminów na architekturę, którą studiowałem przez 3 lata we Wrocławiu. Ten kierunek na Politechnice okazał się jednak zbyt techniczny, a za mało artystyczny, więc przerwałem studia na rzecz pracy jako concept artist i matte

TATTOOFEST 40


painter w warszawskim studiu „Platige Image”. To wtedy zaczął się mój poważniejszy rozwój. Przez 4 lata pobytu w „Platige” byłem nie tylko rysownikiem, właściwie przez pewien okres bardzo mało rysowałem, natomiast miałem do czynienia z efektami filmowymi i animacją. Między innymi zrobiłem wtedy klip dla L.u.c’a, którym wygrałem w 2009 roku „Yacha” dla najlepszego polskiego teledysku. Przez ostatnie lata w „Platige” pracowałem jako reżyser animacji i art director, wtedy zatęskniłem za rysowaniem i stąd moje obecne zajęcie. Oprócz ilustracji i rysunku moją wielką pasją cały czas są teledyski, które staram się realizować między pracą i rysowaniem dla siebie. TF: Jak wygląda powstawanie twoich ilustracji? Opisz poszczególne etapy. W jakich programach pracujesz? Michał: Do ilustracji używam „Photoshopa” i tabletu. Większość szkiców powstaje ołówkiem, ale planuję na jakiś czas przejść na tusz i akwarele. Póki co, komputer wygrywa, głównie ze względu na wygodę. Każda ilustracja zaczyna się od pomysłu i od bardzo prostych, szybkich szkiców, które skanuję i rozwijam już w digitalu, nakreślam tam całą kompozycję i pozy postaci. Kiedy jestem zadowolony ze szkicu, przechodzę do pracy nad linią, rysuję wtedy wszystkie kontury i pracuję nad detalami. Kolejny krok to płaski, wstępny kolor, na

TATTOOFEST 41


który nakładam cienie i światło. Następna faza to dodawanie detali w kolorze, dopracowanie materiałów, dodanie np. odbić, poświat itp. Na koniec, prosta postprodukcja i podciągnięcie szczegółów, które umknęły wcześniej. Polecam odwiedzić mojego bloga, gdzie mam kilka swoich ilustracji pokazanych w kolejnych fazach, więc można zobaczyć proces ich powstawania. TF: W pracach poruszasz problemy społeczne jak otyłość, stan polskich dróg, zadłużenia… Opowiedz o swoich pomysłach, inspiracjach i o tym, co pragniesz przekazać poprzez swoją twórczość. Michał: Tematyka moich prac jest czasem związana z codziennymi problemami, z jakimi borykam się ja i większość moich znajomych. Stąd pokazanie prozaicznych spraw, jak właśnie stan dróg czy nie tyle zadłużenia, co konkretnie kredyt hipoteczny, bez którego w tych czasach niemożliwe jest posiadanie mieszkania. Równie często inspirują mnie konkretne wydarzenia ze świata, które w jakimś stopniu mnie

TATTOOFEST 42

dotyczą, jak np. kryzys gospodarczy. Zaznaczam, że jak ognia unikam polityki. Moim głównym celem jest pokazanie fajnej historii nawiązującej (choć nie jest to konieczne) do rzeczywistości. Zawsze staram się być w miarę neutralny. W moich pracach jest sporo subiektywnych przemyśleń, ale raczej nie chcę nikogo oceniać.

dla mnie było rozwinięcie własnego ilustratorskiego stylu. Poza tym, obecnie wielkim sukcesem jest teledysk, który wspólnie z kilkoma znajomymi właśnie ukończyliśmy. Klip dla warszawskiej, rockowej kapeli „Soulburners” będzie miał premierę jesienią. Jesteśmy ogromnie zadowoleni z efektu i mamy nadzieję, że spodoba się ludziom.

TF: Czego oczekujesz od swoich odbiorców, do kogo kierujesz swoją sztukę? Michał: Przede wszystkim oczekuję, że moimi odbiorcami są inteligentni ludzie, potrafiący patrzeć z lekkim dystansem i posiadający poczucie humoru. Bez tych dwóch cech można błędnie interpretować każdy rodzaj sztuki. Ostatnio coraz częściej sięgam po zabawne tematy i odrealnione historie. Chciałbym pójść w kierunku ilustracji dla dzieciaków, więc do nich też staram się kierować moje obrazki.

TF: Kto jest twoim ulubionym artystą i dlaczego? Michał: To trudne pytanie. Z każdej dziedziny sztuki znalazłoby się ich kilkunastu. Chyba powinienem zacząć od ilustracji, bardzo inspirują mnie tacy ludzie jak: Frank Stockton, Raul Allen, Tomer Hanuka czy Peter Diamond. Uwielbiam styl w jakim pracują, tematykę i to, jak opowiadają historię. Oczywiście mam ogromny szacunek i  podziw dla klasyków, takich jak J. C. Leyendecker czy Norman Rockwell. Ostatnio bardzo kręcą mnie twórcy komiksów, zarówno tych niezależnych jak i komercyjnych. Wśród nich mogę wymienić: Jima Lee, Jocka, Tommy’ego Lee Edwardsa, Scottiego Younga i starsszych wyjadaczy, jak

TF: Co uważasz za swój największy artystyczny sukces? Michał: Chyba dopiero na taki czekam, ale póki co kluczowe

Joe Quesada czy Simon Bisley, jest ich naprawdę cała masa. Wyjątkowo lubię komiksy Guya Delisle, w których opisuje swój pobyt m.in w Korei Północnej - polecam! Z rodzimych komiksiarzy wymieniłbym Śledzia. Wielka szkoda, że komiks w Polsce jest w stanie śmierci klinicznej, chyba tak jak Rosiński trzeba wyjechać z kraju i  zdobyć rozgłoś za granicą, bo inaczej nikt cię tutaj nie doceni. Z filmowców ogromnie podziwiam Davida Finchera, ten gość nie zrobił ani jednego słabego filmu, ani raz nie potknęła mu się noga, a poza tym ciężko pracował na swój sukces. Mam do niego ogromny szacunek, także za to, że ma styl i wyraża swoje zdanie. Jeżeli chodzi o sztukę współczesną (jakby komiks i ilustracja to nie była sztuka...) - Banksy, ale jego chyba każdy lubi. Poza tym Palahniuk, Pratchett, Monty Python, Koterski i Bareja. Zakończmy na tym :). TF: Czy temat tatuaży jest ci zupełnie obcy? Czy myślisz, że coś z twoich ilustracji można przełożyć na skórę? Michał: Zupełnie obcy nie, ale jestem dość zielony w tej


materii. Patrząc na te wszystkie buraki w internecie czasami nie jestem w stanie pojąć, co kieruje ludźmi kiedy robią sobie dziarę. Jestem w stanie przyjąć, że w 90% przypadkach jest to alkohol. A poważnie, uwielbiam tatuaż jako sztukę. Dodaje koloru i różnorodności, często inspiruje. Kim byłby rockman bez tatuażu? Co do przenoszenia moich obrazków na skórę, nawet dostałem maila ze zdjęciem gościa, który już to zrobił. Niestety z przykrością stwierdzam, że nie powiodło się i raczej odradzam :).

www.michaldziekan.blogspot.com * www.michaldziekan.com

TF: Jakie są twoje plany na najbliższy czas, czy pracujesz nad czymś specjalnym? Michał: Snuję trochę planów związanych z ilustracją i komiksem, jednak na razie nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, żeby nie zapeszać. Poza tym, liczę na ciągły rozwój w „Ars Thanei”. No i pomału materializuje się plan na kolejny klip. Obym znalazł na wszystko czas.

TATTOOFEST 43


Carl Löfqvist

Podobnie jak lubię tatuaże, które mają w sobie to coś i potrafię powiedzieć głośno „wow”, kiedy oglądam je po raz pierwszy, drugi… kolejny. Tego typu wrażenia były nieodzowne po zobaczeniu jego prac: pięknych cieni, mocnych konturów, niesamowitej kompozycji, niezwykle czytelnej nawet przy tak dużej ilości detali. Choć zasłynął dzięki pracom realistycznym i czarnoszarym, czekam na efekty jego poczynań z kolorami. Jestem przekonana, że mnie nie zawiedzie… TF: Zacznijmy od początku… Carl: Pierwszy tatuaż zrobiłem w 1995 roku, ale moim zdaniem, częścią branży stałem się dopiero 5 lat później, kiedy otworzyłem swoje studio. Jako, że jestem samoukiem, przez wiele lat nie miałem kontaktu ze sceną. Wiele razy zadawałem sobie pytanie, co spowodowało, że obrałem tą drogę. Dookoła nie było nikogo, kto mógłby mnie na nią nakierować, nikogo z tatuażami. Natomiast podobnie jak innych tatuatorów, pociągało mnie rysowanie. Zajmowałem się tym od małego i chyba stąd wzięło się zainteresowanie tatuażem. Pamiętam nawet, że narysowałem „tatuaż” na jednym z moich przyjaciół kiedy miałem 9 czy 10 lat. Poplamił później prześcieradło babci, dlatego pamiętam to tak dobrze… Kiedy miałem 14-15 lat, zacząłem obsesyjnie myśleć o zrobieniu sobie tatuażu, a nawet o zakupieniu maszynki… Na szczęście żaden z tych pomysłów nie doczekał się realizacji. Narysowałem za to projekt na moją dłoń, zaczęło się od węża, który przerodził się w jaszczurkę,

TATTOOFEST 44

Ola

a skończyło na krzyżu na środkowym palcu. Chwyciłem za tusz i wprowadziłem go pod skórę za pomocą zwykłej igły. Wpadłem w panikę kiedy próbowałem go zmyć. To wyglądało strasznie! Tak długo zdrapywałem „tatuaż”, aż powstała rana. Po zagojeniu została oczywiście blizna. Kiedy miałem 18 lat, zacząłem odwiedzać różne studia i zamęczałem tatuatorów pytaniem: jak zostać jednym z nich? Odpowiedź zawsze i wszędzie była taka sama: „zapomnij o tym”. Poza tym, usłyszałem całe mnóstwo głupich rzeczy i prawie zrezygnowałem z tego pomysłu. Pomógł mi przyjaciel, który porozmawiał na mój temat ze swoim tatuatorem. Zgodnie z instrukcją zadzwoniłem do niego i wkrótce, dzięki jego pomocy, miałem swój pierwszy zestaw do tatuowania. Udzielił mi także sporo wskazówek i wiele razy debatowaliśmy nad każdym moim posunięciem podczas trenowania na znajomych. Żeby uczynić naprawdę długą i nudną historię krótszą podsumuję, że przez wiele lat pracowałem sam unikając jakiegokolwiek wpływu z zewnątrz.

Cóż, byłem głupi i żałuję tego. Byłem zbyt dumny, by słuchać rad kogokolwiek. To sprawiło, że zacząłem tatuować zanim wprawiłem się w rysunku. TF: Jak opisałbyś swoje tatuaże? Carl: Moje prace to połączenie realizmu i grafiki, najlepiej z dodatkami ciemnych wykrętasów. Od razu muszę dodać, że nie chciałbym utknąć tylko w jednym, określonym stylu. Przynajmniej nie na długo.

TF: Ostatnio chyba częściej wykonujesz kolorowe prace… Carl: W Szwecji przypięto mi łatkę tatuatora pracującego w szarościach. To spowodowało, że wiele osób przychodziło do mnie właśnie po taki tatuaż. Niektórzy myśleli też, że nie potrafię poradzić sobie z pracą w kolorach. Dopiero od roku realizuję się poprzez wielobarwne tatuaże. Teraz nawet traktuję je jako pewną ulgę i nową perspektywę, bo daje mi to inny rodzaj ekspresji i poczucie tego, jak


wiele można jeszcze zrobić. Nawet po tych kilku dobrych latach pracy i szukania swojego sposobu wyrażania poprzez tatuaż, wciąż czuję, że to tylko skrobanie po powierzchni tego, co można osiągnąć. W dalszym ciągu jednak lubię czarno-szare prace. TF: Najlepsza część twojej pracy to? Carl: To bardzo trudne pytanie… Uwielbiam rysować, czyli postawiłbym na część kreatywną, podczas której tatuaż jest planowany i wizja zamienia się w projekt. Nawet w przypadku realistycznych prac, angażuję się bardzo w tą fazę. Najbardziej odpowiada mi kiedy mam dużo swobody i mogę dzięki temu stworzyć coś oryginalnego. Uwielbiam również patrzeć na skończony projekt, ale jako że teraz częściej wykonuję duże prace, muszę dłużej czekać na ten ostateczny efekt. TF: Masz swojego mistrza? Carl: Jest wielu utalentowanych tatuatorów pracujących we wszelkich możliwych stylach. Powiem tak: lubię prace artystów, które mają w sobie to coś. To niekoniecznie musi być coś innowacyjnego. Jakiś motyw w dalszym ciągu może zadziwiać, nawet jeśli ma się wrażenie, że już się go widziało. Oczywiście to bardzo miłe, kiedy patrzysz na pracę i dalej odczuwasz to „wow”. Lista nazwisk byłaby bardzo długa, nieco upraszczając wspomnę o Robercie Hernandezie, który stale mnie zachwyca. Tatuował mnie jakiś czas temu, ale nadal po kilku latach kiedy patrzę na jego prace, wywierają na mnie ogromne wrażenie. Jeśli zastanawiacie się nad moimi faworytami w kwestii malarstwa, to wśród nich można znaleźć wielu klasyków. Może niektórzy uznają to za nudne, ale będą to: Rembrandt, Bouguereau, Gustave Doré, Norman Rockwell. Byli znakomitymi artystami! Uwielbiam ich na równi z surrealistami jak Dali, czy wasz krajan Zdzisław Beksiński. Podziwiam też wielu ilustratorów z  wyczuciem kształtu, formy i potrafiących uchwycić ruch. TATTOOFEST 45


TF: Opowiedz o miejscu, w którym mieszkasz, pracujesz. Carl: Mieszkam poza Gothenburgiem. Natomiast studio jest oddalone od centrum o niespełna 4 kilometry, jego okolicę zamieszkuje zupełnie inna społeczność. Budynek, w którym się znajduje, to były szpital, posterunek policji i muzeum. Czy potraficie sobie wyobrazić ile niepokoju jest w tych murach?! Ulokowany jest w starej części miasta, gdzie mieści się też mnóstwo małych firm. Uwielbiam tą okolicę. Studio nie ma nawet szyldu, tylko małą naklejkę przed wejściem. Jako, że nie jest to centrum, nie ma problemu ze zbyt dużą ilością przypadkowych klientów. Pracuje się tu dobrze, a okolica przenosi nieco w czasie. TF: Pracujesz sam? Carl: Nie, wraz z kilkoma osobami. Mam też praktykanta. Studio zajmuje dwa piętra i powierzchnię 185 metrów kwadratowych. Na wyższym piętrze są 3 tatuatorskie stanowiska. Pomieszczenia poniżej to osobne studio połączone z  mieszkaniem dla odwiedzających nas artystów. Przez pierwsze 10 lat pracowałem sam, a teraz wiem, że to ważne aby mieć kogoś koło siebie i patrzeć jak tatuuje. To brzmi dziwnie po tylu latach, ale lubię obserwować innych przy pracy. Nie wspominając o tym, ile można nauczyć się od takiej osoby, nawet jeśli style w jakich się poruszamy różnią się. Mam nadzieję, że nadarzy się jeszcze wiele okazji do współpracy z utalentowanymi artystami! TF: Czy byłeś kiedyś związany z jakimś innym zawodem? Carl: Mówiąc szczerze, zanim zająłem się tatuowaniem, byłem dość zagubiony. Wiedziałem tylko, że chcę rysować. Jedyne co sobie wyobrażałem poza tatuowaniem, to praca w reklamie. Zostawiłem dotychczasową posadę w fabryce i zacząłem się uczyć, interesował mnie temat sztuki komercyjnej. W tym samym czasie tatuaż zaczął stawać się najważniejszy. Było tak - szkoła za dnia, tatuowanie wieczorami, nocami i w trakcie weekendów.

TATTOOFEST 46

Poszedłem do szkoły, bo nie byłem pewien, czy odnajdę się w branży tatuatorskiej. W trakcie ostatniego semestru zrozumiałem, że muszę zrezygnować z nauki i poważniej podejść do wymarzonego zajęcia. Wtedy zacząłem prowadzić moje pierwsze studio. TF: Jakie stawiasz sobie cele? Carl: Poza zapewnieniem moim dwóm synom dobrego

i szczęśliwego startu w życiu, chcę rysować i tatuować lepiej. Wiem, że mogę zrobić jeszcze kilka interesujących prac. Poza tym, widzę wielką szansę w rysowaniu i nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie spróbował sprawdzić jak daleko mogę dzięki temu zajść. To niezwykle frustrujące, że coś co zdawało się być bardzo dobre, nagle staje się niewystarczające i trywialne. Każdy kto ma do czynienia z jakimś

kreatywnym zajęciem, na pewno wie o czym mówię. W takiej sytuacji jedyne rzeczy, które przyciągają uwagę, to popełnione błędy. Nierzadko to inspiruje i motywuje, ale potrafi też zdeprecjonować. Stąd myśli, że zawsze można pracować więcej. Pamiętajmy, że studio i jego


prowadzenie wymaga też dodatkowej energii. To sprawia, że nie zawsze starcza czasu na rysowanie, ani nawet dla siebie. Z drugiej strony, ilość pracy ma też pozytywne aspekty. Kiedy rysujesz cały czas projekty dla klientów, polepszasz umiejętności i wypracowujesz styl.

TF: Masz czas na hobby? Carl: Mam wiele zainteresowań, ale przede wszystkim staram się spędzać czas z moimi synami Vincentem i  Sylvestrem. Poza tym uwielbiam jeździć na rowerze. Zanim pojawiały się dzieci, miałem więcej czasu na podróżowanie, nurkowanie,

tajski boks i inne zajęcia, ale teraz muszę wybierać. Właśnie zacząłem szkolenie paralotniowe. TF: Czy w twojej głowie zrodziły się jakieś plany na najbliższy czas? Carl: W tym momencie myślę jedynie o wakacjach.

Postaram się zrelaksować, by z pełnym zapałem zabrać się do kilku interesujących projektów, które na mnie czekają.

Facebook: Carl Löfqvist www.wickedtattoo.com

TATTOOFEST 47


TATTOOFEST 48


TATTOOFEST 49


Wywiad z Victorem Montaghinim pozwolił mi i Oli odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nie zostałyśmy wziętymi tatuatorkami. Mianowicie dlatego, że nie miałyśmy młodszych braci, którzy tak ochoczo jak ten Victora zgadzaliby się na bycie królikami doświadczalnymi. Jako najmłodsze spośród rodzeństwa zostałyśmy z góry skazane na niepowodzenie w tej branży. Krysia

TATTOOFEST 50

TF: Od kiedy tatuujesz? Victor: Pierwszy kontakt z tym zjawiskiem miałem w wieku 14 lat, kiedy zafundowałem sobie pierwszy tatuaż - orła na ramieniu. Od tamtej chwili byłem pewien, co chcę robić w życiu. Kupiłem maszynę i trenowałem na moim o rok młodszym bracie. Niestety nie byłem zadowolony z efektów, bo

nie udawało mi się przenieść rysunku z kartki papieru na skórę tak wiernie jak chciałem. Od zawsze byłem bardzo krytyczny względem samego siebie i złościłem się, że nie jestem w stanie osiągnąć zaplanowanego efektu. Zrobiłem jeszcze kilka tatuaży, ale w końcu poddałem się i do 2003 roku poświęciłem się ilustracji i rysunkowi


- moim stałym, zawodowym zajęciom. Pragnienie by stać się częścią tatuatorskiego świata cały czas żyło gdzieś w mojej głowie i w końcu zwyciężyło. Pewnego dnia postanowiłem zrezygnować ze wszystkich innych rzeczy i zacząć się uczyć. TF: W twoich tatuażach aż roi się od dzieci! Victor: To prawda, bardzo je lubię. Nie mam jeszcze własnych, ale na pewno są one w planach. Tak czy inaczej, ich pojawianie się w moich pracach nie jest związane z osobistymi pragnieniami. Wielu z moich klientów chce mieć wytatuowany portret potomka, ale nie w realistyczny sposób. Niektórym ludziom, zwłaszcza tu w Brazylii, realistyczna reprodukcja zdjęcia kojarzy się ze smutnym, żałobnym przedstawieniem zmarłej osoby. Aby tego uniknąć, zrodził się pomysł na odwzorowywanie dzieci klientów w zabawnych sytuacjach i w nieco karykaturalny sposób. Dziś wielu ludzi trafia do mnie właśnie

ze względu na mój styl i sposób obrazowania postaci czy przedmiotów. TF: Co chciałbyś oddać poprzez swoje tatuaże? Victor: Kiedy tatuuję, nie ograniczam się w żaden sposób. Chcę udowodnić, że można wytatuować wszystko, niezależnie od karnacji. Przyjemność sprawia mi zabawa z teksturą, kolorami, utrwalanie pomysłu, który jest czymś więcej niż rysunkiem. Jeśli chodzi o postacie, jakie przedstawiam, staram się oddać mój fantazyjny świat, utrwalić ruch, a także dopasować motyw do odpowiedniego miejsca na ciele. TF: Czy tatuaż w São Paulo jest popularnym zjawiskiem? Victor: W moim kraju liczba wytatuowanych ludzi rośnie z roku na rok, zwłaszcza widoczne jest przekonanie do prac dużego formatu. Tatuaż jest niezaprzeczalnie wpisany w obraz społeczeństwa, choć może być postrzegany jako moda, często świadczy

też o statusie społecznym posiadacza. W jakiś sposób zjawisko, wobec którego istniało tak wiele uprzedzeń, stało się pożądane. Dziś nie jest niczym szczególnym widok lekarza czy prawnika z tatuażem pokrywającym znaczną część ciała. Dekadę temu było to czymś niewyobrażalnym. TF: Gdzie aktualnie można cię spotkać? Victor: Obecnie pracuję w „Soul Tattoo Art e Café”, najbardziej niesamowitym i stylowym studiu w São Paulo. Mieści się ono w najlepszej dzielnicy miasta, ma świetny wystrój, utrzymany w stylu art deco. Jak wskazuje nazwa, znajduje się tam również kawiarnia oraz galeria, gdzie co miesiąc pojawia się wystawa nowego artysty, nie tylko takiego związanego ze światem tatuażu. Pomieszczenie do tatuowania jest przestronne, mamy też osobny pokój do piercingu. Ekipa składa się głównie z kobiet, poza mną pracują tu 3 tatuatorki. Dzięki temu

klienci czują się bardziej komfortowo, bo dziewczyny podchodzą do nich z większą wrażliwością, zwłaszcza do tych, którzy przychodzą po pierwszy tatuaż. Nie mamy żadnych katalogów ani albumów z tatuażami, naszym priorytetem przy tworzeniu są książki. Każdy rysunek przygotowywany jest indywidualnie dla klienta. Staramy się uchwycić jego pomysł i stworzyć unikalny tatuaż. Podsumowując, jest to miejsce z wyjątkową atmosferą, dla osób szukających realizacji ich indywidualnych potrzeb. TF: Patrząc na twoje tatuaże można wnioskować, że jesteś bardzo wesołym i zabawnym człowiekiem… Victor: Szczerze mówiąc, nie uważam siebie za osobę obdarzoną jakimś szczególnym poczuciem humoru. Być może dlatego staram się równoważyć mój charakter bardziej wesołymi obrazkami, choć wiele z nich zawiera dozę czarnego humoru. Nie jestem osobą, która często

TATTOOFEST 51


żartuje, a moi współpracownicy opisują mnie raczej jako gbura! TF: Nie myślałeś nigdy, aby zająć się czymś zupełnie innym? Victor: Moja praca zawsze związana była ze sztuką, nie wiem jak robi się coś innego. Wcześniej tworzyłem ilustracje do książek i malowałem. Choć tatuowanie pochłania większość mojego czasu, staram się nie rezygnować z tych zajęć.

TATTOOFEST 52

Rozważam całkowite oddanie się malarstwu w przyszłości, a tatuaż chciałbym wykonywać hobbistycznie. Nie zakładam jednak żadnego konkretnego planu, ponieważ należę do osób, które notorycznie zmieniają zdanie. Dziś jestem zadowolony z tego co mam i czym się zajmuję. Co prawda, życzyłbym sobie więcej czasu na malowanie, bo dzięki niemu mogę się rozwijać i swobodniej wyrażać poprzez różne techniki i style.

TF: Czy pracowałeś gdzieś poza Brazylią? Victor: Tatuowanie otwiera wiele drzwi. Dzięki niemu odwiedziłem dużo miejsc. Spędziłem kilka miesięcy w Hiszpanii i było to wspaniałe doświadczenie. Ta podróż umożliwiła mi lepsze poznanie tamtejszej kultury, a także odwiedzenie innych krajów. Bardzo mi się tam podobało! Ponadto, przez 3 lata mieszkałem w Buenos Aires w Argentynie, gdzie miałem szansę ulepszyć

moje prace poprzez kontakt w wieloma profesjonalnymi tatuatorami - to tam stałem się rozpoznawalny! Półtorej roku temu wróciłem do Brazylii i podróżowałem po kraju napawając się jego dziedzictwem kulturowym. Za kilka miesięcy zaczynam nową podróż, w planach mam odwiedzenie Kolumbii, Wenezueli, a także ponowny wypad do Europy.


www.facebook.com/victormontaghini

TATTOOFEST 53


TF: Od tatuujesz?

Piekno

dookola Nicka morte Nicka Morte

poznałam ponad 3 lata temu podczas wizyty w Moskwie. W tamtym czasie nasz kontakt opierał się o współpracę z rosyjskim magazynem tatuatorskim, dla którego pracował. Zwróciłam uwagę także na jego prace, ale nie wzbudziły mojego szczególnego zachwytu. Kolejny raz nasze „służbowe” ścieżki przecięły się tego roku w Budapeszcie. Nie miałam najmniejszego problemu aby dostrzec, jak w tym czasie tatuaże Nicka zyskały dzięki charakterystycznej kresce i rozwijaniu indywidualnego stylu. Ola TATTOOFEST 56

jak

dawna

Nick: To dobre pytanie! Kiedy zaczynałem, mieszkałem w Rosji, a tam nie istniało coś takiego jak „profesjonalne tatuowanie”. W związku z tym, nie mogę powiedzieć o żadnym rozwoju przed 2005 rokiem. Myślę, że pierwsze 5-6 lat trzeba raczej spisać na straty. Tak na poważnie, nie miałem wiedzy, pieniędzy na sprzęt, a co najważniejsze, najbliższe studio znajdowało się 250 km od mojego miejsca zamieszkania i powiedzmy sobie szczerze, że nie pracowali tam mistrzowie. Pierwszą maszynę zrobiłem sam z silniczka starego kaseciaka, długopisu, taśmy klejącej i struny do gitary. Jak wspomniałem, nie było absolutnie nikogo, kto mógłby nauczyć mnie podstaw lub w jakikolwiek sposób pomóc. Co gorsze, w tamtym czasie nie widziałem ani jednego, dobrego tatuażu! Nie byłem nawet przekonany o istnieniu kolorowych prac! Pamiętam, że pewnego dnia wpadł mi w ręce pięcioletni, niemiecki magazyn branżowy. Znajdowało się w nim pełno strasznych prac w stylu „połowa lat 90.”, ale dla mnie było to wtedy jedyne źródło inspiracji i możliwość zobaczenia, jak wyglądają „prawdziwe tatuaże”. Wtedy nawet nie myślałem o karierze tatuatora, sam nie wiem jak do tego doszło… Mój czas poświęcałem na granie na gitarze w kapeli, malowanie, rzeźbienie i przez pewien okres pisałem artykuły związane z tatuażem (było to kiedy przeniosłem się do Moskwy). Tatuowanie to zajęcie, które pochłania bardzo dużą część czasu. Musiałem odejść z zespołu, przestałem malować i postanowiłem skupić się tylko na tym. Kiedy z mojej malutkiej, rodzinnej miejscowości przeniosłem się do stolicy, w jakiś sposób udało mi się zaimponować właścicielowi studia znajdującego się w centrum miasta. Przyjął mnie do pracy, pomimo zupełnego braku doświadczenia. Niestety bardzo odczuwałem luki w podstawowej wiedzy, więc ciężko pracowałem by je wypełnić. Wtedy też uświadomiłem sobie, że nie ma odwrotu, jeśli chcę realizować się w tej profesji, muszę przebyć całą tą drogę.


TF: Podróże są niejako wpisane w zawód tatuatora. Zdaje się, że masz ich za sobą sporo? Nick: Dla większości tatuatorów podróżowanie to nie tylko dobra okazja żeby zobaczyć nowe miejsca i poznać interesujących ludzi, ale przede wszystkim, by uczyć się i rozwijać jako artysta. Możesz spędzić całe życie w swoim studiu i czuć się jak „gruba ryba”, ale w ten sposób nigdy nie udzielisz wywiadu dla „TattooFestu”, prawda? ;) Wiele nauczyłem się podczas moich wyjazdów, choć na początku nie było łatwo. Spędziłem kilka lat podróżując. Nadal mam rosyjski paszport, ale teraz kiedy mieszkam w Norwegii, jest mi znacznie łatwiej. Kilka lat temu niemal niemożliwe było wyjechanie gdziekolwiek poza Rosję bez przechodzenia poniżającej procedury starania się o wizę w ambasadzie. Poświęciłem wiele energii na walkę z biurokracją i ostatecznie wygrałem, choć nie ma dla mnie drogi powrotu. W związku ze wszystkimi trudnościami, które pokonałem i faktem, że nadal wielu Rosjan nie ma szansy swobodnego podróżowania, cenię każdy moment mojego życia. Korzystam z wolności bardziej niż ktokolwiek inny. Pierwsze dwa lata moich wyjazdów podsumowałbym jako czas na znalezienie kontaktów i wyrobienie sobie nazwiska. Wtedy pracowałem na zwrot kosztów. Wyjeżdżałem i wracałem do Moskwy czekając na kolejną wizę. To było trudne. Wkrótce okazało się, że tłumaczenie władzom dlaczego przebywam dłużej poza krajem niż w domu jest zbyt skomplikowane. Byłem bliski utraty mojej europejskiej wizy i wyjechałem do Australii. Bardzo szybko, całkowicie zakochałem się w tym kraju. Prawie podjąłem decyzję o pozostaniu tam na stałe, ale odległości do innych miejsc na świecie sprawiły, że zmieniłem zdanie. Opaliłem się nieco i wyjechałem do Skandynawii wierząc, że uzyskam tam pozwolenie na pracę. Zrobiłem to pomimo, że moje szanse na sukces nie były duże. I wiecie co? Jeśli miałbym w Rosji czy innym kraju jakiś punkt zaczepienia, nie udałoby się. Gdybym mógł żyć gdzie indziej, pewnie zrezygnowałbym z Norwegii.

Nick morte


Jako, że nigdzie nic na mnie nie czekało, norweskie władze uznały mnie oficjalnie za artystę i mogłem zostać w kraju. TF: Gdzie dokładnie można cię spotkać? Nick: Po kilku latach spędzonych na wyjazdach, pracy w street shopach i na konwentach, potrzebowałem stabilizacji. Miejsce, w którym pracuję, to nieduże kustomowe studio w Oslo. Usytuowane jest w raczej mało ruchliwej ulicy, niedaleko centrum miasta. Należy ono do sieci studiów „Lucky 7 Tattoos”, specjalizujących się w stylu old school. Miałem na tyle szczęścia, że pracowałem u nich gościnnie, po czym przyjęli mnie na stałe. Kiedy ludzie pytają mnie: „Dlaczego akurat Norwegia?” lub „Dlaczego Lucky 7?” mówię, że po prostu los się do mnie uśmiechnął. Podobnie było zresztą z tatuowaniem. Ja i studio nie wybraliśmy siebie nawzajem, jeśli wiecie

TATTOOFEST 58

co chcę powiedzieć… Mogłem pracować w Australii, zajmować się sztuką w Berlinie, ale osiadłem tu, bo tak poprowadziło mnie życie. Jestem z tego bardzo zadowolony, otaczają mnie świetni ludzie, a Oslo stało się moim domem.

więziennego nie było tu rozpowszechnione i ludzie nie mają zakorzenionego tego negatywnego stereotypu jak we Wschodniej Europie czy Australii. Wiele starszych osób nosi marynarskie motywy wykonane w Danii w latach 60.

TF: Jakie to miasto? Jak jego mieszkańcy podchodzą do tatuowania?

TF: Opowiedz o swoich tatuażach. Co o nich myślisz?

Nick: Oslo to specyficzne miejsce, gdzie rockersi wymieszani są z black metalowcami, ludźmi wystylizowanymi na lata 50. i cyber punkami. Branża tatuatorska jest jeszcze młoda i w dalszym ciągu się rozwija. Najbardziej popularnym stylem jest old school i jest tu wielu dobrych artystów w nim wyspecjalizowanych. Doceniam skandynawskich klientów, są otwarci na pomysły i w większości przypadków potrafią zaufać wybranemu przez siebie artyście. Z moich obserwacji wynika, że zjawisko tatuażu

Nick: Cieszę się, że w końcu pracuję w kustomowym studio i mam niemal absolutną swobodę artystyczną. Nie robię napisów, nie korzystam z rysunków czy flashy innych ludzi. Śmiało mogę powiedzieć, że moje tatuaże to moja sztuka. Pracuję nad nimi w taki sam sposób jak maluje się na płótnie czy papierze, skóra jest moim medium, z tego względu nigdy nie wykańczam detalami szkiców. Patrząc na nie, raczej trudno domyślić się, jak będzie wyglądał tatuaż, bo korzystam z wielu odbitek i dużo rysuję z  freehandu, dlatego klient

musi mi ufać. Co myślę o moich tatuażach? Podobają mi się niektóre z najnowszych prac. Natomiast wstydzę się tych starych, zwłaszcza takich, które w jakiś niewyjaśniony sposób ukazały się na łamach magazynów. Chyba byłem ślepy! Ale to w moim mniemaniu oznacza, że dorosłem i się rozwijam. W dalszym ciągu daleko mi do perfekcji i z pewnością większość tatuaży, które obecnie znajdują się w moim portfolio, zniknie z niego za jakiś czas. TF: Jakie inne dziedziny sztuki są dla ciebie interesujące? Nick: Dużo rysuję i powoli wracam do klasycznego malowania olejami. Najbardziej ze wszystkiego kocham jednak digital art. Nawet jeśli rysuję na papierze, zawsze uzupełniam kolory dopiero po zeskanowaniu, modyfikuję rysunek i dodaję tekstury. Nigdy nie rozstaję się z moim laptopem i tabletem.


To najprostszy sposób, by popracować w każdym miejscu i o każdej porze. Nie potrzebuję żadnych tuszy, narzędzi i nie muszę martwić się o odpowiednie oświetlenie. Spotkałem się z ludźmi twierdzącymi, że digital nie jest prawdziwą sztuką, ale myślą tak chyba dlatego, że nie potrafią się w tym odnaleźć. TF: Czy jest coś, co chciałbyś przekazać poprzez swoje tatuaże? Nick: Nie wiem, tak naprawdę nie jestem zainteresowany przekazywaniem jakiejś idei. Nie ma w nich żadnej filozofii czy poufnej wiadomości. Wiem, że wielu tatuatorów lubi bawić się w proroków i filozofów. Moją rolą nie jest nakłanianie ludzi do myślenia, ale to, żeby dać im cieszący ich tatuaż. Lubię wgapiać się w kształty i kolory i po prostu czuć ich nastrój, choć wiem, że są osoby doszukujące się w sztuce głębszego znaczenia. Jedyne do czego

chciałbym zachęcić, to dostrzeganie piękna dookoła. TF: Artyści, podziwiasz.

których

Nick: Najbardziej inspirującym artystą jest dla mnie w tym momencie Jeff Gogué. Inne nazwiska? Wszystko tak szybko się zmienia… Ci, których podziwiałem jeszcze nie tak dawno temu, przestali być moimi idolami. Wyrosłem też chyba z hiperrealizmu. Co prawda, na skórze wygląda świetnie, ale moim zdaniem nie jest to rozwojowe i  kreatywne. Artysta musi być kimś więcej niż perfekcyjną kopiarką. TF: Zdradź nam coś, co pozwoli nam cię trochę lepiej poznać. Nick: Chyba powinniście zapytać o to kogoś innego :). Nawet z moim stylem życia i otaczającym mnie rock’n’rollem, w dalszym ciągu jestem cichym chłopakiem, który

TATTOOFEST 59


czasem lubi pobyć w samotności. Raczej nie udzielam się towarzysko, zwłaszcza kiedy wracam z podróży. Szczerze mówiąc, niewiele osób jest mile widzianych w moim prywatnym życiu. Mieszkam poza miastem, blisko lasu, bo tylko tu potrafię odpoczywać. Żyłem w Moskwie, Amsterdamie i Sydney, i za każdym razem miałem dość hałasu. Tutaj codziennie chodzę po górach i to uszczęśliwia mnie w takim samym stopniu, jak impreza na backstage’u z moją ulubioną kapelą :). TF: Czy nadal udzielasz się w zespole? Nick: Niestety nie, ale wciąż gram na gitarze i tworzę muzykę. Myślę, że wkrótce będę mógł stworzyć nową grupę. Mam mnóstwo pomysłów i  wielu przyjaciół, którzy są muzykami. TF: Jak przedstawiają się twoje plany na najbliższe miesiące?

www.nickmorte.com * FB: Nick Morte

Nicka morte Nick morte

Nick: Niedługo ruszam „w trasę”. Miałem w lecie krótką przerwę, jestem gotowy na rock’n’rolla! Na pewno pojawię się na kilku europejskich konwentach, a potem wyjadę na jakiś czas do Nowej Zelandii i Australii. Planuję także wyjazd do Stanów Zjednoczonych, więc do zobaczenia gdzieś w drodze!

TATTOOFEST 60


TATTOOFEST 61


Kelly Eden

Oglądając zdjęcia zatęskniłam za różowymi włosami, którym byłam wierna przez bardzo długi czas… Czytanie po raz pierwszy odpowiedzi Kelly wprowadziło mały zamęt. Jak to! Przecież za sprawą lalek Barbie dziewczynki myślę o sobie źle! „Ojej, nigdy nie będę miała takich długich nóg, takiego wcięcia w tali i nigdy nie będę taka piękna…”. Zrobiłam szybki wywiad środowiskowy i okazało się, że koleżanki są po mojej stronie. No ale cóż, każdy ma prawo do swojego zdania. Krysia

TATTOOFEST 62


Krysia: Jesteś szczęściarą! Masz sporo tatuaży od Nikko Hurtado! Opowiedz o waszej współpracy i o tym, co na sobie nosisz. Kelly: Cóż, to dla mnie prawdziwy zaszczyt, że tatuuje mnie Nikko. To niesamowity artysta, a także cudowny przyjaciel. Mam szczęście nie tylko ze względu na możliwość tatuowania się u niego, ale i na obcowanie z jego talentem. Za każdym razem kiedy go odwiedzam, uczę się czegoś nowego, co wpływa na moje malarstwo i zmienia rozumienie wielu pojęć. Nikko inspiruje mnie i motywuje. Jestem dumna mogąc nosić na ciele jego sztukę - to mój najcenniejszy skarb. Oto prace, jakie wykonał na mnie do tej pory: tatuaż na ramieniu to odwzorowanie opakowania piekarnika - zabawki „Easy-Bake”, na którym została przedstawiona moja mama. W 1964 roku, kiedy miała 5 lat, uczestniczyła w kampanii reklamowej tej marki. Ogólnie ten rękaw zarezerwowany jest dla kobiet, które mnie inspirują. Na przedramieniu mam wytatuowaną Barbie, która według mnie reprezentuje takie rzeczy, jak: zdrowy rozwój dziecka, pozytywną feministyczną przemianę, nastawienie, że mogę zrobić wszystko co zaplanuję, bo nie ma rzeczy niemożliwych oraz myślenie o sobie w superlatywach. Barbie sprawiają, że dziewczyny dobrze się ze sobą czują. Ta lalka towarzyszyła mi w dzieciństwie i nadal lubię zaglądać w sklepach do działu z ich cudownym światem, żeby zobaczyć jakie pojawiły się nowinki. Na tej ręce mam też portret Lady Gagi, choć bardziej jestem fanką jej przekonań niż muzyki. Nie zrozumcie mnie źle, wciąż kocham „Bad Romance”. Cenię jej zaangażowanie w działania fundacji MAC AIDS i za bycie rzecznikiem Viva Glam, produktu z którego część dochodu przeznaczana jest na rzecz walki z AIDS. Ta wokalistka wie jak we właściwy sposób oddać ideę „Girl Power” i opowiada się za równymi prawami dla mniejszości seksualnych. Jest sztandarową postacią dla freaków, swoją osobą i postawą wspiera wszystkich, którzy nie pasują do ogólnie przyjętych norm. Rzuca światu wyzwanie i zachęca do poszukiwania tolerancji względem wszystkich osób. Podziwiam jej odwagę i szanuję wyjątkową, artystyczną ekspresję. W otoczeniu wymienionych portretów znajdują się przedmioty związane z moim obecnym zawodem. Mam szminkę i paletę cieni do oczu, pędzel, eyeliner i róż. Makijaż to dla mnie sposób wyrażania siebie, to forma sztuki jaką rozwijam każdego dnia. Ludzka twarz jest najbardziej ekspresyjnym środkiem komunikacji i czasem oddaje więcej niż słowa. Makijaż to potężny dodatek! Idźmy dalej… Żeby ukończyć tatuatorski staż, musiałam wykonać jakąś pracę na sobie, czemu oczywiście mocno się sprzeciwiałam. Tak powstał kontur diamentu na kostce. To najbardziej spontaniczny tatuaż, jaki kiedykolwiek zrobiłam. Zrobienie go zajęło mi 15 minut. Ta bardzo prosta praca, przypomina mi jak wiele trudności pokonałam i jak ciężko pracowałam.

Na plecach mam portret Marilyn Monroe. To mój pierwszy tatuaż, wykonany po skończeniu 18-stki. Marilyn bez wątpienia może być inspiracją i wzorem dla każdej dziewczyny, jej urzekającemu pięknu towarzyszył wdzięk i talent. Na lewym udzie noszę podobizny Davida Bowiego i Jennifer Connolly, czyli Jaretha i Sary z filmu „Labirynt” z 1986. Nie muszę chyba wspominać, że to mój ulubiony film. Kiedy mówimy o czymś „ulubiony”, oświadczamy niejako, że jest to rozwinięcie własnego ja. Od najmłodszych lat odnosiłam fabułę do moich własnych, życiowych doświadczeń. Myślę, że labirynt jaki przemierzała główna bohaterka Sarah jest odzwierciedleniem przeszkód, na jakie napotykamy w dzieciństwie. Im dalej idziemy, tym robi się trudniej. Poza tym, mam długą listę pomysłów na kolejne tatuaże. Dorastałam grając w „Final Fantasy”, uwielbiam tą historię i jej ujmujących bohaterów. W związku z wielkim wpływem tej gry na mnie we wczesnym wieku, postanowiłam wytatuować moją ulubioną postać - Sephirotha. Prawdopodobnie powstanie cały rękaw, gdzie on będzie główną postacią. Nikko namalował ostatnio mój portret z małym, truskawkowo - biszkoptowym torcikiem. Chciałabym aby wytatuował taki torcik koło kuchenki „Easy Beake”, tak aby skończyć prawy rękaw. Jako, że nie mogę kupić już tego obrazu, może uda się jego część uwiecznić w tatuażu. Krysia: Nie myślałaś nigdy o pracach od innych artystów? Na Wschodnim Wybrzeżu jest ich przecież tak wielu! Kelly: To prawda, jest tu sporo znakomitych tatuatorów, ale w rękach Nikko czuję się najbardziej komfortowo. Krysia: Z tego co udało mi się dowiedzieć wynika, że skończyłaś jakąś artystyczną szkołę, a potem zaczęłaś uczyć się tatuować, czy tak właśnie było? Kelly: Skończyłam szkołę plastyczną w Denver i podjęłam staż tatuatorski kiedy zaczęłam studiować w Rocky Mountain College na wydziale sztuki i designu. Staż trwał półtora roku. To była wyczerpująca praca i nieustanne testowanie mojej emocjonalnej wytrzymałości. Niektórzy tatuatorzy uwzięli się na mnie i słyszałam, że nadal chcą mnie zabić… słyszałam też, że mieszkają w namiotach w lesie… Tak czy inaczej, to było trudne doświadczenie. Inni artyści urządzili mi prawdziwe piekło i robili wszystko żebym zrezygnowała. Ale wytrwałam do końca (między innymi dlatego tatuaż-diament jest dla mnie tak ważny). Po dwóch latach ostatecznie odeszłam ze studia. Zdecydowałam, że bardziej istotne jest zdrowie psychiczne i skupienie się na szkole, niż praca w miejscu, które uczyniło mnie nieszczęśliwą. Podjęłam trudną decyzję… nie tylko opuściłam mój drugi dom, ale też porzuciłam styl życia, do którego tak bardzo się przyzwyczaiłam.

TATTOOFEST 63


Krysia: Modeling to dla ciebie hobby czy może coś więcej? Jak zaczęłaś? Kelly: To zdecydowanie więcej niż hobby, to moja kariera i lifestyle. Kocham to co robię i świetnie się przy tym bawię. Powinniście wiedzieć, że: modelki alternatywne odbiegają od ogólnie przyjętych ideałów i nie podlegają żadnym specyficznym kryteriom wyglądu. Same tworzymy własne kanony piękna i stawiamy na indywidualność. Nasza uroda opiera się o kreatywność, seksualność, fetysze, marzenia i fantazje. Tego rodzaju kobiety nigdy nie przyjmują „nie” za odpowiedź, świat nie wyznacza nam żadnych granic i nic nie budzi naszego strachu. Moja kariera rozpoczęła się kiedy pracowałam jeszcze w studiu. Szef zatrudnił fotografa, aby wykonał zdjęcia artystów w nim pracujących z zamiarem umieszczenia TATTOOFEST 64

ich na stronie internetowej. Poświęcił 5 minut każdemu pracownikowi, a mnie prawie 2 godziny. Zapytał, czy zastanawiałam się kiedyś nad zarabianiem w ten sposób. Wcześniej myślałam o zostaniu modelką, ale nie byłam pewna czy to przyszłościowe zajęcie. Miałam wpojone stereotypowe przeświadczenie, że aby dostać się do tego świata, potrzebne są koneksje. Nie powiedziałabym, że pierwsza sesja była od razu krokiem do kariery, raczej zaledwie jej początkiem. W przypadku modelek alternatywnych powodzenie w 100% opiera się o własną pracę. Agencji, które pośredniczą w znajdowaniu ofert dla tego typu dziewczyn, praktycznie nie ma. Nie jest łatwo, ale z drugiej strony mamy pełną kontrolę nad naszymi interesami.

Krysia: Czy masz jakąś ulubioną sesję? Jakie stylizacje preferujesz? Wolisz pracować w studio czy w plenerze? Kelly: Uczestniczyłam w niezliczonej ilości sesji i trudno byłoby wybrać jedną ulubioną. Niezapomnianą była z pewnością ta wykonana dla „Alt Girls Magazine” z Nickiem Saglimbenim. Poleciałam na nią do Los Angeles i poznałam tam wiele z moich ulubionych modelek. Wtedy także po raz pierwszy prezentowałam projekty Eirika Aswanga, który obecnie jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. To był dla mnie bardzo ważny moment. Dopiero zaczynałam, a dzięki tej sesji zostałam zauważona. Uświadomiłam sobie wtedy, jaki drzemie we mnie potencjał. Style w jakich pracuję różnią się za każdym razem. Do tej pory zajmowałam się


Krysia: Jesteś pierwszą dziewczyną z Kolorado w naszym magazynie, więc musisz opowiedzieć nam coś o tym Stanie. Kelly: Pochodzę z Evergreen. To małe miasteczko, ukryte u podnóża skalistych gór, jest bezpieczne, zaciszne i piękne. Okolica obfituje w jeziora, lasy i doliny. To idealne miejsce, żeby w nim dorastać (albo jako sceneria dla jakichś epickich przygód). Słusznie nosi także swoja nazwę - „zawsze zielony”. Później nie było mi tam jednak dobrze, w młodym wieku zaczęłam myśleć, że jestem inna. Wydawało mi się, że nigdzie nie pasuję, byłam czarną owcą, samotną jak palec. Każdego roku walczyłam coraz bardziej ze szkołą, rodzicami i problemami psychologicznymi. Trwało to dopóki nie przeniosłam się do szkoły artystycznej w Denver. Opuściłam Evergreen dołączając do innych „czarnych owiec” i poczułam się szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Krysia: Kelly prywatnie? Kelly: Nigdy nie wiem co powiedzieć, gdy pada to pytanie. Nie jestem zbyt towarzyska, moja praca jest całym moim życiem. Przez to prawie nic nie pozostaje już prywatne. Obecnie jestem makijażystką firmy MAC Cosmetics. Kiedy nie pracuję, prowadzę ciche, spokojne życie. Czas wolny lubię spędzać w gronie najbliższych przyjaciół, oglądając kreskówki czy rysując. W duszy jestem dzieckiem. Nie ma dla mnie nic lepszego niż lodowy rożek

jedzony na huśtawce i zaśmiewanie się do łez z moją przyjaciółką. Nigdy nie lubiłam imprez i bardzo okazjonalnie zdarza mi się napić alkoholu. Nie mam chłopaka i nie jestem typem flirciary. Krysia: Jak przedstawiają się twoje plany na najbliższy czas? Jakie są twoje priorytety? Kelly: Mam 22 lata i właśnie ukończyłam studia. Zanim uzyskam dyplom magistra planuję rok przerwy. Chcę podróżować i rozwijać moje umiejętności w makijażu w firmie MAC. To także pozwoli mi bardziej skupić się na karierze modelki i popracować nad super tajnymi projektami, które obmyślam od pewnego czasu. Ostatnio wystąpiłam w teledysku Robby’ego Starbucka promującego film „Oszukać przeznaczanie” i mam nadzieję na więcej takich propozycji w przyszłości. Najważniejsze jest dla mnie nadal malowanie i pokazywanie mojej twórczości. Krysia: Chciałabyś coś dodać? Kelly: Tak. Trzeba pamiętać o tym, że poprzez myśli, uczucia i przekonania kreuje się całkowicie własną rzeczywistość. Henry Ford powiedział: „Jeśli sądzisz, że coś potrafisz to masz rację. Jeśli sądzisz, że nie potrafisz – również masz rację”. To co myślisz staje się częścią ciebie, to co czujesz prowadzi cię, to w co wierzysz pojawi się koło ciebie. Jeśli w jakiś sposób miałabym wykorzystać swoją sławę, to do propagowania miłości do samego siebie. www.KellyEden.Net www.modelmayhem.com/KellyDoll

awangardą, klimatami fetysz, miałam sesję pod wodą, w stylu pin-up, akty, high fashion, couture… i uwielbiam je wszystkie. Wolę pracować w studiu, po pierwsze dlatego, że w Kolorado jest zimno, a ja tego nie znoszę. Po drugie, słońce zawsze jest przeciwko tobie i oświetlenie ciągle się zmienia. TF: Czy w U.S.A. jest zapotrzebowanie na wytatuowane modelki? Kelly: Jak do tej pory nie musiałam wyjeżdżać w poszukiwaniu zleceń, choć pracowałam z wieloma światowymi projektantami. Nie mam porównania, by powiedzieć coś o innych krajach, ale w Stanach wytatuowane modelki są dość popularne. Krysia: Czy sama farbujesz sobie włosy? TATTOOFEST 65

Fot. SyMobius

Kelly: Tak, to nie takie trudne jakby mogło się wydawać.


TATTOOFEST 66

Formalnie …i mniej formalnie

Imię nazwisko: Kamil „Karzeu” Dirt Edge Rocznik: 1983 Czym zajmujesz się zawodowo: barman, zawodowy pijak, czasem inne Motto życiowe: „Urodziłem się goły, a potem byłem mały, jadę na dupie bo jestem wesoły.” Twoja najlepsza strona: z dupy strony Twoja najgorsza wada: skromność i nieśmiałość Twój bohater: dziewczyny robiące ATM Z czego jesteś dumny: z przebiegnięcia nago w dość ruchliwych miejscach w paru miastach oraz zrobienia „oczu ważki” w kilkudziesięciu barach Bez czego nie wychodzisz z domu: Ipoda - nie mogę słuchać ludzi w komunikacji miejskiej Rzeczy, które cię interesują: głównie czubek mojego nosa Czego najbardziej nie lubisz: ewidentnej hipokryzji, porannego wstawania, zielonego ogórka, skończonych kretynów TOP 5: Muzyka: Dropkick Murphys i punk rock, Lucero, country i blues, KISS i cały hair metal/ cock rock, Pantera - moc k**** moc, Clutch… kolesie z brodami grają lepiej ;) Filmy: porno, „South Park” i w ogóle produkcje Matta i Treya, dalej: „Anchorman”, „Tallageda Nights” i wszystkie inne z Willem Ferrellem, „Miś” i stare polskie komedie, no i „Star Wars”! Książki: strasznie mało czytam, aż wstyd Programy telewizyjne: strasznie mało oglądam telewizję, nie wstyd Kawałek na chandrę: np. Pantera „Walk” Imprezy domowe czy klubowe: barowe, klubów nie lubię, a w domu nie piję 5 rzeczy bez, których nie możesz żyć: alkohol, narkotyki, dziewczyny, mięso, muzyka Uprawiany sport: wchodzę na czwarte piętro do mieszkania, czy to się liczy? Oglądany sport: chyba zacznę wkręcać się w laski okładające się po twarzach i jeżdżące na wrotkach w krótkich spodenkach… Większość wolnego czas spędzasz na: leżeniu do góry gnatami i nic nie robieniu, potem idę do knajpy Wakacje życia to: ja, mój pies, mój pickup i cycate blondyny. Chociaż nie… ja przecież wolę rude ;) Czyj pojedynek chciałbyś zobaczyć (żywi i umarli): Betty Page vs Sasha Grey Najlepsze jedzenie: teksańsko-meksykańskie Najdziwniejszy alkohol jaki piłeś: rozrabiany spirytus spod śniegu + ekstra mocne bez filtra Psy czy koty: psy, po stokroć psy, kotów to jak psów nienawidzę Lody czekoladowe czy owocowe: he, he czekoladowe… TATUAŻE: Wymień i opisz swoje tatuaże, kto i kiedy wykonał, jak było z pomysłami: Najpierw był słaby, przykryty już tribal. Miałem 16 lat a znajomy maszynkę z długopisu i walkmana. Myślałem, że to będzie prawdziwy punk rock… Prawa noga: drzewo, a’la japońskie, nigdy niedokończone - cover up powyższego burola i czarna ryba koi autorstwa Butcha z „Ultimate Skin” z Leeds. Lewa noga: gitara z kołem od roweru, wieżą i napisem: „Brave enough to move on, brave enough to stay” - pamiątka po pewnej bardzo istotnej, dużo podróżującej kobietce. Idąc dalej… lampa z serduszkiem to głupi żart z filmu „Anchorman” i piąta dziara znajomego. Teraz jest już dużo lepszy, a mowa o Chrisie z „Black Crown” z Leeds. Diament na udzie zrobiłem sobie sam, bo kiedyś musiało to nastąpić. Poza tym mam znak zapytania na małym palcu lewej dłoni, pin-upkę na żebrach – chyba 2 lata nie mogłem jej skończyć, bo jestem dupa jeśli chodzi o znoszenie bólu, autor: Fil Wood, „Black Crown”, Leeds. Napis „Dirt Edge” na brzuchu, to takie nabijanie się ze Straight Edge. Dirt Edge – drink, fight, fuck! Na rękach: klepsydra z napisem „Good times, bad times”, wiadomo, raz na wozie, raz pod wozem. Wykonanie - Joel „Suga Bear” Brennan, „Ink Assassins”, Pensylwania. Dalej jest ciągnik „John Deere”– jestem technikiem ogrodnikiem z wykształcenia i wieśniakiem z zamiłowania. Nie pamiętam kto, jakiś hiszpański guest spot w „Ultimate Skin”… Czaszka z ukrytymi: butelką, kieliszkami, „ace of spades” i profilem twarzy dziewczyny - znalezione gdzieś w starym sketchbooku u znajomych w studiu. Zrobił Butch. Jest jeszcze laska, która wącha kwiatka, ale jak się dobrze spojrzy to wygląda jakby bawiła się swoim prywatnym kwiatkiem… autor - Butch. Śmierdząca kanapa symbolizuje epizod, kiedy przez parę miesięcy mieszkałem na kanapie u znajomych, bo dziewczyna co chwilę wyrzucała mnie z domu. Zrobił Chris. Cyfra 13 – nie ma czego tłumaczyć. Butelka i kieliszek - bom pijaczyna, a znajomy się uczył. Nie wiem co dalej stało się z jego karierą. Burak do poprawki. Jest jeszcze ręka w klasycznej pozycji tzw. Shockera i kości, bo lubię grać w kości i zrobiliśmy sobie ze znajomym taki motyw. Shocker dla niekojarzących o co chodzi to: „Two in a pink, one in a stink”, wykonał Arek „Glue Sniffer”, „Rock’n’Ink”, Kraków. Na prawym ramieniu znajdziecie dłoń trzymającą karty - „Dead man’s hand” - nieważne jakie karty dostaniesz, ważne jak je rozegrasz (tatuaż autorstwa Chrisa). Tatuaże na przedramionach łączą się w jeden projekt. Są to ręce trzymające shaker i kieliszek, z tekstem Willie Nelson’a „Night life ain’t good life, but it’s my life”. Mój pomysł to tylko tekst, shaker, kieliszek, kompozycja i reszta smaczków (a jest ich kilka) to już pomysły artysty, który znając mnie dość dobrze wiedział, co tam powciskać, żeby było fajnie. Np. napis „Nice tits” na palcach, wykonał Fil Wood, „Black Crown”, Leeds. Jakie masz plany związane z kolejnymi tatuażami: Chciałbym dokończyć lewą rękę, wiem już co chcę, teraz tylko trzeba nagromadzić fundusze. Jest tam jeszcze miejsce na 2-3 motywy, potem „stars’n’dots” i oldschoolowy rękaw gotowy. Następna klata piersiowa, bo jak patrzę w lusterko to mi czegoś brak… Artysta wszechczasów: Sailor Jerry, Horiyoshi III, ja tam lubię klasykę, tatuaże powinny wyglądać jak tatuaże Czy twój szef i najbliższa rodzina wie o twoich tatuażach: szef wie i się jara, rodzina wie i się nie jara Jak była ich reakcja: mama powiedziała: „Przez najbliższe dni noś długi rękaw, muszę się mentalnie przystosować”. Doświadczenia konwentowe: parę lat temu byłem w Barcelonie ze studiem z Leeds. Bardzo spoko ;)


„Karzeu mym barmanem, nie brak

Fot. Ed Jp, www.ed-fotografie.blogspot .com Iga Faliszewska, www.faliszews ka.carbonmade.com Paweł Skarbowsk, www.czerstfy .digart.pl Just yna Milczuk Matheusz De Souza

mi niczego :)”

Do wyboru, do koloru…

TF Street Te a m

TATTOOFEST 67


o, Tychy

too, Świdnica

Darecki, Darkness Tat

ucky Tatto

Łukasz, L

TATTOOFEST 70

Kuba „Nail” Kujawa, Jazz Tattoo,

Poznań

Kuba „Nail” Kujawa, Jazz Tattoo,

Poznań


Kosa, Art Line, Rybnik

M

uth aciek, So

ttoo mead Ta

ristol Studio, B

David Rudzi

Ĺ„ski, Gules

tus, Warszaw

a

TATTOOFEST 71


AgRypa, 9th Circle, Kra

ków

Deadi, Kraków/On the

too, Świdnica

Darecki, Darkness Tat

TATTOOFEST 72

ad

w/On the ro

Deadi, Krakó

road


Luk, Art Force,

Warszawa

Kosa, Art Line

, Rybnik

ski, Gulestus,

David Rudziń

Warszawa

Kuba „Nail” Kujawa, Jaz

z Tattoo, Poznań

n the road

Deadi, Kraków/O

Anabi, Anabi-Tatt

oo, Szczecin

TATTOOFEST 73


TF # 53, September 2011  

Gdańsk Tattoo Konwent, Myke Chambers, Dominik Basnyk, Kelly Doty, Carl Lofqvist, Victor Montaghhini, Nick Morte. Inspirations: Michał Dzieka...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you