__MAIN_TEXT__

Page 1


Starzec Efrem z Filoteu

MOJE żYCIE ZE STARCEM JÓZEFEM


Starzec Jรณzef Hezychasta


Rozdział pierwszy

żYCIE śWIECKIE

W

pierwszych latach nieszczęść niemieckiej okupacji, kiedy ze względu na pracę porzuciłem naukę w szkole, w jednej z dwóch starokalendarzowych1 cerkwi Wolos2 proboszczem był hieromnich ze Świętej Góry. Jego ojcem duchowym był starzec Józef Hezychasta, jak on sam go nazwał. Ten hieromnich-hagioryta stał się dla mnie w tamtym czasie cennym doradcą i pomocnikiem w moim życiu duchowym3. Wybrałem go na mego ojca duchowego i dzięki jego Krótka opowieść o schizmie starokalendarzowców w Cerkwi Greckiej, zob.: rozdz. 18: „Odejście od zelotów – starostylnych”. 2 Miasto położone w centrum kontynentalnej Grecji, w Tesalii, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Atenami i Salonikami. 3 O pierwszym ojcu duchowym starca Efrema, ojcu Efremie, zob. dokładniej w księdze 2 (rozdz. 6: „Pierwsza wspólnota starca. Ojciec Efrem”). 1

7


opowieściom i radom wkrótce zacząłem odczuwać, jak moje serce oddala się od świeckiego życia i dąży ku Świętej Górze. Kiedy opowiadał o życiu starca Józefa, coś rozpalało się we mnie szczególnie mocno, a modlitwa o jak najszybsze jego poznanie stawała się płomienna. Starałem się, na ile może to czynić dziecko, ćwiczyć się w ascezie, żyjąc jeszcze w środowisku świeckim, a już od czternastego roku życia pragnąłem zostać mnichem. Ale mój ojciec duchowy, ojciec Efrem powiedział: – Jannakis4, nie możesz jeszcze zostać mnichem, jesteś zbyt młody. Podrośniesz, wtedy zobaczymy. ( Moja matka żyła jak mniszka: gorliwie pościła, modliła się, prowadziła życie cnotliwe i lubiła monastycyzm. Zawsze trzymała mnie blisko siebie, ponieważ kiedy byłem niemowlęciem, mama miała objawienie, że zostanę mnichem. W czasie modlitwy zobaczyła gwiazdę, która opuściła dom i odleciała na Świętą Górę, i usłyszała głos: – Z trojga dzieci tylko ten jeden żyć będzie. Moja mama się przestraszyła: – Ach, umrze mi dwoje dzieci, a przeżyje tylko ten! Nie wiedziała, że to objawienie należało pojmować w następujący sposób: jedno jej dziecko będzie żyć blisko Boga. Później zdała sobie sprawę, że to było widzenie dotyczące mojego odejścia na Świętą Górę. Oto dlaczego tak dokładnie mnie pilnowała i nie pozwalała mi się od siebie oddalać – żeby oddać Bogu możliwie jak najczystszą ofiarę. Sama była dla mnie żywym przykładem. Jakże często widywałem, jak zamyka się w kuchni i cały wieczór na kolanach modli się ze łzami! ( I tak, ponieważ matka uważnie mnie pilnowała, moje życie w świeckim otoczeniu, dzięki Bożej łasce, było bardzo surowe. Jak po4

8

Jannakis – grecka zdrobniała forma imienia Jan.


wiedziałem, musiałem porzucić szkołę ze względu na pracę, ponieważ w ciężkich latach okupacji głód stanowił naszą codzienną regułę. Z niedostatku jedzenia ledwie trzymaliśmy się na nogach. Pracowałem przede wszystkim w stolarni mojego ojca. Jednakże niekiedy musiałem też handlować na miejskim rynku: obwarzankami, chininą, guzikami, zapałkami. Aby pomóc rodzinie, kupowałem, cokolwiek udało mi się znaleźć, i od razu sprzedawałem ponownie, nieustannie ryzykując, że mogę wpaść w ręce Niemców i Włochów. Pamiętam, jak pewnego razu Włosi złapali mojego brata, młodzieńca jeszcze bez zarostu, a wraz z nim moich przyjaciół i bili ich kolbami, bo oni rzekomo, wbrew prawu, sprzedawali na rynku. Tak naprawdę Włosi chcieli zabrać i pieniądze, i towar. Bardzo mocno ich pobili. Czyż nie był to przejaw męstwa ze strony tych walecznych żołnierzy, że pobili małe dzieci tylko dlatego, że sprzedawały na rynku zapałki i jakieś ubrania! W pamięci żywo zachował mi się jeszcze inny przypadek, a mianowicie, kiedy gestapo rozstrzelało nieznanych mi Greków i powiesiło ich obok komendantury. Ręce męczenników były spuchnięte od tortur, ponieważ wpychano im pod paznokcie igły. Ich trupy wisiały przez kilka dni dla zastraszenia innych. W tych trudnych latach naszą jedyną nadzieją i pociechą był Bóg. Kiedy tylko kończyłem pracę, matka zabierała mnie i szliśmy do cerkwi na nabożeństwo i do ojca Efrema na spowiedź. Opowiadał nam on o niestałości tego życia, miłości do Boga, spowiedzi, modlitwie umysłu, łzach, o starcu Józefie i o Świętej Górze. Tak stopniowo narastało we mnie pragnienie poświęcenia się Bogu. W tym czasie w Wolos głód i malaria zbierały żniwo. Ja także zachorowałem nie wiadomo na co – stale miałem podwyższoną temperaturę i byłem osłabiony. Wreszcie musiałem położyć się do szpitala. W tamtych czasach lekarze nie mieli wystarczających środków, toteż nie byli w stanie określić, na co chorowałem, dlatego byłem bliski śmierci. Ostatecznie mnie wypisano, ale wszystkie te wydarzenia pomogły mi uświadomić sobie, na ile złudne i daremne jest ziemskie życie. Tak oto umocniłem się w pragnieniu zostania mnichem. ( 9


Minęły lata, skończyłem dziewiętnaście lat. Na miesiąc przed opuszczeniem przeze mnie świeckiego środowiska, chłopcy z Wolos wybrali się na Świętą Górę, pragnąc przy okazji odwiedzić również starca Józefa. W mieście Wolos wiedziano o nim wiele, ponieważ mój ojciec duchowy był u niego nowicjuszem i często mawiał: „Starzec Józef to człowiek święty, to asceta”. Przy tej okazji niektóre kobiety postanowiły przekazać tam jakieś rzeczy i jedzenie. Chciałem i ja pojechać z chłopcami na Świętą Górę, ale gdzie tam! – mego ojca nie stać było, żeby mi na coś pozwolić. Przyjaźniłem się z tymi chłopakami, chociaż byli ode mnie starsi. Zapragnąłem przekazać przez nich na Świętą Górę dla starca Józefa coś od siebie. Problem polegał na tym, że z powodu ubóstwa niczego nie miałem. Poszedłem do domu, otworzyłem szafki mojej mamy i znalazłem trochę makaronów-nitek. Wsypałem je do woreczka i napisałem na kartce: „Ojcze Józefie, posyłam wam tę paczuszkę – mały dowód mojej miłości i szacunku. Proszę was, módlcie za moje zbawienie. Całuję waszą prawicę. Jan”. Tak nazywano mnie w życiu świeckim. Zakleiłem paczkę i oddałem ją chłopakom. Chłopcy zaszli do starca, a ten zaczął otwierać paczki. Otworzywszy moją, powiedział: – To dziecko przyjdzie tutaj prowadzić życie monastyczne. Chłopcy odpowiedzieli: – To wykluczone. Jego trzyma przy sobie spowiednik, ponieważ chce założyć monaster, a Jana przygotowuje jako swego następcę. Tak że, starcze, nie ma co nawet o tym myśleć. – On przyjdzie tutaj, a ty pojedziesz do środowiska świeckiego i powrócisz, aby zostać mnichem, ty – zostaniesz kapłanem i pozostaniesz w świecie, a ty już nigdy więcej nie przyjedziesz na Świętą Górę – powiedział starzec każdemu z nich. Wszystko, co powiedział starzec, spełniło się dokładnie. Po powrocie chłopcy przekazali mi jego słowa, ale nie przypisałem im większego znaczenia. To znaczy, nie zwróciłem uwagi na jego słowa na temat tego, że przyjdę do niego i zupełnie o tym zapomniałem. Kiedy wysłałem mu list, zupełnie nie miałem zamiaru udać się na Świętą Górę. Chciałem zostać mnichem, ale nie zdecydowałem, gdzie dokładnie nim będę. I tak, sam nie miałem jeszcze żadnego wyobrażenia o swoim przyszłym życiu monastycznym, ale wiedział już o nim starzec dzięki oświeceniu otrzymanemu od Boga. 10


( W międzyczasie ojciec Efrem mówił mi: – Zostań ze mną, założę klasztor. Jesteś mi potrzebny, nie mam nikogo innego. – Dobrze, ojcze, zostanę, żeby wam pomóc. Ale zaczął o tym mówić, kiedy miałem dopiero czternaście lat. Teraz miałem dziewiętnaście i myślałem: „Czy nie lepiej będzie, jeśli odejdę?” – albowiem myśl przekonywała mnie, że u tego ojca nic nie wyjdzie z klasztoru. Zamknąwszy się w pokoju, zacząłem się modlić w następujący sposób: „Przenajświętsza Bogarodzico, otwórz mi Swoje bramy i przyjmij mnie. Przenajświętsza Bogarodzico, otwórz drzwi Swego miłosierdzia i weź mnie do Siebie”. Często przechodziłem obok więzienia. Była tam kapliczka świętego Eleuteriusza, w której zostawialiśmy jałmużnę dla więźniów. Przechodząc obok niej, zostawiałem tam to, co miałem, i prosiłem świętego Eleuteriusza, żeby mnie uwolnił, żebym mógł odejść5. Wstydziłem się powiedzieć o tym mojemu ojcu duchowemu, dlatego mu o tym napisałem. Ten nieco się zasmucił, ale z czasem się uspokoił i z tym pogodził: „Idź, moje dziecię, ja ci nie bronię”. Zanim udałem się na Świętą Górę, poznałem pewnego mnicha, który zaproponował mi, abym razem z nim prowadził życie ascetyczne. Zgodziłem się i postanowiłem przenieść się do niego, ale Bóg do tego nie dopuścił. Oświecił On moją matkę i spowiednika. Każde z nich powiedziało mi: – Nie, tam nie pójdziesz, posyłam cię do naszego starca – starca Józefa. – Błogosławcie – odpowiedziałem, choć wewnątrz gryzła mnie pycha. Tym niemniej wysłuchałem zdania matki i podporządkowałem się jej oświeconej decyzji. Zrobiłem to z wiarą i posłuszeństwem, a Bóg dał mi w starcu – ojcu Józefie – duchowego nauczyciela i wstawiennika w niebie. Błogosławię ten dzień i chwilę, kiedy mój Bóg i Pan oświecił mnie, bym usłuchał wskazówki spowiednika i mojej świątobliwej matki, która 5

Imię „Eleuteriusz” oznacza: „wolny”. 11


surowo przykazała mi, bym został nowicjuszem u starca Józefa6. Gdybym poszedł tam, gdzie sam chciałem, z pewnością poniósłbym klęskę. Okazałem posłuszeństwo i nie pomyliłem się, wybrawszy jako miejsce mego życia monastycznego Świętą Górę. A czy zdarzyło się kiedykolwiek, by człowiek, który usłuchał swego ojca duchowego, zginął? Nawet jeśli będzie to zła sprawa, polecenie, rada – Bóg wszystko uczyni dobrym.

Matka starca Efrema (1887-1986) przyjęła postrzyżyny wielkiej schimy, a nadano jej imię Teofana w monasterze Bogarodzicy Hodegetrii w Wolos w 1962 r. Postrzyżyn dokonał sam starzec Efrem. 6

12


Rozdział drugi

NA śWIęTEJ GÓRZE

W

reszcie nastała odpowiednia pora. Rankiem 26 września 1947 roku stateczek nieśpiesznie zawiózł nas ze środowiska świeckiego na Świętą Górę – tak jakby od brzegu tymczasowego życia do przeciwległego brzegu, brzegu wieczności7. Przybyliśmy do Dafni, głównej przystani Atosu. Zszedłszy ze statku, razem z nielicznymi innymi siedliśmy do łódki, która płynęła w kierunku Święta Góra Atos – najbardziej wysunięta na wschód odnoga Półwyspu Chalcydyckiego w północnej Grecji. Już dziesięć wieków na tym długim pasie lądu żyją tylko mnisi. 7

13


Małego Skitu św. Anny8, zatrzymując się przy każdym monasterze. Kiedy odpłynęliśmy od Dafni, od razu, jeszcze w łódce, diabeł rozpoczął intensywną walkę przeciwko mnie. Patrzyłem na klasztory i na ojców jak na więzienia i na więźniów i mówiłem sobie: „Jak ci mnisi mogą tutaj żyć? Jak wytrzymasz to ty sam? Dokąd teraz idziesz?”. Byłem zupełnie niedoświadczony. Dotąd byłem tylko w cerkwi, na rynku, w stolarni mego ojca i w domu. Wszystko, co widziałem teraz, było dla mnie nowe. Nigdy dotąd nie podróżowałem i nie wiedziałem, co to takiego. I oto teraz opuszczałem świat – z własnej woli odchodziłem nie wiadomo dokąd. Biesy ze wszystkich stron zarzucały mnie myślami: „Jak ty tam pójdziesz i zostaniesz pustelnikiem? Biada ci! Zawracaj!”. Bardzo źle się czułem, było mi niedobrze i cieleśnie, i duchowo. Obok mnie w łódce siedział pewien mnich. Śpiewał on: „Bogarodzico, Dziewico, bądź pozdrowiona!” z „te-ri-rem”. On miał wspaniały humor, a ja kipiałem z powodu myśli i niepokoju. Przerwałem mu: – Ojcze, gdzie jest kaliwia starca Józefa? – A dlaczego o to pytasz? – Wybieram się tam. – A po co tam jedziesz? – Żeby zostać mnichem. Zlustrował mnie od stóp do głów. – Ty po to jedziesz tam? – Tak, tam. – To miejsce ci nie pasuje. Tam obowiązuje post, czuwanie i pokłony. Od żegnania się odpadnie ci ręka. Nie będziesz dał rady tam żyć – przecież jesteś chuderlakiem. Skit świętej Anny znajduje się w północno-zachodniej części Atosu na stromym, zielonym zboczu na wysokości 300 m n.p.m. Składa się z 58 kaliwii, zbudowanych jedna nad drugą na uskokach zbocza, a większość z nich ukryta jest za wielkimi drzewami albo skałami. W tamtych czasach w skicie żyło około dwustu ojców. W głównej świątyni skitu znajduje się stopa świętej sprawiedliwej Anny, matki Najświętszej Bogarodzicy. Mały Skit św. Anny (w atoskiej monastycznej mowie potocznej: Mała święta Anna) znajduje się w odległości pół godziny marszu od Skitu świętej Anny. Jest to maleńka osada ascetyczna, składająca się tylko z pięciu kaliwii, podlegająca Skitowi św. Anny. Panuje tu łagodniejszy klimat, ponieważ kamienny ustęp góry osłania to miejsce od północnej strony przed chłodnym powietrzem schodzącym z wierzchołka Atosu.

8

14


Przedtem długo chorowałem. Gorączka doprowadzała mnie do wycieńczenia, a lekarze nie potrafili określić, co to za choroba. Codziennie trudziłem się w stolarni, często pracowałem głodny i męczyła mnie gorączka, tak że byłem prawdziwym chuderlakiem. Miałem tylko wolę, ale sił nie było żadnych. – Nawet jeśli miałyby mi odpaść i ręce, i nogi, to i tak pójdę do starca! Gdzie on jest? Czy moglibyście mi pokazać? – Tam, widzisz tę górę, maleńką białą kaliwię? To tam. Jak tylko zobaczyłem kaliwię, zobaczyłem światło! Tam jest wolność! Tam nie ma więzień! Od razu mój niepokój minął. Bożą wolą było, żebym tam poszedł. ( O zachodzie słońca wreszcie przybiliśmy do przystani świętej Anny. Martwa cisza, ani jednego człowieka. Starzec nie wiedział, że miałem przypłynąć. Wtedy nie było tam telefonów, żeby o tym powiadomić. Nagle dostrzegłem, że jakiś ojciec z małą torbą i laską schodzi w dół. To był ojciec Arseniusz9. Gdy tylko go zobaczyłem, podbiegłem, pokłoniłem się do ziemi i pobożnie ucałowałem jego rękę. – Błogosławcie, ojcze. – Czy jesteś może Jannakis z Wolos? – Tak, starcze. Ale skąd mnie znacie? – Starzec Józef wie to od świętego Jana Chrzciciela. Święty objawił mu się dzisiaj w nocy i powiedział: „Przyprowadziłem ci jedną owieczką. Umieść ją w twojej zagrodzie”10. A ja zwróciłem się w myślach do świętego Jana Chrzciciela, mojego patrona, w dzień narodzin którego się urodziłem. Byłem bardzo wdzięczny świętemu za troskę o mnie. Zobaczyłem, że podszedł jeszcze jeden ojciec. Ojciec Arseniusz przyszedł razem ze starcem Korneliuszem. Ojciec Arseniusz powiedział mi: – Zostawimy ojca Korneliusza tutaj, na dole, by pilnował rzeczy, a sami pójdziemy na górę, do starca, on na nas czeka. 9

O ojcu Arseniuszu mowa jest w księdze 2 (rozdz. 3: „Ojciec Arseniusz”). Kelia wspólnoty starca Józefa była pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.

10

15


Weszliśmy na górę. Co wtedy czułem! Nawet najzdolniejsza osoba nie byłaby w stanie tego opisać! ( Wzięliśmy ze sobą najbardziej niezbędne rzeczy i udaliśmy się do starca. Dotarliśmy, kiedy się już ściemniło. Przyszliśmy do kaliwii, które wędrowiec napotykał jako pierwsze, gdy przybywał do wspólnoty starca Józefa. Wszystkie znajdowały się na stromym zboczu góry. Tu mieściła się główna siedziba wspólnoty, a kaliwia starca znajdowała się nieopodal, w bardziej pustynnym miejscu11. Cała ta strona góry była niedostępna. Kiedy tylko podeszliśmy do pierwszych kaliwii – tam, gdzie w grocie była cerkiewka świętego Jana Chrzciciela – ojciec Arseniusz uderzył w żelazne biło, dając znać, że przybyliśmy. Od razu uderzył też w swoje biło starzec, sygnalizując, że usłyszał nasz sygnał i wszedł do swojej kaliwii, żeby odmawiać modlitwę Jezusową. My natomiast poszliśmy odpocząć. Był sobotni wieczór. Do pustelni powinien był przyjść ojciec Efrem z Katunaki12, żeby odsłużyć Liturgię. Dlatego ojciec Arseniusz powiedział do mnie: – Będziemy mieć Liturgię. – Zbudźcie mnie! – Hm, a ty co, myślisz, że damy ci spać? No, ale skąd masz wiedzieć, biedactwo, gdzie przyszedłeś! Teraz będziesz musiał wcześnie wstawać.

Nie trzeba było iść do kaliwii starca, ponieważ po to właśnie zbudował ją w oddali, aby nikt go nie niepokoił. Starzec sam przychodził do „pierwszych kaliwii” na nabożeństwo i posiłek. Do kaliwii starca przychodzono po północy na spowiedź. 12 Katunaki – jeden z najbardziej pustynnych skitów Świętej Góry, położony na stromym, kamienistym zboczu zachodniej części Atosu, w odległości 45 minut marszu od najbliższej morskiej przystani. Znajduje się tam około 30 cel. O starcu Efremie z Katunaki szczegółowo mówi się w księdze 2 (rozdz. 6: „Pierwsza wspólnota starca. Ojciec Efrem z Katunaki”). 11

16


Rozdział trzeci

PIERWSZY DZIEń

S

pałem w jakiejś klitce pomiędzy deskami. Diabeł posłał mi straszny sen. Akurat kiedy się budziłem, starzec Józef podszedł do drzwi. Przyszedł na Liturgię. Krzyczałem we śnie: – Boję się! Rozbijemy się! Otworzył okno – drzwi i okno były jednym i tym samym – i spytał: – Moje dziecko, co ci się stało? Skąd miałem wiedzieć, że to starzec? Odpowiedziałem mu: – Ojcze, nie wiem. Byliśmy na statku, weszliśmy do jakiejś groty i mało co się nie rozbiliśmy. Uśmiechnął się i powiedział do ojca Arseniusza: – Biesy od samego początku wzięły się za tego malucha. No, wstawaj, wstawaj! Mamy Liturgię. 17


Kiedy tylko ostatecznie się zbudziłem, zrozumiałem, że to starzec i upadłem mu do nóg. – Błogosław, starcze! – Chodź, dziecko, pójdziemy do pieczary. Będziemy mieli teraz Liturgię. Cerkiewka była tak mała, że stasidie13 starca dotykały ikonostasu. Światło dawały tylko lampki palące się przed ikonami. Dwie stasidie znajdowały się naprzeciw siebie. Mnie postawiono pośrodku, między nimi. Tam, w cerkiewce, przy ledwie tlących się lampkach, moja dusza rozpoznała świetlistą postać starca. Był to człowiek niewysoki, nie pełny i nie chudy, z dużymi, spokojnymi, niebieskimi oczami. Jego ongiś kasztanowe włosy stały się siwe – miał już wtedy przecież pięćdziesiąt lat. Choć nie używał grzebienia ani nie obcinał paznokci, jego obecność roztaczała pewną Bożą łaskę, coś majestatycznego i chwalebnego, tak jakby to był król. Ponieważ nigdy się nie mył, niektórzy odwiedzający spodziewali się nieprzyjemnego zapachu i dziwili się, że wręcz przeciwnie, delikatnie pachniał. Było to nadprzyrodzone, ponieważ zawsze dużo pracował i mocno się pocił. Jego wygląd zewnętrzny był bardzo szlachetny. Wystarczyło ledwie go zobaczyć, a od razu uspokajały się nerwy. Jakim był na zewnątrz, takim też i wewnątrz. Jego oblicze było przyjemne, bardzo przyjemne. W cerkwi bardzo melodyjnie wypowiadał: „Panie, zmiłuj się!”. A jak czytał Listy Apostolskie! Cudownie! Miał bardzo piękny głos. Jeśli zaś fałszowaliśmy w czasie śpiewania Liturgii, on podawał nam ton. On go nie tracił. Kiedy od czasu do czasu nas wzywał, żeby nas zebrać albo coś opowiedzieć, myślałem sobie: „Czy naprawdę ten głos kiedyś zamilknie?”. ( Zanim rozpoczęła się Liturgia, ubrano mnie w podraśnik z taką Stasidie (l. poj. stasidia) – przewidziane na jedną osobę drewniane odchylane siedzenia, z reguły połączone ze sobą, z wysokim oparciem i oddzielnymi oparciami dla rąk z boku, na wysokości łokci. Te oparcia pomagają modlić się na stojąco. Zazwyczaj ustawia się stasidie wzdłuż wewnętrznych ścian świątyni, można w nich zarówno stać, jak i siedzieć. 13

18


ilością łat, że nikt nie wiedział, z jakiego materiału był uszyty. Z powodu łat i brudu ważył około pięciu kilogramów. Ale kiedy go założyłem, miałem wrażenie, że ubrałem się w królewską szatę, coś chwalebnego i bardzo świetlistego. Odczuwałem taką radość, jakiej nie odczuwa nawet król, kiedy zakładają mu królewski płaszcz. Potem starzec dał mi pas z materiału i skufijkę, która, ponieważ nigdy jej nie prano, była sztywna jak brezent. – Stój tutaj! – powiedział mi. Dał mi też riasę pewnej świętej starycy, zmarłej mniszki Teodory14. Założyłem ją. Riasa wydzielała piękny duchowy zapach. W tym momencie z prezbiterium wyszedł ojciec Efrem, żeby wziąć od starca błogosławieństwo na służenie Liturgii i powiedział mi: – Po co założyłeś riasę? Natychmiast ją zdejmij! Starzec zwrócił się do niego: – Ciszej, ojcze, zostaw w spokoju tego mniszka. Pozwól nam go trochę obejrzeć. Dopiero zaczynały mi rosnąć wąsy. Wtedy starzec powiedział do ojca Efrema: – No, dobrze, pasuje na kapłana. Widzisz, czekałem na jakiegoś mnicha, żebyśmy mieli swojego kapłana, i oto przyszedł. I obiecał mi: – Kiedy cię wyświęcą na kapłana, uszyjemy ci piękne szaty liturgiczne. Nie zdążyliśmy jeszcze normalnie porozmawiać, a on już wiedział, że mogę zostać kapłanem. I cieszył się, że będzie miał swojego kapłana, dlatego że ojca Efrema często nie puszczał ojciec Nikifor15. ( Po zakończeniu Boskiej Liturgii wyszliśmy z cerkwi. Było już rano. Starzec powiedział mi: O mniszce Teodorze, zob. szczegółowo w księdze 2 (rozdz. 10: „Mniszki starca Józefa”). 15 O ojcu Nikiforze, kanonicznym starcu o. Efrema z Katunaki, zob. w rozdziale o ojcu Efremie w księdze 2. Dla nowicjusza kanonicznym jest ten starzec, który dokonał jego postrzyżyn. 14

19


– Chodź, napijemy się czegoś i zjesz trochę, bo teraz wszystko, co przywiozłeś, będziesz przenosić na plecach. Przywieźliśmy całą łódkę rzeczy, które nazbierali dla nas ludzie. Ponieważ wszystkie duchowe dzieci ojca Efrema wiedziały, że jadę do starca Józefa, więc dały mi pszenicę i wiele innych rzeczy. I teraz to wszystko mieliśmy przenieść w sieciach na plecach. Wcześniej jednak starzec dał nam herbatę z rozmarynu, robaczywe suchary pamiętające czasy Noego i ser, którego nie dałoby się porąbać nawet siekierą. Był jak kamień – odtłuszczony i robaczywy. Kto wie, z którego był wieku? – Jedz, mój mniszku, jedz, bo zaraz pójdziesz nosić. Nie dałem rady jeść, bo w łódce z powodu fal na morzu zwymiotowałem. – Nie chcę jeść, bo mój żołądek… – Jedz, jedz – zaraz będziesz nosić rzeczy. Podczas gdy ja jadłem, starzec mnie oglądał. Zauważył, jaki jestem chudy i powiedział: – W czym też u ciebie trzyma się dusza! – Nie patrzcie, starcze, na zewnątrz. Patrzcie na to, co mam wewnątrz, na to, że chcę pracować dla Chrystusa. Jak tylko zjedliśmy, powiedział: – Teraz bierz torbę i laskę i idźcie nosić. Niczego nie potrafiłem: ani zarzucać na siebie ciężaru, ani chodzić po dzikich skałach. Byłem szkieletem. Szkieletem! I to z ciągle podwyższoną temperaturą! – Ja mam to nosić? – Ty. – Błogosławcie! I od razu, od samego rana – przenoszenie ciężarów znad morza na górę po wyciosanych w skale schodach. Tak też z Bożą pomocą zaczęliśmy. Kiedy skończyliśmy, starzec powiedział: – Tylko nie myśl, że w nocy będziesz spać. Nie, w nocy mamy czuwanie! Śpimy wieczorem dwie godziny, a potem odbywamy czuwanie – kto osiem, a kto dziesięć godzin – z czotkami, pokłonami i czytaniem. Zrobisz około pięćset pokłonów – wtedy zobaczymy, co z tobą robić. To 20


będzie twoja pierwsza porcja. Jeśli zrobi ci się niedobrze, przychodź do mnie do kaliwii, o tam. I zaczęły się moje conocne czuwania. Ponieważ morzył mnie sen, co wieczór chodziłem na czuwanie do starca. A on, wyszedłszy z kaliwii po modlitwie, siadał i mnie uczył, a ja siedziałem i słuchałem. ( Od samego początku zaczęły mnie osaczać myśli. Nade wszystko – pycha, która sprzeciwiała się radom i wskazówkom starca, podnosiła głowę i żądała wyjaśnień: „Dlaczego mi to mówi? Dlaczego mnie tak traktuje?”. Zrozumiałem, co chce mi urządzić diabeł. Chce zburzyć moją relację ze starcem – moim przewodnikiem i nauczycielem. Przecież, zerwawszy moją więź z nim, odetnie mi dopływ duchowego pokarmu – Bożej łaski dawanej nowicjuszowi przez starca. Opowiedziałem o tym starcowi, a ten wyjaśnił: – Bacz, moje dziecko, przyszedłeś tutaj, aby zbawić swoją duszę, wyrzec się siebie, przyszedłeś tutaj, by pozbyć się namiętności, ukorzyć się, przyszedłeś, aby ciebie sądzono, a nie żebyś sądził innych – starca czy też braci. – Zgadzam się – odpowiedziałem. – Wiesz, jakich rad udzielili nam tutejsi ojcowie, starcy? Oto jakich: usłużyłeś swojemu starcowi – dogodziłeś Bogu; nie dogodziłeś swemu starcowi – nie dogodziłeś Bogu. Albowiem Boga nie widzisz, natomiast starca widzisz, a ponieważ on jest przedstawicielem Boga, dlatego wszystko, co robisz w stosunku do starca, odnosi się do Boga. To tak samo, jak odnosi się do Boga wszystko to, co czynimy z Jego świętą ikoną. Weźmy dowolną ikonę: ludzkie ręce wykonały ją przecież z drewna i farb ludzkimi rękami, prawda? Tak, ale na niej został przedstawiony Chrystus albo Bogarodzica, albo święty. Chociaż sama ikona jest czymś materialnym, jednakże to, jak z nią postępujemy, odnosi się do osoby na niej przedstawionej. Na tę osobę przechodzi cześć bądź profanacja okazywane ikonie. To samo dzieje się również w tym przypadku, ponieważ starzec jest Bożym obrazem, przedstawicielem Boga. Dla nowicjusza starzec jest ważniejszy od biskupa. Dla innych jest nikim, ale dla ciebie – nowicjusza, tak właśnie jest. Począwszy od chwi21


li, gdy podporządkowałeś się starcowi i zaakceptowałeś jego ojcowską opiekę, aby zostać dobrym dzieckiem duchowym i odnieść we wszystkim sukces, musisz zawsze się go słuchać i mu dogadzać, aby w ten sposób podobać się Bogu. Nowicjusz nie może dogodzić starcowi, jeśli słucha go tylko w kwestii pracy. Nade wszystko dogadza mu poprzez swoje życie duchowe, kiedy duchowo się rozwija. Im większe duchowo czyni postępy, tym większą radość odczuwa dusza starca. A ta radość starca staje się dla nowicjusza Bożym błogosławieństwem. W przeciwnym razie już poniosłeś klęskę. Pewien ważny człowiek, senator, przyszedł do świętego Bazylego Wielkiego. Zrezygnowawszy z urzędu, przyjął mnisze postrzyżyny, ale nie żył jak mnich. Wtedy święty Bazyli Wielki powiedział mu: „I utraciłeś tytuł senatora, i nie stałeś się mnichem”16. To znaczy utraciłeś swoją pozycję i powołanie, ale nie stałeś się mnichem, ponieważ nie uczyniłeś tego, co powinieneś był jako mnich zrobić. Nasi starcy mówili też, że uprzejmość mnicha polega na tym, by jego usta zawsze wypowiadały „wybaczcie” i „błogosławcie”. To znaczy, gdy popełnisz przewinienie, a ktoś wyjawi twoją winę, nie wygłaszaj tysiąca usprawiedliwień, ale powiedz tylko: „wybaczcie”. A kiedy polecą ci zrobić coś, co wymaga wyrzeczenia się twojej woli, pokornie ustąp i powiedz: „niech będzie błogosławione”. Mówili też: „Dobry początek – najlepszy koniec. Zły początek – najgorszy koniec”. – Na czym polega dobry początek, starcze? – Oto na czym: kiedy okazujesz posłuszeństwo, kiedy nie postępujesz zgodnie ze swoją wolą, kiedy wypełniasz swoją regułę, nie zasmucasz swego starca, niczego przed nim nie ukrywasz, mówisz mu wszystko – to jest właśnie dobry początek. Ale, przede wszystkim, dobry początek to doskonałe posłuszeństwo, to znaczy posłuZob. na ten temat u św. Jana Kasjana: „Mówią, że św. Bazyli, biskup Cezarei pewnemu senatorowi, który, chłodno wyrzekłszy się świata, pozostawił dla siebie nieco swego bogactwa, nie chcąc zarabiać na swoje utrzymanie pracą rąk i osiągnąć prawdziwą pokorę poprzez ubóstwo, męczącą pracę i klasztorne posłuszeństwo, powiedział: »Utraciłeś senatorstwo, ale i mnichem też nie zostałeś«” (List do Kastora, biskupa Apt, o regułach życia wspólnot monastycznych, ks. 7, rozdz. 19). Także u św. Teodora Studyty w liście 324, do syna duchowego Euprepiusza (prep. Teodor Studyta, Posłanija, t. 2, Moskwa 2003, s. 445). 16

22


szeństwo duchowe, zgodne ze sposobem myślenia. Jak myśli starzec, tak myśl i ty. Starzec się pomylił – pomyl się i ty. A przy tym ty nie popełniasz błędu. Posłuszeństwo nie pozwala nowicjuszowi popełnić błędu, nawet jeśli popełnił go starzec. Szczere posłuszeństwo nie daje dobremu nowicjuszowi zginąć. Zamknij oczy i okazuj posłuszeństwo – i nie bój się. – Błogosławcie. Nauczyłem się tego. Nie trzeba mi było powtarzać dwa razy. Powiedziałem sobie: „Będę dogadzać starcowi. Nic więcej nie potrzeba. Jeśli będę potrafił dogodzić starcowi, nic nie będzie dla mnie straszne”. Od chwili, gdy usłyszałem to od starca, moja myśl była ciągle zajęta tym, jak wypełnić czynem tę prostą radę, ten prosty ustny przekaz świętych ojców. Tę maleńką, ale wielką ze względu na swą duchową moc radę złożyłem w swej duszy, uczyniłem ją moim credo17, moim dziedzictwem i powiedziałem sobie: „Na tym będę bazować w moim życiu”. A ponieważ ta rada przynosi niezmierny pożytek temu, kto stosuje ją do siebie i wypełni, postanowiłem – z Bożą pomocą i dzięki modlitwom starca – ją wypełniać. Starcowi starałem się dogodzić na dwa sposoby. Z jednej strony, nigdy go nie zasmucać, a z drugiej – podobać mu się całym moim życiem. Myślałem tak: „Jeśli mi się to nie uda, to znaczy, że całe moje życie będzie klęską i nie osiągnę celu, ze względu na który opuściłem świat”. Nie jest możliwe, aby nowicjusz, który pokornie dogadza ojcu duchowemu, poniósł klęskę w życiu duchowym. A tym bardziej nie sposób, aby nie dostąpił on Królestwa Niebieskiego. Nie może się tak zdarzyć ze względu na naturę rzeczy. Kiedy mówi się: „niemożliwe z natury rzeczy”, to znaczy: „pewne na tysiąc procent”. Kiedy nowicjusz radzi się swego starca i stara się uczynkiem wypełnić dane mu rady, niemożliwe jest, aby poniósł klęskę, żeby nie otrzymał Bożej łaski. Zauważyliśmy, że świętemu Symeonowi Nowemu Teologowi, dzięki jego doskonałemu posłuszeństwu, doskonałej wierze i życiodajnej sile pokory, udało się nie tylko zakosztować nieco Bożej łaski, ale jemu, jak się mówi, dano pełną czarę łaski Ducha Świętego. I stał się tym, kim był 17

Główne motto życiowe osoby. 23


i został przez naszą Cerkiew wychwalony jako Nowy Teolog, to znaczy jako ten, który otrzymał teologię z nieba, bezpośrednio od łaski Ducha Świętego. On nauczył się teologii ucząc się nie w ławce, ale w trudzie posłuszeństwa i oddania ojcu duchowemu.


Rozdział czwarty

BOżE WYCHOWANIE

K

iedy ledwie zaczynałem, moja pycha była większa niż ja sam. Myślałem, że jestem kimś, ponieważ od dzieciństwa prowadziłem surowy tryb życia, miałem matkę-ascetkę, ponieważ moim ojcem duchowym był mnich ze Świętej Góry, który utrzymywał nas w rygorystycznych ramach cerkiewnych i monastycznych. Całe moje życie, zanim odszedłem na Świętą Górę, było całkowicie nieskazitelne i czyste. Nie zbaczałem ani na prawo, ani na lewo. Oczywiście, działo się tak tylko dzięki Bożej łasce. Ludzie, którzy nie potrafili właściwie oceniać rzeczy duchowych, bardzo mnie chwalili i uważali za dziecko święte. Z powodu tego mnóstwa pochwał myślałem, że już sięgnąłem trzeciego nieba. Pochwały 25


wyrządziły mi szkodę w taki sposób, że nawet tego nie zauważyłem. Zaraziłem się tą bakterią, nawet tego nie poczuwszy. Byłem zatruty pychą i żądzą próżnej sławy. Ale starzec, który potrafił dokładnie widzieć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, swoim przenikliwym wzrokiem dostrzegł, jaki zwierz we mnie mieszka. I podjął się go uśmiercić. Uzbroił się w brzeszczot posłuszeństwa i zaczął nim tego zwierza razić. Doskonale potrafił torować drogę dla pokory, dlatego prawie cały czas mojego nowicjatu był nieprzerwanym surowym wychowaniem. Trafiłem w ręce profesora, uczonego. On widział moją duszę na wskroś i już od pierwszego dnia zaczął ją uzdrawiać. Postanowił uczynić z kołka człowieka. Starzec nie dawał mi spokoju. Jego ojcowska miłość wychowywała mnie tak, że gdybym o tym opowiedział, to niektórym wydałoby się to nieprawdopodobne. Starzec Józef nieustannie mnie strofował, wymyślał, znieważał – to było lekarstwo dla uzdrowienia mojej duszy. Wiedział, że tylko złorzeczenie i zniewagi przynoszą duchowy pożytek, albowiem ten, kto je znosi, uzyskuje wieniec, a pycha i żądza próżnej sławy zostaną zduszone. Ze wszystkich stron potężnie uderzał we mnie młotem, żeby usunąć tkwiącą we mnie rdzę. Tę rdzę zauważyłem, kiedy zaczął mnie strofować, robić uwagi. Ale, oczywiście, dzięki Bożej łasce ani razu nie otworzyłem ust, żeby spytać: „Dlaczego? Co takiego zrobiłem?”. ( Starzec był bardzo surowy. Druzgotał mnie ze szczętem. Jak głosi pewne powiedzenie – codziennie ociosywał mnie toporem. Czego on ze mną nie robił! Żeby się do mnie zwrócić, zawołać mnie, używał wszelkich możliwych raniących słów i wszelkich analogicznych epitetów. To dopiero była męka! Przez wszystkie te lata, kiedy z nim byłem, tylko dwa razy z jego ust usłyszałem swoje imię. Zazwyczaj nazywał mnie: dureń, niezdara, „wawulis”18, mały i używał innych podobnych przezwisk. Po imieniu nie wołał mnie nigdy. Ale ile miłości kryło się za tymi wyrafinowanymi uszczypliwościami, jakie czyste zainteresowanie „Wawulis” – potoczny sposób zwracania się do bardzo małego dziecka, odpowiednik polskiego: dzidziuś, bobasek itp. 18

26


za tymi zniewagami! Nie tylko mi wymyślał, ale nawet i bił. Mówiłem mu: „Starcze, bij mnie, tłucz. Niechaj pęknie moja pycha”. Oczywiście, dostawałem to wszystko, dlatego że tego potrzebowałem, ponieważ moja pycha była większa ode mnie i powinienem był wszystkiego tego porządnie skosztować. Oczywiście, kiedy mnie strofował, to znaczy nakładał lekarstwo na moją ranę, to mnie bolało. Ale jakże wdzięczna jest teraz moja dusza za te chirurgiczne interwencje, których, jakby skalpelem, dokonywało jego najczystsze słowo. Moja pycha wierzgała we mnie i mówiła: „Dlaczego tylko w stosunku do ciebie starzec okazuje taką surowość? Dlaczego ci wymyśla?”. Dlaczego i dlaczego. Pycha się we mnie nadymała, żebym się sprzeciwił, ponieważ to była namiętność, to był demon. Ale, dzięki pouczeniom starca i oświeceniu od Boga, prowadziłem intensywną walkę z mieszkającą we mnie namiętnością. Przecież nieodzownie powinienem był zdusić tego zwierza, zabić go. Albowiem wiedziałem, że jeśli zwierz nie umrze, to nie da mi wytchnąć od swoich ataków. Na chwałę Bożą, dzięki modlitwom starca i mojej matki, przez wszystkie te lata nie wypowiedziałem ani słowa, aby sprzeciwić się starcowi. Przyjmowałem to wszystko, ponieważ czułem w sobie pychę i mówiłem sobie: „Skoro taki jesteś, to na to zasługujesz”. Dzień i noc nieustanne reprymendy. Nie od czasu do czasu, ale codziennie. Och-och-och, co starzec ze mną robił! Nie mogłem odetchnąć od sztorcowania. Tak byłem krzyżowany, aby dostąpić zmartwychwstania. Bolało mnie, a wtedy szedłem do celi, obejmowałem Ukrzyżowanego i ze łzami mówiłem: „Ty, będąc Bogiem, znosiłeś sprzeciwianie się, niesprawiedliwość od tłumu grzesznych ludzi. Ja zaś, grzeszny i pełen namiętności, czyż nie przyjmę jednej wymówki? Starzec tak postępuje, ponieważ mnie kocha, ponieważ jego celem jest mnie zbawić”. I czułem, jak umacnia się moja dusza, aby wytrzymać ukrzyżowanie. Oczywiście, opadałem z sił, ponieważ byłem słaby duszą. Potrzebna jest walka do krwi, aby wybawić się od wielkiej i nierozumnej namiętności pychy, którą odziedziczyliśmy od Adama. Dzięki modlitwie starca oponowałem grzesznym myślom, przeciwstawiałem się im, walczyłem z nimi. „Błogosławcie” było moją odpowiedzią dla starca. Starałem się być ponad grzesznymi myślami. Płakałem, bo namiętność wierzgała. Stopniowo pozbyłem się tej choroby. 27


To był pierwszy etap dla mnie, który nie przeszedł jeszcze żadnych prób, który nie był zdolny do niczego sensownego, chudzielca, z nieustannie podwyższoną temperaturą. Tak rozpoczęła się moja droga monastyczna, przemiana mojego życia. To było trudne, ale przepiękne życie. ( Pamiętam, pewnego razu było święto Świętych Apostołów i przyszedł ojciec Efrem z Katunaki, żeby odsłużyć Liturgię. W przeddzień miałem przygotować mu jedzenie, a następnego dnia odgrzać. Starzec troszczył się o ojca Efrema, dlatego że ojciec Nikifor niezbyt dobrze go karmił, chociaż ten był bardzo chorowity. Nasz starzec żywił go jak trzeba, żeby ten dobrze się czuł, kiedy służył u nas. Starzec mawiał: „Jeśli coś mu się przydarzy, to koniec, przepadliśmy, nie będziemy mieli kapłana. Daj mu dobrze się najeść, żeby nabrał sił”. Nie wiem wcale dlaczego, ale tego dnia powinienem był przygotować jedzenie wcześniej. Wszedłem, zacząłem gotować dla ojca, a starzec przyszedł do mnie i, stojąc mi nad karkiem, mówił: – Nie umiesz gotować, niech cię licho. Tak gotują świeccy, a ty chcesz, żeby tak jadł kapłan? A skąd miałem umieć gotować? Ja nawet prawidłowo jeść nie potrafiłem. U nas w domu gotowała matka. A ja nie potrafiłem nawet usmażyć jajecznicy. Później nauczyłem się tego wszystkiego od starca. Kiedy tylko skończyłem gotować, starzec powiedział mi: – No, dawaj, bałwanie, nieś to szybko. Przyniosłem jedzenie, dałem je ojcu. – Precz mi z oczu! Schowaj się, żeby moje oczy cię nie widziały! Szybko zabieraj się do swojej celi. – Błogosławcie. Wziąłem błogosławieństwo od starca i poszedłem do swojej maleńkiej celi, która była niedaleko. Zbiegłem po schodkach, wszedłem do celi. Ledwie tylko przestąpiłem próg, a już nadeszło Boże błogosławieństwo dzięki modlitwie starca. Dostąpiłem nawiedzenia Bożego, przy czym takiego, że moje oczy nie widziały tylko świętych apostołów! Taka Boża łaska, takie błogosławieństwo! Z moich oczu płynęły łzy. Nie dlatego, że mnie obsztorcował starzec, ale dlatego, że nie mogłem zdzierżyć radości i wesołości, które odczuwałem z powodu obecności świętych apostołów. 28


To było ich święto, a ponieważ apostołowie znosili zniewagi z powodu Chrystusa, ponieważ się z nich wyśmiewali, bili, biczowali ich faryzeusze i saduceusze, sam Chrystus wejrzał również na mój mizerny wysiłek ascetyczny i posłał Swoje błogosławieństwo. Nie wiedziałem, gdzie się znajduję, łzy płynęły strumieniem. Padłem na podłogę i płakałem, płakałem, a w mojej duszy była radość. Mówiłem sobie: „Jakie dobro uczynił dla mnie starzec!”. O wiele później dowiedziałem się od innych, że, kiedy tylko odchodziłem, starzec mnie błogosławił, choć w oczy zawsze beształ. Pewnego razu, kiedy jeszcze byłem początkujący, a przyszedł ojciec Efrem z Katunaki, starzec mnie zawołał. – Wawulis, zrób nam kawę. – Błogosławcie. A kiedy tylko się oddaliłem, starzec cichutko powiedział: „Bądź błogosławiony zawsze!” – i kilka razy mnie pobłogosławił. Ale w czasie wyznawania myśli nigdy nie rozmawiał ze mną surowo. Objaśniał mi, dlaczego popełniłem ten czy inny błąd, jakie przyczyny go spowodowały, odsłaniał każdy najmniejszy szczegół – od pierwszego przyjęcia grzesznej myśli do wypełnienia jej czynem. Pokazywał mi to z taką jasnością, że mówiłem sobie: „On zna mnie lepiej niż ja sam”.


Rozdział piąty

TRUDNE WARUNKI

I

tak starzec określił moje zajęcie – być kucharzem wspólnoty. Oto jak do tego doszło. – Mały! – Błogosławcie! – Gotuj. – Gdzie mam gotować? – Na dworze. Zamyśliłem się: ciekawe, gdzie na podwórku? Tak jakbyśmy tam mieli jakąś kuchnię. No dobrze, jeszcze – zebrać drwa, rozpalić w piecu, ale gotować?! Jakie przygotuję jedzenie, jeśli nie mam o tym pojęcia? Osaczyły mnie myśli: „Gdzie będziesz gotować? Gdzie na dworze będziesz zmywać naczynia?”. Do mycia rąk używaliśmy rozbitego dzbana 30


z dorobionym kranikiem, przywiązanego do drąga na dworze. Tam też myliśmy naczynia. Ale gdzie gotować? A ojcowie pracują, przenoszą ciężary, będą zmęczeni, zgłodnieją – co będą jeść? A starzec zajmuje się rzemiosłem w swojej celi… Podwórko było odsłonięte i wiał tam taki wiatr, że aż strach! O ile teraz pamiętam, niemalże zwiewało mnie w przepaść. Kiedy zaczynało wiać, przyzywałem na pomoc całą moją cierpliwość, bo wraz z wiatrem napadało mnie od razu narzekanie i bluźnierstwo na Boga. Jak tylko zmniejszała się cierpliwość, duch bluźnierstwa był jakby tuż tuż i mówił mi: „Co to za Bóg, Który na ciebie tak wieje, Który cię tak męczy?”. A ja mu oponowałem: „Zamknij się! Ani słowa!”. Później urządziliśmy daszek z gałązek, żeby przykryć naszą kuchnię. Ale wiatr go zrywał. Kładłem dwa kamienie po bokach paleniska, nad nimi fajerki, ale ledwie zaczynał wiać wiatr – odlatywały pokrywki, odlatywała siatka, a wszystko to leciało w dół po zboczu. Starzec krzyczał: „Słyszysz, mały, rzeczy ci odleciały! Szybciej biegnij po nie!”. A gdzie miałem je teraz znaleźć? Biegłem w dół po zboczu, żeby zebrać pokrywki i fajerki. O mój Boże! Nawet zimą gotowaliśmy na dworze, przy kaliwii starca, a jedliśmy w jego kaliwii. Po posiłku musiałem umyć talerze. Talerze były metalowe, a myliśmy je na dworze. Zima, chłód, deszcz, my zamarzaliśmy, ale naczynia musiały być umyte. Czy byłeś chory, czy miałeś grypę – trzeba było wychodzić na skały. Mieliśmy starą cysternę19, w której kropla po kropli zbierała się woda ze skały. W otwór w cysternie wstawialiśmy rurkę i cieknącą z niej wodą – na chłodzie i wietrze – myliśmy naczynia. Nasze ręce robiły się czerwone od lodowatej wody. Nie mieliśmy odpowiedniego miejsca, aby wodę podgrzać. Żyliśmy jak ludzie pierwotni, jednakże Bóg dawał nam cierpliwość. Pan Jezus nas chronił i nie zauważaliśmy trudności. ( Och, ten chłód! Jak miałem się ogrzać? O, Matko Boża! Tak bardzo marzłem, że w tamtym czasie, jak i przez wszystkie następne lata mego 19

Zbiornik na deszczówkę, urządzony z dostępnego materiału. 31


życia od tego wyziębienia męczyłem się z powodu bólu w kręgosłupie. Od tamtych czasów aż do chwili obecnej nadal mi to dolega, bo przecież zupełnie nie troszczyliśmy się o zdrowie. Spałem na deskach i bardzo marzłem. Legowisko było tak twarde, że z trudem zasypiałem. Z powodu zimna, żeby się ogrzać, naciągałem na siebie wszystko, co mogłem znaleźć: koce, podraśniki, stare riasy. Byłem zmęczony od leżenia na deskach i przewracałem się z boku na bok, przy czym wszystkie te szmaty spadały na podłogę i znowu wszystko trzeba było doprowadzać do porządku. A zanim wszystko urządziłeś, nadchodziła pora wstawania. Ile udawało się pospać? Bóg jeden wie. Ale czuwanie musiałeś wypełnić. Jeśli starzec zobaczy, że nie wstałeś – to koniec. Ale nigdy się nie zdarzyło, żebym nie wstał na czas. Z powodu silnego chłodu upodobniliśmy się do staruszków: na szyi i na głowach mieliśmy namotaną wełnianą odzież. Chłód! Ale czyż można było się ogrzać w tych celach! Mieliśmy zrobione piecyki, ale paliliśmy w nich bardzo rzadko, ponieważ z powodu ciepła morzył nas sen. Ponadto potrzeba było dużo drewna, żeby dobrze napalić, żeby przez dobę wydzielały ciepło. U starca paliliśmy w piecyku regularnie, ponieważ on inaczej nie mógł. Ale dla siebie my, młodzi w nich nie paliliśmy, żeby nie morzył nas sen. Woleliśmy chłód, żeby nie dało się spać. Dlatego też zarobiliśmy sobie przeziębienie na całe życie. Z tej samej przyczyny – żeby nie zasypiać – czuwaliśmy na dworze, na świeżym powietrzu. Deszcz czy śnieg – musiałeś być na dworze i nie mogłeś pozostać nawet w sieni. Co było począć? Na dworze siedzieliśmy, na dworze też zamarzaliśmy. Miałem odmrożone nogi poniżej kolan. Robiły się jak drewniane i ich nie czułem. Całą noc – na mrozie, na śniegu, na deszczu, nawet jeśli byłeś przeziębiony i miałeś grypę. Ludzie mają choć blachę nad głową, a u nas nie było niczego. O, Matko Boża! Byłem stale przeziębiony, cały czas bolał mnie kręgosłup, boki, całe ciało. Ale byliśmy młodzi i wszystko znieśliśmy, tak wiele chorób i cierpień!

32


Rozdział szósty

PRZELEJ KREW I PRZYJMIJ DUCHA 20

W

iele było wyrzeczeń i wiele cielesnych nieszczęść. Wcale nie troszczyliśmy się o ciało. Jeśli się pociąłeś, to skaleczenie przemywałeś wodą albo posypywałeś ziemią. Nawet nie myśleliśmy, że jeszcze kiedykolwiek zobaczymy spirytus. A który z nas widział lekarstwa? Nie daj Boże, żeby starzec zobaczył lekarstwo! Jeśli się zraniłeś – nie ma dla ciebie ani opatrunku, ani spirytusu. Co by się nie zdarzyło, starzec mówił: „Śmierć”. Powinieneś być gotów umrzeć. Boli cię ząb? Boli bok? Przeziębiłeś się i zachoroZob. O ojcu Longinie, 4, w: Pamiętne opowieści o ascezie świętych i błogosławionych ojców, Swiato Troicko-Siergijewska Ławra 1993, s. 100. 20

33


wałeś? On mówił ci: „Przygotuj się na inny świat. Umrzyj. Umrzyj, aby pójść do Chrystusa. Czyż nie po to tu przyszliśmy? To tak jak dwa plus dwa równa się cztery. Nie przyszliśmy tu odpoczywać”. I jeszcze mawiał: „Przyszliśmy tutaj, aby spotkać się ze wszystkim twarzą w twarz”. O lekarzu nawet nie wspominaj. – Lekarz?! Kto ci o tym powiedział? Jeśli chcesz lekarza, idź do ludzi świeckich. Tutaj tego nie ma. Zostałeś mnichem – i chcesz lekarza?! Żeby zostać mnichem, powinieneś podpisać się pod słowem „śmierć”. Jeśli jesteś gotów na śmierć – zostań. Jesteś gotów? – Gotów. – Wobec tego nie proś mnie o lekarza, nie proś mnie o leczenie, nie proś mnie o nic. Dwa plus dwa równa się cztery. Albo umierasz, albo odchodzisz. Mówiłem: „Dokąd odejść? Dokąd pójdę?”. Jasne? I w tym wielkim trudzie i ascezie krył się skarb łaski. Oczywiście była to dyscyplina i pedagogika ascetyczna anachoretów atoskich; w monasterach hagioryckich reguła jest bardziej ekonomiczna. ( Nie było nawet wystarczająco wody, żeby umyć nogi. „Umyć nogi? Gdzie o tym napisano? – mówił starzec. – Jeśli pójdziesz nad morze i stamtąd przyniesiesz wodę, wtedy myj nogi. U nas tutaj nie starcza wody do picia”. Nie myliśmy nawet łyżek i widelców, którymi jedliśmy. Po prostu po jedzeniu wycieraliśmy je serwetką, a potem je w nią zawijaliśmy. A ponieważ nie praliśmy również tych serwetek, stopniowo stawały się sztywne, jakby nylonowe. Co? Tracić na nie wodę?! Gdyby je wyprano, wyszłaby z tego zupa. A jeszcze starzec uczył nas, jak myć talerze. Trzeba było po jedzeniu nalać do talerza wody, wypłukać go i wypić tę wodę. Bez względu na to, co w nim było – ryba czy coś innego – nalewaliśmy do niego wodę i ją wypijaliśmy. Robiliśmy tak, aby niczego nie wyrzucać. Starzec mówił: „Co? Ktoś będzie się trudził i nosił wodę, żeby je myć? Wypijemy 34


to”. I tak robiliśmy wszyscy. Również odwiedzający musieli postępować tak samo. Pewnego razu przyszedł pewien ważny bankier. Nakryliśmy stół. Zaczęliśmy, jak zwykle, „myć” swoje talerze. „Niech pan – powiedział mu starzec – postąpi tak samo”. I on to zrobił! ( Czasem nie starczało nam wody nawet do gotowania. Mieliśmy cysternę, ale pełno w niej było wszelkiego brudu. Trafiały tam myszy, węże i woda z niej śmierdziała. Co można było zrobić z taką wodą? Używaliśmy jej do podlewania pary pomarańczowych drzew. Dlatego starzec często wysyłał mnie po wodę. Po wodę chodziłem w górę, do ojca Gerasima Mikrajannaity, hymnografa21. Wtedy miał on czterdzieści pięć lat. Brałem wojskowe kanistry na benzynę, w których mieściło się dużo wody – nazywaliśmy je bańkami. Czyniłem znak krzyża i, zarzuciwszy jedną bańkę na plecy, drugą niosłem w ręce. Ale nieść w ręce było ciężko, ponieważ zejście było strome. I gdybym się poślizgnął, to koniec, poleciałbym prosto w przepaść, nie uniknąłbym śmierci. A gdybym nie rozbił się ze szczętem, to bym się pokaleczył. Dlatego za każdym razem ogarniała mnie obawa, że poślizgną mi się nogi. Ale modlitwa starca nie dopuściła do tego i ani razu się nie poślizgnąłem. Ojciec Gerasim patrzył na mnie i żałował: – Dokąd, braciszku, idziesz z takimi pełnymi bańkami? Życzliwie mnie witał, ugaszczał, ale niczego nie brałem. Starzec mówił: „Niczego nie bierz!”. Tak że gdyby nawet zszedł anioł z nieba, niczego bym od niego nie wziął. Starzec powiedział „nie” – to znaczy: nie. Koniec dyskusji. Mnich Gerasim Mikrajannaita – wielki współczesny hymnograf (autor nabożeństw cerkiewnych). Urodził się w 1904 r., na Świętą Górę przybył w 1924 r., mieszkał w kaliwii św. Jana Chrzciciela w Małym Skicie św. Anny, z tego też powodu otrzymał przydomek Mikrajannaita. Posiadał wybitny dar pisania tekstów nabożeństw. Zbiór jego dzieł, zachowany w bibliotece Małego Skitu św. Anny, składa się z 50 ręcznie zapisanych kodeksów po 800 stron każdy. Zmarł w 1991 r. 21

35


– Niosę wodę, ojcze, dlatego że teraz nie mamy jej nawet do gotowania. Woda była dla nas złotem. Twarz myliśmy tylko łzami. Nogi? No, kiedy schodziliśmy do morza. Prać ubranie? Chyba tylko bieliznę. Trudne lata, ale za to jak bardzo ascetyczne! Bez względu na trudy i pot, życie było czymś niezwykłym, a każda noc – wyjątkowa. ( Pewnego razu przyszedł do nas kapłan z Grecji, znajomy starca. Nie wiem, jak tak wyszło, ale został u nas na noc. Gdzie mieliśmy go położyć? Zupełnie nie mieliśmy miejsca. Zwolniłem dla niego moje posłanie, a sam zostałem na noc na dworze. Zbudził się w nocy, wyszedł na dwór za potrzebą, wokół nie było widać żywego ducha. Przestraszył się. Odmawiałem modlitwę Jezusową na czotkach. Powiedziałem mu: – Jak się czujecie, odpoczęliście? – Och, jak ty tutaj mieszkasz? Ja i to się boję. – Czego się boicie? – Pustynia, cisza… – Przecież to wspaniałe, sama rozkosz. – Ledwie mi serce nie wyskoczyło. Co to takiego? – Nie bójcie się, jesteśmy tutaj, na dworze, strzeżemy was. Śpijcie spokojnie. Zbudził się rano, zobaczył skałę zwisającą nad moją celą. – Jak możesz pod nią mieszkać? A jeśli spadnie? Nie boisz się, że cię rozgniecie? – No co wy! Nie spadnie. – A jeśli mimo wszystko spadnie? – Na pewno nie spadnie! Jeśli zaś Bóg zechce i upadnie, to i wtedy Bóg nas ochroni. – A jeśli spadnie, kiedy będziesz pod nią? – A wtedy ona nie spadnie – Bóg ją powstrzyma. Mówiliśmy różnymi językami i nie rozumieliśmy się. On wszystko mierzył tylko rozumem, a nas starzec uczył wszystko mierzyć wiarą. ( 36


Innego razu przyszedł pewien kapłan, mnich-hagioryta z monasteru św. Pawła. Miał na imię Dawid. Przyniósł nam dużo włoszczyzny i warzyw. Był ogromnego wzrostu. Przyszedł, żeby poznać starca Józefa. Starzec powiedział, żebym zwolnił mu swoje miejsce i umieścił w mojej celi. Kiedy tylko zobaczył, gdzie mieszkam, był w szoku i powiedział: – Słuchaj, bracie, jak możesz tutaj mieszkać? – Co się stało, ojcze Dawidzie? – Życie tutaj jest bardzo surowe. Jak ty to znosisz? – Dla nas to raj. Naszej radości tutaj nie da się opisać. Tego, co jest tutaj, nie zamienię na nic. – A ja z czegoś takiego rezygnuję. Pójdę z powrotem do monasteru. Starzec dał mu butelkę wina i pozwolił odejść. Po jakimś czasie, kiedy byliśmy razem z nim w monasterze św. Dionizego, podszedł do mnie i powiedział: – Bracie, jak możecie tam żyć? Czyż nie jesteście takimi samymi mnichami jak i my? – Trzymamy się dzięki Bożej łasce. Gdyby nas nie umacniała, nie bylibyśmy w stanie tam żyć. ( Kiedyś bolał mnie ząb trzonowy. Pojawiła się w nim dziura. Ból był nieznośny. Powiedziałem: – Starcze, czy mogę pójść go wyrwać? – Nie, będziesz cierpieć. – Błogosławcie. Poszedłem się modlić, ale ból uderzał mózg tak, że chciało się wyskoczyć przez okno. – Starcze, ja zwariuję, wyskoczę z okna, nie mogę więcej. – To nic! Cierpliwość – do śmierci! – Błogosławcie. Cierpliwość! Nieco później ojciec Arseniusz zobaczył moje męczarnie i wmieszał się jako pośrednik. Poszedł do starca i powiedział: – Starcze, ciebie nigdy zęby nie bolały i nie wyobrażasz sobie, co to znaczy. Jeśli cię zabolą, wtedy zrozumiesz. 37


I rzeczywiście, starca one nigdy nie bolały. Po prostu nie wiedział, co znaczy ból zęba. I rozmawiał tak ze mną ze względu na swoją niewiedzę. Ojcu Arseniuszowi odpowiedział: – Co to za ból? – Co to za ból? Wiesz, jak uderza w mózg, w głowę? Spytaj mnie, który to zna, i pozwól chłopcu pójść, wyrwać ten ząb. – Niech cierpi. O, Matko Boża! Jak miałem znieść ten ból? W głowie mi huczało, wszystkie moje nerwy były napięte, a ból po prostu zabijał. Wreszcie, dzięki pośrednictwu ojca Arseniusza, starzec powiedział: – No, dobrze. Idź do ojca Artemiusza, niech ci go wyrwie obcęgami. Starzec Artemiusz ćwiczył się w ascezie w skicie św. Anny wraz z dwoma nowicjuszami. Nie studiował medycyny wcześniej w życiu świeckim, ale prowadził praktykę lekarską w skicie. Ojciec Artemiusz był dla nas Bożym błogosławieństwem, ponieważ na tych skałach tylko on mógł udzielić pomocy medycznej. Ale obcęgami – ząb trzonowy?! Przecież do tej pory nie usuwano mi zębów, więc nie wiedziałem, co to takiego. I ja, bezmózgi tępak, poszedłem szukać ojca Artemiusza. Wtedy mieszkał już z nami ojciec Haralampiusz22. Kiedy zobaczył to wszystko, powiedział: – Och-och-och, przepadł chłopak. Żywy już nie wróci. I tak poszedłem, by wyrwać ząb obcęgami. Gdy doszedłem do skitu św. Anny, pomodliłem się tam w wielkiej cerkwi: – Święta Anno! Nie wiem, dokąd idę, proszę cię, żeby nie przydarzyło mi się nic złego. Proszę cię, zabierz ten ból zęba. I święta Anna mnie wysłuchała: ból minął. Zerwałem wiązkę trawy, odgryzłem, pożułem – nie boli. Wróciłem. Starzec spytał: – Już wyrwałeś? Opowiedziałem mu, co się wydarzyło. – No, dobrze, skoro tak. Siedź teraz na miejscu. Udało ci się. Rzeczywiście, dostałoby mi się u ojca Artemiusza. Przecież skąd on miał wiedzieć, który ząb bolał? Wyrwałby którykolwiek inny. Opowiedziałem o tym ojcu Haralampiuszowi, a ten zauważył: – Gdybyś do niego trafił, straciłbyś przytomność. Na szczęście, usłyszała mnie święta Anna! O ojcu Haralampiuszu szczegółowo opowiada się w księdze 2 (rozdz. 9: „Błogosławiona wspólnota. Ojciec Haralampiusz”). 22

38


( Dopiero kiedy ten sam ząb bolał mnie dwa lata później w Nowym Skicie23, zrozumiałem, co mogło mi się przydarzyć. Poszedłem do starca: – Błogosławcie go wyrwać. – Idź do Karies, wyrwij go i dziś jeszcze wracaj. Żeby dostać się z Nowego Skitu do Karies24, trzeba było wsiąść na stateczek płynący do Dafni – to około dwie-trzy godziny drogi, a stamtąd wejść w górę do Karies – to jeszcze dwie-trzy godziny na piechotę. Bardzo trudno zdążyć tam i z powrotem w jeden dzień. Dlatego ojcowie zazwyczaj nocowali w Karies: albo w jakiejś znajomej kelii, albo w monasterze Kutlumusiu25, niedaleko Karies. Ale starzec powiedział mi: – Nie nocować w Karies! I tak poszedłem do Karies. Dentystą był tam mnich, ojciec Nikita. To był pierwszy dentysta na Świętej Górze. Bardzo doświadczony. Obejrzawszy mój ząb powiedział: – No co ty! Po co, bracie, mam ci wyrywać ten ząb? Nie będziemy wywoływać gniewu Bożego! Daj, podleczę ci go, taki śliczniutki ząbek. Inaczej później będziesz potrzebował trzech sztucznych zębów, a rodzonego już nie będzie. – Starzec powiedział, żebyś go wyrwał. – Pozwól mi go sobie zrobić. Jesteś jeszcze młodym chłopakiem, szkoda go usuwać, a potem robić sztuczne zęby. – Starzec powiedział, żeby go wyrwać, a więc wyrwij! No cóż, wtedy wszystko zrozumiał: głupi młody mnich okazuje posłuszeństwo. Zrobił mi zastrzyk, ciągnął, ciągnął, odpoczął – i znowu ciągnął. Wtedy zrozumiałem, co by się ze mną stało w skicie św. Anny, z obcęgami. Wreszcie mi go wyrwał. – Oto twój ząb. Zostawię go sobie, bo został wyrwany niepotrzebnie. Zob. przyp. 55. Karies – administracyjne centrum Świętej Góry, w którym znajdują się konaki, to znaczy domy przedstawicieli 20 monasterów i składający się z tych przedstawicieli organ rządzący – Epistasia, a także różne służby: poczta, apteka, sklepy itd. 25 Kutlumusiu – jeden z dwudziestu atoskich monasterów. Poświęcony jest świętu Przemienienia Pańskiego. 23 24

39


Powiedziałem: – Ile jestem winien? – Tyle to. Zapłaciłem mu i zamierzałem wyjść. – Dokąd to się wybierasz? – spytał mnie. – Wracam. Idę do Nowego Skitu. – Jakże to? A jeśli będzie krwotok? Ja będę za to odpowiadał! – Będziesz czy nie będziesz odpowiadać, a ja nie mogę zostać. Starzec powiedział, żeby wrócić, to znaczy, że wrócę. – Tak, z tym chłopakiem się nie dogadasz, to wariat. Chodź, założę ci tam chociaż lekarstwo, żeby powstrzymać krew. A to w drodze będziesz mieć krwotok – i będziemy mieli jeszcze jedną historię. Kiedy przyjdziesz do Dafni, załóż watkę z lekarstwem jeszcze raz, a potem popłucz buzię soloną wodą. – Dobrze. Przyszedłem do Dafni, tam założono mi watkę i ruszyłem dalej. Przy okazji popłukałem buzię morską wodą. I od razu – do starca. Dwie i pół godziny – wchodzenie pod górę i jeszcze dwie i pół – schodzenie w dół. Taka srogość. Starzec wcale nie żartował. Mawiał: „Cierpliwość! I niech dzieje się co chce”. ( Nie wiem, czy był jeszcze taki święty człowiek na Atosie w XX wieku. Ale on był surowy, władczy i bohaterski. „Albo zrobię, albo nie – kropka!” On miał wiarę w Boga: jeśli jest ci sądzone umrzeć, to umrzesz. Jednakże pod koniec swoich dni poprawił swój stosunek do medycyny. Kiedy nastały jego ostatnie dni, zachorowałem, ale z posłuszeństwa wobec starca nie zwracałem się do lekarza. Kiedy podszedłem do starca i spytałem, co mam robić, odpowiedział: – Jesteś chłopcem chorowitym. Będziesz musiał zwracać się do lekarzy. Nie myśl o tym, jak ja postępowałem i odnosiłem się do tej kwestii. Ty jesteś słaby. Jeśli będzie ci potrzebny lekarz i lekarstwa, zwróć się do lekarzy. Przez te wszystkie lata nie nauczyłem się tej lekcji. Dopiero teraz, na starość, przyswoiłem ją sobie. Teraz, kiedy zbliżyłem się do 40


końca mego życia, pojąłem, że trzeba być wyrozumiałym. Uczący powinien zawsze się uczyć, mówił mądry Sokrates. Wy jesteście dziećmi i potrzebujecie pomocy medycznej. Dlatego zwracaj się do lekarza, bierz lekarstwa i wszystko, co jest konieczne. ( Codziennie dźwigaliśmy ciężary, nosiliśmy je na swoich plecach. Albowiem tam nie było nie tylko maszyn, ale nawet zwierząt jucznych. Piasek, drwa, produkty żywnościowe – wszystko, co potrzebne, dostarczane było na naszych plecach, inaczej się nie dało. To było dla nas wielką męką, wielką trudnością. Starzec posyłał nas, by ścinać świerki na bocznych pasmach gór Atosu położonych w odległości kilku godzin drogi. Podejście i zejście odbywało się po zalesionych wąwozach… Wchodziliśmy, a tam był śnieg kilkumetrowej wysokości. Rąbaliśmy gałęzie, potem związywaliśmy je sznurkiem – dwa wierzchołki zrąbanych drzew ze sobą, końce pni zakładaliśmy sobie na ramiona i tak ciągnęliśmy je pomiędzy skałami do naszych kaliwii, żeby budować cele. Wychodziliśmy rano, a wracaliśmy o zachodzie słońca. Wzniesione przez nas kaliwie zostały zbudowane naszą krwią. Nasze małe kaliwie… Stonogi, węże… Ale byliśmy jakby wykuci ze stali. W Małej Świętej Annie nie było nam do śmiechu. Ale przecież po to właśnie tu przyszliśmy. Chwała Tobie, Boże! Starzec mawiał: „Pobiegnij do morza”. Po dziesięciu minutach byłem już na dole, skacząc po schodkach, z których, gdyby się upadło, nie pozbierałoby się nawet kości. Kiedy wchodziliśmy pod górę z ciężarami, wtedy zlewaliśmy się potem. Myślałem: „Ten pot jest równy krwi męczenników”. Te światłe myśli pomagały mi z radością podnosić ciężary. ( U nas na Świętej Górze nie było mleka. Jeśli nagle dostawała się nam puszka ze skondensowanym mlekiem, to, otworzywszy ją, rozcieńczaliśmy ją z wodą – i to było dla nas święto. Chociaż przypominało ono 41


mleko tylko z barwy. W ogóle prawdziwe mleko trudno było wtedy dostać, ponieważ wszystkie owce chowano przed partyzantami26. Pewnego razu usłyszeliśmy, że stado owiec pojawiło się niedaleko posterunku policji przy monasterze św. Pawła na wysokości tysiąca metrów. I starzec powiedział: – Ojcze Atanazy, pójdź no i przynieś nam trochę mleka, przegotujemy je, nakruszymy do niego chleba i zrobimy tiurię, jak w naszym dzieciństwie. – Pójdę, ojcze. – Weź bańkę, pieniądze, a jutro nie będziemy gotować. Poczekamy na mleko, zrobimy tiurię, weźmiemy łyżki i zjemy wszyscy razem. Poszedł biedny ojciec Atanazy. Ale czyż mógł on wrócić na czas? Ile latał kruk, zanim wrócił do Noego z wieścią o tym, że skończył się potop, tyle też chodził i ojciec Atanazy. Ledwie doszedł do przełęczy, a już ogarnęły go myśli. I powiedział sobie: „Czyż mam wrócić tylko z mlekiem? Pójdę i przyniosę przy okazji pomidorów z Karakalu”27. Ale żeby trafić do Karakalu, trzeba było przejść przez przełęcz, a to około czterech-pięciu godzin drogi. Wziął z Karakalu pomidory i dowiedział się, że w Monoksilicie28 zbierają winogrona. „Pójdę teraz tam. Ale po co tam nieść pomidory?” – pomyślał. Monosiklit znajduje się od Karakalu w odległości dziesięciu godzin marszu. Włożył pomidory do bańki i schował ją w gałęziach drzewa, żeby zabrać w drodze powrotnej. Wybrał się po mleko, a teraz poszedł po winogrona. Zebrał tam winogrona, wrócił po pomidory, a te już przejrzały, pociekły. Straszny człowiek, ten ojciec Atanazy! Pozostawił winogrona w Dafni i poszedł znowu do Karakalu: to kolejne dziesięć godzin marszu. Chodzi o partyzantów-komunistów. Po zakończeniu II wojny światowej, zgodnie z ustaleniami traktatu w Jałcie, Grecja przeszła do zachodniego bloku kapitalistycznego. Z takim stanem rzeczy nie zgadzali się greccy komuniści, którzy odegrali ważną rolę w partyzanckim antyfaszystowskim ruchu oporu. W związku z tym w Grecji rozpoczęła się wojna domowa, w której komuniści ponieśli klęskę na skutek militarnej pomocy okazanej przez władze zachodnie stronie przeciwnej. 27 Klasztor Karakalu znajduje się pomiędzy Wielką Ławrą i klasztorem Iwiron, a poświęcony jest apostołom Piotrowi i Pawłowi. 28 Monoksilit – niewielka przystań atoska z działką uprawną monasteru św. Dionizego. 26

42


W tym czasie starzec wypatrywał, którą ścieżką on wróci. Nie widać. Starzec powiedział: – Przepadł ojciec Atanazy. On tak po prostu teraz nie wróci. Widocznie pokonały go myśli o pomidorach i winogronach. Co zrobimy? Nie dane jest nam pić mleka. Mały, może ty pójdziesz? – Pójdę, starcze, błogosławcie. – Wobec tego, posłuchaj. Zrobimy nieco krótsze czuwanie, położysz się spać o szóstej, a ja cię zbudzę, nie będę spać. Zbudzę cię o ósmej, plus trzy godziny drogi, w sumie jedenaście29. Miałem przejść obok skitu św. Anny, Nowego Skitu, monasteru św. Pawła, a potem wejść pod górę, na wysokość tysiąca metrów. Zbudzić się trzeba było w nocy. I tak odbyłem czuwanie, wypełniłem regułę i usłyszałem, jak starzec powiedział mi: „Kładź się, moje dziecko, spać, a ja cię zbudzę”. We śnie widziałem, jak napadły na mnie biesy, żebym nie poszedł i nie wypełnił posłuszeństwa. Ale odpowiedziałem im: „Nic wam się nie uda, biesy”. Starzec zbudził mnie za piętnaście ósma. Od razu wstałem. – Błogosławcie, ojcze, idę. Nie powiedziałem starcowi o ataku demonów, żeby nie pomyślał, że nie chcę iść. Zarzuciłem torbę na plecy, wziąłem bańkę na mleko. – Weź i tę torbę – powiedział mi starzec. – Kiedy będziesz przechodzić koło św. Pawła, nabierzesz do niej warzyw. Przyjdziesz i z mlekiem, i z warzywami. Nie mieliśmy nic swojego do jedzenia, ponieważ, oprócz krzaków, nic na kamieniach nie rosło. – Idź, moja ptaszyno, przynieś nam troszkę warzyw. – Błogosławcie, starcze. Wziąłem bańkę, pieniądze, torby, otrzymałem błogosławieństwo starca, wziąłem latarkę i ruszyłem w drogę. Przeszedłem obok skitu św. Anny, obok Nowego Skitu, obok monasteru św. Pawła. Ciągle jeszcze była noc. Zacząłem wchodzić pod górę. Zbiegły się szakale i zaczęły Na Atosie zachowano czas bizantyjski. Zgodnie z nim jako północ obiera się czas zachodu słońca. Ponieważ ten czas zależy od pory roku i ciągle się zmienia, strzałki zegarków na Atosie regularnie, choć nie codziennie, przestawia się w porze bizantyjskiej północy na godzinę zerową. Wszystkie wymienione tutaj i później godziny oznaczają czas po zachodzie słońca (tj. „o godzinie szóstej” oznacza „sześć godzin po zachodzie słońca”). 29

43


krzyczeć jak małe dzieci. Usłyszały monasterskie dzwony i zaczęły wyć. Pierwszy raz słyszałem, żeby tak wyły. Noc, pustynia. Wokół, wydawało mi się, wilki. Zacząłem śpiewać. One wyły swoje, a ja śpiewałem swoje – i wyszedł nam wspaniały koncert. Byłem sam, z czotkami i latarką. O świcie doszedłem do zagrody dla owiec na górze. Och! Rzuciły się na mnie dwa psy! Matko Boża! Koniec, pomyślałem, pożrą mnie, nie obronię się przed nimi. Przykryłem się torbą. Krzyczę ja, krzyczy pastuch – psy się zatrzymały. – A ty co, moje dziecko, mój mniszku, jak dotarłeś tutaj o takiej porze? Starzec kazał mi powiedzieć tylko takie słowa: „Przyszedłem po mleko. Nalejcie mi do bańki. Ile kosztuje?”. Nic innego miałem nie mówić. – Chodź do nas, zjesz czegoś. – Nalejcie mi mleka i pójdę. Ile kosztuje? – Poczekaj, podoimy. Usiadłem przy kaliwii. On poszedł do zagrody, przyniósł mleko, dał mi do picia. Nie chciałem pić. – Napij się, chłopcze. – Nie mam na to błogosławieństwa. Od samego rana byłem głodny, ale nie piłem. – Ile kosztuje? – Tyle to. – To idę. Dał mi mleko, zapłaciłem za nie, wstawiłem bańkę do torby i poszedłem do monasteru św. Pawła do ogrodnika. Wyjąłem bańkę z torby, a on nakładł do niej kartofli, bakłażanów, pomidorów. Ogrodnik ojciec Daniel naładował dla nas pełną torbę wszystkiego. – Powiedz mi, bracie, jak doniesiesz to do starca? – Dzięki modlitwom starca doniosę. Jeśli masz coś jeszcze, połóż na wierzch. My tam, ojcze, niczego nie mamy. – Ale jak ty to doniesiesz? Nawet ja bym tego nie doniósł. Ojciec Daniel był ogromnego wzrostu, a ja – jak chuchro. – U nas rosną tylko krzaki. Daj, coś jeszcze zaniosę starcowi. Naładował mi, a teraz patrzył z politowaniem. Wziąłem to wszystko i ruszyłem w drogę. Skąd miałem wiedzieć, że nie starczy mi sił, żeby 44


zanieść to wszystko na górę? W jednej ręce niosłem bańkę z mlekiem, w drugiej – torbę z warzywami. Ale mleko tak u mnie pluskało, że powinno było zmienić się w masło. „Och, nie dojdę!” – lamentowałem. I cóż uczynił dobry Bóg dzięki modlitwom mego starca? Ledwie tylko zacząłem schodzić od monasteru św. Pawła do Nowego Skitu, a na spotkanie wyszedł mi mnich, ojciec Eliasz ze wspólnoty ojca Artemiusza. – Efrem, skąd ty się tu wziąłeś? I, na szczęście, wziął ode mnie bańkę. On miał swój bagaż, ale był silnym mężczyzną i starszym ode mnie. W każdym razie wziął moją bańkę i poszliśmy dalej. Minęliśmy Nowy Skit, zeszliśmy do św. Anny. Ale on musiał skręcić do swojego starca, a ja miałem iść do pustelni. Jak ja sobie teraz bez niego poradzę? Byliśmy niedaleko morza. – Och, Efrem, jak ty teraz znowu to wszystko poniesiesz? – Dawaj tu wszystko. Wziąłem bańkę. Jakże teraz wejść pod górę? W tamtą stronę, po mleko, szedłem trzy godziny, a wracałem – pięć, bez odpoczynku. Zacząłem wchodzić pod górę po wykutych schodkach góry. Wydawało się, że wyzionę tu ducha. Wreszcie, sam nie wiem jak, dotaskałem to wszystko na górę. Dla starca zrobiliśmy wiatę, ponieważ krzaki zupełnie nie dawały cienia. Pod nią starzec zajmował się rzemiosłem i tam, obok niego, jedliśmy posiłki. Stawialiśmy stolik i zbieraliśmy się wokół starca. Podszedłem i padłem przed nim. – Mój starcze… – Dotarłeś? – Dotarłem, jestem ledwo żywy. Oto, starcze, przyjmij. – Idź odpoczywać, a ja poradzę sobie z tym wszystkim. Tam były pomidory, bakłażany, melony, które dał nam ojciec Daniel – wszystko wręczyłem starcowi. Nie wiem, co on z tym zrobił, po prostu padłem. Nie pamiętam, ile odpoczywałem, i kiedy się zbudziłem. Nie pamiętam nawet, co stało się z mlekiem… Ojciec Atanazy wrócił po tygodniu. Zawołał z dołu: „Ojcze Arseniuszu!”. Starzec powiedział: „O, żyje ojciec Atanazy! Chwała Bogu! Zejdźcie do niego. Kto wie, co on tam przyniósł”. Zeszliśmy. W monasterach, kiedy słyszano, że przyszedł mnich starca Józefa, chętnie dawano dużo wszystkiego, ponieważ starzec był znany jako asceta. Niekiedy 45


ludzie dawali także jakieś ubranie, obuwie. Ale wszystko, co tym razem przyniósł ojciec Atanazy, zgniło i zmieniło się w kaszę. Winogrona, suchary, oliwki – wszystko, co dali mu w monasterach, przez które przechodził. Pomidory miały tydzień. Wyobrażacie sobie, w co się one zmieniły? Jak by nie było, wszystko to wnieśliśmy na górę. Ojciec Atanazy, podszedłszy do starca, sapał jak miech kowalski. Starzec, jako wytrawny psycholog, przywitał go ciepło. Wiedział, że temu, kto niósł ciężary i był zmęczony, trudno będzie znieść reprymendę. – Ojcze Atanazy, co ci jest, co się z tobą stało? – Co się stało? Zdarzyły się myśli. – Jakie myśli? – Kiedy tylko tam dotarłem, zmęczyłem się i położyłem się spać. A myśl mówi mi: „Po co im mleko? Idź po pomidory”. Co miałem zrobić? – Dobrze, ojcze Atanazy, przygody też są potrzebne. – Ogromnie przepraszam! Starzec go uspokoił. On, widocznie, pomyślał: „Jak by to nie było, człowiek się napracował. Jeśli jeszcze mu dodam, będzie za dużo”. Dlatego właśnie starzec powiedział, że ojca Atanazego zwiodły grzeszne myśli o pomidorach w Karakalu, i że potem pójdzie na zbieranie winogron. Jak starzec powiedział, tak też się stało. Oto jakiego mieliśmy starca! Można powiedzieć, że był to ostatni starzec na Świętej Górze. Ojciec Atanazy biegał, żeby załatwić sprawy, a starcy pozostawali w spokoju. Ja służyłem. Ojcu Atanazemu dokuczały grzeszne myśli. Starzec wspierał go na duchu: – Chodź, ojcze Atanazy, nastrój swoje skrzypce. Nie zwieszaj nosa! Dodaj głosiku! ( Pracowaliśmy dużo, bardzo dużo. Cały dzień nosisz ciężary, a starzec ani na chwilę nie przestaje cię strofować. A jednocześnie surowe warunki życia, czuwanie, grzeszne myśli, wojna z namiętnościami, ataki 46


demonów we śnie i na jawie. Ponadto miejsce, w którym żyliśmy, było bardzo surowe. Nie tak jak u nas teraz: ciepło i piecyki, i grzejniki. Ja pierwszy mam to wszystko. Wtedy natomiast wszystko było inaczej. Ale cały ten trud położył fundament, na którym, dzięki modlitwom starca, dotąd stoję na swoich nogach. Ja, oczywiście, cierpię na duchową anemię, duchowo u mnie wszystko się zapadło, wszystko popadło w upadek, ale modlitwa starca dotąd trzyma mnie na nogach. A mimo to jak wspaniałe były te trudy! Jak wspaniałe i błogosławione były te lata! Teraz wspominam je, widzę nasze kaliwie, myślę o tym, jakie tam było życie – Waterloo, ze względu na trudność prac i chorób! Ten ascetyczny i wypełniony trudami czas przyniósł owoc łaski, nieskazitelności, czystości wewnątrz i zewnątrz, w duszy i w ciele – oczywiście dzięki modlitwom starca. Starzec uczył nas teorii, kierował nas, żebyśmy nie zbaczali ani na prawo, ani na lewo – na tym mijało życie z pożytkiem dla duszy. Surowe wychowanie posłużyło wyciszeniu namiętności i zdobyciu wszystkiego tego niezbędnego, czego byliśmy pozbawieni. Byliśmy młodzi i potrzebowaliśmy takiego surowego wychowania. Stanowiło ono dla nas święto, albowiem wiedzieliśmy, że ten trud będzie nieustannie przynosić Bożą łaskę. Mieliśmy pokusy, myśli, burze namiętności, ale wszystko to znajdowało się pod kontrolą starca i nie umykało naszej własnej niesłabnącej uwadze. Dzięki pouczeniom starca nasz umysł zachowywał czujność i zawsze gotów był przegonić przeciwne Bogu myśli od razu, jak tylko się pojawiały, żeby nie utworzyły one jakiegoś grzesznego obrazu. Starzec nieustannie czuwał nad całym naszym życiem. Pościliśmy, odbywaliśmy czuwanie, modliliśmy się i staraliśmy się nie pozwolić naszemu umysłowi cofnąć się z powrotem do świeckiego życia. I rzeczywiście, poza ściany celi, poza najbliższe okolice nasz umysł nie wychodził. Dążył tylko ku górze. Dobrowolnie pozbawiliśmy się wielu rzeczy w jednym celu – aby osiągnąć duchowy sukces. Ćwiczyliśmy się w ascezie przeważnie nocą. Albowiem noc z natury pomaga umysłowi się uspokoić i daje czas na modlitwę.

47


Rozdział siódmy

NASZE CZUWANIE

G

łówną pracą naszego dnia było czuwanie. Wszystko robiło się po to, aby ułatwić nam odmawianie nocnej modlitwy. Wtedy, w pustelni, nasza reguła nakazywała nam budzić się po zachodzie słońca i przystępować do modlitwy. Po rozbudzeniu wypijaliśmy małą filiżankę kawy tylko po to, aby pomogło nam to w czasie czuwania. Pić kawę przed nocną modlitwą kazał nam starzec. Wyjątek stanowili ci, którzy kawy pić nie mogli. Słabym braciom pozwalano nieco zjeść dla pokrzepienia sił. Po kawie robiliśmy pokłon przed starcem

48


i w milczeniu, nie wypowiadając ani jednego słowa, rozchodziliśmy się do swoich cel. I tam, zgodnie z metodą i sposobem, którego nauczył nas starzec, przystępowaliśmy do modlitwy i czuwania. Odmawialiśmy Święty Boże, potem siadaliśmy na ławeczki i oddawaliśmy się smutkowi, pamięci o śmierci, wspominaniu ukrzyżowania Chrystusa. Nic innego nie przychodziło nam nawet do głowy. Po przebudzeniu przez cały czas pamiętaliśmy o śmierci. Starzec mówił nam, że umysł od razu po śnie jest wypoczęty i czysty. A ponieważ jest w takim stanie czystości i spokoju, więc jest to najodpowiedniejszy czas, aby dać mu od razu, jako pokarm duchowy, Imię Jezusowe. Usiądź na swoją ławeczkę i, zanim zaczniesz odmawiać modlitwę „Panie, Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną!”, przez kilka chwil pomyśl, porozmyślaj o śmierci. Tego uczył nas błogosławiony starzec, którego całe życie było niczym innym, jak tylko nieustannym pobudzaniem siebie do modlitwy. Tak oto siedzieliśmy wszyscy w swoich celach, zamknąwszy się w ciemności. Mieliśmy tylko czotki i pokłony, pokłony i czotki – nic więcej. Zamykałem się czasami na dwie, czasem na trzy godziny, odmawiając modlitwę Jezusową. Często siedziałem nawet i pięć godzin. Jak tylko mój umysł pokrywała mgła i zaczynał mnie morzyć sen, wychodziłem na dwór. Kiedy byliśmy zmęczeni modlitwą Jezusową, starzec radził nam czytać, rozmyślać o rzeczach duchowych, wspominać swoje grzechy i ponownie wracać do modlitwy umysłu. Udzielił nam on i takiego pouczenia. „Spójrz – mówił mi starzec – jeśli nie znajduję pocieszenia w modlitwie, śpiewam tropariony za zmarłych, jeden, drugi, i płaczę. Wspominam śmierć i tym podobne. I ty, moje dziecko, jeśli nie idzie ci modlitwa, jeśli nie odmawia się sama i nie jest silna, zajmij się płaczem, żeby od niego otrzymać pożytek. Jeśli płacz nie przynosi ci pożytku, zwróć swój umysł ku Ukrzyżowaniu Chrystusa. Jeśli i od tego nie mamy korzyści, zwracamy nasz umysł ku grzechom. Jeśli i przy tym nic nie wychodzi, przypominamy sobie nasze słabości, zauważamy, w czym się one przejawiają, żeby następnego dnia z nimi walczyć”. Pouczenie wyczerpujące [wszelkie opcje]. Nie wokół problemu, ale do sedna. Uderzenie nie w brew, ale w oko. ( 49


Zimą było chłodno, bolały mnie kości, ale nie mieliśmy ani spirytusu, ani nafty30. Czuwanie wymagało walki, ale to było prawdziwe czuwanie: osiem-dziesięć godzin z modlitwą, pokłonami, z cierpieniem i z udręczeniem nie duszy, ale ciała, albowiem nie mieliśmy wtedy komfortu, który jest teraz. Kiedy trzeba było coś napisać, zapalaliśmy lampkę oliwną. Na środku celi każdy miał podpórkę w kształcie litery T i opierając się o nią, żeby nie męczyły się nasze ręce, odprawialiśmy nabożeństwo. Schylaliśmy głowę i tak się modliliśmy. Jeśli zaczynał nas morzyć sen, stawaliśmy prosto i braliśmy się za czotki. A kiedy nadchodziła pora snu, braliśmy poduszkę i tamże zasypialiśmy. Latem każdy miał swoje miejsce na dworze. I początkowo każdy modlił się, ile chciał, u siebie w celi, a potem nocą wychodził na dwór i tam się modlił. Czuwanie każdego z nas trwało nie mniej niż osiem godzin. Dopiero po ośmiu godzinach czuwania można było iść spać. Każdy starał się jak najwięcej modlić się modlitwą umysłu, zamknąwszy się w celi, bez czotek i światła. Jeden – dwie godziny, drugi – trzy, inny – cztery, na ile pozwalała cielesna i duchowa siła każdego. Ja, oczywiście, jako młodszy i słaby, wychodziłem na dwór wcześniej niż wszyscy i modliłem się na czotkach na placyku, na kamieniach. Starzec pozostawał w modlitwie umysłu siedem-osiem godzin. Potem odmawiał nabożeństwo na czotkach, z pokłonami. ( Starzec utrzymywał nas zawsze w stanie czuwania. Nie wiedzieliśmy, co to niedbalstwo, czy co znaczy spać w czasie czuwania. W naszej wspólnocie było to nieznane. Starzec uczynił nas stalowymi. Dlatego że on pierwszy był czystą stalą. Ja byłem ostatni, ponieważ byłem najsłabszy duchowo i cieleśnie. Bracia byli o wiele lepsi ode mnie. Zgodnie z naszą regułą czuwanie sprawowane było przez całą noc. Czy udało ci się pospać w przeddzień wieczorem, czy ci się nie udało z powodu pokusy albo z innej przyczyny – czuwanie musiałeś odbyć! W tym przypadku w ludowej praktyce używano nacierania naftą i spirytusem celem zwalczenia przeziębienia. Niekiedy dodawano do nich również pieprz i gorczycę. 30

50


Taka była reguła. Nie można było powiedzieć: „Jestem zmęczony, odpocznę, ponieważ nosiłem ciężary, pracowałem”. To nie mogło anulować reguły. Bez względu na to, jak bardzo byłeś po całym dniu zmęczony, czuwanie odbywało się bez zmian. Czy pospaliśmy w ustalonym czasie, czy nie, obowiązkowo musieliśmy wstać o zachodzie słońca i zacząć czuwanie. Morzył cię sen, męczyłeś się, walcząc z nim? „Wypełnisz swoje czuwanie!” – mówił starzec. Nie dopuszczał żadnej pobłażliwości, brat nie mógł być zwolniony z czuwania. Nie było u nas nieporządku co do planu dnia, nie było czegoś takiego, żebyśmy wstawali raz o jednej porze, potem o innej albo nie odpoczywali w ustalonym czasie. Jeśli ktoś tak nie mógł, szedł do innego miejsca. To znaczy każdy musiał przestrzegać tego porządku, w przeciwnym razie nie mógł tu pozostać: albo sam odchodził, albo wyganiał go starzec. Tutaj trzeba było przestrzegać jego reguły, wypełniać tę ascezę. ( Kiedy przychodził do nas kapłan, po sześciu godzinach samotnej modlitwy, służyliśmy Liturgię o północy. Zimą, kiedy się kończyła, była jeszcze noc. Szliśmy spać, a gdy wstawaliśmy, nadal było ciemno. Natomiast latem, kiedy wstawaliśmy, było już widno. Całą noc każdy z nas był sam, a zbieraliśmy się dopiero na Liturgię i posiłek. To było cudowne, wszystkim bardzo się to podobało. Czuwanie bardzo mnie męczyło, dlatego przed rozpoczęciem pracy musiałem pospać. Rano – znowu przenoszenie ciężarów, wyprawy po drewno i wodę. W dni, w które mieliśmy dwa posiłki, musiałem wstać przed wschodem słońca i przygotować jedzenie, żeby ojcowie przed pracą coś zjedli. Potem sprzątałem ze stołu, myłem naczynia i gotowałem obiad. Ojcowie szli zajmować się rzemiosłem i inną pracą, a ja szedłem do rezerwy. Piękne było to życie! W ciągu dnia, w czasie pracy, modliliśmy się. Byliśmy prostoduszni jak dzieci. „Życie pustelników jest błogosławione. Mieszkańcy pustyni nieustannie pragną Boga, gdyż dalecy są od marności świata”31. Często wieczorem budziłem się, siadałem i czułem, że nie odpocząłem. „Która jest teraz godzina? Noc? Dzień?” Przecież zamykaliśmy się, 31

Anabatmi (cs. stiepienny) antyfony tonu 1 i 5. 51


kiedy spaliśmy. „Jaka jest dzisiaj data? Jeszcze można pospać, przecież spałem tylko pół godziny. Jak teraz przetrzymam dziesięć godzin czuwania?” Patrzyłem na zbliżającą się noc i mówiłem sobie: „Męka męczeńska! Jak mam temu podołać, skoro się nie wyspałem i nie odpocząłem?”. Po Liturgii, ponownie, snu było bardzo mało, a potem – praca. Oto dlaczego zdążaliśmy prosto ku gruźlicy. Ale nasze posłuszeństwo wobec starca było absolutne. Nieustanne trudy, reprymendy i wymówki. Zupełnie nie miałem spokoju: z jednej strony – praca, z drugiej – nagany, wyrzuty. I buzia na kłódkę. Jakie tam zagadać! Mówienie było najsurowiej zabronione. Chyba że z ojcem Arseniuszem, kiedy byliśmy u siebie. ( Starzec uczył nas, że mnich, który nie pełni czuwania, i który nie uczynił swoim dziedzictwem modlitwy Jezusowej, nie może nazywać siebie mnichem. Mnich bez czuwania, który nie stał się sową w ruinach (Ps 101,6), jakby ptakiem, który nie śpi i śpiewa, mnich, który nie osiągnął czujności i modlitwy, tak naprawdę nie może być nazwany mnichem. On jest mnichem nie w duszy, tylko na zewnątrz. Jeszcze się nie odrodził, jeszcze nie poznał szczególnej łaski życia monastycznego. Dzięki świadomemu czuwaniu mnich zyskuje, jak mówią ojcowie, oczy cherubinów. Osiąga on taką czujność, że z daleka widzi demony, zbrojące się przeciwko niemu ze złośliwą przewrotnością, starające się podstawić nogę mnichowi – ascecie. Zauważa najmniejszy nawet ruch namiętności, a dzięki temu zdąży podjąć konieczne kroki. Starzec, ten filozof naszych czasów, wiedział, czym jest czuwanie dla Boga. Za czuwanie nie można uznać tego, kiedy całą noc łowi się ryby albo wałęsa się po ulicach i dyskotekach. Czuwaniem jest to, czego dokonuję w Bogu. Co znaczy „w Bogu”? I co znaczy „czuwanie ze względu na Boga”? To znaczy, że umysł wznosi się, przechodzi przez niebiosa, widzi Słowo Boże, które jest ponad wszelki rozum i pojmowanie, zasiadające na tronie i w chwale ponad niebiosa, i tam z Nim rozmawia. Serce się raduje, a człowiek woła: „Błogosławiony ten, czyj umysł jest w Bogu! Szczęśliwy i błogosławiony”. Tak mówią też ojcowie: „Na mnicha, który pełni czuwanie z wiedzą, to znaczy modlącego się czujnie, nie patrz jak na człowieka, ale jak na anioła Bożego”. Taka oto jest prawda, oto kim jest mnich! 52


Mój starzec nalegał na czuwanie, na wspaniałe czuwanie, na takie czuwanie, które oczyszcza umysł i czyni go bogopodobnym. Czuwanie daje umysłowi możliwość wzniesienia się do trzeciego nieba i duchowego oglądania niewypowiedzianych tajemnic niebiańskiego życia. Dokonując pod kierunkiem starca czuwania z modlitwą, kosztowaliśmy w naszej duszy tego niebiańskiego życia, Królestwa Bożego, Niebiańskiej Jerozolimy. I myśleliśmy: „Kiedyż stąd odejdziemy i staniemy się jego wiecznymi uczestnikami?”. W nocy, podczas czuwania, kiedy nawiedzały nas Boża łaska i miłosierdzie, mieliśmy mnóstwo niebiańskich widzeń, pozostawiając je, oczywiście, osądowi starca, aby nie pomylić się co do ich prawdziwości, a wszystkie one duchowo przeobrażały nasze dusze. W ciągu dnia, wykonując nasze prace, fruwaliśmy z radości i duchowej otuchy. Starzec mówił nam, że jesienny czas szczególnie nadaje się do pracy duchowej (cs. umnogo diełanija), ponieważ nawet przyroda temu sprzyja. Nie jest zbyt chłodno, nie za gorąco, przyroda na swój sposób się zmienia – a wszystko to pomaga ascecie. I rzeczywiście, czuwaliśmy w nocy, a kiedy Bóg błogosławił, stawaliśmy się trochę uczestnikami wzlotu starca ku Bogu. Ale czyż mogliśmy poznać całą głębię, wysokość i szerokość modlitwy tego człowieka, który przez wiele godzin trzymał swój umysł w sercu? Nie, w najmniejszej mierze. Cierpimy na nieznajomość modlitwy i kontemplacji. Nie jesteśmy w stanie pojąć wartości życia monastycznego, albowiem nie zmuszamy się do życia zgodnie z regułą ojców, którzy nas tego uczyli. Bez rytu czuwania i uważnego życia monastycznego mnich pozostanie pozbawiony wzniosłych i wyjątkowych darów Bożych. Chodzi tu nie po prostu o czuwanie w wąskim sensie tego słowa, ale o czuwanie w duchu, czuwanie w pojmowaniu, czuwanie w Bogu, czuwanie z czujnością i modlitwą. Takie czuwanie daje wielkie dary mnichowi, który pomnaża trudy. Czuwanie to trud. Mnich walczy ze snem, z demonami, które przybywają, aby unicestwić modlitewne czuwanie. One pobudzają namiętności, a szczególnie brak skupienia. Mnich trudzi się, wykonując pokłony do ziemi, skupiając rozpraszający się umysł i doprowadzając go do zetknięcia z Transcendentnym Rozumem. Celem mnicha jest zjednoczenie swego umysłu z Bogiem, aby dzięki temu zetknięciu człowieka w głębi duszy – ponad wszelkie pojmowanie – poczuł Boga. 53


Starzec opowiadał nam o czuwaniu i mówił, jak bardzo wzbogaca ono człowieka, jaką przynosi duchową korzyść, jak utrzymuje człowieka w czujności, jakie są dary modlitwy umysłu. Opowiadał nam o tym i o wielu innych rzeczach. I jak mieliśmy potem nie wypełniać czuwania! Przecież, w jakim celu przyszliśmy na pustynię? Czyż nie przyszliśmy tutaj, aby wzbogacić siebie? Czy też przyszliśmy po prostu spędzić czas? Podporządkowaliśmy się starcowi, zdając sobie sprawę, że on przestrzega tego porządku i rytu. Dlatego też dokładaliśmy starań, aby ochotnie się budzić, brać się za czotki, zaczynać błogosławioną modlitwę, przystępować do pojmowania Boskich rzeczy i zajmować się tym wszystkim z wielką pokorą i w prostocie serca. Wiedzieliśmy, że Boża łaska, zawsze towarzysząca człowiekowi i gotowa ogarnąć i przeobrazić jego wnętrze, ta łaska przyjdzie, nawiedzi, nada modlitwie sens i uczucie. Wszystkie nieustanne pouczenia, rady, pobudzanie, cała taktyka i cały cel starca sprowadzały się do tego, abyśmy odmawiali modlitwę Jezusową i walecznie dokonywali czuwania. I on uważnie i niestrudzenie tego pilnował. Bardzo głęboko wpoił nam pojmowanie tego, że modlitwa i czujność osiągane są dzięki czuwaniu. Starzec ciągle mnie pytał: – Mały, jak idzie modlitwa? Jak idzie czuwanie? Odpowiadałem mu: – To tak, to siak. Starzec pilnował, czy modlimy się nieustannie. Uczył nas również, że czuwanie nie powinno minąć bez łez. Łzy powinny stać się nieodłącznym przyjacielem mnicha. Mnich powinien płakać stale, czasem z powodu swoich grzechów, czasem ze względu na innych ludzi. Powinien on osiągnąć taki stan, aby płakać z miłości do Boga. ( Starzec podkreślał, że bez czuwania nie osiągnie się doskonałości, bez czuwania życie mnicha nie ma fundamentu. Swoje pouczenia ożywiał on historiami z żywotów świętych i znajomych mnichów. Radził nam także, abyśmy w czasie czuwania również trochę czytali literatury duchowej, albowiem taka lektura oświeca umysł i pomaga w modlitwie. Mówił on, żebyśmy czytywali po kilka rozdziałów z Pisma Świętego, 54


a potem coś z dzieł Świętych Ojców: Drabinę raju, Abbę Doroteusza, Ewergetinos, świętego Makarego, żywoty świętych. Szczególnie zaś starzec zalecał czytać dzieła abby Izaaka Syryjczyka. O abbie Izaaku mówił tak: „Gdyby zginęły wszystkie dzieła ojców hezychastów dotyczące czujności i modlitwy, a zachowałyby się tylko ascetyczne słowa abby Izaaka, to ich samych tylko wystarczyłoby, aby nauczyć człowieka życia w odosobnieniu i modlitwie od początku do końca. Te dzieła odsłaniają życie ascetyczne od A do Z i ich jednych wystarczy, aby od pierwszych kroków ukierunkować człowieka i doprowadzić go do doskonałości”. Ja, pokorny, chociaż nawet byłem najbardziej nieznaczącym we wspólnocie, to jednak niezachwianie wierzyłem, że słowo starca było słowem Bożym, i że on się nie myli. Miałem dowody i świadectwa tego, że starzec, dzięki modlitwie, nieskazitelnemu życiu i pokorze, był, na ile to dla człowieka możliwe, nieomylny w osądach na temat tego, co znał z doświadczenia. On przeszedł i wypróbował wszystko, jego droga została przetarta przez świętych. Tędy przeszły tysiące ascetów, a on wiedział, do czego każdy krok prowadzi. Wierzyć mu było można i trzeba. Z takim też właśnie nastawieniem, spokojnie i w skupieniu, kroczyłem po jego ścieżce, przestrzegając tego rytu, który on nam dał. O określonej porze musieliśmy być na swoim posłaniu. Potem, o określonej porze – pobudka. A kiedy dzwonił budzik, my, dzięki Bożej łasce, podskakiwaliśmy jakby podrzuceni sprężyną. Od wyrzeczeń, trudów, cierpień, chorób często bolała mnie klatka piersiowa i płuca. A i teraz nierzadko się to zdarza. Natomiast wtedy ból był bardzo silny. Kiedy tylko wraz z dzwonkiem otwierałem oczy, od razu czułem piekielny ból. Bez względu na to, wyłącznie dzięki modlitwom starca i dzięki Bożej łasce, nie było ani jednego razu, ani jednego dnia, kiedy uległem pokusie, by pozostać w łóżku i nie podskoczyć jak sprężyna. Często, podczas czytania modlitw wejścia przed Liturgią, z powodu bólu w piersi moja głowa, mój umysł, mój wewnętrzny głos nie mogły wyrzec tych słów, które należało wypowiedzieć. Siadałem, dochodziłem do siebie i kontynuowałem. Starzec, który zapoczątkował cały ten porządek, nie pozwalał nam od niego odstępować. Ale my nie odstępowaliśmy od niego nie dlatego, że starzec tak rozkazał, ale dlatego, że on nam ten porządek wpoił. 55


( Starzec wyznaczył mi posługę – gotować mu kawę przed czuwaniem. Miałem to robić od razu po przebudzeniu. W drodze od mojej kaliwii do starca zbierałem drwa. Z zebranych suchych gałązek robiłem wiązkę, rozpalałem ogień pomiędzy dwoma kamieniami i stawiałem na nich tygielek, zrobiony z puszki po konserwie, do której jako rączkę przybito drewienko. Starzec nie miał ani szklanki, ani kubka. Kawę pił prosto z tej puszki, której nigdy nie myliśmy. Pewnego razu ją umyłem, ale on, zauważywszy to, powiedział: – Nigdy więcej jej nie myj. – Błogosławcie. O tej porze starzec nie pozwalał mi wypowiedzieć ani jednego słowa: ani o grzesznych myślach, ani o sprawach, ani niczego podobnego. Zupełnie nie chciał rozmawiać, nawet gdybym do niego przyszedł nie ja, lecz mój anioł. Niekiedy przynosiłem mu listy. Przyniósłszy je po raz pierwszy, zwróciłem się do niego: – Starcze, są dla was listy. On przycisnął palec do ust: – Cicho! Ani słowa. Idź. Czynił tak, ponieważ dla niego był to czas przygotowania do czuwania. Potem wyjaśnił mi: – Jeśli zaczniemy rozmawiać, to utracimy „czujność” umysłu. „Czujność” umysłu powinniśmy ofiarować Bogu. Nie powinniśmy rozmawiać. Jak tylko się zbudzimy, od razu nasz umysł – cichy, spokojny, czysty – zwrócimy ku Bogu. A po tym, jak oddamy Bogu to, co najlepsze, będziemy mogli porozmawiać o różnych rzeczach, o czym tylko zapragniemy. Dlatego nie powinieneś wypowiadać ani jednego słowa. ( Z powodu niepokoju, żeby wstać w porę, spałem czujnie jak zając. Nigdy nie spałem spokojnie. Żeby na czas przygotować starcowi kawę, kładłem zegarek pod poduszkę. Nie miałem budzika, który mógłbym nastawić i być spokojny, że zbudzę się na czas. Wszystkie moje myśli skupiały się tylko na tym, żeby nie zaspać. Myśląc o tym cały czas, nie mogłem odpocząć: ciągle zaglądałem pod poduszkę i patrzyłem, czy 56


nie nadeszła już dwunasta. To była prawdziwa męczarnia. Za piętnaście dwunasta mieliśmy pobudkę, o dwunastej zachodziło słońce, o dwunastej powinienem być u starca w jego kaliwii. Przez te wszystkie lata tylko raz nie wstałem na czas. Zaspałem dwadzieścia minut, ponieważ całą noc walczyłem ze snem. Pomyślałem: „Jak ja teraz pójdę i przeszkodzę w jego modlitwie?”. Rano dostało mi się. Starzec spytał: – Czemu nie przyszedłeś? – Starcze, zaspałem, wybaczcie. – Leń! Posłuchajcie go tylko! Śpioch! Nierób! Jak mogłeś zostawić swojego starca bez kawy?! No i oberwałem! Więcej się to nie powtórzyło. ( Tak ćwiczyliśmy się w ascezie. Co noc czuwanie przez osiem godzin, bez rozmów. Potem sam, w swojej kaliwii, kładłem się i spałem spokojnym snem z modlitwą Jezusową. Często od rzeczy, którymi się okrywałem, wydzielał się piękny zapach, zapach duchowy (cs. błagouchanije). Ach! Błogosławiony sen! Teraz myślę o tym i mówię sobie: „Czy jeszcze kiedykolwiek będę rozkoszować się takim snem?”. Ta myśl wywołuje u mnie ból. Z nią też i umrę. W nocy słyszeliśmy krzyk ptaków, szczekanie lisów. Było nam tak dobrze! Krzyczały dzikie ptaki: białogłowy sęp, biedna sowa i inny ptak, zwany wodnikiem – tu-tu-tu. A jeśli był księżyc, on je oświecał. Ptak śpiewał, a ja byłem na dworze, z czotkami. Ach!... W ciągu dnia, w czasie pracy, mój umysł był zajęty oczekiwaniem, kiedy nadejdzie noc. Nasza radość przychodziła w nocy. Jakże wspaniała była ta nasza radość: w nocy, z czotkami, w milczeniu, w czasie czuwania! Na tym polegało piękno naszego życia. A po czuwaniu, kiedy następowało lekkie ochłodzenie, nadchodził odpoczynek. „Już samej hezychii wystarczy dla pocieszenia” – mówi święty Izaak Syryjczyk. Tylko hezychia jest w stanie dać człowiekowi pocieszenie, a jest ono szczególnie wielkie, kiedy je (odosobnienie) nawiedzi Boża łaska. Wtedy umysł wznosi się prosto do nieba, przecież wtedy otwiera się i umysł, i niebo, i stają się one jednym. 57


Potem zupełnie nie chciało się iść spać. Spać teraz, to tak jakby wyjąć z ciebie duszę. Jak teraz iść spać? Hezychia i śnieg wokół! Ale musiałeś iść spać, bo taka była reguła. Starzec mówił, że o takiej to porze trzeba iść spać. I zapominałeś o wszystkim. Tak powiedział starzec? Tak powiedział Bóg! Koniec dyskusji! Nie mogliśmy nawet chrząknąć. Słowo starca było dla nas prawem. Po cichutku, spokojnie, bez krzątaniny, bez rozmów, ułożywszy sobie pościel, padałem i zasypiałem snem szczęśliwego. A i z kim miałbym rozmawiać? Ze ścianami? Obok mnie nie było nikogo. I zasypiałem, i budziłem się w samotności, miejsce było pustynne. Obok mnie była tylko malutka kaliwia starca i lisy ze swoim szczekaniem. Ach! Pamiętałem na dni stare (Ps 142,5). Wspominam te dni i opłakuję siebie, który dożyłem tego, że na moich ramionach spoczywa teraz ciężar tysiąca trosk. W tamtych czasach moja dusza godzinami otrzymywała tak liczne dobra, a dokładniej rzecz biorąc Bożą łaskę, że łzy nie przestawały mi płynąć ani we dnie, ani w nocy. Moja dusza na tyle pełna była miłości do hezychazmu, że płakałem, nawet kiedy szedłem do toalety. Nie wiedziałem, dlaczego płaczę. Często z powodu nadmiaru hezychazmu w mojej duszy był taki spokój, tak bardzo przeze mnie umiłowany, że brakowało mi słów. Moja dusza czuła wytchnienie i z powodu tej ulgi zaczynały płynąć łzy – oczywiście, bez jakiejkolwiek szczególnej myśli, a tylko z powodu hezychazmu. Dlatego ten, kto zna wartość hezychazmu, bezwzględnie musiał wcześniej poznać pożytek zeń płynący. Modliłem się na czotkach i robiłem pokłony. Jeśli zachodziłem do celi, to zapalałem lampkę oliwną i czytałem kilka stron abby Izaaka. A potem ponownie wychodziłem na dwór, znowu pokłony, znowu modlitwa. Pustynia. Ani żywego ducha. Nie przeleci nawet komar. Mógłby mnie ogarnąć strach i przerażenie. Widziałem gwiazdy. Mój umysł wznosił się, przechodził przez pierwsze niebo, drugie niebo, trzecie, dochodził do Tronu Bożego i kłaniał się, a dusza wzywała: „Jezu Najsłodszy, Jezu mój najsłodszy, Jezu, słodka moja miłości!”. Człowiek pada na twarz przed Chrystusem, oddając się Jego miłości. Po czymś takim, jak myśl mogłaby skierować się ku dołowi, jeśli została ona całkowicie pochwycona przez to, co niebiańskie? Jak potem mogę zamyślić się nad tym czy innym? W żaden sposób. 58


Gdyby mi powiedziano: „Uczynimy cię cesarzem, tylko daj nam choćby odrobinę tego, co masz”, nie oddałbym ani centymetra. ( Kiedy byłem początkujący, co noc wyjawiałem starcowi myśli. Po północy, kiedy starzec wychodził ze swojej kaliwii, zakończywszy ośmiogodzinną modlitwę umysłu, przychodziłem do niego, by opowiedzieć, jak spędziłem dzień i noc, czy miałem jakąś walkę, jakiekolwiek myśli, czy atakowały mnie demony. Powierzałem mu wszystko. A kiedy on widział, że nieodzowne było umocnienie mnie duchowo, wtedy opowiadał o tym, co się jemu przydarzyło, o widzeniach, które miał, o nawiedzeniach łaski, o różnych duchowych walkach, które stoczył. Przekazywał historie o ascetach, którzy żyli tu przed nim, historie usłyszane przezeń od jego starca, historie o różnych cudownych wyczynach ascetycznych ojców ze Świętej Góry. On był wspaniałym gawędziarzem. Kiedy mówił, chciało się go słuchać nieustannie. Opowiadał nam bardzo dużo, gdyż dobrze znał wielu starych mnichów. To była najczystsza tradycja – można było napisać nowy Gerontikon. Starzec w ten sposób podnosił mnie na duchu, przygotowywał do bitew, umacniał moją wiarę. Niekiedy starzec opowiadał nam o swoim życiu, poczynając od lat dzieciństwa, opowiadał, co zobaczył w ciągu swego życia. Wszystko to przynosiło nam pożytek, umacniało nas. Dowiadywaliśmy się o tym, czego nie wiedzieliśmy i co, jak sądził starzec, mogło przynieść nam pożytek w przyszłości, kiedy on już odejdzie do innego świata. Starzec nie prowadził dyskusji i katechez, ale przedstawiał przykłady z Gerontikonu i z życia. Nie przedstawiał nam mnóstwa teorii – mam na myśli długie, wielogodzinne wykłady. Nie. Krótkie pouczenie, ale treściwe i trafiające w samo sedno, pełne osobistego doświadczenia, tak drogocennego dla nas, nowicjuszy, ćwiczących się w ascezie z myślą o duchowych postępach. W tym pouczeniu było kilka prawd. Nie żeby starzec nas specjalnie zbierał i prowadził biesiady – gdzie tam! Mówiliśmy mu jedną swoją myśl, a on nam przedstawiał pięć myśli świętych ojców i udzielał kilku rad. „Najperw – mówił nam – zobaczycie te prawdy w praktyce”. Nie potrzeba wielu rozważań filozoficznych, dlatego że dla człowieka-ascety nie potrzeba 59


wielu słów. Życie monastyczne nie potrzebuje teoretyzowania, potrzebuje niewielu prawd, ale muszą one zostać zrealizowane w praktyce. Starzec mówił ci: „Milcz, odmawiaj modlitwę Jezusową, przeganiaj grzeszne myśli, nie gadaj po próżnicy”. Ile razy miał ci to mówić? Póki język nie odpadnie? Jeśli nie będziesz tego wykonywać w praktyce, ile by ci nie mówiono, pożytku nie będzie, tak jakbyś poszedł do lekarza, wziął lekarstwa i, wyszedłszy, o nich zapomniał. A potem robisz wszystko od nowa: idziesz, znowu prosisz o lekarstwa. Ale do kiedy?! Kiedyż zaczniesz je przyjmować? Tak samo teraz tutaj u nas w monasterze, jeśli nie wykonujemy tego, czego nas uczą, będziemy cały czas chorować, cały czas będziemy prosić o pomoc i stale wracać do jednego i tego samego. Dlatego powinniśmy żyć w duchu miłości i braterstwa. Albowiem brakuje nam miłości i pokory. Przecież, gdybyśmy mieli miłość i pokorę połączone z posłuszeństwem, nie potrzebowalibyśmy niczego innego, żadnej innej filozofii. Jaka szkoda, że w czasach starca nie było jeszcze magnetofonów. Gdybyż można było nagrać choć jedną jego biesiadę o wierze! On rozmawiał z nami na ten temat wiele razy, ale nie byliśmy w stanie zachować jego słów w pamięci. Rok po śmierci starca ojciec Józef Młodszy32 przyniósł magnetofon, ale starca już nie było. Co tu mówić! Taka była Boża wola. ( Podczas gdy ja siedziałem przy kaliwii starca i modliłem się na czotkach, on opowiadał mi o modlitwie, o ojcach, którymi się opiekował, kiedy się zestarzeli. A w tym miejscu, przy jego kaliwii, świat pachniał jak lilia i róża, choć wokół wszystko było wysuszone i nic nie rosło, oprócz niskiego kamiennego dębu. Pewnego razu zacząłem wąchać powietrze, a starzec mnie zapytał: – Cóż ty wyprawiasz? – Starcze, pachnie liliami i różami. – Co za dureń! Podejdź bliżej, do drzwi. O o. Józefie Młodszym szczegółowo opowiada się w księdze 2 (rozdz. 7: „W Małym Skicie świętej Anny. Ojciec Józef Młodszy”). 32

60


Podszedłem do drzwi wiodących do celi starca i wciągnąłem nozdrzami aromat. Wszedłem: cała cela pachniała tak, że nawet moja broda i ubranie zaczęły pachnieć. Starzec powiedział mi: – To rezultat modlitwy. Nie rozumiesz tego? Imię Chrystusowe wydziela przyjemny aromat. Wynikało to stąd, że tej nocy dużo się modlił. Z powodu modlitwy Jezusowej pachnie nie tylko człowiek, ale i miejsce, w którym stoi. Czułem, jak aromat jego modlitwy zraszał wszystko, co go otaczało, działając nie tylko na nasze wewnętrzne, ale i zewnętrzne zmysły. Często również ojciec Haralampiusz, kiedy zachodził do celi starca w czasie ich nocnych spotkań, zauważał miłą woń. Kiedy modlitwa starca osiągała apogeum, jego serce i umysł, a wraz z nimi i cała przestrzeń celi, stawały się gorejącym krzewem. Dlatego, kiedy wchodziliśmy do niej w nocy, aby wyjawić swoje myśli i usłyszeć kilka słów starca, zniewalał nas aromat modlitwy umysłu. Często zastanawiałem się i zadawałem sobie pytanie: „Co się dzieje w tej duszy, w tym sercu?”. Żebyśmy sami z doświadczenia zrozumieli, co działo się w sercu tego człowieka, osoby nam współczesnej, wcześniej czy później musieliśmy spróbować, poczuć, jak ta modlitwa wymawia się sama z siebie. Musieliśmy zobaczyć i popróbować poprzez modlitwę umysłu, jaki jest Bóg, jak bardzo jest On wspaniały, jakie są Jego Boskie uczucia. Musimy poczuć w cudowny i tajemny sposób Jego obecność, Jego jestestwo, zobaczyć, jak On obejmuje Sobą całe stworzenie, jak znajduje się wewnątrz stworzenia i na zewnątrz niego, jak cały znajduje się wewnątrz serca. Musimy zobaczyć, jak zachodzi kontemplowanie Go w umyśle, jak Boskie kierownictwo bierze umysł i prowadzi do Swoich tajemnic, i co wtedy objawiane jest umysłowi. Wszystko to starzec doświadczył w pełni. ( Starzec starał się opowieściami o różnych historycznych wydarzeniach wpoić nam bardzo głęboko pamięć o śmierci, żebyśmy zajmowali się pracą umysłu, i żeby nasze sumienie stało się bardziej wrażliwe i lepiej służyło osądzaniu samego siebie. Kiedy budziliśmy się o zachodzie słońca, żeby rozpocząć czuwanie, czuliśmy, jak ogarniała nas pamięć 61


o śmierci i nastrajała tak, że oddawaliśmy się modlitwie z serdeczną skruchą, skupieniem, płaczem z celem zdobycia Bożej łaski. Starzec wpoił nam pamięć o wyjściu z tego świata do innego. I nie było dnia, nie było chwili, nie było u mnie takiego zbudzenia się ze snu, żebym był poza tą kontemplacją, tą pamięcią, tą troską o to, jak będzie wychodzić moja dusza, i jak spotkam Boga, jaka będzie moja odpowiedź na Jego sądzie, jaki będzie ten sąd Chrystusowy, i jaki będzie wyrok. Wszystko to było jedną nieustanną troską, która panowała nade mną i nigdy mnie nie opuszczała, tak że cały czas rozmyślałem o mojej nieszczęsnej i godnej potępienia duszy. Łaska i modlitwa starca dawały nam niekiedy duchowe wytchnienie, całe natomiast pozostałe życie było skrajnie pełne trudów. Wtedy to właśnie wpoił nam starzec pamięć o śmierci. Cały czas mówił nam o wyjściu duszy z ciała, ponieważ sam cały czas o tym myślał. Oto dlaczego i teraz ta myśl tkwi w moim umyśle we dnie i w nocy.


Rozdział ósmy

WALKA ZE SNEM

N

asze cele były położone daleko od siebie. Nie było u nas czegoś takiego, żeby ktoś stukał do drzwi, dając sygnał do wstawania. Kto miał nas budzić? Co zmuszało nas w potrzebnej chwili, by podskakiwać po śnie jak gumowa piłka? Wewnętrzna gorliwość, duchowe pragnienie i uczucie, że muszę wstać, muszę wypełnić swoją powinność. W jakim celu tu przyszedłem? Skoro jest już taki ryt i starzec nam tak przykazał, musimy wstać, musimy wypełnić jego słowo. I tak się działo. Nie był nam tu potrzebny żaden pomocnik. Jeśli chodzi o mnie, to byłem najbardziej chorowity, najsłabszy, najmłodszy, najbardziej niezdatny do czegokolwiek. Z powodu swojej choroby bardzo cierpiałem na straszne bóle w piersi. Kiedy otwierałem 63


oczy i chciałem wstać, przenikał mnie taki ból w płucach, że nie mogłem nawet sobie wyobrazić, co takiego tam się dzieje. Modlitwa starca nie dawała mi żadnej możliwości pozostania w łóżku ani na minutę dłużej. Nie przypominam sobie, żebym usiadł i powiedział: „Pośpię jeszcze trochę”. Nie znaliśmy czegoś takiego. Dlaczego? Dlatego że wierzyliśmy, że musimy okazywać posłuszeństwo starcowi. Albowiem on mówił nam: „Jeśli nie będziecie ćwiczyć się w ascezie teraz, kiedy jesteście młodzi, kiedy macie pod bokiem przewodnika duchowego, to kiedy będziecie to robić? Kiedy się zestarzejecie? Kiedy wasze namiętności się zakorzenią? Kiedy mnie z wami nie będzie? Dla was czas ascezy jest teraz. Niechaj wszystkie namiętności walczą przeciwko wam. Pomogą wam w praktyce poznać i Bożą łaskę, i przebiegłość demonów. Nie ma czasu na lekceważenie. Musicie się stać wieloocy jak cherubiny, żeby uważnie patrzeć wokół i widzieć zasadzki diabła, gdyż często przychodzi on pod postacią anioła, który uczy teologii, ale jego celem jest podstawić człowiekowi nogę”. Co noc pełniliśmy czuwanie. Modlitwa trwała godzinami. Taka była nasza reguła. Siedząc – jeden na ławeczce, inny na ziemi – wdychaliśmy i wydychaliśmy imię Chrystusowe. Ćwiczyliśmy się w ascezie z całych naszych sił. Starzec wymagał, żebyśmy walczyli aż do krwi ze snem i nieczystymi myślami. Sam sprawował czuwanie w ciemności swojej celi z nieodłącznym towarzyszem – nieustanną modlitwą umysłu. Co by się nie działo, starzec do wszystkiego podchodził z męstwem i rozwagą. Z uczenia się czuwania i czystości my, jego nowicjusze, musieliśmy otrzymywać wyłącznie celujące oceny. Starzec nie dopuszczał wyrozumiałości i nie pozwalał nam opuszczać czuwania, bez względu na jakiekolwiek trudności naszego życia. Często latem nie daliśmy rady zasnąć, ponieważ z powodu gorąca wszystko było rozpalone. Byliśmy zmęczeni, spoceni, ale starzec wieczorem mówił: „Będziesz mieć wieczorem czuwanie. Bez względu na to, czy jesteś zmęczony, czy śpiący, musisz być na swoim stanowisku”. Padaliśmy ze zmęczenia i często zupełnie nie udawało się nam pospać, ale zachodziło słońce – i byliśmy na nogach, bez dyskusji. A potem, nocą – walka ze snem. Ta walka była naszym częstym gościem. Sen morzył nas bardzo mocno, zwłaszcza mnie na początku, z powodu wilgoci w celi i, oczywiście dlatego, że staraliśmy się spać jak można najmniej. Ale dzięki Bożej łasce dzielnie walczyliśmy ze snem. Kato64


waliśmy swoje plecy uderzeniami kija, uderzeniami o ścianę w jedynym celu – nie zdrzemnąć się, nie zasnąć na czuwaniu i nie utracić pożytku z nim związanego. ( I tak wstawałem wieczorem na czuwanie. Nie czułem się wypoczęty po trudach dnia. Zanim udało się zasnąć w tym gorącu, mijało dużo czasu. Ciągle patrzyłem na zegarek, żeby w porę się zbudzić i pójść do starca, by przygotować kawę. Przecież jeśli nie pójdę, pozostanie bez kawy. Wstawałem, żeby iść do niego. Ale sen był tak silny, tak mnie morzył, czułem takie zamroczenie, że, zbudziwszy się, siedziałem jak idiota. Zdarzało się, że łapałem się na pytaniu: „Która jest teraz godzina? Co ja robię? Gdzie jestem?”. Oczy się zamykały. „No, wstawajże! Trzeba zrobić starcowi kawę. Czemu siedzisz?”. Taki zmęczony i ogłupiały się budziłem. – Starcze, co mam z tym robić? – spytałem go dzień wcześniej. – Ćwicz się w tym, nie ustępuj. Wychodź na dwór, uderzaj się o skały. Nie śpij, choćbyś nic nie kojarzył. Tylko walcz ze snem. Bóg wejrzy na twój trud. Nie myśl, że sam będziesz w stanie coś zrobić. Kiedy siadałem, żeby odmawiać modlitwę, zaczynał mnie morzyć sen. Wstawałem, brałem czotki, wychodziłem na dwór. Gdybym pozostał w celi, wszystko by przepadło, sen by mnie zmorzył. A jeśli jest chłodno, deszcz, mróz? Na dwór z brauningiem! Tak starzec nazywał czotki – trzysetkę. Z powodu czuwania w mroźne zimowe noce nie czułem nóg od samego pasa, co, jak mówią, zdarzało się przy odmrożeniach na wojnie. Ponieważ walka ze snem mogła trwać nawet pięć godzin, wszystkie odsłonięte części ciała zamarzały: nogi, ręce, nos. Miałem kołdrę, którą dała mi matka. Rozciąłem ją na dwie części i zrobiłem nożykiem dziurki – pętelki, przez które przeciągnąłem sznurek i nim się zawiązywałem. Jedna połówka kołdry dla mnie, druga – dla starca. I po jednym białym kapturze, który zrobiłem także z kołdry. Byliśmy jak Lapończycy albo Eskimosi w futrach z białą lamówką. Tam na dworze biłem siebie kijem, rozbijałem swoje plecy o skały, żeby bólem odegnać sen. I kiedy tak siebie biłem i tarmosiłem, zazwy65


czaj ból zmuszał mnie do zbudzenia się. Ale niekiedy diabelski atak snu był bardzo silny. A żeby sobie z nim poradzić, biegłem na skraj przepaści i ciągnąłem ze sobą dwa kanistry z wodą, które uderzały o skały i mnie ochlapywały. Z tego wszystkiego i ze strachu, żeby nie upaść w przepaść, musiałem się zbudzić. Ale często i potem nadal spałem chodząc, oglądając sny. Tak ogromne było zmęczenie i diabelska pokusa. Wyrzekając się pokusy, by zasnąć i opuścić czuwanie, woleliśmy wojnę, woleliśmy trudności. I nawet jeśli niekiedy odmawialiśmy modlitwę machinalnie, wystarczyło tego, abyśmy czuwali i prowadzili walkę. Pięć godzin cierpień. Do tyłu, do przodu, do tyłu i do przodu po dworze. Zmęczenie podcinało mi nogi. Sen, wielki demon, nie odpuszczał. Walka z nim była istnym męczeństwem. ( Ale zdarzało się i tak, że po czterech-pięciu godzinach walki z pokusą, by usiąść i zasnąć, kiedy biegałem po ścieżkach i po zaroślach, żeby nie ustąpić i nie ulec snowi, senność w cudowny sposób uciekała. Sen umykał nagle, jak nożem uciął. Wydawałoby się, że po nocy spędzonej na walce ze snem mój umysł powinien być otumaniony. Ale zauważałem w nim taką czystość, taką lekkość, taki spokój, jakbym dokonał wielogodzinnej modlitwy z wielką duchową korzyścią. Mój umysł był tak czysty, że modlitwa Jezusowa od razu prowadziła mnie do kontemplacji. Mówiłem sobie: „Jak to się ze mną stało? Przecież pięć godzin walczyłem ze snem, odmawiając modlitwę machinalnie, wykrzykując ją, walcząc ze snem i zamroczeniem?”. A mimo to po zakończonej bitwie następowało oczyszczenie duszy. A wtedy siedziałem z modlitwą Jezusową: wdech i wydech, wdech i wydech. Godzinę, dwie, trzy, cztery – wdech i wydech. Tak oddychając, widziałem, jak wydech z modlitwą Jezusową stawał się aromatem i ta woń wypełniała wszystko wokół. Jakby Bóg chciał, bym odpoczął od trudu, i jakby mówił: „Po tej pracy, której dokonałeś, zobacz, jaki jest rezultat. Pilnuj i nie odstępuj także jutro”. Tak nabierałem doświadczenia. Zyskiwaliśmy doświadczenie tego, że wojna ma miejsce zarówno z powodu zmęczenia, jak i z powodu demona snu. Mówiłem sobie: „Oto po takiej walce ze snem – przejaśnienie”. 66


( Noc. Nikogo. Pustynia. Tylko lisy i szakale. Miejsca nie było prawie w ogóle. Same ścieżki i przepaść. Ale wtedy byliśmy w najlepszym wieku i wszystko podsycało naszą gorliwość: otaczająca przyroda, nasz porządek dnia, przykład ojca Arseniusza, a szczególnie starca, nie odstępującego w ascezie na przekór wszystkim chorobom, które stale go dręczyły. Morzył nas sen i nie mogliśmy odmawiać modlitwy umysłu dłużej niż cztery godziny, ale starzec takiej walki nie prowadził. W młodości niewiarygodnie walczył ze snem, ale kiedy przyszedłem do niego do wspólnoty, walka już się skończyła. Po ośmiogodzinnej modlitwie umysłu wychodził z celi pełen Bożej łaski i oświecenia. – No, bobasku, co słychać? Dobrze strzeżesz linii frontu? – To tak, to siak, starcze. – Mocno trzymaj brauning! Trzymaj mocno broń i nie bój się! Potem razem modliliśmy się na czotkach, a ja wyjawiałem mu swoje myśli. Latem przypływały łódki, a rybacy łowili ryby przy świetle lampy. – Widzisz, moje dziecię, jak rybak tutaj całą noc się trudzi, żeby uzyskać coś materialnego, żeby złowić kilka ryb i zanieść je do domu. I ze względu na to ziemskie nie śpi i cały czas ma się na baczności. Słyszysz, że czasem śpiewa, żeby szybciej minął mu czas. A czyż my, którzy przyszliśmy tutaj, aby pochwycić Bożą łaskę, nie powinniśmy czuwać? I my powinniśmy śpiewać, to znaczy opiewać i wychwalać Boga, powinniśmy być czujni w stosunku do myśli, powinniśmy nie spać. Ten rybak tutaj, na dole, trudzi się dla kilku ryb, my zaś – ze względu na duchowe rybołówstwo, ze względu na polowanie na Niebiańskie Królestwo, ze względu na większą łaskę, dla wiecznej nagrody przed Bożym obliczem. To wielka sprawa! – To prawda, starcze. Tak właśnie nas pokrzepiał. ( Jaki trud był u nas w pustelni, kiedy było gorąco! Gorąco… W letnie południe skały się nagrzewały, a w nocy to gorąco oddawały. A my 67


smażyliśmy się w cerkiewce, mieszczącej się w maleńkiej grocie. Ona była taka maciupeńka i było tam tak gorąco, że latem można się było udusić. Dziesięć godzin czuwania, a pod koniec Liturgia. Przed wejściem do cerkiewki na Liturgię zbierałem wszelkie, jakie tylko się dało, myśli cierpliwości, żeby wytrzymać. Nasze głowy się pochylały, zasypialiśmy i co chwila się budziliśmy. Zdarzało się, że starzec brał kubek z wodą i wychlapywał go na nas. – Śpicie! – krzyczał on. – Przebaczcie! Och, rzeczywiście on był straszny z tą wodą! Nasze ubranie robiło się mokre, kapało z niego. Wychodząc, byliśmy jak zmokłe kury. Pieśń Cherubinów zazwyczaj śpiewał starzec. To było bardzo piękne. Miał wspaniały głos. Niekiedy ojciec Arseniusz tracił tonację i starzec szturchał go. Co by mu się nie dało do śpiewania, zawsze zawzięcie schodził na szósty ton. Starzec mówił mu: – Ojcze Arseniuszu, na błogosławieństwach (cs. błażennach) będziemy śpiewać trzecią i szóstą pieśń na ton ósmy. Ale śpiew ponownie schodził na ton szósty. – Och, mój drogi, czyż ja się znam na muzyce? – tłumaczył się ojciec Arseniusz. Zdarzało się, że w czasie Liturgii ojciec Arseniusz zauważał: – Zobacz, wylałeś olej z lampki! A starzec do niego: – Nie rozmawiaj w cerkwi! Jak wspaniali byli ci ludzie! Jak bardzo obaj nadzwyczajni!


Rozdział dziewiąty

WALKA Z MYśLAMI

N

a początku mojego życia u starca zaczęły mi dokuczać myśli, tysiące myśli. „Och, jak trudno, jak trudno! Jak ty tutaj wytrzymasz? Po co tu przyszedłeś? Wracaj z powrotem!”. Pojawiały się wspomnienia o domu, o tym, że mój spowiednik chciał wraz ze mną założyć klasztor, wspomnienia o tym, o tamtym. Walczyłem i sprzeciwiałem się tym myślom. Starzec mówił mi: – Wszystko w porządku, wszystko dobrze, nie zostawiaj swoich obowiązków, czuwania i modlitwy – wtedy demon ucieczki nie będzie w stanie zdobyć przewagi w twojej duszy. Pilnie spełniałem swoje obowiązki i nadszedł moment, kiedy wszystkie myśli odstąpiły i zobaczyłem, jak przepiękna jest pustynia. Do tej pory demon przedstawiał mi ją jako mroczną i czarną, ponieważ mój umysł często kierował się ku życiu świeckiemu. Ale Boża łaska pomogła i odrzuciła wszystkie demony, a przeważyła Boża wola. 69


mi.

Niekiedy chodziłem także do ojca Arseniusza. Ten mówił mi: – Nie denerwuj się. I ze mną walczyły myśli, i ze starcem wojowały. On także podtrzymywał mnie na duchu swoimi prostymi słowa-

Tak oto, kiedy ja tam przyszedłem, mieliśmy dwóch starców. Pierwszym był starzec Józef. Przed nim pierwszym robiliśmy pokłon, a potem przed ojcem Arseniuszem. Przy tym ojciec Arseniusz mówił nam: „Zrobiliście już pokłon przed starcem, tego już wystarczy”. Ale i ojciec Arseniusz bardzo nam pomagał. I jeśli nie mogłem porozmawiać ze starcem, mówiłem z ojcem Arseniuszem. Razem z nim pracowaliśmy. Oczywiście, czasem myśl pychy, czasem – niesumienności albo jeszcze czegoś intensywnie mi dopiekała. Ale starzec mówił nam, żebyśmy przeciwstawiali się myślom z zupełną pogardą i obojętnością: – Odmawiaj modlitwę Jezusową! To minie. To jest burza, atak. Wszystko odejdzie. Jeśli będziesz się temu opierać, mocno strzec frontu, jeśli nie stracisz odwagi, to odejdzie. Taka jest taktyka diabła: napadać, żeby przerwać front, zburzyć mur, gwałtownie, jak strumień wody, rzucić się do pęknięcia i zatopić, zburzyć wszystko, co stoi. Mocno pilnuj muru, a wróg odstąpi. I myśli, oczywiście, odstępowały. ( Starcowi wyjawiałem wszystko. Spowiadając się mu szczerze i czysto, nie zatajałem przed nim niczego, albowiem wiedziałem, że w przeciwnym razie w duszy pozostawię zgniliznę. Ale wszelka zgniła rzecz ma swój zapach, swój smród, który mógł przesycić moją duszę, a wtedy nie mógłbym czuć się dobrze. Pojawiała się jakaś myśl – a w duszy wszystko przewracało się do góry nogami. „Czekaj no – mówiłem sobie – jeśli tak zostawię sprawy i przyjmę tę myśl, to co wtedy będzie?” Na przykład, pewnego razu pojawiła się zła myśl na temat starca. Starzec był człowiekiem chorowitym i nie mógł w czasie wypełniania swojej reguły modlitewnej szeroko żegnać się znakiem krzyża. Dlatego robił mały znak krzyża. A z powodu spuchniętych od puchliny wodnej nóg nie mógł robić pełnych ziemnych pokłonów. Dlatego podchodził do głazu narzutowego i robił pokłony, opierając się o niego. Na starość 70


zmuszał się do tego tak samo jak w latach młodości. Najwyraźniej myślał: „Bóg wie, że mogę tylko tak”. I ja, i starzec wykonywaliśmy regułę modlitewną na dworze. On – koło swojej kaliwii, a ja – nieco dalej. Kiedy noc była jasna i świecił księżyc, widziałem starca, a starzec mnie. Widziałem, że czyni mały znak krzyża, a myśl mówiła mi: „Czyż to jest znak krzyża? Dlaczego starzec nie robi go prawidłowo? Jakby grał na bałałajce!”. Ponieważ starałem się zawsze być uczciwy przed Bogiem i starcem, oburzyłem się, zbuntowałem się przeciwko samemu sobie. Przecież mogłem się pomylić i uwierzyć w kłamstwo, wbrew mojej wcześniejszej wierze w tego człowieka. Przecież wiedziałem, że wystarczyło uwierzyć w jedną złą myśl, żeby przerwana została duchowa więź, i żebym oddzielił się od starca. Albowiem jeśli zostanie zachwiana wiara w duchowego nauczyciela, to potem traci się zaufanie, zniszczona zostaje miłość, a potem – spróbujże okazywać posłuszeństwo! Dlatego mówiłem sobie: „Ślepy szczeniaku, pilnuj siebie! Starzec jest człowiekiem chorym. Ten maleńki znak krzyża ma taką samą siłę jak twoich dziesięć, dlatego że ty jesteś młody, a on jest staruszkiem. Czy dokonałeś tego, czego dokonał starzec, kiedy był młodszy? Nie jesteś wart nawet jego małego palca. Tak że kiedy dożyjesz jego lat, będziesz w ogóle szmatą, nie będziesz w stanie zrobić ani dużego, ani małego znaku krzyża”. A jeśli zauważałem, że myśl uparcie wracała, brałem także kij: „Dostawaj i to, żeby przyswoić sobie lekcję! A masz, a masz, a masz!”. Tak, besztając siebie, odganiałem myśl. Uspokajałem się. Ale po jakimś czasie myśl znowu zaczynała mnie atakować. Myśl była silniejsza ode mnie, chociaż na jakiś czas udawało się ją od siebie odpędzić. Wtedy wyjawiłem ją starcu: – Starcze, tak się sprawy mają. A ten wielce doświadczony, zadziwiający człowiek powiedział mi: – Wszystko to głupstwo, nie bój się. Jesteś jak ten brat z Paterikonu, który się zaplątał i mówi: „Starcze, tyle grzesznych myśli, tyle namiętności! Jak poradzić sobie z ich wyrwaniem? Przez wzgląd na Boga, pomóż, starcze, zaplątałem się!”. A doświadczony abba powiedział mu: „Moje dziecko! Myśli napadają wszystkie razem, namiętności nie burzą się wszystkie razem, żeby cię udusić”. Oto zaatakowała cię cielesna myśl – bij ją! Odrzuć wyobrażenie, tę twarz, która cię gorszy, odgoń ją, zetrzyj 71


ją, jak wycierasz demona ze swojego wyobrażenia, jak wymazujesz jakiegoś zbójcę, który przychodzi do ciebie w twoim wyobrażeniu. Wycieraj to tak, jak wyciera się coś gąbką z tablicy. Zetrzyj obraz i odmawiaj modlitwę Jezusową. I po sprawie. Pozbyłeś się tej myśli. Nie ma jej już. Jeśli przyjdzie ponownie – znowu się z nią rozpraw. Tak przychodzi do ciebie myśl niedbalstwa i mówi ci: „Śpij!”. Ty jej zaś odpowiadasz: „Nie, po co miałbym spać?”. Myśl mówi ci: „Powiedz takie słowo”. A ty jej: „Nie powiem!”. Oto, proszę, jak to się robi. ( Niekiedy starzec miał zwykłą czkawkę. Wykorzystawszy to, diabeł znalazł jeszcze jedną dziurę w płocie do mnie, ponieważ we mnie było i jest wiele pychy i dużo o sobie myślałem. Przecież w świeckim środowisku staraliśmy się żyć po chrześcijańsku i z tego powodu wynoszono nas pod niebiosa, zaś w efekcie rozdmuchano moje mniemanie o sobie i moją pychę. Oczywiście, kiedy przyszedłem do starca i przeszedłem przez piec jego wychowania, wtedy zobaczyłem, że jestem dziurawym sitem. Z powodu czkawki starca myśl zaczęła mi mówić: „Oto u starca pojawia się ona dlatego, że mieszka w nim demon. To diabeł zmusza go do czkania”. O-o-o! Jaką gorycz, jaki jad odczułem w swojej duszy! „Zobacz tylko, co mówi ta myśl!” – powiedziałem sobie. Do tej pory czegoś takiego nie było. Ledwie ta myśl się pojawiła, oburzyłem się, powstałem przeciwko niej. Nie, nie sposób zaakceptować takiej myśli o starcu! „Zabiję cię!” – powiedziałem do niej i zacząłem wojnę, zacząłem się jej przeciwstawiać. Kiedy opowiedziałem o tym starcowi, a ten się uśmiechnął: dla niego było to jak łuskanie pestek. – Nie denerwuj się, moje dziecko, niech mówi sobie co chce. Nie zwracaj na to najmniejszej uwagi. Odmawiaj modlitwę Jezusową, moje dziecko. A niech sobie gada. Powie ci jeszcze wiele różnych rzeczy. Jednym uchem weszło, drugim wyszło. Wymioty piekła są bez końca. Nikt nie może łatwo poradzić sobie z diabłem. Nie zaczynaj z nim się kłócić, bo jesteś jeszcze mały. Weszło – wyszło. Tylko lekceważ te myśli, odmawiaj modlitwę Jezusową, a one same odejdą. 72


Nie znałem tej nauki, i dlatego powiedziałem: – Starcze, ja będę walczył z tą myślą. Nie pozwolę, żeby mówiła mi cokolwiek przeciwko wam, starcze. – Hmm! – uśmiechnął się. Na pewno mówił sobie: „Ten mały nie wie, co się z nim dzieje”. Prowadziłem okrutny bój, ale diabeł był wytrawnym mistrzem w swoim fachu. Cóż mi urządził? Jak tylko wstawałem na czuwanie, ledwie otwierałem oczy – szczęk! – podsuwał mi myśl: „Aha, więc starzec jest taki”. I z tym dosłownie wlewał się w moje serce potok trucizny, którym diabeł doskonalił się w zatruwaniu mojego czuwania. Takimi myślami nadrywał wszystkie moje siły, żeby czuwanie było zmarnowane. Zbliżało się pewne diabelskie odczucie: „A przecież starzec nie jest taki, jak myślisz. To człowiek opętany przez demona”. Ale i ja, ze swojej strony, nie ustępowałem ani na krok. Wstawszy, od razu odrzucałem tę myśl: – Nie, starzec to mój dowódca, przymusza mnie do zbawienia, w nim nie ma demona, to człowiek święty, to anioł Boży. Ta czkawka jest u niego czymś naturalnym. – Nie – myśl nie odstępowała – a jak z tym, drugim, trzecim? – Nie – nie zgadzałem się. To nawet nie był boks, lecz coś gorszego, co ciągnęło się godzinami. Myśl mówiła mi, ja jej, ona mi, ja jej. Prowadziłem niekończącą się polemikę, nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje, ponieważ w ogóle wielu rzeczy nie znałem. Wyróżniała mnie po prostu naturalna odwaga i przejawiałem ją, chociaż zarówno ja sam, jak i moja wiedza była mała. Starałem się udowodnić coś przeciwnego, a tak czynią ludzie dojrzali. Powinienem był unikać tej wojny poprzez lekceważenie myśli, żeby szybko się od nich uwolnić. Ta bitwa trwała wiele dni. Zły mocno uderzał w jeden punkt i umacniał swoją pozycję. Kradł u mnie godziny z góry przeznaczone na czuwanie, zmuszając mnie do walki z nim. Dlatego odwołałem się do intensywnej terapii. Nieodzowna jest specjalistyczna operacja, mówię, inaczej nic nie będzie. Miałem u siebie kij. – Co ty powiedziałeś na temat starca? Bach! I podskakuję od bólu. – Nie, nie, starzec nie jest taki! 73


– Aha, to znaczy, że teraz nie jest taki? A kiedy tak postąpiłem – ciach – nitka została przecięta jak brzytwą. Tak ustała ta wojna. Nigdy więcej jej nie zaznałem i chociaż czasem starcowi przydarzało się naturalne czkanie, nawet nie przypominałem sobie, że kiedyś z tego powodu odczuwałem walkę. Myśl i wojna z nią przepadły, tak jakby ich nigdy nie było. Nawet pamięć o tej wojnie minęła – dzięki temu, że odparłem atak z odwagą, z samowyrzeczeniem. A w przeciwnym wypadku dusza stopniowo napełnia się wszelkimi śmieciami i śmierdzi. Każda myśl nanosi jej małą rankę, i jeśli się jej nie przegoni, to małe skaleczenie przekształca się w ranę, gnije i roztacza smród. A ja powiedziałem sobie: „Zobacz, co się wyrabia! Gdybym zaakceptował tę myśl, byłby ze mną koniec. Odciągnęłaby mnie od starca – i natychmiast opętanym przez demona zostałbym ja sam. Zamiast w starca, na którego on nagadał, wszedłby we mnie i zacząłby mnie męczyć. Oto jaka jest ta wojna!”. ( W tamtym czasie naszym rzemiosłem była rzeźba w drewnie – robiliśmy krzyżyki. Potem ojciec Atanazy odnosił je do monasteru, a stamtąd przynosił produkty spożywcze i potrzebne rzeczy. Pewnego razu, po powrocie, wyładował na przystani suchary, pomidory i winogrona. To było w święto Pięćdziesiątnicy. – Torby na plecy i do przodu. W przeciwnym razie wszystko to zjedzą myszy – powiedział starzec. Myśli zbiegły się jak mrówki: „Taki dzień spędzić na bieganinie?! Powinienem był dzisiaj pozostawać w spokoju, czytać, modlić się na czotkach”. Odpowiedziałem tej myśli: „Wąska i ciernista droga. Posłuszeństwo nade wszystko. Przyszedłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał (J 6,38)”. Ciężar moich myśli był cięższy od ciężaru na plecach. One mi dokuczały, a ja im odpowiadałem. „Jak tylko przyjdziemy do starca, opowiem o was!” – pomyślałem. Ledwie wszedłem przez drzwi – myśli przepadły, odeszły wszystkie! Starzec powiedział nam: – Siadajcie, chłopcy. Ale nasze podraśniki można było wykręcać, tak były przepocone. 74


– Przebierzcie się, zjedzcie chleba i idźcie spać. Jutro jest Dzień Świętego Ducha, będziemy mieli Liturgię. Odetchnęliśmy nieco, zjedliśmy chleb. „Pokuso, ja cię ukarzę!” – pomyślałem. Nie zdążyłem spotkać się ze starcem na osobności, ponieważ kazał nam iść odpocząć. Zebrałem worek kamieni i powiedziałem: „Oto kara dla ciebie za to, że nie chciałeś nosić ciężarów w taki dzień!” – i położyłem się na nim spać. „Chrystus na krzyżu cierpiał o wiele większe męki” – mówiłem sobie. Oczywiście, to nie było coś wielkiego, ale za moją wolę Bóg mnie wynagrodził. Zasnąwszy, zobaczyłem jakąś równinę. Po mojej prawej stronie był ojciec Józef Młodszy, a po lewej – ojciec Arseniusz. Oprócz tego po lewej stronie było przepiękne, całe pokryte zielenią małe wzgórze, na wierzchołku którego stał starzec. Powiedział on: – Teraz przejedzie Konstantyn Wielki. Pokłońcie się, aby otrzymać jego błogosławieństwo. Odpowiedziałem mu gestem „błogosławcie”. Kiedy przejeżdżał święty Konstantyn, ja, nie odważywszy się popatrzeć na niego, zrobiłem pokłon. Nie wiem, co zrobił brat. Kiedy zaś wstawałem, to zamiast Konstantyna Wielkiego zobaczyłem Chrystusa-Dzieciątko. On schylił się, uśmiechnął się do mnie, objął mnie i odszedł. Jaka wtedy ogarnęła mnie radość! Z tą też radością w duszy się zbudziłem. Poszedłem do starca i opowiedziałem o tym, co widziałem. On mnie spytał, jakie miałem myśli w ciągu dnia. Opowiedziałem mu o swoich myślach, jak z nimi walczyłem, i jaki był tego rezultat. – Bóg swoim sługom daje takie pocieszenie, kiedy dokonują jakiegoś ascetycznego wyczynu, ale nie śpij już więcej na kamieniach – powiedział starzec. W takich przypadkach nieodzowne jest posiadanie doświadczonego nauczyciela, przecież widzenia mogą się okazać złudzeniem duchowym i złem. Ale w tym przypadku to była nagroda za cierpliwość. ( Mieszkaliśmy wysoko nad morzem. Niekiedy przewoźnik [łodzi], pełniący funkcję listonosza, wołał z dołu: 75


– Ojcze Arseniuszu! To znaczyło, że albo przywiózł do nas listy, albo jakiegoś człowieka. Musieliśmy zejść na dół. – Mały, bierz torbę i biegnij – mawiał starzec. Brałem torbę i z kijem w ręku po dziesięciu minutach byłem już nad morzem. Czasem ojciec Arseniusz, nie usłyszawszy dokładnie, mylił się. Krzyczeli: „Ojcze Artemiuszu!” – ja schodziłem, a mi mówiono, że wołano nie ojca Arseniusza, ale ojca Artemiusza. Myśl usiłowała mnie zaniepokoić: „Popatrz no, ojciec Arseniusz źle słyszy i mówi starcowi, żebym zbiegł do przystani”. Odpowiadałem jej: „Tępy jesteś, diable! Co ty tam pleciesz? Przecież teraz będę wchodzić pod górę bez ciężarów. A gdyby wołano ojca Arseniusza, to teraz taskałbym ciężary. To jedna wygoda. A druga polega na tym, że, zszedłszy, okazałem posłuszeństwo. Dzięki ci, ojcze Arseniuszu! Przecież niczego nie straciłem. Wręcz przeciwnie, wypełniłem posłuszeństwo, otrzymałem nagrodę”. Tak zamykałem usta diabłu, który szukał sprzyjającej okazji, aby zaniepokoić mnie myślami przeciwko ojcu Arseniuszowi. ( Zdarzała mi się też walka cielesna, nieczyste myśli. Dzięki Bożej łasce, w życiu świeckim niczego takiego nie znałem, nie miałem o tym najmniejszego pojęcia. Od najmłodszych lat kroczyłem Bożą drogą, razem z matką i spowiednikiem ćwiczyłem się w ascezie, pościłem, starałem się prowadzić życie ascetyczne. W żadnej mierze nie miałem pokus cielesnych. A jednak diabeł zaczął mnie niepokoić to jednym, to drugim. Ach tak? Poszedłem do starca: – Starcze, co mam robić? – Co robić, moje dziecko? Bij tę fantazję, bij ją, a jeśli jest silna – dołóż jej jeszcze bardziej. Powinieneś zabić siebie, żeby przeżyła dusza. Myślom cielesnym przeciwstawiają się z kijem. Kij niech leży u ciebie pod poduszką, a jak tylko pojawią się myśli, potraktuj je kijem! Jeśli w ten sposób, twarzą w twarz, stawimy opór temu zwierzęciu, wtedy ciało podporządkuje się duchowi. Wtedy, stopniowo, w człowieku rozkwitnie i będzie roztaczać piękną woń nieskazitelność i czystość, a to ma ogromną śmiałość przed Bogiem. 76


– Aha, oto jak należy prowadzić tę wojnę! Przystąpiłem do dzieła. Jak wojna, to wojna! Ledwie tylko sprawy przybierały poważny obrót – a masz, a masz, dostawaj! A później, kiedy ta myśl pojawiała się albo przed snem, albo już we śnie, miałem kij pod poduszką i, zgodnie z pouczeniem starca, spotykałem ją w pełnej zbroi, porządnymi uderzeniami. Po tym z pościeli roznosił się swego rodzaju aromat, aromat duchowy, nie taki jak od świeckich perfum, ale zupełnie inny. Cóż to było? To był duchowy aromat czystości, która powstała w wyniku walki z myślami. I tak pojawiał się duchowy aromat i napełniał moją duszę. Przychodziły do mnie myśli i, oczywiście, nie od Boga, ale od diabła. Ale Bóg patrzył nie na nie, ale na walkę, którą z nimi prowadziłem, która doprowadzała do tego, że biłem samego siebie. W taki sposób zdobywałem doświadczenie i upewniłem się w prawości starca, który opowiadał nam, co się dzieje po prawidłowej i bohaterskiej walce z namiętnością. I mówiłem sobie: „Zobacz, jaka wspaniała jest wojna!”. Tak nauczyliśmy się od starca, że w czasie pokusy trzeba zmuszać siebie, a kiedy na ciebie naciskają – nie ustępować. Starzec uczył nas: – Stawiaj opór, a namiętność odstąpi. Dlaczego odstąpi? Dlatego że walczy z tobą demon, czyli osoba. On ma pewną określoną siłę, a Bóg dał mu pewne pozwolenie, by walczyć z tobą do określonych granic. Jak tylko dojdzie do granic, które wyznaczył mu Bóg, i wyczerpie to, na co otrzymał pozwolenie, tak czy inaczej odstąpi. A co potem? Ty zdobywasz wieniec. I tak osiągasz zwycięstwo. Myśli musiały się pojawiać. Ja, tak jak i każdy zajmujący się ascezą, musiałem doświadczać ich ataków, sam tego nie pragnąc. Z reguły pojawiają się one jako efekt działania Opatrzności Boskiej, ponieważ Bóg pragnie za pośrednictwem myśli dać nam doświadczenie walki. Mówi się o tym również w Piśmie Świętym Starego Testamentu, w historii z prorokiem Mojżeszem. On wyprowadził Boży naród z Egiptu i prowadził go do Ziemi Obiecanej, ale Bóg nie unicestwił niektórych wrogich narodów, żeby pouczyć synów Izraela. Tak też Bóg pozostawia określone namiętności, silne albo słabe, żeby nauczyć Swoich ludzi walki z demonami. Ja także doświadczałem ataków to jednej namiętności, to drugiej, to trzeciej. A jeśli kończyły się ataki i przez kilka dni miałem spokój, to 77


widziałem, że nie wzrastam duchowo. I na tym poziomie, który osiągnąłem, prowadząc tę wojnę, pozostawałem. Tak się dzieje, kiedy do spokojnego morza wrzuca się śmieci: jeden wrzuca papier, drugi butelkę, trzeci coś jeszcze. I jeśli nie będzie sztormu, morze pozostanie brudne. Podobnie i ja widziałem, że nie wszystko jest u mnie w porządku, a moja dusza mówiła: „Wojna! Niech się zacznie jakakolwiek wojna. Bez niej moje sprawy nie bardzo dobrze się mają”. I – hop! Zaczynała się wojna. Bitwa! A ledwie ucichała walka, zstępowała Boża łaska. ( Zdarzało się nam mieć do czynienia z prawdziwymi demonami pustyni. Starzec mówił nam, że kapłani wyganiają demony z opętanych w środowisku świeckim i posyłają je w okolice pustynne, nieprzebyte i bezludne. A wszystkie diabły przychodzą tutaj, na pustynię, i urządzają te wojny. I oto widzimy, jaką mają tutaj siłę i moc. Starzec jeszcze przed naszym przyjściem prowadził wielkie bitwy, przeganiając demony postem i modlitwą, żeby to miejsce zostało z nich oczyszczone. Mówił nam: „Kiedy tu przyszliście, to miejsce było już chronione i demony nie mogły się tu swobodnie osiedlać”. Chciał przez to powiedzieć, że gdybyśmy przyszli tutaj wcześniej, to nie dalibyśmy rady tu pozostać. Tym niemniej demony czasem napadały na nas nawet w sposób odczuwalny zmysłami. Pewnego razu byłem chory, miałem grypę. A obok mnie mieszkał pewien pełen Bożej łaski staruszek, ojciec Teofilakt. Podszedł do mnie i powiedział: – Ojcze, idę do starca. Potrzeba ci czegoś? – Niczego. Przekaż tylko ode mnie pokłon. Powiedz starcowi, że jestem chory i nie mogę do niego przyjść. – No to idę. – Dobrze, idź. Odwróciłem się na drugi bok, żeby zasnąć. Odmawiałem przy tym modlitwę Jezusową. Ojczulek odszedł. Niedługo potem za drzwiami ktoś jakby zaczął odmawiać modlitwę. – Ojcze Teofilakcie, to ty odmawiasz modlitwę? Ty tam się modlisz? 78


Pomyślałem, że jeszcze nie odszedł do starca. Ale to nie był on. To był demon. „Bur-bur-bur” – burczał za drzwiami, żeby mnie oszukać, tak jakby to ojciec Teofilakt odmawiał modlitwę na dworze. Krzyknąłem: – Ojcze! To ty tam odmawiasz modlitwę, ty się modlisz? Jeszcze nie poszedłeś do starca? I w tym momencie otworzyły się drzwi, wszedł bies, rzucił się na mnie i chwycił mnie pazurami za boki. Jak tylko zrozumiałem, że to bies, chciałem się odwrócić, żeby go złapać. A kiedy się odwracałem, jego pazury wbiły mi się w bok. A wtedy – hop! Oprzytomniałem. Brr, co on wyrabiał, ten diabeł! Taką wojnę przychodziło się nam prowadzić. To zdarzyło się wtedy, kiedy ojciec Teofilakt odszedł do starca, a w domu, w celi, oprócz mnie nie było nikogo. Wtedy też przyszedł demon, pragnąc dokuczyć mi za to, że się modliłem. Chciał, żebym przestał się modlić. Biesy nie znoszą modlitwy. Dlatego że, jak powiedział Chrystus, ten rodzaj diabelski odchodzi dzięki modlitwie i postowi (por. Mk 9,29). ( Pewnego razu do starca przyszedł jakiś mnich i powiedział, że cierpi z powodu walki cielesnej. Starzec poradził mu, aby ten przestał pić wino, mocniej zacisnął pas, przeganiał nieczyste marzenia, używał kija i był przekonanym, że duchowa walka ucichnie. Po jakimś czasie mnich przyszedł ponownie i powiedział, że wypełnił rady starca, ale duchowa walka trwa. Starzec wziął kij i powiedział mu: – Weź no ten kij i uderz siebie. Niech no zobaczę, jak ty siebie bijesz. Ten wziął kij i zaczął nie bić, ale raczej głaskać swoje ciało. Wtedy starzec mu powiedział: – Daj no mi kij! Schwyciwszy kij, nieco uniósł podraśnik mnicha, a po trzech uderzeniach w nogi kij się złamał. Mnich był przerażony. – Och, starcze, czyż doprawdy trzeba tak bić?! – Moje dziecię, demony wychodzą właśnie tak, a nie po głaskaniu. Osiągnięcie czystości, uczył nas starzec, to nie zabawa. Człowiek nie może osiągnąć czystości bez walki z grzesznymi myślami. Przycho79


dzi demon rozwiązłości z marzeniami, ze wspomnieniami o przeszłości. Nawet jeśli mnich nie miał w życiu świeckim żadnych upadków cielesnych, w ascezie monastycznej diabeł wszczyna z nim prawdziwą wojnę. Przynosi on mnichowi swoją nieczystość i zaczyna walkę w wyobraźni, w sercu i w ciele. To jest sprawdzian całego postępu mnicha: czy osiągnął on sukces, czy nie. Jeśli ulegnie marzeniom, grzesznym myślom, przyjmie nieczystość diabła i w swojej duszy zgodzi się z myślami, to od tej chwili zaczynają się duchowe, umysłowe, sercowe i cielesne upadki. W efekcie stoczy się on po równi pochyłej. Nasz starzec mówił nam: „Jeśli mnich upadnie cieleśnie, potem trzeba będzie wielkiej ascezy, żeby uratować się przed zgubą. A jeśli nie będzie zajmować się odpowiednią dla jego położenia ascezą, wtedy Bóg pośle mu inne trudy na całe jego pozostałe życie. Dlatego właśnie w młodości potrzebny jest trud, asceza, sprzeciwianie się, żeby został odrzucony ten demon i w taki sposób zwyciężyła czystość. Od tego zwycięstwa zależy i obecne życie mnicha, i przyszłe. Albowiem ani jeden nieczysty nie będzie mógł zamieszkać w najjaśniejszym raju Bożym”. Ponadto objaśniał nam, że trud czuwania, modlitwa umysłu, reguła monastyczna [modlitewna], trzeźwość w stosunku do ludzkiej wyobraźni i rozumu i w ogóle rozważność – wszystko to sprzyja osiągnięciu czystości. Czysta spowiedź, łzy i pokajanie, prawdziwe i szczere posłuszeństwo, prawidłowy stosunek nowicjusza do jego starca, obejmująca wszystko wstrzemięźliwość – wszystko to stanowi wsparcie, lekarstwo, środek pomagający mnichowi, ale też i każdemu człowiekowi, by osiągnąć czystość umysłu, osiągnąć silną modlitwę. A jeszcze uczył nas: „Mnich powinien prawidłowo przystępować do walki z dowolną namiętnością, która z nim walczy. Nie powinien rozpieszczać namiętności i ustępować. Chodzi tu nie tylko o namiętność cielesną, ale i o wszystkie inne. Nachodzi cię myśl osądzania – nie siedź i nie rozważaj, tak jest czy też nie tak. Temat zamknięty. Jeśli mówi ci się coś złego na temat twego bliźniego, to znaczy, że jest to osądzanie, a to z kolei oznacza, że jest to niebezpieczeństwo. Odrzuć to i powiedz: ten człowiek dobrze mówi, prawidłowo pracuje, a ja źle myślę o bracie z powodu mojej pychy, a wobec tego nie ma tu nawet o czym mówić. Jeśli w ten sposób nie odrzucisz tej namiętności, zaczniesz potajemnie z nią rozmawiać i ustąpisz, potem zacznie się walka z namiętnością cie80


lesną. A jeśli nawet wtedy nie nabierzesz rozumu, to porzuci cię Boża łaska i upadniesz. A jeśli także potem się nie pokajasz i nie przestaniesz osądzać, to ten upadek będzie miał najgorsze następstwa: będziesz się znajdować i żyć w stanie namiętności i w tym stanie namiętności zbliżać się do spotkania ze śmiercią. A po śmierci jakże ciężko będzie na mytarstwach! I jak, z jakim usprawiedliwieniem staniesz potem przed Bogiem?”. A jeszcze mi mówił: – Dziecię moje, walka cielesna rozgorzeje nie tyle z powodu jedzenia, picia, wina czy snu, ile z powodu osądzania. – Dlaczego, starcze? – Żebyśmy poznali, że i my jesteśmy tej samej natury. Żebyśmy poznali, że i z nami wojuje ten sam diabeł, i że my wszyscy zasługujemy na takie samo potępienie. Chcesz dowiedzieć się o jeszcze jednym środku? – O jakim, starcze? – Jeśli ktoś nie potępia swego bliźniego, to jest to świadectwo, i właściwość, i dowód, i zapewnienie człowieka, który jest zbawiony. Kto nie sądzi, ten nie będzie sądzony. Kiedy miałem wielkie pokusy, mówił mi: „Ty, moje dziecko, chociaż jesteś młody i niedojrzały, przeżywasz pokusy wielkich mężów. Oznacza to, że to doświadczenie, ten trud będą dla ciebie niezbędne w przyszłości, albo że nawiedzi cię obfita Boża łaska”. A ja, ponieważ miałem te pokusy, znajdowałem się we mgle myśli i namiętności. Ale czy zresztą i teraz jestem od tego wolny? Dlatego nie rozumiałem proroczych i mądrych słów starca, których było bardzo mało, a przy tym były czystym złotem.


Rozdział dziesiąty

NASZ STOSUNEK DO OJCA JÓZEFA

S

tarzec odznaczał się wielkim samowyrzeczeniem. Zawsze mówił nam, że nie chce, abyśmy się o niego troszczyli w jakiś szczególny sposób. Ale przecież musieliśmy szanować, kochać i czcić swojego starca. Oczywiście, ze względów ascetycznych starzec Józef nie chciał, żeby się o niego troszczono. Ale ja myślałem i mówiłem sobie: „Wspaniale, sam starzec tego nie pragnie, nie chce, żebym dbał o niego w czasie posiłku, za który odpowiadam. Ale moim obowiązkiem jest to czynić”. Po cichutku brałem jego serwetkę i serwetkę ojca Arseniusza i prałem je. Te serwetki miały sznureczek, który zawiązywali na szyi, jak śliniaczki u małych dzieci. A oto co się stało, kiedy wyprałem je po raz pierwszy.

82


Po praniu od razu zawinąłem w nie nóż i widelec. Kiedy starzec usiadł do stołu, rozwinął swoją serwetkę. Nie umykał mu nigdy żaden szczegół: natychmiast zauważył, że serwetka jest miękka, a przecież dotąd była jak brezent. Ucieszył się – nie dlatego, że serwetka została wyprana, ale z powody szacunku i miłości, które w tej trosce okazało jego dziecko duchowe wobec swego starca. – Arseniuszu, wyprano nam serwetki. Zobacz, jak dobrze! Patrzył na serwetkę i głaskał ją. Widziałem, że sprawiłem starcowi przyjemność. Potrafił poczuć i docenić miłość i wiedział, jak to okazać. Nawet nie miał zamiaru wymyślać mi za samowolę, ponieważ zrozumiał, dlaczego to zrobiłem. Kiedy starzec umarł, ojciec Arseniusz zamieszkał w mojej kaliwii. Starzec tak właśnie powiedział, że po jego śmierci ojciec Arseniusz powinien przenieść się do mnie. I my na zmianę z ojcem Haralampiuszem nosiliśmy ojcu Arseniuszowi jedzenie: jeden dzień ja, drugi dzień on. Nie byłem obojętny wobec ojca nie tylko dlatego, że widziałem w nim człowieka duchowego i następcę starca, ale przede wszystkim dlatego, że patrząc na starca Arseniusza, widziałem jakby samego starca Józefa. I troszczyłem się o niego, posyłałem mu talerz z jedzeniem, starając się przygotować w jak najlepszy sposób, żeby mu sprawić przyjemność. Wiedziałem o trudach ascetycznych, których dokonywał on w latach spędzonych razem ze starcem, pomagając mu i troszcząc się o niego. Przecież ojciec Arseniusz był prawą ręką starca Józefa. Był to człowiek silny duszą i ciałem, wielki asceta. Starzec Arseniusz opowiadał pewnego razu: „Zobacz, w jak wspaniały sposób nasz młody kapłan przysyła mi jedzenie!”. I cieszył się z tego. Chcę przez to wszystko powiedzieć, że kiedy żyjemy duchowo i ćwiczymy się w ascezie, kiedy nawiedza nas Boża łaska, i czujemy, i wierzymy, że nasz ojciec duchowy jest Bożą ikoną, wtedy sami uważamy za swój obowiązek szanować go, kochać, słuchać go i poważać. Taki w mojej duszy utrwalił się stosunek do starca, stosunek bardzo szczery. W mojej trosce o niego nie było myśli żądzy próżnej chwały ani pychy. Ta troska wypływała z wdzięczności wobec człowieka, w którym widziałem swego, pierwszego po Bogu, zbawiciela i tego, kto mnie duchowo ukształtował. W Piśmie Świętym istnieje nie tylko przykazanie: Czcij twego ojca i twoją matkę, abyś długo żył na ziemi (Wj 20, 12), ale i takie 83


słowa: Kto by złorzeczył ojcu albo matce, winien być ukarany śmiercią (Wj 21, 17). Jeśli w Starym Testamencie Bóg przykazał, aby dzieci szanowały rodziców, albowiem dzięki tym ostatnim istnieją, to w Nowym Testamencie, jak wiemy, Bóg pragnie jeszcze więcej, przecież wtedy było namiastką, a tutaj prawdą. Jeśli wypełnienie tego przykazania w stosunku do rodziców cielesnych niesie takie błogosławieństwo, to o ileż więcej – wypełnienie go w stosunku do ojca duchowego. Prawda uczy nas, że poważanie wobec ojców duchowych powinno być ponad wszystko. Po pierwsze, jest to obowiązek, a po drugie, za jego wypełnianie otrzymujemy Boże błogosławieństwo. Święty Efrem Syryjczyk mówi: „Nie skłaniaj swego ucha ku człowiekowi, który oczernia twego ojca duchowego. Uciekaj od niego, żeby nie dosięgnął cię gniew Boży”. To znaczy, ten święty uważał, że jeśli jakiś człowiek, jakiś nowicjusz da się wciągnąć i zgodzi się z tym, kto osądza jego starca, to dosięgnie go za to kara Boża. Co wobec tego można powiedzieć o tym, kto nie tylko nie słucha, ale i sam obmawia i potępia swego ojca duchowego? Przecież duchowy syn, nawet jeśli zobaczy, że jego duchowy ojciec grzeszy, powinien go osłonić. W swoich pouczeniach starzec przytaczał przykład Noego, aby dać nam do zrozumienia, na ile ta kwestia jest poważna. Noe miał trzech synów. Pierwszy raz w życiu Noe wycisnął winogrona i zrobił wino. Nie wiedząc niczego o winie, wypił za dużo i się upił. A upiwszy się, leżał nagi. Jeden z synów, zobaczywszy ojca w takim stanie, poszedł i, potępiwszy go, opowiedział o tym dwóm pozostałym braciom. Ci natomiast postąpili mądrze i z szacunkiem w stosunku do ojca, pamiętając o Bożym przykazaniu – nie oglądać nagości swego ojca. Wzięli ubranie i poszli do ojca, odwróciwszy się doń plecami, nie patrząc nań. Potem położyli na niego szatę i przykryli, dokonując tego bez oglądania nagości Noego, swego ojca. Kiedy Noe obudził się po odurzeniu winem i dowiedział się, co się stało, przeklął swego syna, który naraził go na wstyd przed dwoma pozostałymi braćmi. Starzec przytaczał ten przykład, żeby nauczyć nas, jak powinniśmy szanować i czcić ojca duchowego i nie powinniśmy go osądzać i ukazywać w nieprzyzwoitym świetle. Ojcowie-mnisi zawsze przypisywali ogromne znaczenie tej regule. Ale zetknąłem się także z przypadkiem braku szacunku wobec naszego starca. Kiedy byłem młodym nowicjuszem, pewien brat szeptał 84


nam do ucha przeciwko starcowi, żeby nas sprowadzić na złą drogę. Dotarło to do starca, dowiedział się o tym. Z bólem w duszy starzec powiedział mi: „Słyszałeś, moje dziecko, co mówił ten brat? Jak mnie to rani! Boli mnie to nie z mego powodu, ale z jego. Co będzie z nim jutro? Czy można tak mówić o swoim starcu? Czyż zdobędzie on modlitwę? Czy zostanie zbawiony? Nie”. ( Starzec był z nami małomówny. Nie potrzebowaliśmy widzieć go obok siebie, żeby wypełnić jego słowo. Nie wiem, jak mu się udawało, i jak zwłaszcza nam to wychodziło, ale jego słowo zawsze stawało się u nas czynem. Mieliśmy taką gotowość i taką gorliwość, że nie tylko przykazania starca, ale i jego proste słowa i pouczenia przyjmowaliśmy i wypełnialiśmy jak prawo. Zdarzało się, że po prostu mówił nam o jakimś drobiazgu: „Uważajcie, nie róbcie tego”. Ale dla nas te słowa stawały się prawem i do tej rady stosowaliśmy się już zawsze. Nie trzeba było, aby starzec powtarzał ją nam dwa razy. Na przykład, mówił mi: „Zaglądaj, moje dziecię, może przypłynie jakaś łódeczka. Jeśli przypłynie, weź u nich ryby”. Starzec powiedział – kropka. I wyglądałem z całych sił, bacznie i uważnie, żeby nie przegapić łódki. Starzec nie mówił: „Ja ci każę”. Dla mnie wszystko, co mówił, było rozkazem i nie podlegało dyskusji. Skoro takie było jego życzenie, polecenie, rada, to znaczy, że powinienem był je wypełnić. Dlatego, kiedy staraliśmy się pozyskać Bożą łaskę, dzięki modlitwie starca została nam ona dana. Nie znaczy to, że robiliśmy coś szczególnego. W każdym razie ja nie robiłem niczego takiego. Ale modlitwa starca była na tyle silna, podobnie jak i nasze zaufanie do niego, które było Bożym darem, że robiliśmy to, co robiliśmy. Obecnie u nas, współczesnych, takiej wiary się nie znajdzie, ponieważ potrzebujemy namacalnych dowodów. Chcemy zobaczyć cuda albo wzniosłe czyny, dokonane przez naszego starca: zobaczysz, a wtedy uwierzysz. Ale czyż my widzieliśmy, jak starzec sprowadza niebo na ziemię? Nie. Wierzyliśmy jego słowom, wierzyliśmy, bo on tak mówił, tak żył. A jeśli tak żył starzec, to, dzięki jego modlitwom, i my staraliśmy się żyć tak samo. I tak się działo. 85


Kiedy starzec był obok nas, czyż mogliśmy między sobą rozmawiać z bratem? Żeby starzec był blisko, a ja bym rozmawiał z innym bratem w obecności starca? Uchowaj Boże! Uchowaj Boże, żebyśmy do tego dopuścili! Takie było nasze poważanie i posłuszeństwo wobec niego. ( Często starzec zatrzymywał mnie u siebie i pouczał, udzielał mi porad. Jedna z jego najważniejszych rad brzmiała następująco: „Tutaj, na Świętej Górze, dokąd przyszliśmy, widzimy mnichów, którzy żyją prawidłowo, ale widzimy też i mnichów, którzy żyją nieprawidłowo. Nie dziwcie się temu i nie popadajcie w zakłopotanie. Albowiem i ten mnich, który żyje prawidłowo, i ten, który żyje nieprawidłowo – obaj przyszli z jednakową bojaźnią Bożą, z jednakowym samowyrzeczeniem, z jednakową gorliwością, z jaką przyszliśmy i my wszyscy. Wszyscy odeszliśmy ze świata, wszyscy pozostawiliśmy ojca, matkę, bliskich, swoją pracę, dzięki której zapracowywaliśmy na utrzymanie. Zostawiliśmy wszystko i przyszliśmy na Świętą Górę. Ale to jeszcze nie jest wielka rzecz. Wielkie dzieło będzie wówczas, jeśli, przyszedłszy na Świętą Górę, znajdziemy starca, który nami pokieruje. Znajdziemy starca, który dokona naszej katechizacji. Starca, który nauczy nas, na czym polega życie monastyczne. I widzimy, że ten, kto gubi drogę, przeżywa to dlatego, że nie znalazł starca. A kiedy on sam się zestarzeje i zostanie przełożonym wspólnoty, to co przekaże swoim nowicjuszom? Tylko to, co ma sam. Tak oto podupada Święta Góra”. Tak starzec Józef nauczył nas tego, że duchowy postęp nowicjusza zależy od zdobycia doświadczonego nauczyciela. Gdyby pustelnia sama z siebie dawała modlitwę umysłu, wtedy mielibyśmy ją wszyscy, nie – ktoś jeden, ale bardzo wielu. Ale w rzeczywistości odmawiających modlitwę umysłu można policzyć na palcach. Dlaczego? Dlatego że prawdziwych nauczycieli i wychowawców prawie nie ma. Pustynia pomaga, ale relatywnie, a nie całkowicie. Nawet jeśli ktoś znajdzie nauczyciela, a przy tym okaże się w najgłębszej istniejącej pustyni, będzie musiał się potrudzić, żeby odziedziczyć łaskę Bożą swojego starca. Pewien duchowy człowiek, który jeszcze żyje, nie mógł zrozumieć, dlaczego wielcy ojcowie nie pozostawili na86


stępców. Przecież był Sawa – Spowiednik, jeden z wielkich ojców duchowych, ale nie pozostawił następcy. Był Kallinik, ale i on nie pozostawił następcy. Był ten niewidomy, którego cela pachniała duchowo w czasie modlitwy, ale i on nie zostawił następcy. Był Daniel, od którego starzec Józef zaczerpnął regułę i wiele innych rzeczy, ale i nowicjusz ojca Daniela niczego nie zaczerpnął od swego starca. Czyż przy tych ojcach nie było ludzi? Byli. Ale nie zrobili tego, czego wymagano, żeby dokonali. Ponadto starzec Józef powiedział: „Przyszliście tutaj jak wielcy panowie, znaleźliście tutaj starca, znaleźliście miejsce oczyszczone z demonów, macie ustalony ryt modlitwy i ascezy – wszystko jest u was wspaniałe. A co by było, gdybyście przyszli, a nie byłoby nauczyciela? Wyobraźcie sobie, jak wtedy zaczęlibyście go szukać. Jak byście pościli, jakie podejmowalibyście trudy w poszukiwaniu nauczyciela, który mógłby wam powiedzieć kilka słów ze swego doświadczenia modlitwy i życia monastycznego tak, żebyście powiedzieli sobie: »Znalazłem nauczyciela!«. A wy dostaliście nauczyciela łatwo, od razu, jak tylko przyszliście tutaj ze świeckiego środowiska”. I rzeczywiście, przyszedłszy na Świętą Górę, znalazłem starca wielkiej duchowej miary: ze światłością Taboru, z modlitwą, z kontemplacją, z objawieniami. Taki był mój starzec. A moją wielką winą było to, że nawet w niewielkim stopniu się do niego nie upodobniłem. Ale przynajmniej przekazuję wam to, czego się dowiedziałem od samego starca, a nie z książek, i poświadczam, że jest to prawdą, albowiem żyłem blisko tego człowieka.


Rozdział jedenasty

POSIłKI

W

skicie świętej Anny mieliśmy wspólne posiłki. Stół stanowiły dwie deski, pokryte płytą wiórową. Pozostałe na nim resztki sprzątaliśmy, ale stołu nie myliśmy, i dlatego cały czas zbierały się na nim muchy. Starzec nigdy nie pozwalał go myć: „Nie, w ogóle go nie ruszaj”. Posiłki mieliśmy dwa razy dziennie, oprócz poniedziałku, środy i piątku. Ale nasze trudy były tak wielkie, że nigdy nie byliśmy w stanie się najeść. I w nocy, i w dzień tak wiele pracowaliśmy przenosząc ciężary, przy pokłonach, czuwaniu i ascezie, że kiedy nadchodził ranek, byliśmy strasznie głodni. Ale rano jedliśmy tylko oliwki, cebulę i suchary, a dopiero w południe spożywaliśmy pełnowartościowy posiłek. W świąteczne dni mieliśmy dwa posiłki. Starzec każdemu dawał jedzenie według jego potrzeb. Zazwyczaj nie mieliśmy świeżego chleba, tylko suchary. Jeśli pragnęliśmy zjeść

88


świeży chleb, starzec spryskiwał suchary wodą, kładł je do durszlaka, stawiał nad garnek z wrzącą wodą, a z góry przykrywał ręcznikiem. Z powodu pary suchary stawały się miękkie jak wata. Sztuka nad sztukami! Potrzeba jest matką wynalazków. Bardzo rzadko starzec piekł nam chleb z własnego przepisu. Robił ciasto – zacierkę, wylewał ją na zardzewiałą blachę i wstawiał do pieca. Taki chleb mieliśmy raz na kilka lat. A i to z zacierki, a nie kwaśny. Skąd było wziąć prawdziwy chleb! ( Zazwyczaj gotował dla nas starzec, a był on wspaniałym kucharzem. Kiedy gotował, z jego oczu cały czas płynęły łzy. A ponieważ nieustannie odmawiał modlitwę Jezusową, łaska imienia Bożego uświęcała to, co gotował, i czyniła jedzenie bardzo smacznym. Dlatego bardzo często zapraszano go, żeby przygotowywał posiłki na święto patrona monasterów. Z reguły nie chodził na nie, ale niekiedy zabierano go prawie siłą. Od czasu do czasu bywało u nas dosyć dużo gości, a im bardzo spodobało się nasze jedzenie. „Cóż to za takie smaczne u was jedzenie?!” – pytali ze zdziwieniem. Starzec przygotowywał zupełnie postne jedzenie, czasem z tahini, niekiedy z fasolą. Ale było to na tyle smaczne, że nawet ryba nie wywarłaby na nich tak silnego wrażenia. A jedzenie czyniła smacznym modlitwa starca, jego błogosławieństwo. Tam, gdzie dokonywane jest Boże dzieło, jedzenie i woda stają się słodkie jak miód. Pewnego razu spytałem starca: – Jak to się dzieje? Dlaczego? – To pochodzi od Boga, jest efektem modlitwy Jezusowej. Odmawia się modlitwę – i błogosławione zostaje jedzenie. – Starcze, codziennie jemy postne jedzenie. Kiedy jem rybę – smakuje jak miód, kiedy jem suchy chleb – smakuje jak miód, kiedy jem fasolę – smakuje jak miód, jem soczewicę – ona także smakuje jak miód. – Rzeczywiście tak jest – powiedział starzec. – Dla tego, kto ma prawidłowy duchowy stan, bez względu na to, co będzie jeść – nic nie będzie od tego lepsze. Na tej podstawie każdy może poznać duchowy stan każdego mnicha. O czymś podobnym opowiadał pewien święty: 89


o tym, jak podczas posiłku jadł miód, a inny podczas tego samego posiłku – nieczystości, każdy zgodnie z własnym stanem. Starzec robił też wino. Nieco podsuszał winogrona na słońcu, własnymi rękami je wyciskał, i robiliśmy bardzo dobre cerkiewne wino. Pewien nasz gość z Paryża to wino pamiętał przez całe swoje życie. ( Niekiedy w niedziele jedliśmy placki z serem. Wieczorem robiłem rozczyn z zakwasem. Następnego ranka rzadkie ciasto podchodziło, a ja mieszałem je w glinianym garnku. Potem na patelnię lało się kilka kropli oleju, a kiedy się nagrzała, olej rozlewał się po całej patelni i filiżanką nalewało się na nią ciasto. Kiedy placki z jednej strony były już podsmażone, przewracało się na drugą. Potem wykładaliśmy je na talerz i na każdy placek kładliśmy po kawałku sera. To było nasze świąteczne niedzielne jedzenie. Ale rzadko kiedy je przygotowywaliśmy. Mieliśmy też inne świąteczne danie. W naszej pustelni, i nigdzie więcej na Świętej Górze, na stromych skałach rosła jakaś dzika kapusta. To były bardzo niebezpieczne miejsca, ale ja, ponieważ byłem młody, chodziłem tam i ją zrywałem. Starzec czekał na mnie z woreczkiem. Obcinałem tylko jasne listki, które nie ściemniały, a środek zostawiałem, żeby z niego wyrosły nowe listki. Potem gotowaliśmy tę zieleninę. Odwar z niej był bardzo pożywny. A ugotowaną zieleninę nakładaliśmy do miski i polewaliśmy olejem. Starzec zazwyczaj nalewał go więcej, bo bardzo go lubił. Z rzadka razem z dziką zieleniną stawialiśmy na stół również smażonego dorsza albo smażonego lub świeżo zasolonego śledzia, jeśli takiego mieliśmy. Starzec bardzo lubił i tę zieleninę, i smażonego dorsza. Smażony dorsz był dla nas niewiarygodnym luksusem. Czuliśmy się najbogatszymi ludźmi na świecie. Oczywiście, takie jedzenie mogło być tylko w święta. ( Kiedy starzec miał ochotę zjeść rybę, mówił mi: „Wawulis, bierz sprzęt i idź nad morze, przynieś, co złowisz”. Brałem sprzęt, łowiłem 90


ryby i cieszyłem się, myśląc, jaką sprawię starcowi radość. A jeszcze mówił mi: „Możesz nieco ponurkować, żeby się odświeżyć”. Łowiłem przy pomocy wędki, zazwyczaj przynosiłem mniej więcej pół kilograma ryby. Niekiedy udawało się złowić również ośmiornicę albo kalmara. Kiedy wracałem, starzec mówił radośnie: „Mały, teraz dodam kartofli, ryżu, cebuli i zrobię zupę, żeby starczyło na wszystkich nas siedmiu, i żebyśmy się wszyscy najedli tą garstką ryby!”. Tak bardzo się cieszył z jej powodu. ( Starzec lubił słodycze. Ale gdzie je znaleźć? Kiedy nadchodziła niedziela, mówił: – Ojcze Arseniuszu, urządź nam ucztę, zrób placki z cukrem, jak czynią to Pontyjczycy. – Zrobię, mój drogi. To były słodycze naszego własnego wyrobu. I tak, starzec Arseniusz brał mąkę, rozczyniał ciasto na zakwasie, wylewał je na patelnię i smażył. Potem robił w dużym placku wgłębienie i wlewał do niego wodę z cukrem. Potem to wszystko mieszał i ponownie smażył. Obsmażał placek z obu stron i posypywał tartymi włoskimi orzechami i cynamonem, a potem łyżką je wciskał. To było nasze luksusowe danie – placki z cukrem. Ja też pomagałem je przygotować. Kiedy starzec przeniósł się nieco dalej od nas, a my z ojcem Arseniuszem pozostawaliśmy na poprzednim miejscu, ojciec Arseniusz często zwracał uwagę na to, jaki jestem maleńki i głodny. I na pewno myślał: „On jest mały i lubi deser. Czym by go nakarmić?”. Lubiłem słodycze z konieczności, przecież praca na czystym górskim powietrzu pobudzała mój apetyt. I bardzo chciało mi się jeść. – Mały, teraz, póki starzec nie widzi, zjedz no te okruszki. – A jest na to błogosławieństwo starca? – Nic nie szkodzi. To jest nieco samowola, ale my to załagodzimy. No, jedz. Posłuszeństwo! Ja się dogadam. Teraz mówię w imieniu starca i mogę okazać ci niewielką pobłażliwość. Jestem eleostarcem. To znaczy starcem, który daje błogosławieństwo spożywać olej wtedy, kiedy reguła na to nie pozwala. Ojciec Arseniusz był wspaniałym człowie91


kiem, bardzo dobrym, bardzo mi pomagał. Często chodziliśmy w różne miejsca razem. Tak na marginesie, ja te okruchy zjadałem. ( Cały olej, który pozostawał po smażeniu, starzec dodawał do jedzenia, żeby nie wyrzucać. Z tego powodu ostatecznie jego organizm uległ zatruciu, u ojca Arseniusza pod koniec życia zalęgły się robaki, a ja mało nie umarłem. Wszystko, co pokryło się pleśnią, co było zepsute, musieliśmy zjeść. I wszystko to zepsute jedzenie starzec jadł. Zaschnięte sardynki kroił, solił i faszerował nimi warzywa. Wystarczyło, bym zjadł choćby odrobinę, a zaczynałem wymiotować. Starzec patrzył na mnie i mówił: – Dobrze. Więcej nie będę ich dodawać. Następnym razem – znowu wymioty. A starzec: – Przecież dodałem ich zupełnie odrobinę! Znowu ci niedobrze od tego? No dobrze, więcej w ogóle nie będę ich dodawać. A przy tym nigdy nie mieliśmy zatrucia. Bóg nas ustrzegł. W przeciwnym razie umarlibyśmy przed czasem. Rosły u nas dwa pomarańczowe drzewa. Starzec posadził je, kiedy przybył na to miejsce w 1938 roku. Innych drzew nie było. Z rzadka na stole pojawiały się pomarańcze. Starzec nie błogosławił nam ich obierać ze skórki, żeby niczego nie wyrzucać. Zmuszał nas do zjadania pomarańczy ze skórką i mówił nam: „Nie powinniśmy niczego wyrzucać. Będziemy to jeść ze skórką. Tutaj wszystko zostało uświęcone modlitwami ojców”. ( Od poniedziałku do piątku byliśmy srogo hartowani. Zazwyczaj gotowaliśmy jedno danie na cały tydzień. Przechowywaliśmy je w piwnicy, w aluminiowym naczyniu. Oczywiście często ono kwaśniało, ale starzec mimo to je jadł. Jakby nie działały na niego prawa przyrody. Czystości – żadnej. Jak żyliśmy? Pewnie dlatego u starca na szyi pojawiły się czyraki i zaczęło go boleć serce – z powodu całej tej truci92


zny. On w ogóle nie myślał o swoim zdrowiu. W przeciwnym razie pożyłby o wiele dłużej. Starzec był wyjątkowy. Stanowił rzadki przypadek. Teraz na Świętej Górze nie ma takich ascetów. Starzec był wielkim figlarzem. Pewnego razu przybył jakiś człowiek z Paryża, aby wraz z nami ćwiczyć się w ascezie. Starzec powiedział mu: „Weź, zjedz to jedzenie, ono jest świeże, ma tylko trzy dni. To warzywa faszerowane sardynkami”. I ten zjadł! My byliśmy zahartowani, ale jak on się poczuł? Jedzenia starca nigdy nie wyrzucaliśmy, nie ważne, jak bardzo było spleśniałe. Niekiedy przysyłano nam paczki żywnościowe, w których były gotowane jajka, które potłukły się w czasie przewozu. On obierał je ze skorupek i jadł. Starzec lubił ser. W tamtych warunkach w serze często zalęgały się robaki, ale starzec go czyścił. – Kobiety tyle się napracowały, żeby go przygotować. Zjemy to. – Jakże będziemy to jeść, starcze? – Nie będziemy wyrzucać jedzenia. To grzech. Dlatego zawsze na początku zjadaliśmy stare jedzenie. Tak jedliśmy i makarony z robakami, i fasolę, z której wyłaziły na wierzch robaczki. Mnie, jako kucharzowi, było niezręcznie proponować takie jedzenie ojcom. Ale ojciec Arseniusz, żeby nie zasmucać starca, jadł to wszystko, mówiąc: „Skoro wy nie możecie tego jeść z powodu waszego żołądka, wobec tego zjem ja”. To był niezwykły człowiek. Pewnego razu fasola skwaśniała do tego stopnia, że w żaden sposób nie mogliśmy jej jeść. Żeby jej nie wyrzucać, starzec odmówił gorącą modlitwę – i kiedy dał nam fasolę do jedzenia następnego dnia, była ona tak smaczna, że po prostu palce lizać! ( Każdej wiosny pojawiały się u nas gąsienice. Och, jaki odczuwałem wobec nich wstręt! Było ich tak dużo, że zjadały wszystkie listki. Z drzew i krzewów pozostawały same gałązki. Przepadało całe piękno. Myślałem: „Kiedy ponownie wyrosną liście, żeby nasze miejsce stało się choć trochę zielone?”. 93


Najwięcej gąsienic było za celą Starca i za moją. Kiedy je widziałem, wewnątrz wszystko się we mnie przewracało i mdliło mnie. Od samego widoku gąsienic pełzających po drzewach mój żołądek wywracał się na lewą stronę. Kiedy gotowałem, one, pełznąc, wpadały do kociołka z jedzeniem. Nie mieliśmy kuchni, gotowaliśmy na kamieniach na podwórku. Starzec mawiał: – Ba! Jakie żyjątka! Czyż one są złe? To też żywe istoty. Co tu strasznego? Będziemy mieli jedzenie z mięsem. Uznaj, że przygotowałeś danie ze ślimakami. Ja myślałem w duchu: „Zgrzeszyłem, wybacz mi, Matko Boża! Jeśli przeniesiemy się stąd, to tylko z powodu gąsienic i wiatru”. Tych dwóch rzeczy się bałem. Pewnego razu siedzieliśmy za stołem, a pewien brat powiedział mi: – Spójrz, jak błyszczą ich oczy! – Skoro błogosławił to starzec, to wszystko jest w porządku – odpowiedziałem. Starzec zawsze był bardzo uważny. Powiedział on bratu: – Jedz i nie gadaj bzdur. Jemy makarony z mięsem. A ten znowu: – Efrem, zobacz, jakie mają główki! – Ojcze, jeśli jeszcze raz to powiesz, to zbieraj swoje rzeczy i idź stąd! Ten osłupiał. – Efrem, jedz spokojnie, wszystko w porządku. Widziałem gąsienice, ale mimo to jadłem. A temu bratu później powiedziałem: – Czyż można mówić takie rzeczy w obecności starca? Starzec uczył, że kiedy z cierpliwością znosi się niedostatki, wtedy przychodzi błogosławieństwo od Boga. Pewnego razu ojciec Arseniusz powiedział: – Ta ryba smakuje jak trawa. A starzec mu odpowiedział: – Wszystko, co dał nam Bóg, jest dobre. Arseniuszu, przyjdzie się nam zapłacić za twoje narzekanie. I rzeczywiście, nastał głód. 94


Rozdział dwunasty

POST

T

a rozmowa ze starcem odbyła się w Niedzielę Seropustną. Przygotowywałem się do pierwszego dla mnie tutaj Wielkiego Postu. Starzec powiedział mi: – Chodź tutaj, niezdaro! Czy wiesz, że zaczyna się post? – Tak, wiem, starcze, od jutra. – Czy orientujesz się, co znaczy Wielka Czterdziestnica tutaj, na Świętej Górze? – Nie, starcze, ale będę wszystko wypełniać. – Wytrzymasz? Choć ledwie powłóczyłem nogami, odpowiedziałem mu: – Dzięki waszym modlitwom. Kiedy byłem w środowisku świeckim, pościłem razem z matką. Rzeczywiście, jej przykład zawsze pomagał mi w poście, czuwaniu, łzach i płaczu. Ta sprawiedliwa kobieta pościła trzy razy w tygodniu bez 95


oleju, jadła dopiero po godzinie dziewiątej [tj. po trzeciej]. A wieczorami godzinami na kolanach, w ciemności, z zapaloną lampką oliwną, modliła się, płakała i szlochała, żyjąc przy tym w środowisku świeckim, z mężem i dziećmi. – Zostaw, nieszczęsny, ten twój świat! Co natomiast zrobisz tutaj? Tutaj przyjdzie się robić nie to samo, co robiłeś tam. Będziesz pościć nie tak jak w Wolos. – Jak by to nie było, mnie to nie przeraża. – Tutaj nie będzie przygotowanego jedzenia, nie będzie chleba, tu są tylko suchary w soboty i niedziele. Tutaj jest tylko zacierka z mąki i nic więcej. – Niech będzie zacierka z mąki! – Tak, i podwójna reguła [modlitewna], podwójne obowiązki, dłuższe czuwanie. Przez pierwsze trzy dni nie jemy w ogóle. Potem będziesz miał dwadzieścia pięć drami33 mąki na dzień, z wodą, bez cukru, tylko z solą. Będziemy jeść raz na dobę, a tylko w soboty i niedziele będą suchary. Ale i sucharów nie będzie, ile chcesz, ale ograniczona ilość. – Nie boję się. – No dobrze, będę cię obserwował, czy nie okaże się to tylko słowami. I tak zaczęliśmy. Żadnego jedzenia, o gotowaniu nie było nawet mowy. A w dzień – bardzo ciężka praca. Wszystko to, niewątpliwie, przynosiło nam duchowy pożytek. A ja byłem taki, że gdyby popchnąć palcem, to bym upadł. Gdyby ktoś na mnie dmuchnął, poleciałbym koziołkując. Ale ja, biorąc przykład ze starca, pościłem bez żadnych problemów. I dzięki Bożemu miłosierdziu, wśród kamieni, na skałach, wyrosło u nas jakieś zioło, na oko bardzo apetyczne. Starzec polecił: – Narwijcie tej trawy, którą posłał nam Bóg. Ale ponieważ była gorzka, gotował ją, zasypywał mąką i mówił: – Będziesz to jeść przez cały tydzień. Pierwszego dnia to jedzenie było świeże. Drugiego dnia włożyliśmy je do aluminiowego garnka i do piwnicy. Trzeciego – sfermentowało. Kiedy je podgrzewałem, pieniło się. Ta trawa skwaśniała, ponieważ na dworze było już gorąco. Starzec powiedział: – Pieni się – pieni! Zjesz to! 33

Jeden drami = 3,2 grama.

96


I ja to jadłem. Codziennie służyliśmy Liturgię Uprzednio Poświęconych Darów. Przygotowywaliśmy dwa Agnce w sobotę i trzy w niedzielę. Służyliśmy pięć Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów, żeby codziennie przyjmować komunię. A w nocy odbywaliśmy czuwanie, modliliśmy się na czotkach, wychodziliśmy na dwór, ponieważ noce były ciepłe. Ja – przy swojej kaliwii, inni – przy swoich, z wielkimi czotkami – trzysetkami. Starzec, widząc, że jestem młody, pomyślał: „On pewnie jest głodny”. Wezwał mnie i powiedział: – Mały! Zobacz, pojutrze mamy Triumf Prawosławia. Użyjemy nieco oleju. Tak że weź to pod uwagę i przygotuj się do święta. Potem, w trzecią niedzielę – pokłonienie Krzyżowi. To znaczy, już się zbliżamy. Również wtedy użyjemy trochę oleju. Potem nastąpi Sobota Łazarza – pierwsze Zmartwychwstanie34. A już wkrótce potem Wielki Czwartek, kiedy to będziemy malować jajka. A potem już Wielka Sobota, kiedy to ponownie przyjmiemy komunię. A później i Pascha – wtedy będziemy się bić jajkami. Starzec powiedział to wszystko po to, aby podnieść mnie na duchu. Z pewnością myślał on tak: „Powiem mu, że Wielki Post szybko minie”. Ale ja o tym nawet nie myślałem. Nie martwiłem się o to wszystko. Wszystko przyjmowałem tak, jak mówił mi starzec. Wszystkie stare produkty żywnościowe – i z pleśnią, i z żuczkami – starzec odkładał na Wielki Post, zakładając najwyraźniej, że w Wielkim Poście zjedzą wszystko. Dlatego wiedzieliśmy, że jeśli starzec przechowywał robaczywą fasolę, to znaczy, że będziemy mieli Czterdziestnicę z mięsem. Żołądkowi było ciężko. W nocy – czuwanie z podwójną regułą [modlitewną], a w dzień – praca. Nosiliśmy deski, pszenicę i cement. Nawet zwierzęta nie chciałyby przenosić ciężarów, gdyby ich nie nakarmiono, a my nie piliśmy nawet wody. Pewnego razu powiedzieliśmy: – Starcze, nogi nam się uginają. A wtedy dał nam nieco sucharów i wody. Kiedy zaś nastał Wielki Tydzień, nie miałem sił go przeżyć. Bolał żołądek, często wymiotowałem. Ledwo trzymałem się na nogach. A w nocy Grecy nazywają Sobotę Łazarza pierwszym Zmartwychwstaniem ze względu na wskrzeszenie św. sprawiedliwego Łazarza. 34

97


musiałem wypełniać swoje obowiązki: tysiące pokłonów, stanie na nogach godzinami, dziesięć godzin czuwania w celi z czotkami, czytaniem, pokłonami. Taka była reguła. I milczenie. Z nikim nie rozmawiać. W końcu mój żołądek nie wytrzymał. Całą Paschę wymiotowałem. Kiedy starzec to zobaczył, powiedział: – W przyszłym roku zostanie ci okazana pobłażliwość – od poniedziałku do piątku raz dziennie będziesz jeść fasolę. W moją pierwszą u starca Wielką Czterdziestnicę ustanowiony przez niego post wydał mi się bardzo surowy. Ale w następnych latach, w następne Czterdziestnice, przestrzegał jeszcze bardziej surowego postu. My natomiast teraz, będąc słabi duszą i ciałem, nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie takiej ascezy. ( Starzec, razem z ojcem Arseniuszem, oprócz tych ustanowionych przez Cerkiew, przestrzegał także i dodatkowych postów. Pewnego razu postanowili przez cały miesiąc zupełnie nie jeść chleba. Jedli tylko nieco gotowanej fasoli. W inne swoje posty jedli tylko chleb i nic więcej. Ale szczególnie surowo pościli w Wielką Czterdziestnicę. Nasze życie, w porównaniu do zwykłych ludzkich standardów, było trudne, ale dzięki myśli samowyrzeczenia stawało się łatwe. Kiedy posłuszeństwo kazało nam biec z góry na dół i dźwigać ciężary, często przekraczające nasze siły, robiliśmy to od razu bez najmniejszego sprzeciwu. Przecież starzec uczył tak: – Człowiek, który zgadza się na trudy cielesne, chętnie dokonuje też trudów duchowych, jeśli dobrze zacznie, jeśli dokładnie przyswoi sobie, czym jest monastycyzm. Wtedy dokonuje się przeistoczenie ascety w człowieka duchowego. Albowiem trud cielesny, świadomy i zgodny z prawdziwym celem monastycznego życia, w cudowny sposób pomaga mnichowi w pokajaniu, płaczu i łzach. Te dzienne i nocne trudy dały nam, dzięki modlitwom starca, łzy w dzień i w nocy. W czasie modlitwy, prac (posłuszanija), w czasie trudów z oczu nieustannie płynęły łzy. Doszliśmy do tego, że myliśmy się nie wodą, ale łzami. Dlatego często, kiedy kładliśmy się spać, otaczało nas Boże błagouchanije. Modlitwy starca były bardzo silne. 98


( Pewnego razu w jeden z wielkopostnych dni starzec wezwał ojca Atanazego i powiedział mu: – Ojcze Atanazy, znajdź mi bukłak. Ojciec Atanazy obszedł całą Świętą Górę, ale zdobył bukłak, nie pamiętam już – ze świńskiej czy koziej skóry, i przyniósł go starcowi. Starzec wrzucił do niego wszystkie pozostające u nas kawałki sera i zalał przegotowanym skondensowanym mlekiem. – Chłopcy, po Wielkanocy będziemy mieli bukłakowy ser, oszalejecie z zachwytu! Będzie pachniało na całą okolicę! Regularnie czyścił bukłak, ponieważ robaczki podchodziły do szyjki. Usuwał je nożem. – Nie patrzcie na to, co jest na zewnątrz, zobaczycie, jaki jest wewnątrz. A kiedy na Paschę otworzył ten bukłak, uciekłem jak najdalej, jak rakieta. Zapach, który od razu rozszedł się na całą okolicę, i robaczki, które wyszły z bukłaka z serem – wszystkiego tego było nadto dla mojego żołądka, który osłabł z powodu postu. To było ponad moje siły. Czyż możliwe było, żeby z resztek sera z przegotowanym skondensowanym mlekiem skóra bukłaka zrobiła normalny ser? Tym niemniej starzec postawił ten ser na stole i wraz z ojcem Atanazym cały zjedli. ( Kiedy nadeszła Pascha, wypełnialiśmy w dalszym ciągu to samo czuwanie. Nawet nie zająknęliśmy się na temat tego, żeby ze względu na tak wielkie święto zrobić coś innego. Reguła! Czuwanie, nasze zwykłe czuwanie! Żadnego wytchnienia choćby na jeden dzień. U nas nic się nie zmieniło. Zgodnie ze słowami pieśni: „dzięki postowi, czuwaniu, modlitwie niebiańskie dary przyjąłeś”35. Starzec mówił mi: „Jeśli nie bęOgólny troparion dla świętych mnichów: „Pustyni mieszkańcem i w ciele aniołem, cudotwórcą okazałeś się noszący w sercu Boga ojcze nasz (N), postem, czuwaniem, modlitwą przyjąłeś niebieskie dary, uzdrawiasz chorych i dusze z wiarą przybiegające do Ciebie. Chwała Temu, który dał Ci moc! Chwała Temu, który Ciebie ukoronował. Chwała Temu, który poprzez Ciebie wszystkim daje uzdrowienia”.

35

99


dziemy tego wypełniać, nie spodziewaj się zdobyć darów”. I sam w tym przodował. Starzec był dla nas przykładem. Nasza Pascha była cudowna: na dworze przed cerkiewką, pod naszymi drzewami pomarańczy. Liturgię służyliśmy spokojnie i cicho. Wokół pustynia, nikogo, prócz nas. Widziałem, jak starzec promienieje, jak z radości nie może powstrzymać się od łez. Łez nie z powodu grzechów, ale łez z powodu światłości Zmartwychwstania! Jego dusza nie mogła się powstrzymać. Przepełniona uczuciami, rodziła łzy. Mówiliśmy: „Chrystus zmartwychwstał!” – a on płakał jak małe dziecko. Jakież to wszystko było wspaniałe! Kiedy skończyło się nabożeństwo, a wszyscy rozeszli się do cel, rozmyślałem o Bożej łasce Zmartwychwstania, którą każdy z nas otrzymał. Potem położyłem się spać. Zbudziłem się rano, poszedłem na skały i modliłem się na czotkach. Jakie piękno! Jakże wspaniałe jest Chrystusowe Zmartwychwstanie! Dzwoniły dzwony w monasterach świętego Grzegorza i świętego Dionizego, dzwonił w rosyjskim monasterze dzwon, który był dwa razy większy od naszego podwórza. Szumiały fale, a i one dźwięczały jak pieśń, jak fortepian, jak organy, jak coś niebiańskiego, tworząc jakąś wspaniałą melodię. Rozmyślałem o tym, jak służona jest Pascha w niebie, jak tam wtedy śpiewają aniołowie, jak wykonują niebiańskie hymny. I dochodziłem do kontemplacji. Siedziałem i delektowałem się, odmawiając modlitwę Jezusową. To było i Zmartwychwstanie Chrystusowe, i Boża łaska, i swoista uczta duchowa, której nie sposób wyrazić słowami. Byłem sam pośród skał i nikogo wokół. Tylko ptaki. Zbudziwszy się, starzec zawołał mnie: – Wawulis! Wawulis! Chodź tu szybko, nierobie! – Błogosław, starcze! – Chodź tu, a niech cię! Gdzie byłeś, łobuzie? A no bierz się za gotowanie! Ojcowie chcą jeść. – Błogosławcie. W tej chwili, starcze. – Śpisz ty tam, czy co? Gdzie cię nosi? Przyniosłem wiązkę drew, rozpaliłem z gałązek ogień, przyniosłem wodę i sam przygotowałem rybę. Gotowałem na dworze, niedaleko kaliwii ojców. Potem nakryłem do stołu. Kiedy zrobiło się całkowicie widno, przyszli ojcowie. Posiłek w pustelni odbywał się w milczeniu. Ojcowie zjedli i poszli, a ja wziąłem się za mycie talerzy. 100


Następnego dnia gotował nam starzec. Powiedział: „Przygotuję wam magirycę!”. Magiryca to zupa z owczymi podrobami. A co zrobił? Posłuchajcie, co to była za magiryca. Kupowaliśmy rybę. Kiedy on gotował tę rybę, podrobów nie wyrzucał. Teraz je przemył, pociął na kawałeczki, dodał ryżu i nieco zieleniny. Dodał też jedną cebulę. I mówił przy tym: „Teraz będziecie mieli magirycę”. Och, uchowaj Boże! Co miałem robić? Pomyślałem: „Skoro gotuje to starzec, to będzie dobrze”. Bez względu na to, jak pachniały rybie podroby, zjadłem to i poszedłem spać. A ledwie się zbudziłem, wszystko to zwymiotowałem. Starzec spytał mnie: – A dlaczego wymiotowałeś? Mój żołądek był słaby.

Dalsza część książki znajduje się w wydaniu papierowym, dostępnym w Wydawnictwie Bratczyk bratczyk.pl


Spis rzeczy

Rozdział pierwszy Życie świeckie .........................................................................................7 Rozdział drugi Na Świętej Górze ................................................................................ 13 Rozdział trzeci Pierwszy dzień ..................................................................................... 17 Rozdział czwarty Boże wychowanie ................................................................................ 25 Rozdział piąty Trudne warunki ................................................................................... 30 Rozdział szósty Przelej krew i przyjmij Ducha ....................................................... 33 Rozdział siódmy Nasze czuwanie.................................................................................... 48 Rozdział ósmy Walka ze snem ...................................................................................... 63 Rozdział dziewiąty Walka z myślami ................................................................................. 69 Rozdział dziesiąty Nasz stosunek do ojca Józefa ......................................................... 82 Rozdział jedenasty Posiłki..................................................................................................... 88 247


Rozdział dwunasty Post.......................................................................................................... 95 Rozdział trzynasty Milczenie ............................................................................................. 102 Rozdział czternasty Posłuszeństwo ................................................................................... 119 Rozdział piętnasty Modlitwa Jezusowa .......................................................................... 129 Rozdział szesnasty Duchowe owoce ................................................................................ 143 Rozdział siedemnasty Moje choroby ..................................................................................... 148 Rozdział osiemnasty Odejście od zelotów – starostylnych ...................................... 152 Rozdział dziewiętnasty Nasze ordynacje kapłańskie ......................................................... 163 Rozdział dwudziesty Nasze rzemiosło ................................................................................ 171 Rozdział dwudziesty pierwszy Przeniesienie do nowego skitu .................................................... 174 Rozdział dwudziesty drugi Nasze koty........................................................................................... 183 Rozdział dwudziesty trzeci Modlitwa Jezusowa i młodzieniec opętany przez demony.... 187 Rozdział dwudziesty czwarty Ojciec Szymon .................................................................................... 191 248


Rozdział dwudziesty piąty Ostatni rok starca........................................................................... 195 Rozdział dwudziesty szósty Święta śmierć starca ....................................................................... 208 Rozdział dwudziesty siódmy Pogrzeb ................................................................................................ 225 Rozdział dwudziesty ósmy Cuda po śmierci ................................................................................. 228 Rozdział dwudziesty dziewiąty Odkrycie relikwii ............................................................................. 234 Rozdział trzydziesty Pośmiertne objawienia i cuda ....................................................... 237


Profile for Swiatogorcy

Moje życie ze Starcem Józefem  

Starzec Józef Hezychasta to jedna z najwybitniejszych postaci duchowej XX wieku. Słowa Starca, ktore doszły do nas w listach do jego duchowy...

Moje życie ze Starcem Józefem  

Starzec Józef Hezychasta to jedna z najwybitniejszych postaci duchowej XX wieku. Słowa Starca, ktore doszły do nas w listach do jego duchowy...

Advertisement