__MAIN_TEXT__

Page 68

Maciek Rutkowski moje życie w trzech... falach Puściłem drążek. W przeciwieństwie do poprzednich, ta była bardzo duża. Nie wiem co czują inni, ale gdy ja łapię falę, z moimi zmysłami dzieje się coś dziwne­ go. Nie widzę, nie słyszę, po prostu  czuję. Czułem, że ta jest duża i mocna. Czułem, że nie jest do końca zadowolona, że próbuję ją ujechać. Czułem, że jeden mały błąd, a ona z ogromną satysfakcją zmieli mnie i spróbuje przetrzymać pod wodą tak długo, aby jej następczyni również mnie zmasakrowała. Ale co tam. Przecież nie przejechałem trzech czwartych świata, żeby teraz się wycofać. Próbuję pojechać w prawo, na frontside, w stronę z dużo szerszym peak’iem i zamykającą się sekcją. Pompa, pompa, pompa, żeby przejechać przez sekcję, ale widzę już jak nade mną lip zaczyna się robić biały. Kolejne kilka pompek. Za późno. Polecę z lipem prosto na płyciutką rafę. Pora uciekać. Postanawiam więc spróbować wyskoczyć za falę. Wbijam krawędź, czuję przyśpieszenie, lekkie uderzenie po kostkach, trochę swobodnego spadania i na główkę do wody. Uff, udało się. Wynurzam się i widzę co nadchodzi. „Rutkowski, ty idioto!” – myślę, ciągnąc za leasha. Wciągam się na deskę, czuję wbijające się w brzuch i klatkę strapy oraz zero wyporności – jak to z deską do tow-in surfingu. Wiosłuję jak opętany, ale ponieważ jestem idealnie w środku rafy, widzę, że zamykająca się sekcja złamie się prosto na mnie. Odrzucam deskę, nabieram powietrza i nurkuję jak najgłębiej tylko mogę, czego kamizelka wypornościowa zdecydowanie nie ułatwia. Uderzenie nie nadchodzi i przez ułamek sekundy myślę, że się udało – znowu błąd. Najpierw uderzenie, potem parę salt i... ciemność. Uszy „prze-

S

skakują” i coś zaczyna dzwonić. Kiedyś powiedziano mi, że gdyby mi się wydawało, że jestem długo pod wodą, powinienem zacząć liczyć, bo bardzo rzadko trzyma cię dłużej niż siedem sekund. Doliczam do piętnastu. Gdy brakuje powietrza czas zwalnia. I wiecie co? To nie ściema, że życie przelatuje przed oczami, a w głowie zaczynają się pojawiać pytania. Co ja tu robię? Jak to się stało, że chłopak, który w weekendy na jeziorze Gardno uczył się windsurfingu, raptem kilka lat później uprawia big wave surfing w zachodniej Australii? Jak to się stało, że ten sam, przygarbiony, słaby fizycznie chłopak wygrywa Młodzieżowe Mistrzostwa Świata i jako jedyny Polak startuje w PWA (Professional Windsurfers Association – odpowiednik surfingowego ASP, absolutna windsurfingowa Liga Mistrzów – przyp. red.). Sam, kurde, nie wiem, jakoś tak się potoczyło. Oto moja historia: Urodziłem się 13 grudnia 1991 roku w Słu­ psku. Mój ojciec był zapalonym żeglarzem i gdy w czasie stanu wojennego nie chcieli wypuścić jego i jego kumpli z portu, oni, żeby zagrać na nosie władzom, zaczęli pływać na deskach (które wtedy bardziej przypominały łódki) w basenie portowym. Nie zajęło długo, żeby to właśnie windsurfing, a nie żeglarstwo, zajął pierwsze miejsce na liście priorytetów, a ja i mój starszy o pięć lat brat zostaliśmy wrzuceni w sam środek tego zamieszania. Swojej pierwszej lekcji nie pamiętam. Myślę, że mogło jej nawet nie być. Bawiłem się z bodyboardem

Profile for SURFMAG

SURFMAG #4  

4 numer magazynu SURFMAG

SURFMAG #4  

4 numer magazynu SURFMAG

Profile for surfmag
Advertisement