Page 1

FB.COM/SUPERHEROMAGAZYN

3/2017

© 2017 Valiant Entertainment, Inc.

Wydanie bezpłatne ISSN 2391-4505

ICH DWÓCH I KOZA


TMNT

Komiks oddany w ręce ludu

SYMBIONT CORNER

Venom hardo po Oscara, Carnage po Eisnera!

ODRĘBNE ŚWIATY

Obcy (nieobcy) w uniwersum DC

LEJTMOTYW

Wyjście z mroku

HEROSI W RYTMIE ROCKA Z muszli na stadiony Wydawnictwo OiD Warszawa Redakcja ul. Bogatyńska 10A 01-461 Warszawa redakcja@superhero.com.pl Redaktor naczelny Michał Czarnocki m.czarnocki@superhero.com.pl Reklama i Promocja promocja@superhero.com.pl Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do dokonywania ich skrótów i  redagowania w  przypadku publikacji, a  także ich wykorzystania w  Internecie oraz innych mediach w  ramach działań promocyjnych Wydawnictwa OiD oraz „SuperHero Magazynu”. Listy nadesłane do redakcji nieopatrzone wyraźnym zastrzeżeniem autora mogą być traktowane jako materiały do publikacji. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i ogłoszeń, a Wydawca zastrzega sobie prawo do odmowy zamieszczeania treści sprzecznych z  interesem Wydawnictwa lub linią programową „SuperHero Magazynu”, a  także prawem polskim. Wszystkie publikowane materiały na łamach „SuperHero Magazynu” są chronione prawem autorskim. Ich kopiowanie, przedruk lub rozpowszechnianie w dowolnej formie wymagają pisemnej zgody Wydawcy.

2

© 2017 Wydawnictwo OiD

© 1932 Gebethner i Wolff

ICH DWÓCH I KOZA

Najgorsi superbohaterowie na świecie

© 2013 MARVEL

© 2013 Valiant Entertainment

W NUMERZE:

KISS MEE!

Nie „Ameryka”. Ot, zwykły cap. WSTĘPNIAK Każdy miewa w życiu gorszy dzień. Każdy – nawet żywa legenda. Pytanie tylko jak będzie wyglądał świat, gdy najbardziej prawy z prawych, wzór nad wzorami – jego nieskazitelna superbohaterskość Steve Rogers – zbiesi się tak dalece, że przy okazji wywróci panujące status quo do góry nogami (jak ma to dziś miejsce w  „Sekretnym imperium” Marvela)? Spokojnie, nie będzie tak źle. Mamy w końcu jeszcze całą rzeszę innych herosów, którzy otrzeźwią swego mentora i  postawią świat z  głowy na nogi. A nawet, jeśli słynny „Cap Ameryka” nabroi tak bardzo, że nic nie pomogą wysiłki zjednoczonych superbohaterów, to też nie problem. W komiksie wszak wszystko jest możliwe – bałagan posprzątać może przecież jeszcze… zwykły cap? Natura nie ma za grosz litości – nie obdzieliła sprawiedliwie swoich dzieci darem urody i  mądrości, co poniektóre z góry skazując na szykany i mniej uprzywilejowaną pozycję w  hierarchii flory i  fauny. Najgorzej obeszła się z  kozą... Biedny cap już dawno został wszak skreślony przez świat, który nie dość, że przypiął zwierzęciu łatkę wyjątkowo nierozgarniętego („duży jak brzoza głupi jak koza”, „żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”), to jeszcze bogu ducha winnego rogacza określa często mianem odrażającego, czarciego pomiotu (co podchwycili szybko reprezentanci ciężkiego grania – od tych bardziej przystępnych pokroju pop-metalowego Slipknota, aż po muzyczne ekstrema w  stylu zespołu Goathwore – umieszczając kozy na okładkach swoich płyt). Myli się jednak ten, kto nie docenia biednego capa opierając swój osąd jedynie na stereotypach, tendencyjnych plotkach i pomówieniach. Koza bo-

wiem już lata temu została doceniona na łamach komiksu. I to przez obie strony odwiecznego sporu dobra ze złem. Łotry – jak to łotry – od zawsze traktowały kozę instrumentalnie, wykorzystując ją głównie do dręczenia herosów, m.in. Kapitana Marvela (na którego niecny Mr. Mind nasłał niejakiego Goat-Mana w  „Captain Marvel Adventures” #26) czy w  szczególności biednego Batmana, który musiał swego czasu rozwiązywać zagadki Riddlera z  kozą w  roli głównej (historia „Dark Knight, Dark City”), innym razem wbrew swej woli będąc bohaterem chorego spektaklu Jokera wraz z brodatym capem kierującym w stronę Bruce’a namiętne „Kiss mee”(!). Co Bardziej kreatywni złoczyńcy Marvela i DC od pewnego czasu kozie lico wykorzystują również do ukrywania swojej tożsamości (m.in. snajper „Goatboy” na łamach serii „Batman Incorporated”, rzezimieszek „The Goat” w  „Marvel Comics Presents” #52 oraz przyboczna Red-Skulla, „Goat-Faced Girl”, w ukazującej się aktualnie nad Wisłą serii „Uncanny Avengers”). Usługi kóz szczególnie upodobali sobie nie tylko przyziemni złoczyńcy – od zarania dziejów nie potrafią się obyć bez nich również mityczni bogowie Olimpu i Aasgardu. Thor np. podróżuje w zaprzęgu z  magicznymi kozłami Toothgnasherem i  Toothgrinderem (które służą nie tylko jako wygodny środek transportu, ale i  jako skuteczne wsparcie bojowe), a  Wonder Woman od zawsze wspomaga się kuloodpornymi bransoletkami wykonanymi z  rogów kozy Amaltei (która zgodnie z zapisami greckiej mitologii wykarmiła ojca Diany, gromowładnego Zeusa). A propos bransoletek i kozy Amaltei – za jej słynnym „rogiem obfitości” na ła-


Co w trawie piszczy? czyli wieści ze świata superherosów przegląd nie całkiem poważny

mach mini-serii „The Delinquents” uganiali się również witający was z okładki niniejszego numeru SuperHero Magazynu herosi w  bransoletkach, Quantum i Woody, wraz z towarzyszącym im „Vincentem van Goatem” – najbardziej osobliwym capem w  historii komiksu, który potrafi latać i  strzelać laserami z  oczu niczym Superman, dysponując przy okazji skopiowanym umysłem ojca braci Hendersonów oraz…. macicą (koza więc, czy cap?). O tym, że warto zwrócić uwagę na ten osobliwy, rogaty okaz oraz na debiutującą właśnie w  Polsce serię „Quantum and Woody” piszemy na str. 8 w artykule „Ich dwóch i koza”, skupiając się tam przede wszystkim na dwóch tytułowych herosach. Tak już ten świat bowiem jest zbudowany, że koniec końców to nie żywicielka, która podlega dojeniu, lecz ci, którzy w odpowiednim momencie podstawiają miskę spijają zawsze całą śmietankę. Czy tam mleko… P.S. Warto przy okazji pamiętać, że również polski komiks nie jest żadnym zaściankiem i  już dawno dostrzegł piękniejsze oblicze kozy. Zanim bowiem nastał XXI wiek, a  wraz z  nim różnej maści „Lisy”, „Białe Orły” i  „Nieustraszone Szpaki”, na polskim rynku dominował pierwszy rodzimy heros, Koziołek Matołek, którego debiut – tom „120 przygód Koziołka Matołka” Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza z  1932 roku – okrzyknięty został przez historyków prekursorem polRed. naczelny skiego komiksu! Michał Czarnocki

Superbohaterska machina filmowa rozkręciła się na dobre i nie bierze w  tym roku żadnych jeńców. Dotychczas bowiem właściwie każda z  komiksowych adaptacji A.D.2017 spełniła – a  niejednokrotnie przewyższyła – pokładane w niej nadzieje. Jednak to nie przeurocza i bosko skuteczna „Wondie” (patrz: „Cuda w  boxofisie” kilka akapitów niżej – przyp. red.), nie pajęczy „Powrót do domu”, który tak pięknie kontynuuje podróż Petera po zjednoczonym uniwersum Domu Pomysłów (co nie zmienia faktu, że i tak wciąż tęsknimy za Andrzejem i Emmą…), ani nawet przepysznie kameralny Logan (którego wciąż bez wahania typujemy na film roku), lecz niezmiennie dowcipni, widowiskowi i  kasowi Strażnicy Galaktyki wraz z reżyserem, James Gunnem wykonali w tym roku najlepszy uczynek, który pozwoli im kiedyś skrócić czas pobytu w  czyśćcu o  ładnych kilka dni. Po latach sprowadzania praojca superbohaterów do roli pociesznej, hollywoodzkiej maskotki ktoś bowiem wreszcie poszedł po rozum do głowy i przypomniał widzom, że Stan Lee to nie tylko jakiś starszy pan, który kiedyś wymyślił komiksy… Niewiele jest na tym świecie osób świadomych istnienia Uatu i  jego braci Obserwatorów (co m.in. podkreślał Nick Fury na łamach serii „Original Sin” stojąc nad ciałem zamordowanego, wielkogłowego kronikarza dziejów uniwersum Marvela). James Gunn właśnie dał „nie-

dzielnym” widzom do zrozumienia, że Stan Lee należy do tego ekskluzywnego grona, być może nawet samemu będąc jednym z Obserwatorów, który zna herosów nie tylko z komiksów, ale wręcz stąpa pośród nich bacznie przyglądając się ich poczynaniom. Kluczowe jest tu słówko „niedzielny”, bowiem my, fani dobrze przecież wiemy, że Stan Lee od dawien dawna przekraczał granice jawy i snu, niejednokrotnie występując na łamach komiksów obok stworzonych przez siebie herosów (począwszy od 10 numeru serii „Fantastic Four” z 1963 roku, gdzie ustalał z herosami, że napisze o nich komiks…). Ostatnio zresztą Papa Stan znów powrócił w szeregi superbohaterów, w ramach inicjatywy „Stan Lee Comicbook Box” występując na kilku kolekcjonerskich okładkach zeszytów Marvela m.in. obok Spider-Mana i Deadpoola. A to nie koniec aktywności naszego drogiego nestora – jego POW! Entertainement właśnie trafiło w  ręce chińskiego holdingu Camsing International, który zapowiada awans wydawnictwa na pozycję „azjatyckiego Marvela”. Aż strach pomyśleć gdzie z możliwościami i gotówką, jaką dysponuje „Wielki Smok” Stan zdoła dotrzeć tym razem…

© 2017 MARVEL/Pow! Entertainment

© 1994 DC Comics

Wielki Brat Stan patrzy…

Cuda w boxofisie Kinowe uniwersum DC powstało z kolan. I  to nie za sprawą dwóch samców alfa, których sojusz rok temu nie sprostał wyzwaniu, lecz dzięki pewnej niezwykle uroczej, mądrej i silnej damie, która – jak to boscy cudotwórcy mają w zwyczaju – samodzielnie zarobiła w  Hollywood już ponad 700 milionów dolarów! I  tylko szkoda, że zatraciwszy się w ślepej pogoni za konkurencją (pal już licho ten wąs – Aresowi brak charyzmy tak samo jak większości filmowych łotrów Marvela!) i  w  upartym trwaniu w wierności nieko-

niecznie słusznej wizji Zacka Snyd e ra ( ta k , o tę bezmyślną, finałową feerię barw i świateł rodem ze „Świtu Sprawiedliwości” chodzi…) twórcy filmu nieco zepsuli uroczystość powitania bogini na ziemskim padole.

GAL GADOT jako Wonder Woman w filmie akcji „WONDER WOMAN” wytwórni Warner Bros. Pictures. © 2017 WARNER BROS. ENTERTAINMENT INC. AND RATPAC ENTERTAINMENT, LLC

3


http://fb.com/PlanetaMarvel

Amazing Spider-Man Vol. 4

Co by było, gdyby Peter Parker – ten poczciwy heros z wiecznie dziurawym portfelem – wskoczył nagle w buty Tony’ego Starka? Tak w skrócie można podsumować czwarty „sezon” serii Amazing Spider-Man. Peter stoi na czele międzynarodowej firmy, mierzy się z kolejną inwazją znienawidzonych klonów, a  ostatnio po raz kolejny rozlicza się z Normanem Osbornem. Jest intensywnie, świeżych pomysłów nie brakuje, sensu niestety chwilami również... (WKP)

„Z superbohaterów się wyrasta” – mówili. „Komiks to dziecinada” – szydzili. Ignoranci… Dziś wiemy już wszak na pewno, że przygoda z  komiksem wcale nie musi kończyć się po maturze – z powodzeniem można kontynuować ją zarówno w średnim wieku, w trakcie tzw. „jesieni życia”, a  nawet później – w… nieskończoność. Oto bowiem do Stana Lee, który w przededniu 95-tych urodzin jak gdyby nigdy nic wciąż bryluje na konwentach komiksowych (o wielkim ekranie już nie wspominając) właśnie dołączył kolejny nestor komiksu, Ken Bald, w wieku 96 lat zyskując oficjalny certyfikat rekordzisty Guinessa dla najstarszego żyjącego – i co najważ-

Simba, król… Wakandy?

X-Men: Blue

Źródło: profil Jaya Fosgittsa w serwisie Instagram

Oryginalny skład X-Men – Jean Grey, Cyclops, Iceman, Angel i Beast – oszukawszy czas powraca na karty komiksów w o wiele lepszej formie, niż sugerowałyby to metryki bohaterów i data komiksowego debiutu drużyny. Ich cel? Przekonać cały świat, że są bohaterami, którymi zawsze mieli być. Okazuje się jednak, że zadanie będzie trudniejsze, niż się tego na początku spodziewali... (SQ)

Secret Empire

Za sprawą Kosmicznej Kostki Kapitan Ameryka – żywa ikona walki o sprawiedliwość i  wolność – staje na czele Hydry. Ku rozpaczy i  zdumieniu swoich przyjaciół i  naśladowców w  trykotach Herr Rogers nie cofnie się przed niczym, by podporządkować sobie całe uniwersum Marvela. Superbohaterowie Domu Pomysłów nie mając innego wyjścia podejmują walkę z  iście nazistowskim rządem i człowiekiem, któremu ufali bezgranicznie. (Zireael)

niejsze: aktywnego! – twórcy okładek komiksowych za limitowany wariant do drugiego numeru serii „Contest of Champions” Marvela z 2015 roku. Wygląda więc na to, że obaj dziarscy staruszkowie po przeżyciu Stevena Rogersa (którego przygody obaj współtworzyli) wcale nie zamierzają odkładać peleryn na kołek i dosłownie chcą osiągnąć status „bogów komiksu”, dołączając do panteonu (wielo)wiekowych bóstw Aasgardu.

© 2015 MARVEL

Czytelnicy SuperHero Magazynu z portalu miłośników superherosów Domu Pomysłów „Planeta Marvel” polecają 4 najciekawsze komiksy ostatniego miesiąca.

Bogowie komiksu

Projekt „Czarna Pantera” oficjalnie wystartował. Król Wakandy w trykocie, którego poznaliśmy podczas ubiegłorocznej wojny domowej w  kinowym świecie Marvela właśnie ujawnił światu pierwszy zwiastun swojego solowego filmu, gdzie zmierzy się m.in. z  jednym ze swoich najwierniejszych komiksowych nieprzyjaciół – Ulyssesem Klawem (również znanym nam już z  krótkiego występu w  „Czasie Ultrona”). Obu Panów na

warsztat postanowił wziąć nadworny rysownik komiksowych przygód „Kucyków Pony”(!), Jay Fosgitts, publikując w sieci ilustrację z  T’Challą i  Klawem stylizowanymi na bohaterów rysunkowej „Różowej Pantery”. Proponujemy aby Dom Pomysłów powziął z tego żartu inspirację i poszedł o krok dalej. Podobnie jak DC, który sparował właśnie swoich herosów z Królikiem Bugsem i innymi pajacami z „Lonney Tunes” (o czym więcej w SHM 2/2017 – przyp. red.) również Disney wszak mógłby dokonać podobnego mariażu swoich marek, zaludniając uniwersum Marvela bohaterami swoich kultowych animacji: „Księgi Dżungli” (jest tam w  końcu i  Czarna Pantera), „Pocahontas” i  „Króla Lwa”. Drogi Disneyu – niech Hakuna Matata wybrzmi wreszcie w Stark Tower!

X-Men: Gold

Po wydarzeniach eventu IvX wydaje się, że już nic nigdy nie będzie takie samo jak było. Choć czy aby na pewno? Kitty Pride, Storm, Nightcrawler, Colossus, Prestige i stary, ale wciąż jary Old Man Logan nie zamierzają się podać i jako „złoty” skład X-Men stają w obronie najsłabszych, aby odzyskać zaufanie świata i  dowieść, że mutant też może być superbohaterem. (Rose)

ZA MIESIĄC

HEROSI W KOSMOSIE 3 LATA Z SUPERHERO MAGAZYNEM

Rys. M. Czarnocki

http://PlanetaMarvel.net


SZ RTY KOMIKSOWE NOWOŚCI I ZAPOWIEDZI • KRÓTKO I NA TEMAT

Lepsze jest wrogiem dobrego

© 2017 MARVEL

twardego zawodnika jak kończący karierę Spider-Octopusa Zielony Goblin nie wzruszą bowiem żadne tytuły naukowe, strategie i aroganckie przekonanie o  byciu „lepszym” – pokonać go może jedynie prawdziwy, niekalkulujący, lecz zawsze idący na żywioł Peter Parker oraz jego najpotężniejsza, bo niemożliwa do podrobienia moc… czerstwego dowcipu. Co oczywiście nie zmienia faktu, że będziemy tęsknić za tym może nie „lepszym”, za to zdecydowanie bardzo „jakimś” Spider-Manem, który po raz pierwszy od bardzo dawna zamiast nieśmiało uchylać okienko jednym odważnym ruchem otworzył je na oścież wnosząc do pajęczego uniwersum prawdziwy powiew świeżości i dowodząc, że wciąż te same, powtarzane co kilka lat jak mantra przygody można przeżyć zdecydowanie inaczej. Superior Spider-Man: Lud Goblinów, MARVEL/Egmont Polska

Mroczny Rycerz i jego Mroczna Liga Magia różne ma odcienie… Kucyki Pony np. od lat twierdzą, że mieni się wszystkimi kolorami tęczy i zamyka się w słowie „przyjaźń”. Tam jednak gdzie przyjaźń ustępuje miejsca czarnej magii, dla odmiany nie jest już tak kolorowo – wszystko tonie w zimnym mroku. A jeśli na scenę wkracza mrok i mistyczne zło, któremu niestraszne szmaragdowe pierścienie mocy i kolorowi trykociarze z Kryptona i Themysciry, wówczas potrzeba zupełnie nowej drużyny do zadań specjalnych – kogoś, kto zamiast łamać kości będzie łamać sobie język podczas melodeklamacji pogańskich zaklęć. Szkoda tylko, że tak jak na koncertach polskiej legendy rocka zwykło się skandować,

© 2017 Warner Bros. Entertainment Inc.

Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu – zdecydowanie nie popłaca. Podobnie bowiem, jak nie da się zostać świętszym od papieża, tak nie da się również być lepszym od bardzo dobrego superbohatera. Zwłaszcza tak dobrego, jak Peter Parker… Okupującemu ciało herosa Ottonowi Octaviusowi dojście do tej prawdy zajęło ponad trzydzieści zeszytów serii „Superior Spider-Man” (czy raczej 7 tomów w przeliczeniu na przedruki Egmontu) wypełnionych chorobliwym wręcz dążeniem do perfekcji i nieustającymi próbami stania się „lepszym” Człowiekiem-Pająkiem. Trzeba jednak przyznać, że Doktor Ośmiorniczka dzielnie próbował, oprócz całej masy problemów i  rys na wizerunku zostawiając tymczasowo zepchniętemu na tylne siedzenie Peterowi także kilka niemałych sukcesów, z  których heros skorzysta w przyszłości (doktorat, dobrze prosperująca firma), a nam – jeden z najbardziej zaskakujących sezonów w historii pajęczego tasiemca oraz ostateczny dowód, że to nie strój, sława, gadżety ani nawet zmutowane, zwinne i  wyposażone w pajęczy zmysł ciało, lecz przeciwnicy ostatecznie definiują Spider-Mana. Tak

że „nie ma Kata bez Romana”, tak samo twórcy animacji „Liga Sprawiedliwości: Mrok” tradycyjnie wyszli z założenia, że „nie ma DC bez Batmana” usilnie dokooptowując do Ligi Mroku niby to oczywistego lidera – Mrocznego Rycerza. Szkoda, bowiem drużyna mistrzów magii i  jej animowane przygody (z  nieco na siłę doklejoną, tak modną ostatnio kategorią „R”) doskonale obroniłaby się na ekranie telewizora i bez towarzyszącego jej Bruce’a Wayne’a, który

Enklawa to podstawa. Dlatego Mściciele mają swój Nowy Jork, Nieludzie – Attilan, a Ant-Man… mrowisko. Polacy nie gęsi, mają swoją czytelnię komiksów „Nova”, skrywaną przed wzrokiem niewiernych w  bat-jaskini pod Biblioteką Uniwersytecką w  Poznaniu. Dziś jak co miesiąc ten uświęcony przybytek otwiera przed nami swe bezkresne podwoje, aby pochwalić się kolejnym Świętym Graalem komiksu, który czeka na pielgrzymów z całej Polski.

DC REBIRTH: BATMAN #21 Dziś dla odmiany zamiast opasłego tomu prezentujemy wam cieniutki zeszycik. Cieniutki – ale nie tak znowu „cienki”. Jest bowiem parę bardzo interesujących rzeczy związanych z dwudziestym pierwszym numerem bat-serii. Pierwsza to historia „The Button”, która ma swoją kontynuację w komiksie „The Flash” o tym samym numerze. Druga to trójwymiarowa okładka 3D autorstwa duetu Fabok/Anderson. Jednak to co zasługuje na szczególną uwagę to owa tytułowa przypinka „Smile”, którą wszyscy pamiętamy ze „Strażników” Alana Moore’a. Jej niespodziewane pojawienie się w  jaskini Batmana powoduje ciąg bardzo interesujących wydarzeń wykraczających daleko poza świat komiksu. Stało się tak dlatego, że symbol ten jest zastrzeżonym znakiem towarowym, więc okładka nie była dystrybuowana poza obszarem USA. Na szczęście udało się nam ją zdobyć i  jest teraz do Waszej dyspozycji. Aleksander Gniot, Wicedyrektor ds. zasobów


M A G A Z Y N

tak naprawdę na pierwszy plan wysuwa się tutaj tylko na okładce pudełka z płytą DVD (ech, ten marketing), w trakcie filmu ustępując miejsca tym, którzy lepiej rozumieją świat niemożliwy do pojęcia samym rozumem. Film – będąc swoistą nagrodą pocieszenia dla nas, fanów, po zawieszeniu obiecującego projektu aktorskiej „Ligi Mroku” Guillermo del Toro – daje przy okazji do myślenia, czy przygody rymującego czorta i gadającej, bagiennej paprotki nie byłyby lepszym materiałem na hollywoodzką adaptację niż „Legion Samobójców” (zwłaszcza, że i  kompetencji do walki z  Enchantress „mroczni” mają nieco więcej).

Przede wszystkim jednak animacja dowodzi, że niedający się zepchnąć w cień Bruce’owi, grający tutaj pierwsze skrzypce John Constantine nawet pomimo przeszłych niepowodzeń w  kinie i  w  telewizji ma w sobie tyle charyzmy i magnetyzmu uroczego łajdaka, że przy równie udanym castingu jak ma to miejsce w  Marvelu z  powodzeniem mógłby stać się dla Filmowego Uniwersum DC tym, kim dla hollywoodzkiej odnogi Domu Pomysłów są dziś panowie Star-Lord, Tony Stark czy przede wszystkim Doktor Strange. I  tylko szkoda, że przed wypaleniem filmu na płycie DVD twórcy nie poszli po rozum do

głowy i w ostatniej chwili nie wycięli nieco burzącej ogólne, pozytywne wrażenie skrajnie absurdalnej sceny z napastującym Gacka i  spółkę magiczno-demonicznym stolcem(!), któremu za wrota do świata ludzi posłużyła szpitalna toaleta. No cóż, najwyraźniej scenarzysta musiał być pod tak silnym wpływem rapującego demona Etrigana, że czart zdołał z  szelmowskim uśmieszkiem zasiać w jego głowie szaloną inspirację szepcąc mu do ucha słówko „gastryka”, jako rym do „mistyka”…

da się jednak ukryć, że rzeczone cykle są wcale zgrabnym kompendium wiedzy o prezentowanych uniwersach superbohaterskich, z  każdym numerem

konsekwentnie poszerzając wycinek prezentowanego świata. Doskonałym tego przykładem tom „Władcy Losu”, który wysyła nas – a wraz z nami tercet

Liga Sprawiedliwości: Mrok, Warner Bros/Galapagos Films

Trafiła kosa na kamień

Sezon wakacyjny wystartował, a pogoda wciąż w kratkę… O ile jednak w Polsce szalone wahania klimatu to tylko bolączka bieżącego lata, w  filmowym uniwersum herosów studia 20th Century Fox problem ten ciągnie się od… lat. W końcu gdy po fatalnej, „Niefantastycznej” Czwórce z 2015 roku czarne chmury nagle rozwiał Deadpool i wydawało się, że po tak nietuzinkowym obrazie czego, jak czego ale akurat odwagi w produkcji oryginalnych filmów o herosach Marvela studiu już nigdy nie zabraknie, Fox jak gdyby nigdy nic wycofał się na z góry upatrzone pozycje serwując przewidywalną do bólu „Apokalipsę”. Co więcej, gdy w tym roku światełko znów zaświeciło za sprawą wyśmienitego – przełomowego

wręcz jak na kino superbohaterskie – „Logana”, studio znowu zapowiada powtórkę z rozrywki – „Mrocznego Feniksa”, który z  każdym kolejnym newsem i przeciekiem z planu zaczyna przypominać następnego, nudnego klona „Apokalipsy” i  „Przeszłości, która nadeszła”. Wzorem Sienkiewicza aż chciałoby się zakrzyknąć – „Quo Vadis Foksie?” No i cóż, Sienkiewicz się objawił… Tyle, że nie nasz poczciwy Henryk, lecz słynny Bill, który zachęcony opiniami fanów oficjalnie złożył właśnie Foxowi propozycję przygotowania plakatu do horroru „New Mutants”, będącego adaptacją rysowanego przezeń komiksu o młodych herosach Marvela w szponach demonicznego niedźwiedzia. Pytanie tylko, czy biorąc

© 1984 MARVEL

© 2015 20th Century Fox

QUO VADIS FOKSIE?

pod uwagę jak skończyła inna marvelowska produkcja Foxa – tak, ta nieszczęsna „Fantastyczna czwórka” Josha Tranka – do której plakaty również przygotowywał uznany rysownik komiksowy, Bryan Hitch (który na komiksach o pierwszej rodzinie Marvela zjadł zęby) nie powinniśmy się bać, że artysta sprowadzi na młodych mutantów klątwę (zwłaszcza, że w świetle informacji o rezygnacji Rosario Dawson z  roli mentorki X-dzieci można domniemywać, ze z nowymi mutantami też już zaczęło dziać się coś złego...)? Z  obozu „Fantastycznej czwórki” tymczasem również dochodzą niezbyt optymistyczne informacje. Fox za nic w świecie nie zamierza zrzec się praw do ekranizacji jej przygód i zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka” prawdopodobnie podejdzie do tematu jeszcze raz – tym razem (jak głosi plotka) tworząc film dla młodszej widowni, gdzie zabraknie trzonu grupy, tj. małżeństwa Richardsów, zastąpionych przez Foxa… ich dziećmi. I co tu się w sumie dziwić, skoro i sam Dom Pomysłów już najwyraźniej stracił wiarę w swoją markę i  w  ramach inicjatywy „Marvel Legacy” przywraca właśnie zaledwie połowę składu „fantastycznych” na łamach serii „Marvel Two-in-One” dedykowanej jedynie Benowi i Johnny’emu …

© 2017 MARVEL

Różne zdania można mieć na temat popularnych, co(dwu)tygodniowych kolekcji komiksów Marvela i DC obecnych na polski rynku od ładnych kilku lat. Nie


© 2017 DC Comics

pełniących akurat dyżur herosów: Batmana, Zieloną Latarnię i Supergirl – w podróż przez najodleglejsze, często nieodkryte jeszcze przez rodzimego czytelnika zakątki kosmosu DC w poszukiwaniu artefaktu równie potężnego jak młoty i  kostki konkurencyjnego Marvela: Księgi Losu, w  której napisano, co będzie jutro. A że droga daleka i wyboista – przydałby się doświadczony nawigator ze sprawnym, kosmicznym GPS-em. Gorzej, gdy nawigator nagle zniknie z  pola widzenia… Na całe szczęście gdy zabraknie Green Lanterna i jego cudownego, szmaragdowego atlasu, a  Batman zostanie zmuszony przerwać misję aby rozwiązać palący (zwłaszcza jego wnętrzności) problem egzystencjalny: „jak pogodzić człowieka i  maszynę”, w  rezerwie czeka jeszcze pewien przewodnik zastępczy, któremu nie obcy żaden zakątek kosmostrady, a na podróż z którym każda matka bałaby się puścić swoją dorastającą córkę. I właśnie choćby z uwagi na obfitujące w uroczo zabawne dialogi nieokrzesanego Lobo i nie tak znowu niewinnej i uległej Supergirl epizody tej szalonej, kosmicznej bajki warto zaznajomić się z 22 tomem Wielkiej Kolekcji Komiksów DC. Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics # 22 – Odważni i Niezłomni: Władcy Losu, DC/Eaglemoss Polska

Drużyna Młota

© 2017 MARVEL

„Thor Gromowładny” – seria, której pierwszym tom uhonorowaliśmy tytułem „najlepszego komiksu roku A.D.2016” na łamach SHM 1/2017 – powraca z trzecią odsłoną. Wprawdzie już bez wsparcia Esada Ribica (jedynego chyba dziś rysownika, który nie musiałby się wstydzić stając naprzeciwko Alexa Rossa), za to wciąż z niezmiennie bardzo dobrymi pomysłami scenarzysty, Jamesa Aarona: pięknym przesunięciem akcentu z  długowieczności Thora (na której skupiał się w „Bogobójcy” i „Bożej Bombie”) na kruchość życia jego przyjaciół i  wyznawców w  historii otwierającej tom, własną interpretacją prozy Tolkiena („drużyna młota” wynajęta przez mityczną parodię ONZ do walki z  Malekithem) oraz przepyszną, finałową opowieścią o  smoku, który zamiast zionąć ogniem, chędożyć dziewice i pożerać rycerzy wolał… napić się z  bogiem. Pozycja obowiązkowa, zwłaszcza dla znudzonych wysokim stężeniem herosów w trykotach w komiksach Marvela, którzy w dalszym ciągu nie zaglądają na łamy tej serii i nie zawracają bogu głowy swoimi przyziemnymi problemami. (Thor Gromowładny: Przeklęty, MARVEL/Egmont Polska)


Każdy musi od czegoś zacząć: nagrać przebój, ukraść pierwszy milion albo zostać ugryzionym przez radioaktywnego pająka. A jeśli ty nie wiesz od czego zacząć – sięgnij po:

RZ

ICH DWÓCH I KOZA

Superbohaterowie najgorsi na świecie (ale komiks całkiem niezły)

© 2001 DC Comics

© 2009 MARVEL

Może i gwiazdą SHM 3/2017 na pohybel dobremu smakowi uczyniliśmy kozę, ale skoro nie żałowaliśmy tutaj miejsca i  innym milusińskim: żółwiom, xenomorfom i sępom, nie mogliśmy nie wspomnieć również o  najlepszym przyjacielu superbohatera – psie. Zwłaszcza, że jeden taki okaz, Lockjaw – przerośnięty buldog-teleporter z  antenką na czubku głowy – zamierza właśnie odebrać Rocketowi i  Grootowi miano najsłodszej, żywej maskotki Marvela szykując się do debiutu w  produkcji „The Inhumans” (dwa pierwsze odcinki serialu we wrześniu zobaczymy w  polskim Imaksie). Losy Lockjawa, który dorobił się swego czasu własnej drużyny Zwierzo-Mścicieli (seria „Lockjaw and the Pet-Avengers”, gdzie m.in. wraz z Żabo-Thorem tropił błyskotki Thanosa) możemy śledzić ostatnio również na łamach serii „Ms. Marvel” Egmontu, gdzie służy za psa-przewodnika Kamali. W poszukiwaniu ciekawych ras (super)psów warto sięgnąć również po komiksy DC, gdzie czworonogi wspomagają zarówno herosów, m.in. Supermana i Batmana (u których tradycyjnie wszystko pozostaje w  rodzinie: Clark przyjaźni się z  Bruce’em, młody John Kent z Damianem Wayne’em, a superpies Krypto z  nieco mniej „super”, za to równie wyszczekanym Ace’em) czy Aquamana i Lobo (obaj kochają delfiny, ale i  psów – Aquadoga i  Dawga – się nie brzydzą), jak i  łotrów (niecny Ares niedawno podrzucił Młodym Tytanom swojego wygłodniałego „Wonder Doga”). Co więcej, pewien kosmiczny, człekokształtny psiak, G’nort, choć wyjątkowo nierozgarnięty, trafił nawet w  szeregi korpusu Zielonych Latarń (patrz polski „Green Lantern 2/1994”).

Deadpool powinien zacząć się bać. Jego miłośnikom zabaw nadwiślańscy fani, spragnieni równie ab- BDSM) – wszystko to surdalnych komiksów z równie pokręco- sprawia, że pyskaty nym i równie magnetycznym protagonistą najemnik nie wyglą– wręcz przeciwnie. Okazuje się bowiem, da już na jedynego że Wade Wilson nie jest jedyny w swoim w  swoim rodzaju. rodzaju. Ba, podobnych jemu jest co naj- To jednak, co zdecymniej dwóch… dowanie odróżnia Tak samo, jak poza Marvelem i DC istnie- braci od Wade’a  to ją również inne, komiksowe uniwersa, tak fakt, że jest ich dwóch, a zdrowy rozsądek istnieją i inni herosi, którzy zamiast ratować – którego pyskatemu najemnikowi brak – świat, myślą tylko o  pieniądzach, tudzież reprezentowany tu przez bardziej poukłaratują przede wszystkim swoje tyłki, tylko danego Erica, choć w  żadnym razie nie przy okazji – i nie zawsze zamierzenie – ro- jest w stanie dać do myślenia narwanemu biąc coś dobrego dla ludzkości. Ci tutaj, nie- Woody’emu, gwarantuje jeszcze więcej spokrewnieni ze sobą „bracia” Henderso- zabawnych sytuacji, przybliżając komiks nowie, Woody i Eric alias Quantum, ogień już nie tyle do historii Deadpoola, co do i woda, szaleństwo i rozsądek, bohaterami scenariuszy hollywoodzkich komedii klasy zostali tylko przez przypadek i  tylko chęć „buddy movie”: „Bad Boys” czy „Biali nie wyjaśnienia zagadki tajemniczego zabój- potrafią skakać” (która zresztą była inspirastwa ich ojca oraz natury niesamowitych cją dla pierwszej, wydanej jeszcze w 1997 r. mocy, którymi niezamierzenie obdarował inkarnacji serii, której opisywany tutaj tom synów skłoniła ich do założenia trykotu jest remake’iem). Wedle ostatnich donie(który Woody zresztą szybko zdjął). Komik- sień zresztą bracia Hendersonowie równie sowy debiut dwójki herosów i towarzyszą- zamierzają szturmować ekran – wprawdzie cej im broni masowego rażenia zakamuflo- na razie tylko ten mały, za to przy silnym wanej pod postacią… kozy (o której więcej wsparciu innego, bardzo wpływowego rona str. 2 – przyp. red.) niemal na każdym dzeństwa – braci Russo (tak, tych którzy stekroku przywodzi na myśl skojarzenia z De- rują dziś filmowym uniwersum Marvela!). adpoolem. Zastosowany przez scenarzystę Czy najgorsi superbohaterowie świata zabieg (błyskawiczny przeskok do przy- zrobią podobną furorę nad Wisłą jak Deaddługiej retrospekcji wyjaśniającej genezę pool (pierwsze tomy bieżącej serii przygód przedstawionych na początku komiksu bo- Wade’a  musiano dodrukowywać)? Czas haterów, identyczny jak w ubiegłorocznym, pokaże. My trzymamy kciuki – w końcu co filmowym „Deadpoolu”), anturaż herosów dwóch, to nie jeden. No i mają kozę. (Quantum – a przez moment, gdzieś poza kadrem również Woody – nosi strój przyMROCZNE pominający trykot Wade’a, tyle że… w neSEKRETY TOMASZA EDISONA gatywie), absurdalny przeciwnik czer– DALSZE PRZYPADKI piący garściami z historii Ameryki (nie Przygody braci Hendersonów to nie mniej szalona niż „Martwi prezydenjedyny komiks superbohaterski, w którym ci” organizacja niecnych dziedziTomasz Edison i  jego przerażające dziedziców spuścizny Tomasza Edisona, ctwo powraca zza grobu, aby potajemnie która już dawno wynalazła klo- pchać świat do przodu. W świeżutkim tomie nowanie, podróże w czasie oraz serii „Ms. Marvel” Egmontu młodziutkiej Kamali Khan – wspierakrzyżówkę klauna i pająka, tylko nej m.in. przez Lockjawa (tak, tego, o którym mowa w sąsiedniej zwleka z ujawnienie tego światu) kolumnie) – przyjdzie zmierzyć się z równie osobliwym jak pająw połączeniu z tonami wypowia- ko-klauny, papugo-podobnym(!) klonem(!) słynnego wynalazdanych przez równie frywolnego cy, który wpadł na pomysł, jak przerobić dziecko na baterię(!) i  zmusić je do oddania tego, co zabrało społeczeństwu jak Deadpool Woody’ego żartów prowadząc żywot bezideowego konsumpcjonisty(!). (nie upiekło się ani Batmanowi, ani Brzmi przerażająco? Spokojnie, Kamala z  pewnością poskromi papuziego antagonistę w adekwatny sposób. Ot, np. dając mu… „w papugę”.

© 2017 MARVEL

PIESKIE ŻYCIE

© 2017 Valiant Entertainment

ELEMENT

QUANTUM AND WOODY


Rys. G. Kaczmarczyk

© 2017 Sony Pictures/MARVEL

TMNT

Współczesne czasy wymagają współczesnych rozwiązań. Kiedy więc dziś, w epoce schyłku panowania papieru – ofiary e-czytników, torrentów i  uśmiechniętej, „twarzo-książkowej” mordki – nie ma co już liczyć na nakłady, jakie osiągał „Spider-Man” w  pierwszych latach istnienia III RP (nawet pomimo swoistego boomu na komiks, jaki można odnotować dziś nad Wisłą), pewne młode, rodzime wydawnictwo poszło po rozum do głowy sięgając po zdobycze nowego millenium: demokrację i… crowdfunding obywatelski. W  rezultacie, gdy wielcy rodzimego rynku, z  Egmont Polska na czele, w  dalszym ciągu kreują rynek, Wydawnictwo Fantasmagorie postanowiło wsadzić przysłowiowy kij w mrowisko i… oddać komiks w ręce lud. Sukces zbiórki środków na wydanie przygód żółwi ninja – oryginalnego, undrgroundowego komiksu o  czterech „cosplayerach” udających Daredevila, zmutowanych jak Matt Murdock i zdeter-

minowanych do zaciętej walki z „Dłonią” (czy tam ze „Stopą”) – zaowocował właśnie obiecanym przekazaniem władzy w  ręce suwerena, dzięki czemu „Archie” – pierwszy komiks wybrany głosami czytelników – już szykuje się do rynkowej premiery. Tymczasem zanim wydawnictwo ogłosi kolejne głosowanie (żądamy „Księżycowego Rycerza”!) sięgnijcie koniecznie po przygody bezkompromisowych, żółwich superherosów z krwi, kości i  szlamu – jeszcze nie tak słodkich, kolorowych i infantylnych jak te, które znamy z  kreskówek. Oczywiście obowiązkowo posilając się przy lekturze pizzą – dokładnie tak samo jak panowie Eastman i Laird podczas prac na pionierskim komiksem, który raz na zawsze wyrzucił ze słownika powiedzenie „powolny jak żółw”.

© 2017 IDW Publishing/Fantasmagorie

KOMIKS ODDANY W RĘCE LUDU

Dobra rada dachach „mysza”) – przyjmie ofiarowany jej na łamach „Batmana” #24 pierścionek i powie tak? Czas pokaże. Jedno tymczasem już dziś jest pewne: ojcowskie wychowanie już od najmłodszych lat to absolutny mus. Gdyby Thomas Wayne nie zwlekał wszak tyle czasu z rodzicielską radą, biedny Bruce nie męczyłby się tyle lat pędząc żywot zdziwaczałego ascety. A my razem z nim…

© 2017 DC Comics

Piekło zamarzło. Batman – zwykły człowiek w stroju nietoperza, którzy rzucał wyzwanie przestępczości, rozwiązywał tajemnice nie do rozwiązania i ujarzmiał bogów i mitycznych herosów - po latach umartwiania się i brania na swe barki całego zła tego świata postanowił… dobrowolnie przestać cierpieć. A przynajmniej przestać cierpieć w samotności… A wszystko dlatego, że dawno niewidziany ojciec rzekł: „zacznij żyć synu”. Czy Selina Kyle – kobieta, z którą Bruce’a od zawsze łączyło coś więcej niż tylko zabawa w kotka i myszkę (czy raczej kotkę i skaczącego po

WITAJ W DOMU PAJĄCZKU Człowiek-Pająk – nasz ulubiony wesołek w trykocie, któremu buzia nigdy się nie zamyka – wreszcie powrócił tam, gdzie jego miejsce: do Domu (Pomysłów)*. I  dobrze, bowiem po latach duszenia się w  ciasnym – hermetycznym wręcz – i  niezbyt umiejętnie budowanym uniwersum Sony Pictures Spider-Man dzięki przeprowadzce do rozległego i  mocno już rozwiniętego świata filmów Marvela nareszcie rozwija skrzydła (chwilami dosłownie). Historia młodego, jeszcze nieopierzonego Petera Parkera dopiero raczkującego w roli herosa została tutaj tak silnie – a jednocześnie w tak swobodny, organiczny sposób – umocowana na fundamencie znanych już nam wątków z  innych filmów o  zamaskowanych Mścicielach, że jak chyba jeszcze żadna inna produkcja filmowa Marvela przypomina komiksowy pierwowzór, w którym każdy element świata przedstawionego posiada cały wachlarz naturalnych punktów styczności z historiami z  innych jego zakątków. Jest zabawnie (zabawniej – choć może trudno w to uwierzyć – nawet niż na pokładzie statku Strażników Galaktyki), chwilami czuć subtelne ukłony w  stronę komiksowych pierwocin bohatera (zwłaszcza wtedy, gdy młody Pajączek za wszelką cenę chce zostać Mścicielem, podobnie jak w leciwym zeszycie „Amazing Spider-Man #1” sprzed ponad pół wieku gdzie zgłaszał akces do Fantastycznej Czwórki), a główny przeciwnik po raz pierwszy od wielu iteracji kinowego tasiemca Marvela nie jest tylko nadętym, pustym balonem w krzykliwym opakowaniu (ba, po zdjęciu super-stroju Sęp przeraża jeszcze bardziej szaleńczo zdeterminowaną twarzą wyśmienitego Michaela Keatona, nie zamierzając obalić rządu ani puścić z dymem całej galaktyki, a jedynie… okraść tych, którzy wcześniej przykręcili mu kurek z pieniędzmi). W wyścigu o laur dla najlepszego filmu roku wciąż stawiamy na „Logana”, ale dziadek rosomak nie powinien czuć się zbyt pewnie. W lusterku widać już bowiem siedzącego mu na ogonie filmowego Pająka – najlepszego, jakiego tylko mogła zaserwować nam drużyna kinowych magików pod batutą Kevina Feige’a. *chociaż „Homecoming” w tytule filmu tak naprawdę ma zupełnie inne, ukryte znaczenie…


Podobno nie można być tylko trochę w ciąży... Podobno, ale tylko w  normalnym, szarym życiu – w świecie trykotów to co innego. Np. taki Venom – którego solowy film anonsowaliśmy już miesiąc temu – może nie być częścią hollywoodzkiego uniwersum Domu Pomysłów (jak twierdzi szef Marvel Studios, Kevin Feige) jednocześnie jak najbardziej będąc elementem filmowego świata Człowieka-Pająka (co potwierdza Amy Pascal z Sony Pictures), który – mówiąc żargonem matematyków – od dwóch lat znów jest przecież podzbiorem uniwersum Marvela... Masło maślane? Gwałt na logice? No cóż, żadna to niespodzianka patrząc np. na „Agen-

tów T.A.R.C.Z.Y.” i bohaterów Netflixa, którzy na małym ekranie non stop plotkują o tym, co słychać u kolegów z kina, samemu nie mając żadnych szans na sforsowanie bariery wielkiego ekranu, gdzie nikt nie ma pojęcia o  ich istnieniu (pomimo, że „It’s all connected”…). Zresztą czy to ważne, skoro wiemy już na pewno, że Venoma zagra Tom Hardy dając nadzieję na film, w którym nikt nie zdoła (a wręcz nie śmie) podciąć skrzydeł temu niedobremu (jak bywało w przypadku innych łotrów Marvela, m.in. Ronana i Malekitha)? Co więcej, według doniesień „The Hollywood Reporter” na ekranie pojawi się jeszcze jeden symbiont – Carnage! Strzeżcie się więc bywalcy kin – wygląda na to, że w 2018 roku Venom zje wasz... popcorn. P.S. Co ciekawe, podobny film – „Venom/Carnage” – zapowiadaliśmy już 3 lata temu na łamach SHM 2/2014, kiedy to jeszcze Marvel nie bratał się z Sonym, a kinowy Spider-Man – jeszcze z Andrew Garfieldem pod maską – istniał jedynie w swoim własnym, zamkniętym świecie. No cóż – biorąc pod uwagę ile już razy symbionty przechytrzyły los (ot, choćby Carnage – rozpołowiony i  pozostawiony na pewną śmierć w  kosmicznej próżni) jasnym było, że niestraszne im i  hollywoodzkie roszady…

… a Carnage po Eisnera! dla Jokera i wizażystów Killer Croca) dlaczego i tym razem miałoby się nie udać?

© 2016 MARVEL

Wyścig po komiksowe laury im. Willa Eisnera wystartował. Rywalizacja w tym roku zapowiada się wyjątkowo ekscytująco. Nie dość bowiem, że polskich akcentów nie brak (nominacja dla serii „Mockingbird” Kasi Niemczyk), to jeszcze w  szranki stają symbionty wystawiając Michaela del Mundo w  kategorii „Twórca okładek roku” (nominacja m.in. za 9 ilustracji zdobiących zeszyty serii „Carnage”)! A  skoro komiksowi łajdacy coraz częściej zgarniają nagrody (patrz Oscary

© 2016 MARVEL

Symbionty to wszechstronne stworzenia – wzorem wybitnych przedstawicieli epoki renesansu kumulują w sobie całe wachlarze różnych talentów, zdolności w  zakresie plądrowania, mordowania, zastraszania, surwiwalu i kamuflażu podnosząc niemalże do rangi sztuki. Jak jednak każde, niedoskonałe dziecko (nie)boże dzieci Klyntaru wykazują też pewne ułomności… Piętą achillesową Venoma i jego potomków jest muzyka – słoń im na ucho nadepnął i  choć podczas psot namiętnie podśpiewują (patrz SHM 9/2016, gdzie pisaliśmy, co symbiontom w  duszy gra) dźwięków wszelakich tak naprawdę zwyczajnie nie lubią – a wręcz się ich boją! – co dziwne zwłaszcza w  przypadku Carnage’a, który pod swą obślizgłą, szkarłatną powłoką skrywa przecież prawdziwego audiofila (patrz rubryka „Herosi w rytmie Rocka” z SHM 1/2017 gdzie pisaliśmy o miłości Cletusa Kasady’ego do muzyki Anthraxa). Nic więc dziwnego, że czerwony rzeźnik poległ swego czasu w starciu z niemal niemożliwym do pokonania – bo będącym w  swej istocie uosobieniem dźwięku – Ulyssesem Klawem. Wszystkim zaciekawionym, co potrafi ten szaleniec i  jeden z  najwierniejszych nieprzyjaciół króla Wakandy rodem z  niedawno opublikowanego zwiastuna filmu „Czarna Pantera” (o  którym więcej na str. 4 – przyp. red.), jak również wszystkim ubolewającym nad końcem kariery „lepszego” Spider-Mana z  Otto Octaviusem pod maską (o czym więcej na str. 5 – przyp. red.) polecamy lekturę tomu „Superior Carnage”, gdzie obaj panowie biorą w ostre obroty naszego ulubionego, karmazynowego rzeźnika, aby finalnie tradycyjnie przekonać się, że... nie ma lepszego od Cletusa Kasady’ego.

Venom hardo po Oscara…

Tom Hardy Venomem! (Źródło: profil Sony Pictures w serwisie Instagram)

© 2013 MARVEL

Terapia dźwiękiem


Jest jeszcze na tym świecie takie miejsce – mityczna utopia, która wciąż nie zna żadnych granic, mezaliansów i kulturowych różnic. To miejsce – zwane dumnie komiksem – gdzie koegzystują ze sobą postaci „nie z  tej bajki” – gdzie Punisher poluje na Eminema i innych baronów gangsta-rapu, śpiącą królewnę ze snu budzi członek X-Men, a Bruce Wayne przybija żółwia... żółwiom. To miejsce, gdzie każdego dnia stykają się ze sobą...

Chwała weteranom

Ridley Scott – człowiek, który chyba jako pierwszy w historii kina w tak dosadny i  przerażający sposób ucieleśnił na ekranie strach – powrócił do prac nad sagą o  Obcym. Niestety, zgodnie z twierdzeniem, że „dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki” powrót trudno uznać za udany… Cóż bowiem z tego, że bohaterowie drą się w  niebogłosy, posoka tryska strumieniami a poczwary rozrabiają aż miło, skoro jakichkolwiek zaskoczeń i  niespodzianek w  obrazie „Obcy: Przymierze” brak. Praktycznie każdy z  – niby to niespodziewanych – zwrotów akcji na ekranie podziwiać można było już wszak nie jeden raz w poprzednich odsłonach sagi. W efekcie to, co powinno – i mogłoby – przerażać niemiłosiernie nudzi wywołując jedynie efekt męczącego deja vu. Co ciekawe, na problem powtarzalności cierpi również wcale bogaty zbiór komiksowych potyczek Obcych z bohaterami uniwersum DC, którym kosmici upuścili nieco krwi. O tym, jak w starciu z Xenomorfami radził sobie Superman i dlaczego będąc niezniszczalnym miał w  ogóle jakikolwiek problem ze stadem zazwyczaj niestrasznych mu stworów pisaliśmy na łamach pierwszej odsłony niniejszej rubryki (w  SHM 6/2016 – przyp. red.). Historia „rozładowanego” (jak to bywa w  przypadku wszystkich baterii słonecznych) Kryptonijczyka najwyraźniej posłużyła za inspi-

rację architektom kolejnej kolizji światów DC i Dark Horse – starcia Zielonej Latarni z  Obcymi, gdzie szmaragdowy rycerz, aby doświadczyć jakiegokolwiek zagrożenia ze strony poczwar musiał tak jak Superman zostać pozbawiony mocy (w tym przypadku jednak nie przez rozładowanie pierścienia, lecz… na skutek jego zgubienia). Ofiarą problemu zjadania własnego ogona przez scenarzystów padł również Batman, którego nieustannie zmuszano do pojedynkowania się z  hybrydami obcych i  innych, równie zabójczych stworzeń. Podczas pierwszego spotkania Bruce próbował więc „tresury” krzyżówki Obcego i aligatora, co niejako powtórzył później na łamach miniserii „Batman/Aliens II”, gdzie mierzył się z hybrydą Obcego i Killer Croca, jak również z  krzyżówkami Xenomorfów i  innych penitencjariuszy zakładu Arkham, w  tym m.in. z  dziwacznym mariażem Obcego i Jokera. Ten ostatni włodarzom firmy Neca – producenta zabawek – przypadł do gustu tak bardzo, że jeszcze w tym roku planują wypuścić na rynek figurkę z  jego podobizną (szczegóły na stronie necaonline.com – przyp. red.). Niedopieszczonym tegoroczną, kinową odsłoną „Obcego” oraz wszystkim znudzonym powtarzalnością pomysłów scenarzystów polecamy więc perełkę z  odmętów undergroundu – docenioną przez tuzy komiksu i kina (m.in. Alexa Rossa i  Kevina Smitha) krótkometrażową, fanowską produkcję „Batman: Dead End” (do obejrzenia m.in. na YouTube), gdzie nieszczęsny Mroczny Rycerz zatraciwszy się w pogoni za Jokerem trafia na miejsce polowań Predatorów, stając oko w oko z ich zwierzyną łowną: Obcymi!

© 2003 Level 7/Montauk Films/NBV Productions

© 2000 DC Comics

OBCY (NIEOBCY) W UNIWERSUM DC

© 2017 MARVEL

Rok Venoma w komiksie trwa na całego: Eddie wrócił do gry, komiksowy świat Marvela lada moment zmieni się w  uniwersum czarnego symbionta (event „Venomverse”), a  na horyzoncie majaczy widmo obiecującego filmu o  rzeźnikach z  planety Klyntar. Nie zmienia to jednak faktu, że przesadnie skupiony na operacji przywracania blasku symbiontom Marvel zachował się co najmniej nieelegancko w  stosunku do Flasha Thompsona ustępującego z roli „pilota” Venoma. Nie dość bowiem, że kilka miesięcy musieliśmy czekać na wyjaśnienie tajemnicy nagłego zniknięcia Flasha, to jeszcze ledwie kilkustronicowe rozwiązanie zagadki z  jubileuszowego „Venoma #150” – gdzie Flash traci symbiont na skutek postrzału z eksperymentalnej broni FBI – trudno uznać za godne pożegnanie z  wieloletnim gospodarzem stwora i bądź co bądź zasłużonym dla kraju, kalekim weteranem. Dobrze, że przynajmniej szacunek Flashowi stara się oddać jego następca (a jednocześnie poprzednik, co w pokręconej biografii Eddiego zresztą jest normalne – był już wszak i Venomem, i jego wnukiem…) skutecznie eliminując z  gry Jacka O’Lanterna (łotra, który dał się mocno we znaki duetowi Flash/Venom) na łamach nadchodzącego, pierwszego numeru „Venomverse”. Marvelu, teraz twoja kolej – prosimy o  nieodsyłanie Flasha na emeryturę i zapewnienie mu jakiegoś nowego, godnego miejsca pracy w komiksie.

© 1997 DC Comics

© 2017 MARVEL

ODRĘBNE ŚWIATY


M A G A Z Y N

© 1989 MARVEL

OKŁADKOWE

D E JAV U

Co czujesz sięgając po komiks? Siłę i moc? Podniecenie na myśl o zbliżającej się lekturze? Dumę z faktu dokonania trafnej inwestycji? Nie zawsze... Patrząc na okładkę komiksu często czujesz wszak coś jeszcze – coś, co nie daje ci spokoju tłumiąc wszelką radość z konsumpcji sztuki. To kłujące w boku, dziwnie znajome przekonanie, że… gdzieś już to widziałeś. Czujesz się oszukany? Myślisz, że autor to zwykły złodziej pomysłów? Niepotrzebnie. Niektóre okładki bowiem – tak jak słynne dzieła równie słynnych malarzy – aż proszą się aby trafić do kanonu. A nie ma lepszego sposobu na zapewnienie dziełu nieśmiertelności niż złożenie mu hołdu i uczynienie go… lejtmotywem kolejnych dzieł popkultury.

THE AMAZING SPIDER-MAN #316: WYJŚCIE Z MROKU

© 2006 MARVEL

okładkach komiksowych – głównie tych z Venomem, choć nie tylko. W  sierpniu 2012 r. na okładce „Spawna” #222 ilustrację po raz kolejny odtworzył sam mistrz Todd, tym razem w  rolach Spaidey’ego i  Venoma obsadzając Czarci Pomiot i  rogatego Tremora. Rok później dwukrotnie hołd okładkowemu debiutowi Venoma składali artyści Marvela: na limitowanej okładce „Superior Spider-Mana” #317 Mike’a  McCone (Venoma zastąpił tu Pająk z  przyszłości) oraz na okładce wydania zbiorczego historii „Venom: Toxin with a  Vengance” (gdzie – co ciekawe – bohater pierwowzoru powracał zarówno w pozycji ofiary – którą odtwarzał Venom

© 2016 MARVEL

© 2016 DC Comics

© 2012 Image Comics

© 2017 MARVEL

14

© 2013 MARVEL

obok). Szczególną uwagę naszej redakcji zwrócił jeden z wariantów jubileuszowego, 150 numeru „Venoma”, będący hołdem dla oryginalnej ilustracji Todda McFarlane’a  z  okładki „TASM” #316 – pierwszej w  historii okładki, na której w  pełnej okazałości objawił się Venom. Trzeba bowiem pamiętać, że o  ile po raz pierwszy uśmiechniętego Eddie’ego w czarnym stroju ujrzeliśmy na ostatniej stronie „TASM” # 299, o tyle z mroku na światło dzienne – to jest na front zeszytu – trafił dopiero 17 numerów później. Venom górujący nad bezbronnym Pająkiem od lat jest popularnym lejtmotywem reinterpretowanym na kolejnych

Marvel świętując powrót swojego syna marnotrawnego Eddiego Brocka do roli „Morderczego obrońcy” (o którym od kilku numerów wspominamy na łamach rubryki „Symbiont Corner”) serwuje nam w  ostatnich miesiącach całe multum atrakcji powitalnych, m.in. nachodzący, wielki event „Venomverse”, dziesiątki wariantów okładkowych przedstawiających przeróżnych herosów Marvela z czarnym symbiontem na karku oraz całą armadę okolicznościowych ilustracji okładkowych serii „Venom” – zarówno zupełnie oryginalnych jak i  tych dziwnie znajomych (patrz ramka „Reanimacja trupa” na stronie


DZIEDZICTWO MARVELA

© 2013 Papercutz

© 2015 Counterpoint

© 2017 MARVEL

© 2017 MARVEL

Komiks superbohaterski, choć poprzez liczne tytuły o drużynach herosów („Avengers”, „Justice League”, „X-Men”) promuje przyjaźń, współpracę i  tzw. „team spirt”, tak naprawdę z  przyjaźnią ma niewiele wspólnego. Wręcz przeciwnie – to arena ciągłych, zaciętych walk, toczonych między wydawnictwami, które nie dość, że nawzajem podkupują sobie pracowników, to jeszcze targane są ciągłymi rozłamami na skutek konfliktów z artystami utyskującymi na finanse i ograniczanie wolności twórczej… Jeden z  najsłynniejszych rozłamowców, Todd McFarlane (tak, tego panu chyba już nigdy nie zabraknie na łamach tej rubryki…) swego czasu głośno trzasnął drzwiami biura Domu Pomysłów i wraz z kolegami założył własne wydawnictwo, skutkiem czego jego prace od lat nie pojawiają się już na okładkach Marvela. A przynajmniej tak było do dzisiaj…. Oto bowiem Marvel nie mogą liczyć na wsparcie mistrza Todda w  kampanii promocyjnej powrotu Eddiego Brocka za stery Venoma (którego McFarlane był przecież współtwórcą) postanowiło zagrać mu na nosie i  wyegzekwować jego udział w  inny sposób – odrestaurowując stare ilustracje Todda, skutkiem czego pierwszy w historii rysunek

Venoma (z „TASM” # 299) po podrasowaniu trafił na okładkę pierwszego numer nowej serii „Venom”, a kolejny – na limitowany wariant numeru szóstego (tego, w  którym Brock znów wskakuje w  symbiotyczne kalesony). Oba odgrzewane kotlety trafiły na rynek w  mocno limitowanym nakładzie, dlatego aby je zdobyć, trzeba najpierw… sprzedać samochód (i  to niezbyt stary). Todd nie pozostawił oczywiście ruchu Marvela bez komentarza, dając do zrozumienia, że przez 20 lat mocno się rozwinął i mógłby narysować coś o wiele lepszego. Czego naturalnie nie zrobi, zgodnie z głoszoną od lat przez siebie zasadą, że dla konkurencji tworzył już nie będzie…

© 2017 MARVEL

P.S. Nie, nie mamy bzika na punkcie Todda McFarlan’e i wcale nie faworyzujemy jego prac na łamach „Lejtmotywu”. To w  końcu nie nasza wina, że popełnił tyle kultowych dzieł, które dzisiaj tak namiętniej kopiują jego następcy… Obiecujemy jednak, że bohaterem kolejnej odsłony niniejszej rubryki będzie motyw z  portfolio zupełnie innego artysty. Nie możemy jednakże zagwarantować, że wśród przytaczanych reinterpretacji nie pojawi się kolejne, małe „co nieco” spod ręki Todda – człowieka, który nawet jeśli nie wymyślił wszystkich okładek w historii komiksu, to na pewno odwzorował je później na łamach „Spawna”…

nalnej numeracji zeszytów (na wzór serii „Detective” i „Action Comics” od DC). Co więcej, łechcąc nostalgię czytelników każdą z  53 serii komiksowych Dom Pomysłów opatrzy specjalnym wariantem okładkowym, będącym hołdem dla oryginalnych okładek z  przeszłości (a jednocześnie doskonałym paliwem dla kolejnych odsłon niniejszej rubryki!). Pośród serii reinterpretacji klasyków znajdziemy hołd dla rozbieranej dziś przez nas na czynniki pierwsze ilustracji Todda McFarlane’a  (na okładce serii „Spider-Gwen”), jak również ukłon w stronę bohatera pierwszego odcinka „Lejmtotywu” (okładka serii „Blacka Panther” wzorowana na „The Incredible Hulk” #340). O  kolejnych reinterpretacjach klasyków z  serii „Marvel Legacy” wspomnimy już za miesiąc.

REANIMACJA TRUPA

© 2017 MARVEL

© 2013 MARVEL

z Flashem Thompsonem pod maską, jak i jako oprawca – którym tu również był Eddie Brock, tyle że z innym symbiontem na karku). Venom powracał jeszcze co najmniej dwa razy na okładkach będących hołdem dla oryginału – jako gnijący zombie na jednej z  okładek serii „Marvel Zombies” oraz jak VenomPool na froncie limitowanej edycji „Deadpool: Back in Black” #1. Uczucia deja vu doznać mogliśmy również patrząc na okładki komiksów innych wydawnictw: niedawną, limitowaną okładkę „Harley Quinn” #1 słynnego Francisa Manapula (z  Harley i  Jokerem w  charakterystycznej relacji ofiara-oprawca), „WWE” #1 (komiksu z  popularnymi wrestlerami federacji WWE, Markiem Henrym i Johnem Ceną) oraz na jeden z licznych wariantów undergroundowego komiksu „Do you Pooh?” Marata Mychaelsa o  przygodach krzyżówki Deadpoola i… Misia Puchatka (któremu na okładce towarzyszył Venomo-Tygrysek!)

Choć w ostatnich latach liderzy komiksowego rynku znacząco odmienili oblicza swoich uniwersów: DC budując swój świat od nowa pod szyldem „New 52”, Marvel – masowo zmieniając tożsamość, płeć i kolor skóry swoich ikon w ramach inicjatywy „Marvel Now!”, jedna rzecz od zarania dziejów komiksu nie podlega żadnym zmianom: jedni na potęgę papugują drugich. Kiedy więc DC precyzyjnym, chirurgicznym cięciem odcięło się od znielubionych przez czytelników zmian powracając do korzeni inicjatywą „DC Rebirth”, Marvel wystraszony głośnym pomrukiem głosujących portfelem konserwatystów jota w jotę robi dziś dokładnie to samo, pod szyldem „Dziedzictwo Marvela” zapowiadając powrót oryginalnych herosów, „corner-boxów” (obrazków z wizerunkiem herosa w  lewym górnym rogu okładki) i  orygi-

P.S. Oj, najwyraźniej Marvel mocno cierpi na deficyt legendarnych artystów w swoich szeregach. Oto bowiem w  podobny sposób jak z  Toddem wydawnictwo postąpiło właśnie z  kolejnym rozłamowcem, Jimem Lee – dziś jednym z  szefów konkurencyjnego DC – udając, że ten wciąż tworzy dla Domu Pomysłów i  przygotowując szereg specjalnych wariantów okładkowych na bazie stareńkich ilustracji Jima z kolekcjonerskich kart z „X-Men”. Oj nieładnie Marvelu, nieładnie…


M A G A Z Y N

Co jednak szczególnie zaskakujące, żaden z większych portali komiksowych zdaje się nie zwracać uwagi na to, co dzieje się na dalszym planie, nie dostrzegając, że okładka jest… kolejnym, tak pożądanym na łamach niniejszej rubryki hołdem dla nietuzinkowej ilustracji z przeszłości! Logana, ten sam krzyż w kształcie litery „X” i krążącego nad nim jak nad mitycznym Prometeuszem sępa widzieliśmy już wszak na okładce „Uncanny X-Men #251” autorstwa Marca Silvestriego, która zresztą według słów reżysera Jamesa Mangolda posłużyła mu za silną inspirację dla sceny wieńczącej tegoroczny, wyśmienity film „Logan: Wolverine” z „pomnikiem” w  kształcie litery „X” naprędce postawionym Loganowi przez Laurę (Donalda Pierce’a  jako przeciwnika staruszka Logana reżyser zapożyczył zapewne zresztą również z tego komiksu). Co ciekawe, ilustracja Silvestriego – którą jej słynny autor odtworzył 25 lat później na okładce komiksu „Witchblade #170” (krzyżując bohaterkę na pomniku w kształcie litery „W”) – sama też wydaje się być silnie inspirowaną innym dziełem: okładką piątego numeru serii „Savage Sword of Conan” z 1975 r. z tytułowym Barbarzyńcą ukrzyżowanym na Drzewie Niedoli, obowiązkowo przy aprobacie szykującego się do uczty sępa (miłośnicy wojownika z Cimmerii obrazek ten powinni zresztą dobrze pamiętać również z kultowego filmu „Conan” z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej). Okazuje się więc, że czasem warto spojrzeć na drugi – a nawet trzeci – plan. Tam też kryje się wiele niespodzianek.

© 2017 Image Comics

TYLKO KROWA NIE ZMIENIA POGLĄDÓW…

MY ZMIENIAMY SIĘ DLA CIEBIE!

Zeskanuj kod telefonem (lub wpisz w przeglądarce internetowej adres: superhero.com.pl/ankieta) i daj nam znać, co sądzisz o SuperHero Magazynie! 16

© 2007 MARVEL

„Rozdziobią nas kruki i wrony…” – rzekł swego czasu pewien klasyk. Ów mądry wieszcz z  ludu Kraka doskonale wiedział bowiem, ze w nagrodę za wylewane każdego dnia siódme poty, regularnie upuszczaną krew i wszelkie pożytki, jakie czerpie z naszej obecności ludzkość wszystkich nas – superbohaterów – czekają jedynie kolejne, jeszcze większe cierpienia. Wiedział, że tak samo jak nasz wielki przodek, Prometeusz, w nagrodę za transfer bożej iskry z nieba na łaknącą ognia ziemię, tak i my za ochronę świata przed Galactusem zostaniemy kiedyś rzuceni na pożarcie wygłodniałym sępom, czego krótkowzroczna ludzkość nawet nie raczy zauważyć, z klapkami na oczach bezmyślnie powtarzając jedynie jak mantrę: „zdradził, czy nie zdradził?”… „Sekretne Imperium” Kapitana Hydry niczym lawina pustoszy właśnie oniemiałe z  przerażenia uniwersum Marvela. Z każdym kolejnym miesiącem poznajemy kolejne elementy układanki, coraz wyraźniej formują się również strony konfliktu, w  którym wbrew pozorom nie wszyscy zamierzają stanąć po właściwiej stronie (Franku Castle – czyś ty na głowę upadł!?). Oliwy do ognia dodała ostatnio kolekcjonerska okładka trzeciego numeru miniserii „Secret Empire”, na której Spider-Man z  niespecjalnie skrywanym entuzjazmem przygląda się jak oddziały Hydry atakują Staruszka Logana, sugerując – ku wielkiemu oburzeniu komiksowej e-prasy zza oceanu – że podobnie jak w przypadku pierwszej „Wojny Domowej” i teraz Peter wybrał niewłaściwą stronę konfliktu…

Na łamach „Lejtmotywu” niejednokrotnie dowodziliśmy już (i zrobimy to jeszcze nie raz), że Todd McFarlane to artysta, który jak mało kto, niemal seryjnie produkuje okładki wzorowane na popularnych motywach komiksowych (zarówno tych ze swojego autorskiego archiwum, jaki i tych z portfolio kolegów po fachu), liczebnością serwowanych interpretacji narażając się na posądzenie o pracę w trybie „na akord”. A jak wskazują podręczniki z  zakresu zarządzania – tam, gdzie praca na akord, tam zwiększone ryzyko błędu. Pomylił się więc w ferworze kopiowania ostatnio i mistrz Todd. Niedawną, jubileuszową reedycję pierwszego numeru „Spawna” artysta opatrzył bowiem okładką wzorowaną na frontowej ilustracji pierwszego numeru serii „Ultimate Spider-Man”, inspirację błędnie przypisując jednak nie autorowi oryginału, Joe Quesadzie (ku jego wyraźnemu rozbawieniu, sygnalizowanemu w mediach społecznościowych), lecz Markowi Bagleyowi (który notabene był autorem ilustracji znajdujących się wewnątrz „USM #1”, a kilka lat później sam pokusił się o reinterpretację oryginału na okładce „USM #104”). I  tak to panowie artyści w swoim zamkniętym kółku wzajemnej adoracji nieustannie składają sobie hołdy, od nadmiaru kurtuazji i krążących po rynku kopii najwyraźniej czasem samemu już nie wiedząc, kto zacz…

© 2000 MARVEL

ROZDZIOBIĄ NAS KRUKI I WRONY

© 1975 MARVEL

© 2013 Top Cow

© 1989 MARVEL

© 2017 MARVEL

PRACA NA AKORD


KĄCIK KOMIKSOWEGO AUDIOFILA

Z MUSZLI NA STADIONY nało raczej występy niezdarnego, mocno ugrzecznionego boys-bandu dla dzieci. W mrokach undergroudu zdecydowanie za to pozostał żółwi arcywróg, „Zakuty Łeb” (ang. „Metalhead” będące również potocznym określeniem ortodoksyjnego miłośnika muzyki metalowej), na którego cześć grupa Ravage w  2009 r. popełniła całkiem zgrabną, thrash-metalową petardę o  oczywistym tytule… „The Shredder”. Co ciekawe zwrot „shredder” to również popularny w  świecie gitarowego grania termin określający wirtuoza gitary elektrycznej wygrywającego partie solowe z prędkością światła, czy raczej… każącej pięści (i stopy!) Oroku Sakiego.

© 1990 Pizza Hut

Każdy początkujący artysta marzy, aby opuścić kiedyś garaż i trafić do mainstreamu… Udało się to pizzożernym żółwiom ninja, które z undergroundowego komiksu (o  którym więcej na str. 17 – przyp. red.) trafiły najpierw na mały i  duży ekran, a następnie również na stadiony, w ramach trasy koncertowej „The Comming Out Of Their Shells” organizowanej przez… a  jakże, producenta pizzy, firmę Pizza Hut. Niestety, pomimo dzierżonych w rękach gitar żółwiom nie udało się dobić nawet do poziomu tak popularnego wówczas – i  niespecjalnie akceptowanego przez środowisko – zespołu Bon Jovi, bowiem objazdowe przedstawienie bardziej niż rockowy koncert przypomi-

CHRIS CORNELL (1964 -2017) Kiedy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczytywaliśmy się komiksami TM-Semika w świecie rocka niepodzielnie panował Grunge, a – wówczas jeszcze muzyczna – stacja MTV namiętnie serwowała teledyski długowłosych muzyków z Seattle. Niestety dziś, po upływie ćwierćwiecza powoli żegnamy się z dziećmi „flanelowej rewolucji” – do przedwcześnie „poległych”, m.in Kurta Cobaina, Layne’a  Stayley’ego i  Scotta Weilanda dołączył właśnie nieodżałowany Chris Cornell z  grupy Soundgarden, której hity „Outshined” i „Spoonman” towarzyszyły nam podczas lektury

Najlepsza oferta komiksów z USA

komiksów. Chrisa zapamiętamy również jako członka naszej superbohaterskiej społeczności za sprawą utworu „Live to Rise”, którym wraz z reaktywowanym po latach zespołem promował w  2012 r. premierę filmowych „Mścicieli” Jossa Whedona.

Sprawdź na www.multiversum.pl

Chris Cornell w teledysku „Live to rise”, źródło: Soundgarden VEVO/YouTube

Przemysł muzyczny w XXI w. ugiął się pod pręgieżem e-reformatorów – „empetrójki” i  jej młodszych następców, mediów streamingowych – i  zmienił reguły gry. Dziś, gdy cała muzyka tego świata beztrosko „wisi” sobie na darmowym YouTube nie wystarczy już wszak nagranie przełomowej płyty, aby ta morzem gotówki z tantiem zalała jej autora finansując drogie samochody, wille i spokojną jesień życia. W czasach, kiedy srebrne krążki sprzedają się w nakładach symbolicznych pieniędzy trzeba więc szukać gdzie indziej – na niekończących się trasach koncertowych. Superbohaterowie – przynajmniej ci spod szyldu Valiant Comics – nauczeni bolesnym przykładem tułających się po klubach rockmanów najwyraźniej zawczasu postanowili wyprzedzić e-rewolucję zanim ta dokona spustoszenia również na łamach komiksu i… dołączyli właśnie do muzyków na trasie po USA. W  rezultacie objazdowej imprezie rockowej Vans Warped Tour’17 oprócz rzeszy zespołów towarzyszyć będzie również specjalna oprawa graficzna z  czołowymi gwiazdami Valianta, m.in. Quantumem i  Woodym (tak, tymi dwoma wesołkami z  okładki), Faith (rysowaną ostatnio również przez Kasię Niemczyk) i Bloodshotem (który podobno również szykuje się do debiutu nad Wisłą). Czekamy więc już tylko, kiedy i nasze, rodzime gwiazdy rocka zapakują komiksy do autobusu przed wyjazdem w trasę.

ROCKA

© 2009 Metal Blade Records

© 2017 Valiant Entertainment/Vans

LIVE HEROSI VALIANTA

HEROSI W RYTMIE


M A G A Z Y N

Pamiętaj! SuperHero Magazyn możesz także zamówić w wersji papierowej!

Wydania papierowe dostępne są w kilku wersjach okładkowych i dwóch formatach. Znajdziesz w nich także ciekawe dodatki, np. plakaty lub naklejki.

Zamówienia numerów drukowanych w ramach preorderu na stronach gildia.pl

ANKIETA TYLKO KROWA NIE ZMIENIA POGLĄDÓW…

MY ZMIENIAMY SIĘ DLA CIEBIE! Zeskanuj kod telefonem (lub wpisz w przeglądarce internetowej adres: superhero.com.pl/ankieta) i daj nam znać, co sądzisz o SuperHero Magazynie!

18


W numerze 3/2017

19


SuperHero Magazyn 3/2017  

Każdy – nawet legenda. Pytanie tylko jak będzie wyglądał świat, gdy najbardziej prawy z prawych, wzór nad wzorami – jego nieskazitelna super...

Advertisement