Issuu on Google+

Ogólnoposki Magazyn Literacki

zima 2010 / cena 0 zł (0%VAT) / ISSN 0812-1986


2  Dytyramb nr 2


Magazyn Literacki  3


Spis treści

4 5

Konkursy Poezja XXVI Łomżyński Konkurs Recytatorski Poezji Współczesnej. Konkurs Haiku Wiersze w Metrze XIII Wojewódzki Konkurs Poetycki im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego

Imprezy

Festiwal literacki Ha!wangarda. Kraków-Krzeszowice Łabuź Leona. Ostatni numer Prywatnego Okazjonalnika Literackiego.

Jesienne Spotkanie z Poezją

4  Dytyramb nr 2


19 21

PRZYPADŁOŚCI I BÓLE PISARZY Leon Zdanowicz

22 23 24 25

ROZSTRZELAĆ POLONISTKI Anatol Ulman

26 27 28 29

TYRMAND NIE BYŁ BIKINIARZEM z Mariuszem Urbankiem rozmawia Beata Gigiel

30 31

SZEKSPIR? TO NIE ON! Janusz Rudnicki

32 33

KONIEC PROMOCYJNYCH CEN BESTSELLERÓW? Łukasz Badula

36 37

MARIO VARGAS LLOSA

Felieton

Telegram

Recenzja RETRO DO POTĘGI Tadeusz Cegielski, Morderstwo w alei Róż.y

Magazyn Literacki  5


Konkursy

XXVI Łomżyński Konkurs Recytatorski Poezji Współczesnej.

Teatrzyk żywego słowa “Logos” i Klub Garnizonowy Łomża zapraszają do udziału w 26 łomżyńskim konkursie recytatorskim młodzież gimnazjalną. Recytator do konkursu przygotowuje dwa utwory poetyckie (poezja polska od 1945 roku), w tym jeden obowiązkowo Beaty Obertyńskiej. Koncert finałowy odbędzie się w sobotę 4 grudnia 2010 r. w Łomżyńskim Klubie Garnizonowym

Zgłoszenia należy przesyłać na adres: logoslomza@wp.pl

1 września - 8 października 2010 lomza24.info

Konkurs Haiku Wiersze w Metrze

XIII Wojewódzki Konkurs Poetycki im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego

W ramach kampanii Wiersze w Metrze 2010 - wystarczy napisać trzywersowe (5-7-5 sylab) haiku poświęcone ulubionemu miastu. Do wygrania odtwarzacze MP3 oraz aplikacje World Traveler. Najlepsze haiku znajdą się również na wystawie w pasażu stacji Metro Centrum w Warszawie.

Konkurs adresowany jest do dzieci i młodzieży od 9 do 19 lat, głównie mieszkańców Łodzi i województwa łódzkiego. W konkursie mogą brać udział również osoby spoza województwa łódzkiego. Warunkiem przystąpienia do konkursu jest zgłoszenie przez jednego autora zestawu 3 wierszy o dowolnej tematyce, nigdzie nie publikowanych i dotychczas nie nagradzanych w innych konkursach.

Zgłoszenia należy przesyłać na adres: haiku@wierszewmetrze.eu

Zgłoszenia należy przesyłać na adres: Miejska Biblioteka Publiczna 95-035 Ozorków, ul. Listopadowa 6b

20 sierpnia - 30 września 2010 www.wierszewmetrze.eu

6  Dytyramb nr 2

1 września - 8 października 2010 www.mbp.ozorkow.net


Magazyn Literacki  7


8  Dytyramb nr 2


Imprezy

Festiwal literacki Ha!wangarda. Kraków-Krzeszowice Ha!wangarda ustawia się pod prąd napompo-­wanym budżetowo i medialnie festiwalom­Krakowa. Tematem festiwalu są aktualne zjawiska awangardowe, które Ha!art progra­mowo wprowadzał i promował w trakcie ostatniej dekady. Projekty niekomercyjne, niskobudżetowe, niemedialne, które konsekwentnie zmieniają obraz najnowszej literatury: liberatura, hiperteksty, cyberpoezja, story art, poezjografia, remiksy literackie.

Na wszystkie imprezy wstęp bezpłatny. Kraków -Krzeszowice

29 sierpnia - 3 września 2010 www.ha.art.pl

Łabuź Leona. Ostatni numer Prywatnego Okazjonalnika Literackiego. “Łabuź Leona” - ostatni numer Prywatnego Okazjonalnika Literackiego. Ponad 300 stron o życiu i twórczości Leona Zdanowicza - poetyckiego kronikarza Pomorza, redaktora „Łabuzia”, wroga gnuśności i zakłamania. Do nabycia od 14 czerwca w Księgarni Współczesnej w Łodzi.

Jesienne Spotkanie z Poezją Stowarzyszenie Przyjaciół Kultury Otwockiej oraz Klub Literacki Poczekalnia zaprasza na Jesienne Spotkanie z Poezją. Impreza odbędzie się 25 listopada 2010 roku w Otwocku. W programie Turniej Jednego Wiersza oraz Prezentacje Młodych Twórców Wystąpią: Adrian Gronek, Gosia Zalewska, Agnieszka Wojciechowska, Natalia Oses, Marcin Jedynak, Agnieszka Wojtacka.

Zamówienia należy przesłać na adres: wspolczesna@op.pl do nabycia od 10 października 2010 www.lenonkrol.pl

Zamówienia należy przesłać na adres: spotkania@spotkaniawotwocku.pl

25 listopada 2010 www.spotkaniawotwocku.pl

Wszystkie imprezy odbywają się pod patronatem Magazynu Dyty/ramb. Nagrodzeni w konkursach uczestniczy mają szansę znaleźć się na łamach naszego magazynu! Zachęcamy do wzięcia udziału!

Magazyn Literacki  9


Lipska Ewa Chodzi o to

Chodzi o to by wiedzieć czy z ust wydobywają się jeszcze słowa słowa słowa czy tylko kamienna fontanna z której zsuwa się liść.

10  Dytyramb nr 2


12  Dytyramb nr 2


Magazyn Literacki  13


Wisława Szymborska Lepieje

lepiej złamać obie nogi, niż miejscowe zjeść pierogi.

14  Dytyramb nr 2


lepiej mieć życiorys brzydki, niż tutejsze jadać frytki. lepiej w glowę dostać dragiem, niż się tutaj raczyć pstrągiem.

lepiej mieć horyzont wąski, niż zamawiać tu zakąski.

Magazyn Literacki  15


16  Dytyramb nr 2


Magazyn Literacki  17


18  Dytyramb nr 2


Felieton

PRZYPADŁOŚCI I BÓLE PISARZY Leon Zdanowicz

Kto sądzi, że pisarstwo - pośród innych działań twórczych - jest aktem bezproblemowym, myli się. Kto przypuszcza, że umiejętność pięknego zaczerniania papieru nic nie kosztuje, myli się. Kto podejrzewa, iż pisanie przychodzi łatwo, przyjemnie, a może nawet i zdrowo, jest w błędzie. Świadome pisanie, twórcze pisanie, zawsze łączyło się (i łączy nadal) z bólem rzeczywistym lub wyimaginowanym. Jest dziedziną, gdzie łacno przenikają się kabotynizm z mizerią, chwała etycznej potyczki z dwuznaczną moralnością, wysoki artystycznie zamiar z banalną ekspiacją niemożności Jasna niczym słońce dla każdego pisarza jest tęsknota stworzenia dzieła jeśli nie wiekopomnego, to choćby strawnego i pokupnego. A cała ta chętka okupiona bywa rozmaitymi przypadłościami. Ów obszar, mało dotąd rozpoznany, aż się prosi o to, by go - rozczłonkowując - nazwać po imieniu, opisać, przyszpilić. Wszak tym, którzy cierpią za miliony, także należy się odrobina krytycznej uwagi. A zatem: literackim nawiedzeńcom, hipokrytom słowa oraz różnej maści popaprańcom pisarskim obojga płci niechaj chwała będzie i cześć! Poniżej krótki spis, niektórych przypadłości pisarzów. ciąża urojona - zwodniczy stan długiego dojrzewania pomysłu (np. powieści), zakończony brutalną prawdą o złudzie tegoż; póki co jednak pisarz usiłujący donosić ciążę urojoną zdradza wszelkie objawy ciąży rzeczywistej (maślany wzrok, zwiększone łaknienie, grymasy, ect.) drżączka - niemal febryczne drżenie wywołane lękiem inicjacji nowej powieści, którą uśmierzyć może jedynie kilka szklanek czerwonego wina lub nabranie głęboko powietrza i skok na główkę w głębinę oczekującej prozy euforia pourazowa - stan gwałtownego podniecenia wywołany urazem, jakim jest ukończenie w mękach tworzonego dzieła, na ogół poprzedzający frustrację pourazową, opisaną poniżej frustracja pourazowa - dół psychiczny, czyli zapaść po minięciu euforii pourazowej; zwykle bez porównania dłuższa od euforii i często fatalna w skutkach - grożąca np. obżarstwem, opilstwem, onanizmem kastratonia - działania pisarskie objawiające się ostracyzmem wobec twórczości własnej; kastratonik

niemiłosiernie i często bez uzasadnienia rżnie dzieło własne, przykrawa i piłuje do kości, w rezultacie czego z utworu pozostaje małomówny szkielet kociokwik - eksplozja emocji wywołana wpadnięciem na trop pomysłu, który po krótkim lśnieniu okazuje się humbugiem źle wytrenowanego lub przeeksploatowanego umysłu kukawka - odruchowe i bardzo częste zaglądanie w dzieła kolegów po piórze, tak zwane zapuszczanie żurawia, objawiające się nienaturalnym wyciąganiem szyi na boki, do przodu i do tyłu

CAŁA TA CHĘTKA OKUPIONA BYWA ROZMAITYMI PRZYPADŁOŚCIAMI. kurcz pisarski - oryginalny termin medyczny przykurcz palców (zwłaszcza wskazującego i kciuka) zbyt długo i mocno zaciskających narzędzie piszące; dziś objawiający się tzw. hakowaceniem palców przy klawiaturze komputera lęki poranne - stan zwątpienia w sens tego, co napisało się dotąd, ogólne rozdrażnienie i zniechęcenie, czasem spowodowane wizytą komornika, marudzeniem kochanki nie zamierzającej opuścić cię przed śniadaniem lub kacem fizycznym lunatykowanie - przypadłość dręcząca zwłaszcza poetów; nieświadome (albo półświadome) nocne wędrówki po knajpach w poszukiwaniu wczorajszego lub lepszego jutrzejszego dnia (typowym przykładem Gałczyński, piszący o srebrnym świetle Księżyca i podobnych romantycznych bzdurach)

Magazyn Literacki  19


Felieton

łykawość - niebezpieczna przypadłość (podobnie jak u koni) polegająca na nieustannym przełykaniu śliny na widok rzekomych lub autentycznych sukcesów twórczych konkurencji po piórze nerwica recenzencka - pełne obaw oczekiwanie na reakcje prasowe po opublikowaniu dzieła; czasem towarzyszy temu drżenie rąk, oczopląs i szczękościsk zwłaszcza po zapoznaniu się z oczywiście jak zawsze krzywdzącymi biednego pisarza recenzjami obłożenie języka - nieufność w przyglądaniu się słowu, prowadząca w rezultacie do nadmiernie ostrożnego traktowania języka, czego efektem zdrewnienie tegoż lub puchlizna poectwo - nagminna choroba grafomanów, usiłujących mienić się poetami prawdziwymi; łatwo rozpoznawalna po szastaniu wtórnościami, braku umiaru oraz przejmowaniu od twórczości oryginalnej drugo- i trzeciorzędnych cech rwa kultowa - dolegliwie odczuwane ciągoty ku temu, by sprostać (często powstałym w autora imaginacji) obiegowym oczekiwaniom czytelniczym; obezwładniająca tęsknota za stworzeniem dzieła dającym się umieścić na topie, za wszelką cenę słowotok - tyczące zwłaszcza miernot pisarskich nie kontrolowane (lub kontrolowane b. słabo) produkowanie słów mających zbudować utwór literacki suchoty - pozbawianie się sił witalnych spowodowane zbyt surowym reżimem w spożywaniu rozmaitych postaci wody ognistej ślepota pisarska - podobna do ślepoty kurzej, tyle że rozciągająca się i na dzień; przypadłość powodująca niedostrzeganie dzieł innych pisarzy, szczególnie zaś piszących lepiej wodogłowie - oczywista jednoznaczność tej przypadłości pcha się na plan pierwszy sama, i słusznie; czasem w przepełnionych wodą głowach pisarzów pojawiają się złote rybki nie potrafiące spełnić wygórowanych ambicjonalnie życzeń zapaść duchowa - przejściowy okres niewiary w możliwości własne po zderzeniu z dziełem wybitnym; u osobników psychicznie i talentowo słabszych grożący chronicznością zespół dobrego samopoczucia - samozadowolenie pisarza nie mające uzasadnienia w jego produkcji literackiej, objawiające się między innymi protekcyjnością zachowań oraz wieloznacznymi uśmieszkami; stan trapiący sporą część populacji pisarskiej

Leon Zdanowicz, założyciel i redaktor czasopisma „Łabuź”, animator kultury z prawdziwego zdarzenia. Na dobre wszedł do literatury 40 lat temu, debiutując na łamach „Głosu Szczecińskiego” opowiadaniem Coś okrągłego. Poetycki kronikarz i wielbiciel kultury pomorskiej.

RZECZ JASNA HASŁA POWYŻSZE LEDWIE NAPOCZĘŁY TĘ BECZKĘ MIODU. DLATEGO CHCEMY ZAPROSIĆ ZWŁASZCZA DZIELNYCH ROBOTNIKÓW PIÓRA (ALE I NIEDZIELNYCH) DO PRZYMNAŻANIA HASEŁ KU POŻYTKOWI OGÓLNEMU. PRZYSYŁAJCIE* SWOJE PROPOZYCJE Z MOŻLIWIE ZWIĘZŁYMI OPISAMI “JEDNOSTEK CHOROBOWYCH” PISARSKIEJ BRACI. ZABAWNE I NAJCELNIEJSZE BĘDZIEMY PUBLIKOWALI W NASTĘPNYCH NUMERACH.

20  Dytyramb nr 2


Magazyn Literacki  21


Felieton

ROZSTRZELAĆ POLONISTKI Anatol Ulman

Polonistki ludowe czy tam żywe próchno, co po nich, bezwzględnie należy rozstrzelać! Szybko, póki nie zginęły karmione wyschłym cyckiem chudych emerytur. Duchowa brzydota tych polonistek, będąc funkcją fizycznego szkaradzieństwa, stanowiła przyczynę zasadniczą ich groźnych dokonań. Polonistki ludowe przeszły tyralierą przez narodową świadomość. Silne od nadmiaru ziemniaczanej zupy, siały w umysłach kaszę jęczmienną, lały rzepakowy olej erukowy, sadziły ćwikłowe buraki w barwie świeżej robotniczej krwi. Proces ów poprzedziła śmierć prawdziwych polonistów. W latach czterdziestych, tuż po fałszywym zwycięstwie dziczy nad dzikimi, rozwinięto przechowywany w uświęconej ziemi papierowy model szkolnictwa sprzed i oddano sprawy w męskie ręce profesorów, którzy zdołali uniknąć daremności wskrzeszania ze zmarłych. Po licealnej polonistyce rozchodził się i zamierał zapach wysuszonej przedwojennej maciejki oraz rezedy, blado żarzyły się odpady po sporach Manfreda Kridla z oponentami, a rzadki podręcznik z wypisami, sporządzony w latach trzydziestych, wydawał się bardziej niepojęty niż wcielone w rzeczywistość niemieckie baśnie Grimmów. Trzymano się starego prawa: polonistyka, jak myślistwo w złotych wiekach, była trudem męskim. Z przyczyny ojca, którego charakter najdokładniej oddawał galicyjski z niemczyzny pochodzący wyraz rajzer, kurs szkoły średniej przeszedłem, od roku czterdziestego piątego, w pięciu liceach. Do głowy by mi nie przyszło, że na tym poziomie kształcenia mogą działać polonistki, chociaż w polnische Volksschule in Warschau, czyli w siedmioklasowej powszechnej uczyły mnie tylko kobiety. Jako że polonistów w wypadkach światowych również zabito, obowiązek często podejmowali nauczyciele przysposobieni. I tak w Kluczborku kształcił mnie w polszczyźnie łacinnik doktor Korngut. Pochodził ze Lwowa, ale z postawą ze starożytnego Rzymu virtus, senator języka polskiego. Tamże literaturę narodową pobierałem również od śląskiego pastora Klusa, człowieka wyjętego z ewangelii, osobistego przyjaciela Gustawa Morcinka. W malutkim liceum w Krośnie Odrzańskim polonista o zatartej indywidualności. W Zielonej Górze wprawdzie nauczyciel języka polskiego płci Ulman to urodzony we Francji żeńskiej. Teoretycznie kobieta, bowiem w spódnicach, chociaż nieodparty przykład prozaik, poeta, autor utworów Szkotów pozwala taki dowód damskości zakwestionować. Zwłaszcza że pozbawiona scenicznych, dziennikarz oraz wypustek kobiecych, co też stało się powodem zastosowania do niej metafory krytyk literacki. Rozrywkowość u Ulmana jest prymarna, wynika Mickiewiczowskiej Niemczysko chude na kształt deski, więc nazwana Deską. z nabytego lekceważenia artyzmu W czasach tych z troski o zachowanie istnienia wielu musiało udawać kogoś i sięga do nowoczesnych narzędzi zupełnie innego: wynędzniały zdetermino-wany polonista postanowił, jak prozy oraz epiki ludowej. przypuszczam, zagrać rolę wyschłej kobiety. Tego Deskę zdradzała męska fachowość lecz tępole z policji politycznej subtelności wykryć nie byli w stanie. Zajęci zresztą nocnymi zabójstwami nie uczęszczali jeszcze do szkół, gdzie niepotrzebnie mogliby nabyć wrażliwości na cierpienie. Profesor Deska wydobył ze mnie uczulenie na barwy oraz kształty, polecając opisanie obozu tureckiego podług Wacława Potockiego; żyje jeszcze świadek, kolega z ławy, co po pół półwieczu pamięta migotliwe kolory wywołane przeze mnie słowami za podnietą Deski. W Szczecinie w obu liceach, bo w dziennym na Henryka Pobożnego i wieczorówce dla pracujących w Alei Piastów, polonista ten sam. W latach pięćdziesiątych poloniści gwałtownie wymierają. Zabija ich głównie przywiązanie do błędnych idei. Rzecz to naturalna, gdyż są zdrajcami narodu polskiego na żołdzie. Typowy ten proces zauważa powieść Obywatele: skołowany imperializmem polonista organizuje wysadzanie z torów parowozu dziejów prowadzonego przez maszynistę z charyzmą, mistrza w kwestii literaturoznawstwa. Zwracam uwagę na fakt, iż w wymienionej pachnącej świeżością prozie, agentem gnijących mocarstw nie jest polonistka lecz mężczyzna. C’est la chanson des dockers! Potem nastąpiło uwiedzenie wykonsekrowanych polonistek. Pierwszy wysyp polonistek ludowych z wykształceniem uniwersyteckim ma miejsce w latach pięćdziesiątych, zgrzebnych, co jest określeniem właściwym, gdyż chodzą w lnianych majtkach, dla miękkiej płciowości proletariacko bezwzględnych. Jeszcze nie pachną sianem, malinami i mlekiem, ten rzut dopiero się sposobi do pożerania szlacheckiej kultury, smakując jeszcze w gimnazjach ostatnią łacinę z rąk męskich. Polonistki pięćdziesiąte wywodzą się z wojennej miejskiej nędzy szybko podkarmianej zupami pokrzywowymi na zwapniałych kościach Żeromskiego. Pochodzą z czystych izdebek, wyposażone w jeden komplet bielizny osobistej pranej systematycznie, starannie. Krochmalonej i gotowanej. 22  Dytyramb nr 2


Rozstrzelać polonistki Nieszczęściem polonistek, nie tylko zresztą ludowych, jest ich skłonność ku uporządkowanym działom filologii. Pożywają i przyswajają najchętniej sprawy ułożone, wyrażone w modelach, wzorcach i definicjach, bo tylko takie dają oparcie nieprzemijające i mogą być przywoływane jako argument miażdżący. Ostoją tychże dziewczyn czy kobiet w chaosie literatury stają się prawa oraz pewniki rządzące światem języka. Stąd tak im miłe prawidła fonetyki, deklinacje, koniugacje, nawet z licznymi wyjątkami, których przecież zawsze mniej aniżeli tych nienaruszalnych prawideł. Pełne zrozumienie u polonistek budzi nawet syntaxa, gdyż można ją, po wyposażeniu się w wyraziste, ostre narzędzia, pokroić na logiczne kawałki jednoznacznie odpowiadające na proste pytania. To samo dotyczy starych, w tym obumarłych źródeł języka, wszystkich tych przeobrażeń głosek, przemian wyrazów, metamorfoz odmian. Palatalizacje, przegłosy, wymiany, jery mocne i słabe, podlegają jasnym regułom, więc budzą przyjazne zainteresowanie, nawet pasje studentek polonistyki i są dokładnie przyswajane w procesie cierpliwego przeżuwania. Z podobną sympatią nasze dziewuchy akademickie traktują teorię literatury, głównie w zakresie budowy dzieła.

GĘBY POLONISTEK JAKBY JE ŻEROMSKI NAMIĘTNIE OPYCHAŁ SAMYMI TYLKO KARTOFLAMI. ALBO BUŹKI DROBNE NIBY HISTORYCZNA KRZYWDA MAS. SUKIENECZKI ZAŚ CEROWANE SREBREM KSIĘŻYCA ILDEFONSA, KTÓREGO SŁOWA TUMANIĄ I KŁAMIĄ. W ISTOCIE POTWORNE SŁUŻEBNICE INTELEKTUALNEJ PRZEMOCY, FAŁSZYWE JAK WIERZBY SZOPENA W FUTRACH ZE ŚNIEGU LUDOWEGO, SKRZĄCEGO. WSZYSTKO, CO NAM DROGIE, PRZEINACZAJĄ. Magazyn Literacki  23


D

Felieton

To również dziedziny niezmienne, w znacznej mierze starożytne, jak starożytna jest cegła, z której na różne sposoby wznoszone są budowle od egipskich przysiółków po współczesne ogromne gmachy. Polonistki wiedzą też, co to jest estribillio czy oksymoron, podobnie łatwo rozpoznają rodzaje strof oraz stóp, w tym ionicus a minore czy palimbakchej. Oczywiście do egzaminów. Potem, jak każdemu, zostaje tyle, ile trzeba. Natomiast płynne metodologie interpretacji dzieła literackiego, podbudowane niejednoznacznymi teoriami filozofii oraz psychologii, boć nie zabronionej i wulgarnej socjologii, zjawiska przekształcające się niby wdzięczny motyl w kosmatą gąsienicę, pojęcia nieoczywiste, absolutnie nieostre, zależne od mody lub autorytetu, nie dające się ułożyć na półkach umysłu jak rodzaje bielizny w szafie, te budzące przerażenie, zwyczajnie mdlące w żołądkach, intelektualne nudności. Stąd studentki przyswajają przedmioty filologiczne wzorowo w części dającej się klasyfikować, dzielić oraz łączyć, w pozostałości natomiast jako produkty, które spożywać lubi egzaminator, więc nieokreślone, wątpliwe, obarczone grzechem niesamodzielności. Ogólnie zatem obserwujemy u polonistek zaliczanie studiów filologicznych w zakresie pars pro toto. Szkoła zaś, szczególnie starożytne liceum, żąda przede wszystkim interpretacji. Pominąwszy różne działania indoktrynacyjne, w skłonności polonistek do jasnych teorii, w ich

umiłowaniu porządku wiodącego nieomal zawsze do zbrodni, gdyż uczciwą część życia stanowi chaos, tkwi przyczyna niesłychanej popularności socrealizmu. Jest to bowiem prosta oraz czytelna teoria świata uporzą-dkowanego: literatura czyli odbicie krzywdy klas pomniejszonych o nieposiadanie, szatan jako złowrogi niesprawiedliwy klan odbieraczy wartości dodatkowej. Dyskretny urok burżuazyjnych pokrętnych spekulacji w zakresie budowy oraz funkcji dzieła jest filologicznym dziewuchom wstrętny. Łakną białej prostoty malowanej na czerwonych transparentach oraz na truskawkowych szturmówkach. Świeży jak twaróg realizm nowego typu porywa ideą rewolucyjnej romantyki. Objawia się bezsens plecenia smalonych dób w zatęchłej celi więziennego klasztoru oraz przeciwstawiania się Bogu naznaczającemu Naród niepojętym cierpieniem. Niewątpliwie każdy może być bohaterem pracy najzwyczajniejszej, jaką jest nauczanie synów oraz cór proletariatu. Jeśli tylko zechce. Na miejscu szarym, stanowisku niepozornym. Związany z rzeczywistością utwór literacki smakuje jak chleb codzienny ze smalcem awangardy robotniczej. Według teorii o niezmiennych niby dziesięcioro przykazań regułach. Jasnej jak spojrzenie w oczy i prostej jak podanie ręki. Rzeczy w namiętnym marszu niezbędne, uwodzące.

Świeży jak twaróg realizm nowego typu porywa ideą rewolucyjnej romantyki.

Idą, sylabotonicznie stukając sandałkami. W ariegardzie wszakże, gdyż nie posiadają dumnych twarzy robotnic, ani piersi postawionych jak kopki zżętego zboża, ostrych niby rżyska. Nigdy im danym nie będzie otwieranie świątecznych pochodów; ten przywilej dynamicznych traktorzystek, których formę monumentalną dla świata pracy określił Diego Rivera. Wprawdzie ciemne rozkazy zwierzchności nie precyzują miejsca polonistek w światowym pochodzie rewolucji, przecież nauczycielki, jakby z natury nazbyt miękkie oddziały frontu tylko kulturalnego, zamykają zwycięskie kolumny. Czyżby także niesprawiedliwość systemu? Pozycje polonistkom w pochodach niedostępne: na szczycie potężnego kombajnu, przy czterech erotycznych dydkach gorącego wymienia brzuchatej krowy, przy nieprzyzwoitych w istocie tłokach lokomotywy. A jej tylko drgała warga, gdy ranną partią oliwy maściła, czuła kolejarka...

24  Dytyramb nr 2


Rozstrzelać polonistki

PORANNE MGŁY NAD KARTOFLISKAMI PRZEJMUJĄ OŚLIZGŁYM ZIMNEM. MALEJĄ ZWIĄZKI LUDOWYCH POLONISTEK ZE WSIĄ TWORZĄCĄ BIEDNIACKIE WARTOŚCI. W MALINOWYM ŻARZE PRZYPALONE KARTOFLE ZMIENIAJĄ MOKRE WNĘTRZA W GORĄCĄ SYPKOŚĆ. WTEDY POLONISTKI CIERPIĄ.

Kiedy wszyscy chłepczą z morza cierpienia, one jednak zażywają rozkoszy sensu i niewybaczalnych spazmów przynależności. Choćby jako polonistki żniwiarki. Nie z metafory są wyjmowane, gdzie byłyby zbieraczkami mącznych owoców na polu literatury i w sadach gramatyki. Są rzeczywiste, ubrane na wiejskie wyobrażenie w barwne wypłowiałości kroczą chmarą za maszynami żniwnymi i przyuczone kręcą powrósła, formują snopki, wiążą, jakby złotymi sznurami ściskały własną kibić, i ustawiają w kopy. Bycie żniwiarkami stanowi wyróżnienie oraz obowiązek pańszczyźniany nie tylko studentek filologii. Półbaby te liże słońce ognistym jęzorem. Ukruszone z kłosów ostre igiełki tną skórę tak czerwoną jak sztandary. Rozliczne strumyczkowe cieki fuj fuj fuj zbrudzonego potu, wypracowanego w proletariackim trudzie. Już południe przychodzi, a one, żeńce epoki, zagarniają rękoma maszynowe pokosy i kolebią chłopiejącymi piersiami w lnianych stanikach czasów. Ogorzały, niemyty pegeerowiec ze żniwiarki konnej rad stu dziewuch pędzonemu w słoneczny jasyr, nogom ich gołym, migotaniu ud i pulchnym ramionom, przełyka daremne z przyczyn klasowej moralności śliny apetytu. Tak autopsyjnie przyszłe polonistki nabywają rozmaitej wiedzy o pracy wiejskiej, niezbędnej później w procesach analizy dzieł literackich z nurtu literatury chłopskiej. Na stwardniałych ostrych rżyskach, raniących z chłopską bezwzględnością stopy oraz łydki polonistek, w stopniu niezmiernym wzbogacana zostaje interpretacja nie tylko wytworów starożytnego Szymonowica lecz przede wszystkim dzieł chamów będących chlubnymi antytezami Kordiana. Pole żniwne, z więdnącymi w snopkach chabrami i słabosilną wyką, rozłożone między morskimi wydmami oraz białym brzeźniakiem, stanowi antyojczyznę niezbędną do pojmowania subtelności klasowych w dziele Wandeczki W., kochanicy Stalina, również siewcy czerwonych zbóż i żniwiarza śmierci. W brzeźniaku, pod drzewem starym z czarnobiałymi strupami kory, dwa gary blaszane z napojami gaszącymi pragnienie. Kwaskowaty, oszczędnie pocukrzony kompot z rabarbaru oraz niby lepik czarna kawa zbożowa. Asystent od gramatyki starocerkiewnej, który podczas lata pastuchem dziewczyn, zezwala, więc tabun pędzi do wodopoju roztłukując wysuszone na ściernisku grudki ziemi. Beżowy kurz wznosi się niby urocza chmurka. Studentki piją łapczywie, jakby spożywały napoje u krynicy poezji młodopolskiej. Któraś odchodzi niepostrzeżenie i znika w paprociach, co jak konopie i równie szorstkich. Czeka tam Filon umówiony z butelką wina krwawego, robotniczego w barwie, uderzającego i obnażającego bez wahania biodra dziewczyńskie szerokie jak ojczyste strony. W podbrzuszu polonistki, otwartym niby oczko leśnego źródełka, płoną ognie światowych rewolucji. Dziewczyna patrzy w niebo, gwiazd szuka, widzi udręczone w skwarze brzozowe listki. Niepojęte szczęście, niedostępne w systemach wyzysku. Tych wściekłych, szczęśliwych, zmęczonych, rozpalonych niby słoneczne pochodnie ludowych polonistek lekceważyć nie wolno! Są groźniejsze od oprawców w kamiennych kazamatach, rozbełtywać bowiem będą wychowankom mózgi do konsystencji ideologicznej jajecznicy. Czynić zechcą nie z woli złej, ohydnego fanatyzmu czy plugawej przebiegłości.

Magazyn Literacki  25


Wywiad

TYRMAND NIE BYŁ BIKINIARZEM z Mariuszem Urbankiem rozmawia Beata Gigiel

Dla jednych był moralnym drogowskazem czasu PRL-u, inni uważali go za niepoważnego bikiniarza. O tym, kim naprawdę był Leopold Tyrmand, rozmawiamy z Mariuszem Urbankiem, autorem książki Zły Tyrmand, w której o popularnym pisarzu opowiadali autorowi ludzie wcześniej sami sportretowani na łamach Dziennika 1954 i innych książek Tyrmanda.

26  Dytyramb nr 2


Tyrmand nie by bikiniarzem

JEDNI NAZYWALI GO WZOREM ELEGANCJI, INNI MAWIALI, ŻE MA FRYZJERCZYKOWATY WYGLĄD – NAPISAŁ TAK PAN W SWOJEJ KSIĄŻCE ZŁY TYRMAND O IKONIE WARSZAWY. Ikonie Warszawy lat 50. Zygmunt Broniarek powiedział mi, że w czasach, kiedy nie było jeszcze telewizji, on cieszył się popularnością wręcz telewizyjną. Kiedy szedł Alejami Jerozolimskimi albo Nowym Światem, wiadomo było, że to właśnie idzie Leopold Tyrmand – człowiek od jazzu i kolorowych ciuchów. I SKARPETEK W PASKI, KTÓRE STAŁY SIĘ NIEMAL JEGO ZNAKIEM FIRMOWYM. Jest w różnych opowieściach o Tyrmandzie sprzeczność - czy był, jak mówią jedni, bikiniarzem, czy, jak chcą inni, ubierał się w sposób elegancki i stonowany. Choć w tym stonowaniu jego legendarne kolorowe skarpetki wyróżniały się jeszcze bardziej. To było wyzwanie rzucone ustrojowi oraz wszechogarniającej szarzyźnie. Mówiło się, że jeżeli przy stole siedzi siedmiu facetów i sześciu z nich jest ubranych w szare garnitury z tego samego samodziałowego materiału, który został właśnie rzucony do MDM-u, natomiast siódmy wygląda na ich tle jak kolorowy paw – to tym siódmym jest właśnie Leopold Tyrmand. Ja jestem przekonany, że on był naprawdę bardzo elegancko ubrany. Takie są świadectwa osób mu bliskich. Tych, które znały go nie tylko z anegdoty, albo

marzyły, żeby choć raz napić się z Tyrmandem wódki, ale jego przyjaciół i związanych z nim kobiet. A one przecież wiedziały, jak się ubierał. Zresztą poświadczają to zdjęcia. Bikiniarza próbowali zrobić z niego ci, którzy zazdrościli mu barwności, luzu, a także pięknych dziewczyn, wpatrzonych w Tyrmanda jak w obraz, a on był raczej arbitrem elegancji. ELEGANCKI, ALE EKSCENTRYCZNY I CHIMERYCZNY, POTRAFIŁ NIESPODZIEWANIE ZERWAĆ WSZELKIE KONTAKTY Z NAJLEPSZYMI I NAJWIERNIEJSZYMI PRZYJACIÓŁMI. Był bardzo wymagający. Chyba nie pasował do czasów, które nastały po 1945 roku. Jego elegancja to nie była wprawdzie elegancja Starszych Panów – Wasowskiego i Przybory –

ale Tyrmand pielęgnował wiele z przedwojennych obyczajów. Oczekiwał, że ludzie będą punktualni, będą odpowiadali na korespondencję i będą przestrzegali reguł kindersztuby. Potrafił być rzeczywiście bezwzględny. Jeżeli ktoś naruszył dobre obyczaje, to, jak Witkacy, był przez Tyrmanda przesuwany na liście przyjaciół z pozycji siódmej na np. dziewięćdziesiątą trzecią. Tyle, że on nie informował nawet o tym zainteresowanego. Po prostu nagle ktoś zauważał, że dawny przyjaciel jest dla niego bryłą lodu. NAJDŁUŻEJ PRZETRWAŁA JEGO PRZYJAŹŃ ZE STEFANEM KISIELEWSKIM. Byli sobie bardzo bliscy już od połowy lat 40., kiedy spotykali się w Warszawie; później Kisiel wciągnął go do “Przekroju”. Tyrmand stracił tę pracę po sytuacji prześmiesznej. Relacjonował mecz bokserski Polska-Związek Radziecki, który Rosjanie musieli oczywiście wygrać. Stronniczy sędziowie wbrew faktom typowali ich zwycięstwa, widownia wyła z wściekłości, wyzywała i zionęła nienawiścią do Rosjan, a Tyrmand napisał, że obiektywna i sprawiedliwa polska publiczność dała wyraz swojemu szacunkowi dla werdyktu. Ci, którzy wiedzieli, jak było naprawdę, słusznie odczytali to jako gryzącą drwinę i Tyrmand wyleciał z pracy. Posadę znalazł znów dzięki Kisielewskiemu, tym razem w “Tygodniku Powszechnym”, gdzie byli razem do 1953 roku, kiedy pismo przestało wychodzić. Ich przyjaźń trwała aż do 1965, kiedy Tyrmand wyjechał z Polski. Spotykali się systematycznie, Leopold był duchowym przewodnikiem dla syna Stefana Kisielewskiego, czyli słynnego pianisty Wacka z duetu Marek i Wacek. Po wyjeździe Tyrmanda do USA spotkania były rzadsze, ale istnieje gruby plik listów, świadczących, że temperatura tej znajomości była cały czas wysoka.

OPISUJE PAN ZASKAKUJĄCY EPIZOD Z ŻYCIA TYRMANDA... DOPIERO W 1967 ROKU, CZYLI JUŻ PO WYJEŹDZIE, PRZYZNAŁ SIĘ, ŻE W 1940 ROKU PRACOWAŁ W ZAJĘTYM PRZEZ ROSJAN WILNIE W REDAKCJI “KOMSOMOLSKA PRAWDA”. PISAŁ TAM SPRAWOZDANIA SPORTOWE I FELIETONY. I przez ćwierć wieku nie przyznawał się do tego. W “Kulturze” paryskiej napisał tylko, że pracował w okresie wileńskim w “Prawdzie”, ale dopiero w latach 80. znaleźli się ludzie, którzy dotarli w archiwach do jego felietonów z tamtych lat. Zachowało się około 140 bardzo politycznych, prorosyjskich tekstów.

Magazyn Literacki  27


Bikiniarze to subkultura młodzieżowa funkcjonująca w Polsce do końca lat 50. XX w. Słowo to określa polski odpowiednik amerykańskiego bitnika, charakteryzujący człowieka niestosującego się do narzucanych norm, buntującego się wobec rzeczywistości. W Polsce wraz rzeczywistością PRL wchodziła również walka polityczna.

28  Dytyramb nr 2


Trzeba jednak pamiętać, że to był rok 1940. Rosjanie pojawili się w Wilnie po Litwinach, którzy byli dla przebywających tam Polaków znacznie gorsi. Polacy odetchnęli, okupacja rosyjska okazała się łagodniejsza od litewskiej. I właśnie wtedy zaledwie dwudziestoletni Tyrmand, co też nie jest bez znaczenia, pojawił się w “Komsomolskiej Prawdzie” i zaczął pisywać teksty wzywające do przyjaźni polskoradzieckiej. Z dzisiejszego, inkwizytorskiego punktu widzenia, fakt absolutnie nie do przyjęcia. Czy wtedy można było tę postawę rozumieć? Moim zdaniem tak! A poza tym Tyrmand swoim późniejszym życiem odpokutował za wszystko, co wtedy pisał. KILKA OSÓB, Z KTÓRYMI PAN ROZMAWIA W SWOJEJ KSIĄŻCE TWIERDZI, ŻE JEGO “DZIENNIK 1954” BYŁ PISANY EX POST. Dziś już wiadomo, że “Dziennik 1954” powstawał miedzy pierwszym dniem stycznia, a pierwszym dniem kwietnia 1954 roku. Henryk Dasko odnalazł i opublikował jego oryginał. Okazało się, że to, co poznaliśmy w latach 80., było wersją lekko podredagowaną. Jednocześnie okazało się, że nie jest prawdą to, co mówili ludzie niechętni Tyrmandowi, że nie mógł być w 1954 roku aż tak mądry i politycznie przenikliwy, by stworzyć tak bezlitośnie obnażającą wszystkie wady komunizmu analizę, jaka została zawarta w “Dzienniku 1954”. Tymczasem okazało się, że Tyrmand był tak przenikliwy i jego analiza była prawdziwa. CEZURĄ W JEGO ŻYCIU BYŁ “ZŁY” – KSIĄŻKA, Z KTÓREJ BYŁ BARDZO DUMNY. AKCJA NIEKTÓRYCH WSPÓŁCZESNYCH POWIEŚCI NP. KRYMINALNYCH ROZGRYWA SIĘ CZĘSTO W MIEJSCACH OPISYWANYCH PRZEZ TYRMANDA. NP. W POWIEŚCI “UWIKŁANIE” ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI “KORZYSTA” Z TYRMANDA. TO PEWIEN DOWÓD, ŻE AUTOR “ZŁEGO” JEST CZYTANY. To jest symbol i tamtej Warszawy, i tamtego ustroju. Pierwszy PRL-owski, socjalistyczny, ale zarazem prawdziwy kryminał. “Zły” był bestsellerem, po który stały kolejki dłuższe niż po szynkę i pomarańcze, które w tamtym ustroju nie występowały prawie w ogóle. To była też finansowa cezura w jego życiu, wreszcie mógł sobie pozwolić na wymarzony samochód. Zadawał szyku na ulicach Warszawy, spoglądając zza szyby na swoich ideologicznych przeciwników z partii komunistycznej, którzy kiedyś go niszczyli, a teraz musieli z zazdrością patrzeć, jak jedzie Marszałkowską srebrzystym oplem recordem. I to jeszcze z piękną młodą dziewczyną u boku. Wyobrażam sobie, że musiało to wzbudzać koszmarną zawiść. DZISIAJ TWÓRCZOŚĆ TYRMANDA PRZEŻYWA RENESANS. ORGANIZOWANE SĄ FESTIWALE I WYCIECZKI ŚLADAMI “ZŁEGO”. ALE W INTERNECIE ZNALAZŁAM SPORO GŁOSÓW ROZCZAROWANYCH LEKTURĄ. INTERNAUCI PISZĄ, ŻE “ZŁY” TO KSIĄŻKA PRZEREKLAMOWANA. TO BY OZNACZAŁO, ŻE TA POWIEŚĆ NIE WYTRZYMAŁA PRÓBY CZASU. JAK SIĘ JĄ DZISIAJ CZYTA? Ta książka jak każda legenda bardzo trudno poddaje się weryfikacji. Ktoś, kto podchodzi do niej jak do sensacji w dzisiejszym rozumieniu – musi poczuć się zawiedziony. Przecież dziś takie słowa, jak przestępstwo, afera, gangster, mafia nabrały zupełnie nowego wymiaru. Od kryminału oczekuje się już czego innego. Dziś “Złego” warto czytać tak, jak czyta się powieści Marka Hłaski czy ogląda film “Niewinni czarodzieje” Andrzeja Wajdy. To jest po prostu kawał prawdy o Polsce lat 50. Natomiast nie jest to już powieść sensacyjna, która mogłaby trzymać w prawdziwym napięciu. To nie “Oficerowie” ani “Sfora”. Dlatego są tak wielkie trudności z przeniesieniem “Złego” na ekran, mimo podejmowanych już kilkakrotnie prób. Nie można go zekranizować tak, jak został napisany, bo to by już nikogo nie poruszyło. CZYLI “ZŁY” JEST TYLKO PRZEWODNIKIEM PO WARSZAWIE, Z KTÓREGO CZASEM KORZYSTA POPKULTURA? Dla ludzi, którzy są w Warszawie zakochani, przeterminowana i zwietrzała kryminalna fabułka jest nieistotna. Natomiast istotne są inwokacje, które

przetykają poszczególne rozdziały – do warszawskich fryzjerów, taksówkarzy, warszawskich bram i redakcji, do warszawskiego bruku i kurzu. Widać, że Tyrmand kochał swoje miasto. Ta książka dzisiaj to przede wszystkim pomnik wystawiony Warszawie lat 50. I to Warszawie prawdziwej, która w latach 50’ próbowała jeszcze przechować pamięć o czasach przedwojennych, a nie Warszawie Pałacu Kultury i pochodów pierwszomajowych. W 1948 przyjechał jako wysłannik “Przekroju” na Kongres Intelektualistów. Na początku wydawało się, że będzie to wydarzenie rangi światowej, ale szybko przemieniło się w propagandowe udowadnianie, że “nasz” ustrój jest lepszy od “ich” ustroju. W proteście przeciw takiemu podejściu część delegatów z państw zachodnich wyjechała. Tyrmand, wierny swoim poglądom, robił wywiady właśnie z nimi, co świadczyło o jego odwadze. Kiedy bardzo krytyczne przemówienie wygłosił Huxley, w kuluarach powstała wokół niego próżnia. Jedynym, który podszedł, aby przeprowadzić rozmowę, był właśnie Leopold Tyrmand. ZABAWNĄ ANEGDOTĘ O TYRMANDZIE OPOWIADA W PANA KSIĄŻCE ZYGMUNT BRONIAREK. Ludowa Polska bardzo się wtedy chciała popisać przed światem, zgodnie ze staropolskim obyczajem zastaw się, a postaw się. Delegaci na Kongres mogli korzystać z wszystkich restauracji i kawiarni nie płacąc, a podpisując jedynie rachunki. A w kartach było rzeczywiście wszystko, co tylko można było sobie wyobrazić, a jednocześnie nie było tego w sklepach. Tyrmand zapraszał więc znajomych do lokali, zamawiając najdroższe potrawy. Ktoś zapytał go w końcu, czy nie obawia się, co będzie, gdy ktoś przejrzy rachunki. Nie był przecież delegatem na Kongres, tylko akredytowanym dziennikarzem, więc nie miał prawa do konsumpcji za darmo. On spokojnie odpowiedział, że nic mu nie grozi, bo podpisuje rachunki jako Jerzy Borejsza, czyli sekretarz Kongresu, pomysłodawca, współorganizator i wszechmocny zarządca ówczesnej prasy. TYRMAND BYŁ TROCHĘ EKSCENTRYCZNY, LUBIŁ ZWRACAĆ NA SIEBIE UWAGĘ I NAJWYRAŹNIEJ DO DZIŚ TAK SIĘ DZIEJE, SKORO NAPISAŁ PAN O NIM JUŻ DRUGĄ KSIĄŻKĘ. Ta książka jest bardzo zmienionym i rozszerzonym wydaniem książki “Zły Tyrmand” z 1992 roku. Praktycznie jest grubsza o prawie 70 procent – są w niej nowe rozmowy, fakty, dokumenty, anegdoty i listy Leopolda Tyrmanda. Jest m.in. rozmowa z Barbarą Hoff, z którą spotkałem się już przy pierwszym wydaniu, później jednak wycofała się z publikacji. Powiedziała, że jeszcze na to za wcześnie. I musiałem to uszanować. Przecież rozwodziła się z Tyrmandem w dramatycznym dla obojga czasie, kiedy on opuszczał Polskę. Teraz była już gotowa, żeby o nim mówić. Odświeżony i uzupełniony przez nią tekst, długi i bardzo jak sądzę szczery, znalazł się w tej książce. A DLA PANA TYRMAND JEST KIMŚ SZCZEGÓLNYM? Podwójnie szczególnym, bo uczyłem się na Tyrmandzie prawdy o komunizmie. “Dziennik 1954” ukazał się po raz pierwszy w Londynie w 1980 roku, ja miałem z nim pierwszy kontakt w stanie wojennym, w wydanej w podziemiu książeczce, maleńkiej, z fatalnym drukiem. Przebijałem się przez tą książkę, bo była fascynująca. Dlatego, że Tyrmand tak głęboko analizował to, co nas wtedy otaczało. To był komunizm wzmocniony jeszcze przez stan wojenny, więc tym bardziej czytałem Tyrmanda z wypiekami na twarzy. Dochodził do tego wątek jego relacji z kobietami, przede wszystkim z nastoletnią Bogną, polską Lolitą. To przecież jedna z najpiękniejszych postaci polskiej literatury. Chyba tylko o Oleńce Billewiczównie i o Izabeli Łęckiej pisano równie pięknie, jak Tyrmand o Bognie. A poza tym to przez lekturę “Dziennika 1954” zacząłem nosić okulary, tak bardzo pogorszył mi się wzrok. Dlatego “Zły Tyrmand” to z jednej strony spłata długu za to, że to od Tyrmanda nauczyłem się nie mieć złudzeń na temat komunizmu, a z drugiej strony moja zemsta za to, że muszę nosić okulary.

Magazyn Literacki  29


Felieton

SZEKSPIR? TO NIE ON! Janusz Rudnicki

Niech was ręka boska broni przed przeoczeniem tego tekstu! I nie osuwajcie się po nim pionowo, jak kropla deszczu po szybie. Tylko poziomo, zdanie po zdaniu. Bo ważny on jest. Nad wyraz. I nic z tych rzeczy typu, ach tam, już o tym słyszałem, dziennikarskie sensacje. Nie, nie. To prawda, pokroić się dam, powsadzać do słoików i zamknąć w gablocie, Szekspira nie było! To znaczy, był, ale to nie był on! To Edward de Vere. Fakt, ten spór toczy się już od dawna, od roku 1920, są dwa obozy, oksfordzki i stratfordzki, zaraz wam wszystko wyjaśnię, ale dowody na to, że to de Vere, są dziś nie do zbicia. Udowadnia to ostatnia na ten temat praca, Człowiek, który wynalazł Szekspira („Der Mann, der Shakespeare erfand” autorstwa Kurta Kreislera, wydane nakładem frankfurckiego Insel Verlag). U nas coś już się tam na ten temat bąkało, za mało jak na taką sensację. Z Szekspirem Williamem było tak, że urodził się w miasteczku Stratford-upon-Avon i żył rzeczywiście, ale to już w zasadzie wszystko. Ojciec ze stanu chłopskiego, później radny, ale ponad swój stan nie podskoczył, poza tym źle prowadził interesy, rodzina zubożała. Matka ze stanu szlacheckiego, ale bez znaczenia, jedyne, co jej wyszło, to dzieci z brzucha, William miał ośmioro rodzeństwa

NIEPEŁNOLETNI ŻENI SIĘ Z OSIEM LAT STARSZĄ KOBIETĄ, KTÓRA SZEŚĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ RODZI CÓRKĘ, A PO DWÓCH LATACH BLIŹNIAKI, I TO W ZASADZIE WSZYSTKO, CO SZEKSPIR UCZYNIŁ BYŁ DLA LUDZKOŚCI.

W przeciętnym mieście kończy coś w rodzaju dzisiejszej przeciętnej szkoły średniej, w której, poza łaciną, poziom jest przeciętny. Potem żadnych studiów, nic, koniec edukacji geniusza dramatu. Jeszcze niepełnoletni żeni się w trybie przyśpieszonym z osiem lat starszą kobietą, która sześć miesięcy później rodzi im córkę, a po dwóch latach bliźniaki, i to w zasadzie wszystko, co Szekspir uczynił był dla ludzkości. Dalej jest dziura jak Berlin, opuszcza Stratford, nurkuje gdzieś i po latach wychodzi na powierzchnię w Londynie. Trochę występuje jako aktor, ale bez sukcesu, udaje mu się za to zdobyć małą fortunę, inwestuje w kamienice, udziela pożyczek, staje się dobrze prosperującym udziałowcem teatralnym (The Globe). Pieniądze posyła do Stratfordu, rodzinie, tam też inwestuje w nieruchomości, tam też wraca i, jako bogaty człowiek, w wieku lat 52 umiera.

Janusz Rudnicki ur. 1956 pisarz i eseista. Debiutował w paryskiej „Kulturze”. Studiował slawistykę oraz germanistykę w Hamburgu. Autor m.in. książek Można żyć, Męka kartoflana, Mój Wehrmacht, Chodźcie, idziemy. Tom opowiadań Śmierć czeskiego psa nominowano do Nike 2010, Angelusa oraz Nagrody Literackiej Festiwalu w Gdyni

Gdzie, kiedy, jakim cudem ten samouk z prowincji w ciągu tych paru lat, o których nic nie wiadomo, stać się mógł dramaturgiem o nieporównywalnej sile języka, nieziemskiej wyobraźni, dogłębnej znajomości sztuki, ludzkiej natury i niesamowitym wykształceniu w literaturze klasycznej, prawie, naukach przyrodniczych i wysublimowanych manierach dworskich? Hę? Jak? Dlaczego nikt w Londynie nie odnotowuje spotkania z nim, jeśli miałby być w tym czasie już sławnym autorem? Również w jego rodzinnym mieście, nigdy, do samej jego śmierci? Nie zachował się też żaden rękopis, żaden pisany jego ręką szkic, nie ma niczego. Nikt też, żaden z ówczesnych pisarzy i luminarzy kultury, nie odnotował jego śmierci, dlaczego? Ponieważ nikt nie łączył go z autorem genialnych sztuk.

Jedyne, co zostało po nim namacalnego, to testament. Ma trzy strony i mało wspólnego z ostatnią wolą twórcy.

30  Dytyramb nr 2


Vere był o 14 lat starszy, co nie pasuje do hipotezy chronologii dzieł, musiałyby powstać one wcześniej. I powstały, czas powstania samej sztuki nie jest przecież znany, znana jest jedynie data stempla cenzury dopuszczającej sztukę do publicznego wystawiania. Jeśli de Vere pisał przede wszystkim dla dworu, mogły minąć lata, zanim tekst, za jego cichym przyzwoleniem, jako anonimowy trafił na sceny powszechne.

Ale jest praktyczny i przyziemny jak piorunochron, córka dostaje na przykład dom „wraz z „zastawą stołową i sprzętem gospodarstwa domowego”, żona zaś „drugie najlepsze łóżko w domu”. No rzeczywiście, testament światowego geniusza, ostatnia, cała wola życia największego poety wszech czasów, tylko i wyłącznie szczegóły związane ze stanem majątkowym.

ANI SŁOWA O DZIEŁACH, PRAWACH AUTORSKICH I NIEWYDANYCH JESZCZE SZTUKACH. Nieprawdopodobne, że przez tyle stuleci ten Szekspir ze Stratfordu funkcjonował jako wiekopomny autor. Być może tylko dlatego, że nikt tego nie kwestionował. Aż do roku 1920, wtedy dopiero pojawia się nazwisko Edward de Vere i powstają dwa obozy: stratfordczycy optują za dotychczasowym Szekspirem, oksfordczycy za Edwardem. Prosiło się, żeby był to dworzanin, arystokrata o literackich zainteresowaniach oraz odpowiednim wykształceniu. Arystokrata, bo tenże właśnie miałby powody, aby ukrywać swoją namiętność do teatru, kunsztowne sonety wtedy jakoś jeszcze mu uchodziły, okazjonalne pisanie dla teatru dworskiego tudzież, ale już klecenie sztuk dla plebejskich teatrów skompromitowałoby go doszczętnie.

Prosiło się i jest, Edward de Vere, hrabia von Oxford. Gwiazda na dworze Elżbiety I, poeta, entuzjasta teatru, podziwiany przez ówczesnych krytyków, którzy nazywali go najlepszym autorem komedii, przy czym teatru dworskiego, nie zaś tego dla plebsu. Wykształcenie na najwyższym, renesansowym poziomie, już od dziecka. Po śmierci ojca, w wieku lat 12, wychowuje się w londyńskim pałacu, pod pieczą skarbnika królewskiego, prawej ręki królowej. Jego tutorem jest wujek (Gording), sławny tłumacz łacińskich klasyków, przede wszystkim Metamorfoz Owidiusza, czyli najczęściej cytowanej lektury „Szekspira”! Ślub bierze z córką ministra, na bankiet do zamku prosi królowa, która później daruje mu zamek i, na znak najwyższej łaski, publicznie całuje go w usta. Nie znaczy to, że życiorys jego bez wybojów, rujnuje go luksusowy tryb życia, ale dostaje od królowej dożywotnią rentę, nie wiadomo w zasadzie za co, grupa oksfordzka przypuszcza, że za obietnicę nieogłaszania dzieł pod własnym nazwiskiem. Rozchodzi się z żoną, ma romans i nieślubne dziecko, królowa wtrąca go do wieży, skazuje na banicję i dopiero po dwóch latach, po formalnej zgodzie z żoną, pozwala powrócić mu do łask. De Vere, że się tak wyrażę, celował w turniejach rycerskich, szczególnie w miotaniu włócznią. Autor książki (w przypisie) stawia przekonującą tezę, że Edward, aby móc publikować, wymyślił sobie pseudonim Shake-speare, z myślnikiem właśnie, co oznacza po prostu miotacz włócznią i stanowi też aluzję do jego bogini literackiej Pallas Ateny, z włócznią przecież tudzież. Po jakimś czasie mogło dojść do pomyłki łudząco podobnych, nie całkiem jednak takich samych nazwisk, kupiec z miasteczka Stratford nazywał się William Shakspere, nie zaś Shake-speare.

Magazyn Literacki  31


Polemika

KONIEC PROMOCYJNYCH CEN BESTSELLERÓW? Łukasz Badula

2

Powstanie projektu społecznego owej regulacji prawnej wymogło na księgarzach samo życie. Nie dość, że czytelnictwo nadal utrzymuje w Polsce tendencję spadkową, to na dodatek księgarniom przybyła mocna konkurencja. I właśnie owej konkurencji dotyczy planowana ustawa. Ustawa budząca spore emocje, choć nie pozostająca w sprzeczności z ładem legislacyjnym innych europejskich państw. Najwięcej klientów zabiera księgarniom rzecz jasna internet, ale nie on jest tu głównym problemem. Spora liczba placówek potrafiła bowiem zainicjować swoje interaktywne filie w sieci, zyskując alternatywne źródło sprzedaży tytułów. Tak naprawdę głównym konkurentem księgarni w tym momencie pozostają sklepy wielobranżowe i hipermarkety. Konsumenckie molochy dzięki branżowej dywersyfikacji mogą sobie bowiem pozwolić na sprzedawanie atrakcyjnych książek po zaniżonych cenach. Wymownym przykładem, jaki przytacza Dziennik. Gazeta Prawna, jest sprawa ostatniego bestselleru

Dana

Browna

"Zaginiony

symbol".

Polskie wydanie książki w hurtowniach było oferowane po cenie 28 złotych. Nie przeszkodziło to wcale sieci spożywczej Biedronka w sprzedaży tytułu całe dwa złote taniej. Nic dziwnego, iż księgarze, bezradni wobec dumpingowych praktyk myślą o zabezpieczeniu swojego interesu. Ma im w tym

1

ODDOLNA INICJATYWA RODZIMYCH KSIĘGARZY SPOTKAŁA SIĘ W OSTATNICH DNIACH ZE SKRAJNYMI OCENAMI. PORTALE ZAJMUJĄCE SIĘ RYNKIEM WYDAWNICZYM, OBJAŚNIAJĄ PRZESŁANKI STOJĄCE ZA PROJEKTEM TZW. USTAWY LANGA, ZWRACAJĄC UWAGĘ NA KATASTROFALNĄ SYTUACJĘ CAŁEJ BRANŻY. ALE JUŻ PRASA, IDĄC ZA OPINIĄ URZĘDU OCHRONY KONSUMENTÓW I KONKURENCJI, NIEUSTANNIE PISZE O “ZMOWIE KSIĘGARZY”. CAŁE ZAMIESZANIE JEST O TYLE ISTOTNE DLA POTOCZNEGO CZYTELNIKA, IŻ DOTYCZY WAGI JEGO PORTFELA.

pomóc przygotowana jeszcze w 2004 roku ustawa, nad którą Instytut Książki pracował wraz z grupą naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wprowadza ona w życie regulację, znaną jako System Langa.

32  Dytyramb nr 2

Jak wyjaśnia sama ustawa, funkcjonowanie tego systemu polega na tym, iż określona książka oferowana jest na rynku we wszystkich miejscach sprzedaży po tej samej cenie ustalonej przez wydawcę. Dalej zaś uzasadnia: Jednym z najważniejszych argumentów za wprowadzeniem tego mechanizmu jest możliwość tzw. ogólnego wewnętrznego subsydiowania, które pozwala wydawcom finansować wydawanie tytułów o wyższej jakości i mniejszej popularności zyskami ze sprzedaży bestsellerów (automecenat). Mechanizm ten pozwala także na utrzymanie sieci małych punktów sprzedaży i ich ochrony przed ich wyparciem przez duże księgarnie.


3

Projekt, jak sam przyznaje omawiający go na witrynie Instytutu Książki Tadeusz Żochowski, nie jest oryginalny, a wręcz przeciwnie - nawiązuje do rozwiązań stosowanych w europejskich krajach. Pytanie tylko, czy skutecznych. W Wielkiej Brytanii porzucono je 15 lat temu, wolna od nich jest także Szwecja. Taktykę zamrożonej, detalicznej ceny stosuje się natomiast konsekwentnie w Niemczech. Z kolei niektóre kraje wprowadziły granicę co do upustu przy sprzedaży, np. we Francji wynosi ona do 5 %, a we Włoszech - 15%. Czy w Polsce podobne, ustawodawcze widełki mają sens? Przyznając rację księgarzom, jeśli chodzi o zagrożenie dla ich branży, należy zauważyć, iż w całym procesie jest jeszcze wydawca. Od dynamiki sprzedaży jego produktów zależy prężność rynku. A ów zysk napędzają, niestety lub stety, również kupcy, stosujący potem dumping. I choć oficyny wolą stać po stronie księgarzy, a nie wielobranżowych potentatów, trudno byłoby im chyba zrezygnować z tak łatwego dochodu. Po ich książki sięgają bowiem często czytelnicy przygodni, kupujący dany tytuł tylko dlatego, że słyszeli o nim w telewizji, a kosztuje kilka złotych mniej niż na okładce. Tacy czytelnicy, którzy nie zawitają do księgarni, a nabytej lektury pewnie nawet nie doczytają do końca. Istnieje raczej mała szansa, aby ustawa zawierająca system Langa przeszła w parlamencie. Księgarze z pewnością mają twardy orzech do zgryzienia. Warto jednak zastanowić się nad dalszym forsowaniem tego typu rozwiązań prawnych. W końcu gra idzie o ten sektor oferty wydawniczej, który proponuje bestsellery często o przelotnej wartości, kupowane pod wpływem reklamy czy rozgłosu medialnego. Po kilku miesiącach z reguły i tak można je nabyć w punktach tzw. taniej książki, gdzie budzą już mniejsze zainteresowanie. Czy sztywna cena sprawi, że w momencie premiery reklamowanego hitu, jakiś odbiorca zamiast do hipermarketu pójdzie po niego do księgarni? Raczej nie. Chyba, że owa księgarnia znajduje się w tym samym co hipermarket centrum handlowym.

Magazyn Literacki  33


34  Dytyramb nr 2


Magazyn Literacki  35


Telegram

Jorge Mario Pedro Vargas Llosa to peruwiański pisarz, dziennikarz, myśliciel, polityk. Laureat Premio Nacional de Novela del Perú i Nagrody Cervantesa - najwyższego możliwego trofeum w świecie literatury hiszpańskojęzycznej.

MARIO VARGAS LLOSA laureatem literackiej Nagrody Nobla

egoroczny laureat literackiego Nobla został nagrodzony za „kartografię struktur władzy oraz wyraziste obrazy oporu, buntu i porażek jednostki” napisała Szwedzka Akademia w uzasadnieniu werdyktu. Zwycięzca jest pierwszym latynoskim laureatem literackiego Nobla od 1982, kiedy otrzymał go Gabriel Garcia Marquez. 74-letni Mario Vargas Llosa to z pewnością jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, autor wielu powieści, opowiadań, sztuk teatralnych i tekstów publicystycznych. Peruwiański autor w swojej twórczości sięga do wielu gatunków i konwencji literackich, nie stroni od wątków autobiograficznych czy wyrafinowanych gier z czytelnikiem. Debiutancką powieść - „Miasto i psy” wydał w wieku 27 lat. Do jej powstania przyczyniły się autentyczne wydarzenia z życia pisarza. Swojego ojca poznał on dopiero w wieku 10 lat. Postać autorytarnego rodzica znaleźć można jednak na kartach jego powieści. W ojcu pisarskie zapędy syna, jakim chłopak oddawał się od lat młodzieńczych, budziły niepokój. Dlatego nalegał, aby Llosa ukończył wojskową szkołę imienia Leoncia Prady. Dwa lata spędzone w szkole zaowocowały właśnie debiutancką powieścią „Miasto i psy”. Kariera pisarska to nie jedyny fakt z życia Llosy, jaki nie spotkał się z dobrą reakcją ze strony najbliższych. Jego ślub z Julią Urquidi, byłą żoną jednego z wujów (to ona właśnie jest pierwowzorem tytułowej postaci z „Ciotki Julii i skryby”) wywołała rodzinny skandal. Do bardziej znanych jego utworów należą: „Rozmowa w katedrze”, „Święto kozła” i „Miasto i psy”. Jest również autorem takich dzieł, jak „Pantaleon i wizytantki”, „Wojna końca świata”; „Pochwała macochy”.

36  Dytyramb nr 2

Poza twórczością pisarską Llosa aktywny był zawsze i na innych polach. Już na studiach pracował m.in. w rozgłośni radiowej, próbował zarabiać piórem, ale także spisywał na zlecenie nazwiska z grobów na cmentarzu. Po ukończeniu studiów pracował w kilku miejscach jednocześnie - redagował kronikę policyjną w lokalnej gazecie i pisał skrypty do audycji radiowych. W późniejszym czasie pracował również jako dziennikarz, nauczyciel hiszpańskiego i wykładowca literatury iberoamerykańskiej. Udzielał się również w emigracyjnym życiu politycznym, a 1990 r. kandydował w wyborach prezydenckich w Peru. Przegrał jednak z kontrkandydatem Alberto Fujimorim, którego kadencja prezydencka miała się okazać jednym z mroczniejszych okresów w najnowszej historii Peru.


Literacki Nobel

Adam Zagajewski – poeta, eseista, prozaik, tłumacz. Tworzy niemal wyłącznie wiersze białe i wolne. Przy tym definiuje poezję jako sztukę przetwarzania i układania wyrażeń myślowych.

Wcześniej, w 1983 r. przewodniczył komisji badającej sprawę zabójstwa ośmiu reporterów. W 1987 Vargas Llosa stanął na czele Ruchu Wolność (Movimiento Libertad), ugrupowania opozycyjnego wobec prezydenta Alana Garcii Pereza. Jako faworyta do Nobla wymieniano go już w 1996 r., kiedy to ostatecznie nagrodę otrzymała Wisława Szymborska. Jednak już w 1994 r. otrzymał Nagrodę Cervantesa - najwyższe możliwe trofeum w hiszpańskim świecie literatury. Swojemu polskiemu tłumaczowi kupił buty, gdy u nas w kraju były one na kartki. Jerzy Illg ze Znaku, który wydaje książki Llosy w Polsce zapowiada, że w przyszłym roku odwiedzi Polskę. Lista faworytów typowanych do tegorocznej Literackiej Nagrody Nobla zmieniała się jak w kalejdoskopie. Amerykański pisarz Cormac McCarthy, Ngugi wa Thiong’o oraz Haruki Murakami - to ich wymieniało się jednak w ostatnie chwili jako najbardziej prawdopodobnych laureatów szwedzkiej nagrody. Szansę na wygraną miał też Polak Adam Zagajewski. Było o co walczyć, bo oprócz prestiżu nagroda to również około półtora miliona dolarów.

Domysły i wątpliwości co do potencjalnego laureata nagrody są o tyle ciekawe, że Horace Engdahl, sekretarz nagrody, powiedział, że akademicy już wcześniej zgodzili się, co do tegorocznego wyboru, a głosowanie było czystą formalnością. Najbardziej prestiżową nagrodę literacką świata, Literacką Nagrodę Nobla, po raz pierwszy przyznano 109 lat temu. W zeszłym roku laureatką nagrody została Herta Müller, niemiecka pisarka pochodząca ze wschodniej części Rumunii. W uzasadnieniu Akademia Noblowska zgodnym głosem napisała, że wyróżnia Hertę Müller jako tę autorkę, „która łącząc intensywność poezji oraz szczerość prozy, przedstawia świat wykorzenionych”. Müller opisuje bowiem życie jej niemieckiej mniejszości w komunistycznej Rumunii. Wieloletnia tradycja

Llosa był przyjacielem Polaków. W czasie stanu wojennego w Polsce pikietował ambasadę polską w Limie.

Pierwszego Nobla otrzymał René François Armand (Sully) Prudhomme, poeta francuski i twórca poematów filozoficznych. W uzasadnieniu Komitet Noblowski wyjaśnił, że o wyłonieniu laureata zadecydowały jego wybitne osiągnięcia literackie, za idealizm, doskonałość oraz połączenie duchowości i intelektu.

Od 1901 roku tą prestiżową nagrodą cztery razy uhonorowano dwie osoby jednocześnie, a siedem razy w ogóle nie wyłoniono laureata. Wśród 106 nagrodzonych pisarzy znalazło się 12 kobiet. Dwóch pisarzy - JeanPaul Sartre i Borys Pasternak - nagrody w ogóle nie przyjęli. Pierwszy z nich zrzekł się jej dobrowolnie francuski egzystencjalista przekonywał, że „pisarz nie powinien dać się przekształcić w instytucję”; drugiemu przyjęcia nagrody zakazały władze radzieckie. Czterech faworytów, jeden Polak Ponieważ nagroda do końca owiana jest tajemnicą, włącznie z terminem jej przyznania (w odróżnieniu od Nagród Nobla w innych dziedzinach termin jej przyznania podawany jest w ostatniej chwili), jeszcze przed jej przyznaniem obstawiane są typy. W tym roku bukmacherzy z brytyjskiego domu Ladbrokes bardzo wysoko oceniali szanse Adama Zagajewskego. Ponieważ ostatni raz autora poezji Akademia Szwedzka wyróżniła aż 14 lat temu (była to w 1996 r. Wisława Szymborska, a rok wcześniej Irlandczyk, Seamus Heaney), obserwatorzy oceniają, że przyszedł czas na poetę. Na pierwszym miejscu w rankingu zakładów Ladbrokes jest 80-letni szwedzki poeta Tomas Transtroemer (5 do 1), za nim w stosunku 8 do 1 są obstawiani trzej inni poeci: Koreańczyk Ko Un, Syryjczyk Adonis i Adam Zagajewski.

Magazyn Literacki  37


38  Dytyramb nr 2


Recenzje

Tadeusz Cegielski, warszawski profesor historii, wolnomularz - obecnie Wielki Mistrz Honorowy oraz Wielki Namiestnik autorem pasjonującego kryminału. Morderstwo w alei Róż.

RETRO DO POTĘGI Łatwo powiedzieć, dla kogo książka Cegielskiego nie jest. Z daleka od niej powinni trzymać się fani naładowanych akcją, pirotechniką i technologicznymi gadżetami kryminałów Deavera, Connelly’ego i im podobnych. Średnią najwyżej frajdę mieć będą czytelnicy Larssona i Mankella, bo Cegielskiemu zupełnie nie w głowie wymyślać nową Lisbeth Salander, stosunkowo rzadko też pada u niego deszcz. Powieści nie polubią też prawdopodobnie ortodoksyjni wyznawcy czarnego kryminału spod znaku Hammeta i Chandlera. Nie dlatego, że autor ich nie cenił. Po prostu w „Morderstwie…” odwołuje się do całkiem innych wzorców. Gdzieś wspominał, że powstało ono z tęsknoty za archetypem, prawzorem prawdziwego kryminału, a ten stanowiła dlań literatura wagonowa z jednej, a Conan Doyle z drugiej strony. Nietrudno więc narysować mapę inspiracji Cegielskiego. Obyczajowe tło oraz wątki erotyczne to dawne pulp fiction, cała reszta to kryminalna szarada w najbardziej klasycznym stylu. Tych, którzy znają profesora Cegielskiego jako specjalistę od historii nowożytnej i historii idei, wybitnego znawcę wolnomularstwa, człowieka nieulegającego myślowym stereotypom, za to obdarzonego rzadkim poczuciem humoru, takie podejście do tematu nie zaskoczy. Nie zdziwią się oni, że „Morderstwo…”, chociaż wypełnia wszystkie żelazne reguły konwencji, można nazwać pastiszem kryminału. Choćby z tej racji, że Cegielski z lubością przerysowuje postaci, tworząc z nich raczej typy literackie, a nie pełnokrwistych bohaterów. No i raz po raz puszcza do nas oko, żebyśmy przypadkiem nie traktowali jego gry zbyt serio. Pisząc tę książkę, bawił się doskonale, a teraz tego samego oczekuje od nas. Pożyczę ci tę książkę. Dziś rarytas, biały kruk. A teraz na kawę! Prawdziwą, mocną kawę!

Magazyn Literacki  39


ul. Typograficzna 4 90-210 Literkowo PROJEKT LAYOTU i ILLUSTRACJE Aleksandra Niepsuj WYDAWCA Aleksandra Niepsuj KONTRYBUCJE Mazaki, Nożyczki, Klej ŹRÓDŁA PUBLIKACJI Serwisy Internetowe: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Culture.pl, Kulturaonline.pl, poezja.org Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część publikacji nie może być powielana bez zgody wydawcy.

40  Dytyramb nr 2

Aleksandra Niepsuj

Projekt dyplomowy 2010

Ogólnopolski Magazyn Literacki


Akedemia Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi

Pracowania Projektowania Grafiki Wydawniczej Promotor dr hab. Sławomir Kosmynka

Magazyn Literacki  41


42  Dytyramb nr 2


Magazyn Literacki  43



Alaksandra Niepsuj DYTYRAMB = Ogólnopolski magazyn literacki Nr 2