Page 1

Janusz Styczeń

Lustro-sofista publikacja elektroniczna1

Wrocław 2017

1

Zapis wierszy według I wydania: Zakład Narodowy im. Ossolińskich − Wydawnictwo Wrocław 1969. Nakład 1000 egz. Redaktor wydania: Tadeusz Lutogniewski. Okładka: Edward Kostka.


Akt ta chwila przemyka się za oknami godzin zyskuje wreszcie swoją twarz wzrok który jest jej otwartym bijącym sercem i teraz: lustro spogląda w lustro Narcyz widzi Narcyza sekunda się waha ale zwycięża księżyc cień otwiera drzwi usta z powietrzem wiąże fałszywa stuła liście między powiekami zyskują skrzydła jestem tronem który poi się u źródła wskazówka zegara leży bezczynnie rży słucha mnie krew dmie w żagle moich rąk punkt zero jestem berłem samego siebie biorę swoją samotność flirtuje ona z włosem który zasnął paruję pod słońcem samotności oddaję się jej nie tylko przybrawszy postać klucza i zdziwienie ptak w klatce piejący psalmy

Usta normalna introdukcja oko księżycem jest dla ręki ciągnie swoją gwiazdę za włosy usprawiedliwienie to serce odprawia pokutę gdzie w kościele słońca trzeba się zidentyfikować: ja i klucz strząsamy popiół z warg dostajemy skrzydeł teraz tylko ja: na mocy nowego prawa ścinam głowę swojemu cieniowi zbroczony wiatrem odmykam powiekę mojej głowy dzwoni pierwsze „a” następny znak jedzie na miotle widzimy anioła: ja i klucz całujemy usta anioła akt wyzbywa się ciała w księżycu oka wypełniłem się ziemią używa się tu słów: dobra łza wypalony promień mówi się banały Pani Bovary spogląda w lustro stwarza się symbol wypełnia się go ziemią

2

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Ślina kiedy będę jadł gwiazdy w 2 minuty 27 sekund po właściwym podwieczorku listonosz z numerkiem słońca na daszku poczęstuje mnie wiadomością o rewolucji jakiej dokonały promienie w moim oku tym które jest i czwarte i szóste wtedy będę mówił z tobą ptakami muzo o połamanych paznokciach i także liście prześlę belce w twoim oku swój własny uśmiech złapię na lasso a na zakończenie (tu zmrużyć krawat albo jeden guzik) księżyc wpadnie mi do ust zaszczebioce mi w prawym boku

Lęk zmrużyłem swój cień i zatrzymałem wskazówki lewego oka była woda w sercu moim i szczyt górski po którym chodziłem we śnie w okresie wzmożonej protuberancji zęba tego który w dwa dni potem mi wypadł − był przesunięty o 24 centymetry na lewy zachód ale nad swoim herbem nie zastanawiałem się długo między jedną swoją rzęsą a drugą minąłem własne łyse muzy

Byłem cieniem jestem białym krukiem dla niego ciągnąłem słońce za włosy gdy byłem cieniem samego siebie

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

3


i promień mieszkał w moich ustach z którymi byłem zaręczony rzucam w niego włócznią swojego głosu a on patrzy spokojnie w siebie swoje serce trzyma na ręce pocieszam się ostatecznie i jemu też nie w każdy dzień chce się powozić swoim karawanem co Mister Liść

Rozwód wyszedłem z siebie − ty klatko − powiedziałem − mój dotyk kraje teraz jak diament − co tyle gadasz stary − odpowiedział − jestem prestidigitatorem noże palców moich rąk zżółkły opadły ze mnie jak liście − ty klatko − roześmiał się − ja też nie jestem już

Owoc taca była dziewczynie do twarzy a ja kapłan owinąłem się w koc źdźbła owca uciekła z monstrancji nie było krwi na tacy dziewczyna odebrała cyborium napełniła je łzami potem zasnęła w nożu

4

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Transcendencja wspinam się na górę dnia nie mogę powiedzieć że widok z niej olśniewający przez parę godzin jestem w zenicie potem zabiera mnie ptak na Ocean Indyjski chmury przeciekają mi między palcami lubiłem kiedyś fantazjować przybierało to u mnie rozmiary zaskakujące a mój jeden znajomy mówi fantazja piękna rzecz a tak naprawdę to wykruszają mi się zęby po prostu czas sobie robi z nich spinki do swoich koszul

2×2=4 moja muzo denerwująca nie wciągaj rękawiczek na usta moje oko wsiadło na koń i gna Mister Liść powozi karawanem drogą od krawatu do trzeciego guzika marynarki który − jak wiadomo − jest ostatni w każdym razie przy obecnej modzie licząc od katedry w Angers do jeziora Ontario promień słońca wbił mi się w serce ale nie od tego się dławię moja muzo lewa poszło ci oczko w ustach a potem Liliana − muza kapryśna podarowała 1957 swoich włosów księżycowi nie w pełni

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

5


Muza moja muzo nieobecna zakwitł ci księżyc pod paznokciem małego palca chodzę ostatnio głodny nie miewam wizji mimo że wkładam widelec do butonierki moja muzo żałobna mój cień mi się dzisiaj nie ukłonił nie należy robić z tego trzech zębów ani fosy przy zamku Anvoix notabene zasypanej kursuje autobus między twoim jednym włosem a drugim2 biała damo mam serce siwowłose słońce mi zachodzi za jednym okiem

Bitwa pod Ypsylon Rimbaud czy lustro liścia jest sufitem oka Liliana odpowiada, że jest chociaż nie zawsze, dodaje po pięciu włosach, które nie rozwinęły żagli czasem w suficie oka są rozety pisze mi Liliana na kopercie swojego głosu siedzę z Lilianą w knajpie Mrs. Wargi ta Mrs. jeszcze nie zdjęła obrączki po swoim ostatnim monologu chwila zawiera rzęsy ścigamy się z Lilianą, każde na swojej chmurze ta knajpa jest dobrą aproksymacją – mówię i świeca cienia też lata oko Liliany, trzepie skrzydłami, zupełnie jak motyl − śmieje się Liliana i wtedy jej włos rozpoczyna podróż 2

6

Wojaczek napisał: Dokonałem egzegezy jednego, notabene znakomitego utworu poetyckiego Mojego Kolegi Janusza Stycznia, nie mogąc dociec tylko tego, czy autor, pisząc: „kursuje autobus między twoim jednym włosem a drugim”, miał na myśli, że osoba, której się to tyczy, jest łysa. Janusz Styczeń − Lustro-sofista


ten 25 z szeregu, nazwijmy 2x, kryjącego się jeszcze pod opaską koloru lilaróż w czarne paski 4 cm od spinki czy lustro liścia jest sufitem oka, podrzucam klucz Lilianie a ona wyprzęga swoje konie, zapina włos na dzwonek który nie rzuca cienia ta knajpa Mrs. Wargi jest całkiem, całkiem − mówię

Moja wewnętrzna Liliana ta moja wewnętrzna Liliana jedno oko ma spięte sierpem księżyca i czasami gubi zdumienie tak samo jak to robi podróż rozmawiam z tą moją wewnętrzną Lilianą na jedenastej atlantydzie jej głosu − mówi moja wewnętrzna Liliana o świecy klucza, która wypełnia lustrem swoje oko o słońcu liścia które wsiada na koń trzy razy miałem mojej wewnętrznej Lilianie za złe a teraz w tej właśnie chwili moja wewnętrzna Liliana bierze cyprys pod rękę i zamienia się w harfę która swój sen układa do snu

Wielkanoc W Café Sport w Katowicach ściskam rękę losu (pijana kelnerka całuje mężczyzn) pojęcie mityczne ale dzisiaj byłem na cmentarzu już jeden poeta amerykański Cummings mówił do ciebie po imieniu panie Śmierć (pijaną kelnerkę z zeschniętym kielichem w prawej ręce prowadzi druga do kierownika) dłonie Liliany jak białe gołębie płyną w powietrzu mówię stolikowi Wesołych Świąt

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

7


nie mogę być co prawda słowo jest kurtyzaną cyniczny (pijana kelnerka upuściła zeschnięty kielich) nie mogę być co prawda słowa oglądają same siebie cyniczny jest most z powietrza między mną a moją nie można mówić że ręka losu dziewczyną (w Wielką Sobotę Café Sport najdłużej otwarta ale oni też chcą mieć święto) nie mogę być co prawda słowa kończą masturbacją cyniczny między mną nie można mówić że ręka a moją losu już starożytni (pijana kelnerka śpiewa na wszystkich swoich włosach Alleluja)

Erotyk III (ona nadaje głosowi subtelną słodkość wtedy gdy ja i zdołałem jeszcze dostrzec że kiedy chowa tę drugą do) ale to dlatego że rękawiczki są między nami i nie tylko atrofia księżyca a swoje podróże zaczynam powielać ale dlatego że wszystko jest takie brutalne powiedziała gdy nie przyszła na umówioną wycieczkę bo przed dworcem stali oni i tak na nią patrzyli niebiescy ptacy przyśnili się Bogu już w siódmym dniu

8

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Liliano co godzinę będę zrywał liść z drzewa i posyłał ci aż będziesz miała tak jak i ja swoją zieloną górę i włócznię swojego głosu rzucę na 153 km rozbije ci szybę w mieszkaniu tymczasem deszcz tubylczy zalewa moje serce ale to dlatego że rękawiczki między nami i tak ona po tym wszystkim nie ma mieć wykończonych nerwów (jedno oko to nawet wypadło jej i się rozbiło a drugie) i przyjechałem do niej na pięknym koniu i ucięty czwarty palec lewej swojej nogi zatknąłem za miecz powiedziała ty też czujesz do mnie żal Liliano przecież mówię do ciebie o kopercie błękitu dam głowę smutny cyprys wyrośnie mi w sercu

Lilianie C. Gdy nie przyszła do klubu związków twórczych 4 lipca 1966 z powodu ulewy, bo po drodze złamał się jej parasol

moja muzo nieprzybyła deszcz ci zalał prawe oko masz usta w rękawiczkach a ja mam ptaka za uchem ach gdzież ci się zapodziała szczoteczka do czyszczenia nóg nie martwię się o obłok i gwizdam wkładając dwa palce do oka

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

9


moja muzo oddzielona wyrwij sobie włos i jedź nim żwawo stawiam sobie krzyż na powiece tej równocześnie lewej i prawej

Walc żałobny mam w pięści proch no co wypadło się poza ramy stary niedźwiedź mocno śpi my się go boimy bo jak i nawet moja piękna złotowłosa obroża sypiam z różą choroby mówi do mnie o a ja i szyja moja pusta gotowa nie zawsze czerń lubiłem raz mi zakwitło oko i paznokieć u małego palca moja złotowłosa obrożo weź gwoździa o długości co najmniej 4 m 53 cm i przykuj mnie może znajdziesz go na Wyspie Pirata (o ile taka wyspa istnieje ale tu musisz już sama wziąć atlas zresztą możesz ją wyrysować na oceanie którejś z map) i 8 mm się obudzi to nas zje mówi do mnie ta róża choroby o mam w pięści proch i przyjdzie dzień że rozsadzę nim siebie (o tym że w czasie narkozy byłem w Australii i głaskałem kangura to bardzo przyjemne zwierzę)

10

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Sarabanda łza mi siwieje już dawno nie spuszczałem jej ze smyczy liść księżyca który mi rósł w donicy prawej ręki więdnie z szybkością pięciu węzłów na 4 sekundy cień mi podaje konia jest ci w tym wcale do twarzy mówi mi na moje przedwczorajsze oko a gdzie moja złotowłosa obroża przychodzą Wanda Mariola piorą moje włosy nie są pedantkami − muszę dodać podają mi ptaki regularnie co rano głos mi czyszczą tylko raz je skarciłem tańczą tango z moją lewą nogą i co moja złotowłosa obrożo włóczni mojego głosu wyrzuconej w twoim kierunku (z kwiatem zamiast ostrza nie tu nie chodzi o zupełnie co) przeszkadzają obłoki za blisko podchodzą nawet próbowałem przekupić wyciągnąłem z butonierki moje berło ze źdźbła naturalnie nie określa mnie to że śniłem twoją jawę Janusz Styczeń − Lustro-sofista

11


moja złotowłosa obrożo przeręblo mojego oka postawię ci świecę tak oczywiście tylko że ty świecę słowa i list pożegnalny wyślę na adres twojej trzeciej piersi no ze słońcem żałoby moja złotowłosa obrożo a wiesz ta Mariola której matematyka jest w stadium szczątkowym ona raz przed radiem wrocławskim idealizowała perliczkę porównując ją z gęsią lub kaczką jej łagodność jej piękne pióro od którego kontemplacji wyłysiał pewien pan ale wreszcie stwierdziła że to samograj

Msza zegara jesieni wiem jak zwykle wyjmę z lustra swoją głowę ucałuję swoje usta ofiaruję sobie różę (włożę ją do ucha obojętnie do którego raz do tego raz do tamtego) wypiję herbatę zamieszam ją piórem zerwanym ze skrzydełek mojego pegaza któremu czasami zdaje się że jestem kobyłą zainspirowałaś mi trochę wierszy moja gwiazdo chodząca na szczudłach po niebie mojego dziesiątego oka (tak między nami za dużo ostatnio się mówi o róży ona też maluje paznokcie swojej lewej nogi pędzelkiem utkanym z kilku (dokładnie trzech i 2/50) cieni wczorajszego słońca a o jej sercu ile wspominano między poszczególnymi liśćmi plotki która swoje ogrody od pewnego czasu zaczęła brać poważnie)

12

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


tymczasem wskazówki twoich oczu idą idą wiosłują twoje włosy a ja ja widzę topór seledynowy i twoje usta które chciały jedną krągłą harmonijną kroplą do mnie spłynąć wyjmuję oto z mojego serca (czasem trzeba je odtworzyć wziąwszy wytrych sobie zza ucha) parę zeschniętych liści i posyłam ci z nich obrączkę niech ją ci zawiezie mój pegaz który jeździ na miotle wiem to atrofia kręć się kręć wrzeciono ukręcono łeb ptakowi w Ariadny ustach a ja ja widzę gilotynę miękką aksamitną (między moimi żyłami lata motyl podobno jedna kwitnie na niebiesko a inna nie ma pieczęci) wiem mój subiektywizm jest dniem który śni moja noc Liliano poślę ci mój uśmiech niech ci się zamknie obrączką na twoim palcu a ja ja wyjmę siebie z lustra napiję się z naczynia swojej krwi i swoją głowę uciętą ucałuję w usta trzeba tu jeszcze zmówić modlitwę robi to w tej chwili na razie krew jednej żyły nr Janusz Styczeń − Lustro-sofista

13


Lustro-sofista Teresie Monice K.

wskazówka obłoku przestawia swoje krzesła ale to nie wytłumaczenie i nie chodzi tu o słońce w ciąży miłość − to nie włos który zaświtał nam z głowy oto Miss Mona Lisa z cyprysem w oku i ręka z obrączką mgły Tereso masz rację ptak jest ironią bo apokalipsą zagraną jako missa pulcherrima Tereso masz rację fakt nie wiąże sobie liścia pod szyją Kłodzko 1966

Leżę już w trumnie żołądek podchodzi mi do gardła − tędy nie wyjdziesz − mówię wtedy on do odbytnicy − tędy też nie − krzyczę − przespałem dzwonek − tłumaczy się a serce wyjmuje miecz z pochwy − czemu pan tak długo to trzymał − pytam (kiedyś byłem z sercem na ty) włosy rozpoczynają lot jako obłok tworzą niebo mojej trumny − trochę za późno − mówię ledwie mnie tolerują − przydałaby się jakaś pościel − myślę w życiu obchodziłem się zimno

14

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Jabłko gwiazdy jeden palec zbuntował się przeciw mojej ręce z chorągwią ruszył na nią a ona co ona czmychnęła w przysłowie zatrzasnęła drzwi wywiesiła tablicę zły to ptak, co własne gniazdo kala i słuchała tętentu palca narastającego a w mojej głowie lęgnie się okno wykluwa się ptak okna dziobem wyłupuje dziurę w czaszce jest to dla mnie trochę bolesne ale ja mam swoje metody ślinę swoją lubię podróżuję po niej stado sów-słów siedzi sobie na łodzi mojego języka każda(e) mądra(e) jest i lustrem a jeśli lustrem to i zegarem wiosłują wiosłują i hop obsiadło to stado moje serce − dobrze wam tu − pytam a każda(e) z nich trzyma robaka w dziobie milczą wietrzę wnętrze kładę dywany ścieram kurze a zegary nie biją nie biją hopsasa do lasa hopsasa do lasa moje oko taki dzielny rycerz wyśmienity jeździec zsiada z kulbaki − jedynie alkohol mi pomaga – powiada i zabiera się do umierania

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

15


− może cztery księżyce trzy cyprysy – mówię i zjada ono te cztery księżyce i trzy cyprysy można odetchnąć spokojnie się położyć w łóżku swojego ciała jak zwykle we śnie będę trzymał w ręce krągłe harmonijne jabłko swojej gwiazdy a noc wbija gwoździe wbija hebluje hebluje a łódź mojego języka przecieka przecieka

W oknie Z wazonu swojego słowa wyciągam sobie kwiatek swojej bajki wzeszedł księżyc nad kluczem zasnął nad nim − no to wreszcie się odkluczę – powiedział klucz i przystępuje do rzeczy − nawet z jabłkiem sobie poradzę − chełpi się wsunął się do snu księżyca cicho łowi sobie sowi księżyc zlany potem wskakuje cały w kindżał − ty nigdy nie będziesz moim lustrem − ty nigdy nie będziesz moim lustrem i klucz kluczy a ja wycieram się w ręcznik swojego ucha jeżdżę trochę na koniu mojej żyły nr 1 mimo to pewien paragraf mnie studiuje ptak choroby tłucze dziobem w korę serca puszczam mu strużkę krwi na odczepnego ale myślę

16

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


jak przytrzasnę go w sidłach mojego ciała da sobie własną głowę i da sobie spokój wyjdzie mi bokiem wtedy zaśpiewam

Galop wstaję z łóżka swojego ciała budzę oko ono odchyla firanki i całe bije we mnie mam krew niebieską przezroczystą muszę przyznać że jestem zachwycony cały świecę przechadzam się po swoim ciele od krzesła do krzesła ujeżdżam jedną rękę potem drugą podkuwam paznokcie aż trzeszczą skry cień moich ust pada na mnie obłoki potu płyną nade mną zatrzymuję się stoję na stole swojego dnia jedna ręka galopuje naokoło stołu − jakby usiłowała złapać swój ogon − śmieję się będę sobie tak stał na stole swojego dnia zawsze zdążę na prześcieradło własnej skóry

Olimp wchodzi mi muza poprzez lewą rękę zamykam sprawdzam haczyk ust

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

17


− moja muzo – mówię patrz słońce wywija się z lassa okna a kochanie niech wywinie się z lassa nas i niech spokojnie nad nami czuwa – mój jeden włos wyjrzał sponad wszystkich − ho ho ale muza − zdziwił się jeden z wodorostów w żyłach podpłynął mi do ust − dobra robota – szepnął muza mnie muzi gromadzi się sperma słowa napływa narasta wzbiera

Objazd królestwa słucham jak łopoce chorągiew serca jeździ się jeździ na rumaku swojego ciała ściana przykłada ucho jedna druga szósta kielicha jabłka jak nie ma tak nie ma wszędzie mokro trzeba się przesiadać mam ślinę niesymetryczną i zabieram się do podglądania Boga widzę że Bóg trzyma w ręce mysz niebieską − nie zaczynam się od zera − mówi Bóg wracam ściany mnie malują − spokój to farba – szepcą stado cytatów obsiaduje mnie lepi się w farbie ust − krra krra –

18

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Dobranoc krew nie dochodzi mi do lewej ręki kto jej dyszel zatrzymuje ja ja zatrzymuję jej dyszel? to bardzo ładna rzecz być koniem w wozie własnej krwi sama nie chce? nie odpowiada jej? żąda lepszych warunków? położyłaby się i usnęła? a ja? też do spania? gdy mam co innego we krwi?

Psalm dzisiaj się zaczęło od któregoś tam już włosa który wykonał śpiew łabędzi na grzebieniu i poszedł w podłogi grzebień chuchnął poprawił sobie krawat − nie pamiętam – powiedział i miał wszystko w kieszeni a jeszcze przedtem słońce z dużą chorągwią − bum − przebiło okno i spaceruje spaceruje w pokoju (ale nie wie, że samo złapane na lasso okna) a ja zbój z nożem do rozcinania kartek swojego serca patrzę na ten nóż Janusz Styczeń − Lustro-sofista

19


i na mgłę dnia − nie będę przebijał nim pluskiew – mówię − rozkroję już teraz mgłę dnia – ptaki sekund obsiadły mi nóż fruwają spacerują po ostrzu i potem ta mgła dnia mgła a więc nic − hop − zjadła mi nóż (do wieczora wypluwała po kawałku zbierałem pilnie)

Pozytywizm głowa mojej myśli na moim stole − jak to jeść − pytam języka język odważny Indianin podchodzi tropi węszy a głowa myśli wystawia ze swoich ust most zwodzony klucza i zapala go sobie jak papierosa puszcza kłęby dymu z klucza-papierosa na mój język język wraca na tarczy rozebrany z głosu opasuje się śliną kładzie się do snu zęby-księżyce cicho obchodzą lekko opukują głowę myśli

20

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


krążą naokoło gdy się skoncentrują to dźgną głowa myśli łapie je wtedy w sieci swoich włosów plum plum i pali papieros-klucz wtedy wypuszczam gwóźdź oka długo ostrzę trenuję gwóźdź oka warczy zrywa się głowa myśli wysyła mu naprzeciw chmurę kataru swojego nosa chmura go owija przykłada się miękko do jego ostrza i gwóźdź mojego oka spowity płynie w tej chmurze − jak jeść tę głowę myśli – koń ucha cwałuje cwałuje jest już na stepie głowy myśli wychodzą z jego brzucha rycerze echa łapią na lasso pętają ja ciągle przed głową myśli − nie mam czym jej jeść – krzyczę płynę w swojej ślinie nurt szybki i spokojny coraz więcej śliny i coraz bliżej jestem rybą wpadam w usta głowy mojej myśli bo właśnie ziewnęła

Apologia idealizmu moje serce założyło niebieskie okulary słońce lilią i cień lilią a dzień staje się jabłkiem lilii trzymam więc jabłko lilii w swojej ręce pełno głosów szumu huku wokoło ale wszystko to staje się liliami Janusz Styczeń − Lustro-sofista

21


dzień − jabłko lilii w mojej ręce dojrzewa rumieni się − niemalże literatura piękna − mówię mucha jest także lilią niebieskie okulary mojego serca odbijają ogień wchodzę w słowo − lilię moje ciało jest poza moimi ustami moje serce w niebieskich okularach płynie przez powietrze mówi coś do mnie ja − słowo lilia rozchylam płatki

Pasowanie na wojownika siła otwiera drzwi mówi do klucza − ty zardzewiały gwoździu oddawaj głowę poszło to bez specjalnych oporów klucz tuż przed faktem otworzył jedno oko i powiedział − a kuku siła trenuje rękę − może podpiszemy układ − mówi ręka i chowa swoje źdźbła pod koc − no no − mówi siła i zabiera się do oka − won z powieką – krzyczy a oko pracuje pracuje i już dynda sznurkiem nowej powieki pochowała się siła w sobie w pokoju zatapia zęby w cytrynie swojego snu a ja sobie wyszedłem

22

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Konfirmacja mówię głodowi − do widzenia bawię się w przerywanie telefonów zgarniam swoją krew wiadrami podlewam rękę staram się być na dystans z głodem nie będę jego Chlebem ale on maszeruje − nie mam ciała − krzyczy wystawiam za oko swoją muzykę wewnętrzną głodowi idzie ślina wychodzę mu naprzeciw z transparentem który zamieniam w białą flagę − daj mi ciało − woła głód − nie mam nawet gdzie spać – zamykam usta on dobija się podważa rygle wchodzi przystaje przed sercem które berła krwi nie wypuszcza dotyka berła sprawdza czy uścisk serca na tym berle dosyć mocny

Łaska nawiedzony chodzę po sobie jak po trumnie − jeszcze jeden gwóźdź − słyszę z góry piszę wiersz o zamkniętych okiennicach − na zdrowie − wypijam spirytus i patrzę jak kwitnie mi pięść (ale to mówię tylko dla ciebie który spodziewałeś się inne – lewa

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

23


Lawa urwałem głowie myśli kilka słów-włosów zrobiłem krawat zawiązałem lusterko ręki mi świeci ale ślina mi cieknie knebluję knebluję a już serce całe zalane i zamienia się w rybę − co z tą śliną − wznoszę tamę z obu rąk a ślina ma ptaka w ustach szantażuje mnie rzuca mi go pod nogi i tak bez serca kroję ją językiem zastyga przysiada na tylnych łapach lawa i lawa język-księżyc nad nią świeci tralala lala lala

Pauza sen kapie mi z palców biały anioł siedzi mi okrakiem na sercu i to jest mój dom potem jestem tiulem dom przenika przeze mnie tracę równowagę kwitnę różą w butelce czarnej kawy łyżeczką wiosłuję

24

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Elegia krzyknąłem wszystkie moje żyły tu uformował się pokaźny oddział żył − dzień podał na talerzu wodorosty choroby – mówię żyły wybrały więc przewodniczącego a wodorosty zamulają zamulają co robić może drabinę z alkoholu i jeszcze na dodatek rozpalić ognisko spuścić sznury posłużyć się kukułką

Strumień spojrzałem na swoje ręce były przezroczyste jak woda (on spał gdzieś na łąkach) widziałem już swój pierwszy palec (on przebudził się nasłuchiwał) rysowała mi się cała ręka (on patrzył z zawiązanym wzrokiem) z dwiema rękami szedłem (on stał naprzeciw) z noży były jego ręce widzę cię przecież po źdźbło powiedział przynajmniej się zakryj Janusz Styczeń − Lustro-sofista

25


te ręce są moje odpowiedziałem podszedł do mnie i oberwał mi ręce tak jak się obrywa liście

Lustra ten o języku z płomienia wyciągnął do mnie rękę pokazał jak się chwyta na lasso mężczyzn o oczach tak szczerych i otwartych jak morza − przeklnij łagodność ptaków − powiedział − spokój w nożach jak spokój trawy – chwytałem na lassa mężczyzn o oczach tak szczerych i otwartych jak morza moja ręka stała się celniejsza od najszybszego łuku − zostaw mnie już samego – wrócił − przecież jestem tobą – − nie wiem jak wygląda moje serce – odpowiedziałem znów odszedł i znów wrócił pokazał mi swoją rękę była źdźbłem spadły mi usta z twarzy potem patrzyłem na swoją rękę aż zdjąłem oczy

26

Janusz Styczeń − Lustro-sofista


Oswajanie demona bykowi z którym mam walczyć podsuwam delikatnie siano mój oddech był kiedyś płomieniem dużo miałem niewypałów tak właściwie to czytam − że nadchodzi era kobiet − w paru artykułach nawet powietrze − gdy otwieram rano okno − mnie rozgrzesza

Urodziny gody mojego cienia na stole z wodą sodową na szyi mam czerwony krawat serca przeglądam swoje 44 wiersze w których koń z pola gry będącego na urlopie robi do mnie oko (to kłamstwo że to ja robię oko do niego) piszę cień myśląc że złapałem cień za marynarkę przydałby mi się własny kildare pod skórą

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

27


Spis treści 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14. 15. 16. 17. 18. 19. 20. 21. 22. 23. 24. 25. 26. 27. 28. 29. 30. 31. 32. 33. 34. 35. 36. 37. 38. 39.

28

Akt Usta Ślina Lęk Byłem cieniem Rozwód Owoc Transcendencja 2×2=4 Muza Bitwa pod Ypsylon Rimbaud Moja wewnętrzna Liliana Wielkanoc Erotyk III Lilianie C. Walc żałobny Sarabanda Msza zegara jesieni Lustro-sofista Leżę już w trumnie Jabłko gwiazdy W oknie Galop Olimp Objazd królestwa Dobranoc Psalm Pozytywizm Apologia idealizmu Pasowanie na wojownika Konfirmacja Łaska Lawa Pauza Elegia Strumień Lustra Oswajanie demona Urodziny

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

2 2 3 3 3 4 4 5 5 6 6 7 7 8 9 10 11 12 14 14 15 16 17 17 18 19 19 20 21 22 23 23 24 24 25 25 26 27 27


Janusz Styczeń

Lustro-sofista Publikacja objęta prawem autorskim | All right reserved © Kazimiera Kuzborska i Janusz Styczeń

seria tomik wznowiony z okazji jubileuszy Janusza Stycznia strona artysty wydanie elektroniczne wymiary

Ocalić od zapomnienia 50-lecie pracy artystycznej 77-lecie urodzin janusz.styczen.artwroc.com © Kazimiera Kuzborska

15,5 × 23 cm

Wrocław 2017

Janusz Styczeń − Lustro-sofista

29

Janusz Styczeń − Lustro-sofista  

nowa edycja tomiku, 2017

Advertisement