Issuu on Google+

Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:29 PM Page 33

a l d a d o r g a N

Krwawy zamek str. 18

.2 str

Zbigniew Namysłowski: „W jazzie można robić wszystko, co się chce“ str. 5


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 2

a l d a d o r Nag

a r o t i n o M

c ie ja d y im . M a o r g a N m ureate g o !! ! ” z o s t a ł la m e d iu m p o lo n ij n e y n ij n lo o a k c ja n it o r P t e g o r ii r e d Nasz „Mo a k w o g P ła ż y ń s k ie dniu 28 marca 2013 r. w Warszawie ogłoszono laureatów Nagrody im. Macieja Płażyńskiego, przyznawanej za pracę dziennikarzy i mediów służących Polonii. Intencją inicjatorów tej nagrody jest zachowanie w pamięci Polaków osoby i dokonań jej patrona – działacza opozycji antykomunistycznej, pierwszego niekomunistycznego wojewody gdańskiego, marszałka Sejmu RP i wicemarszałka Senatu RP, prezesa Stowarzyszenia Wspólnota Polska, człowieka o szerokich horyzontach i dalekowzrocznym spojrzeniu na Polskę i świat. Nagroda jest przyznawana co roku za pracę dziennikarską w roku poprzednim w czterech kategoriach: dziennikarz medium polonijnego, dziennikarz krajowy publikujący na tematy polonijne, dziennikarz zagraniczny publikujący na temat Polonii oraz redakcja medium polonijnego. W każdej z trzech kategorii dziennikarskich nagrodę stanowi statuetka oraz kwota pieniężna w wysokości dziesięciu tysięcy złotych, zaś w kategorii re-

W

2

dakcja medium polonijnego jest to sama statuetka. W tym roku do nagrody zgłoszono 80 nominacji z 18 krajów. Spośród nich zwycięzców wyłoniło jury w składzie: Jakub Płażyński (przewodniczący), Andrzej Grzyb (senator RP, przedstawiciel Marszałka Senatu), Jarosław Gugała (Telewizja Polsat), Jerzy Haszczyński („Rzeczpospolita”), Małgorzata Naukowicz (Polskie Radio) oraz Karolina GrabowiczMatyjas (dyrektor Muzeum Emigracji, sekretarz jury). I tak laureatami tegorocznej edycji Nagrody im. Macieja Płażyńskiego zostali dziennikarze z Polski, Białorusi, Stanów Zjednoczonych i Słowacji. Dodatkowo wyróżniono dziennikarzy z Polski i Stanów Zjednoczonych. W kategorii redakcja medium polonijnego zwyciężył nasz „Monitor Polonijny”, który nagrodzono za wysoki poziom, prezentowanie najważniejszych wydarzeń dotyczących Polski i stosunków polsko-słowackich, a także docieranie do słowackiej opinii publicznej. W kategorii dziennikarz medium polonijnego laureatem został Andrzej Pisalnik z redakcji wydawanych na uchodźstwie „Magazynu Polskiego” i „Głosu znad Niemna” oraz „Rzeczpospolitej” za dziennikarski profesjonalizm i poruszanie ważnych dla

polskiej społeczności na Białorusi kwestii dostępu do polskiej oświaty, swobody działania Związku Polaków na Białorusi oraz dokumentowanie polskiego dziedzictwa. W tej samej kategorii jury wyróżniło Tomasza Deptułę z redakcji nowojorskiego „Nowego Dziennika” za wysoki poziom dziennikarstwa, aktywizowanie Polonii oraz budowanie tożsamości patriotycznej i obywatelskiej. W kategorii dziennikarz krajowy publikujący na tematy polonijne nagrodzono Marię Stepan z redakcji „Wiadomości” TVP 1 za cykl reportaży, w których ukazuje pozytywne przesłanie nawet o najtrudniejszych losach Polaków na świecie. Ponadto jury wyróżniło Zofię Wojciechowską z redakcji Radia „Wnet” za program „Pomost”, za pomocą którego stara się scalać media i środowiska polonijne w wielu krajach. W kategorii dziennikarz zagraniczny publikujący na tematy Polonii laureatem został Alex Storożyński za publikacje w „The New York Post” i innych mediach amerykańskich, które mają pozytywny wpływ na wizerunek Polski i Polaków. Nagroda im. Macieja Płażyńskiego powstała z inicjatywy Press Clubu Polska, Jakuba Płażyńskiego, prezydentów Gdańska, Sopotu i Gdyni, marszałka województwa pomorskiego, oraz Fundacji Pomorskiej. Honorowe patronaty nad nagrodą objęli Marszałek Senatu RP oraz Minister Spraw Zagranicznych. Wręczenie nagród odbędzie się 20 kwietnia 2013 r. w Gdyni. red MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 3

„Ten tort zrobiłaś z polskich produktów?“ – zapytał z trochę drwiącym uśmiechem pewien mój znajomy podczas spotkania z moimi słowackimi przyjaciółmi. Był to oczywiście pretekst, by porozmawiać na temat polskiej żywności na Słowacji, która to żywność nie cieszy się dobrą opinią. Kiedy kolejni znajomi zaczęli żartować w podobny sposób, stało się to uciążliwe. Około czterdziestu Słowaków w ten sposób reagowało na jedyną Polkę, która znalazła się w ich gronie. I nie chodzi tu o przeciętnych Słowaków, ale o grupę opiniotwórczą, która nadaje w Słowacji ton. Niby żarty, ale – jak zwykło się mawiać – w każdym żarcie jest trochę prawdy. A to świadczy, że czarny PR polskich produktów zakorzenił się głęboko wśród Słowaków i wpłynął na myślenie o Polsce i Polakach. Temu tematowi poświęciliśmy obszerny materiał w poprzednim numerze „Monitora“, w tym idziemy krok dalej – staramy się znaleźć rozwiązanie, jak wybrnąć z tej sytuacji. Wydaje się, że pomóc może pozytywna promocja Polski, o której mowa była również podczas spotkania Klubu Polskiego z ambasadorem RP w RS Tomaszem Chłoniem (relacja na str. 8). O pozytywnej promocji kulturalnej informujemy też w rubryce „Z naszego podwórka“, w której przynosimy relacje z wielu ciekawych imprez, zorganizowanych przez Instytut Polski (koncert zespołu SBB, pokaz polskich filmów w ramach festiwalu Febiofest) czy Klubu Polskiego (koncert „Od Kijowa przez Warszawę do Paryża“ czy tradycyjne topienie marzanny), które relacjonowane były też przez słowackie media i TV Polonia (str. 8-15). Z kolei w rubryce „Wywiad miesiąca“ prezentujemy rozmowę ze Zbigniewem Namysłowskim, który szerzy w świecie dobre imię polskiego jazzu. A skoro pozytywna promocja ma być celem działań Klubu Polskiego, więc warto już teraz pomyśleć o planowanym na 1 maja w Bratysławie przedsięwzięciu pod hasłem „Z Polską na Ty – sentymentalna retrospekcja“. Z założenia ma to być impreza całodniowa, między innymi prezentująca stare polskie samochody – warszawy i syrenki, podczas której wystąpi teatr pantomimy z Wrocławia (więcej w ogłoszeniach na str. 28). Od tego numeru zaczynamy nowy cykl publikacji pt. „Monitor gości mniejszości“, w którym będziemy prezentować mniejszości narodowe, mieszkające na Słowacji. Jako pierwszą przedstawiamy mniejszość serbską (str. 22). Ponieważ przed oddaniem do druku naszego pisma dowiedzieliśmy się, że nasz „Monitor Polonijny” został laureatem Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego, informacje na temat tej pretiżowej nagrody publikujemy na str. 2. Oprócz tego stałe rubryki, do lektury których zachęcam. W imieniu redakcji

Kiedy wejdziesz między wrony… 4 Z KRAJU 4 WYWIAD MIESIĄCA Zbigniew Namysłowski: „W jazzie można robić wszystko, co się chce“ 5 Z NASZEGO PODWÓRKA 8 OPOWIEŚCI POLONIJNEJ TREŚCI Z innej perspektywy 15 SŁOWACKIE PEREŁKI Krwawy zamek 16 KINO-OKO Trzech panów w łódce i pies 17 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Święty Melichar Grodecki 18 CZUŁYM UCHEM To jest „!To!” 19 POLAK POTRAFI Kolorowe imperium Inglota 20 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Cena przeżycia 20 „MONITOR“ GOŚCI MNIEJSZOŚCI Życie z prędkością 140 km/h 22 SPORT!? Język sportu 24 OKIENKO JĘZYKOWE Kilka słów o marzannie 25 PORADNIK DLA POLAKÓW NA SŁOWACJI Nie masz pracy? Ucz się języka, przyda się po powrocie do Polski 26 Fico i Wałęsa przeciwko mniejszościom 27 OGŁOSZENIA 28 ROZSIANI PO ŚWIECIE Z nowym bagażem doświadczeń, ale bez szoku kulturowego… 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Bądź bezpieczny w sieci 31 PIEKARNIK Początek światowej kariery 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Ingrid Majeríková, Katarzyna Pieniądz, Linda Rábeková KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková ✝(1995 - 1999) • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 12 euro na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 • EVIDENČNÉ ČÍSLO: EV542/08 Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk KWIECIEŃ 2013

Działanie jest współfinansowane przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” ze środków otrzymanych od Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za Granicą”

3


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 4

Kiedy wejdziesz

między wrony…

…musisz krakać jak i one. A to nie zawsze jest takie proste. Cudzoziemiec, który postanowił zamieszkać w obcym kraju, z reguły chce przede wszystkim opanować jego język. Nawet intensywna nauka nie chroni go jednak przed popełnianiem błędów, a przecież jakoś trzeba porozumiewać się na co dzień, robić zakupy, zapytać o ulicę, pójść do kina. Kaleczenie języka spotyka się albo z pełnymi politowania uśmiechami, albo z łagodną niechęcią, w której gustują zwłaszcza rozmówcy bez poczucia humoru, za to z ogromnym wymogami. Na szczęście tym, którzy mimo wszystko starają się praktycznie opanować obcy język, przychodzą z pomocą celebryci. Oj, tak! Gwiazdy są dobre na wszystko. Ich językowe wyczyny szybko przechodzą do języka potocznego i stają się „dobrem narodowym”, tym samym uświadamiając nam po pierwsze, że nauka języka nie jest taka prosta, po drugie, że trzeba nabrać dystansu do siebie i nie przejmować się, a po trzecie, że umiejętność dogadania się jest najistotniejsza.

GDYBY WYBORY parlamentarne odbywały się w drugiej połowie marca na Platformę Obywatelską zagłosowałoby 32 proc. Polaków, zaś Prawo i Sprawiedliwość wybrałoby 31 proc. Tak wynika z sondażu Wirtualnej Polski, zrealizowanego przez Homo Homini 4

Ostatnio w polskiej telewizji aż roi się od zagranicznych celebrytów, którzy właśnie z kaleczenia polszczyzny uczynili swój znak rozpoznawczy. Już dawno w polskiej kuchni rozgościł się Pascal Brodnicki, młody kucharz i niepoprawny gaduła. Jego wymowa bulwersowała niemal wszystkich, dopóki nie uświadomiono sobie, że programy Pascala, oprócz tego, że przynoszą rozrywkę, to ponadto uświadamiają Polakom złożoność własnego języka i – paradoksalnie – wzbudzają zainteresowanie polszczyzną. Plotka głosi, iż Pascal Brodnicki już tyle lat mieszka w Polsce, że nie ma żadnych problemów z polszczyzną, na potrzeby swych programów jedynak „koloryzuje”, by uczynić zadość licznym fankom jego śpiewnego francuskiego akcentu. Inna celebrytka, zamerykanizowana modelka Joanna Krupa, nazywana Dżoaną, gościnnie występująca w programie „Top Model”,

i opublikowanego 20 marca. Poparcie dla PO nie zmieniło się, z kolei notowania PiS poprawiły się o 1 punkt procentowy. Badanie przynosi ponadto katastrofalne oceny pracy parlamentu – tylko co dziesiąty Polak (13 proc.) ma pozytywne zdanie o Sejmie, 81 proc. ocenia go negatywnie. PREMIER DONALD TUSK 23 marca poinformował, że zamierza ponownie ubiegać się o stanowisko przewodniczącego partii. Powiedział też, że we wrześniu odbędzie się nadzwyczajny zjazd

stworzyła wiele przezabawnych łamańców językowych. Jej język stanowi wręcz kopalnie dziwacznych powiedzonek, powstałych w wyniku kontaminacji polszczyzny z amerykańskimi słówkami i akcentem. Już sama nazwa programu, wymawiana przez nią mniej więcej jako tap madl, stała się popularnym określeniem osoby lubiącej być na czasie. Dżoana doczekała się licznej grupy specyficznych fanów, którzy wykorzystują każdą okazję, by się z niej pośmiać. Michel Moran, juror polskiej edycji programu „Masterchef”, to Francuz, który również postanowił zmierzyć się z językiem polskim. Na początku nie szło mu zbyt dobrze, ale szybko okazało się, iż wystarczyło mu nabranie dystansu do siebie, by zyskać popularność. „Oddaj fartucha” – to wypowiedź, z którego zasłynął. I chociaż początkowo się jej wypierał, to internauci orzekli zgodnie: „bez tej formuły nie ma Masterszefa”. Teraz Moran, choć już pewnie ma dosyć swych niefortunnych powiedzonek, z uśmiechem kaleczy polszczyznę, by przyciągnąć do oglądania programu jak najwięcej widzów.

Platformy Obywatelskiej. Ponadto zapowiedział zmiany w statucie PO, dotyczące wyboru przewodniczącego, którego wg nowego projektu wybieraliby wszyscy członkowie partii. AMBASADOR RP przy Stolicy Apostolskiej Hanna Suchocka po pierwszym spotkaniu z papieżem Franciszkiem powiedziała, że kanonizacja Jana Pawła II „jest w bardzo dobrych rękach“, bowiem nowo wybrany papież zapowiada w tym względzie kontynuację działań swego poprzednika.

W CIĄGU DWÓCH miesięcy do Sejmu powinien trafić projekt PO, dotyczący związków partnerskich – powiedział 12 marca premier Donald Tusk, który zastrzegł, że nie będzie to propozycja rewolucyjna. W TRYBUNALE W STRASBURGU, przed jego Wielką Izbą, odbyła się rozprawa publiczna w sprawie zbrodni katyńskiej. Krewni jej ofiar, reprezentowani przez polskich prawników, wspólnie z polskim rządem oskarżają władze Rosji o nierzetelnie przeprowadzoMONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 5

A my? Jak było, gdy uczyliśmy się słowackiego? Pomyłki językowe były na porządku dziennym. Niby polski i słowacki należą do wspólnej rodziny, co oznacza, że porozumiewanie się za ich pomocą powinno być łatwiejsze, ale z drugiej strony, to podobieństwo często jest fałszywe, ponieważ wiele podobnie brzmiących wyrazów ma w obu językach zupełnie inne znaczenie. Jednych to bawi, innych denerwuje, ale faktu nie zmienia – trzeba uczyć się na własnych błędach i w nauce nie ustawać. „Hľadať”, „počúvať” i „cítiť”, „vôbec”, „bývanie”, „čerstvý”, „vlak” i „koľaj” – to tylko niektórzy „fałszywi przyjaciele”. O popełnionej gafie językowej informuje nas dopiero niekiedy dezorientacja rozmówcy i uśmiech na jego twarzy. Dla obcokrajowców trzeba być wyrozumiałym, nie tylko chodzi bowiem o naukę w sprzyjającej atmosferze, ale przede wszystkim o fakt, że każdy z nas może się znaleźć w podobnej sytuacji. No, chyba że wystarcza mu język ojczysty, zaś obcych postanowił nie uczyć się w ogóle. Ale w dzisiejszych czasach to żadna zaleta, a raczej wstyd. AGATA BEDNARCZYK

ne śledztwo katyńskie. Rosja twierdzi, że Trybunał nie ma uprawnień, by to śledztwo badać. POLSKA, BELGIA I HISZPANIA to państwa, w których przyjęcie kompleksowych przepisów prawnych doprowadziło w krótkim czasie do znacznego spadku poziomu narażenia na bierne palenie - wynika z raportu Komisji Europejskiej, opublikowanego 23 marca. W NIEMIECKIM OBOZIE Auschwitz 70 lat temu zginęła Anna SmoKWIECIEŃ 2013

Zbigniew Namysłowski: „W jazzie można robić wszystko, co się chce“ bigniew Namysłowski to jeden z najbardziej znanych w świecie polskich saksofonistów jazzowych. Jak sam twierdzi, w Bratysławie występował pięć razy. Przed ostatnim jego występem – podczas Bratysławskich Dni Jazzu – udało nam się namówić go na wywiad dla czytelników „Monitora Polonijnego“.

Z

Pańska przygoda z muzyką zaczęła się dzięki babci, która wysłała Pana jako sześciolatka na przesłuchanie do pewnego profesora… Tak, babcia poprosiła pewnego profesora, by w garderobie filharmonii zrobił mi jakiś test muzyczny. Ten test wypadł podobno pomyślnie, więc babcia posłała mnie do szkoły muzycznej. Od razu pokochał Pan muzykę i wiedział, że poświęci jej całe swoje życie? Gdyby nie to, że napotkałem na swojej drodze muzykę jazzową, to pewnie nie byłbym muzykiem. Kiedy do tego doszło? Jeszcze w szkole podstawowej zetknąłem się z muzyką rozrywkową. Koledzy na przerwach grali różne taneczne kawałki. Mnie się to wtedy podobało, ale dopiero jak usłyszałem jazz, wiedziałem, że to jest moja muzyka! Wtedy poważnie zacząłem się nią interesować. Na początku grałem na fortepianie, ale szło mi bar-

leńska, twórczyni popularnego symbolu Polski Walczącej, zwanego kotwicą walczącą. Miała tylko 23 lata. Po raz pierwszy znak kotwicy został umieszczony na murach Warszawy 20 marca 1942 r. TRWA PROCES Katarzyny W., oskarżonej o zabójstwo półrocznej córeczki Madzi. Mąż Katarzyny W., Bartek przerwał 19 marca milczenie, publikując wstrząsające pamiętniki, w których pisał o swojej żonie i w których próbowały odtworzyć wszystko to, co mogło

dzo niedobrze, więc musiałem zmienić instrument. Podjąłem naukę gry na wiolonczeli. Ale i na niej nie szło mi zbyt dobrze. Kiedy skończyłem liceum, powiesiłem wiolonczelę na kołku. Wisi do dziś? Wisi do dziś, ale był krótki okres, kiedy próbowałem grać jazz również i na niej. Czy to prawda, że Pańska przygoda z jazzem zaczęła się od podglądania przez okno występów podczas festiwalu jazzowego w Sopocie? To prawda, że pierwszy festiwal sopocki oglądałem przez okno, ale nie była to moja pierwsza przygoda z jazzem. Wcześniej, bo w 1955 roku, chodziłem na pierwsze koncerty jazzowe w Warszawie, które wtedy nosiły różne dziwne nazwy, na przykład „Dżem z marmoladą“. Grali tam tacy muzycy, jak Andrzej Kurylewicz czy Jan Walasek. To od nich zacząłem się uczyć

doprowadzić do tej tragedii. Według oskarżenia w styczniu 2012 roku Katarzyna W. udusiła dziecko, jego ciało ukryła, po czym powiadomiła policję o jego rzekomym porwaniu. Śledztwo ustaliło, że działania kobiety były zaplanowane. OLGIERD J. przyznał, że 22 marca zabił swojego ojca Ludwika Lecha J., znanego malarza i rysownika. Mężczyzna stwierdził, że do zbrodni doprowadziły go panujące w domu relacje. Prokuratura postawiała mu zarzut zabójstwa.

W POLSCE POJAWIŁ SIĘ nowy dyskont Cent. Cent pochodzi z Węgier, gdzie jest kontrolowany przez spółkę CBA - drugą pod względem obrotów sieć handlową w tym kraju. PIĄTA EDYCJA Selector Festivalu odbędzie się w Warszawie – poinformowała w marcu agencja koncertowa Alter Art. W pierwszy weekend września w jego ramach zagra powracający po latach z nową płytą duet The Knife. Będzie to pierwszy koncert formacji w Polsce. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 6

jazzu, to oni byli moba to nie był udany „Dopiero jak imi pierwszymi nafilm. Zacząłem sobie usłyszałem jazz, uczycielami. Oczywiżycie rowiedziałem, że to organizować ście nieformalnymi. dzinne i muzyczne, zaSłuchałem ich jednak jest moja muzyka!“ łożyłem zespół Air i próbowałem naślaCondition. To był zedować. To była moja pierwsza szkoła spół, który zaistniał nie tylko w Poljazzu, kolejną było radio Voice of sce, ale również w Europie. America. Da się zliczyć, ile takich formacji Co takiego jest w jazzie, że uwiódł Pan założył? Przeważnie grałem w kwartetach, Pana na całe życie? Swoboda, wolność, możliwość imale nigdy nie liczyłem, w ilu. Teraz prowizowania, dzielenia się swoją ingram w kwintecie z synem Jackiem. wencją. To znacznie więcej niż to, co Jazzowi muzycy mogą równolegle daje muzyka klasyczna, gdzie jest się występować w kilku formacjach… jedynie odtwórcą. Owszem, w muzyBardzo wielu tak robi, ale ja staram ce klasycznej interpretacją można coś się grać w jednym zespole. trochę zmienić, ale w jazzie można robić wszystko, co się chce. Podobno jedyna rzecz, której Pan żałuje, Jazz daje Panu wolność również na to to, że nie wykorzystał Pan szansy, scenie? kiedy w Ameryce zaproponowano Panu Tak jest! podjęcie nauki w renomowanej szkole… Był rok 1962, byłem z zespołem A co z tremą? w trasie w USA. Mieliśmy stypendium Trema bywa, ale jak zaczynam grać, departamentu stanu i podczas tego to znika. miesiąca jeździliśmy po całych Stanach. Między innymi odwiedziliśmy Wyjechał Pan w 1978 roku do Stanów The Berkeley School w Bostonie Zjednoczonych, gdzie koncertował Pan i wówczas szef tej wyjątkowej uczelni z Michałem Urbaniakiem i Urszulą powiedział, że jeśli chcemy, to możeDudziak. Zamierzał Pan tam zostać, ale my studiować na tej uczelni za darpotoczyło się inaczej… mo. Było to kuszące, ale ja musiałem Potoczyło się inaczej. Ale skąd pani wracać do Polski, do chorej babci. wie, że zamierzałem tam zostać? Żałuje Pan? Czytałam, przygotowałam się do Nie mogłem podjąć innej decyzji. rozmowy z Panem… Rzeczywiście, na początku grałem Potem taka propozycja już parę koncertów z Michałem i Ulą, ale się nie powtórzyła? Nie, potem byliśmy już za starzy. potem koncertowałem na własną rękę, miałem swój zespół. Później sytuacja Wielu znanych muzyków napisało książki trochę się skomplikowała, jak to często o swoim życiu scenicznym, na przykład bywa na wyjazdach. Rozstaliśmy się Urszula Dudziak. Pana nie kusi chęć z żoną, więc postanowiłem wrócić do napisania własnych wspomnień? Polski, zwłaszcza że miałem propozycję Nigdy się nad tym nie zastanawianapisania muzyki do filmu. Kiedy po łem. Nie mam zamiaru pisać żadnej powrocie do Warszawy poszedłem do książki. Po pierwsze nie potrafię, a po PAGART-u (Polska Agencja Artystyczna drugie nie mam o czym. Ci, co piszą, – przyp. red.), zabrano mi paszport, też nie mają o czym, ale piszą. Ja wowięc – chcąc nie chcąc – musiałem solałbym się nie kompromitować. bie zacząć organizować życie w Polsce. A co z tą muzyką do filmu? To był film „Skąpani w słońcu“, ale ten tytuł nic nikomu nie mówi. Chy6

To jest uwaga krytyczna pod adresem Urszuli Dudziak? Dlaczego Urszuli?

Ponieważ właśnie Urszula Dudziak niedawno napisała książkę. Nie tylko ona. Broni się Pan przed zaszufladkowaniem, że gra muzykę ludową, góralską. Nie, nie, nie! Kiedyś się broniłem, teraz się nie bronię. Dawniej rzeczywiście unikałem etykietki „muzykant ludowy“, bo tak mnie nazywano. Na czym więc polega różnica między muzyką ludową i tą, którą Pan gra? Na przykład program, który przygotowałem na występ w Bratysławie, jest oparty na melodiach etnicznych. Nie na oryginalnej muzyce ludowej, ale na moich kompozycjach, które mają charakter melodii ludowych. Podczas ubiegłorocznych Dni Jazzu wystąpiła w Bratysławie Grażyna Auguścik, która powiedziała, że właśnie polska muzyka ludowa jest czymś, czym możemy się pochwalić za granicą. Pan też tak uważa? Grażyna Auguścik jest wokalistką, a ja z wokalistkami nie mam nic do czynienia. Czyli to nie jest uniwersalna zasada muzyków jazzowych? Ja nie wiem, co mówiła Auguścik. Że muzyka ludowa to coś pięknego… To ja to potwierdzam. Tamto proszę wykreślić. Współpracował Pan z Niemenem, Soyką… Ze Stanisławem Soyką nigdy nie współpracowałem, on jedynie nagrał jedną moją piosenkę i to był koniec naszej współpracy. Natomiast z Niemenem rzeczywiście współpracowałem przez rok. Nawet byłem kierownikiem zespołu muzycznego Niemen Enigmatic. Trochę posiedzieliśmy we Włoszech… Jakoś się ta współpraca sama rozmyła. Przez pwien czas to miało sens, później już nie. On chciał robić co innego, a ja co innego.

„Dawniej rzeczywiście unikałem etykietki muzykant ludowy, bo tak mnie nazywano“ MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 7

Dobrze. Doczytałam się, że choć uczy Pan jazzu, nie czuje się Pan pedagogiem, ale z drugiej strony kontakt z młodymi muzykami bywa inspirujący. Którzy młodzi wykonawcy zainspirowali Pana? … Występował Pan z Leszkiem Możdżerem, może więc współpraca z nim była inspirująca? Co to za podpowiedzi?! Dobrze, wycofuję. … Kiedyś coś takiego mówiłem, tak? Inspirują Pana inni młodzi wykonawcy? … Może to nieaktualne? Aktualne. Ja nie czuję się pedagogiem, chociaż bardzo dużo uczyłem, i w szkole, i na przeróżnych warsztatach. Teraz też w szkole prowadzę zespół i ten zespół uczy się grać, ćwicząc na moich różnych utworach. Na tym polega to uczenie. Oczywiście, że młodzi ludzie, z którymi gram, inspirują mnie, bo wnoszą do zespołu bardzo dużo nowych pomysłów, świeżego polotu. Teraz gram ze Sławkiem Jaskułkiem, który jest wspaniałym muzykiem. Uczymy się nawzajem. Dużo się uczę również od Jacka (syna – przyp. red.). Podobnie było, kiedy grałem z Leszkiem Możdżerem. Czy w Polsce można wyżyć z jazzu? Kiedyś wystarczyło czekać na telefon… Pani przewertowała dużo materiałów o mnie i teraz muszę się ze wszystkiego tłumaczyć. Tak, faktycznie tak było: dawniej nie trzeba było sięgać po telefon, żeby namówić kogoś, KWIECIEŃ 2013

by nas zaprosił na koncert. Dzwonili do mnie. A teraz? Jak się samemu nie ruszy, można nic nie zagrać przez całe miesiące! Ale takie nazwisko, jak Pańskie, pewnie otwiera wiele drzwi? No i co pani chce powiedzieć? Mam menedżera – moją żonę, ale jej funkcja polega głównie na tym, by dbać o finanse zespołu. Sama nie proponuje koncertów, a więc to nie w pełni menedżer. Nam potrzebny jest ktoś, kto będzie rozsyłał oferty na festiwale. Ja sam tego nie potrafię robić, żona też tego nie robi, więc ostatnio rzadko gramy. Ale jest Pan wciąż na fali… To powiedzenie „na fali“ jest bardzo dwuznaczne. Jak Pan je rozumie? Wolałbym się do tego nie ustosunkowywać. Powiedział Pan kiedyś, że nie ma nic przeciwko flirtom z innymi gatunkami muzyki i że mógłby Pan pisać dżingle reklamowe. Udało się?

„Nie mam zamiaru pisać żadnej książki. Po pierwsze nie potrafię, a po drugie nie mam o czym“ Nie, dżingli nie pisałem, ale flirty z innymi rodzajami muzyki się udały. Z którymi? Z muzyką ludową, klasyczną, grałem Mozarta, Chopina, miałem zespół grający fusion, no i współpracowałem z Czesławem Niemenem. Był Pan pierwszym muzykiem jazzowym, któremu udało się nagrać płytę na Zachodzie. Jak do tego doszło? Nie pierwszym muzykiem, ale członkiem pierwszego zespołu-kwartetu, któremu się to udało. Po występie w 1963 roku na Jazz Jambore kilkakrotnie mieliśmy tournee po Anglii. Wtedy odnieśliśmy wymierny sukces. Wymierny, ponieważ nawiązaliśmy różne kontakty, otrzymaliśmy propozycje, by występować na festiwalach. No i zgłosił się do nas menedżer z wytwórni, która między innymi nagrywała płyty Rolling Stones. Oczywiście skorzystaliśmy z propozycji i nagraliśmy płytę. I jaki był oddźwięk na to ważne wydarzenie, że młodym zza żelaznej kurtyny powiodło się na Zachodzie? No właśnie taki był oddźwięk, że do tej pory zadają mi pytania, czy byłem pierwszym muzykiem, który nagrał płytę na Zachodzie. A to źle, że o to pytają? Nie. Potwierdzam, że nagrałem. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Stanisław Soyka odkurzył utwory Niemena. Pana nie kusi, by zrobić improwizacje na ten temat? Ja nic na ten temat nie wiem. Proszę mnie o wokalistów nie pytać. Ani żeńskich, ani męskich, bo w tej branży nie jestem occurred.

7


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 8

ki i korzysta z wszystkich możliwych narzędzi dyplomatycznych, by poprawić wizerunek Polski. Tomasz Bienkiewicz zwrócił uwagę, że Polonia reaguje na negatywne sygnały dotyczące Polski. „Interweniowałem w sprawie sondy, przeprowadzonej przez sieć Metro, zawierającej tendencyjne pytanie odnośnie polskich towarów. Po tejże interwencji sonda została wycofana, a zarząd sieci Metro przysłał przeprosiny“ – powiedział prezes Bienkiewicz, który wspomniał też o blogach i arty-

z Wrocławia, co może pomóc nam w poprawieniu wizerunku Polski na Słowacji“ – przedstawiła pokrótce planowane wydarzenie, zapraszając obecnych do współpracy i wzięcia udziału w nim. „Powinniśmy częściej odbywać spotkania, by informować się wzajemnie o planowanych akcjach i wspólnie podejmować odpowiednie kroki“ – konstatował ambasador Chłoń, który podziękował władzom Klubu Polskiego za zaangażowanie na rzecz promocji RED. Polski.

ZDJĘCIA: ANNA BIENKIEWICZ

mi produktami niskiej jakości, co powoduje, że dzieci polskiego pochodzenia są szykanowane w szkołach przez swoich rówieśników“ – poskarżyła się i zapytała o możliwość przeprowadzenia pozytywnej reklamy polskich produktów. Ambasador Chłoń wyjaśnił, że ambasada czyni odpowiednie kro-

kułach, dotyczących polskich produktów, publikowanych w słowackiej prasie przez Małgorzatę Wojcieszyńską. „Z pewnością przydałaby się pozytywna kampania z prezentacją polskiej żywności. Można by ją przeprowadzić na przykład podczas wrześniowego tradycyjnego gulaszowania w Bratysławie, w którym bierze udział Klub Polski“ – powiedział Bienkiewicz. Z kolei prezes bratysławskiego oddziału Klubu Polskiego Katarzyna Tulejko poinformowała, że najbliższą imprezą organizacji polonijnej, będzie przedsięwzięcie pod hasłem „Z Polską na Ty“, które odbędzie się 1 maja na nabrzeżu Dunaju przy Eurovei. „Będziemy prezentować stare syrenki i warszawy oraz teatr pantomimy

Stawiamy na

promocję Polski roblem złej opinii o polskich produktach na Słowacji to temat, który ostatnio wywołuje sporo emocji wśród Słowaków i Polaków. Poruszony też został także podczas spotkania Tomasza Chłonia, ambasadora RP w RS, z działaczami Klubu Polskiego na Słowacji. Na spotkanie to, które odbyło się 21 marca w siedzibie ambasady w Bratysławie, przybyło około dwudziestu przedstawicieli Polonii, zaproszonych przez konsula, radcę-ministra Grzegorza Nowackiego. Klub Polski reprezentował prezes Tomasz Bienkiewicz oraz przybyli z Koszyc, Nitry, Środkowego Poważa i Bratysławy przedstawiciele regionalni.

P

Priorytety Spotkanie zaczęło się dość nietypowo, od przemeblowania, by – jak stwierdził ambasador – zmniejszyć dystans między jego uczestnikami. Potem ambasador Tomasz Chłoń przedstawił zadania, które będzie starał się realizować, pełniąc swoją misje dyplomatyczną. Do priorytetowych zaliczył wspieranie wymiany handlowej między Słowacją a Polską (zakładany wzrost z obecnych 8

7 mld EUR do 10 mld USD w ciągu najbliższych trzech lat), budowę łącznika gazowego między Polską a Słowacją w Komańczy (zakończenie inwestycji ok. 2017 roku), budowę bezpośredniej drogi z Żyliny do Polski, którą będą mogły jeździć pojazdy powyżej 7,5 tony, oraz budowę drogi Koszyce – Rzeszów przez Barlinek. Nowy polski ambasador podkreślił też znaczenie przekazywania informacji za pośrednictwem sieci społecznościowych, takich jak Twitter czy Facebook, oraz strony internetowej ambasady. Wyraził też gotowość wspierania działalności polonijnej i akcji „Polska półka w każdej bibliotece“. Wspomniał też o odbytym spotkaniu ze studentami polonistyki na uniwersytecie w Bratysławie i planowanym w Bańskiej Bystrzycy.

Pozytywna promocja Kiedy podczas spotkania poruszono temat złej renomy polskiej żywności, głos zabrała Anna Jarina – przewodnicząca Rady Rodziców w Szkolnym Punkcie Konsultacyjnym przy Ambasadzie RP w Bratysławie. „Polska jest kojarzona z polski-

MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 9

Rada Klubu Polskiego rezes Klubu Polskiego na Słowacji Tomasz Bienkiewicz na 5 marca br. zwołał kolejne posiedzenie Rady Klubu. Odbyło się ono po raz pierwszy za pomocą komunikatora Skype. Punktualnie o godz. 19.00 prezes połączył się poprzez Skype z członkami Rady. W dyskusji wzięli udział przedstawiciele klubów regionalnych z Bratysławy, Nitry, Dubnicy nad Wagiem, Trenczyna i Koszyc oraz redakcji „Monitora Polonijnego“. Tematem były sprawy finansowe organizacji, a konkretnie problem obcięcia przez Kancelarię Rady Ministrów RS dotacji dla polskiej mniejszości na rok 2013 aż o połowę w porównaniu z rokiem poprzednim. Wobec zaistniałej sytuacji działacze dyskutowali o sposobach i możliwościach realizacji zaplanowanych na ten rok imprez kulturalnych, przy okazji wskazując przedsięwzięcia, z których organizacji nie zamierzają rezygnować, tworząc w ten sposób priorytetowe zadania Klubu Polskiego. O przyznaniu dotacji na konkretne projekty decyduje tzw. komisja grantowa, która zasiada w Kancelarii Rady Ministrów, i to od wyników głosowania jej członków zależeć będzie, które przedsięwzięcia otrzymają wsparcie finansowe. O wynikach obrad tejże komisji dowiemy się prawdopodobnie w kwietniu. Wobec trudnej sytuacji finansowej przedstawiciele Klubu Polskiego zdecydowali, że postarają się zorganizować po jednej lub po dwie imprezy w regionach, preferując te, prezentujące polską kulturę, polskie tradycje i będące jakąś kontynuacją wcześniejszych przedsięred wzięć.

P

Misterium wielkanocne M

KWIECIEŃ 2013

w polskiej szkole

wielkanocną, w którym udział wzięli wszyscy uczniowie. Jak same przyznały, jury miało nie lada problem, komu przyznać nagrody. Laureatami konkursu ostatecznie zostali Anna Cupał w kategorii klas młodszych i Bartek Maciąg w kategorii klas starszych. Najciekawsze prace trafią do pana ambasadora Tomasza Chłonia oraz konsula Grzegorza Nowackiego z życzeniami świątecznymi od uczniów i nauczycieli polskiej szkoły w Bratysławie. BARTŁOMIEJ WOJCIECH MACIĄG, BRATYSŁAWA

ZDJĘCIA: BARTŁOMIEJ WOJCIECH MACIĄG

ała klasa w polskiej szkole (Szkolny Punkt Konsultacyjny w Bratysławie) na chwilę zmieniła się w starożytny Izrael. Czy to możliwe? Ależ tak! Bowiem 23 marca odbyło się w szkole misterium wielkanocne. Misterium to jeden z podstawowych rodzajów średniowiecznego dramatu religijnego oraz opartego na jego podstawie widowiska. Początki misterium w kulturze chrześcijańskiej sięgają X wieku. Widowiska takie odbywały się głównie w klasztorach. Misterium wielkanocne opowiada historię zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. W bratysławskim misterium udział wzięło wielu uczniów, zarówno ze szkoły podstawowej, jak i gimnazjum. W inscenizacji zmartwychwstania Pańskiego każdy z oglądających mógł znaleźć coś dla siebie; można było się i czegoś nauczyć, i z czegoś się pośmiać. Widowisko przygotowała siostra Martyna i trzeba przyznać, że swoją pracę wykonała wspaniale. Scenografia, kostiumy, a także dialogi były po prostu rewelacyjne. Po przedstawieniu kierownik szkoły pani Monika Holzwieser wraz z siostrą Martyną ogłosiły wyniki konkursu na najpiękniejszą kartkę

9


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:24 PM Page 10

zy mniejszości narodowe są solidarne? Czy praca społeczna jest mniej wartościowa? Czy media oddają właściwy obraz żyjących na Słowacji mniejszości? – to tylko niektóre tematy dyskusji, podjętych przez uczestników konferencji „Różnorodne społeczeństwo. Wiemy, dokąd zmierzamy?“, zorganizowanej 19 marca przez Fundację Milana Šimečki w Bratysławie. Organizatorzy przedsięwzięcia zaprosili przedstawicieli instytucji państwowych, samorządów, organizacji pozarządowych, środowisk akademickich i organizacji mniejszości narodowych na konferencję o charakterze open space, by w sposób kreatywny i dynamiczny dyskutować na tematy związane z mniejszościami na Słowacji. Forma open

C

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

RóżnoRodne społeczeństwo

Wiemy, dokąd zmierzamy? space zakłada, że to uczestnicy poddają pod dyskusję nurtujące ich tematy. „Zaproponujcie temat, którym żyjecie, o którym chcecie podyskutować, bo nikt tego nie zrobi za was“ – zachęcała na wstępie prowadząca konferencję. Moje pytanie brzmiało: Czy mniejszości są solidarne? Nie było jedyne, bowiem padło jeszcze ponad dziesięć innych propozycji tematów do dyskusji, a każdy z uczestników mógł sobie wybrać, w której debacie weźmie udział. Mógł też w każdej chwili zmienić grupę dyskusyjną, gdyby temat go znużył bądź inny zainteresował go bardziej. Moja grupa dyskutowała na wybrany

przeze mnie temat, dotyczący solidarności mniejszości. Na wstępie umotywowałam swój wybór tematu, przytaczając dwie sytuacje, kiedy to mniejszości narodowe na Słowacji miały okazję do solidarnych zachowań wobec siebie i których to okazji nie wykorzystały. Pierwsza miała miejsce podczas posiedzenia Rady ds. Mniejszości Narodowych w Kancelarii Rady Ministrów RS, na którym dzielono środki finansowe na działalność kulturalną, kiedy to mimo próśb i apeli mniejszych mniejszości większe mniejszości nie zachowały się względem nich solidarnie, głosując za przyjęciem niekorzystnych

FEBIOFEST 2013 - międzynarodowy festiwal filmowy P restiżowy festiwal filmowy Febiofest prezentuje wybrane europejskie filmy, wśród których nie brak i tych polskich. W tym roku było podobnie. Na jubileuszowym, dwudziestym już Febiofeście główną nagrodę w konkursie filmu krótkometrażowego wyszehradzkiej czwórki otrzymał polski film „Gwizdek“ w reżyserii Grzegorza Zaricznego. Obraz ten nagrodzono

10

za artystyczne przedstawienie losu konkretnego człowieka ze środowiska sportowego w szerszym kontekście ludzkich losów. I choć bratysławska część festiwalu zakończyła się 21 marca, to Febiofest trwa nadal – w jego ramach do 14 kwietnia będą wyświetlane filmy w innych słowackich miastach. W bogatej ofercie najlepszych polskich filmów z lat 2010- 2012, prezentowa-

nych podczas tegorocznego festiwalu, znalazły się m.in. „Obława” w reżyserii Marcina Krzyształowicza, „Różyczka” Jana KidawyBłońskiego, „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida (jeden z najczęściej oglądanych polskich filmów o hip-hopowej grupie Paktofonika) czy głośna „Róża” Wojciecha Smarzowskiego. Ja jednak wybrałam dla Państwa trzy inne równie doskonałe filmy, które mia-

łam okazję zobaczyć w trakcie Febiofestu i których obejrzenie polecam. Pierwsza z nich to „Wymyk” w reżyserii Grega Zglińskiego, ze świetną kreacją Roberta Więckiewicza. Film porusza jakże aktualny problem ingerencji osób trzecich wobec przejawu agresji grupy wyrostków w stosunku do przypadkowej ofiary. Film ma charakter opowieści uniwersalnej i rodzi pytaMONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:25 PM Page 11

rozwiązań, tym samym pozbawiając je sporej ilości środków. Druga to sytuacja po pogardliwej względem mniejszości wypowiedzi premiera Roberta Ficy. Niestety nie doszło wówczas do żadnego porozumienia mniejszości w celu opracowania wspólnego oficjalnego stanowiska. Potem swoje pytanie uzupełniłam o dodatkowe: Czy my się w ogóle znamy? Czy jesteśmy siebie ciekawi? Podczas dyskusji zabrzmiało wiele pytań, odpowiedzi, diagnoz, dotyczących pozycji mniejszości i postrzegania ich przez większość.

Wiosenno-świąteczne spotkanie w Nitrze

lubowicze w Nitrze postanowili przywołać wiosnę i, korzystając z  gościnności ojców salwatorianów, spotkali się 9 marca w ich Centrum Pastoralnym. Bardzo miłą niespodzianką wszystkim paniom sprawił konsul, radca minister Grzegorz Nowacki, który zaskoczył je życzeniami z okazji Dnia Kobiet. Do życzeń dołączyli się też pozostali panowie. Podczas spotkania przedstawiciele nitrzańskiej Polonii nie

K

tylko świętowali, ale i omówili sprawy klubowe, zwłaszcza te, dotyczące działalności szkółki polonijnej, jej zabezpieczenia organizacyjno-materialnego i realizacji zamierzonych działań programowych. Na stołach zaś królowały wspaniałe wypieki i różne potrawy, przygotowane przez klubowiczki, oraz wyśmienite loksze, wykonane przez polonijno-słowackiego członka Klubu Polskiego. I choć wiosny chyba nie udało się wywołać, to przemiła atmosfera spotkania wzbudziła wśród obecnych nastrój optymizmu, który na pewno będzie potrzebny przy realizacji tegorocznych planów polonijnych. ROMANA DOROTA GREGUŠKOVÁ Zgodnie z życzeniem autorki jej honorarium zostanie przekazane na działalność organizacyjną szkółki polonijnej w Nitrze.

Poruszono też zagadnienia, które budzą emocje, jak na przykład podejście elit do mniejszości, kompleksy młodego państwa, pogardliwy stosunek do inności czy burzenie stereotypów myślenia o tych, którzy myślą inaczej. To była prawdziwa burza mózgów – tak można by podsumować kilkugodzinne konferencyjne dyskusje, zaledwie sygnalizujące problemy inności. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA nie, jak my postąpilibyśmy w sytuacji, w której znalazł się główny bohater. Drugi film, „Młyn i krzyż”, prezentowany z udziałem

KWIECIEŃ 2013

reżysera Lecha Majewskiego i jego żony – aktorki Doroty Lis, to specyficzna filmowa „adaptacja” XVIwiecznego obrazu Petera Bruegla „Droga na Kalwarię”, która jest – według słów reżysera – jego artystyczną odpowiedzią na atakującą nas we współczesnej sztuce brzydotę. Za ten właśnie film Majewski otrzymał nagrodę słowackiego Stowarzyszenia Twórców Filmowych za wkład w kino światowe. Trzeci polecany przeze mnie obraz to „Pokłosie”

ZDJĘCIA: DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

(słowacki tytuł „Dozvuky”) w reżyserii Władysława Pasikowskiego, zamykające bratysławski przegląd. Ta polsko-słowacko-rosyjskoholenderska kooprodukcja, prezentowana w obecności nowego polskiego ambasadora na Słowacji Tomasza Chłonia, wstrząsnęła widzami. Film opowiada bowiem o bestialskim zamordowaniu Żydów przez Polaków w roku 1941 w małej polskiej wsi. Obecni na projekcji producenci filmu opowiedzieli o trudnościach zwią-

zanych z jego powstaniem i o nieprzyjemnej atmosferze, towarzyszącej premierze filmu w Polsce. Według nich, podobnych tragedii zdarzyło się w Polsce ponad 30, ale najczęściej się o nich milczy. Na tegorocznym Febiofescie Polska zaprezentowała ambitne kino. Właściwie wśród prezentowanych polskich filmów nie było pozycji słabych, dlatego polecam obejrzenie wszystkich bez wyjątku. ANNA MARIA JARINA

11


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:25 PM Page 12

Wiosno

rej nurt poniósł ją hen, daleko w siną dal. Po powrocie do lokalu na wszystkich czekały przeróżne gry i zabawy, a w tle

przyjdź wreszcie!

stronomiczna wiosna w tym roku rozpoczęła się 20 marca, dzień później był początek wiosny kalendarzowej, ale za oknem niestety nadal dominowały przygnębiające kolory – było szaro, buro i ponuro. W wielu miejscach zalegał śnieg, a temperatur spadała poniżej zera. I choć przebiśniegi zakwitły już jakiś czas temu, niby to zwiastując wiosnę, to tak naprawdę nadal panowała zima. Narzekania na chłód i szarugę dało się słyszeć właściwie

A

wszędzie. Tylko nielicznych cieszyła zima, która wcale nie chciała odejść. W tej sytuacji członkowie Klubu Polskiego z Bratysławy postanowili zachęcić wiosnę, by ta w końcu przyszła i zagościła na dobre. W tym celu spotkali się wraz z rodzinami i przyjaciółmi 24 marca w zaprzyjaźnionym klubie Polepole, skąd – jak co roku – udali się nad brzeg Małego Dunaju, by w jego modrych falach utopić marzannę – kukłę, symbolizującą słowiańską boginię zimy i śmierci. Kolorowa panna Marzanna, nazywana także Morą, Moraną, Moreną, Śmiertką lub Śmierciuchą, została podpalona i wrzucona do rzeki, któ-

słychać było wesołe piosenki o tematyce wiosennej. Dzieci mogły pokazać swoje umiejętności plastyczne, biorąc udział w konkursie rysunkowym, a dorośli rywalizowali między sobą w zakresie wiedzy o wiośnie. Cztery drużyny o zabawnych na-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

12

MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 13

Legendarna grupa

wystąpiła przed bratysławską publicznością

zwach: Młodzi Duchem, Ludzie Prezesa, Trzech Króli oraz Dojrzali Krajanie, prześcigały się w wymyślaniu odpowiedzi na

pytania konkursowe, za co w nagrodę otrzymały czekoladowe zające. Ale przecież nie o nagrody chodziło, lecz o dobrą zabawę w miłym towarzystwie. Przyznać trzeba, iż tegoroczna impreza topienia marzanny była na prawdę wyjątkowa, tak jak i osoby, które na nią przybyły. Przy okazji tak sympatycznego spotkania przyjaciele Katarzyny Tulejko, prezes Klubu Polskiego w Bratysławie, odśpiewali jej gromkie sto lat z okazji urodzin i wręczyli urodzinowy prezent i kwiaty. Tego dnia uhonorowaKWIECIEŃ 2013

na została też Denisa, właścicielka lokalu Polepole, której zarząd Klubu przyznał dyplom Przyjaciel Klubu Polskiego, bowiem dzięki jej gościnności bratysławska Polonia ma gdzie się spotykać i organizować polskie imprezy.

Wszystko to obserwował nie tylko pewien słowacki dziennikarz, ale też sztab Telewizji Polonia. Miejmy nadzieję, iż po takim powitaniu wiosny zima w końcu sobie pójdzie, zrobi się ciepło i zielono. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

antastyczny koncert w ramach tournée legendarnej polskiej grupy SBB odbył się 25 lutego br. w bratysławskim Majestic Music Clubie. Grupę przedstawiono jako polski Pink Floyd. Z pewnością znaleźlibyśmy paralele z  tą znaną na całym świecie grupą, ale przecież SBB ma swój charakter już od czterech dziesięcioleci. Kapela grająca progresywny rock powstała w 1971 roku w Siemianowicach. Jej założycielem był multiinstrumentalista i wokalista Józef Skrzek. Skrót SBB najpierw oznaczał Silesian Blues Band, ale później objaśniany był jako: Szukaj, Burz, Buduj. SBB zagrało dla bratysławskiej publiczności elektryczny blues, jazzrock, swing i bardziej skomplikowane harmonie art rocka. Ten jeden z  najpopularniejszych polskich zespołów wystąpił w składzie: Józef Skrzek – wokalista, mulitiinstrumentalista, ale przede wszystkim keybordzista i basista, Apostolis Anthimos – mulitiinstrumentalista, ale przede wszystkim gitarzysta solowy i  Ireneusz Glyk – perkusista. Grupa zafundowała słuchaczom ponad dwie godziny doskonałej muzyki zarówno ze swojego dawnego, jak i  najnowszego repertuaru. Był też czas na solowe popisy. Pierwszy pokazał, co umie na klawiszach, lider grupy, potem przyszedł czas na perkusistę, do którego dołączył gitarzysta, w tym momencie grający na bębnach. Muzyka SBB wciąż zachwyca świeżością, jest pełna eksperymentów i innowacji, a ta kombinacja wraz z profesjonalizmem wykonawców gwarantuje sukces. Grupa oczarowała bratysławskich słuchaczy, dając fenomenalny ĽUBOMIRA SOLDANOVÁ koncert.

F

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

13


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 14

Od Kijowa przez Warszawę do Paryża o tytuł bardzo ciekawego i nader udanego koncertu jazzowego, zorganizowanego przez Klub Polski Bratysława wspólnie z Instytutem Polskim. Ten multikulturowy koncert odbył sie 18 marca w Klubie Hlava XXII w Bratysławie i był kontynuacją ubiegłorocznego projektu muzycznego. Jednak w porównaniu z poprzednim koncertem, który charakteryzo-

T

14

płynęły gorące, pełne lekkości i świeżości utwory w stylu brazylijskiej bossa novy, ognista samba, amerykański jazz, jak również romantyczne francuskie piosenki czy klasyczne wykonanie Bacha po niemiecku. Była to wyborna mieszanka muzycznych smaków z różnych stron świata. Ta mie-

szanka artystycznych wrażeń wprowadziła słuchaczy w niepowtarzalny klimat. Publiczność śpiewała wraz z artystami, tańczyła, biła brawo i kołysała się w rytm muzyki. Wszystkich oczarowało osobliwe wykonanie utworu „Flawless” Georga Michaela oraz zagrany na specjalnie życzenie publiczności światowy hit lat 60. „Garota de Ipanema“ („The Girl from Ipanema”). Nie zabrakło oczywiście polskiego akcentu. Jako gość specjalny wystąpił nasz kolega, członek Klubu Polskiego Tomasz Olszewski, który wzbogacił koncert o dwa znane polskie utwory: „Kiedy byłem małym chłopcem“ oraz „Godzina piąta minut trzydzieści“ w wyjątkowej blusowo-jazzowej aranżacji. Koncert „Od Kijowa przez Warszawę do Paryża” miał multikulturowy chaZDJĘCIA: STANO STEHLIK

wał się spokojnymi, melancholijnymi utworami, ten był pełen żywiołowej i radosnej muzyki. Występ wo kalno-instrumentalny zawładnął sercami przybyłych miłośników jazzu, którzy w ten deszczowy wieczór dzięki muzykom udali się w magiczną podróż od Kijowa, przez Moskwę, Warszawę, Berlin do Paryża, a nawet do słonecznej Brazylii. O wspaniały nastrój, pełen niesamowitych doznań muzycznych postarało się trio fantastycznych muzyków w składzie: Peter Adamov – wokal i gitara, Juraj Griglak – kontrabas i Peter Raitl – perkusja. Aksamitny, zniewalający, a jednocześnie mocny głos wszechstronnie utalento-

wanego wokalisty oraz jego wielojęzyczność i doskonały kunszt muzyczny (ukończył studia na kierunku śpiewu klasycznego i operowego) zadziwił i zachwycił wszystkich zgromadzonych. Ze sceny po-

rakter ze względu na różnorodność gatunkową utworów, wykonanych w różnych językach. Była to swoista muzyczna podroż przez ciekawe krainy, rożne rodzaje muzyki, brzmienia i dźwięki.

Już dawno nie byłam na tak udanym koncercie. Kameralna atmosfera, nastrojowy klub z niewielką sceną, porywająca muzyka oraz niesamowita publiczność sprawiły, że zmęczenie i stres po całym dniu pracy nagle zniknęły. Zatraciłam się w pozytywnych i radosnych wibracjach dźwięków, które nikogo z przybyłych tego wieczoru do klubu Hlava XXII nie pozostawiły obojętnym. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA Projekt dofinansowany przez Kancelarię Rady Ministrów RS, program: Kultura mniejszości narodowych 2012 we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 15

rzez długie lata obserwowali ludzi, którzy tu przychodzili. Czas płynął, zmieniała się moda, tematy rozmów, którym się przysłuchiwali, dyktowały aktualne wydarzenia. Wyruszyli z Polski jako młodzi chłopcy, pełni marzeń i nadziei. Nadziei na szczęśliwy powrót i lepsze życie. Józek i Kazek. Od razu się zaprzyjaźnili. Wieczorami rozmawiali o swoich dziewczynach, które zostały w Polsce i czekały na nich. Nie doczekały się, los chciał inaczej. Teraz cieszyło ich szczęście tych, którzy tu przychodzili. Przeżywali ich radości i niepowodzenia. Przysłuchiwali się ich opowieściom o życiu z dala od ojczyzny, o nadziejach na lepsze jutro, o planach i marzeniach o podbiciu świata. Najczęściej przychodzili tu ludzie młodzi z matkami – Polkami, które swoim dzieciom tłumaczyły, jak żyć, jak dokonywać właściwych wyborów. Te wizyty też miały być przepustką do lepszego świata. Najbardziej czekali na przyjście pewnej pięknej kobiety, która opuściła Polskę, by wyjść za mąż za obcokrajowca. Czekali na nią i jej córkę, uderzająco podobną do niej. „Cudowna!“ – wzdychał Kazek, a Józek mu przytakiwał: „Zachwycająca!“. Najpiękniej wyglądały latem, w kolorowych, zwiewnych sukienkach. Nastolatka marzyła o studiach medycznych, by po nich móc pomagać innym. „Dostała się na studia!“ – informował Kazek. Ileż oni już widzieli szczęśliwych studentów, którzy przychodzili tu przez cały okres studiów, a potem… najczęściej znikali, zapominali. Józek i Kazek mieli nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że dłużej będą mogli cieszyć się z wizyt tych pięknych kobiet, które troszczyły się o nich jak o członków własnej rodziny.

P

KWIECIEŃ 2013

Jednak któregoś razu podsłuchali rozmowę matki z córką, która ich zaniepokoiła. „Nie będę tu więcej przychodzić, na nic mi ta twoja Polska, która się od nas od-

Z innej

perspektywy

stawały się coraz krótsze. Mieli nadzieję, że na jesień coś się zmieni. Zawsze był wtedy większy ruch, więcej osób się tu pojawiało. Daremnie. Owszem, przychodzili ludzie, ale inni. „Idą!“ - krzyknął któregoś dnia podekscytowany Józek. I rzeczywiście, szeroką ścieżką kroczyły matka z córką. Nic nie mówiły. Wszystkie czynności wykonywały w milczeniu. Aż w pewnym momencie córka przemówiła: „Może masz rację, może tak trzeba, bez względu na wszystko“. Matka nie odpowiadał przez jakiś czas, by po chwili przytulić córkę i rzec: „Nie wiem, dlaczego ktoś w Polsce podjął decyzję, by nie przyznać ci stypendium, nie wiem, jakie kryteria decydują o tym w przypadku studentów polskiego pochodzenia – westchnęła. – Oczywiście, z tym stypendium byłoby nam łatwiej, ale… Dziękuję ci, że tu przyszłaś, bo pomyśl…”. Na chwilę głos jej zadrżał: „Gdyby twój ojciec czy brat zginęli gdzieś na froncie, z dala od domu, jak ci żołnierze, pewnie byś chciała, by ktoś przychodził na ich grób, by pozostała po nich pamięć“. Córka ze łzami w oczach spojrzała na mogiłę. „Kto wie, jak mieli na imię, skąd przybyli, jakie mieli marzenia? Może kiedyś, przed wojną, gdzieś w Polsce, czekały na nich ukochane, którym nie dane było ich już więcej zobaczyć?“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

i Opowolioeśncijnej

p reści t

wróciła!“ – mówiła zdenerwowana córka. Matka ją uspakajała, wyjaśniała, że tak trzeba, że obowiązek, patriotyzm… Józek i Kazek obawiali się, że więcej pięknej dziewczyny nie zobaczą. Mimo wszystko wypatrywali jej każdego dnia. Mijało lato, dni

15


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 16

ięć lat temu na ekrany słowackich kin wszedł film „Bátorička” w reżyserii Juraja Jakubiski. Zainteresowana historią Elżbiety Batory, zwanej krwawą hrabiną, od razu poszłam go obejrzeć, a kilka tygodni później wraz z grupą przyjaciół odwiedziliśmy owianą mroczną sławą siedzibę tej księżnej węgierskiej w Čachticach.

P

Krwawy zamek

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Do wsi Čachtice, znajdującej się około 7 km od miejscowości Nové Mesto nad Váhom, dojechaliśmy pociągiem. W lokalnym sklepiku zaopatrzyliśmy się w słodycze i napoje, a następnie ruszyliśmy wzdłuż żółtego szlaku, by mniej więcej po godzinie stanąć na wapiennym wzgórzu (350 m n.p.m.) przy majestatycznych ruinach dawnych bram najbardziej tajemniczego grodu warownego w Karpatach. Przy wejściu widniała tablica, na której umieszczono notatkę, dotyczącą zamku i jego właścicieli. Nas jednak w to miejsce przygnała historia Elżbiety Batory, na której kanwie powstało wiele powieści i fil-

16

słowackie perełki

mów. Elżbieta, siostrzenica polskiego króla Stefana Batorego, mieszkała na zamku w Čachticach na przełomie XVI i XVII wieku. Przypisywano jej wyjątkowe okrucieństwo w stosunku do służących i zamordowanie 600 młodych dziewcząt z okolicznych wsi. To spowodowało, że zyskała sobie miano jednej z najbardziej diabolicznych kobiet w historii świata. Ze wzgórza roztaczał się malowniczy widok na zalesione pagórki i małą wioskę Višňové, skąd również można dotrzeć na zamek. Długo spacerowaliśmy po ruinach dawnej twierdzy, zastanawiając się, czy faktycznie Elżbieta Batory była w stanie pozbawić życia aż tyle kobiet. Podobno jej czworo wspólników w swoich zeznaniach podało liczbę 30-60 ofiar, ale piąty świadek ujawnił znaleziony w komodzie hrabiny rejestr zbrodni, wedle którego miała ona wraz ze sługami zamordować sześćset pięćdziesiąt niewiast. Legenda głosi, iż po stracie męża Elżbieta poznała tajemniczą kobietę, Annę Darvulię, która wykorzystując strach Elżbiety przed nadchodzącą starością stała się najprawdopodobniej główną inspiratorką dokonywanych przez hrabinę zbrodni. Według przekazu pewnego dnia

Elżbieta w złości uderzyła służąca tak mocno, że krew z nosa ofiary padła na twarz księżnej, która – zerknąwszy w lustro – zauważyła, że zmarszczki zniknęły. Darvulia wykorzystała podobno złudzenie, jakiemu uległa Elżbieta, i przeświadczyła ją o zbawiennym wpływie krwi na młodość i urodę. Zamek w Čachticach to unikatowy zabytek kultury z tragiczną historią w tle. Elżbietę, która nigdy nie przyznała się do winy, skazano na zamurowanie żywcem w jednej z komnat zamku. W murze zostawiono jedynie mały otwór, by można było podawać jedzenie skazanej. Przysiedliśmy na kamiennych pozostałościach zamczyska i cieszyliśmy się ciepłym, słonecznym dniem. I choć humory nam dopisywały, to świadomość wydarzeń sprzed wieków powodowała, iż chwilami ciarki przebiegały nam po plecach. Zastanawialiśmy się też nad wiarygodnością historii o hrabinie, bowiem niektóre źródła podają, iż została ona fałszywie oskarżona i oczerniona przez osoby, chcące zagarnąć jej majątek. Čachticki zamek przyciąga zarówno malowniczym położeniem, jak i swoją mroczną i pełną tajemnic historią. Warto się tu wybrać, by choć na chwilę poczuć atmosferą odległych dziejów. Wszystkim, którzy lubią dłuższe spacery, polecam szlak, biegnący z ruin twierdzy na wzgórze Veľký Plešivec (484 m npm), skąd podziwiać można ogrom i usytuowanie krwawego zamku w Čachticach. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 17

Trzech panów w łódce i pies

nurzyć po łokieć. Owszem, dialogi są dobre, bo męskie w swej oszczędności, trochę śmieszne, a trochę wzruszające. Plenery piękne, zdjęcia rewelacyjne, poetyckie, prawdziwa reklama Mazur. Niestety relacje

plozji, które zwykle towarzyszą tak trudnym relacjom. Najlepiej spisał się chyba Żmijewski, Chodorowski miał lepsze i słabsze momenty. A Urbaniak? Nie jest aktorem, więc biorąc to pod uwagę, spisał się na medal. Perełką okazała się epizodyczna rola Anny Nehrebeckiej, która w scenie nauki jazdy samochodem zachwyciła mnie. Jej bohaterka właściwie tylko się śmieje i promienieje, ale z całego filmu pamiętam właśnie ją! Tego magnetycznego aktorstwa zabrakło męskiej części obsady. Film nie jest komercyjny, ma dużo do zaoferowania, nie jedną osobę zmusi do myślenia i refleksji nad własną rodziną. I choć nie chcę marudzić, to jednak muszę przyznać, że od Trzaskalskiego, reżysera „Ediego”, oczekiwałam, że temat o takim potencjale przedstawi z jakiejś nowej, innej perspektywy, psy-

syn-ojciec przedstawione są sztampowo, a co najgorsze w sposób przewidywalny. Oglądając ten film, właściwie cały czas wiedziałam, co będzie za chwilę. I to było smutniejsze niż fakt, że ojciec znów nie pochwalił swojego syna, choć powinien. Odnoszę wrażenie, że zabrakło też chemii pomiędzy odtwarzającymi główne role aktorami. Każdy grał „swoje”, ale nie dostrzegłam przeskakujących iskier i tych niemych eks-

chologicznie więcej odsłoni, zaskoczy czymś mniej sztampowym. Miałam nadzieję, że ten film obejrzę jak zahipnotyzowana, a niestety kilka razy ziewnęłam. Może dlatego, że w moim wyobrażeniu trio doskonałe tworzyliby Gajos, Chyra i Gierszał. „Mój rower” pomimo niedociągnięć jest obrazem wartościowym i należy na niego wysłać wszystkich facetów! Panowie, do kin! MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

ten film czekałam z wielką niecierpliwością. Po pierwsze uwielbiam Michała Urbaniaka i byłam ciekawa, jak sprawdzi się jako aktor. Po drugie jestem fanką filmów intymnych, zredukowanych, opowiedzianych po cichu. A po trzecie? Która kobieta nie wzrusza się, patrząc na ojca i syna, którzy uczą się okazywania sobie uczuć?

Na

„Mój rower” Piotra Trzaskalskiego jest uniwersalną opowieścią o walce pokoleń i towarzyszącej jej wielkiej przepaści komunikacyjnej. Bohaterami filmu są dziadek Włodek (Michał Urbaniak), jego syn Paweł (Artur Żmijewski) i wnuk Maciek (Krzysztof Chodorowski). Włodek jest łódzkim emerytem z problemem alkoholowym, Paweł światowej sławy pianistą, mieszkającym w Berlinie, a Maciek dorastającym młodym mężczyzną, uczącym się w Anglii. Panowie rzadko się widują, rzadko rozmawiają i nie łączy ich prawie nic, poza tym, że noszą to samo nazwisko. Właściwie można powiedzieć, że dzieli ich wszystko i choć powinni być sobie najbliżsi, to prawie się nie znają. Gdy Włodka opuszcza żona Barbara (Anna Nehrebecka), pojawia się okazja do wspólnej, męskiej wyprawy, której celem jest odnalezienie żony, matki i babci. Podróż okazuje się jednym wielkim rachunkiem sumienia, pasmem pretensji, odgrzewania dawnych urazów. Paweł nie może wybaczyć ojcu tego, że traktował go zbyt surowo, dużo wymagał i nigdy nie chwalił, sam jednak nie jest lepszym rodzicem. Skupiony na własnej karierze nie słucha swojego syna, nie stara się KWIECIEŃ 2013

go poznać jako człowieka. Podczas wspólnej podróży trzy pokolenia mężczyzn uczą się na nowo rozmawiać ze sobą, słuchać i akceptować zarówno siebie nawzajem, jak i najbliższych. Nie potrafią mówić o miłości, nie wiedzą, jak ją okazywać, ale uczą się, jak się do siebie zbliżyć. Temat jest stary jak świat i pewnie dzięki temu taki uniwersalny. Ale to temat ważny, ciekawy i z ogromnym potencjałem fabularnym, choć w przypadku tego filmu jednak nie do końca wykorzystany. Mam wrażenie, że reżyser opowiedział swoją historię w sposób bardzo bezpieczny i zachowawczy, nie poddając jej głębszej analizie. To trochę tak, jakby dotykać ręką powierzchni wody, bojąc się ją za-

17


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 18

Święty Melichar Grodecki Męczeńska śmierć tych duchownych katolickich wpisała się w kontekst europejskich wojen religijnych i całego ciągu zawirowań politycznych, które całościowo określa się mianem wojny trzydziestoletniej. Trwająca w latach 1618-1648 wojna, której skutki dla Europy ocenia się często jako tragiczniejsze od tych, które przyniosła II wojna światowa, rozpoczęła się od buntu ziem czeskich przeciwko cesarzowi. Bunt ten zaś zaczął się w sposób niezwykły, bowiem za jego początek uważa się wyrzucenie przez okno zamku praskiego delegatów cesarskich. Wydarzenie to przeszło do historii jako praska defenestracja (łac. fenestra ‘okno’). W początkach XVII w. duża część terytorium Węgier była zajęta przez Turków. Tylko dzisiejsza Słowacja oraz Siedmiogród (dzisiejsza środkowa Rumunia) pozostawały pod teoretyczną władzą Habsburgów. Teoretyczną, bo osłabione cesarstwo – cesarz był jednocześnie królem węgierskim – nie miało siły na sprawowanie władzy realnej na zachód od Wiednia i Bratysławy. Wład18

odczas wizyty na Słowacji w roku w roku 1995 papież Jan Paweł II kanonizował trzech męczenników koszyckich – Marka Križina, Štefana (Istvána) Pongráca i Melichara Grodeckiego.

P

cy Siedmiogrodu w praktyce byli więc niezależni i marzyli o koronie królewskiej. Marzył o niej także siedmiogrodzki książę Gabor Bethlen, który postanowił wykorzystać sytuację po praskiej defenestracji. Zdając sobie sprawę, że cesarz wszystkie swoje siły i całą uwagę musi poświęcić sprawom czeskim, w sierpniu 1619 roku uderzył na Koszyce i zajął je. Potem przeszedł przez całą Słowację do Bratysławy, którą także zajął, i ruszył na

Wiedeń. Austria biła na alarm, a cesarz poprosił o pomoc Polskę…. W tym momencie polski król Zygmunt III Waza dysponował odpoczywającymi w okolicy Kowna na Litwie oddziałami tzw. lisowczyków. Nazwa oddziałów pochodziła od nazwiska ich pierwszego dowódcy i organizatora Aleksandra Lisowskiego. Była to lekka jazda, w sporej mierze złożona z najemnych ochotników. Nie walczyła w zwartym szyku, ale metodami partyzanckimi i miała prawo „żywić się z wojny”, czyli konfiskować majątek nieprzyjaciół – chodziło przede wszystkim o żywność i kosztowności. Lisowczycy budzili przerażenie i strach wszędzie, gdzie się pojawili. Tym razem ruszyli na Siedmiogród. Zadanie ich powstrzymania oblegający Wiedeń książę siedmiogrodzki powierzył swojemu najbliższemu współpracownikowi Jerzemu Rakoczemu. Ten próbował ich zatrzymać

WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI

na terenie dzisiejszej Słowacji, w okolicach Humennego. Jednak lisowczycy 23 listopada 1619 rozbili skądinąd małą armię (7-10 tysięcy żołnierzy) Rakoczego, a następnie zaczęli łupić tereny na wschód od Koszyc aż po Siedmiogród. Ta sytuacja zmusiła Gabora Bethlena do wycofania się spod Wiednia i powrotu do Siedmiogrodu w celu przywrócenia porządku. Dzięki temu Austria została uratowana, zaś całe wydarzenie zyskało później miano pierwszej odsieczy wiedeńskiej. Z wojną trzydziestoletnią związana jest też postać księdza Grodeckiego. Ksiądz ten po ataku protestanckiego księcia siedmiogrodzkiego Bethlena na Koszyce w 1619 r. wraz z innymi duchownymi zagrzewał katolików do obrony miasta. Melichar Grodecki tak naprawdę miał na imię Michał, urodził się w Cieszynie i był Polakiem. Jako nastolatek wyjechał na nauki do kolegiów jezuickich w Austrii. Tam też przez jakiś czas uczył się w Grazu z innym późniejszym świętym Janem Sarkandrem. MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:26 PM Page 19

Mając 21 lat, w roku 1603 Grodecki wstąpił do zakonu jezuitów, do ich nowicjatu w Brnie. Po uzyskaniu uprawnień do nauczania w seminariach odbył praktyki w kolegiach jezuickich na południu Czech i w Kłodzku, ukończył studia w Pradze (filozofię i teorię muzyki), a w 1614 otrzymał pełne święcenia kapłańskie. Przełożeni zakonu mianowali go

opiekunem internatu św. Wacława, przeznaczonego dla studentów praskiego uniwersytetu . Latem 1618 roku, po wybuchu powstania protestanckiego w Pradze, czyli po wspomnianej już defenestracji, jezuici zostali wygnani z miasta. Pragę opuścił też Grodecki, który ze swym węgierskim kolegą Štefanem (Istvánem) Pongrácem przeniósł się do Koszyc. Kiedy Koszyce zajęły oddziały Rakoczego obaj księża wraz z wykładowcą koszyckiego kolegium Markiem Križinem – Chorwatem, wykształconym w Rzymie kanonikiem kapituły w Esztergom, zostali natychmiast aresztowani jako zwolennicy papiestwa i….(!) polscy szpiedzy. Trzy dni trzymano ich w lochu bez jedzenia, a następnie zażądano, aby wyrzekli się wiary katolickiej. Przez kilkanaście godzin ich torturowano, a potem obcięto im głowy, ciała zaś wrzucono do ścieku. Żaden z nich się jednak nie poddał i nie złożył deklaracji KWIECIEŃ 2013

o przejściu na protestantyzm. Dla okazania pogardy pochowano ich w nocy poza murami miejskimi, w niepoświęconej ziemi. Legenda mówi, że ówczesny koszycki kat twierdził, iż on sam nie umiałby w tak wyrafinowany sposób torturować skazańców, pomimo, że funkcję katowską pełnił od lat. Zamordowanie trzech księży przez żołnierzy Rakoczego oburzyło zarówno katolików, jak i protestantów, czego dowodzą stare zapiski. Już kilka dni po śmierci trzech męczenników zaczął się szerzyć ich kult. W roku 1636 jedna z miejscowych arystokratek wynegocjowała ekshumację ciał księży i przeniesienie ich szczątków do kościoła św. Anny w Trnawie, gdzie spoczywają do dzisiaj. Ich kości traktowane są z pełnym nabożeństwem jako relikwie. Kościół węgierski i słowacki czcił zawsze ich pamięć jako męczenników za wiarę. Na miejscu ich kaźni wybudowano później w Koszycach kościół premonstrantów. Od początku ważne było i jest to, że męczennicy koszyccy reprezentowali różne narody Europy Środkowej: jeden był Polakiem, drugi Węgrem, trzeci Chorwatem. Papież Pius X beatyfikował ich 15 stycznia 1905 roku, a 2 lipca 1995 roku, przebywający w Koszycach Jan Paweł II ogłosił ich świętymi. Kościół Katolicki obchodzi pamięć koszyckich męczenników w dniu 7 września, w rocznicę ich śmierci. W 1905 roku, po beatyfikacji, chcąc upamiętnić księdza Grodeckiego, społeczność wierzących w Cieszynie ufundowała mu kaplicę w kościele św. Magdaleny, zaś diecezja ostrawsko-opawska Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Czechach uznała go później za patrona i symbol swojej trudnej historii. Święty Melichar stał się jednym z trwałych elementów relacji polsko-słowacko-czeskich. ANDRZEJ KRAWCZYK

To jest „!To!” yjątkowo paskudna okładka nie zachęca do przesłuchania najnowszej płyty StraCzulym chów na Lachy. Warto jednak uchem przełamać niechęć i sięgnąć po krążek „!To!”, bo jest naprawdę udany. Kiedy w roku 2010 zespół wydał świetną, mroczną „Dodekafonię”, zastanawiano się, co lepszego Krzysztof „Grabaż” Grabowski i spółka mogą jeszcze stworzyć. „Dodekafonia”, pełna poetyckiej publicystyki i trafnych obyczajowych obserwacji, przez wielu fanów i krytyków została obwołana opus magnum zespołu. Nowa propozycja Strachów na Lachy raczej tego stanu rzeczy nie zmieni. „!To!” jest lekkim, bezpretensjonalnym albumem, dynamicznie zagranym i niezwykle melodyjnym. Przebojowe (to absolutnie nie jest zarzut!) piosenki są niezwykle nośne, rytmiczne, pełne energetycznych riffów i łatwo zapadają w pamięć („Bloody Poland”, „Jaka piękna katastrofa”, „I can’t get no Gratisfaction”). „Dodekafonia” skłaniała do zadumy, dotyczyła spraw poważnych; świetnie słuchało się tego krążka w samotności, analizując ambitne, literackie teksty. Z kolei repertuar z „!To!” sprawdzi się moim zdaniem fantastycznie podczas koncertów Strachów na Lachów; śpiewany wraz ze skaczącą pod sceną publicznością. Nie znaczy to jednak, że – mimo lekkości i przebojowości, pod znakiem których stoi ta płyta – grupa obniżyła loty i śpiewa o niczym. Na „!To!” znalazło się miejsce na celne komentarze, dotyczące funkcjonowania w polskiej rzeczywistości (wspomniana wcześniej „Bloody Poland”), czy krytykę młodego pokolenia i jego konsumpcyjnej postawy w „I can’t get no Gratisfaction” i „Gorszych”. „!To!” nie przyniesie rewolucji w polskiej muzyce rozrywkowej. Płyta nie jest ani odkrywcza, ani nowatorska. Jest za to pełna świetnie napisanych i zaśpiewanych kompozycji, które zostały wyprodukowane na naprawdę dobrym poziomie. I to wystarczy, bym z czystym sumieniem mogła ją Państwu polecić. KATARZYNA PIENIĄDZ

W

19


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 20

Kolorowe imperium

Inglota

przedstawienia na łamach „Monitora Polonijnego” marki Inglot, niekwestionowanego lidera polskiej kosmetyki kolorowej, przymierzałam się już od dawna. O tym, że nie gościła jeszcze w rubryce „Polak potrafi”, przypomniałam sobie, przeglądając amerykańskie wydanie magazynu „Vogue”. Logo Inglota pojawiło się w nim na zdjęciach, towarzyszących relacji z Nowojorskiego Tygodnia Mody – makijaże modelek wykonano właśnie kosmetykami firmy z Przemyśla. Niefortunnie moja decyzja o przygotowaniu artykułu o Inglocie do kwietniowego numeru zbiegła się z informacją o śmierci jej założyciela, Wojciecha Inglota, który zmarł nagle pod koniec lutego.

Do

Po wojnie oskarżono ją o zdradę i kolaborację z nazistami. Dlaczego? Bo śpiewała w lokalach, w których bywali także żydowscy gestapowcy. Nigdy nie dostarczono żadnych dowodów jej winy, a oskarżenia opierały się jedynie na plotkach. Pomimo uniewinnienia w warszawskim procesie Centralnego Komitetu Żydów Polskich jej życie było nieustającym pasmem oszczerstw i zniesławień. Po wojnie artystka występowała na wszystkich kontynentach, zapełniając sale koncertowe Londynu, Paryża, Sztokholmu. Często 20

Salon firmowy Inglota wydaje się miejscem niemalże magicznym. Od mnogości kolorów kosmetyków wyeksponowanych na półkach może zakręcić się w głowie. W prostych, estetycznych opakowaniach kryją się zarówno kosmetyki oczywiste i powszechnie stosowane – szminki, cienie do powiek, lakiery do paznokci – jak i przeznaczone do używania przez profesjonalistów specjalistyczne bazy, fluidy czy utrwalacze makijażu. Takich salonów Inglot ma na całym świecie ponad 300; w 46 krajach, na 6 kontynentach. Wśród jego stałych klientów nie brakuje gorących nazwisk z show biznesu – do nowojorskiego, jednego z największych sklepów Inglota, zaglądają m.in. Avril Lavigne, Sofia Vergara, siostry Kar-

dashian i Britney Spears. „Niedawno zapoznałem się z marką Inglot i kocham ją. Używam ich brązowych, różowych, czarnych i złotych cieni do powiek, które są inspirowane promieniami słońca” – mówił makijażysta tej ostatniej, Marco Berardini, w wywiadzie dla pisma „Allure”. Takie opinie cieszyły Wojciecha Inglota. Uważał, że zadowolenie klientów, którzy powracają do produktów marki, to najlepsza reklama. „Różnimy się też tym (od firm światowych – przyp. red.), że praktycznie się nie reklamujemy. Oszczędności na reklamie oddajemy klientom w postaci niskich marż handlowych. I jeszcze tym, że oferujemy ogromną różnorodność produktów” – mówił w 2010 roku „Wysokim Obcasom”. Wydatki na marketing starał się więc ograniczać do minimum, twierdząc, że wysoka jakość sama się obroni, a usatysfakcjonowany klient zachęci do zakupów kolejnych. Wolał inwestować w nowe rozwiązania technologiczne i prestiżowe lokalizacje swoich salonów; był pierwszym Polakiem, który otworzył sklep przy Times Square w Nowym Jorku. Rosnące zyski i popularność marki na światowych rynkach pokazały, że była to dobra strategia. Firma rozwijała się bardzo szybko; w swoim segmencie była liderem rynku m.in. w Irlandii i Malezji. Sukcesem okazała się tak-

Cena przeżycia skarżona: Wiera Gran” autorstwa Agaty Tuszyńskiej to wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego poruszająca biografia najznakomitszej żydowskiej pieśniarki warszawskiego getta, kobiety, która miała wszystko, sławę, urodę, talent i bogactwo.

„O

jej występom towarzyszyły wezwania do bojkotu „gestapowskiej kurwy”. Wiera przeżyła wojnę, getto, eksterminację Żydów, ale naj-

większym koszmarem okazało się dla niej to, co wydarzyło się po wojnie. Całe swoje powojenne życie poświęciła walce o dobre

imię. Choć nigdy niczego jej nie udowodniono, a we wszystkich procesach była uniewinniana, zła sława i etykietka kolaborantki pozostały z nią aż do śmierci. Kontrowersyjną rolę w jej dramacie odegrał Władysław Szpilman, jej akompaniator, znany dzięki filmowi „Pianista” Romana Polańskiego. Oskarżenia, winy zarówno te prawdziwe, jak i te wymyślone, zawiść ludzka i własne paranoje towarzyszyły Wierze wszędzie. Nie udało się jej wygrać z plotką, która okazał się silniejsza i która zniszczyła ją bardziej niż MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 21

że ekspansja na rynki Indii i Brazylii. Celem na kolejne lata i jednocześnie marzeniem Wojciecha Inglota był podbój Chin i budowa nowych sklepów – chciał, by za pięć lat było ich na całym świecie tysiąc. Plany wprowadzania marki na zagraniczne rynki realizował jednak spokojnie, krok po kroku. Cieszył się, że firma nie ma żadnych długów i nie chciał zaciągać kredytów po to, by przyspieszyć jej rozwój. Nie zdecydował się także na przeniesienie produkcji do krajów o niższych kosztach pracy. Podkreślał z dumą, że jego kosmetyki są wytwarzane w Unii Europejskiej, z czego 95 procent w Polsce. „Od firm światowych różnimy się tym, że większość towarów sami produkujemy. W moim rodzinnym mieście Przemyślu mamy kompleks zakładów produkcyjnych. Na świecie działalność wielkich firm kosmetycznych coraz częściej sprowadza się do marketingu i handlu, a nie wytwarzania” – mówił we wspomnianym już wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”. Wojciech Inglot z wykształcenia był chemikiem. Wiele receptur produktów swojej firmy opracował wojna. Ta beznadziejna walka doprowadziła bohaterkę książki do samotności, depresji i manii prześladowczej. „Oskarżona” daleko wybiega poza ramy zwykłej biografii. Przede wszystkim brak w niej oklepanych pasaży w stylu: urodziła się w roku takim a takim, do szkoły chodziła tam a tam itd. Wszystkie informacje, dotyczące faktów z życia pieśniarki, wplecione są w historie jej paryskich spotkań z autorką, kiedy była już starą i schorowaną kobietą. Dzięki temu poznajemy zniKWIECIEŃ 2013

sam. Zanim założone przez niego 30 lat temu przedsiębiorstwo zajęło się wytwarzaniem kosmetyków, produkowało... płyn do czyszczenia głowic magnetofonowych. Jednak Inglot już wówczas zdawał sobie sprawę z tego, że jest to produkt niszowy, który nie pozwoli mu na zbudowanie znanej marki. Do głowy szybko

przyszedł mu inny pomysł. Kiedy jeszcze podczas studiów dzięki dobrym wynikom w nauce wyjeżdżał na wymiany studenckie za granicę, obserwował styl pracy tamtejszych firm, był na bieżąco z nowinkami kosmetycznymi i farmaceutycznymi. Postanowił, że zdobytą wówczas wiedzę wykorzysta i spróbuje sam

szczoną psychicznie, opętaną maniami prześladowczymi byłą gwiazdę, by następnie powrócić do początków jej kariery, marzeń i przedwojennej Warszawy. Bogactwo i sława przeplatają się z bólem, samotnością, brakiem zrozumienia i walką o dobre imię. Autorka biografii, Agata Tuszyńska, wykonała pracę nie tylko reportera i literata, ale także psychologa, opiekunki i pielęgniarki. Nie tylko zebrała materiały, zdjęcia, zrobiła

produkować kosmetyki. Pierwszym produktem, który wszedł na rynek z logo Inglota, był dezodorant w sztyfcie VIP. Kolejnym, który powstał po kilku latach badań i prób, był lakier do paznokci, zaprezentowany przez Wojciecha Inglota w 1987 roku. Kiedy w Polsce zmienił się ustrój i krajowi producenci zaczęli zmagać się z konkurencją zagranicznych firm, Inglot doszedł do wniosku, że jego produkty muszą się wyróżniać, muszą być wyraziste, by klienci je zapamiętali. To właśnie wtedy zdecydował o sprzedawaniu ich na firmowych stoiskach, tzw. wyspach (a nie w drogeriach), które z czasem przekształciły się w dobrze znane nam sklepy firmowe marki. Mimo niezwykle silnego szturmu globalnych bogatych koncernów na polski rynek, Inglot radził sobie bardzo dobrze. Nowe produkty zdobywały uznanie klientów, marka z każdym rokiem zyskiwała na wartości. Pozostaje mieć nadzieję, że poradzi sobie także i teraz, gdy niespodziewanie zabrakło jej twórcy, dla którego bezsprzecznie była dziełem życia. KATARZYNA PIENIĄDZ

wywiady, dotarła do żyjących świadków wydarzeń, ale także odwiedzała od lat schorowaną, zgryźliwą staruszkę, znosiła jej humory i paranoje, trzymała za rękę. W swej książce nie odpowiada na pytanie, czy Wiera była kolaborantką, czy zdradziła, czy słusznie oskarżyła Szpilmana i czy rzeczywiście była szkalowana bez powodu. Mało tego, zadaje kolejne pytania, zmuszając czytelników do myślenia i rewizji własnych poglądów. Jak

my zachowalibyśmy się, aby przeżyć w sytuacji ekstremalnej? Jak daleko posunęlibyśmy się, aby ratować życie swoich dzieci? Czy wolno nam oceniać bohaterstwo i tchórzostwo innych w sytuacjach, których sami nie przeżyliśmy? Czy można prześladować kogoś, opierając zarzuty jedynie na plotkach? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jaką moc ma plotka? Jak się okazuje, w pewnych sytuacjach może ona komuś zrujnować życie i całkowicie zniszczyć psychikę. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 21


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 22

Podróż na jednym baku

W

Serbów z Turkami. Ja też wyrastałem w tym duchu“ – wspomina mój rozmówca. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły w jego życiu sporo zmian. Po studiach na politechnice zdecydował się na kolejne, tym razem była to slawistyka z historią. „Przełomem w moim życiu stały się decyzje, podjęte w wyniku obserwacji, dotyczących sposobu, przekazywania społeczeństwu informacji o rozpadzie Jugosławii – wspomina. – Miałem wrażenie, że w tych relacjach Serbowie, jako część obywateli wspólnego państwa Jugosłowian, są krzywdzeni“. Zaczął więc brać udział w studenckich zgromadzeniach, spotkaniach, dyskusjach, nawiązał kontakty z postrzegającymi podobnie problem ludźmi. „Przemiany po rozpadzie Jugosławii

Stane Ribić

Mo

nitor

m

i

Rastislav Popović wyrastał w słowacko-serbskiej rodzinie w Bratysławie. „Mój ojciec, Serb, był zawodowym marynarzem. Kiedy któregoś razu przycumował w Bratysławie, zakochał się w Słowaczce i... zakotwiczył tu na stałe” – opisuje. Mały Rastislav był wychowywany przez ojca w kulturze jego przodków. „Podstawa patriotyzmu Serbów zbudowana jest na przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieściach o  wojnach

nowej rubryce prezentujemy Państwu zamieszkujące Słowację mniejszości narodowe. Jako pierwszą przedstawiamy tę serbską. Jakie mają Państwo skojarzenia, dotyczące Serbów? Temperament? Przedsiębiorczość? Muzykalność? Te cechy na pewno znajdziemy wśród przedstawicieli serbskiej mniejszości.

śc

Pół Serb, pół Słowak

Życie z prędkością 1 go

„Dwadzieścia lat temu z całą rodziną wyruszyliśmy samochodem w podróż za lepszym życiem i dotarliśmy na Słowację, bo na tyle drogi starczyło nam benzyny“ – wspomina Stane Ribić, Serb z Nowego Sadu. Zła sytuacja polityczna i ekonomiczna w jego ojczyźnie spowodowały, że zdecydował się na emigrację. Dotarł z rodziną do Trnavy. Nie znał słowackiego, a pierwszym jego zajęciem na Słowacji była – paradoksalnie – sprzedaż książek. „W wolnych chwilach czytałem sprzedawane książki i  tak się uczyłem słowackiego“ – wspomina Ribić. Później imał się różnych zajęć: prowadził serbską restaurację, miał swój sklep spożywczy.

ni

e

jsz

ci

trwały całe lata dziewięćdziesiąte, a to w jakiś sposób człowieka zmuszało do tego, by zajął stanowisko“ – konstatuje Popović.

Bombardowania spoiwem Zanim 24 marca 1999 roku doszło do bombardowania Jugosławii, w Bratysławie codziennie odbywały się demonstracje. Połączyły one Serbów i Słowaków, którym nie był obojętny los braci z  południa. „W tygodniu poprzedzającym to bombardowanie założyliśmy Zrzeszenie Jugosłowian i  Przyjaciół Jugosławii im. Svetozara Mileticia, wielkiego serbskiego polityka, ucznia Štúra, absolwenta liceum ewangelickiego w Bratysławie – wspomina Popović. – Były to podwaliny aktywności serbsko-słowackiej. Później zdecydowaliśmy o przetransformowaniu zrzeszenia, które dziś nosi nazwę Stowarzyszenie Serbów na Słowacji“. I na tym właśnie polu doszło do współpracy Stane Ribicia i Rastislava Popovića. Pierwszy z nich pełni dziś funkcję prezesa, natomiast drugi jest sekretarzem stowarzyszenia. Ambicją założycieli organizacji jest przede wszystkim integracja Serbów, poza tym otwarci są też na Słowaków i inne mniejszości.

Młodziutka mniejszość Najwięcej Serbów zamieszkuje Bratysławę, Koszyce i Nitrę, gdzie studiuje spora grupa przybyłej z  Serbii młodzieży. Według spisu powszechnego z roku 2011 na Słowacji jest 698 osób serbskiego pochodzenia. W cią22

MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 23

140 km/h gu dziesięciu lat ich liczba wzrosła o ponad 60 procent. Przedstawiciele stowarzyszenia walczyli o to, by Serbowie stali się kolejną uznawaną przez rząd słowacki mniejszością narodową. „Trzeciego lutego 2010 roku uznano nas oficjalnie za mniejszość. Był to bój krwią okupiony, trwający 3 lata“ – opisuje Ribić. Adresatów ich przedsięwzięć jest dużo więcej, bowiem oprócz osób serbskiego pochodzenia, są tu też imigranci z Serbii – według nieoficjalnych danych sprzed dwóch lat jest ich 2784. Dzisiaj ci, którzy tworzą serbską mniejszość, to osoby przybyłe w latach 90. z ostatnią falą emigracji oraz z te, pochodzące z rodzin mieszanych.

Ponad 500 lat temu Pierwsze ślady Serbów na terenach obecnej Słowacji pochodzą z XI lub XIII wieku. „Dwa lata temu świętowaliśmy 500. rocznicę obecności Serbów w Komarnie, co jest udokumentowane, bowiem w 1511 roku powstała w tym mieście prawosławna cerkiew“ – opowiada Rastislav Popović i dodaje, że ich gromadne przybycie było spowodowane pojawieniem się Turków na Bałkanach, dlatego szukali wolności w innych krajach. Stali się też pomocni w walkach z Turkami na tych terenach. Osiedlali się głównie w położonych nad Dunajem miastach o strategicznym znaczeniu, jak Komarno czy Bratysława. Wielu z nich mieszkało też w Šali. W XVII i  XVIII wieku większość mieszkańców Komarna tworzyli właśnie Serbowie.

przedsięwzięcie i  pewna satysfakcja, że wszyscy biegają po boisku na mój gwizdek“ – żartobliwe opisuje Ribić. Stowarzyszenie zorganizowało też pięć edycji turnieju szachowego. Nie może się co prawda pochwalić własnym czasopismem ani zespołem ludowym, ale jego estradowym „towarem“ jest kwartet śpiewaczek, promujący stare serbskie pieśni, i duet absolwentek VŠMU, grających na harmoniach. Działalność stowarzyszenia jest finansowana ze środków przyznawanych przez Kancelarię Rady Ministrów Republiki Słowackiej (w tym roku otrzyma ono 20 tysięcy euro), otrzymywanych z  Serbii oraz od darczyńców.

Wizjoner Priorytetowym celem członków mniejszości serbskiej jest pozyskanie własnych pomieszczeń, które służyłyby im jako miejsce spotkań. Chcą też otworzyć bibliotekę – dysponują już zbiorem 1200 książek. „Biblioteka musi powstać, bowiem żona chce mnie wyrzucić na bruk z tymi książkami, które gromadzę w domu“ – żartuje Ribić. Odważnie mówi też o planach stworzenia serbskiego radia. „Chcemy, żeby to robili nasi ludzie. Niech to będzie na początku nawet amatorskie radio, ale ważne, by było

nasze – argumentuje. – I może na początku będą to tylko puszczane w eter serbskie piosenki, ale wierzę, że z czasem będziemy też przygotowywać wiadomości“. Przewodniczący Ribić jest wizjonerem i sam z siebie żartuje.„Mam wizje, nie mam pieniędzy, poszukujemy więc kogoś, kto miałby pieniądze, wizji już mieć nie musi“.

Tęsknoty Obaj moi rozmówcy wspominają o dobrym serbskim jedzeniu, które nigdzie tak nie smakuje jak w kraju pochodzenia: czewapcziczi, pleskawica czy jogurty. Na szczęście obaj mogą często jeździć w odwiedziny do swoich rodzin w Serbii. Stane Ribić przyznaje, że na początku nie mógł się przyzwyczaić do słowackiej mentalności. „My mamy inny temperament, żyjemy z prędkością 140 km/h, zaś Słowacy wyrabiają jedynie 50 km/h“ – opisuje żartobliwie. Zaraz jednak dodaje, że chyba już się zasymilował, bo coraz bardziej odpowiada mu słowacki spokój. I pewnie to tylko kokieteria, bowiem obserwując błysk w jego oku i  gotowość do ciągłego działania, jestem przekonana, że serbska mniejszość jeszcze nas mile zaskoczy, nie tylko muzyką z przytupem. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Rastislav Popović

Stowarzyszenie Serbów na Słowacji w ubiegłym roku zorganizowało blisko dwadzieścia imprez. Największym jego przedsięwzięciem, mającym już 10-letnią tradycję, jest turniej piłki nożnej z udziałem Serbów, Słowaków i dyplomatów z różnych krajów. „To integrujące, sportowe KWIECIEŃ 2013

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Sport i kultura

23


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 24

ytuł sugeruje wprawdzie tematykę językową, ale mój tekst nie stanowi jednak konkurencji do „Okienka językowego”. Sport to jednak nie tylko zdjęcia i przekazywane na żywo obrazki.

T

To także język, żywy język komentatorów, sportowców oraz kibiców i – oczywiście – kiboli. Każdy, nawet mniej zainteresowany sportem zauważa, że język sportowy, czy to samych zawodników, czy też trenerów, dziennikarzy i działaczy bywa barwny, ale i trochę taki militarny. Przy każdej okazji słychać bowiem słowa: atak, obrona, kontratak, strzelać, pobić, pokonać, wygrać, przegrać, kontuzja, pułapka itp. Część tradycyjnych dyscyplin sportowych wywodzi się z ćwiczeń dawnych wojowników czy myśliwych. Takie są źródła strzelania z łuku, rzutu oszczepem, zapasów, biegów, sportów siłowych czy sportów walki. W języku czynnych sportowców – na czynnych kiboli przyjdzie czas – funkcjonują swoiste określenia specjalistyczne, często zrozumiałe tylko przez wąskie grono osób, związanych z daną dyscypliną. I tak np. kolarze muszą jako pierwsi dojechać „do kreski”, czyli do mety. Wśród siatkarzy zwrot „ugotować zawodnika” oznacza zagadnąć i zdenerwować, sprowokować rywala przy siatce, aby nie mógł się skupić. Ciężarowcy podczas zawodów stają „na pomoście”, gdzie wykonują podrzut sztangą czy rwanie. Tak nazywają miejsce swych występów. Pływak, zapowiadający, że „pojedzie klasyk na maksa”, mówi po prostu, że da z siebie wszystko, płynąc stylem klasycznym. O „klasyku” mówi też nasza Królowa Zimy, Justyna Kowalczyk. Dla niej jednak to bieg narciarski techniką klasyczną. Co oznaczała pochwała, iż „Kubica błyszczy na oesach”? Po prostu „oesy” to skrót od określenia „odcinki specjalne”, na których nasz najlepszy pilot Formuły 1 miał bardzo dobre wyniki. Szczypiornista, po polsku piłkarz ręczny (nazwę wyjaśniałem już 24

Język dwukrotnie), może „być na mózgu”, czyli na pozycji boiskowej „w środku pomocy”. Bokser natomiast na pewno nie chce znaleźć się „na deskach”, czyli nie chce paść na ring. Każdy zaś zawodnik chciałby być „w czubie”. Proszę jednak nie mylić tego ze zwrotem „mieć w czubie”! To pierwsze określenie oznacza po prostu czołówkę tabeli klasyfikacyjnej, zaś to drugie… zupełnie inny aspekt życia i treningów. Marzeniem sportowca jest też stanąć „na pudle”, czyli na podium. A na koniec „wiesza on buty na kołku”, to znaczy kończy karierę. Zdarza się, że sportowcy w swych wypowiedziach na żywo powiedzą coś, co w ich slangu jest normą, zaś w języku ogólnym budzi zdziwienie, niekiedy grozę, a często i śmiech. Pływak Paweł Korzeniowski o swoim piątym czasie w roku 2012 na świecie (1,55 min) stwierdził: „Tego delfina troszeczkę macałem”, co zapewne miało oznaczać, iż starał się płynąć dobrze stylem delfin. Podobnie wypowiadają się też trenerzy. Pod koniec kariery Adama Małysza jego trener Apoloniusz Tajner powiedział w TV Polonia, że „kariera była spędzona”. Arcyciekawe i wywołujące często wręcz salwy śmiechu bywają różnego rodzaju wpadki językowe, gry słów, stosowane przez rozemocjonowanych dziennikarzy sportowych, komentujących na żywo zawody sportowe. Sporo takich lapsusów językowych przypisuje się legendzie polskiego dziennikarstwa sportowego Bohdanowi Tomaszewskiemu. Do historii przeszła już np. jego pochwała osiągnięć naszego niegdyś najlepszego kolarza Ryszarda Szurkowskiego: „Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”. Także

sportu z kolarstwem związana jest inna wpadka Tomaszewskiego, który, komentując wyścig kolarski, wykrzyczał: „Jadą. Cały peleton, kierownica koło kierownicy, pedał koło pedała!”. Natomiast wypowiadając się na temat wspaniałej lekkoatletki Ireny Szewińskiej dziennikarz powiedział: „Pani Szewińska nie jest już tak świeża w kroku, jak dawniej”. Podobny komentarz w jego wykonaniu można było usłyszeć w czasie biegu Stefana Lewandowskiego na 800 metrów: „Widać wielkie ożywienie w kroku Lewandowskiego”. Wpadki językowe zdarzały się też innemu mistrzowi naszego komentatorstwa sportowego, Janowi Ciszewskiemi, który np. podczas zawodów hippicznych wykrzyczał do mikrofonu: „Bomba poszła w górę i odtąd wszystko jest w rękach konia”. Od wywołujących konsternację lub uśmiech wypowiedzi nie jest wolny także najpopularniejszy obecnie komentator Włodzimierz Szaranowicz. Mówiąc „pękła granica 130-ego metra”, informował nas, że Kamil Stoch skoczył ponad 130 metrów. Koledzy wyrażają się jednak o nim z podziwem, podkreślając, że to sztuka „komentować tyle lat polskie mecze i ani razu nie powiedzieć k…”. Wpadki językowe z pewnością dodają kolorytu imprezom sportowym, a niekiedy zaczynają żyć własnym życiem – nikt już nie pamięta, kiedy powstały, na których zawodach, kto jest ich autorem, a mimo to są przytaczane przy różnych okazjach przez długie lata. Przyznam, że mnie szczególnie utkwiła jedna z uwag, dotycząca pojedynku bokserskiego Gołota vs. Adamek. Otóż komentujący tę walkę dziennikarz stwierdził: „Gołota wystraszył MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 25

Adamka w II rundzie – Adamek myślał, że go zabił!”. Język sportu to także opinie o sporcie i komentarze kibiców. Miłośnicy piłki nożnej pamiętają zapewne sędziego Howarda Webba, który to po decyzji o rzucie karnym w meczu Polska Austria na Euro 2008 został wrogiem narodowym Polaków. Sam premier Tusk rozumiał nastroje rodaków i – jako oburzony kibic i zawodnik – pozwolił sobie powiedzieć dwa słowa za dużo: „Jako premier polskiego rządu muszę mówić w sposób spokojny, wyważony. Ale wczoraj wieczorem mówiłem zupełnie inaczej. Chciałem zabić. Dobrze wiecie kogo”. Odbiór wypowiedzi na temat sportu, wynikających z emocji, mogą też przynieść fatalne skutki. Przekonał się o tym Andy Gray, jeden z najsłynniejszych komentatorów piłkarskich na świecie, który stracił pracę po specyficznym żarcie z sędzi liniowej Sian Massey, wygłoszonym podczas meczu Wolvermapton – Liverpool (styczeń 2011). Wówczas to wraz z prezenterem stacji uznał, że Massey nie wie, na czym polega spalony i powiedział: „Ktoś powinien zejść do niej na dół i wytłumaczyć, na czym polega spalony”. Potem jeszcze dodał, że wyznaczenie kobiety na arbitra to szaleństwo, co odebrane zostało jako przejaw dyskryminacji kobiet. Stacja Sky Sports najpierw zawiesiła go, a potem zwolniła z pracy. Cóż, czasy takie, że ważniejsze od fachowości i doświadczenia są inne czynniki… W Polsce prowadzi się wiele akcji promujących język ojczysty. Niektórzy językoznawcy, np. prof. Jan Miodek czy prof. Jerzy Bralczyk, stali się wręcz medialnymi gwiazdami, ale to niczego nie zmienia. Język, nie tylko ten sportowy, kieruje się swoimi prawami. I może tak jest lepiej? Podsumowując te rozważania, przytoczę na koniec ponadczasowe pytanie nieżyjącego już Kazimierz Górskiego, które można odnieść zarówno do sportu, jak i języka sportu, a także i innych dziedzin naszego życia: „Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest aż tak źle?”. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

KWIECIEŃ 2013

Kilka słów o marzannie

T

ym razem tematu dostarczył mi stary obyczaj, mający na celu przegnanie zimy, czyli topienie marzanny. Kukłę symbolizującą zimę topi się pierwszego dnia wiosny.

W tym roku, podobnie zresztą jak i w poprzednim, topili ją także członkowie Klubu Polskiego w Bratysławie, wspierani przez rodziny i słowackich przyjaciół. Topili ją też Polacy w różnych regionach Polski oraz Słowacy, bo to także słowacki zwyczaj. Niestety, ani jednym, ani drugim, ani tym trzecim zimy przepędzić się nie udało – uparła się i została z nami trochę dłużej niż zwykle. Relacje z pożegnania zimy i powitania wiosny można było przeczytać w różnych mediach. To, co zwróciło w nich moją uwagę, to dwojaka pisownia: marzanna lub Marzanna, np. „…obrzęd topienia Marzanny nabierał coraz bardziej zabawowego charakteru” www.sadurski.com/ ro zryw ka/topienie-ma rzan ny. htm), „Za topienie marzanny może być mandat?” www.mmpoznan.pl, „Wyniki redakcyjnego konkursu na największą i najmniejszą Marzannę” (http://www.zycie.pl/informacje/Pr zemysl/639,Mar zanna2013.html), „Topienie Marzanny, kukły symbolizującej zimę, przetrwało z czasów pogaństwa” (http:// www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130326/REGION05/130329676)... Podobnych przykładów jest wiele. Przeglądając je, odniosłam wrażenie, że przeważa w nich pisownia wielką literą. Czy słusznie? „Marzanna” to leksem, który występuje w kilku znaczeniach i w zależności od tego może być zapisywany wielką lub małą literą. W pierwszym znaczeniu to słowiańskie imię żeńskie, a zatem – jak każde imię własne – zapisuje się je wielką literą, także jeśli nazywa symbolizującą zimę boginię, jak to jest w interesującym nas przypadku. Ale jeśli mowa o słomianej kukle, będącej symbolem zimy jako takiej, obnoszonej po

wsi pierwszego dnia wiosny i topionej w rzece, to wówczas jej nazwę jako pospolitą zapisywać należy małą literą. Niby proste, ale w praktyce rozróżnienie tych znaczeń okazuje się skomplikowane. Okazuje się bowiem, że autorzy przeglądanych przeze mnie tekstów starli się być w przyjętej przez siebie pisowni nazwy konsekwentni, tzn. w tym samym tekście zapisywali ją zawsze tak samo, choć najczęściej było tak, że nazwa ta występowała w nim raz w znaczeniu kukły, raz w znaczeniu bogini. Tę symbolizującą zimę boginię nazywać zresztą można także inaczej, np. Moreną (ta nazwa funkcjonuje też na Słowacji), Morą, Śmiertką czy Śmierciuchą, które to nazwy z racji ich wyłącznie proprialnego charakteru zapisujemy zawsze wielką literą. Ale marzanna w tym samym tekście może być zapisywana raz tak, raz tak, w zależności od tego, co oznacza, i tego, co autor wypowiedzi miał na myśli. No bo przecież topi się kukłę, czyli marzannę, ale topi się też boginię zimy, czyli Marzannę… Bez względu na wszystko najważniejszy jest efekt tego topienia. W tym roku nie był rewelacyjny. Mam jednak nadzieję, że w chwili, kiedy czytają Państwo te słowa, o zimie już ani słychu, ani widu… Ale gdyby – nie daj Boże – jeszcze się gdzieś próbowała ukryć, proszę przegnać ją za pomocą wierszyka, zwracając się do niej bezpośrednio i nazywając po imieniu: Marzanno, Marzanno, ty zimowa panno, zrób miejsce wiośnie, uciekaj, gdzie pieprz rośnie! MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 25


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 26

Nie masz pracy? Ucz się języka, przyda się po powrocie do Polski Wbrew pozorom znalezienie pracy nawet w Bratysławie nie jest wcale łatwe. W teorii wszystko wygląda pięknie – słowacka stolica to dość zamożne miasto, to tutaj znajdują się centrale większości działających na Słowacji firm i oddziałów międzynarodowych korporacji. „Znajdziesz pracę bez problemu, jak nie taką, to inną” – słyszy często żona czy mąż osoby, która dostała intratną propozycję pracy z powodu której para decyduje się na przeprowadzkę na Słowację. Takie słowa mogą tylko denerwować i stresować, gdy mimo podejmowanych wysiłków i wysłania setek ofert nie udaje się znaleźć wymarzonego zatrudnienia. Powodów może być kilka. Po pierwsze, trzeba mieć świadomość, że te wszystkie bajeczne propozycje pracy dotyczą zwykle kandydatów o określonym profilu i kwalifikacjach. Przede wszystkim jest to zwykle praca w międzyna-

26

poprzednim numerze „Monitora” poruszyliśmy ważną kwestię znalezienia pracy dla współmałżonka osoby, która otrzymała atrakcyjną posadę na Słowacji. Dziś rozwijamy ten temat i zastanawiamy się, co zrobić, gdy mimo starań nie uda się mu znaleźć pracy.

W

rodowej korporacji, a nie każdemu to odpowiada. Przeszkodą w znalezieniu posady może być też niedostateczna znajomość języka: w korporacjach trzeba z reguły płynnie porozumiewać się po angielsku i znać jeszcze drugi język, a nie każdy przecież urodził się poliglotą. Co zrobić w sytuacji, kiedy jedno z małżonków dobrze zarabia i jest w stanie utrzymać całą rodzinę, ale to drugie nie chce siedzieć w domu, a poszukiwania pracy nic nie dają? W takim przypadku nic na siłę. Jeżeli planujemy pomieszkać na Słowacji jakiś czas i później wrócić do kraju, warto ten czas wykorzystać na zdobycie kwalifikacji, które przydadzą się nam pó-

źniej, po powrocie do Polski. Najważniejsza sprawa to nauczenie się języka słowackiego. Oczywiście nasze języki są podobne i dlatego wiele osób bagatelizuje tę sprawę: po co uczyć się słowackiego, wystarczy go rozumieć, w razie czego można sobie pomóc angielskim. Tymczasem właśnie znajomość tego oryginalnego języka może być naszym największym atutem po powrocie do kraju. Dziś niemal każdy zna język angielski i jakiś inny popularny język (niemiecki, francuski, hiszpański czy rosyjski), co na potencjalnym pracodawcy nie robi żadnego wrażenia. Wrażenie może robić natomiast znajomość mniej popularnego języka: słowackiego, ukraińskiego czy węgierskiego. Nawet, jeśli w przyszłej pracy ten język w ogóle nie będzie potrzebny, jego znajomość uatrakcyjni nasze CV, pozwoli wyróżnić się z tłumu nudnych, sztampowych życiorysów. A to już połowa sukcesu – często właśnie dzięki temu pracodawca wyławia takie CV ze sterty innych i zaprasza kandydata na rozmowę. Niestety, na Słowacji prawie nie ma kursów języka

Poradnik dla Polaków na Słowacji słowackiego, a jeśli już są, to prowadzone w języku angielskim, co dla nas w zasadzie mija się z celem. My mamy bowiem tę przewagę nad uczącymi się słowackiego Anglikami czy Węgrami, że już na wstępie rozumiemy jakieś 70% słownictwa. Dlatego zamiast zapisywać się na stacjonarny kurs i płacić za to spore pieniądze, często lepiej uczyć się samemu. W sieci istnieje kilka darmowych kursów. Znajdziemy je, wpisując w wyszukiwarkę frazę „bezpłatny internetowy kurs języka słowackiego”. Wpisując natomiast hasło „podręcznik języka słowackiego” znajdziemy kilka godnych uwagi pozycji książkowych, w tym e-booków, które możemy kupić za kilka złotych, nie wychodząc z domu. Najważniejsza w nauce języka jest jednak praktyka. Nie bójmy się więc mówić po słowacku, nawet jeśli początkowo będziemy kaleczyć ten język. Dobrze jest też ograniczyć sobie na miesiąc lub dwa dostęp do polskiej telewizji czy stron internetowych i otoczyć się wyłącznie informacjami w języku słowackim. No i wkuć jednak trzeba przynajmniej to słownictwo, które jest odmienne od polskiego. Potem ani się obejrzymy, a będziemy mówić po słowacku prawie tak, jak po polsku. A wtedy warto się zabrać np. za naukę niemieckiego – ale to już temat na osobny artykuł. JAKUB ŁOGINOW MONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 27

Fico i Wałęsa

-

przeciwko mniejszosciom łączy ojca polskiej „Solidarności” z obecnym premierem Słowacji? Wydawać by się mogło, że nic. Tymczasem obaj panowie oburzyli ostatnio opinię publiczną swoimi kontrowersyjnymi wypowiedziami, dyskredytującymi mniejszości, przeciwstawiając się tym samym europejskim wartościom.

Co

Dlatego mimo oczywistych różnic między Robertem Ficą a Lechem Wałęsą, warto się ich wypowiedziom przyjrzeć bliżej, gdyż odzwierciedlają one szersze tendencje. Zapytany o prawa homoseksualistów Lech Wałęsa oznajmił, że mniejszość nie może wchodzić na głowę większości. „Ja sobie nie życzę, żeby ta mniejszość, z którą się nie zgadzam (...) wychodziła na ulice i moje dzieci i moje wnuki bałamuciła jakimiś tam mniejszościami“ – przekonywał były prezydent. Wałęsa powiedział również, że jego zdaniem parlamentarzyści o odmiennej orientacji powinni siedzieć w Sejmie za murem i zaraz dodał: „Oni muszą wiedzieć, że są mniejszością“. W podobnym tonie wypowiedział się Robert Fico, komentując ostatnie protesty w sprawie finansowania mniejszości narodowych na Słowacji. „To państwo zostało stworzone dla Słowaków, a nie dla mniejszości” – mówił słowacki premier podczas obchodów 150-lecia Macierzy Słowackiej. „Staje się codziennością, że ze strony mniejszości na Słowacji widzimy jedynie roszczenia, ale żadnych obowiązków wobec państwa. Jedynie wyciągnięte ręce, a tylko minimalne postawy obywatelskie“. KWIECIEŃ 2013

Obie przytoczone wypowiedzi spotkały się z oburzeniem ze strony opinii publicznej i mediów. W efekcie obaj politycy się tłumaczyli, że zostali źle zrozumiani. O ile jednak wypowiedź Wałęsy odbiła się szerokim echem w świecie i uderzyła w noblistę finansowo, bowiem uniwersytety, z którymi były polski prezydent współpracował, zaczęły masowo odwoływać jego wykłady, to o słowach Ficy było głośno na Słowacji, ale już nie w Polsce. Polskie media zaledwie odnotowały jego wypowiedzi, mimo że sprawa bezpośrednio dotyczy także polskiej mniejszości. W obu przypadkach obok słów krytyki pojawiło się też sporo głosów poparcia dla autorów wypowiedzi. Wałęsa stwierdził, że tak jak on myśli większość społeczeństwa, zaś Fico swoim zwyczajem skrytykował media, które – jego zdaniem – skupiając się na problemach mniejszości narodowych i seksualnych, zajmują się wydumanymi tematami, zamiast opisywać realne problemy państwotwórczego narodu, czyli Słowaków. Przy okazji warto zauwa-

żyć, że media rzeczywiście nierównomiernie reagują na przejawy dyskryminacji. Jedne są przez nie nieprawdopodobnie wręcz nagłaśniane, inne przechodzą bez echa. Takim przemilczanym przykładem była właśnie wypowiedź Roberta Ficy, która w Polsce przeszła niemal bez echa. W tym czasie polskie media były zajęte krytykowaniem sytuacji na Węgrzech i dyskryminacją polskiej mniejszości na Litwie, mimo że akurat w tych dniach w obu wspomnianych krajach nic szczególnego w tym zakresie się nie wydarzyło. Niestety, my też często nie jesteśmy lepsi. Oburzając się na nietolerancję wobec mniejszości narodowych, przechodzimy do porządku dziennego nad dyskryminacją osób starszych, niewidomych, niezmotoryzowanych czy poruszających się na wózkach. Jakoś nie oburzamy się na stosowane w Bratysławie rozwiązania architektoniczne, zakładające, że miasto jest stworzone tylko dla osób młodych, zdrowych, widzących, poruszających się samochodami. Nikomu nie przeszkadza fakt, że kompleks Eurovea, położony na brzegu Dunaju w słowackiej stolicy, jest praktycznie niedostępny dla osób na wózkach inwalidzkich. Nie zwracamy też uwagi na to, że przy projektowaniu dróg czy przejść granicznych w ogóle nie bierze się pod uwagę pieszych. Dlatego, krytykując Wałęsę i Ficę, powinniśmy się zastanowić, czy również i my nie traktujemy niepełnosprawnych i niezmotoryzowanych jako tych, co zgłaszają jakieś wydumane żądania. JAKUB ŁOGINOW

27


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 28

Klub Polski Bratysława we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie

zaprasza wszystkich Polaków i ich przyjaciół na imprezę

Z Polską na Ty – sentymentalna retrospekcja

, która

Pożegnanie Danuty Mayza-Marušiakovej „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim! Pełno nas, a jakoby nikogo nie było: Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło“. Tym słowami, pochodzącymi z trenu VIII Jana Kochanowskiego, żegnał Danusię Meyza-Marušiakovą Ryszard Zwiewka, który podczas pogrzebu zabrał głos w imieniu rodaków, przyjaciół z Klubu Polskiego, twórców „Monitora Polonijnego“. W swoim wystąpieniu wspomniał czasy tworzenia Klubu Polskiego, w którym Danusia brała czynny udział, a także chwile powoływania do życia naszego czasopisma, któremu to właśnie Danka szefowała przez pierwsze 4 lata. Z kolei Wiliam Hess z Instytutu Polskiego przywołał czasy, kiedy to Danusia była pracownikiem tejże instytucji kulturalnej. „Niedawno, kiedy Danuta przechodziła na emeryturę, żegnaliśmy się, obiecując sobie, że będziemy się spotykać, ale tych spotkań było coraz mniej… To dzisiejsze to nasze ostatnie pożegnalne spotkanie“. Pogrzeb Danuty Meyzy-Marušiakovąej odbył się 4 marca w bratysławskim krematorium. Hołd zmarłej oddali rodzina, polscy i słowaccy przyjaciele, pracownicy polskiej ambasady na Słowacji i Instytutu Polskiego w Bratysławie, przedstawiciele Klubu Polskiego na Słowacji oraz redakcja „Monitora Polonijnego“. red

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

28

odbędzie się 1 maja w godz. 13.00 – 20.00 na nabrzeżu Dunaju, koło centrum Eurovea. Impreza, podczas której będziemy wspólnie obchodzić Święto Polonii, ma na celu prezentację polskiej kultury. W jej ramach odbędzie się pokaz starych samochodów, biorących udział w Europejskim Rajdzie Syren i Warszaw. Na godz. 18.00 zaplanowane zosatło przedstawienie teatru pantomimy z Wrocławia „Kucharz na ostro“. Wszystkich chętnych, którzy chcieliby pomóc w realizacji projektu, prosimy o kontakt z organizatorami: Kasia Tulejko: 0903455664, mail katarzynatulejko@gmail.com. MilE WiDZiaNE PaNiE, kTórE ZEchcą W TyM DNiu WysTąPić charakTErZE hosTEss. Szczegółowe informacje na temat imprezy będą na bieżąco aktualizowane na stronie www.polonia.sk oraz na Facebooku (https://www.facebook.com/klubPolskiBratyslawa)

ŻYCZENIA Byłemu ambasadorowi RP w RS, naszemu przyjacielowi i współpracownikowi „Monitora Polonijnego“ Janowi Komornickiemu z okazji 70. urodzin życzymy zdrowia, pogody ducha, twórczych pomysłów i ich realizacji. Redakcja „Monitora Polonijnego“ oraz przyjaciele z Klubu Polskiego

KONDOLENCJE Romanie Greguškovej wyrazy szczerego współczucia z powodu śmierci mamy składają Przyjaciele z Klubu Polskiego Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w wieku 61 lat zmarł nagle miroslaw Gabrhel z Drietomej, wdowiec samotnie wychowujący 15-letniego syna, nasz dobry przyjaciel i aktywny członek Klubu Polskiego. Wszystkim Jego bliskim, a szczególnie synowi Patrykowi składamy wyrazy głębokiego współczucia, oferując wsparcie i pomoc. Członkowie Klubu Polskiego z Poważa Z głębokim smutkiem przyjęłam wiadomość o śmierci Danusi meyzy-marušiakovej. Rodzinie i bliskim składam wyrazy głębokiego współczucia. Elżbieta T. Dutková

Z okazji 35. rocznicy ślubu składamy najserdeczniejsze życzenia Gabrieli i Ryszardowi Zwiewkom. Życzymy im zdrowia, szczęścia i wielu radosnych chwil. Przyjaciele z Klubu Polskiego

Z

P R O G R A M U

Ë BRISTOL - JĘZYK W KULTURZE, KULTURA W JĘZYKU 9 – 10 kwietnia, Bańska Bystrzyca, Fakulta humanitných vied UMB, Ružová 14 Konferencja polonistyczna - dyskusja panelowa, seminarium i warsztaty. Udział wezmą językoznawcy: Jolanta Tambor, Roman Cudak, Anna Dąbrowska, Nagy László Kálmán i literaturoznawcy: Jolanta Pasterska, Janusz Pasterski. Ë SHORT WAVES 9 kwietnia, Żylina, Stanica Žilina-Záriečie, Závodská cesta 3 • 17 kwietnia, Bratysława, A4-nultý priestor, ul. Karpatská 2 • Prezentacja polskich filmów krótkometrażowych w ramach festiwalu Short Waves. Ë MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL FILMU GÓRSKIEGO HORY A MESTO 10-14 kwietnia, Bratysława, Palace Cinemas, Aupark, Einsteinova 18 • Spotkanie z himalaistą Aleksandrem Lwowem (14 kwietnia, godz. 17.00, sala 3) na temat organizacji wypraw zimowych w okresie tzw. złotego wieku polskiej himalaistki. SZTUKA WOLNOŚCI oraz Darka Załuskiego 2 na K2 (11 kwietnia, godz. 17.30, sala 3). MONITOR POLONIJNY

I N S


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 29

konkurs rysunkowy dla dzieci i młodzieży

Poważna firma zatrudni KONKURS NA NA JPIĘKNIEJSZĄ BA JKĘ Redakcja „Monitora Polostudentki do pracy nijnego“ we współpracy ze w sklepie w Preszowie oraz Szkolnym Punktem KonRedakcja „Monitora Polonijnego” sultacyjnym w Bratysławie ogłasza konkurs, adresowany Koszycach. Wymagana ogłasza konkurs dla dzieci do dzieci i młodzieży, pod hasłem i młodzieży na najpiękniejuczciwość, sumienność Tatry – polsko-slowacki skarb szą bajkę, napisaną w języMile widziane będą też slogany reklamowe oraz dyspozycyjność . ku polskim. Prace literackie w języku polskim na ten temat! Prace konkuro maksymalnym rozmiarze 3600 znaków wraz z dołączosowe prosimy przesyłać pod adresem redakMile widziana znajomość cji naszego pisma do 10 czerwca br. pocztą ną informacją, zawierającą imię i nazwisko autora oraz tradycyjną lub elektroniczną. Wyniki konkurobsługi kasy fiskalnej jego wiek, prosimy przesyłać do 10 czerwca pocztą su zostaną ogłoszone w lipcowym numerze elektroniczną pod adresem: mwobla@gmail.com. i języka angielskiego. „Monitora”. Wyłonieni przez specjalne jury O przyznaniu nagród zdecyduje jury, w skład którego autorzy najlepszych prac otrzymają nagrody, wejdą redaktorzy „Monitora Polonijnego“ i nauczyciele CV proszę przesyłać na adres: zaś wszyscy uczestnicy upominki.

Klub Polski Koszyce informuje, że dnia 15 kwietnia o godz.17.00 w programie STV 2 zostanie wyemitowany Magazyn PolSki z koSzyc Następnego dnia, 16 kwietnia, o godz. 10.30 powtórka programu.

adjtrading.office@onet.eu

Szkolnego Punktu Konsultacyjnego. Najciekawsze prace zostaną opublikowane na łamach naszego pisma.

ZAPROSZENIE

Serdecznie zapraszam przyjaciół z Klubu Polskiego i wszystkich miłośników opery na swój występ w Theater an der Wien w Wiedniu, który odbędzie się w piątek, 26 kwietnia 2013 r. o godz. 18.00 w ramach projektu Jugend an der Wien. Projekt ten daje możliwość występów scenicznych ludzi młodych, w wieku od 14 do 21 lat, z profesjonalną orkiestrą i przed publicznością. Bilety można kupić w Theater an der Wien w Wiedniu – Ticket Pavillon lub Alexandra Głębocka URSZULA SZABADOS za pośrednictwem Internetu na - www.theater-wien.at.

N S T Y T U T U

P O L S K I E G O

N A

K W I E C I E Ń

Ë TOMASZ BIERKOWSKI SOLIDARNOŚĆ – Ë MIĘDZYNARODOWY KONKURS PIANISTYCZNY TYPOGRAFIA WOLNOŚCI 1980-2013 PETRA TOPERCZERA 11 kwietnia, godz.18.00, Bratysława, 18-21 kwietnia, Koszyce, ZUŠ Márie Hemerkovej, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Hlavná 68 • Udział Mariana Sobuli, polskiego Wykład dr. hab. Tomasza Bierkowskiego, pianisty i pedagoga w pracach jury adiunkta w Katedrze Projektowania Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Graficznego ASP w Katowicach Petra Toperczera w Koszycach. Współorganizator: VŠVU Bratysława Więcej informacji: www.zuske.sk Ë STRUKTURA I ARCHITEKTURA – Ë WYSTAWA PLAKATÓW: MIGRACJA DO EUROPY DZIEDZICTWO POSTINDUSTRIALNE 18-24 kwietnia, Bratysława, Instytut Polski, GÓRNEGO ŚLĄSKA witryny okienne od ul. Klobučníckiej 17 kwietnia, Bratysława, Design factory, Wystawa plakatów w ramach VIII festiwalu Bottova 2 • godz. 17.00 - komentowany [fjúžn] • Autorami wystawy konkursowej jest przegląd wystawy / kurator Anke Illing, 213 studentów z 23 szkół wyższych z Europy. Europareportage • godz. 18.00 – wykład Główny organizator: Nadácia Milana Šimečki / autor fotografii, Thomas Vo beck Ë POLSCY ARTYŚCI W BAŃSKIEJ BYSTRZYCY godz. 19.00 – otwarcie wystawy 22 kwietnia, Bańska Bystrzyca, Štátna vedecká Wystawa będzie prezentowana knižnica, Lazovná 9 • godz. 10.00 - Hubert do 12 maja. Więcej informacji: Klimko-Dobrzaniecki: Kołysanka dla wisielca www.designfactory.sk Spotkanie z polskim pisarzem Hubertem KlimkoDobrzanieckim z okazji prezentacji słowackiego Ë PÓŁSŁOWO VIII: PAVOL ROZLOŽNÍK wydania jego książki „Kołysanka dla wisielca”. 18 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, • godz. 12.00 - Tomasz Drozdek: T.ETNO Instytut Polski, Nám. SNP 27 Prezentacja różnorodnych etnicznych Ósmy z cyklu wieczorów autorskich instrumentów muzycznych w wykonaniu grafika, designera i publicysty Tomasza Drozdka Dušana Junka. KWIECIEŃ 2013

2 0 1 3

Ë MASAKRA KATYŃSKA - WIECZÓR DYSKUSYJNY ÚPN 25 kwietnia, godz.17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Wieczór dyskusyjny w ramach cyklu organizowanego przez ÚPN z okazji 73. rocznicy zbrodni katyńskiej z udziałem dr. Martina Lacka i dr. Mieczysława Boraka. Główny organizator: ÚPN Ë AKADEMICKÝ PREŠOV: FESTIWAL TEATRALNY 28 kwietnia – 1 maja, Preszów, Filozoficka fakulta PU, ul. 17. Novembra 1 Udział polskich studenckich zespołów teatralnych – Teatru Ochoty i Porywaczy Ciał – w preszowskim festiwalu teatralnym. Szczegółowy program: www.ff.unipo.sk/ap oraz na: www.polinst.sk Ë TOMASZ NIEDZIÓŁKA, BARBARA SACHARCZUK - CERAMIKA 30 kwietnia, godz. 18.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Otwarcie wystawy prac ceramiki artystycznej absolwentów wrocławskiej ASP. Wystawa będzie prezentowana do 24 maja. 29


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:27 PM Page 30

Z nowym bagażem doświadczeń,

ale bez szoku kulturowego… I  nie chodzi tu o kwestie metodyczne czy naukowe, ale przede wszystkim o kontekst kulturowy, często odmienny i zaskakujący. Wywodzący się z tego kontekstu uczeń przejmuje rolę przewodnika, stając się nauczycielem, który pomaga stawiać pierwsze kroki na obcej ziemi. Uczeń zadaje pytania, nie boi się pytać, bo wie, że nauczyciel mu sprzyja i chętnie mu odpowie, nawet jeśli te pytania będą głupie. Zadawanie pytań nie jest wcale zadaniem prostym i tak powszechnym, jak myślałem. Gdy przyjechałem w końcu do Chin i rozpocząłem swoją pracę lektora języka polskiego, byłem zarówno nauczycielem, jak i uczniem. Podobne role wyznaczyłem moim studentom. Zajmowaliśmy więc takie same pozycje, przynajmniej teoretycznie. Na  początku zasygnalizuję tylko, że wyznaczanie takich ról jest ważne z kilku przyczyn. Po pierwsze niweluje odczucie szoku kulturowego, po drugie uwrażliwia na stereotypy, które potem zastępuje nowym obrazem danego narodu i kultury. Zacznijmy jednak od początku… Pod koniec sierpnia 2010 roku wylądowałem na terminalu trzecim w Pekinie. Pamiętam, że było bardzo ciepło, a ja 30

auczyciel i uczeń w pewnych sytuacjach są do siebie podobni. Choć nauczyciel jako człowiek z doświadczeniem nie powinien poruszać się po omacku, to czasem, zwłaszcza w odmiennej kulturze, staje na równi ze swoim uczniem.

N

z ciężkim bagażem podręcznym, bo zapakowałem wiele książek, wychodziłem naprzeciw nowym wyzwaniom. Z niecierpliwością czekałem na pierwsze spotkanie z szefem pekińskiej polonistyki, który wyszedł po mnie na lotnisko, a znał mnie tylko z fotografii i  korespondencji mailowej. Z rozpoznaniem jednak nie było problemu, bowiem miał on kartkę z moim nazwiskiem. To było pierwsze moje miłe doświadczenie, które zapoczątkowało serię dowodów życzliwości, otwartości, a przede wszystkim gościnności Chińczyków. Czas przejazdu do kampusu uniwersyteckiego, gdzie miałem zamieszkać, mijał na zadawaniu pytań i moim zdziwieniu, jak ogromny i zbudowany z rozmachem jest Pekin. Pierwszym zabytkiem, który mijaliśmy po drodze, była Świątynia Lamy, miejsce, do którego potem wracałem i wracam wielokrotnie. Szef oprowadził mnie po kampusie, pokazując miejsca, gdzie mogę zjeść posiłek, po-

spacerować, poćwiczyć na siłowni czy popływać. Kampus podzielony trzecią obwodnicą na dwie części, zachodnią i wschodnią, wydawał mi się trochę jak ocean, choć jak na warunki chińskie wcale nie jest taki ogromny. W części zachodniej mieszkają głównie studenci i lektorzy zza granicy, we wschodniej chińscy. Dom, w którym zamieszkałem, jest miejscem dla nauczycieli języków obcych z całego świata. Ja od razu zacząłem od poszukiwania Słowian, w których towarzystwie zawsze dobrze się czułem. I tak poznałem Słowaczkę, Czeszkę, Serbkę, Chorwatkę i Słowenkę, potem dołączyła także Bułgarka. Wszystkie dziewczyny mieszkały już od roku lub dłużej w Chinach, wszystkie miały mniejsze lub większe doświadczenie. Z wielką otwartością powitały mnie w swoim gronie, na czerwonych krzesłach, czyli miejscu naszych spotkań w  ciepłe dni i wieczory. Czerwone krzesła przed sklepem od tego momentu stały się dla mnie symbolem wielokulturowych i pełnych pasji dyskusji. Najczęściej

każde z nas mówiło w swoim języku, co również świadczyło o tej jedności w wielości, i zawsze jakoś się dogadywaliśmy. A jak było z Chińczykami? O, na początku była głusza i chaos… oczywiście komunikacyjny. Poza pozdrowieniem „ni hao” (dzień dobry) nie potrafiłem powiedzieć ani słowa, a próba wpasowania się w odpowiedni ton, bo język chiński jest językiem tonicznym (ma 4 tony), kończyła się fiaskiem. I tak np. „tang” może znaczyć zarówno ‘cukier’, jak i ‘zupa’. Może to być zabawne, gdy w restauracji zamiast zupy dostaje się cukier. Takie i inne omyłki nie odstraszyły mnie jednak od chińskiego. Postanowiłem natychmiast uczyć się mówić po chińsku, pisanie i czytanie odłożyłem na potem. Pierwszą moją prywatną nauczycielką była studentka polonistyki pekińskiej, z którą miałem zajęcia dwa razy w tygodniu. Mao Rui, bo tak się nazywała, musiała wykazać się nie lada cierpliwością, gdyż początki były naprawdę trudne. Nie poddawałem się jednak i w końcu nadszedł dzień, kiedy to potrafiłem budować już całe zdania, które – ku mojemu zdziwieniu – były rozumiane przez Chińczyków. Pierwszym zabytkiem, który zwiedziłem sam podczas pewnej wrześniowej niedzieli, był Pałac Letni. Wsiadłem do autobusu linii 374 z przystanku Weigongqiao i dotarłem pod bramy samego pałacu. Kupiłem bilet i znalazłem się w środku nadzwyMONITOR POLONIJNY


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:28 PM Page 31

czajnego kompleksu. Jezioro Kunming, kamienny Most Siedemnastu Łuków, Pagoda Pachnącego Kadziła, Długa Galeria, Marmurowa Łódź – wszystko to  oczarowało mnie swoim rozmachem i majestatycznością. Barwne smocze łodzie na jeziorze, Wzgórza Długowieczności wydawały mi się elementami pejzażu wyjętego z chińskiej baśni. Ten pejzaż kontrastował jednak z wrzawą i tłumem, który wylewał się zewsząd i płynął wąskimi uliczkami kompleksu pałacowego. Z takim tłumem przyszło mi się później spotkać wiele razy. Linia nr 1 metra, najstarsza i  najbardziej oblegana, jest jak długi wąż, który wchłania setki tysięcy ludzi. Przeciskając się między nimi, musisz opracować jakąś metodę, by zdążyć wysiąść lub wsiąść na właściwej stacji. Nie jest prawdą, że Chińczycy wyglądają tak samo lub są do siebie podobni, co często słyszałem w Polsce. Są różni. Ta różnorodność jest typowa dla Pekinu, gdzie pracują ludzie ze wszystkich chyba prowincji Chin. Mają oni odmienne postury, wyrazy i kontury twarzy, zachowania oraz temperamenty. Chińczycy z północy są wyżsi i bardziej postawni niż ich rodacy z południa. Chętniej też ujawniają emocje i są bardziej żywiołowi. Podobno w czasie kłótni są impulsywni. Na południu panuje cudowne rozleniwienie i brak pośpiechu we wszystkim. Dalszy ciąg w następnym numerze „Monitora“ ANDRZEJ RUSZER, CHINY KWIECIEŃ 2013

Bądź bezpieczny w sieci zy są powody, by strzec się portali społecznościowych? Czy na pewno jesteśmy bezpieczni w sieci? Jakie niebezpieczeństwa nam grożą? Dzięki Internetowi komunikujemy się ze sobą po lekcjach, w czasie wolnym i często nawet wtedy kiedy już powinniśmy spać. Niewielu z nas spotyka się na podwórkach czy przy trzepaku, aby porozmawiać, wymienić swoje poglądy czy po prostu się pośmiać. Naszych rodziców niepokoi ten fakt i dlatego niekiedy zabraniają nam korzystania z Internetu. Czy mają rację? Czy to nas ustrzeże przed zagrożeniami, jakie niesie dzisiejszy Internet? A może zamiast tego i oni, i my sami powinniśmy zapoznać się z zagrożeniami, jakie niosą ze sobą takie portale, jak Facebook czy Nasza Klasa? Według niemieckich i amerykańskich statystyk użytkownicy komputerów z grupy wiekowej 12-19 lat intensywnie kontaktują się właśnie za pośrednictwem Internetu, spędzając ok. 50% czasu online i korzystając z portali społecznościowych, różnego rodzaju komunikatorów i programów pocztowych. Czy wiecie, że jednym z największych zagrożeń w Internecie jest tzw. kradzież tożsamości? Hakerzy tworzą profil np. na Facebooku, używając danych ofiary, a następnie przedostają się do jej prawdzi-

C

wych przyjaciół. Utrzymują z nimi kontakty, a następnie szantażują ich żenującymi zdjęciami lub kompromitującymi komentarzami. Warto pamiętać, że w sieci często narażamy się sami. Pamiętajmy więc, że zbyt śmiałe zdjęcia, udostępniane znajomym, mogą stać się źródłem problemów i zaszkodzić nam w przyszłości. Kolejne zagrożenia, które łączą się z korzystaniem z portali społecznościowych to phishing i szkodliwe oprogramowanie. Phishing (spoofing, maskarada) polega na podstępnym wyłudzeniu poufnych informacji osobistych, np. hasła lub szczegółów dotyczących kart płatniczych, przez udawanie instytucji (osoby) godnej zaufania, której pilnie potrzebne są te informacje. Wiele osób uważa, że płynące z Internetu niebezpieczeństwa to cena za postęp cywilizacji. Ja oczywiście się z tym zgadzam, ale jeśli zachowa się ostrożność, to na pewno wielu z tych niebezpieczeństw można uniknąć. BARTŁOMIEJ MACIĄG, uczeń klasy III gimnazjum w Bratysławie 31


Monitor04:Monitor06 4/1/13 6:28 PM Page 32

Drodzy Czytelnicy „Piekarnika”! Każdy, kto smacznie gotuje czy piecze, ma szansę, by jego wyczyny docenił cały świat. Wystarczy swój najlepszy przepis umieścić na Facebooku, blogu lub własnej stronie internetowej i… czekać na słowa uznania. A tak na poważnie – czytelnicy „Monitora“ dzielą się swoimi kulinarnymi dokonaniami właśnie

na Facebooku, bo tam przepis można okrasić apetycznymi zdjęciami i w ten sposób zainspirować innych do naśladownictwa. Właśnie na blogu pani Elenka Glebová z Bratysławy znalazła przepis na wyśmienity tort, który wypróbowała i teraz, na naszych łamach, pragnie się nim podzielić z Państwem.

Karmelowy tort serowy Składniki: • 175 g maślanych ciasteczek

• 2 jajka • 300 g białej

• 85 g roztopionego masła • 600 g kremowego sera • 3 łyżki mąki • 2 łyżeczki esencji waniliowej

czekolady

• 3 batoniki Mars • 1 puszka mleka skondensowanego słodzonego • 1 kubek kwaśnej śmietanki

Najpierw wkładamy puszkę mleka skondensowanego do wody i gotujemy po 1,5 godziny z każdej strony (puszkę trzeba obrócić). Potem odstawiamy do ostygnięcia. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Ciastka kruszymy na malusieńkie kawałeczki i mieszamy z roztopionym masłem. Dno tortownicy wykładamy papierem do pieczenia, na który wykładamy przygotowaną masę, dokładnie ją rozklepując. Pieczemy ok. 10 minut i wyjmujemy do ostygnięcia. Temperaturę piekarnika zmniejszamy

do 140 stopni. Na parze roztapiamy czekoladę. W osobnej misce ubijamy ser, esencję waniliową i mąkę. Następnie dodajemy do nich jajka i śmietanę. Całość dalej ubijamy. Na koniec dodajemy przestudzoną roztopioną czekoladę i mieszamy po raz ostatni. Batony Mars siekamy na paseczki, które wykładamy na upieczony spód. Ostrożnie wylewamy na nie masę serową i wkładamy do piekarnika na ok. 50 minut. Nawet jeśli po tym czasie ciasto będzie się jeszcze trochę trzęsło w środku,

to i tak wyjmujemy je z piekarnika, a gdy wystygnie, wkładamy do lodówki na około 5 godzin. Potem oblewamy je karmelem z puszki. I to już wszystko. Zanim jednak zaczniemy się delektować naszym wypiekiem, możemy go obfotografować, a zdjęcia wrzucić na strony internetowe... Pierwszy krok do sławy jest taki łatwy!

ZDJĘCIE: ELENA GLEBOVÁ

Sposób przyrządzania

AGATA BEDNARCZYK


Monitor polonijny 2013 04