Issuu on Google+

“On the 11th November from afternoon to the night the city centre of Warsaw was in the hands of three or four demonstrations, and the people demonstrating were united by nothing except hatred. But when you so dramatically ask me if democracy is coming to an end: I don’t not know what is with democracy, really not. Maybe democracy is another fetish, maybe the world does not end with democracy”. I just entered the hall to the Central European discussion forum when a verbal bomb exploded. Andrzej Stasiuk’s words blew up the unity of the carefully moderated talk on hatred as a major threat to democracy. Vladimir Arsenijević from Belgrade, writer and founding member of the 1980s punk rock/new wave band Urbana Gerila digs even deeper, drawing on the situation in Serbia: “So many people are disenchanted with democracy that you can’t just boil it down to ultra non-democratic right wing sentiment. We have seen democracy being taken away, misused, we have seen the democratic system being stuck in their own nationalethnic circle where people only vote for their specific national party. In Bosnia for example democracy has been deepening the ethnic misunderstandings. So in this case I would not say that Andrzej was placing the bomb, I would say that he was stating the obvious”. In Germany for the second time within ten years a run-up will be taken to legally ban the extreme right wing party NPD. These days, the offices for the protection of the constitution came up with a thousand pages clearly documenting primarily racist, antiSemitic and homophobic tirades of hates in official and public NPD speeches. And there were some hints on connections between high-ranked NPD party officials and the NeoNazi underground terrorists of the NSU who during many years systematically had been killing people, mainly male entrepreneurs or workers from migrant families. Murder, brutality, lies and hate and right wing rhetorics throughout these meanwhile five years of crisis has been nesting scarily comfortably in the midst of our European societies. It does not need to be the obviously ugly face of German Neo-Nazi murderers or Polish nationalists marching trough Warsaw or Wrocław, attacking the homes and places of minorities. We also see it in the smooth face of mainstream pop, just like these days in Mannheim: A couple of goofs – one of them by the way is the initiator of the “Pop Academy” educating young people who want to make a successful Pop career – for many years have been enjoying huge commercial success with a strange version of cuddle soul “in the name of Jesus”, as they say. These guys now came up with a new album featuring brutally homophobic lyrics yet unheard in German speaking Pop entertainment. Homophobic manifestations like these addressed to a mass audience are the clear sign that there is a general tendency in European societies. Vladimir Arsenijević observed that the hatred from the 1990s which expressed itself in ethnic violences actually has turned non-ethnic. And the main real target of hatred of right wing groups are the gay, he says, often attacked by the shockingly non-tolerant youth. Another danger for minorities of any kind comes up with the growing number of plebiscite decisions, warns Austrian writer Robert Menasse: “The basic idea of democracy is that the majority guarantees the security of minorities”. Menasse exemplifies the notion of a minority by looking at ourselves as artists, cultural and political activists or intellectuals. The main figure of democracy is the Citoyen, the educated individual who actively contributes to the creation of our common social, cultural and political grounds, says Menasse: “The Citoyen will be always in the minority. One of the first plebiscitary deci-

2

sions will be to get rid of people undesired by the majority. A plebiscitary democracy fiercely endangers the security of minorities. I opt for an anti-plebiscitary democracy which protects the Citoyen”. Although Adam Michnik nicely cheered up the Bratislava forum by the optimistic reminder how much the countries have changed in comparison to thirty years ago, I leave the theatre in despair. The European crisis is not only a debt crisis. It is a crisis of solidarity which quite visibly endangers minorities and those in need of support. Europhobia, declining solidarity with European states in need of help, disgraceful egoistic budget fights and generally populist critique of the European Union are the most noticeable signs and maybe the first steps of more and more European societies marching towards zero tolerance nationalism. I believe in Valcav Havel’s legacy. And I really believe that also Martin Luther King is damn right. He said: “The ultimate weakness of violence is that it is a descending spiral,
begetting the very thing it seeks to destroy. Instead of diminishing evil, it multiplies it.
Through violence you may murder the liar, but you cannot murder the lie, nor establish the truth”. To fight back we need to use nonviolent cultural, social and political means: Wanna whole lotta love! ➔ Bernd Adamek-Schyma w sieci: www.blumenamostplatz.de

PUNTA NEGRA / Listy z różnych kontynentów Marcin Pryt

03

W początkach XV wieku, portugalscy marynarze dotarli do skalistych brzegów zachodniej Afryki, w dzisiejszym Kongo. Na zachmurzonym niebie błyskały iskry od wyładowań elektrycznych, brzeg wydawał się niedostępny. Majtek z bocianiego gniazda, krzyknął do kapitana: „Widzę jakąś szczelinę!”. Tam, smagana śmiertelnymi wiatrami karawela mogłaby przycumować. Na jednostajnie stalowo czarnym wybrzeżu, zdawała się być ona najciemniejszą, a jednak dającą nadzieję tymczasowego schronienia. Punta Negra (tłum. czarna kropka) przyciągnęła i wessała całą załogę. Pół tysiąclecia później, wpatruję się w czarną plamkę na oku, zbliżam do powierzchni lustra, uderzam o taflę, pulsują mroczki, powstaje guz, a w głowie słyszę: „witamy na Czarnym Lądzie”. Nie wiem dlaczego założyłem, że w Namibii będzie inaczej niż wcześniej w Gabonie i Kongo. Na pewno pustynia i przestrzenie bez ludzi stworzyły iluzję, że będzie lepiej... ale pierwszego dnia spacerując samotnie, nadziałem się na niemieckich turystów, a później na parę z Wrocławia. Pokazywali mi swój film nakręcony wśród plemienia Himba. Nazwałem ich po cichu „Gucwińscy”. Myślałem, że się porzygam. Komentowali sytuację w Polsce – marsze patriotów, blokady, święta niepodległości, inercję elit będących u władzy, jednocześnie popisując się żuciem manioku. Dla „Gucwińskich”, plemię Himba odegrało dokładnie takie samo przedstawienie, które wcześniej widywałem w programach Discovery, czy u Martyny Wojciechowskiej i Wojciecha Cejrowskiego. Pani śmiała się, że za dwa kilo cukru „mąż napatrzył się takich ładnych piersi, jak nigdy w życiu”, a ekipa z Niemiec, gdy dowiedziała się, że jestem z Polski, nie mogła się nadziwić, że w trampkach z Chin pracuję na lotnisku. „Air consultant?”... Wszędzie wyłapywałem białych. Nie jest to jakaś

DIGITALIA / Cyfrowy bicz na urzędnika Andrzej Jóźwik Jakże nieszczere jest utyskiwanie urzędników na marazm, stupor, społeczną apatię. Przecież mizerna aktywność obywatelska gwarantuje administratorom zbiorowego życia komfort i błogie poczucie stabilizacji. Nie trzeba nic zmieniać, udoskonalać. Biurokratę zadowala trwanie, zmiana napawa niechęcią. Nie ma nic gorszego jak buzujący aspiracjami obywatel, swobodnie hasający po agorze. Generowany przez brykające jednostki ruch mógłby zachwiać porządkiem, z którym biurokrata jest w pełnej symbiozie. Ile to już spotkań, prezentacji, burz mózgów, dotyczących rewitalizacji Nadodrza odbyło się w Infopunkcie Łokietka 5. Świątek, piątek, niedziela... choć ta ostatnia raczej nie, bo urzędnicy nie mają w zwyczaju, przyjmując zaproszenie, pracować w niedzielę i na spotkanie przychodzić. Urzędnicza troska o obywateli jest pieczołowicie zaplanowana, nie ma od tego odstępstwa. Troska jest porcjowana: 5 razy w tygodniu, 8 godzin dziennie. Posłałem straży miejskiej maila z informacją o dzikich wysypiskach. Dostałem wygenerowane z pocztowego automatu potwierdzenie, sugerujące, że jeśli chcę zgłosić interwencję, to muszę się „wylegitymować”. Adnotacja była poparta niepodważalnym cytatem z pewnego kodeksu, żeby nie było wątpliwości, po czyjej stronie jest słuszność. Automat nie czyta ze zrozumieniem, ba, nie koresponduje, lecz wydala komunikaty. Zatem automat nie mógł wiedzieć, że mail był opatrzony nazwiskiem, nie był paszkwilem, tudzież donosem na sąsiada. Uogólniając mój przypadek do reguły, postawię tezę, że prewencyjna funkcja strażników miejskich najsamprzód polega na zniechęceniu natręta. Chłopaki są zarobieni – mija miesiąc – nie doczekałem się odpowiedzi napisanej przez człowieka. Automat pocztowy też milczy.

Nad ospałe od rutyny biurokratyczne głowy nieodwołalnie nadciąga armagedon. Boży bicz nazywa się BugSquare i został opracowany przez bodajże hiszpańskich programistów. Takich mobilnych aplikacji, jeśli poszpera się w necie, znajdzie się sporo, a ich obsługa jest skomplikowana niczym umieszczanie postów na Facebooku. Zatem: widzisz dziurę w drodze, złamaną ławkę, zasyfiony trawnik itp. pstrykasz komórką zdjęcie, oznaczone geotagiem, dopisujesz notkę i ślesz na adres magistratu. Służby miejskie wiedzą: co, gdzie i kiedy. BugSquare nie pozwala zapaść w otępienie urzędniczej machinie, modeluje jej funkcjonowanie, dając mieszkańcom poczucie, że od nich też coś zależy. Parę miast pomysł podchwyciło. Jak wiele musi się zmienić u nas, żeby do gotowego pomysłu nawiązać? Tli mi się pod czaszką desperacka wizja, gdy wszelkiej komunikacji na linii obywatel-urzędnik zostaje nadany wirusowy charakter. Maile z prośbą o interwencję się samoreplikują, mutują, przenikają z urzędniczych pecetów na urzędnicze laptopy i dalej: wnikają w komórki via bluetoothy oraz wi-fi. Atakują z wyświetlaczy wielkimi literami, kłują wykrzyknikami. Budzą w środku nocy natarczywymi powiadomieniami, wklejają się samoistnie do urzędniczych kalendarzy. Ta epidemia trwa dopóki biurokratyczne monstrum nie ogłosi bezwarunkowej kapitulacji i zaakceptuje faktu, że w dzisiejszych czasach gotowość do zmiany jest kluczowym aspektem rozpędzonej rzeczywistości, że urząd nie może być skansenem, zaś obywatel traktowany jak karykaturalna figura petenta.

specjalna umiejętność, ale dzięki niej udawało mi się uciekać od nich, jak w Nowym Jorku od Polaków. Głowa bolała non stop od białej ludzkości. Turyści przylatujący na nasze lotnisko, kłębiący się w terminalu, z coraz mniejszymi kamerami zaglądali bez taktu, w każde zakamarki, robili bezczelne zoomy na egzotyczne twarze. Ich facjaty z protekcjonalnymi uśmiechami a la live aid... vis a vis nędzy. Czarnej nędzy. Nie miałem czasu na malowanie się rdzawym łojem jak Himba, i tak udawałem czarnego przed białymi, a empatycznego białego przed czarnymi. Jest to beznadziejne i tak koniec końców, każdy chciał ode mnie dolara. Mieć kamienną twarz, czy uśmiechać się? W poszukiwaniu spokoju, wolne chwile spędzałem na fragmencie pustyni, ale i tak słyszałem co chwilę nadlatujące samoloty z dostawami z Chin i w równych odstępach czasu, doskonałe, silniki maszyn Lufthansy przywożące turystów do „ich” Namibii. Gdybym miał podsumować swój pobyt w Walvis Bay, to na pewno najważniejszym wydarzeniem było trzymanie przez kilka minut w rękach drążka sterowniczego w samolocie transportowym. Miałem rejs do stolicy Windhoek i na tamtejszym lotnisku kontrolę urządzeń nawigacyjnych. W drodze powrotnej kpt. Wacław Koperek pozwolił mi sterować. Był drugi pilot, ale i tak to była niesamowita frajda. Pod nami rozciągała się

pustynia aż po horyzont. Najważniejsze stało się jednak tuż po lądowaniu. Uduchowiony mistycznym doświadczeniem, nieopatrznie zerknąłem do luku w naszym samolocie. W ekspresowym tempie, w kierunku czekającej nieopodal drugiej maszyny przeładowywano skrzynie adresowane do Demokratycznej Republiki Konga. Spytałem się kpt. Koperka, co to ma znaczyć, uśmiechnął się pod wąsem „nie wiesz?...” „Jak to?”. Spojrzał dziwnie, cmoknął między zębami „a tak! weź plecak z kabiny i idź do kierownika”. Biel przeraża mnie bardziej niż czerń. Np. bawarskie miasteczka wzdłuż namibijskiego wybrzeża... Trafiłem tam na szczęście, po Oktober Fest, które jest obchodzone równie hucznie jak w Monachium. Pamiętam, widziałem... nazistowskie pamiątki, wcale nie tak skrzętnie ukrywane w sklepach z bronią na safari... Protekcjonalność białych turystów, ich cwaniactwo, łakomstwo i zadowolenie z siebie... para-pseudo-bogactwo... pycha ukrywana pod współczuciem i „humanitaryzmem”. Mimo wszystko będę tęsknić do tych alei z palmami, ale czy kiedyś tu wrócę? Jest tyle innych miejsc na globie, więc może to ostatni rzut oka z Kavambo Kujoma Road na zatokę. Na jej końcu widać było ciemniejący błękitny romb Atlantyku. Zachód słońca nad zatoką Walvis, tuż przed odlotem, to jeden z piękniejszych widoków mojego życia.

➔ Andrzej Jóźwik w sieci: www.flavors.me/jozwik


no1_page_2