Issuu on Google+


Modlitwa za Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Toruńskiej

DRODZY CZYTELNICY!

SPIS TREŚCI

O Panie Jezu, skieruj swoje wejrzenie na  nasze Wyższe Seminarium Duchowne w Toruniu, gdzie w pobożności i  wiedzy wzrastają przyszli kapłani Twojego Kościoła. Biskupowi i przełożonym Seminarium daj, Panie, łaskę prawdziwej mądrości w wyborze kandydatów do posługi kapłańskiej oraz do wychowania ich ze stanowczością i miłością w cnocie i wiedzy. Dzieciom i młodzieży udziel światła rozeznania, że ich powołanie i odpowiedź na nie pochodzi całkowicie od Ciebie. Spraw, aby ochoczo przyjęli wezwanie do pójścia za Tobą. W rodzinach kleryków i dobroczyńców Seminarium pomnóż Twoją łaskę tak, żeby wielkość powołania kapłańskiego była należycie zrozumiana i doceniana przez  wszystkich. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

WIADOMOŚCI Tak rozpoczynaliśmy rok Obrzęd admissio I Turniej klerycki „Pierwszacy” zaczęli prędzej U ŹRÓDŁA – LITURGIA Adwent – radosne oczekiwanie Niepokalanie Poczęta WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA Czy w Biblii są teksty moralnie złe? Niewidzialna rzeczywistość WARTO! Nasze lektury Kącik muzyczny Kącik dobrego filmu Jak to byo przed wstąpieniem do WSD? BURZENIE BASTIONÓW Katecheza z innej perspektywy Kult świętych Punkt zapalny Odpusty Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI Nowa bazylika mniejsza Rozmowa z...

................................................................... Nasze pismo utrzymuje się z Waszych dobrowolnych ofiar, dlatego serdecznie dziękujemy za wsparcie naszego dzieła. BÓG ZAPŁAĆ! Numer konta WSD: 49-1240-1936-1111-0000-1322-0453

Po dłuszej wakacyjnej przerwie

4 oddajemy do Waszych rąk nowy numer 5 naszego kleryckiego czasopisma. W li5 stopadowym miesiącu, kojarzącym się 7

z przemijaniem, egzystencjalnymi py9 taniami, ponurym nastrojem, chłodem 10 na dworze i przede wszystkim, wizytami na grobach naszych bliskich zmarłych, chcemy zaproponować Wam rozważe14 17 nie słów z Hymnu o miłości św. Pawła: „Teraz widzimy jakby w  zwierciadle, 19 niejasno; wtedy zaś  zobaczymy twa20 rzą w twarz. Teraz poznaję po części; 21 wtedy  zaś poznam tak, jak i zostałem 23 poznany” (1 Kor 13,12). Spójrzmy, perspektywa spraw ostatecznych daje 25 27 nadzieję. W życiu ziemskim nigdy nie 29 osiągniemy doskonałości, pełni pozna33 nia. A czyż ową „pełnią poznania”, nie będzie właśnie oglądanie oblicza Boga twarzą w twarz, szczęście wieczne. 34 35 Życzymy Wam zatem, by listopadowy czas napawał Was optymizmem na myśl o życiu wiecznym, oddalał smutek i przygnębienie, miejsce których niech wypełni miłość, o której  pisał ks. Jan Twardowski: „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Niech w tym wszystkim pomocny będzie Wam, Drodzy Czytelnicy, ten oto numer Sługi! Szczęść Boże!

Zespół redakcyjny

...................................................................

Redagują: Maciej Burkiewicz (red. naczelny), Artur Narodzonek (zastępca red.), Krzysztof Rozynkowski (red. techniczny), Piotr Kalicki (zastępca red. technicznego) Paweł Murawski (foto) Opiekun: ks. dr Marcin Staniszewski Adres redakcji: Sługa, pl. bł. ks. phm. Stefana W. Frelichowskiego 1, 87-100 Toruń Adres internetowy: http://www.seminarium.diecezja.torun.pl/sluga Druk: DRUK-TOR S.C., ul. Nieszawska 33, 87-100 Toruń

2

Sługa nr 1 (57)

Na okładce: Sank Paul w Lavanttal (Karyntia), oprawa księgi z Sankt Blasien, Strassburg (?)

Sługa nr 1 (57)

3


WIADOMOŚCI

Tak rozpoczynaliśmy rok W dniach od 27 do 30 września 2010 roku przeżywaliśmy w naszym seminarium rekolekcje przygotowujące alumnów do nowego roku seminaryjnego 2010/2011. Nauki rekolekcyjne wygłosił ojciec duchowny WSD w Koszalinie, ks. Zbigniew Witka-Jeżewski. W rozważaniach o powołaniu kapłańskim bardzo pomocne były pytania, które  stanowiły również temat rekolekcji: Kim byłem? Kim jestem? Kim chcę być? Kim będę? Do głębszego przeżywania rekolekcji i większego skupienia przyczyniła się cisza (silentium sacrum), która obowiązywała do Mszy Świętej z obrzędem obłóczyn, podczas której 6 kleryków roku III przyjęło strój duchowny. Eucharystia ta wieńczyła trzydniowe rekolekcje, w czasie których ojciec rekolekcjonista codziennie wygłaszał dwie konferencje. Nie brakowało czasu na przemyślenia i medytację. Dla nas, kleryków I kursu, rekolekcje przeżywane w milczeniu były nowym doświadczeniem. Mam nadzieję, że wydadzą one dobre i obfite plony w naszym, już kleryckim życiu. Jako studenci I roku Uniwersytetu Mikołaja Kopernika udaliśmy się 1 października br. na godzinę 11 do auli uniwersyteckiej na inaugurację roku akademickiego 2010/2011. Na początku, wraz ze wszystkimi zgromadzonymi profesorami, dostojnymi gośćmi, studentami oraz uczniami prestiżowego Gimnazjum i Liceum Akademickiego, odśpiewaliśmy hymn Gaude Mater. Akademię uświetnił pięk-

4

WIADOMOŚCI nym śpiewem chór akademicki UMK. Przybyło wiele ważnych osobistości, zarówno przedstawiciele duchowieństwa, jak i posłowie oraz senatorowie, a także działacze samorządowi. Ważnym wydarzeniem było nadanie tytułu doktora honoris causa prof. Wilkinsonowi z Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, także obecny na uroczystości prof. S. Ingarden kończył w tym dniu 90 lat. Odśpiewaliśmy radosne „Sto lat” i profesor został nagrodzony gromkimi brawami. Uroczyste ślubowanie w imieniu wszystkich studentów I roku złożyło kilkunastu młodych żaków, którzy zakwalifikowali się na UMK z najlepszymi wynikami maturalnymi. Po zakończeniu uroczystości wróciliśmy do seminarium. W oka mgnieniu minął weekend i nadszedł czas na rozpoczęcie roku akademickiego na Wydziale Teologicznym UMK, które miało miejsce dnia 4 października 2010 roku. Pierwszą część uroczystości stanowiła Eucharystia sprawowana o godzinie 13 w kaplicy Wydziału Teologicznego pod przewodnictwem Ks. Bpa Wiesława Meringa, ordynariusza diecezji włocławskiej. Koncelebrowali ją Ks. Bp Andrzej Suski oraz księża profesorowie. Tego dnia również Ks. Bp Andrzej obchodził 24. rocznicę święceń biskupich, o której nie zapomniano: złożono serdeczne życzenia i wręczono kwiaty. Po Mszy Świętej wszyscy zgromadzeni udali się do auli wydziałowej, gdzie zaplanowano dalszą część uroczystości. Po zaprzysiężeniu nowych studentów, przedstawieniu statystyk z minionego roku akademickiego oraz omówieniu spraw związanych z nowym rokiem wykład inauguracyjny wygłosił ks. dr  Piotr Roszak z Uniwersytetu Navarra w Pampelunie. O oprawę muzyczną zadbał chór z  parafii p.w. Miłosierdzia Bożego w Toruniu, któremu dyrygował prof. Czesław Grajewski. Dwie inauguracje to dużo, ale  to  jeszcze nie wszystko. Otóż, następnego dnia (tj.  5  października br.) o godzinie 11 odbyła się   jeszcze jedna, najSługa nr 1 (57)

ważniejsza dla nas inauguracja – rozpo- zostali oficjalnie przedstawieni przez Księczęcie roku formacyjnego  w  Wyższym dza Biskupa Kościołowi toruńskiemu jako Seminarium Duchownym Diecezji Toruń- kandydaci do święceń, a są nimi: Krzysztof skiej. W auli seminaryjnej zgromadzili się Adamski, Dawid Gapiński, Tomasz Jankowski, Księża Biskupi: Andrzej Suski i Józef Szamoc- Leszek Kopczyński, Dominik Kosiński, Michał ki, władze miasta oraz profesorowie UMK, Kossowski, Michał Oleksowicz, Michał Roa także wielu zaproszonych księży. Rektor WSD, goziński, Wojciech Skolmowski, Przemysław ks. prał. dr Krzysztof Lewandowski przywi- Skowroński, Przemysław Syrkowski, Łukasz tał serdecznie wszystkich gości i wygłosił Światowski oraz Łukasz Waśko. przemówienie, w którym przybliżył statystyki Obrzęd przyjęcia kandydatów z minionego roku formacyjnego. Zauważył, do diakonatu i prezbiteratu (kapłaństwa) że nasz toruński uniwersytet jest środowi- nazywany jest potocznie admissio i odbywa skiem „powołaniowym”, gdyż pierwszy rok się po stwierdzeniu, że decyzja o przyjęciu formacji w WSD rozpoczęło aż 4 absolwen- święceń jest wystarczająco dojrzała i popartów UMK (w tym jeden doktor nauk biologicz- ta została spełnieniem niezbędnych warunnych). Słowa otuchy do kleryków I roku skie- ków. Zatwierdzeni przez biskupa kandydarował dziekan alumnów, kl. Wojciech Skol- ci wyrażają poprzez ten obrzęd gotowość mowski. Następnie wicerektor, ks. dr Marcin do  dania wielkodusznej odpowiedzi na weStaniszewski przedstawił 16  kandydatów, zwanie Chrystusa słowami proroka Izajasza: którzy po immatrykulacji otrzymali indeksy „Oto ja, poślij mnie” (Iz 6,8). W przyszłoWSD i oficjalnie stali się alumnami toruń- ści staną się współpracownikami biskupów skiego seminarium. Wykład inauguracyjny i jako słudzy Kościoła, przez głoszenie słoprezentujący aspekt kapłaństwa w pismach wa Bożego i udzielanie sakramentów, Ojców Kościoła i pisarzy wczesnochrześcijań- będą budować chrześcijańskie wspólnoty, skich wygłosił ks. dr hab. Dariusz Zagórski, do których zostaną niebawem posłani. a na zakończenie odśpiewano hymn żaków Gaudeamus. kl. Wojciech Skolmowski, rok V Niech najbliższy rok akademicki będzie dla nas, kleryków, czasem owocnej I Turniej klerycki pracy i wzrostu duchowego. kl. Marek Matecki, rok I 12 października 1959 roku w Laskowej, niedaleko Tarnowa, urodził się Józef Joniec. Jako młody chłopak – zawsze uśmiechObrzęd admissio nięty, mający dla każdego czas. Jego pasją był sport, a w szczególnie piłka nożna, w któ XXIX Niedziela Zwykła była dla kle- rą często grywał. W 1979 roku wstąpił do zaryków V roku naszego toruńskiego semi- konu oo. pijarów, a sześć lat później, 18 maja narium niezwykle ważnym dniem. Podczas 1985 roku, przyjął święcenia kapłańskie. Nauroczystej Mszy Świętej w Bazylice Katedral- stępnie pracował w kilku placówkach pijarnej Świętych Janów w Toruniu Ks. Bp Józef skich, a od ponad dwudziestu lat związany Szamocki potwierdził wyrażony publicznie był z Warszawą. Był pomysłodawcą i załoprzez 13  alumnów zamiar przyjęcia święceń życielem słynnej Parafiady – międzynarodiakonatu i  prezbiteratu [święceń kapłań- dowego stowarzyszenia zrzeszającego dzieskich; przyp.  red.]. W ten sposób, alumni ci i  młodzież. Głównym celem działalności Sługa nr 1 (57)

5


WIADOMOŚCI o. Józefa było wychowywanie młodego pokolenia przez sport, kulturę i świątynię. Opierał on swoją formację młodych na greckiej triadzie. Taką formą zbliżał wielu młodych do Pana Boga. Zasłynął również z realizacji programu Katyń... ocalić od zapomnienia. To właśnie w nagrodę za tę inicjatywę o. Józef został zaproszony na pokład prezydenckiego samolotu, aby uczestniczyć z najwyższymi dostojnikami państwowymi w kwietniowych obchodach upamiętniających 70. rocznicę mordów katyńskich. W maju br. miał świętować srebrny jubileusz kapłaństwa. W październiku tego roku obchodziłby swoje 51. urodziny. Wpatrując się w tę postać kapłana: oddanego w służbie Bogu i drugiemu człowiekowi, zatroskanego o współczesną młodzież, propagującego duszpasterstwo przez sport, Wyższe Seminarium Duchowne w Toruniu zorganizowało turniej klerycki poświęcony jego pamięci [pomysłodawcą i głównym koordynatorem był kl. Tomasz Jankowski; przyp. red.]. 15 i 16 października br. gościliśmy w naszych seminaryjnych murach prezesa stowarzyszenia Parafiada, o. Marka Kudacha SchP, wiceprezes, Renatę Wardecką oraz reprezentacje piłkarskie alumnów z seminariów w Bydgoszczy (z seminarium diecezjalnego i z seminarium oo. duchaczy), Olsztynie, Ełku, Pelplinie, Białymstoku, Łodzi, Warszawie i Poznaniu. Pierwszego dnia, w piątek, uczestnicy mieli okazję zapoznać się z sylwetką patrona turnieju. Dowiedzieli się o jego działalności. Warsztaty prowadzili przedstawiciele Parafiady. Słowo do alumnów-piłkarzy skierował także ks. prał. Daniel Adamowicz, dyrektor Caritas Diecezji Toruńskiej, wyczulając kleryckie sumienia na potrzeby innych. Ks. Prałat wskazał na trójpłaszczyznowość Kościoła, pokazując, że obok misji głoszenia słowa Bożego i udzielania sakramentów, sprawą równie ważną jest posługa miłości. Wieczorem odbyło się losowanie grup oraz wspól-

6

WIADOMOŚCI na adoracja Najświętszego Sakramentu, podczas której alumni odmówili różaniec. 79 alumnów nocowało w bursie Caritas w pobliskim Przysieku oraz w naszym seminarium. Sobotni dzień rozpoczął się od wspólnej Mszy Świętej. Kaplica seminaryjna „pękała w szwach”, gdyż, oprócz gości, uczestniczyła w niej cała wspólnota seminaryjna. Następnie, po wspólnym śniadaniu, piłkarze udali się na dwa toruńskie boiska-orliki, na których odbyły się rozgrywki, meritum całego turnieju. W każdej grupie grało pięć drużyn. Do półfinałów awansowały po dwie najlepsze ekipy z każdej grupy. Oto wyniki rozgrywek grupowych:

Półfinały: WSD Poznań – WSD Warszawa 6-3 WSD Toruń – WSD Olsztyn 2-0

Tabela grupy A: 1. WSD Poznań 2. WSD Toruń 3. WSD Pelplin 4. WSD Białystok 5. WSD Ełk

Turniej to przede wszystkim szansa na zawiązywanie braterskich relacji. Niewiele jest przecież sytuacji, aby alumni różnych seminariów mogli, spotykając się, wymieniać poglądy, dzielić doświadczeniem i tym, co Pan Bóg stawia na ich drogach powołania. Tym, co połączyło alumnów październikowego spotkania, z pewnością była pasja piłkarska. Owoc stanowi zdobyta wiedza na temat uprawiania duszpasterstwa przez sport oraz doświadczenie niezwykłości kapłaństwa, które stało się udziałem o. Józefa Jońca. Miejmy zatem nadzieję, że zakończony turniej nie okaże się jednorazowym przedsięwzięciem, ale na stałe zagości w terminarzu seminaryjnym.

12 pkt. 19-8 9 pkt. 14-9 4pkt. 11-11 4pkt. 10-13 0pkt. 6-19

Tabela grupy B: 1. WSD Olsztyn 10pkt. 2. WSD Warszawa 9pkt. 3. WSD Łódź 4pkt. 4. WSD Bydgoszcz CSSp 3pkt. 5. WSD Bydgoszcz 2pkt

9-1 9-4 4-8 5-9 1-6

Mecz o 3. miejsce: WSD Warszawa – WSD Olsztyn 3-0 Finał: WSD Poznań – WSD Toruń

4-2

Klasyfikacja końcowa: 1. WSD Poznań 2. WSD Toruń 3. WSD Warszawa 4. WSD Olsztyn

kl. Tomasz Jankowski, rok V

„Pierwszacy” zaczęli prędzej

Do półfinałów trafiły więc reprezentacje piłkarskie seminariów z Poznania i Torunia – z grupy A; oraz z Olsztyna i Warszawy – z  grupy B. A oto wyniki półfinałów, meczu o 3. miejsce i finału: Sługa nr 1 (57)

Zjazd propedeutyczny kleryków roku I odbył się w dniach od 6 do 17 września 2010 roku. Uczestniczyło w nim 14 osób chcących wstąpić do WSD w Toruniu. Pierwsza część obozu odbywała się w budynku seminarium w Toruniu, a druga – w Krynicy-Zdroju, dzięki gościnności Zgromadzenia Sióstr Sługa nr 1 (57)

Pasterek od Opatrzności Bożej. Niespełna dwutygodniowy zjazd propedeutyczny miał na celu zawiązanie wspólnoty pomiędzy klerykami kursu I, a także przybliżenie im istoty formacji seminaryjnej oraz zapoznanie się z porządkiem dnia i zasadami życia w seminarium. Wydarzeniem, które zapadnie głęboko w pamięci chyba każdego nowego kleryka, było przekroczenie progu budynku seminarium, poprzez które młoda osoba symbolicznie wstępuje w szeregi osób przygotowujących się do kapłaństwa. Od tej chwili pozostawia ona swoje dotychczasowe życie za drzwiami i wkracza w nową, „trudniejszą” rzeczywistość. „Trudniejszą”, ponieważ wymagającą zmiany części dotychczasowych przyzwyczajeń i dostosowania się do ścisłych reguł życia w seminarium. Formacja seminaryjna zakłada stałą formacją ludzką, dlatego każdy kleryk musi pracować nad własnymi słabościami i udoskonalać swój charakter, aby brać udział w tworzeniu społeczności, w  której winna panować życzliwość, odpowiedzialność i braterstwo właściwe prawdziwym uczniom Chrystusa. Niepewność i stres przed nową sytuacją w momencie przyjścia do seminarium towarzyszyły chyba każdemu klerykowi. Pojawiały się między innymi pytania: „Jakich ludzi spotkam?” lub „Czy dam radę się dostosować?”. Niektóre wątpliwości zostały już  rozwiane, a inne rozstrzygną się w bliższej lub  dalszej przyszłości. Seminarium zakłada także  formacją duchową. Uczy modlitwy, medytacji i rozmowy z Bogiem. Pozwala na rozwój sumienia, właściwą ocenę rzeczy-

7


WIADOMOŚCI wistości i pomaga w rozwiązaniu problemów dotyczących pragnień i celu życia. Uświadomiliśmy sobie, że przed nami długi, trudny i wymagający samodyscypliny okres pracy nad naszymi sumieniami i charakterami. Na spotkaniach z księżmi moderatorami klerycy roku I poznawali swoje przyszłe obowiązki, szczegóły życia w seminarium oraz historię gmachu, miasta Torunia i biografię bł. Stefana Wincentego Frelichowskiego, patrona WSD. Te pierwsze wykłady pozwoliły na częściowe zrozumienie zasad życia w seminarium. Druga część obozu propedeutycznego odbyła się w Krynicy-Zdroju w domu gościnnym Zgromadzenia Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej Zenit, gdzie udaliśmy się z ks. Marcinem Staniszewskim, wiecerektorem WSD i ks. Sławomirem Witkowskim, ojcem duchownym WSD. Siostry przyjęły kleryków i księży opiekunów z nieopisaną życzliwością, dzięki czemu pobyt w Krynicy pozostanie w pamięci na długi czas. Głównym celem wyjazdu do Krynicy-Zdroju była dalsza integracja kleryków kursu I, której sprzyjały wspólne wycieczki górskie i, co ciekawe, czas jazdy autobusem, upływający przy wspólnym śpiewie. Klerycy mieli okazję poznać piękno polskich Tatr, podążając szlakiem od Kuźnic, przez schronisko Murowaniec, na szczyt Gęsia Szyja, z którego rozpościerał się cudowny widok gór otulonych dywanem chmur. Widok ten wynagrodził wcześniejsze trudy wspinaczki, przedzierania się przez zarośla, przeprawiania się przez rwące strumyki i odcinki szlaku pełne błota. Niezapomnianym będzie też dzień spływu Dunajcem, gdzie dowcipni flisacy przybliżali klerykom piękno Beskidu Sądeckiego, którego panorama została dopełniona widokami na szlaku wiodącym ze Szczawnicy, przez Sokolicę i Górę Zamkową, na Trzy Korony. Mimo morderczej wspinaczki, każdy był szczęśliwy, gdy po pokonaniu własnych słabości, zameldował się na najwyższym szczycie

8

U ŹRÓDŁA – LITURGIA Pienin Środkowych. Zwieńczenie pobytu w górach stanowiła wyprawa w Tatry Słowackie. Celem wędrówki było schronisko Téryho chata znajdujące się na wysokości 2015 m n.p.m. Klerycy zaczęli wspinaczkę niechętnie, ponieważ byli zmęczeni wcześniejszymi zmaganiami. Dodatkowo zniechęcał ich fakt, że marsz miał trwać trzy i pół godziny i, oczywiście, w większości pod górę. Jednak po osiągnięciu pierwszego punktu przystankowego, którym  było schronisko Zamkovského chata, i  po pokrzepieniu się herbatą, ruszyli do celu, przedzierając się przez miejsca pokryte śniegiem oraz przeskakując strumyki przecinające szlak. U  celu, dumni ze swojej wytrzymałości, podziwiali przepiękne widoki na rozpościerającą się dolinę. Bardzo ważne dla uświadomienia klerykom współczesnych zadań księży było spotkanie zorganizowane przez znajomych ks. Sławomira Witkowskiego, mieszkających w Andrzejówce. Spotkanie przebiegało w  rodzinnej atmosferze. Po zwiedzeniu miejscowej cerkwi zaadaptowanej na świątynię katolicką, przyszedł czas na wspólny posiłek, śpiewy i rozmowę, w której świeccy przedstawili swoje oczekiwania wobec księży. Ich  zdaniem, duchowni powinni być autentyczni w  wierze i aktywni społecznie, aby zainteresować wiernych i zachęcić ich do działania we wspólnotach religijnych, dzięki którym  wierni się jednoczą i wspólnie działają na rzecz Kościoła. Wyjazd propedeutyczny był źródłem wielu nowych doświadczeń dla kleryków kursu I. Pozwolił on im poznać nowych kolegów i  część rzeczywistości seminaryjnej. Teraz,  gdy już znają mury, gdzie będzie kształtować się ich powołanie, przyszedł czas na  systematyczną pracę nad sobą samym, aby jak najlepiej wypełnić wolę Boga. kl. Bartosz Adamski, rok I Sługa nr 1 (57)

Adwent – radosne oczekiwanie 28 listopada br. rozpocznie się w Kościele katolickim nowy rok liturgiczny, którego pierwszym okresem jest Adwent. W starożytnym Rzymie pojęcie adwent oznaczało oficjalny przyjazd państwowego dygnitarza, natomiast w kontekście tamtejszej religii, coroczne przybycie bóstwa do świątyni. Chrześcijaństwo od pierwszych wieków używa terminu adwent na oznaczenie przyjścia Chrystusa. W naszej świadomości czas Adwentu jest radosnym oczekiwaniem na Zbawiciela i ma nas przede wszystkim przygotować do  Uroczystości Bożego Narodzenia. Niedziela rozpoczynająca rok liturgiczny przypada między 28 listopada a 3 grudnia. W  tym  roku zaczniemy zatem Adwent najszybciej jak  to  tylko możliwe, a zakończymy jak zwykle  pierwszymi nieszporami Bożego Narodzenia [nieszpory to część Liturgii Godzin, odmawiana wieczorem; w tym przypadku: w wieczór wigilijny; przy. red.], czyli obejmuje zawsze dokładnie cztery niedziele. Skoro z założenia jest to okres radosnego oczekiwania, to dlaczego ksiądz ubiera szaty fioletowego koloru, takie same jak  w  okresie pokuty? Dlaczego nie śpiewa się hymnu Chwała na wysokości Bogu, a przy ołtarzach znikają kwiaty? Odpowiedzi na powyższe pytania udzieli nam historia. Obecny kształt Adwentowi nadało bowiem połączenie liturgii rzymskiej z pewnymi elementami liturgii galijskiej. O ile w Italii od samego początku podkreślano wymiar ściśle liturgiczny, o tyle w Galii obchody przyjścia na świat Syna Bożego poprzedzone były, analogicznie do Wielkanocy, trwającym niekiedy nawet od września postem. Wynikało to z faktu, że na terenach dzisiejszej Francji w centrum znajdowało się nie to cielesne przyjście Chrystusa, lecz  to  ponowne, przy końcu czasów, tzw. paruzja. Ponieważ oczekiwano, że przyjdzie w roli surowego Sługa nr 1 (57)

Sędziego, starano się Go przebłagać pokutą i surowym postem. Od kiedy forma mieszana elementów pochodzących z obu tradycji stała się normą dla całego chrześcijaństwa, mamy do czynienia z okresem zupełnie wyjątkowym, posiadającym podwójny wymiar. Po pierwsze, okres Adwentu służy przygotowaniu się do  Uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez  którą  wspominamy historyczne wydarzenie z Betlejem – pierwsze przyjście Syna Bożego do  ludzi. Równocześnie jednak oczekujemy przyjścia powtórnego. Stąd też Adwent składa się z dwóch podokresów. Pierwsze dwie niedziele, a także dni powszednie do 16 grudnia włącznie podejmują motyw oczekiwania na paruzję, natomiast dni od 17 do 24 grudnia są już bezpośrednim przygotowaniem do zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia i  na każdy dzień został opracowany osobny formularz mszalny. W  tych  dniach w  Liturgii Godzin przed i  po  hymnie Magnificat śpiewa się charakterystyczne antyfony, nazwane od  początkowych liter antyfonami „O” [ks.  Siedlecki w swym śpiewniku zebrał je  w  jedną pieśń i  opatrzył nazwą Mądrości, która; przyp. red.]. Niegdyś w katedrach ich śpiewaniu towarzyszyła atmosfera doniosłej uroczystości. W tych antyfonach przeplatają się elementy wysławiające Boga, wyrażające tęsknotę i oczekiwanie na Mesjasza, a teksty bardzo mocno odwołują się do obrazów i symboliki biblijnej. To obchodzenie rzeczy dokonanych i tych, które dopiero mają nastąpić, domaga się naszej pokuty, zgodnie z tym, co napisał papież Pius XII w encyklice Mediator Dei et  hominum: „Kiedy zaś powraca dzień narodzin Zbawiciela, liturgia zda się prowadzi nas  niejako do groty betlejemskiej, byśmy  się tam nauczyli, że jest rzeczą całkiem nieodzowną odrodzić się na nowo i z gruntu się poprawić” (nr 86). W tym mają nam właśnie pomóc adwentowe postanowienia. Podczas Adwentu wierni licznie

9


U ŹRÓDŁA – LITURGIA

U ŹRÓDŁA – LITURGIA

uczestniczą w Roratach, czyli Eucharystii ku  czci Najświętszej Maryi Panny. Nazwa ta wywodzi się od pierwszych słów łacińskiej antyfony adwentowej na wejście: Rorate caeli [z łac. niebiosa spuśćcie; przy. red.]. Z odprawianiem tej Mszy Świętej wiąże się zwyczaj zapalania adwentowej świecy, tzw.  roratki, która symbolizuje Maryję jako Jutrzenkę przed nadejściem Słońca, które nigdy nie zachodzi – Jezusa Chrystusa. Dokładnie 177 lat temu niemiecki teolog i działacz społeczny Jan Henryk Wicher dał początek zawieszaniu w kościele wieńca adwentowego. Cztery świece są symbolami

czterech niedziel Adwentu. Swoją wymowę posiadają także światło, zieleń i krąg: nadzieja, życie oraz Bóg. W trakcie Adwentu, 8 grudnia, obchodzimy uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Zresztą postać Matki Bożej towarzyszy nam przez cały czas przygotowywania się na przyjście Zbawiciela. Niech Maryja będzie nam przykładem przyjmowania Boga w sercu człowieka. Obym też wypowiedział: „Niech mi się stanie według Słowa Twego”, gdy przyjdzie Pan.

Niepokalanie Poczęta

to  dzień, w którym świętujemy wybranie przez Boga Maryi na Matkę Jezusa Chrystusa. Radujemy się z jej zachowanego od grzechu poczęcia w łonie św. Anny. Niepokalane Poczęcie nie  dotyczy poczęcia Pana Jezusa w łonie Maryi (tę tajemnicę świętujemy bowiem w Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, 25  marca), ale tego, że  „Bóg na  Matkę wybrał sobie najpiękniejszą ze  wszystkich kobiet” – Maryję Pannę – i wybrał ją już w łonie Jej matki, św. Anny. Wielu przeciwników kultu maryjnego wysuwa zarzuty wobec Kościoła katolickiego zwłaszcza w kontekście prawdy o Niepokalanym Poczęciu, która bezpośrednio nie jest wzmiankowana w Piśmie Świętym oraz została dopiero w XIX wieku ogłoszona Sługa nr 1 (57)

Chyba każdy z nas, katolików, zna Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny obchodzoną w Adwencie, 8  grudnia. Ci spośród nas, którzy  uczestniczą w dziele duchowej adopcji dziecka poczętego, tym bardziej wyczekują tego  szczególnego dnia, gdyż wtedy biorą w  modlitewną opiekę rodziny wraz z nienarodzonymi jeszcze dziećmi. Wydaje mi się, że dość często kojarzymy datę tej Uroczystości, ale nie  do  końca zdajemy sobie sprawę z jej znaczenia. Innymi słowy, często nie potrafimy wyjaśnić, kogo ten obchód dotyczy. Otóż, Uroczystość Niepokalanego Poczęcia

10

dk. Dawid Koncicki, rok VI

jako dogmat. To fakt, że długą drogą Kościół zmierzał do ustanowienia święta i określenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Na tej drodze można wyróżnić trzy etapy. W pierwszym okresie, patrystycznym, dogmat był pośrednio wyznawany w nauce o  Boskim macierzyństwie Maryi i Jej najdoskonalszej świętości. W drugim, średniowiecznym, przeszedł w Kościele zachodnim przez stadium dysput, kontrowersji i zaciemnienia, przy jednoczesnym narastaniu kultu wśród wiernych. W trzecim, poczynając od końca XV wieku, został w sposób bardziej dojrzały przeanalizowany i ogłoszony w 1854  roku przez papieża Piusa IX. W bulli Ineffabilis Deus zatwierdzającej tę prawdę teologiczną czytamy, że „Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć”. Patrząc na dogmat od strony pozytywnej, widzimy, że określa on świętość Maryi od momentu poczęcia. Podczas objawień w Lourdes w 1858 roku Maryja powiedziała o sobie: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Myślę, że to krótkie usystematyzowanie naszej wiedzy o Niepokalanym Poczęciu Maryi pozwoli nam w bardziej zrozumiały sposób przemedytować Boże słowo z Liturgii Słowa tej Uroczystości i dostrzec ścisły związek wiary Kościoła ze słowem Bożym. We fragmencie Ewangelii mówiącym o zwiastowaniu (Łk 1, 26-38) na szczególną uwagę, w kontekście rozważanej Uroczystości, zasługują dwa zwroty. Kiedy archanioł Gabriel wszedł do Maryi, nazwał ją „pełną łaski”. Tłumacząc to wyrażenie dosłownie z  języka greckiego, można by powiedzieć, że  Maryja jest napełniona Bogiem, pełna Jego przemieniającej obecności. Wiara i liSługa nr 1 (57)

turgia Kościoła od wieków powtarza imię Maryi „Pełna łaski”, aby w ten sposób podkreślić Jej  wyjątkowe miejsce w planie zbawienia. Maryja bowiem, dzięki uprzedzającej łasce Boga, została wezwana do tego, by być Jego  całkowitą własnością. Kolejne słowa Anioła: „Pan z Tobą”, wyrażają głęboką tajemnicę zjednoczenia Maryi z Bogiem. Bóg  pragnie powiedzieć Pannie, że we wszystkim jest z Nią. Ale ta relacja nie jest tylko jednostronna. Maryja jako wolne stworzenie całkowicie zaufała Bogu, czego dowodzi jej pełne wiary wyznanie: „niech mi się stanie według słowa Twego”. Maryjna odpowiedź na Bożą propozycję jest stanowczym potwierdzeniem tego, że Matka Boża przyjmuje darmowość Bożej łaski i mówi Bogu: „tam gdzie Ty, tam  i  ja”. Ona  całkowicie zaufała Bogu. Ale  co znaczy owo „całkowicie”? Na to pytanie Maryja każdemu z nas daje jasną odpowiedź. Boży plan zbawienia dla każdego grzesznika, czyli Ewangelia, nic nie kosztuje. Jest zupełnie za  darmo, czyli  Bożą łaską, jak owa „pełnia łaski”, której  Maryja doświadcza. Ale jest jeden warunek doznawania owej „pełni” – zostawić wszystko, być nikim, aby w Bożym planie stać się najpiękniejszym dziełem, dzięki mocy Boga! Widzimy więc, że życie Maryi od początku jest naznaczone miłością, nie tylko naturalnych rodziców, św. Joachima i św. Anny, lecz nade wszystko miłością samego Boga i pełną miłości odpowiedzią Maryi. Niepokalana ukazuje nam, że  ze  względu na skutki grzechu pierworodnego miłość Boża przyjęła postać miłosierdzia, czyli Bożej „akcji ratunkowej” życia człowieka. O konieczności tego Bożego dotknięcia przekonuje nas pierwsze czytanie (Rdz 3, 9-15), zawierające opis grzechu pierworodnego. Człowiek źle skorzystał z daru wolności otrzymanego od Boga. Zamazał w sobie prawdziwy Boży obraz, słuchając głosu szatana. Widzimy dwie kontrastujące ze sobą kobiety. Pierwsza niepokalana – Ewa. Stworzona przez Boga i umieszczona w raju

11


U ŹRÓDŁA – LITURGIA zgodnie z  pierwotnym zamysłem świętości i  niewinności. Przez  nieposłuszeństwo i pychę stała się „matką grzechu.” Druga Niepokalana – Maryja, która przez swe posłuszeństwo i  pokorę stała się „Matką zbawienia”, gdyż wydała na świat Zbawiciela. Bóg w planie zbawienia wybrał Maryję na Matkę odrodzonej, uwolnionej z mocy grzechu ludzkości. Niepokalana jest przeto owocem i znakiem skutecznego działania miłosierdzia Bożego. Owocem, ponieważ to nie dzięki Jej zasługom, ale tylko i wyłącznie z pełnej miłości inicjatywy Boga została przeznaczona do zbawczej misji. Znakiem skutecznego działania, gdyż to w Niej i za Jej pośrednictwem Bóg dokonuje swego zbawczego zwycięstwa (oczywiście „mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego”). Te nasze spostrzeżenia potwierdzają dwa fragmenty pierwszego czytania. Pierwsze ogłoszenie zwycięstwa nad grzechem i śmiercią zostaje wyrażone w słowach tzw.  Protoewangelii (Rdz 3,15) zapowiadającej nieprzyjaźń pomiędzy potomstwem niewiasty a potomstwem szatana. Drugi tekst zapowiada nowe imię niewiasty występującej w opisie grzechu pierworodnego – Ewy, czyli matki

12

U ŹRÓDŁA – LITURGIA wszystkich żyjących. W obu tych fragmentach dostrzegamy zapowiedź zwycięstwa nad szatanem i grzechem, jakie dokonało się na krzyżu. To właśnie tam zapowiedziany potomek Niewiasty – Jezus Chrystus – zdeptał głowę węża-szatana. To na Golgocie Maryja, stojąca u stóp krzyża, okazała się Matką wszystkich żyjących, gdyż tylko ci, którzy są złączeni z Jezusem Chrystusem w Jego śmierci, mogą dostąpić zmartwychwstania – doświadczyć nowego życia, które jest dziełem Boga. Św. Hieronim dobitnie podkreśla, że  „otrzymaliśmy śmierć przez Ewę, życie przez Maryję”. Widzimy więc, że Niepokalana jest znakiem Bożej walki i Bożego zwycięstwa, które dokonało się w tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Warto zapytać się: „co mi mówi Boże słowo czytane w tę Uroczystości? Jak ja mam żyć tym słowem w mojej codzienności?” Znamy już kontekst historyczny obchodu Niepokalanego Poczęcia NMP. Zobaczyliśmy jak Ewangelia i pierwsze czytanie tworzą pewnego rodzaju dyptyk ukazujący panoramę dziejów zbawienia, czyli przejście od dramatu grzechu w raju do wybrania Maryi na Matkę Zbawiciela. Ale jakie to ma znaczenie dla każdego z nas z osobna? Myślę, że w odpowiedzi na to pytanie pomaga nam św. Paweł. Zawarty w drugim czytaniu fragment z Listu do Efezjan (Ef 1, 3-6.11-12) można by  określić mianem „pawłowej pieśni uwielbienia”: „niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa”. Św. Paweł z mocą zachęca, aby nasze serca, wpatrując się w  Niepokalaną, wielbiły Boga za wielkie dzieła Jego miłości – te w Twoim i moim życiu. Maryja w wyjątkowy sposób doświadczyła tego, że Bóg wybrał Ją  „przed  założeniem świata”, aby była „święta i nieskalana przed Jego obliczem”. To sam Bóg „z miłości przeznaczył ją dla siebie (...) ku chwale majestatu swej łaski” (por. Ef 1, 4-6). To wszystko prawda, ale przecież nikt z nas nie jest Maryją. To była jej droga. W Maryi nie było grzechu Sługa nr 1 (57)

pierworodnego i dlatego Jej świętość inaczej się kształtowała, miała inny punkt wyjściowy. Ona na fundamencie łaski wolności od grzechu pierworodnego stawała się (stała się) świętą. A co z nami? Zdumiewające to, ale myślę, że odpowiednikiem misterium (tajemnicy) Niepokalanego Poczęcia w naszym życiu jest sakrament chrztu świętego, rozumiany jako  wydarzenie zbawcze. To dzięki niemu jesteśmy naznaczeni świętością Bożą i łaską miłosierdzia przez  kontakt z odkupieńczym dziełem Chrystusa. Chrzest jest odpowiednikiem poczęcia albo narodzin, ponieważ on, mocą Trójcy Świętej, odpuszcza grzech pierworodny, daje nowe życie, włącza w Kościół, czyni nas przybranymi dziećmi Ojca, członkami Chrystusa i świątynią Ducha Świętego na  chwałę i uwielbienie Boga. Chrzest święty, razem z dopełniającym go sakramentem bierzmowania, jest nie tylko uświęceniem i ubogaceniem, lecz także powołaniem do walki duchowej i wzrastania w doskonałej miłości. Oto mamy istotne dla nas przesłanie maryjnej tajemnicy Niepokalanego Poczęcia. Sługa nr 1 (57)

Fundamentem naszego życia jest prawda o tym, że jesteśmy wybranymi, umiłowanymi dziećmi Boga. Na tej podarowanej świętości możemy starannie budować świętość naszego życia – nasze dobre czyny, cnoty, wypełnianie życiowego powołania. Maryja swoją postawą podkreśla, że nie w  oparciu o nasze  staranie czy zdolności może dokonywać się ten cud wybrania, dostępowania Bożej łaski i mocy, ale  tylko pełne wiary przyjęcie Bożego odkupienia dokonanego przez wydarzenia paschalne może przemieniać naszeżycie. Niepokalana z całą mocą potwierdza, że żadna zasługa, żaden wysiłek nie mogą naprawić zła, które nas niszczy. Tak jakby wołała do  nas: „Nie starajcie się być zwycięzcami. To  nie wy  walczcie ze złem. Nie dacie rady.” Rzeczywiście, Maryja jest znakiem Bożej mocy i Bożego zwycięstwa, dlatego że to nie Ona działała, ale pozwoliła, by Bóg w Niej i przez Nią dokonał cudów swą mocą, co  wyrażają słowa maryjnego Magnificat: „Bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia przypomina nam, że  potrzeba odwagi, byśmy  mówili o  naszym życiu w  aspekcie nawrócenia, przemiany, walki duchowej. Ale  ten trud, zmaganie jest dziełem Boga w  nas. To Ten, który  jest Wszechmocny, pragnie prowadzić nas przez  życie. Tak jak  Maryja, pozwólmy Mu działać! Maryjo Niepokalanie Poczęta! Kontemplując Twoje oblicze, prosimy, abyśmy w  naszym życiu otwierali się na działanie Boga, abyśmy nie przeszkadzali Bogu dokonywać cudów w naszej historii życia. Przymnóż nam wiary. Uproś łaskę zakochania w Pięknie, którym jest sam Bóg. „W poczęciu swoim, Panno, niepokalanaś była. Módl się za nami do Ojca, któregoś Syna porodziła” ( z Godzinek o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny). kl. Michał Oleksowicz, rok V

13


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

Czy w Biblii są teksty moralnie złe? To także Biblia – film o takim tytule nakręcił w latach 70. Leszek Skrzydło, dziennikarz, podróżnik, reżyser filmów dokumentalnych i oświatowych. Prawie natychmiast po  jego projekcji rozgorzała dyskusja na temat moralności Biblii. Wykorzystano w  nim  bowiem teksty ukazujące np. grzech Dawida (zob. 2 Sm 11) czy przewrotne postępowanie jego syna Salomona, który posiadał liczne żony i nałożnice (zob. 1 Krl 11, 1-13). Te  historie biblijne zostały pokazane w  sposób, mówiąc delikatnie, bardzo pikantny oraz  patrzone znamiennym tytułem To także Biblia. Zwolennicy tezy o niemoralności Biblii lub przynajmniej pewnych jej fragmentów dowodzili wówczas, że teksty Starego Testamentu w niektórych partiach są niemoralne (warto zauważyć, że już samo słowo niemoralne świadczy o tym, iż ludzie formułujący te tezy, zapewne nie mieli wiele wspólnego z naukami o moralności, takimi jak choćby teologia moralna czy etyka, bo wówczas wiedzieliby, że pod pojęciem moralność kryje się ogół ludzkich działań, wolnych i świadomych, za które człowiek ponosi odpowiedzialność. Nie ma zatem czynów moralnych i niemoralnych, są tylko dobre lub złe moralnie). Taka  charakterystyka Biblii jest oczywiście sprzeczna z nauką katolicką, która od samych swych początków określa Biblię jako Pismo

14

WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

Święte. Święte – to znaczy moralnie szlachetne. Na tej Księdze, którą wielu nazwało wówczas niemoralną, wychowały się miliony świętych. Do dziś jest ona przecież inspiracją wielu szlachetnych czynów i dzieł. Czy więc rzeczywiście w Biblii są teksty moralnie złe? Zanim odpowiemy na powyższe pytanie, trzeba najpierw zastanowić się, co  oznacza świętość, czyli moralna szlachetność Biblii. Istnieje bowiem w tej kwestii wiele nieporozumień. Bardzo często łączy się ją  ze świętym i wzorowym postępowaniem postaci, opisanym na kartach Pisma Świętego lub  e świętością i szlachetnością uczuć, jakie budzi jego lektura. Jeżeli więc znajdzie się w  Biblii opis ludzkiego grzechu, ludzkiej słabości czy podłości (np. wspomniany grzech Dawida czy poligamia Salomona), wtedy niemal natychmiast przypisuje się jej etykietkę: „w kontrowersji z moralnością”. Rozumiejąc świętość Pisma Świętego w ten sposób, można dojść do absurdalnych wniosków. Ludzie idący tą ścieżką interpretacji słowa Bożego nie zauważają (czy raczej – nie chcą zauważyć), że tego typu etykietkę trzeba by odnieść do całej wielkiej literatury światowej, która nie tylko opisuje ludzkie cnoty i dobre czyny, ale również analizuje ludzkie zło, występki i słabości. Przy tak prymitywnym wartościowaniu moralnym niemal wszystkie dzieła literatury światowej byłyby „w kontrowersji z moralnością”, ponieważ opisują ludzki upadek. Wynika z tego w oczywisty sposób, że  świętość, czyli moralna szlachetność Biblii nie polega na tym, iż opisuje ona tylko świętych i szlachetnych ludzi. Biblia, jak każda wielka literatura, przedstawiając prawdziwego i pełnego człowieka, nieraz z  brutalnym wręcz realizmem, pokazuje jego  bohaterstwo, wielkość i świętość, ale  również jego  nędzę i  grzech, jego dźwiganie się z dna upadku na  wyżyny szlachetności. Pismo Święte nie  jest piękną legendą, która  pokazuje świętych nie z tej ziemi, Sługa nr 1 (57)

unoszących się w  powietrzu i poszczących już od  łona matki. Pismo  Święte jest Księgą bardzo realistyczną, gdyż przedstawia człowieka w całej jego prawdzie, która często boli. Nazywanie takiego sposobu opisywania człowieka niemoralnym (używam tego pojęcia, choć jest ono  błędne, jak wykazałem na  początku, ale  przez to jeszcze bardziej chcę uwypuklić bezpodstawność wypowiedzi na temat tzw. niemoralności Biblii) jest jakimś nieporozumieniem i uproszczeniem. Jest przecież wręcz przeciwnie! Taki styl pisania przemawia raczej na korzyść Pisma Świętego – jest ono przez to bardziej prawdziwe, bardziej ludzkie. Gdyby przez jego stronice przewijali się tylko święci bohaterowie, wówczas byłoby ono dla nas obce jak piękne baśnie, które we wspaniałych oprawach spoczywają na  półce w naszym pokoju. Interesowałoby ono tylko filologów i bibliofilów, a przecież Biblia jest „Księgą żywą”, w której spotykamy, nie tylko słowo o Bogu, ale również ciągle aktualne słowo o nas samych. Dlatego właśnie Księga ta nie tylko zdobi nasze półki, ale jest wciąż tłumaczona, wydawana i komentowana we wszystkich językach świata. Tylko wtedy można by Biblię posądzić o zło moralne, gdyby autorzy natchnieni opisując zło, grzech, występek, pochwalali je  zy zachęcali do nich, a opisując dobre czyny, bohaterstwo, ganili je lub wyśmiewali. I tu dopiero dochodzimy do właściwego pojęcia świętości. Przez świętość, czyli moralną szlachetność Pisma Świętego rozumiemy zgodność z prawem moralnym sądu autora natchnionego o czynach, słowach i uczuciach osób, które opisuje. Autor biblijny może opisywać rzeczy dobre i złe, nie może jednak zła pochwalać, a dobra ganić. Innymi słowy, świętość Biblii mierzymy nie świętością jej bohaterów, ale zgodną z prawem moralnym oceną autora biblijnego. Racja tego jest oczywista i wynika z poprawnego rozumienia natchnienia biblijnego. Autorem pierwszorzędnym Pisma Świętego jest Pan Bóg, który jest świętoSługa nr 1 (57)

ścią ze swej istoty. Więc On nie może chwalić zła, a potępiać dobra. Na pewno można powiedzieć, że  wyższa jest moralność w Nowym aniżeli w Starym Testamencie. Byłoby jednak wielkim błędem sądzić, że moralność Starego Testamentu graniczy prawie ze złem moralnym. Stary Testament w porównaniu z Nowym jest niedoskonały, nie znaczy to jednak, że promuje zło. Konstytucja o Objawieniu Bożym Dei Verbum tak określa Stary Testament: „Księgi te, choć zawierają także rzeczy niedoskonałe i przejściowe, ujawniają jednak prawdziwą Bożą pedagogię. Dlatego właśnie te księgi, które wyrażają żywe odczucie Boga, w których znajdują się wzniosłe pouczenia o Bogu, nadto zbawienna mądrość dotycząca ludzkiego życia oraz przedziwne skarby modlitw, w których wreszcie jest ukryta tajemnica naszego zbawienia, przez  chrześcijan powinny być ze czcią przyjmowane” (KO, nr 15). Dokument soborowy stwierdza najpierw, że w Starym Testamencie są sprawy niedoskonałe i przemijające, mimo to jednak pokazuje on  prawdziwą pedagogię Bożą. Jest  to  niezwykle ważne zdanie: doskonałość moralną Starego Testamentu należy rozumieć i  tłumaczyć w   kontekście i w świetle pedagogii Bożej, zawartej w tych księgach. Stare Prawo pełniło, w stosunku do ludu Bożego, rolę pedagoga (por. Ga 3, 23-26): wychowywało lud izraelski, prowadząc go do Chrystusa i Ewangelii. Ta starotestamentalna pedagogia Boża miała dwie specyficzne cechy. Najpierw była to pedagogia zniżająca się do człowieka (por. KO, nr 13). To zniżenie się Mądrości Bożej w Starym Testamencie polegało na  dostosowaniu się do poziomu, możliwości i  mentalności ludu Bożego. Pan Bóg zniżył się do  konkretnych warunków ludzkich tak, jak  to  czyni zawsze mądry wychowawca. Można powiedzieć, że uczynił to w podwójny sposób. Po pierwsze, przystosował się do  szczególnej mentalności Izraela, re-

15


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

spektując indywidualność tego ludu sprawił, że przykazania Boże nawiązywały do zwyczajów i instytucji znanych Izraelitom. Po  drugie, pedagogia Boża tych ksiąg zniżyła się w pewien sposób nawet do ludzkich słabości, tolerując (do czasu) niektóre niedoskonałe sposoby praktykowania prawa moralnego (np.  wielożeństwo czy rozwody). Właśnie w tym zniżeniu się do ludzkich słabości tkwi źródło „niedoskonałości” Starego Testamentu. Drugą cechą Bożej pedagogii w Starym Przymierzu jest rozwojowość. Zniżenie się do ludzkich słabości, a równocześnie ciągłe zwiększanie wymagań sprawiło, że prawo wychowywało Naród Wybrany progresywnie. Prorocy i mędrcy nie tylko wyjaśniali Boże prawo, ale również pogłębiali motywacje i powiększali wymagania. Znajomość tych  cech Bożej pedagogii pozwala właściwie zrozumieć niedoskonałości i ograniczenia Starego Testamentu. Pozwala spojrzeć na te księgi dynamicznie, uwzględniając rozwój Bożego Objawienia w toku historii. Partnerem tego dialogu Objawienia, nie był przecież człowiek, czy lud idealny, ale „lud o  twardym karku”, który często sprzeciwiał się Bożym zamiarom. Pan Bóg jednak szanował wolność swego ludu. Natomiast, gdy spojrzy się na Stare Przymierze statycznie, bez uwzględnienia perspektywy historycznej i ewangelicznej, powstaną trudności i problemy, zwłaszcza przy ocenie moralnej tych ksiąg.

16

WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

Sama ocena czynów i postaw bohaterów biblijnych przez pisarzy natchnionych może mieć różną formę. Bardzo często następuje ona bezpośrednio po czynie, w formie wyraźnej nagany i potępienia. Kiedy indziej ocena złego czynu wyraża się w opisie kary, jaką Pan Bóg zsyła za złe postępowanie. W  niektórych miejscach wreszcie hagiografowie [pisarze natchnieni; przyp. red.] ograniczają się do opisu faktu, pozostawiając czytelnikowi jego osąd moralny, którego musi on dokonać w świetle prawa naturalnego i  Mojżeszowego, w świetle całej Biblii. Należy przy  tym  pamiętać o jakże  trafnej zasadzie sformułowanej przez św.  Augustyna: „Narrata non laudata” („Opowiedziane, niepochwalone”). Z samego faktu, że  Pismo Święte coś  opisuje, nie wynika jeszcze, że  o pochwala lub aprobuje. Opisując nawet złe postępowanie, nie zamierza tego chwalić ani do tego zachęcać. Spróbuję powyższe zasady zilustrować na przykładzie tekstów wykorzystanych w przywołanym filmie Leszka Skrzydły, który  niedawno miałem okazję oglądać. Najpierw grzech Dawida. Niecny postępek tego  izraelskiego króla, autor biblijny opisuje w szczegółach w 11. rozdziale Drugiej Księgi Samuela. Reżyser zaś pokazał ten epizod pod  wymownym tytułem To też Biblia, sugerując, że Pismo Święte wcale nie jest tak  święte, jak stara się je przedstawić Kościół. Gdyby Biblia akceptowała lub pochwalała występek Dawida, wtedy reżyser i wszyscy popierający jego poglądy mieliby rację. Tak jednak nie jest. Zwolennicy powyższego poglądu nie zauważyli lub nie chcieli zauważyć, że po rozdziale 11. następuje rozdział 12., w którym autor natchniony jasno i bardzo surowo osądza czyn króla. Natychmiast po upadku przybywa prorok Natan i w imieniu Jahwe piętnuje postępowanie Dawida w bardzo pięknej i ekspresyjnej przypowieści o bogaczu i biedaku. I to dopiero jest Biblia! Czyn króla został moralnie oceniony i potęSługa nr 1 (57)

piony. Zło zostało nazwane złem, a za występek wymierzono słuszną karę. Oderwanie grzechu Dawida od oceny i kary, które bezpośrednio po nim następują, jest niedopuszczalnym chwytem interpretacyjnym – tekst trzeba zawsze interpretować w danym kontekście. Drugi przykład pokazany pod hasłem To także Biblia zaczerpnięto z życia Salomona, syna i następcy Dawida. Chodzi o jego liczne żony i nałożnice. W tym przypadku ocena występków króla włączona jest w sam opis jego postępowania. Ileż w tym opisie ironii i dezaprobaty! Brał za żony poganki, co było niezgodne z prawem Bożym, żony zwodziły jego  serce, zwrócił się ku obcym bogom, dopuścił się tego, co złe w oczach Pana. Czy można oczekiwać wyraźniejszej oceny? Widać więc wyraźnie, że świętość Biblii nie polega na świętym postępowaniu postaci biblijnych, lecz na ocenie tego postępowania wydanej przez hagiografa. Postępowanie ludzi Biblii jest dla nas pouczeniem i przestrogą: postępowanie święte – pouczeniem i wzorem, zaś postępowanie grzeszne – przestrogą i upomnieniem. Nie zabraknie z pewnością zgorszonych, gdy ośmielimy się mówić otwarcie o tekstach Pisma Świętego, ukazujących sytuacje czy wydarzenia, które  możemy sklasyfikować jako moralnie złe. Poznawanie Biblii jest drogą długą i usianą pułapkami, jednak szczęśliwy ten, kto  umie dostrzec przeszkodę i ją pokonać! Nie gorszmy się więc zbyt szybko „nie-świętymi” fragmentami Biblii, ale umiejmy czytać je ze zrozumieniem i wyciągać wnioski służące naszemu zbawieniu. kl. Karol Wierzchowski, rok IV Bibliografia: 1. Harrington W.J., Klucz do Biblii, Warszawa 1995, s. 27-44 2. Kudasiewicz J., Biblia, historia, nauka, Kraków 1978, s. 61-93 Sługa nr 1 (57)

Niewidzialna rzeczywistość „Wierzę w Jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Wszyscy znamy słowa Wyznania wiary, które powtarzamy podczas każdej niedzielnej Mszy Świętej. Credo to dość długi, niełatwy, starożytny tekst, obecny w liturgii Kościoła od  starożytności chrześcijańskiej. Warto sobie uświadomić, że te słowa, które wypowiadamy dziś, często bezwiednie i  z  przyzwyczajenia, wywoływały niegdyś silne emocje i burzliwe dyskusje, zwłaszcza w obliczu błędnego rozumienia niektórych prawd wiary. Z tego powodu warto, najlepiej przed Mszą Świętą, otworzyć Katechizm Kościoła Katolickiego i poczytać, zgłębić poszczególne stwierdzenia zawarte w Wyznaniu wiary, chociażby po to, żeby wypowiadane treści spotkały się z głębszym zrozumieniem. Już na samym początku Credo pojawiają się niełatwe słowa. Dopiero co skończyła się homilia. Nasze serca wypełnione są różnymi emocjami, głowy analizują ciekawe myśli i słowa, które wypowiadał kaznodzieja, a możliwe też, że ziewamy ukradkiem, bo  było przydługo lub ksiądz się słabo przygotował. Tak bywa. Zaczynamy recytować Wyznanie wiary, szybko uświadamiając sobie, że nie będzie to krótkie Wierzę w Boga [tzw. Skład Apostolski; przyp. red.], jak na początku różańca. Naraz słyszymy słowa: „(…) Stworzyciela (…) wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. A cóż to za rzeczy „niewidzialne”? – można by zapytać, myśląc już o całkiem konkretnym rosole, który zjemy na obiad po Eucharystii, ugotowanym z zupełnie widzialnej kury, która też jest Bożym stworzeniem. W tej niewidocznej dla oczu rzeczywistości znajduje się świat aniołów, a także złych duchów. I wiarę w tę prawdę wyznajemy odmawiając Credo. „Aniołowie są stworzeniami czysto duchowymi, niecielesnymi,

17


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA niewidzialnymi i nieśmiertelnymi, bytami osobowymi, posiadającymi rozum i wolę. Kontemplując nieustannie oblicze Boga, wielbią Go, służą Mu i są Jego wysłannikami w  wypełnianiu zamysłu zbawienia wszystkich ludzi” – tak o aniołach czytamy w Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego (nr 60). Hebrajskie słowo mal’ak i greckie angelos oznaczają tyle co „wysłannik”. „Należy wiedzieć, że imię anioł nie oznacza natury, lecz zadanie. Duchy święte w niebie są wprawdzie zawsze duchami, ale nie zawsze można nazywać je  aniołami, lecz tylko wówczas, kiedy przybywają, by coś oznajmić. Duchy, które zwiastują sprawy mniejszej wagi, nazywają się aniołami, te  zaś, które zapowiadają wydarzenia najbardziej doniosłe – archaniołami” – tak w jednej z homilii nauczał św. Grzegorz Wielki, papież. Czym jest to zadanie, misja aniołów, wyjaśniają słowa Listu do Hebrajczyków, określając ich „duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie” (Hbr 1, 14). „Każdy wierny ma anioła jako nauczyciela i pasterza prowadzącego przez  życie” (św.  Bazyli Wielki). „Kościół łączy się z aniołami w uwielbianiu Boga, przyzywa ich wstawiennictwa i czci w liturgii pamięć niektórych z nich” (Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego, nr 61). Motyw aniołów w Biblii występuje bardzo często. Te byty czysto duchowe tworzą „dwór”, są sługami samego Boga (zob.  Hi  4,18), są nazywani „świętymi”

18

WARTO!

(zob. Ps 89,6), są wśród nich cherubiny, którzy  podtrzymują Boży „tron”, strzegą bram Raju. Spotykamy też serafinów (tzn. „płonących”), wyśpiewujących Bogu nieustannie „Święty, Święty, Święty” (Iz 6,2). Biblia przedstawia również aniołów jako „niebieskie wojsko” (np.  Ps  148,2), które służy Bogu w realizacji Jego planów i interwencji w historię ludzkości. Stanowi ono jakby pomost, więź pomiędzy niebem a ziemią, przez przekazywanie Bożego słowa. Słowo Boże przedstawia zatem aniołów jako silne, niezwykłe i tajemnicze istoty, oddane całkowicie służbie Bogu z miłości do  Niego. Nie przypominają małych, porcelanowych „aniołków” z delikatnymi skrzydełkami i o łagodnym spojrzeniu, które możemy znaleźć w sklepach z pamiątkami. Nie  umniejszając pobożności, wyobrażeniom i kunsztowi artystów, trudno przypisać aniołom rubensowskie kształty i cellulitis. Opis spotkania Daniela z aniołem (Dn 10, 5-12;15-19) rzuca światło na prawdziwą naturę tych istot i ich posłannictwo. Godną uwagi jest wzmianka o wyglądzie anioła zawarta w wierszu 5b i 6.: „Jego biodra były przepasane czystym złotem, a ciało zaś jego było podobne do tarsziszu, jego  oblicze do blasku błyskawicy, oczy jego były jak  pochodnie ogniste, jego ramiona i nogi jak błysk polerowanej miedzi, a jego głos jak głos tłumu”. „Są twardzi jak miedź, ale wobec Bożego światła są przeźroczyści. Mają kolor… herbaty. Anioł jest jak szkło, przez które widzimy to, co jest za nim, ale szkła nie widzimy. Możemy jednak rozbić o nie głowę” – tak o aniołach mówi o. Pelanowski, paulin. Czytając słowo Boże, możemy odkryć rzeczywistą rolę, jaką aniołowie pełnią w historii zbawienia. Sami o sobie niewiele mówią, nie skupiają uwagi na sobie, ale  zawsze reprezentują Boga, przypominając, że tylko Jemu należy oddawać cześć. Ich zadaniem jest przekazywanie Bożego słowa, Sługa nr 1 (57)

które ma moc nas zbawić. Aniołowie modlą się, wstawiają się za nami, abyśmy zawsze szukali woli Bożej i zgodnie z nią postępowali. Kierują nasze spojrzenie na Krzyż, wstępując i zstępując na Syna Człowieczego

(por. J 1,51; Rdz 28, 10-17), abyśmy w każdej  sytuacji naszego życia pokładali ufność w troskliwej miłości Boga Ojca. kl. Michał Kossowski, rok V

................................................................... o. Augustyn Pelanowski OSPPE, „Odejścia”

Sam tytuł tej książki jest niezwykle zagadkowy. Podsuwa wiele skojarzeń. Rodzi się pytanie: „o jakie odejścia chodzi?”. Lektura prowokuje do zastanowienia się nad swoim postępowaniem, nad tym, jak stosujemy w życiu reguły Jezusa Chrystusa. Niełatwo czytać o treściach, które wytykają nasze niedomaganie w życiu duchowym. Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału miałem ochotę odłożyć książkę na półkę, co też uczyniłem. Ktoś nie bezzasadnie mógłby się zastanowić, po co w ogóle piszę o tej publikacji? Jednak po jakimś czasie powróciłem do lektury i zacząłem się wczytywać w jej przesłanie. Odkryłem, że autor, posługując się wieloma niełatwymi pojęciami oraz treścią, która głęboko dotyka serca czytelnika, mówi o swojej przygodzie wybierania drogi, którą nazwał „odejściem”. Te „odejścia” to nic innego jak całe życie Pana Jezusa, który wielokrotnie odchodził od tłumu, ludzi, a nawet apostołów, aby się modlić i pogłębiać relację z Ojcem. Ta książka to wyjątkowa pozycja, którą polecam każdemu, kto chce pogłębić zażyłość z Bogiem, rezygnując z sukcesów tego świata. Michael Hesemann, „Pius XII wobec Hitlera” We wstępie do książki możemy przeczytać, że dnia 9 października 1958 roku, gdy umarł papież Pius XII, „cały świat był jednomyślny co do tego, że stracił wielkiego papieża”. Niestety, kilka lat po śmierci zaczęto tworzyć wokół tej wielkiej postaci długo trwającą falę nienawiści i krytyki. Autor przedstawia w jak perfidny sposób, m.in. poprzez sztuki teatralne, ukazywano Piusa XII jako milczącego świadka holocaustu. Przypisywano mu miano despotycznego namiestnika Chrystusa, a nawet nazywano „papieżem Hitlera”. Książka opisuje proces tworzenia niezdrowej otoczki wokół tego wielkiego biskupa Rzymu. Cennym urozmaiceniem prezentowanej lektury jest także przywołanie rzeczywistych dokonań papieża czasów II wojny światowej. o. Ksawery Knotz OFMCap, „Seks jest boski, czyli erotyka katolicka” Mogło by się wydawać, że zakonnik nie powinien wypowiadać się na tematy tak intymne. Jednak ludzie wierzący nie powinni się gorszyć, ponieważ nie można oddzielić sfery seksualności od wiary. Ponadto, o. Ksawery jest doskonale przygotowany do podjęcia trudnego tematu seksualności. Jest autorem wielu książek z tej dziedziny, a poza tym działa jako duszpasterz. Ma zatem na co dzień kontakt z wiernymi, który procentuje doświadczeniem zwerbalizowanym na kartkach jego książek. Myślę, że każde małżeństwo, któremu zależy na  prawdziwym szczęściu w życiu, powinno zajrzeć do tej książki i przyjąć rady, które proponuje o. Knotz. Sługa nr 1 (57)

kl. Kamil Pańkowiec, rok IV

19


WARTO!

40 i 30 na 70 Podczas tegorocznych wakacji uczestniczyłem w rekolekcjach w Ustrzykach Górnych. Przebywając w tej bieszczadzkiej miejscowości, dowiedziałem się, że w pobliskim Polańczyku kończy się właśnie cykliczna akcja ewangelizacyjna pod hasłem Bieszczady dla  Jezusa, w ramach której zorganizowano koncert. Zagrał zespół, zdawać by się mogło, o zbyt długiej nazwie: 40 synów i 30 wnuków jeżdżących na 70 osiłkach. To było moje drugie spotkanie z tym zespołem. Pierwsze moje zetknięcie się z tą grupą miało miejsce podczas już ostatniej, niestety, edycji festiwalu Song of Songs. Tym, co pierwotnie utkwiło mi  w głowie, była owa długa nazwa i jedna albo dwie piosenki. Dlatego z nieukrywaną ciekawością czekałem na pierwsze takty koncertu w Polańczyku. Pierwsze kilka słów chciałbym poświęcić samej nazwie zespołu, która powstała dość przypadkowo albo, jeśli wierzyć członkom zespołu, powstała przez ingerencję „palca Bożego”. Właśnie ów „palec” miał wskazać Robertowi Ruszczakowi 14. werset 12. rozdziału Księgi Sędziów, w którym czytamy, że Abdon, syn Hillela z Pireatonu, „miał (...) czterdziestu synów i trzydziestu wnuków, którzy jeździli na siedemdziesięciu oślętach”. Przedstawiona pozostałym członkom nazwa nie spotkała się z większym entuzjazmem,

20

jednak z powodu braku innych propozycji została zaakceptowana. Z założenia miała służyć tylko podczas występu w ramach trzeciej edycji wrocławskiego SacroSongu w  1999 roku. Jednak, jak się szybko okazało, nazwa stała się chwytem marketingowym, gdyż  jej  oryginalność wywoływała pytania dziennikarzy: „dlaczego taka nazwa? Co ona oznacza? itp.”. Uwzględniając uwarunkowania historyczno-kulturowe, znaczenie staje się bardzo jasne i zrozumiałe: błogosławieństwo, gdyż w starożytnym Izraelu męski potomek był oznaką błogosławieństwa. Abdon miał 40 synów, którzy z kolei mieli 30 wnuków, więc Abdon był niesamowicie szczęśliwym, błogosławionym człowiekiem. Jak niejednokrotnie podkreślają członkowie zespołu, ta  nazwa to też błogosławieństwo dla nich samych, gdyż od  momentu jej używania mogą grać na chwałę Boga – właśnie w taki sposób mówią o swoim graniu. Krótko o tekście, muzyce i przesłaniu. Pisząc o inspiracjach zespołu, warto spojrzeć na ich pierwsze cztery piosenki (zagrane na  wspomnianym wrocławskim festiwalu). Mianowicie, słowa jednej z tych  piosenek były owocem własnej twórczości artystów, zaś  teksty trzech pozostałych bazowały na  fragmentach Pisma Świętego. Teksty zawierają opisy osobistego przeżywania wiary i doświadczania Boga w życiu członków zespołu. Podobna proporcja zdaje się być zachowa-

Z obiektywem wśród kleryków ...

Obóz propedeutyczny kleryków roku I (13.09.2010r.)

Nowo ustanowieni kandydaci do święceń diakonatu i prezbiteratu (17.10.2010r.)

Sługa nr 1 (57)

Sługa nr 1 (57)

I


II

Jeszcze w garniturze...

Msza Święta w kaplicy Wydziału Teologicznego UMK – inauguracja roku akdemickiego 2010/2011 (4.10.2010r.)

... a tu już w strojach duchownych – obłóczyny kleryków roku III (30.09.2010r.)

Inauguracja roku seminryjnego 2010/2011 – wręczanie indeksów WSD klerykom roku I (5.10.2010r.)

Sługa nr 1 (57)

Sługa nr 1 (57)

III


WARTO!

Emocjonujące rozgrywki w ramach I Turnieju kleryckiego w piłce nożnej

Finaliści turnieju: żółto-niebiescy – WSD Poznań, żółci – WSD Toruń (16.10.2010r.)

IV

Sługa nr 1 (57)

na do dziś: znaczną część inspiracji do  pisania tekstów stanowią słowa Pisma Świętego, z czego najczęściej używane są teksty z  sięgi Psalmów. Dla przykładu, dla piosenki Bohater inspirację stanowiły słowa Psalmu 45. Jako ciekawostkę można podać, że według osób odwiedzających oficjalną stronę zespołu najlepszą piosenką zespołu jest Piosenka o miłości, choć mi do gustu najbardziej przypadł kawałek Bohater. Próba klasyfikowania ich muzyki do konkretnego gatunku może stanowić niemałe wyzwanie. Zespół gra akustycznie na takich instrumentach jak: akordeon, bongosy, djemby, domra, gitara akustyczna, gitara klasyczna, gitara basowa, kontrabas, mandolina, sabar, sopiłki (ukraińskie flety ludowe), itp. W  niektórych piosenkach słyszy się naprawdę wiele instrumentów, co daje bardzo zróżnicowane doznania brzmieniowe. Instrumenty znakomicie się uzupełniają, a muzycy wszystkie swoje talenty wykorzystują w graniu na scenie. Jeśli chodzi o gatunek muzyczny, to kilku artystów wywodzi się ze  sceny folkowej i wydaje się, że niekiedy można wyszukać właśnie takie korzenie zespołu, zwłaszcza na pierwszych płytach. Sami artyści, zapytani o gatunek muzyczny, tak odpowiadają: „na początku było nam bliżej do folku (…). Teraz trudno jednym słowem określić to, co  gramy  – trochę folku, reggae, popu, bluesa oraz… weselne, poetyckie, harcerskie i rockowe riffy – zmieszaj, potrząśnij – oto nasza muzyka”. Przesłanie… zespół na swoich płytach śpiewa przede wszystkim o Bożej miłości, opiece, nadziei i radości, którą daje wiara. Zdarza się, że podczas koncertu usłyszymy świadectwo (jak to miało miejsce w Polańczyku). Jeden z członków zespołu, podobnie jak najbardziej znani polscy muzycy śpiewający o Bogu, mówi, że „jeśli wierzy się w Boga, to trzeba o tym krzyczeć” – 40 i 30 na 70 krzyczy i to z całego gardła i serca. Chciałbym na zakończenie tego arSługa nr 1 (57)

tykułu polecić dwie płyty zespołu: Gdzie jesteś? oraz zapis Koncertowo. Pierwsza z nich jest bardziej melancholijna, choć przy pierwszym odsłuchaniu nie zawsze to stwierdzimy. Z pewnością raczy nas znakomitymi tekstami muzyków. Zespół wykonał kawałek dobrej pracy, adaptując słowa Pisma Świętego do  muzyki, która stanowi doskonałe zwieńczenie krążka. Natomiast Koncertowo przekazuje nam chociaż cząstkę energii, którą zespół emituje w czasie swoich koncertów. Gorąco polecam! kl. Paweł Śliwiński, rok II

„Nazywam się Khan” Wiosną tego roku mieliśmy możliwość obejrzenia na srebrnym ekranie kolejnej głośnej produkcji indyjskiego kina. Nazywam się Khan, bo o tym filmie mowa, zagościł w naszych kinach choćby po takich hitach jak Czasem słońce, czasem deszcz czy Slumdog, a od 19 października br. może zagościć na stałe w naszej domowej kolekcji DVD. Czy  warto jednak inwestować w kino indyjskie? Spróbujmy odpowiedzieć sobie na  to pytanie, przyglądając się przez chwilę tej ostatniej produkcji, rodem z Bombaju. „Nazywam się Khan i nie jestem terrorystą” – to jedne z pierwszych słów rozpoczynające ostatni film Karana Johara. Są to słowa przewijające się co jakiś czas jak refren przez prawie trzygodzinną produkcję. To  one  nadają mu rytm i przede wszystkim sens. Rizvan Khan (Shahrukh Khan), chory

21


WARTO!

na syndrom Aspergera (rodzaj autyzmu) muzułmanin wyjeżdża z Indii do Ameryki, gdzie jego brat robi karierę biznesmena. Zatrudnia się u niego jako sprzedawca kosmetyków. Tak poznaje fryzjerkę Mandirę (Kajol), która marzy, by otworzyć własny zakład. Zakochują się w sobie, ale ich wspólne szczęście przerywa tragedia z 11 września 2001 roku. W wyniku dramatycznego splotu wydarzeń Khan podejmuje się misji niemożliwej. Chce spotkać się z prezydentem USA, by przekonać go, że nie każdy muzułmanin jest terrorystą. Nazywam się Khan to film nie tylko o miłości. Porusza on kilka zagadnień. Nakreśla chociażby problematykę osoby niepełnosprawnej, uprzedzenia na tle religijnym oraz terroryzmu. Karan Johar znakomicie ukazał zjawisko dżihadu („świętej wojny”) z perspektywy mahometan. Akcję filmu rozpoczyna konflikt hindusko-muzułmański i uprzedzenia do małżeństw mieszanych. Później jednak fabuła ukierunkowuje na pamiętne wydarzenia z 11 września 2001 roku – atak na biurowce World Trade Center. Wówczas życie głównych bohaterów zmienia się diametralnie. Problemem staje się nie tylko rodzina, która nie rozumie miłości pomiędzy wyznawcami

22

WARTO! różnych religii. Pojawia się także problem stereotypowej mentalności i powszechnego upraszczania, w myśl którego muzułmanin znaczy tyle, co terrorysta. Zawsze i wszędzie. Takie odczucia towarzyszą głównemu bohaterowi w drugiej połowie filmu. Tymczasem Rizvan to człowiek, któremu matka wpoiła przyjazny stosunek do wszystkich, bez względu na to, kim są. Z pewnością na wielkie oklaski zasługuje rola gwiazdora indyjskiego Shahrukha Khana, który w wyśmienity sposób zagrał osobę chorą na syndrom Aspergera. Już po  kilkunastu minutach oglądania filmu dowiadujemy się, że osoby cierpiące na tę chorobę unikają kontaktu wzrokowego, każdy komentarz rozumieją dosłownie, są nadwrażliwe na dźwięki, zapachy i jaskrawe kolory. Nazywam się Khan często określany jest przez krytyków filmowych „indyjskim Forrestem Gumpem”, a to zapewne za sprawą dwóch motywów: drogi i niepełnosprawności, które łączą wspomniane fabuły. Warto poświęcić jeszcze kilka słów samemu pomysłowi nakręcenia filmu o tolerancji, a właściwie, o jej braku. Podczas podróży przez Stany Zjednoczone Karan Johar (reżyser filmu) często spotykał się z mieszkającymi tam Hindusami. Poznał nowojorskie środowisko hinduskich intelektualistów, którzy podzielili się z nim spostrzeżeniami dotyczącymi tego, jak żyje się w Ameryce po zamachu na biurowce World Trade Center. „Rosnąca wrogość i nieufność Amerykanów stanowi dla osób pochodzących z południowo-zachodniej Azji duży problem. Zastanawiałem się, jak wpłynęłoby to na  związek hinduistki i muzułmanina. Czy zaczęliby się zastanawiać nad sobą? Czy żona obwiniałaby męża o nieprzyjemności, jakich doznaje przez jego muzułmańskie nazwisko? Te pytania skłoniły mnie do podróży przez Stany Zjednoczone i przyjrzenia się ludziom. Zwykłym ludziom, którzy są poddawani propagandzie”. Johar spotykał się z przedstawicielami Sługa nr 1 (57)

organizacji muzułmańskich, którzy opowiedzieli mu  o  szykanach, jakie spotykają muzułmanów w dużych, ale i małych miastach. „Rozmawiałem z ludźmi, których sąsiedzi rzucali w ich okna butelki i cegły. Z  małżeństwami, których dzieci były bite i  przezywane przez szkolnych kolegów. Nie rozumiałem, jak  wykształceni, cywilizowani ludzie mogą tak generalizować i dopuszczać się okrucieństw. Każdego muzułmanina traktować jak terrorystę. W końcu pojąłem, że generalizują, bo boją się tego, co nieznane. Dlatego postanowiłem nakręcić film, który pomoże im zrozumieć. Chciałem zabrać głos w dyskusji o tolerancji” – mówi reżyser. Nazywam się Khan z pewnością można zaliczyć do grupy filmów ubogacających widza swym przesłaniem; filmów, które nie są jedynie lekkostrawną papką, zaspokajającą najniższe potrzeby człowieka. Opisuje rzeczywistość, stawia pytania, pobudza do refleksji. Na takie filmy czekamy!

Nowiny przemówił do mnie kilka lat temu. „Odszedłem zasmucony”, nie umiałem na  słowa Pana Jezusa wstać i pójść za Nim. Obroniłem rozprawę doktorską, rozpocząłem wykłady w Instytucie Geografii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ale myśl o tych słowach nie wygasła. Pan wzywał. Odważyłem się wreszcie… i na początku września br. rozpocząłem okres propedeutyczny w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Toruńskiej. Najważniejszymi punktami dnia „propedeutyka” była modlitwa różańcowa, medytacja Pisma Świętego, Liturgia Godzin, a przede wszystkim Msza Święta, dzięki której pogłębiłem osobistą relację z Panem Jezusem oraz utwierdziłem się w przekonaniu, że  dobrze odczytałem głos wzywającego Chrystusa; że moje miejsce przez najbliższe kilka lat jest tu, w toruńskim seminarium.

kl. Michał Rogoziński, rok V

Zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego powołanie człowieka wypełnia się przez życie w Duchu Świętym. Katechizm naucza także, że na życie takie „składa się miłość Boża oraz solidarność ludzka”. W  takim  stwierdzeniu dostrzec można pewną analogię do znanego wszystkim przykazania miłości (zob. J 15,12). Powołanie to wołanie Boga, który zaprasza człowieka do wejścia z Nim na drogę prawdy. Dla każdego z nas ma pewien plan – plan zbawienia, czyli szczęście wieczne. Mimo wszelkich przeciwności, jakie się napotyka, wystarczy Jego łaski (por. 2 Kor 12,9), aby osiągnąć ten cel. Sięgam pamięcią do moich lat dziecięcych. Widzę mamę prowadzącą mnie do kościoła, widzę siebie usługującego pierwszy raz podczas Mszy Świętej. Mam przed oczami moją pierwszą komżę uszytą z firanki. Pamiętam ks. Antoniego, którego nie widziałem od tamtego czasu, a który to, jakimś dziwnym

Jak to było przed wstąpieniem do WSD? „Jezus mu odpowiedział: <<Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko co posiadasz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną>>. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony; miał bowiem wiele posiadłości” (Mt 19, 21-22). Młodzieniec odszedł zasmucony. Ewangelie nie wspominają o jego dalszych losach. Czy dał radę odrzucić przywiązanie do  bogactw materialnych i opowiedzieć się za Jezusem? Czy został Jego uczniem? A może do końca życia płakał, że nie umiał dokonać wyboru? Pan Bóg w tym fragmencie Dobrej Sługa nr 1 (57)

kl. Dominik Domin, rok I

23


WARTO! trafem, siedział tuż przy mnie na inauguracji roku seminaryjnego. Wracają wspomnienia. Jan Paweł II powiedział kiedyś, że „nie ma zwykłych zbiegów okoliczności”. Ten z pewnością nie był przypadkiem. Myślę, że historia mojego powołania zaczyna się właśnie w tamtych latach, choć wtedy jeszcze nie byłem tego świadomy, a droga do seminarium jeszcze daleka i, jak się okaże, kręta... Wszystkie dary Pana są piękne. Jak  to  ujął św. Paweł: „różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich” (Kor 12, 4-6). Można w  tym miejscu przytoczyć słowa Jana Pawła II, iż „powołanie – nie tylko do życia konsekrowanego czy do kapłaństwa – jest głęboko związane z działaniem Ducha Świętego (Adhortacja apostolska Vita consecrata, nr 19), czyli wypełnia się w Nim. Skoro mowa jest o działaniu Ducha Świętego, trzeba zadać pytania: „czego On ode mnie oczekuje? Co chce mi powiedzieć?”. Musimy rozeznać swoje powołanie, a to jest niemożliwe bez słuchania słowa Bożego zawartego w Piśmie Świętym. Świat naszych porozrzucanych uczuć, nieuporządkowanych pragnień dopiero w konfrontacji ze słowem Bożym układa się w integralną całość, podobnie jak dźwięki układają się w piękną melodię. Nigdy nie zapomnę, kiedy podczas homilii, na której była mowa o powołaniu, prawie się popłakałem. Tak po prostu, mimowolnie. Naprawdę, ciężko mi było wtedy powstrzymać łzy. Czułem, że słowa homilii są skierowane bezpośrednio do mnie. To  było wymowne przeżycie, po którym długo nie  mogłem dojść do siebie. Zacząłem rozmyślać. Zabrakło jeszcze odwagi, aby pójść za Chrystusem. Miałem przecież dobrą pracę, kończyłem studia..., byłem tchórzem... Dopiero parę lat po tym wydarzeniu zdecydowałem się wstąpić do seminarium.

24

BURZENIE BASTIONÓW Bóg nigdy nie wycofuje raz wypowiedzianych słów „pójdź za Mną” (Mt 9,9). To nasz brak odwagi, zbytnie przywiązanie do  tego świata czy może nieuporządkowana miłość przysłania nam naszą prawdziwą drogę i nie pozwala powiedzieć Chrystusowi: „tak”. On zawsze czeka, tak jak troskliwy Ojciec wypatruje na syna marnotrawnego. Czasami przez cierpienie poddaje nas próbie i właśnie wtedy jest bliżej nas. Powołanie to tęsknota serca, marzenie o lepszym życiu. Jak królestwo niebieskie podobne jest do kupca poszukującego rzadkich pereł , który gdy znajduje jakąś bardzo cenną, idzie, sprzedaje wszystko co ma i kupuje tę perłę (por. Mt 13, 45-46), tak człowiek odnalazłszy swoje powołanie zostawia wszystko co ma, to kim do tej pory był i idzie za Jezusem Chrystusem. To właśnie ta tęsknota zaprowadziła mnie do seminarium. W którymś momencie mojego życia zrozumiałem, podobnie jak Tomasz a’ Kempis, że „wszystko jest marnością, prócz miłości Boga i służby Jemu samemu”. Bardzo dużo zawdzięczam rozmowom z zaprzyjaźnionym księdzem, który utwierdził mnie w powołaniu i dodał odwagi. Moje myśli coraz częściej zwracały się ku Najwyższemu, coraz częściej też mówiłem o Nim. Dzień bez Mszy Świętej był dla mnie dniem straconym. To pragnienie nasilało się coraz bardziej. Pewną ulgę poczułem dopiero, gdy  przekraczałem mury seminarium... Idąc za Panem Jezusem powinniśmy uczyć się cierpliwości, pokornie nieść nasz codzienny krzyż, gdyż prawdziwe oczyszczenie i  nawrócenie dokonuje się przez wysiłek. „Kto  nie bierze swego krzyża, a idzie za  Mną, nie jest mnie godzien” (Mt 10,38). Trzeba umieć dla Chrystusa tracić swoje życie, poświęcić Mu je całkowicie. kl. Marek Stacherski, rok I

Sługa nr 1 (57)

Katecheza wróciła do szkół już 20 lat temu, a jej temat jest wciąż gorący, budzący wiele pytań, jakby religia pojawiła się w  planie lekcji dopiero we wrześniu tego roku. Lepiej było w salkach przy parafii czy teraz, w szkole? Czy widać dobre owoce religii w szkole? Czy wysiłek katechetów nie jest zbyt wielki w porównaniu z niską frekwencją dzieci, a szczególnie młodzieży w kościele? Jak dziś dobrze katechizować? Pytania można mnożyć, temat jest szeroki. Moje osobiste doświadczenie katechezy to 12 lat, wyłączając „zerówkę”, uczęszczania na katechezy do salek przy parafii jako  uczeń, a potem 12 lat pracy jako katecheta, w sumie w siedmiu szkołach. Obecnie, będąc ojcem duchownym kleryków, nie katechizuję w żadnej szkole. Zanim podzielę się kilkoma refleksjami na temat katechezy w szkole, krótka powtórka z historii. Po co ta historia? Dlatego, że ludzka pamięć jest ulotna. Ponadto, dzisiejsza młodzież nie zdaje sobie często sprawy z tego, jaki model wychowania był proponowany w powojennej rzeczywistości. Od 1945 roku rozpoczął się okres wrogiego nastawienia państwa do Kościoła i religii w ogóSługa nr 1 (57)

Katecheza z innej perspektywy

le. Taka była ideologia komunizmu. W Polsce, do której ten nowy system i ustrój przyszedł wraz z wpływami Związku Radzieckiego, musiało dojść do zderzenia ideologii komunizmu z tradycją i kulturą katolicką, od wieków obecną w polskim narodzie. Na różne sposoby, również siłą, państwo walczyło z wszelkimi przejawami religijności Polaków. Sprawa zaś wychowania młodego pokolenia w duchu socjalistycznych ideałów była priorytetowa. Religia w szkole była solą w oku ówczesnych władz. Katechezę nie od razu usunięto ze  szkół. Najpierw, do  1956  roku, czyniono wiele zabiegów, by  katechizację utrudnić lub uniemożliwić. Ze  szkół, które  przechodziły pod patronat Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, katechezę wycofywano całkowicie. Polscy biskupi, zaniepokojeni walką z religią, wystosowali w 1950 roku list do prezydenta PRL Bolesława Bieruta, w  którym czytamy: „odrodzone państwo uznało fakt, że Polska jest krajem katolickim w 95%, że nie tylko z  istnienia, lecz  z wychowania, z zasad moralnych, światopoglądu i narodowej kultury ten uznany fakt winien być uszanowany. Jednakże rzeczywistość jest odmienna. W Polsce stworzony został system i program wychowania, który nie może być wcielony w  życie bez  całkowitego odstępstwa od Pisma

25


BURZENIE BASTIONÓW

Świętego. Wychowanie w polskich szkołach uczęszczanych przez katolicką młodzież, jest materialistyczne z programu i w  praktyce antychrześcijańskie i antyreligijne, obce duchowi wychowania w rodzinie. Czy więc pozostaje to w zgodzie z dekretem o wolności sumienia?”. Sytuacja katechizacji w szkole polepszyła się po 1956 roku, co miało związek z ogólnymi przemianami w kraju. Taki stan rzeczy trwał jednak to tylko do 1961 roku. W ciągu tych kilku lat, jak wspominają starsi kapłani, katecheza była oazą wolności w indoktrynowanej socjalistycznie szkole. Księża cieszyli się dużą sympatią wśród młodzieży szkolnej. Ożywił się duch wiary i chrześcijańskich tradycji młodego pokolenia. Oczywiście, owo przebudzenie nie umknęło uwadze stróżów porządku politycznego i społecznego. Między Kościołem a państwem narastało napięcie. W 1961 roku religię całkowicie usunięto ze szkół. Katecheza odbywała się w kościołach, kaplicach, domach prywatnych lub  różnych „zakamarkach parafialnych”. Warunki lokalowe były skromne, ale Kościół całkiem nieźle radził sobie z nowym wyzwaniem. Nie umknęło to władzom państwowym, które postanowiły na różne sposoby utrudniać organizację katechezy. Księża proboszczowie byli zobowiązani do zgłaszania nowych punktów katechetycznych, pisania sprawozdań związanych z katechizacją, księża byli inwigilowani. Po przemianach w na-

26

BURZENIE BASTIONÓW szym kraju, w 1990 roku, katecheza wróciła do szkół. Nie był to jakiś tryumfalny powrót. Prawie 50 lat walki z Kościołem i chrześcijaństwem zrobiły swoje. W szkołach można było wyczuć stare przyzwyczajenia, choć nie brakowało także wiele życzliwości ze strony nauczycieli i uczniów. Gdy mówimy dziś o katechezie dzieci i  młodzieży w szkołach, mamy na myśli w ogóle wychowanie młodych ludzi. Czy wychowywanie dzieci i młodzieży dziś jest łatwe? Kryzysy w  rodzinach, małżeństwach nie sprzyjają w  żaden sposób dobremu wychowywaniu dzieci. Młodzi ludzie problemy domowe nawet w nieświadomy sposób przenoszą na  szkołę. Zastanawiamy się czasami, skąd  tyle agresji w dzieciach i młodzieży na lekcjach, na  przerwach. Jeśli  w  domu są kłótnie, awantury, surowe relacje, to skąd te dzieci mają mieć w  sobie życzliwość, szacunek do innych, empatię? Księża i katecheci są czasami pierwszymi osobami, które z tymi napięciami, obecnymi w  dzieciach, się zetkną. Nierzadko jesteśmy jak straż pożarna, która próbuje świeżo zaprószony ogień ugasić. Do tego dochodzą dziś nieciekawe wzorce osobowe, które dzieci i młodzież podpatrują w telewizji. Znowu religia jest wtedy miejscem konfrontacji ich świata wartości z Bożą prawdą o człowieku. Iskry się sypią, gdy gniewna młodzież atakuje księdza „konserwatystę” i  „wroga postępowej ludzkości”. Ale  to dobrze. Dobrze, że ci młodzi ludzie mogą się stykać na  religii z innym światem wartości. Wielu z nich nie chodzi do kościoła, ale na religii są. Każdy katecheta ufa, że kiedyś te trudne rozmowy przyniosą dobry owoc. Najważniejsza w tym wszystkim wydaje się cierpliwość. Jako  księża, katecheci nie możemy się na  dzieci i  młodzież obrażać, że  są tacy, jacy są. „ Idzie mocniejszy ode mnie” – mówił Jan Chrzciciel. Za mną, jako  katechetą, stoi także Ktoś mocniejszy. Do tej prawdy również sam powracałem. Katecheza w szkole to był czas również mojego nawracania. Młodzi luSługa nr 1 (57)

dzie czują doskonale czy katecheta sam żyje człowiekiem, najpełniej „ukonkretnił” Boga tym, co głosi, czy tylko coś odtwarza. Ojca – Jedynie Świętego. Jezus Chrystus, Obecność kapłanów, katechetów jako Bóg-Człowiek, jest naszym Pośredniświeckich w szkole to również ogromna szan- kiem u Ojca. Dla chrześcijanina bezpośredni sa współpracowania z dziećmi i młodzieżą, kontakt z Bogiem nawiązuje się w Chrystusie którzy w wielu przypadkach są osobami na- i  przez Chrystusa. Miłowanie Boga w Chryprawdę wierzącymi, szczerze szukającymi, stusie dokonuje się, ukonkretnia w stosunku otwartymi. Nie zapomnę osobiście Dni Pa- do bliźniego. Uznając, „spotykając” Chrystupieskich, jasełek, wieczorów poezji, przed- sa w najmniejszym bracie i siostrze, chrześcistawień przygotowywanych na rekolekcje janin wierzy, że spotka Chrystusa w dniu sądu wielkopostne i wiele innych inicjatyw. Te wy- (zob. Mt 25, 31-46). Kochamy świętych także darzenia są szczególna nagrodą, radością dlatego, że należą oni do Chrystusa, są cząstapostolską. Do tego dochodzą osobiste roz- kami Jego Ciała. W ich umiłowaniu „łatwiej” mowy, gdy młodzi widzą, że katechecie moż- realizuje się bezpośredniość miłości Boga na ufać. i Chrystusa. O księżach i katechetach w szko- Kult świętych nie jest instytucją pole mówi się często, że są na pierwszej linii średniczenia, „biurem pośrednictwa”. Bóg frontu. Praca w szkole nie należy do łatwych. stworzył świat dla wypełnienia go swoją Jest to praca głęboko organiczna, wymaga- chwałą. Wszelkie działanie człowieka w mocy jąca cierpliwości i wytrwałości. A co wtedy, Boga na tej drodze sprawia, że Bóg „zajmuje gdy  budzi opór, zniechęcenie, nawet w ka- miejsce” we wszystkim i wszystko odnajdutechecie czy księdzu? To dobrze, ziarno musi je w Bogu. Święci natomiast należą do tych, obumrzeć, by wydać plon. To jest dopiero do- którzy takie działanie uczynili celem swojego świadczenie paschalne! ziemskiego życia. Cześć oddawana świętym jest wielbieniem samego Boga. ks. Sławomir Witkowski, Święci nie są tylko ozdobą historii ojciec duchowny WSD Kościoła, należą do jego istoty. Bez świętych Kościół nie byłby sobą. Kościół musi posiadać „chmurę świętych” (por. Hbr 12,1), która głosi skuteczność Bożej łaski, odkupieńczej łaski Kult świętych Chrystusa. Gdyby nie było świętych, Kościół Wielu współcześnie zadaje pytanie: nie byłby tożsamy, nie stanowiłby Ciała Chry„dlaczego Kościół zaleca kult świętych?”. Owo pytanie domaga się odpowiedzi, szczególnie w czasach, w których pojawiły się twierdzenia o rzekomym pomniejszeniu kultu Chrystusa na rzecz oddawania czci świętym. Teza ta pociągała niekiedy konkretne działania skazujące świętych na swoisty „exodus” z Kościoła. W latach 70. dokonywał się specyficzny XX-wieczny ikonoklazm [niszczenie obrazów przedstawiających Osoby Boskie; przyp. red.]. Racjonalne wytłumaczenie kultu świętych tkwi w fundamentalnym stwierdzeniu, iż Jezus Chrystus stał się Sługa nr 1 (57)

27


BURZENIE BASTIONÓW stusa. Przyjrzyjmy się pokrótce historii kultu świętych. Pierwsi czczeni w Kościele święci to męczennicy. Ich kult wywodzi się z dalekiej prehistorii, z czci oddawanej zmarłym. Zmarłych chowano na cmentarzach podziemnych (w katakumbach) lub naziemnych. Rodzina gromadziła się przy grobie, szczególnie w rocznicę urodzin zmarłego (dies natalis), by  ofiarować napoje lub pokarmy cieniom zmarłych (manom) i by dzielić z nimi refrigerium (bankiet, ucztę żałobną). Chrześcijanie stosowali się do tych zwyczajów, unikając tych elementów, które były nie do pogodzenia z wiarą w zmartwychwstanie człowieka. Nie rezygnując z refrigerium, sprawowali na  cmentarzach Eucharystię. Zastąpili też płacz i lament śpiewem pełnych nadziei psalmów. Chrześcijanie, w odróżnieniu od pogan, gromadzili się przy grobie, aby obchodzić nie dies natalis do życia ziemskiego, ale dies natalis jako  narodziny do życia prawdziwego, do  życia w  niebie. Kult męczenników, który  w  początkowym okresie miał zasięg jedynie lokalny, stopniowo rozprzestrzeniał się na  inne pobliskie i odleglejsze Kościoły, aż stał się kultem powszechnym. Od kultu oddawanego męczennikom, którzy przelali krew za Chrystusa, Kościół sto-

28

BURZENIE BASTIONÓW sunkowo szybko przeszedł do oddawania czci tym, którzy wyznali swą wiarę publicznie znosząc tortury, więzienie czy wygnanie. Liczba świętych znacznie wzrosła, kiedy wzięto pod uwagę postacie wielkich biskupów, którzy swoim nauczaniem i przykładem życia wnieśli wiele światła w zrozumienie wiary chrześcijańskiej (np. św. Atanazy, biskup Aleksandrii). Inną grupą, opartą ciągle na intuicji męczeństwa duchowego, jest krąg ascetów, dziewic, mnichów oraz wszystkich wiernych, którzy w jakiejkolwiek sytuacji złożyli heroiczne świadectwo życia chrześcijańskiego. Należy w tym miejscu podkreślić, iż w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa nie było formalnie prowadzonych procesów kanonizacyjnych. O świętości zmarłych wyznawców decydowała opinia publiczna, zatwierdzana przez duchowieństwo z biskupem na czele. W starożytności owocem nieformalnej kanonizacji było ustanowienie wspomnienia danego świętego i rocznicowe obchody pod przewodnictwem biskupa. Pierwszym formalnie, według przepisów prawnych, kanonizowanym świętym został Ulryk, biskup Augsburga. Papież Jan XV kanonizował go w 995 roku na Synodzie Laterańskim. W latach 1625 i 1632 papież Urban VIII definitywnie przypisał prawo kanonizowania tylko i wyłącznie Stolicy Apostolskiej. Ustalono też, że beatyfikowanemu oddaje się cześć publiczną na określonym terytorium lub w określonej społeczności. Natomiast na mocy kanonizacji można danego świętego czcić w całym Kościele. Współcześnie Sobór Watykański II podkreślił, że potwierdzenie kultu świętych nie może prowadzić do pierwszeństwa przed  obchodami tajemnic zbawienia. Dlatego Sobór w Konstytucji o liturgii Sacrosanctum Concilium zaleca, „aby uroczystości świętych nie przesłaniały świąt, których treścią są misteria zbawienia, należy wiele spośród tych uroczystości pozostawić Kościołom partykularnym, poszczególnym narodom Sługa nr 1 (57)

lub rodzinom zakonnym, rozciągając na cały acjach naszego życia. Kościół tylko te, które upamiętniają świę- Jadąc przez Polskę, natrafiamy tych o prawdziwie powszechnym znaczeniu”. na krzyże stojące na skrzyżowaniach i rozstaStąd  też w wielu regionach czcimy różnych jach dróg miast i wsi. Nie dziwi nas również świętych i błogosławionych. W naszej diece- widok krzyża umieszczonego na wieży świątyzji szczególnym kultem otaczamy bł. Stefana ni otoczonej drzewami, który błogosławi spoWincentego Frelichowskiego oraz bł. Marię glądającym na nią. Kiedyś z domu nie wyszło Karłowską. się rano do pracy czy do szkoły, zanim nie po Warto z całą pewnością podkreślić, wiedziało się: „Zostańcie z Bogiem”, nie  zaiż  „być świętym” nie musi oznaczać tyle, nurzyło palców w kropielnicy umieszczonej co  „być włączonym w ich poczet przez Ko- przy drzwiach wejściowych, i  nie  uczyniło ściół.” Zgodnie z nauką Kościoła, świętymi się znaku krzyża. Uczono nawet specjalnej są wszyscy Ci, którzy znajdują się w Chwale modlitwy, która towarzyszyła tej  czynności: Nieba i wielbią Boga w Trójcy Jedynego. Naj- „Przez to  święte pokropienie, Boże, odpuść prawdopodobniej wielu z naszych bliskich me zgrzeszenie. Na tknienie tej  wody święzmarłych już tam przebywa. Oni także zasłu- tej, niech ucieka duch przeklęty” (ks.  Józef gują na miano świętych, którym cześć od- Bielicki, Nauka domowa religii katolickiej, Todajemy w Uroczystość Wszystkich Świętych, ruń 1909, s.7.). Po powrocie do domu pierwczyli 1 listopada. Ze względu jednak na brak szymi wypowiadanymi słowami było pozdrowiedzy o miejscu ich przebywania po śmier- wienie: „Niech będzie pochwalony Jezus ci, Kościół nakazuje nieustanną modlitwę Chrystus” i  ponownie gest przeżegnania się za wszystkich tych zmarłych, którzy nie zostali wodą święconą. Żadna kobieta nie rozpoczęwyniesieni na ołtarze. ła krojenia nowego bochenka chleba, zanim go nie pobłogosławiła znakiem krzyża, a mężkl. Marcin Jędraszek, rok IV czyzna nie przeszedł obojętnie obok kościoła, przydrożnej kapliczki czy krzyża, zanim nie zdjął czapki i nie skłonił głowy. Krzyże, które spotykamy na co  dzień, są wyrazem wiary Punkt zapalny naszych przodków, a postawa i szacunek, jaki ludzie współcześni okazują wobec tych krzyPolska pod znakiem krzyża ży, jest znakiem ich  wiary. Nigdy nie brako Jadąc przez Polskę, często napotyka- wało tego świętego znaku w historii Narodu my na przydrożne krzyże, drewniane czy me- Polskiego. Z krzyżem w ręku zginął ks. Skotalowe, raz większe, raz mniejsze; krzyże, rupka w wojnie z bolszewikami w 1920 roku; które postawiono w miejscach tragicznych krzyż wisiał na bramach Stoczni Gdańskiej wypadków, w których zginęli ludzie. Krzyż sto- przed  trzydziestoma laty, gdy trwał strajk jący na poboczu dla jednych może być ostrze- stoczniowców; przed brzozowymi krzyżami żeniem o niebezpieczeństwie, a dla  innych gromadzili się na modlitwie walczący o  niezachętą, aby westchnąć do Boga za zmarłego, podległość polscy powstańcy i partyzanci który tu zginął. Ten krzyż ustawiony w miej- kryjący się w lasach. scu śmierci jest zapewne świadectwem wia- Szczególnym krzyżem jest chyba ry, tych ludzi, którzy w ten sposób upamięt- ten wzniesiony na Giewoncie, o którym Słunili śmierć swoich bliskich; wiary w to, że Pan ga Boży Jan Paweł II powiedział: „I kiedy końBóg zbawia skruszonego człowieka, że jest czył się wiek XIX, a rozpoczynał współczesny, obecny w różnych, nawet w tragicznych sytu- ojcowie wasi na szczycie Giewontu ustawili Sługa nr 1 (57)

29


BURZENIE BASTIONÓW

krzyż. Ten krzyż tam stoi i trwa. Jest niemym, ale wymownym świadkiem naszych czasów. Rzec można, iż ten jubileuszowy krzyż patrzy w stronę Zakopanego i Krakowa, i dalej: w  kierunku Warszawy i Gdańska. Ogarnia całą naszą ziemię od Tatr po Bałtyk. Chcieli wasi ojcowie, aby Chrystusowy krzyż królował w  sposób szczególny na Giewoncie”. I tak się też stało. Krzyż jest dla Polaków świętym znakiem, związanym z naszą Ojczyzną od  początków jej istnienia. Krzyż jest świętym drzewem, które swymi korzeniami wrosło w polską ziemię, tak bardzo przesiąknięta krwią jej synów i córek walczących o jej suwerenność i niepodległość. Obecność krzyża w naszej Ojczyźnie wydaje się być tak oczywista i naturalna, że aż trudno uwierzyć, że zaczyna brakować dla niego miejsca, aż trudno uwierzyć w to wszystko, czego byliśmy świadkami w Warszawie. Polskę szczególnie umiłowałem Na zakończenie ostatniej swojej pielgrzymki do Ojczyzny, papież Jan Paweł II żegnał Polaków słowami zapisanymi przez  Polską mistyczkę – św. Faustynę: „Polsko, Ojczyzno moja, Bóg Cię wywyższa i  wyszczególnia, umiej być wdzięczna!”. Jest taka fotografia Krakowskiego Przedmieścia w  Warszawie z okresu Powstania Warszawskiego, gdzie pośród gruzów stolicy dostrzegamy leżącą figurę Chrystusa, który jedną ręką obejmuje krzyż, a drugą trzyma uniesioną w geście błogosła-

30

BURZENIE BASTIONÓW wieństwa. Patrząc na tę  fotografię możemy sobie przypomnieć słowa Chrystusa wypowiedziane do św. Faustyny: „Polskę szczególnie umiłowałem”. Tak Pan Jezus umiłował naszą Ojczyznę, że nawet w czasie wojny podzielił los Polaków. Postument Odkupiciela świata legł pod gruzami Warszawy, niewiele zniszczony. Chrystus chciał może przez to pokazać, że nas nie opuszcza, że cierpi razem z nami, z naszym narodem, którego szczególnie umiłował, że dzieli naszlos. Pan Bóg dał znak, że jest w miejscach, wydawałoby się, pozbawionych Jego obecności. Ale On z nami był w takich trudnych sytuacjach, jak dwa tysiące lat temu na Golgocie – cichy i pokorny, bez władzy i potęgi, mąż boleści. Dzielił nasze cierpienie, leżał razem z poległymi Polakami, pod gruzami stolicy naszego kraju i w ziemi katyńskiej. Znowu okazał swą bliskość. To samo Krakowskie Przedmieście, gdzie leżał postument Chrystusa Zbawiciela, było świadkiem przykrych scen, gdzie obecność krzyża Syna Bożego wywołała wiele kontrowersyjnych reakcji. W homilii, wygłoszonej podczas Mszy Świętej na Jasnej Górze z okazji Uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej, abp Sławoj Leszek Głódź nazwał Krakowskie Przedmieście „ulicą krzyży”, na  której krzyż Zbawiciela zaczął przeszkadzać. Ksiądz Arcybiskup mówił: „ I to  tam, w  Warszawie, mieście, które w dniach Powstania przeszło wielką lekcję krzyża. I to tam, na  Krakowskim Przedmieściu, ulicy krzyży. Dźwiga swój krzyż Chrystus sprzed Bazyliki Świętego Krzyża. Wspiera się o Chrystusowy krzyż król Zygmunt III Waza z kolumny na placu Zamkowym. Doznały te  krzyże upokorzenia w dniach wojny, zrzucone przez najeźdźcę na bruk. Zostały podniesione i wywyższone przez  Naród, miłujący swojego Zbawiciela. Głoszą dalej pokoleniom warszawian, tam, na Trakcie Królewskim, lekcje krzyża - znaku największej miłości, która  nikogo nie wyklucza, nikogo nie stawia poza nawias.” Sługa nr 1 (57)

Czy ta wojna była potrzebna? Właściwie od zakończenia wyborów prezydenckich, od lipca br. nie było w  mediach tematu poza jednym: krzyż w Warszawie. Po deklaracji nowego prezydenta, że krzyż zostanie usunięty sprzed pałacu, w  którym będzie urzędował, wydarzenia z Warszawy były głównym punktem każdego programu informacyjnego. O czym mogliśmy się dowiedzieć? Mogliśmy usłyszeć, że ludzie czuwający pod krzyżem są ze średniowiecza i reprezentują ciemnogród, a prawdziwymi bohaterami są ci, którzy ich obrażają. Czuwanie pod krzyżem ukazywane było najdelikatniej mówiąc jako głupstwo; za to nocna, pełna agresji manifestacja (na którą zgodę wydała prezydent Warszawy), gdzie każdy mógł obrażać Chrystusowy krzyż, gdzie każdy mógł modlić się do kurczaka, pizzy czy czegokolwiek innego, ukazana została jako  szczyt odwagi. Ośmieszani byli ludzie stojący przy  krzyżu; ale  ci, którzy przyszli krzyczeć: „Chcemy Barabasza!” zostali ukazani jako wielcy bohaterowie. Dziennikarze współczuli „biednym księżom”, którzy przyszli po krzyż, ale  za  chwilę cieszyli się jak pewien polityk obraża kapłanów i  mówi, że nie będziemy w Polsce otwierać dróg z kropidłem w ręku; z wielką satysfakcją przekazywali informacje, jak inny polityk wysyła polskich kapłanów do egzorcystów, sugerując, że są ludźmi opę-

Sługa nr 1 (57)

tanymi przez demona – czysta diabelska perfidia. Tragiczne były przepychanki polityczne, kiedy poszczególne partie wzajemnie się obwiniały za zaistniałą sytuację. Mówiło się o krzyżu, który stał się „średniowiecznym zabobonem”, ale o rosnącym długu publicznym nikt nie wspominał, bo po co?! Temat krzyża był bardziej ciekawy, a informacje o zadłużaniu naszego państwa mogłyby zaszkodzić rządzącym. Dopóki prezydent nie podjął decyzji o usunięciu krzyża (albo bardziej poprawnie politycznie: o przeniesieniu krzyża), większość Polaków w ogóle nie wiedziała o tym, że przed pałacem prezydenckim stoi krzyż. Czy ta wojna o krzyż nie została sztucznie wywołana?! Przyznać należy, że ta „obrona krzyża” przestała mieć wiele wspólnego z chrześcijaństwem, a krzyż stał się narzędziem w  rękach rządzących. Do takich scen nie musiało i nie powinno było dojść! Ten krzyż mógł tam stać spokojnie, nie musiał być szarpany przez polityków, chcących załatwić nim swoje interesy, nie musiał być szarpany przez media, chcące wywołać ciekawą wojnę. Mógł stać i nikomu nie przeszkadzać, tak  jak nie przeszkadzał do  czasu wyborów prezydenta, tak jak nie przeszkadza żaden krzyż stojący w miejscach tragicznych wypadków, przy drogach. Ten krzyż mógł tam stać,

31


BURZENIE BASTIONÓW dopóki prezydent nie spełniłby swej obietnicy o postawieniu pomnika upamiętniającego ofiary smoleńskiej katastrofy. Ale o tym się nie mówi, bo to nikogo nie obchodzi, bo byłoby zbyt spokojnie. A tak, można się podenerwować, powiedzieć, że znowu wszystko przez księży, których trzeba opodatkować. Krzyż, który dzieli Na początku powiedzieliśmy, że krzyż w naszym kraju nie jest czymś dziwnym. Obecność krzyża w Polsce to normalna rzeczywistość. Chrześcijaństwo nierozerwalnie związane jest z naszą Ojczyzną. Pamiętając tylko o Ojczyźnie i o honorze, a zapominając o Panu Bogu, tracimy naszą narodową tożsamość. W sprawie krzyża w Warszawie wypowiadali się różni ludzie – Polacy. Zadziwiające jest to, że krzyż przeszkadzał najbardziej ludziom „wierzącym”, którzy deklarowali się, jako praktykujący katolicy... Krzyż bardziej przeszkadza wyznawcom Chrystusa, niż ateistom!? Chyba coś jest nie tak. Katolicy są oburzeni i zdziwieni faktem, że w katolickim kraju ktoś postawił krzyż. Katolicy są oburzeni, że ktoś wypowiada „antysemickie” słowa, że ktoś obraża Mahometa i jednocześnie są oburzeni obecnością krzyża – chyba zapominają kim są i dlatego nie rozumieją krzyża. Wiele można powiedzieć na  temat: „czy  ten  krzyż stał tam zgodnie z prawem, czy niezgodnie z prawem?”. Wielu już na ten temat się wypowiedziało. Ale czy nie dziwi sam fakt tej  wielkiej wojny o obecność krzyża w katolickim kraju? Czy  znowu powracamy do  czasów sprzed 1989 roku? Wielu ludzi podniosło głos, że krzyż powinien jednoczyć. Jest to prawdą, że krzyż ma jednoczyć chrześcijan, dla których zawsze jest świętym znakiem, znakiem naszego zbawienia, bo w  to święte drzewo wsiąkała krew naszego Zbawiciela. Jednak nie wolno nam zapomnieć, że krzyż od samego początku nie połączył wszystkich ludzi, przeciwnie,

32

BURZENIE BASTIONÓW podzielił ich. Już św. Paweł pisał w Liście do Koryntian, że nauka krzyża jest dla niektórych głupstwem i zgorszeniem. Krzyż dzielił, bo przeszkadzał tym, którzy nie uznali Bożej mocy, nie uznali w Panu Jezusie Zbawiciela. Czy zatem chrześcijańska Polska wypiera się Tego, w Kogo wierzyła od samego początku swego istnienia? Krzyż przeszkadzał, przeszkadza i pewnie będzie przeszkadzał. Ale jako katolicy mamy obowiązek bronić go w naszym kraju. Brońcie krzyża, wpisanego w tożsamość narodową… Na koniec warto przywołać słowa, które pod Giewontem w 1997 roku wypowiedział Papież Polak: „Będą patrzeć na  Tego, którego przebili” — te słowa kierują naszwzrok ku Krzyżowi świętemu, ku drzewu krzyża, na którym zawisło Zbawienie świata. „Nauka bowiem krzyża – jak pisze św.  Paweł – która  jest głupstwem dla świata, dla nas jest mocą Bożą” (por. 1 Kor 1, 18). Rozumieli to dobrze mieszkańcy Podhala. Umiłowani bracia i siostry, nie wstydźcie się krzyża. Starajcie się na  co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w  waszych sercach, w życiu społecznym czy  rodzinnym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim  jesteśmy i dokąd zmierzamy, i  gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz. dk. Artur Stachowski, rok VI

Sługa nr 1 (57)

Odpusty Zagadnienie odpustów należy do  mało znanych. Rzadko kiedy spotyka się wiernych, którzy posiadają wiedzę na temat tego bezinteresownego daru Boga dla człowieka. Przyznać trzeba, że chodzi o delikatną materię, więc może dlatego jest tak nieczęsto podejmowana, mimo że Urząd Nauczycielski Kościoła wydał wiele dokumentów ją objaśniających. Odpust należy do sakramentaliów, ale ściśle związany jest z sakramentami (sakrament pokuty i pojednania oraz Eucharystia). Z tej racji odpust jest integralną częścią naszego życia chrześcijańskiego. Myślę, że chwila zastanowienia się nad tą tajemnicą będzie przydatna dla każdego z nas. Na samym początku należy zdefiniować pojęcie odpustu. „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy zgładzone już co do winy. Dostępuje go  chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za  pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 992; Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1471). Myślę, że ta definicja jest dosyć czytelna. Jedyna wątpliwość, która może się pojawić, dotyczy pierwszego zdania powyższej definicji. Postaram się to wyjaśnić. W sakramencie pojednania otrzymujemy przebaczenie grzechów, które wyznajemy, i za które  szczerze żałujemy. Przebaczenie uwalnia nas od winy (tym samym jest nam darowana kara wieczna, czyli kara piekła) i pozwala nam osiągnąć zbawienie, ale nie uwalnia nas od kary doczesnej za popełnione grzechy. Innymi słowy, Bóg przebaczył nam to, że zabrudziliśmy naszą duszę, ale musi nas z tego brudu oczyścić, bo „nic nieczystego nie wejdzie do Miasta Świętego” (Ap 21,27). Jak wspomniałem, Urząd Nauczycielski Kościoła wydał wiele dokumentów Sługa nr 1 (57)

tyczących się odpustów. Liczba ta dowodzi, że zagadnienie darowania kar doczesnych za popełnione grzechy jest dla Kościoła bardzo ważne. Znając definicję pojęcia odpust, logicznym byłoby zapytać: „kto taki odpust otrzymać może? Czy wszyscy ludzie? A może tylko kobiety albo tylko mężczyźni?”. Otóż, odpust może otrzymać każdy człowiek, który  jest osobą ochrzczoną, wolną od ekskomuniki [kary wyłączenia ze wspólnoty Kościoła katolickiego; przyp. red.], w stanie łaski uświęcającej i poddaną udzielającemu odpustu (biskupowi lub papieżowi). Do tego trzeba dodać, że osoba pragnąca uzyskać odpust, musi mieć przynajmniej ogólną intencję uzyskania odpustu. Ponadto, musi wypełnić nakazane czynności w określonym czasie i w należyty sposób, o których będzie mowa w dalszej części artykułu. Występuje kilka rodzajów odpustów. Odpusty dzielą się na: zupełne, częściowe, osobowe, miejscowe, rzeczowe. Odpust zupełny polega na całkowitym darowaniu wiernemu wobec Boga wszystkich kar doczesnych należnych mu za grzechy już zgładzone co do  winy. Ten kto uzyska odpust zupełny, jest w takim stanie duchowym, jak zaraz po chrzcie świętym. Gdyby umarł, poszedłby prosto do nieba. Aby uzyskać odpust zupełny, należy spełnić następujące warunki: być wolnym od jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego; godnie przyjąć Ciało Pańskie; odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego; wykonać określone czynności związane z uzyskaniem odpustu. Czynnościami tymi są: adoracja Najświętszego Sakramentu przez co najmniej pół godziny (także w przypadku, gdy Pan Jezus nie jest wystawiony w monstrancji); odmówienie w sposób ciągły różańca wraz z pobożnym rozmyślaniem tajemnic; czytanie Pisma Świętego przez przynajmniej pół godziny i traktowanie tej czynności, jako czytanie duchowe; odprawienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele, bądź w kaplicy w obecności Najświętszego

33


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI Sakramentu; odprawienie Drogi Krzyżowej, np. w kościele lub placu przykościelnym, z rozważaniem męki i śmierci Chrystusa. Odpust zupełny możemy uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia. Możemy go ofiarować za siebie, bądź za osobę zmarłą. Nie możemy natomiast uzyskać go za żywych. Co  ciekawe, co roku w dniach od 1 do  8 listopada nawiedzając cmentarz, spełniając wszystkie wyżej podane kryteria uzyskania odpustu i dodatkowo modląc się w inten-

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI cji konkretnego zmarłego, można uzyskać za tego zmarłego odpust zupełny. Jak wspomniałem, odpusty dzielą się na kilka grup. W tym numerze omówione zostało pojęcie odpustu – wyjaśnienie terminu, a także zagadnienie odpustu zupełnego. Pozostałą część tematu postaram się przybliżyć Drogim Czytelnikom na łamach następnego numeru Sługi. kl. Krzysztof Olaś, rok IV

...................................................................

Nowa bazylika mniejsza Odwiedzając Grudziądz, miasto o bogatej historii i tradycjach, można podziwiać i  zwiedzać cenne zabytków. Niestety, wiele z  nich dotkliwie ucierpiało w trakcie II wojny światowej. Skutkiem działań zbrojnych jest chociażby zrównana z powierzchnią ziemi wieża zamkowa Klimek, z której przy dobrej widoczności można było dosięgnąć wzrokiem zamku w Chełmnie czy Świeciu nad Wisłą. Na szczęście, wojnę przetrwał najstarszy grudziądzki kościół – kolegiata p.w.  św. Mikołaja. Kościół farny, bo o nim mowa, znajduje się w  północno-zachodnim narożniku Rynku Głównego. Zbudowany został na przełomie XIII i XIV wieku. Kolegiata jest budowlą gotycką, murowaną z cegły, o wyraźnie wyodrębnionym orientowanym prezbiterium, przykuwa wzrok zbliżających się do niej

34

długimi ostrołukowymi wnękami okiennymi. W przepięknym trójkondygnacyjnym ołtarzu centralne miejsce zajmuje obraz z wizerunkiem św. Mikołaja z 1950 roku autorstwa Jerzego Hoppena. Najstarszym zabytkiem kolegiaty jest chrzcielnica z czarą romańską, datowaną na XIII wiek. W kolegiacie znajdują się również dwa ołtarze boczne: w nawie północnej – Matki Bożej Łaskawej, a w nawie południowej – Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Małgorzaty Marii Alacoque. Wzrok nawiedzających grudziądzką farę przykuwa znajdujący się w nawie północnej ołtarz z połowy XVII wieku. W centralnej jego części, pod zasłoną zewnętrznego obrazu przedstawiającego scenę Wniebowzięcia NMP autorstwa L. Torwirda z 1954 roku,

Sługa nr 1 (57)

znajduje się Cudowny Wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Słynący łaskami Obraz pochodzi z epoki baroku, z II połowy XVII wieku. Przedstawia Matkę Bożą trzymającą na rękach Dzieciątko Jezus. Maryja i Pan Jezus są otoczeni aniołami, a ich twarze wyraźnie promieniują ciepłem. Obraz został przyozdobiony srebrną sukienką pochodzącą z początku XVIII wieku. Skronie Matki Bożej i Dzieciątka Jezus zdobią korony pobłogosławione przez Ojca Świętego Jana Pawła II 9 marca 2002  roku. Koronacji obrazu dokonał Biskup Toruński Andrzej Suski 7 września 2002 roku. W ostatnich latach grudziądzka fara była świadkiem wielu doniosłych uroczystości. W 1988 roku kolegiatę nawiedziła peregrynująca kopia Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Dnia 25 marca 1992 roku parafia farna została włączona w ramy nowopowstałej diecezji toruńskiej. Ważnym wydarzeniem dla kościoła św. Mikołaja był dzień 1 grudnia 1992 roku, w którym to, na mocy dekretu Ks. Bpa Andrzeja Suskiego, kolegiata grudziądzka wyniesiona została do godności kolegiaty. Od tego dnia piecza i troska nad pięknem liturgii spoczywa na kapitule księży kanoników na czele z jej prepozytem, ks. protonotariuszem apostolskim Tadeuszem Nowickim. W dniach 25-26 czerwca 1996 roku kolegiata grudziądzka gościła peregrynującą po diecezji toruńskiej figurę Matki Bożej Fatimskiej. Dnia 3 maja 2002 roku Biskup Toruński powołał do istnienia przy kolegiacie sanktuarium diecezjalne Matki Bożej Łaskawej Patronki Grudziądza, afiliowane 17 czerwca 2004 roku do Bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. W dniach 20-21  lutego 2010 roku sanktuarium gościło Krzyż Papieski – krzyż, który Sługa Boży Jan Paweł II trzymał w rękach podczas drogi krzyżowej w  Wielki Piątek, 25 marca 2005 roku. Decyzją papieża Benedykta XVI grudziądzka kolegiata zostanie wyniesiona do rangi bazyliki mniejszej. Tytuł ten przyznawany jest kościołom wyróżniającym się warSługa nr 1 (57)

tością zabytkową, liturgiczną, pielgrzymkową i duszpasterską. Patronat nad każdą bazyliką w sposób szczególny przejmuje sam papież, którego herb lub insygnia Stolicy Apostolskiej znajdują się w takiej świątyni, podkreślając w ten sposób jej rangę. Dokumenty nadania zostały podpisane już w lipcu br., natomiast uroczysta proklamacja nastąpi 6 grudnia br. o godzinie 16. Warto wspomnieć, że w diecezji toruńskiej, oprócz grudziądzkiej kolegiaty, honorowy tytuł bazyliki mniejszej przysługuje także bazylice katedralnej p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty w Toruniu, konkatedrze p.w. Świętej Trójcy w Chełmży oraz kościołowi p.w. św. Tomasza Apostoła w Nowym Mieście Lubawskim. kl. Krzysztof Kownacki kurs II

Rozmowa z ...

Dr. hab. Ireneuszem Mikołajczykiem, profesorem UMK w Toruniu, wykładowcą języka łacińskiego w WSD Kl. Artur Narodzonek: Jest Pan wykładowcą naszego uniwersytetu. Jak wygląda kariera naukowa Pana Profesora, począwszy od studiów magisterskich do chwili obecnej?

35


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Zacznę może nie od samych studiów magisterskich, ale od samego początku. Mianowicie, do szkoły podstawowej zacząłem uczęszczać mając sześć lat. Miałem wówczas opanowany cały elementarz i umiałem pisać. Był problem, co ze mną zrobić. W  związku z tym dyrektor przyjął mnie od razu do drugiej klasy. Zatem szkołę podstawową skończyłem mając lat trzynaście. Następnie liceum ogólnokształcące, w którym nauka trwała cztery lata. Maturę uzyskałem mając lat siedemnaście, czyli o dwa lata wcześniej, niż maturzyści dzisiaj. Potem od razu studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika na kierunku filologii klasycznej. Ukończyłem je w 1969 roku. Dodam, że w tym czasie mieliśmy jeszcze dodatkowe studia połączone z filologią klasyczną, a mianowicie filologię rosyjską. Po studiach miałem zostać asystentem, ale  ze  względów politycznych, jako że nie należałem ani do  żadnej partii, ani do  żadnego stowarzyszenia młodzieży, w związku z tym, decyzją władz partyjnych uczelni, nie zostałem asystentem, czyli znalazłem się bez pracy. Zaczęło się więc  jej poszukiwanie. Przez  pięć lat pracowałem jako lektor języka rosyjskiego w jednej z wyższych szkół w Toruniu, która obecnie już nie istnieje. W 1974 roku wróciłem na uczelnię i objąłem stanowisko starszego asystenta, później zrobiłem doktorat, kolejne powiększanie dorobku naukowego, habilitacja. Wreszcie stanowisko profesora UMK, na  którym wykładam do chwili obecnej. Kl. Paweł Szczęsny: Skąd w ogóle zrodził się pomysł, aby podjąć studia z zakresu filologii klasycznej? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Myślę, że pomysł pojawił się już w liceum, gdzie miałem dwoje wspaniałych nauczycieli latynistów, dziś już śp. panią Reginę

36

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI Banaszak i pana prof. Dominika Banaszaka, którzy przez cztery lata uczyli mnie języka łacińskiego, w znanym zresztą z wysokiego poziomu nauczania liceum. Mianowicie, było to  Liceum Ziemi Kujawskiej we Włocławku. Właśnie wiedza tych wspaniałych pedagogów i ich postawa sprawiły, że wahając się przed  dokonaniem wyboru, zdecydowałem się na ten kierunek. Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu, nie żałuję tego wyboru. Pamiętam, że gdy byłem w dziesiątej klasie (wówczas była inna numeracja klas), nauczycielka chemii namawiała mnie na inny kierunek, gdyż widziała we mnie chemika. Jednak pozostałem wierny swojemu wyborowi. Kl. Artur Narodzonek: Czy praca, którą obecnie zajmuje sięPan Profesor, jest ciężka? Wyczerpująca? Jakie są jej plusy i minusy? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Przede wszystkim praca ta pozwala realizować siebie, spełniać swoją pasję, bez tego uważam, że nie da się pracować i godzić wielu obowiązków. Wymaga ona ogromnej samodyscypliny. Jest ciężka w tym sensie, że trzeba sobie narzucić pewien rytm pracy, pogodzić czas wolny. Po sześciu, czy  iluś godzinach przyjechać do domu, chwilę odpocząć i  siąść powiedzmy do komputera, niegdyś do maszyny i swoją normę odrobić. Tutaj właśnie obowiązuje ogromna samodyscyplina, systematyczność. Jest to  dość ważne. Oczywiście, nie pracujemy do kompletnego wyczerpania, ale jest satysfakcja, gdy po jakimś czasie widzi się efekt w postaci, czy to publikacji, czy jakiegoś artykułu. A minusy to przede wszystkim to, że ma się mało wolnego czasu dla siebie i trzeba umiejętnie tym czasem gospodarować, umiejętnie go rozkładać, a zasada jest prosta: im ma się mniej czasu, tym ma się go więcej.

Sługa nr 1 (57)

Kl. Paweł Szczęsny: Od ilu lat uczy Pan Profesor kleryków naszego seminarium duchownego? Jak ocenia pan pracę z nami, klerykami? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Łatwo powiedzieć od ilu lat, bo od samego początku powstania seminarium, czyli od momentu, kiedy alumni zostali przeniesieni z pelplińskiego do  nowo powstałego toruńskiego seminarium. Pamiętam, iż wówczas program nauczania przewidywał cztery lata lektoratu z języka łacińskiego. Dla przykładu, gdy rozpoczynałem wykładać w seminarium, czyli w 1994 roku, wśród alumnów znalazł się obecnie już ks. dr hab. Dariusz Zagórski, który jest właśnie pracownikiem naszego Wydziału Teologicznego. Wówczas był seminarzystą IV roku. Kl. Artur Narodzonek: Czy przeszło Panu Profesorowi kiedykolwiek w przeszłości przez myśl, że będzie uczył studentów, co więcej, studentów-kleryków? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: To, że będę miał kontakt ze studentami, wiedziałem już w momencie, kiedy rozpocząłem działalność na uczelni. Było wiadome zresztą od samego początku, że dydaktyka jest wkalkulowana w obowiązki każdego pracownika. Natomiast to, że kiedyś znajdę się jako wykładowca w seminarium, raczej nie. Zresztą wtedy jeszcze mało komu śniło się, że  powstanie w Toruniu seminarium duchowne, że w ogóle będzie Diecezja Toruńska, a  więc to były historie zupełnie nieprzewidywalne. Natomiast, mając jakieś doświadczenie ze swojego miasta rodzinnego Włocławka, wiedziałem, że w tamtejszym seminarium również jacyś świeccy naukowcy podejmują pracę, wykładają. Natomiast tutaj, w Toruniu, była to perspektywa, byśmy powiedzieli, sciention-fiction, tak jak możSługa nr 1 (57)

na by  anegdotycznie powiedzieć, że nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, że w budynku przy ulicy Mickiewicza, kiedy przed laty na studiach obowiązywało tak zwane studium wojskowe, gdzie w ramach programu wojskowego realizowaliśmy szkolenie, po latach siedzibę swoją będzie miał Wydział Teologiczny [obecnie budynek ten został wyceniony i wystawiony na sprzedaż, a budynek WT mieści się przy  ul.  Gagarina 37; przy. red.]. W tym studium odbywały się zajęcia, na które uczęszczało się w mundurze. Wszelkie szykany wojskowe trzeba było przechodzić, a po latach, powiem szczerze, że z takim niedowierzaniem chodziłem po tym budynku, przypominając sobie, jak tu kiedyś jako podchorąży biegałem w buciorach wojskowych, zdawałem jakieś zaliczenia z musztry, topografii, czy innych rzeczy. Analogicznie, trudno było zakładać wówczas, że w Toruniu powstanie Wyższe Seminarium Duchowne. Kl. Paweł Szczęsny: Wiemy, że Pan Profesor wykłada na  różnych wydziałach, a do tego dochodzą jeszcze inne obowiązki. Jak Pan to wszystko ze sobą godzi? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Znowu, umiejętne rozłożenie wszystkich zajęć, pogodzenie ich i myślę, że ważne jest tutaj rozważne gospodarowanie czasem. I trochę pomaga tu już pewne doświadczenie życiowe, ponieważ do niektórych zajęć nie trzeba się już tyle przygotowywać, w tym sensie, że nie wymaga to już tyle czasu. Kl. Artur Narodzonek: Podczas zajęć często daje nam Pan Profesor mądre, życiowe rady. Skąd bierze się u Pana ta mądrość? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: To już jest ocena pytających, że  te  rady są mądre. Miło to usłyszeć i cie-

37


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI szę się, jeżeli są one tak przez alumnów odbierane. O swojej mądrości trudno mówić, można się tylko właśnie poddać ocenie innych, bo  ktoś, kto by sądził, że jest mądry albo jak się potocznie mówi: wszystkie rozumy zjadł, po prostu popada w megalomanie i myślę, że wtedy ta ocena nie jest do niczego przydatna. Mogę powiedzieć trochę za Sokratesem, iż  „wiem, że nic nie wiem”, a Sokrates dodawał jeszcze do tego: „a inni nawet i tego nie wiedzą”. Myślę, że uświadomienie sobie, że jesteśmy w stanie posiąść pewną cząstkę wiedzy i być w niej w jakimś sensie dobrzy, jest bardzo istotne. Jeżeli w dodatku umiemy się dzielić z innymi swoją wiedzą i doświadczeniami oraz trafia to na podatny grunt, do odbiorcy, który chce z tego wybrać coś dla siebie lub odnajduje w tym coś istotnego, wówczas jest to powodem do tego, żeby się cieszyć, że ewentualnie kontakt międzypokoleniowy jest nieprzerwany, że nawet czasami, jak słyszymy, „wapniacy” mają coś do zaoferowania młodym, i że chcą oni z tego korzystać. Kl. Paweł Szczęsny: Jakie ma Pan Profesor, nie wliczając pracy naukowej, zainteresowania? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Miłością moją były dwie rzeczy: góry i woda, ale nie koniecznie morze. Góry w czasach studenckich i po studenckich - to było przede wszystkim taternictwo i wspinaczka. Prawdę mówiąc, przedeptałem całe polskie góry. A co się tyczy wody, to głównie spływy kajakowe. Udało mi się przepłynąć Brdę, Drwęcę, Wdę i jeszcze kilka innych rzek. Inną jeszcze pasją związaną z wodą jest wędkarstwo. Moim hobby jest również filatelistyka, czyli zbieranie znaczków. Zbieram je już od kilkudziesięciu lat, a zainteresowaniem szczególnym w obrębie tej filatelistyki jest wszystko to, co wiąże się ze starożytnością, antykiem, a więc dotyczące starożytnej Grecji

38

i Rzymu. Kl. Artur Narodzonek: Czy chciałby Pan Profesor przekazać coś młodym ludziom? Podzielić się z nimi jakąś radą? Prof. Ireneusz Mikołajczyk: Dzisiaj, w bardzo trudnych czasach, kiedy wartości walą się na naszych oczach, młodzieży często trudno jest się odnaleźć. Chciałbym im powiedzieć może tak: żeby potrafili pozostać sobą, żeby potrafili przez całe życie pozostać wierni, temu, co wybrali i uznali za słuszne, żeby starali się być w życiu uczciwi, żeby mogli zawsze stanąć przed  lustrem i powiedzieć: „tak, to jestem ja, nie mam sobie nic do zarzucenia”. Wówczas, z taką postawą, myślę, że jest łatwiej żyć, można patrzeć śmiało na innych ludzi. Żeby stawali się ludźmi mądrymi, żeby chcieli przyswajać to, co im proponują ci, którzy coś wiedzą. Wiadomo przecież, że w czasach młodości jest różnie, neguje się autorytety, szuka się własnych dróg, ale warto czasem posłuchać tego, co mówią inni – ludzie doświadczeni. A jeżeli chodzi o alumnów, to  chciałbym im  życzyć, aby kiedyś byli dobrymi i uczciwymi kapłanami oraz pamiętali, że zostali posłani do ludzi, aby im służyć.

Pomagamy blisko Ciebie ! Pomoc najmłodszym to jeden z głównych celów działalności Caritas. Każdorazowo dochód z Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom – przedsięwzięcia, w ramach którego m.in. rozprowadzamy świece, przeznaczany jest właśnie na wsparcie najmłodszych. W bieżącym roku akcja ta realizowana jest pod hasłem „Zapalmy dzieciom światło nadziei” i jak zwykle zostanie ona zainaugurowana w Toruniu z udziałem ponad 3000 uczniów w sobotę poprzedzającą Adwent. Na rzecz dzieci Caritas Diecezji Toruńskiej od lat prowadzi działalność opiekuńczo-wychowawczą, którą w stałych programach, takich jak świetlice i ośrodki dla matek z dziećmi (ofiar przemocy) obejmuje codzienną opieką grupę ponad 1000 najmłodszych. Również na co dzień wspieramy w bursach Caritas grupę około 150 uczniów i studentów. Ważnym działaniem jest pomoc finansowa w leczeniu i rehabilitacji dzieci i młodzieży.

Dziękujemy serdecznie za sympatyczną rozmowę oraz życzymy wiele satysfakcji z  dalszej pracy naukowej i po cichu liczymy na… uwieńczenie Pana kariery tytułem profesora zwyczajnego.

Ponadto realizujemy działania akcyjne, np. kolonie, doposażenie tornistrów czy  Festyn z okazji Dnia Dziecka „Bądźmy razem”, na którym w tym roku obdarowaliśmy paczkami 13 000 dzieci, korzystających nieodpłatnie ze wszystkich atrakcji oraz wyżywienia.

Rozmawiali: kl. Artur Narodzonek, rok II kl. Paweł Szczęsny, rok II (15 października 2010 roku)

Jesteśmy organizacją społecznego zaufania, która czerpie potencjał do realizacji działań z życzliwości ludzi dobrej woli. Zachęcamy do solidarności z dziełami charytatywnymi Kościoła i przekazania 1% z podatku na rzecz Caritas Diecezji Toruńskiej KRS 0000225584.

www.torun.caritas.pl Sługa nr 1 (57)

Sługa nr 1 (57)

39


Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Toruńskiej pl. bł. ks. phm. Stefana W. Frelichowskiego 1 87-100 Toruń tel. 056 658 46 05 www.seminarium.diecezja.torun.pl


listopad 2010