Page 1

1

www.splotbliskosci.pl


2

SPLOT nr 4/2017


„I carried you I carry you I will carry you still In my womb. In my arms. In my heart. (Always will)” - NorthernSunArtPrints

Nosidło - Berry Collaboration Universe Fotografia: Ewa Sulka


2

DRODZY CZYTELNICY, witajcie w kolejnym numerze SPLOTu! Mamy nadzieję, że pierwsza część 2018 roku buduje przed Wami wspaniałe perspektywy. Niech ten rok będzie dla Was szczególnie dobry i obfity w radości.

okładka zdjęcie: Ewa Sulka nosidło: Cloudberry Slings modelka: Katarzyna Rengifo Diaz W cyklu Noszenie dookoła świata zabieramy Was tym razem do Chin, poznajcie Mei Tai i jego historię. Z wielką przyjemnością przedstawiamy Wam także zwyciężczynię Konferencji Noszenia Dzieci – Anioła Noszenia, szukajcie w dziale Tkana Droga. Koniecznie przeczytajcie też wywiad z psychologiem dziecięcym, który przybliży Wam temat stresu, wyczytacie w nim, kiedy warto skonsultować swoją sytuację ze specjalistą i w jaki sposób warto patrzeć na płacz dziecka. W niniejszym numerze również poznacie genezę #uwolnijrece, a ci z Was, którzy wybierają się na coroczną imprezę Nicminiewisi w maju, z pewnością będą zainteresowani sylwetkami warsztatowców! Koniecznie czytajcie!

W obecnym egzemplarzu SPLOTu znajdziecie temat numeru przedstawiający metodę włoskiej pedagog Montessori – a dokładnie: co zrobić by Wasz dom wspierał rozwój dziecka bez niepotrzebnego bodźcowania. Przewczytacie w nim dlaczego warto przespacerować się po własnym mieszkaniu na... czworaka i czemu to wcale nie jest śmieszne. Po lekturze z pewnością poczujecie chęć zmian i wiecie co? Myślę, że to doskonały pomysł, by w ten sposób wpuścić powiew świeżości po okresie jesienno-zimowym do swojego wnętrza. Harmonia niech zawita w domu, dając Wam poczucie spokoju i odprężenia, a Wa- Miłej lektury z ciepłą kawą! szym maluchom miejsce do niczym niezaburzonego, Mariola Majka swobodnego rozwoju.

SPLOT nr 4/2017


3 Nasze wydania w wersji elektronicznej możecie znaleźć pod adresem:

SPIS TREŚCI

www.splotbliskosci.pl lub też zakupić wersję drukowaną na stronie wydawnictwa „Moroszka”: www.moroszka.com Dodatkowych informacji można zasięgnąć pod adresem kontakt@splotbliskosci.com lub telefonicznie pod numerem +48/504336357 SPLOT Ogólnoświatowy kwartalnik bliskości ISSN 2544-2716 www.splotbliskosci.pl miejsce wydania Wrocław wydawca Moroszka Joanna Izydor

redaktor Magdalena Cichońska redaktor naczelna Mariola Majka grafika i skład Joanna Izydor

nr 4 / 2017

4

Kreatywnie więc pozytywnie

7

Zapowiedzi wydawnicze

10

Browar otwarty na bliskość

12

#Team Wrocław: The City of Wraps

50

Koty, Sploty i Chustowe samoloty

52

Geneza akcji #uwolnij ręce

56

Dom w stylu Montessori

61

Wywiad ze specjalistą

65

Zamotana sesja

76

Noszenie dookoła świata: Chiny

79

Parę słów o rodzicielskim strachu

80

Długie karmienie piersią

86

Blisko rodzica

89

Tkana Droga

94 #ExploreBBS 96

Chusta kółkowa

98 Chustorecenzje 104 sPlotki 105

BACKSTAGE okładki

korekta Aleksandra Kramkowska główny fotograf Elżbieta Bednarek Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń. www.splotbliskosci.pl


4

Kreatywnie więc pozytywnie

Podsumowanie roku Moroszki i SPLOTu Joanna Izydor Artystka wiernie oddana klimatowi Rodzicielstwa Bliskości, ale także surrealizmowi i fantasy. Jej głowa to twórczy róg obfitości. Mały złośnik i dowcipniś, którego marzeniem od zawsze było rysowanie ilustracji dla dzieci. Razem z Magdą Cichońską stworzyła Moroszkę, SPLOT oraz Cloudberry Slings. Prywatnie żona swojego męża i matka międzykontynentalnej piękności. Uwielbia podróżować, jeść i patrzeć na morze.

SPLOT nr 4/2017

To już rok! Wprawdzie planowanie zaczęło się grubo we wrześniu 2016, ale oficjalnie pojawiłyśmy się jako Moroszka 10 stycznia 2017 roku. Wskakując w to przedsiębiorcze błoto z naszymi zwariowanymi, lecz całkowicie bliskościowymi pomysłami, nie miałyśmy pojęcia, jak potoczą się nasze malinowe losy. Z dreszczykiem emocji, ale też gęsią skórką ze strachu, obserwowałam dzielnie nasze projekty i topiłam się w papierkach. Budząc się po udanym II Festiwalu Chustowym, nie wiedziałam, w jakim świecie żyję. Czy to już Wenus czy nadal tylko Mars? Księgowy odlot na kosmicznej malinie kierował mnie w nieznanym i niepewnym kierunku. Początki zawsze bywają trudne, ale ile można pracować dzień w dzień, od rana do późnych godzin nocnych? Byłyśmy razem z Magdą Cichońską super zmęczone! Lecz po krótkim odpoczynku… Idąc za narodowym przysłowiem – co cię nie zabije, to cię wzmocni – pod koniec 2017 wyzwoliłyśmy w Moroszce feniksa, tylko takiego, co nie musiał powstawać z popiołów. Z turbodoładowaniem wkroczyłyśmy w 2018, sprężając się z naszymi zeszłorocznymi


5 projektami. Przetrwałyśmy rok przygotowań, to teraz pora na SHOW! Założeniem Moroszki od samego początku było stworzenie wydawnictwa, które otworzyłoby nam większe możliwości dotarcia do ludzi nieświadomych rodzicielstwa bliskości. Chciałyśmy pokazać tym wszystkim, którzy choć na chwilę zwrócą na nas uwagę, że bycie rodzicem i bycie blisko ze swoimi pociechami jest po prostu super. Jednak książki to nie wszystko, co chcemy robić, więc powstały liczne gadżety, które pokochali nie tylko dorośli, a także dzieci. Z łezką w oku wspominamy nasze pierwsze targi, kiedy to dzieci słuchały z przejęciem opowieści o losach naszej firmowej maskotki Czikuliny, która przybyła na Ziemię z misją szerzenia bliskości. Ich zaciekawienie oraz aprobata to największa nagroda dla moroszkowego zespołu. Właśnie to dla nich głównie tworzymy te cuda, by prowadzić jakże ważne i bliskościowe konwersacje, co w przyszłości na pewno zaowocuje świadomością w ich rodzicielstwie. Z biegiem pierwszych tygodni naszego istnienia na rynku, nauczyłyśmy się, że Moroszka to dla nas inicjatywa artystyczna. Mogłabym to nazwać firmą, ale kto się tak świetnie bawi w firmie? Nie ma tu miejsca na sztywniactwo, powagę czy stres. Do Moroszki idzie się z uśmiechem, a najlepiej to jeszcze w piżamce. W Moroszce siadamy razem i bez zbędnych etykiet spełniamy marzenia. Realizujemy projekty jeden po drugim, a w międzyczasie wymyślamy tysiące kolejnych. Wszystko co zrobimy, kręci się wokół istotnych dla nas tematów i angażuje sztukę w 100%, no i przede wszystkim – cieszy nas. To jest inicjatywa, która będzie trwać i trwać, bo kto jest na tyle szalony, by nie chcieć tak pracować? W maju 2017 wydałyśmy naszą pierwszą książkę do kolorowania – Pokoloruj Bliskość. Była to próba sił, wielka nauka istnienia jako wydawnictwo oraz… radosne kołatanie serca. Znowu dzieci! Bez znaczenia na płeć, dziewczynki oraz chłopcy (choć niektórzy dorośli sugerowali ostro, że to pozycja wyłącznie dla dziewczynek – jakoby rodzicielstwo było jedynie kobiecą zasługą), nie zawiedli nas i kolorowali dzielnie razem z rodzicami, którzy czytali im nasze bliskościowe wierszyki. Tymczasem my tuż po wydaniu PB usiadłyśmy i przygotowałyśmy dla was solidną dawkę ważnych moroszkowych książek na 2018 rok,

o których możecie przeczytać w zapowiedziach. Jednak Pokoloruj Bliskość to nie jedyna zeszłoroczna pozycja, jaką przekazałyśmy światu. SPLOT, bo o nim mowa, to też nasze styczniowe dziecko. Razem z Moroszką narodził się SPLOT, jednak nie tworzyłyśmy już go same – do tego projektu zaprosiłyśmy w ciągu całego 2017 roku mnóstwo specjalistów, by stworzyć jedyny i niepowtarzalny magazyn o Babywearingu i Rodzicielstwie Bliskości. Na drugiej edycji Festiwalu Chustowego w Pawłowicach, a dokładniej 5 maja, ukazał się w sprzedaży pierwszy limitowany numer naszego kwartalnika. Pierwszego dnia zniknęło z naszych półek 246 egzemplarzy, co oznacza, że 1/4 uczestników Festiwalu go kupiła! Nasz majowy SPLOT nie trafił jednak tylko do rąk prywatnych, ponad 400 egzemplarzy rozesłałyśmy do szpitali, szkół rodzenia i placówek medycznych, by szerzyć wiedzę o bliskości. Feedback był nie tylko pozytywny, lecz… entuzjastyczny. Dodało nam to tyle sił, by ten oraz kolejne numery mogły się ukazywać regularnie co kwartał w wersji darmowej do pobrania w internecie. Ciekawi Was, jak wyglądała nasza praca od początku nad SPLOTem? W głuszy leśnej słychać było dziwny trzask, niczym iskier płomieni wyjących przeraźliwie przy styczności z powietrzem. Ten trzask to było nic więcej jak… odgłos strzelającego bacika! Bez tego narzędzia, choć fikcyjnego oczywiście, nie obyłoby się przy tworzeniu magazynu. Jak inaczej ujarzmić tak liczną grupę fantastycznych specjalistów? Rzecz jasna, to tylko nasz wewnętrzny SPLOTowy żarcik. Naszym „bacikiem” był uśmiech i wyrozumiałość, a przede wszystkim wdzięczność. Tak liczna grupa osób usiadła razem i stworzyła coś wyjątkowego, ale nie jednorazowo, lecz coś co trwa już ponad rok i zapowiada się na więcej! Kwartalnik rodził się i rozwijał powoli, czasem drastycznymi skokami w przód, ale nigdy w tył. Nauczyłyśmy się wielu rzeczy, takich jak współpraca w dużej grupie osób czy ujarzmienie deadline’ów całą grupą, by nasza gazeta była na czas. Część z nas po ciężkiej pracy nad pierwszymi numerami odeszła, a na ich miejsce przyszły całkiem nowe osoby. Niektórzy byli przez chwilę, niektórzy przychodzą jedynie gościnnie. Zdecydowana większość z nas cały rok nadal będzie pisać, zwłaszcza Wasze ulubione stałe rubryki. www.splotbliskosci.pl


6 Rotacja autorów przy tworzeniu magazynu jest niesłychana, ale nie jest to w żadnym przypadku negatywne. Każdy kolejny numer SPLOTu staje się coraz bardziej wartościowy, bogatszy o całkiem to nowsze poglądy i unikalną wiedzę specjalistów, więc z tym magazynem przez wiele numerów nie będziecie się nudzić. Chciałabym podziękować wszystkim, którzy tworzą SPLOT. Bez Was ten projekt nigdy nie zostałby zrealizowany. Wspólnie tworzymy coś wyjątkowego. Dziękuję Wam raz jeszcze! A oto niesłychane SPLOTowe statystyki na pierwszy rok działalności: - 3 wydania, w tym jedno drukowane; - 75 artykułów; - 10 wywiadów;

- 284 strony treści; - 8 sesji chustowych z 26 modelami; - niemal półtora tysiąca fanów na Facebooku; A co przyniesie dla SPLOTu i Moroszki 2018 rok? Bądźcie z nami, czytajcie nas i śledźcie nasze poczynania na: www.splotbliskosci.pl fb.com/splotbliskosci www.moroszka.com fb.com/wydawnictwomoroszka Jeśli macie jakieś sugestie lub pytania, piszcie śmiało na jedno z naszych FB fanpage lub na maile: kontakt@moroszka.com, kontakt@splotbliskosci.pl

Super wiadomość dla czytelników SPLOTu! Ze względu na liczne zapytania o papierową wersję naszego czasopisma, postanowiliśmy stworzyć wyjątkowy i limitowany numer, który ukaże się już 19-20 maja 2018r. z premierą na największym w Polsce evencie chustowym Wrocław: The City of Wraps! 192 stronicowy SPLOT, pełen wartościowych artykułów z dziedzin Rodzicielstwa Bliskości z oryginalną oprawą graficzną i przepięknymi zdjęciami, będziecie mogli kupić także przez internet! Natomiast jeśli prowadzisz firmę i interesuje Cię reklama w kwartalniku SPLOT, napisz do nas na: wspolpraca@splotbliskosci.pl SPLOT nr 4/2017


7

Zapowiedzi wydawnicze wiosna 2018

NOSZĘ

TULAJ MNIE

Magdalena Cichońska, Aleksandra Kramkowska ilustracje: Joanna Izydor

Magdalena Cichońska ilustracje: Joanna Izydor

Noszę to encyklopedia bliskości, kompendium wiedzy, jak między rodzicami a dzieckiem zawiązuje się relacja. O tym, jakie znaczenie ma poród, o co chodzi z połogiem i jak to możliwe, że sposób, w jaki podnosisz noworodka, ma wpływ na jego dorosłe życie. Magdalena Cichońska wraz z Aleksandrą Kramkowską podjęły się napisania wszystkiego na temat chustonoszenia, o czym chcielibyście wiedzieć, ale do tej pory baliście się zapytać. Napisały o rodzicielstwie bliskości i budowaniu trwałych więzi od pierwszych dni wspólnego życia. Noszę to również zbiór zjawiskowych ilustracji autorstwa Joanny Izydor, które dopełniają bliskościowych treści, zaspakajając estetyczne potrzeby Czytelnika. Razem z Noszę wybierzesz się w podróż dookoła świata, by zobaczyć, jak noszone są dzieci w innych kulturach oraz jak różnorodne bywają chusty pochodzące z najdalszych zakątków globu. Pozwól tej książce przekonać się, że bliskość to nie moda, ale kultywowanie tradycji naszych przodkówi powrót do korzeni.

Czy z bliskości można wyrosnąć, tak samo jak wyrasta się z chusty? Czy tylko noszenie jest jedyną formą wzmacniania więzi rodzica z dzieckiem? Na te pytania odpowie Wam oraz Waszym pociechom Magdalena Cichońska w swojej książce Tulaj mnie. To pozycja kierowana do dzieci, o urzekającej, z pozoru błahej i beztroskiej historii, która niejednego z nas wzruszy. Tulaj mnie to podróż w głąb potrzeb dziecka, które jest już na tyle duże, że zaczyna świadomie odczuwać emocje.

www.splotbliskosci.pl


8

MIŚ ZDZIŚ Magdalena Cichońska ilustracje: Magdalena Szkodzinska Czy wiecie, że… pluszowi przyjaciele z dzieciństwa mają magiczne moce? Pomagają nam zasnąć, bronią przed nocnymi potworami, są powiernikami sekretów, a także towarzyszami codzienności.

JESTEM PRZEDSZKOLAKIEM

Ten niezwykły miś Zdziś towarzyszy Idze, odkąd na świat przyszła jej młodsza siostra. Nina urodziła się niepełnosprawna, ale dzięki bliskości, jaką zapewnili jej rodzice, nosząc ją od pierwszych dni w chuście, między dziewczynkami także nawiązała się głęboka więź. Razem brały udział w wielu codziennych aktywnościach – Nina zamotana u mamy, a Iga z misiem w specjalnie uszytej, małej chuście z metalowym kółkiem.

Czy są na sali rodzice przedszkolaków? Ci mali ludzie codziennie nas zaskakują, prawda? Każdego dnia zdobywają nowe umiejętności – wiele rzeczy potrafią już zrobić samodzielnie, w niektórych wciąż potrzebują naszej pomocy, a ani się obejrzymy machają nam ręką z pociągu, wyjeżdżając na studia.

Jednak dorastające dziewczynki doświadczają wielu emocji, które wpływają na ich siostrzaną miłość. Czy będą w stanie zapanować nad nimi i dostrzec, co w życiu jest naprawdę ważne…?

Jestem przedszkolakiem to propozycja dla dzieci w wieku 3+. Mnogość barw i szczegółów zadowoli nawet najbardziej wybrednego młodego mola książkowego.

SPLOT nr 4/2017

Magdalena Cichońska ilustracje: Agata Kacprzak


9

THE CITY OF WRAPS: POCZĄTEK

DLACZEGO NOSZENIE MA ZNACZENIE?

Joanna Izydor

Rosie Knowles ilustracje: Joanna Izydor

Czy może czytaliście o superbohaterze, który postanawia za pomocą kawałka chusty uratować świat przed antybliskościową zagładą? Do tego nie jest sam, takich superbohaterów z każdym dniem przybywa i przybywa. A wszystko dlatego, że jeden z niecnych planów niejakiego Koko Zuo został haniebnie przerwany i z ogromnego kurakowego wora w świat poleciały magiczne… chusty!

Praktycznych oraz emocjonalnych korzyści, jakie niesie ze sobą chustonoszenie, jest wiele. Jednym z nich jest możliwość stworzenia unikalnej więzi między rodzicem a nowo narodzonym dzieckiem. Ponadto nosząc w chuście, możemy swobodnie wykonywać codzienne czynności, ponieważ mamy wolne ręce. Pomaga nam to także w opiece nad starszym rodzeństwem malucha. Rosie Knowles w swej książce odPewnie powiecie, że to brzmi szalenie, ale razem krywa wszystkie zalety noszenia oraz ukazuje, w jaki z wrocławskimi krasnoludkami z chęcią pokażemy sposób filozofia przywiązania może wpłynąć na szczęWam jak ta bitwa się zaczęła. A walka jest o niemałą śliwe i zdrowe życie rodzinne. stawkę. Do ocalenia jest bliskość całej ludzkości! Polskie wydanie kultowej pozycji Dlaczego noszeThe City of Wraps to szczególny komiks specjal- nie ma znaczenie? to efekt współpracy wydawnictwa nie stworzony z okazji powstania całkiem nowego Moroszka z firmą Lenny Lamb. Obie firmy są zaangabliskościowego wydarzenia o tej samej nazwie. Joanna żowane w promowanie rodzicielstwa opierającego się Izydor, autorka komiksu, pół żartem, pół serio opowie na dobrych relacjach i więzi. Wam historię o tym, dlaczego warto istnieć w bliskości, z nadzieją, że rozbawi Was to do rozpuku. www.splotbliskosci.pl


10

Browar otwarty na bliskość Obowiązkowy punkt na mapie Wrocławia

Karolina Rachfał Przede wszystkim jest żoną i mamą, później siostrą, przyjaciółką i koleżanką. Spełnia się jako doradca noszenia oraz intensywnie się rozwija dzięki lokalnej grupie chustowej, którą założyła. Jest również zapaloną początkującą blogerką (śMieszkowo Blog). Na co dzień mieszka w Pile, wychowuje syna Mieszka, gotuje mężowi i zajmuje się milionem różnych rzeczy – jak prawdziwa kobieta. Uwielbia czytać książki i oddawać się pasji muzycznej. Do tego dochodzi sympatia do wszystkiego co związane z rodzicielstwem. Jest pedagogiem z zamiłowania i z wykształcenia - dzięki ciągłemu rozwojowi w tym kierunku może się spełniać i lepiej służyć na wszystkich płaszczyznach, na których działa! Do ideału jej daleko, jednak w życiu stara się podchodzić do wszystkiego z pozytywnym nastawieniem, z otwartym sercem i umysłem. Kocha to co robi, bo czuje się potrzebna i spotyka fantastycznych ludzi.

Wrocław to jedno z najstarszych miast Polski, kojarzone z piękną architekturą i niezliczonymi atrakcjami dla mieszkańców i turystów. Ulice miasta zachwycają mostami, pomnikami, zabytkowymi kamienicami. Warto na jednej z tych ulic zatrzymać się na dłużej. Na ulicy Hubskiej bowiem stoją XIX-wieczne budynki przemysłowe – niegdyś browar, a dziś olbrzymie centrum kulturalne i rekreacyjne. Zapraszamy Was do poznania historii miejsca, które wkrótce będzie gościć chustorodziców i noszaków z całej Polski na trzecim już wydarzeniu organizowanym przez #Nicminiewisi, „Wrocław: the City of Wraps”. O Browarze Mieszczańskim mówi się, że jest perłą architektury przemysłowej pochodzącej z końcówki XIX wieku i jednym z najlepiej zachowanych pomników architektury związanej z browarnictwem. Początki browaru przy ulicy Hubskiej sięgają 1894 roku, kiedy właściciel obiektu – Alter Weinstock – przy ulicy Oławskiej 23 wykupił działkę i wybudował zakład wytwarzający piwo na potrzeby swojego lokalu. W roku 1907 browar został wykupiony przez Stowarzyszenie Wrocławskich  Oberżystów  i  Szynkarzy. Chcieli oni być w posiadaniu browaru, który produkowałby wówczas piwo na potrzeby prowadzonych przez siebie lokali. Podjęte działania były wynikiem rozwijającej się wówczas konkurencji ze strony piwowarstwa przemysłowego. Dzięki temu przejęciu zakład zostałby znacznie rozbudowany, produkcja mogłaby zostać zwiększona, a konkurencja nie stanowiłaby tak wielkiego zagrożenia. Po 1945 roku browar działał pod aktualnie znaną nazwą, tj. Browar Mieszczański, choć później został przyłączony do Wrocławskich Zakładów Piwowarskich jako  Oddział Mieszczański. Specjalizacją zakładu były piwa jasne pełne oraz lekkie. Produkcja trwała do 1996 roku, kiedy nowy właściciel definitywnie zakończył działalność. Przez kilka kolejnych lat panowała stagnacja, a browar nie odgrywał żadnej roli przemysłowej. Okazałe mury były jedynie atrakcją architektoniczną. W 2003 roku budynki zostały odkupione przez parę architektów, którzy zmienili oblicze browaru  z  przemysłowego  obiektu na kulturalne centrum Wrocławia. Warto również dodać, że to jeden z ostatnich zachowanych budynków tego typu we Wrocławiu, a który konsekwentnie poddawany jest modernizacji.

SPLOT nr 4/2017


11 Współcześnie Browar Mieszczański jest ciekawym punktem kulturalnym na mapie miasta. W jego murach znajdują się zarówno sale wystawowe, jak i pracownie artystyczne czy teatr. Obecnie jest to miejsce, w którym można organizować spotkania rodzinne, celebrować ważne wydarzenia oraz prowadzić oficjalne konferencje czy szkolenia.

W maju bieżącego roku to wyjątkowe miejsce z duszą i ciekawą historią, stanie się na chwilę chustowym centrum Polski. Zapraszamy 19 i 20 maja 2018 roku na pierwsze tego rodzaju targi bliskości do stolicy Dolnego Śląska.

Źródło zdjęcia: facebook Browaru Mieszczańskiego

www.splotbliskosci.pl


12

SPLOT nr 4/2017


13

www.splotbliskosci.pl


14

Wrocław: The City of Wraps

MAGDALENA CICHOŃSKA Organizator SPLOT nr 4/2017


15 Cześć! Nazywam się Magdalena Cichońska i to właśnie ja trzy lata temu powołałam do życia kampanię społeczną o dość dwuznacznej nazwie „Nic mi nie wisi”. Żeby było mniej dziwnie, złożyłam słowa w całość i opatrzyłam hashtagiem. I tak 30 marca 2015 roku #nicminiewisi zalało media społecznościowe, siejąc niemały zamęt i otwierając rodzicom oczy na aspekty prawidłowego noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich. Nie każdemu kampania była w smak, nie każdy mógł (czy chciał) pogodzić się z tym, że producent, umieszczając na opakowaniu nosidła informację „od urodzenia”, niekoniecznie ma rację. Z założenia kampania miała trwać tydzień i zakończyć się wywiadem z ortopedą dziecięcym. Jednak lawina ruszyła i choć nic nie wisiało, to zaczęło się toczyć niczym kula śniegowa. Od samego początku stawiałam na ludzi i powtarzałam, że to oni tworzą #nicminiewisi, a także przyznawałam otwarcie, że nie jestem doradcą noszenia. Kurs ukończyłam dopiero kilka miesięcy po wystartowaniu kampanii, a następnie poszerzyłam horyzonty o prawidłową pielęgnację niemowląt w pierwszym roku życia oraz ukończyłam kurs Instruktora Masażu Shantala. Obecnie wszystkie moje uprawnienia są aktualne i choć prywatnie nie mam już kogo nosić, to jednak w wolnych chwilach wciąż motam, masuję, uczę prawidłowej pielęgnacji, rozmawiam o znaczeniu więzi i budowaniu relacji. A zawodowo? Ha! Piszę książki. Zaskoczyłam Was? To odkrycie z końca 2016 roku, gdy razem z ilustratorką Joanną Izydor usiadłyśmy pewnego wieczoru i po dwóch dzbankach koreańskiej herbaty doszłyśmy do wniosku, że chcemy razem tworzyć rzeczy mądre, a zarazem piękne. Tak narodził się pomysł stworzenia wydawnictwa. A skąd się wzięła jego malinowa nazwa? Moroszka to żółta malina północy – niby nigdy nie dojrzewa, jest taka niepozorna, mała, trochę krzywa, chowa się między listkami i ma dość kiepski klimat do wzrostu. Ale gdy ją zebrać, nagle otwierają się możliwości jej wykorzystania i… a to nalewkę można zrobić, a to dżemik, a to zjeść trzy kilo na surowo i WOW, jaki ta malina ma smak! Nie-do-pod-ro-bie-nia! Nic na świecie nie smakuje jak moroszka, nie ma drugiej takiej i nic tak nie zaskakuje jak ta mała, żółta malinka. Brzmi znajomo?

W pierwszym roku istnienia Moroszki napisałam cztery książki, które już za moment zmaterializują się w postaci rzeczywistej, pachnącej kartkami i farbą drukarską, w twardych oprawach, skrzypiące przy pierwszym otwarciu. Pierwsza to „Tulaj mnie” – o małym chłopcu, o potrzebie bliskości i o tym, co zrobić, gdy już się troszkę urośnie, a jednak wciąż się tej bliskości potrzebuje. Druga to „Miś Zdziś” – śmieszny tytuł i od razu przyznaję, że nie mój. Misia wymyśliła Joanna, to ona napisała jego pierwotną wersję. Trzecia to „Jestem przedszkolakiem” i jest to dość zabawna opowieść o tym, jakie umiejętności posiadają dzieci w wieku przedszkolnym, co już potrafią, a do czego jeszcze potrzebują pomocy dorosłych. Ostatnia to najbardziej wyczekiwana pozycja przez, założę się, większość młodych rodziców szukających odpowiedzi na pytania odnośnie noszenia w chustach. „Noszę” to książka niezwykła, prawdziwa encyklopedia, do tego designersko zilustrowana przez Joannę – znajdziecie w niej informacje o tym, jak nosić prawidłowo i dlaczego warto to robić, jak powstaje chusta, jak ją zawiązać i do czego potrzebny jest doradca noszenia. Napisałam ją wspólnie z Aleksandrą Kramkowską i wydaje mi się, że to idealne podsumowanie mojej dotychczasowej działalności w świecie rodzicielstwa bliskości. Tymczasem chciałabym przedstawić Wam zespół, z jakim pracuję raz do roku nad największym i najbardziej bliskościowym wydarzeniem w Polsce – tu chciałam napisać „Festiwalem Chustowym”, ale w tym roku jest to coś zupełnie nowego. Mam marzenie, by Wrocław był nie tylko stolicą Dolnego Śląska, ale także polskiego babywearingu, miastem chust, miastem rodzicielstwa bliskości – i dlatego tegoroczny event nosi nazwę „Wrocław: the City of Wraps”, a to, co na nim znajdziecie to „Festival : Expo : Workshops”, czyli luźny klimat festiwalowy połączony z pierwszymi w Polsce targami chustowymi, do tego warsztaty, warsztaty i jeszcze raz warsztaty (nie tylko chustowe!), a także… Ajajaj, przecież nie mogę zdradzić tutaj wszystkich szczegółów. Zatem przedstawiam Wam ludzi, którzy pomagają, współtworzą, oddają cząstkę siebie i wkładają mnóstwo energii, by mogło powstać to niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju, bliskościowe wrocławskie wydarzenie.

www.splotbliskosci.pl


16

Wrocław: The City of Wraps

JOANNA IZYDOR SPLOT nr 4/2017

Organizator


17 Cześć, nazywam się Joanna Izydor i babywearing odwrócił mój świat do góry nogami! Jestem artystką tworzącą ilustracje plus wiele innych niesamowitości w temacie rodzicielstwa bliskości.

zostawało zapomniane. Teraz dzięki Moroszce jestem w stanie pochwalić się kolejnymi dziełami, które zostały urealnione i są przede wszystkim namacalnymi książkami i fantastycznymi produktami. Dzielnie odgrzebuję swoje projekty z przeszłości i tworzę je na Przez wiele lat tworzyłam głównie fantasy, a właści- nowo, a moja ręka zaczyna sprawniej rysować mimo wie to najlepiej się czułam w surrealizmie. Wplatałam długiej artystycznej przerwy. O swoich ukochanych te tematy we wszystko, czym się zajmowałam, czyli surrealach i fantasy nie zapominam, w wolnej chwili w malarstwo sztalugowe, komiksy, ilustracje, skrobię potajemnie prace, które głównie pokazuję na animacje, scenografie, czy też reżyserując filmy, a tak- swoim fanpage jako babywearingowy przerywnik. że pisząc scenariusze, powieści i opowiadania. Jednak w pewnym momencie zabrakło mi ważnego punktu, Jeśli obserwujecie losy Moroszki, to pewnie niedługo celu, do którego w tych wszystkich tworach mogłabym będziecie mogli dostać w swoje ręce pozycje zilustrosię odnosić, rozwijać swój styl i własny tematyczny wane przeze mnie. Nadchodzące książki Noszę, Tulaj azyl. Od 2015 roku coraz częściej odchodzę od moich mnie czy też polska edycja Dlaczego noszenie ma znatematycznych przyzwyczajeń na rzecz rodzicielstwa czenie to będą pierwsze moje ilustracyjne dzieła zaplabliskości. Co mogło skłonić surrealistę i fantastę do nowane na rok 2018 w naszym wydawnictwie. Także podjęcia tak radykalnie innego tematu w swojej koniecznie sięgnijcie po pierwszy tomik komiksu The twórczości? Jeden hashtag! #nicminiewisi! City of Wraps napisanego i narysowanego przeze mnie specjalnie z okazji naszego wydarzenia „Wrocław: The Przygoda z akcją #nicminiewisi zaczęła się właśnie City of Wraps”, którego cała oprawa artystyczna jest 3 lata temu, bardzo niewinnie i całkowicie przypad- wynikiem mojej pracy nad tym eventem. A co będzie kowo. Nigdy nie chciałam wiązać swojej kariery czy potem? też twórczości z babywearingiem. Jestem matką, ale Szaleństwo! Mam w planach mnóstwo pozycji, dla macierzyństwo traktuję bardzo personalnie, jest to dla dorosłych jak i dla dzieci, pozycji ważnych jak i po mnie tak delikatny temat i intymny, że bardzo długo prostu zabawnych. Pokażę Wam, że komiksy mogą się wahałam, czy w ogóle go podejmować w swoich być fajne, nie tylko dla dzieci, ale też dla dojrzałych pracach. Aż do dnia kiedy całkowicie przez przypadek czytelników… z poczuciem humoru. Mam też w plaMagdalena Cichońska, założycielka tej ważnej akcji, nach kilka wydań poważnych, które bazują na oponapisała do mnie. W 2015 r. zajmowałam się głównie wiadaniach pisanych przeze mnie w przełomowych scenografią do animacji i ilustracjami do książek, od- momentach mojego życia. kładając temat macierzyństwa całkiem na bok. Magda kupiła u mnie jeden zwykły obrazek, który był próbką Jednak nie samymi książkami Izydor żyje! Przede nowych markerów i przedstawiał matkę z dzieckiem. wszystkim Was, drodzy Czytelnicy SPLOTu, zapraZ pozoru niewinny bazgroł, znalazł swojego właści- szam na wcześniej wspomniany event „Wrocław: The ciela równie szybko jak wrzuciłam go w internet, a ja City of Wraps”, który jest esencją ciężkiej pracy – znalazłam swoją drugą połówkę Moroszki i pomysł na nie tylko mojej i Magdy Cichońskiej jako organizatorek życie. Od pierwszego Festiwalu Chustowego jestem – ale także zespołu, o którym możecie przeczytać na w teamie, jednak od drugiej edycji organizujemy go łamach tego numeru. Event ten będzie już trzecią edyz Magdą wspólnie. Razem jesteśmy po prostu pomy- cją wcześniejszego Festiwalu Chustowego no i komsłową petardą i trudno takiej mocy w festiwalu nie pletną petardą, taką jak i nasza „moroszkowa” pomywykorzystać! Zwłaszcza kiedy nas obie kręci babywe- słowość! Wspólnymi siłami tworzymy imprezę, która aring! będzie po prostu ekscytującym dwudniowym SHOW, gdzie nie tylko zaczerpniecie wiedzy, ale pobawicie się Babywearing, dla takiego artysty jak ja, jest całkiem i odpoczniecie razem z dziećmi. Wprowadzam także świetną zabawą i nauką życia na nowo. Odkąd rysuję do Browaru Mieszczańskiego, czyli miejsca wydarzeRB, uczę się konsekwencji i jestem w tym coraz lep- nia, dodatkowy wątek kulturalny – wyjątkową wystasza. Może to śmieszy, ale dusza artysty jest bardzo za- wę obrazów i grafik tworzonych razem z moją córką, wiana, dlatego rozpoczynałam zawsze coś i… leżało o której możecie przeczytać w osobnym artykule. sobie, płakało, tęskniło i nie raz, a prawie zawsze… www.splotbliskosci.pl


18

Wrocław: The City of Wraps

Urszula Liszcz #Team

SPLOT nr 4/2017


19

Podobno macierzyństwo zmienia kobietę. Staje się ona bardziej asertywna, pewna siebie. Wiecznie niewyspana. Dla mnie był to czas odkrywania samej siebie, pokonywania własnych słabości i barier. Czas odkrywania pasji. Kiedy byłam w ciąży, musiałam podjąć szereg decyzji dotyczących mojego dziecka. Czy będę spała z nim w jednym łóżku, czy będę karmiła piersią, czy naprawdę potrzebuję grającej pozytywki zawieszanej nad łóżeczkiem, czy będę rodziła w domu. I w końcu – czy będę nosiła w chuście, czy będę używała wózka. Ta ostatnia decyzja dała początek mojej największej pasji, jaką są chusty. Pamiętam, jak natrafiłam na mojego doradcę. Szukałam informacji na temat porodu domowego i wpisałam w wyszukiwarce hasło „poród domowy Wrocław”. Wyskoczył mi wtedy wpis na blogu niejakiej Matki Córek, która opisywała swoje doświadczenia z porodu drugiej córki, Dalii, w domu. Dzięki temu wpisowi przestałam się obawiać porodu domowego i umówiłam się z położną. Magdalena Cichońska, znana w blogosferze właśnie jako Matka Córek, okazała się być też doradcą noszenia i założycielką akcji #nicminiewisi. Skontaktowałam się z nią, zaprosiłam do siebie po porodzie i od tego spotkania wszystko się zaczęło. A dokładnie od momentu, kiedy pierwszy raz dociągnęłam i zawiązałam chustę, a moje dziecko zasnęło jak zaczarowane, wtulone we mnie tak blisko. Chyba rozlała się we mnie wtedy tona oksytocyny, bo zakochałam się w tym uczuciu i poniekąd uzależniłam się od niego. Wózek odstawiłam w kąt i odtąd nosiłam syna tylko w chuście, ucząc się od Magdy nowych wiązań. W maju 2016 roku Magda zaprosiła mnie na organizowany przez siebie Festiwal Chustowy. To tam

Zdjęcie wykonała: Joanna Izydor

dowiedziałam się, że istnieje cała społeczność chustujących rodziców. Jeszcze w tym samym roku postanowiłam, za namową mojego osobistego doradcy, że również zostanę doradcą noszenia dzieci, ponieważ poczułam potrzebę szerzenia tej miłości dalej. Kolejny kurs, u fizjoterapeutki dziecięcej Agnieszki Słoniowskiej, sprawił, że zapałałam miłością również do tematu rozwoju psychoruchowego niemowląt. Kurs na Instruktora Masażu Shantala utwierdził mnie w przekonaniu, że obrałam właściwą dla siebie drogę. Nareszcie mogłam sama przed sobą powiedzieć, że się na czymś znam. Jeszcze w tym samym roku Magda Cichońska zaprosiła mnie do udziału w kolejnej edycji Festiwalu, tym razem już nie jako uczestnika, ale członka tak zwanego #teamu, czyli zespołu organizatorów. I tak w maju ubiegłego roku pomogłam stworzyć drugą edycję tego wydarzenia, współprowadziłam trzy panele dyskusyjne i nareszcie odkryłam, że nie ma się tak dużego lęku przed wystąpieniami publicznymi, kiedy wie się, o czym się mówi. W 2017 roku zaczęłam również pisać do SPLOTu. Wywalczyłam rubrykę z testami chust i nosideł oraz wywiady z Chustoświrkami, dzięki czemu mogę pisać o ukochanych chustach, rozmawiać z cudownymi kobietami i przechodzić na kolejny poziom wtajemniczenia w świecie chustowym. Ten rok przyniesie mi nowe wyzwania, patrzę na nie z pewnym niepokojem, ale też z odwagą, jaką nabyłam przez ostatnie dwa lata. Dwa lata, w ciągu których, mam wrażenie, działo się więcej niż w przeciągu całego mojego życia. Przebieram nóżkami, czekając na więcej!

www.splotbliskosci.pl


20

Wrocław: The City of Wraps

Katarzyna Rengifo-Diaz #Team

SPLOT nr 4/2017


21

Cześć, nazywam się Kasia Rengifo Diaz. Jestem mamą dwóch synów – Diego i Santiago. Moja przygoda z chustami zaczęła się 4 lata temu, zaraz po narodzinach pierworodnego, którego męczyły bóle brzucha. Całymi dniami nosiłam go na rękach, tańcząc po domu. Nie miałam czasu na jedzenie i picie. Dowiedziałam się od koleżanki o istnieniu chust. Zaprosiłam do domu doradcę i tak po dwóch godzinach przekonałam się o magii tego kawałka materiału. Nie wyobrażałam już sobie macierzyństwa bez chust. Zobaczyłam, że wśród mam nadal jest znikoma wiedza na temat prawidłowego noszenia, dobierania tego, w czym noszą, więc postanowiłam zapisać się na kurs i pomagać mamom, i pokazywać, jak życie staje się łatwiejsze z chustą. W listopadzie 2015 roku skończyłam kurs podstawowy szkoły ClauWi. W październiku 2016 zrobiłam kurs zaawansowany. W styczniu 2017 poszłam na kurs: Pielęgnacja neurorozwojowa i rozwój dziecka w 1. roku życia z uwzględnieniem zaburzeń napięcia mięśniowego. Wiedzy nigdy

Zdjęcie wykonała: Ewa Sulka

za wiele, więc w lutym 2017 zostałam Certyfikowanym Doradcą Noszenia ClauWi. Przez rok prowadziłam co tydzień bezpłatne spotkania chustowe w Oliwierkowie oraz pomagałam przy zamotanej salsie. Mam przyjemność być w teamie #nicminiewisi. Na youtubie prowadzę kanał Foxy Wraps. Przez te lata pracy przeszkoliłam setki rodziców. Co miesiąc wraz ze swoim teamem organizuję we Wrocławiu Zlot Chustowy dla wszystkich noszących. Robimy ssschallenge stosu chustowego, swap chustowy oraz pokaz wybranego wiązania. Od 4 lat jestem modelką firmy Pellicano Baby. Testuję chusty różnych firm, więc służę pomocą w kwestii wybrania chust. Zapraszam do kontaktu przez fanpage: Doradca Chustowy Kasia Rengifo Diaz e-mail: katarzynarengifodiaz@gmail.com nr tel. 731 005 958

www.splotbliskosci.pl


22

Wrocław: The City of Wraps

Julia Sondhi #Team

SPLOT nr 4/2017


23

Jako doula, od 2011 roku, towarzyszę kobietom przy porodzie oraz w ich pierwszych chwilach rodzicielstwa. Jako instruktorka szkoły rodzenia wykształcona przez Fundację Rodzić po Ludzku, prowadzę autorski program przygotowania do porodu w moim Centrum Świadomego Rodzicielstwa – Kraina Douli, który pomaga przyszłym rodzicom znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania stawiane przed narodzinami dziecka.

Klika lat temu nosidła ergonomiczne były nie tylko bardzo drogie, ale także był bardzo mały wybór wzorów i kolorów. Standardowe wymiary zamykały drogę do prawidłowego noszenia. A tak naprawdę to jest główna idea naszej firmy. Każde nosidło szyte na zamówienie jest precyzyjnie dopasowywane do noszącego rodzica i wymiarów dziecka.  Szyjemy z wysokogatunkowej bawełny, jak również z chust. Nigdy nie szyjemy dwóch takich samych nosideł. Nasze klientki mają do wyboru ponad 250 wzorów na Prowadzę również warsztaty w tematyce porodowej panel główny i około 10 wzorów na pasy naramienne i grupy wsparcia dla mam w ciąży i karmią- i biodrowe. Każde nosidło jest unikatowe i szyte jest cych piersią. Jako instruktorka masażu niemowląt po to, aby zadowolić najbardziej wymagających klienwg metody Shantala, doradca noszenia dzieci tów. Nasze nosidła są bardzo proste w użyciu i wygodw chustach i Promotor Karmienia Piersią staram się ne zarówno dla dziecka, jak i rodzica. zapewniać kontinuum wsparcia kobietom po porodzie. A co najważniejsze jest to produkt szyty tylko i wyWraz z mamą ginekologiem prowadzę i zarządzam łącznie z tkanin polskich producentów, szyty lokalnie rodzinnym Centrum Medycznym Zdrowa Kobieta, w naszej pracowni we Wrocławiu i co ciekawe, jest to którego celem jest promocja zdrowia oraz wspieranie rękodzieło, a nie produkt z taśmowej produkcji. kobiet na każdym etapie ich życia. Prywatnie jestem mamą  6-letniego Aleksandra Moim kolejnym przedsięwzięciem było stworzenie i 3-letniego Leonarda   oraz pasjonatką podróży w 2012 roku marki Joy&Leo Babycarriers. Nosidła na Bliski i Daleki Wschód. Nieustannie marzę, aby marki Joy&Leo Babycarriers to przede wszystkim zajmować się w życiu TYLKO wegańskim gotowaprodukty stworzone przez kobiety dla kobiet. Pomysł niem, które kocham i  podróżowaniem po  świecie na szycie nosideł zrodził się w mojej głowie podczas w poszukiwaniu nowych inspiracji. gdy sama szukałam rozwiązania idealnego do noszenia moich dwóch synów – Joya i Leo – wychowywanych w nurcie rodzicielstwa bliskości.

Zdjęcie wykonała: Ewelina Gierszewska

www.splotbliskosci.pl


24

Wrocław: The City of Wraps

Maria Ryll #Team

SPLOT nr 4/2017


25

szalem rebozo, podręcznik autorstwa holenderskich trenerek, ze wstępem jednej z moich guru, meksykańskiej położnej. Własne rodzicielstwo stało się dla mnie startem drogi do pracy z innymi rodzicami, którzy często na początku czują się  zagubieni i potrzebują wsparcia dobrym słowem, gestem, wysłuchaniem. Czasem konkretem – takim jak pokaz wiązania chusty, ale często tylko obecnością i rozmową. Jak w doulowaniu, podobnie bywa przy wspieraniu Na szkolenie doulowe Fundacji Rodzić po Ludzku laktacyjnym czy jako doradczyni chustowania. poszłam zachęcona fragmentem o masażu szalem rebozo. Nie wiedziałam wtedy, że dwa lata później Na mojej chustowo-doulowej drodze poznałam z koleżankami po tym samym szkoleniu założymy wiele wspaniałych osób, z którymi wspólnie w Polsce Stowarzyszenie Doula, a rebozo stanie działamy w stowarzyszeniu SEDNO. Celem stowasię kolejną z moich pasji. Obecnie wspólnie ze współ- rzyszenia jest wydobycie spraw łączących doradców założycielką Akademii Rebozo.pl, w ramach jej dzia- różnych szkół chustowania, a także przy różnego rodzaju łań uczymy technik masażu szalem – zdobywałyśmy spotkaniach i chustowych świętach, takich jak festiwal naukę od nauczycielek z różnych stron świata, jeż- #Nicminiewisi i inne. To zawsze duża radość  spodżąc za nimi od Meksyku po Ukrainę. Przełożyłyśmy tkać osoby, z którymi tak wiele nas łączy. na język polski skarbnicę wiedzy o technikach masażu To było tak: najpierw miękkie nosidełko przy pierwszej córce. Przy synu już długa chusta, a potem kolejna. Przy drugiej córce kompletowanie wyprawki zaczęliśmy z mężem od kupna nowej chusty… i tak to poszło. Gdy najmłodsza miała nieco ponad rok, zaczęłam się  dokształcać i z graficzki, miłośniczki książek i nart zostałam doradczynią chustowania, promotorką karmienia piersią i doulą.

www.splotbliskosci.pl


26

Wrocław: The City of Wraps

Angelika Gattner-Chowańska #Team

SPLOT nr 4/2017


27

Jestem matką trójki wspaniałych maluchów, fascynatką chustonoszenia i prawdziwą chustoświrką. Można było przeczytać o mnie w 3. numerze SPLOTu, w cyklu „Wjazd na chatę chustoświrki”. Przygodę z chustami zaczęłam po urodzeniu drugiego dziecka. Potrzeba wolnych rąk dla dwuletniej wówczas córeczki sprawiła, że pokochałam chusty na całego. Nosiłam dwoje najmłodszych synów długo i nadal jeszcze czasami uda mi się zamotać najmłodszego. W międzyczasie skończyłam kurs noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich ClauWi i z zaangażowaniem szerzę wspaniałą ideę chustonoszenia udzielając konsultacji oraz prowadząc warsztaty dla rodziców. Chusty pozwoliły mi także na realizację innej pasji, jaką od zawsze było szycie. Stworzyłam rozpoznawalną w chustowym świecie markę Angel’s creations. Jestem autorką wielu innowacyjnych projektów, w tym torebkonerki – ładnej i praktycznej torebki, wykonanej najczęściej ze skrawków chustowych, którą można nosić, zarówno jako torebkę, jak i na bio-

drze. Kiedy chcesz skrócić chustę, przerobić na chustę kółkową lub naprawić zaciągnięcia i inne defekty na chuście, możesz śmiało napisać do mnie, chętnie pomogę. Z przepięknych skrawków chustowych szyję także popularne saszetki, zwane nerkami, portfele, wiele modeli toreb i plecaków, kocyki i wiele innych wspaniałych produktów. W ofercie znajdują się też przepiękne torebki uszyte z naturalnych skór połączonych z elementami chustowymi. Obecnie otwieram swoją pracownię i nowe miejsce we Wrocławiu, w którym będę organizowała spotkania, warsztaty i konsultacje z zakresu chustonoszenia i nie tylko. To będzie przytulne, ciekawe miejsce, położone w centrum miasta, jednak daleko od jego zgiełku. Znajdzie się tam również miejsce na bibliotekę chustową, gdzie będzie można zobaczyć, dotknąć i wypożyczyć wiele ciekawych, unikatowych chust z mojej bogatej kolekcji. Moja głowa jest pełna pomysłów, a doba za krótka do ich realizacji.

www.splotbliskosci.pl


28

Wrocław: The City of Wraps

Ada Kamyczek #Team

SPLOT nr 4/2017


29

Hej! Jestem Ada i już trzeci raz będę miała zaszczyt spotkać się z Wami w Strefie Dzieci na Festiwalu #Nicminiewisi.

przeżyć ze mną wyjątkowe chwile. To daje mi moc i utwierdza w przekonaniu, że jestem dobra w tym, co robię.

Mieszkam w Ziębicach, gdzie na co dzień pracuję w przedszkolu jako tyflopedagog. Poza godzinami mojej pracy, jestem dziecięcym umilaczem wolnego czasu. Jako Laboratorium Wyobraźni organizuję wszelkie imprezy dla najmłodszych – od urodzin, festynów, pikników rodzinnych, wesel, chrzcin i komunii, po warsztaty twórcze, sensoryczne itp. Bycie animatorem jest moją drugą pasją (zaraz obok podróżowania) i dlatego wciąż wymyślam nowe atrakcje, a głowę mam zawsze pełną pomysłów. Chcę, aby motto, które mi towarzyszy od początku: „Razem przeganiamy nudę”, nigdy nie traciło na aktualności.

No dobrze... a co, gdy wracam do domu? Tam czekają na mnie mężczyzna mojego życia – Marek i syn Leon. Nie przez przypadek znalazłam się w strefie dzieci na tym właśnie festiwalu. Od ponad 2 lat pałam miłością do chustonoszenia, a temat wychowania w bliskości nie jest mi obcy. Jestem zafascynowana psychologią dziecięcą i pedagogiką Marii Montessori. Z wielką przyjemnością i zainteresowaniem zgłębiam tajniki tych dziedzin, a moim marzeniem (które niewątpliwie zrealizuję) jest otwarcie własnego przedszkola Montessori.

W mojej pracy uwielbiam szczerość i spontaniczność dzieci oraz to, że po zabawach od razu dostaję odpowiedź zwrotną – zadowolenie głównych zainteresowanych. Na całe szczęście, przez 4 lata prowadzenia działalności mam ponad 300 zadowolonych klientów, którzy nie raz, nie dwa, wracają, aby jeszcze raz

Mam nadzieję, że nie zawiodę i będziecie się ze mną świetnie bawić 19 i 20 maja i już dziś serdecznie Was (i Wasze dzieci, oczywiście!) zapraszam do Strefy Dzieci. Będzie dużo balonów, wata cukrowa, malowanie twarzy, olbrzymie bańki mydlane, mnóstwo zabaw i… pozwólcie, że zostawię coś na niespodziankę.

www.splotbliskosci.pl


30

Wrocław: The City of Wraps

Magdalena Chmielewska #Team

SPLOT nr 4/2017


31

Gdyby ktoś 3 lata temu powiedział mi, że będę udzielać konsultacji chustowych i wspierać inne kobiety w okresie okołoporodowym albo że zwariuję kompletnie na punkcie masowania własnych dzieci, to popukałabym się w głowę. A dziś rodzicielstwo bliskości, wychowywanie bez przemocy, długie karmienie piersią, noszenie w chuście, spanie z dziećmi, reagowanie na ich potrzeby, kręgi kobiece, grupy wsparcia stały się moją codziennością. I myślę, że to jest najlepsza dla mnie droga, nie tylko osobista, ale również zawodowa. Ja – Magda Chmielewska – w przeszłości całkowicie wkręcona w korpo, uwielbiająca tabelki, cyferki i Excela perfekcjonistka. Decyzja, aby zostać doradcą noszenia, była impulsem. Kurs, który miał być dopełnieniem mojej pasji, cudownej przygody z chustami i moim synem, który uwielbiał i pozwalał się nosić. To on tak naprawdę stał się początkiem dużych zmian w moim życiu. Pamiętam jak po ukończeniu kursu wracałam z Poznania pełna nowej energii, której od dawna mi brakowało. Odważyłam się i powoli zaczęłam realizować swoje marzenia. Poznałam niesamowitych ludzi, nawiązałam cudowne przyjaźnie i zaczęłam robić to, co kocham, a przy okazji brałam udział w wielu niesamowitych przedsięwzięciach, wielokrotnie wychodziłam poza strefę swojego komfortu. Uwierzcie, że jeszcze dwa lata temu niewyobrażalne było dla mnie wyjście przed grupę osób i np. poprowadzenie warsztatu. A co dopiero live dla ludzi w całej Polsce! Zdecydowałam się na naukę w studium dla doul. Doświadczenie na tak wielu płaszczyznach. Krąg kobiet, które do dzisiaj są dla mnie wielkim wsparciem. Dojrzewanie do bycia doulą. Rozkwitanie i otwieranie się na innych. Poczucie, że moja pomoc jest innym potrzebna. Kurs na promotora karmienia piersią – realizacja pragnienia pomocy innym kobietom w sytuacji, w której mi kiedyś pomocy nie udzielono oraz kurs na Instruktora Masażu Shantala – masaż relacji, magia dotyku. Korzyści płynące z niego zaskoczyły nawet mnie. Dwukrotnie zrobiłam także kurs pielęgnacji neurorozwojowej i rozwoju dziecka w 1. roku życia. Obecnie do tego wszystkiego doszła jeszcze nowa

Zdjęcie wykonała: Ewa Sulka

przygoda – bycie częścią zespołu redakcyjnego kwartalnika SPLOT. Żadna ze mnie chustoświrka. Nie kolekcjonuję chust i mimo że mam ich sporo, to ciągle zastanawiam się, skąd się u mnie wzięły! Za to całkiem niezły ze mnie doradca – jestem bardzo skupiona na tym, by dokładnie i w przystępny sposób przekazywać najważniejszą wiedzę na temat zdrowego i bezpiecznego noszenia. Ważne jest dla mnie również przekazywanie wiedzy na temat prawidłowej pielęgnacji niemowląt, mam hopla na tym punkcie. Uwielbiam swoją pracę, uwielbiam kontakt z rodzicami na początku ich drogi rodzicielskiej, uwielbiam widok wtulonych w nich dzieci. Prywatnie jestem całkowicie, bez umiaru zakochana w swoich dzieciach. Szymon, Tymon i Aniela są moją siłą napędową każdego dnia. Codziennie mogę padać ze zmęczenia i gryźć ze złości, gdy nie wleję w siebie dostatecznej ilości kofeiny, mogę marzyć o bezludnej wyspie, ale nigdy nie mam ich dość. A najważniejsze jest to, że nie byłoby ich bez najważniejszej osoby w moim życiu, czyli mojego męża. Po huraganie, który przeszedł przez nasze życie w ostatnim roku, wiem, że już nic nas nie złamie. Kiedy okazało się, że nasza córka (obecnie prawie roczna) będzie niepełnosprawna, przewartościowało to całkowicie moje dotychczasowe życie. Zatrzymałam się na chwilę i poczułam, że to dar jakim nas obdarzono – nasza wyjątkowa dziewczynka pojawiła się w naszej rodzinie w konkretnym celu. Właśnie jej udaje się zmieniać nas na lepsze. Macierzyństwo ukształtowało mnie i dodało pewności siebie. Co poniedziałek organizuję spotkania rodzicielskie w kawiarni „Czarna Jagoda” we Wrocławiu. Zapraszam na moje profile na Facebooku – profil doradczy: fb.com/kangurek.doradcanoszenia oraz nowy profil naszej córki Anieli: fb.com/Aniela.Waleczna I do zobaczenia 19–20 maja na jedynym, wyjątkowym chustowym i bliskościowym wydarzeniu w Polsce!

www.splotbliskosci.pl


32

Wrocław: The City of Wraps

Małgorzata Krawiec #Team

SPLOT nr 4/2017


33

Jestem mamą trzyletniego Karola oraz dwa lata młodszej Helenki. Swoją przygodę z chustami zaczęłam, kiedy pojawiła się potrzeba odzyskania swobody w domu i firmie, którą prowadzę. Karolek był wymagającym niemowlęciem, więc towarzyszył mi niemal w każdej chwili. Z jednego wiązania i jednej chusty z czasem zrodziła się miłość do wariacji i chęć posiadania chust o różnych splotach i domieszkach. Jedna kawa wypita w towarzystwie innych chustujących mam wywołała we mnie falę pozytywnej energii i napędziła do działania. Swoją bratnią chustową duszę odnalazłam w koleżance – razem stworzyłyśmy zespół Wrap Wrap Baby. Kurs doradcy noszenia w chustach i nosidłach miękkich ClauWi był zwieńczeniem mojej chustowej drogi. Tak myślałam, do dnia, w którym udałam się kurs Carte blanche. W dniu zakończenia kursu i otrzymania zaświadczenia wszystko stało się inne. Poczułam na swoich barkach odpowiedzialność za zdrowe i prawidłowe noszenie. To, co wydawało się oczywiste, przestało nim być. Jednocześnie każde spotkanie, każda konsultacja, każdy kolejny chustomeet utwierdzał mnie tylko w przekonaniu, że to był krok w dobrą stronę. Wiedziałam, że idę we właściwym kierunku. Kiedy tylko okazało się, że w okolicy będzie odbywać się kurs zaawansowany, nie myślałam długo nad tym, czy warto. Zafascynowana tym, jak prawidłowa pielęgnacja i dotyk wpływają na dzieci, ukończyłam kurs pielęgnacji neurorozwojowej i rozwoju dziecka w 1. roku życia oraz zostałam Instruktorką Masażu Shantala. Swoje umiejętności wciąż szlifuję na Helence, która urodziła się tuż przed kursem. To było cudowne doświadczenie, móc wiedzę teoretyczną wzbogacić o doświadczenie już w chwili jej poznania.

Zdjęcie wykonała: Kamila Celary-Kmiecik

Helenka od urodzenia wciągana jest w każdą moją aktywność, lubimy razem podróżować. Dzielnie słuchałam kursu szkoleniowego, odświeżałam wiedzę na refreshu ClauWi, zwiedzałam tkalnię polskiego producenta chust, poznałam guru wariacji wiązań chustowych – Hedwych Veeman, a także biorę czynny udział w różnych konferencjach skierowanych dla doradców i instruktorów. Ponadto jestem propagatorką długiego karmienia piersią, zakręconą właścicielką firmy z artykułami do rękodzieła – Nakręceni na krążek, a także miłośniczką kotów i jeżdżenia na rolkach. Chcę być dobrym doradcą. Świetnie czuję się w swojej roli. Robię to co lubię i daję z siebie zawsze maksimum. Otaczam rodziców opieką od pierwszych minut konsultacji i staram się być dla nich oparciem również w późniejszym czasie. Mam zaszczyt zaszczepiać w nich miłość do bliskości i czułości, która jednocześnie ich nie ogranicza. Bliskości dającej swobodę i oddech, o które czasem może być trudno na początku drogi z niemowlęciem. Wciąż się rozwijam, doszkalam i poszerzam swoją wiedzę i umiejętności. Cieszę się, że stanowię część teamu #Nicminiewisi. To wspaniała okazja, by integrować doradcze środowisko i współtworzyć coś niesamowitego dla innych. Do zobaczenia już wkrótce! insta: wrapwrapbaby www: www.wrapwapbaby.pl Rejon działania: Oleśnica i okolice

www.splotbliskosci.pl


34

Wrocław: The City of Wraps

Dominika Sokulska #Team

SPLOT nr 4/2017


35 Mama bezwózkowego syna, partnerka partnera i pani airedale teriera. Już w ciąży wiedziałam, że chcę chustować. Na malucha czekały w domu chusta wiązana i kółkowa, które namiętnie łamałam, ćwicząc z ciążowym brzuchem. Syn totalnie odmienił moje spojrzenie na rodzicielstwo – chusta miała być jednym z narzędzi wykorzystywanych przy niemowlęciu, a stała się w naszym domu narzędziem podstawowym. Moje dziecko było „nieodkładalno-naręczne”, zatem chustowanie było jedyną możliwością na normalne funkcjonowanie rodziny. Pamiętam nasze początki – jak większość rodziców bałam się zamotać dziecko. To był okres, kiedy w Polsce nie było zbyt wielu doradców noszenia, szczerze mówiąc wtedy nawet nie wiedziałam, że takie osoby istnieją. Miałam koleżankę, która nosiła swego syna – niestety mieszkała daleko i nie mogła mi pomóc. Umówiła mnie ze swoją chustującą znajomą z Wrocławia, z nią był „nasz pierwszy raz”. Nie wiedzieliśmy zbyt dużo na temat pozycji odwiedzeniowo-zgięciowej, w dostępnych w internecie informacjach dominowało przekonanie, że u dziecka „musi być duża pupowpadka i kolanka na żabkę”, przez co początki naszego noszenia nie były zbyt poprawne. Widziałam, że coś „nie gra”, ale nie wiedziałam co – drążyłam i szukałam informacji do skutku. Chustonoszenie doszczętnie mnie pochłonęło – zakochałam się w bliskości, swobodzie i wygodzie. Malucha nosiła cała rodzina – ja z partnerem, mama, tata i moja siostra (pamiętam, że mama po pierwszym zamotaniu stwierdziła, że żałuje, że nie znała chust, mając małe dzieci). Noszeniem zarażałam swoje koleżanki, uczyłam je motać. Pewnego dnia dowiedziałam się, że są kursy kształcące doradców noszenia. „Powinnaś pójść na taki kurs”, powiedział mój partner. I tak oto 20.03.2016 stałam się „Frru – doradcą chustowym Dominiką Sokulską”. Dwa tygodnie później zorganizowałam spotkanie chustowe w pobliskiej kawiarni – spotkania te odbywają się co tydzień do dziś.

Chwilę później wzięłam udział w filmie promującym „I Festiwal Chustowy” i dołączyłam do wspaniałej ekipy #Nicminiewisi. Apetyt rośnie w miarę jedzenia – zaczęłam zastanawiać się nad kursem zaawansowanym. Duży wpływ na decyzję o jego ukończeniu miała moja bratnia dusza, a ostatecznego kopa dostarczył mój niezawodny partner. Po kursie zaawansowanym zdecydowałam się na kolejny etap i 03.02.2017 otrzymałam 23. w Polsce certyfikat doradcy noszenia ClauWi. By poszerzyć kompetencje, ukończyłam kurs pielęgnacji neurorozwojowej i rozwoju dziecka w 1 r.ż. Krzewienie wiedzy na temat prawidłowego noszenia stało się częścią mojej codzienności – dotychczas przeprowadziłam wiele spotkań chustowych, konsultacji, warsztatów, pogadanek w szkołach rodzenia i na eventach dla rodziców. Miałam przyjemność współpracować z fizjoterapeutami dziecięcymi oraz uczestniczyć w wydarzeniach wrocławskiej Akademii Medycznej. Pisanie do SPLOTu jest naturalną kontynuacją mojej pasji. Prowadzę dwie stałe rubryki – analizuję dla Was wiązania i rozmawiam ze specjalistami, starając się przybliżyć nam wszystkim fachowe, naukowe informacje na temat szeroko pojętego rozwoju dzieci. Jednak nie samym chustowaniem człowiek żyje. Z wykształcenia jestem doktorem nauk rolniczych, specjalizującym się w kształtowaniu terenów zieleni. Zawodowo dyrektorem w firmie konsultingowej, trenerem i szkoleniowcem z wieloletnim doświadczeniem. Od wielu lat aktywizuję i szkolę osoby dorosłe, działam na rzecz rozwoju lokalnych społeczności. Jestem członkiem zarządu Stowarzyszenia Ekologicznego Eko-Unia oraz Prezesem Fundacji Eduplanet. FB: @frrudoradca www.frru.pl Obszar działania: Wrocław i okolice, Głogów Zdjęcie wykonał: Krzysztof Pawlikowski

www.splotbliskosci.pl


36

Wrocław: The City of Wraps

Karolina Rachfał #Team

SPLOT nr 4/2017


37 Przede wszystkim jestem żoną i mamą, później siostrą, przyjaciółką i koleżanką. Jestem w tym szczęśliwa. Moją pasją jest muzyka i literatura fantastyczna. Jestem zakochana w mojej gitarze „Fendku” i domowej biblioteczce, która ciągle się powiększa. Odkąd pamiętam, zawsze chciałam pracować z dziećmi i do tego dążyłam. W okresie szkolnym angażowałam się w wolontariat w salezjańskim oratorium. Interesowało mnie wszystko, co było związane z pedagogiką, zwłaszcza z systemem prewencyjnym ks. Jana Bosko – wówczas ten styl był mi najbliższy. Zabierałam się za wszelkie zajęcia związane z tą tematyką, począwszy od pracy jako niania, a skończywszy na korepetycjach. Moja pasja doprowadziła mnie do ukończenia studiów pedagogicznych – był to okres, kiedy moje poglądy na wychowanie się ugruntowały. To właśnie na studiach spotkałam się pierwszy raz z porozumieniem bez przemocy czy wychowaniem w duchu rodzicielstwa bliskości. W tym czasie byłam również wolontariuszem w ośrodku opiekuńczo-wychowawczym w okolicy, gdzie pomagałam młodzieży w uczeniu się. Ukończyłam również kurs wychowawcy kolonijnego, dzięki któremu w każde wakacje stawałam się animatorką i opiekunką dzieci podczas półkolonii i kolonii. W międzyczasie zostałam również instruktorem zajęć muzycznych wspierających rozwój psychiczny i motoryczny dzieci w wieku od 0 do 4 lat. To doświadczenie sprawiło, że poczułam pociąg do animacji dzieci, organizowania im czasu tak, by był on atrakcyjny i stymulujący rozwój. Gdy wyszłam za mąż i niedługo po tym dowiedziałam się, że będę mamą – oszalałam. W głowie układałam scenariusze wspólnego życia, ale w żadnym z nich nie ujęłam chusty. Gdy Mieszko przyszedł na świat okazało się, że był cudnym bobaskiem, który nie płakał, leżał spokojnie i obserwował świat. O tym, żeby nosić, pomyślałam, gdy Michu miał skończone dwa miesiące. Gdy kończył trzeci miesiąc życia, wyjechałam na kurs dla Doradców Noszenia ClauWi. Byłam

pierwszym doradcą mieszkającym w naszym mieście na stałe – bardzo mnie to ekscytowało, ale też czułam odpowiedzialność i strach. Pierwsze spotkanie „macankowe” zorganizowałam w lipcu i od tamtej pory spotykamy się co miesiąc na „Pilskich Macankach”. Spotkania są otwarte, poświęcone głównie integracji rodziców oraz macankom chust. Praca jako doradca daje mi satysfakcję i poczucie spełnienia, że robię się coś dobrego dla innych. Moją pasję przekuwam w konkretne działania. W październiku zorganizowałam chustoflash mob z #Nicminiewisi oraz sesję chustową pod tym samym patronatem, a zimą udało się przygotować pierwszą zbiórkę publiczną z udziałem chustorodziców i małym pokazem chustonoszenia (w tym roku zorganizowaliśmy kolejną edycję). Największy event, który dotychczas zorganizowałam, to Rodzinny Weekend Bliskości (RWB) – dwudniowa akcja skupiająca się na propagowaniu chustonoszenia i świadomego rodzicielstwa. I edycja odbyła się w maju 2017 i była sukcesem. Weekend poświęcony rodzinie – sobota intensywny czas warsztatów i wykładów oraz pełna rekreacji i rodzinnej atmosfery niedziela. Obecnie szykujemy się do II RWB. Pierwszy rok mojego doradztwa był niezwykle intensywny, ugruntował moją wiedzę i kierunek mojego rozwoju. Możecie mnie również spotkać w Kwartalniku Bliskości SPLOT, gdzie redaguję stałą rubrykę „Tkana droga” oraz jestem autorką innych tekstów. Pisanie i współpraca z wydawnictwem Moroszka to nie lada wyzwanie, ale przede wszystkim radość i wyróżnienie. Cieszę się, że mogę służyć swoją wiedzą. Na majowym festiwalu będziecie mogli spotkać mnie w strefie dzieci. Mam nadzieję, że tak jak ja czekacie na to wydarzenie z niecierpliwością!

www.splotbliskosci.pl


38

Wrocław: The City of Wraps

Joanna Zimny #Team

SPLOT nr 4/2017


39 Kim jestem? Ja, Joanna Zimny jestem, jak samo nazwisko mówi, żoną Zimnego. To on od lat znosi moje permanentne defraudacje kasy na rachunki, na rodzinne eskapady, a zaliczki na wypady dziwnie stają się zapleczem finansowym do kupna kolejnej ostatniej chusty. To on jest wsparciem moich nowych kosmicznych pomysłów i szalonych inicjatyw. To on… Moment, miało być o mnie, tylko co mam napisać… Większość z Was wie, że jestem certyfikowanym doradcą, że współtworzę WrapWrapBaby. Jestem wegetarianką, mam dwie córki i ukochanego psa Marleya. W tym roku stuknie mi czterdziestka, co zamiast ukrywać, ogłaszam całemu światu. Chyba z dumy, że jestem w takim fajnym momencie swojego życia. Powiało nudą i słodkim banałem? To oddajmy głos mojemu otoczeniu. Mariolka M.: Aśka to absolutna torpeda, zwariowane i pełne energii dziecko zamknięte w dorosłym ciele kobiety. Skromna, pełna empatii, zupełnie naturalnie posługująca się NVC doradczyni chustowa. Osoba wrażliwa, pełna wewnętrznego ciepła. Słucha, wspiera, nieświadomie daje dobry przykład. Radosław M.: Asia jako doradca potrafi w fachowy, prosty i przyjemny sposób przekazać swoją wiedzę oraz przekonać do motania. Jako organizator/opiekun grupy motającej jest konsekwentna i skrupulatna, jednocześnie będąc duszą towarzystwa. Jako kumpela jest świetnym motywatorem do działania. Dzięki niej sam zacząłem regularnie nosić syna w chuście i rozwijać skrzydła w dziedzinie fotografii. Jest świetnym słuchaczem, jak i rozmówcą. Zaraża swoją pozytywną energią jak Bin Laden wąglikiem. Ma jednak minusy… jest strasznie głośna i wyjada sernik! Ela: Uparty zawodnik. Co sobie postanowi, zrealizuje. Ma duże wymagania wobec siebie, ale i wobec świata i ludzi. Mówi wprost, co myśli. Jak odpuszcza trening, wiem, że sprawa jest poważna, bo nie stosuje wykrętów. Za swoją rodzinę da się pokroić, chociaż bardzo dba o siebie i zaspokajanie własnych potrzeb. Pilnuje swoich granic. Ma alergię na marudzenie, brak zdecydowania. Bardziej można spodziewać się od niej kopa motywującego niż głaskania i ojojania.

Hania (córka): Moja mama jest uzależniona od kawy i muzyki. Jak jej się spodoba jakaś płyta, słucha ją przez miesiąc w kółko. Ma świra na punkcie zdrowego odżywiania i ćwiczeń na siłowni. Podoba mi się, że jest we wszystkim wytrwała i się nigdy nie poddaje. Ciągle coś organizuje, nie tylko nam w domu, ale i wszystko dookoła. Powtarza, że jest mistrzynią logistyki. Fajnie, że urodziła moją siostrę, bo dzięki temu nie jeździ już do pracy do Wrocławia i jest więcej w domu. No i przez to wkręciła się w chustowanie, wiem, że to dla niej ważne. Jak mnie zabiera na jakieś warsztaty albo chustowe imprezy to jestem z niej dumna i widzę, jaka jest szczęśliwa, że pomaga innym. Bo mama lubi pomagać, ona cały czas coś robi. I chce, żeby wszyscy robili, tego w niej nie lubię, że nie daje się ponudzić i polenić. Nie lubię też jak wycina sobie na głowie wzorki u fryzjera, bo tak to robi Dawid Kwiatkowski, a nie ktoś w jej wieku. Fajnie, że się tak młodzieżowo ubiera, bo mogę od niej pożyczać ciuchy i buty. Mama zgodziła się, żebym zdradziła jakiś sekret. Więc musicie wiedzieć, że jak tylko jest wieczorem w domu to ogląda „Świat według Kiepskich” i często mówi tekstami z serialu. Zbigniew (o rety, tata): Od zawsze niezależna, uparta, do dziś uważa, że ma najlepszy pomysł na życie. To nic, że ciągle nowy. Teraz się trochę uspokoiła, przycichła i nie jest już taka kategoryczna w swoich wyborach. Lubi żyć na przekór, ciągle się przeciwko czemuś buntuje. Bardzo rodzinna. Nie wiem, czy mogę to napisać, ale jest bardzo emocjonalna. Jak się zezłości to do dzikiej awantury, jak się wzruszy to do łez. Z jednej strony zwariowany łobuz, z drugiej odpowiedzialna żona, mama i córka. Jak miała 15 lat to chciała polecieć na misję do Somalii. Dobrze, że te czasy minęły. Bardzo ją kocham, choć nigdy nie przestanę się martwić, co jeszcze wymyśli, bo ma ogromy apetyt na życie. Widzicie sami, jestem pełnym sprzeczności człowiekiem, nie brakuje mi pasji i zaangażowania w to, co robię. Dlatego super, że już trzeci raz należę do teamu Wrocław: the City of Wraps 2018. Bo kocham to, co robię i chętnie się tym dzielę. Do zobaczenia w maju, a tymczasem zapraszam na nasz wrapowski fanpage na fb: WrapWrapBaby – doradca chustowy.

www.splotbliskosci.pl


40

Wrocław: The City of Wraps

Mariola Majka #Team

SPLOT nr 4/2017


41

Cześć, nazywam się Mariola Majka i jako MaMotka uczę w Dąbrowie Górniczej, Sosnowcu Katowicach i okolicach prawidłowo nosić dzieci w chustach i nosidłach miękkich. Jestem Certyfikowanym Doradcą Noszenia ClauWi®, ukończyłam kurs: Pielęgnacja neurorozwojowa i rozwój dziecka w 1. roku życia z uwzględnieniem zaburzeń napięcia mięśniowego, a już za chwilę uzyskam tytuł Instruktora Masażu Shantala. Jestem naczelną redaktorką niniejszego magazynu, a także organizatorką ZaMotanego Pikniku – chustowej imprezy w moim rodzinnym mieście. Praca z młodymi rodzicami daje mi poczucie spełnienia. Bardzo lubię być wsparciem dla nich, daje mi to autentyczne szczęście. Paradoksalnie, nie jestem pewna, czy to rodzice uczą się więcej ode mnie czy ja od nich. Po każdym spotkaniu z nową rodziną mam poszerzone horyzonty, uczę się empatii i nowego spojrzenia na te same sprawy. Dzięki nim wciąż się rozwijam! Po raz trzeci będę warsztatowcem podczas festiwalu #Nicminiewisi. Mam nadzieję świetnie bawić się razem z Wami! Z wielką dumą przytaczam niektóre opinie osób po szkoleniu ze mną. Jestem przekonana, że ich zadowolenie najlepiej świadczy o mojej pracy: Kasia B.: Otrzymaliśmy masę przydatnych informacji i porad, nie tylko dotyczących motania, ale także odpowiedniej pielęgnacji maluszka. Sam instruktaż wiązania był bardzo profesjonalny i dokładny, ale zrozumiały, z naciskiem na bezpieczeństwo pozycji dziecka. Joanna K.: Już na początku widać profesjonalizm, pasję oraz wiedzę płynącą z doświadczenia, a także z ciągłego dokształcania się. Mariola podzieliła się z nami przeróżnymi radami i ciekawostkami dotyczącymi rodzicielstwa. Piotr S.: Generalnie nie da się być bardziej zadowolonym, nauka przebiega w luźnej atmosferze, ale Mariola wskaże i poprawi każde możliwe niedociągnięcie.

Sandra S.: Mariolka jest cudowną i ciepłą istotką. Radosnym, miedzianym chochlikiem motającym kolorowe chusty jak wstążki. Lepiej trafić nie mogłam, a czas spędzony razem minął tak szybko, że nawet nie zdążyłam zaparzyć tej nieszczęsnej kawy. Patrycja M.: Nasz nerwowy berbeć był przy MaMotce spokojny i zadowolony. Myślę, że to najlepsza rekomendacja. Rene: Mariola to PIĄTY ELEMENT – zagadkowy, a jednocześnie otwarty i inspirujący. Nie do opisania jest to, jak ta kobieta nawiązuje relacje z ludźmi! Cieszę się, że miałam zaszczyt spotkać Ją na swojej drodze – nie tylko jako doradcę z ogromem wiedzy do przekazania. Przede wszystkim jako człowieka, który wniósł w moje życie coś więcej niż tylko umiejętność motania w ten czy inny sposób. Anna K.-S.: Motaliśmy się z synkiem około miesiąca – byliśmy samoukami, ale czułam że czegoś nam brakuje. Teraz wiem czego – MaMotki! Kornelia K.: Wulkan pozytywnej energii, skarbnica wiedzy, niesamowicie oryginalna dziewczyna! Serdecznie polecam MaMotkę dla każdego, kto zainteresowany jest chustonoszeniem i pielęgnowaniem bliskości ze swoim dzieckiem. Katarzyna Ż.: Dodatkowo wszystko to przebiega w miłej i serdecznej atmosferze, instrukcje krok po kroku przekazywane są jasno i precyzyjnie tak, aby bezpiecznie i wygodnie zawiązać swoje maleństwo w chuście. Kasia I.: Już od pierwszych minut spotkania widać, że Mariola robi to z miłości do bliskości dziecka i rodzica i pragnie jak najlepiej przekazać swoją wiedzę na temat chustonoszenia, by każdy mógł poczuć bliskość swoich maluszków. I co najważniejsze – aby robił to w prawidłowy i bezpieczny sposób. Marzena M.: Nie tylko profesjonalnie, ale też miło i sympatycznie.

www.splotbliskosci.pl


42

Wrocล‚aw: The City of Wraps

Anna Jakรณbik #Team

SPLOT nr 4/2017


43 Nazywam się Anna Jakóbik i mieszkam w Warszawie. Jestem mamą dwóch wyjątkowych dziewczynek: czteroletniej Gabrysi i prawie trzyletniej Oli. Macierzyństwo jest dla mnie wyzwaniem, pasją i największą inspiracją. Wierzę, że udział w życiowych przygodach i trudnościach dzieci przynosi cenne doświadczenia, a w efekcie piękne owoce. Jestem również szczęśliwą żoną zapracowanego męża. Lubię o tym mówić, bo w natłoku rodzicielskich obowiązków i zawodowych zobowiązań łatwo zapomnieć, z kim dzieli się życie. Jestem absolwentką studiów magisterskich na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie na kierunku fizjoterapia. Ukończyłam wielomodułowy kurs akredytowany przez Polskie Towarzystwo Uroginekologiczne, zdobywając tytuł Certyfikowanej Terapeutki Uroginekologicznej, a także Terapeutki Profilaktyki Uroginekologicznej wg koncepcji Bebo®. Zawodowo związałam się z Centrum Medycznym Żelazna w Warszawie, gdzie pracuję w zespole uroginekologicznym z pacjentkami w okresie okołoporodowym. Głównym celem programu wczesnej rehabilitacji poporodowej jest propagowanie zachowań zmniejszających ryzyko dysfunkcji w obrębie dna miednicy – m.in. nietrzymania moczu, gazów czy zaburzeń statyki narządów rodnych. Na oddziałach położniczych każda pacjentka niezależnie od tego, czy rodzi siłami natury czy z pomocą cesarskiego cięcia, ma możliwość odbycia bezpłatnej konsultacji. Jest to jedyna placówka w Polsce, która zapewnia dostęp do fizjoterapeuty uroginekologicznego w formie badania mięśni dna miednicy już w pierwszych dobach po porodzie. Podczas konsultacji oceniana jest zdolność do ich prawidłowej aktywacji. Badanie jest całkowicie bezbole-

Zdjęcie wykonała: Michalina Kiersnowska

sne i na jego podstawie każda pacjentka wychodząc z gabinetu, dostaje formularz z rozpisanymi ćwiczeniami indywidualnie dobranymi do stanu mięśni dna miednicy. Pod opieką pozostają również pacjentki z oddziału ginekologicznego borykające się z problemami m.in. po operacjach z powodu nietrzymania moczu, obniżenia narządów czy cierpiących z powodu endometriozy. Warto mówić o mięśniach dna miednicy, uczyć, edukować, uświadamiać jak wielką rolę pełnią one u kobiet – noszących dziecko pod sercem, rodzących, karmiących, współżyjących. Obszar dna miednicy jest niezwykły, intymny, przez wiele kobiet nieodkryty. Czasem praca z nim wymaga wytrwałości i konsekwencji, ale wspólne dążenie do obranego celu przynosi ogromną satysfakcję. W zawód fizjoterapeuty wpisane jest poszukiwanie: nowych ścieżek, technik pracy z pacjentką, rozwiązań – ukończyłam szereg szkoleń z zakresu technik osteopatycznych, terapii wisceralnej, manualnej czy metod wspomagających – elektrostymulacji czy kinesiotapingu. Inspirowana potrzebami swoich dzieci ukończyłam kurs instruktora masażu Shantala oraz doradcy noszenia w chustach i nosidłach miękkich w szkole ClauWi®. Łącząc zawodowe pasje, realizuję się podczas warsztatów oraz spotkań edukacyjnych dla rodziców wcześniaków, dla których tematy bliskości, noszenia i dotyku są szczególnie ważne. Szczególnym obszarem działania w pracy doradczej są kobiety z wyzwaniami – dolegliwościami bólowymi układu ruchu, problemami w obszarze dna miednicy czy z rozejściem mięśnia prostego brzucha.

www.splotbliskosci.pl


44

Wrocław: The City of Wraps

Anna Michałowska #Team

SPLOT nr 4/2017


45

Jestem doradcą noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich ClauWi od 2014 roku. Staram się nie tylko uczyć, jak wiązać chustę, ale także zarażać świeżo upieczonych rodziców pasją noszenia. Uczestniczenie w chustowym życiu Wrocławia daje mi dużo satysfakcji. Prywatnie jestem mamą dwóch wspaniałych dziewczynek.

www.splotbliskosci.pl


46

Wrocław: The City of Wraps

Jarosław i Agata Boguccy

#Team

SPLOT nr 4/2017


47 Jesteśmy parą od 19 lat, małżeństwem od 12. Mamy 3 dzieci. W tym roku Łucja kończy lat 9, Piotruś 6 i Błażej 4. I nie, nie jesteśmy superbohaterami, wychowując trójkę dzieci – mamy po prostu ogromne wsparcie ze strony naszych rodziców. Chusty w naszym życiu pojawiły się po narodzinach Piotrusia, który totalnie nie tolerował wózka. Wychodząc z nim na spacer w wózku, nigdy nie wiedziałam, że czy będę wracać do domu z rozwrzeszczanym niemowlakiem na rękach po 10, 15 czy 20 minutach. Dodam, że wtedy przy wózku dreptała, czasami biegła, nasza dzielna 3-latka, która była pełna energii i bardzo potrzebowała zabaw na powietrzu. Po 2 miesiącach takiej patowej sytuacji zmusiłam Jarka, żeby poszedł ze mną na warsztaty z chustonoszenia i przyznam, że była to jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Nauczyliśmy się wiązać i jakość naszego życia rodzinnego poprawiła się diametralnie. Spacery z dwójką dzieci stały się przyjemnością, a my z Jarkiem zaczęliśmy się kłócić o chustę – każde z nas chciało nosić Piotrusia. Chusta również ratowała nas podczas pobytów w szpitalu, których niestety z naszym synkiem mieliśmy kilka w pierwszym roku jego życia. Błażeja natomiast, który również nie było fanem wózka, motaliśmy od początku, nie tylko wychodząc na spacery, ale również w domu na czas drzemki, szczególnie kiedy jego starsze rodzeństwo było w domu. Od 2013 roku prowadzimy wypożyczalnię artykułów dla dzieci. Wszystko zaczęło się od naszych pierwszych zagranicznych wakacji, wtedy jeszcze z dwójką dzieci. Czekała nas podróż samolotem z 4-latką i 10-miesięczniakiem. Umieliśmy już wtedy zawiązać chustę, ale opcja motania 5 metrów materiału na lotnisku troszkę nas przerażała. Udało nam się pożyczyć nosidło i to był strzał w dziesiątkę. Doskonale sprawdziło się na lotnisku, podczas transferu z lotniska do hotelu, który zamiast 2 godzin trwał 4 godziny, a także podczas wszelkich wycieczek już na miejscu. Zdecydowaliśmy się zabrać także wózek i pomyśleliśmy o standardowej parasolce, ale nie znaleźliśmy we Wrocławiu takiej do wypożyczenia, więc zabraliśmy nasza spacerówkę (średnich rozmiarów) i również bardzo się przydała. I tak po powrocie z wakacji Jarek stwierdził, że co nam szkodzi – spróbujemy uruchomić wypożyczalnię artykułów dla dzieci. Nie ukrywam, że miał być to pomysł

na pracę, która pozwoli mi nie wracać na etat do korporacji. Ruszyliśmy z jedną chustą, jednym nosidłem, naszym wózkiem, babyphonem, turystyczną wersją krzesełka do karmienia i łóżeczkiem, a dokładnie – namiocikiem do spania. Zanim się obejrzałam Jarek założył już stronę internetową, odpowiednie skrzynki mailowe. Zorganizowaliśmy umowę, regulamin i zaczęło się. To był czerwiec 2013 roku. Zainteresowanie przez okres wakacyjny było nawet duże, ale jesienią musiałam wrócić do pracy na etat. Nie na długo. Z początkiem 2014 roku byłam już w ciąży z Błażkiem i w domu mogłam próbować rozwijać działalność wypożyczalni. I tak krok po kroku mieliśmy coraz więcej klientów i asortymentu. Klienci zadowoleni z nosidełek zaczęli dopytywać nas o możliwość ich zakupu, w taki sposób zaczęliśmy również sprzedawać nosidełka oraz chusty i powstał nasz sklep internetowy: sklep.maluchtravel.pl. W tak zwanym międzyczasie urodziłam trzecie dziecko. Przez cały ten czas dzieliliśmy się naszym doświadczeniem oraz posiłkowaliśmy się wiedzą zdobytą w Internecie, ale chcieliśmy dać rodzicom, którzy do nas trafiali coś więcej. Zapadła decyzja – idę na kurs dla doradców. Był to wspaniały czas spędzony w doborowym towarzystwie. Ogromna dawka wiedzy i zdobytych umiejętności. W listopadzie 2015 roku zostałam Doradcą Noszenia szkoły ClauWi. Jarek mi pozazdrościł i kurs zrobił kilka miesięcy później, wiosną 2016. Tak oto staliśmy się chyba pierwszym w Polsce małżeństwem Doradców Noszenia, a Jarek powziął misję zachustowania jak największej ilości ojców, dzieląc się swoim doświadczeniem noszącego taty, o czym mogliście już przeczytać w drugim numerze SPLOTu. Po kursie podstawowym przyszedł czas na kurs zaawansowany i napisanie pracy certyfikacyjnej i tak od roku jestem Certyfikowanym Doradcą ClauWi (brzmi dumnie, prawda?). Działalność od początku prowadziliśmy w naszym niezbyt dużym mieszkaniu i czasami było to dość uciążliwe dla nas i myślę, że również niezbyt komfortowe dla naszych klientów. Szczególnie w okresie wiosna–lato przez nasze mieszkanie przechodziły tabuny rodziców z dziećmi. Sprawa była jasna – potrzebujemy osobnego lokum dla naszej działalności i… udało się. Cudem, za rozsądną kwotę, w doskonałej www.splotbliskosci.pl


48 dla nas lokalizacji (blisko domu, szkoły i przedszkola) i z wymarzonym rozkładem pomieszczeń. Także teraz zapraszamy Was do Centrum Noszenia Dzieci Maluchtravel.pl na ul. Rogowską 44B we Wrocławiu. Doradzamy, uczymy, wypożyczamy, sprzedajemy – i to w takiej właśnie kolejności. Od początku naszej działalności zależało nam na szerzeniu idei bliskości oraz współpracy i jednoczeniu środowiska doradców noszenia, przede wszystkim w naszym mieście. Dlatego też Jarek założył grupę Wrocław Nosi, do administrowania której zaprosił innych doradców z Wrocławia i okolic. Chcieliśmy, i mam wrażenie, że nam się udało, stworzyć miejsce, gdzie rodzice z Wrocławia i pobliskich miejscowości będą mogli uzyskać potrzebne im informacje, rozwiać wątpliwości czy też dowiedzieć się, gdzie najbliżej swojego miejsca zamieszkania mogą spotkać się z doradcą. W półtorej roku grupa ma już ponad 3000 członków i śmiem twierdzić, że jesteśmy chyba najliczniejszą fejsbukową lokalną grupą chustową. A patrząc na to wszystko, co się dzieje w naszym pięknym mieście, stwierdzam, że Wrocław jest STOLICĄ CHUSTONOSZENIA. Jak to się stało, że jesteśmy częścią akcji #Nicminiewisi? Magdę – matkę założycielkę – poznaliśmy przy okazji próby stworzenia sensownej ulotki dotyczącej prawidłowego noszenia. Następnie wspólnie udało nam się zorganizować warsztaty z okazji tygodnia bliskości (wtedy jeszcze nie byliśmy doradcami). A kilka tygodni później spotykałyśmy się z Magdą na kursie dla doradców. Niedługo potem zostaliśmy zaproszeni do tworzenia pierwszych urodzin #nicminiewisi. Kolejnych również – i tak oto jesteśmy na stronicach magazynu SPLOT. To pisałam ja, żona mojego męża. Jarek przytakiwał. Zapraszamy również na nasze strony: Wypożyczalnia - http://maluchtravel.pl Doradztwo chustowe – http://doradcynoszenia.pl Sklep on-line – https://sklep.maluchtravel.pl FB: http://facebook.com/maluchtravel Youtube: https://www.youtube.com/maluchtravelPl

SPLOT nr 4/2017


Wrocław: The City of Wraps

Ewa Sulka

#Team Fotograf

www.splotbliskosci.pl

49


50

GALERIA

BROWAR MIESZCZAŃSKI 19.05-01.06.2018

„Koty, sploty i chustowe samoloty” Wystawa Joanny Izydor 19.05.2018-01.06.2018 „Galeria”, Browar Mieszczański we Wrocławiu Nie wszystko, co robimy musi być na poważnie, mimo że TO, co robimy porusza poważne tematy. Zwłaszcza jak się jest osobą, która uwielbia być na co dzień psotnikiem, trudno na siłę udawać, że rzeczy ważne w życiu powinno się opowiadać z patosem, bez dowcipu. „Koty, sploty i chustowe samoloty” to nieco dowcipny tytuł wystawy obrazów, rysunków i grafik o tym – jakże ważnym temacie – jakim jest bliskość. Dzieła zostały stworzone podczas wspólnych zabaw matki z córką, dlatego niejednokrotnie plamy barwne, perspektywa czy też elementy są efektem dziecięcej przypadkowości pędzla. Na wystawie tej jednak na pewno niejeden obraz Was zaskoczy, gdyż w przedstawiony artystyczno-babywearingowy miszmasz zostaną wplecione smakowite nutki z pogranicza surrealizmu i fantasy, a także wspomniane w nazwie wydarzenia – koty i samoloty.

SPLOT nr 4/2017


52

Geneza akcji #Uwolnij Ręce

Czyli jak to było na początku

Karolina Dominiak-Piskorska Mama dwóch córek o kwiecistych imionach - Kaliny i Róży. Z wykształcenia jest filologiem klasycznym i technikiem dentystycznym oraz certyfikowanym Promotorem Karmienia Piersią. Pasjonuje się rękodziełem, muzyką etniczną i literaturą fantastyczno-naukową. Prowadzi blog i fanpage na Facebooku - Kolorowa Mama, gdzie promuje noszenie w chuście, karmienie naturalne oraz rodzicielstwo bliskości, którego ścieżką sama stara się podążać. Akcją #uwolnijrece pragnie pokazywać codzienność z chustą, praktyczną stronę chustonszenia oraz jego chyba największą bonifikatę - bliskość z dzieckiem i wolne ręce.

SPLOT nr 4/2017

Macierzyństwo to w naszej kulturze niemal sacrum. Opiewane w pieśniach, złotymi strofami wynoszone na piedestał w poezji, pełne natchnienia malowane i rzeźbione w sztuce. Każda, no dobrze, żeby nie generalizować napiszę, że niemal każda dziewczynka chce zostać mamą. Bawi się w bycie mamą dla swojej ukochanej lalki, wozi ją w wózku, przebiera, karmi, układa w łóżeczku. Potem dorasta i wszędzie widzi te piękne, puchate i uśmiechnięte niemowlęta. Kolorowa prasa, reklamy telewizyjne, a w nich istna sielanka. Tak cudownie być mamą… I w końcu nadchodzi TEN dzień w życiu kobiety – zostaje PRAWDZIWĄ mamą. Nieopisana radość, łzy wzruszenia, największe szczęście, a potem zupełnie niespodziewanie, nie wiadomo nawet z której strony – cios w twarz. W twarz, w głowę, nieistotne – liczy się efekt. A efekt jest taki, że przez dobrych kilka chwil, czasem dni, a nawet tygodni zupełnie traci się orientację, grunt pod stopami i zdolność racjonalnego myślenia często też. Otoczenie wyrokuje, że to baby blues, a świeżo upieczona mama wytwale stara się uporać z narastającym uczuciem rozczarowania i jakoś odnaleźć się w sytuacji, której z całą pewnością nie przewidywał żaden podświadomie pisany przez nią scenariusz. Widzisz tu siebie? Oczywiście nie musisz! Nie każda z nas przechodzi w stan „bycia mamą” w taki sam sposób. Różnimy się, co jest oczywiście piękne. Różnimy się charakterami, doświadczeniem, problemami, z jakimi musimy się uporać w pierwszych dniach i tygodniach macierzyństwa, różnimy się podejściem do nowej roli, różnią się nasze dzieci i ich potrzeby. Moje początki były trudne. Być może obiektywnie nie było aż tak strasznie, ale z mojego punktu widzenia pierwsze miesiące były przeciwieństwem reklamowej sielanki. Ostatecznie, z ogromną pomocą przede wszystkim męża i wielu mądrych kobiet, które pojawiły się w moim życiu, uporałam się ze sobą i okrzepłam w nowej roli. A to z kolei zrodziło u mnie potrzebę dzielenia się własnym doświadczeniem i udzielania wsparcia innym młodym mamom, podobnym do mnie. Zagubionym i zdezorientowanym. A wiem, że jest ich wiele.


53 Dlaczego? Myślę, że to zjawisko to temat na osobny artykuł. Wymienię dwa, według mnie, najważniejsze czynniki. Po pierwsze, w naszym społeczeństwie wciąż dominuje styl wychowywania dzieci praktykowany przez naszych rodziców i dziadków. Nie mówię, że wychowywali nas jednoznacznie źle, ale przy obecnym stanie wiedzy medycznej i psychologicznej wiadomo już, że wiele stosowanych przez te pokolenia metod jest zwyczajnie niewłaściwych. „Nie noś, bo przyzwyczaisz”, „dziecko musi się wypłakać”, „dziecko musi spać w swoim łóżeczku”, „ciągle karmisz piersią, to pewnie masz słaby pokarm” – można by długo wymieniać. Młoda mama, nawet jeśli czuje, że chce postępować inaczej, często ustępuje pod naciskiem „dobrych rad” otoczenia. W końcu to otoczenie wychowało swoje dzieci, ma dobre intencje, doświadczenie i wiedzę. Szkoda tylko, że nieaktualizowaną. Drugi winowajca to Internet. Tak, wskazuję na Internet. Z jednej strony, błogosławieństwo cywilizowanego świata ostatnich kilkunastu lat, a z drugiej – istny chaos informacyjny, bo w internecie panuje absolutna wolność i swoboda. Każdy może wypowiedzieć się na każdy temat, „eksperci” od wychowywania dzieci pączkują jak drożdże. Na różnego rodzaju forach zawsze znajdzie się „pomocny specjalista”, który ma radę na każdy problem. Najbardziej lubię tych, którzy sami nie posiadają dzieci, za to posiedli absolutną wiedzę na temat ich wychowywania. Warto szukać pomocy w internecie, ale zawsze należy być ostrożnym, używać logicznego myślenia, czytać na dany temat w różnych źródłach. Można mieć w internecie miejsca, którym się ufa, ale zawsze należy zachować czujność i zdrowy rozsądek.

do mnie i zapytała, skąd mam taką cudną torbę na kółkach. I tak zaczęła się nasza przyjaźń. Magda, jej blog i akcja hasztagowa #nicminiewisi była (i jest nieustannie) dla mnie prawdziwą inspiracją. Pomyślałam, że promowanie prawidłowego noszenia dzieci poprzez taki nośny hasztag to prawdziwy strzał w dziesiątkę. W ten sposób można dotrzeć do szerszego grona rodziców i z przymrużeniem oka skłonić ich do zgłębienia tematu. Mnie również zależało na promowaniu noszenia dzieci. Ktoś mógłby zapytać: „W zasadzie to po co te dzieci nosić? Czy nie mogą leżeć w pięknie przygotowanym łóżeczku albo w tym supernowoczesnym wózku z resorami łagodzącymi wstrząsy na nierównych chodnikach i parasolką osłaniającą przed słońcem? Albo w tym wypasionym bujaczku, który wygrywa melodyjki i ma trzy stopnie regulacji bujania?”.

Akcja #uwolnijrece Po tym obszernym wprowadzeniu dochodzę w końcu do akcji #uwolnijrece. Zależało mi, żeby choć tak ogólnie nakreślić moje początki na drodze macierzyństwa, bo gdyby nie te doświadczenia, nie byłoby ani Kolorowej Mamy, ani akcji, o której mowa w tym artykule, ale nie tylko! Kolorowej Mamy ani akcji nie byłoby, gdyby nie… moja torba na kółkach, bo właśnie dzięki tej torbie poznałam Magdę Cichońską – Matkę Córek. Podczas Konferencji #karmieswobodnie, która odbyła się 25 maja 2015 roku w Poznaniu, Madzia podeszła www.splotbliskosci.pl


54 I w tym miejscu wracamy do złudnych wyobrażeń, jakie mamy o macierzyństwie i życiu z małym dzieckiem. Owszem, są dzieci, które śpią w swoich łóżeczkach, leżą w bujaczkach, spacerują w wózkach, ale w przeważającej większości malutkie dzieci potrzebują czuć bliskość swojego opiekuna, a że taki noworodek ma jeszcze mocno przytępione zmysły słuchu i wzroku, czuć musi bezpośrednio przez dotyk i zapach. A ponieważ noworodki nie potrafią jeszcze posługiwać się sztuką mówienia, swoją potrzebę poczucia bliskości oznajmiają, drąc się wniebogłosy, ile sił w tym małym gardełku. Z pewnością znasz taki obrazek z parków, ulic i innych miejsc publicznych, gdy jeden rodzic prowadzi pusty wózek, a drugi niesie na rękach pasażera wózka. Zawsze mam wtedy ochotę podbiec i zagadnąć: „Słuchajcie, a znacie taki świetny wynalazek? Chusta się nazywa”. Jednak powstrzymuję się, bo byłoby to jawne podważanie ich kompetencji rodzicielskich i mimo moich najlepszych intencji, w efekcie mogłabym ich raczej zniechęcić, niż zachęcić do chustonoszenia. A co gdyby dotrzeć do nich poprzez hasztag, przez akcję w mediach społecznościowych, do której podobnie jak do #nicminiewisi, dołączą inni noszący rodzice?

SPLOT nr 4/2017

Zależało mi na tym, aby po pierwsze przekonać tych wszystkich młodych rodziców, że potrzeba bliskości ich malutkich dzieci nie jest jakąś fanaberią albo próbą manipulacji (a często słyszę, że dziecko „wymusza”), ale zupełnie normalną i naturalną potrzebą, a wręcz sprawą życia lub śmierci. Tak, zdaję sobie sprawę z wagi tych słów, ale tak właśnie jest. Matka Natura wyposażyła noworodki w taki system alarmowy, aby nie zginęły z wychłodzenia lub głodu. We wspaniałej książce Karmienie piersią, siedem naturalnych praw autorstwa Nancy Mohrbacher i Kathleen Kendall-Tackett jednym z wymienionych praw jest to przepiękne zdanie: „Ciało matki jest naturalnym środowiskiem noworodka”. Myślę, że nie trzeba tu już niczego dodawać. Wraz z akcją #uwolnijrece zależało mi na pokazaniu praktycznej strony chustonoszenia. Gdy startowałam z tą inicjatywą, był to czas istnego rozkwitu grup chustowych na Facebooku, a w nich pełno pięknych zdjęć (selfie i profesjonalnych) uśmiechniętych mam w kolorowych chustach i uroczych okolicznościach przyrody… i to dobrze! Sama strzelałam sobie selfie, a także organizowałam pod patronatem


55

#nicminiewisi portrety chustowe i bardzo to lubiłam – to również świetna promocja chustonoszenia. Jednak nie przekona to tych nieprzekonanych, tych, którzy mogą sądzić, że noszenie w chustach to chwilowa moda, taki trend, nic więcej. Pomyślałam, że do tej grupy najlepiej dotrze argumentacja praktyczna. Każda chustomama wie i jest to dla niej oczywiste, że chusta nie jest modnym gadżetem, ale przede wszystkim bardzo praktycznym narzędziem wspierającym rodziców w codziennej opiece nad małym dzieckiem. Chusta zapewnia dziecku bliskość opiekuna, a opiekunowi daje – no właśnie – wolne ręce! Taki był tok mojego myślenia i stąd wzięła się nazwa akcji. Miałam kilka pomysłów, które skonsultowałam w grupie zaprzyjaźnionych mam i z ich pomocą zdecydowałam się na hasło, które jest wołaczem, zachętą: „Hej mamo, hej tato! Uwolnij ręce i zajmij się tym, co musisz lub co chcesz zrobić! Tak, masz teraz małego człowieka pod opieką, ale niech Twoje macierzyństwo/ojcostwo nie stanie się dla Ciebie ograniczeniem. Oczywiście, Twoje życie wraz z pojawieniem się na świecie tej Kruszynki bardzo się zmieniło, ale nie musisz rezygnować z tak wielu rzeczy. Chusta ułatwi Ci codzienne funkcjonowanie, da wolność i wolne ręce!”.

Gdy hasztag #uwolnijrece pojawił się w mediach społecznościowych, mamy, które go używały często w komentarzu rozwijały myśl: #uwolnijrece i… ugotuj obiad, wnieś zakupy na trzecie piętro, wyprowadź psa na spacer, oddawaj się swoim pasjom. Z resztą sami sprawdźcie, jak ogromna jest kreatywność rodziców, a przede wszystkim jak na co dzień chusta wspiera ich w opiece nad dziećmi, jednocześnie stwarzając przestrzeń na realizowanie rutynowych zadań czy pasji. Dziś z pełnym przekonaniem mogę napisać, że hasztag dobrze przyjął się w mediach społecznościowych i jest bardzo często używany przez rodziców noszących swoje dzieci w chustach i nosidłach ergonomicznych. Ty też możesz go używać! Pokaż, jak chusta pomaga Ci na co dzień i w ten sposób dołącz do rozrastającej się grupy osób promujących chutonoszenie poprzez jego praktyczną stronę! Co jakiś czas na fanpage SPLOTu pod hasłem akcji #uwolnijrece ogłaszany jest konkurs z nagrodami. Zaglądajcie tam koniecznie i dołączcie do akcji! Niech moc chusty będzie z Wami!

www.splotbliskosci.pl


56

Dom w stylu Montessori

Stymulująca przestrzeń w domu dostosowana do potrzeb i rozwoju dziecka Natalia Sajnok Żona z powołania, mama z miłości, copywriter z zawodu, tradycjonalistka z dredami. W roli mamy stara się kierować bliskością, luzem i metodą Montessori. Priorytetem jest dla niej rozwijanie w pierworodnym poczucia niezależności i samodzielności. Każdego dnia powtarza sobie, że nie wychowuje syna dla siebie, tylko dla innych. Rajcują ją remonty, aranżacja wnętrz i stare meble. Z mężem mają parcie na świętość i więcej dzieci.

Metoda Marii Montessori najczęściej kojarzona jest z placówkami przedszkolnymi. I słusznie, bo to właśnie w przedszkolach Montessori rozwinęła swoją pedagogikę. Zwolennicy poszerzyli jednak jej założenia, wprowadzając system Montessori do domów. Na czym polega metoda Montessori poza przedszkolem? Czy można stosować jej pedagogikę wobec maluszków? Jak stworzyć przestrzeń w stylu Montessori we własnym domu? Ramiona rodziców to dla noworodka cały świat. Z czasem poszerza on swoje rozmiary, obejmując kolejne pokoje i wreszcie cały dom. Niezależnie, czy jest to wynajmowana kawalerka czy dwupiętrowy budynek z ogrodem – dla dziecka dom będzie całym światem jeszcze przez długie lata. Ważne, aby maluch czuł się tam swobodnie i bezpiecznie, a jednocześnie mógł go nieskrępowanie odkrywać i rozwijać się. Metoda Montessori obecna w domu z pewnością mu na to pozwoli. Czym wyróżnia się dom w stylu Montessori? - prostotą, - porządkiem, - wspieraniem samodzielności, - szacunkiem dla każdego domownika, w tym – dziecka. To takie proste Prostota metody Montessori w domu objawia się na wiele różnych sposobów – to minimalizm w zabawkach, oszczędność detali i tworzenie naturalnego środowiska dla dziecka, w którym może czuć się bezpiecznie. Wystarczy spojrzeć na świat oczami najmłodszych, aby zrozumieć, czego potrzebują. Dla noworodka zmiana znanego środowiska łona matki i przejście do świata zewnętrznego przychodzą za szybko, stąd pojęcie brakującego IV trymestru. Stworzenie warunków przypominających czas w brzuchu mamy – spowijanie, przytulny koszyk Mojżesza, cieliste, spokojne barwy – wpisuje się w metodykę Montessori, choć ona sama nie sformułowała założeń swojej metodyki wobec noworodków i niemowląt. Własne spostrzeżenia zamknęła w krótkich słowach na temat tego, czego potrzebuje małe dziecko – to „mleko

SPLOT nr 4/2017


57

i miłość”. Zwolennikom Rodzicielstwa Bliskości z pewnością spodoba się to hasło. Izolowanie bodźców, charakterystyczne dla pomocy Montessori, można z powodzeniem zastosować u najmłodszych dzieci. Atakowanie maluchów grająco-migającymi przedmiotami od pierwszych dni życia jest dla nich po prostu nieprzyjemne, a w dalszej perspektywie może doprowadzić do przestymulowania. Kontrastowe obrazki, piękne mobile Montessori czy proste, drewniane gryzaki dają dziecku wystarczające bodźce, a jednocześnie są bardzo estetyczne. O gustach się nie dyskutuje, ale bezdyskusyjny jest fakt, że jasne barwy pozwalają wyeksponować inne przedmioty i dekoracje. Natłok kolorów w dziecięcych pokojach nieustannie dostarcza silnych bodźców, nie pozwalając się wyciszyć i odpocząć – ani dzieciom, ani dorosłym. Minimalizm przestrzeni Montessori nie jest podążaniem za modą, ale odpowiedzią na potrzeby małego człowieka. Neutralny kolor ścian, jasna podłoga i meble stanowią odpowiednie otoczenie dla różnobarwnych zabawek i kolorowych książek, nie wprowadzając zbędnej stymulacji. Dzięki temu maluch może skupić się na pomocach i materiałach ułożonych na półkach, a my rozwijamy w nim zmysł estetyczny.

Wprowadzając zmiany do swojego domu, warto zejść do poziomu podłogi i… na czworakach przemierzyć wszystkie pomieszczenia. Okaże się wtedy, że szafki kuchenne sięgają nieba, a noga od stołu to ogromna kolumna. Duże meble są odpowiednie dla dużych ludzi, dlatego dla tych najmniejszych należy zaaranżować przestrzeń – pokój czy sferę w danym pomieszczeniu – w której będzie czuć się swobodnie. Stąd w pokojach Montessori znajdziemy niskie półki, niewielkie stoliki i krzesełka, floor bed, czyli materac na ziemi do spania, obrazki zawieszone na wysokości wzroku dziecka, wreszcie zabawki i książki dostępne dla jego małych rączek bez pomocy dorosłych. Rodzice często zapominają, że tworząc pokój czy kącik dziecięcy, robią to dla dziecka – pełzającego na brzuchu, niezdarnie poruszającego się na czterech kończynach lub chodzącego, ale mającego niespełna metr wzrostu. Dobrze urządzona przestrzeń dla dziecka to taka, którą dorośli przemierzają na czworaka, aby swobodnie uczestniczyć w zabawie. Zmiana sposobu myślenia i postawienie się w roli dziecka wiele upraszcza – również w kwestiach aranżacyjnych. Przestrzeń Montessori – przestrzeń uporządkowana Ład i porządek panujący w montessoriańskich domach powinny przekonać wszystkich rodziców, że warto zainteresować się systemem wychowania włoskiej pedagog. www.splotbliskosci.pl


58 Istotne jest wyznaczenie poszczególnych stref – odpoczynku, zabawy, czyli pracy, przebierania, jedzenia. Nie potrzeba wielkiego metrażu, aby wydzielić odpowiednie przestrzenie – wystarczy jedna niska półka w kuchni, na której zawsze stoi bidon/kubek z wodą, płaska poduszka albo dywanik, na którym dziecko może usiąść, aby przeczytać książeczkę, kącik, gdzie zawsze znajdzie blok rysunkowy i materiały plastyczne. Pomoce/zabawki w pokoju w stylu Montessori mają swoje konkretne miejsce. Nie znajdziemy tu wypełnionych po brzegi pudeł, których zawartość musimy wysypywać, aby sięgnąć po przedmiot znajdujący się na samym dnie (koszmar znany wielu rodzicom). Na półce czy regale wystawia się kilka zabawek, którymi aktualnie interesuje się maluch. Wymiana zabawek co tydzień czy dwa tygodnei sprawdza się w wielu rodzinach, a obserwując dziecko, można łatwo wywnioskować, która zabawka już się znudziła, a która odpowiada jego fazie wrażliwości. Koszyki, pojemniki i tacki pozwalają na estetyczne wyeksponowanie przedmiotów, a jednocześnie sprzyjają porządkowi. Kiedy dziecko jest jeszcze malutkie, posprzątanie przez dorosłego pokoju po zabawie zajmuje kilka chwil. Większe dziecko z łatwością samo pozbiera elementy do koszyka i odstawi na półkę. Wbrew pozorom nasze pociechy są bardzo wrażliwe na porządek, szczególnie od narodzin aż do 3. roku życia. Możemy więc od najmłodszych lat uczyć ich odkładania rzeczy na miejsce i utrzymywania ładu w swoim pokoju. Widok dziecka, które ze skupieniem ustawia książki na półce po skończonym czytaniu lub odkłada do koszyka klocki bez dodatkowej zachęty, to powód do dumy. Poza tym to świetne ćwiczenie dla koncentracji i rozwoju ruchowego malucha. Otoczenie, w którym każdy element ma swoje stałe miejsce, daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, pomaga zrozumieć świat i zorientować się w przestrzeni. Brak chaosu pozwala na skupienie, wyciszenie czy… szaloną zabawę bez ryzyka potknięcia się o leżące bez ładu przedmioty.

SPLOT nr 4/2017

Zapraszam – zrób to samemu Mikromeble to nie tylko przejaw zrozumienia dziecka, ale również zachęta do samodzielności. Maria Montessori szczególnie wspierała niezależność małego człowieka, aby sam wykonał daną czynność – bezpiecznie, mając możliwość skorzystania z pomocy dorosłego, ale samodzielnie. Rodzice zamiast walczyć z naturalnym instynktem dziecka do rozwijania swojej niezależności, mogą ją wspierać i stymulować, kreując odpowiednią przestrzeń. Brzmi nieco wydumanie, ale sprawa jest bardzo prosta – przygotujmy dom na przyjście małego człowieka, aby czynności adekwatne do wieku mogło lub przynajmniej spróbowało wykonać samemu. Mowa tu o odłożeniu wypranych skarpetek do szuflady, samodzielne wytarcie rąk po umyciu czy przyniesienie kurtki przed spacerem. Wielu rodziców inspirujących się metodą Montessori przygotowuje strefy w kuchni i łazience, które wspierają samodzielność malucha. Dostępne naczynia, nisko zawieszony ręcznik, ściereczka i miotełka, aby móc samemu posprzątać to nie wszystko, na co decydują się rodzice. Czasem sami tworzą szafkę-toaletkę z miejscem na miskę, aby dziecko mogło samo umyć ręce albo adaptują do tego celu… bidet. W kuchni nieocenionym meblem staje się kitchen helper, czyli stołek z barierką, na które dziecko może samodzielnie wejść, bezpiecznie stać bez ryzyka upadku i przyglądać się czy pomagać w czynnościach wykonywanych na blacie kuchennym. Wzbudzający wiele kontrowersji lub co najmniej zdziwienie, ale zdecydowanie zapraszający dziecko do samodzielności, jest materac bezpośrednio położony na podłodze lub na niskim stelażu zamiast standardowego łóżeczka. Jest on odpowiedni już dla kilkomiesięcznego dziecka, które wyrosło z koszyka czy kołyski. Zapewnia maluchowi swobodę, a karmiącej mamie wygodę, ponieważ w trakcie usypiania może położyć się i odpocząć. Najważniejszy jest jednak fakt, że to dziecko samo decyduje, kiedy położy się we własnym łóżku i kiedy z niego zejdzie. Po skończonej drzemce nie musi wołać rodziców, aby wyjęli je z łóżeczka. Niski materac nie tylko wspiera niezależność, ale rozwija motorykę dużą. To jedna z pierwszych przeszkód, na którą wspina się raczkujący maluch.


59

Rezygnując z łóżeczka na rzecz materaca, pozbywamy się gigantycznego – z perspektywy małego człowieka – mebla, które nie raz stanęło na jego drodze. Materac na ziemi może pełnić również miejsce do czytania książek. Ważne jest, aby jednak w tym miejscu nie wieszać lustra czy mobili, ponieważ łóżko ma być miejscem odpoczynku. Kiedy materac ma być wielofunkcyjny ze względu na brak innego miejsca do aktywności, pamiętajmy, aby zdejmować mobile czy lustro na czas drzemki, aby nie zaburzać naturalnego rytmu dziecka. Maluch, który ma dostęp do różnych przedmiotów, zabawek, pomocy samo wybiera sobie zajęcie. Uczy się decydować o sobie i podejmować decyzje. Już teraz kształtuje się jego osobowość, niezależność i pewność siebie, a rodzice mogą je w tym wspierać od pierwszych chwil. Nasz wspólny dom Dziecko z jednej strony jest pełnoprawnym członkiem rodziny, z drugiej zaś nie powinno dominować w domu. Rodzice, w szczególności, przy pierwszym

potomku, często popadają w tę skrajność, podporządkowując mieszkanie małemu człowiekowi. Czymś innym jest dostosowanie przestrzeni dorosłych do potrzeb dziecka, a zupełnie odmienną kwestią jest zawładnięcie przestrzenią dorosłych przez dziecko. W domu każdy powinien mieć swój niewielki kąt, w którym może pobyć samemu, odpocząć, skoncentrować się. Dla dziecka niech jego oazą i królestwem będzie własny pokój czy wyznaczona strefa w sypialni rodziców. Warto jednak, by najmłodszy członek rodziny znalazł również swoje miejsce w przestrzeni wspólnej – najczęściej jest to salon, w którym spożywamy posiłki, oglądamy telewizję czy czytamy książki. Może właśnie w pokoju dziennym uda się wyznaczyć strefę aktywności dla niemowlaka – mata, lustro do obserwacji, kilka zabawek? Dla starszaków dobrym pomysłem jest tablica manipulacyjna czy stolik, przy którym może jeść, ale również rysować, malować czy lepić z plasteliny. W wielu salonach widać obecność dzieci, a właściwie ich dominację poprzez chaos zabawek zajmujący www.splotbliskosci.pl


60 większą część przestrzeni wspólnej. Zgodnie z zasadami Montessori każdy członek rodziny jest ważny, dlatego nawet przy wymagającym niemowlaku czy absorbującym przedszkolaku nie można zapominać o samym sobie i komforcie pozostałych. Wspólny dom to także wspólne obowiązki. Włączanie malucha w przygotowywanie posiłków, zakupy czy sprzątanie jest dla niego cenną lekcją codzienności. Maria Montessori nazywała to nauką życia praktycznego. Traktowanie najmłodszych jako równych członków rodziny wymaga  zaznajamiania ich z codziennymi obowiązkami. Dzięki temu dziecko uczy się  porządku, odpowiedzialności i  dobrych nawyków  na przyszłość. Pranie czy zamiatanie podłogi szybciej wykonamy sami, ale wyręczanie dziecka we wszystkim to nie ochrona, ale wpajanie niezdrowego wygodnictwa. Nauka porządku i nabranie precyzji ruchów potrwają  jeszcze wiele lat, ale próby mogą podejmować

SPLOT nr 4/2017

już kilkunastomiesięczne maluchy. Dwulatek poradzi sobie z wytarciem rozlanej wody, jeżeli tylko udostępnimy mu ściereczkę czy gąbkę. Wspólne wycieranie kurzy, wieszanie prania czy prace w ogrodzie mogą być formą spędzenia czasu, nauki kolorów czy liczb, a przede wszystkim budującą pewność siebie lekcją. Aranżując przestrzeń zgodnie z metodą Montessori, należy pamiętać o naczelnej zasadzie, czyli bezpieczeństwie dziecka. Niech nie zabraknie zabezpieczeń do gniazdek czy ochraniaczy ostrych krawędzi mebli. W bezpiecznym domu dziecko może poczuć się w pełni swobodnie, dzięki czemu będzie chętnie odkrywać świat, rozwijać się i doskonalić. „W otoczeniu jest moc wychowawcza obecna dookoła, a wszyscy – dzieci i nauczyciel – mają w nim swój udział” M. Montessori, Odkrycie dziecka, Łódź 2014.


61

Wywiad ze specjalistą Wywiad z Anitą Janeczek-Romanowską, psychologiem dziecięcym

Anita od ponad 10 lat pracuje z rodzicami i ich dziećmi, praktykując rodzicielstwo bliskości i wychowanie w empatii. W czym może nam pomóc psycholog, jak radzić sobie ze stresem – między innymi na te pytania można znaleźć odpowiedzi w poniższym tekście. Zapraszam do lektury. Dominika Sokulska: Korzystanie z usług psychologa wzbudza w ludziach mieszane uczucia. Jak myślisz, skąd bierze się ta niechęć? Anita Janeczek-Romanowska: Mam wrażenie, że to się bardzo zmienia, widać to w ostatnich latach. Coraz więcej ludzi szuka wsparcia, coraz więcej nie ukrywa tego, że potrzebuje pomocy psychologa albo psychoterapeuty. Trochę chyba jest tak, że zaczęliśmy dostrzegać, że troska o psychikę jest tak samo ważna jak troska o ciało. Kiedy boli mnie gardło, plecy, głowa, szukam dla siebie pomocy. Tak samo dzieje się wtedy, kiedy doświadczam trudności z emocjami, stresem, codziennością. Mam wrażenie, że tam, gdzie jest niechęć do psychologa, często jest też jakaś obawa. Może przed odsłonięciem, może przed oceną, może przed tym, że sami przed sobą przyznamy, że już nie dajemy rady. Z usług psychologa korzystają ludzie z bardzo różną motywacją. Czasami są już u kresu, a czasami chcą się po prostu wygadać, sprawdzić, czy to, co robią np. służy ich relacjom z dziećmi. Myślę, że stajemy się coraz bardziej otwarci, coraz więcej w nas troski o samych siebie. Owszem, są osoby, dla których szukanie wsparcia jest czymś naruszającym, wstydliwym, czymś z kategorii „nikt obcy nie będzie mi wchodził butami w życie”. Mam jednak poczucie, że jest ich coraz mniej, a na pewno coraz więcej jest tych, które szukają wsparcia i nie jest to dla nich czymś wyjątkowym, czymś „wow”. D.S.: Możesz wyjaśnić naszym czytelnikom, kim właściwie jest psycholog? Jaki jest jego zakres kompetencji? W czym może nam pomóc i kiedy warto skorzystać z jego pomocy? A.J.-R.: Psycholog to absolwent psychologii, czyli 5-letnich studiów magisterskich, nie podyplomówki albo kursu online. Zakres kompetencji jest bardzo szeroki, zależny od tego, na czym się znamy, w czym się specjalizujemy. Od dzieci, rodzin, edukacji, pracy klinicznej, po biznes, marketing, negocjacje. Praca psychologów jest bardzo zróżnicowana – od diagnozy, przez konsultacje, warsztaty, szkolenia. Psycholog może mieć dodatkowo ukończoną szkołę psychoterapii i być psychoterapeutą. Wtedy dopiero ma kompetencje do prowadzenia terapii. Kiedy warto skorzystać z pomocy?

Dominika Sokulska W SPLOT konsultant merytoryczny ds. chustonoszenia, gospodyni 2 rubryk: wywiadu ze specjalistą i analizy wiązania. Kobieta orkiestra, o tysiącu zainteresowań i pomysłów. Zawodowo dyrektor w firmie konsultingowej, ekspert od pozyskiwania funduszy unijnych, trener i szkoleniowiec z wieloletnim doświadczeniem. Aktywistka działająca na rzecz lokalnych społeczności, od lat związana ze środowiskiem NGO, członek zarządu Stowarzyszenia Ekologicznego Eko-Unia, Prezes Fundacji Eduplanet. Miłość do chustowania pojawiła się u niej wraz narodzinami dziecka, dzięki czemu została Certyfikowanym Doradcą Noszenia ClauWi. Jako FRRU doradca chustowy działa głównie na terenie Wrocławia i okolic. Jej chustowe poczynania możecie śledzić na FB na profilu @frrudoradca.

www.splotbliskosci.pl


62 biologiczne właściwości, np. cechy temperamentu, niektóre zdolności psychiczne. Nie jest tak, że mamy jeden do jednego psychikę mamy albo taty, bo oprócz genów znaczenie ma wiele innych czynników, np. nasze otoczenie, kultura, doświadczenia, wzorce reagowania i dużo, dużo więcej. D.S.: Zwykło się mawiać, że najważniejszym okresem dla rozwoju psychiki dziecka jest okres do 3. roku życia. Dlaczego tak jest?

D.S.: „Jaka matka taka córka. Jaki ojciec, taki syn”. Cechy zewnętrzne, wygląd, częściowo dziedziczymy po przodkach, a jak jest z psychiką?

A. J.-R.: Owszem, jest to bardzo ważny czas, ale już wiemy, że nie jakiś determinujący. To nie jest tak, że jak coś wydarzy do 3. roku życia to mamy gwarantowany sukces albo porażkę. Podobnie wtedy, kiedy to „coś” się nie wydarzy. Faktem jest, że przeżycia z dzieciństwa są dla nas bardzo ważne. Chodzi tutaj o doświadczenia bliskości, bycia ważnym, branym pod uwagę. Sytuacje, w których ktoś się o nas troszczy, reaguje na komunikaty, w tym na płacz, widzi nasze potrzeby, wspiera, kiedy doświadczamy trudności. To wszystko nas buduje, umacnia. To wszystko jest dla nas taką informacją zwrotną, na bazie której każdy człowiek jako dziecko buduje obraz siebie, opiekunów, ludzi, świata. To szalenie istotny czas, w którym dotyk i dostępność emocjonalna potrafią zdziałać cuda. Ważne jest jednak, żeby pamiętać, że to jest czas, w którym czasem nie bywa idealnie i nie mam tu na myśli sytuacji skrajnych, zaniedbania albo trudnych losowo. Mówiąc o tym, że nie bywa idealnie mam na myśli to, żeby sobie nie dokładać jakiegoś wyzwania, poczucia winy, czegoś takiego, że „moje dziecko ma teraz najważniejszy czas w życiu, nie mogę nic zepsuć”. Warto pamiętać, że kilkoma porażkami „nic” się nie zepsuje, że rodzicielstwo to rozwój, zmiana, proces. Nawet jeśli nie śpimy z dzieckiem, nie karmimy piersią, nie nosimy, to nie psujemy mu życia, nie odbieramy mu szans. Lubię myśleć o tym, że ludzie wybierają najlepsze spośród tego, co mają dostępne. Czasem będzie to długa, rozwijająca zabawa, innym razem wspólne oglądanie bajek. Ostatecznie ważny jest klimat, atmosfera, to, co jest w naszej relacji, co dla nas ważne. Bilans ciepła, zaufania i miłości nie zmieni kilka porażek, jeśli wiemy, co dla nas ważne i chcemy o to się troszczyć.

A.J.-R.: To złożony temat, frapuje badaczy i teoretyków od lat i na pewno nie uda się podać odpowiedzi zero–jedynkowej. W genach dajemy dzieciom różne

D.S.: Ważne jest to, by od pierwszych dni otoczyć dzieci miłością i poczuciem bezpieczeństwa. Czy stosowanie techniki „wypłakiwania” (pozostawiania dziecko same-

Anita Janeczek Romanowska

Zdjęcie wykonała: Joanna Szpak-Ostachowska

Chyba najprościej będzie odpowiedzieć – kiedy czujemy taką potrzebę. Kiedy chcemy otrzymać wsparcie, ale tutaj warto pamiętać, że to nie jest ta przysłowiowa ryba, ale zdecydowanie wędka. Psycholog nie powie nam, jak mamy żyć, co robić, czego nie. On raczej może nam towarzyszyć w tych dylematach, wyborach, decyzjach. Pomagać przez nie przejść, poradzić sobie z czymś. Odpowiedzialność jest jednak zawsze po stronie klienta, ile i co z tych spotkań weźmie. Czy to, co mówi psycholog jest mu bliskie czy niekoniecznie. Czy chce to spróbować wcielić w życie czy nie. Trochę jest więc tak, że my towarzyszymy, ale nie podejmujemy decyzji, nie dajemy instrukcji na życie.

SPLOT nr 4/2017


63 mu sobie, by się nauczyło „radzić” z sytuacją) powinno mieć rację bytu? Jak płacz i stres działają na mózg małego człowieka? A.J.-R.: Napisałam kiedyś o tym obszerny artykuł na mojej stronie bycblizej.pl. Nie lubię mówić o tym w kategoriach racji bytu, czegoś dobrego albo złego. Pewnie byłoby idealnie, gdyby jak najmniej dzieci doświadczało takich reakcji, kiedy jest im trudno. Niestety metoda ta została rodzicom polecona przez specjalistów, a rodzice często ufają specjalistom bezkrytycznie. Część z rodziców ma mętlik, bo przecież jedni mówią, że tak, ma się wypłakać, a inni, że nie, nigdy. Często też nie znają innych metod, ta jest im dostępna. Czasem sięgają po nią, jeśli są umęczeni, brakuje im wsparcia, są 1:1 z dzieckiem, co nie jest sytuacją naturalną, chociaż bardzo powszechną. Wiemy już na pewno, że płacz jest komunikatem, że dzieci poprzez płacz o czymś dają nam znać. Może im zimno, może gorąco, może tęsknią, a może mają nadmiar wrażeń, bodźców, ludzi. Może jest im po prostu trudno i tym płaczem wysyłają do nas komunikat. Pomaga im więc to, jak ktoś ten płacz usłyszy, dostrzeże, zaopiekuje, utuli. Wypłakiwanie to tak naprawdę pozostawianie „radź sobie sam”, abstrahując już od hormonów stresu i tego, co dzieje się w mózgu, jest to po prostu taki rodzaj reakcji, jakiej chyba nikt z nas by nie chciał od najbliższych osób. Kiedy jest nam trudno, potrzebujemy wsparcia, a nie bycia wygonionym do kuchni, żeby sobie coś przemyśleć. Wyobrażam sobie, że ktoś bliski mówi do mnie: „Idź, popłacz sobie i wróć, jak się uspokoisz. Będziesz tam tyle, ile masz lat, czyli 33 minuty”. Matko, jakie to byłoby męczące! Ludzie, a przede wszystkim dzieci, potrzebują drugiej osoby, żeby regulować swoje emocje. To się nie dzieje w samotności i cierpieniu, nawet jeśli pozornie tak nam się wydaje, że dziecko coś wtedy „przemyśli i zrozumie”. Nie, to tak po prostu nie działa i tutaj odeślę czytelników do tego artykułu na mojej stronie, bo tam napisałam o tym od tej naukowej strony. D.S.: Skoro przeszliśmy już do stresu, podpowiedz proszę, jak radzić sobie z sytuacjami, które niewątpliwie ten stres powodują. A.J.-R.: Stres jest częścią życia i trochę jest tak, że często nawet nie wiemy, co jest stresorem, czyli co

ów stres wyzwala. To nie muszą być rzeczy wielkie, zarówno dla dzieci, jak i dla nas. Czasem wystarczy mi taka kombinacja – biegnę na tramwaj, a chcę jeszcze doładować kartę miejską. W trakcie, kiedy czekam na smsa z kodem do aktywacji, przychodzi mi kilka powiadomień z facebooka, w tym dwa od koleżanek, które mówią, że nie odzywam się od dawna i co ze mnie za znajoma. Nie mogę odczytać hasła, bo te powiadomienia wyskakują mi co chwilę na ekran. Mija czas, hasło się przedawnia itd. itd. Czuję już w ciele, że jest mi źle. Wali serce, mam zawroty głowy, pocą mi się dłonie. Dostaję od mojego organizmu sygnał – mobilizacja! Stresu mamy wokół siebie dużo, pewien jego poziom nawet nas mobilizuje, ale kiedy jest go za dużo, trudno nam działać. Pomocne bywa rozpoznawania stresorów, ale też nauka regulowania tego stresu. To znowu obszerny kawał wiedzy. To, co wiemy i o czym coraz częściej się mówi to to, żeby o siebie dbać, cokolwiek to znaczy. Żeby ten bak zalewać na bieżąco (rozmową, kawą, spacerem, ciszą w łazience przez 10 minut albo czymś „większym” – wsparciem grupy, czasem też terapią), bo jak wjedziemy na rezerwę, to wtedy bardzo trudno o siebie zadbać i trzeba nalać więcej, może nawet innej jakości, niż byłoby to na bieżąco. D.S.: Co zatem zrobić, żeby sobie nalać, a co na tej rezerwie? A.J.-R.: Przede wszystkim warto pamiętać o równowadze potrzeb. I to nie jest frazes. Równowaga nie oznacza przy tym, że wszystkie potrzeby są zaspokojone, ale wszystkie są usłyszane, pochylamy się nad nimi, bierzemy pod uwagę. Różne są koncepcje, które mówią o stresie i czynnikach stresujących w życiu dzieci, ale większość z nich wskazuje na to, że te stresory mogą mieć szeroki charakter, od biologicznych (głód, niewyspanie, przebodźcowanie itp., które szybko prowadzą do rozdrażnienia), po emocjonalne, społeczne i kilka innych. Jeśli w każdym z tych obszarów rozpoznamy potrzeby nasze, dziecka i będziemy szukać strategii, żeby o te potrzeby zadbać, zwiększamy swoje szanse na to, że tego stresu będzie mniej. Może być też tak, że nie będzie go mniej, ale my będziemy w nim na tyle „zadbani”, na tyle naładowani tym, co zaspokojone, że nie będzie on dla nas przytłaczający. Wiemy też o stresie to, że jeśli jego poziom jest zbyt wysoki, to trudno nam uczyć się nowych rzeczy. Często ktoś mówi nam w stresie „poodychaj” albo „policz www.splotbliskosci.pl


64 do 10”. I my też mówimy podobne rzeczy dzieciom – „potup sobie”/„uderz w poduszkę”. Jak jestem w dużym napięciu, a są to dla mnie jakieś nowe, nieznane mi, niestosowane przeze mnie pomysły, to one są trochę jak kulą w płot. Ba, jest nawet ryzyko, że mnie zdenerwują jeszcze bardziej. Wyobrażam sobie, że dzień po odebraniu prawka wjeżdżam na największe i najtrudniejsze skrzyżowanie w mieście i coś idzie nie tak. Wszyscy na mnie trąbią, jest korek, hałas, wyzwiska. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział o oddychaniu, to chyba by mi to nie pomogło. Nieco inaczej jest, kiedy my to oddychanie, pracę z ciałem, skanowanie i inne metody ćwiczymy „na sucho”. Używając metafory samochodowej, to byłby taki plac manewrowy. Jak sobie wiele razy poćwiczę, to mi się to automatyzuje. Wchodzi mi po części „w krew”, staje się dla mnie bardziej dostępne i jest większe prawdopodobieństwo, że skorzystam z tego w stresie. Tak samo jest z dziećmi. Rodzice często mówią, że jak dziecko jest zdenerwowane to ono nie chce tupać, skakać albo rysować złości. Kto by chciał, jeśli tego nie robi „na sucho”? Jeśli nie widzi tego jako czegoś bezpiecznego, znanego, wspierającego? Chcąc wspierać dzieci w regulacji napięcia, możemy zatem część pracy wykonać wtedy, kiedy owego napięcia nie ma albo jest go bardzo mało. Kiedy ogień już wybucha, kiedy jesteśmy na tym emocjonalnym skrzyżowaniu, pomaga zwykle empatia i wsparcie, obecność. Nie rady, wskazówki, wypominanie, wyolbrzymianie i wszystko to, z czego często korzystamy, kiedy my się stresujemy albo nasze dzieci. D.S.: Czy stres może powodować reakcje psychosomatyczne? Jeśli tak, jakie? A.J.-R.: Tak, są dzieci, są dorośli, którzy mają takie fizyczne objawy stresu, przeciążenia, napięcia. Czasem jest to pobudzenie, rodzaj niepokoju, który czuć w ciele, który nas nosi. Dzieci sięgają wtedy po różne strategie, żeby się tego napięcia pozbyć, np. gryzą palce, ślinią rękawy. Jeśli popatrzymy na to, jak na strategię regulacji, to możemy im przyznać, że przynajmniej coś z tym napięciem robią, nie tłumią go w sobie. To trudne, żeby tak na to patrzeć, a nie obawiać się, że dziecko zje te paznokcie do końca, a do osiemnastki będzie ssać palec. Czasem takim objawem stresu są różne bóle – głowy, brzucha, wymioty, zawroty głowy. Czasem jest też tak, że idziemy w stresie w pewne zamrożenie, następuje taka blokaSPLOT nr 4/2017

da energii. U małych dzieci mogą wówczas pojawiać się bezdechy, a u przedszkolaków i starszych swoiste zamknięcie w sobie. Jest ono bardzo często niepozorne, a dziecko z boku wygląda na… współpracujące, spokojne, „grzeczne”. Tymczasem ono może być w tak silnym stresie, że jest nim po prostu sparaliżowane, zastyga w nim i tak trwa. D.S.: Jakie sygnały powinny skłonić rodziców do szukania pomocy u psychologa? A.J.-R.: Kiedy rodzice czują niepokój, niepewność, osamotnienie. Kiedy potrzebują wsparcia, zrozumienia, jasności, łatwości, ale też empatii. Różne emocje i różne potrzeby mogą nas skłaniać do skorzystania ze wsparcia specjalisty. Czasem jest to coś naszego, rodzicielskiego. Bo trudno, bo mamy dosyć, za dużo, za ciężko, za samotnie. Czasem nie czujemy się pewnie, nie jesteśmy zdecydowani, nie wiemy, kto ma rację i jakich porad słuchać. Innym razem może być to coś, co dzieje się u dziecka, jakaś trudność, doświadczenia, coś, co nas niepokoi, np. w rozwoju, radzeniu sobie w konkretnej sytuacji. Generalnie myślę o tym tak, że jeśli czujemy, że chcemy jakoś podnieść swoją jakość życia, jeśli czujemy, że da się i chcemy coś z nią zrobić, to właśnie wtedy można udać się do specjalisty. Podobnie jest z jakością życia naszych dzieci. Zdarza się, że widzimy u nich coś, co przypomina im nas – „ja też taka byłam/też tak miałam”. Takie obserwacje pomagają z jednej strony szukać wsparcia („chcę mu pomóc, bo wiem jak to utrudnia życie”) ale też z niego rezygnować („z tym da się żyć, ja dałam radę”). Zdarza się, że widzimy, że dziecko ma z czymś trudność, reaguje mocniej, słabiej, po prostu inaczej niż inne dzieci i chcemy sprawdzić, skąd to się bierze. Bywa też tak, że coś się dzieje, coś nas w życiu zaskakuje, coś się zmienia i chcemy w tym o te nasze dzieci zadbać. Gdybym miała skrótowo powiedzieć, co może nas skłonić do szukania wsparcia u psychologa, to chyba właśnie to, o co chcemy w ten sposób zadbać. O jakąś naszą albo dziecięcą potrzebę. Wówczas konsultacja ze specjalistą może być jedną ze strategii na zaspokojenie tych potrzeb albo podpowiedzią, gdzie owych strategii można szukać. D.S.: Dziękuję za rozmowę.


65

ZAMOTANA SESJA Fotograf - Elżbieta Bednarek Nosidła - Zaffiro

www.splotbliskosci.pl


66

Nosidło - Zaffiro EMBRACE Melange Grey

SPLOT nr 4/2017


67

www.splotbliskosci.pl


68

Nosidło - Zaffiro CARE graphite

Nosidła - Zaffiro: CARE blue zigzag SPLOT nr 4/2017 EMBRACE melange grey


Nosidła - Zaffiro: CARE blue zigzag EMBRACE melange grey

www.splotbliskosci.pl

69


70

Nosidła - Zaffiro: SMART toddler CARE blue zigzag SPLOTgrey nr EMBRACE melange

4/2017


Nosidła - Zaffiro: CARE blue zigzag

www.splotbliskosci.pl

71


72

Nosidła - Zaffiro: SMART toddler SMART EMBRACE melange pink

Nosidło - Zaffiro SMART Toddler

SPLOT nr 4/2017


Nosidło - Zaffiro EMBRACE melange pink

73

www.splotbliskosci.pl


74

SPLOT nr 4/2017


Nosidła - Zaffiro: SMART EMBRACE melange pink

www.splotbliskosci.pl

75


76

Noszenie dookoła świata: Chiny Rodzime nosidło – Mei Tai

Aleksandra Kramkowska Mama Tadeusza i narzeczona mężczyzny, którego drugą miłością są motory. Z wykształcenia dziennikarka i specjalistka od komunikacji społecznej. Swoją pasję do pisania realizuje na autorskim blogu Brzuchacze. Jest zdecydowaną zwolenniczką rodzicielstwa bliskości i długiego karmienia piersią, a także aktywnym członkiem grupy chustowej. Na co dzień pochłania ją macierzyństwo i prowadzenie domu, taki zawód – house manager! Stara się być świadomym rodzicem, który stale rozwija się i poszukuje optymalnych metod wychowania. Poza tym kocha kolor różowy, kryminały Harlana Cobena i kawę, a odkurzanie ją relaksuje!

SPLOT nr 4/2017

Noszenie, znane na całym świecie od zarania dziejów, było popularną praktyką również w Chinach. Tradycyjne chińskie nosidło to Mei Tai, czyli kwadratowy lub prostokątny kawałek materiału, do którego górnych i dolnych krawędzi przyszyte są cztery pasy służące mocowaniu dziecka na brzuchu lub plecach rodzica. Chińskie nosidła zyskały popularność w innych częściach świata, również w Europie. Istnieje wiele rodzajów nosideł, dla których chiński pierwowzór stał się inspiracją, jednak poszczególne modele różnią się między sobą, m.in. szerokością pasów, dodatkowymi wypełnieniami panelu czy samym jego formatem. Noszenie w Chinach, podobnie jak w innych krajach, zrodziło się z koczowniczego trybu życia, potrzeby dorosłych członków grupy do bycia w ruchu, zdobywania pożywienia, wykonywania pracy fizycznej czy poszukiwania bezpiecznego schronienia dla rodziny. Nie mogąc zostawić potomstwa bez opieki, Chińczycy zabierali dzieci ze sobą praktycznie wszędzie, nosząc je blisko swojego ciała. Tradycyjne chińskie nosidło, czyli Mei Tai, znane również jako Meh Dai/Bei Dai to najbardziej znane, rodzime nosidło w Chińskiej Republice Ludowej. Obok japońskiego Onbuhimo czy koreańskiego Podaegi to jedno z azjatyckich nosideł, które umożliwiało rodzicom noszenie potomstwa, a popularnością cieszy się do czasów współczesnych. Korzystają z niego nie tylko rodowici mieszkańcy Chin, ale również inne narodowości. W latach 60. Mei Tai zyskało zainteresowanie w Australii, bliżej XX wieku wieść o nim powędrowała za ocean i został doceniony w innych częściach globu. Niektóre amerykańskie firmy zaczęły produkować tego typu nosidła z niemałym sukcesem. Stąd wzięło się wiele odmian nosideł typu Mei Tai, których sposób użytkowania nie różnią się wiele od chińskiego pierwowzoru, jednak znaleźć można je pod zupełnie innymi nazwami niż oryginał, czego przyczyny można upatrywać w tym, że języki takie jak mandaryński czy kantoński obowiązujące w Chinach były problematyczne dla innych narodowości, m.in. anglojęzycznych. Ostatecznie kompromisem dla różnorodnego nazewnictwa na całym świecie jest określenie „nosidło typu mei tai” – różnic pomiędzy modelami nosideł, pochodzącymi od różnych producentów należy doszukiwać się zarówno w nazwie, jak i samym produkcie, m.in. niektóre nosidła tego typu bywają dwustronne, inne posiadają dodatkową kieszonkę na drobiazgi, a jeszcze inne mają dodatkowo wyściełane pasy czy kaptur. Należy jednak pamiętać, że wszystkie nosidła tego typu mają swoje korzenie właśnie w Chinach.


77 Mei Tai – co to takiego? Nosidło Mei Tai składa się z kwadratowego lub prostokątnego kawałka materiału, do którego krawędzi przymocowane są cztery pasy służące do przywiązania nosidła wraz z dzieckiem do osoby noszącej. Dolne pasy (czasem bywają krótsze) zawiązuje się w talii – w zależności od tego, czy dziecko umieszczone jest z przodu czy na plecach rodzica – węzeł powinien być zrobiony na plecach lub brzuchu osoby noszącej, po przeciwnej stronie niż dziecko. Jeśli dziecko umiejscowione jest z przodu rodzica, wówczas górne pasy przechodzą nad ramionami rodzica, krzyżują się na jego plecach, a następnie pod pachami zostają ponownie poprowadzone w stronę dziecka, skrzyżowane pod jego pupą, by zapewnić bezpieczeństwo, i supłane są na plecach rodzica. Dla odmiany – jeśli dziecko ma być noszone na plecach, wówczas pasy na ramionach rodzica układają się jak w plecaku, krzyżują pod pupą dziecka, a następnie prowadzone są do przodu, gdzie zawiązany zostaje supeł. To obecnie rekomendowany sposób korzystania z Mei Tai, ale dawniej pasy również krzyżowały się na piersiach, kiedy dziecko noszone było na plecach, jednak nie było to najwygodniejsze rozwiązanie. Miękki panel dopasowuje się do dziecka, pozwala lepiej zachować i zadbać o jego pozycję w nosidle. Obecnie nosidła, które znane są jako „typu mei tai” są szyte głównie z bawełnianej tkaniny, bawełny z domieszkami lub sztruksu, panel jest szerszy i dłuższy niż pierwotnie, a pasy mają różne szerokości, zdarza się nawet, że górna część panelu bywa dodatkowo wypełniona, by była miękka dla dziecka. Mają one również bardziej zaokrągloną górną krawędź panelu. W Mei Tai noszą zarówno rodzice, jak i dziadkowie, a także starsze rodzeństwo. W Chinach widok noszonego dziecka to nic nadzwyczajnego, mało kto korzysta z wózków, szczególnie w regionach wiejskich, za to noszenie wydaje się tradycją.

mi szczęścia, długiego życia, dobrobytu. Dla każdego dziecka nosidło przygotowywane było specjalnie z myślą o nim, szykowane miesiącami. Ozdobione różnymi motywami i kolorami, które miały przynieść szczęście i chronić małego człowieka. Różnice między nosidłami wynikały z płci, wieku czy statusu społecznego. Wiele z tych nosideł było dziełami sztuki – piękne wzory, luksusowe tkaniny, bardzo staranna praca włożona w jego przygotowanie. Sztuka szycia symbolicznych nosideł powoli ustąpiła miejsca produkcji masowej, a także chałupnictwu i sprzedaży internetowej. Sprzedawcy prześcigali się w projektowaniu wzorów, Mei Tai z czasem ewoluowało, ponieważ producenci chcieli nadawać im indywidualne, charakterystyczne cechy. Nie oznacza to, że w Chinach

Nosidła chińskie – tradycja i symbolika Dawniej nosidło miało w pewnym sensie wymiar symboliczny – zazwyczaj młodej dziewczynie, która spodziewała się dziecka, ofiarowywała je babka od strony matki lub matka. Tradycyjne Mei Tai było wyhaftowane wieloma symbolawww.splotbliskosci.pl


78 zupełnie wymarła tradycja ręcznego szycia i przygotowywania symbolicznych Mei Tai, jednak rozwój technologiczny znacząco wpłynął na postrzeganie wartości tego typu nosideł. Nie tylko użyteczne, ale… piękne! Myśląc o Chinach, warto również zwrócić uwagę na nosidło Hmong, używane głównie przez grupę etniczną Hmong, odłam ludu Miao, która zamieszkuje górzyste regiony Azji Południowo-Wschodniej, a także południowe Chiny. Bardzo często Hmong opisywane jest jako nosidło pochodzące z Korei, ponieważ swoim kształtem przypomina koreańskie Podaegi, czyli prostokątny kawałek materiału z jednym długim pasem do wiązania, przy czym motanie każdego z nich wygląda zupełnie inaczej. Nosidła Hmong widoczne na fotografiach ludności Hmong są wiązane w sposób, który pozwala rozłożyć ciężar dziecka na barkach rodzica, tj. pasy nie przechodzą pod pachami osoby noszącej jak w przypadku klasycznego wiązania Podaegi, ale na jego ramionach. W związku z tym, że Hmong pochodzi od ludu Hmong i używany jest przede wszystkim w Azji Południowo-Wschodniej, zostanie wspomniany w ramach nosideł chińskich. Na nosidłach Hmong widoczne są misternie haftowane wzory, które mają stanowić symboliczną ochronę dziecka przed złymi duchami. Kobiety Hmong są doskonałymi twórczyniami tekstyliów, a sztuka włókiennicza jest im bardzo bliska, przeka-

zywana z pokolenia na pokolenie. Haft jest symbolem kobiecości w etnicznym plemieniu, więc kobiety często na długo przed zamążpójściem czy urodzeniem dziecka szyją ślubne szaty oraz nosidła, a także czapki, chustki czy buty dziecięce. Ważne jest nie tylko samo haftowanie, ale cały proces hodowli jedwabników, produkcji jedwabiu, robienia patchworku (metoda zszywania małych kawałków materiału w większą całość), a także farbowanie tkanin czy sam projekt. Młode kobiety, ucząc się hafciarstwa od najmłodszych lat, zdobywają status społeczny, ukazują się innym jako pracowite i inteligentne niewiasty, a więc dobry materiał na żony. Każdy ścieg oraz nić haftu w wykonanym przez nią nosidle są wyrazem jej miłości do potomka, serca włożonego w stworzenie dla niego wyjątkowego nosidła, dzięki któremu będzie mógł być blisko rodzica. Na przestrzeni wieków do Chin na skutek migracji ludności dotarły chusty i nosidła pochodzące z innych części świata, a Mei Tai przestał być jedynym popularnym nosidłem w Chińskiej Republice Ludowej. Obecnie Chińczycy noszą w różnorodnych nosidłach i chustach w zależności od upodobań, nie zapominając jednak o rodzimym Mei Tai.

Subiektywne spojrzenie na macierzyństwo, które nie zawsze jest słodkie jak wata cukrowa. zapraszam, Aleksandra Kramkowska /brzuchacze

SPLOT nr 4/2017

@brzuchacze

www.brzuchacze.blogspot.com


79

Parę słów o rodzicielskim strachu czyli fotelik, miłość i ja

Przygotowuję się do właśnie do prowadzenia obozu dla rodziców, którego tematem przewodnim będą nasze rodzicielskie lęki. Dzięki temu ostatnio jest to drugi po przekonaniach ważny temat w mojej głowie. Odkryłem, jak często potrafimy działać z pozycji strachu, a to nie jest rozwiązanie, które polecam. Mam coraz większe wrażenie, że strach stał się głównym narzędziem wpływu na innych w dzisiejszym społeczeństwie. Jest to jeden z powodów, dla których całkowicie porzuciłem oglądanie telewizji i czytanie prasy. Nie chcę podejmować swoich rodzicielskich decyzji przede wszystkim z perspektywy czyhającego zagrożenia. Odczułem to ostatnio mocno, gdy okazało się, że znajomy niechcący popsuł fotelik do jazdy samochodem mojego małego synka. Musieliśmy w ciągu bardzo krótkiego czasu kupić mu nowy. Znaleźliśmy taki, w którym pasowało nam prawie wszystko. To „prawie” to kierunek jazdy, bo te, w których dziecko jest tyłem, uchodzą za najbezpieczniejsze. Jednakże poza czasem ważny był dla nas aspekt finansowy i nie było nas zwyczajnie stać na fotelik typu RWF. I wtedy wśród zalania wyrzutami sumienia, że kupuję bubel, oszczędzam na dziecku i innych podobnie oceniających samego siebie komunikatów wybrzmiała myśl – „Nie chcę dokonywać tego zakupu przy założeniu, że będziemy mieli wypadek”. Bo to nie jest miejsce, z którego chcę działać. Ta myśl mi bardzo pomogła, udało mi się wyłączyć krytyczne oceny w stosunku do siebie. I była mega prawdziwa, bo nie chcę! Nie chcę widzieć sytuacji przez pryzmat najgorszego możliwego rozwiązania. Ale to nie jest łatwe, z domu wyniosłem pewien wzorzec miłości, który wyglądał: kochasz, czyli się martwisz. I to jest we mnie bardzo żywe. Za każdym razem, gdy moja Marta jest gdzieś z dziećmi beze mnie i dzwoni, to przelatuje mi przez głowę myśl, że może coś złego się stało. Jednak postanowiłem mówić tej myśli: „Usłyszałem, przyjmuję, ale nie chcę cię brać pod uwagę, bo oszaleję”. Nie walczę z nią, nie zagłuszam, bo to jest też część mnie. Ten strach jest jakąś informacją, ode mnie do mnie. W tym wypadku mówi mi, że bardzo zależy mi na moich bliskich i nie chcę, żeby coś im się stało. I staram się „obrać” to uczucie lęku, docierając do tego co jest pod spodem, czyli w tym wypadku troski o ich życie. I chwytam się tej myśli. Bo chcę współdziałać z różnymi aspektami siebie, ze strachem też. Chcę wziąć go za rękę i iść z nim przez życie, zamiast odcinać się od niego. Bo ten strach to też jestem ja. I wierzę głęboko, że odwaga to nie jest działanie bez strachu, tylko działanie pomimo strachu. I tak właśnie chcę działać, przyjmując swój strach, ale nie dając mu się ponieść. Tak by działać z miejsca miłości, nie z miejsca obawy.

Tomek Sadzewicz Tata, partner, trener. Certfikowany trener Family-Lab Polska oraz absolwent szkolenia Rodzicielstwo Bliskości dla profesjonalistów. Prowadzi warsztaty rozwojowe metodą Horse Assisted Education, w których partnerują mu konie. W ramach inicjatywy „Pasikonie” współorganizuje i współprowadzi obozy rodzinne. Pisze bloga „Bliskościowy Ninja”. Jego głównym założeniem jest propagowanie idei Rodzicielstwa Bliskości i inspirowanie rodziców do szukania swojej drogi w budowaniu relacji z dziećmi. Prywatnie miłośnik pielęgnowania swojego wewnętrznego dziecka, komiksu superbohaterskiego i kociej natury.

www.splotbliskosci.pl


80

Długie karmienie piersią czyli naturalna odpowiedź na dziecięce potrzeby

Aleksandra Kramkowska Mama Tadeusza i narzeczona mężczyzny, którego drugą miłością są motory. Z wykształcenia dziennikarka i specjalistka od komunikacji społecznej. Swoją pasję do pisania realizuje na autorskim blogu Brzuchacze. Jest zdecydowaną zwolenniczką rodzicielstwa bliskości i długiego karmienia piersią, a także aktywnym członkiem grupy chustowej. Na co dzień pochłania ją macierzyństwo i prowadzenie domu, taki zawód – house manager! Stara się być świadomym rodzicem, który stale rozwija się i poszukuje optymalnych metod wychowania. Poza tym kocha kolor różowy, kryminały Harlana Cobena i kawę, a odkurzanie ją relaksuje!

Śmiało można powiedzieć, że jest długodystansowcem. Karmiła naturalnie prawie do ukończenia przez córkę 6. roku życia. Nie raz zmuszona była wysłuchiwać krytyki na temat długiego karmienia piersią i wielokrotnie próbowała obalać mity na temat mleka, które rzekomo nie ma żadnych wartości. O kim mowa? O Sylwii Dziechciarz-Moskot, kobiecie, która słuchała głosu serca i kierowała się intuicją. Zaufała sobie, córce i naturze… Aleksandra Kramkowska: Karmiła pani córkę prawie 6 lat, do samoodstawienia? Sylwia Dziechciarz-Moskot: Tak, tak jak sobie to wyobrażałam do samoodstawienia, czyli dokładnie 5 lat i 10 miesięcy. A.K.: Jak zakończyła się ta droga mleczna? S.D-M.: Karmienia stawały się coraz rzadsze, córka sporadycznie upominała się o pierś. Przez ostatni rok przystawiała się do piersi raz dziennie i na noc do spania. W ciągu dnia tylko w wyjątkowych sytuacjach, gdy potrzebowała wyciszenia np. w trakcie płaczu lub po nim albo w czasie choroby. Przełom nastąpił, gdy zaczęły wypadać jej mleczne zęby, szczególnie górne, wtedy córka robiła sobie parodniowe przerwy od piersi. Mówiła, że źle jej ssać. Ja widziałam po niej i czułam, że odruch ssania zaczyna zanikać. Kiedyś przed zaśnięciem, gdy leżała wtulona we mnie, powiedziała, że nie będzie już ssać, bo jej źle, ale jak jej zęby urosną to ona do tego wróci. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że to już będzie niemożliwe, że ja już nie będę miała mleka, a ona po tak długiej przerwie nie będzie umiała ssać. Porozmawiałyśmy i ustaliłyśmy, że w tym przypadku wybierzemy sobie dzień (12 sierpnia wypadało równe 70 miesięcy karmienia piersią), w którym po raz ostatni będzie przy piersi, zrobimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zapiszemy tę datę w kalendarzu. Zgodziła się. Od tej pory usypia wtulona do mnie z rączką na piersiach. Tak właśnie sobie wyobrażałam samoodstawienie tzn. spokojne, bez płaczu, bez nerwów, bez oduczania na siłę. A.K.: Kiedy pojawiła się decyzja o długim kamieniu piersią (DKP), w trakcie karmienia czy już w czasie ciąży albo jeszcze przed nią wiedziała pani, że będzie karmiła długo? S.D-M.: Decyzja o DKP wyszła spontanicznie w trakcie karmienia. Nie planowałam tego, wszystko potoczyło się naturalnie jako odpowiedź na potrzeby córki. Oczywiście już od dawna, jeszcze przed narodzinami Leny marzyłam o tym i wiedziałam, że swoje dziecko będę karmiła naturalnie. Pamiętam, że gdy córka skończyła rok

SPLOT nr 4/2017


81 to postawiłam sobie taką granicę – będę karmiła piersią do dwóch lat, a potem odstawię. W tym czasie trafiłam na forum matek długo karmiących, przeczytałam sporo artykułów na temat korzyści płynących z DKP, wymieniałam się z nimi wiedzą, doświadczeniem. Najważniejsze dla mnie było to, że wiedziałam co daje córce pierś, jak wpływa na nią pozytywnie – to było dla niej nie tylko pożywieniem, ale zaspokajało jej potrzebę bliskości, czułości, dawało poczucie bezpieczeństwa. Jestem zwolenniczką wychowania w duchu rodzicielstwa bliskości, a DKP doskonale wpisywało się w obraną przeze mnie drogę wychowawczą. Podobnie było z noszeniem w nosidle ergonomicznym – pozwalało nam ono realizować potrzebę bliskości. Postanowiłam więc, że nie ma mowy o odstawianiu od piersi na siłę. Miałabym zabrać córce moje mleko i czułość tylko dlatego, że znalazły się osoby, które uważały, że to chore czy zboczone? Przecież dla dziecka najlepsze jest mleko matki, a z chwilą odstawienia musiałabym zastąpić jej moje mleko mlekiem modyfikowanym lub zwierzęcym. Dowiedziałam się też, że w drugim roku laktacji moje mleko zawiera dużo przeciwciał, ponieważ w tym okresie wzrasta

poziom immunoglobulin w mleku matki, stąd dziecko w tym okresie „cofa się do okresu niemowlęcego” jeśli chodzi o częstotliwość ssania. U nas dokładnie tak było, córka około 2. roku życia potrafiła upominać się o pierś co godzinę i trwało to parę miesięcy, potem się uspokoiło. Natura i dziecko wiedzą co robić (śmiech). Zaufałam córce, swojej intuicji i dzięki temu podjęłam decyzję o nie odstawianiu córki od piersi. A.K.: Podczas drogi mlecznej zdarzały się problemy? S.D-M.: Początek był trudny, ponieważ córka nie mogła chwycić piersi, a ja nie mogłam sobie poradzić z prawidłowym przystawieniem. Denerwowałyśmy się obie, ona płakała głodna, więc w szpitalu dostała mleko modyfikowane (MM). Nie poddawałam się, ponieważ wiedziałam, że butelka może zaburzyć ssanie i w związku z tym moją laktację – cały czas przystawiałam Lenkę do piersi. W końcu udało się! Córka chwyciła pierś i zaczęła ssać. Od tego momentu z butelką i smoczkiem pożegnałyśmy się na zawsze. Nigdy też jej nie dokarmiałam, chociaż był czas, że potrafiła non stop wisieć na piersi, upominała się o nią co chwilę.

www.splotbliskosci.pl


82 Kolejnym problemem było to, że córka często krztusiła się podczas ssania, szczególnie na początku, gdy wypływ mleka z piersi był większy. Pamiętam, że bałam się ją wtedy karmić, ale z pomocą mojej mamy przebrnęłyśmy przez trudny początek i potem już nie było problemów z karmieniem. A.K.: Mówi pani, że z pomocą przyszła mama. A czy otrzymała pani inne stosowne wsparcie laktacyjne czy głównie sama walczyła o to, żeby karmić jak najdłużej? S.D-M.: Wsparcie miałam jedynie od męża i najbliższej rodziny. W szpitalu, w którym rodziłam, nie było doradcy laktacyjnego, jedynie pielęgniarka próbowała mi pomóc przy przystawianiu córki do piersi, ale się jej nie udało. Sama musiałam o to walczyć i dzięki mojemu uporowi odniosłam sukces. Pamiętam, gdy córka krztusiła się i bałam się ją karmić, szczególnie w nocy, to moja mama (mieszkamy razem) zaproponowała, że ona będzie przychodzić do nas i towarzyszyć przy każdym karmieniu. To było bardzo pomocne. Jeżeli chodzi o wsparcie, a raczej jego brak ze strony lekarzy czy personelu medycznego to przypominam sobie sytuację, gdy poszłam do pani doktor po zaświadczenie, które musiałam przedłożyć w pracy – kończyłam pracę godzinę wcześniej ze względu na KP – wtedy to od niej usłyszałam, że moje mleko już nie ma wartości (córka miała skończony rok), że wychowam sobie pasożyta i żebym przestała już karmić, bo tylko robię małej krzywdę. Od pani neonatolog usłyszałam, że w wieku 6 miesięcy powinnam ograniczać córce pierś, a dawać więcej pokarmów stałych, a żeby przespać noc, powinnam podawać jej zagęszczone mleko modyfikowane. Stwierdziłam, że więcej nie będę się przyznawać przed lekarzami do tego, że nadal karmię piersią, żeby uniknąć zbędnych komentarzy, dyskusji i niepotrzebnych nerwów. A.K.: Wnioskuję z tego, że edukacja laktacyjna w Polsce nie jest na wystarczającym poziomie? Nie zachęca do długiego karmienia piersią? S.D-M.: Edukacja laktacyjna w Polsce jest na bardzo niskim poziomie. Można to zauważyć już w szpitalu na porodówce – brak doradcy laktacyjnego, wszędzie reklamy mleka modyfikowanego. Lekarze, pielęgniarki nie mają wystarczającej wiedzy na temat laktacji, składu mleka matki. Powtarzają mit, że po roku karmienia mleko matki zamienia się w wodę, zachwaSPLOT nr 4/2017

lając przy tym sztuczne mieszanki. Nie mają pojęcia o żywieniu dzieci, często zalecają rozszerzanie diety, a tym samym ograniczenie piersi już w 4. miesiącu życia dziecka. Największy problem z karmieniem naturalnym wynika właśnie z braku wiedzy. Młoda mama, gdy są problemy z karmieniem, czuje się zagubiona, zestresowana, a wtedy wystarczy, że usłyszy od swojej mamy, babci, cioci czy lekarza rady typu: „masz chude mleko”, „dziecko się nie najada i musisz dokarmiać”, „pokarm ci się przepalił” i podaje mieszankę nie wierząc, że jest w stanie wykarmić własne dziecko. Prawda jest taka, że przy karmieniu piersią nie można podawać mleka z zegarkiem ręku, dziecko może domagać się pokarmu i bliskości bardzo często, stąd karmienie na żądanie. Nie bez powodu mówi się, że pierwsze trzy miesiące życia dziecka to tzw. IV trymestr ciąży, wówczas dziecko jest bardzo absorbujące i potrzebuje ciepła matki. Poza tym na karmieniu piersią nikt nie zarabia, a na mleku modyfikowanym owszem. Koncerny starają się, abyśmy byli bombardowani ze wszystkich stron reklamami MM, butelek, smoczków, a tym samym zachęcają do tego, żeby jak najszybciej zrezygnować z karmienia piersią. A.K.: Wydaje mi się, że o ile samo karmienie piersią jest zrozumiałe, o tyle długie karmienie stale budzi kontrowersje. Swego czasu okładka magazynu „Time” wzbudziła sensację, wtedy mama karmiła trzylatka. Zgodzi się pani ze mną? S.D-M.: Tak, zgadzam się. To również wynika z braku wiedzy o laktacji i o potrzebach dziecka. Cywilizacja XXI wieku doprowadziła do tego, że odchodzimy od tego co naturalne a zarazem najlepsze. W tej chwili nie liczą się potrzeby dziecka tylko pieniądze i wygoda. Doczekaliśmy takich czasów, gdzie butelka czy smoczek są czymś normalnym a dziecko przy piersi matki budzi zgorszenie. Myślę tu też o matkach karmiących noworodki, które to muszą się ukrywać jakby robiły coś złego. Ludziom nie przeszkadzają na zdjęciach roznegliżowane modelki, ale widok matki z dzieckiem przy piersi owszem. Dzisiaj można kupić maskotkę z bijącym sercem, misia, który opowiada przed snem bajki... a gdzieś w tym wszystkim zapomina się o matce i jej cieple, obecności. Idziemy na łatwiznę, kosztem dziecka i jego potrzeb. Często na siłę walczymy z własnym dzieckiem, by spało w osobnym łóżku, w osobnym pokoju. Na siłę próbujemy oduczyć dziecka zasypiania przy piersi. A ono domagając się


83 swoich potrzeb nie robi nam na złość, tylko potrzebuje bliskości i ciepła matki. Karmienie kilkuletniego dziecka w dzisiejszych czasach dla większości jest dziwactwem i zboczeniem, ponieważ piersi kojarzą się wyłącznie z seksem. Słyszałam głosy oburzenia, że to dewiacja, coś nienormalnego. Nie rozumiem dlaczego, chodzi o sposób podania mleka? Przecież piersi kobiety służą do karmienia, a dziecko przy piersi nie ma nic wspólnego z seksualnością. Nie rozumiem dlaczego miałabym na siłę odstawiać córkę od piersi, robić coś wbrew jej, sobie i naturze. Skoro jestem jej matką, miałam mleko, córka chciała pić to dlaczego miałabym jej to zabierać i podać coś zastępczego? Człowiek to jedyny ssak, który na siłę odstawia swoje potomstwo zanim będzie na to gotowe. Naprawdę nie trzeba na siłę dziecka odstawiać, ono z karmienia piersią samo wyrośnie, widać to na naszym przykładzie. Natura sprytnie to wymyśliła, tzn. pierwsze zęby nazywamy zębami mlecznymi i zaczynamy je tracić w wieku ok. 5-6 roku życia. Dziecko z chwilą utraty mlecznych zębów odstawia się od piersi. Widać, że mleczne zęby i mleko matki nie są mu już potrzebne.

A.K.: Myśli pani, że gdyby zamiast córki, karmiła tyle czasu syna, reakcje ludzi byłyby jeszcze bardziej krytyczne? Mam wrażenie, że ludziom gorzej znieść karmienie chłopców, jakby DKP miało odebrać im męskość? S.D-M.: Tak, dokładnie tak by było. Tak jak już wspomniałam piersi kojarzą się z seksem, dlatego też kilkuletni chłopiec przy piersi budziłby większe zgorszenie. Często spotykam się z tym, że od chłopca wymaga się, aby był twardy i co za tym idzie nie płakał i nie okazywał swoich uczuć, bo to takie niemęskie, chłopaki nie płaczą... Zmuszamy dzieci do ukrywania swoich emocji, co wpływa negatywnie na psychikę malucha. Tak samo z karmieniem starszego chłopca – nie dość, że ludziom nasuwają się zaraz seksualne skojarzenia to jeszcze jest presja tego, że chłopak ma być twardy a nie „maminsynkiem”. Mojej mamy kuzynka karmiła syna do 4. roku życia, wbrew podejrzeniom wyrósł z niego mężczyzna, bez żadnych zaburzeń psychicznych (śmiech).

A.K.: Na pani prywatnym profilu w mediach społeczA.K.: Z jakimi reakcjami pani spotykała się w związku nościowych można znaleźć zdjęcia z przepięknej sez długim karmieniem? Wiemy już, że mama pomagała, sji zdjęciowej, na której karmi pani córkę. Karmienie a reszta rodziny i znajomi byli wsparciem, akceptowali w przestrzeni publicznej i pokazywanie się podczas DKP? karmienia ze starszakiem nie było krępujące? Jak reagowało społeczeństwo? S.D-M.: Najbliższa rodzina akceptowała DKP, dalsza chyba też... chyba, bo tak do końca tego nie wiem, ni- S.D-M.: Nie miałam problemu z tym, aby wziąć udział gdy nikt mi nie powiedział, że robię dziecku krzywdę w sesji zdjęciowej z 4-letnią córką przy piersi. Wręcz albo tego, że moje mleko nie ma wartości. Moja te- przeciwnie, byłam dumna, że karmię córkę tak dłuściowa karmiła swojego najstarszego syna do 2. roku go, że zostanie to uwiecznione i pokazane w subtelżycia. Moja mama i babcia chociaż nie karmiły długo ny sposób na przepięknych fotografiach. Dla mnie to w pełni to akceptowały. Mój tata również, nawet po- ogólnie karmienie dziecka w miejscu publicznym nie wiedział kiedyś, że jest ze mnie dumny! Ze znajomymi stanowiło problemu. Gdy córka była niemowlakiem, było różnie, jedni akceptowali to do pewnego wieku, karmiłam ją w różnych miejscach, czy to w sklepie, a drudzy nie. Na początku próbowałam przedstawiać w przychodni, na placu zabaw, w parku. Nie czuswoje argumenty, dawałam im do czytania różne ar- łam skrępowania, ponieważ piersi są do karmienia, tykuły, ale część nie zmieniła zdania i twierdziła, że a dziecko przy piersi to najnormalniejszy na świecie nie jest to normalne, że powinnam dać córce mleko widok. Ostatni raz karmiłam Lenę publicznie, gdy ze sklepu, a nie pierś. Mam też znajome, które karmiły miała 2 lata. Potem już tylko w zaciszu domowym. do 3. i 4. roku życia. Najmniej wsparcia otrzymałam Jeżeli chodzi o odbiór społeczeństwa to spotkałam jednak od lekarzy, ich postawą jestem rozczarowana. się zarówno z pozytywnym, jak i negatywnym. LiczyBywało, że nie przyznawałam się do DKP i wolałam łam się z tym, niemniej jednak byłam zaskoczona gdy skłamać, niż wdawać się z nimi w dyskusje. Spotka- jedna pani fotograf odmówiła nam sesji do projektu łam tylko jedną panią doktor, która akceptowała moje promującego karmienie piersią, ponieważ jak dla niej długie karmienie. córka była za duża, żeby karmić ją w ten sposób i ona z tego powodu nie chciała być autorką naszych zdjęć. www.splotbliskosci.pl


84

A.K.: Jestem w szoku, że fotograf, który decyduje się na wspieranie akcji promującej naturalne karmienie odmawia współpracy z takiego powodu. Naprawdę pani fotograf odmówiła podając za powód wyłącznie wiek córki? Udało się jednak znaleźć innego fotografa… S.D-M.: Tak, odmówiła. Między innymi, cytuję: „ze względu na wiek dziewczynki”. Dość szybko znalazłam inną panią fotograf, przy której czułam się swobodnie, widziałam jej akceptację dla naszej długiej drogi mlecznej, za co jej serdecznie dziękuję. Zdjęcia zrobione przez nią są przepiękne, są wspaniałą pamiątką dla mnie i dla córki. A.K.: Co pani i córce dało długie karmienie piersią? S.D-M.: Córce dało wiele. Dzięki KP udało nam się uniknąć większych chorób, Lenka przechodziła jedynie lekkie przeziębienia z kaszlem czy katarem, które to udawało nam się wyleczyć domowymi sposobami. Dzięki temu udało się uniknąć antybiotyków, a to chyba niezły wynik jak na 6 lat. Podczas jelitówki czy gorączki pierś była niezastąpiona, ponieważ córka poza moim mlekiem nie chciała nic pić czy jeść. Jeżeli chodzi o mnie, to dla mnie stopniowe samoodstawianie wpłynęło pozytywnie – nie miałam zastojów w piersiach, ponieważ laktacja zanikała powoli, naturalnie. Jestem pewna, że DKP wpłynęło bardzo dobrze na córkę pod względem emocjonalnym, psychicznym i ogólnorozwojowym. Nigdy nie miałam z nią poważnych problemów wychowawczych, nie wiem co to bunt dwulatka, rzucanie się w sklepie na podłogę w sytuacji, gdy nie chcę jej czegoś kupić. Wyrosła na bystrą i ciekawą świata dziewczynkę. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyte, śpimy razem z córką, ona zasypia wtulona we mnie i moje piersi. Można powiedzieć, że spełniłam się jako matka, ponieważ odpowiedziałam na jej potrzeby i dałam jej najlepsze co mogłam jej dać. A.K.: Czy DKP ma jakieś minusy? S.D-M.: Może nie minusy, ale DKP wymaga pewnego rodzaju poświęcenia ze strony matki np. nieprzespanych nocy. Moja córka to typowy High Need Baby, w nocy potrafiła budzić się do piersi co 2 godziny, trwało to do 4. roku życia, wtedy dopiero zaczęła przesypiać noce. Do pracy wróciłam, kiedy skończyła rok, więc wstawałam o 5 rano, a w międzyczasie miałam SPLOT nr 4/2017

pobudki co dwie godziny. Aby móc ciągiem przespać się chociaż 4-5 godzin, wychodziłam nad ranem do drugiego pokoju i zostawiałam ją z mężem. Praktykowałam tę metodę odkąd córka skończyła dwa lata i tylko w dni wolne od pracy. Ograniczeniem były również spotkania towarzyskie, imprezy okolicznościowe. Pamiętam, że pierwszy raz poszliśmy na wesele, gdy córka skończyła 3 lata. Wcześniej byłam do jej dyspozycji i w dzień, i w nocy. Lenka, tak jak wspominałam, zasypiała wyłącznie przy piersi. To chyba tyle, nic więcej nie przychodzi mi do głowy. A.K.: Czy przy drugim dziecku również zdecydowałaby się pani na DKP? S.D-M.: Oczywiście, że tak. Innej opcji nie biorę pod uwagę. Mam doświadczenie, wiem czego spodziewać się po naturalnym karmieniu, dlatego wydaje mi się, że już nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Jestem gotowa na to, że drugie dziecko też będzie domagało się piersi 24 godziny na dobę, będzie usypiało przy


85 piersi. W drugim roku życia będzie upominało się o mleko co godzinę, a w nocy będę wstawała co dwie godziny (śmiech). Odstawi się pewnie też dopiero, gdy zaczną mu wypadać mleczne zęby! A.K.: Uważa pani, że DKP jest dla wszystkich? S.D-M.: Nie. Uważam, że nie jest dla wszystkich. Są kobiety, które mają do tego predyspozycje, chodzi mi tu bardziej o aspekt psychiczny, a są takie, które mają jakąś górną granicę jeśli chodzi o wiek karmionego dziecka i nie są w stanie jej przekroczyć. Nie wiem czym jest to spowodowane, ale rozumiem je. Pamiętam matkę, z którą leżałam na sali poporodowej, ona od razu ustaliła sobie granicę, do której będzie karmić – dała sobie miesiąc, ponieważ jak stwierdziła, nie będzie się dłużej męczyć, bo ona też potrzebuje się napić piwa czy wyjść na imprezę. Znam też kobiety, które z jakichś powodów nie chcą karmić piersią. Przykre to, ale prawdziwe. Karmienie kilkuletniego dziecka wymaga wielu wyrzeczeń, cierpliwości i odwagi. Staram się zrozumieć kobiety, które mają hamulce przed podaniem piersi kilkuletniemu dziecku, nie rozumiem natomiast jak można świadomie rezygnować z karmienia piersią noworodka czy niemowlaka. A.K.: Reasumując, długie karmienie piersią ma znacznie więcej plusów niż minusów. To nie zawsze łatwa droga, ale warto dać z siebie wszystko. Zachęca pani inne kobiety do długiego karmienia? S.D-M.: Tak, dlatego zgłosiłam się do projektu fotograficznego The Milky Way promującego karmienie piersią. Po pierwsze chciałam pokazać, że karmienie starszego dziecka jest tak samo piękne i naturalne jak noworodka, a tym samym chciałam przełamać tabu jakim jest karmienie kilkulatka. Pomimo tego, że po tej sesji spotkałam się z krytyką i oburzeniem, że karmienie 4-letniej córki nie jest normalne, to nie było chwili, abym żałowała wzięcia swego udziału w tym projekcie. Jesteśmy też z córką w kalendarzu La Leche League Europe z 2015 roku, na zdjęciach Lenka miała 3 lata. Dostałam wówczas mnóstwo wiadomości

od znajomych mam, jak i nieznajomych, które gratulowały mi wytrwałości oraz dziękowały mi, że byłam przykładem i zmieniłam ich podejście do karmienia piersią, pisały, że będą robić wszystko, aby karmić jak najdłużej. To dodało mi skrzydeł. Utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto mówić o tym głośno, pisać, pokazywać poprzez zdjęcia i tym samym propagować temat naturalnego karmienia nie tylko przez pierwsze pół roku życia dziecka. Taki projekt jak The Milky Way był potrzebny po to, by zmieniać stereotypy i obalać mity na temat KP, ponieważ w Polsce jest stanowczo za mało mam, które karmią naturalnie a tym bardziej jeśli chodzi o starsze dzieci. My kobiety, matki musimy to zmieniać, najlepiej właśnie poprzez takie projekty, w których możemy być przykładem dla innych. Był też czas, że nosiłam w torebce artykuły na temat karmienia i korzyści jakie niesie DKP. Gdy znajome, młode mamy były zagubione, miały wątpliwości czy odstawiać dziecko czy nadal karmić, wręczałam im artykuł, który rozwiewał wszystkie wątpliwości. Była sytuacja, że dałam artykuł w mojej byłej pracy, gdzie pracowało dużo młodych dziewczyn. Jakiś czas później zadzwoniła znajoma i powiedziała mi, że po przeczytaniu artykułu wszystkie dziewczyny postanowiły karmić, tak długo jak się da! A.K.: Dziękuję za rozmowę. Zdjęcia wykonała: Katarzyna Krociel

www.splotbliskosci.pl


86

Blisko rodzica

O dzieciach, które nie chcą spać

Marta Andreasik Blogerka mamasubiektywnie.pl, twórczyni pierwszego w Polsce podcastu o śnie dzieci “Sleepcast”. Współpracowniczka redakcji magazynu „Pro Zdrowie”, autorka ebooka dla rodziców „Podróż za nie-jeden uśmiech”. Pasjonatka tematyki snu dzieci, mama Tymka i Amelki, żona Mariusza.

Moje dziecko nie chce spać samo! – narzekają rodzice. Często „w bliskości” i „w swoim tempie” zostają zastępowane słowami „szybko” i „samodzielnie”. Przynajmniej jeśli chodzi o spanie dzieci. Stawiane są im wysokie oczekiwania – najlepiej, by zasypiały same i spały aż do rana. Nic w tym złego. Bywa jednak, że na dalszy plan schodzi nocne rodzicielstwo. A to nie tylko obowiązek rodziców, ale wspaniała przygoda, która niestety kończy się niespodziewanie szybko. Czy zatem warto spać z dzieckiem? A może to tylko fanaberia? Tajemnica nocnego rodzicielstwa Nocne rodzicielstwo to pojęcie pierwszy raz użyte przez Williama i Marthę Searsów, twórców i propagatorów rodzicielstwa bliskości. Searsowie wychodzą z założenia, że w rodzinie potrzeby wszystkich jej członków powinny być spełnione. A nocne rodzicielstwo to dbanie o potrzeby dziecka nie tylko w ciągu dnia, ale także i w nocy – kiedy ono również potrzebuje opiekunów. Dzieci śpią inaczej niż my, dorośli. Wystarczy pomyśleć o malcu i wspólnych z nim chwilach. Kiedy czuje się bezpieczny, spokojny i najlepiej śpi? Tak, w ramionach mamy lub taty, nakarmiony, przytulony, w fizycznym kontakcie z ukochanymi osobami. Czasem dosłownie na piersi, innym razem – wtulony w ramię czy w chuście. To cała tajemnica wspólnego spania z dzieckiem – poczucie bezpieczeństwa, którego dostarcza małej istocie bliskość mamy i taty, ich zapach, głos i dotyk. Senne skojarzenia Wspomniani Searsowie, małżeństwo lekarzy, mówią o skojarzeniach sennych dziecka. To szereg czynności, osób czy przedmiotów, z którymi mały człowiek uczy się łączyć związek przyczynowo-skutkowy przed zaśnięciem. Ta nauka to podstawa przyszłych nawyków, towarzyszących dziecku w kolejnych latach jego życia. Dlatego warto o nie zadbać. Jednym z podstawowych skojarzeń sennych jest karmienie piersią, innymi: dotyk, głos rodzica, wreszcie – fizyczna bliskość. Ofiarując ją maluchowi przed zaśnięciem i w nocy, rodzice spełniają jego podstawowe potrzeby, tak silne szczególnie w pierwszych miesiącach jego życia. Wielu rodziców powie teraz – „No dobrze, ale do dobrego łatwo się przyzwyczaić”. Prawda! Jednak rodzicie wychowujący swe dzieci w bliskości wiedzą, że ta silna nieraz potrzeba fizycznego kontaktu dziecka z rodzicem to tylko pewien etap w jego rozwoju.

SPLOT nr 4/2017


87 To moment, błysk, który mija niezwykle szybko. Osobom zastanawiającym się, kiedy należy przerwać wspólne spanie z dzieckiem, można odpowiedzieć żartem: „Czy ktoś widział osiemnastoletniego syna śpiącego w jednym łóżku ze swoimi rodzicami?”. Przy odrobinie obserwacji zmieniających się potrzeb dziecka, można wychwycić moment kiedy będzie ono gotowe na samodzielne spanie i zasypianie. Nie ma sensu sztucznie przyspieszać tego procesu. Mamy, którym kiedykolwiek zdarzyło się słuchać rozdzierającego płaczu swojego dziecka niepotrafiącego zasnąć samodzielnie, wiedzą, w czym rzecz. Spać razem, czyli jak? A więc – wspólne spanie. W bliskości, w fizycznym kontakcie, bez obawy, że przyzwyczaimy maluchy. Jak się do tego zabrać i jak to zorganizować? Zostało wspomniane, że potrzeby wszystkich domowników winny być spełnione. A doświadczenie rodziców pokazuje, że nie zawsze śpiąc z dzieckiem, dobrze się wysypiamy. Po pierwsze – bezpieczeństwo! Amerykańska Akademia Pediatrii (AAP) nie rekomenduje spania z dzieckiem w jednym łóżku przed ukończeniem przez nie pierwszego roku życia i co najmniej przez pierwsze sześć miesięcy życia dziecka. Dziecko powinno także zawsze spać na równej powierzchni, na plecach, z ciasno przylegającym okryciem (by nie zsuwało się na twarz malucha). Powinno unikać się także ochraniaczy na szczebelki, poduszek czy pluszowych maskotek w łóżeczkach. Najlepiej też by dziecko dzieliło z rodzicami pokój, ale niekoniecznie tę samą przestrzeń. To akurat dobra wiadomość dla tych, którym nieobce są nocne kopniaki pociech w plecy. Według zaleceń AAP, jeśli dziecko zaśnie np. w chuście czy nosidle, powinno być odłożone na płaską powierzchnię dla niego bezpieczną. Warto jednak podkreślić, że nie ma jednoznacznych badań dotyczących noszenia w chustach, dlatego dobrym pomysłem jest zdroworozsądkowe podejście do tematu. Po drugie – forma. Niektórzy rodzice decydują się na całonocne spanie w jednym pokoju i łóżku. Inni wolą odkładać dziecko do jego łóżeczka lub dostawki albo kosza Mojżesza. Jeszcze inni uczestniczą tylko w zasypianiu – tuląc do snu (tu świetnie sprawdza się chusta, która oprócz bliskości daje także możliwość

wprowadzenia przyjemnego, usypiającego „bujania”), a potem odnosząc malca do jego pokoju. Współspanie nie musi bowiem oznaczać wyłącznie spania z dzieckiem w tym samym łóżku. To raczej, jak mówią wspomniani wcześniej Searsowie, cały wachlarz form. Liczy się tu możliwość pozostawania dziecka w zasięgu zmysłów opiekuna, tak aby mógł on w nocy pozostawać świadomy potrzeb dziecka i w miarę bez utrudnień na nie odpowiadać. Pamiętając o zasadach bezpieczeństwa, warto wybrać taką formę wspólnego spania, która odpowiada wszystkim członkom rodziny. Z reguły mamy czują się pewniejsze, kiedy mają dziecko bardzo blisko siebie. Śpiąc z nim w jednym łóżku, mogą słuchać bicia jego serca oraz spokojnego oddechu, a w razie potrzeby – zareagować na płacz. To także praktyczne rozwiązanie dla karmiących mam. Sięgnięcie po malca i podanie mu piersi „na śpiocha” pozwalają złapać nieco więcej snu niż wielokrotne wstawianie w nocy. Spanie z dzieckiem to także dobre rozwiązanie dla ojców. Często mamy zapominają o własnej potrzebie odpoczynku ze względu na pracujących partnerów. Warto jednak pamiętać, że wyspana mama to mama, która ma więcej sił i energii do pracy z dzieckiem w ciągu dnia. Wspólne spanie, nawet jeśli maluch śpi w swoim łóżku, ale w pokoju rodziców, to także okazja do włączenia taty w sprawy jego dziecka. Może on podawać mamie malca do karmienia i odkładać go do łóżka, usypiać malucha w chuście czy tulić go po zakończeniu karmienia piersią przez mamę. Możliwości jest mnóstwo. Często okazuje się, że tatusiowie świetnie radzą sobie z takimi zadaniami. Ba, wykonują je z przyjemnością, czując się potrzebni i ważni. Bywa, że dzieciaki zasypiają lepiej, kiedy usypia je tato, nie musi to jednak być regułą. Czy to już koniec? Kiedy zakończyć spanie dziecka z rodzicami? Czy jest jakaś górna granica wieku? I co ważniejsze – jak się do tego zabrać? Propagatorzy rodzicielstwa bliskości powtarzają, że w rodzicielstwie nie ma słowa „musi”. Każda rodzina ma według nich swój własny rytm, przyzwyczajenia i potrzeby. Czasami rodzice fizycznie czują, że dziecko jest gotowe na samodzielne spanie. Na przykład, kiedy wybudza się w momencie wejścia rodziców do pokoju czy z niewiadomych przyczyn, wykluczając oczywiście powody medyczne www.splotbliskosci.pl


88 czy fizyczne, jak na przykład ząbkowanie. Najlepiej, by wyprowadzka odbyła się w spokojnym momencie, kiedy dziecko nie przeżywa wzmożonych emocji, np. stresu związanego ze skokiem rozwojowym, powrotem rodzica do pracy czy przeprowadzką. Zwykle w okolicach pierwszych urodzin dzieci zasypiają i śpią lepiej w swoim pokoju i łóżku. Warto podejść do tego zadania ze spokojem, pełnym przekonaniem i planem działania. Jak ze wszystkim w rodzicielstwie, tak i tu kluczem do sukcesu jest konsekwencja. Można pokazywać dziecku, że jego łóżko jest w porządku. Warto pozwolić maluchowi wybrać pościel czy mebel. Dobrze sprawdza się także stopniowe wycofywanie się rodzica z pokoju. Jednym z rozwiązań jest ustawienie materaca przy łóżku dziecka. To daje rodzicowi możliwość bycia blisko i pocieszania dziecka. Po pewnym czasie materac nie jest już potrzebny. Podobnie, jak obecność rodzica. W zastępstwie siebie, można także zaoferować przytulankę, którą zaakceptuje maluch. Metod jest zresztą bez liku – warto znaleźć taką, która odpowiada całej rodzinie.

SPLOT nr 4/2017

Tak nam dobrze razem Kiedy dziecko domaga się kontaktu, można rozważyć wspólne spanie. Pod warunkiem zachowania zasad bezpieczeństwa, jest ono cudownym narzędziem tworzenia i umacniania więzi z dzieckiem. Ułatwia karmienie piersią, buduje poczucie bezpieczeństwa, spełniając podstawową potrzebę bliskości szczególnie małych dzieci. Dla rodziców wspólne spanie także oznacza korzyści: możliwość kontrolowania zachowania i dobrostanu dziecka, spełnienie potrzeby bliskości ze swoim potomkiem. Czy gwarantuje całonocny, nieprzerwany sen malucha? Niestety, nie. To dlatego, że na zdrowy sen dziecka wpływa bardzo wiele czynników zarówno z otoczenia, jak i wynikających z temperamentu dziecka. Bliskość ukochanego rodzica jest jednak nie do zastąpienia i działa usypiająco znacznie lepiej niż jakikolwiek inny gadżet.


89

Tkana Droga

Noszący Anioł we własnej osobie Agata Piasecka to kobieta, która prowadzi dom i dba o wszelkie dobra sześcioosobowej rodziny. Z wykształcenia matematyk. Oprócz chustonoszenia pasjonuje ją projektowanie wzorów dziewiarskich. Właścicielka około 10 chust, wśród których ukochała „Inkę” oraz niebieskie Nino z czarną metką. Lubuje się w czystej bawełnie oraz domieszkach lnu. Z noszeniem za pan brat jest od 14 lat – najpierw nosiła własne dzieci, teraz pracuje jako doświadczona doradczyni i działaczka towarzystwa propagującego noszenie w Poznaniu. We wrześniu została laureatką nagrody Noszącego Anioła, która zostaje przyznana osobom, wyróżniającym się w szerzeniu idei chustonoszenia. Niezwykle skromna wobec siebie, jednak inni mówią, że jest niezastąpiona. Karolina Rachfał: Twoje dzieci są już starsze, proszę podziel się, czym dla Ciebie jest rodzicielstwo. Jak macierzyństwo zmieniło Twoje życie. Czy zmienia się ono razem z rozwojem dzieci? Agata Piasecka: Nie wiem, czy istnieje kobieta, której rodzicielstwo nie przewróciło życia do góry nogami, więc odpowiedź oczywiście brzmi „tak”. Macierzyństwo było i jest najlepszym, najmocniejszym, najbardziej rozwijającym i wstrząsającym świat w posadach doświadczeniem w moim życiu. I najlepszą decyzją, może poza wyborem męża. Na pewno ogromny wpływ na to ma fakt, że trafiły mi się absolutnie fantastyczne dzieci. Nie potrafię nawet wymienić rzeczy, których mnie nauczyły, na pewno jestem teraz zupełnie innym człowiekiem niż „przed dziećmi”, choć szczerze mówiąc, to było tak dawno, że nie bardzo tamtą siebie pamiętam. Oczywiście, że macierzyństwo zmienia się z czasem, jak każdy związek zresztą, trudno traktować 3-latka jak półroczniaka, a nastolatka jak trzylatka. Powiem więcej, zmienia się też z każdym kolejnym dzieckiem, każde jest unikalnym doświadczeniem, przecież to różni ludzie, z różnym temperamentem, potrzebami. Inną matką jest się dla najstarszego dziecka w rodzinie, inną dla najmłodszego. Czasem sprawdzone rozwiązania, które doskonale się sprawdzały nagle przestają działać i trzeba uczyć się od nowa, dlatego to takie piękne i takie trudne. K.R.: Rodzicielstwo bliskości (RB), jest stosunkowo świeżym tematem w naszym społeczeństwie, czy od razu wpisało się w Waszą codzienność rodzinną czy może wchodziło etapami? Jak to wyglądało? Co dla Ciebie jest najcenniejsze w RB?

Karolina Rachfał Przede wszystkim jest żoną i mamą, później siostrą, przyjaciółką i koleżanką. Spełnia się jako doradca noszenia oraz intensywnie się rozwija dzięki lokalnej grupie chustowej, którą założyła. Jest również zapaloną początkującą blogerką (śMieszkowo Blog). Na co dzień mieszka w Pile, wychowuje syna Mieszka, gotuje mężowi i zajmuje się milionem różnych rzeczy – jak prawdziwa kobieta. Uwielbia czytać książki i oddawać się pasji muzycznej. Do tego dochodzi sympatia do wszystkiego co związane z rodzicielstwem. Jest pedagogiem z zamiłowania i z wykształcenia - dzięki ciągłemu rozwojowi w tym kierunku może się spełniać i lepiej służyć na wszystkich płaszczyznach, na których działa! Do ideału jej daleko, jednak w życiu stara się podchodzić do wszystkiego z pozytywnym nastawieniem, z otwartym sercem i umysłem. Kocha to co robi bo czuje się potrzebna i spotyka fantastycznych ludzi.

A.P.: Oj, zdecydowanie w bólach i etapami. Sama się czasami dziwię jaką drogę przeszłam od łóżeczka do spania z dzieckiem, od słoiczków do BLW (Bobas Lubi Wybór – przyp. red.), www.splotbliskosci.pl


90 od karnego jeżyka do braku kar i nagród. Dużo na- głośnym krzykiem. Każdy spacer kończyłam z nią na uczyły mnie same dzieci. Znacznie łatwiej czytać rękach, pchając wózek brzuchem. Praktycznie byłam o odkładaniu do łóżeczka i wracaniu po iluś minu- uwięziona w domu i rozpaczliwie szukałam jakiegoś tach, niż słuchać płaczu własnego dziecka. Na pewno rozwiązania. Nie mam pojęcia, gdzie przeczytałam miały też znaczenie kono chustach, myślę, że w jaWady w noszeniu? Kolejny stary kiejś gazetce dla rodziców, takty z innymi mamami bo forów internetowych włai słuchanie o ich doświaddowcip chustowy – w chuście ściwie wtedy nie było. Po wpiczeniach, no i lektury, trudno przewieźć zakupy. saniu hasła „chusta do noszenia choć przyznaję, że na A poważnie, to największą wadą dzieci” w wyszukiwarkę, nie początku te idee były dla mnie mocno kontrowerchusty jest dla mnie to, że dzieci wyskakiwało praktycznie nic. syjne. W RB najbardziej Znaleźliśmy z mężem ogłoszez niej tak szybko wyrastają. nie krawcowej, która szyła chucenię szacunek, jakim obdarza się dziecko i to, sty „fasolki” – dziś na warsztatach chustowych prosimy rodziców, żeby w takich że od początku widzi się w nim człowieka. urządzeniach nie nosili – zamówiliśmy taką chustę K.R.: Czy chusta towarzyszyła Ci od początku? w kolorze niebieskim, przyszedł granatowy worek, Kiedy podjęłaś decyzję o noszeniu? Skąd wziął się który wisiał na mnie nawet, gdy maksymalnie ściągnęłam paski. Z miejsca się zakochałam. Najbardziej pomysł na chustowanie? zapadło mi w pamięć uczucie absolutnej wolnoA.P.: Moja przygoda z chustą zaczęła się, jak to z re- ści – pakowałam pieluchy w plecak, brałam dziecko guły bywa, od dziecka. Był rok 2003, moja pierwsza i mogłam iść, gdzie mnie oczy poniosą. Kiedy była córka była cudownym, pogodnym, bardzo spokojnym głodna, karmiłam ją piersią, gdy była zmęczona, noworodkiem, który właściwie tylko spał i jadł. Był zasypiała mi w chuście. Przestałam używać wózka jeden mały wyjątek w jej fantastycznym zachowa- i przez dwa lata nosiłam córeczkę „w worku na kartoniu – mała z całego serca nienawidziła wózka, czemu fle”. Nadal jeszcze gdzieś go mam. wyjątkowo głośno i niezmordowanie dawała wyraz K.R.: Jak potoczyła się Twoja ścieżka edukacji w świecie chust? Kiedy sięgnęłaś po chusty inne niż „fasolka”? Czy korzystałaś z pomocy doradcy noszenia? A.P.: Gdy w 2006 roku byłam w ciąży z synem, wiedziałam już, że jego też na pewno będę nosić. W sieci zaczęły pojawiać się pierwsze nieśmiałe jaskółki – zaczątki forów chustowych i tak trafiłam na „Kawałek szmaty” na forum Gazety. Do końca życia będę wdzięczna dziewczynom, które tam się udzielały. Od nich dowiedziałam się o chustach wiązanych. Pierwszą – kultowe „Fale Dunaju” – dostałam na Gwiazdkę, syn miał wtedy dokładnie miesiąc. Moim pierwszym wiązaniem było oczywiście 2X, które teraz stanowczo odradzam rodzicom. Pierwsze zdjęcia w tym wiązaniu mogłyby śmiało służyć za przewodnik: „jak nie nosić dzieci”. Wcześniej nosiłam synka w chuście kółkowej, nieco lepszej wprawdzie niż chusta worek, ale nadal ograniczającej ruchy, obciążającej jedno ramię i przede wszystkim blokującej ruchy jednej ręki. Chusta wiązana rozwiązała wszystkie te problemy. A już totalnie zakochałam się w noszeniu SPLOT nr 4/2017


91 na plecach, którego spróbowałam, gdy synek miał 3 miesiące. Wtedy naprawdę wciągnęłam się babywearing. Nie tylko ja. Na „Kawałku szmaty” zaczęły pojawiać się dziewczyny z Poznania. W marcu 2007 w Parku Wilsona odbyło się pierwsze oficjalne poznańskie spotkanie chustowe, na którym stawiły się dwie osoby: ja i Asia Michalak, nawiasem mówiąc również jedna z późniejszych założycielek stowarzyszenia. Obydwie zawiązane byłyśmy w „Fale Dunaju”. Potem stopniowo nas przybywało, ale przez pierwsze lata środowisko było malutkie, wszystkie znałyśmy się po imieniu. Uczyłyśmy się przede wszystkim z instrukcji dołączonych do chust, od siebie nawzajem i ze zdjęć znalezionych w Internecie. Jak łatwo się domyślić z różnym skutkiem. Dość napisać, że wiązania 2X kiedyś w ogóle się nie dociągało. Warsztatów noszenia i doradców wtedy jeszcze nie było, a na spotkania zaczęły przychodzić nowe mamy, które uczyły się od nas – jeśli któraś teraz to czyta, to bardzo ją przepraszam za to, co wtedy pokazywałam. Ogromnym przełomem było powstanie kultowego Chustoforum, którego byłam (jeśli dobrze pamiętam) dziewiątym zarejestrowanym uczestnikiem. To była kopalnia wiedzy i nowych idei. Równolegle nasze poznańskie spotkania z niezorganizowanych, chaotycznych posiedzeń towarzyskich przekształciły się w rodzaj warsztatów, całość zaczęła wymagać sformalizowania. Dołączyła wtedy do nas na szczęście wspaniała Ania Furmaniuk – genialna organizatorka, dzięki której stałyśmy stowarzyszeniem i wypracowałyśmy standardy pracy z rodzicami. K.R.:  Czym  jest  dla  Ciebie  chustonoszenie? Co jest w nim najważniejsze?

nie setki, cudownych, wspaniałych ludzi, których poznałam dzięki chustom, wzruszenie, kiedy udaje się pięknie zawiązać chustę rodzicom, którzy wcześniej mieli z tym problem. Milion cudownych wspomnień. Dla mnie chustowanie i karmienie piersią były chyba najpiękniejszymi doświadczeniami rodzicielskimi. K.R.: Czy były kryzysy w chustonoszeniu? Jak reagowali najbliżsi na ten pomysł? Zaraziliście kogoś swoją pasją do chust? A.P.: Nie wiem, czy można nazwać to kryzysem. W 2012 po trojgu dzieciach uwielbiających noszenie i uspokajających się w chuście, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, urodził się mój najmłodszy syn, któremu przez pierwsze miesiące życia dokuczały straszne kolki. Płakał całymi dniami i chusta nie działała. To znaczy działała, ale tylko w połączeniu z energicznym marszem, smoczkiem i najlepiej dźwiękiem suszarki albo odkurzacza. Pamiętam, że nosiliśmy go wtedy całymi dniami na zmianę z mężem. To był nie tyle kryzys noszenia, ile raczej wiary we własne kompetencje rodzicielskie, ale cieszę się, że tak się stało, bo dopiero wtedy zrozumiałam, co czują rodzice „wymagających” dzieci. Kiedy zaczynaliśmy nosić nasze dzieci, chusty były nowością, wręcz sensacją, więc spotkały mnie chyba wszystkie reakcje z chustowych dowcipów od „To ono żyje?”, poprzez „Mam tu stary wózek, dam, żeby się pani nie musiała tak męczyć”, do klasycznego

A.P.: Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednym słowem, głównie dlatego, że dla mnie chustonoszenie to potężny kawał życia. Obejmuje to cudowne uczucie przytulonego do piersi noworodka, który ufnie zasypia, dwulatka obejmującego szyję i wołającego „sybciej, mama”, wspólne wyprawy, kiedy chusta ratowała mi życie, bo maluch oświadczał, że dalej nie idzie, hamak na placu zabaw, uczenie starszych dzieci jazdy na rowerze i rolkach z młodszym dzieckiem na plecach i pieczenie z nim kolejnych tortów urodzinowych. Dziesiątki, jeśli www.splotbliskosci.pl


92 „A nie udusi się? Nie pokrzywi?”. Z tym, że chcę podkreślić, że zdecydowanie częściej spotykały mnie bardzo sympatyczne reakcje i pytania, gdzie kupić takie coś. W pierwszych latach nosiłam po prostu w torebce ulotki chustowe i rozdawałam zainteresowanym. Trudno mi powiedzieć, ilu ludzi zaraziłam pasją do chust. Przez 10 lat przez nasze spotkania przewinęły się setki, jeśli nie tysiące rodziców. Spotykam ich w zupełnie niespodziewanych miejscach takich jak urzędy czy kolejka u lekarza. Mam szczerą nadzieję, że nikogo trwale do chust nie zraziłam. Jeśli chodzi o moje własne dzieci, to wyrosły w chustach, nie używałam wózka, więc nie znają innego sposobu opieki nad niemowlęciem i chusta nigdy nie była dla nich czymś dziwnym czy specjalnym. Są też przekonane, że będą kiedyś nosić własne dzieci.

bo nosiłam już wtedy moje trzecie dziecko, ale na pewno ugruntował wiedzę i dał solidne podstawy teoretyczne. K.R.: Słyszałam, że jeśli wszyscy zawodzą, Ty nie zawodzisz, działasz i pomagasz wszędzie – powiedz jak to, że ciągle chustujesz wpływa na Waszą rodzinę. Czy chusty są obecne w Waszej codzienności mimo tego, że dzieci już wyrosły z noszenia?

A.P.: Pracuję w stowarzyszeniu, bo bardzo to lubię. Nigdy nie myślałam o tym jako o ciężarze albo zobowiązaniu. Lubię spotykać się z młodymi rodzicami na początku ich drogi, lubię prowadzić warsztaty i bardzo lubię dziewczyny ze stowarzyszenia. Żałuję, że nie dam rady tu ich wszystkich wymienić. Oczywiście moje dzieci, zwłaszcza te starsze, mają już chwilaK.R.: Coś byś zmieniła w swojej chustowej historii? mi dość licznych pikników, flashmobów, warsztatów i innych, bo też jest A.P.: Gdybym miała dzito oferta skierowana Zdecydowanie nie jestem chustoświrką, siejszą wiedzę, na pewdo dużo młodszych no nie nosiłabym córki ale tylko dlatego, że za wcześnie urodziłam dzieci, dlatego codzieci. Gdybym teraz miała niemowlaka, raz częściej zostają w chuście-torbie w pozycji kołyskowej, bo to w domu albo zabierana bank bym przepadła. pogorszyło jej probleją ze sobą na chustomy z bioderkami. Syna wy piknik stos ksiąwrzuciłabym w kangurka, zamiast w 2X, a najlepiej żek. Tytuł świętego zdecydowanie należy się mojemu od razu na plecy. Nie nosiłabym w plecaku z krzyżem. kochanemu mężowi, latami charytatywnie adminiI nie kupowałabym wózka – zdecydowanie się u nas strującemu stronę internetową, ogarniającemu zapisy nie sprawdził. na kolejne Tygodnie Rodzicielstwa Bliskości, cierpliwie wożącemu mnie na wszystkie spotkania, dźwiK.R.: Co wolisz – chustę czy nosidło? Dlaczego? gającemu stosy lalek i chust i akceptującemu moje szaleństwa. A.P.: Jestem z epoki chust, z nosideł mam w domu tylko jedno, którego użyłam przy własnych dzieciach Dziś chusty służą nam czasami jako hamak czy huśmoże ze dwa razy i nie poczułam do niego mięty, tawka. Mojego najmłodszego syna nosiłam po raz ale to nie znaczy, że uważam nosidła za zło. Dobrze ostatni w zeszłe wakacje podczas intensywnego zwiedobrane nosidło zapewniające dziecku prawidłową dzania, miał wtedy cztery lata. pozycję może być wspaniałym rozwiązaniem. K.R.: We wrześniu tego roku otrzymałaś tytuł NosząK.R.: Wiem, że jesteś aktywnym doradcą noszenia – cego Anioła. Czy to była dla Ciebie niespodzianka? dlaczego zdecydowałaś się zrobić kurs? Czy zmienił coś Co znaczy dla Ciebie to wyróżnienie? w Twoim chustonoszeniu? A.P.: O tym, że zostałam nominowana, dowiedziaA.P.: Po trzech latach organizowania regularnych spo- łam się dopiero po otrzymaniu nagrody, która była tkań chustowych w ramach stowarzyszenia musiałam totalną niespodzianką. Wiem, że nominowała mnie się jakoś przedstawiać rodzicom, a „matka dzieciom” Joasia Michalak – koleżanka ze stowarzyszenia, niebrzmiało mało profesjonalnie. Kurs zrobiłam w 2010 strudzona tłumaczka na konferencjach chustowych roku. Trudno powiedzieć, czy kurs wiele zmienił, i propagatorka RB w Gnieźnie. Ona też uknuła SPLOT nr 4/2017


93 spisek, jak skłonić mnie do przyjazdu na konferencję tak, żebym nic nie wiedziała. Myślę, że ta nagroda należała się bardziej naszemu stowarzyszeniu jako całości, bo działają i działały w nim dziewczyny, które zasługują na nią dużo bardziej. K.R.: Właśnie, należysz do stowarzyszenia, które promuje noszenie w Poznaniu. Opowiedz mi o nim – jak to się wszystko zaczęło? Czym się zajmujecie, jakie imprezy organizujecie. Jaka jest w tym Twoja rola? A.P.: Stowarzyszenie Poznań w Chuście działało na początku jako nieformalna grupa mam. Organizujemy regularne spotkania dla rodziców od 2007 roku, a więc od dziesięciu lat. W tej chwili co miesiąc organizujemy warsztaty dla początkujących, z których mogą skorzystać rodzice, których nie stać na warsztaty komercyjne; spotkania otwarte, na których można dowiedzieć się czegoś o chustach przy kawie i ciastku, a w sezonie letnim także comiesięczne pikniki chustowe. Prowadzimy bezpłatną wypożyczalnię chust i nosideł. Dwa razy w roku z okazji Tygodnia Rodzicielstwa Bliskości oraz dni matki i dziecka organizujemy większe wydarzenia, takie jak liczne warsztaty o tematyce związanej z RB, flash moby i wykłady. Patronujemy grupie wspierającej rodziców stosujących

Zdjęcie wykonała: Dagmara Barańska-Morzy

BLW i innym inicjatywom noszących rodziców, takim jak wyjścia z chustą do ZOO czy taniec w chuście. Wokół naszego profilu facebookowego powstała silna grupa wspierających się rodziców. Do naszego stowarzyszenia należą przede wszystkim, choć nie tylko, doradcy noszenia i dla nich organizujemy dodatkowe szkolenia i wykłady np. fizjoterapeuty. Dodam, że są to doradcy z różnych szkół noszenia, z przyjemnością słuchamy się nawzajem i uczymy od siebie. Nasze warsztaty prowadzą zawsze dwie osoby – jedna doświadczona, druga początkująca, tak aby mogły wzajemnie korzystać ze swoich doświadczeń. O naszych działaniach można poczytać na stronie Stowarzyszenia Poznań w Chuście. Moja rola w stowarzyszeniu to przede wszystkim organizacja comiesięcznych warsztatów dla początkujących, dopilnowanie terminów, zapisów itd. Obsługuję także stowarzyszeniowego maila, pomagam przy księgowości, a w tym roku wraz z niezawodną Martą Czajką miałam przyjemność koordynować projekt „Pikniki Bliskości”. No i jestem dyżurnym stowarzyszeniowym specjalistą od puszczania ogromnych baniek mydlanych w czasie naszych imprez. K.R.: Dziękuję za rozmowę.

www.splotbliskosci.pl


94

#ExploreBBS Poznaj Bebe Sachi Cześć!

Marta Alabrudzińska Z wykształcenia biotechnolog, z zawodu nauczycielka, a z zamiłowania doradca noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich z certyfikatem Die Trageschule® z Drezna oraz z akredytacją Akademii Noszenia Dzieci. Właścicielka firmy Dziecko w Chuście. Prezeska Stowarzyszenia Edukatorów i Doradców Noszenia Dzieci SEDNO. Od 2009 roku zanurza się coraz głębiej w temat chust odkrywając co i rusz nowe skarby, nieodkryte lądy i oceany możliwości. Swoją miłość do chust realizuje nie poprzez zgłębianie wzorów i składów chust, a przez dogłębną analizę wiązań. Uwielbia rozkładać wiązania na czynniki pierwsze sprawdzając co i jak działa w czasie motania. Mocno zabiegana mama piątki dzieci, która w wolnych chwilach próbuje szyć na maszynie, gra w planszówki i czyta fantastykę.

SPLOT nr 4/2017

Tu Marta. Jestem z Sedna – stowarzyszenia dla edukatorów i doradców noszenia dzieci. Działamy w Polsce od ponad roku na rzecz integracji środowiska doradców. Chcemy propagować wiedzę na temat świadomego rodzicielstwa, dbać o rozwój społeczeństwa informacyjnego. Prowadzimy działalność edukacyjną i kulturalną. Nawiązujemy współpracę z organizacjami babywearingowymi poza granicami naszego kraju. Wyrazem tej części naszej działalności jest międzynarodowy projekt informacyjny, który podjęłyśmy we współpracy z Déborą Rodrigues i jej organizacją Babywearin in Canada. Projekt nazywa się „Explore Bebe Sachi” i o nim właśnie chcę dzisiaj opowiedzieć. Bebe Sachi to unikatowe w świecie chustowym przedsiębiorstwo społeczne, które ma na celu ochronę dziedzictwa kulturalnego związanego z przemysłem tkackim w Bangladeszu. Większość z nas kojarzy Bangladesz, a szczególnie Dhakę, z katastrofy 8-piętrowej fabryki odzieży. W źródłach internetowych możemy przeczytać, że jest to jedno z najgęściej zaludnionych i najbiedniejszych państw świata. Mało kto wie, że Bangladesz przez setki lat był miejscem, gdzie ręcznie tkano najlepszej jakości tkaniny, głównie różnego rodzaju muśliny. Bangladesz jest kolebką tego typu tkanin a pierwsze wzmianki o nich pochodzą już z IX wieku. W muśliny ubierała się swego czasu cała Europa, z królami na czele. W XVIII wieku po przejęciu Bangladeszu przez Brytyjczyków, wraz z postępem technologicznym, handel bengalskimi tekstyliami praktycznie upadł. Przyczynił się do tego zalew rynku bengalskiego tkaninami produkowanymi masowo w Wielkiej Brytanii na krosnach przemysłowych oraz polityka kolonialna. Przewidywała ona surowe kary, np. odcinanie kciuków tradycyjnym tkaczom, którzy nie stosowali się do zakazu tkania ręcznego. Po dwóch stuleciach wielowiekowa tradycja tkania ręcznego najlepszych na świecie gatunków bawełny praktycznie zanikła. Przyczyniło się to do znaczącego zubożenia społeczeństwa. Współcześnie sytuacja mieszkańców Bangladeszu jest bardzo trudna. W poszukiwaniu pracy w fabrykach odzieżowych opuszczają oni rodzinne wsie i miasteczka, często płacąc za to wysoką cenę odseparowania od własnych rodzin, dzieci, rodziców (bo bywa, że do pracy wykorzystywane są również dzieci). W centrum zainteresowania Bebe Sachi są rodziny i społeczności lokalne, które z jednej strony mają szansę kultywować tradycje tkackie, a z drugiej mogą spokoj-


95 nie budować relacje rodzinne i więź, która w świecie chustowym jest tak bardzo ceniona. Przedsiębiorstwo zostało stworzone przez dwie malezyjki: Ritę Rahayu oraz Azizah Attard, które wkładają wiele wysiłku rozbudowę projektu i pozyskiwanie kolejnych utalentowanych tkaczy, przywracając jednocześnie im i ich rodzinom godne warunki życia i pracy. Projekt Explore Bebe Sachi (#ExploreBBS) ma bardzo proste założenia. Chodzi o puszczenie w obieg chust Bebe Sachi wraz z ulotką informacyjną, opowiadanie o przedsiębiorstwie i jego idei, publikowanie zdjęć w ich chustach. W Polsce, z tego co mi wiadomo, dostępne są tylko dwie chusty tej marki. Tak się składa, że obie o tym samym wzorze. Historia tych chust jest bardzo prosta. Na konferencji noszenia w Antwerpii Marii Ryll i mi wpadł w oko ten sam model – SUTERA NILAM JATI – chusta o składzie 90% bawełny i 10% jedwabiu. Gramatura ok. 290 g/m2.

W obiegu są dwa rozmiary – 2 i 6. Można się do nich przymierzyć na spotkaniach organizowanych przez członkinie Sedna. Chusty były już w Piekarach Śląskich i okolicach, w Szczecinie, w Poznaniu, w Białymstoku, Olsztynie i Żorach. Będzie jeszcze dostępna w pozostałych miastach, z których pochodzą nasze członkinie. Informacje na temat tego, gdzie aktualnie znajdują się chusty będzie można znaleźć na naszym fanpage’u na Facebooku: @stowarzyszeniesedno. Dodatkowe informacje na temat Bebe Sachi można znaleźć na ich stronie: bebesachi.com, na Facebooku: @bebesachi. Można dołączyć również do grupy: Bebe Sachi Love, a nade wszystko można wesprzeć projekt, kupując jedną z chust ręcznie tkanych w Bangladeszu, kupując chustę z przesłaniem. Zachęcam Cię gorąco do zgłębienia tematu.

www.splotbliskosci.pl


96

Chusta Kółkowa

Analiza wiązania

Chusta kółkowa, kółka, kółeczka… Chusta specjalnego przeznaczenia – 2 metry materiału, 2 metalowe kółka. Wielu rodziców nie wyobraża sobie swojej chustoprzygody właśnie bez niej. Dlaczego?

Dominika Sokulska W SPLOT konsultant merytoryczny ds. chustonoszenia, gospodyni 2 rubryk: wywiadu ze specjalistą i analizy wiązania. Kobieta orkiestra, o tysiącu zainteresowań i pomysłów. Zawodowo dyrektor w firmie konsultingowej, ekspert od pozyskiwania funduszy unijnych, trener i szkoleniowiec z wieloletnim doświadczeniem. Aktywistka działająca na rzecz lokalnych społeczności, od lat związana ze środowiskiem NGO, członek zarządu Stowarzyszenia Ekologicznego Eko-Unia, Prezes Fundacji Eduplanet. Miłość do chustowania pojawiła się u niej wrazz narodzinami dziecka, dzięki czemu została Certyfikowanym Doradcą Noszenia ClauWi. Jako FRRU doradca chustowy działa głównie na terenie Wrocławia i okolic. Jej chustowe poczynania możecie śledzić na FB na profilu @frrudoradca.

Rodzic Chustę kółkową wiążemy na jednym ramieniu, jest więc wiązaniem niesymetrycznym. Ma to olbrzymie znaczenie dla osoby noszącej, gdyż asymetrycznie obciąża jej ciało, przez co noszący nie może przyjąć prawidłowej postawy. Nosząc w chuście kółkowej, zawsze wysuwamy biodro w bok, chcąc skompensować obciążenie spoczywające na jednej stronie ciała. Aby zniwelować skutki nierównomiernego obciążenia kręgosłupa, zaleca się, by chustę kółkową wiązać naprzemiennie na prawym i lewym ramieniu, jednakże w praktyce bardzo mało osób noszących się do tego zalecenia stosuje. Ciężar dziecka spoczywa na barku, ramieniu i plecach rodzica, więc mimo wyżej wymienionych minusów jest to lepsze rozwiązanie niż noszenie dziecka na rękach. Dodatkowym atutem jest fakt, że chusty tej nie opasuje się przez brzuch, nie ma więc ucisku w tej części ciała (jak np. w kieszonce), co ma duże znaczenie dla świeżo upieczonych mam. Dziecko W przypadku dzieci niesiadających zaleca się odwrócenie krawędzi chusty – tzn. zrobienie z dolnej krawędzi górnej. Po wykonaniu tej czynności przebieg dolnej krawędzi chusty układa się w kształt litery U (tak jak w kangurku), przez co mamy możliwość symetrycznego ułożenia dziecka. Dzięki temu możemy nadać bardzo małe odwiedzenie nóżek, dlatego wiązanie nadaje się nawet dla bardzo drobnych dzieci. Z odwrócenia krawędzi można (nie trzeba) zrezygnować, gdy dziecko samodzielnie siedzi. Dziecko może być umieszczone centralnie z przodu osoby noszącej lub nawet całkowicie na jej biodrze. Warto podkreślić, że na biodrze można nosić dzieci od samego początku. Dla kogo Wiązanie wszechstronne – od drobnego noworodka wymagającego małego odwiedzenia nóżek, do starszaka spędzającego czas naprzemiennie w chuście i własnych nogach. Chustę kółkową dociągamy na kółkach i to one (a nie węzeł jak w przypadku innych wiązań) trzymają napięcie chusty. Daje to możliwość szybkiej korekty pozycji dziecka w chuście i natychmiastowego jej dociągnię-

SPLOT nr 4/2017


97 cia. Dzięki temu jest to idealne rozwiązanie dla dzieci ze wzmożonym napięciem mięśniowym, dzieci „kolkowych” i innych mających kłopot z podwinięciem miednicy i/lub przyjęciem właściwej pozycji. W przypadku takich maluchów nierzadko jest to jedyne możliwe chustowe rozwiązanie, często będące wstępem do kolejnych. Chustę kółkową możemy sobie wcześniej przygotować, zrobić „gotowca”, w którym w razie potrzeby umieszczamy dziecko i jedynie dociągamy materiał na kółkach, zyskując tym samym cenny czas. Równie szybko można z niej dziecko wyjąć, polecana jest więc dla maluchów, przy których musi być możliwość natychmiastowej ewakuacji z chusty oraz takich, które nie mogą się zdecydować, czy chcą być w chuście czy poza nią. Po wyjęciu dziecka musimy jedynie poprawić ułożenie materiału na kółkach i chusta jest przygotowana do kolejnego użycia. Na co zwracać szczególną uwagę Na początek kwestia techniczna – bardzo ważne jest właściwe, równomierne ułożenie materiału na kółkach. Jeśli zaniedbamy ten etap przygotowania chusty, nasze motanie niestety skończy się fiaskiem. Nieuporządkowany materiał w trakcie dociągania zblokuje się, nie będziemy mieć możliwości dalszej pracy z chustą i tym samym zakończenia wiązania. Przed włożeniem dziecka do chusty kółka należy umieścić wysoko na barku, gdyż w trakcie dociągania zsuwają się w dół i jednocześnie zbliżają się do dziecka. Osoby o drobnej klatce piersiowej lub posiadające duże dzieci powinny umieszczać dziecko na biodrze, co pozwoli na zminimalizowanie ryzyka wejścia metalowych kółek na ciało malucha. Przy wiązaniu chusty kółkowej należy zwracać szczególną uwagę na rozpostarcie materiału pod pupą dziecka, od dołu podkolanowego po dół podkolanowy. Ta rozpostarta część materiału podtrzymuje dziecko od dołu i będzie dobrze ułożona jedynie w przypadku wprowadzenia dziecka w prawidłowe zgięcie. Materiał pod pupą i udami utrzymuje się dzięki prawidłowemu dociągnięciu chusty, trzeba o to zadbać, gdyż nie ma tu dodatkowego zabezpieczenia poprzez np. wzmocnienie krzyżującymi się pod pupą połami (jak w kieszonce) czy węzłem (jak w kangurku). W przypadku dzieci niesiadających pamiętajmy o odwróceniu krawędzi, dzięki czemu uzyskamy możliwość symetrycznego ułożenia maluszka. Z racji tego, że wiązanie jest asymetryczne zwracajmy szczególną uwagę na pozycję dziecka

w chuście, przy nieprawidłowo wykonanym wiązaniu można stracić symetrię ciała dziecka, która jak wiemy, jest niezwykle ważna. Zwracajmy dużą uwagę na ułożenie nóg dziecka, szczególnie gdy wiążemy je centralnie na biodrze (ważne jest ułożenie „tylnej” nóżki dziecka, czyli tej znajdującej się z tyłu naszego ciała) lub rezygnujemy z odwróconej krawędzi (krawędź zmienia swój przebieg i istnieje ryzyko niesymetrycznego ułożenia dziecka). Niesymetryczne wiązanie powoduje też nierównomierne obciążenie ciała osoby noszącej – pamiętajmy o zmianie ramion, na których nosimy chustę. Dbając o siebie, starajmy się używać jej jako narzędzia specjalnego przeznaczenia, nośmy w niej niezbyt długo. Chusta kółkowa jest prosta i szybka w obsłudze, co jest jej niewątpliwym atutem i powodem, dla którego wielu noszących ma „kółkowe love”. Poręczna, zajmująca mało miejsca, zmieści się w torebce, więc zawsze można ją mieć pod ręką. Idealna na szybkie motanie i krótkie noszenie, stanowi często wyposażenie stałe aut (i nie tylko) chustowych rodziców. Jednym słowem doskonała, mimo swoich niedoskonałości. Polecam spróbować, zapewne zakochacie się w niej tak jak ja. Zdjęcie wykonał: Krzysztof Pawlikowski

www.splotbliskosci.pl


98

ChustoRecenzje

Subiektywnie o chustach i nosidłach Nosidło Kavka Baby - Black Dream

Ula Liszcz W kwartalniku SPLOT odpowiada za kącik recenzji testując dla Was chusty i nosidła. Doradca noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich po szkole ClauWi®, działająca jako Eunoia Doradca Noszenia. W chustowaniu zakochana od pierwszego zamotania, zafiksowana na punkcie prawidłowej pielęgnacji niemowląt, instruktorka masażu Shantala. Obecnie obejmuje pieczę nad Chustośrodami na wrocławskim Jagodnie, gdzie spotyka się z chustującymi rodzicami. Prywatnie minimalistka w założeniu, bałaganiara w praktyce, cierpiąca na syndrom wiecznie niezadowolonej twarzy, zyskująca przy bliższym poznaniu. Mama niespełna dwuletniego harpagana, którego urodziła w swoim zaciszu domowym, wraz ze swoim wspierającym jej wszystkie “szalone” pomysły partnerem.

Kavka Baby to nowa polska firma produkująca nosidła do noszenia dzieci. W ofercie mają trzy rodzaje nosideł – regulowane, standardowe oraz wersję standardową z chowanym pasem biodrowym. Na testy przyszło do nas nosidło regulowane multi-age. Nosidło uszyte jest z mocnej, żakardowej tkaniny, dostępne w trzech wariantach kolorystycznych – czarnym, niebieskim i szarym. Wygląda bardzo estetycznie, każdy szczegół nosidła zdaje się być bardzo przemyślany. Nowoczesny wygląd wyróżnia to nosidło na tle wzorzystych tkanin u konkurencji, jest to zatem dobra propozycja dla lubiących bardziej jednolite materiały. Pas biodrowy jest sztywno wypełniony, dzięki czemu można uzyskać spore odciążenie (taka jest rola pasa biodrowego), lecz dla niektórych taki sposób wypełniania może okazać się niewygodny. W moim przypadku pas mocno odstawał w jego dolnej części i „łamał się” pod ciężarem dziecka. Po długim noszeniu odczuwałam dyskomfort w okolicy pasa. Zdecydowanie wygodniejszy jest dla mnie miękki lub średnio wypełniony pas. Klamra pasa biodrowego nie ma zabezpieczenia (trzypunktowego), ma natomiast gumkę zabezpieczającą, przez którą należy przełożyć taśmę regulującą przed zapięciem klamry. Gumka ta ma za zadanie przytrzymanie klamry w razie jej odpięcia. Regulacja szerokości panelu znajduje się po wewnętrznej stronie pasa biodrowego i polega na przesuwaniu materiału panelu po taśmie i mocowania go na rzep. Na taśmie regulacyjnej znajdują się

SPLOT nr 4/2017


99 pomocne oznaczenia przedziałów wagowych, dzięki którym można odpowiednio dostosować szerokość pasa, jaką potrzebujemy dla naszego dziecka. Jest to duży plus tego nosidła, ponieważ pozwala nam to na równomierną regulację (często w nosidłach regulowanych trzeba to robić „na oko”). Według przedziałów wagowych nosidło przeznaczone jest dla dzieci ważących mniej niż 6 kilogramów aż do 20 kilogramów. Maksymalnie rozłożony panel ma 45 centymetrów szerokości, a po całkowitym ściągnięciu 25 centymetrów. Można być pewnym, że takie parametry pozwolą na noszenie najmniejszych dzieci, oraz dwu-, a nawet trzylatków. Dodatkowym atutem panelu jest wypełnienie z boku nóżek dziecka. Wysokość panelu regulowana jest taśmami, znajdującymi się na pasach naramiennych w górnej części panelu. Dzięki takiemu umiejscowieniu regulacji, można dostosować wysokość panelu, kiedy dziecko jest już w nosidle. Maksymalna wysokość panelu wynosi 42 centymetry, po skróceniu wynosi około 30.

traci w tym momencie swoje właściwości. Noszenie na plecach jest więc dla mnie niewygodne. O nosidle Kavka śmiało mogę powiedzieć, że to jedno z najlepiej dopracowanych nosideł na polskim rynku. Regulacja jest przemyślana i wygodna, panel dobrze układa się nawet na małych dzieciach. Nadmiar materiału powstały po skróceniu wysokości można ukryć, składając panel, co wygląda bardzo estetycznie. Dużym plusem jest też wypełnienie pasów naramiennych. Największym rozczarowaniem jest natomiast dla mnie pas biodrowy. Komfort noszenia nie jest zbyt duży przy dłuższym noszeniu. Sztywny pas biodrowy nie jest jednak minusem dla każdego, zachęcam więc do mierzenia nosideł i ustalania swoich własnych preferencji.

Pasy naramienne są mocno wypełnione, co zwiększa komfort noszenia. Można je rozpiąć i skrzyżować na plecach oraz, co jest bardzo wygodną opcją dla młodszych dzieci, wpiąć w klamry, znajdujące się u dołu panelu, pod nóżkami dziecka, dzięki czemu unikamy napięcia panelu na wysokości odcinka piersiowego dziecka. Taśmy regulujące długość pasów można regulować w dwie strony, co ułatwia dociąganie zarówno kiedy mamy nosidełko założone z przodu, jak i z tyłu. Taśmę łączącą pasy naramienne można bardzo łatwo i lekko przesuwać w górę i w dół. Ten innowacyjny sposób regulacji zachwycił mnie w tym nosidle najbardziej. Rodzice często skarżą się, że nie są w stanie dosięgnąć do zapięcia z tyłu, a w tym nosidle z łatwością można przesunąć taśmę na odpowiednią wysokość i zapiąć klamrę. W ten sam sposób reguluje się również mocowanie troczków kaptura. Kapturek nie należy jednak do mocnych stron nosidła, ponieważ jest bardzo mały i trudno nim przytrzymać głowę śpiącego starszaka. Pasy naramienne, jak we wszystkich mierzonych przeze mnie nosidłach klamrowych, są dla mnie za długie. Mimo maksymalnej regulacji dziecko odstaje od moich pleców i zapada się w pas biodrowy, który www.splotbliskosci.pl


100

Kavka - Black Dream Dreamy Slings - Wishspace SPLOT nr 4/2017Ice


101

Mookie Baby Mocha Fable

Mookie Baby to polska firma stworzona przez grupę młodych ludzi i artystów. Artyści są przedstawieni na stronie producenta, co sprawia, że produktów Mookie nie tworzą anonimowi graficy. Chusta Mocha Fable przedstawia psa z komiksu „Bajka na końcu świata” autorstwa Marcina Podolca. Mimo postaci komiksowej, chusta nie wygląda infantylnie. Jej kolory – ciepły beż i ciemny brąz – nadają jej wyglądu retro, przywodzą mi na myśl stare wycinki z gazet z komiksami. Dzięki temu wzór jest niebanalny i niepowtarzalny. Chusta utkana jest w 100% z bawełny czesanej, jej gramatura wynosi aż 320 gr/m2. Te parametry dają nam gwarancję, że chusta będzie odpowiednia dla starszych i cięższych dzieci. Oznacza to również niestety, że nowa chusta będzie sztywna i trzeba będzie ją „złamać” – to jedna z tych mitycznych chust,

które po złożeniu potrafią same stać. Przed rozpoczęciem noszenia warto zatem wykorzystać ją na przykład jako hamak, kocyk i prześcieradło, a nawet linę do przeciągania. Jak ktoś lubi prasowanie, to może ten ponad czterometrowy kawałek materiału potraktować gorącą parą. Nic nie łamie jednak chusty lepiej niż jej wiązanie i noszenie, więc polecam tę chustę dla doświadczonych rodziców. Sztywna chusta jest trudna w dociąganiu i ciężko pracuje, początkujący zatem mogą mieć problem z prawidłowym dociągnięciem. Po złamaniu chusta „odwdzięczy” się nam jednak dużą nośnością i miękkością. Już na pewno wspominałam, że jestem dużą fanką bawełnianych chust – właśnie przez brak problemów z dociąganiem, przewidywalność oraz łatwość w utrzymaniu. Bawełna jest po prostu bezpieczna.

www.splotbliskosci.pl


102 Pierwszy kontakt z chustą nie należy więc do najprzyjemniejszych – chyba, że łamanie chust to nasze hobby. A ludzie dzielą się właśnie na dwa typy – takich, którzy lubią łamać chusty i takich, którzy tego nie znoszą. Ja należę do tej drugiej grupy, dlatego chusty kupuję zawsze na rynku wtórnym lub nowe ready-to-wear (czyli gotowe do noszenia po wyjęciu z opakowania). Z drobną pomocą udało mi się jednak zmiękczyć „pieski”. Nie było to na szczęście aż takie trudne, bo im cięższe dziecko, tym szybciej chusta się poddaje procesowi łamania. Taka miękka Mocha Fable spokojnie może też otulić młodsze dziecko. Dla noworodka może się nie nadaje, ale już dla kilkumiesięcznego niemowlaka tak. Pomimo swojej gramatury

SPLOT nr 4/2017

chusta jest średniogruba w dotyku. Może to być zatem nasza druga i ostatnia chusta (o ile to tylko możliwe). Pierwszy kontakt z chustą Mookie nie należał do najlepszych pod względem dotykowym. Wizualnie za to chusta od razu mi się spodobała, lubię motywy zwierząt na chustach. Mocha Fable jest bardzo nośną chustą, dobrze pracującą. To świetna propozycja dla doświadczonych chustujących rodziców, szukających chusty dla cięższego dziecka. Zdjęcia wykonała: Joanna Izydor


103

Mookie Baby Mocha Fable

www.splotbliskosci.pl


104

sPLOTKI

#CHUSTUJEGOTUJE – moje nowe dziecko Kocham chustowanie! Odkąd mój syn skończył 2 tygodnie, nosiłam go bez przerwy. Oczywiście rozpoczęłam od konsultacji z certyfikowanym doradcą noszenia. Wiedziałam, że tak trzeba. Swojego pierwszego pasiaka zakupiłam podczas wizyty Agnieszki, od razu złapałyśmy flow. Teraz Franek ma prawie półtora roku i przeżywamy chustobunt. Zaprzyjaźnione świrki jednym głosem stwierdziły... czas na kolejnego chuściocha! Ja jednak nie jestem na to gotowa. Stworzyłam więc #chustujegotuje. To jest mój nowy „wkładzik”. Zarówno moje nowe dziecko, jak i mój osobisty wkład w życie chustoświata. Kiedy poszłam do programu MasterChef, moją główną grupą wsparcia były właśnie świrki. Od pierwszego odcinka poznały mnie po banjarze midnight sun, która w świrkowie stała się chyba moim znakiem rozpoznawczym. O co chodzi z #chustujegotuje? To projekt, który postanowiłam stworzyć wraz z moimi przyjaciółmi: Sebastianem Bujniewiczem, bardzo kolorowym i kreatywnym człowiekiem, który odpowiada za oprawę fotograficzną całego wydarzenia, oraz Michałem Koczoniem, niezwykle uzdolnionym, otwartym i pomocnym człowiekiem, który uwiecznia nasze spotkania na filmach. Całość nie miałaby miejsca bez wspaniałej managerki Katarzyny Karczewskiej, która jednocześnie jest moją mamą, również znaną w chustoświecie jako piękna, młoda babcia banjarą chustująca. #chustujegotuje jest moim osobistym ukłonem w stronę świrek, które trzymały za mnie kciuki i były mi wsparciem. Sama jestem młodą mamą i wiem, jak bardzo uboga jest oferta kreatywnego spędzania czasu dla rodzin. Dlatego stworzyłam ten projekt. Ma on zrzeszać rodziny i w niesamowitej atmosferze zacieśniać więzi. Oczywiście w tym wszystkim chodzi też o gotowanie, bo #chustujegotuje to seria warsztatów kulinarnych, które będą odbywały się w całej Polsce. Istnieją różne warianty spotkań – jedne przeznaczone są wyłącznie dla rodziców, wtedy przygotowujemy kulinarne nowości i staram się poszerzyć ich wiedzę z tego zakresu, przy okazji miło spędzając czas. Zdjęcie wykonał: Sebastian Bujniewicz SPLOT nr 4/2017

Inne skierowane są do dzieci z rodzicami, jeszcze inne do samych dzieci, a wtedy mama i tata idą do kina czy na kolację! Co ważne, wymogiem podczas warsztatów wcale nie jest posiadanie dziecka w chuście. Nazwa wzięła się z mojego sentymentu do chustowania, miłości do gotowania oraz chęci zrzeszenia rodziców i dania im wartości w postaci wspólnego rodzinnego miejsca. Inspirowałam się #Nicminiewisi, czyli jednym z naszych czołowych patronów. Najpiękniejsze w #chustujegotuje jest to, że nie wykluczamy rodziców ze starszymi dziećmi, że mile widziany na warsztatach jest tata oraz to, że na każdych warsztatach towarzyszy nam certyfikowany doradca chustowy, który służy radą. Chustowanie w nazwie ma implikować nacisk kładziony na dziecko w ogóle. Chodzi o to, że to jest przestrzeń rodzinna i ma na celu budowanie oraz wzmacnianie rodzinnych relacji. Oto cała idea #chustujegotuje, bo przecież prawdziwe gotowanie nie jest niczym innym, jak okazywaniem uczuć. Natalia Gmyrek


BACKSTAGE sesji okładkowej 105 Zdjęcia: Ewa Sulka Nosidło: Berry Collaboration Universe Modelka: Katarzyna Rengifo Diaz

www.splotbliskosci.pl


106

SPLOT nr 4/2017


107

www.splotbliskosci.pl


Splot 4/2018  

Pierwszy numer 2018 roku, a w nim między innymi wytyczne do zaprojektowania pokoju/mieszkania wspierającego rozwój dziecka, kilka słów o str...

Splot 4/2018  

Pierwszy numer 2018 roku, a w nim między innymi wytyczne do zaprojektowania pokoju/mieszkania wspierającego rozwój dziecka, kilka słów o str...

Advertisement