Page 1


zdjęcia: Joanna Izydor chusta: Woven Bliss modelka: Agnieszka Nikipierowicz


2

OKŁADKA: zdjęcie: Joanna Izydor chusta: Woven Bliss modelka: Agnieszka Nikipierowicz

DRODZY CZYTELNICY, Witajcie po wakacjach! Sezon ogórkowy zakradł się także po cichu do sfery polskiego babywearingu. Wakacje były leniwe, ale mimo to redakcja SPLOTu znalazła czas, tematy, a nawet kilku nowych redaktorów, by powstał szósty już numer naszego periodyku. W nim przeczytacie bardzo letni temat − chusta w wakacje! Jak wielu z Was wybrało się w nadmorskie podróże, pamiętając o spakowaniu tego długiego kawałka utkanego materiału? Ilu z Was zdobywało górskie szczyty z bobasem w nosidle na plecach? Ha, tak myślałam. Ja już noszenie swoich dzieci mam za sobą, a jednak chusta wciąż ląduje w naszej wakacyjnej walizce, bo doskonale sprawdza się w innych rolach, nie tylko noszeniowych. Poza chustami poruszamy ważny temat bezpiecznego przewożenia dzieci w fotelikach samochodowych – na łamach gazety znajdziecie nową rubrykę o fotelikach RWF. Numer będzie nieco nostalgiczny − wrócimy na chwilę pamięcią do maja, do III Festiwalu Chustowego #nicminiewisi: Wrocław the City of Wraps, który odbył się we Wrocławiu. Byliście? Powspominajcie z nami! Nie było Was? Zaplanujcie swój udział w przyszłym roku.

SPLOT nr 6/2018

W numerze zabieramy Was w kolejną podróż dookoła świata, podglądając narzędzia bliskości w dawnej Polsce, by następnie przeprowadzić Was za rękę po rynku wisiadeł i sztywniadeł, i dać jasny przekaz o tym, w czym NIE należy nosić dzieci. Zajrzymy do domu kolejnej Chustoświrki, dowiemy się co nieco na temat teorii więzi, specjalista opowie wszystkim mamom o tym, w jaki sposób najbezpieczniej zacząć powrót do formy po porodzie. Na prośbę naszych czytelników poruszymy także ważną kwestię dotyczącą cukru w diecie dzieciaków oraz przyjrzymy się jak to jest z noszeniem bliźniaków. Wisienką na torcie numeru jest felieton ojca i recenzje moroszkowych książek o noszeniu. Nie mogłabym zapomnieć o Zamotanej Sesji! W redakcji postanowiliśmy przekazać pałeczkę w Polskę − w każdym kolejnym numerze będzie pojawiała się gościnna sesja z różnych zakątków naszego kraju, wykonana przez różnych fotografów. Kto wie, może któregoś kwartału zobaczymy właśnie Ciebie na łamach naszego magazynu? Dobrej lektury! W imieniu redakcji, Magdalena Cichońska redaktor naczelna


3 Nasze wydania w wersji elektronicznej możecie znaleźć pod adresem: www.splotbliskosci.pl

SPIS TREŚCI nr 6 / 2018

lub też zakupić wersję drukowaną pierwszego numeru na stronie wydawnictwa „Moroszka”: www.moroszka.com

4

O III edycji Festiwalu Chustowego słów kilka

Dodatkowych informacji można zasięgnąć pod adresem wspolpraca@splotbliskosci.com

8

Sztuka Bliskości

11 (Przy)wiązanie SPLOT Ogólnoświatowy kwartalnik bliskości ISSN 2544-2716 www.splotbliskosci.pl miejsce wydania Wrocław wydawca Moroszka Joanna Izydor

redaktor naczelna Magdalena Cichońska grafika i skład Joanna Izydor korekta Aleksandra Kramkowska główny fotograf Ewa Sulka

14

Z chustą w podróży

16

Noszenie dookoła świata

19

Rodzicu w ten sposób się nie nosi!

23

Wlot na chatę chustoświrki

25

Zamotana sesja

32

Nie słodź mi kochanie!

34

Bliskość z perspektywy pracującego taty

36

Fotelik samochodowy

39

Tkana droga

42

Plecak z koszulką

44

Matka Polka ćwicząca

46

Noszenie bliźniąt

51

Dzieci w sztuce

52 Chustorecenzje 56

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadesłanych tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń.

Recenzje Moroszki

60 sPlotki 63

Sesja okładkowa

www.splotbliskosci.pl


4

Karolina Dominiak-Piskorska założycielka akcji #uwolnijrece

O III edycji Festiwalu Chustowego słów kilka

Raz, dwa … trzy! Pierwszy Festiwal Chustowy odbył się w BarBarze i był jednodniową celebracją pierwszych urodzin akcji społecznościowej #nicminiewisi. Drugi, to już dwudniowe wydarzenie – event rodzinny i bliskościowy zorganizowany na większą skalę w podwrocławskich Pawłowicach. III Festiwal Chustowy – Wrocław The City of Wraps odbył się 19 i 20 maja 2018 roku w Browarze Mieszczańskim i pod każdym względem przerastał poprzednie edycje tej ogólnopolskiej chustowej imprezy. Po pierwsze – miejsce Browar Mieszczański we Wrocławiu, to niezwykły XIX-wieczny obiekt z unikalną architekturą przemysłową i świetną lokalizacją. Od wielu lat pełni funkcję Centrum Kulturalnego – działają tu teatr, sale wystawowe, galerie i pracownie artystyczne.

SPLOT nr 6/2018

Na te dwa dni majowego weekendu jego dość surowe wnętrza ogromem pracy organizatorów oraz osób zaangażowanych w przygotowania, zmieniły się niemal nie do poznania. Wierzcie mi, ponieważ intensywnie pomogłam w tej metamorfozie i wraz z zespołem wspaniałych, niezwykle pracowitych i kreatywnych ludzi nadaliśmy tym industrialnym powierzchniom ciepły, zupełnie nowy wygląd. Uczestnicy festiwalu mogli swobodnie poruszać się i korzystać ze specjalnie przygotowanych stref. W centrum znajdowała się strefa targowa z ofertą producentów chust oraz gadżetów okołochustowych, zaraz obok strefa dzieci, która wyglądała jak bajkowy ogród z dobrymi wróżkami – wolontariuszami teamu. Ze strefy dzieci można było przejść do strefy relaksu z chustowymi leżakami oraz recykingową ścianką do zdjęć. Całość uzupełniała galeria z wystawą pięknych bliskościowych grafik autorstwa Joanny Izydor i dziedziniec z foodtruckami. Dodatkowo uczestnicy warsztatów oraz spotkań autorskich mieli do dyspozycji salę wykładową oraz dwie sale warsztatowe. A wszystko to dosłownie omotane chustami – zachęcam do obejrzenia galerii zdjęć z wydarzenia.


5 Po drugie – program Przebogaty! Zaplanowany w taki sposób, aby każdy uczestnik festiwalu znalazł coś dla siebie. Trochę teorii i praktyki. Były wykłady, warsztaty i spotkania ze specjalistami dla rodziców oraz tych, którzy rodzicami zostaną. Tematyka okołoporodowa, noszenie w chustach, noszenie w nosidłach ergonomicznych, karmienie piersią, rozszerzanie diety metodą BLW, masaż Shantala, foteliki samochodowe typu RWF, zagadnienia z psychologii dziecięcej oraz fizjologii kobiet po porodzie i rodziców noszących swoje dzieci w chustach/nosidłach. Spotkania autorskie z twórcami literackimi, w tym z wyjątkowym gościem festiwalowym – dr Rosie Knowles, która została zaproszona przez mecenasa eventu, firmę Lenny Lamb. Noszenie w praktyce, czyli nauka motania różnych wiązań, a także szczypta pasji tworzenia – warsztaty wiązania makramowych plecionek, technika wykonywania nadruków na koszulkach, tworzenie lasu w słoikach, warsztaty recyklingowe z tworzenia lamp.   Dla najmłodszych zajęcia plastyczne, tworzenie mozaik, strefa bębnów afrykańskich, malowanie samochodów, a nawet joga kundalini. Wśród ważnych punktów programu należy jeszcze wymienić premiery książek wydawnictwa Moroszka – „Noszę”, autorstwa Magdaleny Cichońskiej i Aleksandry Kramkowskiej z kosmicznymi ilustracjami Joanny Izydor oraz „Tulaj mnie” dla najmłodszych, napisanej przez Magdę a zilustrowanej przez Joannę.

na i wartościowa. Każdy członek #Teamu dołożył swoją cegiełkę budującą jakość i świetność Festiwalu Chustowego – tyle ile mógł i tak, jak najlepiej potrafił. Możecie sobie wyobrazić, choć część ogromu wykonanej pracy, Drodzy Czytelnicy, patrząc na zdjęcia odmienionej przestrzeni Browaru Mieszczańskiego oraz na program festiwalu. Osobiście te kilka dni przed festiwalem było dla mnie fantastycznym, kreatywnie spędzonym czasem, wyzwaniem, niecodzienną okazją do stworzenia czegoś nowego, a także nauką nowych umiejętności i technik. Możliwość pracy zespołowej daje wiele satysfakcji. Szczególnie, gdy z dumą ogląda się potem efekty włożonego wysiłku. Pod hasłem „ludzie” kryją się również goście zaproszeni na imprezę na czele z Rosie Knowles, która na festiwal przyjechała z premierą swojej książki „Dlaczego noszenie ma znaczenie?”. Polską wersję językową wydało bliskościowe wydawnictwo Moroszka wraz z partnerem wydawniczym Lenny Lamb.

Z całą pewnością nuda nie miała prawa wstępu do Browaru Mieszczańskiego przez cały czas trwania festiwalu. Po trzecie – ludzie Pisząc to hasło, myślę przede wszystkim o organizatorkach, Magdalenie Cichońskiej i Joannie Izydor, które realizacją kolejnej edycji Festiwalu Chustowego udowodniły, że nie stanęły w miejscu, nie spoczęły na laurach, ale wciąż się rozwijają. Poszły o krok, ba! Nawet o dwa, trzy kroki dalej. Nowa formuła eventu, czyli rozbudowanie strefy targowej w połączeniu z warsztatami, prelekcjami, spotkaniami autorskimi sprawdziło się znakomicie. A wszystko świetnie wymyślone, przemyślane i zaplanowane. Dziewczyny, szczerze podziwiam Waszą nieograniczoną kreatywność, a sobie życzą wielu lat udanej współpracy w Wami! Ale czymże byłyby organizatorki, bez swojego #Teamu? Sztab ludzi zaangażowanych w przygotowania całej imprezy – to wiele miesięcy pracy, której intensywność wzrastała proporcjonalnie do malejącej liczby dni odliczanych do startu eventu. Trudno tu wymienić i opisać wszystko, czym zajmowali się ci wszyscy fantastyczni ludzie. Mogę tylko napisać, że każda forma ich zaangażowania była waż-

www.splotbliskosci.pl


6

Nie zabrakło również znanych nazwisko polskiego środowiska blogerskiego. Podczas festiwalu można było spotkać się z Michaliną Grzesiak, autorką bloga „Krystyno, nie denerwuj matki”, która promowała swoją książkę wydaną pod tym samym tytułem. Gościem specjalnym była również Maria Tymańska, która przyjechała na spotkanie autorskie ze swoją książką „#mama”. Bloga oraz książek „AlaAntkowe BLW” chyba nikomu nie trzeba przedstawiać – w niedzielę odbyło się spotkanie autorskie z rudą połową alaantkowego zespołu – Anną Piszczek. A przede wszystkim ludzie to uczestnicy festiwalu, bo bez ich udziału imprezy zwyczajnie by nie było. Cała idea festiwalu chustowego jest tworzona z myślą o Was Drodzy Uczestnicy, dlatego to Wasze święto i to Wy jesteście najważniejsi! Na koniec poprosiłam Magdę Cichońską, jedną z głównych organizatorek, o kilka słów podsumowania. KD-P: Jak to jest wpaść na pomysł zorganizowania festiwalu? Takich zamotanych imprez przed #nicminiewisi nie było. MC: Była konferencja w Poznaniu i był piknik w Dąbrowie Górniczej – ale festiwale chustowe to jak grzyby po deszczu wyrosły dopiero po pierwszych urodzinach #nicminiewisi (które oficjalnie miały przecież nazwę I Festiwal Chustonoszenia). To szalone, ale już wtedy po pierwszej

SPLOT nr 6/2018

edycji wiedziałam, że będzie to cykliczna impreza. I, że wysoko sobie ustawiłam poprzeczkę. Jednak w najśmielszych snach nie podejrzewałam, że w organizacji drugiego Festiwalu wesprze mnie Asia Izydor, artystka, lecz dla mnie przede wszystkim tajemnicza dziewczyna z internetów, którą jakimś cudem namówiłam na pomoc w tworzeniu grafik, a ona… powiedziała „okej”. I tak nad drugą edycją pracowałyśmy już razem. Z jednodniowego święta zamotanego rodzicielstwa przeskoczyliśmy do dwudniowego festiwalu chustowego, jedynej takiej imprezy w Polsce. Nie obyło się bez problemów – praca przy drugim feście nauczyła nas solidności i wprowadziła zasadę „bez umowy nie ma mowy”. Jak dziś pomyślę ile rzeczy nie wypaliło to... już się tylko uśmiecham. Ale wtedy był ogień. Nie przyjechało kilku wystawców (informując o tym smsem w dniu festiwalu), mieliśmy mecenasa-widmo, foodtruck nie dojechał, w mieście pękła rura, nie było wody i nie działała klima. A to tylko wierzchołek góry lodowej (śmiech). Po tej edycji byłyśmy już tak zaprawione w bojach, że wydawać by się mogło, ze już nic nas nie zaskoczy. A jednak! Podpisując umowę z Browarem Mieszczańskim cieszyłyśmy się z Asią jak dzieciaki. Największa imprezownia w mieście, z dziedzińcem, zakamarkami i tym swoim industrialnym klimatem, ach! Jest nasza! Cóż, radość trwała tak długo, jak nasza niewiedza odnośnie daty zakończenia remontu ulicy. I jeszcze dzień przed imprezą całkowicie zamknęli pas dojazdowy do Browaru przez co dotarcie na Festiwal graniczyło z cudem. I te deszcze!


7 Lało jak z cebra cały tydzień... Mieliśmy ogromne szczęście, że pogoda postanowiła się nieco poprawić i w ten nasz zamotany weekend słychać było głosy, ze nawet jest trochę za gorąco. Niestety po trzecim festiwalu mam pewien niedosyt i odnoszę wrażenie, że uczestnicy nie skorzystali ze wszystkiego, co dla nich przygotowaliśmy. Były wykłady i warsztaty, wiadomo. Ale poza nimi odbywały się także ciekawe spotkania z twórcami, zorganizowaliśmy obszerną strefę czillu w środku (czekały tam chustowe leżaki, światełka, ścianka do zdjęć i podpisów), było prawdziwe krosno tkackie, przy którym każdy mógł usiąść i utkać kawałek chusty, strefa Moroszki, strefa z pufami dla mam karmiących... długo by wymieniać. Przyjechało wielu wybitnych specjalistów, którzy prowadzili prelekcje i warsztaty. Był zespół wolontariuszy i główny #Team czuwający nad przebiegiem imprezy. Odwiedziło nas sporo ludzi z całej Polski, ale część trafiła do Browaru zupełnie przypadkiem i to cieszy, bo świadczy o tym, ze chustonoszenie nie jest już tematem niszowym. KD-P: Snujesz już plany na czwartą edycję? MC: Na razie odpoczywam. Trzecia edycja wypruła ze mnie wszystkie flaki (śmiech), zresztą nie tylko ze mnie, bo z Asi też. Ale tak już całkiem poważnie – na organizacji okropnie ucierpiało moje życie rodzinne. Można powiedzieć, że teraz, przez te trzy miesiące, nadrabiałam stracony czas z bliskimi. Mam pewne pomysły na kolejne działania, ale jest zbyt wcześnie, by je zdradzać. Na pewno dwie osoby to za mało, by ogarnąć tak wielką imprezę, myślę więc, że w pierwszej kolejności zadbam o struktury organizacyjne,

by mądrze podzielić zadania. KD-P: Czy jest coś, co w tym roku wyjątkowo wyróżniło się na tle poprzednich edycji? Co się sprawdziło? Wiem, że z roku na rok wyciągacie wnioski i usprawniacie działania, bo w kolejnych latach było już tylko lepiej. MC: Chyba najfajniej było wprowadzić powiew świeżości w postaci całkiem nowych bloków tematycznych, zaprosić twórców ze świata wydawniczego, nowych prelegentów, zorganizować pokaz mody bliskościowej. Cieszy mnie współpraca ze strefą gastronomiczną, że wszyscy uczestnicy byli najedzeni, mieli odpowiedni poziom kofeiny we krwi i nie odwodnili się dzięki darmowej wodzie jednego z naszych partnerów. Cieszę się z tego, że cały #Team miał świetne ubrania, dzięki którym był widoczny z daleka. I, że w tym roku nasz Mecenas naprawdę o nas zadbał (dziękujemy Lenny Lamb!). Że przyjechali zaproszeni goście, program był zróżnicowany – każdy mógł w nim znaleźć coś dla siebie. Widzę co wypaliło na 100%, a co tylko na 99 i wyciągam wnioski. Ostatnio moja joginka opowiadała mi, że była w tym roku na pięknym festiwalu jogi we Francji. Wszystko chodziło tam jak w zegarku, współpraca była sprawna, uczestnicy wszystko wiedzieli i czuli się zaopiekowani. Gdy posmutniałam, powiedziała „Ale zdajesz sobie sprawę, że to był już 40sty festiwal?”. Cóż mogę powiedzieć… chyba tylko „Challange accepted” (śmiech). Zdjęcia: Ewa Sulka

www.splotbliskosci.pl


8

Joanna Izydor

Artystka, współzałożycielka SPLOTu i wyd. Moroszka

sztuka BLISKOŚCI Wystawowe posłowie

Przez 2 tygodnie, począwszy od III Festiwalu Chustowego, mogliście odwiedzić moją wystawę w Galerii Browaru Mieszczańskiego, która była poświęcona bliskości i babywearingowi. Bliskość dla mnie jest czymś więcej niż tylko chwilą, jaką możemy podarować naszemu dziecku. Bliskość jest naszą energią, wypełnia nas, jest częścią wszechświata. Bliskością oddychamy, bliskość paruje z nas całym ciałem, z każdym słowem i gestem. Potrzeba bliskości jest początkiem naszych relacji społecznych, miłości, wewnętrzym trybikiem założenia rodziny. Bliskość nas jednoczy, a gdy jej zabraknie, stajemy się smutni i samotni. Dlatego warto ją cenić i zamiast spełniać swoje kolejne to współczesne wyzwania, zatrzymać się i dać komuś bliskość.

nokrotnie idąc w idee zbyt naturystyczne jak porzucenie biustonosza i golarki (śmiech). Zaraz potem idziemy w kolejną skrajność, bycia idealnie piękną mamą, zawsze w pełnym makijażu i z najmodniejszym wózkiem lub chustą za dzikie miliony. Dzieciaki ubrane w najdroższe ciuszki, też niby eko i handmade, ale tylko producent zna prawdę o ich realnym pochodzeniu. Do tego na każdym kroku fotka − tu jem, tu pierwsza kupka na nocniku, hej wy wszyscy − patrzcie i zazdroście nam BLISKOŚCI! Bo tak, wszystko się dzieje pod przykrywką naszego ulubionego uczucia, które tak naprawdę ma guzik wspólnego z tymi narcystycznymi pobudkami. Ofiarami stają się nie tylko nasze dzieci, ale też my sami. Dlatego tak wiele powstaje memów na temat współczesnych „madek” i ich sposobu życia.

Żyjemy teraz w czasach, w których media huczą jak to super jest być nowoczesną bliskościową mamą (tudzież rodzicem), ekologiczną kurą domową aktywną non stop w mediach społecznościowych, nie popełniającą błędów wychowawczych i poświęcającą się wychowaniu swoich kolejnych dzieci w imię wyższych wartości, niejed-

Bardzo nie zgadzam się z uprzedmiotowieniem bliskości i z tym do czego jest wykorzystywana – do samolubnych przechwałek i walk o względy internetowych społeczności między grupami kobiet, które zawsze wiedzą lepiej od tych, z którymi się kłócą (mimo, że niejednokrotnie żadna z nich nie ma racji). I po co to wszystko?

Zdjęcie: Ewa Sulka

SPLOT nr 6/2018


9 A jakby tak złapać się za ręce i stworzyć razem... coś pięknego? Bliskość jest naszą siłą w tworzeniu piękna! A wiecie co jest najlepszym jego źródłem? Sztuka! Czyli to czym się zajmuję na codzień. Dlatego też postanowiłam stworzyć plakaty w tej tematyce i wystawić je podczas festiwalu jako apel do wszystkich mam, ojców oraz opiekunów.

Zdjęcie: Aleksandra Kramkowska

Bądźcie blisko. Ale tak naprawdę. Bo bliskość jest piękna. Bliskości nie trzeba na siłę uwieczniać i przerysowywać. To jest coś co zostanie w nas na zawsze, nawet jeśli nie pochwalimy się tym w mediach społecznościowych. Mimo tych wszystkich wyidealizowanych rysunków, bliskość nie potrzebuje pięknego obrazka. Bliskość jest pięknym obrazkiem sama w sobie, gdzieś głęboko w nas. Mam nadzieję, że moja twórczość komuś o tym przypomni, pomoże wrócić na prawidłową drogę w rodzinnej miłości. A poszczególne grafiki utkną w pamięci, jako wspomnienie tego ciepłego uczucia. Dziękuję wszystkim za odwiedziny mojej wystawy, urocze zdjęcia i miłe słowa. Plakaty są dostępne na moim Fanpage i stronie internetowej. Część ilustracji możecie znaleźć także w książce „Noszę” naszego wydawnictwa Moroszka. fb.com/izydorjoanna www.joannaizydor.com www.moroszka.com

Zdjęcie: Paula Siwek @strupka

www.splotbliskosci.pl


Zdjęcie: Aleksandra Kramkowska 10

SPLOT nr 6/2018


11

Marta Kamińska psycholog

(PRZY)WIĄZANIE Solidny fundament dla Twojego dziecka Czy więź i przywiązanie to synonimy…? Często używamy tych słów zamiennie. Etymologia jednak pokazuje, że nie do końca słusznie. Więź to rzeczownik, który oznacza to, co łączy jednostki ze sobą. Przywiązanie rzeczownik odczasownikowy czasownika przywiązać, czyli przytwierdzać coś do czegoś sznurem/liną lub wzbudzać u kogoś coraz większą sympatię. Oznacza to, że można mieć wieź bez przywiązania, , ale nie da się przywiązać, nie mając więzi. Teoria przywiązania wg J. Bowlby`ego Teoria ta powstawała na bazie osobistych obserwacji Bowlby`ego prowadzonych w ośrodku dla chłopców z zaburzeniami zachowania. Według niego to wczesnodziecięce środowisko wywiera największy wpływ na osobowość człowieka, dlatego sądził, że z powodu słabego kontaktu z matkami u chłopców w ośrodku wystąpiły zaburzenia zachowania. Istotną część teorii Bowlby oparł na wynikach prac badawczych prowadzonych w USA i Europie dotyczących zachowań niemowląt i małych dzieci w sytuacji separacji od matki. Badania te wykazały, że dzieci odseparowane najpierw protestują, buntują się, płaczą, są

Zdjęcie: Dorota Karaś

rozzłoszczone, następnie przychodzi czas rezygnacji i zerwania więzi, a po nim akceptacja nowego opiekuna. Tym więcej razy sytuacja utraty opiekuna się powtarza tym mniej dziecko przywiązuje się do kolejnej osoby. W związku z doświadczaniem przez małe dzieci sytuacji separacji u starszych dzieci pojawiają się zaburzenia emocjonalne, a u dorosłych zaburzenia psychiczne. Centralnym pojęciem teorii Bowlby`ego jest przywiązanie. Pojęcie to odnosi się do stanu, w którym dana osoba odczuwa silną potrzebę szukania bliskości innej konkretnej osoby, tj. obiektu przywiązania. Więź ta jest szczególnie ważna w sytuacjach zagrożenia lub stresu. Według Bowlby`ego dziecko przede wszystkim przywiązuje się do matki i dzięki tej więzi zachowuje zdrowie psychiczne. Dlatego tak ważne jest zapobieganie deprywacji macierzyńskiej. Częściowa deprywacja macierzyńska przejawia się tym, że matka nie potrafi zaangażować się w adekwatną „kochającą opiekę” nad dzieckiem, więc dziecko traci kontakt z matką i znajduje inną angażującą się w opiekę osobę. Powoduje to jednak rozwój lęku, silną potrzebę odwetu, uczucie winy i depresji. Deprywacja całkowita różni się od częściowej tym, że dziecko nie odnajduje innej osoby angażującej się w opiekę and nim. W związku z tym brakuje

www.splotbliskosci.pl


12 dziecku bezpieczeństwa zapewnianego przez tą jedną osobę i to stanowi podstawę silnych zaburzeń emocjonalnych i psychicznych. Warto pamiętać, że nie tylko deprywacja macierzyńska powoduje zaburzenia psychiczne, ale także czynniki biologiczne.

(inaczej: wewnętrzne modele robocze). Można wyróżnić trzy fazy reakcji dziecka na separację o czym wspomniałam powyżej (protest – rozpacz – zerwanie więzi).

W teorii Bowlby`ego przywiązanie jest częścią systemu behawioralnego dziecka i nie da się ono zredukować do popędu wtórnego. Przywiązanie to nie jest jedno zachowanie, lecz cały system zachowań. Chociaż możliwe jest określenie podstawowych taktyk związanych z przywiązaniem takich jak uśmiech, wokalizowanie czy płacz, jednak nie można zredukować go do jakiegoś konkretnego zachowania. Dla Bowlby`ego przywiązanie to więcej niż zachowanie. Celem przywiązania nie jest sam obiekt, ale bliskość obiektu – ważniejsze od posiadania jest bycie blisko obiektu przywiązania. To właśnie bliskość opiekuna zmniejsza nasilenie lęku związanego z separacją. W tym sensie przywiązanie jest ważnym mechanizmem ewolucyjnym zwiększającym nasze szanse na przetrwanie. Systemy zachowań wynikające z przywiązania posiadają stabilną wewnętrzną organizację. Odpowiadają im zespoły mechanizmów poznawczych określane jako modele pracy wewnętrznej

Teorię Bowlby`ego uzupełniły obserwacje zwierząt. H. Harlow przeprowadził doświadczenia z małymi małpami z gatunku rhesus. Miały one do dyspozycji dwie kukły: pierwszą, wykonaną z drutu, która miała przymocowaną butelkę z mlekiem, i drugą, pokrytą włochatym materiałem. Małpki wykazywały zdecydowaną preferencję dla włochatej matki, przytulone do niej spędzały średnio około piętnastu godzin dziennie tak, jak czyniłyby to w przypadku prawdziwej matki. Średni czas spędzany przez małpki przy drucianej matce wynosił około jednej godziny, mimo że to ona je żywiła. Te doświadczenia zapoczątkowały nurt badań dotyczących wpływu bliskości na rozwój dziecka. Okazuje się, że bliskość fizyczna matki (opiekuna) jest absolutnie kluczowa dla prawidłowego rozwoju niemowlęcia. Bliskość po porodzie podtrzymuje i utrwala wolę życia dziecka. W coraz większej ilości szpitali w Polsce wiedza ta przekłada się na szpitalne procedury okołoporodowe, m.in. w postaci kontaktu „skóra do skóry” przez pierwsze dwie godziny życia po porodzie naturalnym, kangurowaniu dzieci po cesarskim cięciu oraz wcześniaków.

H. Harlow i jego obserwacje małp

Badania M. Ainsworth

Zdjęcie: Shoot&Carry Daniela Furka-Buller

Badanie to, stworzone prze M. Ainsworth pozwala uchwycić jakość wiązi z opiekunem u niemowląt oaz dzieci do 18 mieciąca życia. Polega na wprowadzeniu dzieci w obce otoczenia wypełnione ciekawymi zabawkami, zachęcającymi do zachowań poznawczych, jednak sama sytuacja nowości powoduje niepokój dziecka i potrzebę wsparcia ze strony matki. W ośmiu trzyminutowych etapach dziecko stawia się w sytuacjach, które w różnym stopniu je niepokoją (uwzględniając możliwości dziecka!). Etap 1: matka wraz z dzieckiem zostają wprowadzeni przez badacza do pomieszczenia obserwacyjnego. Etap 2: dziecko musi wybrać czy pozostaje blisko matki czy bada ciekawe zabawki. Etap 3: po trzech minutach do pomieszczenia wchodzi obca osoba. Etap 4: matka wychodzi z pomieszczenia. Etap 5: matka wraca do pomieszczenia, obcy wychodzi. Etap 6: matka ponownie wychodzi z pomieszczenia. Etap 7: do pomieszczenia wraca obcy. Etap 8: obcy opuszcza pomieszczenie, kiedy wraca matka. Z każdym etapem dzieci są bardziej zaniepokojone i rośnie ich potrzeba bliskości matką, jednocześnie gotowość do zabawy stopniowo maleje. W etapie 8 zaobserwować można, ze dzieci nie bawią się tak intensywnie, jak w sytuacji początkowej. Większość dzieci uspokajała się po powrocie matki, pocieszone przez nią i przytulone wracają do zabawy

SPLOT nr 6/2018


13

– przywiązanie ufne. Część dzieci odwracała się i nie zwracała uwagi na matkę, wydawały się od początku bardzo samodzielne – przywiązanie lękowo-unikowe. Pozostałe dzieci zaś obrażały się i płakały lub krzyczały, trudne je było uspokoić – przywiązanie lękowo-ambiwalentne. Ponad to Main i Solomon zaproponowały czwarty styl przywiązania zdezorganizowanego – pojawiają się sprzeczne zachowania, często będące kombinacją reakcji z dwóch rodzajów przywiązań lękowych. Jego źródłem stają się często niespójne, naznaczone przemocą wczesnodziecięce relacje jednostki z opiekunem cierpiącym na poważne zaburzenia psychiczne czy też uzależnionym od alkoholu. Przywiązanie zdezorganizowane rozwija się również pod wpływem zróżnicowanych relacji z wieloma zmieniającymi się często opiekunami. Wzorce przywiązania u dorosłych Mówiąc o teorii przywiązania warto zwrócić uwagę na wzorce przywiązania u dorosłych. Zostały one wyróżnione na podstawie badania AAI (Gorge, Kaplan, Main), w którym procedura badawcza przypomina wywiad zbierany w trakcie konsultacji psychoterapeutycznej. Osobę badaną prosi się by wybrała 5 przymiotników, które najlepiej opisują jej relacje z każdym z rodziców w dzieciństwie i zilustrowała te relacje odpowiednimi wspomnieniami. Wywiad jest nagrywany i kodowany, a następnie oceniany na 8 skalach: miłość w relacji z matką, ojcem , odwrócenie ról, jakość wspomnień, złość na rodziców, idealizacja relacji, umniejszenie znaczenia relacji, spójność narracji. W wywiadzie zwraca się szczególna uwagę na to, czy osoba badana pamięta historie swojego życia. Cztery wzorce (typy) przywiązania: • bezpieczny/ autonomiczny – wspomnienia dobrze zintegrowane w znacząca narrację.

Zdjęcie: Shoot&Carry Daniela Furka-Buller

• pozbawiony bezpieczeństwa/ unikający – słaba integracja wspomnień, słabe zrozumienie doświadczeń, unikanie przez zaprzeczania wspomnieniom, idealizowanie, dewaluowanie wczesnych relacji, luki między doświadczeniami, trudności w zbudowaniu trwałych relacji, etc. • pozbawiony bezpieczeństwa/ nadmiernie zaabsorbowany – tendencje do przeżywania stanów „pomieszania”, złość lub bierność w relacjach z ważnymi osobami, często skargi dotyczące dzieciństwa, dużo emocjo, konfabulacje, etc. • zdezorganizowany – znacząca dezorganizacja więzi, semantyczne i syntaktyczne „pomieszanie” wypowiedzi dotyczących traumy, utraty z przeszłości i aktualnych doświadczeń, ogromny chaos w wypowiedziach. Przywiązanie w praktyce Kiedy poszłam z moją miesięczną Dorotką w chuście po wpis do indeksu z psychopatologii mój wykładowca z radością powiedział: To jest właśnie przywiązanie wg Bowlby`ego w praktyce! Miał całkowitą rację! Na podstawie: - Bowlby J., Przywiazanie, wyd. PWN, Warszawa 2016 - Kirkilionis E., Więź daje siłę - emocjonalne bezpieczeństwo na dobry początek, wyd. Mamania, Warszawa 2016 - Strelau J., Doliński D., Psychologia akademicka t.2, wyd. GWP, Gdańsk 2015 - Sunderland M., Mądrzy Rodzice, wyd. Świat Książki, Warszawa 2014 - Sears W. M., Księga Rodzicielstwa Bliskości, wyd. Mamania, Warszawa 2013

www.splotbliskosci.pl


14

Dominika Kalkowska doradca noszenia dzieci

Z chustą w podróży Jak i w czym nosić na wakacjach

Kiedy zbliżają się ciepłe dni, zaczynamy planować urlopy. Myślimy o tym, gdzie chcielibyśmy wyjechać, jak odpoczywać, co przy okazji zobaczyć, zwiedzić i jak się do tego wymarzonego po zimie wypoczynku przygotować. Na ogół urlop planujemy w okresie wiosenno-letnim, zwłaszcza kiedy posiadamy dzieci w wieku szkolnym. Kiedy jesteśmy rodzicami, musimy myśleć o tym, aby czas, kierunek, miejsce i sposób, w jaki podróżujemy były odpowiednie dla naszych pociech. Przychodzi wiosna, potem lato i wreszcie nasze wymarzone wakacje. Myśli o tym gdzie udać się z pociechami, jak zaplanować podróż i o czym pamiętać, spędzają niejednemu rodzicowi sen z powiek. Nie posiadając dzieci można po prostu spakować torbę i wyjechać w dowolne miejsce. Mając dzieci trzeba obmyślić całą strategię działania, biorąc pod uwagę potrzeby rodziny, upodobania, wiek, miejsce i wiele innych czynników. Aby urlop upłynął nam przyjemnie i bez przykrych niespodzianek, niezbędny jest dobry plan podróży, sprawdzenie miejsca i wybranie środka transportu. Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na lot samolotem, jazdę samochodem bądź autokarem, musimy odpowiednio się do tego przygotować. Warto mieć w bagażu podręcznym najpotrzebniejsze rzeczy, które ułatwią nam podróż. W przygotowaniach bardzo pomaga sporządzenie listy. Nie zostawiajmy też pakowania na ostatnią chwilę, część rzeczy można przygotować wcześniej i nie zaprzątać sobie nimi głowy. Na liście niezbędnych rzeczy w podróż warto umieścić chustę lub nosidło, w przypadku gdy nasze dziecko już samodzielnie siedzi. Zarówno chusta jak nosidło ergonomiczne, to doskonała alternatywa dla wózka. Poruszanie się z wózkiem, często niesie ze sobą trudności wynikające z barier architektonicznych, jak brak podjazdów, wąskie drzwi, nierówne chodniki. Również górskie ścieżki i piaszczyste plaża nie są stworzone do poruszania się po nich z wózkiem. Z chustą żadne ograniczenia infrastruktury nie są przeszkodą dla rodzica z niemowlęciem, możemy mieć maluszka przy sercu, a jednocześnie uwolnić nasze ręce i odciążyć kręgosłup. Dodatkowo chusta, może posłużyć nam za kocyk, hamak, przewijak czy pled. Noszenie w chuście może znacząco zmniejszyć stres, płaczliwość i podenerwowanie naszego maluszka wywo-

SPLOT nr 6/2018

łane zmianą miejsca i ogromną ilością nowych bodźców podczas podróży, dlatego warto dostosować sprzęt do potrzeb i oczekiwań rodziny, zamiast wózka zabrać chustę czy nosidło, jeśli zamierzamy nosić starszaka. Jaki materiał najlepszy na upały? Pamiętajmy, że chusta na urlopie ma nam służyć jako praktyczne narzędzie, do noszenia maluszka. Nie zależnie od tego czy w podróż zabierzemy chustę z naszego stosu, kupimy nową, czy też pożyczymy, kierujmy się podczas jej wyboru rozsądkiem. Nie dodawajmy sobie dodatkowych nerwów i nie zabierajmy ze sobą bardzo drogich i delikatnych oraz wymagających np. ręcznego prania tkanin. Obecnie na rynku mamy ogromny wybór chust do noszenia z dodatkiem różnych przędz, o ciekawych właściwościach, np. termoregulujących jak np. wełna lub wręcz chłodzących jak w przypadku jedwabiu, tencellu i innych, ale co za tym idzie są to często chusty wymagające szczególnej pielęgnacji, ostrożności w użytkowaniu i o znacznej wartości, więc nie koniecznie będą praktyczne i wielofunkcyjne w podróży. Podczas urlopu najlepiej sprawdzą się praktyczne chusty bawełniane lub bawełniane z domieszką włókien lnianych, konopnych czy bambusowych. Dlaczego akurat one? Ponieważ są trwałe, można je z powodzeniem prać w pralce, nawet w wysokich temperaturach. Chusty bawełniane o luźniejszym splocie takim jak między innymi serduszkowy czy jodełkowy, są równie przewiewna co chusty z domieszkami lnu i konopi oraz świetnie nadają się do noszenia mniejszych i większych dzieci. Warto wybrać chusty raczej o niższych gramaturach w granicach do 260gsm, gdyż oczywiste jest, że grubsza tkanina nie tylko będzie mniej przewiewna, ale np. w przypadku domieszek twardych, jakimi są konopie i len, może być trudna w użytkowaniu dla niewprawionego w dociąganiu rodzica i nie oszukujmy się nawet najwspanialsza chusta z górnej półki z przędz o niesamowitych właściwościach, będzie nas troszkę grzać w temperaturze powyżej 25 stopni Celsjusza. Długa, kółkowa czy elastyczna? Zastanówmy się też które rodzaje chust wybrać, a wybór jest spory: długie tkane, kółkowe, elastyczne oraz nosidła


15

zdjęcie: Krzysztof Kalkowski ergonomiczne. Raczej odradzam wybór chust elastycznych, przede wszystkim wiązanie takiej chusty jest wielowarstwowe, co już może powodować, że będziemy odczuwać dyskomfort, zwłaszcza w wysokich temperaturach, a dodatkowo, jeśli mamy na stanie cięższego niż 5-kilogramowego bobasa, podczas spacerów, chusta może już nieco luzować i sprężynować, nie zapewniając przez to prawidłowej i bezpiecznej pozycji dla naszego maluszka. Zdecydowanie zachęcam do wyboru chust tkanych długich oraz kółkowych, warto mieć je obie podczas urlopu. Chusta kółkowa świetnie sprawdzi się, gdy potrzebujemy szybko zawiązać bobasa np. podczas postoju w podróży, lub potrzebujemy przejść kilka-kilkadziesiąt metrów np. na plażę, dobrze sprawdza się również wtedy, kiedy wielokrotnie w ciągu dnia i raczej na krótko wkładamy do niej naszego maluszka, zajmuje mało miejsca, można też wcześniej ją sobie przygotować, dzięki czemu zamotanie zajmie nam zaledwie kilkadziesiąt sekund. Długa chusta tkana, doskonale sprawdza się podczas dłuższych wędrówek i wieczornych spacerów, możemy w niej nosić komfortowo nawet przez kilka godzin. Dobre wiązanie na udany urlop Jeżeli zatem wybierzemy długą chustę, to jakie wiązanie będzie dla nas najlepsze? Przede wszystkim to, w którym my czujemy się dobrze i nie odczuwamy żadnych dolegliwości, a pozycja maluszka jest prawidłowa. Warto polubić się z kangurkiem i plecakiem prostym, w moim przypadku właśnie te wiązania sprawdziły się najlepiej. Kangur ma między innymi tę przewagę nad pozostałymi wiązaniami z przodu, że jest przewiewny, do jego zawiązania potrzebujemy raczej krótszej chusty 3,2-4,2 metra w zależności od naszych gabarytów, dodatkowo równomiernie rozkłada ciężar na naszych ramionach i barkach, dzięki czemu z powodzeniem możemy w tym wiązaniu nosić nawet dość ciężkie dzieci, przez dłuższy czas i nie powinno

to powodować dolegliwości kręgosłupa. Plecak prosty będzie doskonałym wyborem na dłuższe wędrówki np. po górach, wąwozami czy brzegiem morza, nasz mały pasażer na plecach, będzie mógł podążać za swoim wzrokiem i obserwować nowe miejsca, dzięki czemu nie tylko zapewnimy mu poprzez noszenie poczucie bezpieczeństwa i bliskości, ale też zadbamy o szereg korzystnych doznań na poziomie wielozmysłowym. Plecak prosty dla naszego kręgosłupa jest też łaskawy, po pierwsze nie zmienia naszego środka ciężkości, po drugie w tym wiązaniu niesiemy całą powierzchnią pleców i brzucha, przez co nie ciążą nam zbytnio dodatkowe kilogramy i możemy naprawdę długo i komfortowo w nim nosić. Dla siedzącego coś innego… Kiedy na urlop wyjeżdżamy z dzieckiem już samodzielnie siedzącym lub chodzącym, ale wciąż wymagającym noszenia, a z chustą nie koniecznie jest nam po drodze, zastanówmy się nad tym, czy nie warto zabrać jako alternatywy nosidła ergonomicznego. Dobrze dobrane nosidło, spełni wszystkie te funkcje co chusta, jeżeli chodzi o komfortowe noszenie naszej pociechy i znów ma tę przewagę nad wózkiem, że nas nie ogranicza, może nie sprawdzi się jako hamak czy kocyk, ale ułatwi nam podróżowanie i uwolni nasze ręce oraz wesprze nasz kręgosłup. Wielu rodziców podróżujących z dziećmi chwali wypoczynek, na który zabrali chustę. Wszyscy ci, którzy mieli porównanie jak wyglądają wakacje z chustą i bez niej potwierdzają, że podróż bez tego kilkumetrowego kawałka materiału była dla nich i maluszków dużo bardziej uciążliwa. Spróbujcie sami, a prawdopodobnie na kolejny wyjazd z maluszkiem pierwszą rzeczą, którą zapakujecie do torby podróżnej będzie chusta lub nosidło.

www.splotbliskosci.pl


16

Aleksandra Kramkowska autorka bloga Brzuchacze

Noszenie dookoła świata Noszenie w Polsce dawniej i dziś

Noszenie dzieci jest praktykowane we wszystkich zakątkach świata. Tradycyjne chusty, szmaty, chycki, hacki i zapaski nie przetrwały jednak próby czasu na polskich ziemiach. Towarem luksusowym i najbardziej pożądanym przez rodziców pod koniec XIX wieku stał się wózek. Jednak Polacy lubią wracać do korzeni, dlatego choć korzystają z innych narzędzi, to… noszą! Nie jest to moda, a świadomy wybór, by zamiast zdystansowanego rodzicielstwa ofiarowywać dzieciom bliskość. Współcześni rodzice starają się słuchać swoich dzieci, rozumieć ich potrzeby i odpowiadać na nie. Chcą zaspokajać zarówno potrzeby fizjologiczne – najbardziej podstawowe, jak i potrzeby wyższego rzędu, kluczowe dla każdego człowieka, czyli poczucie bezpieczeństwa, przynależności czy bliskości. Coraz więcej rodziców ma świadomość, że właśnie zaspokajanie tych potrzeb ma ogromny wpływ na rozwój małego człowieka, stąd popularne w Polsce noszenie dzieci, które w dużej mierze pozwala na te potrzeby odpowiadać. Należy jednak pamiętać, że noszenie potomstwa nie jest w Polsce modą XXI wieku, ale kultywowaniem tradycji zapoczątkowanej wieki temu przez przodków, którymi kierowały nieco inne przesłanki, by nosić. Noszenie jest praktyką popularną na polskich ziemiach od zarania dziejów, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Na chwilę zapomnianą w czasach, kiedy symbolem dobrobytu i wygody stał się wózek. Obecnie chusty i nosidła wróciły do łask, ale różnią się znacząco od tych, w których dawniej nosiły Polki, bo warto pamiętać, że dawniej głównie do matek należało piastowanie dzieci i pielęgnowanie domowego ogniska.

Dawno, dawno temu… Historia noszenia w Polsce nie jest szczególnie bogata. Podobnie jak w innych częściach świata, tak również w Polsce noszono wśród ubogiej i wiejskiej części społeczeństwa. Noszenie było szczególnie popularne wśród osób o niskim statusie materialnym, które nie mogły pozwolić sobie na zatrudnienie opiekunki, by ta zajęła się dzieckiem, kiedy matka wykonuje obowiązki w gospodarstwie. Chusta nie miała za zadania wspierać relacji między dzieckiem a rodzicem, ani wpływać znacząco na fizyczny oraz psychoemocjonalny rozwój małego człowieka, ale wyłącznie usprawniać funkcjonowanie kobiety, która nie mogła pozwolić sobie na zaniedbywanie obowiązków domowych. Matka musiała szybko dojść do siebie po trudzie, jakim jest wydanie na świat nowego życia, i powrócić do ciążącej na jej barkach pracy. Właśnie dlatego dziecko musiało być blisko matki do czasu, kiedy nie będzie samodzielne, tj. nie zacznie samodzielnie chodzić, a potem wykonywać pracy chociażby w postaci sprawowania opieki nad młodszym rodzeństwem. Dawniej opieka nad dzieckiem ograniczana była do minimum. Starano się, by dziecko przeżyło, zaspokajano jego potrzeby fizjologiczne i pielęgnowano, jednak starano się również, by dziecko było możliwie mało absorbujące i „nie przeszkadzało”. Jak wynika ze źródeł opisujących polskie tradycje ludowe, głównymi momentami, w których dziecko było w centrum uwagi rodziny były narodziny i chrzest, które wiązały się z rytuałami i obrzędami, w których uczestniczyli wszyscy członkowie rodziny. Było to szczególnie ważne, ponieważ podczas chrztu świętego wprowadzano dziecko do wspólnoty Kościoła, a także wspólnoty rodzinnej. Starano się, by symboliczne praktyki wykonywane w tym czasie zapewniały dziecku zdrowie i pomyślność w życiu. Po tych obrzędach przechodzono do porządku dziennego, w którym dziecko nie było najważniejsze, ale potrzebowało stałej opieki osoby dorosłej – wówczas sięgano po nosidła. Chycki, zapaski i odziewki Dawniej w Polsce popularnymi narzędziami do noszenia były po prostu kosze lub tkaniny będące elementem kobiecej garderoby. Kosze wiklinowe służyły dzieciom jako łóżeczka do snu, zazwyczaj stawiane na biegunach jako kołyski lub podwieszane u powały, czyli drewnianego stropu. Oba sposoby sprawiały, że kosz mógł być kołysany,

SPLOT nr 6/2018


17 co pozytywnie wpływało na dziecko, które odczuwało przyjemny ruch i szybciej wyciszało się, zapadało w sen. Takie kosze sprawdzały się również, kiedy matka chciała zabrać dziecko do pracy na dworze, wówczas kosz można było podwiesić na przykład na gałęzi drzewa. Kobieta miała dziecko blisko siebie i mogła je obserwować, ale nie odczuwała ciężaru dziecka na barkach. W Wielkopolsce w XIX popularne były również tzw. huśtawki „od posowy”, kolebki z płótna i tzw. konopki z drewnianym dnem. Takie narzędzia noszenia, podobnie jak kosze, można było podwieszać pod stropem lub na gałęzi. Warto zauważyć, że dzieci kładzione w takich nosidło-łóżeczkach były szczelnie otulane materiałami jak bandażem, by uniknąć ewentualnych urazów mechanicznych – otulanie miało tworzyć barierę przed światem zewnętrznym i praktykowane było nawet do pierwszego roku życia. Nie służyło to rozwojowi motoryki i odbierało swobodę niemowlętom, ale tłumaczone było tym, że niekiedy nad małym dzieckiem opiekę sprawowała nie tylko matka, ale także niewiele starsze rodzeństwo, które nieudolnie chwytając młodsze mogłoby doprowadzić do jego „nadwichnięcia”. Poza twardymi nosidłami w postaci koszy wykorzystywano także tkaniny, takie jak len, wełna czy płótno. Materiały nie były oczywiście dobierane ze względu na upodobania estetyczne czy zamiłowanie do takich tkanin, ale dostępność i warunki atmosferyczne – zimą sprawdzała się wełna, która dobrze ogrzewała dziecięce ciałko, natomiast len czy pościelowe płótno były odpowiednie w lecie, kiedy na

dworze panowały wysokie temperatury. Chusty służyły zarówno do noszenia, jak i okrywania dzieci w czasie chłodniejszych i mroźnych dni. Takich samych tkanin kobiety używały do okrywania ramion czy narzucania na głowę. Polskie chusty były różnorodne – kolorowe, bardzo często wykończone długimi frędzlami. Podobnie jak w przypadku strojów ludowych, kolorystyka zależna była głównie od regionu Polski, z którego pochodziła. Techniki wiązania były zupełnie przypadkowe, nie skupiano się na pozycji dziecka w chuście, a wyłącznie na tym, by nie wysunęło się ono z tkaniny. Wypracowane w rodzinie czy sąsiedztwie techniki przekazywane były wzajemnie w gronie najbliższych, córkom czy synowym, które miały nosić swoje potomstwo. Noszono w chustach, szmatach, płachtach i chyckach, hackach a także zapaskach, zajdkach czy odziewkach lub odziewackach – nazewnictwo również było zależne od regionu, w którym noszono. Na przykład zapaski, czyli haftowane i zdobne fartuchy, używane były głównie na Śląsku. Większość tkanin, a więc nie tylko chusty do noszenia, ale przede wszystkim stroje ludowe miały wyrażać tożsamość, wskazywać część kraju, z której pochodzą, okres historyczny czy status materialny ludzi. O zapaskach można było przeczytać chociażby w Chłopach Władysława Reymonta: „(…) jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo” lub „Jewka stanęła przed sądem i pohuśtując dziecko, obwinięte w zapaskę, jęła płaczliwie wywodzić krzywdy swoje i żale…”. Na podstawie tego, można ustalić, że to element garderoby używany w XIX i XX wieku,

www.splotbliskosci.pl


18 również wtedy wykorzystywany jako narzędzie do noszenia dzieci. Obok tego warte uwagi są również hacki, czyli mięsiste, grube i wełniane trójkątne chusty z frędzlami, które stanowiły ozdobę i okrycie kobiecych ramion. Takimi tkaninami zawiązywanymi na ramieniu dorosłego okrywano dzieci, nosząc je na biodrze, chusta nie była wtedy typowym nosidłem, ale elementem podtrzymującym. Zakładano je także przez ramię tworząc „kołyski” dla noworodków lub niemowląt. W Polsce noszono również w tak zwanych szmatach, które chyba najbardziej odpowiadają dzisiejszym tkanym chustom. Szmaty to szerokie i prostokątne kawałki materiału, w których noszono dzieci zarówno na brzuchu, jak i plecach rodzica. Dziecko sadzano w chuście, a dolne krawędzie wiązano w pasie osoby noszącej, następnie materiał przeprowadzany był nad plecami dziecka tak, by nogi wystawały bokiem, jeden z końców przechodził pod pachę, drugi nad ramieniem rodzica, gdzie był wiązany supeł. Starsze dzieci miały możliwość obserwowania otoczenia, głowy młodszych podtrzymywane były tkaniną. Sytuacje zagrażające zdrowiu i życiu, trudne czasy wojenne zmuszały ludzi do używania nawet łóżkowej kapy czy kilimu, tj. cienkiej, dekoracyjnej tkaniny. Nie przykładano wagi do tego, w co motano, ani w jaki sposób, istotna była jedynie możliwość. Dlatego śmiało można powiedzieć, że dawniej noszono w każdym kawałku materiału, który udawało się związać na ramieniu rodzica i który przytrzymywał dziecko. Wózek – nowa technologia Pod koniec XIX wieku na polskim rynku pojawiły się pierwsze masowo produkowane wózki. Były co prawda towarem luksusowym, uznawanym za oznakę postępu, ale bardzo przypadły do gustu rodzicom. Wózki były bardzo pożądane, a chust używano coraz mniej – oczywiście tam, gdzie można było sobie na to pozwolić, ponieważ nie wszystkich było stać na dziecięcy pojazd. Wózek był nie tylko przełomem w kwestii „ułatwienia” życia rodzicom, ale bardzo mocno wpłynął na różne wzorce wychowawcze, postępowanie względem dzieci i relacje rodzic–dziecko. Zaczęto proponować rodzicom, by dziecko spało we własnym łóżeczku, odradzano popularne wcześniej kołyski oraz noszenie dzieci na rękach „by się nie przyzwyczajało”. Na salony wkraczał powoli zdystansowany chów. W XX wieku wózki nadal triumfowały i pojawiały się coraz to nowsze modele, na przykład lekkie wózki spacerowe, tzw. parasolki. Wózki z czasem przestały być towarem dla wybranych, wszyscy mogli pozwolić sobie na zakup takiego dziecięcego pojazdu. W tym czasie chusty zostały bardzo mocno zapomniane, rzadko widywało się rodzica z chustą czy nosidłem.

SPLOT nr 6/2018

Powrót do korzeni w nowej formie Obecnie w XXI wieku można mówić o powrocie do korzeni w nowej formie. Niemal wszyscy rodzice spodziewający się dziecka kupują wózek – wybór jest właściwie nieograniczony. Jednak wielu rodziców rozgląda się także za chustą, a potem nosidłem dla dziecka. Noszenie bardzo często uznawane jest za modę, jednak warto zauważyć, że noszący rodzice to nie moda, a powrót do tradycji. Dzisiejsze chusty to nie apaszki czy szaliki wyjęte z matczynych szaf, ale udoskonalenie dawnych szmat, z których wieki temu korzystali Polacy. Tradycyjne polskie chycki, hacki czy zapaski nie przetrwały próby czasu, ale polscy rodzice nadal noszą swoje dzieci. Obecnie rynek przesycony jest zarówno rodzimymi, jak i importowanymi towarami – chustami, nosidłami oraz, o zgrozo, wisiadłami. Noszenie znacząco zmieniło się na przestrzeni wieków, ponieważ współcześni rodzice są bardziej świadomi i mają większy dostęp do rzetelnej wiedzy, pragną poszukiwać dobrych rozwiązań, a także mają możliwość korzystania z pomocy specjalistów w dziedzinie noszenia, tj. doradców noszenia. Obecnie nie jest ważne tylko to, by nosić, ale przede wszystkim, by robić to prawidłowo – zdrowo i bezpiecznie zarówno dla dziecka, jak i rodzica. W dzisiejszych czasach rodzice nie tylko noszą dla wygody, ale także by zapewnić dzieciom swoją bliskość. To również oznacza powrót do korzeni, intuicyjnego wychowania oraz odcinania się od zdystansowanego rodzicielstwa. Dawniej noszono, ponieważ trudne warunki bytowe, często sytuacje zagrażające zdrowiu i życiu zmuszały do tego. Teraz to świadomy wybór rodziców, którzy chcą ofiarować dziecku swoją bliskość i budować mocniejsze więzi z potomkiem. Jest to fragment książki „Noszę” wydawnictwa Moroszka. Więcej na temat noszenia dookoła świata znajdziecie w książce. Na podstawie: Ogrodowska B., Polskie tradycje i obyczaje rodzinne, Warszawa 2007; Reymont W., Chłopi, Bielsko-Biała 2010; Sendor M., Noś swoje dziecko, 2008; Żołądź-Strzelczyk D., Dziecko w dawnej Polsce, Poznań 2006.


19

Karolina Rachfał

doradca noszenia dzieci

Rodzicu

w ten sposób się nie nosi! Noszenie dzieci wcale nie jest prostą sprawą. Podczas podejmowania decyzji trzeba wykazać się umiejętnością poszukiwania informacji, przesiewania ich przez sito i wyciągania tego, co wartościowe. Większość pewnie dobrze zna pojęcie „nosidło ergonomiczne”, ale okazuje się, że nie każde nosidło powinno być tak nazywane. Na drodze wyboru narzędzia do noszenia czyha wiele pułapek. Wiele błędów można popełnić… ale nie trzeba, jeśli zachowa się czujność i bacznym okiem przyjrzy temu, co oferuje rynek. Jak więc odróżnić tzw. ergonomika od nieszczęsnego „wisiadła” czy „sztywniadła”? Wystarczy poszerzyć wiedzę o informacje na temat prawidłowego, zdrowego i bezpiecznego noszenia, a potem korzystać z nich podczas wyboru nosidła, by wiedzieć, czego unikać. Kręgosłup noworodka Każda osoba dorosła powinna być świadoma tego, jak wygląda w pełni wykształcony, zdrowy kręgosłup. Wielu kojarzy się on z literą „S”, dzięki charakterystycznym krzywiznom: lordozie szyjnej, kifozie piersiowej i lordozie lędźwiowej. Stanowią one ochronę podczas przeciążeń w czasie pracy. Kręgosłup noworodka znacznie różni się od tego dorosłego – w pełni spionizowanego i wykształconego. Zbudowany jest on z tkanek  chrzęstnych, a krążki międzykręgowe nie są do końca rozwinięte – w związku z tym nie są w stanie pełnić swojej funkcji amortyzującej. Kręgosłup dziecka w łonie matki przyjmuje kształt litery „C”. Jest to tak zwana pełna kifoza. W miarę rozwoju motorycznego zaczynają się wykształcać krzywizny jak u dorosłej osoby. Proces ten rozpoczyna się już od dnia urodzenia i jest ściśle związany z takimi umiejętnościami jak samodzielne trzymanie główki, podpieranie się na rączkach, raczkowanie, siadanie i samodzielne chodzenie. Gdy dziecko rozwinie tę ostatnią umiejętność, można mówić o zakończeniu procesu tworzenia się krzywizn. Należy pamiętać, że dopóki kręgosłup nie będzie rozwinięty, dopóty nie będzie miał możliwości przyjmowania na siebie ciężaru, kiedy ciało jest pionizowane. W związku z tym ważne jest, aby pielęgnacja, a przede wszystkim noszenie, odbywały się we właściwy sposób. Dobrze, czyli jak? Pamiętając o fizjologii nowonarodzonego dziecka, wiemy, że odpowiednia pozycja to wspomniana wcześniej pełna

kifoza utrzymywana w trakcie pionizacji. Kształt litery „C” pozwala wówczas odciążyć delikatne struktury kręgosłupa. W przypadku takiej pozycji w chuście trzeba pamiętać, by dobrze dociągnąć tkaninę. Wówczas będzie ona prawidłowo zabezpieczała malucha podczas noszenia. Trzeba także zwrócić uwagę, że takie noszenie nie pionizuje w żaden sposób dziecka. Pionizacja tak małego dziecka oznacza nienaturalny wyprost kręgosłupa, gdy nie ma wykształconych krzywizn. Dochodzi wtedy do silnego nacisku na struktury kostno-stawowe, wiąże się to z dużym ciężarem głowy malucha. Rodzice powinni pamiętać, że dziecko nie może być noszone w nosidle, póki samodzielnie nie będzie potrafiło usiąść. Samodzielnie, a więc bez żadnego podparcia ani pomocy. Dzieje się to zazwyczaj ok. 6. miesiąca życia, ale nie wiek, a samodzielność jest tutaj wyznacznikiem gotowości dziecka. Kręgosłup jest w stanie udźwignąć ciężar głowy i pionizacja w nosidle będzie bezpieczna. Jeśli dziecko nie siada samodzielnie, rodzice nie powinni korzystać z nosideł, nawet tych z wkładkami dla niemowląt czy regulowanych, które są tylko chwytem marketingowym. Nosidło ergonomiczne Zgodnie ze słownikiem języka polskiego słowo „ergonomia” oznacza naukę o zasadach i sposobach dostosowywania urządzeń i narzędzi do cech fizycznych oraz psychicznych człowieka. Zgodnie z powyższą definicją nosidło ergonomiczne powinno być dopasowane do budowy ciała zarówno osoby noszącej, jak i dziecka. Faktem jest, że niestety wielu producentów niesłusznie używa określenia „ergonomiczny”, pozwalając na to, by na rynku dostępne były tzw. wisiadła czy sztywniadła. Dlatego trzeba się mieć na baczności, szukając bezpiecznego nosidła i zwracać uwagę na cechy charakterystyczne dla dobrego ergonomika. Nie bez powodu do żargonu doradczego weszło określenie „nosidło miękkie”. To pierwszy znak przemawiający za wyborem danego modelu nosidła. Chodzi o miękki panel, który idealnie dopasowuje  się  do  kształtu  małego  kręgosłupa. Kolejnym standardem powinna być szerokość panelu, który zagwarantuje stabilne podparcie dla pupy oraz ud dziecka na całej długości, od jednego dołu podkolanowego do drugiego. Przy wybieraniu nosidła ważne jest, aby dobrze dobrać jego rozmiar do wzrostu dziecka.

www.splotbliskosci.pl


20 Należy zwrócić uwagę na szerokość panelu – jeśli będzie za szeroki, jego krawędzie będą wpijać się w doły podkolanowe. Natomiast stawy kolanowe, które powinny tworzyć kąt 90 stopni, będą przechodzić w kąt rozwarty, co obciąży je dodatkowo i negatywnie wpłynie na komfort oraz pozycję dziecka. Jeśli istnieje ryzyko, że nasz maluch utnie sobie drzemkę podczas pobytu w nosidle, to należy sprawdzić również wysokość panelu. Powinna ona zabezpieczać kręgosłup na całej długości, tak by podczas snu zabezpieczona była także  głowa. Pamiętajmy również, że najlepszym sposobem, by wybrać odpowiedni model nosidła jest jego przymierzenie. Wisi-moda Wpisując w wyszukiwarkę internetową hasło „nosidło”, można być zaskoczonym mnogością i różnorodnością dostępnych produktów. Często wzrok skupia się na znanych nazwach, markach z wszechobecnych w internecie reklam. Spora część tego, co możemy znaleźć na rynku, to wynalazki, które absolutnie nie powinny służyć do noszenia. Dziecko wisi w nich jak bezwładna szmaciana lalka, bez żadnego podparcia, zapewnionego bezpieczeństwa… Wisiadła, bo to o nich mowa, można spotkać wszędzie. W sklepach dziecięcych, na portalach dla rodziców czy zwyczajnie na ulicy. Rodzice wybierają je bardzo często ze względu na wysoką (!) cenę, a przede wszystkim dlatego, że kojarzą daną markę z innymi świetnymi akcesoriami dziecięcymi. Nazwa „wisiadła” przyjęła się w środowisku babywearingowym ze względu na pozycję, w jakiej znajduje się dziecko – zwyczajnie wisi kroczem na pasie materiału. Tego typu nosidło charakteryzuje się wąskim panelem, zwłaszcza w miejscu, w którym dziecko siada w nosidle. Często to „miejsce siedzące” wygląda jak majtki, czyli wąskie pasmo materiału z otworami na nogi. Co oznacza, że ani pupa, ani uda nie są w żaden sposób podtrzymywane. To z kolei wiąże się z negatywnymi konsekwencjami dla pozycji dziecka. Po pierwsze nóżki zwisają w dół, a dziecko natomiast automatycznie się prostuje. Poza tym, takie ułożenie nóżek sprawia, że głowa kości udowej układa się nieprawidłowo w stawie, co w przypadku profilaktyki dysplazji będzie szkodziło, a nie pomagało. Po drugie, ciężar skupia się w całości na wąskim kawałku materiału między nogami dziecka. Wywiera nacisk na narządy płciowe, co również powoduje dyskomfort. Po trzecie, miednica jest ułożona nienaturalnie, stąd też wspomniany wcześniej przeprost w kręgosłupie. Pozory mylą… Wiemy już, że szeroki panel to dobra podstawa. Jednak wśród nosideł z szerokimi panelami również kryją się pułapki. Szukając nosidła z szerokim panelem, można natra-

SPLOT nr 6/2018

fić na tzw. sztywniadła, które wzbudzają zaufanie rodziców właśnie przez to, że ich konstrukcja daje złudne podparcie miednicy i udom dziecka. Oszustwo tego „ergonomika” polega na posiadaniu sztywnego panelu, który w żaden sposób nie jest w stanie się dopasować do krzywizn dziecka. W związku z tym to maluch musi się dostosować do kształtu panelu, a nie na odwrót. Nawet jeśli miednica i uda są podparte, to złe ułożenie kręgosłupa sprawia, że ich pozycja również zmienia się na niekorzystną i niekomfortową. Pozycja przeprostna jest niebezpieczna dla niesiedzących dzieci, gdyż dochodzi wówczas do bardzo dużego i wymuszonego obciążenia osi kręgosłupa – zostaje on obciążony przez głowę, z którą jest w jednej osi. Pozycja dziecka w „sztywniadle” przypomina siedzenie okrakiem na krześle. Producenci nosideł nieergonomicznych zwracają uwagę rodzica, podkreślając to, że dzięki wolnym rączkom i nogom dziecko może rozwijać motorykę. To kłamstwo. Małe dziecko rozwija swoją motorykę, leżąc wygodnie


21 na płaskim podłożu, a nie wisząc czy siedząc wyprostowane w nienaturalnej pozycji. Każdy ruch w takim wypadku jest niewłaściwy dla stawów i dodatkowo nadwyręża kręgosłup. Jeśli chodzi natomiast o starsze dzieci, to w dobrym nosidle ergonomicznym dziecko ma swobodę – może wyciągnąć sobie ręce i może również machać nogami czy nawet podskakiwać. Zarówno w wisiadle, jak i sztywniadle, pojawia się opcja noszenia przodem do świata, która według producentów jest atutem ich produktu. Pomijając fakt wiszenia na kroczu, równie niewygodny jest nacisk sztywnego panelu na klatkę piersiową. W takiej pozycji plecy nie mają stabilnego oparcia, tylko wyginają się pod wpływem krzywizn osoby noszącej. Warto również pamiętać, że małe dzieci bardzo szybko mogą zostać przebodźcowane, co oznacza dla nich stres i zachwianie poczucia bezpieczeństwa. Noszone przodem do świata nie mają gdzie przed nim uciec, nie mogą się wtulić i wyciszyć poprzez bliskość z osobą noszącą.

Nowe trendy Świadomość rodziców na temat wyboru nosidła jest coraz większa. Coraz więcej osób wie, że trzeba unikać sztywności i wąskiego panelu. Niestety, wśród producentów dobrych nosideł ostatnimi czasy pojawiła się niebezpieczna moda. To, co chyba najbardziej niepokoi doradców, to niedawne premiery regulowanych nosideł dla noworodków. Dziecko powinno być włożone do nosidła dopiero, gdy samodzielnie usiądzie. Nosidło pozostaje nosidłem, które automatycznie wymusza większe odwiedzenie, niezależnie od tego, czy dopasujemy szerokość panelu do wielkości dziecka. Materiału także nie da się poprawnie i mocno dociągnąć, by wspierał niedojrzały kręgosłup dziecka (jak chusta). Producenci chust i nosideł są dużym autorytetem dla noszących rodziców. To właśnie oni są odpowiedzialni za trendy w chustoświecie i ofertę nosideł na rynku. Nie są jednak fizjoterapeutami, dlatego to, co chcą sprzedać nie zawsze będzie dobre dla malucha. Nie ma możliwości, by zostali do tego zmuszeni przez rynek, gdyż tak naprawdę to oni go tworzą. Nosidła dla noworodków są złe. W żaden sposób nie są w stanie zapewnić właściwej pozycji i stabilizacji. Nosidło, które zmniejszamy do rozmiarów naszego malucha, możemy porównać do za dużych ubrań, które zmniejszamy, zbierając materiał w kilku wyznaczonych miejscach. Nie jest to wygodne, gdy nadmiar zebranej tkaniny uwiera jakąś część ciała, prawda? Tak samo będzie z nadmiarem materiału w nosidle – gdzieś ten panel musi być zmniejszony, a gdzie podziewa się to, co jest ponad? Z reguły marszczy się na górnej części pleców i przy dolnych krawędziach panelu, tym samym wywołując nacisk na te części ciała. Warto wspomnieć o jeszcze jednym rozwiązaniu stworzonym do już istniejących nieregulowanych nosideł. Mowa o wkładce dla noworodków, która często pełni rolę fotela, swoistego wypełniacza za dużego nosidła. Dziecko włożone do nosidła z taką wkładką jest spionizowane, kręgosłup i mięśnie są napięte, obciążone ponad możliwości. W związku z tym jest to kolejna rzecz, która szkodzi zamiast wspierać. Dodatkowo taką wkładkę zakrywamy kolorowym panelem nosidła i zupełnie nie mamy kontroli nad tym, co się pod nim dzieje i jak wygląda pozycja malucha.

www.splotbliskosci.pl


22 Oczy szeroko otwarte Organizm dorosłego idealnie współgra z organizmem małego noszaka. Dzieci są noszone w pozycji brzuch do brzucha, dzięki temu głowa opiera się na klatce piersiowej noszącego, a plecy zaokrąglają się, nie napotykając żadnej z przeszkód. Dobrze dociągnięta chusta wspiera utrzymanie pozycji zgięciowo-odwiedzeniowej i podwiniętej miednicy, a maluch czuje się komfortowo. Po co zmieniać coś, co jest dobre i naturalne? Noszenie przodem w chuście jest niemożliwe, choć wystarczy wejść na facebookowe grupy, by przekonać się, że dla chcącego nic trudnego… Takie motanie jest złe z wielu powodów. Przede wszystkim, gdyby miednica została podwinięta z jednoczesnym wprowadzeniem PZO, wtedy zaokrąglone plecy dziecka przyłożone do brzucha rodzica – wyprostują się. Będzie to automatyczna reakcja na skutek nacisku naszego ciała na zaokrągloną część kręgosłupa. Kolejnym problemem byłaby opadająca do przodu główka, która nie miałaby żadnego oparcia. Nie byłoby to komfortowe, dodatkowo mogłoby utrudnić oddychanie na skutek zwężenia przepływu powietrza, gdyby główka opadła w stronę klatki piersiowej. Istotnym problemem byłoby też samo wiązanie chusty, dlatego nie praktykuje się takiego sposobu noszenia. Nie należy ignorować natury człowieka – dziecko noszone przodem do świata byłoby przebodźcowane i zestresowane, a jego poczucie bezpieczeństwa zostałoby zaburzone. Nie ma jednak co gdybać… Tego po prostu nie wolno robić – ani w chuście, ani w nosidle. Chusta vs nosidło Wielu rodziców, którzy decydują się na noszenie, stawia sobie pytanie „Chusta czy nosidło?”. Często podczas wyborów kierują się własnym komfortem użytkowania – nosidło jest prostsze w obsłudze i nie trzeba uczyć się wiązań. Jednak nie tędy droga. Należy zapamiętać dwie proste zasady. Pierwsza z nich mówi o tym, że dziecko w chuście może być noszone od chwili narodzin do czasu, kiedy istnieje taka potrzeba. Druga mówi o tym, że dziecko może być noszone w nosidle, kiedy samodzielnie usiądzie – samodzielnie, więc bez pomocy i podparcia. Prosta sprawa – noworodki i niemowlęta nie siedzą samodzielnie przez pierwsze miesiące, więc nosidło może przydać się najprędzej w drugim półroczu życia dziecka. Wcześniej ciało dziecka nie jest gotowe – pozycja w nosidle wymusza większe odwiedzenie w stawach biodrowych, które powoduje wyprost niedojrzałego jeszcze kręgosłupa. Taka pozycja jest patologiczna dla dziecka, obciąża niedojrzałe mięśnie – dziecko, które nie siada samodzielnie, nie jest w stanie utrzymać samodzielnie tułowia. Dopiero dziecko samodzielnie siedzące posiada siłę i umiejętność utrzyma-

SPLOT nr 6/2018

nia pleców podczas pionizacji, dlatego większe odwiedzenie nie wyrządzi mu szkody, zwłaszcza gdy postaramy się o podwinięcie miednicy. Warto zwrócić również uwagę na nosidła turystyczne, które coraz częściej widać, zwłaszcza na górskich trasach. Najważniejsze przy wyborze takiego nosidła to przymiarka dziecka. Odpowiednie nosidło turystyczne powinno mieć siedzisko wyglądające jak krzesełko z miejscem przeznaczonym na oparcie nóg. Tego typu rozwiązanie jest przeznaczone dla chodzących starszaków, które będą sięgały nogami do oparcia. Małe dziecko w takim nosidle nie będzie siedziało stabilnie bez podparcia stóp, a inne nosidła turystyczne przeznaczone dla mniejszych często okazują się sprytnie ukrytymi wisiadłami. Na koniec warto wspomnieć o innych wynalazkach, równie szkodliwych jak wspomniane wyżej wisiadła. Popularne współcześnie skoczki i od lat używane chodziki niewiele różnią się od wisiadeł. Ich wspólną cechą jest przede wszystkim wąski panel, na którym dziecko zostaje osadzone, a który wrzyna się w krocze, oraz brak podparcia. Maluch tak osadzony jest poddawany silnym przeciążeniom na linii osi kręgosłupa. Nie ma możliwości, by użytkowanie takiego sprzętu nie odbiło się na dziecku. Trendy w noszeniu powinni wyznaczać specjaliści, nie producenci. Rolą rodzica jest, by zadbać o zdrowie swoich dzieci i przebić się przez cukierkowy obraz reklam. Można połączyć to, co jest modne i ładne, z tym, co zdrowe i bezpieczne. Znana marka nie zawsze oznacza produkty, które pozwolą na noszenie wysokiej jakości, czyli wygodne, bezpieczne i zdrowe zarówno dla rodzica, jak i dziecka. Niestety świat babywearingowy jest pełen pułapek, które mogą w przyszłości zafundować dzieciom różne problemy w rozwoju. Warto więc włożyć odrobinę wysiłku w poszerzenie horyzontów i zdobycie wiedzy, by podejmować wybory dobre dla dziecka. Warto także uświadamiać innych, szerzyć dobre treści i prawdziwie ergonomiczne trendy w babywearingowym świecie.


23

Eulalia Średzińska

doradca noszenia dzieci

Wlot na chatę chustoświrki Magabi Chustoświrstwo to różne marki, wzory, blendy. Dla wielu chustoświrek, pożywką jest moda, dla innych bardzo subiektywne upodobania. Niewątpliwie, ostatni czas w mediach społecznościowych, gdzie chustoświrki mają swoje wyjątkowe miejsce, zdominowany jest przez HW, czyli hand woven – chusty z wyżeszj półki cenowej i jakościowej. Kiedyś pozostawały w sferze marzeń większości noszących, dziś goszczą w niejednym domu, niekiedy jeszcze w okresie oczekiwania na malucha... Dziś rozmawiałam z Sylwią Ciesielską, właścicielką marki Magabi i jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich tkaczek. Eulalia Średzińska: Zacznijmy od początku. Wiele tkaczek mówi, że chciały mieć HW, a że były trudno dostępne, to pomyślały „zrobię to sama”. A jak było u Ciebie? Jak to się stało, że zaczęłaś tkać? Sylwia Ciesielska: W moim przypadku wyglądało to nieco inaczej. Nie znałam chust ręcznie tkanych, ale krosna posiadałam i pierwsze prace tkałam, jeszcze zanim urodziłam pierwsze dziecko. Gdy byłam w ciąży i trafiłam na grupy chustowe moja uwagę przyciągnął najpierw strip (publiczne pokazywanie nowo nabytych chust) jednej z dziewczyn z facebook’owej grupy. Postanowiłam utkać chustę dla siebie. Za jakiś czas na grupie Chustoświrki znajoma, ówczesna moja sąsiadka wstawiła zdjęcie pięknej HW o splocie

serduszkowym z zapytaniem, kto jej takie cudo utka. Zaoferowałam się i tak zrodził się pomysł na markę Magabi. E.Ś.: Chustoświrstwo, to domena mam. Ty, tkaczka, również jesteś mamą. Jak radzisz sobie z pracą, która jest przecież bardzo czasochłonna, wymaga wyjątkowej koncentracji i opieką nad domem i dziećmi? S.C.: Początkowo musiałam pogodzić macierzyństwo z pasją. Nie tkałam wtedy tak wiele, często nocami. Teraz jest łatwiej – starsza córka chodzi do przedszkola, młodszy syn jest w domu z babcią, a ja realizuję się w pracowni pod Toruniem. E.Ś.: Co jest dla Ciebie inspiracją do tkania? Skąd czerpiesz pomysły na swoje wzory i ich nazwy? Jak to jest, dziewczyny najczęściej przychodzą ze swoimi pomysłami, czy mówią po prostu: „stwórz dla mnie coś pięknego, lubię błękity”? S.C.: Inspiracją są właśnie te mamy, które powierzają mi swoje marzenia. Rzadko mam możliwość stworzenia czegoś całkiem sama, choć czasem mam wolną rękę i wtedy mogę zaszaleć. Często klientki przysyłają mi obrazy, skojarzenia, opisują swoimi słowami co chciałyby otrzymać. Na tej podstawie tworzę projekt, zmieniam go, gdy mama ma jakieś uwagi. Obie sytuacje mają swoje plusy.

www.splotbliskosci.pl


24 Generalnie zawsze jest w tym cząstka mnie i cząstka tej mamy, która mi zaufała. Nazwy chust zazwyczaj nadaje customerka albo nadajemy ją wspólnie. E.Ś.: Ile trzeba czekać na chustę od Ciebie? S.C.: Kiedyś, gdy na polskim rynku były 3 rodzime marki HW, czas oczekiwania wahał się około roku. Dziś czas skrócił się proporcjonalnie do liczby tkaczek – jakieś 3 miesiące oczekiwania, jeśli wszystko idzie zgodnie z planem (choć należy wiedzieć, że w tej branży zdarzają się opóźnienia).

E.Ś.: Masz swoich faworytów wśród osnów i wątków? S.C.: Osobiście uwielbiam połączenie wątku tweedowego jedwabiu tussah z merino superfine na osnowie cottolinowej. Prawdziwy skład od noworodka do toddlera. Oczywiście na właściwości chust wpływa szereg innych cech jak splot, gęstość. Niemniej jest to świetna baza, którą warto rozważyć. E.Ś.: Wiele świrek narzeka na to przesyt rynku, zarówno maszynówkami jak i HW. Jakie masz na to spojrzenie? Jak to odczuwasz, jako tkaczka? S.C.: Oj, ciężki temat. Z jednej strony cieszę się, że rynek się rozwija, że Polska zaczyna doceniać ręczną pracę, a mamy nie siedzą bezczynnie, tylko realizują się, zaczynając tkać chusty w domowym zaciszu. Z drugiej, nie będę ukrywać, martwi mnie skala, na jaką się to rozwija. Obawiam się, by za kilka lat HW nie stało się chlebem powszednim, dostępnym od ręki na każdym rogu. Zależy mi, jako twórcy, na unikatowości chust ręcznie tkanych. E.Ś.: Czy jako tkaczka/chustoświrka masz jakieś niespełnione marzenia? S.C.: Oczywiście. Jednym z takich marzeń jest pracownia dostosowana do farbowania. Ostatnio większość osnów i wątków jest ręcznie farbowana. Farbuję w domu, w kuchni, co jest niezbyt wygodne. Marzy mi się też profesjonalny film promujący moja firmę i to, co robię. Cóż, może kiedyś się uda. E.Ś.: Życzę Ci więc, by się udało i trzymam kciuki. Dziękuję za rozmowę! Zdjęcia: Magabi

SPLOT nr 6/2018


ZAMOTANA SESJA

25

Zdjęcia: Magdalena Noworyta „Mrs. Maialen” Chusty i butelki: Kenhuru Sling

www.splotbliskosci.pl


26

Chusta: Kenhuru Sling SPLOT nr 6/2018


27

www.splotbliskosci.pl


28

SPLOT nr 6/2018


29

Chusty: Kenhuru Sling www.splotbliskosci.pl


30

Chusty i butelki: Kenhuru Sling SPLOT nr 6/2018


31

www.splotbliskosci.pl


32

Anna Bartkowiak

właścicielka BITE ME - the neverending taste

Nie słodź mi kochanie! Czyli o cukrze słów kilka

Znasz ten stan, kiedy jesteś niewyspana, gdy wszystko powoli zaczyna Cię denerwować, opadasz z sił, a Twoim jedynym pragnieniem jest batonik lub czekolada… dużo czekolady! I stan “po”, gdy przez chwilę czujesz, że możesz wszystko. Niestety tylko przez chwilę, bo zaraz potem myślisz, co by tu zjeść? Tak właśnie wygląda proces rozkładu cukru prostego w naszym organizmie. To szybka stymulacja, poprawa koncentracji, działanie mocniejsze niż kokaina. Stajemy się kreatywni i pełni energii. Niestety mózg na cukrowym detoksie radzi sobie bardzo słabo, wtedy zamiast szukać w swoich zapasach dodatkowej energii, daje Ci subtelne znaki, że pora na kolejną dawkę cukru. Czujesz głód, spada koncentracja i pojawia się rozdrażnienie. A jeśli fundujesz swojemu organizmowi takie atrakcje regularnie, to szybko pojawią się także symptomy uzależnienia. Tak, cukier uzależnia. Do tego, jak wykazały badania, uzależnia bardziej i szybciej niż heroina. Mania dosładzania Od pierwszych chwil życia Twojego dziecka pewnie słyszałaś: „Herbatka to tylko z cukrem, bo inna nie smakuje”, „Kupiłam mu soczek, bo to przecież samo zdrowie”, „Zjedz kochany jogurcik. Babcia kupiła malinowy – to same witaminy!”. STOP. Większość tej „zdrowej żywności”, o której teraz pomyślisz to produkty sztucznie dosładzane. Zdrowe śniadanie według telewizyjnych reklam to płatki śniadaniowe – 9 gramów cukru w 100 gramach produktu, jogurt owocowy – 12 gramów cukru na 100 gramów produktu i soczek owocowy, czyli 10,5 gramów w 100 mililitrach. Finalnie Twoje dziecko jedząc jeden jogurt, wypijając szklankę soku i jedząc do tego miseczkę płatków, dostarcza sobie już w porze śniadania około 55 gramów cukru! A to dokładnie 11 łyżeczek czystego, białego proszku. Zdrowy cukier? Podstawą naszej diety są węglowodany – najprostsza forma pozyskiwania energii. Cukry to węglowodany. Wydawałoby się proste i oczywiste, że jeśli zjemy cokolwiek z cukrem, to uzupełnimy swoje dzienne zapotrzebowanie na węglowodany i zadbamy o zbilansowaną, zdrową dietę. Nic bardziej mylnego. Zacznijmy od małego przypomnienia, czym są węglowodany? Węglowodany to inaczej cukry, cukrowce

SPLOT nr 6/2018

lub sacharydy. Związki chemiczne składające się z atomów węgla, wodoru i tlenu. Ze względu na liczbę jednostek cukrowych dzielą się na cukry proste i złożone (wielocukry). Co to oznacza dla nas? W praktyce cukry proste rozkładają się szybko i dostarczają dużej ilości energii w krótkim czasie, węglowodany złożone potrzebują czasu na „przetrawienie” i proporcjonalnie uwalniają energię. Z żywieniowego punktu widzenia cukry możemy podzielić w jeszcze jeden sposób: węglowodany przyswajalne przez człowieka, np. skrobia zawarta w ziemniakach oraz nieprzyswajalne, jak na przykład błonnik występujący w owocach i warzywach. Dlaczego cukier szkodzi? Cukier prosty, szczególnie ten syntetyczny dostarczany do organizmu w dużych ilościach nie jest najlepszym wyborem. Po pierwsze, jak już doskonale wiesz, silnie uzależnia. Po drugie, jego proces rozkładu jest szybki, przez co organizm nie będąc w stanie spożytkować dostarczonej mu energii, magazynuje ją w postaci tłuszczu. Po trzecie istnieje stan „naćpania” cukrem, który u dzieci wygląda podobnie do objawów ADHD – nadpobudliwość, pojawiają się problemy z koncentracją czy snem – to wszystko może być objawem przecukrzenia. Objawy są tak silne, że nawet specjaliści mylili je z Zespołem Nadpobudliwości Psychoruchowej. Badania wykazały także, że nadmiar spożywania cukru prostego prowadzi do powstawania takich schorzeń jak: • cukrzyca, • otyłość, • choroby serca, • zespól metaboliczny, który może prowadzić do miażdżycy, • problemy z wątrobą. Co zatem jest zdrowym cukrem? Zdrowe cukry to przede wszystkim wszystkie cukry pochodzenia naturalnego. Owoce, które oprócz cukrów prostych, zawierają w swoim składzie mnóstwo błonnika – również cukru, natomiast nietrawionego przez nasz organizm, który spowalnia trawienie cukru prostego. Suszone owoce w dowolnej formie, zazwyczaj słodsze od świeżych, ale za to dostępne cały rok. Miód naturalny, który podnosi odporność i ma szereg zastosowań w medycynie naturalnej,


33

Zdjęcie: Ewa Sulka

a także idealnie smakuje ze szklanką herbaty. Gorzka czekolada – z zasadą, że im więcej procent w niej kakao, tym lepiej. Taka czekolada zawiera mnóstwo błonnika, magnez, pomaga walczyć z cukrzycą. Poza tym domowe wypieki, domowe koktajle owocowe, domowe ciasteczka – dzięki samodzielnemu wykonaniu możemy spokojnie kontrolować ich kaloryczność i ilość cukru. Pamiętaj, że piekąc samemu lub zlecając wypiek zaufanej osobie, możesz ograniczyć ilość cukru, zamienić cukier na syrop z agawy, ksylitol lub stewię. To skutecznie ograniczy kaloryczność i szkodliwość słodkiego wypieku. Sprawdzą się także domowe lody, ponieważ ich wykonanie jest banalnie proste, a nie znam dziecka, które nie kochałoby lodów. Wszelakie węglowodany złożone, jak na przykład pełne zboża, które nie tylko dostarczają nam energii przez długi czas, ale także są nieocenionym źródłem mikro i makroelementów.

• Syrop Glukozowy, Fruktozowy lub Glukozowo-Fruktozowy • Monnitol • Sacharoza • Sorbitol • Sukraloza • Aspartam (wyjątkowo szkodliwy!) • Maltodekstryna Marzy mi się beza, a to przecież sam cukier!

Ten napój nie ma cukru, ma tylko fruktozę!

Niestety, beza to ten typ wypieku, gdzie cukier jest niezbędny – nie ma nawet szansy na jego zamianę – beza po prostu nie wyjdzie. Na szczęście istnieje bezpieczna dawka dodanego cukru każdego dnia. Według WHO nieprzekraczanie 10 łyżeczek cukru dodanego do posiłków w ciągu dnia zapewni nam zdrowie i zbilansuje ilość dostarczanych kalorii. Spokojnie, to akurat porcja torciku bezowego!

Słodziki i cukry syntetyczne działają na nasz organizm dokładnie tak samo. Te pierwsze są co prawda mniej kaloryczne, jednak nasz organizm traktuje je dokładnie tak samo, jak cukier prosty. Czego zatem unikać w składzie naszej zdrowej żywności?

I na koniec jedna zdrowa zasada – im mniej przetworzonej żywności, tym lepiej dla Ciebie i Twojej rodziny. Jeśli z dwóch produktów słodzonych możesz wybrać ten zawierający cukier lub taki, który zawiera substancje słodzące, zawsze zdrowszy będzie ten pierwszy.

• Cukier • Fruktoza • Glukoza

www.splotbliskosci.pl


34

Tata Łukasz

www.tatalukasz.pl

Bliskość z perspektywy pracującego taty Czyli budowanie więzi z dzieckiem po 18.30 Jestem typowym pracującym tatą. Wychodzę z domu o 7:30, wracam około 18.30. Dojazd do pracy to czterdzieści pięć minut, czasami godzina. Powrót jest trochę krótszy, ale to i tak pół godziny, czasami czterdzieści minut, których nie spędzam z rodziną. Łącznie to naprawdę sporo czasu na przemyślenia, również o tym, czy da się zbudować więź ze swoim, w moim przypadku siedmiomiesięcznym, dzieckiem spędzając z nim mniej czasu, niż w pracy. Jednym z moich ulubionych seriali jest Downton Abbey. Kiedyś, będąc w podróży służbowej, natrafiłem na BBC na program prowadzony przez głównego konsultanta producentów tego serialu do spraw historycznych. Zadaniem tego człowieka było jak najwierniejsze odtworzenie realiów lat dwudziestych zeszłego wieku. Downton Abbey to serial kostiumowy, więc wrażenie musi sprawiać jak najbardziej autentyczne. W tym programie ów konsultant tłumaczył poszczególne aspekty życia rodziny lorda Granthama - polowania, przyjęcia, samochody, ale też, co zaciekawiło mnie najbardziej – rolę dzieci w tej rodzinie. Otóż zdaniem prowadzącego, dziećmi z rodzin arystokratycznych opiekowała się armia niań, które rozpoczynały swoją pracę tuż po jego urodzeniu. Były z nim i w dzień, i w nocy, a dzieci spędzały z rodzicami i pozostałymi krewnymi godzinę-dwie dziennie, najczęściej w salonie, odświętnie ubrane, w otoczeniu, które nie pozostawiało zbyt wiele miejsca na czułość. Szczególnie, że jej publiczne okazywanie niezbyt dobrze współgrało z etykietą. Z drugiej jednak strony, chociaż wiem, że to tylko serial, a papier użyty do scenariusza przyjmie wszystko, więzi rodzinne u Granthamów, zwłaszcza te, z dorastającymi lub już dorosłymi dziećmi, nie wyglądały patologicznie. Wyglądały całkiem… normalnie. Czy w związku z tym moje wyrzuty sumienia spowodowanie koniecznością jeżdżenia do pracy, która pozwala mi na bycie ze Stasiem (nie znoszę stwierdzenia „zajmowanie się”…) w bardzo ograniczonym zakresie czasowym, są uzasadnione? Jasne jest, że dla małego dziecka rodzice są całym światem. Tym bardziej w naszej sytuacji, kiedy Staś jest (jeszcze) jedynakiem, a nasi rodzice nie mieszkają blisko. Znikając na prawie cały dzień, zastanawiam się, czy moja nieobecność będzie mieć odczuwalny, negatywny wpływ na moją więź ze Stasiem, zwłaszcza z jego strony. Z rozmów z innymi ojcami wiem, że czasem nawet tak małe dzieci wyraźnie

SPLOT nr 6/2018

wolą być przy jednym z rodziców, z reguły przy mamie. Mam ogromne szczęście, że moje dziecko reaguje na mnie bardzo pozytywnie, daje się usypiać i uspokajać. Traktuje mnie i swoją mamę (Maję) raczej podobnie, a ja przegrywam tylko w obliczu ataku wielkiego głodu. Cóż, tego akurat nie przeskoczę. W budowaniu więzi ważne są dla nas codziennie rytuały – Staś ostatnio regularnie budzi się mniej więcej o tej samej porze, co ja. Zabieram go na dół, żeby Maja mogła jeszcze przez tę godzinę do mojego wyjścia do pracy spokojnie pospać, a Staś, w bujaczku, jest ze mną w łazience, kiedy biorę prysznic, a potem już szalejąc na podłodze w salonie towarzyszy mi przy śniadaniu. Wieczorem, oprócz obowiązkowej kąpieli – wiadomo, to domyślny obowiązek ojców, staram się poświęcać mu możliwie jak najwięcej uwagi, chociaż jest to coś, czego w dalszym ciągu się uczę – że nie czas, a jakość. Do tego dochodzi jeden z moich ulubionych aspektów tacierzyństwa, czyli noszenie go w nosidle. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby był w nim marudny, z reguły cały czas się uśmiecha, a po kilku czy kilkunastu minutach zasypia. Jestem z nim od porodu i chociaż nigdy wcześniej w swoim trzydziestoczteroletnim życiu nie miałem styczności z małymi dziećmi, bycie z nim jest dla mnie bardzo naturalne i nie wymaga żadnego wysiłku, poza fizycznym. Zastanawiając się, dlaczego tak jest, trafiłem na artykuł, który powołuje się na kanadyjskie badania nad tacierzyństwem. Badania te wykazały, że ojcowie czekający na przyjście swoich dzieci na świat rzeczywiście doświadczają zmian biologicznych i hormonalnych, które przygotowują ich do nowej roli. Testosteron spada o 1/3, a prolaktyna i kortyzol rosną na około trzy tygodnie przed porodem. Prolaktyna rośnie też, kiedy przytulamy swoje dzieci. Co więcej, zdaniem autora, udowadnia to tezę wynikającą z innych badań, że z psychologicznego punktu widzenia ojcowie oczekujący przyjścia swojego dziecka na świat doświadczają symptomów zbieżnych z ciążą fantomową. Będę dążył do tego, żeby ograniczony czas, jaki mam dla Stasia przez spędzanie w tygodniu prawie dwunastu godzin poza domem był naładowany jakością. Żeby Staś wiedział, że tata jest od wejścia z nim pierwszy raz do basenu, czy do morza. Że bycie razem może być czymś więcej, niż tylko byciem.


35

www.splotbliskosci.pl


36

Marta Istelska

autorka bloga Fotelove

Fotelik samochodowy

Lans czy dbanie o bezpieczeństwo dziecka? Czy żyjąc w obecnych czasach i posiadając dziecko, musimy mieć fotelik samochodowy? Odpowiedź jest prosta – tak. Dlaczego? Dlatego, że wymagają tego przepisy. Mamy zatem trzy możliwości: posiadać fotelik, podróżować bezpiecznie lub łamać zasady i ryzykować życiem dziecka. Dla większości niestety jest to jednoznaczne… jednak posiadać fotelik, a podróżować bezpiecznie to nie zawsze to samo. Jeśli wybieramy pierwszą opcję to kupimy fotelik w sieci, coś taniego i polecanego. Jeśli drugą – dobierzemy fotelik i skorzystamy z pomocy specjalistów. Trzeci wariant to ten, kiedy decydujemy się na podróżowanie bez fotelika. To niestety częsta praktyka, która zagraża zdrowiu i życiu dziecka, a ewentualny mandat staje się najmniejszym problemem. Większość rodzin posiada samochód lub ktoś w ich otoczeniu go posiada. Innym zostaje transport taksówką lub komunikacją miejską, dalekobieżną. Musimy się przemieszczać, choćby do lekarza. Niestety według obecnie obowiązujących przepisów w taksówce nie potrzeba fotelika. Takie jest prawo i nie zanosi się na jego zmianę. Nie zwalnia to jednak z myślenia i podejmowania rozsądnych decyzji. To, że nie mamy obowiązku korzystać z foteli-

SPLOT nr 6/2018

ka, nie oznacza, że powinniśmy z tego prawa skorzystać. Dlaczego? Taksówka jest takim samym samochodem, jak każdy inny, kierowca tak samo jest człowiekiem i może być zmęczony czy zagapić się. Taksówka podlega takim samym prawom fizyki oraz przepisom ruchu drogowego, jak inne pojazdy, a przewożenie w niej niezabezpieczonego dziecka może się wiązać z poważnymi konsekwencjami. Wielokrotnie zdarza się, że kierowca widzi dziecko, które macha mu przez tylną szybę, podczas gdy auta stoją w korku lub na światłach. Czy wiecie, że kilkunastokilogramowe dziecko, które jedzie w samochodzie bez fotelika i zapiętych pasów w trakcie zderzenia staje się kilkuset kilogramowym pociskiem, który jest w stanie zabić innych pasażerów? Po kilku latach pracy z fotelikami samochodowymi wydaje mi się, że wszystko już widziałam, jednak bardzo często coś mnie zaskakuje. Takie sytuacje, jak zamontowane w autach spacerówki od wózków, dzieci na kolanach, czy skaczące po kanapie luzem, to wciąż niestety standard. Ludzie mają mnóstwo wymówek na takie sytuacje, a chyba najczęstsze z nich jest „nigdy nie miałem wypadku, jeżdżę bezpiecznie” czy „to tylko kawałek, dziecko płacze” lub „spieszę się”.


37 Nie można wierzyć w to, że nigdy nie będziemy mieć kolizji czy wypadku – tego po prostu nie jesteśmy w stanie przewidzieć! Zdarza się, że przepisowa jazda jednego z kierowców nie jest wystarczającym „zabezpieczeniem” dla podróżujących, ponieważ to inny uczestnik ruchu drogowego może spowodować zagrożenie. Nie chodzi tu nawet o uderzenie przez inny pojazd, ale poślizg, oślepienie przez inny pojazd, zjazd z pasa ruchu, a w efekcie uderzenie w lampę, słup czy zatrzymanie się w rowie. W obecnych czasach samochody są nieodłącznym elementem naszego życia, więc fotelik jest niezbędny. Należy wybrać go skrupulatnie i w oparciu o aktualne przepisy. Bezpieczny fotelik to dopasowany fotelik. Jak nie wybierać fotelika? Fotelika nie kupujemy w internecie. Wybieramy, ale nie kupujemy! Ja wiem, że w czasach, w których internet jest nieodzownym elementem naszego życia, aż ciężko uwierzyć, żeby to właśnie z niego nie korzystać. Niestety w sieci jest zbyt dużo treści niewłaściwych – multum artykułów sponsorowanych przez marki, a także artykułów pisanych przez laików. Czytając to, nie tylko robimy sobie w głowie mętlik, ale też narażamy się na przyswojenie niewłaściwych informacji, które niestety uznamy za słuszne. Polecanie fotelików jest sporym problemem. Polecam, bo kupiłam i jest dobry. Skąd wiesz, że jest dobry? Użyłaś, czyli brał udział w kolizji/wypadku? Nie? Zatem nie wiesz… Fotelik powinien być dobrany i dopasowany. Jeśli ktoś poleca coś, co pasuje jego rodzinie – nie będzie pasował Twojej. Masz inny samochód, inne dziecko, inne możliwości i oczekiwania, inny budżet, o wzroście dziecka i możliwościach ustawienia fotelika oraz foteli samochodowych nie wspominając.

Jak wybierać fotelik? Fotelik należy wybierać wyłącznie z pomocą specjalistów w tej dziedzinie. Nie każdy sklep z fotelikami oferuje specjalistyczną pomoc w doborze. Jednak coraz więcej sklepów szkoli swoich pracowników z prawidłowego doboru fotelików do samochodu i dziecka, więc znalezienie odpowiedniego miejsca na zakup fotelika przestaje być problemem. Coraz więcej też pisze się o kwestiach prawidłowej podróży, co jest nieodzownym elementem każdej jazdy samochodem z dziećmi. Nie tylko bowiem fotelik samochodowy jest ważny, lecz podstawowe zasady bezpieczeństwa, np. wszystkie cięższe i luźne elementy powinniśmy trzymać w torbach, które umieszczone zostaną w bagażniku. Dlaczego? W trakcie zdarzenia drogowego, samochód i fotelik spełnią swoje zadanie, lecz latający tablet, telefon czy duża plastikowa zabawka, uderzając w głowę dziecka wyrządzi dodatkowe szkody. Nie warto ryzykować. Foteliki powinny być dobierane indywidualnie do dziecka, do samochodu i do rodziny. Prawdopodobieństwo, że znajdą się dwie takie same rodziny – ten sam wzrost i proporcje rodziców, dziecka oraz identyczny samochód – jest niewielkie. Powiecie pewnie, że co to za problem znaleźć dwa takie same samochody danej marki. Jednak trafić na dwa samochody o identycznym wyposażeniu (konstrukcja kanapy), należące do identycznych pod względem budowy rodzin jest prawie niemożliwe. Każda rodzina ma inne potrzeby, oczekiwania i inny zaplanowany budżet, co sprawia, że nie ma dwóch identycznych sytuacji. Nigdy nie polecisz garnituru szytego na miarę – polecasz krawca. To samo dotyczy fotelików.

Pisane przy współpracy z Tyłem.pl

Polecanie jest wartościowe, bo można dowiedzieć się o problemach z danym produktem od już posiadających go rodziców. To cenna wiedza, jednak dobór fotelika i jego dopasowanie należy pozostawić specjalistom, a nie innym rodzicom. W sieci są już fora i grupy, na których udzielają się specjaliści i chętnie pomogą we wstępnym wyborze, lecz zawsze powtarzają, aby przed zakupem dokonać przymiarek i sprawdzić to co nakazuje producent – czy pasuje do dziecka i do samochodu. Wiele fotelików da się zapiąć w samochodzie, lecz nie zawsze zapięcie oznacza prawidłowy i dopuszczalnym montaż. Zawsze może się okazać, iż inna konstrukcja pasuje lepiej. Tego nie zrobisz bez przymiarki w sklepie z dużym wyborem i przeszkoloną załogą.

www.splotbliskosci.pl


38

Tylem.pl świadomy wybór bezpieczna podróż

pierwsze specjalistyczne sklepy z fotelikami montonowanymi tyłem do kierunku jazdy

Warszawa

Al. Prymasa Tysiąclecia 76D lok 2, 02-242 tel +48 735 915 566 SPLOT nr 6/2018

Szczecin

ul. Santocka 39, 71-083 tel +48 786 200 644

pomoc@tylem.pl


39

Karolina Rachfał

doradca noszenia dzieci

Tkana droga W krainie kangurów

Polka o ukraińskich korzeniach. Z zawodu doradca serwisu mechanicznego, pasjonatka motoryzacji, rajdów Rallycross i szybkiej jazdy samochodami. Marzy o zrobieniu licencji kierowcy rajdowego. Mama 4-letniej Marysi i 2-letniego Franka. Mężatka, która najchętniej posługiwałaby się swoim drugim imieniem – Oksana. W prywatnej kolekcji przez dwa lata noszenia zgromadziła 10 chust. Uwielbia te z 25% tussahu i 75% bawełny. Specjalne miejsce w jej sercu zajmują dwie szmatki – jedna to HW oraz chusta, którą sama stworzyła – Shevron Sack. Daria Lampart, któregoś dnia wpadła jak przysłowiowa śliwka w kompot. Chustowy świat zafascynował ją tak mocno, że uparcie dążyła do celu. Stworzyła luksusową markę pięknych chust – Kenhuru Slings. Karolina Rachfał: Jesteś mamą dwójki maluchów. Czym dla Ciebie jest rodzicielstwo? Pojawienie się dzieci zmieniło Twoje życie? Daria Lampart: Ciężko powiedzieć, że macierzyństwo wywróciło moje życie do góry nogami, może dlatego, że zawsze byłam dość zorganizowaną osobą. Bycie mamą zmieniło na pewno wiele. Pokazało mi jak błahe dla mnie rzeczy, mogą być końcem świata dla dziecka. Na pewno nauczyło mnie wiele cierpliwości, zrozumiałam, że 8 godzin snu to błogosławieństwo, a kawa w domu to produkt pierwszej potrzeby (uśmiech). Przede wszystkim poznałam inny rodzaj miłości – matczyny – bezwarunkowy! Nie ma matek idealnych, a każda z nas za bardzo patrzy na stereotypy. Macierzyństwo się zmienia, z każdym miesiącem życia dziecka. I przede wszystkim z każdym nowym członkiem rodziny inaczej patrzymy na te same rzeczy. Coś w myśl zasady, że przy pierwszym dziecku, gdy smoczek spadnie na ziemię to szybko biegniesz go umyć i wyparzyć wrzątkiem. Przy drugim już tylko myjesz, a przy trzecim dziecku oblizujesz i wkładasz mu do buzi (uśmiech). K.R.: Rodzicielstwo bliskości (RB), jest stosunkowo świeżym tematem w naszym społeczeństwie, czy od razu wpisało się w Waszą rodzinną codzienność, czy może wchodziło etapami? Co dla Ciebie jest najbardziej cenne w RB? D.L.: Rodzicielstwo bliskości to ciężka praca przede wszystkim ze strony rodziców. Każda z nas traci kiedyś nerwy, bo tygodnie niewysypiania się, codzienna rutyna i hormony robią swoje. Nie ma czegoś takiego jak „Podręcznik rodzicielstwa bliskości dla ciebie”, bo każda rodzina jest inna.

I nie w każdej sprawdzą się te same reguły. Najważniejsze jest to, aby wychowywać dzieci w zgodzie z własnym sumieniem i intuicją. Nie ważne czy w duchu RB, czy innym. U nas, to było chyba dość naturalne. Przy Marysi nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak rodzicielstwo bliskości. Nie czytałam poradników, nie wertowałam stron internetowych w poszukiwaniu informacji jak najlepiej wychować swoje dziecko. Po prostu robiłam to, co czułam, że powinnam. Dopiero przy Franku dowiedziałam się o RB, i że moje metody wychowawcze wpisują się w  ten  schemat. W RB najbardziej sobie cenię bliskość ze swoimi dziećmi i więź, którą mogę z nimi nawiązać. Nie ważne w jaki sposób. Ważne, że staramy się być jak najbliżej siebie. I przede wszystkim szanujemy się! K.R.: Czy chusta towarzyszyła Ci od początku? Kiedy podjęłaś decyzję o noszeniu? Skąd wziął się pomysł na chustowanie? D.L.: Niestety nie i bardzo żałuję, że nie wiedziałam o istnieniu chust po urodzeniu pierwszego dziecka. Początki mojego macierzyństwa byłyby o niebo łatwiejsze gdybym miała chustę. Marysia niestety była dzieckiem dość trudnym w pierwszych miesiącach swojego życia. Dopiero jak Franek pojawił się na świecie, a ja rozkładałam ręce mając w domu zbuntowaną dwulatkę, poprosiłam znajomą czy może nie udałoby się jej załatwić jakiejś chusty dla mnie. I kupiłam za 170 zł używanego pasiaka 3,6m z merynosem. Tak się zaczęła miłość do chust, a powód był taki przyziemny – chciałam mieć wolne ręce i chwilę dla siebie. Chustonoszenie daje wiele możliwości. Z wózkiem nie jestem w stanie wjechać wszędzie, z chustą jest to jak najbardziej możliwe. Mogę spokojnie posprzątać dom, ugotować obiad, wypić kawę czy zjeść posiłek mając przy sobie swoje dziecko, wiedząc, że jest bezpieczne i nic mu się nie dzieje. Nie muszę szykować całego wózka na spacer, po prostu zakładam buty, motam chustę i idę. K.R.: Jak wyglądała ścieżka edukacji w świecie chust? Gdzie o nich najpierw usłyszałaś i gdzie szukałaś o nich informacji? Czy korzystałaś z pomocy doradcy noszenia? D.L.: Oczywiście zaczęło się od filmików na youtube. Jednak bardzo chciałam nauczyć się plecaka prostego, a bałam się to zrobić z 4-miesięcznym dzieckiem sama, wtedy zaprosiłam do domu Basię, która była doradcą.

www.splotbliskosci.pl


40 Od tego momentu wiele się zmieniło, pomijam fakt, że nauczyłam się wreszcie prawidłowo motać PP. Dowiedziałam się o tym, że w mojej okolicy są spotkania chustowe, że mamy spotykają się na kawę i macanki chust, że można się chustami wymieniać oraz że jest coś takiego jak chusta żakardowa. Początki są zawsze takie fascynujące, wiedzę chłoniemy jak gąbka i wszystko ma wymiar WOW! K.R.: Co cenisz w chustonoszeniu? D.L.: Chusta to bezcenny wynalazek! Daje nam swobodę, pomaga nawiązać bliższą więź z dzieckiem. Dla mnie było to przede wszystkim niesamowite ułatwienie trudów życia codziennego matki dwójki dzieci. Chustonoszenie to bardzo, krótki okres w życiu dziecka, ale bardzo mocno wpływa na jego rozwój psychiczny. Warto chustować, bo dzięki temu wytwarzamy niesamowitą więź z dzieckiem. K.R.: Czy były trudne momenty w chustonoszeniu? D.L.: Chyba jak u każdej mamy chustującej pojawił się chustobunt u dziecka. Teraz Franio ucieka na widok chusty, bo umie chodzić, więc woli zwiedzać świat na własnych nogach i iść tam, gdzie on chce. Czasami jednak nóżki się męczą i udaje mi się go zamotać, czy to w chustę czy w nosidło. O dziwo moja niechustowa Marysia częściej korzysta z tej formy transportu niż Franio, ale ona zawsze była małym przytulaskiem. K.R.: Jak reagowali na chustowanie najbliżsi? Czy jako chustomama zaraziłaś kogoś swoją pasją do chust? D.L.: Oczywiście teściowa widząc, że motam Franka w chustę wartą ponad 1 000 zł zaproponowała mi tańsze rozwiązanie w postaci prześciaradła (śmiech). Szybko wybiłam jej ten pomysł z głowy pytając się czy widziała kiedykolwiek prześcieradło, które ma ponad 4 metry długości (uśmiech). Teść natomiast był zdziwiony tym, jak Franio się szybko w chuście uspokajał i zasypiał. Raczej wszyscy byli zdziwieni tym jak coś tak prostego daje tyle dobrego. Nie spotkałam się na szczęście nigdy z krytyką, że robię krzywdę dziecku. Wiem, że wiele mam chustujących słyszy takie słowa. Udało mi się zarazić miłością do chust wiele osób i bardzo się z tego cieszę. Mam nadzieję, że jeszcze nie jedna mama lub tata będą przeze mnie chustować (uśmiech). K.R.: Jesteś chustoświrką? W którym momencie zaczęło się „świrsto”? Czy zmieniłabyś coś w swojej chustowej historii? D.L.: Zdecydowanie jestem ChustoŚwirką! A zaczęło się to jakieś 2 tygodnie po tym, jak kupiłam pierwszą chustę, potem była druga, czwarta, 15-ta… Szybko wpadłam

SPLOT nr 6/2018

w szał zakupów. Co chwile pojawiała się nowa piękność na horyzoncie. Wiele chust mnie rozczarowało, wiele zachwyciło. Część w ogóle nie wzbudzała jakichkolwiek emocji, ale to normalne. Super, że jest tak duży wybór, bo każda z nas znajdzie coś dla siebie. Staram się obserwować rynek chustowy, który bardzo dynamicznie się zmienia. Jaka szkoda, że już nie noszę, bo kupiłabym co nieco z aktualnych nowości (uśmiech). Chciałabym chustować od pierwszego dziecka… Przede wszystkim to bym zmieniła. Reszta mojej historii jest idealna. K.R.: Czy znajdujesz jakieś wady w chustowaniu? Co wolisz, chustę czy nosidło? D.L.: Chyba  nie.  A  przynajmniej  nie  mam  żadnego  pomysłu  w  tej  chwili. Osobiście wolę chustę, za multum możliwości wiązań i pięknych wykończeń. Chusta bardzo często staje się częścią stylizacji ubioru. Nosidła uwielbiam za szybkość zakładania i kompaktowość.


41 K.R.: Kenhuru to marka chust, którą stworzyłaś. Skąd się wziął pomysł na tkanie? I nazwę? D.L.: Marzyłam o własnej firmie chustowej i udało mi się spełnić to marzenie. Na początku sądziłam, że znalezienie tkalni będzie największym problemem. Nic bardziej mylnego. Gdy doszłam do momentu zamawiania przędzy to zbladłam z przerażenia. Którą wybrać, która będzie odpowiednio miękka, aby nie była zbyt cienka, albo zbyt gruba. Jak połączyć kolory itd. itp. Kilka miesięcy zarwanych nocy, dużo pracy przy rysowaniu wzorów, dogrywaniu szczegółów. Pudełka, metki, worki – na początku sądziłam, że przecież to wszystko jest takie łatwe. No i nazwa… jaką nazwę dać, aby wyróżniała się na tle konkurencji, a jednocześnie była spójna z produktem, który będę sprzedawać, czyli z chustami. Nazwę wymyśliliśmy wspólnie z mężem. Miał to być „kangur”. Odpaliłam translator i przetłumaczyłam to słowo na ukraiński. Tak oto powstało KENHURU. K.R.: Czy decydując się na tworzenie chust założyłaś sobie jakiś konkretny cel, ideę, misję? D.L.: Bardzo chciałam aby chusty były niesamowicie miękkie, gotowe do użycia prosto z pudełka. Wzory miały być nowoczesne, geometryczne i takie, których do tej pory nie było. Cała koncepcja marki miała być bardzo spójna, modernistyczna i minimalistyczna. Kartonowe pudełko, które jest proste, ale też bardzo eleganckie, duży pojemny worek z logo w spokojnej kolorystyce. Chusty, które będą się

łatwo motać, będą bardzo nośne i unikatowe. Wypusty są bardzo małe, najczęściej nie przekraczają 10 sztuk łącznie. Niewiele było wypustów, gdzie liczba chust przekroczyła 15 sztuk. Najczęściej oscylują w okolicach 5 do 8 chust na wypust. Nie chciałam robić masówki. Nie to było moim celem. K.R.: Co Cię inspiruje, skąd czerpiesz pomysły? D.L.: Czasem po prostu wpadnie mi jakiś pomysł do głowy, czasem klientki podrzucą mi jakąś koncepcję. Naprawdę różnie z tym bywa. Wtedy siadam przed komputerem i rysuję. Niektóre wzory powstają w kilka minut, inne zajmują kilka dni. Najbardziej pracochłonnymi wzorami były FORMA i FOXY. Co chwile, coś zmieniałam, co chwilę musiałam poprawiać, bo nie do końca podobał mi się efekt końcowy. Jest wiele wzorów, które zaprojektowałam ponad rok temu. Grzecznie czekają sobie na swoją premierę. A mam jeszcze wiele pomysłów… Chciałoby się wszystkie zrealizować na już, na teraz (śmiech). Myślę, że nie jeden wzór jeszcze Was zaskoczy. Jedno jest pewne – wszystkie będą geometryczne i to się w KENHURU nigdy nie zmieni (uśmiech). K.R.: Dziękuję za rozmowę. Zdjęcia: Ania Pilip

www.splotbliskosci.pl


42

Dominika Sokulska

certyfikowany doradca noszenia dzieci

Plecak z koszulką Analiza wiązania

Plecak z koszulką, zwany również DH (ang. double hammock), to wiązanie, na które czeka większość osób po opanowaniu plecaka prostego. Czeka, gdyż w przeciwieństwie do wiązań analizowanych we wcześniejszych numerach naszego kwartalnika, DH nie jest wiązaniem rekomendowanym dla niemowląt. Rodzic Plecak z koszulką jest warstwowym wiązaniem z tyłu. Symetrycznie obciąża ciało osoby noszącej, ciężar dziecka rozkłada się na obu barkach, plecach i klatce piersiowej noszącego. To właśnie opasanie w klatce piersiowej, tzw. koszulka, daje duży komfort noszącemu i ujmuje kilogramów słodkiemu ciężarowi zamotanemu na plecach. Rodzic ma możliwość przyjęcia prawidłowej pozycji ciała i mniej odczuwa ciężar dziecka niż w klasycznym plecaku prostym. Dziecko Jak już wyżej wspomniałam, DH jest wiązaniem warstwowym, po dziecku przechodzą dwie warstwy materiału, każda z nich z osobna wywiera nacisk na jego ciało. Warstwy

SPLOT nr 6/2018

te są ułożone początkowo równolegle do podłoża, by następnie zmienić kierunek ku górze – każda z nich leży niesymetrycznie na dziecku. Obie warstwy rozłożone są pod pupą i udami dziecka, dodatkowo przytrzymane są jeszcze dwoma skrzyżowanymi połami. Całość daje solidne podparcie malucha, ale też wymusza duże odwiedzenie nóżek i „przyklejenie” miednicy do pleców noszącego. Dla kogo Z racji wymuszenia przez przebieg chusty dużego odwiedzenia nóg dziecka, a tym samym spowodowania przeprostu w dolnym odcinku kręgosłupa, wiązanie to jest rekomendowane dla maluchów, które mają już wykształconą lordozę krzyżową – czyli samodzielnie stojących i chodzących. Dodatkową przesłanką za odłożeniem tego wiązania na późniejszy okres noszenia jest dwuwarstwowość chusty na dziecku, przez to nierównomierny nacisk na plecy i kręgosłup – z zasady przy dzieciach niesiadających nie stosujemy wiązań warstwowych. Podstawą do wykonania tego wiązania jest dobrze opanowany plecak prosty, gdyż stanowi on wstęp do zamotania DH. Dobrze wykonany plecak z koszulką w magiczny sposób „odbiera wagę” zamotanego


43 dziecka, dlatego świetnie sprawdza się w przypadku ciężkich dzieci. Dodatkowo dwie warstwy chusty dużo lepiej podtrzymują pupę i uda malucha niż jedna warstwa plecaka prostego, dzięki czemu mniejsze jest ryzyko opadnięcia ciężkiej pupy i podwieszenia dziecka na dołach podkolanowych. Na co zwracać szczególną uwagę Jak w każdym wiązaniu – ważne jest prawidłowe dociągnięcie chusty. Pracę nad tym należy rozpocząć od samego początku, czyli dobrego i zwartego bazowego tobołka. Po zarzuceniu dziecka na plecy cały czas czuwamy nad napięciem pół, już na etapie układania koszulki warto budować napięcie jej górnej krawędzi, oszczędzi nam to pracy przy dalszym dociąganiu chusty. By zwiększyć swój komfort noszenia, starajmy się układać koszulkę jedynie na naszych żebrach – zdecydowanie lepiej przeniesie obciążenie niż miękka tkanka na brzuchu pod żebrami. Plecak z koszulką jest wiązaniem warstwowym, należy zadbać o to by obie warstwy były dobrze i równo dociągnięte. To pozwoli na bardziej równomierny nacisk występujący na plecach dziecka. Układając dziecko, pamiętajmy, że wiązanie wymusza duże odwiedzenie nóg, a jeśli odwiedzenie jest duże to zgięcie w stawie biodrowym powinno być mniejsze – dlatego nie wprowadzajmy dziecka w zgięcie większe niż 90 stopni. Warto również zapamiętać, że duże odwiedzenie nóg warunkuje wyprost kręgosłupa dziecka i skłania głowę do ruchu w tył – z tego powodu nie powinniśmy nosić w DH śpiących dzieci. Maleje u nich napięcie mięśniowe, a w pozycja malucha w plecaku z koszulką powoduje, że bezwładna główka będzie zwisać do tyłu, co powoduje zbędne przeciążenia. Plecak z koszulką bezsprzecznie jest wiązaniem, z którym warto się zaprzyjaźnić na właściwym etapie chustonoszenia. Trud włożony w prawidłowe wykonanie tego warstwowego wiązania odwdzięczy się nam wygodą noszenia naszych starszaków. Wiem, co mówię – sporadycznie urządzamy jeszcze chustospacery, w DH właśnie, z moim ponad trzylatkiem. Zdjęcia: Joanna Izydor

www.splotbliskosci.pl


44

Małgorzata Naumowicz-Kuleta Akademia Aktywnej Mamy

Matka Polka ćwicząca Jak wrócić do formy po porodzie

Zostałam mamą po raz drugi. Kocham swoje dzieci i bardzo lubiłam spędzać z nimi każdą chwilę. Otoczona czterema ścianami domu i zaabsorbowana latoroślą bez pamięci w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że jednak czegoś mi brakuje. Wewnętrzny głos coraz głośniej dawał o sobie znać, a ja czułam, że nie powinnam go ignorować. Nie musiałam długo zastanawiać się, doskonale bowiem wiedziałam, czego mi potrzeba – porządnej dawki wysiłku. Endorfin, tej satysfakcji tuż po. Po prostu treningu! I wtedy padło pytanie o to, jak się wraca na trening po urodzeniu dziecka? Kiedy można stać się aktywną mamą? Daj sobie czas. Pamiętaj, że przez ostatni rok w Twoim ciele rozwijało się nowe życie, a następnie to samo ciało wydało dziecko na świat. Jakby tego było mało, teraz Twoje ciało musi je również wykarmić! To niemały wysiłek,

SPLOT nr 6/2018

wiesz o tym doskonale. Kiedy poczujesz, że zmęczenie po porodzie mija, a Ty masz ochotę poczuć ten znajomy zastrzyk endorfin po treningu, musisz pamiętać o dwóch sztywnych okresach, których należy trzymać. Jeśli rodziłaś naturalnie, powinnaś odczekać do końca połogu, czyli 6-8 tygodni. Jeśli natomiast Twój poród odbył się przez cesarskie cięcie, z powrotem do aktywności fizycznej powinnaś poczekać minimum 12 tygodni. Przed rozpoczęciem treningów warto skonsultować się z lekarzem, szczególnie po cesarskim cięciu. Ważne, by powrót do formy odbywał się w sposób kontrolowany i bezpieczny. Od czego zacząć? Nie nastawiaj się na przenoszenie gór! Zanim z satysfakcją spojrzysz na spadające cyferki na wadze, czeka Cię znacznie większe wyzwanie.


45 Aby szybko wrócić do formy po ciąży, powinnaś przeciwdziałać przeciążeniom oraz zmianom w ciele, które są z nią związane. Pierwsza grupa mięśni, o które musisz zadbać, to mięśnie dna miednicy. Praca nad nimi jest bardzo żmudna, ale ważna w kontekście zachowania kobiecości, jak również powrotu do pełnej sprawności fizycznej. Na tym etapie powinnaś udać się do specjalisty, który na spotkaniu indywidualnym lub w bardzo kameralnym gronie przedstawi Ci sposób pracy nad tą delikatną materią. Zwykle po wnikliwym instruktażu pracę będziesz mogła wykonać w domowym zaciszu. Wsparcia takiego możesz szukać w szkołach rodzenia, klubach fitness o profilu prozdrowotnym, u fizjoterapeutów oraz u trenerów personalnych, specjalizujących się w pracy z kobietami.

moda na FIT MAMY, zatem nie będziesz musiała daleko szukać. Większość klubów fitness oferuje zarówno zajęcia grupowe, jak i treningi indywidualne, dopasowane do potrzeb świeżo upieczonych mam. Wiele wskazówek znajdziesz też w internecie, jednak jestem daleka od propagowania takiej formy poszerzania wiedzy. To samo dotyczy ćwiczeń, które powinny być wykonywane poprawnie, by dawać zamierzone efekty. Wykonane błędnie mogą doprowadzić do licznych urazów, a nawet kontuzji. Dlatego zalecam Ci czerpanie wsparcia ze strony fachowca, który nie tylko pokieruje Cię na właściwe tory, ale również metodycznie nauczy poprawnej techniki.

To kiedy zacznę chudnąć?

Jeśli zdecydujesz się na wyście z domu i trening w fitness clubie, to mam dla Ciebie kolejną dobrą wiadomość. Zajęcia fitness, oferowane „młodym” mamom mają formę dopasowaną do udziału mamy i maluszka. Spotkasz się z dwoma rodzajami takich treningów. Pierwszy z nich opiera się o trening obwodowy, tudzież funkcjonalny. Ma bardzo prostą formę, w której każda mama wykonuje ćwiczenia w swoim tempie i w wyznaczonych momentach może zająć się maleństwem, leżącym na kocyku obok. Nad porządkiem treningu, jak i nad spokojem dzieci czuwa instruktor. Sprawdza się świetnie. Drugi rodzaj zajęć, z którymi możesz się spotkać, którego jednak nie jestem zwolenniczką, to taki, w którym ćwiczysz, włączając maleństwo. Niestety z własnego doświadczenia wiem, że po kilku chwilach malca nie bawi już podnoszenie, obracanie i całe zamieszanie wokół niego, przez co staje się niespokojny. Możesz też skorzystać z usług trenera personalnego, choć określenie „trenerki” byłoby chyba trafniejsze, bo w treningu pań w ciąży oraz po porodzie specjalizują się raczej kobiety. W takiej współpracy na pewno możesz liczyć na elastyczność i umówić się w klubie w godzinach, które będą dla Ciebie optymalne – możesz zabrać dziecko ze sobą, możesz zapewnić mu opiekę i wyjść z domu sama lub umówić się na trening w swoim domu. Jeśli decydujesz się na współpracę z osobistym trenerem, poszukaj takiego, który zna się na treningu połogowym, dzięki czemu cały proces powrotu do formy będziesz mogła powierzyć jednemu specjaliście.

Wkrótce. Jednak na początku musisz dać się przekonać, że paradoksalnie nie pomoże Ci bieganie, lub robienie brzuszków. Kluczowym elementem Twojego planu treningowego będzie teraz wzmacnianie mięśni. Te z nich, które stały się najbardziej osłabione podczas ciąży to mięśnie posturalne oraz mięśnie grzbietu. Jak nad nimi pracować? To bardzo trudne pytanie, a szczegółowa odpowiedź na nie musiałaby być bardzo obszerna. Ćwiczyć możesz wszędzie – w domu, na placu zabaw, w parku podczas spaceru, czy też oczywiście w klubie fitness, to też po inspirację do ułożenia własnego planu treningowego oraz wskazówki, jak prawidłowo i bezpiecznie go realizować, powinnaś udać się do specjalisty. Masz dużo szczęścia. Polskę ogarnęła

No dobrze, tylko co ja zrobię z dzieckiem?

Teraz już wszystko w Twoich rękach! Nie szukaj wymówek. W szale codziennych obowiązków i opieki nad maleństwem nietrudno je znaleźć! Musisz jednak pamiętać o sobie i swoim ciele – tylko zdrowa i sprawna fizycznie będziesz mogła cieszyć się macierzyństwem. Poszukaj miejsca, w którym możesz zacząć swoją przygodę z powrotem do formy. Po niedługim czasie będziesz mogła ćwiczyć sama i niedogodności logistyczne przestaną Ci doskwierać. Zaufaj mi – uda się, musisz tylko zacząć! Zdjęcia: Małgorzata Naumowicz-Kuleta

www.splotbliskosci.pl


46

Anna Zin

certyfikowany doradca noszenia dzieci

Noszenie bliźniąt

Ekstremalna jazda bez trzymanki „Widzę dwa zarodki – gratuluję, będzie Pani miała bliźnięta”. Ta wiadomość wzbudziła we mnie falę sprzecznych uczuć, euforia mieszała się z niedowierzaniem, radość ze zmartwieniem, ekscytacja z lękiem. Od tej pory zaczęła się piękna i bardzo wymagająca przygoda. Kiedy nie byłam jeszcze w drugiej ciąży, wyobrażałam sobie, że kolejne dziecko będę nosić wyłącznie w chuście, że nie będę wcale używać wózka. Dzieci jednak skutecznie weryfikują nasze plany i wyobrażenia o macierzyństwie, bliźnięta robią to z podwójną skutecznością. Wózek po synku został więc z nami, ale i chusty odegrały ogromną rolę w życiu każdego z członków rodziny, bez nich już nie wyobrażam sobie przetrwania w pierwszym okresie podwójnego macierzyństwa. Nie chcę jednak skupiać się wyłącznie na własnych doświadczeniach z noszeniem dwójki dzieci, dlatego spytałam o zdanie jeszcze ośmiu innych mam bliźniaków, by dowiedzieć się, jak wyglądało ich podwójne noszenie. Etap pierwszy – narodziny dzieci Ciąża bliźniacza obarczona jest większym ryzykiem przedwczesnego porodu niż ciąża pojedyncza. Dodatkowym czynnikiem stwarzającym zagrożenie jest ciąża jednoowodniowa i jednokosmówkowa. Tak było w przypadku Kasi, zdjęcie: Ewa Sulka

SPLOT nr 6/2018

która urodziła swoje córeczki zdecydowanie za wcześnie. Każda z dziewczynek ważyła ledwie około kilograma. Dla niej w tych pierwszych tygodniach, a nawet miesiącach po narodzinach, priorytetem było zdrowie córek. Mogła je kangurować, ale pojedynczo i już wtedy poczuła żal i smutek spowodowany tym, że może tulić tylko jedną córkę na raz. To był pierwszy krok w stronę tandemowego noszenia. Kasia w rozmowie ze mną poruszyła ważny wątek przedwczesnego rozwiązania i związanej z nim tęsknoty za byciem w ciąży. To zjawisko słabo opisane, a jednak występujące wśród świeżo upieczonych mam – wielki smutek, a wręcz rozpacz z powodu pustki pod sercem. To chwile, w których chusta może być swojego rodzaju ukojeniem, podczas gdy znów możemy nosić nasze dziecko bardzo blisko przy sobie. Jednak nie przychodzi ono od razu, ponieważ po wyjściu ze szpitala rodziców wcześniaków czeka wiele wizyt u specjalistów, żeby jak najlepiej zadbać o zdrowie dzieci. Logistyka całego procesu karmienia-przewijania-ubierania-zapinania w fotelikach itp. musi zostać opanowana do perfekcji. Pierwsze tygodnie po pojawieniu się bliźniąt na świecie, to także często walka o laktację. Zmagała się z nią Agnieszka, która pierwsze dni swojego macierzyństwa opisała tak:


47 odciąganie mleka co 3 godziny, wyparzanie i mycie butelek, karmienie i tak w kółko. Z karmieniem wyłącznie piersią bez regularnego odciągania też nie jest wiele łatwiej, ponieważ choćby znalezienie dogodnej dla mamy i dzieci pozycji do jednoczesnego karmienia jest nie lada wyzwaniem. Niektóre dzieci tak dużo czasu spędzają przy piersi, że ciężko jest nawet skorzystać z toalety bez akompaniamentu chóralnego płaczu. A kiedy na stanie jest jeszcze wymagający uwagi starszak, sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Czasem bywa tak, że zdrowie psychiczne mamy i jej dobrostan stają się ważniejsze, niż chęć karmienia piersią. Bez względu na to, jak karmimy nasze dzieci, przychodzi ten moment, kiedy same chciałybyśmy coś zjeść i posiedzieć spokojnie w czystym domu. I tu nieoceniona staje się pomoc bliskich, którzy zajmą się wszystkim dookoła. Doskonale, kiedy ojciec dzieci ma możliwość pracować z domu albo wziąć urlop tacierzyński i wesprzeć świeżo upieczoną mamę w codzienności. W imieniu swoim i innych kobiet, z którymi rozmawiałam, z całego serca dziękuję naszym mężom, partnerom, mamom i teściowym, którzy stanęli na wysokości zadania i pomagali w pierwszych miesiącach po narodzinach dzieci, i dzięki którym miałyśmy szansę na ciepły posiłek każdego dnia. – Wszystko wywróciło się do góry nogami, a ja tylko myślałam: Madre mia y Dios de mi alma... toż to będzie dopiero szkoła przetrwania! – tak Sandra wspomina pierwsze chwile po tym, kiedy dowiedziała się, że zostanie mamą bliźniaków. I zaiste jest to faktycznie prawdziwa szkoła przetrwania. Noszenie – jak to ugryźć Niektóre z mam, z którymi rozmawiałam, wiedziały jeszcze w ciąży, że będą nosić swoje dzieci, część z nich wcale nie brała takiej opcji pod uwagę. Ja należę do tej pierwszej grupy, bardzo chciałam nosić. Niektóre z nas nosiły już wcześniej starsze dziecko, a inne nie miały do czynienia z chustą. Niektóre zaczynały wiązanie bardzo wcześnie, zaraz po powrocie ze szpitala. Inne czekały do chwili, aż dzieci skończą rehabilitację albo na inspirację do noszenia, odpowiedni moment. W każdym przypadku początek chustowo-tandemowej przygody wyglądał ciut inaczej. Scenariusz pierwszy – to moja pierwsza styczność z chustą Jeśli swoją przygodę z noszeniem rozpoczyna się z bliźniakami, prawdopodobnie najłatwiej jest zacząć od opanowania pojedynczych wiązań. Sprawdzić może się chusta kółkowa, do której będzie można włożyć jedno dziecko,

przesunięte nieco w stronę biodra, tak by część ciała i ręce mieć wolne dla drugiego szkraba. Mogą to być wiązania z chusty tkanej na biodrze, takie jak kangur na biodrze, czy siodełko z pętelką. Wykorzystać można też klasyczne wiązania, jak kieszonka lub kangurek, w które zawiąże się bardziej wymagające kontaktu dziecko. Wyżej wspomniane wiązania mogą świetnie sprawdzić się również w sytuacji, gdy nie jest się jedyną noszącą osobą i na co dzień ma się wsparcie kogoś, kto również będzie korzystał z chusty. Wtedy po prostu każde dziecko ma swojego tragarza. Ta wersja jest świetna z tego względu, że jest doskonałą bazą do poszerzania repertuaru wiązań, tak by móc za chwilę nosić dwójkę dzieci naraz. Z kangura można sprawnie wyjąć jedno dziecko, gdy to drugie potrzebuje kontaktu. Kieszonka zaś ma tę zaletę, że po wyjęciu jednego dziecka, chusta zostanie wstępnie zawiązana na ciele noszącego. W Polsce zapomniana, a popularna na zachodzie chusta elastyczna też może być wsparciem w początkach noszenia. Być może nie jest idealna, ale jej wielką zaletą jest to, że wystarczy ją raz zawiązać i chodzić w niej jak w koszulce, wkładając i wyjmując dziecko w zależności od potrzeby; nie trzeba jej za każdym razem wiązać od nowa. W przypadku bliźniąt bywa tak, że każda minuta jest na wagę złota, więc początkującym rodzicom może się to bardzo przydać. Chustę elastyczną możemy też wykorzystać jako doraźną pomoc do noszenia np. dla babci, która nie chce się motać w chustę tkaną. Jest ona też świetną bazą do rozpoczęcia noszenia tandemowego, ale o tym później. Pamiętajmy jednak o ograniczeniach „elastyka”: fakt, że chusta się rozciąga, sprawia, że aby wystarczająco dobrze podtrzymać dziecko, należy je „ubrać” w trzy warstwy materiału, a to oznacza, że jest nam i dziecku dużo cieplej, niż w chuście tkanej, którą możemy zawiązać jednowarstwowo; „elastyk” w pewnym momencie zaczyna sprężynować pod wpływem ciężaru dziecka i to znak, że już nie spełnia należycie swojej funkcji; po trzecie wreszcie, może się zdarzyć, że w przypadku drobnego dziecka, rozciągliwy materiał ułożony w X, za bardzo przyciśnie miednicę dziecka do rodzica i wprowadzi nóżki w zbyt duże odwiedzenie. Jeśli rozpoczyna się noszenie w momencie, gdy dzieci są już trochę starsze, można wypróbować bardzo praktyczne wiązanie – podwójny X. Jego ogromną zaletą jest to, że nie trzeba go wiązać za każdym razem od nowa, tylko w raz przygotowanej bazie można nosić dziecko wielokrotnie w ciągu dnia, jedynie dociągając lub luzując chustę i łatwo się je dociąga nawet podczas spaceru. Idealne na sytuacje, w których przemieszczamy się np. samochodem i musimy dziecko wyjmować i wkładać do fotelika.

www.splotbliskosci.pl


48 A jeśli trafi się kobieta odważna i gotowa na wyzwania, może od razu wystartować z noszeniem od nauki plecaka prostego, który ma tę ogromną zaletę, że dla drugiego dziecka masz wolne obie ręce i cały przód swojego ciała. Dla wielu rodziców jest to jednak bardzo duże wyzwanie, zwłaszcza gdy nie mają wcześniejszych doświadczeń z chustą, często trudno im sobie wyobrazić nie tylko sam proces wkładania dziecka na plecy, ale też fakt, że nie widzą dziecka w trakcie noszenia i nie wiedzą, co się z nim dzieje. Anna, jedna z moich rozmówczyń opowiedziała mi o tym, że podczas pierwszych prób noszenia dziecka w plecaku, zakładała mu monitor oddechu, żeby czuć się bezpiecznie. Scenariusz drugi – znam podstawowe wiązania Kiedy opanowane zostały już wiązania takie jak: kieszonka, kangurek, 2x lub jeśli w użyciu stale jest chusta kółkowa to można przejść do nauki plecaka (chyba że od niego się zaczęło…). Jako doradca zwykle zalecam wstrzymanie się z codziennym i regularnym wiązaniem na plecach, aż dziecko trochę podrośnie, czyli do około 4 miesiąca życia. Głównie ze względu na to, że dziecko noszone na plecach nie jest w stanie wyczytać tylu informacji z ciała i reakcji rodzica, ile jest w stanie zdobyć, będąc na klatce piersiowej. Dodatkowo podobnie jak w przypadku noszenia przodem do świata, dziecko na plecach ma więcej bodźców do „przetrawienia i posortowania”. Jednak w przypadku rodziców bliźniąt, są rzeczy ważniejsze niż hiperpoprawność, takie jak ukojenie płaczu dwójki dzieci, zapewnienie komfortu i bliskości dwójce jednocześnie, czy zadbanie o swoje potrzeby, ugotowanie obiadu itp. Jeśli dzieci samodzielnie siadają, można nauczyć się także wrzucania dziecka na plecy w nosidle ergonomicznym. Scenariusz trzeci – chcę nosić w tandemie Tu pojawia się szaleństwo różnych rozwiązań, a oto najpopularniejsze z nich: Kieszonka plus plecak prosty – najpierw należy zamotać kieszonkę z jednym dzieckiem, a potem drugiego szkraba wrzucić na plecy. Można ten plecak wykończyć klasycznie, czyli zawiązać pod pupą dziecka z przodu lub skorzystać z wykończeni niestandardowych, takich jak chałka, czy wykończenie przez przeprowadzenie pasów pod połami idącymi po ramionach i przeciągnięcie materiału przez powstałe pętelki. Można też zawiązać plecak z bardzo krótkiej chusty i zakończyć go węzłem pod pupą dziecka usadowionego na plecach. Kangur plus plecak prosty – tak jak przy powyższej opcji, najpierw należy zawiązać dziecko z przodu, a później

SPLOT nr 6/2018

z tyłu. W przypadku kangura większym wyzwaniem może okazać się asekuracja główki dziecka z przodu w momencie, w którym sięgamy po drugie dziecko. Zatem w tym przypadku dzieci powinny już stabilnie trzymać główkę. Możemy też spróbować wrzucania dziecka na plecy nie z tobołka, a z biodra. Dwie chusty kółkowe na biodrach – wydaje się to być popularne wiązanie w internecie, natomiast ani żadna z moich rozmówczyń nie wymieniła go jako ulubionego sposobu na noszenie bliźniąt, ani moje doświadczenie nie potwierdza, by była to korzystna opcja. Główna trudność pojawia się w momencie dociągania drugiej chusty, bardzo ciężko jest to zrobić, gdy na drugim biodrze jest już dziecko. Double Hammock i pseudo-kieszonka przeciągana przez pasy plecaka – świetne rozwiązanie przy starszych dzieciach. DH to bardzo wygodne wiązanie warstwowe, które fantastycznie rozkłada ciężar dziecka, a do tego w drugim kroku chusta przepleciona przez pasy od plecaka albo skrzyżowana dodatkowo na plecach dziecka albo poprowadzona tak, jak w klasycznej kieszonce. zdjęcie archiwum prywatne: Anna Próchnicka


49 Podwójny X i plecak prosty – bardzo praktyczna wersja przy nieco starszych dzieciach. Podwójny X można mieć na sobie zawiązany cały czas, by tylko wkładać i wyjmować z niego dziecko, a plecak prosty wiązać wtedy, gdy drugie dziecko potrzebuje przytulenia.

Jakie to uczucie nosić dwójkę na raz?

Chusta z przodu, nosidło z tyłu – kolejny pomysł, który można zrealizować przy starszakach. Szybkość montażu, mniej pola na ewentualne błędy i niedociągnięcia, łatwa opcja włóż-wyjmij przy dzieciach, które już co chwilę zmieniają zdanie i raz chcą do mamy lub taty, a za moment wybierają niezależność. Trudność: wysokość zapięcia nosidła z tyłu. Z konieczności dziecko na plecach ląduje trochę za nisko.

Przyznam szczerze, że ze względu na ciężar i temperaturę korzystałam z tandemowego noszenia dość rzadko, raczej traktowałam to, jak rozwiązanie na sytuacje kryzysowe, niż do codziennych spacerów. I tak jak przy jednym dziecku chusta była wielkim odkryciem i potopem oksytocyny, tak przy dwójce była koniecznością ratującą życie. Jakby nie było jest to na pewno niezapomniane uczucie – móc nieść dwójkę dzieci jednocześnie, ukoić dwa płacze, utulić dwa smutki, poczuć na sobie dwie zmęczone senne główki. Niektóre z moich rozmówczyń traktowały podwójne noszenie tak jak ja, czyli jako zestaw kryzysowy, ale były też takie, które korzystały z tandemu na co dzień.

Plecak prosty plus nosidło z przodu – dzięki temu rozwiązaniu uzyskujemy dobrą wysokość ułożenia obojga dzieci. Trudność: węzeł w PP musi zostać zrobiony albo nisko pod nosidłem z przodu, albo pod pupą dziecka z tyłu.

Anna na przykład wspomina o początkowych trudnościach, o motaniu nad materacami gimnastycznymi, jednak z czasem noszenie stało się dla niej „niezastąpionym rozwiązaniem życia codziennego z twinsami”.

Dwa nosidła ergonomiczne – gdy dzieci samodzielnie siadają, można już spokojnie nosić je w dwóch nosidłach ergonomicznych. Wyzwaniem jest tu wysokość zapinania pasów biodrowych oraz nachodzące na siebie pasy naramienne. Jednak jest to wygodne i proste rozwiązanie. Na niecodzienny i bardzo innowacyjny pomysł wpadła jedna z moich rozmówczyń Katarzyna, która dla swoich dzieci zamówiła dwa nosidła ergonomiczne, które następnie razem z koleżanką przerobiły na nosidło podwójne. Jedno z nosideł dało się zamontować zupełnie samodzielnie, a drugie było dopinane do drugiego za pomocą solidnych klamer. Dzięki temu rozwiązaniu dziewczyny stworzyły nosidło, które radziło sobie z trudnościami związanymi z noszeniem dzieci w dwóch nałożonych na siebie ergonomikach. Level master

Ania z kolei pisze, że „fizycznie było ciężko, ale ta bliskość jest czymś nie do opisania...”, a Agnieszka twierdzi, że „(…) z jednej strony jest źle, ciężko i niewygodnie. A z drugiej taka cudowna bliskość, miłość i bezpieczeństwo”. Bardzo mnie poruszyła też odpowiedź Kasi: „Chustowanie to dla mnie nie tylko wolne ręce. To poczucie, że córeczki są tak blisko mnie. Mówimy o tym, że dzieci potrzebują bliskości, ale tu nie chodzi tylko o dzieci. Mamy za sobą trudne chwile. Bardzo trudna ciąża, zbyt wczesny poród.

Osoby, które mają już dużą wprawę w wiązaniu, dla których chusta nie stanowi żadnej tajemnicy, mogą też wypróbować szereg wiązań z jednej chusty. Zaznaczam jednak, że ta wersja niesie za sobą większe ryzyko związane z bezpieczeństwem dzieci w razie konieczności szybkiego wyjęcia jednego z nich oraz podczas wkładania drugiego dziecka do chusty. Jako ciekawostkę można jednak podpatrzeć rozwiązania takie jak: dwójka dzieci w double hammock, Amanda’s Hip Carry, Jasmine’s Hip Carry. Żeby dobrze podociągać takie podwójne wiązania i żeby zadbać o należytą asekurację dzieci podczas montażu, naprawdę trzeba być mistrzem, albo skorzystać z pomocy drugiej osoby.

zdjęcie archiwum prywatne: Sandra Grawżyn

www.splotbliskosci.pl


zdjęcie archiwum prywatne: Sandra Grawżyn

50

Nie mogę o tym zapomnieć. Ja też bardzo potrzebuję tej bliskości. Noszenie to takie przedłużenie ciąży, która zakończyła się za wcześnie. Gdy moje córki są tak blisko mnie, to ja czuję się bezpiecznie i błogo. Wiem, że są przy mnie, całe, zdrowe i szczęśliwe”. A więc z noszeniem w tandemie jest trochę tak, jak z tą pierwszą wiadomością od lekarza o tym, że w naszym brzuchu mieszka dwójka dzieci: jest jednocześnie euforia i radość z powodu zalewającej nas okstytocyny, bliskości, miłości, a z drugiej rozdrażnienie wywołane dużym ciężarem i tym, że się pocimy związane chustami pomiędzy dwoma ciepłymi ciałkami. Czasem do tego dochodzi płacz któregoś z dzieci lub dwójki na raz. To właśnie huśtawka i jazda bez trzymanki. Dla świeżo upieczonych… Każdą z mam, z którymi rozmawiałam, poprosiłam o jedną dobrą radę związaną z noszeniem dla rodziców bliźniąt. To, co pojawiało się najczęściej to zachęta do noszenia w ogóle. Nieważne w jakiej konfiguracji, nieważne czy jedno dziecko, czy dwójkę na raz – ważne, by nosić, dać sobie na to szansę. Niektóre z mam wskazywały też na to, by przyglądać się bacznie dzieciom i wsłuchiwać w ich potrzeby, bo dzieci same najlepiej wiedzą, jak chcą być noszone i z pewnością dadzą nam o tym znać. Jako doradca często spotykam się z tym, że rodzice bliźniąt z góry zakładają,

SPLOT nr 6/2018

iż przy dwójce nie da się nosić w chuście. Wydaje im się to na tyle karkołomne, a może mają tak dużo zadań na co dzień, że nawet nie próbują. A tymczasem wszystkie mamy, które tego spróbowały, mówią jednym głosem: zdecydowanie warto, bo chusta daje niezwykłą bliskość i relację, ale też pozwala nam na zrobienie czegoś dla siebie. O tej równowadze pięknie napisała Agnieszka, która wspominała, że w całym szaleństwie związanym z opieką nad dwójką malutkich dzieci, ogromną radość dało jej znalezienie sobie własnego hobby, zadbanie o siebie, ładowanie swoich baterii. Dla Agnieszki było to szycie lalek, dla Sandry zajęcia salsy z dzieckiem w chuście. Mimo natłoku zajęć dodawało im to sił. Jeśli zaś chodzi o samo noszenie, to pamiętajmy o tym, że nie trzeba od razu nosić w tandemie. Na początek to faktycznie wygląda przerażająco, więc można tulić się pojedynczo. Jedno dziecko może być zawiązane u mamy, drugie u taty lub innej bliskiej osoby. To bardzo fajne rozwiązanie, bo więcej osób korzysta z dobrodziejstw oksytocynowej kąpieli, dwójka dzieci ma zaspokojone potrzeby, każdy z rodziców czuje się potrzebny, babcia czy dziadek też mogą nacieszyć się tą wyjątkową bliskością, a jednocześnie nikomu nie jest zbyt ciężko, czy gorąco. Bez względu na to, jak i w czym nosimy, czy mamy jedną chustę, czy cały ich stos, warto zapamiętać słowa mojej rozmówczyni Sandry: „Teraz głoszę prawdę. Jedyną prawdę. Chustowanie to najbardziej słuszna ze wszystkich słusznych rzeczy macierzyństwa.”.


51

Maria Zagrodzka

autorka bloga artefakty.blog

Dzieci w sztuce

Dlaczego kiedyś mały Jezus wyglądał jak starszy mężczyzna? Patrząc na stare obrazy, a zwłaszcza na ikony, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z religijnym przypadkiem Benjamina Buttona… bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że w ramionach Matki Boskiej zamiast maluteńkiego Jezuska widzimy zwykle starszego mężczyznę rozmiarów niemowlaka? Czyżby dawni artyści nie radzili sobie z subtelnymi rysami twarzy dziecka, więc posiłkowali się przedstawieniami dorosłych w wersji mini? Przyznaję, taka teoria brzmi całkiem przekonująco, ale sami zaraz się przekonacie, że rzeczywistość jest dużo ciekawsza! Otóż ten dość charakterystyczny wygląd ikon nie jest kwestią braku umiejętności czy nadmiernego zdobnictwa, tylko ścisłych zasad ich tworzenia powstałych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Tworzone wówczas wizerunki świętych miały budzić respekt wśród widzów i przedstawiać boską rzeczywistość, nie zaś tą dobrze nam znaną, ziemską codzienność. Dlatego też artystom nigdy nie zależało na realistycznym ukazywaniu świata, co więcej, bohaterów ikon celowo pozbawiano ludzkiej swobody oraz gestykulacji, podkreślając tym samym ich odmienny

stan. W 692 roku podczas Soboru in Trullo odbywającego się w Konstantynopolu ustalono kanony ikonograficzne oraz stwierdzono, że skoro w ikonie tkwi cząstka przedstawianego świętego, to należy jej oddawać cześć. Wszystkie tworzone w ten sposób obrazy podlegają ścisłym zasadom, które zgromadzone są w podlinniku (zwanym również jako hermeneja), czyli podręczniku zawierającym zasady piania ikon. To oznacza, że nawet współcześni artyści muszą spełnić te same warunki, co ich poprzednicy wieki temu. Podlinnik określa wiele szczegółów, począwszy od kwestii technicznych i doboru kolorów, a kończąc na radach odnośnie codziennego życia twórcy. Znajdują się tam również opisy typów ikonograficznych i jednym z nich jest Emmanuel, czyli postać Jezusa Chrystusa, jako dziecka. Najczęściej towarzyszy on Matce Boskiej, ale zdarzają się też ikony, w których występuje samodzielnie. Emmanuela celowo ukazuje się jako takiego „małego dorosłego”, by w ten sposób podkreślić duchową dojrzałość Zbawiciela. Stąd właśnie u dziecka twarz, a nawet postura dojrzałego mężczyzny w miniaturowej skali – by ukazać jego boskość, nawet gdy ten był jeszcze niemowlęciem. Popularność tego typu ikon sprawiła, że po pewnym czasie zaczęto malować w ten sposób wszystkie dzieci, bowiem sztuka średniowieczna zdecydowanie stawiała na budzenie grozy i pouczanie swych często niewykształconych odbiorców. Z nadejściem XIV wieku sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, bo wówczas coraz częściej artyści nie tworzyli wyłącznie na chwałę Boga, ale również i na zlecenie bogatych ludzi, którzy zamawiając rodzinny portret, nie szczególnie byli zainteresowani brutalną ekspresją, a raczej zwyczajnym realizmem. Jak wiadomo, popyt rodzi podaż, więc z czasem wizerunki dzieci złagodniały, a razem z nimi zmieniła się twarz małego Jezusa w ramionach swej Matki.

DOBRZE WIEDZIEĆ: W wyniku nieścisłości w tłumaczeniu z języka greckiego i rosyjskiego zwykło się mówić, że ikony się pisze, a nie maluje. To określenie posiada swoich przeciwników, jak i zwolenników, jednak wielu znawców uważa, że termin „pisać ikony” dodatkowo podkreśla sakralny charakter ich tworzenia. Tołgska ikona Matki Bożej Źródło: wikipedia.org

www.splotbliskosci.pl


52

Eulalia Średzińska

doradca noszenia dzieci

Chustorecenzje Przegląd nowości

Tarabanik – THE FIRST Tarabanik wszedł na rynek w czerwcu tego roku. Do tej pory pojawiły się dwa wzory, dostępne w różnych wariantach kolorystycznych – Standard i Floral smiling skull. Nowoczesny design przypominający grafikę rodem spod ręki tatuażysty, w założeniu ma do noszenia zachęcać przede wszystkim ojców. Po rozpakowaniu pudełka na myśl przychodzi mi, że wygląd nosidła wydaje się znajomy. Pierwsze dobre wrażenie robi pas biodrowy – solidnie a jednak nie przesadnie wypełniony, bez tendencji do łamania się i nie nazbyt sztywny. Podobnie wykonane są pasy naramienne. Materiał panelu jest cienki, co jest jego niewątpliwą zaletą latem. Tarabanik zaskoczył mnie dodatkowym gadżetem – dopinaną do pasa biodrowego saszetką, posiadającą nawet specjalny wylot na słuchawki. Standardowym gadżetem nosidłowym jest zapinany na napy, odpinany kapturek, pomocny, gdy maluch zechce się zdrzemnąć. Nosidło THE FIRST jest nosidłem regulowanym; firma pokusiła się o ciekawy, trzystopniowy sposób regulacji szerokości panelu. Co więcej – regulacja zapinana jest na wygodne według mnie napy. Możemy uzyskać panel o szerokości 20, 28 i 37 cm. Mój

SPLOT nr 6/2018

10-miesięczny, ponad 8-kilogramowy wkładzik, noszący rozmiar 80 wymagał maksymalnej szerokości. Panel reguluje się również na wysokość: od 29 do 36 cm. Duży plus dla producenta za to, że regulacja wysokości panelu tworzy na nim subtelną zakładkę. Osobiście bardzo denerwują mnie nieestetyczne marszczenia w innych nosidłach. Na brzegach, w miejscu, w którym kontakt z panelem mają uda dziecka, mamy przyjemne, gąbczaste wypełnienie. Sam komfort noszenia jest również ogromnym plusem Tarabanika – po około 2 godzinach spacerowania z córą z przodu, wcale nie mogłam narzekać na obciążenie ramion czy lędźwiowego odcinka kręgosłupa. Nieco mniejszy komfort dawało mi noszenie na plecach, ponieważ regulacja pasów naramiennych jest ograniczona – chcąc ułożyć dziecko poprawnie w panelu – tak, by nie zapadało się w nim pupą, w momencie zmniejszania długości pasów, nie trudno jest wprowadzić malucha w przeprost, a więc należy być czujnym. Nosidło jest wygodne, wykonane z dbałością o każdy szczegół. Jest, jak sama nazwa wskazuje, dobrą opcją na pierwsze nosidło – do około roku czasu.


53

Tarabanik – THE FIRST www.splotbliskosci.pl


54

Everyslings – FLOVER PASSION Flover passion od Everyslings to fantazyjny, roślinny wzór w odcieniu delikatnej czerwieni i subtelnej szarości. Choć gramatura chusty nie należy do największych (ok. 280 gsm), spokojnie mogę tę chustę zarekomendować dla dzieci cięższych niż moja 8-kilogramowa córka. Za sprawą jej nośności stoi popularne, pralkopierne połączenie bawełny czesanej (60%) i lnu (40%). Niezłamany len uchodzi za twardy i trudny w obsłudze, jednak nie w chustach od Eversyslings – dokładnie tak, jak zapewnia producent, chusta już po pierwszym praniu nadaje się do komfortowego motania i noszenia. Co więcej, len we Flover passion jest puchaty i robi mityczne, pożądane „poduchy” na ramionach. Przewiewność to niewątpliwie kolejny plus tej domieszki i dobra propozycja dla tych rodziców, którzy po raz pierwszy chcą spróbować czegoś innego niż czysta bawełna. Ta chusta to dokładne odzwierciedlenie założeń firmy, której twórcy chcieli stworzyć coś estetycznego, praktycznego i umożliwiającego rodzicom aktywne spędzanie czasu; posiadają oeko tex i nie są traktowane specyfikami

zmiękczającymi. Rekomenduję ją jako chustę idealną na kolejną po pasiaku, tzw. „tą drugą”. Tym bardziej, że są to chusty z przytępnej półki cenowej.

Zdjęcia: Eulalia Średzińska

SPLOT nr 6/2018


55

Everyslings - FLOVER PASSION www.splotbliskosci.pl


56

Recenzje Moroszki NOSZĘ

Kompendium wiedzy o bliskości i estetyczne doznania Piękna i kompleksowo traktująca o bliskości pozycja na rynku wydawniczym. Mowa oczywiście o „Noszę” autorstwa Magdaleny Cichońskiej i Aleksandry Kramkowskiej, zilustrowanym przez Joannę Izydor. Piękne wydanie zachęca do tego, by przeglądać kolejne strony, delektować się inspirowanymi rodzicielstwem obrazami i zaczytywać w bliskościowe treści. Tytuł wskazuje na fakt, że jest to pozycja o noszeniu, jednak nie tylko… To szczególny atut tej książki, ponieważ wiele publikacji dostępnych na rynku traktuje o poszczególnych elementach wychowania w duchu rodzicielstwa bliskości, jak karmienie naturalne, wspólne spanie czy właśnie noszenie potomstwa. „Noszę” porusza je wszystkie – nie jest kierowana wyłącznie do kobiet, chociaż to one noszą dziecko pod sercem i wydają na świat, ale pokazuje ważność roli ojca w wydarzeniu, jakim jest przyjście na świat dziecka. W książce znaleźć można zarówno treści dotyczące budowania więzi z dzieckiem w czasie jego pobytu w łonie matki, jak i znaczenia porodu czy trudu połogu. Na 192 stronach nie zabrakło także odpowiedzi na pytania, jak wybrać pierwszą chustę, czym różnią się od siebie poszczególne tkaniny czy wiązania. „Noszę” pozwala czytelnikowi wybrać się w podróż dookoła świata, by zobaczyć jak wyglądają bliskość i noszenie na innych kontynentach, jak różnią się od tych w Polsce, a także jak przebiega ewolucja noszenia dzieci. Rewelacyjnym elementem jest słowniczek – slang i skróty myślowe, którymi posługują się chustorodzice zarówno na internetowych forach, jak i w życiu codziennym. Warto wspomnieć jeszcze o niewątpliwym atucie, jakim są ilustracje. Gwiezdny pył będący fundamentem każdego rysunku pobudza wyobraźnię, przywołuje wspomnienia i porusza sentymentalnymi strunami czytelnika.

Magdalena Cichońska, Aleksandra Kramkowska ilustracje: Joanna Izydor 192 strony, oprawa półtwarda 18,5 cm x 24,5 cm

SPLOT nr 6/2018

Ta książka pozwala stać się jeszcze bardziej świadomym rodzicem i zaufać instynktowi, który w nas drzemie, a na co dzień bywa mocno stłumiony. To książka, która przekonuje, że bliskość to nie moda a głęboko zakorzeniona w sercach potrzeba miłości i bliskości.


57

TULAJ MNIE

czyli wzruszająca opowieść dla najmłodszych autor: Magdalena Cichońska ilustracje: Joanna Izydor 40 stron, oprawa twarda 23,5 cm x 23,5 cm Tulaj mnie to pierwsza książka, która wzruszyła mojego syna! Tadeusz wertował kartki, z uwagą przyglądał się każdej stronie i słuchał czytanej przeze mnie opowieści, a jego oczy zaszkliły się ze wzruszenia... to znak, że przywoływane są wspomnienia, dobre doświadczenia, miłość i czułość. Tulaj mnie to czterdziestostronicowa książka wydawnictwa Moroszka stworzona z myślą o najmłodszych czytelnikach. Zdecydowanie powinna trafić w ręce starszaka, który powoli żegna się z chustą i chce wędrować przez świat na własnych nogach lub dla tego, którego miejsce w chuście zaczyna zajmować młodsze rodzeństwo. Moje ulubione hasło z książki brzmi „Bliskość się zmienia” – a na zmiany warto być przygotowanym. Widać tu ogrom pracy i serce włożone przez doradcę noszenia i inicjatorkę kampanii społecznej #nicminiewisi służącej propagowaniu prawidłowego noszenia dzieci, ale także matki dwóch córek – Magdaleny Cichońskiej oraz artystki Joanny Izydor, która na chwilę porzuciła abstrakcyjne wizje, by okrasić bliskościowe treści klarownymi i pełnymi pozytywnej energii obrazami dla dzieci. Proste słowa tworzące swobodną, familijną historię są zrozumiałe dla dzieci w różnym wieku, duży druk i barwne rysunki zachęcają do tego, by wspólnie oddawać się lekturze i rozmawiać o relacjach w rodzinie.

Opowieść o Fryderyku pozwala maluchom zrozumieć, że wyrastanie z noszenia w chuście nie oznacza końca bliskości, ale ewolucję, która prędzej czy później ma miejsce w życiu każdej rodziny. To obowiązkowa pozycja w dziecięcej biblioteczce.

www.splotbliskosci.pl


58

DLACZEGO NOSZENIE MA ZNACZENIE? kieszonkowa odpowiedź na ważne pytanie

Rosie Knowles ilustracje: Joanna Izydor 180 stron, oprawa miękka 11 cm x 17 cm „Dlaczego noszenie ma znaczenie?” to pozycja obowiązkowa dla osób „zielonych” w świecie chustonoszenia, które zastanawiają się nad tym, czy noszenie jest bezpieczne, sensowne, a także dlaczego jest tak ważne dla wielu rodzin. Książka autorstwa Rosie Knowles – matki dwójki dzieci, lekarza rodzinnego i zwolenniczki użytkowania zarówno chust, jak i nosideł – pojawiła się na zagranicznym rynku w oryginalnym tytule „Why babywearing matters” już dwa lata temu. Teraz jest obecna również w Polsce dzięki współpracy wydawnictwa Moroszka, firmy Lenny Lamb oraz tłumaczek Marii Ryll i Marty Alabrudzińskiej. Intrygująca okładka przyciąga uwagę czytelnika. Miękka oprawa i kieszonkowy format sprawiają, że książkę można zabrać ze sobą niemal wszędzie, ponieważ zmieści się ona nawet do niewielkiej damskiej torebki czy nerki, co jest niewątpliwym atutem tej pozycji. „Dlaczego noszenie ma znaczenie?” to 180 stron lektury, będących odpowiedzią na zadane w tytule pytanie. To książka, która idealnie tłumaczy ideę noszenia oraz opisuje korzyści z niego płynące.

Zdjęcia: Joanna Izydor

SPLOT nr 6/2018


59

www.splotbliskosci.pl


60

sPlotki

Wydarzenia ze świata bliskości UTkano FEST

Festiwal tkanin wspierających rodzinę W ARTzonie Ośrodka Kultury im. C. K. Norwida w Krakowie odbył się festiwal UTkano FEST. 15 kwietnia br. był finałem trwającego przez cały tydzień wydarzenia skierowanego do rodziców pt. „Naturalnie Rodzinnie” . Pierwsza edycja UTkano FEST odbyła się pod hasłem „Tkamy, szyjemy, chustujemy”. Punktualnie o 10:00 wystartowały spotkania w trzech strefach oraz Tkane Targi, podczas których wystawcy proponowali swoje tkaninowe i chustowe produkty. Bogaty program przyciągnął wielu uczestników, nie zabrakło całych rodzin. W strefie TKAMY największą popularnością cieszyły się warsztaty tkania metodą tabliczkową. Metoda ta jest jedną, z najstarszych metod tkania ręcznego znaną już w średniowieczu. Oprócz tego uczestnicy mogli wziąć udział w tkaniu na kole i spróbować stworzyć dywanik wykorzystując materiały pochodzące z recyklingu m.in. worki foliowe i resztki tkanin. Strefę SZYJEMY tworzyły krawcowe, projektantki i mamy, które prowadziły warsztaty szycia używając do tego resztek tkanin oraz skrawków chust. Uczestniczki spotkań po szybkiej nauce szycia własnoręcznie stworzyły worki, torby, a nawet metkowe przytulanki i zabawki sensoryczne. Ostatnia ze stref pod hasłem CHUSTUJEMY była przygotowana głównie dla rodziców małych dzieci oraz kobiet w ciąży. Nie zabrakło warsztatów z doradcami chustonoszenia oraz otwartych spotkań z licznymi konkursami. Dodatkowo odbył się wykład krakowskiej producentki chust, która opowiedziała o ich prawidłowej pielęgnacji i rozpoznawaniu zniszczeń lub zmechaceń. – Naszym osobistym sukcesem był pierwszy dzielnicowy SSS Challenge Huta, w którym wzięło udział blisko 20

osób. Dzięki obecności entuzjastów chustonoszenia udało się zbudować stos składający się z 35 chust – podkreśla koordynatorka i pomysłodawczyni wydarzenia Paulina Maciaszek. Specjalną strefę w trakcie trwania Utkano FEST organizatorzy przygotowali dla dzieci. Mali uczestnicy wzięli udział w warsztatach tkackich, podczas których wyplatali makatki na drewnianych krosnach. Piękne prace powstały pod czujnym okiem prowadzącej, która wspierała adeptów tkactwa i zachęcała do realizacji kreatywnych pomysłów. Drugi warsztat miał wyraźnie artystyczny charakter. Instruktorka zadbała, by atmosfera spotkania sprzyjała pracy twórczej. Dzieci wykonały tkaninowe obrazy, wykorzystując różne faktury, kolory i składy materiałów. Zaproponowane podczas UTkano FEST warsztaty, spotkania, wykłady zachęcały do kreatywności, rozwijania artystycznych pasji, bliskości, a przede wszystkim poszerzania wiedzy o tkaninie i jej praktycznym zastosowaniu. Niewątpliwie był to radosny i twórczy czas, a przy okazji dobrze przeprowadzona inicjatywa w duchu ZERO WASTE. – Duże zainteresowanie i wsparcie zachęciło nas do pracy nad kolejną edycją. Z nowymi pomysłami i dobrą energią będziemy czekać na uczestników w kwietniu 2019! – podsumowuje Paulina Maciaszek. Koniecznie śledźcie ten projekt w przyszłym roku. Paulina Maciaszek zdjęcia: Katarzyna Szcześniak

SPLOT nr 6/2018


61

Konferencja Laktacyjna w Gdyni Park Naukowo-Technologiczny w Gdyni stał się miejscem IV Konferencji Laktacyjnej pt.: „Mleko Mamy rządzi”, której organizatorami byli Fundacja Emilii Łowkiel Matka Natura, Szkoła Rodzenia Macierzyństwo Iwony Guć oraz Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. Konferencja odbyła się 19 maja br., a w wykładach oraz panelach warsztatowych wzięło udział łącznie 320 osób, wcześniej zarejestrowanych oraz kilkadziesiąt osób spoza listy głównej, którzy dołączyli na sale wykładowe tuż przez rozpoczęciem prelekcji. Wśród uczestników konferencji znaleźli się specjaliści medyczni, tj. pielęgniarki, położne i lekarze oraz osoby spoza medycznego kręgu, takie jak doule czy promotorki karmienia piersią, często towarzyszące matkom w czasie ich mlecznej drogi. Nie zabrakło rodziców chcących swoją laktacyjną wiedzę uzupełnić. Wśród prelegentów można było znaleźć wielu promotorów polskiej laktacji, którzy posiadając ogromną wiedzę na temat naturalnego karmienia w sposób fachowy i bardzo przystępny potrafili się nią podzielić. Wachlarz poruszanych w czasie tego wydarzenia tematów był dość rozległy i tym samym poruszono wiele istotnych wątków, których osnową stało się karmienie mlekiem matki. Dużym zainteresowaniem cieszył się m.in. wykład dotyczący funkcjonowania tarczy-

cy w czasie ciąży i laktacji prowadzony przez Marcina Rutkowskiego lekarza, endokrynologa. Uczestnictwo w konferencji było bezpłatne. Dodatkowo w przerwach między prelekcjami można było odwiedzić towarzyszące imprezie targi, w których wzięło udział 30 wystawców, prezentujących produkty bliskie matce i dziecku. W planach organizatorów jest już kolejna edycja mlecznej konferencji, która odbędzie się 18 maja 2019 roku w Gdyni. Emilia Łowkiel zdjęcia: Kacper Cybuch

Piknik na Podbeskidziu Chustorodzice Podbeskidzia rozpoczęli wakacje z przytupem. 30 czerwca br. odbył się Piknik Chustowy vol 2. Tym razem wydarzenie odbywało się w Szkole Waldorfskiej w Bielsku – Białej. Ogród przy placówce okazał się być idealnym miejscem do piknikowania. Każdy znalazł dla siebie miejsce. I choć byliśmy w gotowości, aby schować się w drewnianych wnętrzach szkoły przed deszczem, nie zaszła taka konieczność, bo pogoda łaskawie wstrzymała chmury i koce piknikowe sprawdziły się idealnie. Masa atrakcji czekała na dużych i małych uczestników. Zaczęliśmy od zamotanej sesji zdjęciowej. Obiektyw Artura Wszołka z „Do góry nóżkami” łapał każde motające się dziecko. Zaraz później na rozmowę o plusach i minusach noszenia w chustach zaprosiła Katarzyna Stachura. Spotkanie cieszyło się ogromnym zainteresowaniem, ponieważ Kasia jest fizjoterapeutką specjalizującą się w pracy z dziećmi i młodzieżą z zaburzeniami neurologicznymi, chorobami genetycznymi, problemami ortopedycznymi. Pytaniom nie było końca! Po solidnej porcji wiedzy przyszedł czas na prawdziwy SHOW! Kamila Klimont przygotowała wraz z grupą mam fantastyczny układ taneczny, a następnie zaprosiła do

wspólnego pląsania w rytmach latino innych uczestników Pikniku z zamotanymi chuściochami. Taniec był przygotowywany przez kilka tygodni i skutecznie porwał do zabawy, zwłaszcza tych którzy tęsknią za Chustotańcami prowadzonymi przez Kamilę, które mają chwilową przerwę ze względu na urlop macierzyński. Podczas całej imprezy na uczestników czekały takie atrakcje jak wspólne pieczenie kiełbasek przy ognisku, animacje dla maluchów i starszaków wzbogacone o multisensoryczne doznania. W szkole można było podziwiać prace plastyczne lokalnych artystek przedstawiające chustowanie w codziennych obowiązkach mam. I naturalnie przez cały czas działało pogotowie doradcze, w którym 6 doradczyń udzielało porad zarówno tych nosidłowych, jak i dotyczących poszczególnych wiązań. Chętni mogli skorzystać z tricków dotyczących zdrowego uprawiania ruchu na świeżym powietrzu, ze szczególnym uwzględnieniem dbałości o kręgosłup i mięśnie dna miednicy. Tego dnia dało się poczuć rodzinną atmosferę: dzieci się ze sobą bawiły, rodzice nawiązywali rozmowy, wymieniali się uśmiechami, zawiązały się nowe znajomości, a ci, którzy nikogo nie znali przychodząc na piknik, nie mieli wyboru, musieli zostać wciągnięci w bliskościowe nastroje!

www.splotbliskosci.pl


62 Ktoś komuś przypilnował dziecka, ktoś przyniósł komuś innemu gorącą herbatę. Część gości znała się z lokalnie działającej grupy Chusty Podbeskidzie, natomiast cała reszta po prostu weszła w ten klimat i dała się ponieść. Na wspaniałą atmosferę pikniku oraz sukces wydarzenia mocno pracowało zarówno liczne uczestnictwo chustujących rodziców, jak i doradców chustowych. To spotkanie

bez podziałów, bez rywalizacji, połączenie pomysłów, inicjatyw i energii… taki przepis na sukces. To był drugi piknik organizowany w tym składzie, ale na pewno nie ostatni. Dla tak unikatowego towarzystwa w jakim obracamy się w naszym życiu chusto – zawodowym chce się działać! Katarzyna Pytlarz-Szpacze

IV Ogólnopolska Konferencja Noszenia Dzieci w Poznaniu „Dotyk ma znaczenie” – pod tym hasłem odbyła się już IV Ogólnopolska Konferencja Noszenia Dzieci w Poznaniu, organizowana przez Magdalenę Konieczkę. Imprezie towarzyszyło inne duże wydarzenie – targi Happy Baby. Mecenat nad wydarzeniem objęły dwie znane w świecie babywearingu firmy – Lenny Lamb oraz Sling Store, długo by wymieniać wszystkich około pięćdziesięciu partnerów i sponsorów imprezy. Wystąpienia mecenasów zajmowały w programie miejsce tuż obok wykładów tematycznych. Pierwszy z mecenasów – Sling Store – nie dotarł na wydarzenie. Jednak żyjemy w XXI wieku i technika umożliwia nam przekaz zarówno obrazu jak i słowa. Wystapienie drugiego mecenasa – Lenny Lamb, odbyło się już w tradycyjny sposób. Przestawicielki firmy opowiedziały o historii

„szalonej owieczki”, zaprezentowały pełne barwnych zdjęć slajdy i zaprosiły na pełne promocji stoisko. Na terenie konferencji nieustannie krążyła ogromna pluszowa owca – Lenny, z którą można było zrobić sobie zdjęcie. Oprócz wystąpień mecenasów, w programie przewidziano przerwy kawowe i śniadaniowe, gdzie zaopatrzenie było naprawdę zacne i uwzględniało preferencje wegańskie uczestników. W moim odczuciu zabrakło czasu na swobodne zwiedzenie stoisk wystawców – byłam zmuszona zrobić to kosztem wykładów. W harmonogramie znalazły się trzy wystąpienia prelegentów z Polski oraz trzy prelekcje zagraniczne (Włochy, Niemcy, Dania). Moją uwagę, jako doradcy noszenia, szczególnie przykuły wykłady Sabiny Sadeckiej (Trauma poporodowa jako aspekt determinujący występowanie depresji poporodowej) oraz Agnieszki Słoniowskiej (Chustowanie a integracja sensoryczna). Subiektywnie oceniam je jako prelekcje najbardziej merytoryczne i pomocne w pracy z rodzicami i maluchami. Swoje półtora godziny miał również znany fizjoterapeuta Paweł Zawitkowski, który mówił o wpływie pozycji noszonego dziecka na działanie jego narządów wewnętrznych. Prelekcje zagraniczne oceniam jako słabsze, sprowadzjące się głównie do zadowolenia rodzica i dziecka z faktu noszenia. Były to wykłady Fransesci Pragi, taktujący o noszeniu dzieci z problemem stóp końsko-szpotawych, Dra Henrika Norholta, mówiący o przywiązaniu i budowaniu więzi przez ojców oraz wpływie noszenia na ten proces oraz Ulrike Hower, pt.: To wszystko ma sens. Oprócz wykładów, odbyły się również dwa warsztaty, w tym jeden w języku angielskim. Ogromny plus dla organizatorów za to, że zadbali o słuchawki, toteż każdy słuchacz – czy to słabiej rozumiejący język angielski czy po prostu zmęczony, mógł zostać odciążony przez tłumacza. Eulalia Średzińska zdjęcie: Kacper Cybuch

SPLOT nr 6/2018


SESJA OKŁADKOWA 63 zdjęcia: Joanna Izydor chusta: Woven Bliss modelka: Agnieszka Nikipierowicz

www.splotbliskosci.pl


64

SPLOT nr 6/2018


65

www.splotbliskosci.pl


66

SPLOT nr 6/2018


67

www.splotbliskosci.pl


www.moroszka.com fb.com/wydawnictwomoroszka kontakt@moroszka.com

SPLOT nr 6/2018  

Witajcie po wakacjach! Sezon ogórkowy zakradł się także po cichu do sfery polskiego babywearingu. Wakacje były leniwe, ale mimo to redakcja...

SPLOT nr 6/2018  

Witajcie po wakacjach! Sezon ogórkowy zakradł się także po cichu do sfery polskiego babywearingu. Wakacje były leniwe, ale mimo to redakcja...

Advertisement