Issuu on Google+


Matthew Quick

Poradnik pozytywnego myślenia

Tłumaczenie Maria Borzobohata-Sawicka Joanna Dziubińska


Wydawnictwo Otwarte Krak贸w 2013


Nieskończona liczba dni pozostała do mojego nieuniknionego pojednania z Nikki

Nie muszę nawet podnosić wzroku – wiem, że to mama znów wpadła z niezapowiedzianą wizytą. Latem zawsze maluje paznokcie na różowo, rozpoznaję też kwiatowy wzorek na jej skórzanych sandałach. Kupiła je, kiedy poprzednim razem wypisała mnie z niedobrego miejsca i zabrała do centrum handlowego. Kolejny raz zastaje mnie w szlafroku, gdy bez nadzoru ćwiczę na dziedzińcu. Uśmiecham się, ponieważ wiem, że nakrzyczy na doktora Timbersa, pytając, po co w ogóle oddawali mnie do zamkniętego ośrodka, skoro i tak przez cały dzień nikt mnie nie pilnuje. – Ile pompek masz zamiar zrobić, Pat? – pyta mama, kiedy bez słowa zabieram się do kolejnej serii stu powtórzeń. – Nikki-lubi-facetów-z-ładną-rzeźbą – wyrzucam słowo po słowie przy każdej pompce, czując na języku słony smak


potu. Rozedrgane sierpniowe powietrze jest gęste i przyspiesza spalanie tłuszczu. Przez mniej więcej minutę mama po prostu mi się przygląda, by po chwili wprawić mnie w osłupienie. – Czy chciałbyś dziś wrócić ze mną do domu? – pyta drżącym głosem. Przestaję robić pompki, odwracam się do mamy i spoglądam na nią, mrużąc oczy w jasnym świetle południa. Od razu widzę, że mówi poważnie, ponieważ wydaje się zmartwiona, jakby popełniała błąd, a tak właśnie wygląda mama, kiedy mówi szczerze. Kiedy nie czuje niepokoju lub strachu, potrafi godzinami trajkotać na dowolny temat. – Jeśli obiecasz, że nie będziesz znów szukał Nikki – dodaje – możesz wrócić do domu i zamieszkać ze mną i z ojcem do czasu, aż znajdziemy ci pracę i mieszkanie. Wracam do przerwanej serii pompek, nie spuszczając wzroku z błyszczącej czarnej mrówki, która tuż przed moim nosem wdrapuje się po źdźble trawy. Kątem oka zauważam jednak krople potu skapujące mi z twarzy na ziemię.


– Pat, powiedz po prostu, że wrócisz ze mną do domu. Będę dla ciebie gotować, a ty możesz odwiedzić dawnych przyjaciół i w końcu zacząć normalnie żyć. P r o s z ę. Chciałabym, żeby ci na tym zależało. Zrób to dla mnie, Pat. P r o s z ę. Podwójna seria pompek, rozdzieranie rosnących mięśni klatki, ból, upał, pot, zmiana. Nie chcę już być w niedobrym miejscu, gdzie nikt nie wierzy w pozytywne myślenie, miłość czy szczęśliwe zakończenia i gdzie każdy powtarza mi, że Nikki wcale nie spodoba się moje nowe ciało i że wcale nie będzie chciała mnie widzieć, gdy nasza rozłąka dobiegnie końca. Jednocześnie boję się jednak tego, że ludzie z mojego dawnego życia nie będą podzielali entuzjazmu, który staram się z siebie wykrzesać. Mimo to, jeśli chcę sobie wszystko w głowie poukładać, muszę się wyzwolić od tych przygnębiających lekarzy i szkaradnych pielęgniarek, które zawsze ściskają w dłoniach papierowe kubeczki wypełnione mnóstwem tabletek. A ponieważ dużo łatwiej będzie mi oszukać mamę niż


personel medyczny, podnoszę się energicznie, łapię równowagę i mówię: – Będę z wami mieszkał aż do zakończenia rozłąki. Podczas gdy mama podpisuje dokumenty, biorę ostatni prysznic w swoim pokoju, a następnie wpycham do torby ubrania i ramkę ze zdjęciem Nikki. Żegnam się z moim współlokatorem Jackiem, który jak zawsze wpatruje się we mnie ze swojego łóżka, a po brodzie cieknie mu ślina przypominająca płynny miód. Biedny Jackie z tymi swoimi rzadkimi kępkami włosów, dziwnie ukształtowaną głową i zwiotczałym ciałem. Jaka kobieta mogłaby go pokochać? Mruga do mnie. Uznaję to za pożegnanie i życzenia szczęścia, więc ja także mrugam do niego obojgiem oczu, co oznacza, że życzę mu szczęścia podwójnie. Chyba załapał, bo stęka i zaczyna uderzać ramieniem o ucho. Zawsze tak robi, kiedy rozumie, co się do niego mówi. Reszta moich kolegów jest na muzykoterapii, na którą nie chodzę, ponieważ zdarza się, że smooth jazz wzbudza we mnie złość. Uznając, że powinienem się pożegnać z facetami, którzy się mną zajęli, kiedy mnie tu zamknięto, zaglądam


przez okno do pokoju muzycznego i widzę chłopaków, którzy z zamkniętymi oczami siedzą po turecku na fioletowych matach do jogi, z łokciami opartymi na kolanach i dłońmi złożonymi na wysokości twarzy. Na szczęście dzięki szybie smooth jazz nie dociera do moich uszu. Moi przyjaciele wyglądają na naprawdę odprężonych, a nawet wyciszonych, więc postanawiam im nie przeszkadzać. Nie znoszę pożegnań. Kiedy dołączam do mamy w poczekalni, gdzie pomiędzy kanapami i fotelami sterczą trzy palmy – jak gdybyśmy byli w Orlando, a nie w Baltimore – doktor Timbers, jak zwykle w białym fartuchu, już na mnie czeka. – Ciesz się życiem – mówi do mnie z tą swoją ponurą miną, po czym ściska mi dłoń. – Będę, gdy tylko rozłąka dobiegnie końca – odpowiadam, na co on się zasępia, jak gdybym właśnie oznajmił, że zabiję jego żonę Natalie oraz trzy jasnowłose córeczki Kristen, Jenny i Becky, ponieważ do tego stopnia nie wierzy w pozytywne myślenie, że stawia sobie za punkt honoru propagowanie apatii, negatywnego nastawienia i pesymizmu. Chcę mu jednak dać do zrozumienia, że nie


udało mu się zarazić mnie swoją depresyjną filozofią i że mam zamiar wyczekiwać końca rozłąki. – Jeszcze będzie wam łyso – mówię. Danny, jedyny czarnoskóry przyjaciel, jakiego miałem w niedobrym miejscu, wyjawił mi, że tak właśnie pożegna doktora Timbersa, kiedy będzie stąd wychodził. Jest mi trochę głupio, że kradnę pożegnalny tekst Danny’ego, ale moje słowa zadziałały. Wiem to, bo doktor Timbers mruży oczy, tak jakbym zadał mu właśnie cios w brzuch. Gdy opuszczamy Maryland i przejeżdżamy przez Delaware, mijając po drodze mnóstwo knajpek z fast foodem oraz rzędy sklepów, mama wyjaśnia mi, że doktor Timbers nie chciał mnie wypuścić z niedobrego miejsca, jednak dzięki pomocy kilku prawników i terapeuty, do którego chodzi jej przyjaciółka – a który ma teraz zostać m o i m nowym terapeutą – stoczyła zwycięską batalię i zdołała przekonać sędziego, że zdoła się mną zająć w domu, za co jej dziękuję. Kiedy wjeżdżamy na most Delaware Memorial, mama spogląda na mnie i pyta, czy chcę wyzdrowieć. Mówi: – Przecież chcesz wyzdrowieć, Pat, p r a w d a?


Kiwam głową i mówię, że tak. Jesteśmy z powrotem w New Jersey i pędzimy drogą numer 295. Kiedy skręcamy w Haddon Avenue i wjeżdżamy do centrum Collingswood – mojego rodzinnego miasta – zauważam zmiany, jakie zaszły na głównej ulicy. Pojawiło się tu tyle nowych butików i elegancko wyglądających restauracji, a na chodnikach pełno obcych, świetnie ubranych ludzi, że zastanawiam się, czy rzeczywiście jestem w swoim rodzinnym mieście. Odczuwam niepokój i zaczynam ciężko oddychać, co czasem mi się zdarza. Mama pyta, co się dzieje, a kiedy jej mówię, znów obiecuje, że mój nowy terapeuta – doktor Patel – błyskawicznie pomoże mi się poczuć normalnie. Gdy docieramy do domu, natychmiast schodzę do piwnicy i czuję się tak, jakby była Gwiazdka. Znajduję tam ławeczkę do ćwiczeń, którą mama tyle razy mi obiecywała, a także stojak z hantlami, rower stacjonarny, sztangi i przyrząd do ćwiczeń mięśni brzucha Stomach Master 6000, który zobaczyłem kiedyś w późnowieczornym paśmie telewizyjnym


i o którym marzyłem przez cały czas spędzony w niedobrym miejscu. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – mówię, mocno przytulając mamę, podnosząc ją z ziemi i kręcąc nią dokoła. Kiedy stawiam ją na ziemi, uśmiecha się i mówi: – Witaj w domu, Pat. Z entuzjazmem zabieram się do pracy – wyciskam ciężary, ćwiczę biceps, robię brzuszki, korzystając z przyrządu Stomach Master 6000, wykonuję podnoszenie nóg oraz przysiady, spędzam godziny na rowerku, a w międzyczasie robię sobie sesje nawadniające (staram się pić piętnaście litrów wody dziennie, dla lepszego efektu wychylając niezliczone shoty H2O z niewielkich kieliszków). Nie zapominam też o pisaniu – głównie dzienników takich jak ten – tak by Nikki mogła poczytać o moim życiu i o tym, co się wydarzyło w czasie naszej rozłąki. (Przez leki, które podawano mi w niedobrym miejscu, zacząłem mieć problemy z pamięcią, postanowiłem więc spisywać wszystko, co mi się przytrafia, żeby móc to później opowiedzieć Nikki. Jednak zanim wypuszczono mnie do domu, lekarze z niedobrego miejsca


odebrali mi wszystko, co napisałem, więc musiałem zabrać się do tego od nowa). Kiedy w końcu wychodzę z piwnicy, dostrzegam, że wszystkie zdjęcia przedstawiające mnie i Nikki zniknęły ze ścian oraz z gzymsu kominka. Pytam mamę, co się z nimi stało. Mówi, że kilka tygodni przed moim powrotem ktoś włamał się do domu i wszystkie ukradł. Pytam, po co złodziejowi moje zdjęcia z Nikki, na co mama odpowiada, że wszystkie oprawiła w bardzo drogie ramki. – Dlaczego złodziej nie ukradł pozostałych zdjęć? – pytam. Mama odpowiada, że włamywacz ukradł w s z y s t k i e drogie ramki, ale na szczęście miała negatywy portretów rodzinnych i oddała je do wywołania. – Dlaczego nie wywołałaś moich zdjęć z Nikki? – pytam. Mama mówi, że nie ma negatywów tych zdjęć, ponieważ to rodzice Nikki zapłacili za ślubną sesję i podarowali mamie tylko te odbitki, które jej się podobały. Pozostałe moje zdjęcia z Nikki niepochodzące ze ślubu mama dostała od Nikki, ale cóż, nie mamy teraz kontaktu ani z Nikki, ani z jej rodziną, ponieważ trwa czas rozłąki. Mówię mamie, że jeśli ten włamywacz wróci, połamię


mu rzepki i stłukę go do nieprzytomności. Odpowiada, że mi wierzy. W pierwszym tygodniu mojego pobytu w domu ani razu nie rozmawiam z ojcem, co nie jest niczym zaskakującym, ponieważ on zawsze pracuje – jest regionalnym menedżerem do spraw sprzedaży supermarketów Big Foods w South Jersey. Kiedy tata nie jest w pracy, siedzi w gabinecie, gdzie za zamkniętymi drzwiami czyta prozę historyczną – głównie powieści o wojnie secesyjnej. Mama mówi, że ojciec potrzebuje czasu. Musi się przyzwyczaić do tego, że znów mieszkam w domu. Chętnie dam mu czas, zwłaszcza że i tak boję się z nim rozmawiać. Pamiętam, jak na mnie krzyczał, kiedy ten jeden jedyny raz odwiedził mnie w niedobrym miejscu. Powiedział wtedy wiele paskudnych rzeczy o Nikki i o pozytywnym myśleniu. Oczywiście widuję tatę w korytarzu, ale kiedy się mijamy, nawet na mnie nie patrzy. Nikki lubi czytać, a ponieważ zawsze chciała, żebym poznał literaturę piękną, postanawiam spełnić jej życzenie, głównie po to żeby móc uczestniczyć w rozmowach przy stole z jej oczytanymi przyjaciółmi – nauczycielami angielskiego,


którzy mają mnie za niepiśmiennego bufona. Tak zresztą określił mnie jeden z przyjaciół Nikki, gdy dokuczałem mu, że jest mikrusem. – Przynajmniej nie jestem niepiśmiennym bufonem – powiedział Phillip, a Nikki zataczała się ze śmiechu. Mama ma kartę biblioteczną i wypożycza dla mnie książki. Teraz, kiedy jestem w domu, to możliwe i w końcu czytam to, na co mam ochotę, nie konsultując się wcześniej z doktorem Timbersem, który, nawiasem mówiąc, jest faszystą w kwestii cenzurowania książek. Zaczynam od Wielkiego Gatsby’ego, którego kończę w trzy wieczory. Najbardziej podoba mi się przedmowa, w której napisano, że jest to powieść o czasie i o tym, że nie można go odzyskać, czyli dokładnie to, co myślę o swoim ciele i ćwiczeniach. Jednak czuję też, że do mojego nieuniknionego pojednania z Nikki pozostała nieskończona liczba dni. Kiedy dochodzę do właściwej opowieści – o tym, jak mocno Gatsby kocha Daisy, jednak mimo że bardzo się stara, nie może z nią być – mam ochotę rozedrzeć książkę na pół, zadzwonić do Fitzgeralda i oznajmić mu, że w jego powieści


wszystko jest na opak, chociaż podejrzewam, że Fitzgerald pewnie już nie żyje. Kiedy czyta się o tym, jak Gatsby zostaje zastrzelony we własnym basenie, kiedy po raz pierwszy w ciągu całego lata postanawia się wykąpać, a Daisy nie zjawia się nawet na jego pogrzebie, Nick i Jordan się rozstają, a Daisy trwa w związku z tym rasistą Tomem, którego popęd seksualny przyczynia się do śmierci niewinnej kobiety, można śmiało stwierdzić, że Fitzgerald nigdy nie przyglądał się chmurom w czasie zachodu słońca, bo przez zakończenie tej książki nie przebija się ani jeden promyk nadziei. To świetnie napisana powieść i r o z u m i e m, dlaczego Nikki ją lubi. Jednak zaczynam się też martwić, że Nikki nie wierzy już w pozytywne myślenie – twierdzi, że Wielki Gatsby to najlepsza amerykańska powieść, a przecież jej zakończenie jest takie smutne. Jedno jest pewne. Nikki będzie ze mnie bardzo dumna, kiedy powiem jej, że w końcu przeczytałem jej ulubioną książkę. Zrobię więcej: przeczytam wszystkie powieści z listy lektur na zajęcia z literatury amerykańskiej, tylko po to żeby była ze mnie dumna. Chcę, by wiedziała, że naprawdę


interesuję się tym, co ją pasjonuje, i wkładam mnóstwo wysiłku w to, by uratować nasze małżeństwo. Teraz będę mógł rozmawiać z tymi jej zarozumiałymi przyjaciółmi i wygłaszać takie zdania jak: „Mam trzydzieści lat. O pięć za dużo, żeby kłamać samemu sobie i nazywać to poczuciem honoru”[1]. Wprawdzie wypowiedział je Nick pod koniec słynnej powieści Fitzgeralda, ale to zdanie pasuje też do mnie, ponieważ ja też mam trzydzieści lat, więc kiedy je wypowiem, zabrzmi to naprawdę mądrze. Pewnie będziemy wtedy siedzieć przy stole, a słysząc ten cytat, Nikki uśmiechnie się i roześmieje. Będzie zaskoczona, że naprawdę przeczytałem Wielkiego Gatsby’ego. Taki przynajmniej mam plan – wypowiedzieć to zdanie nonszalancko i zaskoczyć ją w momencie, kiedy najmniej będzie się spodziewała tego, że „zarzucę wiedzą”, cytując znów mojego czarnoskórego przyjaciela Danny’ego. Boże, już nie mogę się doczekać. [1] Francis Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby, przeł. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Warszawa 1973, s. 170 (wszystkie przypisy pochodzą od tłum.).


On nie propaguje pesymizmu

W południe muszę przerwać ćwiczenia. Mama schodzi do piwnicy i oświadcza, że mam wizytę u doktora Patela. Pytam, czy mogę iść do niego wieczorem, kiedy skończę codzienny trening, mama stwierdza jednak, że jeśli nie będę się zgłaszał do doktora Patela w wyznaczonych terminach, wrócę do niedobrego miejsca. Cytuje nawet orzeczenie sądu i oświadcza, że jeśli jej nie wierzę, mogę sobie poczytać dokumentację sądową. Biorę więc prysznic, a mama zawozi mnie do gabinetu doktora Patela, który mieści się na pierwszym piętrze ogromnego domu w Voorhees, tuż przy Haddonfield–Berlin Road. Kiedy dojeżdżamy na miejsce, siadam w poczekalni, a mama zabiera się do wypełniania kolejnych formularzy. Mam wrażenie, że aby udokumentować stan mojej psychiki trzeba było ściąć przynajmniej dziesięć drzew. Nikki będzie


zła, kiedy to usłyszy, ponieważ jest zapaloną ekolożką, od której na każde Boże Narodzenie otrzymywałem co najmniej jedno drzewo w lesie tropikalnym. W rzeczywistości był to tylko kawałek papieru, na którym wypisano, że jestem właścicielem drzewa. Żałuję, że wyśmiewałem się z tych prezentów i w przyszłości – kiedy Nikki wróci – nie będę już drwił z wycinania lasów tropikalnych. Kiedy tak siedzę i przeglądam magazyn „Sports Illustrated”, wsłuchuję się w lekką muzykę, którą doktor Patel każde puszczać z radia w poczekalni, do moich uszu dobiegają nagle seksowne akordy wygrywane na keyboardzie, delikatne szeleszczenie talerzy, erotyczny puls bębna basowego, brzęczenie dzwoneczków, a w końcu piskliwy sopran saksofonu. Każdy wie, co to za utwór – Songbird. Zrywam się z kanapy, krzyczę, kopię w krzesła, przewracam stolik, podnoszę stos magazynów i rzucam nimi o ścianę, wrzeszcząc: – To niesprawiedliwe! Mam dość tych sztuczek! Nie możecie się bawić moimi emocjami! Wtedy niewysoki Hindus – ma najwyżej sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu – który w sierpniu nosi wydziergany na


drutach sweter, garniturowe spodnie i błyszczące białe buty, spokojnie pyta, co się dzieje. – Wyłączcie tę muzykę! – krzyczę. – Wyłączcie ją! Natychmiast! Uświadamiam sobie, że ten drobny mężczyzna to doktor Patel, ponieważ każe sekretarce wyłączyć muzykę. Gdy kobieta wypełnia jego polecenie, Kenny G milknie, a ja przestaję krzyczeć. Chowam twarz w dłoniach, tak by nikt nie widział, że płaczę, a mniej więcej po minucie mama zaczyna głaskać mnie po plecach. Wokół panuje cisza. Po chwili doktor Patel zaprasza mnie do swojego gabinetu, więc niechętnie idę za nim, a mama pomaga sekretarce uprzątnąć bałagan, którego narobiłem. Gabinet terapeuty jest przyjemnie dziwny. Naprzeciwko siebie stoją dwa skórzane fotele z odchylanymi oparciami, a z sufitu zwisają pająkowate rośliny – długie pnącza biało-zielonych liści – obramowujące okno, przez które widać kamienne poidełko dla ptaków oraz


ogród pełen barwnych kwiatów. W pomieszczeniu nie ma jednak nic poza pudełkiem chusteczek ustawionym pomiędzy fotelami na niewielkim odcinku podłogi z jasnego, błyszczącego drewna. Sufit i ściany pomalowane są tak, by przypominały niebo – wokół gabinetu zdają się płynąć realistyczne chmury, co biorę za dobrą wróżbę, ponieważ uwielbiam chmury. Na środku sufitu wisi pojedyncza lampa, która przypomina błyszczący lukrowany tort odwrócony do góry nogami, a otaczająca ją przestrzeń pomalowana jest tak, by przypominała słońce, z którego wymyka się przyjazny promień. Muszę przyznać, że natychmiast po wejściu do gabinetu doktora Patela uspokajam się i nie przejmuję już tym, że usłyszałem utwór Kenny’ego G. Doktor Patel pyta, w którym fotelu chciałbym się odprężyć. Decyduję się na czarny i natychmiast żałuję swojej decyzji, ponieważ wybierając czerń, daję lekarzowi do zrozumienia, że mam większą depresję, niż gdybym wybrał brązowy, a przecież tak naprawdę wcale nie mam depresji. Doktor Patel siada, pociąga za dźwignię usytuowaną


z boku fotela i wysuwa podnóżek. Opiera się i zaplata ręce na karku, jak gdybyśmy mieli zacząć oglądać mecz. – Odpręż się – rzuca. – I nie nazywaj mnie doktorem Patelem. Mów mi Cliff. Wolę, by atmosfera podczas sesji z pacjentami była niezobowiązująca. Przyjazna. Robi na mnie miłe wrażenie, więc pociągam za dźwignię i próbuję się rozluźnić. – Rozumiem, że utwór Kenny’ego G podziałał ci na nerwy – zaczyna. – Ja też za nim nie przepadam, ale… Zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, próbując oczyścić umysł. Kiedy otwieram oczy, Cliff mówi: – Chcesz porozmawiać o Kennym G? Zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, próbując oczyścić umysł. – No, dobrze. A może opowiesz mi o Nikki? – Co chcesz wiedzieć o Nikki? – pytam, może nieco zbyt agresywnie. – Jeśli mam ci pomóc, Pat, muszę cię p o z n a ć, prawda? Twoja mama powiedziała mi, że chcesz się pojednać


z Nikki i że uważasz to za swój życiowy cel, więc najlepiej będzie zacząć właśnie od tego. Czuję się nieco lepiej, ponieważ Cliff nie mówi, że nasze pojednanie jest niemożliwe, a przez to sugeruje, że wciąż mogę się pojednać z żoną. – Nikki? Jest cudowna – mówię i się uśmiecham. Za każdym razem kiedy wypowiadam jej imię i wyobrażam sobie jej twarz, w piersi rozlewa mi się przyjemne ciepło. – To najlepsze, co mi się w życiu przytrafiło. Kocham ją nad życie. Nie mogę się doczekać, kiedy rozłąka dobiegnie końca. – Rozłąka? – Tak, rozłąka. – Czym jest rozłąka? – Kilka miesięcy temu zgodziłem się dać Nikki czas na przemyślenia. Powiedziała, że wróci do mnie, kiedy uzna, że poradziła sobie ze swoimi problemami i że znów możemy być razem. To coś w rodzaju separacji, ale tymczasowej. – Dlaczego zdecydowaliście się na separację? – Przede wszystkim dlatego, że jej nie doceniałem i cierpiałem na pracoholizm. Byłem kierownikiem zespołu


nauczycieli historii w liceum Jeffersona i trenowałem drużyny z trzech różnych dyscyplin. Nigdy nie było mnie w domu, a ona czuła się samotna. Poza tym trochę się zaniedbałem i miałem cztery, a może trzydzieści cztery kilo nadwagi. Teraz jednak nad tym wszystkim pracuję i jestem gotowy na wizytę w poradni małżeńskiej, tak jak chciała Nikki. Zupełnie się zmieniłem. – Ustaliliście jakąś datę? – Datę? – Wyznaczającą koniec rozłąki? – Nie. – A więc rozłąka miałaby się zakończyć w nieokreślonej przyszłości? – Właściwie to… tak. Zwłaszcza że nie wolno mi kontaktować się z Nikki ani z jej rodziną. – Dlaczego? – Hmm… Właściwie to nie wiem. Kocham rodziców Nikki tak samo jak ona. Ale to nie ma znaczenia, bo Nikki na pewno wkrótce do mnie wróci i wszystko im wyjaśni. – Na czym opierasz te przypuszczenia? – pyta, ale robi


to uprzejmie, uśmiechając się przyjaźnie. – Wierzę w szczęśliwe zakończenia – oznajmiam. – I mam wrażenie, że ten film trwa już dostatecznie długo. – Film? – rzuca doktor Patel pytająco, a mnie wydaje się, że gdyby założył okulary w drucianych oprawkach i ogolił głowę, wyglądałby zupełnie jak Gandhi. To dość dziwne skojarzenie, bo przecież siedzimy w skórzanych fotelach pośrodku tego jasnego, radosnego pomieszczenia, a Gandhi nie żyje, prawda? – Tak – potwierdzam. – Nie zauważyłeś, że życie układa się w ciąg filmów? – Nie. Opowiedz mi o tym. – No więc masz tam przygody. Wszystko zaczyna się od kłopotów, ale po jakimś czasie przyznajesz się do tego, że masz problemy, i ciężko pracujesz, żeby stać się lepszym człowiekiem, a to właśnie przyciąga szczęśliwe zakończenie i pozwala mu rozkwitnąć, zupełnie jak w filmach takich jak: Rudy, Karate Kid, seriach Gwiezdne wojny, Indiana Jones czy Rocky Balboa, a także Goonies. To moje ulubione tytuły, chociaż aż do powrotu Nikki postanowiłem nie oglądać


filmów, poza tym teraz moje własne życie jest filmem, który będę oglądał i który zawsze jest włączony. Poza tym wiem, że nadszedł już prawie czas na szczęśliwe zakończenie, w którym Nikki do mnie wróci, ponieważ zrobiłem ogromne postępy, zarówno poprzez ćwiczenia fizyczne i leki, jak i terapię. – Rozumiem. – Uśmiecha się doktor Patel. – Ja też lubię szczęśliwe zakończenia, Pat. – A więc się ze mną zgadzasz. Myślisz, że żona wkrótce do mnie wróci? – Czas pokaże – odpowiada doktor Patel i w tym samym momencie dochodzę do wniosku, że dogadam się z Cliffem, ponieważ on nie propaguje pesymizmu jak doktor Timbers oraz personel w niedobrym miejscu. Cliff nie powtarza, że powinienem otworzyć wreszcie oczy i stawić czoła temu, co uważa za fakty. – To dość dziwne, ponieważ wszyscy terapeuci, u których dotąd byłem, twierdzili, że Nikki nie wróci. Nawet po tym, jak opowiedziałem im o swoich postępach, oni tylko „po mnie jeździli”, jak mawia mój czarnoskóry przyjaciel Danny.


– Ludzie potrafią być okrutni – mówi Cliff ze współczuciem, które sprawia, że nabieram do niego jeszcze większego zaufania. Nagle uświadamiam sobie, że nie zapisuje moich słów w notatniku. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Mówię mu, że podoba mi się ten pokój i rozmawiamy o mojej miłości do chmur i o tym, że większość ludzi nie zauważa okalających je świetlistych krawędzi, mimo że przecież można je zobaczyć niemal codziennie. Z uprzejmości pytam go o rodzinę. Okazuje się, że ma córkę w wieku licealnym. Gra w hokeja na trawie, a jej drużyna uplasowała się na drugim miejscu pośród drużyn w South Jersey. Ma też syna w podstawówce, który chce być brzuchomówcą i co wieczór ćwiczy z drewnianą lalką. Lalka nazywa się Grover Cleveland – tak samo jak jedyny prezydent Stanów Zjednoczonych, który sprawował urząd przez dwie kadencje przedzielone przerwą. Nie rozumiem, dlaczego syn Cliffa nazwał swoją drewnianą lalkę na cześć naszego dwudziestego drugiego i dwudziestego czwartego prezydenta, ale milczę. Cliff wspomina też o swojej żonie, która ma na imię Sonja i która tak pięknie pomalowała jego gabinet. Po


chwili wdajemy się w dyskusję o zaletach płci pięknej i o tym, jak ważne jest to, by dbać o swoją kobietę, póki się ją ma, ponieważ jeśli się tego nie robi, można ją szybko stracić, a Bóg bardzo chce, żebyśmy doceniali swoje kobiety. Życzę Cliffowi, żeby nigdy nie musiał doświadczyć rozłąki, a on wyraża nadzieję, że moja rozłąka niedługo dobiegnie końca. Uważam, że to bardzo miłe. Zanim wychodzę, Cliff informuje mnie, że chce mi zmienić leki, co może wywołać niepożądane skutki uboczne i że powinienem natychmiast powiadomić mamę o jakichkolwiek dolegliwościach, bezsenności, napadach paniki i tym podobnych, ponieważ dobranie mi właściwego zestawu leków może mu zająć trochę czasu. Obiecuję, że to zrobię. W drodze do domu mówię mamie, że bardzo polubiłem doktora Cliffa Patela i że z dużo większym optymizmem podchodzę do terapii. Dziękuję jej, że zabrała mnie z niedobrego miejsca i mówię, że istnieje większe prawdopodobieństwo, iż Nikki odwiedzi mnie w Collingswood niż w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy to


mówię, mama zaczyna płakać, a mnie wydaje się to dziwne. Zjeżdża nawet z drogi, opiera głowę na kierownicy i nie gasząc silnika przez dłuższą chwilę szlocha – pociąga nosem, trzęsie się i wydaje płaczliwe dźwięki. Masuję ją po plecach, tak jak ona masowała mnie w gabinecie doktora Patela, gdy z radia poleciała wiadoma piosenka. Po około dziesięciu minutach mama po prostu przestaje płakać i wiezie mnie do domu. Żeby nadrobić godzinę, którą spędziłem u Cliffa, trenuję do późnego wieczora, a kiedy idę do łóżka, tata wciąż siedzi w swoim gabinecie za zamkniętymi drzwiami. Mija więc kolejny dzień, w którym nie zamieniłem z nim ani słowa. Dziwnie jest mieszkać z kimś, z kim nie można porozmawiać – zwłaszcza jeśli ten ktoś jest twoim ojcem. Ta myśl sprawia, że robi mi się trochę smutno. Ponieważ mama nie była jeszcze w bibliotece, nie mam nic do czytania. Zamykam więc oczy i myślę o Nikki, a potem ona jak zwykle przychodzi do mnie we śnie.


Do mojej czaszki wdziera się pomarańczowy ogień

Tak, naprawdę wierzę, że po każdej burzy wychodzi słońce. Widzę je każdego dnia, kiedy opuszczam piwnicę, przeciskam głowę i ramiona przez otwory, które wycinam w worku na śmieci – by moje ciało było ciasno owinięte plastikiem, a przez to mocniej się pociło – i zaczynam biec. Zawsze staram się odpowiednio rozplanować swój dziesięciogodzinny trening i zsynchronizować szesnastokilometrowy jogging z zachodem słońca, tak by na ostatnim odcinku biec na zachód, mijając boiska w Knight’s Park, gdzie jako dziecko grywałem w baseball i piłkę nożną. Biegnąc przez park, spoglądam w górę, próbując przewidzieć, co szykuje dla mnie dzień. Jeśli chmury przysłaniają słońce, obłoki zawsze obrębione są świetlistą obwódką, która przypomina mi, że warto się starać – chociaż teraz wszystko wydaje się ciemne, moja żona niedługo do mnie wróci. Widok światła obrysowującego puszystą


pierzynkę bieli i szarości działa na mnie porażająco. (Ten efekt da się nawet odtworzyć. Wystarczy przytrzymać dłoń w odległości kilku centymetrów od nieosłoniętej żarówki i wodzić oczami za konturem dłoni, dopóki nie wystąpi chwilowa ślepota). Patrzenie na chmury jest bolesne, ale – jak większość spraw, które przynoszą ból – pomaga. Dlatego muszę biec, a kiedy czuję pieczenie w płucach i kłujący ból w plecach, kiedy mięśnie moich nóg twardnieją, a centymetr obwisłej skóry wokół talii podskakuje, czuję się tak, jakbym odbywał swoją dzienną pokutę i wiem, że Bóg będzie ze mnie na tyle zadowolony, by mi pomóc. Myślę, że właśnie dlatego przez ostatni tydzień pokazywał mi tyle ciekawych chmur. Odkąd moja żona poprosiła, byśmy jakiś czas spędzili osobno, schudłem ponad dwadzieścia kilogramów i mama mówi, że niedługo osiągnę taką samą wagę jak w liceum, kiedy grałem w drużynie piłkarskiej. Tyle samo ważyłem, kiedy poznałem Nikki. Zdaje mi się, że Nikki mogło zdenerwować to, iż w ciągu pięciu lat naszego małżeństwa tak bardzo przytyłem. Ale się zdziwi, gdy zobaczy, jaki jestem umięśniony, kiedy już nasza rozłąka dobiegnie końca!


Bywa, że podczas zachodu słońca nie ma żadnych chmur – jak na przykład wczoraj – i kiedy spoglądam w niebo, do mojej czaszki wdziera się pomarańczowy ogień, który mnie oślepia. Jest niemal tak samo przyjemny jak widok chmur, ponieważ on także piecze i sprawia, że wszystko wygląda zachwycająco. Kiedy biegam, zawsze udaję, że na końcu drogi czeka na mnie Nikki. Dzięki temu mam wrażenie, że skracam czas, który muszę odczekać, żeby znów ją zobaczyć.


Najgorsze możliwe zakończenie

Wiedząc, że Nikki co roku przeznacza cały blok zajęć na Hemingwaya, proszę mamę o wypożyczenie jednej z jego lepszych powieści. – Jeśli to możliwe, niech będzie tam historia miłosna, bo muszę się dokształcić z miłości, żeby być lepszym mężem, kiedy Nikki wróci – mówię. Po powrocie z biblioteki mama mówi, że według bibliotekarki Pożegnanie z bronią to najlepsza historia miłosna, jaką napisał Hemingway. Z entuzjazmem zabieram się do czytania i już po kilku pierwszych stronach czuję się mądrzejszy. Czytając, szukam łatwych do zacytowania fragmentów, bym mógł „zarzucić wiedzą” następnym razem, kiedy Nikki i ja spotkamy się z jej oczytanymi przyjaciółmi. Powiem wtedy do okularnika Phillipa: „Czy niepiśmienny bufon znałby ten tekst?”, po czym nonszalancko zarzucę Hemingwayem.


Jednak ta powieść to zwyczajny podstęp. Czytelnik przez cały czas trzyma kciuki, żeby narrator przetrwał wojnę i ułożył sobie życie z Catherine Barkley. Narratorowi udaje się przeżyć różne niebezpieczeństwa – nawet wybuch bomby – i ucieka w końcu do Szwajcarii z ciężarną Catherine, którą bardzo kocha. Przez jakiś czas mieszkają w górach, są zakochani i wiodą szczęśliwe życie. Hemingway powinien skończyć w tym miejscu, ponieważ to właśnie jest szczęśliwe zakończenie, na które zasługują bohaterowie po tym, jak walczyli, by przetrwać tę potworną wojnę. Nic z tego. Hemingway wymyśla najgorsze możliwe zakończenie: Catherine rodzi martwe dziecko, dostaje krwotoku i umiera. To najboleśniejsze zakończenie, z jakim się kiedykolwiek spotkałem w literaturze, filmie czy nawet telewizji, i trudno sobie wyobrazić gorsze. Pod koniec zalewam się łzami – częściowo ze względu na bohaterów, ale także dlatego, że Nikki każde dzieciom czytać tę książkę. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktokolwiek


chciałby narażać nastolatków – którzy przecież bardzo łatwo ulegają wpływom – na tak potworne zakończenie. Może lepiej po prostu oznajmić licealistom, że cała energia, jaką wkładają we własny rozwój, na nic się nie zda? Muszę przyznać, że pierwszy raz, odkąd zaczęła się nasza rozłąka, jestem zły na Nikki za to, że wpaja swoim uczniom taki pesymizm. Nie mam zamiaru w najbliższym czasie cytować Hemingwaya, nigdy też nie przeczytam innej jego książki. Gdyby wciąż żył, natychmiast napisałbym do niego list, grożąc, że własnoręcznie go uduszę za to, że jest taki ponury. Nic dziwnego, że – jak wyczytałem w przedmowie – strzelił sobie w łeb.


Miłuję cię, stary

Sekretarka doktora Patela wyłącza radio w momencie, kiedy przekraczam próg poczekalni. Śmieję się, ponieważ stara się to zrobić od niechcenia, żebym nie zauważył. Kiedy ostrożnie przekręca gałkę, wydaje się przestraszona, jak ludzie, którzy byli świadkami jednego z moich ataków – jak gdybym nie był już człowiekiem, ale jakimś niezdarnym dzikim zwierzęciem. Po krótkim oczekiwaniu witam się z Cliffem na drugiej sesji – ten rytuał ma się powtarzać w każdy piątek. Tym razem wybieram brąz i siadamy w skórzanych fotelach wśród chmur, a następnie rozmawiamy o tym, jak bardzo lubimy kobiety i jak dobrze jest czasem „wrzucić na luz”, cytując Danny’ego. Cliff pyta, czy dobrze się czuję, biorąc nowe leki, a ja odpowiadam, że tak, chociaż prawdę mówiąc nie zauważyłem żadnych efektów, zresztą połknąłem zaledwie połowę tabletek, które mama dała mi w zeszłym tygodniu – chowam je pod


językiem, a kiedy zostaję sam, wypluwam do sedesu. Pyta, czy doświadczyłem jakichś niepożądanych skutków ubocznych – zadyszki, utraty apetytu, mdłości, myśli samobójczych, agresji wobec otoczenia, obniżenia libido, stanów lękowych, świądu, biegunki. Odpowiadam, że nie. – A co z halucynacjami? – pyta i nachyla się do mnie, mrużąc oczy. – Z halucynacjami? – Z halucynacjami. Wzruszam ramionami i mówię, że chyba nie miałem halucynacji, a on odpowiada, że gdybym miał, z pewnością bym o tym wiedział. – Jeśli zobaczysz coś dziwnego lub przerażającego, powiedz o tym matce – radzi Cliff – ale nie martw się, prawdopodobnie nie będziesz miał halucynacji. Doświadcza ich niewielki odsetek ludzi zażywających tę kombinację leków. Kiwam głową i obiecuję powiadomić mamę o ewentualnych halucynacjach, jednak naprawdę nie sądzę, bym miał ich doświadczyć, niezależnie od tego, jakie leki


dostanę. Wiem przecież, że Cliff nie da mi LSD ani niczego w tym stylu. Słabsi ludzie pewnie narzekają na swoje leki, ale ja nie jestem słaby i mam dość dużą kontrolę nad swoim umysłem. Jestem w piwnicy, gdzie podczas trzyminutowej przerwy pomiędzy brzuszkami na przyrządzie Stomach Master 6000 i podnoszeniem nóg na ławeczce, piję shoty z wody, kiedy wyczuwam wyraźny maślany zapach krabowych przysmaków mojej mamy i aż cieknie mi ślinka. Ponieważ uwielbiam krabowe przysmaki, opuszczam piwnicę, wchodzę do kuchni i widzę, że oprócz krabowych przysmaków, na które składają się maślane mięso kraba, cheddar i ciepłe bułeczki, mama piecze także domową pizzę z trzema rodzajami mięsa – mieloną wołowiną, kiełbasą i kurczakiem – oraz pikantne skrzydełka, które kupuje w supermarkecie Big Foods. – Dlaczego robisz krabowe przysmaki? – pytam z nadzieją, ponieważ z doświadczenia wiem, że przyrządza je tylko wtedy, gdy mamy gości. Nikki uwielbia krabowe przysmaki i gdyby jej na to


pozwolić, pochłonęłaby ich cały talerz, a w drodze powrotnej narzekałaby, że czuje się gruba, bo za dużo zjadła. Kiedy stosowałem jeszcze przemoc emocjonalną, oznajmiałem jej, że nie chce mi się słuchać jej marudzenia za każdym razem, kiedy za dużo zje. Jednak następnym razem, kiedy Nikki zje za dużo krabowych przysmaków, powiem jej, że n i e zjadła ich zbyt wiele i że wciąż wygląda szczupło. Powiem, że powinna trochę przytyć, bo lubię, żeby moja babka wyglądała jak babka, a nie laska z obrazka – niebrzydka, ale płaska. To kolejny tekst, którego nauczyłem się od Danny’ego. Naprawdę mam nadzieję, że pichcenie mamy oznacza koniec rozłąki i że Nikki właśnie teraz jedzie do domu moich rodziców. To chyba najlepsza niespodzianka, jaką mogła zaplanować dla mnie mama z okazji mojego powrotu do domu – a ponieważ mama zawsze stara się robić miłe rzeczy dla mnie i dla mojego brata, przygotowuję się psychicznie na spotkanie z Nikki. W ciągu tych kilku sekund, które mijają, zanim mama odpowiada na moje pytanie, moje serce uderza co najmniej pięćdziesiąt razy.


– Orły grają dziś przedsezonowy mecz towarzyski ze Stalowymi – rzuca, co wydaje mi się dziwne, ponieważ odkąd pamiętam, mama nie znosi sportu i pamięta jedynie, że sezon futbolowy zaczyna się jesienią. Nigdy nie wie, jaka drużyna gra którego dnia. – Twój brat przyjeżdża, żeby obejrzeć mecz z tobą i z ojcem. Serce zaczyna mi walić coraz szybciej, ponieważ ostatni raz widziałem brata krótko po tym, jak rozpoczęła się rozłąka. Podobnie jak tata, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, też mówił okropne rzeczy o Nikki. – Jake cieszy się, że cię zobaczy, a dobrze wiesz, jak twój ojciec uwielbia Orły. Nie mogę się doczekać, aż moich trzech mężczyzn zasiądzie razem na kanapie, jak za starych dobrych czasów. Mama uśmiecha się do mnie tak szeroko, że mam wrażenie, iż zaraz znów się rozpłacze, więc odwracam się i schodzę do piwnicy, gdzie zabieram się do robienia pompek na pięściach do czasu, aż zaczyna mnie piec klatka piersiowa i tracę czucie w kłykciach. Wiedząc, że później prawdopodobnie nie będę mógł


pobiegać ze względu na rodzinne spotkanie, zakładam worek na śmieci i robię to wcześniej. Mijam domy znajomych z liceum i Świętego Józefa – kościół katolicki, do którego chodziłem na msze. Przebiegam obok liceum Collingswood (absolwenci z rocznika 89 rządzą!) i stojącego nieopodal parku domu, który należał do moich dziadków aż do ich śmierci. Mój dawny najlepszy przyjaciel zauważa mnie, kiedy przebiegam obok jego nowego domu przy Virginia Avenue. Ronnie właśnie wraca z pracy – kiedy mijam go na chodniku, znajduje się w połowie drogi pomiędzy swoim samochodem i frontowymi drzwiami. Patrzy mi w oczy, a kiedy przebiegam obok, krzyczy: – Pat Peoples? T o n a p r a w d ę t y? Pat! Hej! Przyspieszam, bo mój brat Jake przyjeżdża, żeby ze mną porozmawiać. Jake nie wierzy w szczęśliwe zakończenia, a ja nie czuję się na tyle silny emocjonalnie, żeby zajmować się teraz Ronniem, który nigdy nie odwiedził mnie i Nikki w Baltimore, chociaż wiele razy obiecywał, że to zrobi. Nikki nazywała Ronniego „pantoflarzem”, twierdząc że jego żona Victoria trzyma towarzyskie plany Ronniego tam, gdzie jego


jaja – w swojej torebce. Nikki mówiła, że Ronnie nigdy nie odwiedzi mnie w Baltimore i miała rację. Nie odwiedził mnie też w niedobrym miejscu, ale pisywał do mnie listy o tym, jaka cudowna jest jego córeczka Emily – wierzę mu, chociaż nie miałem okazji jej poznać, żeby zweryfikować informacje zawarte w listach. Kiedy wracam do domu, zauważam na podjeździe samochód Jake’a – luksusowe srebrne BMW, które sugeruje, że mój brat radzi sobie w „nabijaniu kabzy”, jak mawia Danny. Wślizguję się więc tylnymi drzwiami i wbiegam na górę, żeby wziąć prysznic. Następnie wkładam czyste ubranie, biorę głęboki oddech i podążam za odgłosami płynącej z salonu konwersacji. Kiedy wchodzę, Jake wstaje. Ma na sobie eleganckie spodnie w grafitowe prążki i turkusową koszulkę polo – na tyle obcisłą, że jej materiał opina się na jego wciąż ładnej muskulaturze. Na ręku ma także zegarek z tarczą wysadzaną brylancikami, który Danny nazwałby jego „błyskotkami”. Włosy mojego brata lekko się przerzedziły, podobnie jak


moje, ale są nażelowane i Jake wygląda stylowo. – Pat? – Mówiłam, że go nie poznasz! – rzuca mama. – Wyglądasz jak Arnold Schwarzenegger. – Ściska mój biceps, co bardzo mi się nie podoba, bo nie lubię, jak mnie dotyka ktoś inny niż Nikki. Ponieważ jednak jest moim bratem, milczę. – Ale z ciebie mięśniak! – dodaje. Patrzę w podłogę, ponieważ pamiętam to, co mówił o Nikki – wciąż mam o to do niego żal – a jednocześnie cieszę się, że widzę brata po czasie, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. – Pat, powinienem był częściej odwiedzać cię w Baltimore, ale to miejsce mnie odrzuca i… Po prostu nie mogłem cię tam oglądać. Gniewasz się na mnie? Wciąż jestem na niego trochę zły, ale nagle przypominam sobie kolejny tekst Danny’ego, który za bardzo pasuje do sytuacji, żeby go przemilczeć, więc rzucam: – Miłuję cię, stary. Jake patrzy na mnie przez chwilę tak, jakbym właśnie uderzył go w brzuch. Mruga kilka razy, jak gdyby zamierzał


się rozpłakać, a potem mocno mnie przytula. – Przepraszam – mówi i dość długo nie zwalnia uścisku. Nie lubię, gdy ktoś tak długo mnie przytula, chyba że jest to Nikki. Kiedy puszcza, mówi: – Mam dla ciebie prezent. – Wyjmuje z siatki koszulkę Orłów i rzuca mi ją. Rozkładam ją i na plecach rozpoznaję numer 84 należący do zawodnika skrzydłowego, jednak jego nazwisko nic mi nie mówi. Czy to nie numer tego młodego skrzydłowego, Freddiego Mitchella? Tak mi się wydaje, ale nic nie mówię, ponieważ nie chcę obrazić brata, który był na tyle miły, że kupił mi prezent. – Kim jest Baskett? – pytam o nazwisko wypisane na koszulce. – Rewelacyjny debiutant Hank Baskett? Wypłynął przed rozpoczęciem sezonu. W Filadelfii wszyscy noszą te koszulki. Możesz ją wkładać na tegoroczne mecze. – Na mecze? – Teraz będziesz pewnie chciał wrócić na swoje dawne miejsce?


– Na V e t[2]? – V e t? – Jake się śmieje i spogląda na mamę. Wygląda na przerażoną. – Nie… Na Lincoln Financial Field. – Co to jest Lincoln Financial Field? – Nie pozwalali wam tam oglądać telewizji? To stadion Orłów. Stadion, na którym twoja drużyna gra już od trzech sezonów. Wiem, że Jake mnie okłamuje, ale nic nie mówię. – Tak czy siak, wykupiłem ci miejsce tuż obok mnie i Scotta. Karnet na cały sezon, stary. Cieszysz się? – Nie mam pieniędzy, żeby kupić karnet na cały sezon – mówię, ponieważ kiedy rozpoczęła się nasza rozłąka, oddałem Nikki dom, samochody i dostęp do kont bankowych. – Nie martw się. – Jake szturcha mnie w ramię. – Może i przez ostatnie kilka lat nie byłem zbyt dobrym bratem, ale teraz ci to wynagrodzę. Dziękuję bratu, a mama znów zaczyna płakać. Płacze tak mocno, że musi wyjść z pokoju. To trochę dziwne, bo przecież Jake i ja właśnie się pogodziliśmy, a karnet na cały


sezon meczów Orłów to naprawdę niezły prezent, nie wspominając o koszulce. – Wkładaj koszulkę Basketta, stary. – Robię to i czuję, że dobrze jest mieć na sobie zieleń Orłów, a zwłaszcza koszulkę, którą Jake wybrał specjalnie dla mnie. – Zobaczysz, jaki dobry okaże się w tym sezonie twój Baskett – rzuca Jake dziwnym tonem, jak gdyby moja przyszłość była jakoś powiązana ze skrzydłowym zawodnikiem Orłów Hankiem Baskettem. [2] Stadion Philadelphia Veterans Stadium – Filadelfijski Stadion Weteranów, czyli tak zwany Vet.


Betonowy pączek

Zauważam, że tata z przyjściem do salonu zwleka do ostatniej chwili, niemal do samego meczu. To gra przedsezonowa, więc nie wcielamy w życie naszych stałych rytuałów – te celebrujemy tylko podczas meczów w trakcie sezonu – ale tata wkłada koszulkę z numerem pięć i nazwiskiem McNabb i siada na krawędzi kanapy, gotowy w każdej chwili zerwać się na nogi. Poważnie kiwa głową do mojego brata, a mnie zupełnie ignoruje, mimo że kiedy kłócił się z mamą w kuchni, usłyszałem jej błagalny ton: „Spróbuj chociaż porozmawiać z Patem”. Mama stawia jedzenie na rozkładanych stolikach, zajmuje miejsce obok Jake’a i zabieramy się do jedzenia. Jedzenie jest wyśmienite, ale jestem jedyną osobą, która to mówi. Mama chyba się cieszy z komplementu i jak zwykle pyta, czy naprawdę mi smakuje, ponieważ w kwestii gotowania jest skromna, chociaż wychodzi jej to świetnie.


– Tato, jak myślisz? Jak w tym roku poradzą sobie Orły? – pyta Jake. – Będzie osiem wygranych i osiem porażek – odpowiada tata pesymistycznie, jak na początku każdego sezonu amerykańskiej ligi futbolowej. – Moim zdaniem jedenaście wygrają i pięć przegrają – rzuca mój brat, a ojciec potrząsa głową i wypuszcza powietrze przez zęby. – Jak myślisz? Jedenaście do pięciu? – pyta mnie brat, a ja kiwam głową, ponieważ jestem nastawiony optymistycznie, a zwycięstwo w jedenastu meczach pozwoliłby Orłom awansować do rozgrywek fazy play-off. Mamy karnety na cały sezon, więc jeśli tylko będą grać na własnym boisku, dostaniemy bilety na ten mecz, a nie ma nic lepszego od Orłów w meczu fazy play-off. Przyznaję wprawdzie, że nie śledziłem poczynań Orłów poza sezonem, ale kiedy na ekranie pojawia się wyjściowy skład, ze zdziwieniem zauważam, że z drużyny odeszło kilku moich ulubionych zawodników. Duce Staley. Hugh Douglas. James Thrash. Corey Simon. Zniknęli. Mam ochotę zapytać: „Kiedy? Dlaczego?”, ale nie robię tego, ponieważ tata i brat


mogliby pomyśleć, że nie jestem już prawdziwym kibicem Orłów. Już kiedyś wróżyli, że tak będzie, kiedy przeprowadziliśmy się z Nikki do Baltimore i zrezygnowałem z karnetu na mecze. Ku mojemu zaskoczeniu, Ptaki nie grają też na stadionie Vet, ale na Lincoln Financial Field, tak jak powiedział Jake. Jakimś cudem od czasu ostatniego sezonu wybudowali cały stadion, a mnie ominął cały ten szum medialny, bo tkwiłem w niedobrym miejscu. Jednak i tak coś mi tu nie gra. – Gdzie jest Lincoln Financial Field? – pytam w przerwie reklamowej po pierwszej kwarcie, starając się zachować nonszalancję. Ojciec odwraca głowę i wpatruje się we mnie, ale nie odpowiada na moje pytanie. Nienawidzi mnie. Na jego twarzy maluje się wstręt, jak gdyby siedzenie w salonie i oglądanie meczu ze swoim popapranym synem było dla niego przykrym obowiązkiem. – W Południowej Filadelfii, podobnie jak pozostałe stadiony – wyrywa się mój brat. – Pyszne te przysmaki krabowe, mamo.


– Czy z Vet widać Lincoln Financial Field? – pytam. – Stadionu Vet już nie ma – mówi Jake. – Nie ma? Jak to n i e m a? – To się stało 21 marca 2004 roku o siódmej rano. Rozpadł się jak domek z kart – mówi tata, nawet na mnie nie patrząc, a następnie wbija zęby w pomarańczowe mięso na kurczęciej kości. – Ponad dwa lata temu. – Co? Byłem tam przecież w zeszłym… – Milknę, ponieważ zaczynam mieć zawroty głowy i zbiera mi się na mdłości. – W którym to było roku? Ojciec już otwiera usta, ale mama mu przerywa, mówiąc: – Kiedy cię tu nie było, zaszło wiele zmian. Wciąż nie chce mi się wierzyć, że Vet zniknął, nawet po tym, jak Jake przynosi laptopa z samochodu i pokazuje mi filmik z demolki. Stadion Weteranów – który nazywaliśmy kiedyś betonowym pączkiem – wali się jak domino, a ekran wypełnia się szarym pyłem. Serce mi pęka, kiedy widzę, jak to miejsce się rozpada, chociaż podejrzewam, iż to, co oglądam, to tylko komputerowa symulacja.


Kiedy byłem chłopcem, ojciec zabierał mnie na wiele meczów drużyny baseballowej Phillies, które rozgrywane były na stadionie Vet. Oprócz tego chodziłem oczywiście na mecze Orłów z Jakiem, więc trudno mi uwierzyć, że kiedy przebywałem w niedobrym miejscu zburzono symbol mojego dzieciństwa. Kiedy filmik się kończy, pytam mamę, czy mogę z nią porozmawiać w drugim pokoju. – Co się dzieje? – pyta, kiedy wchodzimy do kuchni. – Doktor Patel mówi, że moje nowe lekarstwa mogą wywoływać halucynacje. – Rozumiem. – Wydaje mi się, że widziałem właśnie wyburzenie Stadionu Weteranów na komputerze Jake’a. – Kochanie, naprawdę to widziałeś. Został zburzony ponad dwa lata temu. – Jaki mamy rok? Przez chwilę się waha, ale odpowiada. – 2006. To oznaczałoby, że mam trzydzieści cztery lata, a rozłąka trwa od czterech lat. To niemożliwe, myślę.


– Skąd mam wiedzieć, że to nie halucynacje? Skąd mam wiedzieć, czy ty nie jesteś tylko iluzją? Czy wy wszyscy nimi nie jesteście? – Uświadamiam sobie, że krzyczę, ale nie mogę się powstrzymać. Mama kręci głową i próbuje dotknąć mojego policzka, ale odtrącam jej rękę, a ona znów zaczyna płakać. – Jak długo byłem w niedobrym miejscu? Jak długo? Mów! – Co tam się dzieje? – krzyczy tata. – Chcemy oglądać mecz! – Ciii… – mówi mama przez łzy. – Jak długo? – wrzeszczę. – Powiedz mu, Jeanie! No dalej! I tak prędzej czy później się tego dowie. – Z salonu dobiega nas krzyk ojca. – Powiedz mu! Chwytam mamę za ramiona i potrząsam nią tak mocno, że podskakuje jej głowa. – Jak długo? – krzyczę. – Prawie cztery lata – mówi Jake. Spoglądam przez ramię i widzę, że mój brat stoi oparty o futrynę. – A teraz puść


mamę. – Cztery lata? – Śmieję się i zdejmuję ręce z ramion mamy. Zakrywa usta dłonią, a jej oczy pełne są żalu i łez. – Dlaczego sobie ze mnie… Słyszę krzyk mamy i czuję, jak potylicą uderzam w lodówkę, a moją głowę wypełnia pustka.


Lękam się go bardziej niż jakiegokolwiek innego człowieka

Po powrocie do New Jersey czułem się bezpiecznie, ponieważ nie sądziłem, by Kenny G m ó g ł opuścić niedobre miejsce. Dziś wiem, że to niemądre, ponieważ Kenny G to niezwykle utalentowany, przedsiębiorczy i wpływowy człowiek. Nocuję teraz na poddaszu, ponieważ panuje tu wściekły upał. Kiedy rodzice kładą się spać, wchodzę po schodach, wyłączam wentylator, wsuwam się w mój stary zimowy śpiwór, zapinam się w nim pod brodę, tak że wystaje z niego jedynie moja twarz, a następnie wypacam kilogramy. Kiedy wiatrak nie pracuje, temperatura szybko wzrasta i wkrótce mój śpiwór przesiąknięty jest potem, a ja czuję, jak chudnę. Robię to już od jakiegoś czasu i do tej pory nie zdarzyło się jeszcze nic dziwnego. Jednak tej nocy na poddaszu pocę się, i pocę, i pocę,


kiedy nagle w ciemności dobiegają mnie seksowne akordy wygrywane na keyboardzie. Nie otwieram oczu, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, wiedząc, że to tylko halucynacje, które przewidział doktor Patel, jednak gdy Kenny uderza mnie w twarz, otwieram oczy i widzę go na poddaszu w domu moich rodziców. Potrząsa grzywą bujnych loków, wokół których jaśnieje aureola à la Jezus. To przepięknie opalone czoło, ten nos, ten wiecznie świeży zarost i ostra linia żuchwy… Trzy górne guziki jego koszuli są rozpięte, tak że spomiędzy rozchylonego materiału wyziera jego owłosiony tors. Pan G może i nie wydaje się groźny, ale lękam się go bardziej niż jakiegokolwiek innego człowieka. – Jak mnie tu znalazłeś? – pytam. Kenny G mruga do mnie i przykłada do warg ustnik lśniącego saksofonu sopranowego. Drżę, chociaż moje ciało zlane jest potem. – Błagam, zostaw mnie w spokoju! On jednak nabiera powietrza, a z jego saksofonu zaczynają się wydobywać jasne dźwięki utworu Songbird.


Zrywam się w moim śpiworze i uderzam nasadą prawej dłoni w małą białą bliznę powyżej prawej brwi, starając się uciszyć muzykę – biodra Kenny’ego G kołyszą się tuż przed moimi oczami – a za każdym razem, kiedy w mózgu czuję ostre szarpnięcie, krzyczę: „Przestań! Przestań! Przestań! Przestań!”. Szyjka saksofonu już prawie dotyka mojej twarzy, raz po raz katując mnie smooth jazzem… Czuję, jak krew napływa mi do mózgu… Solówka Kenny’ego G osiąga punkt kulminacyjny… Łup, łup, łup, łup… Mama i tata starają się unieruchomić mi ręce, ja jednak wciąż krzyczę: „Przestań to grać! Po prostu przestań! Błagam!”. Mama upada na podłogę, a tata wymierza mi kolanem silny cios w brzuch – przez co Kenny G znika razem ze swoją muzyką – a gdy upadam na ziemię, próbując zaczerpnąć powietrza, tata siada mi na piersi i uderza mnie pięścią w policzek. Mama usiłuje odciągnąć ode mnie tatę, a ja płaczę jak dziecko. Krzyczy na ojca, prosząc, by przestał mnie bić, a on mnie puszcza. W końcu mówi mi, że wszystko będzie dobrze, mimo że ojciec właśnie z całej siły uderzył mnie


w twarz. – Dość tego, Jeanie. Z samego rana wraca do szpitala – oświadcza ojciec, a po chwili słyszymy odgłosy jego ciężkich kroków na schodach. Płaczę tak bardzo, że nie potrafię zebrać myśli. Mama siada obok mnie i mówi: – Już dobrze, Pat. Jestem przy tobie. Kładę głowę na jej kolanach i szlocham tak długo, aż usypiam, podczas gdy mama gładzi moje włosy. Kiedy otwieram oczy, wentylator znów działa, przez siatkę na oknie wdzierają się promienie słońca, a mama wciąż głaszcze mnie po głowie. – Jak ci się spało? – pyta, zmuszając się do uśmiechu. Ma czerwone oczy, a na jej policzkach widać ślady łez. Przez chwilę miło jest tak leżeć obok mamy, czuć ciężar jej drobnej dłoni na czole, a w uszach delikatny głos, jednak po chwili wspomnienie tego, co wydarzyło się poprzedniej nocy każe mi usiąść – serce zaczyna mi walić, a wszystkie kończyny przeszywa lęk. – Nie odsyłaj mnie do niedobrego miejsca.


Przepraszam. Tak bardzo mi przykro! – błagam z całych sił, ponieważ do tego stopnia nienawidzę niedobrego miejsca i pesymistycznego doktora Timbersa. – Zostaniesz z nami – mówi mama, spoglądając mi w oczy, jak zawsze, kiedy mówi prawdę, a potem całuje mnie w policzek. Schodzimy do kuchni, gdzie przyrządza pyszną jajecznicę z serem i pomidorami, a ja połykam wszystkie tabletki, ponieważ czuję, że jestem to winien mamie po tym, jak ją przewróciłem i jak zdenerwowałem ojca. Jestem zaskoczony, gdy na zegarze widzę godzinę jedenastą, więc po opróżnieniu talerza zabieram się do ćwiczeń, podwajając wszystkie serie, tak by nie zaburzyć rytmu codziennych treningów.


Elegancka kolacja

Ronnie odwiedza mnie w końcu w mojej piwnicy i mówi: – Wracam właśnie do domu, więc mam tylko kilka minut. Kończę wyciskać ciężary i uśmiecham się ironicznie, ponieważ wiem, co oznacza to zdanie. Veronica nie wie, że Ronnie wpadł mnie odwiedzić, więc mój przyjaciel musi się streszczać, żeby żona nie przyłapała go, jak robi coś bez jej pozwolenia – na przykład wita się z niewidzianym od lat najlepszym przyjacielem. – Co ci się stało w twarz? – pyta Ronnie, kiedy siadam na ławeczce. Dotykam czoła. – Wczoraj drążek wyślizgnął mi się z rąk i spadł na głowę. – I od tego spuchł ci policzek?


Wzruszam ramionami, ponieważ nie mam ochoty informować go, że ojciec mnie pobił. – Stary, naprawdę zrzuciłeś ładnych parę kilo i nieźle przypakowałeś. Podoba mi się ta twoja siłownia – mówi, spoglądając na moją ławeczkę i przyrząd Stomach Master 6000, po czym wyciąga rękę. – Może mógłbym czasem wpaść i potrenować z tobą? Wstaję, ściskam jego dłoń i mówię: „Jasne”, wiedząc, że to tylko kolejna obietnica, której Ronnie nie ma zamiaru dotrzymać. – Przepraszam, że nigdy nie odwiedziłem cię w Baltimore, ale urodziła się Emily i… wiesz, jak to jest. Czuję jednak, że listy pomogły nam pozostać w kontakcie. A teraz wróciłeś i możemy się częściej widywać, prawda? – Już widzę, jak… – zaczynam, ale gryzę się w język. – Widzisz, jak c o? – Nic. – Wciąż myślisz, że Veronica cię nienawidzi? Milczę. Ronnie się uśmiecha.


– Zastanów się. Gdyby tak było, to czy zapraszałaby cię jutro na kolację? Spoglądam na Ronniego, próbując ocenić, czy mówi poważnie, czy żartuje. – Veronica już przygotowuje fantastyczny posiłek, żeby cię powitać. To jak, przyjdziesz? – Jasne – mówię, wciąż nie wierząc w to, co słyszę, ponieważ obietnice składane przez Ronniego zwykle nie zawierają takich słów, jak „jutro”. – Super. Wpadnij na drinka o siódmej. Kolacja zacznie się o ósmej. Będzie to formalna, trzydaniowa kolacja przy świecach, więc ubierz się jakoś porządnie. Wiesz, jaką wagę Veronica przywiązuje do tych swoich eleganckich przyjęć – mówi, a potem otacza moje spocone ciało rękami i ściska, co toleruję tylko dlatego, że zaproszenie Veroniki kompletnie mnie zaskoczyło. Kładąc mi jedną rękę na ramieniu, Ronnie patrzy mi w oczy i mówi: – Dobrze, że wróciłeś do domu, Pat. Patrzę, jak wbiega po schodach, i myślę o tym, jak wraz z Nikki obsmarowalibyśmy Ronniego i Veronikę, gdyby nie


trwała nasza rozłąka i gdyby Nikki wybierała się ze mną na elegancką kolację. – Elegancka kolacja – powiedziałaby Nikki. – Co to ma być? Podstawówka? Moja żona naprawdę nie znosi Veroniki.


Jeśli mi się pogorszy

Wiem, że jeśli włożę nieodpowiednie ciuchy, Veronica powie, że zepsułem jej wieczór – jak wtedy, gdy na jedną z jej eleganckich kolacji przyszedłem w bermudach i sandałach. Ponieważ nie mogę przestać myśleć o tym, co włożę na przyjęcie, zapominam, że jest piątek, a więc dzień wizyty u doktora Patela. Przypominam sobie dopiero, kiedy mama przerywa mój trening, wołając: – Za piętnaście minut wychodzimy. Idź pod prysznic! W pokoju z chmurami wybieram brązowy fotel. Odchylamy oparcia. – Twoja mama mówi, że to był burzliwy tydzień. Chcesz o tym porozmawiać? – mówi Cliff. Opowiadam mu o eleganckim przyjęciu Veroniki i o tym, że dawne ubrania na mnie nie pasują, ponieważ bardzo schudłem i nie mam żadnych wyjściowych ciuchów, może oprócz koszuli, którą podarował mi ostatnio brat.


Mówię, że denerwuję się tym przyjęciem. Wolałbym po prostu spędzić czas z Ronniem na podnoszeniu ciężarów i nie musieć spotykać się z Veroniką, którą nawet Nikki uważa za jędzę. Doktor Patel kilkakrotnie kiwa głową, po czym mówi: – Podoba ci się koszula, którą dostałeś od brata? Dobrze się w niej czujesz? Mówię, że po prostu ją uwielbiam. – Więc włóż ją na przyjęcie. Jestem pewien, że Veronice także się ona spodoba. – Jesteś pewny? – pytam. – Veronica ma określoną wizję tego, jak powinno się ubierać na przyjęcia. – Domyślam się – rzuca, a ja czuję się już o wiele lepiej. – A spodnie? – Może te, które masz na sobie teraz? Spoglądam w dół na jasnobrązowe płócienne spodnie, które jakiś czas temu mama kupiła mi w sieciówce GAP, ponieważ uznała, że nie mogę chodzić do terapeuty w dresie. Mimo że nie są one równie eleganckie, jak moja nowa koszulka Orłów, wyglądają przyzwoicie, więc wzruszam ramionami i nie martwię się już o to, co włożyć na przyjęcie


Veroniki. Cliff próbuje przekonać mnie do rozmowy o Kennym G, ale za każdym razem, kiedy słyszę jego imię, zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu. Potem Cliff mówi, że słyszał o tym, jak brutalnie potraktowałem mamę – jak potrząsałem nią w kuchni i jak przewróciłem ją na poddaszu. Robi mi się strasznie smutno, bo bardzo kocham mamę, która przecież wyciągnęła mnie z niedobrego miejsca i podpisała nawet te wszystkie dokumenty, a jednak nie mogę zaprzeczyć temu, co mówi Cliff. Moja klatka piersiowa zalewa się gorącym poczuciem winy i nie mogę już tego znieść. Tracę panowanie nad sobą i zaczynam głośno płakać przez co najmniej pięć minut. – Twoja mama wiele ryzykuje, ponieważ w ciebie wierzy. Jego słowa sprawiają, że zalewam się jeszcze gorętszymi łzami. – Chcesz być dobrym człowiekiem, prawda, Pat? Kiwam głową. Płaczę. Chcę być dobrym człowiekiem.


Naprawdę tego chcę. – Zwiększę ci dawkę leków – rzuca doktor Patel. – Możesz się czuć nieco ospały, ale lekarstwa pomogą ci poskromić wybuchy agresji. To nie twoje pragnienia, ale czyny sprawiają, że jesteś dobrym człowiekiem. Jeśli przytrafi ci się kolejny atak, będę musiał zasugerować twojej mamie, że powinieneś wrócić do szpitala dla nerwowo chorych na kilka intensywnych sesji terapeutycznych, które… – Nie. Proszę. Będę grzeczny – przerywam mu, wiedząc, że jeśli mi się pogorszy i znów trafię do niedobrego miejsca, Nikki do mnie nie wróci. – Uwierz mi! – Wierzę – odpowiada doktor Patel z uśmiechem.


Nie wiem, jak to się robi

Kończę podnosić ciężary, wkładam worek na śmieci i przebiegam piętnaście kilometrów. Potem biorę prysznic, rozpylam w powietrzu wodę kolońską ojca i wchodzę w mgiełkę – mama mnie tego nauczyła, kiedy jeszcze byłem w liceum. Pod pachami smaruję się dezodorantem w kulce, a następnie wkładam nowe spodnie i koszulkę Hanka Basketta. Pytam mamę o to, jak wyglądam, a ona odpowiada: – Jesteś przystojny. B a r d z o przystojny. Ale naprawdę uważasz, że koszulka Orłów to odpowiedni strój na przyjęcie? Może włożysz jedną z koszul, które kupiłam ci w GAP-ie? Możesz też pożyczyć jakąś koszulkę polo od ojca. – Nie trzeba – mówię i uśmiecham się z przekonaniem. – Doktor Patel powiedział, że włożenie tej koszulki to dobry pomysł. – Tak powiedział? – odpowiada mama ze śmiechem, a następnie podaje mi bukiet kwiatów i butelkę białego wina.


– Co to? – Wręcz to Veronice i przekaż, że jej dziękuję. Ronnie jest dla ciebie dobrym przyjacielem. – Mama znów wygląda tak, jakby miała się rozpłakać. Całuję ją na pożegnanie, biorę kwiaty i wino, po czym ruszam w drogę, przechodzę przez Kinght’s Park, zmierzam w stronę domu Ronniego. Ronnie otwiera mi drzwi w koszuli i krawacie, przez co zaczyna mi się wydawać, że doktor Patel jednak nie miał racji i że źle się ubrałem. Jednak Ronnie spogląda na moją nową koszulkę, sprawdza nazwisko na plecach – pewnie chce się upewnić, że nie mam na sobie nieaktualnego stroju Freddiego Mitchella – i mówi: – Hank Baskett rządzi! Jakim cudem udało ci się zdobyć tę koszulkę już na początku sezonu? Jest świetna! – Czuję ulgę. Kierujemy się w głąb domu, skąd dochodzi woń mięsa – przechodzimy przez elegancki salon i jadalnię do kuchni, gdzie Veronica karmi Emily. Jestem zaskoczony, że dziewczynka jest większa niż noworodek.


– Przyszedł Hank Baskett – oznajmia Ronnie. – Kto? – pyta Veronica, ale uśmiecha się na widok kwiatów i wina. – Pour moi? Przez chwilę wpatruje się w opuchliznę na mojej twarzy, ale nic nie mówi, za co jestem jej wdzięczny. Wręczam jej podarunki od mamy, a ona całuje mnie w zdrowy policzek. – Witaj w domu, Pat – mówi, co mnie zaskakuje, ponieważ jej słowa wydają się szczere. – Zaprosiłam jeszcze jednego gościa, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko – dodaje. Mruga do mnie, a następnie podnosi pokrywkę jedynego garnka stojącego na kuchence. Wokół rozchodzi się zapach pomidorów i bazylii. – Kogo? – pytam. – Zobaczysz – odpowiada i dalej miesza w garnku, nie podnosząc wzroku. Zanim udaje mi się coś dodać, Ronnie wyjmuje Emily z krzesełka i mówi: – To wujek Pat. – Brzmi to dziwnie, dopóki nie uświadamiam sobie, że mowa o mnie. – Emily, przywitaj się


z wujkiem Patem. Dziewczynka macha do mnie małą rączką i ani się obejrzę, a trzymam ją w ramionach. Mała Emily wpatruje się we mnie ciemnymi oczami i po chwili uśmiecha się tak, jakby mnie akceptowała. – Pap – mówi, wskazując palcem mój nos. – Zobacz, jaką mam mądrą córeczkę, wujku Pacie – oznajmia Ronnie, głaszcząc jedwabiste, czarne włosy dziewczynki. – Już się nauczyła, jak masz na imię. Emily pachnie papką z marchewki, którą ma rozsmarowaną po policzkach, aż Ronnie wytrze jej buzię nawilżoną chusteczką. Muszę przyznać, że Emily to śliczne dziecko i natychmiast pojmuję, dlaczego Ronnie napisał do mnie tak wiele listów o swojej córce – dlaczego tak bardzo ją kocha. Zaczynam myśleć o tym, że chciałbym mieć kiedyś dzieci z Nikki i robi mi się tak wesoło, że całuję małą Emily w czoło, jak gdyby była dzieckiem Nikki i jak gdybym to ja był jej ojcem. Całuję ją w czoło raz po raz, aż mała zaczyna chichotać. – Piwo? – rzuca Ronnie.


– Nie powinienem pić, bo biorę leki i… – Piwo – oznajmia Ronnie i już po chwili siedzimy na ganku i sączymy piwo, a Emily siedzi na kolanach taty i siorbie rozcieńczony sok jabłkowy z butelki. – Dobrze jest móc się z tobą napić – mówi Ronnie, a następnie stuka się ze mną butelką piwa Yuengling. – Kto będzie na kolacji? – Siostra Veroniki, Tiffany. – Tiffany i Tommy? – pytam, przypominając sobie męża Tiffany ze ślubu Ronniego i Veroniki. – Tylko Tiffany. – A gdzie Tommy? Ronnie pociąga z butelki, spogląda do góry na zachodzące słońce i mówi: – Tommy umarł jakiś czas temu. – Co? – dziwię się, ponieważ nic o tym nie wiedziałem. – Boże, bardzo mi przykro. – Pamiętaj tylko, żeby dziś o nim nie wspominać, dobrze? – Jasne – mówię, a następnie wypijam kilka potężnych


łyków piwa. – A jak umarł? – Jak k t o umarł? – odzywa się kobiecy głos. – Cześć, Tiffany – mówi Ronnie, a siostra Nikki wchodzi na ganek. Tiffany ma na sobie czarną wieczorową suknię, szpilki i brylantowy naszyjnik, a jej makijaż i włosy wydają mi się zbyt perfekcyjne. Mam wrażenie, że za wszelką cenę chciała wyglądać atrakcyjnie, jak niektóre starsze kobiety. – Pamiętasz Pata, prawda? Wstaję i podajemy sobie dłonie. Tiffany patrzy na mnie w taki sposób, że robi mi się nieswojo. Wchodzimy do domu i po zdawkowej rozmowie na niezobowiązujące tematy, Tiffany i ja zostajemy sami, usadowieni na przeciwnych końcach kanapy, a tymczasem Veronica kończy przygotowywać posiłek, a Ronnie kładzie Emily do łóżka. – Wyglądasz dziś bardzo ładnie – rzucam, kiedy cisza zaczyna się przedłużać. Zanim rozpoczęła się rozłąka, nie mówiłem Nikki miłych rzeczy na temat jej wyglądu i myślę, że przez to straciła pewność siebie. Mogę teraz poćwiczyć


komplementowanie wyglądu innych kobiet, a kiedy Nikki wróci, będzie mi to przychodziło naturalnie, chociaż Tiffany naprawdę wygląda ładnie, mimo mocnego makijażu. Jest ode mnie kilka lat starsza, ale ma zgrabne ciało i długie, jedwabiste, czarne włosy. – Co ci się stało w policzek? – pyta, nawet na mnie nie patrząc. – Miałem wypadek przy podnoszeniu ciężarów. Tiffany wpatruje się w swoje dłonie złożone na kolanach. Jej paznokcie pomalowane są krwistoczerwonym lakierem. – Gdzie teraz pracujesz? – zagajam, pewny, że to bezpieczny temat. Marszczy nos, jak gdybym puścił bąka. – Kilka miesięcy temu wyrzucono mnie z pracy. – Dlaczego? – A jakie to ma znaczenie? – mówi, po czym wstaje i idzie do kuchni. Wypijam resztę drugiego piwa i czekam na Ronniego. Kolacja rzeczywiście jest elegancka, ze świecami,


wytwornymi talerzami i rzadko wyjmowanymi sztućcami, ale atmosfera wydaje się niezręczna – podczas gdy Tiffany i ja milczymy, Veronica i Ronnie mówią o nas, jakby nas tam nie było. – Pat jest miłośnikiem historii. Wie wszystko o prezydentach Stanów Zjednoczonych. Sprawdź go, zapytaj o cokolwiek – mów Ronnie. Tiffany wciąż wpatruje się w swój talerz, a Veronica mówi: – Moja siostra chodzi na zajęcia z tańca współczesnego i za dwa miesiące ma występ. Powinieneś zobaczyć, jak ona tańczy, Pat. To takie piękne. Boże, chciałabym tak tańczyć jak moja siostra. Wszyscy wybieramy się na jej występ. Powinieneś pójść z nami. Ostrożnie kiwam głową, kiedy Tiffany podnosi wzrok, żeby sprawdzić moją reakcję i myślę, że mógłbym pójść i poćwiczyć bycie miłym. Poza tym Nikki pewnie chciałaby pójść na spektakl taneczny, a ja chcę robić rzeczy, które sprawiają jej przyjemność. – Pat i ja będziemy razem ćwiczyć – mówi Ronnie. –


No, spójrzcie, jakiego mam atrakcyjnego kumpla. Powinienem się wstydzić. Muszę wpaść do twojej piwnicy, Pat. – Tiffany przepada za wybrzeżem, prawda, Tiff? Może w któryś weekend zabierzemy Emily i pojedziemy we czwórkę na plażę? We wrześniu, jak już nie będzie tak tłoczno. Moglibyśmy sobie urządzić piknik. Lubisz pikniki, Pat? Tiffany je uwielbia, prawda, Tiff? Ronnie i Veronica już niemal od kwadransa wymieniają informacje na temat swoich gości, a gdy w końcu milkną, pytam o wyburzenie stadionu Vet i, ku mojemu zaskoczeniu, Ronnie i Veronica potwierdzają, że rzeczywiście – tak jak mówił mój tata – stadion został wysadzony w powietrze lata temu, co bardzo mnie martwi, ponieważ nie pamiętam ani tego wydarzenia, ani czasu, który od tego momentu upłynął. Chciałbym zapytać, ile lat temu urodziła się Emily, ponieważ pamiętam, że tuż po jej narodzinach dostałem od Ronniego list oraz zdjęcie, ale ogarnia mnie lęk i tego nie robię. – Nienawidzę futbolu – oznajmia Tiffany. – Nie ma niczego gorszego. Zabieramy się do jedzenia i przez chwilę nikt nic nie


mówi. Na trzy dania, które obiecywał mi Ronnie składają się piwo, lasagne z pieczonymi szparagami oraz tarta cytrynowa. Wszystkie trzy były wspaniałe, więc mówię o tym Veronice – ćwicząc na przyszłość, kiedy wróci Nikki – a ona odpowiada: – Obawiałeś się, że to, co przygotuję, będzie niejadalne? Wiem, że żartuje, ale Nikki wykorzystałaby to pytanie, żeby udowodnić, jaką jędzą potrafi być Veronica. Siedząc przy stole Ronniego, myślę o tym, że gdyby Nikki tu była, po powrocie do domu rozmawialibyśmy jeszcze w łóżku – jak zawsze, gdy lekko się wstawiliśmy – przez co robi mi się jednocześnie smutno i wesoło. Kiedy kończymy jeść ciasto, Tiffany wstaje i oświadcza: – Jestem zmęczona. – Ale przecież dopiero skończyliśmy jeść – protestuje Veronica. – Będą jeszcze gry… – Powiedziałam, że jestem zmęczona. Zapada cisza. – No więc jak? – odzywa się w końcu Tiffany. –


Odprowadzisz mnie do domu, czy nie? Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że Tiffany mówi do mnie. – Jasne – odpowiadam szybko. Ćwiczę teraz bycie miłym, więc co innego mógłbym odpowiedzieć… P r a w d a? Noc jest ciepła, ale nie parna. Dopiero gdy Tiffany i ja mijamy jedną przecznicę, pytam, gdzie mieszka. – Mieszkam z rodzicami. Zadowolony? – mówi, nawet na mnie nie patrząc. – Aha. – Uświadamiam sobie, że znajdujemy się mniej więcej cztery przecznice od domu państwa Webster. – Ty też mieszkasz z rodzicami, prawda? – Tak. – Więc wiesz, że to nic takiego. Wokół panuje mrok. Zgaduję, że jest mniej więcej wpół do dziesiątej. Tiffany idzie z założonymi rękami, ale jednak dość szybko i stuka obcasami. Po chwili stajemy przed domem jej rodziców. Kiedy się do mnie odwraca, mam wrażenie, że chce się


po prostu pożegnać, ona jednak mówi: – Słuchaj, ostatni raz byłam na randce jeszcze na studiach, więc nie wiem, jak to się robi. – Jak co się robi? – Widziałam, jak na mnie patrzysz. Nie ściemniaj, Pat. Mieszkam w dobudówce odseparowanej od reszty domu, więc moi rodzice nas nie nakryją. Nie podoba mi się, że przyszedłeś na kolację w sportowej koszulce, ale możesz mnie przelecieć, pod warunkiem że najpierw wyłączymy światło. Zgoda? Jestem zbyt wstrząśnięty, żeby coś odpowiedzieć, więc przez dłuższą chwilę stoimy w milczeniu. – Albo nie – dodaje Tiffany i zaczyna płakać. Jestem tak zdezorientowany, że mówię, myślę i martwię się jednocześnie, nie wiedząc właściwie, co zrobić lub powiedzieć. – Posłuchaj, spędziliśmy miły wieczór i uważam, że jesteś naprawdę ładna, ale ja mam żonę – mówię i na dowód tego pokazuję jej obrączkę. – A ja męża – odpowiada i unosi lewą dłoń, na której połyskuje brylant.


Pamiętam, co Ronnie powiedział o śmierci męża Tiffany, a to oznacza, że jest wdową, a nie mężatką, jednak nie mówię tego, ponieważ ćwiczę bycie miłym, a nie stawianie na swoim. Nauczyłem się tego na terapii i Nikki z pewnością będzie ze mnie zadowolona. To, że Tiffany wciąż nosi obrączkę, bardzo mnie zasmuca. Nagle ona zupełnie bez uprzedzenia obejmuje mnie, wtulając twarz w moją pierś, i wyciera makijaż w moją koszulkę. Nie lubię, gdy dotyka mnie ktoś inny niż Nikki i naprawdę nie chcę, żeby Tiffany zabrudziła mi koszulkę, którą podarował mi mój wspaniałomyślny brat – koszulkę z prawdziwymi haftowanymi literami i cyframi – ale z zaskoczeniem odkrywam, że ja także przytulam Tiffany. Opieram brodę na jej błyszczących czarnych włosach, wdycham jej perfumy i wkrótce sam zaczynam płakać, co mnie przeraża. Płaczemy razem przez co najmniej dziesięć minut, po czym Tiffany mnie puszcza i ucieka na tył domu rodziców. Kiedy w końcu docieram do domu, tata ogląda


telewizję. Orły rozgrywają z Jetsami przedsezonowy mecz, o którym nie wiedziałem. Nawet na mnie nie patrzy, pewnie dlatego, że jestem teraz takim kiepskim kibicem. Mama informuje mnie o tym, że dzwonił Ronnie w jakiejś pilnej sprawie i że prosi, bym natychmiast do niego oddzwonił. – Co się stało? Chodzi o twoją koszulkę? C z y t o t u s z d o r z ę s? – pyta mama, a kiedy nie odpowiadam, mówi: – Lepiej oddzwoń do Ronniego. Ja jednak kładę się na łóżku w swoim pokoju i aż do wschodu słońca gapię się w sufit.


Wypełnione wrzącą lawą

Jedyne zdjęcie Nikki, jakie mam, to portret. Żałuję, że nigdy jej nie powiedziałem, jak bardzo mi się on podoba. Zamówiła to zdjęcie u zawodowego fotografa, a przed sesją udała się do pobliskiego salonu piękności, by zrobić sobie fryzurę i makijaż. Tydzień wcześniej chodziła też do solarium, ponieważ mam urodziny pod koniec grudnia, a to zdjęcie podarowała mi na dwudzieste ósme urodziny. Głowa Nikki jest odwrócona tak, że w obramowaniu jasnorudych loków bardziej widać lewy niż prawy policzek. Na zdjęciu widoczne jest też jej lewe ucho. Włożyła brylantowe kolczyki, które podarowałem jej z okazji pierwszej rocznicy naszego ślubu. Była w solarium po to, by uwydatniły się jej piegi na nosie, które uwielbiam i za którymi tak tęsknię zimą. Jej piegi na zdjęciu są bardzo wyraźne. Nikki powiedziała, że właśnie o to jej chodziło – poinstruowała nawet fotografa, żeby skupił się właśnie na nich, ponieważ


uwielbiam jej letnie piegi. Jej twarz przypomina odwrócony trójkąt, ponieważ ma dość spiczasty podbródek. Ma nos jak lwica, długi i królewski, a oczy w odcieniu trawy. Na zdjęciu wydyma wargi tak jak lubię – to coś pośredniego między uśmiechem a grymasem – jej usta są tak lśniące, że nie mogę się powstrzymać i za każdym razem, kiedy na patrzę na to zdjęcie, całuję je. Więc znowu całuję zdjęcie, czując chłód szkła, i zostawiam na nim rozmazany ślad, który wycieram rękawem koszuli. – Boże, tak bardzo za tobą tęsknię, Nikki – mówię, ale fotografia jak zwykle milczy. – Przepraszam, że na początku nie podobało mi się to zdjęcie. Nie uwierzyłabyś, jak bardzo je teraz lubię. Dawniej, kiedy nie byłem miły i skupiałem się raczej na tym, żeby postawić na swoim, powiedziałem, że to niezbyt udany prezent. Owszem, prosiłem cię o nowy grill, ale teraz cieszę się, że mam ten portret, ponieważ pomógł mi on przetrwać czas spędzony w niedobrym miejscu i stać się lepszym człowiekiem. Zmieniłem się i teraz nie dość, że zdaję sobie sprawę z tego, że włożyłaś w ten prezent tyle starań, to


jeszcze to d o c e n i a m. To twoja jedyna podobizna, jaką mam, po tym, jak jakiś zły człowiek ukradł z domu wszystkie nasze zdjęcia. Były w drogich ramkach i… Nagle przypominam sobie, że jest jeszcze film z naszego ślubu, na którym Nikki chodzi, tańczy i mówi. Jest tam nawet fragment, kiedy Nikki zwraca się do kamery, tak jakby przemawiała do mnie. „Kocham cię, Pacie Peoples, ty ogierze”, mówi. Kiedy oglądaliśmy ten film z jej rodzicami, strasznie się śmiałem. Pukam do pokoju rodziców, odczekuję, a po chwili pukam jeszcze raz. – Pat? – Słyszę głos mamy. – Rano idę do pracy – krzyczy tata, ale nie zwracam na niego uwagi. – Mamo? – mówię do drzwi. – Co się dzieje? – Gdzie jest film z mojego ślubu? Cisza. – Wiesz który, prawda? Mama wciąż milczy.


– Jest w szafce w salonie? W pudle, tam gdzie reszta filmów? Przez drzwi słyszę, jak mama i tata szepczą, a po chwili mama mówi: – Wydaje mi się, że oddaliśmy ci ten film, kochanie. Musi być w twoim dawnym domu. Przykro mi. – Co? Nie, jest na dole, w szafce w salonie. Nieważne, sam poszukam. Dobranoc – mówię, jednak kiedy przeszukuję karton z filmami, nie mogę go znaleźć. Odwracam się i zauważam mamę, która przyszła za mną do salonu. Ma na sobie koszulę nocną. Obgryza paznokcie. – Gdzie jest ta kaseta? – Daliśmy ci… – Nie kłam! – No to najwidoczniej gdzieś ją posialiśmy, ale prędzej czy później się znajdzie. – Posialiście ją? Przecież to jedyna kopia! – To tylko kaseta wideo, ale nie mogę zapanować nad gniewem, co właśnie stanowi jeden z moich głównych problemów. – Jak mogliście ją zgubić, wiedząc, ile dla mnie znaczy? Jak?


– Uspokój się, Pat. – Mama unosi dłonie, tak że znajdują się teraz na wysokości jej piersi i robi ostrożny krok w moją stronę, jak gdyby podchodziła do wściekłego psa. – Odpręż się, Pat. Odpręż się. Ja jednak czuję, jak mój gniew wzrasta, więc zanim zdążę powiedzieć lub zrobić coś głupiego, przypominam sobie, że jeśli posunę się o krok za daleko, to wrócę do niedobrego miejsca, gdzie Nikki nigdy mnie nie znajdzie. Mijam mamę i gwałtownie wybiegam z salonu, a następnie schodzę do piwnicy, gdzie robię pięćset brzuszków na przyrządzie Stomach Master 6000. Kiedy kończę, wciąż jestem wściekły, więc przez czterdzieści pięć minut pedałuję na rowerku stacjonarnym, a następnie aplikuję sobie serię shotów wody. Kiedy jestem już dobrze nawodniony, robię pięćset pompek. Dopiero gdy czuję, że moje mięśnie wypełnione są wrzącą lawą, jestem na tyle spokojny, że mogę zasnąć. Kiedy idę do górę, wokół panuje cisza, a spod drzwi sypialni rodziców nie sączy się światło, więc biorę ramkę ze zdjęciem Nikki, zabieram ją na poddasze, wyłączam


wentylator, wślizguję się do śpiwora, wyobrażam sobie Nikki, to, jak całuję ją na dobranoc, i zaczynam wypacać kilogramy. Nie byłem na poddaszu od czasu, kiedy odwiedził mnie Kenny G. Boję się, że wróci, ale czuję się gruby. Zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, a rano budzę się cały i zdrowy.


Ponieść porażkę jak Dimmesdale

Być może purytanie byli po prostu głupsi od współczesnych ludzi, ale i tak trudno wprost uwierzyć, ile czasu potrzebowali siedemnastowieczni bostończycy, by pojąć, że ich duchowy przywódca zapłodnił miejscową latawicę. Rozwiązałem tę tajemnicę już w rozdziale ósmym, kiedy Hester zwraca się do Dimmesdale’a słowami: „Ty przemów za mną”[3]. Szkarłatna litera Hawthorne’a była naszą lekturą w liceum i gdybym wiedział, ile w tej książce seksu i matactwa, pewnie przeczytałbym ją jako szesnastolatek. Boże, nie mogę się doczekać, by zapytać Nikki, czy na zajęciach skupia się na pikantnych szczegółach – jestem pewien, że gdyby tak było, uczniowie rzeczywiście sięgnęliby po tę książkę. Dimmesdale nie przypadł mi do gustu, ponieważ miał taką wspaniałą kobietę i odmówił sobie prawa do życia z nią. Owszem, rozumiem, że niełatwo byłoby mu się wytłumaczyć


z tego, iż zapłodnił nastoletnią żonę innego mężczyzny – nie wspominając o tym, że był duchownym – ale Hawthorne wciąż podkreśla, iż czas leczy rany, o czym Dimmesdale przekonuje się zbyt późno. Poza tym wydaje mi się, że Bóg chciałby, by Pearl miała ojca i pewnie uznał lekceważenie, z jakim Dimmesdale traktuje córkę, za większy grzech niż to, że współżył z żoną innego mężczyzny. Jeśli chodzi o Chillingwortha, to współczuję mu, i to b a r d z o. Przecież wysyła swoją młodą żonę do Nowego Świata, chcąc jej zapewnić lepsze życie, a ona zachodzi w ciążę z innym mężczyzną – co może być bardziej poniżającego? Jest jednak stary, wstrętny i właściwie nie wiadomo, dlaczego ożenił się z młodą dziewczyną. Kiedy zaczyna znęcać się psychicznie na Dimmesdalem i daje mu te wszystkie dziwne korzonki i zioła, przywodzi mi na myśl doktora Timbersa i jego personel. Wtedy zdaję sobie sprawę, że nie miał najmniejszego zamiaru ćwiczyć bycia miłym, więc przestaję w niego wierzyć. Przepadam jednak za Hester, ponieważ ona wierzy w pozytywne myślenie. Nawet kiedy przeciwko niej zwraca


się tłum odrażających brodatych dziadów w kapeluszach i grubych bab straszących, że wypalą jej na czole piętno, nie poddaje się – szyje i kiedy tylko może, pomaga innym ludziom, starając się przy tym jak najlepiej wychować córkę, mimo że Pearl okazuje się dość demonicznym dzieckiem. Choć koniec końców Hester nie ma szansy na związek z Dimmesdalem – co moim zdaniem jest dużą wadą książki– mam wrażenie, że czuje się jednak spełniona. Patrzy, jak jej córka dorasta i dobrze wychodzi za mąż, a to bardzo miłe. Zdałem sobie sprawę, że nikt nie doceniał prawdziwej Hester do czasu, aż było już za późno. Kiedy najbardziej potrzebowała pomocy, nikogo obok niej nie było, i dopiero gdy ofiarowała swą pomoc innym, wszyscy ją pokochali. To oznacza, że należy doceniać dobre kobiety, które ma się wokół siebie, zanim będzie za późno, a to przesłanie, którym warto się dzielić z licealistami. Żałuję, że mój nauczyciel z liceum mnie tego nie nauczył, ponieważ z pewnością po ślubie inaczej traktowałbym Nikki. Chociaż może jest to coś, czego człowiek uczy się na własnej skórze – ponieść porażkę jak Dimmesdale, i chyba tak jak ja.


Scena pierwszego spotkania Dimmesdale’a i Hester w mieście sprawiła, że zamarzyłem o tym, by rozłąka dobiegła końca, bym mógł tak stanąć wraz z Nikki w jakimś publicznym miejscu i przeprosić ją za to, że kiedyś byłem takim dupkiem. Później opowiedziałbym jej o swoich przemyśleniach na temat słynnej powieści Hawthorne’a, co z pewnością by ją ucieszyło. Będzie pod wrażeniem, kiedy się dowie, że przeczytałem książkę napisaną archaiczną angielszczyzną. [3] Nathaniel Hawthorne, Szkarłatna litera, przeł. Bronisława Bałutowa, Warszawa 1987, s. 84.


Lubisz zagraniczne filmy?

Cliff pyta mnie o przyjęcie u Veroniki w sposób, który sugeruje, że mama już to z nim omówiła – pewnie chciała, by przekonał mnie do noszenia koszul z kołnierzykiem, które kupiła mi w GAP-ie i które tak uwielbia, w przeciwieństwie do mnie. Kiedy siadam w fotelu, Cliff porusza tę kwestię, ściskając podbródek – robi to zawsze, kiedy zadaje mi pytanie, na które moja mama już odpowiedziała. Rozpoznaję już blef Cliffa, ale nie mogę się doczekać, by powiedzieć mu, iż miał rację w sprawie koszulki, którą dostałem od brata. O dziwo, Cliff wcale nie chce rozmawiać o ciuchach, które włożyłem. Chce porozmawiać o Tiffany i wciąż pyta, co o niej myślę, jak się przy niej czuję i czy jej towarzystwo sprawia mi przyjemność. Z początku uprzejmie odpowiadam, że Tiffany jest miła, ładnie się ubiera i ma zgrabne ciało, jednak Cliff chce wyciągnąć ode mnie prawdę – wszyscy terapeuci tak robią, bo


mają jakby paranormalne umiejętności, które pozwalają im przejrzeć pacjenta na wylot. Wiedzą, że w końcu zmęczy się gadaniem i wyzna prawdę. Wreszcie się przełamuję: – Chodzi o to, że… Niechętnie to mówię, ale… Tiffany jest dość zdzirowata. – Co masz na myśli? – To, że Tiffany to dziwka. Cliff przesuwa się na brzeg krzesła. Jest zaskoczony i tak zmieszany, że i mnie się to udziela. – Na czym opierasz tę obserwację? Była wyzywająco ubrana? – Nie. Już mówiłem. Miała ładną sukienkę. Ale kiedy tylko skończyliśmy jeść deser, poprosiła, żebym odprowadził ją do domu. – A co w tym złego? – Nic. Jednak pod koniec spaceru poprosiła, żebym odbył z nią stosunek płciowy. Oczywiście nie powiedziała tego tymi słowami. Cliff puszcza podbródek, opiera się o fotel i mówi:


– Aha. – Wiem. Mną też to wstrząsnęło. Przecież ona wie, że mam żonę. – I zrobiłeś to? – Co? – Odbyłeś stosunek z Tiffany? Z początku nie rozumiem, ale kiedy słowa Cliffa w końcu do mnie docierają, ogarnia mnie złość. – Nie! – Dlaczego nie? Nie mogę uwierzyć, że Cliff naprawdę zadał mi takie pytanie – zwłaszcza że on sam jest szczęśliwy w małżeństwie – jednak decyduję się zaszczycić jego pytanie odpowiedzią: – Ponieważ kocham moją żonę! Dlatego! – Tak myślałem – mówi, co trochę mnie pociesza. Sprawdza tylko, czy mam zasady, a ja doskonale to rozumiem, ponieważ ludzie przebywający poza szpitalami psychiatrycznymi powinni kierować się twardymi zasadami, tak by świat funkcjonował bez większych przeszkód. Wtedy


przybędzie szczęśliwych zakończeń. Po chwili mówię: – Nie wiem nawet, dlaczego Tiffany zaproponowała mi seks. Żebym chociaż był atrakcyjny… Ona jest ładna i bez trudu znalazłaby sobie kogoś lepszego. Co o tym myślisz? – Nie wiem, czy jest nimfomanką, czy nie – odpowiada – ale ludzie często mówią i robią różne rzeczy, ponieważ wydaje im się, że inni tego od nich oczekują. Może Tiffany wcale nie chciała się z tobą przespać, ale zaproponowała ci to, sądząc, że uznasz to za cenne, a przez to będziesz cenić także i ją. Przez chwilę analizuję jego teorię i mówię: – A więc według ciebie Tiffany wydawało się, że t o j a chcę się z nią przespać? – Niekoniecznie. – Znów ściska podbródek. – Twoja matka powiedziała mi, że kiedy wróciłeś do domu, na twojej koszulce widać było ślady makijażu. Mogę spytać, co się stało? Niechętnie – bo nie lubię plotkować – mówię mu o obrączce, którą Tiffany wciąż nosi mimo śmierci męża,


a także o tym, jak przytulaliśmy się i płakaliśmy przed domem jej rodziców. Cliff kiwa głową i mówi: – Wydaje mi się, że Tiffany bardzo potrzebuje przyjaciela. Być może pomyślała, że jeśli się z tobą prześpi, będziesz chciał nim zostać. Powiedz mi jeszcze raz o tym, jak poradziłeś sobie z tą sytuacją. Opowiadam mu szczegółowo, jak doszło do przytulenia i jak pozwoliłem jej wytrzeć tusz w koszulkę Hanka Basketta i… – Skąd masz koszulkę Hanka Basketta? – pyta. – Już mówiłem. Dostałem ją od brata. – Włożyłeś ją na przyjęcie? – Tak, przecież powiedziałeś, że mogę. Zaskakuje mnie, ponieważ uśmiecha się i chichocze. Po chwili dodaje: – Co na to twoi przyjaciele? – Ronnie powiedział, że Hank Baskett rządzi. – Bo Hank Baskett r z ą d z i. Założę się, że w tym sezonie zdobędzie co najmniej siedem przyłożeń.


– Cliff, kibicujesz Orłom? Cliff skanduje: „O!-R!-Ł!-Y! Orły!”, a ja wybucham śmiechem, ponieważ jest moim terapeutą, a ja nie wiedziałem, że terapeuci mogą być kibicami futbolu. – Cóż, teraz, kiedy wiem, że w twoich żyłach także płynie zieleń, będziemy musieli po sesji pogadać o Ptakach. A więc naprawdę pozwoliłeś, by Tiffany wytarła tusz w twoją nowiutką koszulkę Hanka Basketta? – Tak. W dodatku jest to koszulka z wyszywanym numerem, nie dziadostwo z prasowanką. – A u t e n t y c z n a koszulka Hanka Basketta! – mówi z podziwem. – To naprawdę miłe z twojej strony, Pat. Wygląda na to, że Tiffany potrzebowała po prostu, by ktoś ją przytulił, a ty jej to dałeś, bo miły z ciebie facet. Uśmiecham się, ponieważ rzeczywiście staram się być miłym facetem. – Tak, wiem, ale ona teraz wszędzie za mną łazi. – Jak to? Opowiadam więc Cliffowi, że od czasu przyjęcia, kiedy tylko zakładam worek i wychodzę z domu, żeby pobiegać,


Tiffany zawsze czeka na zewnątrz w stroju do biegania i różowej opasce. – Uprzejmie oznajmiłem jej, że nie lubię biegać z innymi ludźmi i poprosiłem, by zostawiła mnie w spokoju, jednak zignorowała moje słowa i przez cały czas trzymała się w odległości półtora metra ode mnie. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Robi to cały czas. Musiała rozpracować mój plan dnia, ponieważ czeka na mnie za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, godzinę przed zachodem słońca, i gdziekolwiek pobiegnę, snuje się za mną jak cień. Biegam szybko, ale ona za mną nadąża. Zapuszczam się w niebezpieczne uliczki, a ona nie daje za wygraną. Nigdy się też nie męczy. Po prostu biegnie za mną do czasu, aż zatrzymam się przed domem. Nawet się ze mną nie wita, ani nie żegna. – Dlaczego nie chcesz, żeby za tobą biegła? – pyta Cliff. Pytam go więc o to, czy jego żonie Sonji byłoby przyjemnie, gdyby jakaś laska biegała za nim krok w krok. Uśmiecha się tak, jak uśmiechają się faceci, kiedy są sami i rozmawiają o kobietach w kontekście seksualnym, po


czym mówi: – Uważasz, że Tiffany to laska? – Jestem zaskoczony, ponieważ nie wiedziałem, że terapeuci mogą mówić w sposób, w jaki faceci rozmawiają ze swoimi kumplami, i zastanawiam się, czy to oznacza, że Cliff uważa mnie za swojego kumpla. – Jasne, że tak – odpowiadam. – Ale ja mam żonę. Chwyta się za podbródek i mówi: – Kiedy ostatni raz widziałeś Nikki? Odpowiadam, że nie wiem. – Może kilka miesięcy temu – mówię. – Naprawdę w to wierzysz? – pyta, znów dotykając brody. Potwierdzając, uświadamiam sobie, że krzyczę. Wyrywa mi się nawet słowo na „k”. Czuję się paskudnie, ponieważ Cliff rozmawiał ze mną jak z przyjacielem, a ludzie przy zdrowych zmysłach nie powinni wrzeszczeć na przyjaciół ani ich wyzywać. – Przepraszam – mówię, kiedy zauważam, że na twarzy Cliffa maluje się strach. – Nie szkodzi – odpowiada i zmusza się do uśmiechu. –


Powinienem wiedzieć, że naprawdę wierzysz w to, co mi mówisz. – Przez chwilę drapie się po głowie. – Moja żona uwielbia zagraniczne filmy. A ty lubisz zagraniczne filmy? – Z napisami? – Tak. – Nienawidzę takich filmów. – Ja też – odpowiada Cliff. – Głównie dlatego, że… – Nie ma w nich szczęśliwych zakończeń. – Właśnie – potwierdza Cliff, wskazując śniadym palcem na moją twarz. – Większość z nich jest bardzo przygnębiająca. Przytakuję mu, energicznie kiwając głową, chociaż od dłuższego czasu nie widziałem i nie zobaczę żadnego filmu – czekam, aż wróci Nikki – ponieważ teraz oglądam film, którym jest moje życie. – Kiedyś moja żona ciągle marudziła, że nie zabieram jej na zagraniczne filmy z napisami – mówi Cliff. – Miałem wrażenie, że codziennie mnie o to prosi. W końcu się złamałem i zacząłem ją zabierać. W każdą środę wieczorem szliśmy do kina Ritz na jakiś przygnębiający film. I wiesz co?


– Co? – Po roku po prostu przestaliśmy na nie chodzić. – Dlaczego? – Przestała mnie o to prosić. – Dlaczego? – Nie wiem. Ale być może jeśli zainteresujesz się Tiffany i kilka razy zaproponujesz, żebyście pobiegali razem, po kilku tygodniach zmęczy się tym pościgiem i zostawi cię w spokoju. Daj jej to, czego chce, a może wkrótce przestanie tego pragnąć. Rozumiesz? Rozumiem, ale wolę się upewnić. – Naprawdę myślisz, że to może zadziałać? – pytam. Cliff wzrusza ramionami w sposób, który każde mi sądzić, że tak właśnie uważa.


Będziemy sobie jeść płatki

Kiedy wracamy samochodem od Cliffa, pytam mamę, czy uważa, że zaproszenie Tiffany na randkę będzie najlepszym sposobem, żeby się jej pozbyć, na co mama odpowiada: – Nie powinieneś chcieć się nikogo pozbywać. Potrzebujesz przyjaciół, Pat. Jak każdy. Nic nie odpowiadam. Obawiam się, że mama chce, bym zakochał się w Tiffany, ponieważ zawsze, kiedy nazywa ją moją przyjaciółką, uśmiecha się, a jej oczy wypełnione są nadzieją, co bardzo mnie denerwuje, ponieważ mama jest jedyną osobą, która nie czuje nienawiści do Nikki. Wiem też, że kiedy wychodzę, żeby pobiegać, mama wygląda przez okno – kiedy wracam, droczy się ze mną, mówiąc: – Znów widziałam twoją p r z y j a c i ó ł k ę. Mama zatrzymuje się na podjeździe, gasi silnik i mówi: – Gdybyś chciał zabrać swoją p r z y j a c i ó ł k ę na


kolację, mogę pożyczyć ci pieniądze. – Sposób, w jaki wypowiada słowo „przyjaciółka”, sprawia, że przechodzą mnie ciarki. Nic nie odpowiadam, a mama robi coś bardzo dziwnego. Zaczyna chichotać. Kończę ostatnią tego dnia serię podnoszenia ciężarów i wkładam worek na śmieci, a następnie zaczynam się rozciągać na trawniku przed domem. Widzę, że Tiffany truchtem przemierza długość ulicy, przy której mieszkają moi rodzice, w tę i z powrotem, czekając, aż zacznę biec. Mówię sobie, że powinienem zaprosić ją na kolację, żeby raz na zawsze skończyć z tym szaleństwem i znów móc biegać samotnie, jednak zamiast tego ruszam truchtem, a Tiffany podąża za mną. Mijam liceum, wbiegam na Collings Avenue i kieruję się w stronę Black Horse Pike. Skręcam w lewo, potem jeszcze raz w lewo w Oaklyn i zbaczam w Kendall Boulevard. Mijam gimnazjum Oaklyn oraz bar Manor, dobiegam do White Horse Pike, skręcam w prawo, potem w lewo w Cuthbert, a na koniec w Westmont. Kiedy dobiegam do restauracji Crystal Lake, odwracam się i biegnę w miejscu.


Tiffany także truchta w miejscu, wpatrując się w swoje stopy. – Hej – rzucam. – Zjesz ze mną kolację w tej restauracji? – Dzisiaj? – mówi, nie podnosząc wzroku. – Tak. – O której? – Musimy tu przyjść pieszo, bo nie wolno mi jeździć samochodem. – O której? – Będę pod twoim domem o wpół do ósmej. Dzieje się coś niesamowitego: Tiffany po prostu odwraca się i odbiega, a ja nie mogę uwierzyć, że w końcu zostawiła mnie w spokoju. Jestem tak szczęśliwy, że zmieniam trasę i biegnę dwadzieścia pięć kilometrów zamiast piętnastu, a kiedy słońce w końcu zachodzi, chmury okala świetlista otoczka. Biorę to za dobry znak. W domu mówię mamie, że potrzebuję pieniędzy, żeby zabrać Tiffany na kolację. Mama bierze torebkę z kuchennego stołu, próbując ukryć uśmiech. – Gdzie ją zabierasz?


– Do restauracji Crystal Lake. – Więc czterdzieści dolarów powinno wystarczyć, prawda? – Chyba tak. – Położę ci je na blacie. Biorę prysznic, smaruję się dezodorantem i pryskam wodą kolońską taty, a następnie wkładam płócienne spodnie i ciemnozieloną koszulę, którą mama kupiła mi wczoraj w GAP-ie. Z jakiegoś powodu kompletuje mi całą garderobę, a każdy ciuch pochodzi właśnie z tego sklepu. Kiedy schodzę na dół, mama mówi, że powinienem wpuścić koszulę w spodnie i założyć pasek. – Dlaczego? Właściwie to nie zależy mi na tym, żeby wyglądać porządnie. Chcę się po prostu raz na zawsze pozbyć Tiffany. Kiedy jednak mama mówi: „Proszę”, przypominam sobie, że staram się być miły, a nie stawiać na swoim, i że jestem to winny mamie, ponieważ wydostała mnie z niedobrego miejsca. Idę więc na górę i zakładam brązowy skórzany pasek, który kupiła mi na początku tygodnia.


Mama wchodzi do mojego pokoju z pudełkiem na buty i mówi: – Włóż eleganckie skarpetki i przymierz je. Otwieram pudełko i widzę w środku eleganckie brązowe mokasyny. – Jake mówi, że takie buty mężczyźni noszą teraz na co dzień. – Wkładam je, a kiedy spoglądam w lustro, dostrzegam, jak bardzo zeszczuplałem w pasie i mam wrażenie, że wyglądam niemal tak szykownie jak mój młodszy brat. Chowam czterdzieści dolarów do kieszeni i przechodzę przez Knight’s Park, kierując się w stronę domu rodziców Tiffany. Stoi na zewnątrz, czekając na mnie na chodniku, ale zauważam, że jej mama podgląda nas przez okno. Kiedy nawiązuję z nią kontakt wzrokowy, Pani Webster chowa się za zasłonkę. Tiffany nawet się ze mną nie wita i zaczyna iść, nie czekając, aż się zatrzymam. Ma na sobie różową spódnicę do kolan i czarny ażurowy sweter. Sandały na koturnie dodają jej wzrostu, a napuszone wokół uszu włosy sięgają jej do ramion. Użyła sporo kredki do oczu, a jej usta są strasznie różowe, ale


muszę przyznać, że wygląda świetnie. Postanawiam jej o tym powiedzieć. – Wyglądasz dziś naprawdę ładnie. – Podobają mi się twoje buty – odpowiada, a potem przez pół godziny idziemy bez słowa. W restauracji siadamy naprzeciw siebie, a kelnerka podaje nam wodę. Tiffany zamawia herbatę, a ja stwierdzam, że woda wystarczy. Czytam menu i martwię się, czy wystarczy mi pieniędzy. To dość niemądre, ponieważ mam przy sobie dwie dwudziestki, a większość dań kosztuje tu mniej niż dziesięć dolarów, nie wiem jednak, co zamówi Tiffany – może będzie miała ochotę na deser? – a trzeba jeszcze dać napiwek. Nikki nauczyła mnie dawać duży napiwek. Mówi, że kelnerki ciężko pracują za nędzne pieniądze. Nikki wie, co mówi, ponieważ przez całe studia – kiedy byliśmy jeszcze na uniwersytecie La Salle – pracowała jako kelnerka. Teraz, kiedy chodzę do restauracji, zawsze zostawiam duży napiwek, starając się nadrobić czas, kiedy kłóciłem się z Nikki o każdego dolara. Twierdziłem wtedy, że piętnaście procent w zupełności wystarczy, ponieważ mnie nikt nie daje


napiwków, niezależnie od tego, jak dobrze wykonuję swoją pracę. Dziś wierzę w duże napiwki, ponieważ staram się być miły, a nie stawiać na swoim. Czytając menu, myślę: „A co, jeśli nie starczy mi pieniędzy na hojny napiwek?”. Martwię się o to tak bardzo, że nie słyszę, co zamówiła Tiffany. Nagle kelnerka zwraca się do mnie: – Co dla pana? Kiedy odkładam menu, zarówno Tiffany, jak i kelnerka wyglądają na zatroskane. Mówię więc: „Płatki śniadaniowe”, ponieważ przypominam sobie, że płatki kosztują tylko dwa dolary i dwadzieścia pięć centów. – Z mlekiem? – Ile kosztuje mleko? – Siedemdziesiąt pięć centów. Dochodzę do wniosku, że mnie na to stać. – Poproszę – mówię i oddaję menu kelnerce. – To wszystko? Kiwam głową. Kelnerka głośno wzdycha i zostawia nas samych. – Co zamówiłaś? Nie dosłyszałem – mówię do Tiffany,


starając się, by mój głos brzmiał uprzejmie, jednak w rzeczywistości martwię się, że nie starczy mi pieniędzy na porządny napiwek. – Tylko herbatę – mówi i oboje wyglądamy przez okno na parking. Kiedy kelnerka podaje mi płatki śniadaniowe, otwieram małe pudełeczko i wsypuję je do miski, którą restauracja zapewnia gratis. Mleko serwują tu w niewielkim dzbanuszku. Polewam nim ciemne płatki i rodzynki. Przesuwam miskę na środek stołu i pytam Tiffany, czy pomoże mi zjeść płatki. – Jesteś pewien? – pyta, a kiedy kiwam głową, podnosi swoją łyżkę i oboje zabieramy się do jedzenia. Kiedy dostajemy rachunek, na kartce widnieje kwota czterech dolarów i pięćdziesięciu dziewięciu centów. Wręczam kelnerce dwie dwudziestki, a kobieta wybucha śmiechem, kręci głową i mówi: – Wydać? Kiedy zaprzeczam, uznając, że Nikki chciałaby, żebym dał kobiecie duży napiwek, kelnerka mówi do Tiffany: – Skarbie, nie doceniłam go. Zajrzyjcie tu do nas


jeszcze, dobrze? Widzę, że kobieta jest usatysfakcjonowana swoim napiwkiem, ponieważ niemal w podskokach podchodzi do kasy. W drodze powrotnej Tiffany się nie odzywa, więc ja także nic nie mówię. Kiedy docieramy do jej domu, mówię, że świetnie się bawiłem. – Dzięki – mówię i wyciągam dłoń, tak by Tiffany nie zrozumiała mnie źle. Spogląda na moją rękę, po czym podnosi wzrok, ale jej nie ściska. Przez chwilę boję się, że znów zacznie płakać, ona jednak mówi: – Pamiętasz, jak powiedziałam, że możesz mnie przelecieć? Powoli kiwam głową, żałując, że pamiętam to tak dobrze. – No więc wcale tego nie chcę, Pat. Rozumiesz? – Rozumiem. Znika za domem rodziców, a ja znów zostaję sam. Kiedy docieram do domu, podekscytowana mama pyta,


co jedliśmy, a kiedy mówię, że płatki, śmieje się i docieka: „Pytam poważnie. Co jedliście?”. Ignoruję ją, idę do pokoju i zamykam drzwi. Kładę się na łóżku, biorę zdjęcie Nikki i opowiadam jej o swojej randce – o tym, jak dałem kelnerce porządny napiwek, o tym, jak smutna wydaje się Tiffany i o tym, że nie mogę się doczekać końca rozłąki. Wtedy ja i Nikki będziemy sobie jeść płatki w jakiejś restauracji, a potem pójdziemy na spacer w chłodnym, wczesnojesiennym powietrzu… I znów zaczynam płakać. Chowam twarz i łkam w poduszkę, tak by nie usłyszeli mnie rodzice.


Śpiewam, układam ciało w litery i skanduję

Wstaję o czwartej trzydzieści i zabieram się do podnoszenia ciężarów, by zdążyć na początek meczu, a kiedy w końcu wychodzę z piwnicy, w całym domu pachnie przysmakami krabowymi, pizzą z trzema rodzajami mięsa i pikantnymi skrzydełkami. – Pachnie wspaniale – mówię do mamy, zakładając worek na śmieci, po czym wychodzę na piętnastokilometrową przebieżkę. Jestem zaskoczony, kiedy widzę, że Tiffany biega w tę i z powrotem po ulicy, ponieważ wczoraj mnie nie śledziła. Poza tym dziś wybrałem się pobiegać rano, co jest dla mnie dość nietypowe. Biegnę w stronę Knight’s Park, a kiedy oglądam się przez ramię, widzę za sobą Tiffany. – Skąd wiedziałaś, że dziś będę trenował wcześniej? – mówię, ona jednak nie podnosi głowy i biegnie za mną


w milczeniu. Po pokonaniu piętnastu kilometrów wracam do domu, a Tiffany biegnie dalej bez słowa, jak gdybyśmy nigdy nie jedli razem płatków w restauracji i jak gdyby nic się nie zmieniło. Na podjeździe rodziców widzę srebrne bmw mojego brata, więc wślizguję się do domu tylnymi drzwiami, wbiegam na górę i wskakuję pod prysznic. Po kąpieli wkładam koszulkę Hanka Basketta – którą mama wyprała, wywabiając ślady tuszu z numerów – a następnie schodzę do salonu, skąd dobiegają głosy telewizyjnych ekspertów, wypowiadających się w studiu przed meczem. Jestem gotowy kibicować Orłom. Mój najlepszy przyjaciel Ronnie siedzi tuż obok mojego brata, co jest dla mnie zaskoczeniem. Obaj mają na sobie zielone koszulki – takie, jakie zawodnicy wkładają na mecze wyjazdowe – z numerem osiemnaście i nazwiskiem Stallworth na plecach. Koszulka Ronniego to tania imitacja z naprasowanymi cyframi, ale ta, którą ma na sobie Jake, jest autentyczna. Tata, który siedzi w swoim fotelu, ma na sobie imitację koszulki z numerem pięć i nazwiskiem McNabba.


Kiedy mówię: „Do boju, Orły!”, mój brat wstaje, zwraca się do mnie, unosi ramiona w górę i woła: „Aaa!”. Po chwili Ronnie i tata także wstają, odwracają się ku mnie, podnoszą ręce i wołają: „Aaa!”. W końcu i ja wyciągam ręce, wołając: „Aaa!”, po czym cała nasza czwórka skanduje nazwę drużyny, układając litery ze swoich ciał – „O!-R!-Ł!-Y! Orły!” – stykając palce nad głową, by powstała litera O, podnosząc ramiona tak, by stworzyły literę Y, i tak dalej. Po wszystkim mój brat obchodzi kanapę, obejmuje mnie ramieniem i zaczyna śpiewać hymn drużyny, który pamiętam, więc przyłączam się do śpiewu. „W górę, Orły, w górę! Śpiewamy zgodnym chórem!”. Śpiewając z bratem, czuję się tak szczęśliwy, że nawet się na niego nie gniewam za to, że mnie objął. Chodzimy wokół kanapy i ryczymy: „Dalej, Orły, dalej! O puchar walczcie wytrwale!”. Spoglądam na tatę. Nie odwraca wzroku i zaczyna śpiewać z jeszcze większym zapałem. Ronnie obejmuje mnie ramieniem, tak że stoję teraz pomiędzy bratem i najlepszym przyjacielem. „W drodze po zwycięstwo – pierwsze, drugie, trzecie!”. Zauważam, że mama przyszła popatrzeć i że zakryła usta dłonią, jak zawsze, kiedy


chce jej się śmiać lub płakać. W jej oczach widzę radość, więc wiem, że się śmieje. „Okażcie swoje męstwo! Orły najlepsze są na świecie”. Ronnie i Jake mnie puszczają, by znów ułożyć litery ze swoich ciał. „O!-R!-Ł!-Y! Orły!”. Jesteśmy zaczerwienieni, a tata głośno sapie, jednak wszyscy czujemy się szczęśliwi. Po raz pierwszy naprawdę wiem, że jestem w domu. Mama stawia jedzenie na rozkładanych stolikach i zaczyna się mecz. – Nie powinienem pić – mówię, kiedy mama rozdaje nam butelki budweisera. – W czasie meczu Orłów możesz się napić piwa – rzuca tata. Mama wzrusza ramionami, uśmiecha się i wręcza mi zimne piwo. Pytam brata i Ronniego, dlaczego nie włożyli koszulek Hanka Basketta, skoro przecież Baskett rządzi, ale mówią, że Orły kupiły nowego zawodnika, Dontégo Stallwortha, i że teraz to D o n t é S t a l l w o r t h rządzi. Ponieważ mam na sobie koszulkę Basketta, upieram się, że to Baskett rządzi, na co tata wypuszcza powietrze przez zęby,


a mój arogancki brat odpowiada, że jeszcze zobaczymy. To trochę dziwne, zważywszy, że przecież to on dał mi koszulkę Basketta i zaledwie dwa tygodnie temu przekonywał mnie, że Baskett rządzi. Mama jak zwykle denerwuje się, oglądając mecz, ponieważ wie, że jeśli Orły przegrają, przez cały tydzień będzie musiała znosić zły nastrój taty i jego wrzaski. Ronnie i Jake wymieniają się informacjami na temat poszczególnych zawodników, a na ekranach telefonów sprawdzają najświeższe doniesienia o meczach i sportowcach – obaj grają w Fantasy Football, czyli grę komputerową polegającą na tym, że zbiera się punkty za wybranie zawodników, którzy zdobędą największą ilość przyłożeń i pokonają największą liczbę jardów w kierunku pola punktowego drużyny przeciwnej. Od czasu do czasu zerkam na tatę – chcę, by widział, jak kibicuję drużynie, ponieważ wiem, że zgodzi się siedzieć w jednym pokoju ze swoim nienormalnym synem tylko wtedy, jeśli z całych sił będę wspierał Orły. Muszę przyznać, że dobrze jest przebywać w tym samym pokoju co tata, mimo że mnie nienawidzi i że wciąż jeszcze nie do końca mu wybaczyłem,


że tamtej nocy na poddaszu skopał mnie i uderzył pięścią w twarz. Pierwsze punkty zdobywają Teksańczycy z Houston, a tata zaczyna dość głośno przeklinać, więc mama wychodzi z pokoju, mówiąc, że idzie po świeże piwo. Ronnie wpatruje się w telewizor, udając, że nie dosłyszał tego, co powiedział tata, a co brzmiało tak: „Co jest, do cholery! Czy ten przepłacany tylny obrońca nie umie bronić? Przecież to Teksańczycy, a nie jakieś pieprzone cheerleaderki! Teksańczycy, kurwa jego mać!” – Spokojnie, tato – mówi Jake. – Poradzimy sobie. Mama rozdaje nam butelki, a tata przez chwilę w milczeniu sączy piwo, jednak kiedy McNabb traci piłkę, tata zaczyna wymachiwać palcem w stronę telewizora i jeszcze głośniej przeklinać, obrzucając McNabba przekleństwami, które doprowadziłyby mojego przyjaciela Danny’ego do szału, ponieważ Danny mówi, że tylko czarnoskórzy mogą mówić na siebie „czarnuchy”. Na szczęście okazuje się, że Donté Stallworth faktycznie rządzi, ponieważ kiedy McNabb zaczyna do niego


podawać, Orły budują przewagę, a tata przestaje przeklinać i znów się uśmiecha. W przerwie meczu Jake namawia tatę, żeby wyszedł z nami przed dom i wkrótce cała nasza czwórka rzuca sobie piłkę na ulicy. Jeden z naszych sąsiadów wychodzi wraz z synem, a my pozwalamy im się przyłączyć. Dzieciak ma zaledwie dziesięć lat i piłka, którą rzuca ze swojej linii jardów do nas nie dolatuje, ale ponieważ ma na sobie zieloną koszulkę, wciąż mu ją odrzucamy. Za każdym razem wypuszcza ją z rąk, jednak i tak mu kibicujemy. Chłopak uśmiecha się radośnie, a jego ojciec łapie nasze spojrzenia i z wdzięcznością kiwa głową. Jake i ja stoimy najdalej od siebie, więc posyłamy sobie długie podania, i często musimy sporo podbiec, żeby złapać piłkę. Żaden z nas ani razu jej nie upuszcza, ponieważ jesteśmy bardzo wysportowani. Tata głównie stoi i pije piwo, ale od czasu do czasu posyłamy mu łatwe piłki, które chwyta jedną ręką, a następnie podaje je od dołu do Ronniego, który stoi najbliżej. Ronnie ma słabe ramiona, jednak ani ja, ani Jake mu tego nie wytykamy,


ponieważ jest naszym przyjacielem, a poza tym wszyscy mamy na sobie zieleń, świeci słońce, Orły wygrywają, nasze żołądki wypełnione są ciepłym posiłkiem i zimnym piwem, więc to, że kondycja Ronniego nie dorównuje naszej, naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Kiedy mama woła, że przerwa dobiega końca, Jake podbiega do dzieciaka. Unosi ramiona i krzyczy: „Aaa!”, a ojciec chłopca robi to samo. Po chwili malec dołącza – unosi ramiona, krzyczy: „Aaa!”, a potem wszyscy skandujemy nazwę drużyny, układając ręce i nogi tak, by tworzyły litery. Po wszystkim wracamy do domu i zasiadamy przed telewizorem. W drugiej połowie Donté Stallworth wciąż rządzi, zdobywając prawie sto pięćdziesiąt jardów oraz przyłożenie, podczas gdy Baskett nie odbiera nawet porządnego podania. Specjalnie się tym nie przejmuję, ponieważ pod koniec meczu dzieje się coś zabawnego. Kiedy Orły wygrywają dwadzieścia cztery do dziesięciu, wstajemy, żeby zaśpiewać piosenkę bojową, jak zawsze, kiedy Orły wygrywają mecz w sezonie zasadniczym.


Mój brat obejmuje Ronniego i mnie, po czym rzuca: – Chodź, tato! Tata jest trochę wstawiony i tak bardzo cieszy się ze zwycięstwa Orłów oraz z tego, że McNabb rzucił na ponad trzysta jardów, że ustawia się obok nas i obejmuje mnie ramieniem. Z początku mnie to zaskakuje – nie dlatego, że nie lubię być dotykany, ale dlatego, że tata od wielu lat mnie nie obejmował. Czuję przyjemny ciężar i ciepło jego ramienia, kiedy śpiewamy piosenkę bojową i skandujemy nazwę drużyny. Kątem oka dostrzegam mamę, która spogląda na nas z kuchni, gdzie zmywa naczynia. Uśmiecha się do mnie, mimo że znów płacze, a ja – kiedy tak śpiewam, układam ciało w litery i skanduję – zastanawiam się dlaczego. Jake pyta Ronniego, czy podwieźć go do domu, a mój najlepszy przyjaciel odpowiada: – Nie, dziękuję. Hank Baskett mnie odprowadzi. – To znaczy ja? – pytam, ponieważ Hank Baskett to imię i nazwisko, jakim Ronnie i Jake zwracali się do mnie w czasie meczu. Chcę mieć pewność, że mówi o mnie.


– Tak – opowiada, kiedy w drodze do drzwi bierzemy piłkę. Kiedy docieramy do Kinght’s Park, rzucamy sobie piłkę. Stoimy w odległości zaledwie trzech i pół metra od siebie, ponieważ Ronnie ma słabe ręce. Po kilku rzutach przyjaciel pyta, co myślę o Tiffany. – Nic – odpowiadam. – Nic o niej nie myślę. A co? – Veronica mówiła, że Tiffany biega za tobą, kiedy trenujesz. To prawda? Chwytam słabe podanie Ronniego i potwierdzam: – Tak. To dość dziwne. Zna mój rozkład dnia i tak dalej. –Wykonuję idealne podanie tuż ponad ramieniem Ronniego, tak by mógł je złapać w biegu. Nie odwraca się. Nie biegnie. Piłka przelatuje ponad jego głową. Ronnie przynosi ją i wraca na swoją pozycję, po czym oświadcza: – Tiffany jest trochę dziwna. Wiesz, co mam na myśli, Pat?


W ostatnim momencie przyjmuję jeszcze słabsze podanie, nie pozwalając, by piłka uderzyła mnie w kolano, i mówię: – Chyba tak. – Rozumiem, że Tiffany różni się od innych dziewczyn, ale rozumiem też, jak to jest tęsknić za swoją drugą połową. To coś, o czym Ronnie nie ma pojęcia. Pytam więc: – Jak to „dziwna”? Dziwna tak jak ja? Ronnie pochmurnieje, a w końcu odpowiada: – Nie… Nie o to mi chodziło… Po prostu Tiffany chodzi do terapeuty… – To tak jak ja. – Wiem, ale… – Czy chodzenie do terapeuty oznacza, że jestem dziwadłem? – Nie. Posłuchaj… Próbuję być twoim przyjacielem, rozumiesz? Spuszczam wzrok i spoglądam na trawę, a Ronnie podchodzi do mnie. Nie chcę słuchać tego, że Ronnie zrywa ze mną kontakt, ponieważ jest jedynym przyjacielem, jakiego mam z dala od niedobrego miejsca, i spędziliśmy taki


miły dzień, i Orły wygrały, i tata objął mnie ramieniem, i… – Wiem, że ty i Tiffany byliście na kolacji. Uważam, że to świetnie. Zarówno tobie, jak i jej przyda się pewnie przyjaciel, który rozumie, jak to jest kogoś stracić. Nie podoba mi się to, jak szeroko używa tego czasownika – jak gdybym stracił Nikki na zawsze – ponieważ my doświadczamy jedynie rozłąki i wcale jej jeszcze nie straciłem. Ale milczę i pozwalam, by mówił dalej. – Posłuchaj – prosi Ronnie. – Chciałbym ci powiedzieć, dlaczego Tiffany zwolniono z pracy. – To nie moja sprawa. – Twoja, jeśli masz zamiar zabierać ją na kolacje. Posłuchaj, powinieneś wiedzieć, że… Ronnie opowiada mi o tym, co uważa za prawdziwy powód zwolnienia Tiffany, jednak sposób, w jaki to wszystko mówi, sugeruje, że jest do niej uprzedzony. Opowiada o tym tak samo, jak zrobiłby to doktor Timbers – podaje to, co uważa za fakty, i nie zważa, co może się dziać w głowie Tiffany. Mówi, że jej współpracownicy napisali raport, relacjonuje, co szef Tiffany powiedział jej rodzicom i co do tej pory


terapeutka powiedziała Veronice – która została oficjalną opiekunką siostry w czasie trwania terapii, przez co odbywa cotygodniowe rozmowy telefoniczne z jej lekarką – ale ani razu nie wspomina, co myśli Tiffany, ani co dzieje się w jej sercu: o okropnych uczuciach, sprzecznych impulsach, potrzebach, desperacji i o tym wszystkim, co odróżnia ją od Ronniego i Veroniki. Oni mają siebie oraz swoją córeczkę Emily, a także przyzwoite dochody, dom i wszystko to, dzięki czemu nie można ich nazwać dziwnymi. Jestem zaskoczony tym, że Ronnie opowiada mi to przyjaznym tonem, jak gdyby próbował mnie ostrzec przed sztuczkami Tiffany, jak gdyby wiedział o tych sprawach więcej ode mnie, jak gdybym nie spędził kilku ostatnich miesięcy w szpitalu psychiatrycznym. On nie rozumie Tiffany, a już na pewno nie rozumie mnie, ja jednak nie mam mu tego za złe, ponieważ ćwiczę bycie miłym, a nie stawianie na swoim, tak by Nikki mogła mnie znów pokochać, kiedy rozłąka dobiegnie końca. – Nie mówię ci tego, żeby się wyzłośliwiać ani plotkować na jej temat. Chciałbym, żebyś na siebie uważał, dobrze? – mówi Ronnie, a ja kiwam głową. – Muszę już


wracać do domu do Veroniki. Może w tym tygodniu wpadnę na sesję podnoszenia ciężarów? Mogę? Znów kiwam głową i patrzę, jak się pospiesznie oddala, a jego sprężyste kroki sugerują, że uznaje swoją misję za zakończoną sukcesem. Oczywiste jest, że Veronica pozwoliła mu obejrzeć mecz pod warunkiem, że porozmawia ze mną o Tiffany. Veronica pewnie myślała, że wykorzystam jej siostrę-nimfomankę, co bardzo mnie złości, więc bez zastanowienia dzwonię do drzwi domu państwa Webster. – Tak? – pyta mama Tiffany, kiedy otwierają się drzwi. Wydaje się starsza. Ma siwe włosy i ubrana jest w ciężki sweter, chociaż jest dopiero wrzesień, a ona siedzi w domu. – Czy mogę porozmawiać z Tiffany? – Jesteś przyjacielem Ronniego, prawda? Pat Peoples? – Kiwam tylko głową, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że pani Webster wie, kim jestem. – Czy mogę zapytać, czego chcesz od naszej córki? – Kto przyszedł? – z drugiego pokoju dobiega mnie głos ojca Tiffany. – To tylko przyjaciel Ronniego, Pat Peoples – woła pani


Webster, po czym znów zwraca się do mnie: – Więc dlaczego przyszedłeś do Tiffany? Spoglądam na trzymaną w dłoniach piłkę i odpowiadam: – Chciałem z nią porzucać. Jest piękne popołudnie. Pomyślałem, że może chciałaby się przejść do parku? – Tylko porzucać? – dopytuje się pani Webster. Podnoszę dłoń i pokazuję jej obrączkę na dowód tego, że nie chcę się przespać z jej córką, po czym mówię: – Jestem żonaty. Chcę się tylko zaprzyjaźnić z Tiffany. Pani Webster wygląda na zaskoczoną moją odpowiedzią, co wydaje mi się dziwne, ponieważ sądziłem, że właśnie to chciała usłyszeć. Po chwili jednak mówi: – Idź na tył domu i zapukaj do drzwi. Pukam więc do tylnych drzwi, ale nikt nie odpowiada. Pukam jeszcze trzy razy, a potem odchodzę. Jestem już w parku, gdy za plecami słyszę szelest. Kiedy się odwracam, dostrzegam, że Tiffany idzie energicznie w moją stronę. Jest ubrana w różowy dres z materiału, który szeleści, gdy jedna nogawka ociera się o drugą. Kiedy jest już


w odległości trzech metrów ode mnie, lekko rzucam jej piłkę, ale Tiffany robi unik i futbolówka spada na ziemię. – Czego chcesz? – pyta. – Chcesz porzucać? – Nienawidzę futbolu. Przecież ci o tym mówiłam. Ponieważ nie ma ochoty porzucać piłką, postanawiam zadać jej pytanie. – Dlaczego za mną biegasz? – Szczerze? – Tak – odpowiadam. Mruży oczy, a jej twarz przybiera złośliwy wyraz. – Sprawdzam cię. – Co? – Powiedziałam, że cię sprawdzam. – Dlaczego? – Żeby zobaczyć, czy jesteś wystarczająco sprawny. – Wystarczająco sprawny do czego? Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, rzuca: – Sprawdzam także, jaką masz etykę pracy, czy jesteś wytrzymały, jak radzisz sobie ze stresem, czy się łatwo


poddajesz, kiedy znajdujesz się w nieznanym otoczeniu… – Dlaczego? – Jeszcze nie mogę ci tego zdradzić – odpowiada. – Dlaczego nie? – Ponieważ nie skończyłam cię sprawdzać. Kiedy odchodzi, ruszam za nią – zbliżamy się do stawu, przechodzimy przez kładkę i opuszczamy park. Żadne z nas się nie odzywa. Tiffany prowadzi mnie na Haddon Avenue. Przechodzimy wzdłuż nowych sklepów i eleganckich restauracji, mijając wielu przechodniów, dzieciaki na deskorolkach i mężczyzn, którzy na widok mojej koszulki Hanka Basketta unoszą w górę zaciśnięte dłonie, krzycząc: „Do boju, Orły!”. Tiffany skręca w inną uliczkę i lawiruje pomiędzy budynkami mieszkalnymi, tak że po chwili znajdujemy się przed domem moich rodziców. Dziewczyna zatrzymuje się, patrzy na mnie i – niemal po godzinie milczenia – pyta: – Czy twoja drużyna wygrała? Kiwam głową.


– Dwadzieścia cztery do dziesięciu. – Ty to masz szczęście – rzuca i odchodzi.


Najlepszy terapeuta na świecie

W poniedziałek rano, po zwycięstwie Orłów nad Teksańczykami, dzieje się coś dziwnego. Robię właśnie podstawowe rozciąganie w piwnicy, kiedy mój tata schodzi na dół po raz pierwszy, odkąd wróciłem do domu. – Pat? Przestaję się rozciągać, wstaję i odwracam się do niego. Stoi na ostatnim schodku, jak gdyby obawiał się postawić stopę na moim terytorium. – Tak, tato? – Masz tu sporo sprzętu. Nie odzywam się, ponieważ wiem, że tata pewnie gniewa się na mamę za to, że urządziła mi siłownię. – W gazetach sporo dziś piszą o meczu Orłów – mówi i podaje mi rubryki sportowe „Courier-Post” oraz „The Philadelphia Inquirer”. – Wstałem wcześniej i już je przeczytałem, żebyś ty także był na bieżąco z postępami


drużyny. Sądząc z komentarzy, które rzucałeś podczas wczorajszego meczu, nie znasz wszystkich zawodników, pomyślałem więc, że może teraz, kiedy jesteś w domu, chciałbyś śledzić ten sezon… Cóż, będę ci je zostawiał na górnym stopniu. Jestem zbyt zaskoczony, żeby się odezwać lub poruszyć, ponieważ jeszcze kiedy ja i Jake byliśmy dziećmi, tata zabierał ze sobą rubryki sportowe do pracy. Jake wciąż się z nim o to kłócił, prosząc, by przynajmniej przynosił je do domu po pracy, żebyśmy mogli przeczytać artykuły, kiedy odrobimy lekcje. Jednak tata zawsze wychodził z gazetą, zanim wstaliśmy z łóżka, i nigdy nie przynosił nam rubryk sportowych, twierdząc, że o tym zapomniał lub że zawieruszyły mu się gdzieś w pracy. Kiedy Jake dostał pierwszą pracę przy ustawianiu towaru na półkach w pobliskim sklepie Big Foods, zamówił sobie własną prenumeratę i codziennie rano przed szkołą czytaliśmy rubryki sportowe. On miał dwanaście, ja trzynaście lat. Sięgnę po gazetę pozostawioną dla mnie na dolnym schodku, dopiero kiedy zrobię trzysta brzuszków na


przyrządzie Stomach Master 6000. Ćwicząc mięśnie brzucha, które palą mnie i gniotą, martwię się, że tata chce mnie nabrać i że zostawił mi artykuły z działów rozrywkowych lub kulinarnych, ale kiedy podchodzę do schodów, widzę, że naprawdę wyjął dla mnie z obu gazet rubryki sportowe. Gdy nadchodzi pora zażycia porannej dawki leków, idę do kuchni, gdzie mama przygotowuje śniadanie. Na blacie czeka na mnie talerz, a obok niego na serwetce leży pięć tabletek, które biorę rano. – Spójrz – mówię i pokazuję mamie gazetę, którą dostałem od taty. – Czy to rubryka sportowa? – mama pyta mnie głośno, żeby przekrzyczeć odgłos smażenia. – Tak. – Siadam i wkładam do ust wszystkie pięć tabletek, zastanawiając się nad tym, ile dziś połknąć. – Jak to się stało? Mama zdejmuje patelnię z ognia i nakłada mi jajecznicę na talerz. Uśmiecha się. – Twój ojciec się stara, Pat. Na twoim miejscu jednak nie zadawałabym zbyt wielu pytań. Bierz to, co ci daje, i ciesz


się. Tacy właśnie jesteśmy, prawda? Uśmiecha się z nadzieją, a ja postanawiam połknąć wszystkie pięć tabletek, więc upijam łyk wody i tak właśnie robię. Przez cały tydzień słyszę, jak rano drzwi do piwnicy otwierają się i zamykają, a na górnym stopniu znajduję rubryki sportowe, które czytam od deski do deski, jedząc z mamą śniadanie. Prasa emocjonuje się nadchodzącym meczem Orłów i Gigantów, który uważa się za klucz do zwycięstwa w dywizji wschodniej, zwłaszcza że Giganci w pierwszym meczu przegrali z Coltami z Indianapolis. Przy przegranej Giganci mieliby na koncie dwie porażki i żadnego zwycięstwa, a Orły mogłyby się cieszyć z dwóch zwycięstw i żadnej porażki. Mecz ogłoszono „wielkim”, a ja – dzięki Jake’owi – mam na niego bilet i niezmiernie się z tego cieszę. Każdego wieczoru czekam, aż tata wróci z pracy, z nadzieją, że będzie chciał ze mną porozmawiać o zbliżającym się meczu, tak bym mógł użyć nazwisk aktualnych zawodników i udowodnić mu, że znów jestem


prawdziwym kibicem – ale on zawsze zabiera kolację do gabinetu i zamyka za sobą drzwi. Kilkakrotnie zdarza mi się podejść do drzwi jego pokoju i podnieść rękę, żeby zapukać, ale za każdym razem ogarnia mnie strach i rezygnuję. – Daj mu czas – mówi mama. Podczas piątkowej terapii siedzę w brązowym fotelu i rozmawiam z doktorem Cliffem o moim tacie. Mówię mu o tym, że zostawia mi teraz rubryki sportowe, i o tym, że wiem, jakie to dla niego ważne, ale chciałbym, żeby ze mną porozmawiał. Cliff słucha, ale niewiele mówi o moim ojcu. Zamiast tego wciąż wspomina o Tiffany, co jest dość irytujące, ponieważ ona po prostu za mną biega, i tyle. – Twoja mama mówi, że jutro idziesz z Tiffany na plażę – mówi Cliff, a potem uśmiecha się tak, jak uśmiechają się czasem mężczyźni, kiedy rozmawiają o kobietach i seksie. – Poza tym idą też Ronnie i Veronica, no i zabierają ze sobą małą Emily. Chodzi przede wszystkim o to, żeby wziąć Emily na plażę, ponieważ nie nacieszyła się latem, a wkrótce znów zrobi się zimno. Dzieci uwielbiają plażę, Cliff. – Cieszysz się na to?


– Jasne. To znaczy… chyba tak. Będę musiał wstać bardzo wcześnie, żeby zdążyć porządnie poćwiczyć, a po powrocie dokończyć trening, ale… – Zobaczysz Tiffany w kostiumie kąpielowym. Jak się z tym czujesz? Kilkakrotnie mrugam, zanim dociera do mnie to, co powiedział. – Wspomniałeś kiedyś, że ona ma zgrabne ciało – dodaje Cliff. – Co o tym myślisz? Przez chwilę czuję się zły, ponieważ mój terapeuta zachowuje się nieodpowiednio, ale po chwili uświadamiam sobie, że Cliff znów sprawdza moje zasady, upewniając się, czy nadaję się do przebywania poza szpitalem psychiatrycznym, więc uśmiecham się, przechylam głowę i mówię: – Cliff, przecież ja jestem żonaty, nie pamiętasz? Cliff mądrze kiwa głową i mruga do mnie, jak gdyby chciał mi dać do zrozumienia, że pomyślnie przeszedłem test. Rozmawiamy jeszcze chwilę o tym, że udało mi przetrwać cały tydzień bez ataku złości, co jest dowodem na


to, że leki działają, przynajmniej zdaniem Cliffa, który nie wie, że wyplułem połowę tabletek do sedesu. Kiedy mam już wyjść, Cliff mnie zatrzymuje. – Chciałbym ci powiedzieć tylko jedną rzecz – mówi. – Co? Zaskakuje mnie, zrywając się na równe nogi, unosząc ramiona w górę i krzycząc: – Aaa! Ja także wstaję, podnoszę ręce i krzyczę: – Aaa! – O!-R!-Ł!-Y! Orły! – skandujemy jednogłośnie, układając litery z naszych rąk i nóg, a mnie nagle ogarnia pełnia szczęścia. Cliff przewiduje zwycięstwo Orłów – dwadzieścia jeden do czternastu – i odprowadza mnie do drzwi po tym, jak zgadzam się z jego prognozą. Gdy wchodzimy do poczekalni, mama pyta: – Czy wy właśnie kibicowaliście Orłom? Cliff patrzy na mamę, unosi brwi i wzrusza ramionami, jednak wracając do gabinetu, zaczyna gwizdać „W górę, Orły,


w górę!”, a ja uświadamiam sobie, że chodzę do najlepszego terapeuty na świecie. Kiedy wracamy do domu, mama pyta mnie, czy podczas sesji Cliff i ja rozmawialiśmy o czymś innym niż drużyna Orłów, ja jednak odpowiadam pytaniem na jej pytanie: – Myślisz, że tata zacznie ze mną rozmawiać, jeśli Orły pokonają Gigantów? Mama ściąga brwi i mocniej ściska kierownicę. – Niestety, obawiam się, że to możliwe, Pat. To naprawdę możliwe – mówi, a ja zaczynam robić sobie nadzieję.


Głowa Tiffany unosi się ponad falami

Kiedy Ronnie podjeżdża pod mój dom swoim minivanem – w którym mieszczą się trzy rzędy foteli – widzę, że przypięta pasem Tiffany już siedzi obok Emily, więc pakuję się na sam tył. Mam przy sobie piłkę futbolową i torbę, którą zapakowała mi mama, a która zawiera ręcznik, ubrania na zmianę i wałówkę, choć przecież mówiłem jej, że Ronnie kupi kanapki w delikatesach. Oczywiście, mamie wydaje się, że powinna stać na ganku i machać nam na pożegnanie, jak gdybyśmy mieli po pięć lat. Veronica, która zajmuje fotel obok kierowcy, przechyla się ponad Ronniem i krzyczy do mojej mamy: – Dziękujemy za wino i kwiaty! Mama uznaje to za zaproszenie, żeby podejść do minivana i wdać się w rozmowę z jego pasażerami. – Jak podoba wam się strój, który kupiłam Patowi? – pyta mama, kiedy dociera do szyby od strony Ronniego.


Schyla się i zatrzymuje wzrok na Tiffany, jednak Tiffany zdążyła odwrócić głowę i spogląda przez okno na dom stojący po drugiej stronie ulicy. Strój, który mam na sobie wygląda idiotycznie – to jasnopomarańczowa koszulka polo, jaskrawozielone szorty do pływania i japonki. Nie chciałem włożyć żadnej z tych rzeczy, ale wiedziałem, że Veronica zmyje mi głowę, jeśli ubiorę się w jeden z moich bezrękawników i parę sportowych szortów. A ponieważ Veronica i moja mama mają bardzo podobny gust, pozwoliłem, by mama mnie ubrała. Poza tym to naprawdę mamę uszczęśliwia. – Wygląda świetnie, pani Peoples – odpowiada uprzejmie Veronica, a Ronnie potwierdza jej słowa, kiwając głową. – Dzień dobry, Tiffany – mówi mama, wtykając głowę do samochodu, ale Tiffany ją ignoruje. – Tiffany? – rzuca Veronica, ale Tiffany nadal wygląda przez okno. – Poznała już pani Emily? – pyta Ronnie, po czym wysiada z samochodu, wyjmuje Emily z fotelika i wkłada ją


mamie w ramiona. Głos mamy robi się dziwny, kiedy rozmawia z Emily, a stojący obok niej Veronica i Ronnie szeroko się uśmiechają. To wszystko trwa dłuższą chwilę. Tiffany odwraca głowę i mówi: – Myślałam, że jedziemy dziś na plażę. – Proszę wybaczyć mojej siostrze – tłumaczy ją Veronica. – Tiffany bywa czasem dość szorstka, ale rzeczywiście powinniśmy już jechać, żeby zjeść lunch na plaży. Mama pospiesznie kiwa głową. – Baw się dobrze, Pat – mówi, a Ronnie zapina Emily w foteliku. Znów czuję się tak, jakbym miał pięć lat. W drodze nad morze Ronnie i Veronica rozmawiają ze mną i z Tiffany w taki sam sposób, w jaki mówią do Emily – jak gdyby nie oczekiwali odpowiedzi i mówili rzeczy, których właściwie wcale nie trzeba mówić. – Nie mogę się doczekać, kiedy znajdziemy się na plaży. – Będziemy się świetnie bawić.


– Co zrobimy najpierw? Popływamy, pospacerujemy czy pogramy w piłkę? – To naprawdę piękny dzień. – Dobrze się bawicie? – Nie mogę się doczekać, kiedy zatopię zęby w tej pysznej kanapce! Po dwudziestu minutach milczenia Tiffany oświadcza: – Czy możemy przez chwilę nic nie mówić? Przez pozostałą część podróży słuchamy wrzasków Emily, które jej rodzice nazywają śpiewem. Przejeżdżamy przez Ocean City oraz most i zmierzamy na nieznaną mi plażę. – Tu nie ma tłumów – wyjaśnia Ronnie. Parkujemy, a Emily ląduje w czymś, co wygląda jak połączenie wózka i pojazdu z napędem na cztery koła, pchanym przez Veronikę. Tiffany niesie parasol, a Ronnie i ja targamy miniaturową lodówkę, trzymając ją z dwóch stron. Przechodzimy przez drewnianą kładkę ułożoną na wydmie, porośniętej dziką trawą. Okazuje się, że mamy plażę tylko dla siebie.


Wokół nie ma absolutnie nikogo. Po krótkiej dyskusji, czy na morzu jest przypływ, czy odpływ, Veronica wybiera suchy fragment piasku i próbuje rozłożyć koc, podczas gdy Ronnie zaczyna wbijać szpikulec parasola w piasek. Wieje lekki wietrzyk i Veronica sobie nie radzi, ponieważ podmuch wciąż zagina koc. Gdyby nie była to Veronica, chwyciłbym róg koca i pomógł, ale nie chcę, żeby na mnie nakrzyczała, więc spokojnie czekam na instrukcje. Tiffany robi to samo, ale Veronica nie prosi o pomoc. W powietrze prawdopodobnie wzbija się pył, ponieważ Emily zaczyna krzyczeć i pocierać oczy. – No i fantastycznie – rzuca Tiffany. Veronica natychmiast podchodzi do Emily i każe jej mrugać, pokazując dziecku, co ma robić, ale Emily zaczyna tylko głośniej krzyczeć. – Nie mam teraz siły na te wrzaski – rzuca Tiffany. – Zrób coś, żeby ona przestała. Veroniko, czy mogłabyś coś… – Pamiętasz, co mówiła doktor Lily? Pamiętasz, o czym rozmawiałyśmy rano? – mówi Veronica, odwracając się przez


ramię i obrzucając Tiffany poważnym spojrzeniem, a następnie znów koncentruje się na Emily. – A więc teraz rozmawiamy o mojej terapeutce przy Pacie? Ty wredna suko – rzuca Tiffany, kręcąc głową, a potem szybko odchodzi. – Chryste – wzdycha Veronica. – Ronnie, poradzisz sobie z Emily? Ronnie poważnie kiwa głową, a Veronica biegnie za Tiffany, wołając: – Wracaj, Tiff. Daj spokój. Przepraszam. Naprawdę mi przykro. Ronnie przepłukuje oczy Emily wodą mineralną i po mniej więcej dziesięciu minutach dziewczynka przestaje płakać. Rozkładamy koc w cieniu rzucanym przez parasol, przyciskając jego rogi lodówką, japonkami, sandałami i superwózkiem Emily, jednak Veronica i Tiffany nie wracają. Kiedy już każdy centymetr skóry Emily pokryty jest kremem ochronnym, Ronnie i ja bawimy się z nią tuż nad wodą. Lubi gonić cofające się fale. Lubi kopać w piasku i musimy obserwować, czy go nie zjada, co wydaje mi się


dziwne – po co ktokolwiek miałby jeść piasek? Ronnie bierze Emily na ręce, wchodzi do oceanu i przez chwilę wszyscy unosimy się na falach. Pytam, czy powinniśmy się martwić o Veronikę i Tiffany, ale Ronnie odpowiada: – Nie. Pewnie urządzają sobie t e r a p i ę gdzieś na plaży. Niedługo wrócą. Nie podoba mi się to, w jaki sposób akcentuje słowo „terapia”, jak gdyby był to jakiś absurdalny wymysł, jednak nic nie mówię. Kiedy jesteśmy już susi, kładziemy się na kocu – Ronnie i Emily w cieniu, a ja na słońcu. Dość szybko zapadam w drzemkę. Kiedy otwieram oczy, obok siebie widzę twarz Ronniego. Śpi. Czuję, jak ktoś stuka mnie w ramię, a kiedy się odwracam, widzę, że Emily obeszła koc. Uśmiecha się do mnie i mówi: – Pap. – Niech tatuś sobie pośpi – szepczę, a następnie biorę ją na ręce i zanoszę do wody. Przez moment siedzimy na brzegu


i kopiemy dołek w mokrym piasku, ale po chwili Emily wstaje i goni cofającą się spienioną falę, śmiejąc się i wyciągając rączki. – Chcesz popływać? – pytam, a ona kiwa głową, więc biorę ją na ręce i zaczynam wchodzić do wody. Fale przybrały na sile i zrobiły się większe, więc przedzieram się przez bałwany i zatrzymuję w miejscu, gdzie woda sięga mi do piersi. Ja i Emily zaczynamy dryfować na wodzie. Kiedy fale rosną, muszę skakać i mocno kopać, żeby utrzymać nasze głowy ponad powierzchnią wody, jednak Emily jest zachwycona – kiedy unosi nas fala, zaczyna piszczeć, śmiać się i klaskać rączkami. Jesteśmy w wodzie od dobrych dziesięciu minut, a ja czuję się taki szczęśliwy. Raz po raz całuję jej pyzate policzki. W Emily jest coś, co sprawia, że mam ochotę do końca życia unosić się z nią na falach. Postanawiam, że kiedy wreszcie będziemy razem, jak najszybciej postaramy się z Nikki o córeczkę, ponieważ odkąd rozpoczęła się rozłąka nie czułem się równie szczęśliwy jak teraz. Fale są coraz większe. Podnoszę Emily i sadzam ją


sobie na ramionach, tak by woda nie pryskała jej na twarz, a z jej pisków wnoszę, że podoba jej się to, że siedzi tak wysoko. Unosimy się. Opadamy. Jesteśmy szczęśliwi. Jesteśmy tacy szczęśliwi. Nagle słyszę czyjś krzyk. – Pat! Pat! Paaat! Odwracam się i widzę, jak Veronica szybko biegnie po plaży, zostawiając za sobą Tiffany. Martwię się, że coś się stało, więc zaczynam wychodzić z wody. Fale są już na tyle duże, że muszę zdjąć Emily z ramion i trzymać ją na wysokości piersi, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo, ale dość szybko udaje nam się wycofać w stronę Veroniki, która wbiega do wody. Kiedy się do niej zbliżamy, wydaje się bardzo zdenerwowana. Emily zaczyna krzyczeć i wyciąga do niej ręce. – Co ty robisz, do cholery? – mówi do mnie Veronica,


kiedy przekazuję jej Emily. – Pływam z Emily – odpowiadam. Wrzaski Veroniki musiały obudzić Ronniego, który podbiega do nas. – Co się stało? – Pozwoliłeś P a t o w i zabrać Emily do wody? – mówi Veronica, a sposób, w jaki wypowiada moje imię, sugeruje, że nie chce, by Emily przebywała ze mną sam na sam. Pewnie myśli, że mogę ją skrzywdzić, co jest niesprawiedliwe, zwłaszcza że Emily zaczęła płakać dopiero, gdy usłyszała krzyczącą Veronikę, więc tak naprawdę to V e r o n i c a zdenerwowała swoją córkę. – Co jej zrobiłeś? – pyta mnie Ronnie. – Nic – odpowiadam. – Tylko pływaliśmy. – A co t y w tym czasie robiłeś? – Veronica mówi do Ronniego. – Chyba zasnąłem i… – Jezu Chryste! Ronnie! Zostawiłeś Emily samą z n i m? Sposób, w jaki Veronica mówi „z nim”, płacz Emily,


Ronnie oskarżający mnie o to, że zrobiłem coś jego córce, słońce palące mnie w klatkę piersiową i plecy, przyglądająca się nam Tiffany – przez to wszystko odnoszę wrażenie, że zaraz wybuchnę. Czuję zbliżający się atak, a przychodzi mi do głowy tylko jedna rzecz, którą mogę zrobić, zanim się to stanie: zaczynam biec po plaży, zostawiając za sobą Veronikę, Ronniego i Emily, płacz i oskarżenia. Biegnę tak szybko, jak tylko potrafię, i nagle uświadamiam sobie, że teraz to j a płaczę, pewnie dlatego, że po prostu pływałem sobie z Emily i było mi tak dobrze – próbowałem być dobry i wydawało mi się, że j e s t e m dobry, a zawiodłem najlepszego przyjaciela, Veronica na mnie nakrzyczała, co jest przecież niesprawiedliwe, bo tak bardzo się starałem… Jak długo może trwać ten pieprzony film? Jak bardzo muszę się jeszcze poprawić? Jak… Tiffany mnie wyprzedza. Biegnie tak szybko, że jej sylwetka przypomina smugę. Nagle liczy się tylko jedno: muszę ją wyprzedzić. Sprężam się i ją doganiam, ale Tiffany przyspiesza i przez chwilę biegniemy obok siebie, aż włączam bieg,


którego kobiety nie mają, przemykam obok niej i mniej więcej przez minutę utrzymuję tę męską prędkość, by po chwili zwolnić i pozwolić, by mnie dogoniła. Przez dłuższy czas biegniemy obok siebie po plaży, a żadne z nas się nie odzywa. W końcu po jakiejś godzinie zawracamy i po kolejnej znów dostrzegamy parasol Ronniego i Veroniki, jednak zanim do nich dobiegamy, Tiffany skręca i wbiega do wody. Biegnę za nią – rzucam się prosto w fale – a po długim biegu, słona woda przyjemnie chłodzi mi skórę. Wkrótce jesteśmy już zbyt głęboko, żeby dotknąć dna, a głowa Tiffany unosi się ponad falami, które zdążyły się już znacznie uspokoić. Jej lekko opaloną twarz okalają mokre ciemne włosy. Na jej nosie dostrzegam piegi, których rano tam nie było, więc do niej podpływam. Unosi mnie fala i kiedy opadam po jej drugiej stronie, z zaskoczeniem odkrywam, jak blisko siebie znajdują się nasze twarze. Przez chwilę Tiffany bardzo przypomina mi Nikki i obawiam się, że przypadkiem ją pocałuję, ale zanim to robię, Tiffany odpływa kilka metrów dalej, a ja jestem jej wdzięczny. Wystawia stopy nad wodę i zaczyna dryfować,


zwrócona w stronę horyzontu. Odchylam się, wpatruję się w linię, gdzie niebo styka się z wodą, pozwalam, by moje palce pokazały się ponad wodą i przez dłuższą chwilę dryfuję obok Tiffany. Żadne z nas nic nie mówi. Kiedy podchodzimy do koca, widzimy, że Emily śpi z piąstką w buzi, a Veronica i Ronnie leżą w cieniu, trzymając się za ręce. Kiedy stajemy nad nimi, mrużą oczy i uśmiechają się, jak gdyby nie wydarzyło się nic złego. – Jak się wam biegało? – pyta Ronnie. – Chcemy już wracać do domu – mówi Tiffany. – Dlaczego? – Ronnie siada. – Przecież nie zjedliśmy jeszcze lunchu. Pat, naprawdę chcesz wracać? Veronica milczy. Spoglądam w niebo. Ani jednej chmury. Nic poza błękitem. – Tak – odpowiadam i po jakimś czasie siedzimy w minivanie, kierując się z powrotem w stronę Collingswood.


Ul pełen zielonych pszczół

– Aaa! Siadam. Wali mi serce. Kiedy udaje mi się skupić wzrok, zauważam, że przy moim łóżku stoi tata, trzymając ramiona nad głową. Ma na sobie koszulkę McNabba z numerem pięć. – Aaa! – krzyczy dalej, aż w końcu wychodzę z łóżka, unoszę ręce i wołam: – Aaa! Skandujemy nazwę drużyny, układając nogi i ręce w litery. „O!-R!-Ł!-Y! Orły!”. Po wszystkim – zamiast powiedzieć mi dzień dobry, albo cokolwiek innego – tata po prostu wybiega z mojego pokoju. Spoglądam na zegar, który wskazuje piątą pięćdziesiąt dziewięć. Mecz zaczyna się o pierwszej. Obiecałem Jake’owi, że zjawię się na urządzanej przez niego imprezce na parkingu około dziesiątej, mam więc dwie godziny na podnoszenie


ciężarów i godzinę na bieganie, więc zabieram się do treningu, a o ósmej przed domem zastaję Tiffany, tak jak się umawialiśmy. Wybieramy się na krótką przebieżkę – najwyżej dzięwięcio- lub dziesięciokilometrową. Po prysznicu, zakładam koszulkę Basketta i proszę mamę, żeby podwiozła mnie na stację, ona jednak odpowiada: – Twój kierowca czeka przed domem. – Po czym całuje mnie w policzek i wręcza mi trochę pieniędzy. – Baw się dobrze i nie pozwól bratu zbyt dużo wypić. Kiedy wychodzę z domu, zauważam, że tata siedzi w swoim sedanie przy włączonym silniku. Wsiadam do samochodu i mówię: – Tato, wybierasz się na mecz? – Żałuję, ale nie mogę – odpowiada, po czym wycofuje się z podjazdu. Prawda jest taka, że mojego tatę wciąż obowiązuje zakaz wstępu na stadion, przez co nie może on uczestniczyć w meczach Orłów. Na początku lat osiemdziesiątych tata wdał się w bójkę z kibicem Kowbojów, który ośmielił się usiąść


w najodleglejszym sektorze stadionu Vet, gdzie można było kupić najtańsze bilety i gdzie siadywali najbardziej zagorzali kibice Orłów. Historia, którą opowiadał mi nieżyjący już wujek, brzmi tak: Kiedy Kowboje zdobyli przyłożenie, ich kibic zerwał się na nogi i zaczął głośno krzyczeć, więc ludzie zaczęli rzucać w niego puszkami z piwem i hot dogami. Problem polegał na tym, że tata siedział rząd przed wspomnianym kibicem, więc piwo, musztarda i jedzenie posypały się też na niego. Najwyraźniej tata stracił panowanie nad sobą, zaatakował kibica Kowbojów i porządnie go stłukł. Doszło do tego, że tatę aresztowano, skazano za czynną napaść i na trzy miesiące osadzono w więzieniu. Gdyby wujek nie spłacał nam rat za kredyt, stracilibyśmy dom. Tacie odebrano karnet na cały sezon i od tego czasu nie był na meczu Orłów. Jake mówi, że moglibyśmy pomóc tacie wślizgnąć się na stadion, bo przy wejściu nikt nie sprawdza dokumentów, ale tata nie chce tam wracać. – Dopóki będą wpuszczać kibiców przeciwnych drużyn


na nasz stadion, nie ręczę za siebie. To dość zabawne, ponieważ tata stłukł tego kibica Kowbojów dwadzieścia pięć lat temu, a teraz jest po prostu grubym facetem w średnim wieku i mało prawdopodobne, żeby pobił innego grubego faceta w średnim wieku, nie mówiąc już o kibicu Kowbojów, który odważy się włożyć koszulkę swojej drużyny na stadion Orłów. Z drugiej strony, zaledwie kilka tygodni temu tata dość mocno mnie uderzył, wtedy na poddaszu, więc może r z e c z y w i ś c i e ma rację, trzymając się z dala od stadionu. Przejeżdżamy przez zielony most Walta Whitmana, a tata mówi o tym, że może to być bardzo ważny dzień w historii Orłów, zważywszy na to, że rok wcześniej Giganci wygrali oba mecze. – Zemsta! – woła w przestrzeń. Nakazuje mi, żebym głośno krzyczał, tak by w czasie narady graczy Eli Manning, rozgrywający Gigantów (przeczytałem o tym w rubryce sportowej), nie był w stanie mówić ani słyszeć swoich współzawodników.


– Drzyj się z całych sił, bo jesteś dwunastym zawodnikiem! – mówi tata. To, w jaki sposób do mnie mówi – nie przerywając ani na chwilę tak, żebym nie mógł się odezwać – sprawia, że zachowuje się jak wariat, chociaż większość ludzi myśli, że to ja jestem naczelnym wariatem w tej rodzinie. Kiedy zatrzymujemy się w kolejce, żeby zapłacić za przejazd przez most, tata na chwilę przerywa swój monolog na temat Orłów i rzuca: – Dobrze, że znów chodzisz na mecze z Jakiem. Twój brat bardzo za tobą tęsknił. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Niezależnie od tego, jak potoczy się twoje życie, musisz znaleźć czas dla rodziny, ponieważ Jake i mama cię potrzebują. To, co mówi, brzmi dość paradoksalnie, zwłaszcza że odkąd wróciłem do domu, ledwo się do mnie odzywa i prawie nie spędza czasu ze mną, z mamą ani z Jakiem, ale cieszę się, że tata w końcu do mnie przemówił. Do tej pory wszystkie rozmowy, jakie prowadziłem z nim lub z Jakiem, kręciły się wokół sportu – przede wszystkim Orłów – i wiem, że pod


względem emocjonalnym stać go tylko na tyle, więc przyjmuję to i mówię: – Żałuję, że nie możesz pójść z nami na mecz, tato. – Ja też żałuję – odpowiada i wręcza pracownikowi mostu pięć dolarów. Skręca w pierwszą drogę zjazdową z mostu i zatrzymuje się w odległości mniej więcej dziesięciu przecznic od nowego stadionu, tak by móc zawrócić i uniknąć stania w korkach. – Wrócić musisz sam – rzuca, kiedy wysiadam. – Nie mam zamiaru pchać się z powrotem do tego zoo. Dziękuję mu za podwiezienie i już mam zatrzasnąć drzwi, kiedy tata podnosi ręce i krzyczy: „Aaa!”, więc ja także podnoszę ręce i krzyczę: „Aaa!”. Grupka mężczyzn pijących piwo przy stojącym tuż obok samochodzie podnosi ręce i krzyczy: „Aaa!”. Zjednoczeni jako kibice drużyny wspólnie skandujemy jej nazwę. Robi mi się ciepło na sercu i przypominam sobie, jak cudownie jest być w Południowej Filadelfii w dzień meczu. Kiedy idę w stronę zachodniej części parkingu Lincoln Financial Field – podążając za wskazówkami, które


poprzedniego wieczoru przekazał mi telefonicznie brat – widzę mnóstwo ludzi ubranych w koszulki Orłów. Wszędzie jest zielono. Ludzie grillują, piją piwo z plastikowych kubeczków, rzucają piłką, słuchają wypowiadających się w radiu ekspertów, a kiedy przechodzę, wszyscy przybijają mi piątki, rzucają do mnie piłki i krzyczą: „Orły, do boju!”, tylko dlatego, że mam na sobie koszulkę Orłów. Widzę młodych chłopców z ojcami. Starszych facetów z dorosłymi synami. Mężczyźni krzyczą, śpiewają i uśmiechają się, jak gdyby znów byli dzieciakami. Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo za tym tęskniłem. Mimo że nie chcę tego robić, rozglądam się wokół, szukając stadionu Vet i dostrzegam tylko parking. Nieopodal powstał też nowy stadion drużyny baseballowej Philadelphia Phillies, zwany Citizens Bank Park. Nad wejściem faluje ogromny baner przedstawiający nowego zawodnika o nazwisku Ryan Howard. Wszystko wskazuje na to, że Jake i tata nie kłamali, mówiąc, że stadion Vet został zburzony. Staram się nie myśleć o datach, o których wspominali i cieszyć się grą oraz czasem spędzanym z bratem.


Znajduję właściwy parking i zaczynam się rozglądać w poszukiwaniu zielonego namiotu z powiewającą nad nim czarną flagą Orłów. Na parkingu jest tłumnie – otaczają mnie namioty, grille i imprezujący ludzie – ale po mniej więcej dziesięciu minutach udaje mi się dostrzec brata. Jake ma na sobie pamiątkową koszulkę Jerome’a Browna z numerem 99. (Jerome Brown dwukrotnie był zawodnikiem środka linii defensywnej w pokazowych meczach gwiazd amerykańskiej ligi. W 1992 roku zginął w wypadku samochodowym). Mój brat pije piwo z zielonego kubka tuż obok naszego przyjaciela Scotta, który obsługuje grill. Jake wydaje się szczęśliwy. Przez chwilę po prostu patrzę, jak się uśmiecha, obejmując Scotta, którego nie widziałem od swoich ostatnich odwiedzin w Południowej Filadelfii. Czerwony na twarzy Jake jest już trochę wstawiony, ale on zawsze upija się na wesoło, więc nie mam powodu do zmartwień. Podobnie jak mojego taty, nic nie uszczęśliwia Jake’a tak bardzo jak dzień, w którym Orły rozgrywają mecz. – Hank Baskett przyszedł na grilla! – krzyczy Jake, kiedy mnie zauważa, a następnie podbiega, przybija mi piątkę


i chwyta w żelazny uścisk. – Co słychać, stary? – rzuca Scott, przybijając mi piątkę. Jego twarz rozjaśnia szeroki uśmiech, więc chyba się cieszy, że mnie widzi. – Cholera, ty n a p r a w d ę jesteś wielki. Co ty podnosisz? Samochody? – Uśmiecham się z dumą, kiedy po kumpelsku szturcha mnie w ramię. – Kopę lat…to znaczy… I l e m i e s i ę c y t e m u s i ę w i d z i e l i ś m y? Scott i mój brat wymieniają spojrzenia, które zauważam, zanim jednak udaje mi się cokolwiek powiedzieć, Scott krzyczy: – Hej, grubasy w namiocie! Chcę wam przedstawić mojego kumpla! To brat Jake’a, Pat. Namiot ma rozmiary małego domu. Wchodzę do środka przez rozcięcie po jednej stronie i na stercie skrzynek po mleku widzę ogromny płaski ekran. Pięciu naprawdę grubych facetów siedzi na składanych krzesłach i ogląda studio przedmeczowe. Wszyscy mają na sobie koszulki Orłów. Scott błyskawicznie wymienia ich imiona. Kiedy wypowiada moje, mężczyźni kiwają głowami, machają do mnie i wracają do śledzenia tego, co dzieje się na ekranie. Wszyscy mają


palmtopy, a ich oczy przesuwają się pomiędzy niewielkimi wyświetlaczami, które trzymają w dłoniach i wielkim ekranem w odległym kącie namiotu. Prawie każdy z nich ma w uszach bezprzewodowe słuchawki, które podłączone są zapewne do telefonu komórkowego. Kiedy opuszczamy namiot, Scott mówi: – Nie przejmuj się nimi. Próbują zebrać wiadomości z ostatniej chwili. Kiedy już obstawią swoje typy, będą przyjaźniejsi. – Kim oni są? – pytam. – To moi koledzy z pracy. Jestem informatykiem w firmie Digital Cross Health. Robimy strony internetowe dla lekarzy rodzinnych. – Jakim cudem udaje im się oglądać telewizję tu na parkingu? – pytam. Mój brat przywołuje mnie na tył namiotu i pokazuje mi mały silniczek w metalowej obudowie. – Dzięki generatorowi prądu na gaz – mówi i wskazuje na wierzchołek namiotu. – Antena satelitarna. – Co zrobią z tym całym sprzętem, kiedy będą chcieli


wejść na stadion? – pytam. – Nie martw się – Scott wybucha śmiechem. – Oni nie mają biletów! Jake nalewa mi yuenglinga do plastikowego kubeczka, a ja zauważam trzy miniaturowe lodówki wypełnione butelkami i puszkami piwa. Mieści się tam pewnie cztery, może pięć skrzynek. Wiem, że plastikowe kubeczki to sposób na policję, która może aresztować osoby trzymające w dłoni otwarte puszki z piwem. Worek opróżnionych puszek wystawiony przed namiot wskazuje na to, że Jake i Scott piją już od jakiegoś czasu. Scott kończy smażyć jajecznicę oraz grube kiełbaski na śniadanie – na szczęście nie zadaje mi zbyt wielu pytań o to, co porabiam. Mój brat z pewnością opowiedział Scottowi o niedobrym miejscu oraz separacji z Nikki, jednak cieszę się, że Scott bez przeszkód pozwala mi ponownie wkroczyć w świat Orłów. Scott opowiada mi o swoim życiu. Okazuje się, że kiedy ja przebywałem w niedobrym miejscu, on ożenił się z kobietą o imieniu Willow. Mają teraz trzyletnie bliźniaczki: Tami


i Jeri-Lyn. Scott pokazuje mi zdjęcie, które trzyma w portfelu. Dziewczynki ubrane są w identyczne stroje baletowe – spódnice i rajstopy – a na głowach mają srebrne tiary. Rączki trzymają wyciągnięte w stronę nieba. – Moje słodkie tancereczki. Mieszkamy teraz w Pensylwanii. W Havertown – oznajmia Scott, przekładając sześć kiełbasek na górną część grilla, tak żeby grzały się w czasie, kiedy będzie się smażyć kolejna porcja. Myślę o Emily i o tym jak zaledwie dzień wcześniej unosiliśmy się na falach. Znów obiecuję sobie, że kiedy tylko skończy się rozłąka, postaram się o własną córeczkę. Staram się nie liczyć, ale nie mogę się powstrzymać. Jeśli córki Scotta mają trzy lata i jeśli ożenił się jakiś czas po tym, kiedy widziałem go po raz ostatni – ale z a n i m jego żona zaszła w ciążę – musi to oznaczać, że nie widziałem Scotta co najmniej od czterech lat. Istnieje oczywiście prawdopodobieństwo, że on i jego dziewczyna wpadli, i wzięli ślub trochę później, ale nie mogę go o to zapytać. Ponieważ jego córki mają trzy lata, z moich obliczeń wynika, że nie rozmawiałem z nim od trzech lub czterech lat.


Ostatni raz widziałem Scotta na stadionie Vet. Sezon lub dwa sezony wcześniej sprzedałem swój karnet bratu Scotta Chrisowi, jednak Chris często wyjeżdżał w delegacje i odstępował mi pojedyncze bilety na mecze, które drużyna rozgrywała u siebie. Przyjechałem z Baltimore, żeby zobaczyć mecz Orłów z Kowbojami. Nie pamiętam, kto wtedy wygrał ani jaki był wynik. Pamiętam jedynie, że siedziałem pomiędzy Scottem i Jakiem w najodleglejszym sektorze stadionu, kiedy Kowboje zdobyli przyłożenie po biegu. Za naszymi plecami jakiś idiota wstał i zaczął wiwatować. Gdy rozpiął kurtkę, naszym oczom ukazała się koszulka zawodnika Kowbojów Tony’ego Dorsetta. Wszyscy kibice w sektorze zaczęli buczeć i rzucać w mężczyznę jedzeniem, a on tylko się uśmiechał. Jake był tak pijany, że ledwo trzymał się na nogach, ale rzucił się w stronę faceta, przepychając się pomiędzy trzema rzędami ludzi. Trzeźwy kibic Kowbojów z łatwością odepchnął Jake’a, jednak kiedy mój brat wpadł na pijanych kibiców Orłów, rozległ się krzyk i kibicowi Kowbojów siłą ściągnięto koszulkę Tony’ego Dorsetta, a następnie porwano ją na strzępy. W końcu zjawiła się ochrona i usunęła


kilkanaście osób ze stadionu. Mojemu bratu się upiekło i nie został wyrzucony z meczu. Scottowi i mnie udało się odciągnąć Jake’a od tej burdy i w czasie kiedy ochrona robiła porządek z pozostałymi kibicami, my polewaliśmy Jake’a wodą w łazience, próbując go otrzeźwić. Wydawało mi się, że to wszystko miało miejsce w zeszłym roku, może jedenaście miesięcy temu. Wiem jednak, że jeśli wspomnę o tym teraz, kiedy grillujemy sobie przed stadionem Linc, dowiem się, że wydarzyło się to trzy, może nawet cztery lata temu. Chociaż mam na to ochotę – nie poruszam tego tematu, mimo że odpowiedź na nie pozwoliłaby mi ustalić, w jaki sposób mierzy czas reszta świata. Poza tym nieświadomość tego, co według reszty świata wydarzyło się w tym czasie jest naprawdę przerażająca. Lepiej za bardzo się nad tym nie zastanawiać. – Napij się piwa – mówi Jake. – Uśmiechnij się. Dziś mecz! Zaczynam więc pić, chociaż na pomarańczowych


pudełeczkach z moimi tabletkami przyklejone są etykietki zakazujące mi spożywania alkoholu. Najpierw zanosimy jedzenie grubym facetom w namiocie, następnie sami jemy kiełbaski i jajecznicę z papierowych talerzyków, po czym Scott, Jake i zaczynamy rzucać piłką. Parking wypełniony jest ludźmi – nie tylko tymi, którzy urządzają sobie imprezę, ale także tymi, którzy po prostu się po nim wałęsają. Są tu faceci handlujący kradzionymi lub produkowanymi chałupniczo koszulkami, matki trzymające za rączki małe dziewczynki w strojach cheerleaderek, które gdy się im wrzuci dolara na rzecz ich lokalnego klubu tancerek, prezentują swoje umiejętności. Są zwariowani kloszardzi, którzy za darmowe jedzenie i piwo opowiadają świńskie kawały, striptizerki w szortach i satynowych kurtkach, rozdające bilety wstępu do okolicznych klubów nocnych, grupki dzieciaków w ochraniaczach i kaskach zbierających pieniądze na swoje drużyny futbolowe, studenci rozdający darmowe próbki nowych napojów, słodyczy lub śmieciowego jedzenia, a także siedemdziesiąt tysięcy pijanych kibiców takich jak my. Krótko mówiąc, to prawdziwy zielony


futbolowy festyn. Kiedy w końcu idziemy porzucać piłką, jestem już po dwóch lub trzech piwach, a mogę się założyć, że Jake i Scott wypili ich przynajmniej po dziesięć, więc nasze podania nie są zbyt dokładne. Piłka odbija się od zaparkowanych nieopodal samochodów, przewraca stoliki z jedzeniem, uderza w plecy jednego lub dwóch facetów, ale nikogo to nie obchodzi, ponieważ jesteśmy kibicami Orłów w koszulkach Orłów, którzy są przygotowani na to, by z całych sił im kibicować. Co jakiś czas inni mężczyźni wyskakują, żeby przechwycić podanie, ale zawsze z uśmiechem oddają nam piłkę. Lubię rzucać piłkę z Jakiem i Scottem, ponieważ czuję się wtedy jak chłopiec – ten sam, w którym zakochała się Nikki. Nagle dzieje się coś złego. Jake spostrzega tego mężczyznę jako pierwszy. Pokazuje go nam i mówi: – Hej, spójrzcie na tego palanta. Odwracam głowę i widzę potężnego faceta w koszulce Gigantów, który znajduje się około trzydziestu metrów od


naszego namiotu. Ma na sobie kask w odcieniach czerwieni, bieli i granatu, a co gorsza jest z nim chłopczyk, także ubrany jest w koszulkę Gigantów. Mężczyzna podchodzi do grupki kibiców w zielonych koszulkach, którzy z początku mu docinają, jednak w końcu podają mu piwo. Nagle mój brat rusza w stronę kibica Gigantów, więc Scott i ja podążamy za nim. Idąc, Jake zaczyna skandować: „Du-pek! Du-pek! Du-pek!”, przy każdej sylabie wystawiając środkowy palec i wskazując nim kask mężczyzny. Scott robi to samo i po chwili otacza nas około dwudziestu mężczyzn w koszulkach Orłów, którzy także skandują i wystawiają środkowe palce. Muszę przyznać, że wspaniale jest być częścią tej bandy, zjednoczonej w nienawiści do kibiców przeciwnej drużyny. Kiedy dochodzimy do kibica Gigantów, jego znajomi – kibice Orłów – śmieją się, a ich twarze zdają się mówić: „Mówiliśmy ci, że tak będzie”. Jednak zamiast okazać skruchę, kibic Gigantów unosi ręce, jak gdyby właśnie skończył prezentować sztuczkę magiczną, uśmiecha się szeroko i kiwa głową, jak gdyby to, że nazywa się go


dupkiem, sprawiało mu przyjemność. Przystawia nawet dłoń do ucha, jakby chciał powiedzieć: „Nie słyszę. Głośniej!”. Stojący obok chłopiec, który ma równie bladą skórę i płaski nos jak ojciec, wydaje się przerażony. Koszulka malucha zwisa mu do kolan, a kiedy skandowanie się nasila, chłopiec łapie tatę za nogę i próbuje schować się za potężnym udem mężczyzny. Za przyczyną mojego brata skandowane hasło przechodzi w „Giganci są do dupy!” i po chwili przyłącza się do nas więcej kibiców Orłów. Jest nas teraz co najmniej pięćdziesięciu. Gdy chłopczyk zaczyna płakać, kibice Orłów chichoczą i powoli się rozchodzą. Kiedy wracamy do namiotu, Jake i Scott się śmieją, ale ja nie czuję się zbyt dobrze. Żałuję, że doprowadziliśmy malca do płaczu. Wiem, że ten kibic głupio postąpił, wkładając koszulkę Gigantów, idąc na stadion Orłów, i to, że jego synek się rozpłakał, to w gruncie rzeczy jego wina, ale wiem także, że zachowaliśmy się niemiło. Nikki nienawidzi takiego zachowania, a ja przecież próbuję… Czuję uderzenie w plecy, potykam się i niemal upadam.


Gdy się odwracam, widzę tego samego kibica Gigantów. Nie ma już na sobie kasku. Nie ma też przy nim syna. – Lubisz doprowadzać dzieci do płaczu? – mówi do mnie. Jestem zbyt zaskoczony, żeby się odezwać. Przecież skandowało pięćdziesięciu mężczyzn, a on wybrał właśnie mnie. D l a c z e g o? Przecież ja się nawet nie odezwałem. Nie wystawiałem środkowego palca. Chcę mu to powiedzieć, ale wargi odmawiają mi posłuszeństwa, więc po prostu stoję, potrząsając jedynie głową. – Jeśli nie chcesz kłopotów, nie wkładaj koszulki Gigantów na mecz Orłów – mówi Scott. – Przywożenie tu dziecka w takim stroju to skrajna nieodpowiedzialność – dodaje Jake. Wokół znów gromadzi się tłum i po chwili wokół nas zaciska się krąg zielonych strojów. Myślę sobie, że ten kibic chyba zwariował. Jeden z jego przyjaciół – drobny mężczyzna z długimi włosami i wąsem – podszedł, żeby z nim porozmawiać. Ma na sobie koszulkę Orłów. – Daj spokój, Steve. Chodźmy. Oni nie mieli nic złego


na myśli. To tylko żart. – Masz jakiś problem, do cholery? – rzuca Steve i znów mnie popycha, tym razem z całej siły uderzając mnie w pierś. Kibice Orłów zaczynają skandować: „Du-pek! Du-pek! Du-pek!”. Steve patrzy mi w oczy i zaciska zęby tak mocno, że ścięgna w jego karku naprężają się jak liny. On także podnosi ciężary, a jego ramiona są większe od moich. Jest też od mnie jakieś pięć centymetrów wyższy. Szukam pomocy u Jake’a i widzę, że on także wydaje się zmartwiony. Jake staje przede mną i wystawia ręce na znak, że nie szuka kłopotów, jednak zanim udaje mu się cokolwiek powiedzieć, kibic Gigantów łapie mojego brata za pamiątkową koszulkę Jerome’a Browna i rzuca nim o ziemię. Widzę, jak Jake uderza o beton. Ręce mojego brata ślizgają się po asfalcie, a z jego palców cieknie krew. Jest zamroczony i przestraszony. Mojemu bratu dzieje się krzywda. Mojemu bratu dzieje się krzywda.


MOJEMU BRATU DZIEJE SIĘ KRZYWDA. Wybucham. Nieprzyjemne uczucie, które zagnieździło się w moim brzuchu wystrzela w kierunku klatki piersiowej i rąk. Zanim się obejrzę, nacieram na Steve’a jak ciężarówka – lewym sierpowym uderzam go w policzek, a prawym zadaję cios pod brodę, tak mocny, że podrywa go z ziemi. Patrzę, jak szybuje w powietrzu, jak ktoś, kto skacze do basenu z trampoliny. Uderza plecami o beton. Przez jego stopy i ręce przechodzą krótkie drgawki, po czym mężczyzna nieruchomieje. Stojący wokół tłum milczy, a ja zaczynam się czuć okropnie. Czuję się winny. – Zadzwońcie po karetkę! – słychać krzyk. Ktoś inny woła: – Niech przywiozą niebiesko-czerwony worek na ciało. – Tak mi przykro – szepczę, ponieważ trudno mi wydobyć głos. – Tak mi przykro. Znów zaczynam biec. Omijam tłum ludzi, przebiegam przez ulice, okrążam samochody, przedzieram się przez ogłuszające dźwięki


klaksonów i przekleństwa wrzeszczących na mnie kierowców. Gdzieś w brzuchu czuję dziwne bulgotanie i po chwili wymiotuję na chodnik – jajka, kiełbasa, piwo – a zgromadzeni wokół ludzie wrzeszczą na mnie, wyzywają mnie od pijaków i nazywają dupkiem. Znów zaczynam biec ile sił w nogach, tak by zostawić stadiony daleko w tyle. Kiedy mam wrażenie, że znów będę wymiotować, przystaję i uświadamiam sobie, że jestem sam – wokół nie ma żadnego kibica Orłów. Przede mną ciągnie się druciana siatka otaczająca porzucony magazyn. Znów zaczynam wymiotować. Na chodniku, tuż obok kałuży moich wymiocin, połyskują w słońcu kawałki potłuczonego szkła. Płaczę. Czuję się okropnie. Uświadamiam sobie, że znów nie udało mi się być miłym. Że znów zupełnie straciłem nad sobą kontrolę. Że poważnie skrzywdziłem innego człowieka i że teraz już na pewno nie odzyskam Nikki. Rozłąka będzie trwała wiecznie, ponieważ moja żona jest pacyfistką, która pod żadnym


pozorem nie chciałaby, żebym kogoś uderzył. Mam wrażenie, że Bóg i Jezus trzymali kciuki, żebym nadstawił drugi policzek, więc wiem, że nie powinienem był uderzyć tego kibica Gigantów, a teraz znów płaczę, bo jestem śmieciem – pieprzonym cieniem człowieka. Ruszam przed siebie. Ciężko oddychając, mijam pół przecznicy i przystaj��. Dobry Boże, modlę się, proszę, nie pozwól im odesłać mnie z powrotem do niedobrego miejsca. P r o s z ę! Spoglądam w niebo i dostrzegam chmurę przepływającą tuż pod słońcem. Jej górny brzeżek promienieje białym światłem. Wszystko do mnie wraca. Nie poddawaj się, myślę. Jeszcze nie teraz. – Pat! Pat! Zaczekaj! – Odwracam się i spoglądam z powrotem w stronę stadionu, skąd biegnie do mnie brat. W ciągu najbliższej minuty sylwetka Jake’a rośnie i po chwili brat staje przede mną i zgina się wpół, ciężko dysząc. – Przepraszam – mówię. – Tak mi przykro. – Z a c o? – śmieje się Jake, a następnie wyciąga telefon, wybiera numer i przykłada aparat do ucha. –


Znalazłem go – mówi. – Tak, powiedz mu. Jake podaje mi komórkę. Przykładam ją do ucha. – Czy to Rocky Balboa? – Rozpoznaję głos Scotta. – Słuchaj, ten palant, którego znokautowałeś… Ocknął się i jest strasznie wkurzony. Lepiej nie wracaj do namiotu. – Jak on się czuje? – pytam. – Powinieneś się raczej martwić o siebie. – Dlaczego? – Kiedy przyjechała policja, ściemnialiśmy, że nie wiemy, o co chodzi i że nikt nie potrafi zidentyfikować ani ciebie, ani twojego brata. Ale kiedy tylko gliny pojechały, koleś zaczął krążyć po parkingu. Szuka cię. Cokolwiek zrobisz, nie wracaj tu, bo ten kibic Gigantów będzie chciał zemsty. Oddaję telefon Jake’owi i odczuwam ulgę, wiedząc, że nie uszkodziłem Steve’a zbyt poważnie. Jednak czuję się też nieco odrętwiały, ponieważ znów straciłem nad sobą kontrolę. Poza tym, boję się tego kibica Gigantów. – Wracamy do domu? – pytam Jake’a, kiedy kończy rozmawiać ze Scottem.


– Do domu? Zwariowałeś? – odpowiada i zaczynamy iść w stronę stadionu Linc. Kiedy przez chwilę się nie odzywam, brat pyta, czy dobrze się czuję. Nie czuję się dobrze, ale mu tego nie mówię. – Pat, ten dupek cię zaatakował i rzucił mnie na ziemię. Ty tylko broniłeś swojej rodziny – mówi Jake. – Powinieneś być z siebie dumny. Zachowałeś się jak b o h a t e r. Chociaż rzeczywiście broniłem brata i chociaż nie uszkodziłem kibica Gigantów zbyt poważnie, wcale nie jestem z siebie dumny. Czuję się winny. Powinno się mnie zamknąć w niedobrym miejscu. Mam wrażenie, że doktor Timbers miał co do mnie rację – nie ma dla mnie miejsca w prawdziwym świecie, ponieważ jestem nieokiełznany i niebezpieczny. Oczywiście, nie dzielę się tym z Jakiem, przede wszystkim dlatego, że jego nigdy nigdzie nie zamknięto, i on nie rozumie, co to znaczy stracić nad sobą kontrolę. On chce zobaczyć mecz i reszta nie ma dla niego znaczenia, ponieważ nigdy nie miał żony, nie stracił kogoś takiego jak Nikki, i wcale nie próbuje zmienić swojego życia, ponieważ nie zna wojny, jaka


dzień w dzień toczy się w moim sercu – tej chemicznej eksplozji, która jak petarda rozsadza mi czaszkę, tych okropnych pragnień i impulsów, i… Na zewnątrz stadionu tłumy ustawiają się w potężne kolejki i wraz z setkami innych kibiców czekają na rewizję osobistą. Nie pamiętam, żeby na stadionie Vet ktokolwiek mnie obszukiwał. Zastanawiam się, odkąd to rewizja osobista przed meczami futbolowymi stała się konieczna, ale nie pytam o to Jake’a, ponieważ on wraz z setkami pijanych kibiców śpiewa teraz „W górę, Orły, w górę”. Po rewizji wchodzimy po schodach, pokazujemy bilety i wchodzimy na Lincoln Financial Field. Wokół jest pełno ludzi – stadion przypomina ul pełen zielonych pszczół, a wokół panuje ogłuszająca wrzawa. Idąc w stronę naszego sektora, często musimy obracać się bokiem, żeby przecisnąć się pomiędzy ludźmi. Idę za Jakiem – nie chcę stracić go z oczu, bo wtedy na pewno się zgubię. Wchodzimy do łazienki, a Jake zachęca wszystkich przebywających w środku mężczyzn do odśpiewania piosenki bojowej Orłów. Kolejki do pisuarów są bardzo długie i dziwię


się, że nikt nie sika do umywalek, ponieważ na stadionie Vet – a przynajmniej w najodleglejszym jego sektorze – wszystkie umywalki służyły jako dodatkowe pisuary. W końcu docieramy na nasze miejsca we wschodniej strefie końcowej, zaledwie dwadzieścia rzędów od boiska. – Jak udało ci się zdobyć takie bilety? – pytam Jake’a. – Po znajomości – odpowiada i uśmiecha się z dumą. Scott już siedzi na swoim miejscu i gratuluje mi bójki. – Znokautowałeś tego kibica j e d n y m c i o s e m! – mówi, a ja znów zaczynam czuć się fatalnie. Jake i Scott przybijają sobie piątki niemal ze wszystkimi osobami siedzącymi w naszym sektorze, a gdy inni kibice zwracają się do nich po imieniu, dociera do mnie, że są tu dość popularni. Kiedy zjawia się sprzedawca piwa, Scott kupuje nam kolejkę, a ja ze zdziwieniem zauważam, że do siedzenia przede mną przymocowany jest uchwyt na kubek. Na stadionie Vet o takim luksusie nie można było nawet marzyć. Zanim ogłaszane są nazwiska zawodników, na ogromnych ekranach zainstalowanych w każdej części boiska


puszczane są urywki filmów o Rockym – Rocky biegnie przez starą stocznię, Rocky okłada pięściami tusze wołowe w chłodni, Rocky wbiega po schodach muzeum – a Jake i Scott wciąż powtarzają: „To ty! To ty!”, tak że zaczynam się martwić, że ktoś ich usłyszy, skojarzy, że to ja pobiłem kibica Gigantów na parkingu i powie policji, żeby odwiozła mnie do niedobrego miejsca. Gdy na ekranie pojawia się wyjściowy skład drużyny, wokół wybuchają fajerwerki, cheerleaderki skaczą i wymachują nogami, wszyscy zrywają się na nogi, Jake klepie mnie po plecach, a obcy ludzie przybijają mi piątki. Nagle przestaję rozpamiętywać bójkę na parkingu. Zaczynam myśleć o tacie, który ogląda mecz w naszym salonie, i o mamie, która podaje mu skrzydełka, pizzę i piwo, z nadzieją, że Orły wygrają, tak by jej mąż przez cały tydzień miał dobry nastrój. Znów zastanawiam się, czy jeśli dziś Orłom uda się wygrać, tata zacznie ze mną rozmawiać wieczorami. W końcu zaczyna się mecz, a ja wiwatuję tak, jak gdyby moje życie zależało od wyniku dzisiejszego meczu. Giganci zdobywają punkty jako pierwsi, ale Orły


odpowiadają im przyłożeniem, po którym kibice z dumą zaczynają śpiewać piosenkę bojową – przerywaną skandowaniem nazwy drużyny. Pod koniec pierwszej kwarty Hank Baskett pierwszy raz w swojej futbolowej karierze złapał dwudziestopięciojardowe podanie. Wszyscy kibice z naszego sektora przybijają mi piątki i klepią mnie po plecach, ponieważ mam na sobie oficjalną koszulkę Hanka Basketta, a ja uśmiecham się do brata, który sprawił mi tak wspaniały prezent. Po tym wszystkim mecz należy do Orłów i na początku czwartej kwarty nasza drużyna wygrywa dwadzieścia cztery do siedmiu. Jake i Scott nie posiadają się z radości, a ja zaczynam sobie wyobrażać rozmowę, którą odbędę z tatą po powrocie do domu – będzie dumy, że wrzeszczałem z całych sił, ilekroć Eli Manning próbował ustalić strategię gry. Jednak w czwartej kwarcie Giganci zdobywają siedemnaście punktów, na które Orły nie odpowiadają żadnym i filadelfijscy kibice są w szoku. W dogrywce Plaxido Burress wyskakuje wyżej niż Sheldon Brown w strefie końcowej, i Giganci wyjeżdżają


z Filadelfii jako zwycięzcy. Straszny widok. Kiedy opuszczamy stadion, Scott mówi: – Lepiej nie wracajcie do namiotu. Ten palant na pewno będzie tam czekał. Żegnamy się więc ze Scottem i podążamy za tłumem do metra. Jake ma żetony na przejazd. Przechodzimy przez bramki, schodzimy do tunelu i wpychamy się do zatłoczonego wagonu. Ludzie wołają, że nie ma miejsca, ale Jake wciska się do środka pomiędzy ludzi i wciąga mnie do środka. Klatka piersiowa mojego brata przyciśnięta jest do moich pleców, a nieznajomi miażdżą mi ramiona. Kiedy drzwi w końcu się zamykają, mój nos prawie dotyka szyby. Wokół rozchodzi się wydzielany przez pasażerów skwaśniały odór piwa. Nie lubię być otoczony przez tak wielu nieznajomych, ale nic nie mówię i wkrótce zatrzymujemy się na stacji Ratusz. Wysiadamy z pociągu, przechodzimy przez kolejną bramkę i znajdujemy się w dzielnicy Center City. Ruszamy Market Street, mijając stare centra handlowe i nowe hotele


oraz galerię sztuki. – Chcesz zobaczyć moje mieszkanie? – pyta Jake, kiedy dochodzimy na stację na rogu Ósmej i Market, z której odjeżdża pociąg jadący przez most Benjamina Franklina do Collingswood. Chciałbym zobaczyć mieszkanie Jake’a, ale jestem zmęczony i chciałbym jak najszybciej znaleźć się w domu, żeby przed snem jeszcze trochę poćwiczyć. Pytam, czy mogę je obejrzeć kiedy indziej. – Jasne – mówi. – Dobrze, że wróciłeś. Dziś byłeś prawdziwym kibicem Orłów. Kiwam głową. – Powiedz tacie, że w przyszłym tygodniu Orły pozbierają się w meczu przeciwko San Francisco 49ers. Znów kiwam głową. Jestem zaskoczony, kiedy Jake mocno mnie przytula i mówi: – Kocham cię, braciszku. Dziękuję, że się za mną wstawiłeś na parkingu. Odpowiadam, że też go kocham, i patrzę, jak odchodzi


Market Street, głośno śpiewając: „W górę, Orły, w górę!”. Schodzę do tunelu, wkładam do automatu pięć dolarów, które dostałem od mamy, kupuję bilet, wkładam go do bramki, schodzę w dół, wchodzę na peron i zaczynam myśleć o tym dzieciaku w koszulce Gigantów. Czy bardzo płakał, kiedy zdał sobie sprawę, że jego ojciec stracił przytomność? Kilku innych mężczyzn w koszulkach Orłów siedzi na chromowanych ławkach i ze współczuciem kiwają głowami na widok mojej koszulki Hanka Basketta. Stojący na końcu peronu mężczyzna krzyczy: „Pieprzyć Orły!”, po czym kopniakiem przewraca metalowy kosz na śmieci. Stojący obok mnie kibic potrząsa głową i szepcze: „Cholerne Orły”. Gdy nadjeżdża pociąg, wsiadam i staję tuż przy drzwiach. Przejeżdżamy pod niebem splamionym zachodzącym słońcem, ponad rzeką Delaware, przez most Benjamina Franklina. Spoglądam na panoramę miasta i znów zaczynam myśleć o tym płaczącym dzieciaku. Kiedy o nim myślę, czuję się potwornie. Wysiadam na stacji Collingswood, przechodzę przez niezadaszony peron, schodzę po schodach, wkładam bilet do


bramki i biegnę do domu. Mama siedzi w salonie i pije herbatę. – Jak tata? – pytam. Potrząsa głową i wskazuje telewizor. Ze środka ekranu rozchodzi się pajęczyna pęknięć. – Co się stało? – Twój ojciec roztrzaskał go lampką do czytania. – Przez przegraną Orłów? – Właściwie to nie. Zrobił to, kiedy Giganci pod koniec czwartej kwarty zdobyli przewagę. Potem musiał oglądać porażkę Orłów na telewizorze w sypialni – mówi mama. – A jak się czuje twój brat? – Dobrze – odpowiadam. – Gdzie tata? – W biurze. – Aha. – Przykro mi, że wasza drużyna przegrała – mówi mama. Wiem, że robi to tylko dlatego, że chce być miła. – To nic – odpowiadam i schodzę do piwnicy, gdzie przez kilka godzin podnoszę ciężary i staram się zapomnieć o tym małym płaczącym kibicu Gigantów, jednak nie mogę


wyrzucić go z pamięci. Z jakiegoś powodu zasypiam na dywaniku, który przykrywa fragment piwnicznej podłogi. We śnie raz za razem przeżywam bójkę, tylko że zamiast swojego syna kibic Gigantów przyprowadza na mecz Nikki. Ona też ma na sobie koszulkę Gigantów. Za każdym razem, kiedy nokautuję mężczyznę, Nikki przedziera się przez tłum gapiów, ujmuje głowę Steve’a i całuje go w czoło, a następnie patrzy na mnie. Zanim zrywam się do biegu, mówi: – Jesteś zwierzęciem, Pat. Już nigdy cię nie pokocham. Płaczę we śnie i ilekroć wspomnienie o bójce pojawia się w mojej głowie, próbuję powstrzymać się przed uderzeniem kibica Gigantów, jednak widok krwawiących dłoni Jake’a sprawia, że nie potrafię nad sobą zapanować – tak samo jak nie potrafiłem nad sobą zapanować na jawie. Budzę się, kiedy słyszę zatrzaskiwane drzwi piwnicy, i widzę światło sączące się przez niewielkie okienko nad pralką. Wchodzę po schodach i nie mogę uwierzyć, kiedy widzę rubryki sportowe. Bardzo przeżyłem swój sen, ale tłumaczę sobie, że to


był tylko sen i że mimo tego, co zaszło – mimo najgorszej porażki w historii Orłów – ojciec wciąż zostawia mi na schodach rubryki sportowe. Biorę głęboki oddech. Pozwalam sobie na to, by znów myśleć pozytywnie, i rozpoczynam codzienny trening.


Aniołek z brudną buzią

Zabrałem Tiffany do restauracji Crystal Lake. Siedzimy przy tym samym stoliku co poprzednio, jemy na spółkę jedną porcję płatków śniadaniowych i pijemy gorącą herbatę. W drodze do restauracji nie odezwaliśmy się nawet słowem, milczeliśmy też, czekając, aż kelnerka przyniesie nam mleko, miskę i płatki. Powoli zaczyna do mnie docierać, że nasza przyjaźń nie wymaga od nas zbyt wielu słów. Obserwując, jak nabiera łyżką brązowe płatki i rodzynki, po czym wsuwa je sobie do różowych ust, zastanawiam się, czy powiedzieć jej o tym, co zaszło podczas meczu Orłów. Od dwóch dni nie przestaję myśleć o płaczącym chłopcu skrywającym się za nogą ojca, i mam wyrzuty sumienia po tym, jak uderzyłem potężnego kibica Gigantów. Nie powiedziałem o tym mamie, ponieważ nie chciałem jej zasmucać. Tata nie rozmawia ze mną od dnia, w którym Orły


przegrały z Gigantami, a z doktorem Cliffem zobaczę się dopiero w piątek. Poza tym mam wrażenie, że tylko Tiffany może mnie zrozumieć, ponieważ sama wydaje się mieć podobne problemy i wciąż zdarza jej się wybuchać – jak wtedy na plaży, kiedy Veronica niechcący wspomniała przy mnie o jej terapeutce. Spoglądam na Tiffany – siedzi przygarbiona, z łokciami na stole. Włożyła czarną koszulę, przez co jej czarne włosy wydają się jeszcze ciemniejsze. Jak zwykle ma trochę za mocny makijaż. Wydaje się smutna. Zła. Wygląda inaczej niż wszyscy ludzie, których znam – nie potrafi przybrać wesołej miny, gdy wie, że ktoś się jej przygląda. Nie zakłada dla mnie maski, co w jakimś sensie sprawia, że mam do niej zaufanie. Nagle Tiffany podnosi wzrok i patrzy mi w oczy. – Dlaczego nie jesz? – Przepraszam – odpowiadam i spoglądam na błyszczące drobinki zatopione w plastikowym blacie stołu. – Ludzie uznają mnie za żarłoka, jeśli zobaczą, że ja jem, a ty tylko patrzysz. Zanurzam więc łyżkę w misce, chlapiąc mlekiem na


błyszczący stolik, i wsuwam niewielką ilość namoczonych w mleku płatków do ust. Przeżuwam. Połykam. Tiffany kiwa głową i znów spogląda za okno. – Na meczu Orłów wydarzyło się coś złego – mówię i natychmiast tego żałuję. – Nie chcę słyszeć o futbolu – wzdycha Tiffany. – Nienawidzę futbolu. – Tu nie chodzi o futbol. Tiffany wciąż patrzy przez szybę. Ja także wyglądam przez okno, ale dostrzegam tylko zaparkowane na zewnątrz samochody, nic więcej. Postanawiam jednak o wszystkim jej opowiedzieć. – Uderzyłem jednego faceta tak mocno, że poderwało go z ziemi. Bałem się, że go zabiłem. Spogląda na mnie. Mruży oczy i lekko się uśmiecha, jakby chciała się zaśmiać. – No i? – No i co?


– Zabiłeś go? – Nie. Nie zabiłem. Stracił przytomność, ale w końcu się ocknął. – A p o w i n i e n e ś b y ł go zabić? – pyta Tiffany. – Nie wiem. – Jej pytanie mnie zaskakuje. – To znaczy… Nie! Oczywiście, że nie. – Więc dlaczego tak mocno go uderzyłeś? – Rzucił mojego brata na beton i po prostu eksplodowałem. Miałem wrażenie, że opuściłem swoje ciało, które zaczęło robić coś, czego nie chciałem. Z nikim jeszcze o tym nie rozmawiałem. Miałem nadzieję, że będziesz chciała mnie wysłuchać i że… – Dlaczego ten mężczyzna zaatakował twojego brata? Opowiadam o wszystkim, co zaszło – od początku do końca – i zwierzam się jej, że nie mogę zapomnieć o synku tego mężczyzny. Wciąż widzę, jak chowa się za nogą ojca. Jak płacze, szlocha, jak bardzo się boi. Więc opowiadam jej o swoim śnie, w którym Nikki pociesza kibica Gigantów. Kiedy kończę opowiadać, Tiffany mówi: – No i?


– N o i? – Nie rozumiem, dlaczego t a k b a r d z o się tym przejmujesz. Przez chwilę wydaje mi się, że Tiffany żartuje, ale jest poważna. – Przejmuję się tym, ponieważ wiem, że Nikki będzie na mnie zła, kiedy jej o tym opowiem. Przejmuję się tym, ponieważ jestem sobą zawiedziony i ponieważ teraz nasza rozłąka z pewnością się przedłuży. Bóg będzie chciał chronić Nikki, dopóki nie nauczę się nad sobą panować, a Nikki, tak jak Jezus, jest pacyfistką, dlatego nie spodobałoby jej się to, że w ogóle poszedłem na mecz Orłów, gdzie nietrudno o awanturę, a ja nie chcę, żeby odesłano mnie do niedobrego miejsca. Boże, tak bardzo tęsknię za Nikki, to tak bardzo boli, i… – Pierdolić Nikki – mówi Tiffany i wsuwa do ust kolejną porcję płatków. Wpatruję się w nią. Tiffany przeżuwa płatki, jak gdyby nigdy nic. Połyka.


– Słucham? – mówię. – Wygląda mi na to, że ten kibic Gigantów to totalny kutas, podobnie jak twój brat i kolega Scott. To nie ty zacząłeś tę bójkę. Ty się tylko broniłeś. A jeśli Nikki nie potrafi tego zrozumieć, jeśli nie ma zamiaru cię wspierać, kiedy jest ci źle, to n i e c h s i ę p i e r d o l i. – Nigdy więcej nie mów w ten sposób o mojej żonie – ostrzegam ją, słysząc w swoim głosie nagły przypływ gniewu. Tiffany przewraca oczami. – Nie pozwalam żadnemu z moich przyjaciół mówić w ten sposób o mojej żonie. – Żonie, mówisz? – Tak. O mojej żonie Nikki. – O twojej żonie N i k k i, która porzuciła cię, kiedy dochodziłeś do siebie w szpitalu psychiatrycznym. Dlaczego twoja żona N i k k i nie siedzi tu teraz z tobą, Pat? Zastanów się. Dlaczego jesz te pieprzone płatki ze mną? Myślisz tylko o tym, jak zadowolić N i k k i, a twoja ukochana N i k k i wydaje się nie myśleć o tobie wcale. Gdzie ona jest? Co teraz robi? Naprawdę wydaje ci się, że myśli o t o b i e?


Jestem zbyt zaskoczony, żeby się odezwać. – Pierdolić Nikki, Pat. Pierdolić ją. PIERDOLIĆ NIKKI! – Tiffany uderza dłońmi o blat tak, że podskakuje miseczka z płatkami. – Olej ją. Ona odeszła. Naprawdę tego nie widzisz? Nasza kelnerka podchodzi do stolika i opiera ręce na biodrach. Ma zaciśnięte usta. Spogląda na mnie, a potem przenosi wzrok na Tiffany. – Hej, aniołku z brudną buzią – rzuca. Kiedy rozglądam się wokół, zauważam, że pozostali klienci patrzą na moją wulgarną przyjaciółkę. – To nie jest jakiś podrzędny bar. Tiffany spogląda na kelnerkę i potrząsa głową. – Wie pani co? Pani też niech się pierdoli! – rzuca, po czym wstaje, przechodzi przez restaurację i trzaska za sobą drzwiami. – Ja po prostu wykonuję swoją pracę – mówi kelnerka. – Rany! – Przykro mi. Wręczam kobiecie wszystkie pieniądze, jakie mam,


czyli dwadzieścia dolarów, które dała mi mama, kiedy powiedziałem, że chcę zabrać Tiffany na płatki. Prosiłem o dwie dwudziestki, ale mama odparła, że nie mogę dać kelnerce czterdziestu dolarów, jeśli posiłek kosztuje tylko pięć, mimo że wspomniałem jej o dawaniu dużych napiwków, czego nauczyłem się od Nikki. – Dziękuję. Ale niech pan lepiej goni swoją dziewczynę – odpowiada kelnerka. – Ona nie jest moją dziewczyną – odpowiadam. – To tylko koleżanka. – Nie moja sprawa. Tiffany nie ma przed restauracją. Spoglądam na ulicę i widzę, jak przede mną ucieka. Kiedy ją doganiam, pytam, co się stało. Nie odpowiada i biegnie dalej. Szybkim truchtem, ramię w ramię wracamy do Collingswood, aż do domu jej rodziców. Tiffany okrąża budynek i znika bez słowa.


Sugerowane zakończenie

Tego wieczoru próbuję przeczytać Szklany klosz Sylvii Plath. Nikki często wspominała o tym, jak ważna jest powieść Plath, mówiąc: „Każda młoda kobieta powinna przeczytać Szklany klosz”. Poprosiłem mamę, żeby wypożyczyła dla mnie tę książkę z biblioteki, ponieważ chcę zrozumieć kobiety, między innymi po to, by łatwiej mi było wczuć się w emocje Nikki. Okładka książki jest dość dziewczyńska – nad tytułem powieści widnieje zawieszona do góry nogami ususzona róża. Na pierwszej stronie Plath wspomina wyrok śmierci wykonany na Rosenbergach i od razu domyślam się, że czeka mnie niewesoła lektura, ponieważ jako były nauczyciel historii zdaję sobie sprawę z tego, jak przygnębiający był okres makkartyzmu. Po poruszeniu sprawy Rosenbergów, Plath opowiada o trupach i o tym, jak w czasie śniadania wydawało jej się, że widzi zwłoki.


Główna bohaterka Esther odbywa staż w redakcji prestiżowego nowojorskiego magazynu, a mimo to cierpi na depresję. Spotykając się z mężczyznami, z którymi usiłuje się przespać, używa fałszywych imion. Esther ma chłopaka o imieniu Buddy, ale ten traktuje ją okropnie i daje jej do zrozumienia, że powinna urodzić dzieci i zostać kurą domową, a nie marzyć o karierze pisarki. W końcu Esther przechodzi załamanie nerwowe i zostaje skierowana na terapię elektrowstrząsową, próbuje się zabić, zażywając za dużo tabletek nasennych, i trafia do niedobrego miejsca – takiego samego jak to, w którym przebywałem ja. Opowiadając o czarnoskórym mężczyźnie, który rozwozi jedzenie w szpitalu, Esther nazywa go „czarnuchem”. Kiedy to czytam, myślę o Dannym i o tym, jak wściekły byłby mój ciemnoskóry przyjaciel, czytając tę książkę, zwłaszcza że Esther jest biała, a Danny mówi, że tylko czarni ludzie mogą używać tak kontrowersyjnych określeń jak „czarnuch”. Z początku, chociaż to naprawdę przygnębiająca lektura, czytam powieść Plath z ekscytacją, ponieważ


opowiada o zdrowiu psychicznym, a to temat, który niezwykle mnie interesuje. Chcę przeczytać o tym, jak stan Esther się poprawia, jak znajduje swoje szczęśliwe zakończenie i jak układa sobie życie. Jestem pewny, że Nikki każe nastolatkom czytać tę książkę po to, by uwierzyły, że jeśli bardzo się czegoś pragnie, zawsze jest nadzieja. Czytam więc dalej. Esther traci dziewictwo, dostaje krwotoku i niemal wykrwawia się na śmierć – jak Catherine w Pożegnaniu z bronią – a ja zastanawiam się, dlaczego w amerykańskiej literaturze kobiety ciągle mają krwotok. Esther jednak nie umiera. Niedługo po tym dowiaduje się, że jej przyjaciółka Joan się powiesiła. Esther idzie na pogrzeb, a książka kończy się w momencie, kiedy bohaterka wchodzi do pokoju pełnego terapeutów, którzy zadecydują, czy stan zdrowia pozwala jej opuścić niedobre miejsce. Nie wiemy, co dalej dzieje się z Esther – czy jej stan się poprawia – a to bardzo mnie złości, szczególnie że czytałem książkę przez całą noc. Kiedy przez okno mojej sypialni zaczynają wpadać


promienie słońca, czytam notę biograficzną z tyłu okładki, z której dowiaduję się, że cała „powieść” jest w gruncie rzeczy historią życia Sylvii Plath i że autorka wetknęła głowę do piekarnika i odkręciła gaz, zabijając się, podobnie jak Hemingway – tylko bez broni – co odbieram jako sugerowane zakończenie książki, ponieważ wszyscy wiedzą, że powieść Plath to w rzeczywistości pamiętnik pisarki. Przedzieram książkę na pół i rzucam obiema połówkami o ścianę sypialni. Piwnica. Stomach Master 6000. Pięćset brzuszków. Dlaczego Nikki każe nastolatkom czytać takie przygnębiające powieści? Ławeczka. Wyciskanie ciężarów. Powtórzenia ze stutrzydziestokilogramową sztangą. Dlaczego ludzie czytają książki takie jak Szklany klosz? Dlaczego? Dlaczego?


D l a c z e g o? Jestem zaskoczony, kiedy następnego dnia o zachodzie słońca Tiffany zjawia się na jogging. Nie wiem, co jej powiedzieć, więc jak zwykle nie mówię nic. Biegniemy. Następnego dnia znów biegamy, ale nie wracamy do tego, co Tiffany powiedziała o mojej żonie.


Dopuszczalna forma radzenia sobie ze stresem

W pokoju z chmurami wybieram czarny fotel, ponieważ czuję się trochę przybity. Przez kilka minut nic nie mówię. Martwię się, że Cliff odeśle mnie z powrotem do niedobrego miejsca, jeśli wyjawię mu prawdę, ale kiedy tak tu siedzę, dręczą mnie wyrzuty sumienia, więc opowiadam Cliffowi o wszystkim w dzikiej gmatwaninie zdań: wielki kibic Gigantów, mały kibic Gigantów, bójka, przegrana Orłów z Gigantami, ojciec roztrzaskujący ekran telewizora, rubryki sportowe, które mi zostawia, jednocześnie wcale ze mną nie rozmawiając, sen o Nikki w koszulce Gigantów, Tiffany mówiąca „pierdolić Nikki”, a jednocześnie chętna, żeby codziennie ze mną biegać, a w końcu Nikki opowiadająca bezbronnym nastolatkom o Sylvii Plath, Szklany klosz przedarty na pół, Sylvia Plath wtykająca głowę do piekarnika. – Do piekarnika! – rzucam. – Dlaczego ktokolwiek chciałby wkładać głowę do p i e k a r n i k a?


Czuję ogromną ulgę i uświadamiam sobie, że w połowie swojej tyrady zacząłem płakać. Kiedy kończę mówić, zakrywam twarz, ponieważ Cliff, owszem, jest moim terapeutą, ale jest także mężczyzną oraz kibicem Orłów, a może nawet moim przyjacielem. Szlocham, zasłaniając oczy dłonią. W pokoju z chmurami przez kilka minut panuje cisza, a kiedy Cliff w końcu się odzywa, mówi: – Nienawidzę kibiców Gigantów. Są tacy aroganccy i w kółko gadają tylko o Lawrensie Taylorze, który był zwykłym ćpunem. Zgoda, został najlepszym zawodnikiem dwóch wielkich finałów Super Bowl, ale to było dawno, od tego czasu minęło chyba z piętnaście lat. A my graliśmy w finale jakieś dwa lata temu, prawda? Nieważne, że ostatecznie ponieśliśmy porażkę. Jestem zaskoczony. Byłem pewny, że Cliff nakrzyczy na mnie za to, że uderzyłem tego kibica Gigantów i że znów zagrozi mi odesłaniem do niedobrego miejsca, więc to, że wspomina o Lawrensie Taylorze jest dla mnie zupełną niespodzianką.


Opuszczam ręce i widzę, że Cliff stoi. Jest taki niski, że jego głowa znajduje się tylko nieco wyżej niż moja, chociaż ja wciąż siedzę. Poza tym wydaje się sugerować, że dwa lata temu Orły grały w finałowym meczu, co bardzo by mnie zasmuciło, ponieważ wcale tego nie pamiętam. Próbuję wymazać z pamięci to, co Cliff powiedział o Orłach w finale. – Czy ty też nienawidzisz kibiców Gigantów? – pyta. – Czy ty też czujesz do nich wstręt? No dalej, powiedz prawdę. – Tak – odpowiadam. – Naprawdę ich nienawidzę. Tak jak mój brat i tata. – Dlaczego ten mężczyzna włożył koszulkę Gigantów na stadion Orłów? – Nie wiem. – Czy n a p r a w d ę myślał, że ludzie nie będą z niego szydzić? Nie wiem, co powiedzieć. – Co roku widzę tych durnych kibiców Kowbojów, Gigantów i Czerwonoskórych, którzy przyłażą na nasz stadion w barwach swoich drużyn, i co roku pijani kibice Orłów spuszczają im łomot. Kiedy wyciągną z tego nauczkę?


Jestem zbyt zaskoczony, żeby mówić. Czy to oznacza, że Cliff także ma bilet na cały sezon? Zastanawiam się, ale go o to nie pytam. – Nie tylko broniłeś brata, ale broniłeś także swojej drużyny! Prawda? Uświadamiam sobie, że kiwam głową. Cliff siada. Pociąga za dźwignię i wysuwa się podnóżek, a ja wpatruję się w podniszczone podeszwy jego mokasynów. – Kiedy siedzę w tym fotelu, jestem twoim terapeutą. Kiedy w nim nie siedzę, jestem po prostu kibicem Orłów, tak jak ty. Rozumiesz? Kiwam głową. – Przemoc nie jest odpowiednim rozwiązaniem. Nie musiałeś bić tego kibica Gigantów. Znów kiwam głową. – Nie c h c i a ł e m go uderzyć. – Ale to zrobiłeś. Spoglądam na swoje dłonie. Wykręcam palce. – Jaką miałeś alternatywę? – pyta. – Alternatywę?


– Co mogłeś zrobić, p o z a uderzeniem tego kibica? – Nie miałem czasu na to, żeby pomyśleć. Nacierał na mnie, popchnął mojego brata na ziemię… – A co, gdyby to był Kenny G? Zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, usiłując oczyścić umysł. – Tak, nucenie. Może spróbujesz tego następnym razem, kiedy będziesz miał ochotę kogoś uderzyć? Gdzie się tego nauczyłeś? Jestem trochę zły na Cliffa za to, że wspomniał o Kennym G, bo to chwyt poniżej pasa, zwłaszcza że wie o tym, iż pan G jest moim największym wrogiem, pamiętam jednak o tym, że Cliff nie nakrzyczał na mnie, kiedy wyjawiłem mu prawdę i jestem mu za to wdzięczny, więc odpowiadam na jego pytanie. – Nikki nuciła monotonnie jeden dźwięk, ilekroć sprawiałem jej przykrość. Powiedziała, że nauczyła się tego na jodze. Za każdym razem, kiedy to robiła, trafiał mnie szlag. Wkurzałem się, ponieważ dziwnie jest siedzieć obok kogoś, kto z zamkniętymi oczami nuci jeden dźwięk, a Nikki potrafiła


to robić naprawdę długo. Kiedy w końcu przestawała, byłem jej bardzo wdzięczny, uważałem, żeby jej nie urazić i większą wagę przywiązywałem do tego, co czuje. Dopiero jakiś czas temu zacząłem to doceniać. – A więc to dlatego nucisz, ilekroć ktoś wspomni o Kennym… Zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, usiłując oczyścić umysł. Kiedy przestaję, Cliff mówi: – Nucenie pozwala ci wyrazić swoje niezadowolenie w wyjątkowy sposób, pozbawiając otaczających cię ludzi argumentów. To bardzo interesująca taktyka. Może zaczniesz jej używać w innych sytuacjach? Co by się stało, gdybyś zamknął oczy i zaczął nucić w momencie, kiedy popchnął cię kibic Gigantów? Nie przyszło mi to nawet do głowy. – Myślisz, że dalej by na ciebie nacierał, gdybyś zamknął oczy i nucił? Pewnie nie. Kibic Gigantów pomyślałby, że jestem wariatem – ja pomyślałem tak o Nikki, kiedy po raz pierwszy


użyła przy mnie tego sposobu. Kiedy Cliff wyczytuje to z mojej twarzy, uśmiecha się i kiwa głową. Przez chwilę rozmawiamy o Tiffany. Mówi, że Tiffany czuje do mnie coś więcej i jego zdaniem, prawdopodobnie jest zazdrosna o moją miłość do Nikki, co wydaje mi się niemądre, tym bardziej że Tiffany nigdy ze mną nie rozmawia, a kiedy jesteśmy razem, zachowuje się bardzo powściągliwie. Poza tym Tiffany jest piękna, czego nie można powiedzieć o mnie. – To po prostu dziwna kobieta – odpowiadam. – A która z nich nie jest dziwna? – rzuca Cliff i wybuchamy śmiechem, ponieważ kobiety naprawdę trudno czasem rozgryźć. – A co z moim snem? Nikki w koszulce Gigantów? Jak myślisz, co on oznacza? – A t y jak sądzisz? – pyta Cliff, a kiedy wzruszam ramionami, zmienia temat. Mówi, że książki Sylvii Plath to przygnębiająca lektura i że jego córka musiała ostatnio przebrnąć przez Szklany klosz, ponieważ w szkole chodzi na zajęcia z literatury


amerykańskiej. – I nie złożyłeś skargi do władz szkoły? – pytam. – Na co miałbym się skarżyć? – Na to, że twoją córkę zmusza się do czytania tak przygnębiających historii. – Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego miałbym się na to skarżyć? – Ponieważ ta powieść zaraża dzieci pesymizmem. Nie ma w niej nadziei, szczęśliwego zakończenia. Nastolatków powinno się uczyć, że… – Życie jest ciężkie, Pat, i dzieci muszą się o tym dowiedzieć. – Dlaczego? – Żeby potrafiły współczuć innym. Żeby rozumiały, że niektórym ludziom jest trudniej i że jazda przez ten świat może być bardzo zróżnicowanym doświadczeniem w zależności od tego, jakie substancje szaleją komuś w mózgu. Nie wpadłem na to, że dzięki lekturze książki takiej jak Szklany klosz ktoś może zrozumieć, jak to jest być Esther Greenwood. Uświadamiam sobie, że mam dla Esther wiele


współczucia, i gdybym ją naprawdę spotkał, próbowałbym jej pomóc, ponieważ poznałem jej myśli na tyle dobrze, że wiem, iż nie była szalona. Cierpiała dlatego, że świat był dla niej tak okrutny, i dlatego, że miała depresję wywołaną substancjami krążącymi w jej umyśle. – A więc się na mnie nie gniewasz? – pytam, kiedy Cliff zerka na zegarek, co oznacza, że nasze spotkanie dobiegło już niemal końca. – Nie. Ani trochę. – Naprawdę? – pytam, ponieważ wiem, że kiedy tylko wyjdę, Cliff prawdopodobnie wpisze do moich papierów wszystkie niepowodzenia, jakie ostatnio mi się przytrafiły. Pewnie myśli, że nie spełnia się w roli mojego terapeuty, przynajmniej nie w tym tygodniu. Cliff wstaje, uśmiecha się do mnie i spogląda przez okno na wróbla kąpiącego się w kamiennym poidełku. – Zanim wyjdziesz, Pat, chciałbym ci jeszcze powiedzieć coś bardzo ważnego. To kwestia życia i śmierci. Słuchasz mnie? Naprawdę chciałbym, żebyś to sobie zapamiętał. Zgoda?


Ogarnia mnie niepokój, ponieważ Cliff brzmi naprawdę poważnie. Przełykam ślinę i kiwam głową. – Zgoda. Cliff zwraca się w moją stronę. Jego twarz jest niezwykle poważna i przez chwilę bardzo się tym denerwuję. Wtedy jednak Cliff unosi ręce i krzyczy: – Aaa! Śmieję się, ponieważ Cliffowi udało się mnie nabrać. Natychmiast zrywam się na nogi, unoszę ręce i krzyczę: – Aaa! – O!-R!-Ł!-Y! Orły! – skandujemy unisono, układając ręce i nogi tak, by tworzyły litery, i chociaż brzmi to głupio, muszę przyznać, że skandowanie z Cliffem bardzo poprawia mi nastrój. Sądząc po uśmiechu na jego drobnej śniadej twarzy, Cliff zdaje sobie sprawę, jak wielkie znaczenie ma dla mnie to, co robi.


Nie jest zbyt stabilny i kiedy jesienią z kratki wentylacyjnej zacznie dmuchać ciepłe powietrze, cały sprzęt runie na ziemię

W piwnicy dobiega mnie głos taty: – Tutaj, na ten stolik. Po podłodze w salonie przesuwają się trzy pary stóp i po chwili słyszę, jak na ziemi ląduje coś ciężkiego. Po około piętnastu minutach na piętrze rozlegają się odgłosy meczu ligi uniwersyteckiej – gra orkiestra dęta, słychać werble i przyśpiewki – więc dochodzę do wniosku, że tata kupił nowy telewizor do salonu. Dostawcy wychodzą, a tata podkręca głośność, tak że słyszę rozmowę ekspertów na temat strategii, mimo że znajduję się w piwnicy za zamkniętymi drzwiami. Nie śledzę ligi uniwersyteckiej, więc nie znam grających w niej zawodników ani drużyn. Robię ćwiczenia na biceps i po prostu słucham z cichą nadzieją, że tata zejdzie do piwnicy, żeby powiedzieć mi o nowym telewizorze i zaprosić mnie na


mecz. On jednak tego nie robi. Nagle, może pół godziny po wyjściu dostawców, głos telewizora cichnie. – Co to ma być? – pyta mama. – To telewizor wysokiej rozdzielczości z dźwiękiem przestrzennym – odpowiada tata. – Nie, t o ekran kinowy, i… – Jeanie… – Nawet nie zaczynaj! – Ciężko pracuję, żeby na nas zarobić, i nie pozwolę, żebyś mi dyktowała, jak mam wydawać pieniądze! – Patrick, przecież to bez sensu! Ten telewizor nawet nie mieści się na stoliku. Ile za niego zapłaciłeś? – Nieważne. – Roztrzaskałeś stary telewizor tylko dlatego, że chciałeś kupić większy, prawda? – Jezu, Jeanie! Przestań w końcu gderać! – Nie mamy pieniędzy. Uzgodniliśmy, że… – Dobrze już dobrze, nie mamy pieniędzy… – Uzgodniliśmy, że…


– Mamy pieniądze, żeby nakarmić Pata. Mamy pieniądze, żeby kupić Patowi nowe ubrania. Mamy pieniądze, żeby urządzić Patowi domową siłownię. Mamy pieniądze na lekarstwa dla Pata. Moim zdaniem mamy też pieniądze na pieprzony telewizor! Mama opuszcza salon i – zanim tata znów podkręci głośność – słyszę, jak wchodzi po schodach, kierując się do sypialni, gdzie z pewnością będzie płakać, ponieważ tata znów ją zwymyślał. To moja wina, że nie mają pieniędzy. Czuję się okropnie. Biorę Stomach Master 6000 i robię brzuszki, aż nadchodzi pora biegania z Tiffany. Kiedy w końcu wchodzę na górę, widzę, że telewizor taty to jeden z tych płaskich ekranów, które reklamowali w przerwie meczu Orłów z Teksańczykami. Rozmiarem przypomina stół w naszej jadalni. Jest gigantyczny. Tylko jego środkowa część mieści się na stoliku, przez co mam wrażenie, że nie jest zbyt stabilny i że kiedy jesienią z kratki wentylacyjnej zacznie dmuchać ciepłe powietrze, cały sprzęt


runie na ziemię. Mimo to, choć żal mi mamy, muszę przyznać, że jakość obrazu jest fantastyczna i że głośniki ustawione na stojakach za kanapą wypełniają dom dźwiękiem, przez co ma się wrażenie, że mecz ligi uniwersyteckiej rozgrywany jest w n a s z y m salonie. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł obejrzeć mecz Orłów na nowym telewizorze. Jestem pewny, że będą się wydawać naturalnej wielkości. Staję na chwilę za kanapą, podziwiając nowy ekran taty, z nadzieją, że mnie zauważy. – Tato, kupiłeś nowy telewizor? – pytam nawet. Ale on nie odpowiada. Jest wściekły na mamę za to, że podważyła jego decyzję, więc teraz będzie obrażony. Przez resztę dnia do nikogo się nie odezwie – wiem to z doświadczenia, nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko wyjść z domu. Natychmiast zauważam Tiffany, która biega w tę i z powrotem po naszej ulicy. Biegniemy razem w milczeniu. Wracam do domu, a Tiffany dalej pędzi przed siebie, nawet się ze mną nie żegnając. Kiedy wbiegam po podjeździe


i kieruję się w stronę tylnych drzwi, zauważam, że samochód mamy zniknął.


Pudło podpisane PAT

Kiedy o jedenastej w nocy mamy wciąż nie ma, zaczynam się martwić, ponieważ każdego wieczoru o dziesiątej czterdzieści pięć powinienem wziąć tabletki, które ułatwiają mi zasypianie. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby mama pomyliła godziny podawania leków. Pukam do sypialni rodziców. Kiedy nikt nie odpowiada, otwieram drzwi. Tata śpi przy włączonym telewizorku. Niebieska poświata bijąca z ekranu sprawia, że jego skóra przybiera nieziemski odcień, przez co wygląda on jak duża ryba w podświetlonym akwarium – oczywiście taka bez skrzeli, łusek i płetw. Podchodzę do taty i lekko nim potrząsam. – Tato? – Potrząsam nim nieco mocniej. – Tato? – Czego chcesz? – mówi, nie otwierając nawet oczu. Leży na boku, a lewa strona jego twarzy wciśnięta jest w poduszkę.


– Mama jeszcze nie wróciła. Martwię się. Nie odpowiada. – Gdzie ona jest? Wciąż nie odpowiada. – Martwię się o mamę. Może powinniśmy zadzwonić na policję? Czekam na odpowiedź, ale słyszę jedynie lekkie pochrapywanie. Wyłączam telewizor, opuszczam sypialnię rodziców i schodzę do kuchni. Tłumaczę sobie, że skoro tata się nie martwi, ja też nie powinienem. Jednak mamie nie zdarzyło się zostawić mnie samego, nie informując mnie wcześniej o tym, gdzie będzie ani jakie lekarstwa mam zażyć. Otwieram kuchenną szafkę i wyjmuję osiem buteleczek z tabletkami. Oznaczone są etykietkami, na których wydrukowano moje nazwisko. Na etykietkach wypisane są także długie, przygnębiające nazwy leków, ja jednak znam tylko kolor tabletek, więc otwieram wieczka i szukam właściwych pigułek.


Dwie biało-czerwone na sen i jedna zielona z żółtym paskiem – nie wiem, na co jest ta zielona z żółtym paskiem. Może działa przeciwlękowo? Biorę wszystkie trzy tabletki, dlatego że chciałbym zasnąć i ponieważ wiem, że mama by tego chciała. Może mama mnie sprawdza? Po tym jak tata ją dziś upokorzył, chciałbym, by była przynajmniej ze mnie zadowolona bardziej niż w zwykłe dni, chociaż nie do końca wiem dlaczego. Leżąc w łóżku, zastanawiam się, gdzie może być mama. Chcę zadzwonić na jej komórkę, ale nie znam numeru. Może miała wypadek samochodowy, udar albo atak serca? Myślę jednak, że gdyby coś takiego się wydarzyło, zadzwoniliby do nas z policji albo ze szpitala, ponieważ z pewnością ma przy sobie karty kredytowe i prawo jazdy. Może pomyliła drogę i się zgubiła? Ale w takim przypadku z pewnością zadzwoniłaby do domu i poinformowałaby nas, że się spóźni. Może ma dość mnie i taty, i po prostu uciekła? Kiedy o tym myślę, uświadamiam sobie, że poza momentami, gdy droczyła się ze mną na temat „mojej dziewczyny” Tiffany, od dłuższego czasu nie zauważyłem, by mama się śmiała albo


uśmiechała – co więcej, często widzę, jak płacze lub jest na granicy płaczu. Może znudziło jej się pilnowanie moich tabletek? Może któregoś dnia zapomniałem spuścić wodę i mama znalazła lekarstwa w toalecie, a teraz jest na mnie zła za to, że chowam je pod językiem? Może jej nie doceniłem, tak jak nie doceniłem Nikki, a teraz Bóg zabiera mi także mamę? Może mama już nigdy nie wróci do domu i… Kiedy zaczyna mnie ogarniać prawdziwa panika i czuję, że zaraz zacznę walić nasadą dłoni w czoło, na podjeździe zatrzymuje się samochód. Wyglądam przez okno i dostrzegam czerwonego sedana mamy. Zbiegam po schodach. Wypadam z domu, jeszcze zanim mama dochodzi do ganku na tyłach budynku. – Mamo? – Sso? Nooo, to ja… – mówi, stojąc na pogrążonym w ciemności podjeździe. – Gdzie byłaś? – Wyszłam.


Kiedy wkracza w biały krąg światła rzucany przez pobliską latarnię mam wrażenie, że zaraz się przewróci, więc zbiegam po schodkach, biorę ją za rękę i obejmuję ramieniem. Jej głowa lekko się kiwa, ale mama spogląda mi w oczy. – Nikki to idioootka, że pozwoliła ci uciec – mówi, mrużąc oczy. Kiedy wspomina o Nikki, ogarnia mnie jeszcze większy niepokój, zwłaszcza kiedy mówi o tym, że pozwoliła mi uciec, ponieważ ja wcale nie uciekłem i chętnie wróciłbym do Nikki – teraz albo kiedykolwiek – i to ja byłem idiotą, nie doceniając Nikki. Mama doskonale o tym wie. Bełkocze, a jej oddech pachnie alkoholem i pewnie dlatego wygaduje takie bzdury. Mama raczej nie pije, ale dziś wieczorem jest naprawdę wstawiona, więc zaczynam się martwić. Pomagam jej wejść do domu i sadzam ją na kanapie w salonie, gdzie w ciągu kilku minut zasypia. Położenie pijanej mamy w jednym łóżku z obrażonym tatą nie jest najlepszym pomysłem, więc chwytam ją pod łopatkami i kolanami, podnoszę i zabieram do swojej sypialni. Mama jest drobna i lekka, więc bez trudu wnoszę ją po


schodach. Kładę na swoim łóżku, zdejmuję jej buty, przykrywam kocem i idę do kuchni po szklankę wody. Kiedy wracam do sypialni, znajduję buteleczkę z paracetamolem i wysypuję na dłoń dwie białe tabletki. Sadzam mamę na łóżku, unoszę jej głowę i lekko nią potrząsam, tak by otworzyła oczy, po czym każę jej wziąć tabletki i popić je szklanką wody. – Daj mi spaśś – protestuje z początku, ja jednak pamiętam z akademika, że wypicie wody i zażycie tabletek przeciwbólowych łagodzi porannego kaca. W końcu mama przyjmuje tabletki, popija je połową szklanki wody, po czym natychmiast zasypia. Przez kilka minut obserwuję, jak śpi. Myślę o tym, że ładnie wygląda i że bardzo ją kocham. Zastanawiam się, gdzie, z kim i co piła, ale cieszę się, że bezpiecznie wróciła do domu. Staram się nie myśleć o tym, że żłopała drinki w jakimś ponurym barze, otoczona podstarzałymi kawalerami. Staram się nie myśleć o tym, że mama skarżyła się na tatę jakiejś swojej przyjaciółce i że pijana prowadziła samochód. Ale potrafię myśleć tylko o tym, jak mama ucieka w alkohol – jak


j a doprowadzam mamę do pijaństwa, a tata z pewnością w tym nie pomaga. Zabieram ramkę ze zdjęciem Nikki, wchodzę po schodach na poddasze, stawiam Nikki obok poduszki i zapinam się w śpiworze. Zostawiam zapalone światło, bym zasypiając, mógł patrzeć na piegowaty nos żony. Kiedy otwieram oczy, Kenny G stoi nade mną, zaparłszy się stopami po obu stronach mojej klatki piersiowej. Seksowne akordy wygrywane na keyboardzie lekko rozjaśniają mrok. Nagle przypominam sobie ostatni raz, kiedy pan G odwiedził poddasze moich rodziców – przed oczy wracają mi obrazy kopiącego i bijącego mnie taty, taty grożącego, że odeśle mnie do niedobrego miejsca – więc zaciskam powieki, nucę pojedynczy dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, starając się oczyścić umysł. Kenny G jest niewzruszony. Wkłada ustnik saksofonu pomiędzy wargi i z instrumentu wydobywają się dźwięki utworu Songbird. Wciąż mam zamknięte oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk


i po cichu liczę do dziesięciu, usiłując oczyścić umysł, jednak on nie przestaje dąć w swój instrument. Mała biała blizna powyżej prawej brwi zaczyna mnie piec i swędzieć, kiedy melodia łagodnie osiąga kulminację. Rozpaczliwie pragnę zacząć walić nasadą dłoni o czoło, jednak nie otwieram oczu, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, usiłując oczyścić umysł. Kiedy już wydaje mi się, że nie uda mi się pokonać smooth jazzu Kenny’ego G… Siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Nagle zapada cisza. Kiedy otwieram oczy, zauważam nieruchomą twarz Nikki, jej piegowaty nos… Całuję szybkę i czuję ulgę, że Kenny G przestał grać. Wychodzę ze śpiwora, rozglądam się po poddaszu – przesuwam kilka zakurzonych pudeł i innych przedmiotów, zaglądając pomiędzy wiszące rzędy sezonowych ubrań – i zauważam, że Kenny G zniknął. – Pokonałem go – szepczę. – Nawet bez uderzania się w czoło i… Zauważam pudło podpisane PAT i ogarnia mnie złe


przeczucie, które towarzyszy mi czasem, kiedy ma się wydarzyć coś nieprzyjemnego. Mam wrażenie, że muszę pilnie skorzystać z łazienki, choć wiem, że to nieprawda. Pudło znajduje się po przeciwnej stronie poddasza. Schowane było pod plecionym dywanem, który przesunąłem, gdy szukałem Kenny’ego G. Chociaż muszę przedrzeć się przez bałagan, którego narobiłem, udaje mi się dosięgnąć pudła. Otwieram górne klapy i na wierzchu dostrzegam sportową bluzę z napisem Szkoła Średnia Collingswood. Wyciągam z kartonu zakurzony blezer i przytrzymuję go na wysokości twarzy. Bluza wydaje się taka mała. Dochodzę do wniosku, że gdybym chciał, bez problemu oderwałbym od niej żółte skórzane rękawy, jednak odkładam stary ciuch na stojące obok pudło. Kiedy kolejny raz zaglądam do kartonu podpisanego PAT, jestem tak zaskoczony i przestraszony, że postanawiam doprowadzić poddasze do stanu, w jakim się znajdowało, zanim zacząłem szukać pana G. Kiedy mi się to udaje, kładę się w śpiworze i mam wrażenie, że śnię. Kilka razy w ciągu nocy wstaję, przesuwam pleciony dywan i zaglądam do pudła podpisanego PAT,


upewniając się, że wcześniej nie miałem halucynacji. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że jego zawartość obciąża mamę i czuję się oszukany.


Wyłania się pismo mamy

Słońce wdziera się do środka przez okno na poddaszu, świeci mi w twarz i grzeje, więc budzę się i przez przymrużone powieki witam dzień. Daję Nikki całusa i odkładam jej zdjęcie na komodę w sypialni, gdzie wciąż jeszcze śpi mama. Szklanka wody, którą jej zostawiłem, jest teraz pusta, więc cieszę się, że o tym pomyślałem, mimo że gniewam się na mamę. Schodząc po schodach, wyczuwam swąd spalenizny. W kuchni nad palnikami stoi tata. Ma na sobie czerwony fartuszek mamy. – Tato? Gdy się odwraca, w jednej dłoni trzyma łopatkę, a na drugą ma nałożoną różową kuchenną rękawicę. Zza jego pleców dobiega syk mięsa, a w stronę kratki wentylacyjnej snuje się gęsta smuga dymu. – Co robisz?


– Coś do jedzenia. – A co? – Stek. – Dlaczego? – Jestem głodny. – Podsmażasz go? – Wysmażam na czarno. À la cajun. – Może powinieneś trochę zmniejszyć płomień – proponuję, ale on odwraca się do patelni i ponownie zaczyna obracać kawałek skwierczącego mięsa, schodzę więc do piwnicy i zaczynam trening. Chwilę później włącza się alarm przeciwpożarowy i nie cichnie przynajmniej przez piętnaście minut. Kiedy dwie godziny później wracam do kuchni, osmolona patelnia, której używał wcześniej tata, stoi jak stała na obryzganej teraz tłuszczem kuchence, a talerz i sztućce leżą w zlewie. Tata ogląda ESPN na swoim nowym telewizorze, a głośniki kina domowego zdają się trząść całym domem. Zegar na mikrofalówce pokazuje ósmą siedemnaście. Mama znów zapomniała o moich lekach, więc wyciągam wszystkie


osiem fiolek, ściągam z nich wieczka i szukam odpowiednich kolorów. Po chwili na blacie znajduje się sześć pastylek i stwierdzam, że są to kolory, które przyjmuję codziennie rano. Połykam pastylki, myśląc, że może mama znów poddaje mnie próbie, i choć teoretycznie nadal się na nią gniewam, zaczynam się o nią martwić, więc idę po schodach do mojego pokoju, gdzie widzę, że nadal śpi. Wracam do salonu i staję za kanapą. – Tato? Ignoruje mnie, więc idę do piwnicy i kontynuuję ćwiczenia, słuchając, jak komentatorzy z ESPN podsumowują mecze drużyn uniwersyteckich i prognozują rozgrywki ligowe. Przez drewnianą podłogę dobiegają mnie ich wyraźne głosy. Wiem z gazety, że Orły są faworytami w spotkaniu z San Francisco, przez co emocjonuję się na myśl o oglądaniu meczu razem z tatą. Jeśli Orły wygrają, będzie w świetnym humorze, a tym samym zwiększą się szanse na to, że zacznie ze mną rozmawiać. Mama pojawia się na dole przed południem i czuję ulgę, bo zaczynałem się martwić, że się rozchorowała. Jadę na


rowerku i – ponieważ znalazłem pudło podpisane PAT – nie przestaję pedałować. – Pat? Nie patrzę na nią bezpośrednio, ale kątem oka zauważam, że jest wykąpana, uczesana, umalowana i ma na sobie ładną letnią sukienkę. Na dodatek ładnie pachnie lawendą. – Wziąłeś wczoraj leki? Kiwam głową. – A dziś rano? Kiwam jeszcze raz. – Doktor Patel powiedział, że powinnam od razu ci pozwolić przejąć kontrolę nad lekami, kiedy wprowadzisz się do domu, bo to będzie pierwszy krok do samodzielności. Ale ja zawzięcie matkowałam ci, kiedy tego nie potrzebowałeś. Moje gratulacje, Pat. „Gratulacje” brzmią dziwnie w jej ustach, zwłaszcza że nie wygrałem żadnej nagrody, ale tak naprawdę myślę tylko o tym, co stało się poprzedniej nocy i dlaczego mama wróciła do domu pijana. Pytam ją więc:


– Gdzie byłaś wczoraj wieczorem? Wyszłaś gdzieś z przyjaciółmi? – Ukradkiem widzę, że spuściła wzrok na stary, brązowy dywan. – Jestem ci bardzo wdzięczna, że położyłeś mnie wczoraj do łóżka. Woda i pastylki pomogły. Mała zamiana ról, co? Dzięki, Pat. Zdaję sobie sprawę, że zignorowała moje pytanie, ale nie wiem, co powiedzieć, więc już się nie odzywam. – Twój ojciec zachowuje się ostatnio jak knur i jestem tym po prostu zmęczona. Mam zamian zacząć stawiać warunki i sprawy trochę się tutaj zmienią. Obaj moi mężczyźni będą musieli wreszcie trochę bardziej się sobą zajmować. Ty musisz zacząć żyć własnym życiem, a ja mam dość tego, jak traktuje mnie twój ojciec. Nagle zapominam o pudle podpisanym PAT i patrzę prosto na mamę, nie przestając pedałować. – Jesteś na mnie zła? Zrobiłem coś nie tak? – Nie jestem na ciebie zła. Jestem zła na twojego ojca. On i ja ucięliśmy sobie długą pogawędkę, kiedy poszedłeś biegać. Przez kolejnych kilka tygodni może być tu trochę


nieprzyjemnie, ale w dłuższej perspektywie wszystkim nam to wyjdzie na dobre. W mojej głowie pojawia się szalona myśl, która mnie przeraża. – Chyba nas nie zostawiasz, prawda? – Nie, nie zamierzam was porzucać – mówi mama, patrząc mi w oczy, co sprawia, że całkowicie jej wierzę. – Nigdy bym cię nie zostawiła, Pat. Choć dziś wychodzę, bo mam dość rozgrywek Orłów. Musicie sobie sami dać radę z jedzeniem. – Gdzie wychodzisz? – pytam, pedałując jeszcze szybciej. – Po prostu wychodzę – mówi mama i całuje mnie w małą białą bliznę na moim spoconym czole, po czym znika w drzwiach. To, co powiedziała mama, wprawia mnie w takie podenerwowanie, że nie jem nic przez cały dzień, tylko piję wodę i ćwiczę. Ponieważ Orły grają dopiero o szesnastej piętnaście, udaje mi się wykonać pełny trening. Przez cały czas skrycie liczę na to, że ojciec zejdzie do mnie na dół


i zapyta, czy chciałbym obejrzeć z nim mecz ligowy o trzynastej, ale nic takiego się nie dzieje. Późnym popołudniem wychodzę z piwnicy i na chwilę staję za kanapą. – Tato? – mówię. – Tato? Ignoruje mnie i nadal ogląda mecz o trzynastej, a ja nawet nie sprawdzam, kto gra, bo za bardzo denerwuję się tym, co powiedziała mama. Zakładam worek na śmieci z nadzieją, że Tiffany czeka na zewnątrz, bo naprawdę chciałbym z kimś porozmawiać. Ale nawet po piętnastu minutach rozgrzewki Tiffany się nie pokazuje, więc biegnę sam, myśląc, że to zabawne, że gdy chcę zostać sam, nie mogę się jej pozbyć, ale akurat dziś jej nie ma. Jestem bardzo głodny i podczas biegu ucisk w żołądku zaczyna się nasilać. Rozkoszuję się tym odczuciem, bo to oznacza, że tracę na wadze, a czuję, że w zeszłym tygodniu trochę mi przybyło, zwłaszcza po tym, jak w miniony weekend wypiliśmy z Jakiem sporo piwa. Nie rozmawiałem z Jakiem, od kiedy Orły przegrały z Gigantami, i zastanawiam się, czy przyjdzie dziś oglądać mecz z tatą i ze mną. Ból się nasila,


postanawiam więc biec dalej niż zwykle, mobilizując się do większego wysiłku. Trochę się też boję wrócić do domu, skoro na resztę dnia mama zostawiła mnie samego z tatą i nie do końca rozumiem, jakie „zmiany” miała na myśli. Chciałbym, żeby Tiffany biegła ze mną, żebym mógł z nią pogadać, powiedzieć jej, jak się czuję, co jest dość dziwnym pragnieniem, bo ona rzadko mi odpowiada, a ostatnim razem, kiedy próbowałem opowiedzieć jej o moich problemach, zaczęła bardzo głośno przeklinać w miejscu publicznym i powiedziała o Nikki kilka naprawdę okropnych rzeczy. Mimo to zaczynam czuć, że Tiffany jest moją najlepszą przyjaciółką, a to jest i dziwne, i straszne. Na koniec biegnę truchtem po mojej ulicy i nigdzie nie widzę srebrnego bmw Jake’a. Może przyjechał z Filadelfii pociągiem. Mam nadzieję, że podczas meczu nie zostanę z tatą sam na sam, ale coś mi mówi, że tak właśnie będzie. Kiedy wchodzę do domu, tata nadal siedzi samotnie na kanapie ubrany w koszulkę McNabba i ogląda końcówkę meczu, który zaczął się o trzynastej. Na podłodze stoi kilka butelek po piwie ustawionych jak kręgle.


– Jake przyjedzie? – pytam ojca, ale on znów mnie ignoruje. Biorę prysznic na górze i zakładam koszulkę Hanka Basketta. Mecz Orłów rozpoczyna się w chwili, gdy wchodzę do salonu, więc siadam na brzegu kanapy, którą zajmuje ojciec. – Co to za hałas, do cholery? – mówi tata i ścisza telewizor. Uświadamiam sobie, że mój żołądek wydaje dziwne bulgoczące dźwięki, ale odpowiadam, że nie wiem i tata znów pogłaśnia dźwięk. Tak jak się spodziewałem, mecz w nowym telewizorze to dopiero doświadczenie. Zawodnicy rozgrzewający się na murawie są rzeczywistych rozmiarów, a jakość dźwięku sprawia, że czuję się jakbym był w San Francisco i siedział przy środkowej linii. Gdy zdaję sobie sprawę, że mój brat nie zdąży przyjechać przed pierwszym wykopem, wraz z rozpoczęciem przerwy reklamowej zrywam się na nogi i krzyczę: – Aaa!


Tata spogląda na mnie, jakby znów chciał mi przywalić. Siadam więc i więcej się nie odzywam. Spikerzy mówią, że Donté Stallworth ostatecznie nie zagra w składzie, zaczynam więc mieć nadzieję, że Baskett będzie miał więcej podań, skoro zawodnik numer jeden Orłów jest poza grą. Orły rozpoczynają atak na pole przeciwnika i zdobywają punkty dolnym podaniem Westbrooka przy pierwszym posiadaniu piłki, i wtedy nastrój taty zaczyna się zmieniać. Sięga na koniec kanapy i kilkakrotnie klepie mnie dłonią po kolanie, powtarzając w kółko: – Przyłożenie dla Orłów! Przyłożenie dla Orłów! Zaczynam mieć nadzieję co do taty, ale przy kolejnym wykopie Orłów, powraca on do swojego negatywnego nastawienia i mówi: – Nie ciesz się za bardzo. Nie zapominaj o tym, co stało się tydzień temu. Brzmi to prawie tak, jakby przypominał samemu sobie, by nie robić sobie wielkich nadziei. Obrona trzyma się dzielnie i silny skrzydłowy


L.J. Smith zdobywa przyłożenie zaledwie kilka minut przed zakończeniem pierwszej kwarty, poprawiając wynik na trzynaście do zera. Choć już wcześniej zdarzało się Orłom tracić duże prowadzenie, można bez obaw stwierdzić, że Orły są dziś silniejszym zespołem. Moje przemyślenia potwierdza fakt, że Akers zdobywa kolejny punkt, na co tata zrywa się z miejsca i zaczyna śpiewać „W górę, Orły, w górę”. Też się podrywam i śpiewam razem z nim, a na koniec obaj skandujemy i wyginamy się w litery: „O!-R!-Ł!-Y! Orły!” W przerwie między kwartami tata pyta mnie, czy jestem głodny, a kiedy przytakuję, zamawia pizzę i przynosi mi budweisera z lodówki. Przy wyniku czternaście do zera dla Orłów tata jest cały w skowronkach i kiedy sączymy piwo, mówi: – Jedyne, czego nam teraz trzeba, to żeby twój Baskett odebrał jakieś podanie. Tak jakby słowa mojego ojca były modlitwą, która właśnie została wysłuchana, McNabb gra do Basketta w pierwszym pełnym podaniu drugiej połowy na odległość


ośmiu jardów. Tata i ja dopingujemy głośno debiutującego zawodnika. Pizza przyjeżdża podczas przerwy, do której Orły prowadzą dwadzieścia cztery do trzech. – Gdyby tylko był z nami Jake – mówi ojciec – to byłoby idealnie. Tata i ja jesteśmy tacy szczęśliwi, że zapomniałem, iż Jake’a z nami nie ma. – A gdzie jest Jake? – pytam, ale tata puszcza to mimo uszu. Podczas trzeciej kwarty biegacz San Francisco traci piłkę na linii jednego jarda po stronie Orłów, a środkowy zawodnik linii obrony Mike Patterson przejmuje piłkę i biegnie na przeciwną stronę boiska. Tata i ja wstajemy z miejsc, dopingując stupięćdziesięciokilowego liniowego, gdy ten pokonuje całą długość boiska. Orły prowadzą trzydzieści jeden do trzech. San Francisco zdobywa kilka przyłożeń pod koniec drugiej połowy, ale to nie ma już znaczenia, bo straty są nie do odrobienia i ostatecznie Orły zwyciężają trzydzieści osiem do


dwudziestu czterech. Na koniec meczu ojciec i ja śpiewamy „W górę, Orły, w górę” i po raz ostatni skandujemy, świętując zwycięstwo drużyny, po czym tata najzwyczajniej w świecie wyłącza telewizor i wraca do swojego gabinetu bez słowa pożegnania. W domu robi się bardzo cicho. Na podłodze stoi z tuzin butelek po piwie, pudełko po pizzy nadal leży na stoliku kawowym i wiem, że w zlewie piętrzy się sterta naczyń wraz z patelnią, na której tata usmażył sobie stek na śniadanie. Ponieważ ćwiczę bycie życzliwym, postanawiam przynajmniej uprzątnąć salon, żeby mama nie musiała robić tego za nas. Wynoszę butelki do kosza recyklingowego przy garażu. Na podłodze w salonie leżą zużyte serwetki i kiedy nachylam się, żeby je zebrać, zauważam pod stolikiem kartkę papieru zmiętą w kulkę. Podnoszę ją, rozwijam i zauważam, że są to dwie kartki papieru. Wyłania się na nich pismo mamy. Rozprostowuję kartki na stoliku. Patricku, musisz wiedzieć, że nie pozwolę Ci dłużej lekceważyć


decyzji, które wspólnie podjęliśmy, ani mówić do mnie z góry, zwłaszcza przy innych. Mam nowego przyjaciela, który zachęca mnie, bym z większym zdecydowaniem egzekwowała należny mi od Ciebie szacunek. Robię to, by ocalić nasze małżeństwo. Twoje opcje: 1. Zwrócisz ogromny telewizor, a wszystko wróci do normy. 2. Zatrzymasz telewizor, ale będziesz musiał się zgodzić na następujące warunki: a) Pięć razy w tygodniu zjesz obiad ze mną i z Patem. b) Pięć razy w tygodniu będziesz chodził na półgodzinne spacery ze mną lub z Patem. c) Codziennie przeprowadzisz rozmowę z Patem, podczas której zadasz mu przynajmniej pięć pytań i wysłuchasz jego odpowiedzi. Poza tym codziennie wieczorem zdasz mi z tego relację. d) Raz w tygodniu będziesz aktywnie spędzać czas z rodziną – wychodzić ze mną i z Patem do restauracji, kina, galerii handlowej, grać w kosza na podjeździe etc.


Jeśli nie wybierzesz żadnej z opcji, będę zmuszona zastrajkować. Nie zamierzam dłużej utrzymywać Twojego domu w czystości, kupować czy przyrządzać Ci posiłków, prać Twoich ubrań ani dzielić z Tobą łóżka. Do czasu, aż zdecydujesz, którą z opcji wolisz, możesz uznać, że Twoja żona strajkuje. Z najlepszymi intencjami Jeanie Ten stanowczy ton w stosunku do taty nie jest w stylu mamy i naprawdę ciekawi mnie, czy jej „nowy przyjaciel” pomógł jej w napisaniu tego dwustronicowego listu. Trudno mi sobie wyobrazić, że tata zwróci nowy telewizor, zwłaszcza po tym, jak obejrzał na nim zwycięski mecz Orłów. Na pewno uzna go za szczęśliwy zakup i będzie chciał obejrzeć na nim mecz w następnym tygodniu, żeby nie zapeszyć sukcesu Orłów, co jest zrozumiałe. Ale żądania postawione przez mamę – zwłaszcza to, żeby tata rozmawiał ze mną co wieczór – też wydały się strasznie nieprawdopodobne, choć


uważam, że miło by było zjeść razem obiad jak normalna rodzina albo nawet wyjść wspólnie do restauracji, ale nie do kina. Teraz mogę oglądać tylko film, którym jest moje życie. Nagle czuję, że bardzo potrzebuję rozmowy z bratem, ale nie znam jego numeru. Biorę notes z adresami z szafki nad kuchenką i wykręcam domowy numer Jake’a. Po trzecim sygnale odbiera kobieta. Ma piękny głos. – Halo? Wiem, że osoba po drugiej stronie słuchawki to nie mój brat, a mimo to pytam: – Jake? – Kto mówi? – Pat Peoples. Szukam mojego brata Jake’a. Z kim rozmawiam? – Słyszę, jak kobieta zasłania dłonią słuchawkę, a potem rozlega się w niej wyraźny i donośny głos mojego brata: – Widziałeś ten bieg po wypuszczeniu? Długi na dziewięćdziesiąt osiem jardów! Widziałeś powrót Pattersona? Chcę zapytać o kobietę, która odebrała telefon, ale trochę się boję usłyszeć, kim ona jest. Może powinienem był


wiedzieć, ale zapomniałem. Więc mówię tylko: – Tak, widziałem. – Stary, jaka jazda! Nie wiedziałem, że środkowy obrońca może tak daleko biegać. – Czemu nie przyjechałeś, żeby obejrzeć mecz ze mną i z tatą? – Szczerze? – Tak. – Nie mogę okłamywać brata. Mama zadzwoniła do mnie rano i kazała mi nie przyjeżdżać, więc poszedłem do baru ze Scottem. Zadzwoniła też do Ronniego. Wiem, bo oddzwonił do mnie, żeby się upewnić, że wszystko w porządku. Kazałem mu się nie martwić. – Czemu? – A powinien się martwić? – Nie, czemu mama kazała tobie i Ronniemu nie przyjeżdżać? – Powiedziała, że będziesz miał wtedy okazję pobyć z tatą sam na sam i że będzie musiał z tobą rozmawiać. Rozmawiał?


– Trochę. – To dobrze, prawda? – Znalazłem list od mamy do taty. – I co w nim było? – Przeczytam ci. – Dobra. Czytam mu list. – O cholera. Brawo, mama! – Zdajesz sobie sprawę, że tata nie odda telewizora, prawda? – Nie po tym, jak Orły dziś wygrały. – No właśnie. Martwię się, że tata nie sprosta wymaganiom. – Pewnie nie, ale może przynajmniej spróbuje, co? Wyszłoby mu to na dobre, mamie też. Jake zmienia temat, wspominając przyjęcie piłki przez Basketta w drugiej kwarcie, które okazało się jedynym w całym meczu. Mój brat nie chce więcej rozmawiać o naszych rodzicach i stwierdza: – Baskett się wyrabia. To debiutant, a dostaje podania.


Naprawdę nieźle. – Mnie się tak nie wydaje. Jake mówi, że nie może się doczekać następnego poniedziałku, kiedy Orły będą grały przeciw Pakersom z Green Bay. Pyta, czy nie zjemy razem lunchu w mieście przed grillem na parkingu ze Scottem i z grubymi facetami, po czym kończymy rozmowę. Robi się późno, a mamy nadal nie ma w domu. Zaczynam się o nią martwić, więc zmywam wszystkie naczynia ręcznie. Przez dobre piętnaście minut metalową myjką szoruję spaloną przez ojca patelnię. Potem odkurzam w salonie. Tata ubrudził kanapę sosem z pizzy, więc w szafce w korytarzu znajduję spray do czyszczenia i robię co w mojej mocy, żeby usunąć plamę – najpierw delikatnie ją przecierając, a potem trąc mocniej okrężnymi ruchami zgodnie z instrukcją na etykiecie. Mama zastaje mnie, gdy na klęczkach czyszczę tapicerkę. Ojciec kazał ci posprzątać ten bałagan? – pyta mama. – Nie – odpowiadam. – Powiedział ci o liście, który do niego napisałam? – Nie, przypadkiem sam go znalazłem. – W takim razie wiesz już wszystko. Nie chcę, żebyś


cokolwiek sprzątał. Zapuścimy ten dom, aż do twojego ojca w końcu coś dotrze. Chcę jej powiedzie��, że znalazłem pudło podpisane PAT, że strasznie byłem dziś głodny, że nie chcę mieszkać w zapuszczonym domu i że nie mogę znieść tylu rzeczy naraz – a przede wszystkim czekania na zakończenie rozłąki. Mama wygląda jednak na bardzo zdeterminowaną, a nawet dumną z siebie, więc zgadzam się jej pomóc zapuścić dom. Mówi, że będziemy zamawiać jedzenie na wynos, a kiedy taty nie będzie w domu, wszystko będzie jak dawniej. Ogólnie jednak będziemy żyć jak niechluje. Mówię mamie, że podczas strajku może spać w moim pokoju, bo ja i tak wolę nocować na poddaszu. Kiedy odpowiada, że będzie spała na kanapie, nalegam, by jednak wybrała moje łóżko, za co mi dziękuje. – Mamo – mówię, kiedy wychodzi, więc odwraca się do mnie. – Czy Jake ma dziewczynę? – Czemu pytasz? – Zadzwoniłem dziś do niego i odebrała kobieta. – No to pewnie ma dziewczynę – odpowiada. Obojętność, jaką wykazuje mama w kwestii życia


miłosnego Jake’a, sprawia, że odnoszę wrażenie, jakbym o czymś zapomniał. Gdyby Jake miał dziewczynę, o której mama nie wiedziała, zadałaby milion pytań. Jej brak zainteresowania sugeruje, że coś jeszcze przede mną ukrywa, być może jest to większy sekret niż to, co odkryłem w pudle podpisanym PAT. Mama pewnie mnie chroni, ale nie wiem przed czym.


Atak Azjatów

Po relatywnie krótkim treningu i jeszcze krótszym, przemilczanym biegu z Tiffany, łapię pociąg do Filadelfii. Zgodnie z instrukcjami Jake’a idę Market Street w stronę rzeki i skręcam w prawo w Second Street, którą dochodzę do jego budynku. Jestem zaskoczony, widząc, że Jake mieszka w wieżowcu z widokiem na rzekę Delaware. Muszę podać odźwiernemu nazwisko i powiedzieć, do kogo idę, zanim będzie mógł wpuścić mnie do budynku. Choć to tylko starszy mężczyzna w śmiesznym uniformie, który na widok mojej koszulki Basketta mówi „Orły, do boju”, fakt, że mój brat ma odźwiernego, robi na mnie wrażenie bez względu na to, w co jest on ubrany. W windzie stoi kolejny starszy mężczyzna w zabawnym stroju – ma nawet śmieszną czapkę bez ronda, jakie noszą małpki w cyrku – i zabiera mnie na dziesiąte piętro, gdy


podaję mu nazwisko brata. Drzwi windy otwierają się i idę niebieskim korytarzem po grubym, czerwonym dywanie. Znajduję numer tysiąc dwadzieścia jeden i pukam trzy razy. – Co jest, Baskett? – woła mój brat, otwierając drzwi. Ma na sobie pamiątkową koszulkę Jerome’a Browna, bo dziś znów będzie mecz. – Wchodź. W salonie znajduje się duże okno wykuszowe, przez które widzę most Franklina i oceanarium w Camden oraz małe łódeczki dryfujące po Delaware. Widok jest piękny. Od razu zauważam, że mój brat ma telewizor tak płaski i cienki, że może wisieć na ścianie jak obraz, a na dodatek jest nawet większy od telewizora taty. Ale co najdziwniejsze, mój brat ma fortepian salonowy. – Co to? – pytam. – Chodź, zobacz – mówi Jake. Siada na ławeczce i podnosi klapę znad klawiszy, po czym zaczyna grać. Jestem zdumiony, że umie zagrać „W górę, Orły, w górę”. Jego wersja nie jest szczególnie wyszukana, to tylko sekwencja następujących po sobie akordów, ale bez dwóch zdań to


zagrzewająca do boju piosenka Orłów. Dołączam się, kiedy zaczyna śpiewać i na koniec zwyczajowo skandujemy. Jake mówi, że bierze lekcje od trzech lat. Gra dla mnie nawet kolejną piosenkę, która nie przypomina „W górę, Orły, w górę”. Ta kolejna melodia jest mi znajoma, zaskakująco delikatna, jak kociak, który idzie przez wysoką trawę. Stworzenie czegoś tak pięknego wydaje się zupełnie nie w stylu Jake’a. Czuję, jak oczy robią mi się mokre, gdy patrzę, jak mój brat gra z przymkniętymi powiekami, kiwając się w rytm utworu. Jest w tym coś zabawnego, bo Jake ma na sobie koszulkę Orłów. Kilka razy się myli, ale nie ma to dla mnie znaczenia, bo to dla mnie bardzo się stara zagrać ten utwór poprawnie i to się liczy, prawda? Kiedy kończy, klaszczę głośno i pytam go, co to było. – Pathétique. Sonata fortepianowa numer osiem Beethovena. Fragment drugiej części. Adagio cantabile – mówi Jake. – Podobało ci się? – Bardzo. – Jestem szczerze zdumiony. – Kiedy nauczyłeś się grać? – Kiedy Caitlin się do mnie wprowadziła, przywiozła


swój fortepian i od tamtego czasu uczy mnie trochę o muzyce. Zaczyna mi się kręcić w głowie, bo nigdy wcześniej nie słyszałem wzmianek o tej Caitlin, a wydaje mi się, że mój brat właśnie mi powiedział, że ona mieszka tu razem z nim, co oznaczałoby, że jest w poważnym związku, na którego temat nie mam bladego pojęcia. To nie jest w porządku. Bracia powinni wiedzieć o swoich kochankach. W końcu zbieram się w sobie i mówię: – Caitlin? Jake prowadzi mnie do sypialni, gdzie stoi duże łóżko z baldachimem i dwie pasujące szafy, które wyglądają jak zwróceni ku sobie strażnicy. Podaje mi oprawioną w ramkę czarno-białą fotografię z szafki nocnej. Na zdjęciu policzek Jake’a jest mocno przytulony do policzka pięknej kobiety o krótkich blond włosach, obciętych prawie po męsku. Wygląda na bardzo kruchą, ale jest ładna. Ma na sobie białą suknię, a Jake jest w smokingu. – To Caitlin – mówi Jake. – Gra czasem z Orkiestrą Filadelfijską i dużo nagrywa w Nowym Jorku. Jest pianistką. – Czemu o niej wcześniej nie słyszałem?


Jake bierze portret z moich rąk i stawia go na komodzie. Wracamy do salonu i siadamy na skórzanej kanapie. – Wiedziałem, że martwisz się z powodu Nikki, więc nie chciałem ci mówić, że jestem… no cóż… szczęśliwie żonaty. Ż o n a t y? To słowo uderza mnie jak gigantyczna fala i nagle oblewa mnie zimny pot. – Mama próbowała cię wyciągnąć z ośrodka w Baltimore na nabożeństwo, ale przyjęli cię niewiele wcześniej i nie chcieli dać na to zezwolenia. Mama prosiła, żebym nie od razu mówił ci o Caitlin, więc na początku tego nie robiłem, ale jesteś moim bratem i teraz, kiedy wróciłeś do domu, chciałem, żebyś wiedział wszystko o moim życiu, a Caitlin jest jego najlepszą częścią. Wszystko jej o tobie opowiedziałem i jeśli chcesz, możesz ją dziś poznać. Poprosiłem, żeby wyszła na czas, gdy będę ci o tym wszystkim mówił. Mogę do niej zadzwonić i zjemy razem lunch, zanim pojedziemy na stadion Linc. To jak, c h c e s z p o z n a ć m o j ą ż o n ę? Zanim zdążę pomyśleć, jestem w małej, eleganckiej


kawiarence nieopodal South Street i naprzeciw mnie po drugiej stronie stolika siedzi piękna kobieta, która pod stołem trzyma mojego brata za rękę i bez końca się do mnie uśmiecha. Jake i Caitlin podtrzymują rozmowę i w dużej mierze czuję się, jak w towarzystwie Veroniki i Ronniego. Jake odpowiada na większość pytań, które zadaje mi Caitlin, ponieważ niewiele się odzywam. Nikt nie wspomina o Nikki ani o czasie, który spędziłem w niedobrym miejscu, ani też o tym, jakie to dziwne, że Caitlin od lat jest żoną mojego brata, a mimo to nigdy jej nie poznałem. Kiedy podchodzi do nas kelnerka, mówię, że nie jestem głodny, bo nie mam ze sobą zbyt wiele pieniędzy – tylko dziesięć dolarów, które mama dała mi na podróż, a i tak wydałem już pięć na pociąg. Mój brat zamawia za nas wszystkich, oświadczając, że on stawia, co jest miłym gestem. Jemy wykwintne kanapki z szynką i z nieznaną mi pastą z suszonych pomidorów i gdy kończę, pytam Caitlin, czy mieli ładną ceremonię. – Jaką ceremonię? – pyta i przyłapuję ją na tym, że patrzy na małą, białą bliznę nad moją prawą brwią. – Ceremonię ślubną.


– Ach, tak – mówi i z czułością spogląda na mojego brata. – Była naprawdę piękna. Msza odbyła się w katedrze pod wezwaniem Świętego Patryka w Nowym Jorku, a potem mieliśmy małe przyjęcie w hotelu New York Palace. – Jak długo jesteście małżeństwem? Mój brat rzuca żonie spojrzenie, które nie umyka mojej uwadze. – Już jakiś czas – odpowiada, co sprawia, że czuję się jak wariat, bo wszyscy tu obecni wiedzą, że nie pamiętam ostatnich kilku lat – a ponieważ Caitlin jest kobietą, na pewno wie dokładnie, kiedy wyszła za Jake’a. To jasne, że próbuje mnie chronić mówiąc ogólnikami. Okropnie się przez to czuję, choć wiem, że Caitlin stara się być mi życzliwa. Mój brat płaci rachunek i odprowadzamy Caitlin do ich apartamentowca. Przy wejściowych drzwiach Jake całuje żonę i jego miłość do niej widać jak na dłoni. Ale wtedy Caitlin całuje mnie w policzek i gdy jej twarz jest tylko kilka centymetrów od mojej, mówi: – Cieszę się, że w końcu mogłam cię poznać, Pat. Mam zadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi. Kiwam głową, bo nie


wiem, co powiedzieć, i wtedy Caitlin woła: – Baker, do boju! – Baskett, głuptasie – poprawia ją Jake i Caitlin się rumieni, po czym jeszcze raz się całują. Jake zatrzymuje taksówkę i każe kierowcy zabrać nas pod ratusz. Po drodze mówię mojemu bratu, że nie mam pieniędzy, żeby zapłacić za przejazd, na co on odpowiada, że w jego towarzystwie nigdy za nic nie będę musiał płacić, co jest bardzo miłe, choć te słowa sprawiają, że czuję się trochę dziwnie. Pod ratuszem kupujemy żetony na metro, przechodzimy przez bramkę i czekamy, aż przyjedzie pociąg pomarańczowej linii kierujący się na południe. Choć jest dopiero trzynasta trzydzieści i pierwszy wykop będzie dopiero za siedem godzin, a na dodatek to poniedziałek, a w poniedziałki większość ludzi musi pracować, na peronie stoi już wielu mężczyzn w koszulkach Orłów. Dociera do mnie, że Jake dziś nie pracuje. Uświadamiam sobie również, że nie wiem, czym zajmuje się


Jake, przez co lekko panikuję. Myślę intensywnie i przypominam sobie, że mój brat skończył handel, ale nie mogę sobie przypomnieć, co robi na co dzień, więc pytam go o to. – Handluję opcjami – mówi. – Co to znaczy? – Gram na giełdzie papierów wartościowych. – Aha – odpowiadam. – A dla kogo pracujesz? – Dla siebie. – To znaczy? – Pracuję dla siebie i wszystkie interesy załatwiam przez Internet. Jestem samozatrudniony. – I dlatego mogłeś dziś skończyć wcześniej i spędzić ze mną trochę czasu? – To jest właśnie najlepsze w byciu własnym szefem. Jestem pod wrażeniem tego, że Jake potrafi zarobić na utrzymanie siebie i żony, grając na giełdzie, ale on nie chce rozmawiać o pracy. Myśli, że nie jestem dość bystry, by zrozumieć, czym się zajmuje. Nawet nie próbuje mi wyjaśnić, na czym polega jego praca.


– Co sądzisz o Caitlin? – pyta. Nadjeżdża pociąg i zanim zdążę odpowiedzieć, wraz ze stadem kibiców Orłów wchodzimy na pokład. – Co sądzisz o Caitlin? – pyta raz jeszcze, gdy znajdujemy miejsca, a pociąg rusza. – Jest świetna – mówię, unikając kontaktu wzrokowego. – Jesteś na mnie zły, że nie powiedziałem ci o niej od razu. – Nie, nie jestem. – Chcę mu powiedzieć o tym, jak Tiffany śledzi mnie podczas biegania, o znalezieniu pudła podpisanego PAT, o tym, jak mama strajkuje, przez co w zlewie leżą brudne naczynia, a tata w praniu zabarwił sobie koszule na różowo, o tym, jak mój terapeuta Cliff mówi, że powinienem zachować neutralność i nie mieszać się w małżeńskie problemy rodziców, tylko skupić się na poprawie własnego zdrowia psychicznego – ale jak mam to zrobić, kiedy mama i tata śpią w oddzielnych sypialniach, tata każe mi sprzątać dom, a mama zostawić go w brudzie – i było mi ciężko dać sobie z tym wszystkim radę jeszcze zanim się dowiedziałem, że mój brat gra na fortepianie, sprzedaje akcje


i obligacje i mieszka z piękną pianistką, a mnie ominął ich ślub, przez co już nigdy nie zobaczę, jak mój brat się żeni, a bardzo naprawdę chciałem to zobaczyć, bo bardzo kocham mojego brata. Zamiast powiedzieć o którejkolwiek z tych rzeczy, mówię tylko: – Trochę się boję, że znów natkniemy się na fana Gigantów. – To dlatego jesteś dzisiaj taki cichy? – pyta mój brat, jakby zapomniał, co się stało przed ostatnim meczem na naszym boisku. – Wątpię, żeby fani Gigantów przyjechali na mecz z Green Bay, ale tak czy inaczej rozłożymy się na innym parkingu, tak na wszelki wypadek, jakby mieli nas szukać jego porąbani koledzy. Jestem z tobą. Nie martw się. Grubi faceci rozstawiają namiot na parkingu za areną Wachovia. Nie ma się czym martwić. Przy skrzyżowaniu Broad i Pattison wychodzimy z metra z powrotem w światło popołudnia. Idę za bratem przez niezbyt gęste tłumy zapaleńców, którzy tak jak my siedem godzin przed meczem zaczęli imprezować na parkingu, i to w poniedziałek. Mijamy Wachovię i kiedy widzę zielony


namiot grubych facetów, nie wierzę własnym oczom. Grubi faceci i Scott stoją przed namiotem i wrzeszczą na kogoś, kogo zasłania ich krąg. Ogromny, pomalowany na zielono szkolny autobus cal po calu przybliża się do naszego namiotu. Na masce autobusu znajduje się portret Briana Dawkinsa i jego podobieństwo jest nieprawdopodobne. (Dawkins regularnie jest wybierany do drużyny gwiazd i u Orłów gra jako tylny obrońca na pozycji „safety”.) Jesteśmy coraz bliżej i teraz mogę już odczytać napis ATAK AZJATÓW na boku autobusu pełnego mężczyzn o śniadych twarzach. O tej porze miejsc do parkowania jest mnóstwo, więc zastanawiam się, o co chodzi. Szybko rozpoznaję głos, który wyjaśnia: – Autobus Ataku Azjatów parkował w tym właśnie miejscu przed każdym meczem na naszym boisku, odkąd w ogóle zbudowano Linc. To przynosi Orłom szczęście. Jesteśmy kibicami Orłów tak jak wy. I czy jesteście przesądni, czy nie, zaparkowanie autobusu Ataku Azjatów na tym właśnie miejscu jest koniecznie, jeśli chcecie, żeby Orły dziś wygrały.


– Nie przesuniemy namiotu – mówi Scott. – Nie ma mowy. Trzeba było przyjechać wcześniej. – Grubi faceci wielokrotnie powtarzają opinię Scotta i robi się gorąco. Dostrzegam Cliffa, zanim on zauważa mnie. – Przenieście namiot – mówię do naszych znajomych. Scott i grubi faceci odwracają się w moją stronę. Wyglądają na zaskoczonych moim poleceniem, oszołomionych, jakbym ich zdradził. Mój brat i Scott wymieniają spojrzenia, po czym Scott pyta: – Hank Baskett, pogromca kibiców Gigantów, mówi „Przenieście namiot”? – Hank Baskett mówi „Przenieście namiot” – odpowiadam. Scott odwraca się do Cliffa, który jest zszokowany moim widokiem i oznajmia: – Hank Baskett mówi „Przenieście namiot”, więc przenosimy namiot. Grubi faceci pomrukują, ale zaczynają składać nasze obozowisko, które w końcu wraz z vanem Scotta zostaje


przesunięte trzy miejsca dalej, po czym Atak Azjatów parkuje na zwolnionej przestrzeni. Z autobusu wychodzi około pięćdziesięciu Hindusów – każdy z nich ubrany w koszulkę Dawkinsa z numerem dwudziestym na plecach. Są jak mała armia. Po chwili odpalają kilka grillów i wokół nas rozchodzi się zapach curry. Cliff udawał twardziela i nie powiedział mi cześć, co jak pomyślałem, miało znaczyć, że decyzja należy do mnie. Zniknął gdzieś pomiędzy pozostałymi Dawkinsami, żebym nie musiał wyjaśniać, skąd się znamy, co było bardzo miłe z jego strony. Po zmianie lokalizacji namiotu, gdy grubi faceci weszli do środka i zaczęli oglądać mecz, Scott pyta: – Hej, Baskett. Dlaczego pozwoliłeś bollywoodom zająć nasze miejsce? – Bollywoodom? Żaden z nich nie tańczył – odpowiadam. – Skąd znasz tego gościa? – pyta mnie Jake. – Którego gościa? Mnie? Odwracamy się i widzimy Cliffa z paterą pełną


skwierczących kawałków warzyw i kostek mięsa nadzianych na drewniane szpikulce. – Hinduskie szaszłyki. Bardzo smaczne. Za to, że pozwoliliście nam zaparkować w zwyczajowym miejscu Ataku Azjatów. Kiedy Cliff podnosi półmisek, każdy z nas bierze po szaszłyku. Mięso jest pikantne, ale pyszne, tak jak warzywa. – A czy mężczyźni w namiocie też chcieliby po jednym? – Hej, grubasy! – krzyczy Scott. – Żarcie! Grubi faceci wychodzą z namiotu i częstują się. Wkrótce wszyscy kiwają głowami i komplementują pyszne jedzenie Cliffa. – Przepraszamy za kłopot – mówi Cliff bardzo uprzejmie. Jest taki życzliwy – mimo że słyszał, jak Scott nazwał go bollywoodem – że nie potrafię się powstrzymać i przedstawiam go jako przyjaciela. – Cliff, to mój brat Jake, mój przyjaciel Scott i… – Nie pamiętam imion grubych facetów. – Przyjaciele Scotta.


– Cholera – mówi Scott. – Trzeba było powiedzieć, że znasz się z Baskettem i nie robilibyśmy problemów. Chcesz piwo? – Pewnie – odpowiada Cliff, stawiając pusty półmisek na betonie. Scott wręcza wszystkim po zielonym plastikowym kubku, nalewamy sobie yuenglinga, i tak oto popijam piwo z moim terapeutą. Boję się, że Cliff nakrzyczy na mnie za picie, bo przecież biorę leki, ale tego nie robi. – Skąd się znacie? – pyta jeden z grubych facetów i dociera do mnie, że ma na myśli mnie i Cliffa. Jestem taki zadowolony, że piję z nim piwo, że zanim wpada mi do głowy, by skłamać, odpowiadam: – To mój terapeuta. – Jesteśmy też przyjaciółmi – szybko dodaje Cliff, co mnie zaskakuje, ale sprawia, że fajnie się czuję, szczególnie że nikt nie komentuje faktu, że w ogóle mam terapeutę. – Co tam robicie? – Jake pyta Cliffa. Odwracam się i widzę, jak około dziesięciu mężczyzn rozwija wielkie płachty sztucznej murawy.


– Rozwijają pola do gry w kubb. – W co? – odpowiadają wszyscy. – Chodźcie, pokażę wam. I tak właśnie podczas parkingowej imprezy przed poniedziałkowym meczem zaczęliśmy grać w – jak mówi Cliff – grę szwedzkich Wikingów. – Dlaczego banda Hindusów gra w grę szwedzkich Wikingów? – Bo to świetna zabawa – odpowiada wyluzowany Cliff. Hindusi od razu dzielą się jedzeniem i co więcej, wiedzą wszystko o Orłach. Wyjaśniają zasady gry kubb, w której rzuca się drewnianymi zbijakami, żeby przewrócić obrońców przeciwnika, czyli drewniane klocki ustawione na przeciwnych liniach końcowych. Strącone klocki rzuca się na pole przeciwnika i stawia tam, gdzie upadną. Gwoli sprawiedliwości, nadal nie do końca rozumiem, na czym to polega, ale wiem, że gra się kończy, kiedy wyczyści się pole przeciwnika z klocków i strąci króla, czyli najwyższy drewniany kołek, ustawiony pośrodku sztucznej murawy. Cliff zaskakuje mnie pytaniem, czy może być moim


partnerem w grze. Całe popołudnie tłumaczy mi, w który klocek celować i wygrywamy wiele partii, objadając się hinduskimi szaszłykami i pijąc yuengling i hinduski „pale ale” z zielonych plastikowych kubeczków. Jake, Scott i grubi faceci wtapiają się w imprezę Ataku Azjatów – Hindusi są w naszym namiocie, a biali grają z nimi w kubb – i myślę sobie, że jedyne, czego nam trzeba, żeby ludzie zaczęli się dogadywać, to wspólna drużyna i kilka piw. Raz na jakiś czas jakiś Hindus krzyczy: – Aaa! – i wszyscy zaczynamy skandować. Jest nas pięćdziesięciu chłopa i nasz wrzask „O!-R!-Ł!-Y! Orły!” jest ogłuszający. Cliff nie ma sobie równych w rzucaniu zbijakami. Podczas gry w kubb kieruje naszym zespołem w rozgrywkach przeciw różnym grupom mężczyzn i kończy się na tym, że zwyciężamy w grze o pieniądze. Nie wiedziałem, że bierzemy w niej udział do chwili, aż wygraliśmy. Jeden z kumpli Cliffa wręcza mi pięćdziesiąt dolarów. Cliff wyjaśnia, że Jake zapłacił moje wejściowe, więc próbuję oddać bratu wygraną, ale on mi na to nie pozwala. Ostatecznie postanawiam kupić


wszystkim kolejkę piwa na stadionie i przestaję się kłócić z bratem o pieniądze. Po zachodzie słońca, kiedy w końcu nadchodzi pora, by wejść do Lincoln Financial Field, pytam Cliffa, czy mogę z nim porozmawiać na osobności, więc oddalamy się od Ataku Azjatów. – Czy to w porządku? – Co? – odpowiada Cliff. Jego szklące się oczy sugerują, że jest trochę wstawiony. To że spędzamy czas jak kumple. Mój kolega Danny powiedziałby, że się bujamy. – A czemu nie? – Bo jesteś moim terapeutą. Cliff się uśmiecha, podnosi mały brązowy palec i mówi: – Co ci mówiłem? Kiedy nie siedzę w skórzanym fotelu… – Jesteś kibicem Orłów, tak jak ja. – Właśnie tak – odpowiada i klepie mnie po plecach. Po meczu Atak Azjatów podwozi mnie swym autobusem do domu, do Jersey, i po drodze Hindusi bez


ustanku śpiewają „W górę, Orły, w górę”, bo Orły pokonały Green Bay trzydzieści jeden do dziewięciu w transmisji na ogólnokrajowym kanale. Kiedy wysiadam przed domem z autobusu kumpli Cliffa, jest już po północy, ale zabawny kierowca, który nazywa się Ashwini, uderza w klakson autobusu Ataku Azjatów i rozlega się specjalne nagranie, a wszystkich pięćdziesięciu mężczyzn krzyczy: „O!-R!-Ł!-Y! Orły!”. Zaczynam się martwić, że obudzimy całą okolicę, jednak gdy autobus odjeżdża i tak nie mogę przestać się śmiać. Ojciec jeszcze nie śpi, siedzi na sofie w salonie i ogląda ESPN. Na mój widok nie mówi cześć, tylko zaczyna głośno śpiewać „W górę, Orły, w górę! Śpiewamy zgodnym chórem!”, więc przyłączam się i razem kończymy skandowaniem, po czym tata nuci sobie pod nosem melodię przyśpiewki, idąc po schodach do swojej sypialni, nie zadając mi ani jednego pytania na temat mojego dnia, który był co najmniej nadzwyczajny, nawet jeśli Hank Baskett odebrał tylko dwa podania na odległości dwudziestu siedmiu jardów i nadal musi szukać pola punktowego. Zastanawiam się, czy nie sprzątnąć po ojcu pustych butelek. Ale przypominam


sobie, co powiedziała mama o zapuszczaniu domu w trakcie jej strajku. Na dole chwytam sztangę i staram nie myśleć o tym, że ominął mnie ślub Jake’a, co nadal trochę mnie smuci, mimo że Orły wygrały. Muszę spalić piwo i Hinduskie szaszłyki, więc podnoszę ją przez kilka godzin.


Przetrzymując relatywny brud i nędzę

Kiedy proszę mamę, żeby pokazała mi zdjęcia ze ślubu Jake’a, zgrywa głupią. – Jakie zdjęcia ślubne? – pyta. Kiedy jednak oświadczam jej, że pogodziłem się z faktem, że mam bratową, na twarzy mamy maluje się wyraz ulgi. – No to chyba mogę już z powrotem powiesić ślubne fotografie. Zostawia mnie samego w salonie przy kominku i po chwili wraca z grubym albumem oprawionym w białą skórę i układa duże ramki na gzymsie kominka – zdjęcia Jake’a i Caitlin schowane wcześniej dla mojego dobra. Gdy przeglądam strony ślubnego albumu brata, mama wiesza również kilka zdjęć Jake’a i Caitlin na ścianach. – To był piękny dzień. Pat. Wszyscy żałowaliśmy, że cię z nami nie było.


Monumentalna katedra oraz luksusowa sala weselna sugerują, że rodzina Caitlin ma, jakby to powiedział Danny, mnóstwo hajsu, więc pytam, czym się zajmuje ojciec Caitlin. – Przez lata był skrzypkiem Filharmonii Nowojorskiej, ale teraz uczy w Juilliard teorii muzyki, cokolwiek to znaczy. – Mama skończyła wieszanie ramek ze zdjęciami i siada koło mnie na kanapie. – Rodzice Caitlin są bardzo mili, ale to nie są ludzie tacy jak my, co było aż nadto widoczne podczas przyjęcia weselnego. Jak wyszłam na zdjęciach? Na fotografiach moja mama ubrana jest w sukienkę w czekoladowym odcieniu brązu i krwistoczerwony szal, którym okrywa gołe ramiona. Jej szminka idealnie pasuje do szala, ale ma trochę za dużo makijażu na powiekach, przez co odrobinę przypomina szopa. Jeśli chodzi o plusy, to włosy, jakby powiedziała Nikki, ma klasycznie upięte i wygląda całkiem nieźle, więc mówię mamie, że ładnie wychodzi na zdjęciach, co wywołuje uśmiech na jej twarzy. Na twarzy ojca widać za to napięcie. Na żadnym ze zdjęć nie sprawia wrażenia, jakby czuł się swobodnie, więc pytam mamę, czy tata akceptuje Caitlin.


– Twój ojciec martwi się, że ta dziewczyna jest z innego świata i a n i t r o c h ę nie cieszyło go spędzanie czasu z jej rodzicami, ale choć tego nie okazuje, na swój sposób cieszy się szczęściem Jake’a – mówi mama. – Rozumie, że on jest z Caitlin szczęśliwy. Zaczynam się zastanawiać nad tym, jak dziwnie zachowywał się ojciec podczas mojego wesela. Nie chciał z nikim rozmawiać, chyba że ktoś się do niego odezwał, a wtedy odpowiadał monosylabami. Pamiętam, że byłem na niego wściekły podczas przedślubnego obiadu, bo nie chciał nawet spojrzeć na Nikki, a co dopiero wdawać się w jakieś interakcje z jej rodziną. Pamiętam, jak mama i brat tłumaczyli mi, że tata słabo radzi sobie ze zmianami, ale ich wyjaśnienia nie miały dla mnie większego sensu aż do następnego dnia. W połowie mszy ksiądz zapytał zebranych, czy będą się modlić za mnie i Nikki, na co odwróciliśmy się w stronę zgromadzenia, tak jak nas wcześniej pouczono. Instynktownie spojrzałem na rodziców, ciekaw, czy ojciec – tak jak powinien – wypowie słowo „będziemy” wraz z pozostałymi. Wtedy właśnie zobaczyłem, jak wyciera chusteczką oczy


i przygryza dolną wargę. Całe jego ciało lekko drżało, jakby był staruszkiem. Był to przedziwny widok: mój ojciec płacze w czasie ślubu, który niby tak go irytował. Ten sam mężczyzna, który nigdy nie okazywał żadnych emocji prócz gniewu, zalewał się łzami. Wpatrywałem się w niego i kiedy zbyt długo nie odwracałem się w stronę księdza, Jake, który był moim pierwszym drużbą, musiał mnie lekko szturchnąć, żeby wyrwać mnie z zamyślenia. – Kiedy Caitlin i Jake się pobrali? – pytam, gdy tak siedzimy z mamą na kanapie. Mama patrzy na mnie dziwnie. Nie chce podać daty. – Wiem, że to się stało, kiedy byłem w niedobrym miejscu, i wiem też, że byłem tam przez lata. Zdążyłem się z tym pogodzić. – Na pewno chcesz znać datę? – Jakoś to zniosę, mamo. Patrzy na mnie przez chwilę, próbując zdecydować, co robić, po czym odpowiada: – Latem 2004 roku. Siódmego sierpnia. Są małżeństwem od dwóch lat.


– Kto zapłacił za ślubne zdjęcia? Mama wybucha śmiechem. – Żartujesz sobie? Ojca i mnie w życiu nie byłoby stać na taki elegancki ślubny album. Rodzice Caitlin byli bardzo hojni robiąc nam taki prezent i wywołując wszystkie zdjęcia, jakie chcieliśmy. – Dali wam negatywy? – A po co mieliby… Chyba widzi moją minę, bo od razu milknie. – To jak to możliwe, że zdołaliście odzyskać te zdjęcia po tym, jak złodziej ukradł wszystkie ramki? Mama zastanawia się nad odpowiedzią, a ja czekam. Zaczyna przygryzać wnętrze policzka, jak ma w zwyczaju, kiedy się niepokoi. Po chwili odpowiada spokojnie: – Zadzwoniłam do matki Caitlin, powiedziałam jej o włamaniu, na co ona zrobiła mi odbitki w tym samym tygodniu. – Jak więc wyjaśnisz to? – mówię i po chwili wyciągam zza poduszki na przeciwnym krańcu sofy moje ślubne zdjęcia. Kiedy mama nie odpowiada, wstaję i odkładam ramkę z


fotografią na kominek, gdzie jest jej miejsce. Potem na ścianie przy frontowym oknie wieszam zdjęcie mojej najbliższej rodziny wraz z Nikki ubraną w ślubną suknię i w welonie rozłożonym przed nią na trawie. – Znalazłem pudło podpisane PAT. Jeśli naprawdę tak bardzo nienawidzisz Nikki, po prostu mi powiedz, a powieszę sobie te zdjęcia na poddaszu, tam gdzie śpię. Mama nic nie mówi. – Nienawidzisz Nikki? Jeśli tak, to powiedz mi dlaczego? Mama nie chce na mnie spojrzeć. Odgarnia dłońmi włosy. – Czemu mnie oszukałaś? Co jeszcze jest nieprawdą? – Przepraszam, Pat. Ale kłamałam, żeby… Mama ostatecznie nie wyjaśnia mi, dlaczego skłamała. Zamiast tego znów zaczyna płakać. Przez długi czas wyglądam przez okno, wpatruję się w dom sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Część mnie chce pocieszyć mamę – usiąść koło niej i ją objąć, szczególnie że – a wiem to na pewno – ojciec nie rozmawiał z nią od ponad


tygodnia i jest bardzo zadowolony z knajpianego jedzenia trzy razy dziennie, sam robi sobie pranie i jakoś przetrzymuje relatywny brud i nędzę. Przyłapałem mamę na sprzątaniu i wiem, że martwi się tym, że jej plan nie działa tak, jak oczekiwała. Ale jestem też na nią wściekły za to, że mnie okłamała i choć ćwiczę bycie miłym, a nie stawianie na swoim, nie potrafię zdobyć się na to, by ją teraz pocieszyć. Ostatecznie zostawiam zapłakaną mamę na kanapie. Przebieram się i gdy wychodzę na zewnątrz, żeby pobiegać, dostrzegam czekającą na mnie Tiffany.


Jakbyśmy byli Yodą i Lukiem Skywalkerem, którzy trenują razem na planecie Dagobah

Kiedy kończymy rozmawiać o zwycięstwie w turnieju kubb i wyjątkowych zdolnościach pani Patel, która stworzyła niemal idealną podobiznę Briana Dawkinsa na masce szkolnego autobusu, wybieram czarny fotel i mówię Cliffowi, że jestem trochę przygnębiony. – Co się dzieje? – pyta, ciągnąc za dźwignię i unosząc podnóżek. – Terrell Owens. Cliff kiwa głową, jakby się spodziewał, że wymienię nazwisko skrzydłowego. Nie chciałem o tym wcześniej mówić, ale serwisy informacyjne podały, że Terrell Owens (vel T.O.) próbował się zabić dwudziestego szóstego września. Jak poinformowano, T.O. przedawkował leki przeciwbólowe. Później, kiedy T.O. został wypisany ze szpitala, oświadczył, że to nie była próba


samobójcza, i wtedy wszyscy zaczęli myśleć, że mu odbiło. Pamiętam T.O. jako młodego zawodnika San Francisco 49ers ale nie było go w składzie, kiedy kilka tygodni wcześniej oglądałem ich mecz z Orłami. Z kolumny sportowej w gazecie dowiedziałem się, że T.O. grał dla naszych, kiedy byłem w niedobrym miejscu, i pomógł im zakwalifikować się do trzydziestego dziewiątego pucharu Super Bowl, którego zupełnie nie pamiętam. (Może to i dobrze, bo Orły przegrały, choć fakt, że wyparowało mi to z głowy, doprowadza mnie do szału). Najwyraźniej rok później T.O. zażądał większych pieniędzy, zaczął wygadywać bardzo złe rzeczy o rozgrywającym Orłów, Donovanie McNabbie, został zawieszony na drugą połowę sezonu, a potem wyrzucony z zespołu, więc przeszedł do drużyny, której kibice Orłów nie znoszą najbardziej ze wszystkich – Kowbojów. I z tego powodu obecnie cała Filadelfia uważa T.O. za wroga numer jeden. – T.O.? Nie przejmuj się nim – mówi Cliff. – Dawkins tak go zaatakuje, że Owens będzie się bał chwytać jakiekolwiek podania.


– Nie martwię się o to, że T.O. będzie przyjmował podania i zdobywał przyłożenia. Cliff przygląda mi się przez chwilę, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. – Powiedz, co cię tak naprawdę trapi. – Mój ojciec określa T.O. mianem lekomanapsychopaty. A w zeszłym tygodniu przez telefon Jake też robił sobie żarty z łykania tabletek przez T.O. i nazwał go świrem. – Dlaczego tak cię to niepokoi? – W sprawozdaniach, które przeczytałem w gazetach, było napisane, że T.O. być może zmaga się z depresją. – Zgadza się. – To by sugerowało, że może potrzebować terapii – powiedziałem. – I? – Jeśli Terrell Owens naprawdę cierpi na depresję albo przynajmniej jest psychicznie niestabilny, to dlaczego moi bliscy uznają to za wymówkę, żeby źle o nim mówić? Cliff bierze głęboki wdech. – Hmm.


– Czy mój tata nie rozumie, że ja też jestem lekomanem-psychopatą? – Jako twój terapeuta mogę jednoznacznie potwierdzić, że nie jesteś psychopatą, Pat. – Ale łykam różne leki. – Ale ich nie nadużywasz. Widzę, do czego zmierza Cliff, ale on tak naprawdę nie rozumie, jak się czuję, a jest to mieszanka bardzo skomplikowanych i trudnych do opisania emocji, porzucam więc ten temat. Kiedy Kowboje z Dallas przyjeżdżają do Filadelfii, namiot grubych facetów i autobus Ataku Azjatów jednoczą siły, tworząc superimprezę, której najistotniejszymi elementami ponownie są turniej kubb na sztucznej murawie, telewizja satelitarna, hinduskie szaszłyki i dużo piwa. Nie mogę się jednak skupić na przyjemnościach, bo zewsząd atakuje mnie nienawiść. Najpierw zauważam koszulki domowej produkcji, które sprzedają, kupują i noszą inni imprezowicze. Tyle różnych haseł i emblematów. Na jednej z nich mały chłopiec sika na


gwiazdę, symbol Dallas, a pod rysunkiem widnieje podpis: DALLAS TO DZIWKA. T.O. POŁYKA… PASTYLKI. Na kolejnej koszulce znajduje się duża fiolka leków z etykietą ukazującą powszechnie znany symbol czaszki i skrzyżowanych kości, oznaczający truciznę, a pod spodem umieszczono napis: TERRELL OWENS. Na jeszcze innej wersji koszulki z przodu znajduje się fiolka leków, a z tyłu pistolet i hasło NIE UDAŁO CI SIĘ ZA PIERWSZYM RAZEM? KUP SOBIE PISTOLET, T.O. Stojący nieopodal imprezowicz przybił dawną koszulkę T.O. jeszcze z czasów, kiedy grał w Orłach do trzymetrowego krzyża, pokrytego pomarańczowymi fiolkami po lekach, dokładnie takimi samymi jak moje. Ludzie palą na parkingu swoje stare koszulki T.O. Podwieszono też lalki rozmiarów dorosłego człowieka ubrane w jego koszulki, żeby zgromadzeni kibice mogli je bić kijami do bejsbola. I mimo że nie lubię zawodników z Dallas, przykro mi z powodu Terrella Owensa, bo może naprawdę jest smutnym gościem, który miał problemy z głową. Kto wie, może naprawdę próbował się zabić? A mimo to wszyscy się z niego naśmiewają, jakby


zdrowie psychiczne było doskonałym tematem do żartów. A może chcą wyprowadzić T.O. z równowagi i niczego nie pragną bardziej, jak tylko zobaczyć go martwego. Z powodu moich słabych rzutów, Cliff i ja wcześnie odpadamy z turnieju i tracimy pięć dolarów, które wpłacił za mnie mój brat. Wtedy Cliff prosi, żebym pomógł mu wynieść trochę piwa z autobusu Ataku Azjatów. Gdy jesteśmy w środku, zamyka drzwi i mówi: – Co się dzieje? – Nic – odpowiadam. – W czasie gry nawet nie patrzyłeś, gdzie lądują zbijaki, tak bardzo byłeś rozproszony. Nie odpowiadam. – Co się dzieje? – Nie siedzisz w skórzanym fotelu. Cliff siada na fotelu w autobusie, poklepuje miejsce obok i mówi: – Dziś będzie musiała wystarczyć ekoskóra. Siadam naprzeciw niego i mówię. – Szkoda mi T.O. To wszystko.


– Dostaje miliony dolarów za to, że wytrzymuje tego typu krytykę. A on tylko dolewa oliwy do ognia. Prowokuje tymi swoimi tańcami i okrzykami po każdym przyłożeniu. Ci ludzie wcale nie życzą mu śmierci. Po prostu nie chcą, żeby mu dziś dobrze poszło. Chodzi tylko o zabawę. Teraz wiem, co ma na myśli Cliff, ale dla mnie to nie jest zabawa. I bez względu na to, czy T.O. jest milionerem, czy nie, nie mam pewności, czy mój terapeuta powinien pobłażać noszeniu koszulek zachęcających kogokolwiek do tego, by strzelił sobie w głowę. Nic jednak nie mówię. Widzę, że na zewnątrz Jake i Ashwini biorą udział w ostatecznej rozgrywce w kubb, więc staram się im kibicować i odizolować od otaczającej mnie nienawiści. Na stadionie przez całą pierwszą połowę tłum śpiewa: „Ś.P. – Ś.P., Ś.P., Ś.P. – Ś.P. – Ś.P.” – Jake wyjaśnia mi, że publiczność wcześniej śpiewała „T.O. – T.O. – T.O., T.O. – T.O. – T.O.”, kiedy Owens grał dla Orłów. Obserwuję Owensa na linii bocznej, i chociaż nie zaliczył wielu przejęć, najwyraźniej tańczy do rytmu śpiewanej przez tłum piosenki „Ś.P.”, a ja zastanawiam się, czy naprawdę nie wzrusza go


fakt, że siedemdziesiąt tysięcy ludzi naigrawa się z przedawkowania, które niemal zakończyło się jego zgonem, czy może w środku czuje się zupełnie inaczej. Znów nie mogę nic na to poradzić i żal mi gościa. Zastanawiam się, co by było, gdyby siedemdziesiąt tysięcy ludzi naigrawało się z tego, że nie pamiętam kilku ostatnich lat mojego życia. W połowie meczu Hank Baskett zdołał dwa razy złapać piłkę na linii dwudziestu pięciu jardów, ale Orły przegrywają dwadzieścia jeden do siedemnastu Przez całą drugą połowę Lincoln Financial Field grzmi. My, fani Orłów, wiemy, że stawką jest pierwsza pozycja w rankingu ligowym drużyn ze wschodniego wybrzeża. Na osiem minut przed trzecią kwartą wszystko się zmienia. McNabb wyrzuca długie podanie po lewej stronie boiska. Wszyscy po mojej stronie wstają, żeby zobaczyć, co się stanie. Numer 84 łapie piłkę na połowie Dallas, zmyla obrońcę, rusza w stronę pola punktowego, a ja unoszę się w powietrze. Pode mną są Scott i Jake. Niosą mnie na ramionach. Wszyscy w naszym sektorze przybijają mi piątki,


bo Hank Baskett w końcu zaliczył pierwsze przyłożenie w lidze na odległości osiemdziesięciu siedmiu jardów, a ja i oczywiście mam na sobie jego koszulkę. Orły wygrywają i jestem taki szczęśliwy, że zapominam o T.O. i zaczynam myśleć o moim tacie, który ogląda ten mecz w domu w swoim wielkim telewizorze i myślę sobie, że może kamery mnie uchwyciły, kiedy Jake i Scott nieśli mnie na swoich ramionach. Może tata zobaczył mnie w pełnym wymiarze na swoim płaskim ekranie i może nawet jest ze mnie dumny. Na koniec ostatniej kwarty kilka emocjonujących momentów przyprawia nas o szybsze bicie serca: Dallas przypuszcza atak na pole punktowe naszej drużyny, zmieniając wynik na trzydzieści jeden do dwudziestu czterech. Kolejne punkty doprowadzą do dogrywki. Wtedy Lito Sheppard przejmuje od Bledsoe i zalicza przyłożenie, więc cały stadion śpiewa piosenkę zagrzewającą drużynę do boju, a na końcu skanduje litery i dzień jest nasz. Kiedy mecz się ostatecznie kończy, szukam wzrokiem T.O. i widzę, jak biegnie w stronę szatni, nie uścisnąwszy dłoni ani jednego zawodnika przeciwnej drużyny. Nadal mi go


żal. Jake, Scott i ja wychodzimy ze stadionu i biegniemy do Ataku Azjatów, który widać z daleka, bo składa się z pięćdziesięciu Hindusów, zazwyczaj trzymających się w grupie i wszyscy są w koszulkach Briana Dawkinsa. – Szukaj pięćdziesięciu dwudziestek – mówią zwykle. Cliff i ja podbiegamy do siebie, przybijamy piątkę górą, krzyczymy radośnie i wtedy pięćdziesięciu Hindusów zaczyna skandować „Baskett, Baskett, Baskett!”. Jestem taki szczęśliwy, że biorę Cliffa na barana i zanoszę go do autobusu Ataku Azjatów, jakbyśmy byli Yodą i Lukiem Skywalkerem, którzy trenują razem na planecie Dagobah w Imperium kontratakuje, który jak mówiłem wcześniej, jest jednym z moich ulubionych filmów. – O!-R!-Ł!-Y! Orły! – skandujemy, torując sobie drogę do naszego obozowiska na tyłach areny Wachovia Center, gdzie grubi faceci czekają z zimnym piwem. Nieustannie ściskam Jake’a, przybijam piątki Cliffowi, wyskakujemy, zderzając się klatami z grubymi facetami, i śpiewamy z Hindusami. Jestem taki szczęśliwy. Jestem tak niemożliwie


szczęśliwy. Kiedy Atak Azjatów wysadza mnie przed domem, jest już późno, więc proszę Ashwiniego, żeby nie włączał skandowania przyśpiewki Orłów, na co on zgadza się dość niechętnie – choć, kiedy tylko autobus znika za zakrętem, słyszę wrzask pięćdziesięciu Hindusów. – O!-R!-Ł!-Y! Orły! Wchodzę do domu rodziców, nie przestając się uśmiechać. Jestem gotowy na spotkanie z tatą. Po tak wielkiej wygranej – wygranej, dzięki której Orły awansują na pierwsze miejsce – tata na pewno będzie chciał ze mną rozmawiać. Salon jest jednak pusty. Nie ma ani butelek po piwie na podłodze, ani naczyń w zlewie. Cały dom lśni. – Tato? Mamo? – Nikt jednak nie odpowiada. Na podjeździe widziałem oba samochody, więc jestem trochę zbity z tropu. Kiedy idę po schodach, dom jest pogrążony w grobowej wręcz ciszy. Sprawdzam moją sypialnię – łóżko jest pościelone, a pokój pusty. Pukam więc do drzwi sypialni rodziców, ale nikt nie odpowiada. Delikatnie otwieram drzwi


i od razu tego żałuję. – Twój ojciec i ja pogodziliśmy się po zwycięstwie Orłów – mówi mama ze zmieszanym uśmiechem. – Twierdzi, że jest innym człowiekiem. Choć mają pościel podciągnięta pod szyję, w dziwny sposób wiem, że pod spodem są nadzy. – Twój zawodnik uzdrowił tę rodzinę – mówi ojciec. – Dziś na boisku był jak Bóg. A skoro Orły są na pierwszej pozycji, to pomyślałem, że pogodzę się z Jeanie. Nie mogę wydusić z siebie słowa. – Pat, może pójdziesz pobiegać? – proponuje mama. – Pół godzinki? Zamykam drzwi sypialni. Przebierając się w dres, słyszę skrzypienie łóżka w sypiali rodziców i wydaje mi się, że cały dom lekko się trzęsie. Wkładam więc trampki, zbiegam po schodach i wybiegam przez wejściowe drzwi. Pędzę sprintem przez park, a potem na tył domu Websterów i pukam do drzwi Tiffany. Otwiera mi ubrana w dziwną nocną koszulę. Ma zdezorientowaną minę.


– Pat, co ty tu… – Moi rodzice uprawiają seks – wyjaśniam. – Teraz. Otwiera szeroko oczy, najpierw jej twarz się rozpogadza, a potem wybucha śmiechem. – Poczekaj, przebiorę się – mówi i zamyka drzwi. Przez długie godziny spacerujemy po całym Collingswood. Na początku bez opamiętania nawijam o T.O., o Basketcie, moich rodzicach, Jake’u i Ataku Azjatów, moich ślubnych zdjęciach, ultimatum mojej mamy, które okazało się bardzo skuteczne – o wszystkim. Tiffany nie odpowiada. Kiedy w końcu milknę, idziemy i idziemy, aż w końcu znowu znajdujemy się przed domem Websterów i czas się pożegnać. Wyciągam dłoń i mówię: – Dzięki, że mnie wysłuchałaś. Kiedy staje się oczywiste, że jej nie uściśnie, ruszam w swoją stronę. – Odwróć się, jasnooki – mówi Tiffany, co jest trochę dziwne, bo moje oczy są ciemne, ale oczywiście staję w miejscu. – Dam ci coś, co trochę zamiesza ci w głowie, a może nawet cię rozgniewa. Chcę, żebyś to otworzył, kiedy


będziesz bardzo odprężony. Na pewno nie dziś. Poczekaj kilka dni i kiedy poczujesz się szczęśliwy, otwórz ten list. Z kieszeni kurtki wyciąga białą podłużną kopertę i podaje mi ją. – Schowaj ją do kieszeni – mówi, a ja robię, co mi każe, głównie dlatego, że Tiffany wygląda na śmiertelnie poważną. – Nie będę z tobą biegać, dopóki mi nie odpowiesz. Dam ci czas do zastanowienia. Bez względu na to, co zdecydujesz, nie możesz nikomu powiedzieć, co jest w tej kopercie. Z r o z u m i a ł e ś? Jeśli komukolwiek powiesz – nawet twojemu terapeucie – będę o tym wiedziała, kiedy spojrzę ci w oczy i już więcej się do ciebie nie odezwę. Najlepiej będzie, jeśli zrobisz, co mówię. Moje serce wali jak młotem. O co chodzi? Jedyne, czego teraz chcę, to otworzyć kopertę. – Musisz odczekać przynajmniej czterdzieści osiem godzin, zanim ją otworzysz. Upewnij się, że jesteś w dobrym humorze, zanim zaczniesz czytać list. Przemyśl to i daj mi odpowiedź. Pamiętaj, Pat, potrafię być świetnym przyjacielem, ale nie chcesz mnie mieć za wroga.


Przypomina mi się, co powiedział Ronnie o tym, jak Tiffany straciła pracę, i zaczynam się bać.


Wymagam zwycięskiego pierwszego miejsca

– Pierwsze pytanie – mówi tata. – Ile przyłożeń w spotkaniu przeciw Świętym zdobędzie drużyna dzięki McNabbowi? Ledwie mogę uwierzyć, że jem z moim ojcem posiłek przy stole. Mama uśmiecha się do mnie, nawijając spaghetti na widelec. Nawet puszcza do mnie oczko. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo się cieszę, że plan mamy wypalił i jestem przeszczęśliwy, że tata je razem z nami, a nawet rozmawiamy – w szczególności cieszy mnie, że rodzice sprawiają wrażenie zakochanych – ale znam mojego tatę i boję się, że jedna przegrana Orłów wystarczy, by stary zrzęda powrócił. Martwię się ze względu na mamę, ale postanawiam cieszyć się chwilą. – Dziesięć przyłożeń – mówię ojcu. Tata uśmiecha się, wkłada do ust małą kiełbaskę i gryzie ją z entuzjazmem, po czym zwraca się do mamy:


– Pat mówi dziesięć przyłożeń. – Może jedenaście – dodaję optymistycznie. – Pytanie numer dwa. Ile przyłożeń złapie debiutant Hank Baskett, sensacja sezonu? W pełni zdaję sobie sprawę, że Baskett zaliczył tylko jedno przyłożenie podczas pierwszych kilku meczów, ale wiem również, że dziś wieczorem moja rodzina tryska optymizmem, więc odpowiadam, że siedem. – Siedem? – pyta ojciec, ale się uśmiecha. – Siedem. – Twierdzi, że siedem, Jeanie. Siedem! – A do mnie tata mówi: – Pytanie numer trzy. W której kwarcie rozgrywający Drew Brees w końcu dozna wstrząśnienia mózgu, bo tyle razy oberwie od niezawodnej obrony Orłów? – Trudne pytanie. W trzeciej? – Źle – mówi ojciec, kręcąc głową z udawanym rozczarowaniem. – Prawidłowa odpowiedź to pierwsza kwarta. Pytanie czwarte. Kiedy w końcu przyprowadzisz do domu tę damulkę, z którą biegasz? Kiedy przedstawisz ojcu swoją dziewczynę?


Tata kończy zadawać czwarte pytanie i wciąga do ust wielką porcję spaghetti, a potem zaczyna przeżuwać. Kiedy nie odpowiadam, zachęca mnie, gestykulując lewą ręką, i kreśli palcem wskazującym niewidzialne kółka. – Zauważyłeś, że Pat znalazł swoje ślubne zdjęcia i z powrotem ustawił je w salonie? – mówi mama niepewnym głosem. – Jake powiedział mi, że Nikki już ci przeszła – rzuca tata. – Mówił, że podoba ci się ta lalunia, Tiffany. Nie? – Mogę odejść od stołu? – pytam mamę, bo swędzi mnie mała blizna i czuję się, jakbym miał za chwilę wybuchnąć, jeśli zaraz nie zacznę walić pięścią w czoło. Mama kiwa głową i dostrzegam w jej oczach współczucie, co bardzo doceniam. Po kilku godzinach wyciskania sztangi w końcu przechodzi mi ochota, żeby sobie przyłożyć. Ubrany w nową odblaskową kamizelkę, którą ostatnio kupiła mi mama, biegnę przez noc. Tego wieczoru miałem zamiar otworzyć list od Tiffany, bo byłem taki uradowany obiadem z ojcem, teraz jednak


wiem, że z całą pewnością nie jestem w dobrym nastroju, więc otworzenie listu, byłoby naruszeniem reguł, które dwa dni temu tak jasno wyłożyła mi Tiffany. Prawie otworzyłem go wczoraj wieczorem, kiedy byłem w fantastycznym nastroju, ale nie minęły wtedy jeszcze dwie doby. Podczas biegu staram się myśleć o Nikki i końcu rozłąki, przez co zawsze lepiej się czuję. Udaję, że Bóg założył się ze mną, że jeśli będę wystarczająco szybko biec, odda mi Nikki, więc ostatnie trzy kilometry pokonuję sprintem. Wkrótce osiągam taką prędkość, że to aż niesamowite – biegnę szybciej niż jakakolwiek ludzka istota przede mną. W mojej głowie słyszę głos Boga, który szepcze, że muszę przebiec ostatnie półtora kilometra poniżej czterech minut, co jak wiem, jest niemal niemożliwe, ale staram się dla Nikki. Biegnę nawet szybciej i kiedy brakuje mi tylko przecznicy, słyszę w głowie, jak Bóg odlicza: – Pięć – cztery – trzy– dwa – i kiedy moja prawa stopa ląduje na pierwszej betonowej płycie chodnika przed domem rodziców, Bóg mówi: – Jeden.


Jestem taki szczęśliwy! Jestem tak niemożliwie szczęśliwy. Wchodzę na górę i widzę, że drzwi sypialni rodziców są zamknięte, więc idę pod prysznic, a potem kładę się pod kołdrę. Wyciągam list od Tiffany spod materaca. Biorę głęboki wdech. Otwieram list. Gdy czytam kilka pisanych na komputerze stron, w mojej głowie kłębią się sprzeczne emocje i okropne potrzeby. Pat, przeczytaj ten list do samego końca! Nie podejmuj żadnych decyzji do chwili, gdy przeczytasz całość! Nie czytaj, jeśli nie jesteś sam! Nie pokazuj tego nikomu! Kiedy przeczytasz ten list, niezwłocznie go spal! Czy czasem czujesz się tak, jakbyś żył w beczce prochu, a wokół się iskrzyło? Cóż, nie mogłam nic zrobić, aby przywrócić Tommy’ego do życia, i ta niemoc zatruwała mnie przez dwa lata – ale wtedy pojawiłeś się Ty. Dlaczego? Na początku pomyślałam, że Bóg zsyła mi mężczyznę, który zastąpi mi Tommy’ego, co mnie tylko rozwścieczyło, bo jego nie da się zastąpić (bez


obrazy). Kiedy jednak słuchałam, jak opowiadasz o Nikki, zdałam sobie sprawę, że Bóg mi Cię zesłał, żebym pomogła Ci zakończyć rozłąkę. To miała być moja misja. I tak, zaczęłam nad nią pracować. „Co? – słyszę, jak mówisz. – Jak moja przyjaciółka Tiffany może mi pomóc zakończyć rozłąkę?” No cóż, tu właśnie zaczyna się część, która Cię wkurzy. Jesteś gotowy, Pat? Rozmawiam z Nikki przez telefon – regularnie co wieczór przez ostatnie dwa tygodnie. Veronica dała mi jej numer i dzięki rozmowom Ronniego z Twoją mamą przekazywała Nikki informacje na Twój temat, odkąd tylko trafiłeś do tego ośrodka zdrowia psychicznego w Baltimore. Okazuje się, że Twoja rodzina odmówiła udzielania Nikki jakichkolwiek informacji, ponieważ Nikki rozwiodła się z Tobą niedługo po tym, jak zamknięto Cię w zakładzie. Zdaję sobie sprawę, że ta informacja na pewno Tobą wstrząsnęła. Przepraszam, ale chyba najlepiej wyłożyć kawę na ławę. Nie sądzisz? Dobra, kolejna wiadomość też jest zła. Nikki miała


prawo się z Tobą rozwieść, ponieważ popełniłeś przestępstwo, którego nie pamiętasz. (Nie powiem Ci, co to było za przestępstwo, bo najpewniej celowo wyparłeś je z pamięci i podejrzewam, że nie jesteś psychicznie gotowy, by uporać się z tą dość straszną rzeczywistością. Moja terapeutka, doktor Lily, i ja przypuszczamy, że przypomnisz sobie o nim, kiedy będziesz na to psychicznie i emocjonalnie gotowy). Nikki dostała rozwód i zgarnęła cały Wasz majątek, w zamian za co ktoś inny wycofał wobec Ciebie zarzuty. Oczywiście w tym układzie zostałeś bezterminowo ulokowany w niedobrym miejscu na „rehabilitację”. Zgodziłeś się na wszystko i uznano Cię za „zdrowego na umyśle” za sprawą Twojego terapeuty doktora Timbersa, ale niedługo po tym, jak Cię zamknięto na dobre, „straciłeś” pamięć i piątą klepkę. Nie piszę tego, żeby zrobić Ci przykrość – wręcz przeciwnie. Pamiętaj, Bóg powierzył mi zakończenie Twojej rozłąki. Jak się okazuje, Nikki bardzo chciała się z Tobą skontaktować. Tęskni za Tobą. Nie znaczy to jednak wcale, że znowu chce być Twoją żoną. Chcę, żebyśmy mieli tutaj jasność – nadal pamięta, co zrobiłeś i jakie przestępstwo


popełniłeś. Trochę się też Ciebie boi, bo podejrzewa, że możesz być na nią wściekły i chcieć się zemścić. Przez lata była jednak Twoją żoną i chce się przekonać, że wróciłeś do formy, a może nawet zaprzyjaźnić się z Tobą na nowo. Przekazałam, że chcesz ją odzyskać. Jeśli mam być szczera, pragniesz tego bardziej niż ona. Nigdy jednak nie wiadomo, co się wydarzy, kiedy znów zaczniecie się komunikować. Dwa problemy. Po pierwsze – po tym, jak popełniłeś tamto przestępstwo, Nikki zażądała nałożenia na Ciebie zakazu zbliżania się do niej. Po drugie – Twoi rodzice w Twoim imieniu i prawdopodobnie w akcie zemsty zażądali, by Nikki również zakazano zbliżania się do Ciebie, twierdząc, że jakikolwiek kontakt z nią może być zagrożeniem dla Twojego zdrowia psychicznego. Ona też nie może legalnie się z Tobą kontaktować. Mimo to Nikki chciałaby się z Tobą porozumieć, choćby tylko po to by załagodzić dawne sprawy. Jej poczucie winy jest oczywiste. Odeszła z całym Waszym majątkiem, a Ty na lata utknąłeś w wariatkowie, rozumiesz? Ale do sedna. Mogę być Waszym łącznikiem.


Komunikowalibyście się ze sobą za moim pośrednictwem bez ściągania na siebie kłopotów. Ty pisałbyś listy do Nikki raz na dwa tygodnie, a ja czytałabym je Nikki przez telefon. Ona dyktowałaby mi potem swoje odpowiedzi, a ja przepisywałabym na laptopie, drukowała i przekazywała Tobie. Jesteśmy przyjaciółmi, Pat, i bardzo sobie to cenię. Musisz jednak zrozumieć, że stawia mnie to w bardzo niezręcznej sytuacji. Jeśli zdecydujesz się skorzystać z mojej propozycji, narażę się na prawne konsekwencje, a poza tym nasza przyjaźń będzie zagrożona. Musisz wiedzieć, że nie mam zamiaru być Waszym łącznikiem za darmo. Oferuję Ci układ. Czego chcę? Pamiętasz, jak powiedziałam, że Cię sprawdzam? No cóż, chcę wygrać tegoroczny turniej „Taniec przeciwko depresji” i potrzebuję do tego silnego partnera. Podejrzewam, że zadajesz sobie pytanie, co to takiego „Taniec przeciwko depresji”. To coroczny turniej organizowany przez Filadelfijskie Stowarzyszenie Psychiatrów, które pozwala kobietom i mężczyznom z depresją kliniczną zamienić ich


rozpacz w taniec. Przede wszystkim chodzi o walkę z depresją przez ruch, ale sędziowie przyznają też wieniec kwiatów dla wicemistrzów tańca i złote trofeum dla zwycięzców. Dwa razy z rzędu, kiedy tańczyłam sama, wygrałam ten pieprzony wieniec i w tym roku chcę zdobyć złote trofeum. I tu właśnie pojawiasz się Ty, Pat. Bóg zesłał mi najsilniejszego faceta, jakiego kiedykolwiek widziałam. Powiedz mi, że to nie jest Boska ingerencja. Tylko mężczyzna z Twoimi mięśniami zdoła wykonać podnoszenia, o jakich myślę – a myślę o bardzo zwycięskich podnoszeniach. Turniej odbędzie się w sobotni wieczór, jedenastego listopada w hotelu Plaza w centrum miasta. Daje nam to niewiele ponad miesiąc na ćwiczenia. Już przygotowałam choreografię, ale Ty zaczniesz od zera i oboje będziemy musieli ćwiczyć podnoszenia. To zajmie dużo czasu. Powiedziałam Nikki o moich warunkach i ona chce Cię zachęcić do tego, byś został moim partnerem. Mówi, że powinieneś poszerzyć zainteresowania i że zawsze chciała pójść z Tobą na kurs tańca. Z jej strony nie ma więc najmniejszego problemu, ona zachęca Cię, byś to zrobił. W zamian za bycie Waszym łącznikiem wymagam


zdobycia pierwszego miejsca. Na szczęście dla Ciebie choreografia jest pierwszorzędna. Ale żeby wygrać, będziesz musiał zatracić się w tańcu. Poniżej znajdują się warunki niepodlegające negocjacjom. Jeśli zdecydujesz się zostać moim partnerem tanecznym, będziesz musiał: 1. Zrezygnować z meczów Orłów na czas treningów. Żadnych wyjść na mecze. Żadnego oglądania rozgrywek w telewizji. Zero rozmów na temat meczów. Żadnego czytania kolumny sportowej. Nie wolno Ci nawet nosić Twojej ukochanej koszulki Basketta. 2. Kończyć treningi siłowe do czternastej, po czym udamy się na ośmiokilometrową przebieżkę, po której nastąpi próba trwająca w dni robocze od szesnastej piętnaście do dwudziestej trzeciej. W weekendy będziemy ćwiczyć od trzynastej do dwudziestej drugiej. Bez wyjątków. 3. Zapewnić przynajmniej piętnastu Twoich przyjaciół lub członków rodziny, którzy pojawią się na naszym występie, ponieważ na głosy sędziów często wpływa aplauz publiczności.


4. Robić, co każę, bez zadawania pytań. 5. Zapewnić mi wygraną w konkursie. 6. CO NAJWAŻNIEJSZE – nikomu nie powiesz o naszym układzie. Możesz mówić, że trenujesz, by wziąć udział w turnieju tańca, ale nie powiesz ani o moich wymaganiach, ani o tym, że będę się kontaktować z Nikki w Twoim imieniu. Nigdy, przenigdy. Jeśli spełnisz wszystkie te warunki, będę pełnić funkcję łącznika pomiędzy Tobą a Nikki, spróbuję zakończyć rozłąkę, a potem kto wie co się stanie między Tobą a Twoją byłą żoną. Jeśli nie spełnisz tych warunków, to obawiam się, że możesz już nigdy nie zobaczyć Nikki. Mówi, że to Twoja jedyna szansa. Skontaktuj się ze mną w sprawie swojej decyzji w ciągu dwudziestu czterech godzin. Przeczytaj listę wymagań i naucz się jej na pamięć, a potem spal ten list. Pamiętaj – jeśli mam być Twoim łącznikiem, nie wygadaj się, że kontaktuję się z Nikki. Z najlepszymi intencjami


Tiffany Czytam ten list w kółko przez całą noc. Fragmenty, w które nie chcę wierzyć, są prawdziwe – zwłaszcza te o popełnionym przeze mnie przestępstwie i o rozwodzie z Nikki, przez które znów czuję, że najchętniej walnąłbym się parę razy pięścią w czoło. Przez jakie przestępstwo znalazłem się w tej sytuacji i kto wycofał zarzuty, kiedy zameldowałem się w ośrodku? Mogę zrozumieć, że Nikki się ze mną rozwiodła, bo byłem złym mężem, zwłaszcza że, no cóż, n a p r a w d ę byłem złym mężem. Trudno mi jednak uwierzyć, że popełniłem przestępstwo, które wymagało zastosowania wobec mnie tak drastycznych sankcji. A mimo to list Tiffany wydaje się tyle wyjaśniać – dlaczego mama ściągnęła nasze ślubne zdjęcia i dlaczego tata i Jake powiedzieli o Nikki tyle okropnych rzeczy. Jeśli naprawdę jestem rozwiedziony, wszystkie starania mojej rodziny, by nie przypominać mi o Nikki, były po to, by mnie chronić, zwłaszcza że oni nie mają w sobie dość optymizmu, by zdać sobie sprawę, że nie umarłem i mam przynajmniej cień szansy


na odzyskanie Nikki i nie muszę chyba mówić, że jest to dobrą stroną tego listu. Oczywiście skoro nie pamiętam niczego z ostatnich kilku lat, niczego nie mogę być pewien. Może Tiffany to wszystko zmyśliła, żebym wystąpił z nią na turnieju tanecznym. To możliwe. Na pewno nie zgłosiłbym się na ochotnika, nawet jeśli obecnie trenuję bycie miłym. Zdaję sobie sprawę, że list Tiffany może być podstępem, ale możliwość komunikowania się z Nikki to zbyt dobra perspektywa, żeby ryzykować – jako że może to być moja ostatnia okazja. Na dodatek fakt, że Nikki wspomina o woli boskiej zdaje się sugerować, że rozumie, na czym polega rozłąka. To, że Nikki chciałaby, żebym brał lekcje tańca, brzmi sensownie. Zawsze mnie prosiła, żebym z nią tańczył, ale ja nigdy tego nie robiłem. Myśl, że w przyszłości będę tańczył z Nikki, wystarcza, bym pogodził się z tym, że przegapię trzy mecze Orłów przed tygodniem przerwy w meczach, łącznie z meczem przeciw Jacksonville rozgrywanym na naszym boisku. Zastanawiam się, jak bardzo rozgniewa to ojca, Jake’a, a może nawet Cliffa, ale potem


myślę o szczęśliwym zakończeniu mojego filmu, czyli o odzyskaniu Nikki i wybór jest już oczywisty. Kiedy wstaje słońce, otwieram okno w łazience na dole, palę list nad toaletą i spuszczam z wodą zwęglone resztki. Następnie biegnę przez Knight’s Park, obiegam dom Websterów i pukam do drzwi Tiffany. Otwiera mi w czerwonej jedwabnej halce i spogląda na mnie, mrużąc oczy. – I jak? – Kiedy zaczynamy treningi? – pytam. – Jesteś gotowy w pełni się zaangażować? Gotowy ze wszystkiego zrezygnować? Nawet z Orłów? Energicznie kiwam głową. – Nie mogę tylko opuścić sesji terapeutycznych w piątki, bo jakiś sędzia odeśle mnie do niedobrego miejsca, a wtedy nie będziemy mieć szansy na wygranie turnieju. – Jutro o czternastej będę pod twoim domem – mówi Tiffany i zamyka drzwi. Parter dobudowanego domku, w którym mieszka Tiffany, to studio taneczne. Wszystkie cztery ściany są


wyłożone lustrami, a wzdłuż trzech ciągną się balustrady, przy jakich ćwiczą baletnice. Podłoga jest z twardego drewna jak najwyższej klasy boisko do kosza, tylko bez namalowanych linii i pociągnięte jaśniejszym lakierem. Sufit jest wysoki może na dziewięć metrów, a kręcone schody w rogu prowadzą do mieszkania Tiffany. – Wybudowałam to, kiedy umarł Tommy – mówi Tiffany. – Za pieniądze z ubezpieczenia. Podoba ci się moje studio? Kiwam głową. – To dobrze, bo przez najbliższe miesiące to będzie twój dom. Przyniosłeś zdjęcie? Otwieram torbę, którą ze sobą przyniosłem, i wyciągam z niej oprawioną w ramkę fotografię Nikki. Pokazuję ją Tiffany, po czym ona podchodzi do zestawu stereo, który stoi za kręconymi schodami. Z metalowego haka wbitego w ścianę ściąga parę słuchawek – takich, które wyglądają jak nauszniki i przykrywają całe uszy – i podaje mi je. Ciągnie się za nimi bardzo długi kabel. – Siadaj – mówi, siadam więc, gdzie stałem, i krzyżuję


nogi. – Zagram naszą piosenkę. Tę, do której będziemy tańczyć. To ważne, żebyś czuł się z tą piosenką głęboko związany. Musi cię poruszać, jeśli ma płynąć przez twoje ciało. Wybrałam ją nie bez powodu. Jest idealna dla nas obojga, o czym się za chwilę przekonasz. Kiedy założę ci słuchawki, chcę, żebyś patrzył w oczy Nikki. Chcę, żebyś poczuł te emocje, rozumiesz? – Nie gra jej saksofonista sopranowy? – pytam, bo jak wiadomo, Kenny G to moja nemezis. – Nie – odpowiada i zakłada mi słuchawki. Otacza je teraz miękkie obicie. Ze słuchawkami na uszach czuję się tak, jakbym był sam w pokoju, choć wiem, że zobaczę Tiffany, jeśli tylko podniosę wzrok. Kiedy zaczyna płynąć muzyka, trzymam w dłoniach ramkę z fotografią Nikki i wpatruję się w jej oczy. Pianino – powolne i smutne. Dwa głosy śpiewające na przemian. Ból. Znam tę piosenkę. Tiffany miała rację. To idealna piosenka dla nas obojga.


Utwór się nadbudowuje, głosy wzbierają emocjami i zaczyna mnie coś boleć w piersi. Słowa wyrażają wszystko, co czułem, odkąd wypuszczono mnie z niedobrego miejsca. Zaczynam łkać, jeszcze nim zabrzmi refren, bo głos kobiety oddaje moje uczucia, a jej słowa i emocje, i ten głos… Piosenka się kończy tymi samymi smutnymi dźwiękami pianina, które rozpoczęły utwór. Podnoszę wzrok i zdaję sobie sprawę, że Tiffany przyglądała się temu, jak płaczę, i zaczynam czuć zażenowanie. Stawiam zdjęcie Nikki na podłodze i chowam twarz w dłoniach. – Przepraszam. Daj mi chwilę. – Dobrze, że rozpłakałeś się przy tej piosence. Teraz musimy tylko przekształcić łzy w ruch. Musisz płakać przez swój taniec, rozumiesz? Nie rozumiem, ale potakuję.


Mój montaż ujęć

Tłumaczenie tego, jak nauczyłem się układu Tiffany i stałem się doskonałym tancerzem, byłoby trudne, głównie dlatego, że nasze próby są długie, wyczerpujące i niewiarygodnie nudne. Bez przerwy i końca powtarzamy te same drobne kroczki. Na przykład, gdybym w trakcie naszego tańca miał podnieść palec, to Tiffany kazałaby mi to powtarzać po tysiąc razy każdego dnia, aż zacząłbym to robić wedle jej upodobań na każde zawołanie. Oszczędzę więc nudnych szczegółów. Żeby skomplikować wszystko jeszcze bardziej, Tiffany zabroniła mi opisywać nasze spotkania w obszerny sposób, żeby nikt nie mógł poznać jej technik treningu. Ponieważ chciałaby pewnego dnia otworzyć własne studio tańca, jest bardzo ostrożna zarówno w kwestii swoich metod, jak i choreografii. Na szczęście, zaczynając pisać tę część, przypominam sobie, że kiedy w każdym ze swoich filmów Rocky musi stać


się lepszym bokserem, pokazywane są ujęcia, jak robi pompki na jednej ręce, biega po plaży, zadaje ciosy półtuszom w rzeźni, biega po schodach muzeów sztuki, patrzy z miłością na Adrian albo znosi wrzaski Mickeya, Apollo Creeda, albo nawet Pauliego – wszystko przy dźwiękach jego przewodniej piosenki, która być może jest nawet najlepszą piosenką na świecie Gonna Fly Now. W filmach o Rockym wystarczy tylko kilka minut, by oddać tygodnie, a mimo to publiczność doskonale rozumie, że wypracowanie umiejętności bokserskich kosztowało Rocky’ego wiele wysiłku, chociaż tak naprawdę zobaczyliśmy tylko kilka urywków morderczo trenującego włoskiego ogiera. Podczas sesji terapeutycznych pytam Cliffa, jak się nazywa ten zabieg filmowy. Musi zadzwonić do swojej żony Sonji z komórki, ale ona zna odpowiedź i mówi nam, że to, co próbuję opisać, określa się jako montaż. To właśnie mam zamiar stworzyć poniżej – mój montaż ujęć. Czytając go, można sobie puścić z odtwarzacza Gonna Fly Now albo inną inspirującą piosenkę. Muzyka nie jest jednak wymagana. No dobra, oto mój montaż:


Przygotowując się do wielkiego występu, codziennie biegam z Tiffany odrobinę szybciej. Zmuszamy się do jeszcze większego wysiłku i kiedy docieramy do parku, ostatnie półtora kilometra do jej domu pokonujemy sprintem, na koniec jesteśmy zupełnie mokrzy od potu. Zawsze udaje mi się wygrać z Tiffany, ponieważ jestem facetem, ale też znakomitym biegaczem. Wylewam z siebie poty: podnoszę ciężary na ławeczce, robię wymachy nogami na leżąco, brzuszki na przyrządzie Stomach Master 6000, trenuję na rowerku, robię przysiady i pompki na pięściach, wymachy hantlami – różne różności. – Czołgaj się – krzyczy Tiffany, czołgam się więc po podłodze z twardego drewna w jej domowym studiu tańca. – Tarzaj się, jakbyś nie miał nóg i na dodatek nie jadłeś od tygodni, a na środku pokoju leży jabłko, do którego czołga się inny mężczyzna bez nóg. Chcesz dotrzeć na środek szybciej, ale nie potrafisz, bo jesteś okaleczony. Rozpacz wylewa się z twojej twarzy jak pot! Boisz się, że nie zgarniesz jabłka, zanim dorwie je drugi facet bez nóg. A dobrze wiesz, że on się z tobą nie podzieli… Nie, nie, nie! Stop! Robisz to zupełnie


nie tak! Jezu, co z tobą? Mamy jeszcze tylko cztery tygodnie! – Jeanie – słyszę głos taty. Jest w kuchni i je śniadanie. Siedzę na schodach do piwnicy i podsłuchuję. – Czemu Pat zamyka oczy i nuci pod nosem za każdym razem, kiedy wspominam o Orłach? Odbija mu? Powinienem się martwić? – Dobrze słyszałem, że nie idziesz na mecz ze Świętymi? – pyta Jake przez telefon, kiedy oddzwaniam do niego niecałe pół godziny przed północą. Dzwonił dwa wieczory z rzędu i mama zostawiła mi na poduszce karteczkę z informacją: „Zadzwoń do brata bez względu na porę. B a r d z o w a ż n e”. – Nie chcesz zobaczyć, jak Baskett gra w tym tygodniu? Co ty tam nucisz? – Jako tancerz możesz położyć dłonie w dowolnym miejscu na ciele partnerki. Nie ma w tym nic zdrożnego. Kiedy więc będziesz wykonywał pierwsze podnoszenie, twoje dłonie będą obejmować moją pupę i krocze. Czemu tak chodzisz? Pat, to nic złego. To taniec współczesny. Wylewam z siebie poty: podnoszę ciężary na ławeczce, robię wymachy nogami na leżąco, brzuszki na przyrządzie Stomach Master 6000, trenuję na rowerku, robię przysiady


i pompki na pięściach, wymachy hantlami – różne różności. – To w porządku, Pat. Wszystko jest okej, do cholery! Kiedy będziemy się uczyć tego podnoszenia, na początku kilka razy mnie upuścisz, ale nie dlatego, że nie jesteś dość silny. Musisz skierować swoją dłoń dokładnie na środek mojego krocza. Jeśli mam być bardziej dosłowna, to będę. Pokażę ci. Dawaj rękę. – Twoja mama mówi, że nie chcesz rozmawiać o Orłach ze swoim… dlaczego nucisz? – pyta Cliff. – Nie wymieniłem imienia pewnego saksofonisty. O co chodzi? – Nigdy bym nie pomyślała, że to powiem, ale może powinieneś się zastanowić, czy przypadkiem nie zrobić sobie przerwy od treningów tanecznych i obejrzeć mecz z Jakiem i ojcem – mówi mama. – Wiesz, że nie znoszę futbolu, ale wydawaliście się nawiązywać z ojcem więź, no i Jake, i ty znów zaczynacie być jak bracia. Pat, błagam, przestań nucić. – Przy drugim podnoszeniu musisz spojrzeć na mnie, kiedy będę w górze. Szczególnie przed przewrotem. Nie musisz patrzeć na moje krocze, ale musisz być gotów, żeby mnie podrzucić, abym nabrała wysokości. Jeśli mnie nie


popchniesz, kiedy zegnę kolana, nie uda mi się wykonać pełnego obrotu i prawdopodobnie rozwalę sobie głowę o podłogę. – Wiem, że mnie słyszysz, nawet kiedy nucisz. Pat, popatrz tylko na siebie – mówi tata. – Leżysz zwinięty w kłębek na łóżku i mruczysz coś pod nosem jak dziecko. Orły przegrywają z Nowym Orleanem przez kop na bramkę, a ten twój Baskett ani razu nie przejął piłki. Kompletne zero. I nie myśl sobie, że twoje tańce w czasie meczu nie miały z tym nic wspólnego. – Wyglądasz jak upośledzony wąż! Masz się czołgać przy użyciu rąk, a nie pełzać ani wić się, ani co tam do cholery wyprawiasz. Patrz, jak ja to robię. Przygotowując się do wielkiego występu, codziennie biegam z Tiffany odrobinę szybciej. Zmuszamy się do jeszcze większego wysiłku i kiedy docieramy do parku, ostatnie półtora kilometra do jej domu pokonujemy sprintem, na koniec jesteśmy zupełnie mokrzy od potu. Zawsze udaje mi się wygrać z Tiffany, ponieważ jestem facetem, ale też znakomitym biegaczem.


– Co ci zrobiła Tiffany? – pyta Ronnie. Jesteśmy w piwnicy u moich rodziców. Przejrzałem go, kiedy usiłował podnieść na ławeczce marne trzydzieści kilogramów, a teraz odpoczywa. To nieoczekiwana wizyta, która ma niby wyglądać jak rozgrzewka przed porządnym treningiem z wyciskania. – Mówiłem ci, żebyś się bronił. Mówię ci, Pat, nie wiesz, do czego ta kobieta jest zdolna. Moja szwagierka posunie się do wszystkiego. D o w s z y s t k i e g o! – Robisz słońce na środku sceny za pomocą rąk. Kiedy tam stoisz jesteś symbolem słońca. I kiedy będziesz kreślił rękami wielkie koło, musi to być powolne i celowe – tak jak słońce. Ten taniec jest jak doba. Na scenie odegrasz wschód i zachód do taktu naszej piosenki. Rozumiesz? – Drugie podnoszenie jest najtrudniejsze ze wszystkich, bo musisz wstać z przysiadu, gdy ja będę ci stała na dłoniach tuż nad twoimi ramionami. Na pewno masz tyle siły? Możemy zrobić coś innego, jeśli jesteś za słaby… Teraz spróbujmy, a później się zobaczy. – Dlaczego ten turniej taneczny jest dla ciebie taki ważny? – pyta mnie Cliff. Spoglądam na słońce namalowane


na suficie jego gabinetu i uśmiecham się. – Powiesz? – pyta. – Tym się staję w tańcu – mówię i pokazuję w górę. Oczy Cliffa podążają za moim palcem. – W tańcu stajesz się słońcem? – Tak – mówię i jeszcze raz się do niego uśmiecham, bo naprawdę lubię być słońcem. To dzięki niemu chmury mają świetliste obwódki. Dzięki byciu słońcem będę też mógł pisać listy do Nikki. – Pat, proszę cię, przestań nucić do słuchawki. Jestem po twojej stronie. Rozumiem, co to znaczy uczyć się sztuki od kobiety. Nie pamiętasz, jak grałem dla ciebie na fortepianie? Różnica jest tylko taka, że Caitlin nigdy by mnie nie poprosiła, żebym opuścił mecz Orłów, bo wie, że dla mnie to więcej niż tylko futbol. Słyszę to twoje pieprzone mruczenie, ale będę mówił dalej, dobra? Zachowujesz się jak wariat. A jeśli Orły przegrają jutro z Bukanierami, tata pomyśli, że rzuciłeś klątwę na drużynę. – Okej, znasz swoje kroki – mniej więcej. Teraz patrz na moje. Powiem „góra”, kiedy będzie pora na podnoszenie. Ale nie przejmuj się, bo jeśli tylko będziesz wykonywał swoje


kroki, dopilnuję, żebyśmy zgrali się do podnoszeń, okej? Tiffany jest jak zawsze w rajstopach i T-shircie, ale na moment, zanim wciśnie PLAY na odtwarzaczu, zmienia się jej wyraz twarzy. Jest taka poważna. Te smutne dźwięki pianina, te dwa przeplatające się głosy wypełniają pokój. Tiffany zaczyna tańczyć pięknie, ale ze smutkiem. Jej ciało porusza się z gracją i dopiero teraz rozumiem, co znaczy płakać przez ruch. Skacze, kołysze się, obraca, biegnie, ślizga. – Góra! – krzyczy i pada na podłogę bez ruchu, aby za chwilę zerwać się do góry wraz ze wzmaganiem muzyki. Jej taniec jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie widziałem. Mógłbym patrzeć na to, jak tańczy do końca życia, i co dziwne, obserwowanie, jak Tiffany unosi się nad parkietem, sprawia, że czuję się tak, jakbym dryfował po falach z małą Emily. Tiffany jest aż taka dobra. – Twój ojciec przestał jeść ze mną obiady. Nie chodzi też ze mną na spacery. Od przegranej Orłów z Bukanierami wrócił do swoich… Pat, błagam przestań nucić. P a t! Przygotowując się do wielkiego występu, codziennie biegam z Tiffany odrobinę szybciej.


Zmuszamy się do jeszcze większego wysiłku i kiedy docieramy do parku, ostatnie półtora kilometra do jej domu pokonujemy sprintem, na koniec jesteśmy zupełnie mokrzy od potu. Zawsze udaje mi się wygrać z Tiffany, ponieważ jestem facetem, ale też znakomitym biegaczem. – Chyba nie rozumiesz, ile to znaczy dla mojej siostry – mówi Veronica. Z zaskoczeniem widzę ją wraz z małą Emily w mojej siłowni w piwnicy. – Wiesz, że od śmierci Tommy’ego nigdy nie poprosiła nikogo z rodziny, żeby przyszedł obejrzeć jej występ? A właściwie przez ostatnie dwa lata zakazywała nam pojawiania się. Ale w tym roku myśli, że wygra – jest tego pewna – i choć cieszę się, że jest teraz taka szczęśliwa, boję się nawet pomyśleć o tym, co zrobi, jeśli przegracie. Nie jest zrównoważona, Pat. Rozumiesz to, prawda? Rozumiesz, że jej przegrana w tym konkursie spowoduje miesiąc ciężkiej depresji? Muszę cię więc zapytać, czy próby n a p r a w d ę idą wam dobrze? Jesteś p e w i e n, że macie jakieś szanse? Tak czy nie? Zanim zgaszę światło, patrzę w oczy Nikki. Widzę jej piegowaty nos, jej złote włosy, pełne usta. Całuję ją wiele


razy. – Niedługo – mówię. – Robię, co w mojej mocy. Nie zawiodę cię. Pamiętaj, przyszłość zaczyna się dziś. Wylewam z siebie poty: podnoszę ciężary na ławeczce, robię wymachy nogami na leżąco, brzuszki na przyrządzie Stomach Master 6000, trenuję na rowerku, robię przysiady i pompki na pięściach, wymachy hantlami – różne różności. – Autobus Ataku Azjatów przyjedzie po ciebie o… – Cliff zaczyna kiwać głową i uśmiecha się. – No tak, znowu nucenie. Twoja mama mówi, że nie chcesz z nikim rozmawiać o Orłach, ale chyba nie zamierzasz przegapić meczu na naszym boisku, prawda? – Jak to możliwe, żeby drużyna, która przegrała tylko jeden z czterech meczy, nagle poległa w trzech spotkaniach z rzędu? – krzyczy tata ze szczytu schodów do piwnicy. – Drużyna, która lekką rączką pokonała Kowbojów? Drużyna z najlepszym atakiem i największą liczbą powaleń przeciwników przed linią wznowienia gry w lidze? Możesz sobie nucić, ile tylko chcesz, Pat, ale to nie zmienia faktu, że zniszczyłeś dobrą passę Orłów i r u j n u j e s z i m


s e z o n! Wylewam z siebie poty: podnoszę ciężary na ławeczce, robię wymachy nogami na leżąco, brzuszki na przyrządzie Stomach Master 6000, trenuję na rowerku, robię przysiady i pompki na pięściach, wymachy hantlami – różne różności. – Okej, nieźle. Opanowałeś czołganie się i jedno podnoszenie nie wygląda już tragicznie. Ale został nam tylko tydzień. Damy radę? D a m y r a d ę? – Kupiłam ci prezent – mówi mi Tiffany. – Idź przymierz. Idę do łazienki przy sali ćwiczeń i wyciągam z foliowej torebki parę żółtych rajstop. – Co to? – wołam do Tiffany. – To twój strój. Przebierz się i zrobimy sobie próbę kostiumową. – A gdzie jest koszula? – Jeszcze raz – mówi Tiffany, choć brakuje już tylko dziewiętnastu minut do jedenastej i mam wrażenie, że zaraz eksplodują mi łokcie, że tańczę na odsłoniętych nerwach i kościach. – Jeszcze raz!


Dwudziesta pierwsza pięćdziesiąt dziewięć. – Jeszcze raz – mówi Tiffany i staje na swojej pozycji po lewej stronie sali. Wiedząc, że kłótnia nic nie pomoże, kładę się na podłodze i przygotowuję do czołgania. – To może trochę łaskotać – mówi Tiffany i przejeżdża swoją różową maszynką przez krem do golenia, który pokrywa mój tors, po czym pokazuje mi, ile włosów jest w filiżance, w której opłukuje ostrze. Leżę na macie do jogi na środku jej studia tanecznego. Moją klatę pokrywa jakiś zielony aloesowy żel który po rozsmarowaniu robi się biały. Czuję się dziwnie, kiedy Tiffany mnie goli, bo nigdy wcześniej nie goliła mnie kobieta, no i w ogóle nigdy wcześniej nie goliłem sobie klaty. Kiedy smaruje mnie pianą, zamykam oczy, a palce u rąk i nóg mrowią jak szalone. Trochę chichoczę za każdym razem, kiedy zgala pas włosów z mojej klatki. Trochę chichoczę za każdym razem, gdy przejeżdża mi maszynką po plecach. – Chcemy, żeby te mięśnie lśniły na scenie jak słońce, prawda? – A nie mógłbym włożyć koszuli? – pytam, choć muszę


też przyznać, że w jakiś pokrętny sposób to, że Tiffany zgala mi włosy z torsu, jest przyjemne. – Czy słońce nosi koszulę? Słońce nie nosi też żółtych rajstop, ale się nie odzywam. Przygotowując się do wielkiego występu, codziennie biegam z Tiffany odrobinę szybciej. Zmuszamy się do jeszcze większego wysiłku i kiedy docieramy do parku, ostatnie półtora kilometra do jej domu pokonujemy sprintem, na koniec jesteśmy zupełnie mokrzy od potu. Zawsze udaje mi się wygrać z Tiffany, ponieważ jestem facetem, ale też znakomitym biegaczem. Dwa dni przed turniejem, zanim wykonamy nasz układ po raz dwudziesty piąty tego dnia – bo dwadzieścia pięć to jej ulubiona liczba – Tiffany oświadcza: – Tym razem musimy to zrobić bezbłędnie. Staram się jak mogę i kiedy widzę fragmenty naszego układu w otaczających nas lustrach, myślę sobie, że naprawdę tańczymy bez zarzutu! Kiedy kończymy, jestem taki podekscytowany, bo wiem, że wygramy – zwłaszcza że zrobiliśmy takie postępy dzięki poświęceniu i ciężkim


treningom. Ten minifilm na pewno będzie miał szczęśliwe zakończenie. Kiedy jednak robimy sobie przerwę żeby się napić, zauważam, że w zachowaniu Tiffany coś jest nie tak. Nie krzyczy na mnie, nie używa brzydkich słów, więc pytam: – Co się dzieje? – Ile osób namówiłeś na przyjście na turniej? – Wszystkich, których znam. – Veronica mi powiedziała, że twoja rodzina jest na ciebie zła za to, że porzuciłeś Orły. – Mama nie. – Martwię się, że jeśli nie zgromadzimy dostatecznej liczby fanów, którzy będą nas oklaskiwać, sędziowie będą bardziej przychylni tancerzom, którzy zbiorą większe oklaski. Możemy nie wygrać, a wtedy nie będę mogła zostać twoim łącznikiem, Pat. – Jeśli nie masz planów na jutrzejszy wieczór, to może przyprowadzisz dzieci i żonę na mój występ taneczny? – mówię Cliffowi. – Mamy naprawdę dobry układ i myślę, że możemy wygrać, jeśli tylko będziemy mieli dość wsparcia


publiczności, a nie sądzę, żeby mój brat i ojciec chcieli się pojawić, więc… – I po jutrze skończą się te treningi? – Tak. – I będziesz mógł pójść na mecz z Czerwonoskórymi… – Hmm… – Powiedz mi tylko tyle – jeśli przyjdę na twój występ, to przyjdziesz na mecz Orłów w niedzielę? Atak Azjatów za tobą tęskni i jeśli mam być szczery, mamy wrażenie, że rzuciłeś klątwę na Orły, opuszczając je w połowie sezonu, Biedny Baskett złapał tylko dwie piłki w ostatnich trzech meczach, a w zeszłym tygodniu ani jednej. I na dodatek Orły przegrały z kretesem wszystkie trzy spotkania. Brakuje nam ciebie w Linc. – Nie mogę na ten temat rozmawiać aż do zakończenia występu jutro wieczorem. Mogę tylko powiedzieć, że muszę ściągnąć tam jak najwięcej ludzi, by kibicowali Tiffany i mnie, żeby sędziowie byli nam przychylni. Wygrana jest bardzo ważna i Tiffany mówi, że reakcja tłumu może wpłynąć na oceny sędziów.


– Jeśli przyjdę, to czy porozmawiasz ze mną o tym, o czym nie wolno ci rozmawiać przed waszym występem? – Cliff, mogę o tym rozmawiać dopiero po turnieju. – No cóż, w takim razie ja też nie mogę ci powiedzieć, czy przyjdę, czy nie – mówi Cliff. Z początku wydaje mi się, że blefuje, ale nie wracam już do tego tematu i pod koniec sesji mam wrażenie, że zmarnowałam szansę na ściągnięcie Cliffa z rodziną na mój występ, co mnie bardzo przygnębia. – Dodzwoniłeś się do Caitlin i Jake’a. Prosimy, zostaw wiadomość po sygnale. Piii. – Jake, przepraszam za tę porę, ale właśnie skończyłem próbę. Wiem, że jesteś na mnie zły, bo uważasz, że zapeszyłem ludzi, przez których tyle nucę, ale jeśli przyprowadzisz Caitlin na mój występ taneczny, jest szansa, że będę w stanie zrobić to, co zwykle robimy w sobotę, zwłaszcza jeśli będziesz bardzo głośno kibicować mnie i Tiffany. Potrzebujemy gorącego dopingu, bo czasem na oceny jurorów wpływa reakcja publiczności. Więc jako twój brat proszę cię, żebyś przyjechał ze swoją żoną do Plazy…


Piii. Odkładam słuchawkę i jeszcze raz wykręcam numer. – Dodzwoniłeś się do Caitlin i Jake’a. Prosimy zostawić wiadomość po sygnale. Piii. – Chodzi o Plazę przy…. – Halo? Wszystko w porządku? Odebrała Caitlin. Nerwy biorą górę i rozłączam się w pełni świadomy, że zaprzepaściłem szansę, żeby namówić Jake’a na obejrzenie występu. – Przecież wiesz, że przyjdę. I będę ci głośno kibicować, ale wygrana to nie wszystko – mówi mama. – Fakt, że nauczyłeś się tańczyć w kilka tygodni, jest taki imponujący. – Poproś tatę, okej? – Poproszę. Ale nie chcę, żebyś narobił sobie nadziei. Turniej tańca nie jest wydarzeniem, na które udałby się twój ojciec, gdyby nawet Orły miały dzięki temu w y g r a ć ostatnie trzy mecze.


Miłość jak cień, który spowija mnie

W sobotę Veronica wysadza nas przed hotelem Plaza, życzy nam połamania nóg i odjeżdża. Wchodzę za Tiffany do lobby hotelowego, gdzie z wielkiej fontanny wytryskują w powietrze cztery słupy wody wysokie przynajmniej na trzy metry. W fontannie pływają prawdziwe ryby, a na specjalnych tabliczkach napisane jest NIE WRZUCAĆ MONET DO WODY. Tiffany była tu już wcześniej. Mija recepcję i prowadzi mnie przez labirynt korytarzy wytapetowanych na złoto, oświetlony eleganckimi kinkietami w kształcie wielkich ryb z brązu, które mają żarówki w ustach. W końcu znajdujemy salę, gdzie odbędą się występy. Po bokach wielkiej sceny wiszą czerwone kurtyny. Wysoko nad parkietem umieszczono ogromny transparent z napisem TANIEC PRZECIW DEPRESJI. Próbujemy się zarejestrować przy biurku. Okazuje się, że przybyliśmy jako pierwsi, ponieważ gruba kobieta zajmująca się zapisami mówi:


– Rejestrację zaczynamy dopiero za godzinę. Siadamy w ostatnim rzędzie krzeseł. Rozglądam się. Nad nami wisi ogromny żyrandol, a sufit nie jest zwykłym sufitem. Ozdabiają go gipsowe kwiaty i aniołki oraz inne eleganckie elementy, które z niego wystają. Tiffany jest zdenerwowana. Bez przerwy strzela palcami. – Wszystko w porządku? – pytam. – Proszę cię, nie odzywaj się do mnie przed występem. To przynosi pecha. Siedzę więc sobie i sam zaczynam się denerwować, zwłaszcza że ja mam więcej do stracenia niż Tiffany, a ona – jak widać – jest bardzo spięta. Staram się nie myśleć o tym, że mogę stracić szansę na przekazanie Nikki listu, ale oczywiście nie potrafię się skupić na niczym innym. Kiedy zaczynają się pojawiać pozostali uczestnicy, zauważam, że większość z nich wygląda na licealistów i myślę, że to dziwne, ale nic nie mówię, głównie dlatego, że nie wolno mi się odzywać do Tiffany. Rejestrujemy się i dajemy nasz podkład muzyczny dźwiękowcowi, który pamięta Tiffany z zeszłego roku, bo


mówi: – Znowu ty? Tiffany kiwa głową i idziemy za kulisy, żeby się przebrać. Na szczęście udaje mi się włożyć rajstopy przed pojawieniem się pozostałych uczestników. Siedzę z Tiffany w odległym kącie i nic nie robię, kiedy dotacza się do nas brzydka kobieta i mówi do Tiffany: – Wiem, że wy tancerze jesteście dość liberalni co do waszych ciał, ale czy pani naprawdę myśli, że pozwolę mojej nastoletniej córce przebierać się przed tym półnagim mężczyzną? Tiffany jest teraz naprawdę zdenerwowana. Wiem, bo nie sklęła od razu tej szkaradnej kobiety, która przypomina mi pielęgniarki w niedobrym miejscu, zwłaszcza że jest niezadbana i ma napuszoną fryzurę starszej pani. – I? – mówi matka. Po drugiej stronie pomieszczenia widzę drzwi schowka. – Może się tam ukryję do czasu, aż wszyscy się przebiorą? – W porządku – mówi kobieta.


Tiffany i ja wchodzimy do schowka, który jest pełen starych kostiumów najprawdopodobniej z dziecięcych występów – kombinezonów, które wyglądają jak piżamy i dzięki którym wcieliłbym się w lwa, tygrysa albo zebrę. Zakurzone pudełko instrumentów perkusyjnych – tamburynów, trójkątów, cymbałków i drewnianych pałeczek – przypomina mi o salach muzycznych w niedobrym miejscu i muzykoterapii, na którą uczęszczałem, aż mnie wyrzucili. I wtedy dopada mnie przerażająca myśl: co jeśli któryś z innych uczestników tańczy do piosenki Kenny’ego G? – Musisz się dowiedzieć, do czego tańczą inni uczestnicy – mówię do Tiffany. – Mówiłam, żebyś się do mnie nie odzywał przed występem. – Po prostu dowiedz się, czy ktokolwiek tańczy do piosenki smooth jazzowego wykonawcy, którego inicjały to K.G. – Kenny… – po chwili mówi Tiffany, na co ja zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, próbując oczyścić umysł.


– Jezu – mówi Tiffany, ale i tak wstaje i wychodzi ze schowka. Wraca dziesięć minut później. – Żadnych utworów tej osoby – mówi Tiffany i siada. – Na pewno? – Powiedziałam już, że nie ma Kenny’ego G. Zamykam oczy, nucę monotonnie jeden dźwięk i po cichu liczę do dziesięciu, próbując oczyścić umysł Słyszymy pukanie i kiedy Tiffany otwiera drzwi, zauważam, że za kulisami jest wiele mam. Kobieta, która zapukała, informuje Tiffany, że są tu wszyscy uczestnicy i już zdążyli się przebrać. Wychodzę ze schowka i z zaskoczeniem dostrzegam, że Tiffany i ja jesteśmy najstarszymi tancerzami i różnica między nami a resztą to jakieś piętnaście lat. Otaczają nas nastoletnie dziewczynki. – Niech cię nie zwiedzie ich niewinny wygląd – mówi Tiffany. – To małe żmije. I wyjątkowo zdolne tancerki. Zanim pojawi się publiczność, mamy okazję przećwiczyć nasz układ na scenie w hotelu Plaza. Wykonujemy go idealnie, ale większość pozostałych tancerzy


też bez zarzutu tańczy swoje choreografie, przez co zaczynam się martwić, że nie wygramy. Chwilę przed rozpoczęciem turnieju, uczestnicy konkursu prezentują się przed publicznością. Kiedy zapowiadają Tiffany i mnie, wychodzimy na scenę, machamy do zgromadzonych i aplauz jest umiarkowany. Trudno cokolwiek dostrzec przez światła, ale w pierwszym rzędzie widzę rodziców Tiffany razem z małą Emily, Ronniem, Veronicą i kobietą w średnim wieku, która jak podejrzewam jest doktor Lily, terapeutką Tiffany, która miała być tu obecna. Schodzimy ze sceny, a ja szybko przeczesuję wzrokiem pozostałe rzędy, ale nie widzę mojej mamy. Nie ma Jake’a. Nie ma taty. Nie ma Cliffa. Przyłapuję się na tym, że jest mi przykro, choć nie spodziewałem się zobaczyć tu nikogo prócz mamy. Może mama gdzieś tam jest, myślę sobie, i na tę myśl od razu czuję się odrobinę lepiej. Za kulisami oceniam, że inni uczestnicy odstali większy aplauz niż my, co oznacza, że mają na widowni silniejsze wsparcie. Choć kobieta, która nas zapowiadała i teraz przemawia do publiczności, mówi, że to pokaz, a nie turniej,


boję się, że Tiffany nie wygra swojego złotego trofeum, co zniweczy moje szanse, by napisać do Nikki. Mamy wystąpić jako ostatni. Kolejne dziewczynki wykonują swoje układy, a oklaski wahają się od umiarkowanych do owacyjnych, co mnie zaskakuje, bo wydawało mi się, że podczas próby wszystkie układy były doskonałe. Tuż przed naszym wyjściem na scenę, gdy mała Chelsea Chen kończy swój pokaz baletowy, rozlegają się gromkie oklaski. – Co ona zrobiła, żeby dostać takie owacje? – pytam Tiffany. – Nie odzywaj się do mnie przed występem – odpowiada. Wtedy naprawdę zaczynam się denerwować. Kobieta prowadząca pokaz zapowiada nas i oklaski są odrobinę żywsze niż na początku turnieju. Zanim kładę się na parkiecie z tyłu sceny, spoglądam przed siebie, by sprawdzić, czy przypadkiem Jake i Cliff nie pojawili się spóźnieni, ale wszystko, co widzę, kiedy spoglądam w stronę publiczności, to oślepiająca rażąca biel reflektorów skierowanych wprost na


mnie. Zanim mam czas pomyśleć, zaczyna się nasza muzyka. Dźwięki pianina – powolne i smutne. Zaczynam moje niemożliwie długie czołganie się do centrum sceny, używając tylko rąk. Męski głos śpiewa „Odwróć się”[4]… Bonnie Tyler odpowiada: „Samotność dręczy mnie i smutek czuję wciąż, gdy przy mnie nie ma cię”. Wtedy Tiffany podbiega na środek sceny i przeskakuje nade mną jak gazela albo inne piękne i zwinne zwierzę. Podczas gdy oba glosy śpiewają naprzemiennie wersy tekstu, Tiffany robi swoje: tańczy współczesny tanieć pełen biegania, skakania, turlania się, kręcenia i ślizgania. Kiedy włącza się perkusja, podnoszę się i zataczam rękami wielkie koło, żeby ludzie wiedzieli, że jestem słońcem, które wstało. Ruchy Tiffany także stają się bardziej zapalczywe. Kiedy Bonnie Tyler dochodzi do monumentalnego refrenu: „Razem możemy pójść nawet na świata kres, twa miłość jest jak cień, który spowija mnie”, wykonujemy pierwsze podnoszenie. „Nie wiem, co robić mam, i w ciemności tkwię, żyjemy w beczce prochu, a wokół


iskrzy się”. Zaczynam się obracać, trzymając Tiffany, a ona podnosi nogi do szpagatu, gdy Bonnie Tyler śpiewa: „Przy mnie dziś musisz być. Wieczność zaczyna się dziś! Wieczność zaczyna się dziś”. Obracam się wokół własnej osi o trzysta sześćdziesiąt stopni i kiedy Bonnie Tyler wyśpiewuje: „Pamiętam taki czas, gdy miłością był świat, teraz świat obraca się w proch”. Tiffany opada mi na ręce, a ja kładę ją na ziemi, jakby była martwa. „Gardło dławi płacz. Serce ogarnia mi mrok”. Wtedy muzyka zaczyna narastać, Tiffany podrywa się do góry i zaczyna tańczyć po całej scenie. Robi to zjawiskowo. Piosenka trwa dalej i nadal zataczam wielkie powolne koła w powietrzu, przedstawiając słońce najlepiej, jak potrafię. Znam ten układ tak dobrze, że podczas występu mogę myśleć też o innych rzeczach, więc myślę sobie, że odwalam kawał naprawdę dobrej roboty, i to z łatwością, więc szkoda, że moja rodzina i przyjaciele nie widzą, jak świetnie tańczę. Chociaż pewnie nie zbierzemy największych oklasków od publiczności – zwłaszcza po Chelsea Chen, która najwyraźniej przyprowadziła na ten występ pół swojej dzielnicy – zaczynam


myśleć, że i tak wygramy. Tiffany jest naprawdę dobra i gdy raz po raz przelatuje koło mnie, czuję w sobie nowo powstały podziw dla jej zdolności. Podniosła samej sobie poprzeczkę i teraz pokazuje część siebie, której wcześniej nie widziałem. Jeśli przez ostatni miesiąc, kiedy ćwiczyliśmy w jej studiu, płakała swoim ciałem, dziś łka łzami nie do opanowania i tylko kamień nie poczułby tego, co przekazuje publiczności. Wtedy Bonnie Tyler śpiewa: „Razem możemy pójść nawet na świata kres”, co oznacza, że pora na drugie podnoszenie – to najtrudniejsze – kucam wiec i kładę dłonie na ramionach wnętrzem do góry. Kiedy piosenka zaczyna nabierać dynamiki, Tiffany staje mi na dłoniach i gdy padają słowa: „Przy mnie dziś musisz być”, Tiffany zgina kolana, angażuje siłę mięśni nóg, a ja i pcham ją w górę najszybciej jak potrafię, prostując ramiona i podnosząc dłonie. Tiffany wyskakuje w powietrze, robi pełen obrót i ląduje w moich rękach. Kiedy refren przycicha, patrzymy sobie w oczy. „Pamiętam taki czas, gdy miłością był świat, teraz świat obraca się w proch. Nie pozostało nic. Serce ogarnia mi mrok”. Osuwa mi się z rąk niczym martwa, a ja, słońce,


zachodzę, co oznacza, że kładę się na ziemi i używając tylko ramion, powoli odpycham się na tył sceny, z dala od światła reflektorów, co zajmuje niemal całą minutę. Muzyka ustaje. Cisza. Przez chwilę martwię się, że nikt nie zacznie klaskać. Ale wtedy publiczność eksploduje burzą braw. Tiffany wstaje, a ja za nią. Tak jak ćwiczyliśmy wiele razy, biorę Tiffany za rękę i kłaniamy się, na co oklaski się wzmagają i publiczność wstaje z miejsc. Jestem taki szczęśliwy, ale jednocześnie smutny, bo nikt z mojej rodziny i przyjaciół nie przyszedł mi kibicować. I wtedy słyszę najgłośniejsze skandowanie, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałem. O!-R!-Ł!-Y! Orły! Patrzę na tylne rzędy i widzę nie tylko Jake’a, Caitlin i mamę, ale także Scotta i grubych facetów, Cliffa i cały Atak Azjatów. Wszyscy mają na sobie koszulki Orłów i śmieję się, gdy zaczynają krzyczeć: – Baskett! Baskett! Baskett! Baskett! Ronnie uśmiecha się do mnie dumnie z pierwszego rzędu i kiedy nawiązujemy kontakt wzrokowy, pokazuje mi


uniesione kciuki. Veronica także się uśmiecha, tak jak mała Emily, ale pani Webster płacze i uśmiecha się jednocześnie, i wtedy zdaję sobie sprawę, że nasz taniec musiał być dla niej bardzo piękny – na tyle, by wzruszyć ją do łez. Tiffany i ja zbiegamy ze sceny. Licealistki nam gratulują, patrząc się na nas szeroko otwartymi oczami, uśmiechając do nas i szczebiocząc: – O-mój-Boże! To było s u p e r! – mówią wszystkie. To takie oczywiste, że podziwiają Tiffany, bo jest doskonałą tancerką i utalentowaną choreografką. – Byłeś wspaniały – w końcu mówi do mnie Tiffany. – Nie, to ty byłaś wspaniała – odpowiadam. – Myślisz, że wygramy? Uśmiecha się i spogląda na swoje stopy. – O co chodzi? – pytam. – Muszę ci coś powiedzieć, Pat. – Co? – Nie ma żadnego złotego trofeum. – C o? – Na „Tańcu przeciwko depresji” nie ma zwycięzców.


To tylko pokaz. Tę część o wieńcu wymyśliłam tylko po to, żeby cię zmotywować. – Aha. – I to podziałało, bo tańczyłeś naprawdę pięknie. Dziękuję ci i będę twoją łączniczką – mówi Tiffany, po czym całuje mnie w usta i bardzo długo przytula. Przez taniec jej pocałunek smakuje solą i czuję się dziwnie, że Tiffany tak namiętnie mnie przytula na oczach tylu nastoletnich dziewczynek, zwłaszcza gdy jestem w rajstopach i bez koszulki, a mój tors jest świeżo ogolony i ponieważ nie lubię być dotykany przez kogoś innego niż Nikki. – A teraz, skoro skończyliśmy tańczyć, znowu mogę mówić o Orłach i futbolu? Bo czeka tam na mnie wielu kibiców Orłów. – Po takim tańcu możesz robić, co tylko chcesz, Pat – szepcze mi do ucha Tiffany, a potem czekam przez chwilę, aż przestanie mnie przytulać. Przebieram się w schowku na kostiumy, a potem Tiffany mówi mi, że za kulisami nie ma już żadnych nagich nastolatek, więc idę się przywitać z kibicami. Kiedy zeskakuję


ze sceny, pani Webster bierze mnie za rękę, patrzy mi prosto w oczy i mówi: – Dziękuję. – Nadal patrzy mi głęboko w oczy, ale nie mówi już nic więcej, przez co czuję się trochę dziwnie. W końcu odzywa się Veronica. – Moja mama chce powiedzieć, że dzisiejszy wieczór znaczył dla Tiffany bardzo wiele. – Pap! – mówi Emily, wskazując na mnie palcem. – Tak, Em – potwierdza Ronnie. – Wujek Pat. – Pap! Pap! Pap! Wszyscy się śmiejemy, ale wtedy dobiega mnie skandowanie pięćdziesięciu Hindusów: – Baskett! Baskett! Baskett! – Lepiej biegnij się przywitać ze swoimi hałaśliwymi kibicami fanami – mówi Ronnie, przedzieram się więc korytarzem między rzędami do morza koszulek drużyny Orłów. Inni widzowie, których nie znam, klepią mnie po plecach i gratulują mi, kiedy się między nimi przeciskam. – Byłeś fantastyczny – mówi mama w sposób, który zdradza, że zaskoczyły ją moje umiejętności, po czym mnie


przytula. – Jestem z ciebie taka dumna. Odwzajemniam jej uścisk i pytam: – Tata też jest? – To nie ma znaczenia – mówi Jakie. – Masz sześćdziesięciu chłopa, którzy czekają, żeby zabrać cię na najlepszego grilla na parkingu w twoim życiu. – Mam nadzieję, że nie planowałeś się dziś wyspać – mówi do mnie Caitlin. – Gotowy zakończyć klątwę Pata? – pyta mnie Cliff. – Co? – Orły nie wygrały, od kiedy przestałeś ich oglądać. Dziś wieczorem podejmiemy drastyczne środki, by zdjąć tę klątwę – mów Scott. – Będziemy spać w autobusie Ataku Azjatów przed parkingiem przy arenie Wachovia. Namiot rozbijemy o świcie. – Ashwini jeździ po okolicy, czekając na nas – mówi Cliff. – Gotowy? Jestem wstrząśnięty tymi wiadomościami, zwłaszcza że dopiero co skończyłem fantastyczny występ i liczyłem, że będę się mógł cieszyć moim osiągnięciem dłużej niż dziesięć


minut. – Nie mam żadnych ubrań. Moja mama wyciąga moją koszulkę Basketta z małej podróżnej torby, której wcześniej nie zauważyłem, i mówi: – Masz tu wszystko, czego ci trzeba. – A leki? Cliff podnosi foliową torebkę, w której znajdują się moje pastylki. Zanim cokolwiek powiem lub zrobię, Atak Azjatów zaczyna coraz głośniej skandować: – Baskett! Baskett! Baskett! Grubi faceci podnoszą mnie i nad głowami wynoszą z audytorium i przez drzwi hotelu, po drodze mijając fontannę pełną rybek, wprost na ulice Filadelfii. Nagle jestem w autobusie Ataku Azjatów, piję piwo i śpiewam: „W górę Orły, w górę! Śpiewamy zgodnym chórem…”. W południowej części miasta zatrzymujemy się „U Pata” na filadelfijski stek z serem w bułce, co trochę trwa, bo jest nas sześćdziesięciu, a nikt by się nie ośmielił pójść obok do knajpy „Geno’s Steaks”, którą oficjalnie uznaje się za


gorszą. Potem docieramy do Wachovia Center, parkujemy tuż pod bramą, żebyśmy byli pierwszym pojazdem, który rano wjedzie na parking, co zagwarantuje nam zajęcie szczęśliwego miejsca. Pijemy, śpiewamy, rzucamy piłką i biegamy po betonie. Rozwijamy sztuczną murawę i gramy w kubb pod ulicznymi latarniami i choć wypiłem dopiero dwa, najwyżej trzy piwa, zaczynam wszystkim mówić, że ich kocham, bo przyszli na mój występ taneczny i mówię im też, że jest mi przykro, że opuściłem drużynę w połowie sezonu, ale że to było w słusznej sprawie, ale nie mogę powiedzieć dlaczego – i wtedy siadam na fotelu autobusie. Po – jak mi się wydaje chwili – budzi mnie Cliff, mówiąc, że zapomniałem o wieczornych lekach. Kiedy budzę się następnego ranka, moja głowa spoczywa na ramieniu Jake’a i cieszy mnie, że jestem tak blisko mojego brata, który nadal śpi. Po cichu wstaję i rozglądam się wokół. Dociera do mnie, że wszyscy – Scott i grubi faceci, Cliff i około pięćdziesięciu członków Ataku Azjatów – śpią w autobusie. Na każdym siedzeniu siedzi dwóch lub trzech mężczyzn, którzy opierają głowy na


ramionach kolegów. Bracia z różnych matek. Na palcach idę na przód autobusu, mijając Ashwiniego, który śpi z otwartymi ustami na siedzeniu kierowcy. Kiedy jestem na zewnątrz na małym pasie trawy pomiędzy ulicą a chodnikiem, zaczynam ten sam zestaw pompek i brzuszków, który robiłem w niedobrym miejscu, kiedy nie miałem dostępu do ciężarków, rowerka treningowego i przyrządu Stomach Master 6000. Po około godzinie wychodzi słońce. Kiedy kończę ostatnie brzuszki, czuję, że spaliłem wczorajszy stek w bułce i piwo, ale nie mogę się powstrzymać przed małą przebieżką, więc biegnę parę kilometrów. Kiedy wracam, moi przyjaciele nadal śpią. Stoję przy Ashwinim, patrzę, jak moje chłopaki pochrapują, i jestem szczęśliwy, że mam tylu przyjaciół. Cały autobus. Zdaję sobie sprawę, że opuściłem Plazę, nie żegnając się z Tiffany, i czuję się źle z tego powodu, choć powiedziała, że po takim występie mogę robić, co chcę. Nie mogę się też doczekać, kiedy wreszcie napiszę mój pierwszy list do Nikki.


Teraz jednak muszę się skupić na meczu Orłów i wiem doskonale, że tylko zwycięstwo drużyny może teraz naprawić sprawy z moim ojcem, zaczynam więc robić sobie nadzieję i nawet odmawiam krótką modlitwę do Boga, który jak podejrzewam, był wczoraj pod wrażeniem mojego tańca, więc może da mi dziś fory. Patrząc na te wszystkie śpiące twarze, zdaję sobie sprawę, że tęskniłem za moimi odzianymi w zielone koszulki braćmi, i zaczynam się cieszyć na ten dzień. [4] Tekst piosenki pochodzi z utworu Bonnie Tyler, Total Eclipse of the Heart.


List drugi – 15 listopada 2006 roku

Drogi Pacie, po pierwsze chciałabym powiedzieć, że miło mi, iż się odezwałeś. Minęło tyle czasu i było to dla mnie dziwne. Kiedy przez tyle lat jest się czyjąś żoną, a potem nie widzi się tej osoby niemal tyle samo czasu, to jest to dziwne, prawda? Nie wiem, jak to wytłumaczyć, zwłaszcza że nasze małżeństwo zakończyło się tak gwałtownie i w atmosferze skandalu. Nie mieliśmy okazji porozmawiać o tym wszystkim w cztery oczy jak cywilizowani ludzie. Z tego powodu czasem tracę pewność, czy te lata bez Ciebie naprawdę minęły, czy może to po prostu krótka rozłąka, która strasznie się ciągnie. To trochę jak z samotną jazdą samochodem, która trwa całą noc, ale wydaje się ciągnąć przez lata. Widzisz przerywane białe linie, które śmigają sto dziesięć kilometrów na godzinę, Twoje oczy się przymykają, a umysł odpływa gdzieś w stronę wspomnień z całego życia – przyszłości i przeszłości, wspomnień


z dzieciństwa, a nawet myśli o własnej śmierci – aż liczby na prędkościomierzu przestają cokolwiek znaczyć. I wtedy wstaje słońce i docierasz do celu, miniona podróż przestaje być rzeczywista, bo to surrealne uczucie zniknęło, a czas znów nabrał znaczenia. Nawiązanie z Tobą kontaktu to jak dotarcie do celu na końcu długiej podróży i uświadomienie sobie, że trafiłam w niewłaściwe miejsce – że w dziwny sposób dotarłam do swojej przeszłości, do portu, w którym rozpoczyna się podróż, a nie tam, gdzie miała się zakończyć. Ale przynajmniej mogę Ci to w końcu powiedzieć, a jest to dla mnie bardzo ważne. Być może brzmi to głupio, ale mam nadzieję, że wiesz, co mam na myśli. Część mojego życia, którą kiedyś wypełniałeś, odkąd trafiłeś do ośrodka, stała się jak uciekająca przerywana linia. Mam nadzieję, że ta wymiana listów pozwoli nam zamknąć pewien rozdział, bo niedługo wrócę tam, gdzie byłam, zanim skontaktowała się ze mną Tiffany, i będziemy dla siebie tylko wspomnieniami. Aż trudno uwierzyć, ile miałeś mi do powiedzenia. Kiedy Tiffany powiedziała mi, że piszesz do mnie list, nie


spodziewałam się, że dasz jej dwieście skserowanych stron swojego pamiętnika. Jak można przypuszczać, Tiffany nie mogła przeczytać mi go przez telefon, bo zajęłoby to godziny. Przeczytała mi Twoją wprowadzającą notatkę i zrelacjonowała mi resztę, często cytując fragmenty Twoich zapisków. Musisz wiedzieć, że włożyła dużo pracy w to, by przeczytać całość i wybrać części, które według niej powinnam usłyszeć. Ze względu na Tiffany, proszę Cię, ogranicz swoje listy do pięciu stron – jeśli będzie kolejny list – jako że przeczytanie pięciu stron zajmuje trochę czasu i Tiffany musi też zanotować to, co przeczytam jej przez telefon, co już jest z jej strony dużą przysługą. (To naprawdę życzliwa dziewczyna, nie sądzisz? Masz szczęście, że pojawiła się w Twoim życiu). Może to nauczycielka angielskiego, która we mnie tkwi, ale uważam, że limit stron będzie najlepszym rozwiązaniem. Nie bierz tego do siebie, ale postawmy na zwięzłość, dobrze? Moje gratulacje z okazji Waszego występu! Tiffany mówiła, że Twój taniec był idealny. Jestem z Ciebie taka dumna! Trudno mi sobie wyobrazić Ciebie w tańcu. Z tego, co


mówiła Tiffany, Wasz pokaz musiał robić wrażenie. Cieszę się, że próbujesz nowych rzeczy. To bardzo dobrze. Zawsze żałowałam, że ze mną nie tańczyłeś zbyt często. W liceum Jeffersona życie płynie tak beznadziejnie, że to aż niewiarygodne. Komitet rodzicielski wymógł na nas prowadzenie dzienników online i teraz rodzice mają dostęp do ocen swoich dzieci dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przestałbyś lubić swoją pracę z powodu tej zmiany. Jedyne, co muszą zrobić rodzice, to włączyć komputer, wejść na stronę liceum, wprowadzić login i hasło i wtedy mogą zobaczyć, czy ich pociecha oddała na czas pracę domową lub czy dostała kiepską ocenę z niezapowiedzianej kartkówki. Oczywiście oznacza to też, że jeśli spóźnimy się z wpisywaniem ocen, rodzice będą o tym wiedzieć, a co bardziej agresywni będą dzwonić. Z tego powodu zwiększyła się liczba wywiadówek. Za każdym razem, kiedy uczeń nie odda jednej pracy domowej, rozdzwaniają się telefony. Nasze zespoły sportowe regularnie przegrywają, trenerzy Ritchie i Malone tęsknią za Tobą i możesz mi wierzyć, gdy powiem, że nie potrafili Cię zastąpić. Dzieciom nie wychodzi to na dobre, kiedy nie dowodzi trener


Peoples. Życie nauczyciela nadal jest nerwowe i zwariowane, i cieszę się, że podczas rekonwalescencji nie musisz się mierzyć z tego typu stresem. Przykro mi słyszeć, że Twój tata jest taki powściągliwy. Wiem, jak bardzo Cię to kiedyś dotykało. I przykro mi też, że Orły raz wygrywają, raz przerywają – ale przynajmniej w zeszłym tygodniu pokonały Czerwonoskórych, a to dobrze, prawda? I karnety na cały sezon razem z Jakiem? Musisz być w siódmym niebie. Myślę, że będzie najlepiej, jeśli Ci powiem od razu, że ponownie wyszłam za mąż. Nie będę Ci o tym opowiadać ze szczegółami, chyba że chcesz. Wiem, że ta wiadomość Cię zaszokuje, zwłaszcza po tym, jak Tiffany przeczytała mi wiele fragmentów, gdzie wyrażasz nadzieję, że uda nam się uratować nasze małżeństwo. Musisz wiedzieć, że to niemożliwe. Prawda jest taka, że miałam zamiar się z Tobą rozwieść jeszcze przed wypadkiem, zanim znalazłeś się w zakładzie psychiatrycznym. Nie byliśmy idealną parą. Nigdy nie było Cię w domu. I nie oszukujmy się – seks był do bani. Z tego powodu Cię zdradzałam, co być może pamiętasz, być


może nie. Nie próbuję Cię skrzywdzić, Pat – daleko mi do tego. Nie jestem dumna z mojej niewierności. Żałuję, że Cię zdradzałam. Nasze małżeństwo było jednak skończone, zanim rozpoczął się mój romans. Z Twoją głową nie jest w porządku, ale powiedziano mi, że zajmuje się Tobą jeden z najlepszych terapeutów w South Jersey, leki działają i Twoja pamięć niedługo wróci, a wtedy nie będziesz nawet chciał do mnie pisać, a co dopiero próbować odbudować to, co wydaje Ci się, że kiedyś nas łączyło. Rozumiem, że moja bezpośrednia odpowiedź na Twój bardzo długi i pełen uczuć list może Cię zdenerwować lub zasmucić, i jeśli nie zechcesz już do mnie napisać, to zrozumiem. Chciałam jednak być z Tobą szczera. Czy jest sens teraz kłamać? Twoja Nikki PS To, że w końcu przeczytałeś wiele książek z mojej listy lektur, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wielu uczniów także narzekało na to, że powieści są zbyt przytłaczające. Może Mark Twain? Przygody Hucka kończą się szczęśliwie.


Może ta powieść przypadnie Ci do gustu. Powiem Ci jednak to samo, co mówię moim uczniom, kiedy narzekają na depresyjną naturę amerykańskiej literatury: życie to nie jest kino familijne. W prawdziwym życiu czasem zdarzają się złe zakończenia, jak chociażby w przypadku naszego małżeństwa. Literatura próbuje odzwierciedlać rzeczywistość, jednocześnie pokazując nam, że ludzie mogą to wszystko znieść z godnością. Mam wrażenie, że właśnie to robisz od powrotu do New Jersey – przetrzymujesz wszystko z godnością, i chcę, żebyś wiedział, że to podziwiam. Mam nadzieję, że uda Ci się zacząć życie na nowo i że będzie ono satysfakcjonujące. Od czasu naszego rozstania próbuję zrobić dokładnie to samo.


List trzeci – 18 listopada 2006 roku

Droga Nikki, kiedy tylko przeczytałem Twój list, poprosiłem mamę, żeby wypożyczyła mi Przygody Hucka z biblioteki publicznej w Collingswood. Chętny, by przeczytać powieść ze szczęśliwym zakończeniem, pochłonąłem ją za jednym zamachem, co wymagało ode mnie rezygnacji ze snu przez całą noc. Nie wiem, czy Tiffany czytała Ci fragmenty mojego pamiętnika dotyczące mojego czarnoskórego przyjaciela Danny’ego, ale przy tej książęce chyba wpadłby w szał, ponieważ Twain używa słowa na „cz” chyba z dwieście razy. Wiem o tym, ponieważ po przeczytaniu pierwszych kilku rozdziałów wróciłem do początku i czytałem od nowa, bo postanowiłem je policzyć. Za każdym razem, gdy Twain użył słowa na „cz”, stawiałem znaczek na kartce papieru i kiedy skończyłem książkę, tych znaczków było ponad dwieście! Danny mówi, że tylko czarni mogą używać tego słowa, co jest


powszechnie znaną zasadą, więc jestem zaskoczony, że szkoła dopuszcza tę powieść w programie nauczania. Ale książka naprawdę mi się podobała. Chociaż Tom Sawyer powinien od razu powiedzieć Jimowi, że jest wolny, tak się cieszyłem z jego powodu na koniec, kiedy odzyskał wolność. Poza tym to, jak Huck i Jim trzymali się razem w trudnych chwilach, przypomina mi, jak Danny i Pat wspierali się w niedobrym miejscu. Najbardziej uderzyło mnie jednak to, jak Hucka męczyła myśl, że Bóg nie chce, żeby pomagał Jimowi, bo ten jest niewolnikiem. Zdaję sobie sprawę, że ludzie wyznawali wtedy inne wartości i że Kościół i rząd pochwalały niewolnictwo, ale fragment, w którym Huck mówi, że jeśli pomaganie w uwolnieniu Jima skazuje go na piekło, to pójdzie do piekła, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kiedy przeczytałem Twój list, długo płakałem. Wiem, że byłem złym mężem, i nie gniewam się za to, że mnie zdradzałaś, że mnie zostawiłaś, a nawet że ponownie wyszłaś za mąż. Zasługujesz na to, żeby być szczęśliwa. A skoro jesteś teraz mężatką, popełnilibyśmy grzech, gdybyśmy do siebie wrócili, bo oznaczałoby to, że dopuszczamy się cudzołóstwa,


chociaż nadal myślę o Tobie jak o mojej żonie. Od tych myśli kręci mi się w głowie, jakbym bez opamiętania obracał się w kółko. Te myśli sprawiają, że chcę się walić pięścią w małą białą bliznę nad brwią, która swędzi za każdym razem, kiedy w głowie mam mętlik albo jestem za bardzo pobudzony. Używając metafory… Odkąd pamiętam, jadę ciemną autostradą, mijając niekończące się ciągłe i przerywane linie. Wszystko jest tylko chwilowym przystankiem – rodzina, Orły, taniec, moje treningi. Przez cały czas zmierzam w Twoją stronę i pragnę tylko jednego – byśmy byli razem. I teraz w końcu zdaję sobie sprawę, że próbuję uwieść zamężną kobietę, a przecież wiem, że to grzech. Myślę jednak że nie rozumiesz, jak ciężko pracowałem na to szczęśliwe zakończenie. Jestem w świetnej formie fizycznej i ćwiczę bycie miłym, a nie stawianie na swoim. Nie jestem mężczyzną, który był Twoim mężem przez te wszystkie samotne lata. Jestem lepszym człowiekiem. Człowiekiem, który zabierze Cię na tańce i całkowicie zrezygnuje ze sportu – trenerstwa i Orłów – gdyby to miało Cię uszczęśliwić. Sumienie mówi mi, że nie powinienem pielęgnować w sobie tych uczuć, ale kiedy


poleciłaś mi przeczytać Twaina, pomyślałem, że może dajesz mi znak. Huck myślał, że nie powinien pomagać Jimowi uciec, ale podążył za głosem serca, uwolnił Jima i to doprowadziło go do szczęśliwego zakończenia. Może więc w bardzo zawoalowany sposób mówisz mi, że powinienem iść za głosem serca? Z jakiego innego powodu zasugerowałabyś mi Przygody Hucka? Co więcej, kiedy byliśmy razem, nie zawsze było źle. Być może końcówka była przygnębiająca, ale pamiętasz początki? Pamiętasz studia? Pamiętasz, jak w środku nocy pojechaliśmy do Massachusetts? To był piątek po egzaminach i oglądaliśmy jakiś program o podróżach na PBS, bo wtedy wydawało nam się, że będziemy dużo podróżować. Wszyscy nasi przyjaciele pojechali do pubu na imprezę, ale my zostaliśmy sami, żeby spędzić wieczór na kanapie przy pizzy i winie. Oglądaliśmy program o obserwowaniu wielorybów z wybrzeża wyspy Martha’s Vineyard i zapytałaś, czy robią tam wino. Powiedziałem, że w Nowej Anglii czas wegetacji jest za krótki, żeby wyhodować odpowiednie gatunki winogron, ale Ty upierałaś się, że skoro wyspa nazywa się


Martha’s Vineyard, to musi tam być jakaś winiarnia. Przekomarzaliśmy się zaciekle, śmialiśmy się i biliśmy – i nagle znaleźliśmy się w moim starym taurusie w drodze na północ. Jestem przekonany, że nie spodziewałaś się wtedy, że zawiozę Cię aż do Massachusetts bez ubrań na zmianę, bez pasty i szczoteczki, ale wkrótce przejechaliśmy przez most Tappan Zee, Ty się uśmiechałaś, a ja trzymałem Cię za rękę. Nigdy nie dojechaliśmy na wyspę, ale spędziliśmy szalony weekend w tanim motelu niedaleko Cape Cod. Pamiętasz spacer po plaży w marcu? Jak kochaliśmy się w motelowym pokoju cuchnącym palonymi tam od dziesięcioleci papierosami? Pamiętasz, jak z materaca zdawał się wydobywać dym, kiedy po nim skakaliśmy? Homar na obiad – słono za niego zapłaciliśmy w tej tandetnej restauracji U kapitana Boba, gdzie kelnerki nosiły opaski na oko? Zawsze mówiliśmy, że wrócimy do Massachusetts, wsiądziemy na prom i sprawdzimy, czy na Martha’s Vineyard są jakieś winiarnie. Dlaczego tego wtedy nie zrobiliśmy? Pewnie dlatego, że mieliśmy zajęcia w poniedziałek rano.


Żałuję jednak, że nie wsiedliśmy na prom, kiedy mieliśmy na to szansę. Co takiego mogłoby się zdarzyć? Ominęłyby nas zajęcia. Teraz wydaje mi się takie niemądre, że przejechaliśmy całą drogę do Cape Cod z zamiarem udania się promem na Martha’s Vineyard tylko po to, by spędzić weekend w tanim motelu na lądzie. Próbuję przez to powiedzieć, że może nadal jest szansa, byśmy popłynęli promem, Nikki. Może nie jest za późno? Wiem, że to wszystko jest teraz bardzo skomplikowane. Musi być jednak powód, dla którego znów nawiązaliśmy kontakt. Musi istnieć jakiś powód, dla którego straciłem pamięć i wypełniła mnie bezwzględna konieczność, by nad sobą pracować. Musi istnieć powód, skoro Tiffany zorganizowała tę wymianę listów. Jedyne, o co proszę, to żebyś nie rezygnowała z myśli, że może kiedyś się zejdziemy, jeśli będziemy się wciąż kontaktować przez nasza łączniczkę. Cliff, mój terapeuta, mówi, że jestem przygotowany na przełom, i czuję, że dzięki lekom ustabilizowałem swoją skłonność do przemocy. Wiem, że w swoich dziennikach na początku często pisałem o wypluwaniu leków, kiedy wróciłem


do domu, ale teraz biorę wszystkie pastylki i czuję, jak stabilizuje się mój stan psychiczny. Każdego dnia mam wrażenie, że zbliżam się do odzyskania wspomnień o naszym końcu. I bez względu na to, co sobie przypomnę – bez względu na to, co się między nami stało – to, co do Ciebie czuję, się nie zmieni. Mieszkasz z innym mężczyzną, powtórnie wyszłaś za mąż – co może być gorszego? Nadal Cię kocham. Zawsze będę Cię kochał i dopiero teraz jestem gotów udowodnić Ci tę miłość. Mam nadzieję, że ten list był wystarczająco zwięzły, bo bardzo się starałem, żeby nie przekroczył pięciu stron, i udało mi się. Tak bardzo za Tobą tęsknię, Nikki. Za każdym piegiem na Twojej twarzy. Kocham Cię Pat, Twój słodki ogier (Pamiętasz to z naszego weselnego filmu?)


List czwarty – 29 listopada 2006 roku

Drogi Pacie, Tiffany mówi mi, że jesteś szczery i po tym, co mi powiedziała o Twoim nowym usposobieniu, wydaje się, że jesteś zupełnie odmienionym człowiekiem. Bez względu na to, czy to rezultat wypadku, terapii, leków czy czystej siły woli – należy Ci gratulować, bo to nie lada wyczyn. Na początek wyjaśnię, że poleciłam Ci Przygody Hucka tylko dla przyjemności czytania. Nie miałam zamiaru wysyłać żadnych ukrytych komunikatów. Opierając się na tym, co napisałeś i co powiedziała mi Tiffany, sugeruję, żebyś przeczytał Buszującego w zbożu. To o młodym chłopaku, który ma na imię Holden i jest mu trudno pogodzić się z rzeczywistością. Holden do końca życia chce pozostać w świecie dzieciństwa, co czyni z niego pięknego i interesującego bohatera, który ma jednak problem ze znalezieniem sobie miejsca w prawdziwym świecie. Odnoszę


wrażenie, że było Ci trudno poradzić sobie z rzeczywistością. Część mnie ogromnie się cieszy ze zmian, które poczyniłeś, bo Twoje listy naprawdę pokazują lepszą wersję Ciebie. Równocześnie martwię się, że światopogląd, który sobie stworzyłeś, jest bardzo kruchy – może to z jego powodu przez tyle lat tkwiłeś w zakładzie psychiatrycznym i od miesięcy siedzisz w piwnicy. W pewnym momencie będziesz musiał ją opuścić, Pat. Znajdziesz sobie pracę i znowu zaczniesz zarabiać pieniądze, i wtedy może przestaniesz być osobą, którą pozostawałeś przez ostatnie kilka miesięcy. Oczywiście, pamiętam Massachusetts. Byliśmy wtedy młodzi, a te wspomnienia są takie piękne. Zostaną ze mną na zawsze. Ale BYLIŚMY JESZCZE DZIEĆMI, Pat. To było ponad dziesięć lat temu. Już nie jestem kobietą, która nocowałaby w tanim motelu. Może znów stałeś się mężczyzną, który porwałby ukochaną do Martha’s Vineyard. Może przechodzisz teraz przez coś na kształt drugiego dzieciństwa. Nie wiem. Wiem za to, że nie doświadczysz drugiego dzieciństwa ze mną. Nie jestem dzieckiem. Jestem dorosłą kobietą, która bardzo kocha swojego męża. Kiedy


zdecydowałam się napisać do Ciebie, nie zrobiłam tego, aby dać Ci drugą szansę. Nie miałam zamiaru pozwolić Ci ponownie wkroczyć w moje życie. Chciałam jedynie umożliwić Ci pożegnanie, rozwiązać dawne sprawy. Chcę, byśmy mieli jasność w tej kwestii. Nikki


List piąty – 3 grudnia 2006 roku

Droga Nikki, w wieczór po tym, jak Tytani z Tennessee zniszczyli Orły na ich własnym boisku, a Donovan McNabb zerwał sobie przednie więzadło, kończąc swój sezon, a może nawet i całą karierę – Andre Waters śmiertelnie się postrzelił. Zdaję sobie sprawę, że Cię to nie obchodzi, ale Waters był jednym z moich ulubionych zawodników, kiedy chodziłem do szkoły. Był istotnym zawodnikiem Orłów. Ludzie mówili na niego Wredny Waters, bo cały czas dostawał kary za nieczyste uderzenia. Kiedy byłem dzieckiem, Waters był dla mnie jak Bóg. Jake mówi, że Waters prawdopodobnie zabił się po obejrzeniu marnej gry Orłów w starciu z Tytanami, co wcale nie jest zabawne. Mój ojciec do nikogo się nie odzywa, bo jest przejęty kontuzją McNabba, która prawdopodobnie zniszczy szanse Orłów na decydujący mecz. Mój nowy ulubiony zawodnik Hank Baskett nie dostaje zbyt wielu podań, ale udało mu się


przynajmniej podać podczas głupiej, podstępnej gry z Indianapolis w zeszły weekend, którą Orły przegrały. No i oczywiście był jeszcze Twój list. Tak sobie myślę, że nastąpiła ta część filmu, w której wydaje się, że nic się nie uda. Muszę sobie przypominać, że wszyscy bohaterowie przechodzą przez tego typu ponury moment, zanim czeka ich szczęśliwe zakończenie. Ciężko mi było czekać dwa tygodnie na Twoją odpowiedź. Twój list bardzo mnie zasmucił i przez ostatnią dobę napisałem moją odpowiedź przynajmniej sto razy. Nie wiem, czy Tiffany przeczytała Ci fragment mojego dziennika, w którym opisywałem gabinet swojego terapeuty, w każdym razie są tam dwa rozkładane fotele – jeden czarny i jeden brązowy. Mój terapeuta pozwala swoim pacjentom wybierać, w którym fotelu chcą siedzieć, żeby sprawdzić, w jakim są nastroju. Ostatnio wybieram czarny. Przeczytałem Cliffowi (tak ma na imię) niektóre części Twojego listu. Nie wie o zaangażowaniu Tiffany, bo obiecałem jej, że nikomu nie powiem, na co się zgodziła. Kiedy Cliff zapytał, jak mi się udało nawiązać z Tobą kontakt, odmówiłem


odpowiedzi. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że odczytałem Twoje słowa. Zabawne, ale Cliff bez przerwy sugeruje, że powinienem spróbować związać się z Tiffany. I wiem, że Tiffany czyta Ci ten list, więc sytuacja może się zrobić niezręczna, ale Tiffany po prostu będzie musiała to przełknąć, bo tego właśnie wymaga bycie łącznikiem. Ja przecież dobrze zatańczyłem, więc dotrzymałem warunków naszej umowy. Cliff mówi, że w tym momencie Tiffany i ja mamy wiele wspólnego, a my bardzo mało, bo jesteśmy w zupełnie innych miejscach. Myślałem, że chodzi mu o to, że Ty jesteś w Maryland, a ja w New Jersey, ale – jak się okazuje – chodzi o to, że ja nadal muszę walczyć o odzyskanie swojego zdrowia psychicznego, a Ty nie. Zapytałem Cliffa, dlaczego uważa, że powinienem angażować się w związek z kimś, kto jest tak samo niestabilny jak ja, na co odparł, że nie możesz mnie wspierać tak, jak tego potrzebuję, i dlatego nasze małżeństwo nie przetrwało. Kiedy Cliff to powiedział, bardzo się na niego zezłościłem, zwłaszcza że rozpad naszego małżeństwa to moja wina. On zaczął się jednak upierać, że przyczyniłaś się do


tego, kim się stałem, dając mi przyzwolenie na moje zachowanie – nigdy nie przywołałaś mnie do porządku i pozwalałaś, żebym Cię emocjonalnie ranił przez tak długi czas. Mówi, że Tiffany mi na to nie pozwoli i że nasza przyjaźń opiera się na wspólnej potrzebie i zaangażowaniu w pracę nad sobą przez aktywność fizyczną i taniec. Tiffany i ja jesteśmy świetnymi przyjaciółmi i doceniam wszystko, co na dla mnie robi. Ale ona nie jest Tobą. Nadal Cię kocham, Nikki. A nie można kontrolować ani zmienić prawdziwej miłości. Mama wypożyczyła mi Buszującego w zbożu z biblioteki publicznej w Collinswood. Bardzo polubiłem Holdena Caulfielda i miałem dla niego wiele sympatii, bo naprawdę miły z niego gość. Zawsze chciał zrobić to, co najlepsze dla swojej siostry Phoebe, ale ciągle mu się nie udawało, jak wtedy gdy kupił jej płytę i złamał ją, zanim zdążył wręczyć swój prezent. Podobało mi się też, że martwił się o kaczki w Nowym Jorku zimą. Co się z nimi dzieje? Jednak mój ulubiony fragment to zakończenie, kiedy Holden zabiera siostrę na karuzelę, a ona, jadąc na koniku, próbuje


dotknąć złotego pierścienia w centrum karuzeli. Holden mówi: „trochę się bałem, żeby nie spadła z tego cholernego rumaka, ale nie mówiłem ani nie robiłem nic. Trzeba znać dzieci. Jeżeli chcą schwycić złoty pierścień, nie wolno im się sprzeciwiać ani robić uwag. Spadną, to spadną, ale najgorzej byłoby coś wtedy do nich zagadywać”[5]. Kiedy to przeczytałem, zacząłem myśleć o tym, co napisałaś o drugim dzieciństwie i że pewnego dnia będę musiał „wyjść z piwnicy”. I wtedy pomyślałem, że praca nad sobą i nauka tańca z Tiffany były jak sięganie po złoty pierścień, czyli Ciebie. Nikki, jesteś moim złotym pierścieniem. Może spadnę z tej głupiej karuzeli, ale muszę po Ciebie sięgnąć, prawda? Chcę się z Tobą zobaczyć. Chcę z tobą porozmawiać twarzą w twarz. Tylko raz. Potem, jeśli nie będziesz chciała mnie już więcej widzieć, jakoś się z tym pogodzę. Daj mi tylko jedną szansę, żeby Ci pokazać, jak bardzo się zmieniłem. Jedną jedyną szansę. Jedno spotkanie twarzą w twarz. Proszę. Kocham Cię Pat


[5] Jerome David Salinger, Buszujący w zbożu, przeł. Maria Skibniewska, Warszawa 1996, s. 228.


List szósty – 13 grudnia 2006 roku

Drogi Pacie, przykro mi, że Twój bohater z dzieciństwa popełnił samobójstwo. Przykro mi, że McNabb odniósł kontuzję. Ale w szczególności przykro mi słyszeć, że w dalszym ciągu relacje Twojego ojca z rodziną są zależne od wyników meczów. Twojej mamie musi być bardzo ciężko. Decyzja, by ujawnić opinię Twojego terapeuty dotyczącą Tiffany, wywołała niezręczną ciszę przez telefon. To jasne, że Tiffany na Tobie zależy, dlatego podjęła się prowadzenia tej wymiany listów. Mam nadzieję, że nie narazisz jej na nieprzyjemne sankcje prawne – najlepiej zaprzestań dyskusji na ten temat z terapeutą lub kimkolwiek innym. Zdajesz sobie sprawę, że pokazując Cliffowi moje listy, sprawiłeś, że znalazłam się w sytuacji dość ryzykownej z prawnego punktu widzenia? Mam zakaz zbliżania się, pamiętasz? To będzie mój ostatni list. Przepraszam.


Co do Holdena Caulfielda i złotego pierścienia, którego próbuje dotknąć Phoebe pod koniec powieści, to proszę, nie myśl o mnie jak o złotym pierścieniu. Jestem Twoją byłą żoną. Dobrze Ci życzę, ale Twój terapeuta miał rację, mówiąc, że do siebie nie pasujemy. Mam jedynie nadzieję, że pewnego dnia, kiedy ustabilizujesz swoje zdrowie psychiczne, znajdziesz pocieszenie w tym, że po tym wszystkim, co się zdarzyło, wyciągnęłam do Ciebie dłoń. Życzę Ci wszystkiego dobrego, Pat. Żegnaj Nikki


List siódmy – 14 grudnia 2006 roku

Droga Nikki, z całego serca wierzę w szczęśliwe zakończenia. Zbyt ciężko pracowałem nad sobą, żebym miał się teraz tak po prostu poddać i zrezygnować ze swojego filmu. Pamiętasz, gdzie poprosiłem Cię o rękę? Spotkajmy się tam w Boże Narodzenie o zachodzie słońca. To jedyna rzecz, o jaką Cię proszę. Mam wrażenie, że jesteś mi winna tę ostatnią przysługę. Proszę. Kocham Cię Pat


Kwadrat w mojej dłoni

Ojciec wzbrania się pójść z mamą, więc zakładam nowy garnitur, który kupiła mi w tym miesiącu, i towarzyszę jej na mszy przy świecach w kościele Świętego Józefa. Wieczór jest mroźny, ale idziemy kilka przecznic i wkrótce wchodzimy do tej samej świątyni, w której byłem bierzmowany wiele lat temu. Rzędy czerwonych i białych gwiazd betlejemskich stoją wzdłuż ołtarza, a na końcach rzędów ław zawsze w Wigilię znajdują się świeczniki na wysokich żeliwnych nogach. W blasku świec kamienny budynek wygląda jeszcze bardziej zabytkowo – wręcz średniowiecznie. Siedząc w jednej z ławek, przypominam sobie czasy, kiedy byliśmy z Jakiem mali. Przychodziliśmy na mszę tacy podekscytowani nadchodzącym dniem, już gotowi rozdzierać opakowania naszych prezentów. Jednak dziś wieczorem jesteśmy tylko mama i ja, bo Jake i Caitlin spędzają Wigilię w Nowym Jorku u jej rodziców, a tata siedzi w domu z piwem.


Po kilku ogłoszeniach i bożonarodzeniowych pieśniach ksiądz mówi o gwiazdach, aniołach, żłóbku, osiołkach i cudach, a ja gdzieś w połowie tej opowieści zaczynam się modlić. Drogi Boże, wiem, że trzeba by cudu, żeby Nikki pojawiła się jutro tam, gdzie się zaręczyliśmy, ale na szczęście dla mnie obaj w nie wierzymy. Siedzę tutaj i zastanawiam się, czy to prawda, skoro jesteś wszechmogący i wszystko potrafisz. Technicznie rzecz ujmując, sprawienie, by Nikki jutro zjawiła się w tamtym miejscu albo umieszczenie małego Jezuska w łonie Maryi Dziewicy nie jest dla Ciebie bardziej skomplikowane niż obejrzenie meczu Orłów, co było dość proste i dla mnie, kiedy okazało się, że rezerwowy rozgrywający Jeff Garcia jest nie do pokonania. To trochę zabawne, kiedy teraz o tym myślę. Jeśli stworzyłeś świat zaledwie w tydzień, wysłanie Syna z misją musiało być dla Ciebie jak bułka z masłem. A mimo to nadal bardzo się cieszę, że postanowiłeś poświęcić czas na to, by zesłać nam Jezusa, który nauczył nas o cudach. Świadomość, że cuda się zdarzają, wielu ludziom daje siłę do życia. Nie muszę Ci


mówić, że dość ciężko pracowałem nad sobą, odkąd rozpoczęła się rozłąka. Właściwie chcę Ci podziękować za to, że wywróciłeś moje życie do góry nogami, bo gdybym nie wylądował w niedobrym miejscu, nigdy nie poświęciłbym czasu, by popracować nad swoim charakterem, nie poznałbym też Cliffa i Tiffany, a wiem, że to wszystko zdarzyło się nie bez powodu. Ufam, że realizuje się tu jakiś boski plan, i dlatego wierzę, że dopilnujesz, by Nikki jutro przyszła. Dziękuję Ci z wyprzedzeniem za to, że pomagasz mi odzyskać moją żonę. Nie mogę się już doczekać nadchodzących lat, kiedy będę mógł traktować Nikki tak, jak na to zasługuje kobieta. Dodatkowo, jeśli to nie za duży kłopot, pozwól Orłom wygrać w Boże Narodzenie, bo wygrana z Kowbojami zagwarantuje drużynie pierwsze miejsce i wtedy tata być może będzie miał lepszy humor i odezwie się do mamy i do mnie. To dziwne, ale nawet kiedy Orły są w rozgrywkach play-off, ojciec zachowuje się jak Grinch i psuje święta, przez co mama chodzi smutna. Kilka razy przyłapałem ją, jak płakała, ale pewnie już o tym wiesz, skoro jesteś wszechwiedzący. Kocham Cię, Boże. Żegnam się w chwili, gdy ksiądz kończy kazanie,


a ludzie zapalają od siebie świece oraz śpiewają Cichą noc. Mama nachyla się nieco w moją stronę, więc obejmuję ją ramieniem i lekko przytulam. – Mój kochany syn – mówi bezgłośnie, spowita światłem świec, po czym oboje przyłączamy się do śpiewu. Kiedy wracamy do domu, tata już śpi. Mama nalewa nam ajerkoniaku, włącza światełka i pijemy razem w blasku choinki. Mama opowiada o ozdobach, które zrobiliśmy z Jakiem jako dzieci. Pokazuje mi pomalowane szyszki, małe ramki z naszymi zdjęciami ze szkoły podstawowej zrobione z patyczków po lodach i renifery ze spinaczy i drucików kreatywnych. „Pamiętasz, jak zrobiłeś to na takich, a takich zajęciach?”, powtarza, a ja za każdym razem kiwam głową, choć nie pamiętam, żebym zrobił którąkolwiek z tych ozdób. To ciekawe, że mama pamięta wszystko o Jake’u i o mnie. Myśląc o tym, jakimś cudem uzmysławiam sobie, że Nikki – bez względu na to, jak bardzo się poprawię – nigdy nie obdarzy mnie większą miłością i to właśnie tak bardzo kocham w mojej mamie. Kiedy dopijamy ostatnie łyki ajerkoniaku, rozlega się


dzwonek do drzwi. – Kto to może być? – pyta mama teatralnym tonem, sugerując, że doskonale wie, kto jest za drzwiami. Zaczynam się ekscytować, bo myślę, że to może być Nikki, a mama zaplanowała najlepszy na świecie prezent świąteczny. Kiedy jednak otwieram drzwi, widzę, że to tylko Ronnie, Veronica, Tiffany i mała Emily. Wszyscy rześkim krokiem wchodzą do przedpokoju i zaczynają śpiewać wesołą kolędę. Po pierwszych kilku wersach Tiffany milknie, ale Ronnie i Veronica dalej śpiewają na całe gardło, a moja mama wprost rozpływa się w uśmiechach. Mała Emily jest tak opatulona, że wygląda jak Eskimos, ale śpiew jej rodziców sprawia, że ma zadowoloną minkę. Widzę nawet choinkowe lampki, które odbijają się w jej ciemnych oczkach. Rozśpiewana rodzina Ronniego wygląda na szczęśliwą i zazdroszczę tego mojemu przyjacielowi. Tiffany wpatruje się w podłogę, ale znów włącza się do śpiewania, gdy zaczyna się refren. Na koniec, Ronnie przeciąga ostatnią nutę, a mama klaszcze zapamiętale, po czym wszyscy siadamy przy choince


i znów pijemy ajerkoniak. – Może dasz swoim przyjaciołom prezenty? – sugeruje mama. Przez kilka ostatnich tygodni mama kilka razy zabrała mnie na zakupy i wybraliśmy prezenty dla tych, którzy pomagali mi wydobrzeć. Mama mówi, że należy doceniać wyjątkowych ludzi wokół siebie, a już szczególnie w święta. Cliffowi bardzo się spodobała plansza do darta z logo Orłów i okazuje się, że zarówno Veronice, jak i Tiffany przypadły do gustu perfumy, które im kupiłem. Dzięki Bogu, bo powąchałem chyba wszystkie butelki w galerii handlowej. Ronnie cieszy się ze skórzanej oficjalnej ligowej futbolówki, którą mu kupiłem – teraz będzie mógł pracować nad swoimi rzutami, a mała Emily przytula pluszowego orzełka w drużynowej koszulce i zaczyna nawet gryźć jego żółty dziób, kiedy tylko pozbywa się opakowania. Ze względu na mamę mam nadzieję, że ojciec zejdzie na dół i się do nas przyłączy, ale nic z tego. – My też mamy coś dla ciebie – mówi Ronnie. – Chodź, Em. Damy wujkowi prezent. – Podaje Emily pudełko, które


jest dla niej za ciężkie, mimo że dziewczynka już całkiem nieźle chodzi, więc oboje przynoszą mi pakunek. – Maś, Pap! – mówi Emily i bierze się do zdzierania ozdobnego papieru. – Chcesz mi pomóc? – pytam, na co Emily pozbywa się reszty opakowania, podczas gdy wszyscy się jej przyglądają. Kiedy Emily kończy, otwieram pudełko i nurkuję dłonią w styropianowych piankach, aż znajduję coś na kształt tabliczki. Wyciągam to spomiędzy styropianowego wypełnienia i widzę, że to oprawione zdjęcie Hanka Basketta. Stoi w polu punktowym z piłką w dłoni. – Zrobiono je podczas meczu z Dallas – mówi Ronnie. – Przeczytaj, co jest napisane na zdjęciu – mówi Veronica. Dla Pata. Jesteś na drodze do zwycięstwa! Hank Baskett, numer 84


– To jest najlepszy prezent, jaki w życiu dostałem! Jak wam się udało zdobyć podpis Basketta? – Kuzyn Veroniki jest fryzjerem – tłumaczy Ronnie – i jeden z jego klientów pracuje w dziale promocji Orłów, więc tylko wykorzystaliśmy parę znajomości. Vinnie powiedział, że to była pierwsza prośba o autograf Basketta, jaką dostał jego znajomy i podobno Baskett był dość podekscytowany, że poproszono właśnie o jego podpis, bo jego autografy nie są bardzo chodliwe. – Dzięki, Ronnie – mówię i ściskamy się po męsku, otaczając jednym ramieniem. – Wesołych świąt – mówi Ronnie, klepiąc mnie po plecach. – Cóż, nie chcę psuć imprezy, ale musimy położyć Emily spać, zanim przyjdzie Mikołaj – mówi Veronica. Kiedy się ubierają, mama wkłada ich prezenty do świątecznej torby z ozdobnymi uchami i dziękuje wszystkim za przyjście, mówiąc: – Nawet nie wiecie, ile to znaczy dla mnie i Pata.


Byliście dla nas tacy życzliwi. Dobrzy z was ludzie. Wszyscy. Jesteście wspaniali. – Znów zaczyna płakać. – Przepraszam. Dziękuję. Wesołych świąt. Nie zwracajcie na mnie uwagi. Niech wam Bóg błogosławi. Zanim wszyscy wyjdą, Tiffany łapie mnie za rękę i całuje w policzek, mówiąc: – Wesołych świąt, Pat. Kiedy odsuwa swoją dłoń od mojej, czuję w niej coś kwadratowego, ale spojrzenie Tiffany nakazuje milczenie, więc wkładam kwadrat do kieszeni i żegnam się z rodziną Ronniego. Pomagam mamie posprzątać papier do pakowania i puste kubeczki po ajerkoniaku, a potem zatrzymuje mnie pod jemiołą w korytarzu. Pokazuje na nią palcem i uśmiecha się, więc całuję mamę na dobranoc, a ona mnie przytula. – Tak się cieszę, że cię teraz tutaj mam – mówi do mnie mama, napina mięśnie rąk i przyciąga do siebie moją głowę tak, że jej ramię wbija mi się w gardło i trudno mi oddychać. W moim pokoju przy świetle elektrycznych świątecznych świec, które mama postawiła w oknie na czas


świąt, rozkładam karteczkę, którą przekazała mi Tiffany.


List ósmy – 24 grudnia 2006 roku

Drogi Pacie, nie przyjdę w Boże Narodzenie. Nie przyjdę już nigdy. Pogódź się z tym. Zacznij od nowa. Tiffany i Twoja rodzina pomogą Ci przez to przejść. Teraz naprawdę mówię żegnaj. Nie będę już więcej pisać ani odbierać telefonów od Tiffany, bo nie podoba mi się, jak na mnie krzyczy i przeklina, stając w Twojej obronie. Nie próbuj się ze mną kontaktować. Zakaz zbliżania nadal obowiązuje. Nikki


Atak wydaje się nieunikniony

W bożonarodzeniowy poranek wstaję przed świtem i zaczynam trening od podnoszenia ciężarów. Denerwuję się dzisiejszym spotkaniem z Nikki, więc robię dwa razy tyle ćwiczeń co zwykle, starając się przez wysiłek pozbyć niepokoju. Zdaję sobie sprawę, że z wiadomości, którą przekazała mi Tiffany, wynika, że Nikki nie jest zainteresowana spotkaniem ze mną w naszym miejscu o zachodzie słońca, ale wiem również, że w filmach w chwili, kiedy główny bohater jest gotów się poddać, dzieje się coś zaskakującego, co prowadzi do szczęśliwego zakończenia. Jestem niemal pewien, że to właśnie ta część filmu, kiedy dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewa. Ufam Bogu, który mnie nie zawiedzie. Jeśli będę mieć wiarę, jeśli mam nasze miejsce, to na pewno o zachodzie słońca stanie się coś pięknego – czuję to. Kiedy dobiega mnie świąteczna muzyka, przerywam


trening i idę na górę. Mama smaży jajka na bekonie i po domu rozchodzi się zapach świeżej kawy. – Wesołych Świąt – mówi mama, gdy lekko całuję ją w policzek. – Nie zapomnij o lekach. Wyjmuję z szafki pomarańczowe fiolki i ściągam wieczka. Kiedy połykam ostatnią pastylkę, na dół schodzi tata i wyrzuca do kosza folię, w która zapakowana była gazeta. Gdy odwraca się i rusza w stronę salonu, mama mówi: – Wesołych świąt, Patricku. – Wesołych świąt – mruczy tata pod nosem. Razem jemy jajka na bekonie i grzanki, ale nikt się nie odzywa. W salonie siadamy przy choince. Mama otwiera prezent od taty. To brylantowy naszyjnik z jakiegoś domu handlowego. Maleńkie brylanciki w kształcie serduszek na cienkim złotym łańcuszku. Wiem na pewno, że mama ma podobny naszyjnik, bo nosi go prawie codziennie. Ojciec pewnie dał jej taki sam w zeszłym roku, ale mama udaje bardzo zaskoczoną i mówi: – Och, Patricku, nie powinieneś! – Po czym całuje ojca


w usta i przytula. Choć tata nie odwzajemnia uścisku, widzę, że jest zadowolony, bo się nieznacznie uśmiecha. Następnie dajemy tacie prezent, ode mnie i od mamy. Rozrywa opakowanie i wyciąga koszulkę Orłów. Autentyczną, a nie z tanimi prasowankami. – Czemu nie ma na niej numeru ani nazwiska? – pyta. – McNabb wypadł z gry, więc pomyśleliśmy, że może zechcesz sobie wybrać nowego ulubionego zawodnika – mówi mama. – Kiedy się zdecydujesz, wyszyjemy na koszulce odpowiednie nazwisko i numer. – Nie marnujcie pieniędzy – mówi tata, chowając koszulkę do pudełka. – Bez McNabba dziś nie wygrają. Nie mam zamiaru dłużej oglądać tych patałachów. Mama uśmiecha się do mnie, bo uprzedziłem ją, że tata powie coś w tym stylu, mimo że ostatnio Orły radzą sobie całkiem nieźle. I tak wiemy z mamą, że tata będzie później oglądał, jak Orły grają przeciw Kowbojom, i wybierze sobie nowego zawodnika późnym latem następnego roku. Po obejrzeniu jednego czy dwóch meczów w przedsezonowych rozgrywkach powie coś w stylu: „Jeanie, gdzie jest moja


oryginalna koszulka Orłów? Chce na nią naszyć numery zanim rozpocznie się sezon”. Na mnie czeka masa prezentów, które mama sama kupiła i zapakowała. Dostaję nową bluzę Orłów, nowe buty do biegania, nowe ciuchy do ćwiczeń, kilka krawatów, nowiusieńką skórzaną kurtkę i specjalny zegarek do biegania, dzięki któremu będę mógł mierzyć sobie czas i liczbę spalonych kalorii. I… – Rany boskie, Jeanie. Ile prezentów kupiłaś dzieciakowi? – mówi tata, ale w sposób, który zdradza, że wcale nie jest zły. Po lunchu idę pod prysznic, smaruję się dezodorantem, pryskam wodą kolońską ojca i wkładam jeden z moich strojów do biegania. – Idę wypróbować nowy zegarek – mówię mamie. – Caitlin i twój brat będą tu za godzinę – mówi Mama. – Nie włócz się za długo. – Nie będę – mówię i wychodzę z domu. W garażu przebieram się w eleganckie ubrania, które schowałem tam kilka dni wcześniej – tweedowe spodnie,


czarną elegancką koszulę i skórzane mokasyny oraz drogi płaszcz, którego tata już nie nosi. Następnie idę na stację i pociągiem o trzynastej czterdzieści pięć jadę do Filadelfii. Zaczyna nieznacznie padać. Wysiadam przy skrzyżowaniu Ósmej i Market, idę w mżawce do Ratusza i łapię pomarańczową linię metra, która kieruje się na północ. W wagonie nie ma zbyt wielu ludzi i w metrze w ogóle nie czuje się atmosfery świąt. Jednak nawet cuchnąca śmieciami para, którą nawiewa do środka z każdym otwarciem drzwi, graffiti narysowane markerem na pomarańczowym krześle naprzeciw mnie, niedojedzony hamburger, który leży bez bułki w przejściu, nie psują mi nastroju, bo wkrótce połączę się z Nikki. Rozłąka ostatecznie się zakończy. Wysiadam przy skrzyżowaniu Broad i Olney i schodami wychodzę na północną część Filadelfii, gdzie pada trochę mocniej. Choć pamiętam, że w okolicy tego przystanku metra zostałem dwukrotnie napadnięty, kiedy byłem na studiach, nie martwię się głównie dlatego, że są święta, a ja jestem dużo silniejszy, niż kiedy byłem studentem. Na Broad Street widzę


kilku czarnych, co sprawia, że zaczynam myśleć o Dannym i o tym, jak powtarzał, że zamieszka z ciotką w północnej Filadelfii, kiedy tylko wyjdzie z niedobrego miejsca – zwłaszcza za każdym razem, kiedy wspominałem, że ukończyłem Uniwersytet La Salle, który najwyraźniej znajduje się w jej okolicy. Zastanawiam się, czy Danny wyszedł z niedobrego miejsca i na myśl o tym, że spędza święta w szpitalu psychiatrycznym, robi mi się smutno, bo Danny był moim dobrym przyjacielem. Chowam dłonie w kieszeniach płaszcza ojca i idę wzdłuż Olney. Przez ten deszcz zrobiło się jakość zimno. Niedługo w zasięgu wzroku pojawiają się niebiesko-żółte flagi, które ciągną się wzdłuż ulic kampusu i czuję szczęście i smutek jednocześnie, że z powrotem jestem w La Salle – prawie jakbym patrzył na stare zdjęcia ludzi, którzy albo zmarli, albo z którymi straciło się kontakt. Kiedy docieram do biblioteki, skręcam w lewo i mijam korty tenisowe, za nimi skręcam w prawo i przechodzę obok budynku ochrony. Za kortami znajduje się otoczone murem wzgórze, na


którym rośnie tyle drzew, że ktoś, kto zostałby tu przyprowadzony z opaską na oczach, w życiu by nie uwierzył, że to północna Filadelfia. U stóp wzgórza znajduje się japońska herbaciarnia, która wygląda tak malowniczo, że aż nie pasuje do północnej Filadelfii. Właściwie nigdy nie byłem w środku – bo to prywatna herbaciarnia – więc może wnętrze ma wielkomiejski wystrój. Nie mam pojęcia. Nikki i ja często spotykaliśmy się na tym wzgórzu pod starym dębem i godzinami siedzieliśmy na trawie. Co dziwne, niewielu studentów odwiedzało to miejsce. Może go nie znali. Może nikt inny nie uważał, że to ładne miejsce. Nikki za to uwielbiała przesiadywać na porośniętym trawą wzgórzu i patrzeć na japońską herbaciarnię, bo wtedy czuła się, jakby była zupełnie gdzie indziej. Wcale nie w północnej Filadelfii. I gdyby nie dźwięk klaksonu, który dobiegał nas od czasu do czasu, byłbym skłonny uwierzyć, że jestem w Japonii, choć nigdy tam nie byłem i nie wiem, jak tam jest. Siadam pod wielkim drzewem na suchym skrawku trawnika i czekam.


Deszczowe chmury już dawno połknęły słońce, ale kiedy spoglądam na zegarek, cyfry oficjalnie potwierdzają zmierzch. Zaczynam czuć ucisk w klatce. Zauważam, że się trzęsę i ciężko oddycham. Wyciągam rękę, żeby zobaczyć, jak bardzo się telepię, i widzę, że moja dłoń macha jak ptasie skrzydło albo jakby było mi gorąco i usiłowałbym się nią wachlować. Staram się ją opanować, a kiedy nie mogę, chowam obie dłonie w kieszeniach ojcowskiego płaszcza z nadzieją, że Nikki nie zauważy, jaki jestem zdenerwowany. Robi się coraz ciemniej i ciemniej. W końcu zamykam oczy i po pewnym czasie zaczynam się modlić: Drogi Boże. Jeśli zrobiłem coś złego, proszę, daj mi znać, co to było, żebym mógł to komuś wynagrodzić. Szukam w pamięci, ale nie mogę sobie przypomnieć niczego, co mogłoby Cię rozzłościć, pomijając to, że kilka miesięcy temu przyłożyłem kibicowi Gigantów, ale już prosiłem o wybaczenie tego błędu i myślałem, że mamy ten temat za sobą. Proszę spraw, aby Nikki się zjawiła. Spraw, żeby tu była, kiedy


otworzę oczy. Może korki ją zatrzymały, albo zapomniała, jak dojechać do La Salle. Zawsze się gubiła w mieście. Nie przeszkadza mi, że nie ma jej tu dokładnie o zachodzie słońca, ale proszę, daj jej znać, że czekam na nią i będę czekał całą noc, jeśli zajdzie taka potrzeba. Proszę, Boże. Zrobię wszystko. Jeśli sprawisz, że się pojawi, kiedy otworzę oczy… Czuję kobiece perfumy. Znam ten zapach. Robię głęboki wdech, żeby się przygotować. Otwieram oczy. – Cholera, przepraszam – mówi kobiecy głos, ale to nie Nikki. – Nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie, więc powiem prosto z mostu. Moja terapeutka stwierdziła, że mogłeś utknąć w stanie permanentnego wyparcia, bo nigdy nie dano ci szansy, żeby zamknąć tę część życia, więc pomyślałam, że ci pomogę, udając Nikki. Zmyśliłam więc całą tę historię, żeby umożliwić ci jej zakończenie, z nadzieją, że się otrząśniesz i będziesz mógł żyć dalej, kiedy zrozumiesz, że powrót twojej żony jest niemożliwy. Sama napisałam te wszystkie listy, okej? Nigdy nawet nie rozmawiałam z Nikki. Ona nie ma


bladego pojęcia, że tu siedzisz. Może nawet nie wie, że nie jesteś już w psychiatryku. Ona nie przyjedzie, Pat. Przepraszam. Gapię się na ociekającą deszczem twarz Tiffany, mokre włosy i spływający makijaż, i ledwie mogę uwierzyć, że to nie jest Nikki. Jej słowa na początku do mnie nie docierają, ale po chwili czuję, jak w piersi robi mi się gorąco, i atak wydaje się nieunikniony. Oczy mnie pieką. Twarz robi się czerwona i nagle zdaję sobie sprawę, że przez ostatnich kilka miesięcy żyłem w urojeniu, Nikki nigdy nie wróci, a rozłąka będzie trwała wiecznie. Nikki. Nigdy. Nie. Wróci. Nigdy. Chcę uderzyć Tiffany. Chcę okładać ją po twarzy pięściami, aż pokruszą mi się kości w dłoniach, a Tiffany będzie nie do rozpoznania. Aż z jej buźki nie będzie mogło wypłynąć ani jedno kłamstwo.


– Ale wszystko, co napisałam w listach, było prawdą. Nikki naprawdę się z tobą rozwiodła i powtórnie wyszła za mąż, a nawet zażądała zakazu zbliżania. Wiem to od… – Oszukałaś mnie! – krzyczę, zdając sobie sprawę, że znowu płaczę. – Ronnie mnie ostrzegał, że nie powinienem ci ufać. Że jesteś tylko… – Błagam, tylko mnie wysłuchaj! Wiem, że to dla ciebie szok, ale musisz się zmierzyć z rzeczywistością, Pat. Okłamujesz się od lat. Musiałam zrobić coś drastycznego, żeby ci pomóc. Nigdy bym nie pomyślała… – Dlaczego? – pytam, czując się tak, jakbym za moment miał zwymiotować, jakby moje dłonie miały za chwilę zacząć szukać gardła Tiffany. – Dlaczego mi to zrobiłaś? Tiffany patrzy mi w oczy przez – jak mi się wydaje – długi czas, a jej głos drży jak głos mamy, kiedy mówi mi coś prosto z serca. – Bo się w tobie zakochałam – mówi Tiffany. Wtedy wstaję i zaczynam biec. Na początku Tiffany biegnie za mną, ale mimo że na stopach mam skórzane mokasyny i dość mocno pada, jestem


w stanie osiągnąć prędkość, której ona nie podoła i biegnę szybciej niż kiedykolwiek. Po wielu zakrętach i przemykaniu pomiędzy samochodami w korkach, odwracam się – Tiffany zniknęła, więc zwalniam bieg i truchtam bez celu, a czas dłuży się w nieskończoność. Pocę się w deszczu i płaszcz ojca robi się bardzo ciężki. Nie mam pojęcia, co to wszystko znaczy. Zdradzony przez Tiffany. Zdradzony przez Boga. Zdradzony przez mój własny film. Nadal płaczę. Nadal biegnę. Po chwili znów zaczynam się modlić i wcale nie jestem miły. Boże, nie prosiłem Cię o milion dolarów. Nie prosiłem o sławę ani władzę. Nie prosiłem nawet o to, by Nikki przyjęła mnie z powrotem. Poprosiłem tylko o spotkanie. Jedną rozmowę twarzą w twarz. Od wyjścia z niedobrego miejsca jedyne, co próbowałem zrobić, to pracować nad sobą, próbować stać się tym, kim wszystkim nakazujesz – dobrym człowiekiem. I co mi to dało? W Boże Narodzenie biegam w deszczu po północnej Filadelfii– zupełnie sam. Dlaczego dałeś nam tyle historii o cudach? Po co nam filmy, jeśli życie dobrze się nie kończy? Co z Ciebie jest do cholery za Bóg? Chcesz, żebym był nieszczęśliwy do końca życia? Chcesz czy


nie? Coś mocno uderza mnie w goleń, i nagle moje dłonie ślizgają się po mokrym betonie. Czuję kopniaki lądujące na moich plecach, nogach i ramionach. Zwijam się w kłębek i próbuję się ochronić, ale kopniaki nie ustają. Czuję, jakby moje nerki eksplodowały i dopiero wtedy mogę spojrzeć w górę, by zobaczyć, kto mi to robi. Widzę tylko spód trampka na moment przed tym, nim przyłoży mi w twarz.


Wściekły Ziom

Kiedy się budzę, deszcz już nie pada, ale ja trzęsę się z zimna. Siadam i czuję, że boli mnie całe ciało. Mój płaszcz zniknął. Skórzane mokasyny zniknęły. Wszystkie pieniądze z kieszeni zniknęły. Skórzany pasek zniknął. Nowy zegarek od mamy zniknął. Dotykam twarzy palcami, a te robią się czerwone. Rozglądam się i widzę, że jestem na wąskiej ulicy pełnej zaparkowanych samochodów. Po obu stronach szeregowce. Niektóre drzwi i okna są zabite deskami, wiele ganków i schodów prowadzących do wejścia wymaga naprawy, a latarnie nade mną nie działają – może zostały rozbite kamieniami – przez co cały świat jest pogrążony w ciemności. Nie jestem w dobrej dzielnicy, nie mam pieniędzy, butów ani pojęcia, gdzie się znajduję. Część mnie chce do końca świata leżeć na chodniku. Ale boję się, że źli ludzie mogą wrócić, żeby mnie wykończyć, i zanim zdążę


pozbierać myśli, jestem już na nogach i kuśtykam po ulicy. Nie mogę poruszyć mięśniem lewej łydki i zgiąć prawego kolana. Na całej ulicy tylko jeden dom jest świątecznie przystrojony. Na ganku znajduje się żłóbek, przy którym stoją Maria i Józef, i oboje są czarni. Podchodzę do dzieciątka Jezus, myśląc, że ludzie obchodzący święta z pewnością są bardziej skłonni pomagać, niż ci, którzy nie mają świątecznych dekoracji, bo w Biblii jest napisane, że Jezus nakazuje pomagać ludziom bez butów, których obrabowano. Kiedy w końcu docieram do ozdobionego dekoracjami szeregowca, robię coś zabawnego. Zamiast zapukać do drzwi chwiejnym krokiem podchodzę do Marii i Józefa, bo chcę zerknąć do żłóbka, żeby sprawdzić, czy Dzieciątko Jezus też jest czarne. Moją sztywną nogę rozrywa ból i poddaję się, kiedy docieram do żłóbka. Podpierając się dłońmi i jednym kolanem stoję pomiędzy Jego rodzicami i widzę, że Jezus jest naprawdę czarny i na dodatek podłączony do prądu – Jego ciemna buzia lśni jak bursztyn, a przez maleńką dziecięcą pierś przebija się snop białego światła.


Mrużąc oczy w blasku Dzieciątka Jezus, momentalnie zdaję sobie sprawę, że zostałem napadnięty, ponieważ przekląłem Boga. Modlę się więc, przepraszam i mówię, że rozumiem, co Bóg próbuje mi przekazać – że muszę pracować nad swoim charakterem, zanim będzie mi dane doczekać końca rozłąki. Tak mocno pulsuje mi w uszach, że nie słyszę nawet, jak otwierają się wejściowe drzwi ani jak na ganek wychodzi mężczyzna. – Co robisz szopce ciotki Jasmine? – mówi. Odwracam głowę i już wiem, że Bóg przyjął moje przeprosiny. Kiedy Danny po raz pierwszy został umieszczony w niedobrym miejscu, nie odzywał się. Tak jak ja i wszyscy pozostali, miał bliznę, ale dużo większą. Znajdowała się z tyłu głowy i tworzyła wyraźną różową linię przecinającą gęstwinę jego afro. Przez ponad miesiąc tylko siedział na krześle przy oknie, a logopeda przychodził do niego i po dłuższej chwili wychodził sfrustrowany. Ja i chłopaki mówiliśmy mu cześć, ale Danny tylko patrzył przez okno, pomyśleliśmy więc, że


jest jednym z tych, których uraz mózgu jest rozległy, i że najprawdopodobniej do końca życia będzie warzywem, jak choćby mój współlokator Jackie. Trochę ponad miesiąc później Danny zaczął jeść razem z nami posiłki na stołówce, chodzić na muzykoterapię, a nawet brać udział w grupowych wycieczkach do sklepów przy przystani i meczach baseballu w których grały Wilgi na boisku Camden Yards. Było oczywiste, że rozumie słowa i jest całkiem normalny – tylko nie chciał rozmawiać. Nie wiem, ile to zajęło, ale po pewnym czasie Danny znów zaczął mówić i tak się złożyło, że byłem pierwszą osobą, do której przemówił. Pewnego razu przyjechała do nas dziewczyna z uczelni w Baltimore, żeby wypróbować na nas, jak nam powiedziano, „niestandardowe metody leczenia”. Na sesje trzeba było zgłosić się na ochotnika, ponieważ ta dziewczyna nie miała jeszcze uprawnień terapeuty. Na początku byliśmy sceptyczni, ale kiedy zaczęła opowiadać o metodzie, szybko przekonały nas jej dziewczęca figura i urocza niewinna buzia. Była bardzo miła i całkiem atrakcyjna, więc robiliśmy, co nam kazała,


z nadzieją, że zostanie na dłużej, zwłaszcza że w niedobrym miejscu nie było żadnych pacjentek, a pielęgniarki były wyjątkowo szkaradne. Przez pierwszy tydzień nasza studentka kazała nam dużo patrzeć w lustra i zachęcała do tego, by naprawdę spróbować siebie poznać, co było dość niecodzienne. Mówiła na przykład: – Przyglądajcie się swojemu nosowi. Patrzcie na niego, tak długo, aż naprawdę będziecie go znać. Przyglądajcie się, jak się porusza, kiedy robicie głębokie wdechy. Doceńcie cud oddychania. Teraz spójrzcie na język. Nie tylko na górę, ale też pod spód. Studiujcie go. Kontemplujcie cud smaku i mowy. Pewnego dnia losowo dobrała nas w pary, kazała usiąść naprzeciw siebie i wpatrywać się w oczy partnera. Kazała nam to robić bardzo długo i wyglądało to dość dziwne, bo w pomieszczeniu było cicho jak makiem zasiał, a mężczyźni zazwyczaj nie wpatrują się sobie głęboko w oczy, i to przez długi czas. Wtedy kazała nam sobie wyobrazić, że nasz partner jest kimś, za kim tęsknimy, kimś kogo zraniliśmy


w przeszłości, albo członkiem rodziny, którego nie widzieliśmy od lat. Kazała nam spoglądać w oczy partnera tak długo, aż w nich dostrzeżemy tą utęsknioną osobę. Wpatrywanie się w oczy drugiego człowieka przez bardzo długi czas okazało się bardzo przejmującym doświadczeniem. Kto mi nie wierzy, powinien sam spróbować. Oczywiście zobaczyłem Nikki, co było dziwne, bo wpatrywałem się w oczy Danny’ego, który jest czarnoskórym mężczyzną, o wzroście metr dziewięćdziesiąt i ani trochę nie przypomina mojej byłej żony. Mimo to, kiedy moje źrenice były nieruchomo utkwione w źrenicach Danny’ego, czułem się tak, jakbym patrzył bezpośrednio w oczy Nikki. Pierwszy zacząłem płakać, ale inni szybko do mnie dołączyli. Nasza studentka podeszła do nas, powiedziała, że jestem odważny, a potem mnie uściskała. Danny nic nie powiedział. Tej nocy obudziły mnie postękiwania Jackiego. Kiedy uniosłem powieki, minęło kilka sekund, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Wtedy zobaczyłem, że stoi nade mną Danny.


– To ty, Danny? – zapytałem. – Nie mam na imię Danny. Jego głos mnie przestraszył, bo nie spodziewałem się, że się odezwie, szczególnie że nie przemówił ani razu od czasu, kiedy go przywieźli. – Nazywam się Wściekły Ziom. – Czego chcesz? – pytam. – Czemu nie jesteś w swoim pokoju? – Chciałem ci tylko powiedzieć, pod jakim imieniem znają mnie na ulicach, żebyśmy mogli być kumplami. Ale teraz nie jesteśmy na ulicach, więc możesz dalej mówić mi Danny. Wtedy Danny wyszedł z mojego pokoju, a Jackie przestał stękać. Wszyscy w niedobrym miejscu byli nieźle zszokowani, kiedy od następnego ranka Danny zaczął normalnie mówić. Lekarze orzekli, że nastąpił przełom, ale nie mieli racji. Danny po prostu zadecydował, że będzie mówił. Naprawdę zostaliśmy kumplami i niemal wszystko robiliśmy razem, łącznie z treningami. Pomału poznałem jego historię.


Jako Wściekły Ziom był wschodzącą gwiazdą gangstarapu w północnej Filadelfii z kontraktem z małą wytwórnią płytową w Nowym Jorku o nazwie Tougher Trade. Grał w klubie w Baltimore, kiedy wybuchła afera i w jakiś sposób – Danny często zmieniał szczegóły, więc nie bardzo wiem, co się tak właściwie stało – dostał od tyłu w głowę łyżką do opon, został wywieziony na przystań i wrzucony do wody. W większości przypadków Danny twierdził, że raperzy z Baltimore, którzy mieli wystąpić przed Wściekłym Ziomem, zapytali go, czy nie zajara z nimi trawy w uliczce za klubem. Kiedy Danny z nimi wyszedł, zaczęli na niego najeżdżać za to, że występuje jako gwiazda wieczoru w ich dzielnicy. Kiedy przypomniał im, kto tu sprzedaje płyty, zrobiło mu się ciemno przed oczami i obudził się, kiedy był martwy, co naprawdę się zdarzyło, bo w jego karcie napisane jest, że przez parę minut nie żył, zanim sanitariuszom udało się go reanimować. Na szczęście dla Danny’ego ktoś usłyszał plusk, z jakim Wściekły Ziom wpadł do wody i ta osoba wyłowiła go i wezwała pomoc, kiedy tylko pozostali raperzy odjechali. Danny twierdzi, że słona woda utrzymała jego mózg przy


życiu, choć nie rozumiem, jak to możliwe, zwłaszcza że wrzucono go do brudnej zatoki, a nie do oceanu. Po operacji, podczas której usunięto mu maleńkie odłamki czaszki z mózgu, i bardzo długim pobycie w szpitalu, Danny’ego przywieziono do niedobrego miejsca. Najgorsze, że stracił zdolność do rapowania – po prostu nie potrafił zmusić do tego swoich ust, a przynajmniej nie rapował tak szybko jak kiedyś – postanowił więc milczeć. Tę obietnicę złamał dopiero po tym, jak długo wpatrywał się w moje oczy. Kiedyś zapytałem go, kogo wtedy widział, powiedział, że ciocię Jasmine. Gdy zapytałem, dlaczego właśnie ją, odparł, że ta kobieta wychowywała go, aż stał się mężczyzną. – Danny? – mówię, klęcząc przed żłóbkiem. – Kim jesteś? – To ja, Pat Peoples. – Biały Pat z Baltimore? – Tak. – Jak to? – Nie wiem. – Jesteś zakrwawiony. Co się stało?


– Bóg mnie ukarał, ale potem przywiódł mnie tutaj. – Co zrobiłeś, żeby Go rozzłościć? – Przekląłem Go, ale potem przeprosiłem. – Jeśli naprawdę jesteś Pat Peoples, to jak się nazywam? – Wściekły Ziom, vel Danny. – Jadłeś już świąteczny obiad? – Nie. – Lubisz szynkę? – Tak. – Zjesz ze mną i ciocią Jasmine? – Dobrze. Danny pomaga mi wstać i kiedy kuśtykam do domu cioci Jasmine, czuję zapach igieł, pieczonej szynki i sosu ananasowego. Mała choinka jest przystrojona łańcuchami z popcornu i migającymi światełkami, na gzymsie sztucznego kominka wiszą dwie czerwono-zielone skarpety, a w telewizji Orły grają przeciwko Kowbojom. – Siadaj – mówi Danny. – Czuj się jak u siebie. – Nie chcę poplamić kanapy krwią. – Ma plastikową narzutę, widzisz?


Spoglądam i rzeczywiście kanapa pokryta jest plastikiem, więc siadam i widzę, że Orły wygrywają, co mnie dziwi, bo to drużyna z Dallas miała być faworytem. – Tęskniłem za tobą – mówi Danny, kiedy siada obok mnie. – Zniknąłeś bez głupiego do widzenia. – Mama po mnie przyjechała, jak byłeś na muzykoterapii. Kiedy wyszedłeś z niedobrego miejsca? – Wczoraj. Za dobre sprawowanie. Patrzę na twarz przyjaciela i widzę, że mówi poważnie. – Więc ty wyszedłeś wczoraj, a ja właśnie dziś przypadkiem wpadam w twoje rejony, zostaję napadnięty i tu cię spotykam? – Na to wychodzi – mówi Danny. – Wygląda to trochę na cud, prawda? – W święta cuda się zdarzają. Każdy o tym wie. Zanim jednak zdążymy jeszcze coś powiedzieć, do pokoju wchodzi drobna kobieta o poważnym wyrazie twarzy, która ma na nosie wielkie okulary w czarnych oprawkach i zaczyna krzyczeć: – O mój Boże! Jezu słodki!


Próbuję przekonać ciocię Jasmine, że nic mi nie jest, ale ona dzwoni na pogotowie i oto ląduję w karetce w drodze do szpitala Germantown. Kiedy przyjeżdżamy na pogotowie, ciocia Jasmine modli się za mnie i krzyczy na wiele osób, aż w końcu zabierają mnie do oddzielonej sali, gdzie ściągają ze mnie ubrania i oczyszczają moje rany. Dostaję kroplówkę i jednocześnie opowiadam policjantowi, co się stało. Po rentgenie, który wykazuje, że mam złamania szczelinowate na piszczeli i w dolnej części kości udowej, w szpitalu pojawia się mama, Caitlin i Jake, po czym moja noga zostaje włożona w gips, który rozpoczyna się u pięty, a kończy tuż pod biodrem. Chcę przeprosić Danny’ego i ciocię Jasmine za to, że zepsułem im świąteczny obiad, ale mama mówi, że poszli sobie niedługo po jej przyjeździe, co sprawia, że robi mi się przykro. Kiedy w końcu zostaję wypuszczony ze szpitala, pielęgniarka nakłada fioletową skarpetkę na moje nagie place u stóp i daje mi parę kul, a Jake pcha mnie na wózku do


swojego bmw. Muszę usiąść na ukos na tylnym siedzeniu, trzymając stopy na kolanach mamy z powodu gipsu. W ciszy jedziemy przez północną Filadelfię, ale kiedy wjeżdżamy na autostradę Schuylkill, Caitlin stwierdza: – Cóż, przynajmniej nigdy nie zapomnimy tych świąt – mówi to żartem, ale nikt się nie śmieje. – Dlaczego nikt nie pyta, jak się znalazłem w Filadelfii? – pytam. Po długiej przerwie mama wyjaśnia: – Tiffany zadzwoniła do nas z budki telefonicznej i o wszystkim nam powiedziała. Jeździliśmy po mieście i szukaliśmy cię, kiedy zadzwonili do ojca ze szpitala. On skontaktował się z Jakiem i tak się tu znaleźliśmy. – Więc zepsułem wszystkim święta? – Ta szalona szmata zepsuła nam święta. – Błagam, Jake – mówi mama. – Orły wygrały? – pytam Jake’a, bo pamiętam, że wygrywały u cioci Jasmine i mam nadzieję, że ojciec będzie w przyzwoitym nastroju, kiedy wrócę do domu. – Tak – Jake odpowiada krótko, co jest dla mnie jasną


informacją, że się na mnie gniewa. Orły pokonały T.O. i Dallas – w Dallas – w Boże Narodzenie, zapewniając sobie miejsce w rozgrywkach playoff i Jake, który nie przegapił żadnego meczu od czasów podstawówki, a teraz opuścił być może najważniejszy mecz sezonu, bo przetrząsał całą północną Filadelfię w poszukiwaniu swojego niepoczytalnego brata. I wtedy zdaję sobie sprawę, dlaczego ojca nie ma w ekipie poszukujących. Nie ma mowy, żeby przegapił ważny mecz Orłów, zwłaszcza przeciw Dallas. Czuję się winny i nie mogę nic na to poradzić, bo najprawdopodobniej byłyby to bardzo miłe święta, zwłaszcza ze względu na nastrój ojca i jestem przekonany, że mama przygotowała coś do jedzenia, a Caitlin ma nawet na sobie koszulkę orłów, tylko ja wciąż komplikuję wszystkim życie i może byłoby lepiej, gdyby złodzieje mnie zabili i… Zaczynam płakać, ale po cichu, żeby mama się nie zdenerwowała. – Przepraszam, że przeze mnie przegapiłeś mecz, Jake. – To jedyne, co jestem w stanie z siebie wydusić, ale przez te słowa płaczę jeszcze mocniej i po chwili szlocham,


chowając twarz w dłoniach jak małe dziecko. Mama gładzi moją zdrową nogę, ale nikt nic nie mówi. Resztę drogi pokonujemy w ciszy.


Jak ona się miewa?

Moje urodziny wypadają w piątek. Dwudziestego dziewiątego grudnia. Po południu mama pomaga mi okleić workami na śmieci mój gips, żebym mógł się umyć pierwszy raz, od kiedy złamałem nogę. Niezręcznie mi o tym mówić, ale mama pomogła mi przypilnować, żeby gips się nie zmoczył, więc przytrzymuje mi zasłonkę prysznicową, a ja stoję okrakiem nad krawędzią wanny i próbuję utrzymać ciężar ciała na zdrowej nodze. Mama podaje mi mydło i szampon. Udaje, że nie patrzy na moje nagie ciało, ale jestem pewien, że w którymś momencie musiała na nie zerknąć, przez co czuję się dziwnie. Nie trenowałem od wielu dni, więc czuję się mały i słaby, ale mama nie wspomina o moim wychudłym pasie, bo ma dobre serce. Po prysznicu, mama pomaga mi włożyć spodnie od dresu, które zmodyfikowała, obcinając jedną nogawkę na wysokości uda, żeby mógł się do niej zmieścić gips. Zakładam


też elegancką koszulę z GAP-u i nową skórzaną kurtkę. Zeskakuję po stopniach, i o kulach wychodzę przez drzwi, wsiadam na tył samochodu mamy i usadawiam się na ukos, żeby gips się zmieścił. Kiedy docieramy do Voorhees, idę o kulach do gabinetu Cliffa, wybieram czarny fotel, opieram gips na podnóżku i opowiadam Cliffowi o wszystkim. Kiedy kończę moją historię, Cliff mówi: – Czyli leżałeś w łóżku od świąt? – Tak. – I nie chciałeś ani czytać, ani oglądać telewizji? – Nie chciałem. – I w ogóle nie ćwiczysz górnych partii ciała? Żadnej sztangi? – Nie. – To co robisz przez cały dzień? – Śpię albo myślę, czasem piszę. Danny przyjeżdżał też w odwiedziny – Już wcześniej opowiedziałem Cliffowi o tym, jak Bóg połączył mnie z Dannym, co nawet według Cliffa było pewnego rodzaju cudem i może nawet moim szczęściem


w nieszczęściu w te okropne święta. – Co robicie, kiedy Danny przychodzi z wizytą? – Gramy w pachisi. – Pachisi? – To hinduska gra. Jak możesz jej nie znać? – Znam pachisi. Jestem po prostu zaskoczony, że ty i Danny gracie razem w gry planszowe. – Dlaczego? Cliff robi zabawną minę, ale nic nie mówi. – Danny przywozi swoje pachisi aż z północnej Filadelfii. Przyjeżdża pociągami. – To dobrze, prawda? Pewnie ci miło zobaczyć dawnego kolegę. – Było mi przykro, kiedy się dowiedziałem, że nadal nie może rapować – nawet po drugiej operacji – ale jego ciocia znalazła mu pracę dozorcy w kościele, który prowadzi również przedszkole. Naciera ławki olejem sosnowym i myje podłogi, wynosi śmieci i co wieczór odkurza. Pachnie jak las sosnowy, co w sumie jest miłym dodatkiem. Ale Danny jest teraz bardziej cichy niż go zapamiętałem z niedobrego miejsca.


– Powiedziałeś Danny’emu o tym, co ci zrobiła Tiffany? – pyta Cliff. – Tak, powiedziałem. – Co on na to? – Nic. – Dał ci jakąś radę? – Nie prosiłem go. – Rozumiem. – Cliff chwyta się za brodę, co oznacza, że zaraz powie coś, co powiedziała mu mama. – Pat, wiem, jak straciłeś pamięć. Wszyscy wiedzą. – Robi przerwę i próbuje ocenić moją reakcję. – I myślę, że ty też pamiętasz. Mam rację? – Nie. – Chcesz, żebym ci powiedział, jak straciłeś pamięć? – Nie. – Dlaczego? Nic nie mówię. – Wiem, że doktor Timbers opowiadał ci tę historię codziennie jako część terapii. Dlatego nigdy nie podjąłem tego tematu. Pomyślałem, że może porozmawiasz o tym ze mną,


kiedy będziesz gotowy, ale minęło prawie pięć miesięcy i teraz masz złamaną nogę, a sytuacja się pogorszyła. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czas na zmianę taktyki. To, co Tiffany zasugerowała w związku z zamknięciem rozdziału, to prawda. Nie twierdzę, że pochwalam jej metody, ale naprawdę powinieneś się pogodzić z tym, co się stało, Pat. Musisz zostawić to za sobą. – Może mój film się jeszcze nie skończył – mówię, bo czasem filmowcy próbują nabrać widzów na fałszywe nieszczęśliwe zakończenie i kiedy już się wydaje, że nie ma nadziei, dzieje się coś dramatycznego, co prowadzi do szczęśliwego finału. Mam wrażenie, że to dobry moment, żeby zdarzyło się coś dramatycznego, zwłaszcza że są moje urodziny. – Twoje życie to nie film, Pat. Życie nie jest jak film. Jesteś kibicem Orłów. Po tylu ligowych sezonach bez Super Bowl powinieneś wiedzieć, że w prawdziwym życiu zakończenia często bywają po prostu kiepskie. – Jak możesz tak mówić, zwłaszcza że Orły wygrały cztery mecze z rzędu i są w fazie play-off mimo kontuzji


McNabba! – Cliff tylko patrzy na mnie, prawie jakby się mnie bał, i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że przed chwilą krzyczałem. Nie mogę jednak przestać. – Z takim negatywnym nastawieniem na pewno skończy się źle, Cliff! Zaczynasz mówić jak doktor Timbers. Lepiej uważaj, bo inaczej zeżre cię pesymizm. Potem następuje długa cisza i Cliff robi naprawdę zatroskaną minę, co zaczyna mnie martwić. W drodze do domu, mama mówi mi, że będziemy mieć gości z okazji moich urodzin. Urządza mi urodzinowy obiad. – Nikki też będzie? – pytam. – Nie, Pat. Nikki już nigdy nie będzie – mówi mama. – Nigdy. Kiedy dojeżdżamy do domu, mama pomaga mi usiąść w salonie, a sama przyrządza klopsa, ziemniaki, fasolkę i szarlotkę. Próbuje mnie zagadywać, ale nie mam ochoty na rozmowę. Jake i Caitlin przyjeżdżają jako pierwsi i próbują mnie rozweselić, entuzjastycznie opowiadając o Orłach, ale to nie przynosi rezultatu.


Kiedy pojawiają się Ronnie i Veronica, Emily wspina mi się na kolano, co trochę poprawia mi humor. Caitlin pyta Emily, czy chciałaby coś namalować na gipsie wujka, i kiedy dziewczynka potakuje, mama wyciąga zestaw kolorowych mazaków i wszyscy przyglądamy się, jak Emily rysuje. Zaczyna od nieforemnego kółka, co jest zrozumiałe, bo gips nie jest ani gładki, ani płaski. Kiedy jednak zaczyna wszędzie mazać różnymi kolorami, nie potrafię stwierdzić, co to jest, aż w końcu pokazuje paluszkiem na swoje dzieło i mówi: – Pap! – Narysowałaś wujka Pata? – pyta Ronnie i kiedy Emily kiwa głową, wszyscy wybuchamy śmiechem, bo ja wcale tak nie wyglądam. Kiedy siadamy do stołu w jadalni, taty wciąż nie ma w domu. Nawet po wygranej z Dallas nie przestał być małomówny i cały czas chowa się w swoim gabinecie. Nikt nie komentuje nieobecności ojca, więc ja też nie. Danie mamy jest pyszne i wszyscy to potwierdzają. Kiedy nadchodzi czas na ciasto, wszyscy śpiewają mi Sto lat i mała Emily pomaga mi zdmuchnąć świeczki, które


tworzą numer 35. Z trudem mogę uwierzyć że naprawdę mam trzydzieści pięć lat, bo nadal czuję się tak, jakbym miał trzydzieści. A może tylko chciałbym mieć trzydzieści, bo wtedy Nikki byłaby obecna w moim życiu. Po cieście Emily pomaga mi otworzyć prezenty. Dostaję nowiutką drewnianą, ręcznie malowaną planszę do pachesi od mamy, która mówi, że zaprosiła też Danny’ego, ale musiał pracować. Ronnie, Veronica i Emily dają mi polarowy koc Orłów, a Jack i Caitlin – karnet na siłownię w Filadelfii. Na broszurze w pudełku jest napisane, że klub sportowy posiada własny basen, saunę i korty tenisowe, boisko do koszykówki i squasha oraz wszelkiego rodzaju sprzęt do podnoszenia ciężarów i inne maszyny, które pomagają zbudować masę mięśniową. – Sam chodzę do tej siłowni – mówi mój brat. – I pomyślałem sobie, że moglibyśmy zacząć ćwiczyć razem, kiedy noga się wygoi. – Choć nie jestem już tak zainteresowany trenowaniem, zdaję sobie sprawę, że karta członkowska to miły prezent, więc dziękuję Jake’owi. Kiedy przechodzimy do salonu, pytam Veronikę


o Tiffany. – Jak ona się miewa? – pytam nie do końca pewien, czego właściwie chciałbym się dowiedzieć. Kiedy te słowa wydobywają się z moich ust, wszyscy milkną i w powietrzu zalega cisza. – Zaprosiłam ją na twoje przyjęcie – w końcu mówi mama, najprawdopodobniej po to, żeby Veronica nie czuła się źle, że jej siostrę wykluczono z towarzystwa. – Czemu? – pyta Jake. – Żeby znów mogła okłamać Pata? Zabrała mu kolejnych kilka lat? – Ona tylko chciała mu pomóc – mówi Veronica. – Twoja siostra rozumie pomoc w zabawny sposób. – Przestań – Caitlin mówi do Jake’a. I wtedy w pokoju znów robi się cicho. – No więc jak ona się miewa? – pytam, bo naprawdę chcę wiedzieć.


Musisz mi wyświadczyć ogromną przysługę

W sylwestra Jake obiecuje kupić naszym sąsiadom całe morze piwa i w końcu udaje mu się zamienić z karnetowiczem siedzącym przede mną. Jake zajmuje jego miejsce i opiera sobie mój gips na ramieniu, więc jestem w stanie siedzieć podczas meczu z Sokołami. Po kilku minutach pierwszej kwarty główny trener Andy Reid ściąga z boiska rozpoczynających zawodników i komentator oznajmia, że Dallas jakimś cudem przegrało z Detroit, co oznacza, że Orły są na szczycie rankingu ligi piąty raz w ciągu sześciu lat i że wynik tego meczu nie ma znaczenia. Wszyscy na stadionie wiwatują, przybijają sobie piątki i bardzo trudno jest usiedzieć na miejscu. Z rozpoczynającymi skrzydłowymi na murawie, zaczynam trzymać kciuki za Hanka Basketta i rzeczywiście udaje mu się odebrać parę podań podczas pierwszej połowy, co za każdym razem wylewnie świętujemy z Jakiem, bo mam


na sobie koszulkę Basketta włożoną na zimową kurtkę i wszyscy lubimy kibicować niezaciągniętemu debiutantowi. W połowie meczu wynik wynosi siedemnaście do dziesięciu dla Orłów i Scott wychodzi z meczu, mówiąc, że obiecał żonie wrócić do domu przed północą, jeśli Kowboje przegrają, a wynik meczu Orłów będzie już bez znaczenia. Nie puszczam go tak lekko, ale ku mojemu zaskoczeniu mój brat nie dołącza się do docinków. Niedługo po wyjściu Scotta Jake mówi: – Słuchaj, Pat. Caitlin chciała, żebyśmy poszli na wystawny bal sylwestrowy w Hotelu Rittenhouse. Gniewała się dziś na mnie za to, że idę na mecz i zastanawiałem się, czy nie wyjść wcześniej, żeby ją zaskoczyć. Ale nie chcę cię tu zostawiać samego w gipsie. Co byś powiedział, gdybyśmy urwali się przed końcem? Jestem zszokowany i trochę się wściekam. – Chcę zobaczyć, czy Baskett zaliczy drugie przyłożenie – mówię. – Ale ty możesz iść. Dam sobie radę, zwłaszcza że wokół siedzą p r a w d z i w i kibice Orłów – ludzie, którzy zostają na cały mecz. – Nie jest to zbyt miłe


z mojej strony, szczególnie że Caitlin najprawdopodobniej wyszykowana czeka już na powrót Jake’a, ale prawda jest taka, że potrzebuję pomocy brata, żeby wydostać się z Linc o kulach. Mam przeczucie, że w drugiej połowie Baskett będzie często przy piłce i wiem też, że Jake tak czy inaczej chce obejrzeć mecz. Może będzie mógł wykorzystać swojego psychicznie chorego brata jako dobrą wymówkę na przegapienie początku sylwestrowego przyjęcia Caitlin. Może tego Jake naprawdę chce i tego potrzebuje? – Piwo! – wołam do gościa roznoszącego Coors Light, który przechodzi koło naszego rzędu i kiedy się przy nas zatrzymuje, mówię: – Tylko jedno, bo ten tu kolega zostawia swojego niepełnosprawnego fizycznie i niestabilnego umysłowo brata, żeby pójść na przyjęcie do hotelu Rittenhouse, żeby pić szampana z gogusiami w smokingach, którzy w życiu nie słyszeli o Orłach. – Mój brat ma minę, jakbym przywalił mu w brzuch i po chwili wyciąga portfel. – Dobra. Chrzanić to. Niech będą dwa – mówi Jake, a ja się uśmiecham, gdy mój brat siada na fotelu Scotta i pomaga mi ułożyć gips na oparciu pustego siedzenia przede mną.


Przez drugą połowę, Baskett nadal odbiera rzuty A.J. Feeleya i wcześnie w czwartej kwarcie wybiega na out, łapie piłkę i biegnie wzdłuż linii bocznej, zaliczając drugie przyłożenie w swojej karierze. Jake pomaga mi wstać i wtedy wszyscy w naszym sektorze przybijają mi piątki i klepią po plecach, bo na kurtce mam koszulkę Basketta, którą dał mi brat, kiedy wyszedłem z niedobrego miejsca. Później miałem się dowiedzieć, że Baskett jest pierwszym zawodnikiem Orłów, który w tym samym sezonie złapał dwa podania dłuższe niż na osiemdziesiąt cztery jardy zakończone przyłożeniem – co jest osiągnięciem, nawet jeśli zawodnik numer osiemdziesiąt cztery był w tym roku mało znaczącym graczem. – A ty chciałeś sobie iść – mówię do Jake’a. – Baskett, do boju! – odpowiada, obejmuje mnie jednym ramieniem i przytula. Po tym, jak rezerwowi zawodnicy wygrywają zwyczajowy mecz sezonu, Orły kończą ten sezon wynikiem dziesięć do sześciu, zapewniając sobie tym samym przynajmniej jeden mecz w play-off na własnym boisku.


Wychodzę z Linc o kulach, a Jake niczym biegacz na boisku toruje mi drogę przez tłum, krzycząc: „Kaleka! Uwaga, kaleka! Proszę zrobić przejście!”. Z Cliffem i jego kumplami spotykamy się dopiero, kiedy docieramy do namiotu grubych facetów i autobusu Ataku Azjatów. Nasi przyjaciele witają nas skandowaniem nazwiska Basketta, ponieważ numer osiemdziesiąt cztery zaliczył podania na sto siedemdziesiąt siedem jardów, które zmienią kurs jego kariery, i przyłożenie na osiemdziesięciu dziewięciu jardach. Rozmawiamy o nadchodzących rozgrywkach, więc nikt nie się kwapi, by wracać do domu. Pijemy piwo i rozmawiamy o Gigantach, z którymi Orły zawsze grają w pierwszej rundzie. Kiedy Cliff pyta mnie, czy uważam, że nasz zespół pokona Gigantów, odpowiadam: – Orły nie tylko wygrają, ale Hank Baskett zaliczy kolejne przyłożenie. Cliff kiwa głowa, uśmiecha się i mówi: – Powiedziałeś to, zanim jeszcze zaczął się sezon. Hank Baskett rządzi!


Jake idzie pierwszy, bo mają z Caitlin bal sylwestrowy, więc wszyscy sobie z niego żartujemy i mówimy, że jest pantoflarzem, ale chociaż zostawia nas dla swojej kobiety, ściskam się z nim i jeszcze raz dziękuję mu, że został, kupił mi karnet na cały sezon i zapłacił za bilety na fazę play-off, które są dość drogie. I wiem, że Jake wybaczył mi, że przeze mnie ominął go drugi mecz z Dallas, bo odwzajemnia mój uścisk i mówi: – Nie ma sprawy, braciszku! Kocham cię. Niezmiennie. Przecież wiesz. Jake nas zostawia, a my pijemy piwo jeszcze przez pół godziny, ale ostatecznie wszyscy przyznają, że mają jakieś sylwestrowe plany z żonami i wracam do New Jersey autobusem Ataku Azjatów. Orły wygrały ostatnie pięć spotkań i ranking ligowy, więc nie ma sposobu, by powstrzymać Ashwiniego od naciśnięcia klaksonu Ataku Azjatów, kiedy zatrzymuje się przed domem moich rodziców. Gdy rozbrzmiewa donośne skandowanie – „O!-R!-Ł!-Y! Orły!, w drzwiach staje mama. Stojąc na schodkach przed domem, machamy na


pożegnanie odjeżdżającemu zielonemu autobusowi. Jemy razem późny rodzinny sylwestrowy obiad, ale nawet po kolejnym zwycięstwie Orłów i mimo żywych nadziei na puchar Super Bowl, mój ojciec niewiele się odzywa i udaje się do swojego gabinetu, zanim mama skończy jeść, pewnie po to, żeby poczytać powieści historyczne. Na chwilę przed północą, zanim wielka kula na Times Square opadnie na ogromnym płaskim ekranie telewizora taty, mama pyta, czy chcę wyjść na zewnątrz, żeby walić w garnki i patelnie, jak to mieliśmy w zwyczaju, kiedy byłem mały. Mówię mamie, że nie bardzo, bo na zewnątrz jest zimno, więc zasiadamy na kanapie i oglądamy, jak ludzie świętują na Times Square. Rok 2006 staje się 2007. – To będzie dla nas dobry rok – oświadcza mama, a potem zmusza się do uśmiechu. Odwzajemniam jej uśmiech, nie dlatego, że uważam, że to będzie dobry rok, ale dlatego, że tata poszedł spać godzinę temu, Nikki nie wróciła i nic nie wskazuje na to, żeby 2007 rok miał być dobry dla mamy albo dla mnie, a mimo to mama


próbuje myśleć pozytywnie, tak jak mnie tego uczyła wiele lat temu. Ciągle ma nadzieję. – To będzie dobry rok – odpowiadam. Kiedy mama zasypia na kanapie, wyłączam telewizor i patrzę, jak oddycha. Nadal ładnie wygląda i gdy widzę, jak spokojnie odpoczywa, zaczynam gniewać się na tatę, chociaż wiem, że go nie zmienię, ale chciałbym, żeby przynajmniej spróbował bardziej doceniać mamę i poświęcać jej więcej uwagi, szczególnie że nie może zwalić swojego ponurego nastroju na Orły, bo bez względu na to, co się stanie w fazie play-off, sezon i tak jest sukcesem, tym bardziej że drużyna dotarła tak daleko, i to bez McNabba. A mimo to wiem, że ojciec najpewniej się nie zmieni, bo znam go od trzydziestu pięciu lat i zawsze był taki sam. Mama przyciąga do siebie łokcie, podkurcza kolana blisko ciała i zaczyna drżeć, wiec dźwigam się do góry. Chwytam kule i idę do szafy. Biorę koc z dolnej półki, wracam do mamy i przykrywam ją, ale ona nie przestaje się trząść. Idę jeszcze raz do szafy i zauważam grubszy koc na najwyższej z półek, więc sięgam po niego i ściągam go na dół. Spada mi


na głowę chwilę potem, jak słyszę, że coś z trzaskiem spada na podłogę. Spoglądam w dół i u moich stóp leży kaseta wideo w białym plastikowym opakowaniu, na którym widnieją dwa dzwoneczki. Wspierając się na kulach, wracam do mamy i przykrywam ją grubszym kocem. Trudno mi podnieść kasetę, bo w gipsie nie mogę kucać. Muszę usiąść na podłodze, żeby ją podnieść. Kiedy udaje mi się przesunąć pod telewizor, wkładam kasetę do odtwarzacza. Spoglądam za siebie, żeby się upewnić, że mama twardo śpi, po czym ściszam głos i włączam odtwarzanie. Kaseta nie jest całkowicie przewinięta i zaczyna się od weselnego obiadu. Nasi goście siedzą w sali balowej Glenmont Country Club, który jest ośrodkiem golfowym w szpanerskim miasteczku na obrzeżach Baltimore. Kamera skierowana jest na wejście, ale widać też parkiet do tańca i zespół. – Przywitajmy weselników po filadelfijsku – mówi wokalista do mikrofonu, a na te słowa sekcja dęta zespołu zaczyna grać Gonna Fly Now!. Gitarzysta, basista i perkusista


szybko się włączają i choć muzyka nie jest dokładnie taka jak w Rockym, uchodzi. – Rodzice pana młodego – państwo Peoples! Kiedy mama i tata przechodzą przez parkiet, trzymając się pod ramię, goście wiwatują. Zbolała mina ojca sugeruje, że to najgorsza chwila jego życia. – Rodzice panny młodej, państwo Gates. Rodzice Nikki idą prze parkiet, delikatnie podskakując, przez co robią wrażenie lekko pijanych, co było zresztą zgodne z prawdą. Uśmiecham się na myśl o tym, jacy zabawni byli moi teściowie, kiedy się trochę napili. Naprawdę tęsknię za rodzicami Nikki. – Drużbowie, Elizabeth Richards i Ronnie Brown. Liz i Ronnie wychodzą, machając do gości, jakby byli z rodziny królewskiej, co wygląda dziwnie i ten gest przycisza aplauz gości. Ronnie wygląda na filmie młodo i myślę o tym, że on wtedy nie był jeszcze ojcem, a małej Emily nie było na świecie. – Starsi drużbowie, Wendy Rumsford i Jake Peoples! Jake i Wendy idą przez parkiet, jakby prosto na kamerę,


aż ich twarze robią się normalnych rozmiarów na ogromnym płaskim monitorze telewizora. Wendy zaczyna krzyczeć, jakby była na meczu Orłów, a Jake mówi: – Kocham cię, braciszku – po czym całuje obiektyw kamery, zostawiając na nim rozmazany kształt ust. Przed obiektywem pojawia się dłoń operatora, który szybko czyści szkło kawałkiem tkaniny. – A teraz po raz pierwszy prezentujemy wszystkim państwa Peoples! Goście wstają i wiwatują, kiedy wchodzimy do sali. Nikki w sukni ślubnej wygląda przepięknie. Przechyla głowę w uroczej, nieśmiałej pozie, z brodą blisko szyi, i widząc ją, zaczynam płakać, bo tak bardzo za nią tęsknię. Kiedy ruszamy na parkiet, zmienia się piosenka i słyszę seksowne dźwięki keyboardu i delikatne szeleszczenie talerzy. Saksofonista sopranowy robi krok do przodu i rozpoczyna się Songbird. Coś w mojej głowie zaczyna się topić i mam wrażenie, jakby zamarzał mi mózg albo jakby ktoś wbijał mi głęboko w głowę szpikulec do lodu. Nie widzę już ekranu telewizora,


przez zaparowaną przednią szybę widzę drogę i zacinający deszcz. Nie ma jeszcze szesnastej, ale jest ciemno, jakby był środek nocy. Jestem zdenerwowany, bo przede mną duży mecz, a dach sali gimnastycznej jest dziurawy jak sito, więc musiałem odwołać trening koszykówki. Chcę tylko wziąć prysznic i obejrzeć nagrania z meczów. Kiedy jednak wchodzę do domu, słyszę jęczący saksofon i myślę, że to dziwne, że o tej porze z mojej łazienki dobiega Kenny G. Dźwięki jego muzyki unoszą się w powietrzu. Otwieram drzwi łazienki, czuję, jak para liże mnie po twarzy i zastanawiam się, dlaczego Nikki słucha piosenki z naszego ślubu pod prysznicem. Raz jeszcze solo Kenny’ego osiąga punkt kulminacyjny. Odtwarzacz stoi na umywalce, ale na podłodze leżą dwie sterty ubrań, a obok magnetofonu znajduje się para okularów. Seksowne akordy na keyboardzie, delikatne szeleszczenie talerzy. – Ty pieprzona dziwko! – krzyczę, zrywając zasłonę prysznicową z drążka, odsłaniając wiele okropnego, namydlonego ludzkiego ciała.


Stoję w wannie. Moje ręce zaciskają się wokół jego gardła. Stoję teraz między nimi, woda z prysznica uderza mnie w plecy jak gorące szprychy, obciążając mi dresowe spodnie. On jest w powietrzu, i błaga mnie wzrokiem o jeden oddech. Jego ręce próbują przerwać mój uścisk, ale mężczyzna jest maleńkim, słabym człowieczkiem. Nikki wrzeszczy, Kenny G gra, kochanek Nikki robi się fioletowy. Jest taki drobny, że jedną ręką mogę go trzymać przyciśniętego do płytek. Odchylam łokieć, ściskam dłoń w pięść twardą jak skała i wymierzam cios. Jego nos eksploduje jak saszetka ketchupu. Gałki oczne wędrują do góry, a ręce odrywają się od moich. Kiedy odsuwam pięść po raz drugi, muzyka ustaje i nagle ląduję w wannie na plecach, a nagi kochanek Nikki znajduje się poza nią. Naga Nikki trzyma magnetofon w trzęsących się dłoniach. Kiedy próbuję wstać, jeszcze raz wali mnie odtwarzaczem po głowie. Moje kolana się uginają i widzę srebrny sznur prysznicowy, który wzrasta nade mną jak gruby, błyszczący wąż i atakuje twarde miejsce tuż nad moją prawą brwią, a wtedy… Budzę się w szpitalu i od razu zaczynam wymiotować,


aż w końcu przychodzi pielęgniarka i każe mi nie ruszać głową. Płaczę i wołam Nikki, ale nie przychodzi do mnie. Okropnie boli mnie głowa. Kiedy dotykam czoła, czuję jakiś opatrunek, ale wtedy moje ręce siłą zostają przyciągnięte do boków. Pielęgniarki wrzeszczą i mnie przytrzymują, tak jak i lekarze. Czuję ukłucie na ramieniu i… Kiedy mrugam, widzę moje odbicie na pustym ekranie telewizora. Nagranie się skończyło. Na płaskim ekranie taty jestem rzeczywistych rozmiarów i w odbiciu na ciemnym tle ekranu nad prawym ramieniem widzę, że mama nadal śpi na kanapie. Gdy się tak w siebie wpatruję, mała biała blizna zaczyna mnie swędzieć, ale właściwie to nie chcę się uderzać pięścią po czole. Staję na nogi i o kulach udaję się do kuchni. Notes z adresami nadal leży w szafce nad kuchenką. Wybieram numer domowy Jake’a. Słuchając sygnałów w słuchawce, patrzę na zegar na mikrofali: jest druga pięćdziesiąt cztery nad ranem. Przypominam sobie, że Jake jest na nadętej imprezie w hotelu i do rana nie będzie go w domu, postanawiam więc zostawić mu wiadomość.


– Dzień dobry, dodzwoniłeś się do Jake’a i Caitlin. Prosimy zostawić wiadomość po sygnale. Piiii. – Jake, to ja, twój brat. Musisz mi wyświadczyć przysługę…


Najlepsze intencje

Pat, minęło już trochę czasu. Mam nadzieję, że wystarczająco dużo. Jeśli jeszcze nie podarłeś tego listu, to proszę, przeczytaj go do końca. Jak zdążyłeś się przekonać, lepszy ze mnie pisarz niż mówca. Wszyscy mnie nienawidzą. Wiesz, że Twój brat przyszedł do mnie do domu i groził, że mnie zabije, jeśli spróbuję się z Tobą skontaktować? Naprawdę mnie przestraszył – na tyle, by powstrzymać mnie od napisania wcześniej. Nawet moi rodzice robili mi wyrzuty za to, że podszyłam się pod Nikki. Moja terapeutka mówi, że ta zdrada może się okazać nie do wybaczenia i po sposobie, w jaki powtarzała słowo „niewybaczalna”, mogłam się zorientować, że jest mną rozczarowana. Prawda jest jednak taka, że zrobiłam to dla Twojego dobra. Miałam nadzieję, że


kiedy zamkniesz za sobą ten rozdział i pogodzisz się z utratą Nikki, dasz mi szansę, zwłaszcza że tworzymy taką dobrą taneczną parę, oboje lubimy biegać, mamy podobną sytuację mieszkaniową i – nie bójmy się tego powiedzieć – oboje ciężko walczymy, żeby się jakoś pozbierać do kupy. Mamy wiele wspólnego, Pat. Nadal czuję, że nie bez powodu pojawiłeś się w moim życiu. Ponieważ Cię kocham, chcę Ci opowiedzieć coś, czego – poza moją terapeutką – nikomu nie mówiłam. Trochę nawaliłam, więc mam nadzieję, że będziesz w stanie to wszystko znieść. Na początku nie miałam zamiaru Ci tego mówić, ale pomyślałam, że sytuacja nie może już chyba się pogorszyć i może zdziała tu coś odrobina szczerości. Nie wiem, czy wiedziałeś, ale Tommy był gliną. Był zatrudniony w komisariacie w Meadowville i został przydzielony do miejscowego liceum jako konsultant i doradca. Połowę swojego czasu spędzał więc, pomagając zmagającym się z problemami nastolatkom, a drugą połowę jak każdy normalny glina. Mówię Ci o tym po to, żebyś zrozumiał, że Tommy był dobrym człowiekiem. Nie zasługiwał,


by umrzeć, a jego śmierć bezsprzecznie dowodzi, że życiem rządzi przypadek, że jest popieprzone i przypadkowe do chwili, aż spotka się kogoś, kto nada temu wszystkiemu sens, choćby tylko na chwilę. Tak czy inaczej Tommy doskonale sobie radził z nastolatkami, a nawet zorganizował nadprogramowe warsztaty dla licealistów, które miały wskazywać zagrożenia wynikające z jazdy po pijanemu. Wielu rodziców uważało, że te zajęcia dają ciche przyzwolenie na picie nieletnich, bo tematem nie były zagrożenia wynikające z jazdy po pijanemu, kiedy jest się nastolatkiem, tylko konsekwencje nieodpowiedzialności bez określania wieku kierowcy, więc Tommy musiał walczyć o ich utrzymanie. Tommy powiedział mi, że wielu licealistów pije w każdy weekend, i to często z cichym przyzwoleniem rodziców. A najzabawniejsze było to, że to same dzieciaki przyszły do Tommy’ego i poprosiły o zorganizowanie warsztatów, bo się martwiły, że ktoś w końcu zrobi sobie krzywdę albo zginie, jeśli ich koledzy nadal będą wracać samochodami do domów po imprezach. Rozmawiałbyś w taki sposób z policjantem, kiedy byłeś w tym


wieku? Właśnie takim facetem był Tommy. Ludzie od razu mu ufali. Organizował zatem pogadanki, a nawet nauczycielskie karaoke, podczas którego uczniowie mogli zapłacić, jeśli chcieli usłyszeć, jak ich ulubieni nauczyciele śpiewają najnowsze przeboje. Tommy potrafił nakłonić ludzi, by wzięli udział w takich imprezach. Tommy zawsze był na scenie z młodzieżą, śpiewał i tańczył z innymi nauczycielami, których co do jednego przekonał, żeby przebrali się w śmieszne kostiumy – i wiele razy widziałam rodziców, uczniów i innych pracowników, jak uśmiechali się od ucha do ucha. Nie można było się od tego powstrzymać, bo Tommy był jak zastrzyk pozytywnej energii. Ludzie go słuchali. Kochali go. I ja też kochałam go cholernie mocno. To zabawne, ale Tommy lubił często uprawiać seks. Zawsze chciał się ze mną kochać. Jak tylko wracał do domu z pracy, od razu zaczynał mnie obejmować. Gdy budziłam się rano, on już na mnie leżał. Z trudem mogliśmy zjeść posiłek, żeby pod stołem nie szukał dłońmi moich nóg. I jeśli Tommy był w domu, nie było mowy, żebym obejrzała jakiś program do


końca, bo jak tylko zaczynała się przerwa na reklamy, rzucał mi wymowne spojrzenie i był sztywny jak maszt. To były szalone czasy i uwielbiałam to przez pierwsze dziesięć lat naszego małżeństwa. Potem trochę się tym zmęczyłam. Życie to nie tylko seks, prawda? I tak pewnego słonecznego poranka, kiedy właśnie skończyliśmy się kochać pod stołem w kuchni, rozległ się gwizd czajnika, więc wstałam, by zalać nam dwie filiżanki herbaty. – Tak sobie myślę, że powinniśmy ograniczyć stosunki do określonej liczby w tygodniu – powiedziałam. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy. Wyglądał, jakbym strzeliła mu w brzuch. – Coś jest nie tak? – zapytał. – Robię coś źle? – Nie. Nie o to chodzi. – To o co? – Nie wiem. Czy to normalne, żeby uprawiać seks kilka razy dziennie? – Nie kochasz mnie już? – zapytał Tommy z miną skarconego chłopca, którą teraz widzę za każdym razem, kiedy wieczorem zamykam oczy.


Oczywiście powiedziałam Tommy’emu, że kocham go nad życie, ale po prostu chcę trochę zwolnić z seksem. Powiedziałam mu, że wolałabym więcej rozmawiać, chodzić na spacery i znaleźć jakieś nowe zainteresowania, żeby seks mógł na powrót stać się wyjątkowy. – Kiedy kochamy się tak często – powiedziałam mu – to magia jakby znika. – Nie pamiętam dlaczego, ale zasugerowałam, że powinniśmy pojechać na konie. – Mówisz, że magia zniknęła…? – zapytał i to były ostatnie słowa, które w ogóle do mnie wypowiedział… Pamiętam, że długo mu potem tłumaczyłam, że możemy się kochać, ile tylko chce, i że to była tylko propozycja, ale widziałam, że go zraniłam. Cały czas patrzył na mnie podejrzliwie, jakbym go zdradzała. Ale tak nie było. Po prostu chciałam odrobinę zwolnić, żebyśmy mogli bardziej cieszyć się seksem. Za dużo dobrego – to był mój jedyny zarzut. Nie miałam jednak wątpliwości, że wyrządziłam mu przykrość, bo zanim zdążyłam dokończyć te tłumaczenia, wstał i poszedł na górę wziąć prysznic, a potem wyszedł z domu, nawet się ze mną nie żegnając.


Zadzwonili do mnie do pracy. Pamiętam tylko, jak usłyszałam, że Tommy został ranny i zawieziono go do szpitala West Jersey. Kiedy tam dotarłam, w środku było granatowo od mundurów policyjnych. Zaszklone oczy policjantów mi powiedziały. Potem dowiedziałam się, że podczas przerwy na lunch Tommy pojechał do galerii handlowej. W jego radiowozie znaleźli całą torbę bielizny z Victoria’s Secret w moim rozmiarze. W drodze powrotnej do Meadowville zatrzymał się na autostradzie, żeby pomóc starszej kobiecie, której zepsuł się samochód. Tommy wezwał pomoc drogową i czekał ze zdenerwowaną kobietą, rozmawiając z nią przez opuszczone okno jej samochodu. Tommy zawsze tak robił. Radiowóz znajdował się za nimi, światła były włączone, ale Tommy stał na skraju pobocza. Jakiś kierowca, który napił się do lunchu, upuścił telefon i kiedy nachylił się, żeby go podnieść, przekręcił kierownicę na prawo, przejechał przez dwa pasy i… Nagłówek w gazecie brzmiał: „Funkcjonariusz Thomas Reed, autor warsztatów na temat konsekwencji jazdy po


pijanemu prowadzonych w liceum w Meadowville, zabity przez nietrzeźwego kierowcę”. To było jednocześnie ironiczne, zabawne i sadystyczne na swój sposób. Na pogrzebie zjawił się cały tłum policjantów. Dzieciaki z liceum zamieniły mój trawnik w mauzoleum i stały na chodniku ze świecami i kwiatami. Kiedy odmówiłam wyjścia na zewnątrz, młodzież tak cudnie śpiewała przez pierwsze kilka dni. Chór smutnych, pięknych głosów. Nasi przyjaciele przynosili jedzenie, wielebny Carey mówił o niebie, moi rodzice płakali ze mną, a Ronnie i Veronica mieszkali u mnie przez pierwsze kilka tygodni. Ja mogłam jednak myśleć tylko o tym, że Tommy umarł w przekonaniu, że nie chcę już uprawiać z nim seksu. Czułam się taka winna, Pat. Chciałam umrzeć. Nie pojechałby do Victoria’s Secret w przerwie na lunch, gdybyśmy się nie pokłócili, a wtedy nigdy nie spotkałby kobiety w zepsutym samochodzie, a w rezultacie nigdy by nie zginął. Czułam się taka winna. Tak cholernie winna. Po kilku tygodniach wróciłam do pracy, ale w głowie miałam chaos. Moje poczucie winy zamieniło się w niepohamowane pragnienie seksu. Zaczęłam więc chodzić


do łóżka z różnymi facetami, a właściwie z kim się dało. Wystarczyło jedynie spojrzeć na faceta w odpowiedni sposób i po paru sekundach wiedziałam, czy będziemy się pieprzyć, czy nie. A kiedy to się działo, zamykałam oczy, i udawałam, że to Tommy. Chciałam znów być z moim mężem, mogłam się pieprzyć gdzie popadnie. W samochodzie. W szatni. W pracy. W bocznej uliczce. Za krzakiem. W toalecie. Gdziekolwiek. W mojej głowie zawsze byłam pod stołem w kuchni i Tommy do mnie wracał, a ja mówiłam mu, że wcale nie zmęczył mnie seks i że będę się z nim kochać tyle razy, ile będzie chciał, ponieważ kochałam go z całego serca. Byłam chora. A mężczyzn chętnych, by wykorzystać moją chorobę, nie ubywało. Wszędzie znaleźli się tacy, którzy z pocałowaniem ręki przelecieliby psychicznie chorą kobietę. Oczywiście to doprowadziło do utraty pracy, do terapii i wielu badań. Na szczęście nie zaraziłam się żadną chorobą i z radością dam się jeszcze raz przebadać, jeśli kiedyś stanie się to dla nas istotne. Ale nawet gdybym zaraziła się wtedy AIDS albo czymś innym, to byłoby to tego warte. Musiałam zamknąć tamten rozdział. Potrzebowałam wybaczenia.


Potrzebowałam przeżyć to marzenie do końca. Musiałam się pieprzyć, żeby zapomnieć o poczuciu winy i móc się wreszcie kiedyś wydostać z mgły, która mnie otaczała, żeby znów coś poczuć, poczuć cokolwiek. Zacząć żyć na nowo, co udaje mi się dopiero teraz, odkąd się zaprzyjaźniliśmy. Muszę przyznać, że podczas obiadu u Veroniki myślałam o Tobie tylko jak o szybkim numerku. Zmierzyłam Cię wzrokiem w tej Twojej głupiej koszulce Orłów i pomyślałam, że uda mi się zaciągnąć cię do łóżka, żebym mogła udawać, że jesteś Tommym. Dawno tego nie robiłam. Nie czułam już potrzeby uprawiania seksu z obcymi mężczyznami, ale Ty nie byłeś obcy. Zostałeś osobiście wybrany przez moją siostrę. Byłeś zaufanym gościem, z którym próbował wystawić mnie Ronnie. Pomyślałam więc, że mogłabym zacząć regularnie z Tobą sypiać, żebym znowu mogła fantazjować o Tommym. Kiedy jednak przytuliłeś mnie przed domem moich rodziców i kiedy ze mną płakałeś, wszystko się zmieniło, i to bardzo. Na początku tego nie rozumiałam, ale kiedy biegaliśmy razem, jedliśmy płatki w barze, pojechaliśmy na


plażę i zostaliśmy przyjaciółmi – po prostu przyjaciółmi, bez seksu, który wszystko by skomplikował – zwyczajnie czułam się dobrze. Polubiłam przebywanie w Twoim towarzystwie, nawet jeśli nic nie mówiliśmy. Zrozumiałam, że coś do Ciebie czuję, kiedy zaczęłam się wzdrygać na dźwięk imienia Nikki. Było dla mnie jasne, że nigdy nie zejdziesz się z żoną, więc zadzwoniłam do Twojej mamy i upiłam ją w miejscowym barze, a ona wszystko mi o Tobie opowiedziała. Nie widziałeś mnie, ale byłam na podjeździe, kiedy wróciła do domu taka pijana, że musiałeś jej pomóc wejść po schodach do domu. Odwiozłam ją wtedy. Po tym, co się stało z Tommym, w ogóle nie piję. Od tamtej pory spotykam się z nią co tydzień, Pat. Twoja mama potrzebowała przyjaciela. Potrzebowała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o Twoim ojcu, więc słuchałam jej. Na początku wykorzystywałam ją, żeby zdobyć informacje, ale teraz jesteśmy jakby przyjaciółkami. Nie wiedziała o listach, które pisałam jako Nikki, i była na mnie bardzo zła po tym zajściu w święta, ale o tym liście oczywiście wie, bo sama Ci go dostarczyła. To silna kobieta o ogromnym sercu. Zasługuje na


kogoś lepszego niż Twój ojciec, no i może Ty zasługujesz na kogoś lepszego niż ja. Życie takie już jest. Napisałam te listy z nadzieją, że pomogę Ci zamknąć pewien etap. Mnie udało się to zrobić przez seks bez zobowiązań. Musisz wiedzieć, że wymyśliłam to całe łącznictwo, kiedy miałam już pewność, że Nikki nigdy w życiu nie zgodzi się na rozmowę z Tobą. Może nigdy mi nie wybaczysz, ale chciałam, żebyś wiedział, że miałam dobre intencje i nadal Cię kocham na swój własny popaprany sposób. Tęsknię za Tobą. Naprawdę. Możemy być chociaż przyjaciółmi? Tiffany


Mam cię!

Danny kończy czytać ostatni list od Tiffany i wzdycha, drapie się po afro i przez kilka minut patrzy przez okno mojej sypialni. Jestem ciekaw jego opinii, bo jest jedyną znaną mi osobą, która nie ma wyrobionego zdania na temat Tiffany. Wszyscy pozostali są oczywiście uprzedzeni, włączając w to Cliffa. – No i? – pytam w końcu. Siedzę oparty plecami o wezgłowie łóżka, a moja noga w gipsie spoczywa na kilku poduszkach. – Co powinienem zrobić? Danny siada, otwiera pudełko pachisi i wyciąga ręcznie malowaną drewnianą planszę oraz pionki, które mama dała mi na urodziny. – Mam ochotę zagrać czerwonym – mówi. – A ty? Wybieram kolor niebieski i rozkładamy planszę na małym stoliczku, który mama wstawiła do mojego pokoju, kiedy ze złamaną nogą wróciłem do domu ze szpitala. Gramy


w pachisi jak zawsze, kiedy Danny mnie odwiedza i bardzo szybko dociera do mnie, że on nie ma zamiaru się wypowiadać w kwestii Tiffany, pewnie dlatego, że wie, iż tylko ja mogę podjąć decyzję. A może po prostu chce tylko grać? Nigdy nie znałem nikogo, kto by tak kochał pachisi i zawsze kiedy Danny stawia pionka na jednym z moich pól, posyłając mojego na sam początek trasy, pokazuje na mnie i krzyczy: „Mam cię!”, na co ja zawsze wybucham śmiechem, bo on śmiertelnie poważnie traktuje pachisi. Choć mnie gra w pachisi tak bardzo nie cieszy, a Danny nie chce odpowiedzieć na żadne z moich pytań, dobrze mieć go znowu w moim życiu. Gramy w pachisi przez wiele godzin. Dni mijają, a mój wynik w starciach z Dannym rośnie do trzydziestu dwóch wygranych i dwustu trzech strat. Danny jest graczem pierwszej wody i nie ma sobie równych w rzucaniu kośćmi. Kiedy mówi, że „tatuś potrzebuje dubletu”, prawie zawsze wyrzuca dwie szóstki. Danny potrafi wyrzucić wszystko, czego potrzebuje „tatuś”.


Przedrzeć się przez nimbostratusa

Tydzień po tym, jak ściągnięto mi gips, stoję sam na kładce w Knight’s Park i opieram się całym ciężarem ciała o balustradę, spoglądając w dół na staw, który mógłbym obejść w niecałe pięć minut. Wodę pokrywa teraz cienka warstwa lodu i chciałbym ją przebić małymi kamyczkami, ale nie wiem dlaczego, tym bardziej że nie mam żadnych ze sobą. Mimo to, bardzo chcę rzucać kamieniami, bardzo chcę robić dziury w tafli, by dowieść, że jest krucha i tymczasowa, by zobaczyć, jak wzbiera pod nią mętna woda i wydobywa się przez otwór, który sam zrobiłem. Myślę o ukrytych pod lodem rybach – głównie tych wielkich złotych rybkach, którymi ludzie wypełniają stawy, żeby starsi panowie mieli co karmić wiosną, a mali chłopcy łapać latem – o rybach teraz zagrzebanych gdzieś w błocie na dnie jeziora. Ale czy te ryby już teraz się zagrzebują? Czy czekają, aż jezioro całkiem zamarznie?


Taka myśl: jestem jak Holden Caulfield martwiący się o kaczki, tylko że ja mam trzydzieści pięć lat, a Holden był nastolatkiem. Może to z powodu wypadku mój mózg cofnął się do nastoletniej fazy? Część mnie chce się wspiąć na barierkę i zeskoczyć z kładki, która ma tylko dziewięć metrów i znajduje się metr nad stawem. Część mnie chce przebić lód stopami, skoczyć do wody i zagrzebać się w błocie, gdzie mógłbym spać miesiącami i zapomnieć o wszystkim, co znów wiem. Część mnie wolałaby nigdy nie odzyskać pamięci i nadal żywić fałszywą nadzieję, której mógłbym się kurczowo trzymać – że wciąż gdzieś jest Nikki, dla której brnę do przodu. Kiedy w końcu przenoszę wzrok z lodu na boisko do piłki nożnej, widzę, że Tiffany przyjęła moje zaproszenie na spotkanie, tak jak przewidział Cliff. Gdy patrzę na nią w oddali, jest wysoka tylko na pięć centymetrów, ma na głowie żółtą czapkę narciarską i biały płaszcz, który zasłania prawie całe jej uda, przez co wygląda jak anioł bez skrzydeł, który rośnie i rośnie. Patrzę, jak mija huśtawki i duży pawilon, w którym stoją piknikowe stoły. Przyglądam się jej, kiedy


idzie brzegiem wody, aż w końcu osiąga swój normalny wzrost, czyli około metra sześćdziesięciu. Kiedy wchodzi na kładkę, od razu wracam spojrzeniem na lód. Tiffany podchodzi do mnie i staje tak, że jej ramię prawie dotyka mojego, ale nie całkiem. Patrzę na nią kątem oka i widzę, że ona też patrzy na cienką taflę lodu, i zastanawiam się, czy też myśli o rzucaniu w nią kamyczkami. Stoimy tak – jak mi się wydaje – godzinami i żadne z nas nic nie mówi. Robi mi się zimno w twarz, już prawie nie czuję nosa ani uszu. W końcu patrzę na Tiffany i pytam: – Dlaczego nie przyszłaś na moje urodziny? – pytam, i to nie najmądrzej, ale nie potrafię wymyślić nic innego, bo nie widziałem Tiffany przez te wszystkie tygodnie, odkąd nawrzeszczałem na nią w Boże Narodzenie. – Mama wspominała, że cię zaprosiła. Czemu nie przyszyłaś? Po długiej ciszy, Tiffany mówi:


– Tak jak napisałam w liście, twój brat zagroził, że mnie zabije, jeśli spróbuję się z tobą skontaktować. Poza tym tego samego dnia przyszedł do mnie Ronnie i zabronił mi przychodzić. Powiedział, że nigdy nie powinien był nas sobie przedstawiać. Rozmawiałem z Jakiem o tej groźbie, ale z trudem mogę sobie wyobrazić, że Ronnie mógłby powiedzieć coś takiego do Tiffany. A mimo to wiem, że Tiffany mówi prawdę. Wydaje się bardzo zraniona i bezbronna – przygryza wargę, jakby to była guma do żucia. Jestem pewien, że Ronnie zrobił to wbrew woli Veroniki. Jego żona nigdy nie pozwoliłaby, żeby powiedział Tiffany coś, co tak zraniłoby jej ego, i myśl, że Ronnie starał się powstrzymać Tiffany od przyjścia na moje przyjęcie, sprawia, że jestem dumny z mojego najlepszego przyjaciela, tym bardziej że, aby mnie chronić, postąpił wbrew żonie. – Szmata mną nie pomiata – mówił Danny za każdym razem, kiedy zaczynałem płakać za Nikki, kiedy jeszcze byliśmy w niedobrym miejscu, przed jego drugą operacją. Na zajęciach z arteterapii Danny zrobił nawet plakat z tymi


słowami napisanymi stylową złotą czcionką, który powiesił pomiędzy moim łóżkiem, a łóżkiem mojego współlokatora Jackiego, ale jedna ze szkaradnych pielęgniarek ściągnęła jego dzieło, kiedy nie było mnie w pokoju, co potwierdził Jackie, mrugając i uderzając głową w ramię. Mimo że zdaję sobie sprawę, że to stwierdzenie jest trochę seksistowskie (bo mężczyźni nie powinni nazywać kobiet szmatami), to powiedzonko sprawia, że się uśmiecham, zwłaszcza że Ronnie jest moim najlepszym kumplem w New Jersey, skoro Jake i Danny mieszkają w Pensylwanii. – Przepraszam, Pat. To chcesz ode mnie usłyszeć? Więc powiem to raz jeszcze. Naprawdę, cholernie cię przepraszam. – Mimo że Tiffany przeklina, jej głos lekko drży jak głos mamy, kiedy mówi coś prosto z serca i zaczynam się bać, że Tiffany za chwilę się rozpłacze, stojąc ze mną na moście. – Jestem porąbana i nie wiem już, jak się porozumiewać z ludźmi, których kocham. Ale miałam na myśli wszystko, co napisałam ci w liście. Gdybym była Nikki, wróciłabym do ciebie w Boże Narodzenie, ale nią nie jestem. Przepraszam.


Nie wiem, co odpowiedzieć, więc stoimy tak razem w milczeniu. Nagle z jakiegoś zwariowanego powodu chcę opowiedzieć Tiffany finał mojego filmu. Tego, którym było moje dawne życie. Myślę sobie, że powinna poznać zakończenie, szczególnie że grała w nim znaczącą rolę. I wtedy słowa zaczynają same się ze mnie wylewać. – Postanowiłem spotkać się z Nikki, żeby wiedziała, że już pamiętam, co między nami zaszło, i nie mam jej niczego za złe. Mój brat zawiózł mnie pod mój dawny dom w Maryland i okazuje się, że Nikki nadal tam mieszka. To było trochę dziwne, chociażby dlatego, że ma nowego mnie – Phillipa, który pracuje z Nikki i też uczy angielskiego. To on zawsze nazywał mnie niepiśmiennym bufonem, bo nigdy nie czytałem wielkiej literatury – mówię, omijając część dotyczącą duszenia i okładania pięściami gołego Phillipa, kiedy przyłapałem go pod prysznicem z Nikki. – Gdybym był na jego miejscu, to raczej nie chciałbym mieszkać w domu byłego męża mojej żony. Dziwne, prawda? Tiffany nie odzywa się, kiedy milknę, więc opowiadam


dalej. – Kiedy jechaliśmy moją dawną ulicą, padał śnieg, co w Maryland nie zdarza się często i jest dla dzieciaków tym większą frajdą. Na ziemi leżał może z centymetr puchu, ale było go na tyle dużo, że można było wziąć go w dłonie. Zobaczyłem, jak przed domem Nikki i Phillip bawią się z dwójką dzieci. Po ubraniach poznałem, że dziecko w granatowym stroju to chłopiec, a w jasnym różowawym biega jeszcze mniejsza dziewczynka. Kiedy ich minęliśmy, powiedziałem Jake’owi, żeby zaparkował samochód przy kolejnej przecznicy, byśmy mogli popatrzeć, jak nowa rodzina Nikki bawi się w śniegu. Mój dawny dom znajduje się w dość ruchliwym miejscu, więc prawdopodobieństwo, że zwrócimy na siebie uwagę, było niewielkie. Jake zrobił, o co go prosiłem, po czym zgasił silnik, ale zostawił włączone wycieraczki. Opuściłem szybę, bo siedziałem z tyłu z powodu gipsu i przez długi czas patrzyliśmy, jak się bawią, aż Jake w końcu włączył silnik i nastawił ogrzewanie, bo zrobiło mu się zimno. Nikki miała na sobie długi szalik w zielono-białe paski, brązową kurtkę i czerwone rękawiczki. Jej blond włosy


opadały luźno spod zielonej czapki. Piękne loki. Rzucali w siebie śnieżkami. Nowa rodzina Nikki stoczyła piękną śnieżną bitwę. Widać było, że dzieci kochają tatę i mamę i że mama kocha tatę, a rodzice kochają dzieci, kiedy tak obrzucali się śniegiem, gonili na zmianę, śmiali i wpadali na siebie, i… Na chwilę milknę, bo trudno mi wypowiedzieć te słowa. – Wytężam wzrok, żeby dostrzec twarz Nikki, i nawet stojąc ulicę dalej, widzę, że ona nie przestaje się uśmiechać, co sprawia, że i ja jestem bardzo szczęśliwy. Tyle mi wystarczyło, żeby oficjalnie zakończyć rozłąkę i wystartować napisy mojego filmu. Nie musiałem nawet stanąć z nią twarzą w twarz. Poprosiłem więc Jake’a, żeby zawiózł mnie z powrotem do New Jersey, co zrobił bez słowa, bo jest chyba najlepszym bratem na całym świecie. Wychodzi na to, że chcę, żeby Nikki była szczęśliwa, nawet jeśli nie będzie mnie w jej życiu, bo miałem swoją szansę i nie byłem dobrym mężem, a Nikki była wspaniałą żoną i… Znów muszę zrobić sobie przerwę. Kilka razy przełykam ślinę. – I mam zamiar zapamiętać tę scenę jako szczęśliwe


zakończenie filmu z mojego dawnego życia. Nikki bije się na śnieżki ze swoją nową rodziną. Wyglądała na taką szczęśliwą – a jej nowy mąż i dwójka dzieci… Przestaję mówić, ponieważ brakuje mi już słów, jakby zimne powietrze zamroziło mój język i gardło, jakby chłód rozprzestrzeniał się po moich płucach i zmroził moją klatkę piersiową od ��rodka. Tiffany i ja długo stoimy na moście. Choć twarz mam odrętwiałą, zaczynam czuć ciepło w oczach i nagle zdaję sobie sprawę, że znowu płaczę. Wycieram oczy i nos rękawem kurtki i nagle zalewam się łzami. Dopiero kiedy przestaję płakać, Tiffany w końcu się odzywa, choć nie mówi o Nikki. – Kupiłam ci prezent urodzinowy, ale to drobiazg. I nie zapakowałam go ani nie kupiłam ci kartki, bo… bo jestem twoją popapraną przyjaciółką, która nie kupuje kartek i nie pakuje prezentów. I wiem, że jest o miesiąc spóźniony, ale mimo wszystko… Ściąga rękawiczki, odpina kilka guzików i wyciąga mój


prezent z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Biorę od niej zestaw około dziesięciu grubych, laminowanych kartoników o wymiarach mniej więcej dziesięć na dwadzieścia centymetrów, spiętych srebrną klamerką w górnym lewym rogu. Na opakowaniu jest napisane: NIEZBĘDNIK OBSERWATORA NIEBA Trwała i łatwa w użyciu, kolekcja kart identyfikacyjnych dla wszystkich miłośników wypoczynku na świeżym powietrzu – Kiedy biegaliśmy, zawsze patrzyłeś w niebo na chmury – mówi Tiffany. – Pomyślałam, że może będziesz chciał wiedzieć, jakie są między nimi różnice. Z podekscytowaniem odwracam okładkę, żeby móc obejrzeć pierwszą kartę. Po przeczytaniu wszystkiego o czterech podstawowych kształtach chmur – stratusach, nimbusach, cumulusach i cirrusach – po obejrzeniu wszystkich pięknych zdjęć przedstawiających wariacje w czterech


grupach, kończy się na tym, że Tiffany i ja leżymy pośrodku boiska do piłki nożnej, na którym zwykłem grać, kiedy byłem dzieckiem. Spoglądamy na niebo zasnute szarą masą zimowych chmur, ale Tiffany mówi, że jeśli poczekamy wystarczająco długo, uwolni się z niej jakiś kształt i będziemy ją mogli zidentyfikować za pomocą mojego Niezbędnika. Długo leżymy na zamarzniętej ziemi, ale jedyne, co widzimy, to zbity szary koc, który zgodnie z kartami identyfikuję jako nimbostratus – szara masa chmur, z których pada deszcz lub śnieg. Po pewnym czasie głowa Tiffany znajduje miejsce na moim torsie, a moja ręka otacza jej ramię. Przyciągam ją do siebie i drżymy razem sami na boisku przez – jak nam się wydaje – godziny. Kiedy zaczyna padać śnieg, lądują na nas wielkie białe płatki. Boisko w okamgnieniu robi się białe i wtedy Tiffany szepcze do mnie coś bardzo dziwnego. – Potrzebuję cię, Pacie Peoples. Tak cholernie cię potrzebuję – i zaczyna płakać gorącymi łzami, które czuję na skórze, kiedy delikatnie całuje mnie w szyję i pociąga nosem. Jej wyznanie jest tak dalekie od „kocham cię”


zwyczajnej kobiety, ale pewnie bardziej prawdziwe. Miło trzymać Tiffany tak blisko. Przypominam sobie, co powiedziała mama, kiedy chciałem pozbyć się przyjaciółki, zapraszając ją na obiad: „Potrzebujesz przyjaciół, Pat. Jak każdy”. Przypominam sobie też, jak całymi tygodniami Tiffany mnie okłamywała. Pamiętam okropną historię, którą opowiedział mi Ronnie, o tym, jak Tiffany została zwolniona z pracy i do czego się przyznała w swoim ostatnim liście. Pamiętam, jaka dziwna była nasza przyjaźń. I przypominam sobie też, że nikt prócz Tiffany nie był w stanie nawet odrobinę pojąć, jak się czuję, tracąc Nikki na zawsze. Wtedy przypominam sobie, że rozłąka nareszcie się skończyła, a ja mam w ramionach kobietę, która wiele przeszła i bardzo potrzebuje na nowo uwierzyć, że jest piękna. W moich ramionach jest kobieta, która podarowała mi Niezbędnik obserwatora nieba, kobieta, która zna wszystkie moje sekrety, kobieta, która wie, jaki chaos panuje w mojej głowie i ile biorę leków, a mimo to i tak pozwala mi się obejmować. Jest w tym coś bardzo szczerego i nie mogę sobie wyobrazić, że


jakakolwiek inna kobieta mogłaby leżeć ze mną pośrodku zamarzniętego boiska do piłki nożnej podczas śnieżnej zamieci, wbrew wszystkiemu mając nadzieję, że zobaczy pojedynczą chmurę, która przedrze się przez nimbostratusa. Nikki by tego dla mnie nie zrobiła, nawet gdyby była w najlepszym humorze. Przyciągam Tiffany trochę bliżej i całuję twarde miejsce pomiędzy jej idealnymi brwiami, i po głębokim wdechu mówię. – Myślę, że ja też cię potrzebuję.


Podziękowania

Jestem ogromnie wdzięczny rodzinie, przyjaciołom, mentorom i osobom zawodowo związanym z tym projektem, którzy pomogli mi w trakcie pisania i sprawili, że powstanie tej książki stało się możliwe. Na moje podziękowania zasługują: Sarah Crichton i wszyscy pracujący w FSG, Doug Stewart, Seth Fishman, Al, Tata (Dog), Mama, Meg, Micah, Barb i Peague, Jim Smith, Bill i Mo Rhoda, Scott Humfeld (Peruvian), Scott Caldwell (Canadian), Tim i Beth Rayworth, Myfanwy Collins, Richard Panek, Rachel Pollack, Bess Reed Currence (B), Duffy, Flem, Scorso, Martin Clark, Dave King, Roland Merullo, Helena White, ekipa WM – Jean Wertz, Wally Wilhoit, Kalela Williams, Karen Terrey, Beth Bigler, i Tom Léger – Dave Tavani, Lori Litchman, Alan Barstow, Larz i Andrea, Corey i Jen, Ben i Jess, Wujek Dave, Wujek Pete oraz moi Dziadkowie – Dink i H.


Matthew Quick (ur. 1973) to amerykański pisarz, finalista nagrody Fundacji Hemingwaya (Hemingway Foundation / PEN Award) w 2009 roku. Dorastał w New Jersey, a obecnie mieszka w Massachusetts ze swoją żoną – pianistką i pisarką Alicią Bessette. Ukończył literaturę angielską na La Salle University. Rzucił pracę nauczyciela


języka angielskiego, aby napisać swoją pierwszą powieść – Poradnik pozytywnego myślenia. Inne książki jego autorstwa to Sorta Like a Rock Star (2010), Boy 21 (2012) oraz mająca się ukazać w 2013 roku Forgive Me, Leonard Peacock. Jego powieści zostały przetłumaczone na ponad 20 języków. Prawo do sfilmowania najnowszej, nieukończonej jeszcze książki The Good Luck of Right Now zakupiła wytwórnia DreamWorks.



Quick matthew poradnik pozytywnego myślenia 5fantastic pl