Page 1

PIOTR MIERZWA

STEREO


This ring here represents my heart Justin Timberlake

2


Błędne koło Bożenie Kuchcie Powiedz morzu, że nie jestem żadnym człowiekiem. Tak musi być każdy początek wiersza, kursując między nami. Morze nic nie odpowie, ale twoimi ustami. Pobrzmiewać, być powrotem (obłędnym błędem) do rodzinnej przystani. Jałowej wyspy, gdzie ciemno, ciepło, a woda przemienia się w mleko. Powiedz morzu, że nie jestem żadnym człowiekiem. Jestem morskim zwierzęciem. Na razie. Ty jesteś: daleko. Jedno z fałszywych imion (statków), które wypływa z krtani. Morze nic nie odpowie, ale twoimi ustami. Dorzuć, że wracam do domu jako morska pani. Krępe, męskie ciało ląd zawdzięcza Grekom. Powiedz morzu, że nie jestem żadnym człowiekiem. Na powitanie rozmowa o zmarłych pod naszą nieobecność (bełkot). Niech wszyscy słyszą, jak się cieszymy, że zostali sami. Morze nic nie odpowie, ale twoimi ustami. Morze szumi, głośno milczy, nie czeka zaślubin, nie ustala granic. Jest do wyboru: umrzeć, oszaleć, kłamać i stać się kobietą. Powiedz morzu, że nie jestem żadnym człowiekiem. Morze nic nie odpowie, ale twoimi ustami.

3


SUBIEKCJE

4


Zimna wojna Jest zamieć w krótkim wieczorze. Szykują się zamieszki. Podmiot ciągnie do podburzonego miasta, nic o nim nie wiadomo, książki milczą o nim. Pewnie to kobieta, ciężarna i obciążona wytartym tobołkiem. Szklane twarze wieżowców wykrzywiają światło. Mężczyzna z bagażem tuli się do snu na ławeczce. Eksplozja fajerwerków konfuduje zebraną ciżbę, mnożą się marzenia o nadmorskim kurorcie. Jakże wspaniale wyruszyć na wyprawę! Ale konserwatywny element już knuje elokwentny plan powstrzymania przygody, a przygody są tak potrzebne, zarówno dla ludzi i zwierząt.

5


Synu Salomona Poszukującym na pluszowych forach oblubieńca prezentuję wiotkie sylwetki, madrygały, klapsy, cytaty z litanii Zesłanie anioła o kształcie, co czyni mowę niepotrzebną, kreskę koki na jasne postrzeżenie patowej sytuacji, w której się znaleźli, niech drąży ich kornik, niechaj rozejrzą się szerzej niż pejzaż po eksplozji fajerwerków, bowiem jedna jest tylko piosenka, jaką ekspert od pikowanej pościeli, usypiając, nuci przez nos. Odłożywszy słuchawkę, oniemieję, w ucho dyszy echo mchu.

6


Truwerzy i hafciarki w erze czasoprzestrzeni Przykry przypadek przysporzył pięknej przemiany: czas, mój najlepszy przyjaciel, potem długo pusto, nagle pojawia się przestrzeń, jest kłamstwo w świeżym śniegu, ciemnej jamie, mniejszości: zmarznięte hafciarki rozprowadzają koronkę, w przerwie robiąc na szydełku miniaturowe anioły. Półnagie zlatują z półki, reklamując spodnie. Gdzie to podziała się współcześnie przyzwoitość? Gdzie wielkoduszni truwerzy mogą grać bez granic, żeby sprawić przyjemność sobie i hafciarkom? Nie pora się wydymać, kiedy zimne wyspy trzebi epidemia i nie potrzebny już powiernik.

7


Po telefonie stacjonarnym Jest późno. Północ daleko. Światła latarni iskrzą we mgle endogennej. Pod niskim niebem na krzyżówce stacja staje się benzynową stancją, wariat z prosiaczkiem tańczy tango pomiędzy gwiazdą a rozgwiazdą w pełnym morzu, skomunikowanym dobrze krzywym lustrze: cichcem wyzywa na wymazywanie twarzy, szmuglując w okach szelest łusek, oddalone sygnały karetek, bystre riposty rozbłyskują niepotrzebnie, genialna katatonia poleruje rysy.

8


Święto , wybiegam na cięte ulice, wywrócone do góry dniem, wielki brzuch śniętej ryby – szukam kompletnej metody spławiania – spławiania bezradności – małpki na ramieniu – bebech dryfuje wśród kry, odgrywając kluczową rolę melodii na starej wiolonczeli, uda połykają wiolonczelę, uda udają wielkomiejskiego smoka, za dna snując ślad, bliznę dudniących na bruku butów desperados, spocone słońcem kabury pocą kosmate biodra, olbrzymie biblioteki, co wyobcują każdego (wszystkich jeźdźców apokalipsy): nie do pomyślenia, że budzik nie zadzwoni, truposz straci trop, rozkładając się na zacisznym pięterku, samotnie opływając w suwerenne dobra.

9


Niebieska modlitwa Cisza kształtuje poczynania, tatuuje twarze grymasem anielskiego spokoju, upycha śnieg w kieszeniach, rozpuszcza na podniebieniu, gdzie wszyscy się znajdziemy, po niezbędnej stop klatce, rozbawieni, że nareszcie wakacje i zostaliśmy zwolnieni z pracy bezpowrotnie, lecz teraz tego nie ma, to przynosi wiosna, wtedy się roztopimy w nadzwyczajnie zwykłym odejściu zimy ssącej opłatki ostatkami siły.

10


Piosenki o statku W plusku zamieszkać, białym szkwale, na gładkim grzbiecie szczerej fali, rozkołysaniem utracić siebie w jej załomach. Śliczne są lata niepewności, ale śliczniejsze twarde jądro, co eksploduje od przycisku niepoprawnego prezydenta. Te chyże cząstki może złożyć, cóż, paradygmat trąci martwą myszką, w myk między bajki wetkniętą, supłaną z pułapki. Śliczne są dzieje niepewności, ale śliczniejsze śmierć i miłość.

11


-----

12


Ekonomia poetycka Doglądałem domu, kiedy liczby rozprysły się, lśniąc śliną chorego na epilepsję. Ile jeszcze nawrotów? Bez znaczenia. Nadęte popołudnia ciągną się tak daleko, kipią upojną pianą i w drzewach, wraz z uwielbianymi zjawami, więdną wydechy samochodów. Garść mniej wrednych bajek od doktoratu na Hawajach, z życzliwą żoną i brzdącem. Przesyt epoką jednostki na jarmarcznym odludziu, singiel, a za nim album.

13


Roztop się, rφztop Kwiaty zbierane naręczami, które kosiarz pozbawił rodowodu, to są twoje oczy, twój dom. Czasami wychodzisz na ganek i rozpoczyna się apokalipsa słońca. Ażeby nie skończyć z promieniami w odbycie, głaszczesz wielkiego kota, chowasz się w cieniu jego ogona, w samym sercu ogromnej burzy roześmianych zagadnień: strzałem w potylicę zostaniesz sprzątnięty, kiedy pogoda dopisze na rożku kartki zapadły w pamięć motek, urojenie.

14


Jestem kosmicznym silnikiem Gitarzyści się stroją, nadal udaje się dawać na dwie strony, a co jeżeli żyłki w oczach popękają, rozsadzą sielskie oblicze, granat, pogrom, krach, ech, wykaraskany ratownik spuszcza się z uprzęży, spływa Wielkim Kanionem, by było już wiadomo, że nie ma wiernych przestawień ciała; znowu to zrobiłem, zlazłem z wyra, wyzerowałem zarost i się ukąpałem, nic tylko sięgać teraz do najwyższej półki, zdjąć Przymierzalnię i nie przestawać sobie wyobrażać, że wszystko napędzam, a kiedy ustanę, w ziemię palnie kometa

15


Okresy Pośpiech w przytulaniu nie sprzyja perspektywie: jawna konfuzja, stacje i dworce, rozebrana plaża z bąbelkami straceńców w klinicznym odwrocie. Nie na długo starczy im, pary? Obłędne obłoczki, konsumowane monotonnie ze źdźbłem w zębach, w długim biegu przez niebo pochylają strach, lęk, rzekłbyś, trwogę, gdyby robiło to jeszcze różnicę. A tak, to zgaszenie. Dzika radość, pot, luck, party. Krzątanina wokół wiejskiego głupka, orangutana, mokrej koszuli, przewieszonej naraz jak sztandar. Bo jeśli nie przewidywać, spuścić wodę w klopie, na ląd wydostaną się jaszczury. Będą cię kołysać.

16


Moskwa Ale jaja!, mu mówi, komplementuje, mnóstwo drobnostek ma do załatwienia, zaraz się zbiegną przespane suki i nuże, ujadać w gęstej cieczy, choćby niesamowicie, w potoku spraw i zadań, w niezależnym strumieniu nieświadomości, co ponosi niedbale i porzuca jak sam skurwysyn: bezwzględne pływy, ciało z dziurką, przestań!

17


Miejska męska muzyka Grajmy, zacznijmy zabawę w smutną ciuciubabkę (ciebie nie ma), my, z dworca chłopcy, z zoo, ogrodu, klatek szemrzących Laskiem Wolskim — co to nie w snach, a jawnie przeistaczają się w wilczą watahę, niesfornie głodnych, młodych mężczyzn, gotowych odfrunąć w ciele gołąbka pokoju ― albowiem nasi jakby tymczasem ojcowie, matki, rodzeństwo, znajomi zobowiązują nas do odważnego odraczania obłędu, ale akurat po to się tutaj znalazłem (głodny wilczek w szarej strefie), ażeby w końcu uprawiać muzykę nie tylko na własnej wiolonczeli, a razem z tobą tworzyć zespół, elektroniczny duet pod nazwą Relation Ship, który ponoć zatonął, lecz ma się świetnie w otoczeniu szumów, brak mu tylko dwuosobowej załogi — cóż z samym kapitanem pocznie sam stateczek? — na sprzęcie najwyższej klasy nie trzeba nas więcej, we dwóch mu poradzimy, zręcznie sterując na powrót do Gdyni, spławiając w dół Wisły przez Mazowsze po Kraków, dawną stolicę, na peryferiach której statek przycumuje, przedzierzgnie się w suitę dla wilcząt, dla ptaków —

18


Ikonoklasta Znaczy, że poza fartowną rozmową z Supermanem, wychodzi na to, homoseksualistą z Kryptonu, w opatrznościowej obecności oboli i jeleni, pod nieobecność, pod nią się wstrzelamy, można wygłaszać ledwo autokomentarze, wszystko? Osobno chodźże spać! Niewinny, nijaki, z cudzym głosem w gardle rozgarniam sny, posilające pustym monitorem, nic nie wyświetla się i wyświetlić nie ma, wystarczy teraz poddać się, sprzymierzyć z niewiarygodnie odurzonym ciałem, co odrzucone dziurkami w obrazie, przez nie wystaje, oznajmiając, iż musi iść kichnąć, się wysikać i wykalibrować zorzę dystansu;

19


Beznamiętnie Prędkość rozpływa się w pękate popołudnie bez skrupułów, szeregowcy pozwalają sobie na nadludzkie wysiłki, by wreszcie powiodło im się salto mortale, spada im morale, Petroniuszu! Jeżeli to ma być najpiękniejszym, najstraszliwszym wierszem, co ocala przynajmniej jeden świat, nie ma sprawy, ale w pamięci odlicza się sekundy do startu komputera, sprawdzenia poczty i widać jak na dłoni, że epistolografia skarlała, nikt nie martwi się faktem, że czekam właśnie na tę jedyną w swoim rodzaju przesyłkę, która wybawi mnie z karuzeli smutku, wyzwoli z woliery, uwolni z błędnego koła oczekiwania na jedyną w swoim rodzaju przesyłkę, która wybawi mnie z karuzeli smutku, wyzwoli z woliery, uwolni da capo al coda, a kiedy nadciągnie koniec niczym wybuch śmiechu, ciepła letnia burza po skwarnym dniu, nuda opowie się za wdrożeniem okrojonej instrumentacji, na co absolutnie nie będę mógł wyrazić zgody, zagościwszy raz w rytmach o żywocie żałobnika wyrzuconego ze żłobka.

20


Ewentualnie (ciało wszystko pamięta) Nadzwyczajne, tak się dać wysnuć z niepozornego motka, kłębka szarej włóczki i żeby jeszcze wybitnie, ale nie, w całej rozciągłości przeciętnej jednostki, jej niewyróżnianiu się (stawia opór), skazanej w te i we w te na tę samą mantrę, toż-samy różaniec i paciorek, jednaki opad paciorków, co zmiatając z powierzchni troskę, zastępuje ją (kogo? co?) wygodnym wnętrzem, gdzie z łatwością można się poruszać, skoro zakamarki i meandry zaślepione lichym, ale pulchnym kitem (przyjmuje), ba, wiadomo, co doń przynależy, a co należy odeprzeć i wykluczyć, aby wszystko to działało niejako sprawnie, kleiło się odruchowo, kręciło jak z płatka, albo prawie równie klawo (wreszcie wydala), długo i szczęśliwie, a gdyby nawet nie spłynęło żadne z owych błogosławieństw, w pełni i spełnieniu, a jeśli nie tak, to może inaczej:

21


Alba, skandal! Publiczka po koncercie opuszcza hall o opuchniętych oczach. Bliskość jest tak daleko, gdzieś tam za Skałkami Twardowskiego, nazwano ją centrum, lecz to w gruncie rzeczy tylko stare miasto, tak stare, że już nie potrafi sadzić światła w bruździe poranka, jego pochylenie spuentowałby niechybnie rozpad pomarańczy, o czym zaświadczam w tym momencie, a to świadek jest winien, że przetrwał, podczas gdy inni, co komplety doświadczenia mają na wyłączność, nie doczekali, więc on/ona/ono zrywa się co rano z tą niezupełną, niezawodną pamięcią („no co to za wspomnienie, które nie przedstawia mojej własnej śmierci, wszak kiedyś muszę umrzeć?”). A właściwie frapuje to potęgę rozpękłej pomarańczy, że wieczorem reasumuje się przydział dnia, osiągnięcia notując w lewej kolumnie, niepowodzenia w prawej, a dokładnie teraz nie ma tu nikogo, zabrakło nawet oceanu z sennym nawisem klifu, stamtąd można by zrzucać kamyki niczym własne ciało, co podsuwa piosenka, którą nieustępliwie pauzuję z uwagi na okrucieństwo ciszy w przekonywaniu mnie szumem, trzaskiem, jak i polifonią głosów w głowie w momencie przed zaśnięciem?

22


Jałmużna słońce zawisa w miejscu, jak gdyby usłyszało nowoczesnego Jozuego trzydziesty lutego MLB „- - -” Rzucam pracę, wyrządzam krzywdę rodzinie, przechodzę na zasiłek, mam wolę niemocy, niedościgłą w rozwijaniu ukrytej jawności, krzesła bramują obicia, wcześnie wstają grzechy, gęste włosy się czesze cierpliwym grzebykiem, zaplata w warkoczyk, ochładza wachlarzem, wygląda to niemożliwie, ale daje power, ospale koncentruję się na diodzie power i karczemnie mnie cieszy, że w milczeniu przyzwalam na więcej, niż gdybym kołował, zachował się jak świnia, zrywając stosunki z wszystkimi znajomymi, którzy wciąż jeszcze migają ślepo w sztucznym języku międzynarodowym, nie zdoławszy przyswoić polskiego migowego, trzydziesty lutego trwa sobie w najlepsze, samoloty siadają na mglistych lotniskach, nikt nie zauważa detonacji słońca, a przecież porobiło się mrocznie, gorąco, pojemnie, przed nami wieki średnie, szatańskie wersety, wersalki pójdą w niepamięć, a nikt nie będzie spać.

23


( ) Pustka daje niezliczone możliwości, które nie przypominają już niczego, co było wcześniej, mogło być później.

24


Żadna sztuka Elizabeth Bishop, powtórnie Zabawne, jak środowisko rzutuje na zakresy słownictwa określonej osoby, której brakuje czasu na pierdolenie się z opasłym kodeksem leksykonu czy smukłą gazetą. Nóż, miała na gardle nóż. Noc w noc, kiedy kuliła się na posłaniu, dygocząc, powoli się odmykał, zaskakiwał, zadawał jej sznyty, jak gdyby wypełniając kolagenem. Bezwzględnie, o poranku strzepnie raptownie ostrze ze żwawych refleksów, pragnąc jak najprędzej przeniknąć grubość skóry i rozchylić grdykę, która dementowała kilkudniowy zarost: nie sposób niemal ustalić, czy stworzenie było dziewczynką czy chłopaczkiem, i tak już pozostanie, bo nóż ma to w najgłębszym poważaniu. Z pustyni, oferującej anachoretom przestronne schronienie, z miejsca ciążenia to stworzonko porywało się w przestworza, żeby na czas zdążyć w szczelinę w czasoprzestrzeni – czas mu się po drodze przypałętał – którą można przekroczyć het, hen, w tamten świat: to taki sen codzienny, taka nocą senna jawa, że słowa demonstrują dystans, a rżymy gromko i gremialnie, tworzę nierozerwalnie srogi porządek podtekstów, nareszcie nie trzeba już nikomu prawie niczego, wyjąwszy szlugi, se_s.

25


Pomyśl, zanim powiesz, że kochasz mnie nadal Rozśmieszasz mnie do bólu. Jak stali bywalcy: myślimy o rozbiórkach, nie wierząc myśleniu. Świst sunie przez mieszkanie, podwórko, osiedle. Polska jest niemym świadkiem spadania coraz głębiej w ośrodkowy sen. Nie szczędziłeś mi prawdy, śliskiego robaka, którym rozcierasz ściany kościołów, marketów, jakby stan rósł mi w oczach, klasa, autorytet, skąd wyćwiczyła mnie twoja bezczelna ambicja: dobrze to przemyślałem, te bezmyślne ślady, porzucane na skórze, w skórę się wdzierały, zostawiając mnie zbitego sam na sam z miłością, co nie znając języka, wraża się wymownie i rozsadza bełkotem tak spójnym, że znikasz.

26


MARTWE CIAŁO Ja.

27


1. Zadanie Co mówi morze, którym stajesz się znienacka? (Niczego innego kochać nie potrafię.) Wydziela łagodne rozkazy, instrukcje wyjścia, akt zaprzyjaźnienia, bielenia stareńkiej blizny, spaceru pustą ulicą i przełykania piwa gorzką grdyką. To ciało jest drżeniem, tęsknoty i odstąpienia, które sprawuję z pełnoletnią wprawą: paruję i ogarniam. Opar to niesamowite, to pogrzeb morza, odroczony i transponowany gdzie indziej, kiedykolwiek, byle nie tu i teraz, kiedy (a może gdzie?) się zapładniamy, powijając najczulsze bękarty z wodogłowiem, przeznaczone na leniwy holokaust powietrza. Morze daje znaki, że opuścić parujący chodnik niepodobna, a jednak wepchnięta w nas ściana dźwięku zadaje rozstanie.

28


2. Kadłubki Pudło rezonansowe wstało z żołędziem w zębach, kapujesz, nie ma mocy się roześmiać, więc łkając, muszę rozgryźć zapałkę, zakosztować nafty. Sumienie wsysa w rozpadlinę, pociąg znika za zakrętem, malutkie podarki kursują w tę i nazad, w dół i w górę, która jest tylko odwrotną kotliną. Kreślę plan humoreski na temat ludzi bez członków, czując się w obowiązku wyjawić ich sekretne życie na trampolinach, huśtawkach, dwa na raz w kuluarach uprzątniętych piąstkami bóstwa, samczego ciecia ze smokiem na plecach, pompującego mięśnie, z których można odczytać znaki siekaczy kurw. Ostatnio mój dentysta wyszedł z propozycją piaskowania, ale nie mogąc sprostać decyzji, odesłałem go z kwitkiem.

29


3. Rudy rym Wziąłeś mnie z zaskoczenia. Lecz tylko opacznie. Chcę zapragnąć odejść samotnie do szatni, rozbiec się po plecach palcami w elektryczny deszcz, ale nietknięty zaczekaj na spoconym dworcu, martwe ciało dojrzewa, obradza w stalowe przedziały, odjeżdżasz porannym pociągiem spotkać drugą śmierć, niemożność pierwszej porzuciła cię, kiedy zgłaszałeś nieprzygotowanie do powtórki, która zdarzała się szaleńczo gęsto, często, aż po strachliwe stężenie w podróż do domów młodych przyjaciół, dalekich i ściśniętych między innymi domami na miejscu zdarzenia.

30


4. Polanka Wiewiórka przycupnęła w gęstwie prostych włosów. Zamówiwszy śniadanie do łóżka, odebrałem ostry, polski gest w ogołoconej scenografii, która z zakazu wjazdu nad samą sobą wytwarza użalanie, grzechów odpuszczenie, niewyrobienie przydziału obowiązków w m.in. Afryce, fabryce, Hindustanie, krajach ciętej łzy: dokładamy starań, by pod zarządem serca nie wejść sobie na głowę, ale w istocie ono bardziej traci kontrolę nad wyswobodzonym korpusem, nadchodzi las nieprzebrany, miłość gubi włos. Mój los jest przesądzony, podsuwa dyskursik pod spód abstynencji: peruczkę, roztropność.

31


5. Ziemia ognista Porażka za porażką, pożar bierze pożar. Sklejone oczy w świetlówce, sterylny korytarz wymusiły refleksję, pogłębianie strachu o losy miłych, milszych, najmilejszych w zetknięciu z wyższymi siłami, słabością ciała, które chce tylko ciepła, ukojenia, a słowa żyją swoim życiem, żarzą się: żyły światła wygoją sufity, złoża światła uśmierzą portfele, rozłożywszy się w pawi ogon lub szczątki w szpitalnej kostnicy. Ja i ty na wszystko mamy jeszcze czas, zwłaszcza miniony, w tej chwili mijający, osierocimy mieszkania oddzielone od siebie groźbą, gruszką, grzywką.

32


6. Cena osobliwości Pochwały rażą głębiej niż przetrwanie, ziom łapie schizę i kroi się brecht (mrugają na niego przyciemnione okulary). Kiedy starość wyłupia ukryte oczy, widzi się szerzej, dokładniej, naokoło głowy, a nawet dostrzega zbyteczność i niezbywalność błędów. Mądrość, rozkwit w gębie, ciało w konwulsjach, zepsuty suwak ust, to nieprzenikliwy gościniec, który prowadzi do nieprzytomności. Liczbo mnoga, gałganku, nie mogę cię odnaleźć, a używając przeciw tobie braku, przykręcam ekstra czaszkę z miejscem na swój czas. Nic zdrożnego, bynajmniej, nie miałbym na myśli, gdybyś zechciał się zesrać zamiast znaczyć: zdać.

33


7. Filozofki Hej, przyjaciółko, niejedno masz imię, niejeden rodzaj różowawym świtem, przechodzisz chłopcem w kraciastych skarpetkach, co wygłaskany toczy w oczach łzę. Co było wcześniej? Spodnie zmoczone na agorze, platońskie dialogi uryny i dziewcząt o szorstkim zaroście. Zaś na początku? Początkiem była kulminacja globalizacji, Stanów Zjednoczonych tryumf metyski w twym niebywałym niebywaniu. Pozwolisz, że zdradzę nasz sekret uprzejmości: niedotykane ciało umiera pod presją zagubienia w brzasku czarnych, pracowitych gwiazdek, uratuje cię wyłącznie włączenie się w transfery pogodnych myśli, skłonnych, spornych uczuć.

34


8. Pathein O, Cię, Florek! Przeczuwasz, że pochłoną cię kwiaty? Ich kolor, język, twoje przypuszczenie, że wkrótce na amen wysterylizują nas historią, alkoholem dla niecierpliwych, a właśnie nam przydarza się to przeżyć, ten dwusuw i dwutakt najzupełniej w pojedynkę, niewdzięczny tak, że jak dinozaury wolałoby się wypełznąć na lądowisko, aby się napaść trawnikiem i mięsem rodaków, bujnymi bukietami talentu oraz erudycji natury. Jest do pewnego stopnia w kwiatach jaskinia i malowidła naskalne, a do zmiennego galeria handlowa z wektorem bezruchu. Przewidujesz, że pochłoną cię kwiaty? Na hobby nic ci nie powiem (ale sklep się, za).

35


9. Tehun Połączyły się posiłki w jedną, lepką noc. Chłodniejszy pocieszyciel wymierzył erekcję. Odpalam papierosa, raduję się porankiem. Systemem połączonych naczyń i naczynek. Nieśmiało szukam w tobie dolnego dorzecza. Od klęku, dopóki lęku, do rozległej burzy. Przychodzisz nocą na myśl wilgotnego ciała. Lodóweczka proponuje zmrożone tabouleh. Podszeptać się, obłudny, przybywasz co rano. Wieczorem w nos przyłożyć jako J.[ohn] A.[shbery]. Na talerz rozlać plamę niedrogiej oliwy. Umaczać w niej kawałek litewskiego chleba. Takiej gestykulacji poddaje się serce. Historii się poddaje i wygrywa czas.

36


10. Schronienie Skryję się w procę twojego ramienia, spadnę w niższe strefy (Arkadie), morze przyjmując na klatkę, utonę w objęciu (ujściem jest, ujęciem), doszczętnie ukołysze cisza z szumem, szum z ciszą, zsuniemy się w nagie nogi, paznokcie i skórki zjemy sobie nawzajem, i znowu będziemy kilkunastoletni, a bez tęsknoty za cudownymi latami: nieporadni byliśmy, nieskorzy do akcji, rozwoju sztuki wcielenia, jak mam ci to powiedzieć, skoro cię tu nie ma, podskórna zaszłości, że już mi ciebie nie brak, miałeś jakoś na imię, oni wszyscy mieli, i to się zapomniało, i pozostał strach.

37


-----

38


Rajski biegun Szach stwierdził, że obejdę się bez autobusu. Sądzi, że zadowolę się zatruta strzałą. Tą, która obiega wszechświat, ni stąd, ni zowąd trafiając w szynkę. A ja, chociaż wdycham go i wysłuchuję, 0dkąd podbródek podrywał się w żabiej perspektywie, wyruszam na zorganizowane wycieczki do okien Oslo w Istambule, kiedy śnieg piszczy, jąka się z sziszy dym jabłkowy w płuca.

39


Sen jest najlepszym lekarstwem przysłowie ludowe

40


Podziękowania Chciałbym podziękować ludziom mi bliskim, bliższym i najbliższym, a w szczególności rodzicom, Łukaszowi, Marcie, Magdzie, Pawłowi, Halinie oraz Bożenie, że ślicznie ze mną bywali przez ostatnie 5 lat okrucieństwa. Nadzwyczajne podziękowania należą się mojej siostrze, Joannie Mierzwie, na ramiona której spadł wielki ciężar innego świata, a ona uniosła go, jakby niosła popołudniowe zakupy. Kocham Cię, Asiu. [@2010]. ††

41

Piotr Mierzwa - Stereo  
Piotr Mierzwa - Stereo  

Niewyszła w 2010. druga papierowa książka rozpoczęła samopublikację w sieci.

Advertisement