Page 1

KRAKÓW czerwiec 2019 / 286

dostrzec • przyjąć • dzielić się PRAWDĄ


2 Okruszyna

Okruszyna 3

Bóg mówi Dzieci nie pracują, by zdobyć sobie stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców. Również nam nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawić radość Panu Bogu. św. Teresa od Dzieciątka Jezus Trzydzieści dni czerwca to czas, w  którym szczególnie oddaje się cześć Najświętszemu Sercu Bożemu. W tym roku również Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa przypada w tym miesiącu. Jednak oprócz wielkich świąt, każdego roku w czerwcu pamiętamy o naszych kochanych ojcach, a także o wszystkich dzieciach. Pierwszy dzień miesiąca czerwca to, jak wszyscy wiemy, Dzień Dziecka. Myślę, że wielu z nas czekało, albo i czeka nadal na ten szczególny dzień, z którym kojarzą nam się różne przyjemności, takie jak: prezenty, wycieczki, niespodzianki, zarówno ze strony rodziców, jak i dziadków czy też innych bliskich. A gdyby tak zostawić to, co choć piękne i dobre, to jednak przyziemne i głębiej spojrzeć na bycie Dzieckiem, a zwłaszcza dzieckiem Boga – co zauważymy? Kiedy mówimy: dziecko Boga, wszelkie daty, roczniki i  wiek przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Bóg zawsze patrzy na nas okiem…Taty. Bez względu na to czy mamy 12, 16, 18 czy 70 lat u Niego jesteś zawsze na tej samej pozycji. Dziecko uczy się, dziecko popełnia błędy, dziecko pyta, dziecko nie decyduje samo we własnej sprawie. Gdy będziemy w ojcowskich ramionach Boga i damy się prowadzić przez Niegomożemy mieć pewność, że uczyni nas stworzeniami na Jego obraz i podobieństwo. Przypomnij sobie lub odszukaj swoją datę chrztu, to dzień, w którym na zawsze zostałeś/aś Dzieckiem Boga. Będziesz miał/a wielki powód do świętowania – masz Tatę, jesteś Jego na wieki! Od tego dnia rozpoczęło się dla Ciebie nowe życie – życie wieczne. Do czasu, kiedy ksiądz polał Twoją głowę wodą święconą, wypowiedział Twoje imię oraz formułę chrzcielną: Ja ciebie chrzczę w  Imię Ojca i  Syna, i  Ducha Świętego, byłeś/aśtylko żywy fizycznie. Wraz z chrztem świętym rozpoczęło się dla Ciebie nowe życie, życie, które nie będzie miało końca. Wszystko zatem, co dobre, co piękne lub mądre w Twoim życiu, to nie jest, jak napisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus, zdobywanie stanowiska,lecz jest to sprawianie radości Bogu, który jest Twoim Ojcem! s.Łucja OP

Siostra Isnarda

Gdy raz modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: «Za kogo uważają Mnie tłumy?» Oni odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał». Zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?» Piotr odpowiedział: «Za Mesjasza Bożego» Łk 9, 18-20 Drodzy Przyjaciele! Ewangelia przeznaczona na XII Niedzielę Zwykłą, zaprasza nas do osobistej refleksji nad najważniejszym pytaniem Jezusa: „a  Ty za kogo Mnie uważasz?” Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tymi słowami Jezusa? Kim właściwie On jest dla Ciebie? Może tylko postacią historyczną, której życie, śmierć i  zmartwychwstanie stanowią pewien religijno-rodzinny folklor? A może jest Kimś więcej? Mesjaszem? Przyjacielem? Kimś Wyjątkowym? Kimś, za Kogo jesteś w stanie poświęcić się, dla Kogo „zawalczysz” w obronie prawdy, miłości, pokoju? Kim jest dla Ciebie Jezus? Czy On naprawdę zaistniał na kanwie Twojego życia? Mistrz z Nazaretu przeprowadzając pewnego rodzaju sondaż na temat własnej Osoby, sprawdzał wiarę uczniów, a w ten sposób także i naszą. Jezusowi jednak nie zależało na opiniach innych – akcent wyraźnie przesunął na uczniów. Pragnął konkretnej odpowiedzi, jasnego stanowiska. A jak to jest dzisiaj? Zazwyczaj nie mamy problemu z określeniem, jakie stanowisko w różnych kwestiach zajmuje opinia publiczna (tu nie różnimy się od grona Dwunastu, choć ich odpowiedź była pozytywna: Jan Chrzciciel, Eliasz, prorocy). Natłok różnych informacji w  prasie, portalach społecznościowych i Internecie, jak lawina wkrada się w nasze umysły i serca. Często możemy „złapać” się na tym, że katarynkowo powielamy wypowiedzi innych, zwalniając się i usprawiedliwiając od osobistej refleksji. Często odnoszę wrażenie, że brakuje nam walki na drodze do zbawienia. Walki, by sięgnąć po Słowo Boże, usłyszeć je, zachować w sercu i żyć nim na co dzień. To niby proste zadanie, wręcz na wyciągnięcie dłoni, a jednak takie trudne. Tak często szukamy tylko siebie, pewnych skrótów, projekcji własnego życia.


4 Okruszyna

To dzisiejsze pytanie Jezusa stanowi punkt kulminacyjny i w jakiś sposób nas obnaża. Chrystus wyróżnia z tłumu swych apostołów. Teraz przyszedł czas na egzamin z wiary. To samo pytanie Jezus kieruje dziś do nas i zaprasza każdego osobiście do udzielenia odpowiedzi. Dziś przed egzaminem dojrzałości w wierze staje każdy z nas: Ty i ja – każdy osobno. Nie da się uciec od tego pytania. Odpowiedź zaś powinna płynąć z własnego doświadczenia – z serca, a  nie tylko z  teologicznych formułek. To moje credo, wyznanie wiary. Trzeba więc stanąć w prawdzie i szczerości, aby odpowiedź była osobistą. Należy również pamiętać, że tu nie ma poprawnych i błędnych odpowiedzi. Jezus zna nasze serce. Nasza odpowiedź nie odejmie Jego łaski czy miłości. Ona wprowadzi nas w  inną przestrzeń, rzeczywistość, o  którą zacznę walczyć, ponieważ szczera odpowiedź zobowiązuje. Św. Jan Paweł II na Jasnej Górze postawił pytanie: „Czy twoja wiara cię kosztuje? Pamiętaj, że tylko to co kosztuje stanowi wartość”. Śmiem twierdzić, że jeśli Twoja wiara jest tylko dodatkiem do Twojej osoby i nic Cię nie kosztuje, to najprawdopodobniej jej nie ma. Pięknie tę perykopę komentuje Papież Franciszek, pisząc: „Fragment Ewangelii (…) wzywa nas po raz kolejny do stanięcia, że tak powiem, «twarzą w twarz» z Jezusem (…). Jezus zwraca się wówczas bezpośrednio do apostołów — bo to interesuje Go najbardziej — i pyta: «A wy za kogo Mnie uważacie?». Natychmiast, w imieniu wszystkich, odpowiada Piotr: «Za Mesjasza Bożego», to znaczy: Ty jesteś Mesjaszem, Namaszczonym przez Boga, posłanym przez Niego, aby zbawić swój lud, zgodnie z Przymierzem i obietnicą (…). Te same pytania są ponownie stawiane dziś każdemu z nas: «Kim jest Jezus dla ludzi naszych czasów?». Ale ważniejsze jest inne pytanie: «Kim jest Jezus dla każdego z nas?». Dla mnie, dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie...? Kim jest Jezus dla każdego z  nas? (…). Świat potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek Chrystusa, Jego zbawienia, Jego miłości miłosiernej. Wiele osób odczuwa pustkę wokół siebie i w sobie — czasami może także my — inne żyją w niepokoju i niepewności z powodu biedy i konfliktów. Wszyscy potrzebujemy właściwych odpowiedzi na nasze pytania, na nasze konkretne pytania. W Chrystusie — tylko w Nim — można znaleźć prawdziwy pokój i realizację wszelkich dążeń ludzkich. Jezus zna serce człowieka jak nikt inny. Dlatego może je uzdrowić, dając mu życie i pocieszenie”. Nasze rozważania zakończę pytaniem, które będzie pewnego rodzaju testem naszej wiary. Kim dla Ciebie jest Jezus? Czy poznałeś Go już osobiście? Jakie konsekwencje wyboru Jezusa niesie Twoja odpowiedź? Jakie przynosisz owoce nawrócenia? Życzę każdemu z  nas odwagi stanięcia twarzą w  twarz z  Jezusem w  pełnej szczerości i prawdzie. Życzę, aby to najważniejsze pytanie o obecność żywego Jezusa w Twoim i moim życiu nurtowało nas nieustannie.

Okruszyna 5

,, Duchowosc , Dominikanska Siostra Wojciecha

Od pewnego czasu Piotra z Aubenas trapiło zmartwienie. Z jednej strony chciał przystąpić do braci kaznodziejów, z drugiej zaś waldensi przez swoją surowość życia wydawali mu się bardziej pokorni i pobożni. Modlił się więc gorąco prosząc Boga o jakiś znak. Gdy pełen rozterek położył się spać, przyśniło mu się, że idzie drogą, a po jego lewej stronie znajduje się ciemny las. Dostrzegł w nim waldensów z ponurymi twarzami. Każdy z  nich szedł swoją własną ścieżką. Po drugiej stronie drogi był wysoki mur. Idąc wzdłuż niego doszedł do bramy, za którą ukazała mu się pełna światła polana ozdobiona kolorowymi kwiatami, pełna pięknych drzew. Na polanie tej stali w kręgu bracia kaznodzieje patrząc w niebo, a jeden z nich trzymał wysoko podniesioną Hostię. Obraz ten zrobił tak wielkie wrażenie na młodym człowieku, że obudził się „zalany łzami i z sercem radosnym”. Już wiedział, którą drogą pójść. Historia ta pochodzi z „Vitae fratrum” – jednego z najwcześniejszych tekstów opowiadających o życiu pierwszych braci zakonu św. Dominika. Gdybyśmy zapytali, co przekonało Piotra do przyłączenia się do zakonników, to moglibyśmy zauważyć różnicę pomiędzy postawą pobożnych, lecz ponurych waldensów, a zwróconych ku niebu i Chrystusowi, pełnych radości braci. Radość niekoniecznie jawi się nam jako pierwsza z  dominikańskich cnót. Prędzej przypiszemy ją braciom św. Franciszka z Asyżu. Jednak jak nie ma prawdziwego chrześcijaństwa bez radości, tak też i święci naszego Zakonu potwierdzają, że jest ona bardzo mocno wpisana w nasz sposób przeżywania wiary. Podczas jednego ze spotkań z dominikanami Ojciec Święty Franciszek zwrócił uwagę na to, że nasze przepowiadanie musi wypływać z osobistego kontaktu z Bogiem. Spotkanie ze Słowem Bożym ma zaś owocować świadectwem. Potrzebni są nauczyciele, którzy będą wierni prawdzie, odważni świadkowie Ewangelii. Świadek wciela w swoim życiu to, czego naucza, czyni to czymś namacalnym, tak aby nikt nie mógł pozostać obojętnym wobec prawdy. Świadek dodaje do prawdy radość Ewangelii, bo jest świadomy tego, że jest kochany przez Boga i obdarzony Jego miłosierdziem – powiedział papież. Czym jest ta „radość Ewangelii”? W innym miejscu Ojciec Święty wyjaśnia: Czym jest ta radość? Czy to jest wesołość? Nie, to nie to samo. Wesołość jest dobra, dobrze jest się weselić. Ale radość jest czymś więcej, jest czymś innym. (…)


6 Okruszyna

Radość jest darem Pana. Wypełnia nas od wewnątrz. To jakby namaszczenie Duchem Świętym. Tę radość znajdujemy w pewności, że Jezus jest z nami i z Ojcem. Wreszcie papież mówi o radości, jako „cnocie pielgrzymującej”, która popycha do tego, by wyruszyć w drogę i dzielić się z innymi: Jest to dar, który podąża na drodze życia, podąża z Jezusem: przez głoszenie, przepowiadanie Jezusa, radość wydłuża i poszerza drogę. Jest to właśnie cnota ludzi wielkich, tych wielkich, którzy są ponad małościami ludzkimi, nie dających się wplątać w małe wewnętrzne sprawy wspólnoty, Kościoła: zawsze spoglądają na horyzont. Przykład głębokiej radości wewnętrznej, owego „namaszczenia Duchem Świętym” zostawił nam św. Dominik, o którym bł. Jordan z Saksonii pisał: Ponieważ radość serca radosnym czyni także oblicze, pogodna równowaga jego wnętrza wyrażała się na zewnątrz przez objawy dobroci i wesołość twarzy. […] Właśnie ze względu na tę radość bardzo łatwo zdobywał on miłość ludzką i bez trudności, od pierwszego wejrzenia, wkradał się do wszystkich serc.(…)W ciągu dnia nikt bardziej od niego nie włączał się w towarzystwo braci czy innych towarzyszy podróży, nikt nie był od niego weselszy. Jedna z pierwszych mniszek dominikańskich, znająca Dominika, siostra Cecylia, tak go wspomina: z jego czoła irzęs bił jakiś blask, który u wszystkich wzbudzał cześć i miłość dla niego. Zawsze był uśmiechnięty i radosny. W Dialogu o Bożej Opatrzności świętej Katarzyny ze Sieny Bóg Ojciec mówiąc o  zakonie dominikańskim stwierdza, że jest on łagodny, wesoły i  wonny: jest sam przerozkosznym ogrodem. Radość dominikańska bierze się z przeświadczenia o wielkiej miłości Boga, który przez swojego Syna nas odkupił. Śmiejących się podczas odmawiania brewiarza nowicjuszy mistrz Jordan z Saksonii zachęca do jeszcze większej radości, bo zostali wyrwani z mocy diabła. Radość chrześcijańska nie jest wykluczeniem bólu i  cierpienia. One także są obecne w naszym życiu. Czytając listy bł. Piotra Jerzego Frassatiego możemy zaobserwować pewną drogę, jaką przeszedł on od momentu zwątpienia i smutku, do odnalezienia źródła prawdziwej radości. Na początku 1925 roku jego ukochana siostra wyszła za mąż za Polaka. Wiązało się to z opuszczeniem przez nią rodzinnego domu i wyjazdem do obcego kraju. Piotr Jerzy bardzo przeżywał rozstanie z siostrą i w jednym z listów do przyjaciela pisał: Moje życie przechodzi teraz przez najostrzejszy może okres ciężkiego kryzysu i właśnie w tym momencie moja siostra odjeżdża daleko, więc tylko mnie przypadnie obowiązek, żeby wprowadzać do domu wesołość: muszę w sobie tłumić ponury nastrój, narzucony przez te rozliczne przeciwności, jakie mnie osaczają. (…) Na zewnątrz będę oczywiście zawsze radosny, także po to, aby naszym kolegom mającym inne poglądy okazać, że być katolikiem to znaczy żyć w radości. W głębi duszy jednak, ilekroć zostanę sam, nie będę się wypierał smutku. (List do Izydora Boniniego z 15 stycznia 1925 roku). Miesiąc później list Piotra Jerzego do siostry napisany został w zupełnie innym tonie: Póki mi Wiara daje siłę, zawsze wesoły! Katolik przecież nie

Okruszyna 7

może nie być wesoły. (…) Cel zaś, do którego zostaliśmy stworzeni, odsłania przed nami drogę może najeżoną wieloma cierpieniami, ale bynajmniej nie drogę smutną. Jest ona radością także poprzez cierpienie (List do siostry, 14 lutego 1925 r.). Szukajmy wciąż źródeł radości w naszym życiu. Niech nie będą one powierzchowne, ale głęboko zakorzenione w miłości Bożej. Dzielmy się nią z innymi, bo, jak uczy papież Franciszek, dowodem tożsamości chrześcijanina jest radość, radość Ewangelii, radość z bycia wybranymi przez Jezusa, zbawionymi przez Jezusa, odrodzonymi przez Jezusa; radość tej nadziei, że Jezus na nas czeka.


8 Okruszyna

Okruszyna 9

stetoskOP duchowy Siostra Gaudia

Zaangażowani w Monotonię 22:00 – pora powoli gasnących świateł. Na horyzoncie niema cisza. Minął kolejny dzień... Pozornie nie wydarzyło się dzisiaj nic. Jednak tak naprawdę wydarzyło się bardzo wiele. Są takie dni, kiedy wszystko płynie swym utartym szlakiem, a nie wychodzące poza codzienny schemat godziny, prowadzą nas ścieżkami nazbyt dobrze znanej codzienności. Kolejne minuty przeciekają nam przez palce, podczas gdy my trwamy na autopilocie prowadzącym nas od chwili do chwili. Czekamy w  zawieszaniu, aż wydarzy się owo ,,coś”, które przemieni wszystko. To – które bierną mierność zamieni w pełnię życia, która na ogół raczej bywa, niż jest. Z jednej strony wydaje się być to wygodne, znane... bezpieczne... z drugiej jednak pozbawione działania, miałkie... bez życia. Monotonia. Niezmienność. Powtarzalność. To nieuchronna część tego, co nas otacza. Ciężko jest złamać ten system, choć pewnie można by po prostu zmienić scenerię, łapczywie poszukując bodźców, które pozwolą zaczerpnąć nieco ,,świeżego powietrza” otoczonego nową perspektywą... Jednak to, co jest w nas, bez pytania podąży za nami krok w krok, dokądkolwiek się udamy, choćby miało to być ,,najatrakcyjniejsze miejsce” w całym Wszechświecie. Czasami zastanawiam się nad zbawiennym wpływem godzin, które każdego dnia potrafią przebiegać niemal identycznie, zwłaszcza gdy po raz kolejny czekam na świt, zastanawiając się jaki będzie. Wiem z kim spędzę najbliższe 24 godziny i czasami nawet łapię się na tym, że słyszę w swych myślach ich słowa, pisząc w swym umyśle scenariusze rzeczywistości, która jeszcze się nie wydarzyła i zapewne nigdy się nie zdarzy. Nadchodzi kolejny dzień, w którym wszystko toczy się według prawideł nieugiętego rytmu, który wyznaczają nowe wyzwania. I wiem – nie stanie się nic ponad to, co musi się wydarzyć. Różnica jakości pomiędzy egzystencją na pół gwizdka a życiem na maxa, wydaje się tkwić w drobnym szczególe, który przebiega między wyraźnym ,,chcę” a mało sprecyzowanym ,,z konieczności akceptuję”.

Opcje są trzy: 1. Po pierwsze, monotonia może nie zmienić w nas absolutnie niczego. Po prostu jest jak jest, więc niech już tak pozostanie. 2. Buntownik zastanej formy walczący nie wiadomo z kim, nie do końca wiadomo o co, uśpiony osobnik o wyssanych sokach życiowych, pozbawiony radości, ładu, składu, sensu, celu i wszelakiej maści perspektyw. 3. Inna możliwość – swoiste koło ratunkowe, które potrafi uratować życie dotknięte tzw. ,,czarną godziną”. Nie potrzeba wiele. Wewnętrzna postawa zapewne niewiele zmieni w zewnętrznym układzie wypadków, jednak przyjęcie tego, co się wydarza z wielką miłością i zaangażowaniem, może zmienić naprawdę wiele, może wręcz przekształcić całą otaczającą nas rzeczywistość. Brzmi to niemal magicznie i  początkowo sama nie mogłam uwierzyć w  owo ,,odnowienie umysłu”, które pozwala nie zagubić ścieżki ku temu co doskonalsze, jednak... myślę, że w każdym z nas gdzieś głęboko drzemie instynkt zdobywcy, który raczej nie zadowala się poziomem minimum. Każdy sukces wymaga jednak konkretnej sukcesywnej pracy, która często okupiona jest hektolitrami potu, pośród raczej mało atrakcyjnych ćwiczeń kształtujących nasz charakter. 5:30 Pobudka... Modlitwa... Miłość – czynna siła, która zamienia codzienne deja vu w  24-godzinny maraton starań o  maksymalne wykorzystanie podarowanych nam czasów i chwil. Zaangażowanie w monotonię pozwala skutecznie uniknąć zadyszki, gdy nadejdzie moment ostatecznej weryfikacji codziennych poczynań. Jednak ćwiczenia to nie wszystko – ważny jest cel, aby czas nie był liczony jedynie wydajnością, lecz miłością – która każdą chwilę czyni niepowtarzalną! Która potrafi oddawać siebie aż po kres, aż po doczesne nieistnienie. Wydając siebie marnotrawnie – jako okup za wielu, bym odtąd żył już na zawsze. Byś odtąd mógł żyć już na wieki! Pamiętając, że Miłość przechadza się po drogach, które w naszych oczach wydają się być szare, zwyczajne i niewiele znaczące.


10 Okruszyna

Okruszyna 11

Misja Zgromadzenia Siostra Aneta

Coś w tym jest Egzamin z moralnej, żniwa w Kamionce, barszcz o smaku aronii oraz osobiste uświęcenie. Czyli słów kilka o posłudze w klasztornej kuchni. Wiele wspomnień pozostało w mojej głowie z czasów studenckich, z egzaminów, jednak szczególnie pamiętam egzamin końcowy z teologii moralnej. Na dobry początek Ks. Prof. chcąc jakoś nawiązać dialog zapytał mnie: „co siostra robi, czym się zajmuje na co dzień?” Kiedy usłyszał moją odpowiedź, że pracuję w kuchni (wtedy była to Gdynia i kuchnia dla 14 sióstr i 80 dzieci w przedszkolu przez nas prowadzonym), uśmiechnął się trochę ironicznie i powiedział „Kuchnia? Przecież to żadne apostolstwo, siostro…” Choć od tamtej pory minęło prawie 13 lat, do dziś pamiętam tamten egzamin i do dziś też (choć z małymi przerwami) pracuję w kuchni i nie mam najmniejszej wątpliwości , że to mieści się w zakresie apostolstwa. Niezależnie od spełnianych w Zgromadzeniu obowiązków jesteśmy powołane do naśladowania Chrystusa, do dawania o Nim świadectwa życiem, słowem, przykładem…, a zatem do głoszenia, do misji , do apostolstwa, bo taki jest duch naszego dominikańskiego Zakonu. Głosić Chrystusa wszędzie, wszystkim i na każdy sposób. Zatem dlaczego nie w kuchni??? Nie ważne co robię, czy sprzątam korytarz, zamiatam podwórko, kleję pierogi, czy prowadzę katechezę w szkole, śpiewam piosenki z przedszkolakami, karmię dziecko z niepełnosprawnością, wpisuję cyferki w odpowiednie rubryki sprawozdania finansowego lub przygotowuję pismo do odpowiedniego urzędu, układam kwiaty przy ołtarzu czy prowadzę chór, może tylko przyjmując cierpienie trwam na modlitwie…, zawsze mam być apostołem. Zarówno wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, jak i we własnej zakonnej wspólnocie, a może przede wszystkim i  najpierw we własnej wspólnocie, wśród swoich mam być apostołem i świadkiem Chrystusa. Przez lata istniało jakieś niepisane przekonanie, że praca w kuchni to taka „niższa kategoria”, w pewnym sensie upokorzenie, czy wręcz kara. A czym jest przygotowywanie i  podawanie posiłków jak nie codziennym spełnianiem uczynków miłosierdzia – głodnych nakarmić, spragnionych napoić…. A któż niby miałby nam gotować???

Dla mnie kuchnia i wszystko, co się z  tym obowiązkiem wiąże, to wspaniałe miejsce, to prawdziwa kuźnia, warsztat pracy nie tylko fizycznej, ale i duchowej. To przede wszystkim miejsce służby drugiemu człowiekowi, ale też miejsce poznawania drugiego człowieka, budowania relacji. To odkrywanie siebie, swoich talentów i swoich wad. Z każdym dniem poznaję jakim darem jest dla mnie dany mi w tym właśnie momencie mojego zakonnego życia obowiązek prowadzenia klasztornej kuchni. Pan Bóg doskonale wie, kiedy i w jaki sposób przyjść mi z pomocą i podaje „jak na talerzu” łaskę w postaci siostry, przy której nauczę się cierpliwości, lub sprawi, że ciasto nie wyrośnie albo się spali, żebym nie zadzierała nosa za bardzo do góry. Czasem bywa, że kłócę się Panem Bogiem i  pytałam Boże, ale o  co Ci chodzi? Po jakimś czasie olśnienie – no tak; pokora, cierpliwość, posłuszeństwo… Bóg pragnie naszej współpracy z Jego łaską. Nie daje „gotowców”, ale stwarza odpowiednią okazję. Takich sytuacji jest mnóstwo. A jakże wzrasta wiara, kiedy trzeba szybko pomodlić się o  rozmnożenie, bo za mało naleśników, albo żeby barszcz czerwony był zjadliwy, kiedy przez pomyłkę wlałam do rosołu sok z aronii zamiast koncentratu z buraków, a tu nie ma czasu i trzeba zupę już nalewać…. To wszystko jest niesamowite. Czasem nie wiem czy śmiać się czy płakać kiedy dotrze do mnie na pięć minut przed posiłkiem, że mam nakarmić 40, 60, lub nawet 100 osób. Na szczęście Pan Bóg ma większą głowę ode mnie …, ale czy potrafię Jemu zaufać i nie liczyć tylko na własne siły??? Tego też się uczę. I  z  pewnością pojawiają się chwile zmęczenia, zniechęcenia, znużenia, – coś w rodzaju „znowu to samo – gary”, to takie ludzkie. Wtedy modlę się: „spraw Panie, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce”– i najczęściej pomaga. Kiedyś jeden z moich braci chcąc okazać mi współczucie, czy może bardziej wsparcie, gdy kolejny raz otrzymałam posłanie do pracy w kuchni powiedział mi: „…nie martw się, Św. Siostra Faustyna uświęciła się w właśnie w kuchni…” Coś w tym jest! Często przygotowując posiłek przypominam sobie lata dzieciństwa, kiedy w  mojej rodzinnej Kamionce Wielkiej w  czasie wakacji pracowaliśmy na polu przy żniwach. Bywało, że marudziłam do mamy, dlaczego to jest takie niesprawiedliwe, że inne dzieci mogą sobie iść nad rzekę i  cały dzień świetnie się bawić, a  my musimy tak ciężko pracować, w  upale, w  kurzu, poubierani w długie rękawy i spodnie bo wszystko kłuje… Wtedy usłyszałam od mamy taką odpowiedź: „… dziecko to jest najpiękniejsza praca, bo to praca przy chlebie”. To mnie zadziwiło… Niesamowite, że tak można podejść do ciężkiej pracy na polu. Zrozumiałam też dlaczego tato bardzo dbał, aby dokładnie zbierać kłosy zboża i niczego nie podeptać – to jest ziarno z którego będzie Chleb, ten powszedni i ten eucharystyczny. Od tamtej pory nauczyłam się nie tylko szacunku do tej pracy, ale przede wszystkim do samego chleba. Odkryłam piękno pracy na polu i polubiłam żniwa. Tato zawsze nam powtarzał, że każde ziarno i każdy okruch chleba to dar Boży, że za każde żniwa trzeba Bogu dziękować, bo będzie co jeść. Tymczasem dzisiaj tak bardzo


12 Okruszyna

Okruszyna 13

o tym zapominamy. Tak nam łatwo o podeptanie kruszyny chleba, wyrzucenie do kosza, zmarnowanie… I tak sobie myślę, że moja praca w kuchni to takie właśnie żniwa. Choć kupuję gotową mąkę, nie muszę zbierać kłosów na polu i nie odważyłam się jeszcze sama upiec chleba (jak do dziś robi to moja mama), tak czy inaczej – jest to praca przy chlebie, by było czym nakarmić głodnych. Zatem najpiękniejsza praca. Za każdy dzień tej pracy, często w upale i zmęczeniu DZIĘKUJĘ BOGU. Tego mnie nauczyli moi Rodzice i tego mnie uczy codziennie moje Zgromadzenie i moja krakowska Wspólnota. Ciągle zadziwia mnie ta zwyczajna przecież posługa, każdego dnia odkrywam jej piękno i wartość. Z jednej strony nic wielkiego – przygotować śniadanie, ugotować obiad, coś na podwieczorek lub deser, kolacja i to wszystko. I tak codziennie, od rana do wieczora z przerwą na modlitwy i odpoczynek. A jednak nie wszystko! Jest w tym jakaś tajemnica. Trud i radość – jak we żniwa.

Dla smakoszy jeszcze mały przepis, który kiedyś otrzymałam, a który przydaje się nie tylko w zakonnej kuchni: „Weź dwanaście miesięcy, obmyj je dobrze do czysta z goryczy, chciwości, pedanterii i lęku, podziel każdy miesiąc na 30 lub 31 części, tak, żeby zapasu starczyło akurat na rok. Każdy dzionek przyrządzaj oddzielnie biorąc po jednej części pracy i dwie części wesołości i humoru. Dodaj do tego trzy kopiaste łyżki optymizmu, łyżeczkę tolerancji, ziarnko ironii i  szczyptę taktu. Następnie masę tę polewaj obficie miłością. Gotowe danie ozdób bukiecikami małych uprzejmości i  podawaj je codziennie z pogodą ducha i porządną filiżanka herbaty.” Smacznego !!!!

, Wybrac droge, Aspirantka Karolina

Moja droga... Pragnę się podzielić moja historią jak znalazłam się w Zgromadzeniu Sióstr św. Dominika. Przez kilka lat pracowałam w biznesie i jako prawnik w Wielkiej Brytanii. Lubiłam podróżować i miałam bardzo aktywne życie towarzyskie, wielu bogatych przyjaciół. Moja mama jest Polką więc dorastałam w Polskiej Misji Katolickiej w Wielkiej Brytanii. Chociaż moja matka jest Polką i katoliczką, moja rodzina nie była wierząca, więc nie było w zwyczaju chodzić do Kościoła. Kościół katolicki w Wielkiej Brytanii jest mniejszy niż w Polsce i nie jest łatwo ewangelizować wielu ludzi (często Polaków), którzy tam mieszkają, którzy nie znają Boga. Po ukończeniu uniwersytetu zaproponowano mi wspaniałe możliwości pracy, zostałam prawnikiem. Zaczęłam zarabiać dużo pieniędzy i zapraszano mnie na spotkania, przyjęcia. Mogłam dużo podróżować i kupować wiele rzeczy. Jednak pomimo tego, czułam się pusta w środku, a mój związek z Bogiem był suchy. Kilka lat temu kupiłam mieszkanie i wyprowadziłam się z mojego rodzinnego domu. Postanowiłam odwiedzić lokalny kościół katolicki, ponieważ przypomniałam sobie, jak moja mama zabierała mnie do polskiego Kościoła, który zawsze miał miłych ludzi i dobre polskie jedzenie! Ktoś tam zauważył, że jestem nowa i zaprosił mnie na polski kurs ewangelizacji katolickiej w lokalnej wspólnocie katolickiej. Kurs przedstawiał „Kerygmę” (stare greckie słowo z wczesnego Kościoła, oznaczające Ewangelię) w nowy i prosty sposób, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Oznacza to, że Bóg istnieje. Zrozumiałam, że mamy niebiańskiego Ojca, który bardzo nas kocha. A my wybraliśmy zło zamiast dobra. To złamało naszą relację z Bogiem. Ale Bóg tak bardzo nas umiłował, że posłał Swojego jedynego Syna Jezusa Chrystusa, który umarł za nasze grzechy, aby każdy, kto w Niego wierzy (Ew. Jana 3,16) i uznaje Go jako Pana i Zbawiciela, mógł się pojednać z Bogiem i żyć prawdziwie i prosić o przyjście Ducha Świętego. Kurs był wspaniały. Byłam zaskoczona, że przybyło tak wielu ludzi, około 100! Doświadczyłam głęboko w sercu działania Ducha Świętego i bez wątpienia uświadomiłam sobie, że Bóg naprawdę istnieje. Doświadczyłam Jego miłości i głębokiego pokoju. Doświadczyłam także głębokiego nawrócenia wewnętrznego, podobnie jak św. Paweł.


14 Okruszyna

To doprowadziło mnie do poszukiwania głębszej relacji z Panem Jezusem i stałam się bardziej zaangażowana w życie Kościoła. Po nawróceniu moje życie całkowicie się zmieniło. Zostawiłam pieniądze, bogactwo i biznes, aby rozpocząć nowe życie w Chrystusie Jezusie, który jest Prawdziwym Życiem. Od tego czasu nie mogłam przestać mówić o Bogu i cieszyłam się z tego, że mogę dzielić wiarą z innymi, w tym z osobami innych wyznań lub niewierzących (co jest bardzo powszechne w Wielkiej Brytanii). Świadczyłam z pomocą Ducha Świętego, który jest Duchem Prawdy i  Prawdziwym Świadkiem. Kilka miesięcy później niektórzy ludzie w  Kościele zaczęli pytać, czy jestem „siostrą”. Zaskoczyło mnie to i  zignorowałam to na jakiś czas. Jednak nie mogłam o tym zapomnieć. Pewnego dnia powiedziałam do Pana coś w  stylu: „Panie, jeśli to naprawdę Ty, pokaż co mam robić?”. I  zrobił! Prawo uważałam za interesujące, ale wolałam „pogoń” za obiektywną prawdą, kierowaną Słowem Bożym i Duchem Świętym, w przeciwieństwie do praktyki względnej prawdy. Przyjechałam do Polski i  po jakimś czasie odnalazłam Zgromadzenie Sióstr św. Dominika. Zachwyciłam się historiami świętych dominikańskich. Zgromadzenie Sióstr św. Dominika jest maryjne i eucharystyczne, ze szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Są kontemplacyjne i apostolskie. Z pasją ewangelizują. Troszczą się szczególnie o najbardziej potrzebujących, głoszą Ewangelię z sercem na misjach w  różnych krajach świata. Jestem bardzo szczęśliwa, że dołączyłam do sióstr i jestem wdzięczna Bogu za to, że mnie tu przyprowadził.

Okruszyna 15


16 Okruszyna

Okruszyna 17

Cool–turalnie Siostra Benedykta

Podróż w głąb serca. Wyspiański i dwa "Wesela" Dwa „Wesela”. Jedno w „poważnym”, zawodowym teatrze, drugie w „niepoważnym” teatrze szkolnym. Jednemu przyglądałam się jako widz, drugie powstawało na moich oczach, przez długie, mozolne godziny prób, bo byłam reżyserem. Jedno mnie poruszyło, tak jak może poruszać dobra sztuka, drugie to cząstka mnie: ćwiczenie z młodymi aktorami do upadłego po lekcjach i w czasie strajku nauczycieli, niekończące się dyskusje z mamą o rozwiązaniach inscenizacyjnych, śniące się po nocach próby… Najpierw „Wesele” Jana Klaty w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Klata i  „Wesele” Wyspiańskiego to dla mnie brzmiało jak, nie przymierzając, Mentos i Pepsi. Pierwsze skojarzenia: gwałt na klasyce. Tani skandal. I to okropne, tak modne we współczesnym teatrze wydziwianie polegające na odzieraniu wielkiej literatury z wielkości i wrzucaniu jej w cuchnącą odchodami latrynę. I zaskoczenie już po pierwszych sekundach spektaklu. Po słynnym Czepcowym: „Cóż ta, panie, w polityce?”. Zaskoczenie to mało powiedziane: raczej osłupienie. Że można w ten sposób i jest porywająco, dosadnie, a nawet pięknie. Tak – PIĘKNIE, bo tekst Wyspiańskiego brzmi mocno jak manifest, śpiewa, gra, krzyczy, otumania i urzeka. Jest manifestem, bo pyta o naszą tożsamość narodową i o to, co zrobiliśmy z naszymi marzeniami, również tymi młodzieńczymi. Śpiewa o tęsknocie za miłością i bliskością, której nie ma na psychodelicznej imprezie, gdzie każdy jest zupełnie sam. Nawet wtedy, gdy się pokątnie oddaje przypadkowemu partnerowi. A może zwłaszcza wtedy. Urzeka, bo jest mówiony przez aktorów z ogromną elegancją pomimo współczesnej formy. Trampki zamiast kozaków? Koszulka z godłem narodowym podszytą ze skrawków taniego materiału pseudokrakowską sukmaną? Zamiast chocholich skrzypków zespół heavymetalowy Furia, którego członkowie ucharakteryzowani na Nergala czają się nieruchomo w półmroku jak ogromne czarne pająki? Bałam się tego typu środków. Że reżyser znowu mi zaserwuje jakąś tanią, mdłą papkę, którą się teraz nazywa dumnie performancem, i nikt nie ma odwagi się przyznać, że tak do końca nie wie, co to znaczy. Tymczasem doświadczyłam prawdziwej uczty. Mądrej, pożywnej klasyki

w najlepszym wydaniu. Zobaczyłam bezradnie miotających się przed „chatą” ludzi, szukających sensu, kontaktu, celów, marzeń i uciekających przed widmami z przeszłości w imprezowy trans – chocholi, heavymetalowy taniec, który trwał przez cały czas tego ponurego wesela. Zobaczyłam Jaśka, który nawet nie miał czapki z  piór. Zgubił za to swoją młodość, bo w  finale wychodzi jego alter ego – starzec. Zobaczyłam Haneczkę i Zosię – nie głupiutkie podlotki w wieku nastu lat, lecz – co jest dużo bardziej tragiczne – głupiutkie podlotki w wieku kilkudziesięciu lat, desperacko szukające przygodnych znajomości. Zobaczyłam ciężarną Pannę Młodą i pomyślałam: „mogli sobie to już darować”. Ale dialog Poety i Panny Młodej o „zakładce gorseta” i sercu, i słynne „a to Polska właśnie” nabiera dzięki temu zupełnie nowego znaczenia... Wreszcie Widma. Zwrócę uwagę na jedno, dla mnie wyjątkowo przejmujące: Rycerz Czarny w wykonaniu Małgorzaty Gorol. Żołnierz AK? Zdesperowani powstańcy, rycerze i bojownicy niepodległości wszystkich epok? Ucieleśnienie narodowowyzwoleńczego mitu? Może wszystko po trochu. Na uwagę zasługuje jeszcze scenografia Justyny Łagowskiej: chwiejące się konstrukcje z desek i folii, jakby niewykończone, bylejakie, prowizoryczne, zupełnie jak nasze sny, mity i marzenia. Na środku pusta kapliczka. I kolorowe pasy, przez które przechodzą bohaterowie. Dokładnie takie, jakie jeszcze 20 – 30 lat temu można było zobaczyć w peerelowskich mieszkaniach, zwłaszcza na wsi. I może też dalekie, ironiczne nawiązanie do „bajecznie kolorowych” wstążek krakowskiego stroju. Byłam jednym z pierwszych widzów, którzy na końcu wstali. Nigdy bym siebie o coś takiego nie podejrzewała w wypadku spektaklu tego reżysera… Bardzo bym chciała na to „Wesele” w Narodowym Starym Teatrze zabrać swoją „teatralną” młodzież z Kłodzka. Inspirujące, prowokujące do myślenia, niezwykle twórcze podejście do klasyki. „Wesele” w liceum Chrobrego w Kłodzku, w wykonaniu zespołu Dzikie Koty. Trudno pisać o czymś, nad czym samemu się pracowało. To trochę tak, jakby pisać o  własnym dziecku. Praca nad spektaklem z  tak cudowną młodzieżą jak licealiści z Kłodzka to podróż w głąb serca. Mojego i moich młodych aktorów. To coś więcej niż tylko „ustawianie” aktorów na scenie. To bycie świadkiem ich rozwoju. To odkrycie, że są dla mnie kimś wyjątkowym. Że ich po prostu kocham. To miał być po prostu spektakl na 100 – lecie odzyskania niepodległości. Z zupełnie inną obsadą. Ale nagle ci, dla których stworzyłam ten scenariusz, zaczęli po kolei rezygnować. Chciałam się wycofać. To w dużej mierze osobom najbliższym – mamie i moim współsiostrom – zawdzięczam wiarę, że tak szalone przedsięwzięcie ma sens. Skąd jednak wziąć aktorów, którzy by podźwignęli przerażająco trudny tekst i temat? Opowiem tylko o jednej sytuacji. Szłam szkolnym korytarzem podczas przerwy. Nagle usłyszałam fascynujący, tubalny bas. Zatrzymałam się, zaintrygowana, do kogo należy. Zobaczyłam chłopaka, którego nigdy dotąd nie widziałam. Podeszłam i z głupia frant zapytałam, czy nie zechciałby dołączyć do Dzikich Kotów. Oczywiście, że nie zechciał. Zapomniałam zupełnie o tym zajściu. Po miesiącu jakiś młodzian mi


18 Okruszyna

zastąpił drogę i oznajmił: „Chciałbym się zapisać do PANI grupy teatralnej”. Był to ów tajemniczy Tubalny Bas. Został w „Weselu” Poetą. Lepszym niż mogłabym sobie wymarzyć… Właśnie dobrnęliśmy do premiery. Podczas pracy nad tym niełatwym przedstawieniem odkryłam, jakie to boleśnie aktualne. Na Weselu bawią się tłumy ludzi. W coraz większym obłędzie. I każdy jest tak naprawdę samotny. A finał: „Gwałtu, rety, co się dzieje, kto im wraził kosy?!” w kontekście zahipnotyzowanych weselników stojących w bezruchu z niewidzialnymi „kosami” w dłoniach brzmi przejmująco wobec tego wszystkiego, co jeszcze w zeszłym tygodniu działo się w naszym kraju… I kiedy zadaję sobie pytanie, po co siostrze zakonnej teatr, to w takich chwilach nie mam wątpliwości: po to, żeby językiem sztuki opowiedzieć o  tym, co nas dotyka i boli. Żeby próbować definiować rzeczywistość, nazywać ją, wyrażać. I w tym wszystkim szukać Boga, który jako jedyny może nas uwolnić od chocholego tańca naszych iluzji, niespełnionych marzeń i lęków.

Okruszyna 19

Nocne czuwania , dominikanskie . w Białej Niznej Dla dziewcząt i chłopców

Czuwanie rozpoczyna się o godz. 19.00 w sobotę, a kończy ok. godz. 3.30 nad ranem w  niedzielę. W  czasie nocy jest niedzielna Msza św., adoracja Najświętszego Sakramentu, modlitwa różańcowa, możliwość skorzystania z Sakramentu Pojednania, są konferencje, śpiewy... Jest też przerwa na nocną herbatę – nie zapomnij wziąć ze sobą kanapek, w  nocy jest się jeszcze bardziej głodnym. Należy wziąć ze sobą legitymację szkolną lubdowód tożsamości. Przypominamy o zabraniu ze sobą ciepłej odzieży, w nocy i nad ranem jest bardzo chłodno. Dojazd do klasztoru w Białej Niżnej pociągiem z Tarnowa w kierunku Nowego Sącza i Krynicy do stacji Stróże. Z dworca dochodzi się pieszo szosą, około 15 minut. Można też dojechać do Grybowa, a stamtąd pieszo 3 km do klasztoru. Na nocne czuwania modlitewne do Białej Niżnej zapraszamy młodych – dziewczęta i chłopców, poszukujących ciszy i skupienia, pragnących pogłębić lub odnowić swoją przyjaźń z Jezusem, wynagradzać Matce Bożej wszystkie zniewagi, wyrządzane Jej przez różnych ludzi, zastanowić się nad swoim życiem lub po prostu – być z Jezusem i doświadczyć modlitwy we wspólnocie.

Tematy Czuwań

15 VI 2019 Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie – droga zaangażowania i świadectwa – Z Jezusem i Maryją pod "prąd"


20 Okruszyna

Okruszyna 21

Spotkania w Krakowie w roku szkolnym 2018/2019

Siostra Łucja

• 1 czerwca Lednica •

Adres kontaktowy

07-09 czerwca DNI WDZIĘCZNOŚCI – za wszystko co dobre w naszym życiu, a szczególnie za maturę

Al. Kasztanowa 36 30–227 Kraków

2 Duszpasterstwo Młodzieży

Terminy rekolekcji wakacyjnych Czerwiec 24.06-27.06 Chodź po wodzie! rekolekcje nad jeziorami (Orzysz na Mazurach) Lipiec 1.07-6.07

Rozdawaj miłość! rekolekcje połączone z wolontariatem w Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży niepełnosprawnej w Mielżynie /k. Gniezna/

8.07-14.07 Rozeznaj! Rekolekcje powołaniowe nad Lednicą (Ośrodek im. Jana Pawła II, Pola Lednickie) 16.07-21.07 Muszę tam być! Rekolekcje w Krakowie 25.07-30.07 Tutaj mnie znajdziesz - Dyżur powołaniowy na Jasnej Gtórze Sierpień 1.08-6.08

http://www.dominikanki.pl/duszpasterstwo–powolan/ https://www.facebook.com/drogowskazop/ email: duszpowo@dominikanki.pl nr tel. 12 425 24 05 kom. 728429903 – nie odpowiadam na smsy

2 Podajemy również numer telefonu i adres mailowy do Siostry Marii, która prowadzi Duszpasterstwo Młodzieży w Białej Niżnej: drogowskazop@gmail.com kom. 728429910 – Siostra też nie odpowiada na smsy

2 A wszystkim zainteresowanym misjami podajemy adres mailowy i numer telefonu do

Siostry Natalii– Referentki Misyjnej

misjedom@dominikanki.pl kom. 728 407 452– Siostra także nie odpowiada na smsy

Jestem na liście! Rekolekcje w Krakowie

17.08-25.08 Zbieramy ekipę. Chodź z nami! Piesza Pielgrzymka Tarnowska na Jasną Górę 30.08-5.09 Na GiewONt – Rekolekcje wędrowne w Zakopanem

SERDECZNIE ZAPRASZAMY!


22 Okruszyna

Co? Gdzie? Kiedy? ❧❧ Cały czerwiec jest poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, które czcimy

poprzez modlitwę litanią

❧❧ 1 czerwca – Dzień Dziecka ❧❧ 1 czerwca – Spotkanie Młodych na Polach Lednickich ❧❧ 5 czerwca – Święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła ❧❧ 11 czerwca – Uroczystość Najświętszej Trójcy ❧❧ 12 czerwca – w naszym Zgromadzeniu obchodzimy 21 rocznicę beatyfikacji bł.

Siostry Julii Rodzińskiej, męczennicy obozu koncentracyjnego z okresu II wojny światowej

❧❧ 23 czerwca – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

23 czerwca – Dzień Ojca. Zakończenie roku szkolnego

❧❧ 24 czerwca – Uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela ❧❧ 29 czerwca – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła ❧❧

Dziewczęta, które ukończyły szkoły zawodowe, maturzystki i studentki oraz dziewczęta pragnące wstąpić do naszego Zgromadzenia zapraszamy do przyjazdu na DNI WDZIĘCZNOŚCI (7-9 czerwca), aby wspólnie dziękować za otrzymane od Boga łaski oraz prosić o Jego błogosławieństwo na kolejny etap waszego życia – informacje na str. 16. Informacje o życiu i misji apostolskiej dominikanek uzyskasz pisząc pod adres: Zgromadzenie Sióstr św. Dominika Duszpasterstwo Młodzieży Al. Kasztanowa 36 30–227 Kraków tel. 12 425–24–05 Internet: http://www.dominikanki.pl; email: duszpowo@dominikanki.pl Na Nasze konto: BANK PeKaO. S.A. I ODDZIAŁ w Krakowie, można przekazać ofiary na misje NR 49 1240 1431 1111 0000 1047 9988 z dopiskiem: „Misje”.

Profile for Zgromadzenie Sióstr św. Dominika

Okruszyna - czerwiec 2019  

Okruszyna - czerwiec 2019  

Profile for siostryop
Advertisement