Issuu on Google+

Luty – Czerwiec 2011 ISSN: 2080-3141 Egzemplarz promocyjny Numer: 06


SI 5 / 2010

spis treści

04. Wstępniak 05. SI Sample 08. Wszyscy na pokład! 10. Monika „OSA” Jurczyk. Czarno to widzę – polskie ulice. 12. Strzał w 10! Czyli co wiosenny facet o modzie wiedzieć powinien. 14. Si Style 16. Klaudiusz Iciek. Hair treser, bez pitu pitu. 20. What is your sneaker story? 36. Podziemny krąg. Street Fighters zdobywają Kraków. 34. Wódka, makaron, czerwone latarnie… Imprezowe must-go! 30. 14 sezonów rebelii. Welcome to South Park. 28. Dirtyphonics. Francuskie szuranie płytami. 26. Paprika Korps. Pikantne reggae. 23. Qultura 20. Słuchaj i tańcz 18. Krzysztof Hołowczyc. Rajdowiec… z odrobiną dyskretnej elegancji. 16. Duże Pe. Superbohater w każdym z nas. 14. O czym śni Mariusz Czerkawski. 13. Pokaż zawodniku co drzemie w silniku. 06. What is your sneaker story? 04. Gdzie na zakupy? Lista salonów Sizeer.

Wstępniak „Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć…” – ile razy powtarzaliście te słowa, wędrując przez szaro-bure, błotniste ulice? Tylko czy upragniona wiosna poza ogólną poprawą nastroju coś zmieni? Czy jesteśmy już gotowi na kolor, nowe trendy, czy nasze szafy czekają już na nowe kolekcje? Czy już jesteśmy na tyle odważni, by bawić się propozycjami projektantów? Czy znowu powiemy: „kolorowe śliczne”, a kupimy – jak zwykle – czarne? Protestuję! Wiosna to nie tylko pora roku! Niech rewolucja zacznie się w naszych głowach, zawita do szaf, wkroczy na smutne polskie ulice! A przy okazji… Po raz ostatni witam się z Wami z tego miejsca. Dziękuję za ostatnie dwa lata! Justyna Dziegieć

/04

UwolnijSwojCzas.pl

sizeer.com

e-sizeer.com

facebook.com/SI.Magazyn facebook.com/sklepsizeercom


SI 5 / 2010

To hasło nowej kampanii Sizeer. Kampania startuje 8 lutego i ma na celu pokazanie Klientom, że Sizeer to coś więcej niż tylko produkty. Sizeer to przede wszystkim emocje, opowieści i pasje towarzyszące im. W sieci naszych salonów każdy z Was odnajdzie swoją historię i tym samym, produkt dla siebie. A jest z czego wybierać. W Sizeer czeka na Ciebie ciekawa oferta produktów Nike, Adidas, Puma, Reebok, Lacoste, Ecco, Converse, Bench. Więcej o niezwykłych sneakerowych historiach w tym numerze SI Magazynu! Znajdź swój styl i opowiedz nam swoją historię! UWAGA KONKURS! SI Magazyn, sieć Sizeer i e-Sizeer.com zapraszają do udziału w wyjątkowym konkursie „What is Your sneaker story?”. Mechanizm zabawy jest prosty. Przede wszystkim należy wejść na stronę konkurs.sizeer.com. Następnie dzięki znajdującej się tam aplikacji graficznej opowiedzieć nam swoją historię. Udział w konkursie może wziąć każdy kto w dniach 17 lutego – 10 marca 2011 znajdzie kilka minut i ochotę by pobawić się własnym zdjęciem oraz grafikami zaproponowanymi przez Sizeer. Atrakcyjne nagrody czekają! Więcej info na Sizeer.com i konkurs.sizeer.com! Najlepsze prace pokażemy w kolejnym SI Magazynie.

sample

SIZEER PARTNEREM FILMU „WOJNA ŻEŃSKO-MĘSKA” 25 lutego na ekrany naszych kin wchodzi nowy film Łukasza Palkowskiego „Wojna żeńsko-męska”. Więcej na temat produkcji przeczytacie na kolejnych stronach SI Magazynu. Sizeer, którego możecie zobaczyć na wielkim ekranie, zaprasza do kin! Bilet na specjalny pokaz może otrzymać każdy w czasie trwania akcji dołączy do SizeerClub – programu pełnego atrakcji! To jednak nie wszystko, na tych, którzy zdążyli dołączyć już do SizeerClub czekają zaproszenia na specjalny pokaz przedpremierowy. Informacji na temat biletów i aktualnych klubowych promocji szukajcie w sklepach i na stronie SizeerClub.com. Pamiętajcie! Klubowicze Sizeer zyskują więcej!

ZIGTECH — DODATKOWA PORCJA ENERGII DLA CIEBIE ZigTech – dodatkowa porcja energii dla Ciebie! Czujesz, że rozpiera Cię moc. Biegasz. Na długim dystansie towarzyszy ci równy oddech i miarowe tętno, którego wykres wygląda jak zygzak. Daj się zauważyć podczas wieczornego biegu po ulicach miasta lub pobytu w siłowni! Niezależnie od tego, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną wykorzystaj energię, jaką dają ci buty ZigTech! Teraz możesz je połączyć ze strojami ZigTech opracowanymi przy użyciu specjalnych włókien Celliant®, które podnoszą poziom tlenu w organizmie. W sezonie wiosna/lato 2011 mężczyźni mogą wybierać spośród nowych modeli niezwykle popularnych butów ZigTech. ZigSonic w wersji czarnej ze stylową zygzakowatą podeszwą w kolorze malibu blue świetnie uzupełni męską kolekcję ubrań. Jeśli planujesz wieczorny jogging, warto poznać model Premier ZigFly z logo Reebok stworzonym z odbijającego światło materiału, co sprawi, że będziesz widoczny nawet podczas nocnych biegów! Kobiety również mogą w tym sezonie wypróbować buty ZigTech za sprawą modelu Premier ZigFly. Poczuj moc dodatkowej energii płynącą z zygzaka w trakcie biegu lub treningu. Wypróbuj technologię ZigTech.

/05


sample

SI 6 / 2011

KAMPANIA PROMOCYJNA ADIDAS ORIGINALS — „BĄDŹ ORIGINALS!” Kampania promocyjna adidas Originals - „Bądź Originals!” adidas Originals to marka inspirowana najnowszymi trendami, miejskim stylem życia i muzyką. Właśnie dlatego daje swoim fanom możliwość uczestniczenia w największych wydarzeniach na scenie muzycznej w naszym kraju. Szansę zdobycia biletów dla siebie i paczki swoich znajomych ma każdy, kto weźmie udział w promocji „Bądź Originals!”. Co należy zrobić? Zakupić buty z kolekcji adidas Originals, zachować paragon, załadować go na stronę konkursową http://www.konkurs-adidasoriginals.pl wraz z opisanym zdjęciem prezentującym uczestnika konkursu w czasie dobrej zabawy ze znajomymi. Przechodząc kolejne kroki można zostać jednym z trzech zwycięzców i zaproponować znajomym wspólną zabawę. Nagrodą gwarantowaną przy zakupie butów adidas Originals objętych promocją jest bilet do kina. Promocja trwa w marcu 2011.

ABSURDALIA, BENCH I SIZEER Bench i Sizeer zapraszają na Absurdalia! 19 marca 2011 wszystkie zakamarki krakowskiej Rotundy wypełnią się bezkompromisowym brzmieniem. Na trzech floorach gorące nazwiska światowej i polskiej sceny d’n’b, techno i minimal – Calyx, Prolix, Futurebound, Mark Eg, Marco Remus, Dave the Drummer, Nadja Lind... Absurd Squad zaprasza na Absurdalia 2011! Zorganizowane po raz pierwszy osiem lat temu Absurdalia nie przestają zaskakiwać i inspirować. Przemierzając długą drogę z niewielkiego klubu na Grodzkiej 3, przez Krzysztofory, aż do największej krakowskiej imprezowni – Rotundy, nabrały rozmachu, który pozwolił im wyjść daleko poza ramy muzyki. Ciężkie, radykalne, niekomercyjne brzmienia, podawane w oprawie wizualnej na najwyższym światowym poziomie, na Absurdaliach zyskują całkiem nowy wymiar. 19 marca, po raz pierwszy w Krakowie, będziemy mogli obserwować niezwykłą instalację UV, która ożyje za sprawą wizualizacji w wykonaniu Temporary Space Design. Dekory przygotowane przez Axis Mundi i Egodrop uzupełni prezentacja kolekcji Phantom Claudiusa. Absurdalia stały się cyklem, na który czekamy. Punktem absolutnie obowiązkowym w imprezowym kalendarium kolejnych lat. Save the date! Na klubowiczów Sizeer czeka 20 podwójnych zaproszeń! Jak je odebrać? Więcej info już wkrótce na stronach Sizeer.com i SizeerClub.com! Na wszelki wypadek podajemy termin akcji – 9.03 – 16.03. To jak widzimy się na Absurdaliach?

/06


SI 6 / 2011

style

Od kiedy skończył się nabór do wojska, na armię patrzymy przychylniejszym okiem. Fascynacja mundurem widoczna jest od dawien dawna na wszystkich wybiegach. W zależności od sezonu podkreślane są różne elementy. Jesienią awansujemy na oficerów – dopasowane w talii kurtki-marynarki, okrągłe, metalowe guziki, wysokie buty, skórzane pagony i lamówki. Latem, głodni słońca, swoje myśli kierujemy w stronę morza… Trend marynarski kojarzy nam się jednoznacznie – z wypoczynkiem. Biel, granat, złoto i czerwone dodatki, całość skąpana w gorących promieniach słońca. Rejs jachtem, zabójczo przystojny kapitan… Przez popularność tego trendu przestaliśmy go doceniać. Na szczęście jednak nie zapomnieli o nim projektanci, którzy w każdym sezonie prezentują nam kilka wariantów. Dobierz własny! Tekst: Marta Szymonik

/08

Na słodko Grzeczna dziewczyna i grzeczny chłopiec. Lubią biel w połączeniu z pastelami. Kolorowe T-shirty, koszule, luźno przewiązany lniany szaliczek. W szafie zawsze mają kilka zestawów szortów i canvasove trampki we wszystkich możliwych kolorach. Buty nosimy ze sznurówkami lub bez, przecież wiosną mamy prawo robić to, na co mamy ochotę. Ten trend jest swobodny, stawia na wygodę. Zwracaj uwagę na detale – przypinka w kształcie kotwicy, morska bransoletka, przewiązany na biodrach kawałek żeglarskiej linki zastępującej pasek. Ostro jak brzytwa Podstawa to doskonały krój. Elegancja i kindersztuba. Biała koszula, doskonale leżąca marynarka – koniecznie wybierz dwurzędową – to teraz sprawa honorowa. Zarówno do krótkich, jak do i długich dołów; na spacer lub do biura. Za ciepło na marynarkę? Postaw na polo lub cieniutki sweterek. Blichtru dodadzą złote guziki. Miej grunt pod stopami Kiedy zapytasz żeglarza, co jest najważniejsze na jachcie, bez wątpienia jedną z pierwszych rzeczy, o jakiej wspomni, będą buty. Trend „łódkowy” trzyma się mocno i zdecydowanym krokiem wszedł na nasze ulice. Charakterystyczne przeszycia i zdobienia nadają niepowtarzalny charakter, przez co są obiektem pożądania pań i panów. Najbardziej prestiżowe modele są handmade. Co koniecznie musi znaleźć się w Twojej szafie? — buty na łódkę Timberland – to zdecydowany „must-have”, — T-shirt w paski – podstawa trendu marynarskiego, najlepiej upolować wersję z pagonami, — biała koszula – klasyka zawsze obowiązuje, canvasowe buty Lacoste – stawiamy na wygodę, — szorty – pokazujemy ciało, — mała torebka na pasku Lacoste – w sezonie 2011 nosimy małe akcesoria.


SI 6 / 2011

style

/09


SI 6 / 2011

star

Tekst: Monika Jurczyk „Nawet jak nie widzę twarzy, to poznaję cię po butach” – usłyszałam kiedyś od bardzo dalekiej znajomej. Komplement niebanalny, ale… No właśnie, czy zawsze musi być jakieś „ale”? Zazwyczaj wychodzę na tę, która za dużo narzeka, ale nie mogę się powstrzymać. Czy w mieście, które ma ponad pół miliona mieszkańców, można rozpoznać kogoś po butach? Niestety tak i prawdziwe jest powiedzenie, że również po butach rozpoznaje się Polaków za granicą. Bo zazwyczaj jest zachowawczo, czarno, brązowo lub, ewentualnie, beżowo. I choć zdarzają się wyjątki (a jest ich coraz więcej), to zazwyczaj gdy w szary, smutny dzień idę po ulicy, patrząc pod nogi (bo kałuże lub ślisko) zamiast w niebo (bo chmury), nie ma na czym zawiesić oka – po prostu czarno to widzę. Dosłownie. Wszyscy nosimy to samo, czyli czarne buty w różnych fasonach. A co jeśli zdarzy mi się podnieść głowę? Czarne płaszcze lub kurtki, rzadziej jakieś inne neutralne kolory. Brak czapek (ponieważ większość kobiet uważa, że źle w nich wygląda) lub, jeśli jest bardzo zimno, kilkuletnie starocie. Czarne oczywiście. „Czarny to nie kolor…” – mówi połowa pewnego sloganu reklamowego. Ale to też nie siła, niestety. Czarny ma zdecydowanie zbyt dobry PR. Uważamy, że pasuje do wszystkiego i na każdą okazję. Że jest neutralny. Że wyszczupla. I w ogóle wow. Narosło wokół niego mnóstwo mitów. Między innymi słynna mała czarna, która ma być na wszystkie okazje, a tak naprawdę jest przykrywką do tego, że boimy się innych kolorów – bo przecież małą czerwoną też można aranżować na różne sposoby, więc też mogłaby być uniwersalna. Jednak największym kłamstwem jest to, że czarny wyszczupla. W rzeczywistości to, co przyjmujemy za pewnik, jest kompletnie niesprawdzalne. Czarny odrysowuje naszą sylwetkę od tła, przez co podkreśla wszelkie niedoskonałości. Wyszczuplają wszystkie ciemne kolory, czarny – niekoniecznie. Czarny jest kolorem, który nic nam nie daje – nie rozgrzewa w zimne dni, nie poprawia humoru w smutne, a do tego podkreśla nasze zmęczenie lub, co gorsza, zmarszczki. I niestety, daje wyraźny sygnał, że boimy się eksperymentować, że nasza kreatywność, jeśli jest, to schowana gdzieś głęboko pod tym czy innym czarnym swetrem. I nie dajmy się zwieść, że to kolor elegancki lub przypisany do bohemy. To tylko dobry PR czerni. Dajmy dojść do głosu innym kolorom. I mówiąc „kolorom”, nie mam na myśli szarości czy brązu…

/10


/11


SI 6 / 2011

style

neutralnych kolorach z małymi, jednak bardzo widocznymi nadrukami – głęboko żółtymi, zielonymi czy niebieskimi.

Jakże ekscytująco zapowiadają się wiosna i lato w modzie męskiej! Będzie się działo dużo, będzie świeżo i odkrywczo. Jeśli chcecie być trendy i zwracać uwagę na ulicy, zapoznajcie się z dekalogiem modnego mężczyzny tego sezonu: Tekst Wojciech Skulski Nie będziesz chował klasyki głęboko w szafie, a zaczniesz ją świeżo i chyżo nosić na ulicach. Pora zainwestować w porządny casualowy garnitur, ciekawą sportową marynarkę czy białą koszulę z wysokiej jakości bawełny. Ubrania, które do tej pory uważane były za eleganckie, a czasem nawet obciachowe, wracają po latach do łask i na ulice. Oczywiście, nie w studniówkowej odsłonie, teraz ważne, by marynarka była w żywym lub pastelowym kolorze, zestawiona z bermudami, a koszula chociażby z muszką w kolorze magenty. Powrót klasyki oznacza również powrót wszystkich marek uznanych za klasyczne – chociażby wzorcowe buty na łódkę Timberlanda czy polo Lacoste’y są absolutnym „must have” sezonu, ale (!) tylko, jeżeli są w jakiś sposób odświeżone – mienią się niespotykanymi kolorami czy posiadają ciekawy nadruk. Zaprzyjaźnisz się z żywymi kolorami, acz nie przetransformujesz się w papugę To kolejny wiosenny sezon, gdy projektanci (że wymienię choćby Giorgio Armaniego, Moschina, Pradę), trendesetterzy i styliści chcą zachęcić mężczyzn i chłopaków do porzucenia nieśmiertelnej czerni. Wiosna to nie czas na smutek, teraz warto poszaleć. Jednak nie można przesadzić – kolor zdecydowanie tak, lecz jako akcent. Warto zatem pomyśleć o mieniących się kolorami paskach czy butach widocznych z kilometra. Można również wybrać t-shirtyw

/12

Nie wyrzucisz dwurzędowych marynarek, bluz i płaszczy z zeszłego sezonu, ponieważ masz wciąż się z nimi obnosić. Jeżeli jeszcze nie kupiliście czegokolwiek z dwoma szeregami zapięć na torsie, to warto przeszukać resztki zimowych kolekcji, które może jeszcze są gdzieś schowane z tyłu sklepu – dwurzędowość zostaje z nami na dłużej, tak zdecydowały wielkie domy mody, jak Hermes i Versace, a inni szybko się z nimi zgodzili. Zrozumiesz, że canvas, len i drewno to materiały, które są eko and in (a nie emo and out). Nurt ekologiczny także pozostaje z nami na dłużej. Tym razem za sprawą materiałów mających kojarzyć się z trwałością i naturą. Canvas, czyli specjalnie tkana, bardzo wytrzymała bawełna wykorzystywana do produkcji namiotów czy plandek, od tego sezonu jest stosowana do produkcji odzieży i obuwia (sprawdź chociażby nową kolekcję Timberlanda, a szczególnie wysokie canvasowe buty!), do łask wraca len, ponieważ jest antyalergiczny, mocny i jednocześnie przewiewny (lansuje go i Zegna, i Dolce & Gabbana), a jako dodatek – w wykończeniach i biżuterii – drewno. Tej wiosny lepiej wyglądać jak stare drzewo niż niedojrzałe emo. Zapomnisz o tym, co mówiła mama, że pasków i kratek się nie łączy. Dla lubiących się wyróżniać projektanci (np. Etro) proponują miks wzorów. Zestawy z różnych wzorów postrzegane są bardzo hot. Można się wygłupiać, stroić i grać w kółko i krzyżyk. Kto wygra? Ten, kto ma dobry gust i smak. Przegra ktoś, kto nie umie się bawić i będzie wyglądał jakby się przebrał. Bo ten trend jest tylko dla najbardziej wytrawnych modowych graczy. Zrobisz sobie tatuaż albo chociaż jakiś mały wzorek henną albo chociaż kupisz koszulkę wyglądającą jakby była wytatuowana, albo chociaż namówisz swoją dziewczynę na tatuaż, albo chociaż zmywalny, albo… Od Luisa Vuittona po Chanel na wybiegach widać było różne wariacje na temat ozdabiania ciała tatuażami. Przypominam jednak, że posiadanie tatuażu w języku, którego się nie zna, zawsze pozostanie passe.

Dowartościowujesz etos pracy fizycznej, bo wszystkie chłopy do roboty! Kolejną inspiracją w tym sezonie jest odzież robocza. Wariacje na temat pasów narzędziowych, kombinezonów czy uniformów są łączone z nowoczesnymi krojami i fasonami. Powinno być industrialnie i architektonicznie (asymetryczne i widoczne suwaki to jeden z najwidoczniejszych przykładów tego trendu), a przede wszystkim funkcjonalnie. Po szychcie w fabryce idziemy na wybieg najlepiej w wytrzymałym, acz lekko sfatygowanym roboczym obuwiu. Zgubisz sznurówki, a co się będą plątać. Tenisówki bez sznurowadeł, cichobiegi i inne laczki dla facetów nielubiących się schylać. Czy w Polsce ta tendencja również się przyjmie? Wśród wszystkich grubasów, leniwców i innych wygodnickich – na pewno. Lepiej wytłumaczyć komuś, że takie buty są bardzo, bardzo modne, niż mówić, że nie ma się siły wiązać supełków w obuwiu. Kupisz sobie porządną parę sandałów i nigdy, przenigdy, prze-przenigdy nie założysz jej z białymi skarpetkami. Kolejnym modnym rodzajem obuwia są sandały. Skórzane, mocne, trwałe dla zdecydowanych i męskich kolesi. Warto jednak po raz kolejny powtórzyć: takich butów nie nosi się ze skarpetkami! A za noszenie białych skarpetek (i nieważne, jakie mają logo!) z sandałami grozi towarzyska śmierć. Jeśli chcecie mieć znajomych, nie zasłaniajcie palców u stóp. Zakochasz się w oliwkomym, bowiem czas na lato leśnych ludzi. No a jeśli żadnego z powyższych przykazań nie zamierzasz przestrzegać, to chociaż postaw na ciemną zieleń. Dla wszystkich poważnych tradycjonalistów, którzy boją się nowości, a chcieliby jednak wyglądać choć trochę in style na wiosnę 2011, przygotowano odzież i obuwie w kolorze oliwki. Z naszych badań wynika, że polscy leśnicy przyjęli ten wybór jako zadowalający (85% pozytywnych odpowiedzi na reprezentatywnej próbie 1234 pracowników lasów państwowych). Co teraz? Czas na zakupy i dostosowanie się do mody. Warto jednak pamiętać, że zawsze najmodniejsze jest posiadanie własnego stylu i bycie sobą, czego na nowy sezon życzę! Niech moda będzie z Wami!


SI 6 / 2011

style

Wszyscy, których pociąga estetyka komiksów, zabawa modą, żonglerka symbolami pokultury, ocieranie się o granice dobrego smaku czy wręcz świadomy kicz, na pewno docenią prace francuskiego projektanta J-C de Castelbajaca. Kurtka z pluszowych Kermitów, zegarki z klocków Lego, nadruki z postaciami z „South Park” – to tylko nieliczne z jego propozycji. Choć Castelbajac swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w 1973 roku,rozgłos przyniosła mu dopiero ostatnia linia, chętnie wybierane przez celebrytów. Wśród nosicieli gwiazdy sceny pop – Lady Gaga, Madonna i Katy Perry. Pamiętacie teledysk Lady Gaga „Telephone“, gdy wokalistka pojawia się w więziennym korytarzu w czarno-białej skórzanej sukience z głębokim dekoltem i „przerysowanymi” ramionami, a Beyonce wykrzykuje „stop telephoning me-e-e-e-e...“, ubrana w niebieską satynową marynarkę „ociekającą” łańcuchami i kryształami Svarowskiego? To właśnie JC/DC! Jego kolekcja na lato 2011 –„ Über Tropikal Airlines“ – swoisty lot do tropikalnej Afryki wraz z Małym Księciem i kotem Felixem… Jednak zamiast próbować opisywać to bogactwo nadruków i elementów, odeślę Was do strony projektanta, abyście mogli sami nacieszyć oko! www.jc-de-castelbajac.com Foto JC de Castelbajac, pokaz lato 2011 “Uber Tropikal Airlines”

Treehotel Kiedy już nasza niepohamowana potrzeba konsumpcji zostanie zaspokojona, a ciężar zakupów, intensywność bodźców oraz intensywność życia w wielkim mieście da nam się we znaki i poczujemy potrzebę ucieczki na łono natury, gdzie będziemy mogli ukoić skołatane nerwy… Czas odwiedzić Harads w północnej Szwecji, gdzie mieści się Treehotel. Wyjątkowe miejsce (a właściwie sześć miejsc, bo Treehotel to sześć pokoi zawieszonych między drzewami na wysokości od 3 do 6 metrów nad ziemią) Kto z nas, będąc dzieckiem, nie marzył o własnym domku na drzewie? Teraz ta dziecięca fantazja może być zrealizowana w wersji mocno designerskiej. Szklany sześcian, forma przypominająca UFO czy gniazdo to tylko część oferty tego wyjątkowego konceptu zaprojektowanego przez Tham & Videgard Hansson. www.treehotel.se Foto Treehotel

/14


SI 6 / 2011

style

Antwerpia jako belgijska stolica mody ma wiele do zaoferowania ludziom szukającym ekscytujących rozwiązań. Jednym z najciekawszych miejsc jest concept store Walter – flagowy sklep Waltera van Beirendoncka, jednego z designerów ze słynnej Antwerp Six, która pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia sprawiła, że oczy świata mody zwróciły się ku Flandrii. Nad projektem aranżacji wnętrza zlokalizowanego w starym magazynie współpracowali australijski designer Marc Newson oraz architektoniczna grupa B-Architecten z Antwerpii. W wyniku tej współpracy powstał koncept sklepu w sklepie. Przestronna, sterylna, biała przestrzeń podzielona została jaskrawożółtymi stalowymi podestami służącymi do prezentacji odzieży, a jednocześnie wyznaczającymi autonomiczną przestrzeń dla każdego z prezentowanego w sklepie designerów. Wśród wielu intrygujących elementów wystroju odnajdujemy lewitujący kontuar, wolnostojącą ścianę ze skrzynek na butelki czy przeskalowanego, zielonego, poliuretanowego misia. Projekty Waltera to awangardowa mieszanka seksualności, etniczności, intensywnych kolorów, technologii oraz ciągłego przekraczania granic mody męskiej. W sklepie poza propozycjami właściciela można nabyć również projekty Bernarda Willhelma, Yoichi Nagasawy i Bless Zdecydowanie jest to propozycja dla osób szukających unikatowych konceptualnych rozwiązań. www.waltervanbeirendonck.com Foto kolekcja wiosna-lato 2011: Dan Lecca

Eksplozja, przesada i eksperyment – te słowa definiują styl butiku KOKON TO ZAI…, a KOKON TO ZAI definiuje to, co nosi alternatywna scena Londynu. Samo wnętrze tego sklepu znajdującego się w londyńskim Soho nie jest tak istotne, jak selekcja prezentowanych tam ubrań. Główna idea miejsca założonego przez byłego DJ-a Sashę Bezovskiego oraz projektanta Marjana Pejoskiego to dać szansę młodym i utalentowanym designerom, którzy mogą w KOKO TO ZAI prezentować i sprzedawać swoje kolekcje. Na niewielkiej przestrzeni poza kreacjami Marjana Pejoskiego (któremu sławę przyniosła suknia-łabędź założona przez Björk w 2001 roku podczas Gali Oskarowej) prezentowane są „dzikie” i nietypowe projekty takich designerów, jak Cassette Playa, Jeremy Scott, Vivienne Westwood czy Kling. Jeżeli lubicie wczesne lata 90., estetykę fliperów i laserów, przeskalowaną biżuterię, dzikość i nieokiełznanie… to zdecydowanie KTZ stanie się waszym punktem obowiązkowym na mapie londyńskich zakupów! www.kokontozai.co.uk

New York, New York! Miasto o tysiącu twarzy… Dla mnie to twarze pięknych młodych ludzi nieśpiesznie przeglądających nowe kolekcje w sklepie Opening Ceremony! Sklep zlokalizowany jest w Soho, kultowym miejscu modnych nowojorczyków. Założony został przez dwójkę przyjaciół, Carol Lim i Humberto Leona, którzy skoncentrowali się na prezentacji projektów z różnych stron świata. Co sezon jest to zupełnie inny region, zwykle taki, w którym właściciele spędzili chwilę, wczuwając się w lokalny folklor i wybierając propozycje najciekawszych designerów. Prezentowane były już między innymi Brazylia, Niemcy i Wielka Brytania. Opening Ceremony znany jest również z tworzenia kolekcji przy współpracy ze znanymi markami, jak Timberland, Levi’s, Uniqlo, czy też z ikonami stylu, np. aktorką Chloë Sevigny. www.openingceremony.us/products.asp

/15


style

SI 6 / 2011

BĄDŹ NA BIEŻĄCO: www.claudius.pl www.facebook.com/claudius.hair.treser

/16


SI 6 / 2011

„The Man Machine” Kraftwerk w głośnikach. Motocykl w samym sercu pracowni. Uśmiechnięte klientki i „mistrz” (jak o nim mówią), który jednej z pań sygnalizującej, że jest głodna, oddaje swój obiad… „Mistrz” jest w czterech miejscach jednocześnie. Tnie, dobiera kolor, doradza, słucha, biegnie na zaplecze, rozmawia z kimś, odbiera telefon. Wraca. Znika. Wraca. Nie gubi żadnego z poruszanych wątków. Tym razem spotykamy się w krakowskiej Galerii „Pauza”, jedynym cichym zakamarku tętniącej życiem kamienicy przy Floriańskiej 18. Gdzieś pomiędzy pracą w starej a pilnowaniem remontu w nowej pracowni. Pomimo późnej pory telefon nie przestaje dzwonić. Mój rozmówca, pytany o siebie, milknie. Dopiero kiedy wchodzimy na temat jego pasji, nie daje dojść do słowa. Włosy, motocykle, adrenalina, ludzie… O tym, że w życiu nie ma miejsca na żadne „pitu pitu”, opowiada Klaudiusz Iciek, hair treser. Tekst Magda Nowak Foto Askaniusz „ASKY” Petynka SI: Kto to jest Klaudiusz Iciek? (cisza) Ktoś, kto bardzo nie lubi mówić o sobie… Klaudiusz Iciek: To co, kończymy wywiad? (śmiech) Nie! (cisza) Klaudiusz Iciek to… to bardzo szerokie pojęcie (śmiech). Stylista włosów. Zawsze uważałem się za osobę, która bardziej rzeźbi we włosach, niż jest rzemieślnikiem. Włosy są materiałem, który nigdy się nie kończy, z którego zawsze można coś stworzyć. A ja bardzo lubię tworzyć.

style

Stylista włosów, fryzjer, hair treser? Raczej stylista. Zazwyczaj jak tylko kogoś zobaczę po wejściu do salonu, wiem, co chciałbym zrobić czy zaproponować. Hair treser to taka gra skojarzeń. W sumie „tresujemy” włosy, żeby słuchały naszych klientów. Jak się zaczęło? Zaczęło się w szkole podstawowej. Kombinowałem na kolegach. I na sobie oczywiście (śmiech)!. Mieszałem farby plakatowe z piankami do włosów. Malowałem tym głowy. Jak trzeba było wzmocnić efekt, szła w ruch woda z cukrem, suszara… Pamiętam taką sytuację. Raz zrobiłem jednemu z kolegów kolor. Miałem 16 czy 17 lat. Poszliśmy do kościoła. Weszliśmy na mszę i ksiądz zamarł. Zapadła grobowa cisza. Wszyscy odwrócili się w naszą stronę. Po chwili doczekaliśmy się powrotu do rzeczywistości, ale szok był spory. Może dlatego, że Złoty (kolega – przyp. red.) wyglądał jak taki wielki szop (śmiech). Po co poszliście do kościoła? Wiesz, jak to w małej miejscowości… Żeby pokazać nową fryzurę? No, w sumie też (śmiech). Zresztą w swojej miejscowości zawsze byłem postrzegany jako osoba wykraczająca poza obowiązujące standardy. W liceum pani od rosyjskiego – oczywiście siedziałem na jej zajęciach w pierwszej ławce – mówiła, że ma w związku z moją obecnością „dyskomfort psychiczny”. Jej dyskomfort zaprowadził mnie na komis. A co na to wszystko rodzice? Nic. Rodzice zawsze byli bardzo w porządku. Chcesz mi powiedzieć, że ludzie w kościele zamierają, koledzy mają pomalowane plakatówką głowy, a rodzice nic? Inni rodzice oczywiście, mieli problem, że Iciek to ten taki najgorszy. Ale moi? Moja

mama nie jest z zawodu fryzjerką, ale ciągle ktoś przychodził do niej, żeby obcięła mu włosy. Była dla mnie bardzo tolerancyjna. Wspierała. A kiedy zacząłeś zajmować się włosami profesjonalnie? Mniej więcej 7 lat temu. Przyjechałem do Krakowa. Zapisałem się do jakiejś tam szkoły, z której zresztą szybko zrezygnowałem (śmiech). Zacząłem próbować swoich sił w salonie... W międzyczasie zbierałem zdjęcia, inspiracje. Wiesz, od zawsze podobały mi się geometryczne kształty, „ciężkie” fryzury. Nie lubię włosów cienkich, wyszarpanych. Być może wystylizowane wyglądają dobrze, ale poza tym? Jak układać je samodzielnie na co dzień? W każdym razie okazało się, że te moje zdjęcia to materiały z akademii Vidal Sassoon. Pracowałem wtedy na kosmetykach Kadus. Któregoś dnia trafiłem na szkolenie prowadzone przez trenerów z tej firmy. Ich praca wywarła na mnie niesamowite wrażenie, nawiązywała do tego, czym byłem zachwycony, do pracy Vidal Sassoon. Wtedy narodził się mój cel Chciałem stać się na tyle dobry, żeby móc pracować jako jeden z instruktorów. Pamiętam, ile stresu kosztowało mnie dostanie się na staż do Kadusa. Przyjęli wtedy tylko dwie osoby. To otworzyło mi drogę do dalszego rozwoju. Zaczęły się wyjazdy do Akademii Vidal Sassoon do Londynu. Pamiętam pierwsze dwutygodniowe seminarium. Patrzyliśmy, jak pracują instruktorzy. Mogliśmy pracować pod ich okiem. Wtedy tak naprawdę wszystko się zaczęło. Mogłem w końcu pracować z pasjonatami, ludźmi, dla których włosy to zdecydowanie coś więcej niż zawód. Dalej? Zostałem instruktorem Kadusa. Jeździłem po całej Polsce na szkolenia. Uczyłem innych, ale sam też mogłem się od nich uczyć. Podpatrywałem. Czasem tak jest, że zobaczysz coś, co pociąga prawdziwą lawinę pomysłów. Zacząłem poznawać coraz nowych ludzi, pracować przy produkcjach filmowych, pokazach,

/17


SI 6 / 2011

style

sesjach modowych. Od Isover po film o Krakowie czy Solidarności… (śmiech) Wolisz sesje modowe czy pracę w salonie? Nie lubię się zamykać w salonie. Lubię wyjść poza. Zresztą już na dniach przenosimy się do nowej lokalizacji, w samym centrum Krakowa. Chciałbym, żeby to nie była taka zwyczajna pracownia, tylko miejsce, gdzie ludzie wpadają pogadać, napić się z nami kawy, poczytać. Gdzie każdy może przyjść, bo jest fajny klimat. Dlatego otwieramy się na ostatnim piętrze w kamienicy, w której znajduje się Pauza. Moim marzeniem jest stworzenie miejsca, które przyciągnie ciekawe osobowości, ciekawych ludzi. Zmieńmy na chwilę temat… Włosy to nie jedyna twoja pasja. Na środku salonu stoi ścigacz… (śmiech) Jeżdżę od dziecka, chyba od 7 roku życia. Zaczęło się niewinnie, a teraz nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że on gdzieś tam nie stoi, że nie mogę wsiąść i po prostu pojechać. Gdziekolwiek (cisza). W ubiegłym sezonie letnim udało mi się zrealizować jedno ze swoich marzeń. Pod logo marki, z którą obecnie współpracuję – Kemon – zdobyłem wicemistrzostwo polski. Może byłoby lepiej, ale zdarzył się wypadek i straciłem punkty. Ja potrzebuję do życia adrenaliny. Nawet jedna z moich kolekcji nosiła taką nazwę – „Adrenaline”. „Nie ma końca. Nie ma początku. Jest tylko niezaspokojona pasja życia”. Federico Fellini miał rację. Adrenalina? A jednak wybór zawodu na to nie wskazuje… Ja po prostu taki jestem. Z jednej strony pracuję z kobietami. Doradzam im. Zajmuję się czymś tak delikatnym, jak włosy, jak wygląd moich klientek. Z drugiej… adrenalina, silniki, zapach paliwa, skóry… Stylista, motocyklista, psycholog… Trochę tak jest. Klientki opowiadają. A ja po całym dniu pracy mam czasami taką „wielką głowę” (śmiech). Każda mówi o czymś innym. Do tego dochodzą zwyczajne, codzienne zajęcia… telefony, maile. O czym opowiadają ludzie u stylisty? O wszystkim. To jest chyba zawód bardziej zobowiązujący niż ksiądz. Problemy w domu, szczęścia, seks, miłości, zawody, pieczenie, gotowanie, kościół, ploteczki…

/18

Pamiętasz, o czym rozmawiałeś przy poprzedniej wizycie? Tak. Często klienci są tym zdziwieni… Poświęcam tym osobom czas. One nie tylko przychodzą po dobrą usługę, ale również żeby po prostu pogadać. Skąd wiesz, jak ciąć, jak kolorować? Patrząc na osobę wchodzącą do salonu, od razu wiem, co chciałbym zrobić – ukryć to, co niedobre, wydobyć to, co piękne. Widzę kobietę nie tylko jako fachowiec, ale również jako mężczyzna. Do pomysłu dochodzi oczywiście technika. Mamy różne struktury i objętość włosów, kształty twarzy… Czasami przychodzą klientki po jakichś takich dziwnych cięciach, że aż ręce opadają. Proponujesz od razu czy słuchasz? orozmawiać, wysłuchać. Nie jest tak, że sadzam kogoś na fotelu i mówię „Cicho! Tnę!”. Chociaż kiedy słyszę jakieś dziwne pomysły, staram się przekonać, że nie będzie dobrze. Najbardziej cieszę się, kiedy klientki mi ufają. Pozwalają mi pracować i są otwarte. Ludzie tak często zapominają, że włosy rosną całe życie. Boją się choćby pomyśleć o zmianach. Śmigają całe życie te balejażowe zebry (śmiech). Wyczesałeś kiedyś weselny koczek na brokacie? Taki z różyczkami i całym stuffem? Nie (śmiech). Proponuję takim klientkom wizytę w innym salonie. Zawsze ostrzegam, że nie lubię fryzur „pitu pitu”. Albo coś robimy, albo nie. Oczywiście nie jest tak, że każdy wyjdzie z pracowni obcięty jak modelki prezentujące nową kolekcję. Kolekcje to inspiracja do pracy. Mogę wykorzystywać i dowolnie łączyć ich elementy. Mogę z nich zrezygnować. Najważniejsza jest klientka, nie aktualna moda. Mnie buduje, kiedy klientka opowiadająca o fryzjerskich traumach wychodzi uśmiechnięta. Trochę błędnie, a może i na własne życzenie, zostałem sklasyfikowany jako „ten, co wycina dziwne rzeczy”. Tymczasem ja wychodzę od klasyki – paziów, bobów, „ciężkich” form, które dobrze się układają. Kolekcje są dla ludzi odważnych, chcących się wyróżniać. Dobre cięcie jest dla wszystkich, którzy nie chcą spędzać przed lustrem pięciu godzin z myślą: „I jak to teraz ułożyć?”. Kiedy nie tniesz, nie jesteś psychologiem, księdzem i motocyklistą … Imprezuję (śmiech). Robię wiele rzeczy. Projektuję ciuchy, maluję abstrakcyjne obrazy. Będą wisiały w nowej pracowni. Poza tym? Szukam inspiracji.

Co cię inspiruje? Ludzie. Czerpię energię z pozytywnych ludzi. Jestem osobą żywiołową. Ciągle musi się coś dziać. W ciszy po prostu umieram. Gdzie czujesz się najlepiej? Może nie tyle najlepiej, ale lubię wypady do Berlina. Lubię tam być. To miasto mnie inspiruje. Czuje się tam takiego artystycznego ducha. Ludzie są wyzwoleni. Tutaj, w Polsce też powoli zaczyna się widzieć osoby barwne, ciekawie ubrane. Ale na ulicach dominuje smutek, szarość, podobne ubrania, podobne, wyżelowane fryzurki. Jakaś masakra. Berlin uwielbiam! To niesamowicie otwarte miasto. Ostatnia kolekcja? Phantom. Dużo geometrii. Duże kontrasty kolorystyczne, oczywiście zrobione w przemyślany sposób, tak aby koloryzacja podkreślała formę strzyżenia. Nazwa pochodzi od filmu „Fantom”. Całość utrzymana jest w konwencji future. W październiku miałem okazję być na inauguracji kolekcji, które wchodziły w tym sezonie. Jest taka ogólna tendencja do sprowadzania kobiecych fryzur do form męskich. Pracujesz w drużynie? Tak. Mój salon to nie tylko ja. Stawiam na mój zespół. Staram się dobierać osoby, które pasują do całej ekipy i potrafią wkręcić się, a jednocześnie podkręcać klimat, który chcemy tworzyć. W teamie są osoby, które szkoliłem od samego początku, i takie, które przyszły z pewnymi naleciałościami, ale z czasem zaczęły pracować w podobnym do nas klimacie. Teraz hair treserów jest już sześciu. Są dodatkowo dwie osoby odpowiedzialne za kolor i dwie zajmujące się paznokciami. Wiele osób, pisząc o tobie, używa określenia „mistrz”… To miłe, chociaż tego nie lubię. To, co budujące w całym tym „mistrzowaniu”, to potwierdzenie, że ludzie zaczynają szukać cięcia, stylizacji dobrej jakości. Zwracają uwagę na to, jak mają ostrzyżone włosy. Dobre cięcie sprawia, że mają więcej czasu dla siebie.


Reebok, cena – 249,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Reebok, cena – 329,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Reebok, cena – 359,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Reebok, cena – 359,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Puma, cena – 269,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Lacoste, cena – 249,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Puma, cena – 269,90 Lacoste, cena – 469,90 Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Lacoste, cena – 249,90

Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com


Produkty dostępne w sieci Sizeer i na e-Sizeer.com

Foto Marcin Socha Stylizacja Mateusz Paja Make-Up Agata Król-Iwulska

Adidas, cena – 299,90

Modele Ewa Kępys, Maciej Rumian (Fashion Color) Fryzury Monika Sikora – Claudius Hair Treser Team (Kraków. ul. Floriańska 18) claudius.pl Miejsce Klub Fabryka Kraków, ul. Zabłocie 23 fabrykaklub.eu Produkcja Mateusz Paja, Justyna Dziegieć


SI 6 / 2011

around

PODZIEMNY Street Fighters zdoby KRĄG Kraków Pierwsza edycja Street Fighters – projektu Nawera, artysty graffiti, architekta i designera tworzącego głównie w przestrzeni miejskiej, oraz krakowskiego klubu Pauza – podczas której obserwować mogliśmy inspirującą Konfrontację malarzy z muzykami, odbyła się 26 stycznia 2011 roku. Oprawą muzyczną wydarzenia zajęli się Daniel Drumz i Kixnare. Za stronę wizualną odpowiadali Nawer, Pan Sepeusz i Chazme718. Ogromne zainteresowanie przedsięwzięciem sprawiło, że projekt będzie kontynuowany. Jakie są jego założenia? – Zwykle obraz oglądany jest jako gotowa praca funkcjonująca w przestrzeni miejskiej – wyjaśnia Nawer. – My postanowiliśmy zaprosić widza do uczestniczenia czy też obserwacji procesu jego tworzenia. Konfrontacja pomiędzy dźwiękiem a obrazem miała oczywiście charakter umowny, nie ma przegranych ani zwycięzców. Nie jest tajemnicą, że najlepiej tworzy się przy dobrej muzyce. To ona bardzo często wywiera wpływ na to, co zostanie namalowane, staje się inspiracją do tworzenia… tym bardziej na żywo, bez wcześniej ustalonego konceptu – po chwili dodaje. – Chcemy zaskakiwać, zaprezentować jak największą liczbę artystów, oswoić widza z procesem tworzenia! Foto — Paweł Dziurżyński (www.dziur.pl)

DANIEL DRUMZ www.danieldrumz.com/ KIXNARE www.myspace.com/kixnare PAN SEPEUSZ www.sepeusz.blogspot.com/ CHAZME718 www.chazme718.blogspot.com/ NAWER www.behance.net/nawer/frame

Kolejne Konfrontacje będą się odbywały w środowe wieczory. Trzeba być czujnym, bo o terminach organizatorzy będą informować jedyniez niewielkim wyprzedzeniem.

/36


SI 6 / 2011

around

ywajÄ…

/37


SI 6 / 2011

around

47 krajów świata, setki godzin w podróży, tysiące wytańczonych kroków. Ale ułożyć Top 10 najlepszych klubowo miejsc świata – diabelsko trudne zadanie. Proponuję więc coś pomiędzy, coś o dowolnej kolejności. Top 11, a może i Top 12. Policzcie i oceńcie sami. I pamiętajcie, że zawsze gdzieś w takich zestawieniach musi się znaleźć się Nowy Jork. Musi? A może właśnie nie...? Tekst i Foto Rafał Romanowski Bolonia (Włochy) – jedyne miasto na świecie, przez które możesz przejść suchą stopą, kryjąc się pod urokliwymi arkadami okalającymi zabytkową starówkę. Miasto, które z racji czerwono-brunatnego koloru swych cegieł i dachówek oraz najbardziej lewicowych przekonań mieszkańców w całej Italii, zwane jest czerwoną Bolonią. Imprezowo – raj. Dość wspomnieć, że w mieście, którego niemal 1/3 ludności stanowią studenci, całe centrum wręcz „wytapetowane” jest otwartymi do późna w nocy klubami, restauracjami, dyskotekami i głośnymi kawiarniami. W Bolonii nie istnieje podział na „swoich” i „obcych”. Każdy jest skądś, każdy przybył tu w określonym celu, przede wszystkim zdobyć wykształcenie (studiując na prastarym bolońskim uniwersytecie, możesz chodzić na otwarte wykłady Umberto Eco – autora głośnego „Imienia Róży”), ale też poczuć nieskrępowaną wolność, którą wyczuć można tu niemal w każdej rozmowie, geście, zachowaniu czy propozycji. Po nocy pełnej szaleństwa warto pokrzepić się słynnym bolońskim daniem – spaghetti alla ragu (naszym „po bolońsku”), czyli makaronem przykrytym rzadkim sosem z mielonego mięsa i warzyw. I popić winem. Najlepiej lekko gazowanym, różowym Lambrusco... Amsterdam (Holandia) – zostawcie precz Dzielnicę Czerwonych Latarni, zejdźcie z turystycznego szlaku pełnego dymu i potu. Pokręćcie się nad gęstą siecią

/38

amsterdamskich kanałów i poszukajcie miejsc, gdzie czas płynie wolniej, muzyka rozszczepia się na więcej tracków, a światło przymila się do was każdym swym refleksem. Amsterdam, choćby nie wiem, jaki czort zabrał się za jego resocjalizację, pozostanie jedną z najważniejszych w świecie mekk wolności. Choć utrapieniem holenderskiej stolicy pozostają zaciekawieni i podnieceni pieprzną nutką turyści, wśród nieciekawych architektonicznie murów znajdziesz prawdziwe klubowe perełki. Amsterdam słynie z imprezek w przytulnych klubikach-pokoikach, ale bywając tu, nie zapominaj, że Holendrzy w swoim czasie wiedli prym w świecie w organizowaniu najszybszych, najostrzejszych, najbardziej bestialskich imprez techno, jakie tylko zdołał wymyślić cywilizowany człowiek. Koncerty tzw. gabbersów (czyli didżejów i fanatyków absurdalnie szybkiej i wulgarnej odmiany techno) to jedna z tych rzeczy, jaka w klubowym wizerunku Amsterdamu utrzymała się na stałe. „Szaleństwo” – to słowo w amsterdamskich klubach odmienia się chyba najczęściej... Ułan Bator (Mongolia) – czy wyobrażacie sobie niewiarygodnie brzydkie miasto w Azji, po którym w piątkowe i sobotnie noce uganiają się na koniach młodzi mężczyźni, głośno krzycząc i popijając z gwinta wódkę? Mongolska stolica, miasto porzucone wśród tysięcy kilometrów pustych przestrzeni, to jedne z najdziwniejszych klubowych miejsc na Ziemi. Ułan Bator zaskakuje mnogością miejsc, które w bardziej wypromowanych klubowo miastach świata zrobiłyby furorę. Do takich należy zaliczyć gigantyczne dyskoteki, w których zdarza się tańczyć w pianie, stroboskopach i ogłuszającej muzyce nawet trzem tysiącom osób. Drinki, gadżety, taksówki kosztują grosze, a po wytańczeniu każdej wolnej komórki ciała pozostaje tylko... osiodłać konia i na którymś z nich (lub rozlatującą się taksówką) jechać na domowy „afterek” w towarzystwie skośnookich przyjaciół. Gdzieś w czarną noc na nieoświetlone rubieże, tajemnicze blokowiska miasta. Obowiązkowo przy szklaneczce słonej herbaty z łyżeczką masła... Kuala Lumpur i Georgetown (Malezja) – Kuala to miasto trzech narodowości: chińskiej, hinduskiej i islamskiej), które wysokością swych wieżowców, tempem swych szybkich kolei i wysokością osiągalnych tam zarobków chce przyćmić nieosiągalnych na razie konkurentów – pobliski Singapur i słynny Hong Kong. Imprezy – specyficzne, choć w stolicy islamskiego kraju należy się liczyć z zupełnie innymi zasa-

dami dotyczącymi klubów i rozrywek. Pobliska wyspa Penang, z niezwykłym chińsko-malajsko-indyjskim Georgetown, to jakby przeciwwaga dla biznesowej Kuala Lumpur. W obu miastach można się wyszaleć w oświetlonych niezwykle intensywnym światłem klubach, gdzie tradycyjnie rozumiane imprezy połączone są z niezwykle popularnymi tu karaoke i popisami didżejów. Na Penangu, po wyczerpującej nocy spędzonej na przechodzeniu pomiędzy kolejnymi klubami, można odpocząć na uroczej plaży, gdzie przed nami rozlewać się będzie graniczące z Tajlandią i Indonezją morze, a z tyłu piętrzyć wieżowce i apartamentowce Gurney Drive – bodaj najsłynniejszego i najbardziej szpanerskiego deptaku w Malezji. Z prywatnych obserwacji... warto polecić imprezy-domówki na wyższych piętrach przy Gurney. Jak się wbić? Europejczykom i Amerykanom bywa łatwiej...

Berlin (Niemcy) – najbliższe Polsce, jedno z imprezowych centrów świata. Właśnie tu, po amerykańskim Detroit, rzucono fundamenty pod rozwój wszelkich gatunków muzyki techno. Do dziś zresztą większość światowych didżejów i producentów za punkt honoru obiera sobie poszukiwanie tu inspiracji do rozwoju swej muzyki. Dawniej klubowo-alternatywny Berlin szalał na Kreuzbergu, później bardziej szpanerskie towarzystwo przeniosło się na Prenzlauer Berg, ale najlepsze imprezy i najciekawsze kluby rozlokowały się teraz w okolicach Friedrichshain. Noc spędzona na plażowym piasku i rozhuśtana huśtawką wisząca na drzewie w klubie Maria am Ostbanhof nad brzegami leniwie płynącej Szprewy – należy do


SI 6 / 2011

najprzyjemniejszych Anno Domini 2011 w tym nigdy nieumierającym klubowo mieście. Fantastyczność Berlina polega też na jego nieustającym rozwoju, byciu ciągłym placem budowy, zmienności „topowych” adresów, w których warto się pojawić. To wszystko rozważają tłumy młodych ludzi, którzy w niedzielne przedpołudnia okupują kawiarnie na Prenzlauer Berg, pałaszując pyszne śniadania ze szwedzkich stołów, pijąc kawę i przeglądając setki magazynów, ulotek i kulturalnych zapowiedzi. Zajrzyjcie do kawiarni Frida Kahlo albo do barów na Kollwitzplatz – satysfakcja gwarantowana. A na wieczorne post-party w niedzielę wybierzcie się w okolice stacji metra U2 Eberswalder Strasse albo do kafejek przy Kastanien Alee. Uroczo i kasztanowo...

Londyn (Anglia) – tajski zestaw za trzy funty przy Camden Town, gruszkowy cider za dwa, szałowy krawat na Portobello za funta. Nie byłoby miarodajnego zestawienia klubowego Top 10, gdyby nie obecność w nim busoli europejskich trendów, źródła inspiracji dla tysięcy twórców, największego punktu przesiadkowego Europy, czyli brytyjskiego Londynu. I właśnie w Londynie wyszukasz wszystko, co tylko można sobie wymarzyć podczas pełnej rozrywkowych atrakcji kapryśnej nocy. Trasy londyńskich imprez wiodą w różne kierunki, ale ten chyba najpopularniejszy to lekka zaprawa w okolicach słynnej awangardowohandlowo-bangladeskiej Bricklane Street, przez puby City w okolicach stacji Liverpool Street, koło 22–23 na hałaśliwym, pełnym fantastycznie poprzebieranych ludzi Soho, aż po ponurą zabudowę biedniejszej części miasta – wschodniego Londynu, gdzie w głębi nocy w kultowych rejonach Shoreditch, Bethnal Green czy Hackney możesz pobawić się w pełnych elektronicznych dźwięków miejscach. Tych, do których wstęp mają tylko wybrani albo... ci, którzy potrafią dobrze szukać. Czyli Ty? Mój typ: rejony

around

klubu Electricity Showrooms oraz miejscówki przy Hoxton Square, nieopodal stacji metra Old Street... Tel Awiw & Jerozolima – choć tak skrajnie różne, wymieniane wspólnie. Naszpikowany nowoczesnością i trywialną wolnością Tel Awiw kontra nobliwa, pełna wiszącego w powietrzu niepokoju Jerozolima. Niecałe 60 kilometrów, jakie dzielą te dwa miasta, pozornie dwa światy. Ale wystarczy wyjść poza mury starego, arabsko-żydowsko-ormiańsko-prawosławnokatolickiego Jeruszalajm, aby wkroczyć na arenę tętniących głośną muzyką, pachnących drogimi drinkami klubów. Uciążliwie ciepłe wieczory, ospałe palmy zwisające nad ulicami, wszechobecna drożyzna, zapach iluśsetletnich murów – wszystko to sprawia, że clubbing w Świętym Mieście należy do tych, jakie trudno pominąć. To zresztą domena kilku miast Bliskiego Wschodu, na czele z libańskim Bejrutem, który szpanem, stylem i elegancją klubowej zabawy potrafi połknąć Tel Awiw i Jerozolimę razem wzięte. O ile w Jerozolimie pałętanie się nocą po imprezie nie należy do najmądrzejszych zabaw, o tyle w położonym nad brzegiem morza Tel Awiwie relaks na plaży przy szemrzących, ciepłych falach to dla wielu gwóźdź programu rozrywkowego wieczoru w sercu tego małego, acz niezwykle ciekawego kraju – Ziemi Obiecanej. Mój typ? Nie zrażajcie się pozamykanymi wieczorem klubami w okolicach np. ulicy Ben Yehuda. Wiele naprawdę znakomitych miejsc otwiera się późno w nocy...

Reykjavik (Islandia) – od maja do września Rejkjavik szaleje. To jedno z największych szaleństw w Europie, choć tej skandynawskiej, tylko pozornie bardziej skupionej czy wyciszonej. A tymczasem właśnie tu wyuzdane, klubowe szaleństwo kiełkuje jeszcze intensywniej, bowiem w letniej porze roku noc tu praktycznie nigdy się nie kończy. Z racji swego umiejscowienia, długich zim z długimi nocami oraz krótkiego lata z krótkim dniem Islandia proponuje Ci więc znacznie więcej zagadek niż inne kraje: możesz bawić się w słońcu czy przy księżycu – w obu przypadkach z tą samą godziną na zegarku. Reykjavik w którąś noc weekendu to wszechobecne śpiewy, krzyki, odgłosy

trzaskających butelek czy dudniące basem piwnice klubów. Co ciekawe, młoda Islandia szaleje dopiero od... 1.00 w nocy. I wybucha to nagle, niespodziewanie. Za to tańczyć, pić i – łagodnie rzecz ujmując – łajdaczyć się możesz nawet do 7.00 rano. Dopiero wówczas pustoszeją parkiety, didżeje z zagranicy kończą sety z na wpół przymkniętymi oczami (ranek plus różnica czasu), a nad islandzką wyspą świeci już (oczywiście latem) pełne słońce. Uwaga – reykjavicki clubbing, choć arcyciekawy, jest też bardzo drogi. Nie zdziw się, kiedy za piwo przyjdzie Ci zapłacić nawet... 40 złotych.

Tallin (Estonia) – jeden z najmniejszych, wręcz tycich adresików na klubowej mapie Europy. Choć niezwykle wdzięczny, od niedawna w strefie euro, portowy, świeży, chłodny. Estońska stolica ma wszystko, co potrzebne do weekendu w małym mieście, z uroczym starym miastem, dobrymi klubami, wszechobecnym angielskim i oryginalną elektroniczną muzyką. Z wynajętego u Rosjan hoteliku przy uliczce o nazwie Pikk idźmy brukowanymi ulicami do któregoś z tallińskich placów, gdzie „rozsiadły się” czekające głównie na gości z zagranicy puby i bary. Co ciekawe, z Tallina wyjechała już ta najgłośniejsza wśród turystów publika – tj. pijani Anglicy. Zrażeni artykułem w brytyjskim „Guardian Travel”, gdzie straszono obywateli UK szemranymi i wyłudzającymi pieniądze od klientów klubami w centrum Tallina, po prostu przestali tu przyjeżdżać. Choć sam Tallin i jego atmosfera są urzekające, najlepsze imprezy odbywają się tu na zacumowanych w porcie promach i statkach. Najlepiej przypłynąć Tallinkiem lub Viking Line z Helsinek i bibę rozpocząć już na wodach Zatoki Fińskiej. Rejs trwa ponad trzy godziny, a do samego Tallina wylewa się w porcie żądne rozrywek i tańca fińsko-estońskie towarzystwo. Wśród niego i my, którzy jeszcze tej nocy wrócimy na nasz statek i zaśniemy w specjalnie przystosowanej do tego kajucie z chilloutową muzyką sączącą się z sufitu i butelką zimnej mineralnej w okrętowej lodówce...

/39


around

/40

SI 6 / 2011


SI 6 / 2011

around

Chociaż towarzyszą nam prawie trzynaście lat, sami mają wciąż po dziewięć i ciągle chodzą do czwartej klasy. Przez te trzynaście lat przynajmniej kilka razy zmieniła się moda (a oni wciąż w tych samych czapkach), sytuacja polityczna, zmieniali się amerykańscy prezydenci (Clinton, Bush, Obama…), pojawiały się i znikały w niesławie lub zapomnieniu kolejne zastępy celebrytów (kto pamięta dzisiaj na przykład Kathie Lee Gifford?), rozwinęły się nowoczesne technologie komunikacyjne z Internetem na czele, świat dopadł kryzys ekonomiczny… A oni wciąż stoją na przystanku, czekając na szkolny autobus, z poważnymi minami na swoich okrągłych, dziewięcioletnich twarzach. Kto? Kyle, Stan, Eric i Kenny. Chłopaki z „South Parku”. Rozmawiała: Małgorzata Fugiel – Kuźmińska

/41


SI 6 / 2011

around

Anarchia Serial Trey’a Parkera i Matta Stone’a emitowany jest w telewizji od 1997 roku. Od tej pory wyprodukowano czternaście sezonów, ponad dwieście odcinków, które obejrzały miliony widzów na całym świecie. Dziś „Miasteczko South Park” to już legenda, fenomen popkulturowy, wobec którego nie sposób przejść obojętnie. A zaczynało się całkiem niewinnie. Pierwsze odcinki „South Parku” to anarchistyczna przejażdżka po ówczesnej popkulturze z mechaniczną Barbarą Straisand (odcinek 112 – „Mecha Striesand”), absurdalny humor każący chłopcom podjąć próbę skrzyżowania słonia ze świnią przy pomocy stworzenia im romantycznej atmosfery (odcinek 105 – „An Elephant Makes Love to a Pig”), zaś symbolem Bożego Narodzenia zostaje… kupa (odcinek 110 – „Mr. Hankey the Christmas Poo”). Ale już w pierwszej serii zauważyć można symptomy zaangażowania w odsłanianie prawdziwej twarzy Ameryki, co potem stanie się misją i motywem przewodnim „South Parku” – oto w absurdalnym, anarchistycznym, à rebours i bynajmniej nie otwarcie (ani nawet zakrycie) moralizującym tonie pojawiają się: Starvin’ Marvin, czyli umierający z głodu chłopiec z Etiopii (odcinek 109 – „Starvin’ Marvin”), geje (odcinek 107 – „Big Gay Al’s Big Gay Boat Ride”) i sam Jezus (odcinek 108 – „Damien”), który, jak się okazuje, prowadzi talk show. A potem jest już tylko śmieszniej (chociaż nie weselej), ostrzej i bardziej oskarżycielsko. W swoim obrazoburstwie Parker i Stone nie cofną się przed niczym,

/42

nie oszczędzą niepełnosprawnych, imigrantów, gejów, lesbijek, księży (z papieżem włącznie), Żydów, Indian, chorych na AIDS, SARS, raka, wyśmieją po kolei każdą religię, nie zostawią suchej nitki nawet na świętach Bożego Narodzenia czy „Władcy Pierścieni”. Po co ta demolka? Czy tylko w imię niesmacznej, źle pojętej, politycznie niepoprawnej zabawy? Dużym uproszczeniem byłoby jednak przykleić „South Parkowi” etykietkę z napisem „toilet humor” i odłożyć z niesmakiem na półkę, gdzie honorowe miejsce zajmują Terrance i Phillip – kanadyjscy komicy uwielbiani przez chłopców z „South Parku” za bezobciachowe podejście do wypuszczania gazów. Bo „South Park” to dużo więcej niż zabawa. Dużo więcej niż anarchia i obrazoburstwo. Przede wszystkim „South Park” jest jednak niezwykle śmieszny – gagi z tej bajki obiegły świat i weszły do języka potocznego, jak słynne „Oh my God, they killed Kenny! You bastard!”, a uroczą piosenkę „Unclefucker” jest w stanie zanucić chyba każdy. Ale nie wszyscy zawsze uznawali „South Park” za śmieszny. Przeciwko szydzeniu z religijnych świętości protestowały organizacje chrześcijańskie, przeciwko tworzeniu wizerunku Mahometa protestowali (z sukcesem) islamiści, a do zdjęcia z anteny odcinka poświęconego absurdom scjentologii doprowadził sam Tom Cruise. Cóż za nietrafiona strategia. Wygląda na to, że fundamentaliści (nie tylko islamscy) pozbawieni są do reszty poczucia humoru, umiejętności prawidłowego dekodowania ironii, metafory i czytania między wierszami. Protestując przeciwko „South Parkowi”, strzelili sobie w kolano i sami się ośmieszyli.

Bo przecież w tej bajce chodzi o coś zupełnie innego. Tak, co prawda Parker i Stone pokazują nam non stop metaforyczne cztery litery, to jednak nie bez powodu, nie bez celu, nie bez konsekwencji. Parker i Stone pokazują bowiem owe cztery litery nie widzom, a szeroko pojętej Ameryce, której bezlitosnymi i nieustającymi krytykami się mianowali. Niestrudzenie tropią absurdy i wypaczenia amerykańskiego stylu życia i pokazują je szeroko, prześmiewczo i bez znieczulenia. Świąteczne Gówienko Przykład? Ostatnie święta, święta Bożego Narodzenia. Cóż bardziej rodzinnego, ciepłego, miłego sercu człowieka Zachodu…? Kolędy, prezenty, choinka, renifery. Wszechobecna dobroć, atmosfera wybaczania sobie, niesienia pomocy, bezinteresownej serdeczności.


SI 6 / 2011

I w taki oto piękny, świąteczny obrazek z choinką w tle Parker i Stone wprowadzają… Pana Hankey’ego, czyli Świąteczne Gówienko, które niesie radość wszystkim, nieważne, czy jest się chrześcijaninem, czy żydem. To Pan Hankey i dzieciaki z „South Parku” odkrywają i ratują prawdziwego ducha świąt Bożego Narodzenia, którym okazuje się… komercja. W innym, świątecznym odcinku dzieci spędzają święta z Charlim Mansonem, który właśnie uciekł z więzienia, a który okazuje się przesympatycznym starszym panem ze swastyką wytatuowaną na czole. Jeszcze innym razem wraz z Jezusem dzieci ruszają na ratunek Świętemu Mikołajowi zestrzelonemu nad Bagdadem, kiedy starał się zawieźć ducha świąt Bożego Narodzenia do Iraku. Przy pomocy kałasznikowa i sztuk walki Jezus ratuje Świętego Mikołaja, a wraz z nim same święta. Wystarczającą puentą do wszystkich świątecznych odcinków „South Parku” niech będzie scena, w której sam w pustym pokoju, z urodzinową czapeczką na głowie, Jezus śpiewa nad tortem „Happy Birthday to me”. „Co zrobiliśmy ze świętami Bożego Narodzenia?” – zdają się pytać Parker i Stone ustami (jeżeli kupa ma usta) Pana Hankey’ego. Czy to tylko komercyjny spektakl mający jak najbardziej zwiększyć obroty sieci handlowych? Narzędzie kulturowego imperializmu konsumpcyjnej cywilizacji Zachodu? Pokaz hipokryzji mający przekonać nas, że tak naprawdę jesteśmy dobrzy, kochamy się nawzajem, świat jest piękny i poukładany, a Charlie Manson mówi nam z uśmiechem na ustach: „Merry Christmas”? Czy może popkulturowa klisza pozwalająca produkować taśmowo świąteczne „poprawiacze” humoru w rodzaju „Kevina samego w domu”?

around

Szczytem świątecznej anarchii Parkera i Stone’a jest odcinek, w którym Cartman przedstawia swoją opowieść wigilijną – oto las, leśne zwierzątka i Pani Jeżozwierzyk, która ma urodzić Antychrysta. Chociaż świat ostatecznie zostaje uratowany przez Świętego Mikołaja, który przy pomocy strzelby odstrzeliwuje złym zwierzątkom głowy, a na Kyle’u, w którego wcielił się Antychryst, małe pumy przeprowadzają aborcję, pozbawiając go satanicznego płodu, to jednak poczucie absurdu pozostaje. Jak pokręconą historię świąteczną jest w stanie wymyślić amerykański przemysł rozrywkowy? „Dowolnie pokręconą” – odpowiadają Parker i Stone. Możliwości są nieograniczone. I wszystko można sprzedać jako opowieść wigilijną... Majtki Mela Gibsona Parkera i Stone’a boli wiele rzeczy – fałszywa polityczna poprawność, amerykański imperializm, homofobia, rasizm, hipokryzja, religijny fanatyzm. Ale to, co boli ich najbardziej, to chyba idiotyzm amerykańskiego show biznesu i swego rodzaju mediokracja sprawiająca, że Amerykanie żyją w jednym wielkim reality show, w którym każdy idiota może zostać gwiazdą wieczoru, a każde, nawet najdurniejsze, wydarzenie może zostać sprzedane jako niezwykłe i o światowym znaczeniu. To, co dzieje się w telewizji, jest rzeczywistością bardziej rzeczywistą od samej rzeczywistości, prawdą prawdziwszą (chociaż nieraz dziwniejszą) od prawdy. Prawdziwe życie toczy się na ekranie, a to, co nie przebiło się do wieczornych wiadomości, tak naprawdę nie istnieje. Nad South

Parkiem wciąż przelatują helikoptery stacji telewizyjnych, zaś o uwagę chłopców – i widza – walczą różnego rodzaju celebrities. Przez „South Park” przewinęły się tuziny gwiazd różnego formatu.. Jedne Parker i Stone potraktowali bardziej, inne mniej obcesowo. Ze szczególnym okrucieństwem, jako religijnych maniaków (Toma – scjentologa, Gibsona – antysemitę), przedstawiono tu Toma Cruise’a – płaczącego w szafie – i Mela Gibbona – biegającego w samych majtkach po swojej wielkiej posiadłości . Oberwało się też Paris Hilton (z którą Pan Niewolnik, Mr Slave ściga się o miano największej dziwki na świecie), Bono, swoją rolę odegrał Michael Jackson (ten żywy i ten martwy), Britney Spearce (którą złożono w ofierze w zamian za udane plony), Steven Spielberg i George Lucas (zgwałcili Indianę Jonesa), a ostatnio pojawili się nawet Jamie Olivier i Gordon Ramsay. Celebrities snują się pożyciu Amerykanów, wyglądają z piekarnika czy lodówki, krzycząc: „zauważ mnie!”, nieraz stają się bliżsi rodakom niż rodzina. Kiedy „się zużywają”, zaczyna się ich powolny upadek, osuwanie się w oblepiające błotem bagno, w którym topią się ku uciesze gawiedzi. Tak więc żeby pozostać w centrum uwagi, gwiazdy zrobią wszystko – nawet najgłupsze rzeczy na świecie. I to niestety działa, zaś Amerykanie z otwartymi ustami podziwiają te tańce i podskoki gwiazd, bo przecież to, co pokazuje się w mediach, musi mieć jakieś – zapewne wielkie – znaczenie. Parker i Stone parodiują nie tylko same gwiazdy, ale też całe popkulturowe fenomeny, wydarzenia i trendy – „Zmierzch” i wampiry, „High school musical”, modę na superbohaterów, wrestling, Facebooka czy programy kulinarne. Amerykańska – i nie tylko – popkultura jest dla nich skarbnicą absurdalnych pomysłów, najlepszym narzędziem do diagnozy stanu społecznego Ameryki. Dokonawszy owej przewrotnej psychoanalizy – fundują jej terapię szokową. Podstawiają pod nos krzywe zwierciadło, które pokaże jej najbardziej karykaturalne cechy, wyostrzy najbardziej monstrualne rysy. Jaka jest zatem Ameryka odbita w krzywym zwierciadle „South Parku”? Przede wszystkim niedouczona i zapatrzona w telewizor, pod płaszczykiem politycznej poprawności skrywająca głęboko zakorzenione uprzedzenia rasowe, religijne i kulturowe. Zadowolona z siebie, rozpieszczona swoim dobrobytem, nierozumiejąca problemów współczesnego świata, odmienności kulturowych, kochająca zabawki i gadżety. Płaska. Ciemna. Zatem obrońcy moralności i wszelkiego rodzaju strażnicy porządku publicznego mogą spać spokojnie. Bo wbrew pozorom „South Park”, anarchistyczna kreskówka obficie okraszona wulgaryzmami i nieszanująca żadnych świętości, jest tak naprawdę moralitetem. Przewrotnym i „nieuczesanym” (i niezwykle śmiesznym), ale jednak moralitetem broniącym podstawowej wartości kultury i cywilizacji Zachodu, jaką jest zdrowy rozsądek.

/43


around

/44

SI 6 / 2011


SI 6 / 2011

Czwórka wizjonerów, którzy gitary zamienili na gramofony, aby za ich pośrednictwem grać koncerty, a nie tylko miksować płyty. Pho, Playte, Capskod i Pitch-In techniczne zabawki, jak samplery, odtwarzacze CD, a nawet konsole do gier, traktują jako współczesne instrumentarium. To jest właśnie sekret ich sukcesu, ale czy jedyny? Mózg projektu, Playte, wyjawił nam kilka ciekawostek, które kryją się za fenomenem sukcesu Dirtyphonics, w tym wizję rozwoju muzyki elektronicznej w wersji live. Rozmawiała Maryśka Kmita

around

SI: Zanim zjednoczyliście siły pod nazwą Dirtyphonics, każdy z was grał w kapelach muzycznych. Dlaczego wasze gitary basowe poszły w odstawkę? Dirtyphonics: To prawda, graliśmy głównie w zespołach rockowych, ale niektórzy z nas również w kapelach metalowych. My cały czas wracamy do naszych gitar i innych tradycyjnych instrumentów. Za ich pośrednictwem komponujemy i szukamy pomysłów do naszych numerów, nad którymi pracujemy w studiu. Niekiedy „szarpiemy druty” bądź zasiadamy za perkusją tylko po to, by się wyżyć, ot tak, dla zabawy. Poza tym podróżując, ciągle znajdujemy nowe, inspirujące nas instrumenty, o które wzbogacamy nasz zestaw studyjny. Cała wasza czwórka, a raczej piątka, wliczając wspierającego was wokalnie MC Youthstara, jest dość mocnymi osobowościami o różnych fascynacjach muzycznych. Czy łatwo wam się współpracuje? Fajne jest to, że każdy z nas ma inne wizje i wpływy muzyczne, gdyż to nas uzupełnia i wzbogaca to, co tworzymy. Jednak czasem zdarza się, że potrafimy godzinami dyskutować, a wręcz kłócić się o właściwe brzmienie numeru. Jednak ostatecznie potrafimy dojść do porozumienia bez rękoczynów (śmiech). Na scenie używacie całej masy sprzętu, ale ze świeczką można szukać laptopów, tak często obecnie wykorzystywanych do tworzenia live actów. Cóż, spędzamy większość czasu, gapiąc się w ekrany komputerów, gdy komponujemy, gdy projektujemy animacje, gdy edytujemy filmy. Nawet podróżując, oglądamy jakieś filmy na monitorach bądź piszemy e-maile. Wpatrywać się w monitory nawet na scenie – tego byłoby za wiele! Poza tym komputery kompletnie nie pasują do naszej wizji muzycznej. Uwielbiamy ten dreszczyk emocji, jaki wyzwala się podczas tworzenia czegoś na żywo. Wiesz, gdy nie naciśniesz odpowiedniego przycisku w odpowiednim momencie, to cały projekt się sypnie. Nasze występy wymagają wzmożonej czujności, podobnie jak koncerty grane na ���żywych” instrumentach. Po prostu nie potrzebujemy software’u na scenie. Jeśli pozwolono by wam wnieść na pokład samolotu jeszcze jakiś dodatkowy sprzęt, co by to było poza gramofonami?

twórczej w studiu różni się od tej, którą wyzwalamy pod wpływem roztańczonego tłumu. Choć gracie live acty, to czy można was nazwać zespołem? Wasza elektronika na scenie odgrywa podobną rolę jak standardowe instrumentarium podczas koncertów rockowych. Czyżby to była przyszłość muzyki w ogóle? Zdecydowanie jesteśmy zespołem. Choć wykorzystujemy sprzęt zwykle używany przed didżejów, to jednak gramofony i całą resztę traktujemy jak instrmenty muzyczne. Natomiast każdy instrument jest przyszłością muzyki, gdyż nie liczy się, co grasz, ale w jaki sposób to robisz. Najlepszym tego przykładem jest wirtuoz gitary – Jimmy Hendrix. Elektronika daje nam możliwości poszerzenia horyzontów muzycznych. Rozmawiamy tuż po waszym powrocie z trasy koncertowej w Japonii. Opowiedz, jak wygląda scena klubowa w kraju kwitnącej wiśni. Scena klubowa, szczególnie breakbeat, jest wciąż bardzo młoda, ale ludzie chłoną te brzmienia i są na nie otwarci. Nasze imprezy zaczynały się nieśmiałymi pląsami, a kończyły totalną muzyczną jatką. To było niesamowite (śmiech). Jadąc w trasę, zawsze staramy się przygotować nie tylko muzycznie, ale też sprawdzamy, co w okolicy jest godnego uwagi. Bardzo chętnie próbujemy lokalnych przysmaków, staramy się wczuć w klimat i zwyczaje, bo to przekłada się później na nasze występy. Skoro mówimy o scenie w Japonii, to opowiedz, jak wygląda scena we Francji. Czy w Paryżu, gdzie króluje elektro i house, jest dla was miejsce obok takich sław, jak Mr. Oizo, Bob Sinclair, Justice czy Daft Punk? Paryska scena jest bardzo obfita i znajdzie się tam miejsce na różne gatunki. Owszem, drum’n’bass i dubstep są mniej popularne aniżeli elektro i house, ale tak jest na całym świecie. Przyjaźnimy się z artystami i didżejami, których nazwiska są znane na świecie i zarówno oni, jak i my chętnie wymieniamy się doświadczeniami twórczymi. Taki wielogatunkowy tygiel muzyczny wszystkim nam wychodzi na dobre.

Wszystko, co sprawiłoby, że na scenie bylibyśmy jeszcze bardziej szaleni! Przydałyby się gitary, perkusja… Myślimy też o wykorzystaniu na scenie białych tygrysów, ale na ich przewiezienie na pewno linie lotnicze się nie zgodzą (śmiech). Tworzenie muzyki w zaciszu studia a granie na żywo to zwykle dwie różne strony muzycznego medalu. Na czym polega różnica w waszym przypadku? Praca studyjna to trochę jak praca naukowców. Eksperymentujesz z różnym brzmieniem, coś dodajesz, coś usuwasz, a za chwilę zmieniasz zdanie i wracasz do poprzedniego wątku… Próbujesz różnych rozwiązań. Na to nie ma czasu na scenie. Kiedy występujemy przed imprezowym tłumem, musimy być przygotowani, choć owszem, pozwalamy sobie na improwizacje, ale to są już dodatki do gotowego, ułożonego na próbach repertuaru. No i energia pracy

/45


SI 6 / 2011

around

Jako zespół Paprika Korps podnieśli jakość polskiego reggae, jako wydawnictwo Karrot Kommando – wprowadzili porządek na rodzimej scenie jamajskich brzmień, skupiając większość kapel spod znaku Jah. Piotr Maślanka, wokalista grupy i szef oficyny, twierdzi jednak, że młodym kapelom bardziej potrzebna jest siła przebicia niż menedżer. W naszej rozmowie wystawia ocenę polskiej scenie reggae i zdradza, co nowego szykuje się pod warzywnomilitarnym znakiem. Rozmawiała Maryśka Kmita Foto Dawid “Dubbist” Kałuski Justyna “Zabawka” Konowalska

/46

SI: Paprika Korps działa nieprzerwanie od przeszło 15. lat. Do dziś nie zdradziliście genezy powstania nazwy. Nawet jeśli ta historia nie jest specjalnie sensacyjna, może nareszcie uchylisz rąbka tej tajemnicy? W końcu z długo skrywanych niedopowiedzeń tworzą się tylko plotki… Piotrek Maślanka: O, a jakie? (śmiech). Zasmucę cię, lecz niestety nie ma tu żadnej historii. Nazwa powstała w czasach zamierzchłych – nie wiadomo już nawet, gdzie i kiedy dokładnie. Przykro mi… Poza działalnością w zespole realizujesz się jako szef wydawnictwa Karrot Kommando. Jak radzisz sobie z dzieleniem czasu między prowadzenie wytwórni a działalność własnego zespołu? Czy reprezentowanie innych artystów wpływa na twórczość Paprika Korps? Karrot Kommando zaczęło od wydawania muzyki reggae, ale aktualnie jesteśmy już znacznie szerzej działającym wydawnictwem i agencją koncertową. Współpracujemy po prostu z artystami grającymi muzykę, która nam się podoba. Okazuje się, że podoba się również krytykom i  publiczności, co daje nam naprawdę dużo satysfakcji. Z początku było to nasze hobby. Gdy wytwórnia startowała, byliśmy jeszcze studentami, a ponieważ działalność rozwinęła się na tyle, że mogła stać się naszym źródłem utrzymania, to nie zastanawialiśmy się ani chwili. Jest to duża radość – móc utrzymywać się z tego, co się naprawdę kocha. Pracy jest bardzo dużo, ale ja lubię pracować. Myślę, że znacznie większą karą od zmęczenia przepracowaniem byłaby dla mnie bezczynność. Z dzieleniem czasu jakoś sobie więc radzę. Reprezentowanie innych

artystów wpływa o tyle na naszą muzykę, że z większością z nich utrzymujemy bliski, przyjacielski kontakt. Wymieniamy się muzyką, nawzajem wspieramy swoje projekty. To na pewno ma swój oddźwięk w naszej twórczości. Szykuje cie coś nowego opatrzonego kolejnym, warzywno-militarnym znakiem? Jeśli chodzi o Karrot, to w zeszłym roku doszła do nas Kapela ze Wsi Warszawa, co jest dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem. Oprócz Behemotha to prawdopodobnie najbardziej znany polski zespół za granicą. Poza tym lubię i szanuję ich muzykę od dziesięciu lat. Świetna rzecz. Z nowym rokiem zaczęliśmy pracować również dla niezwykle pracowitego i znanego L.U.C-a. Tyle, jeśli chodzi o nowych artystów. Jeżeli zaś mowa o nowych wydawnictwach, to już w lutym naszym nakładem ukaże się niezwykła płyta projektu R.U.T.A. Jest to profesjonalna załoga folkowych muzyków pod wodzą Maćka Szajkowskiego w towarzystwie niekwestionowanych gwiazd polskiego punk rocka, jak Guma z Moskwy, Robal z Dezertera, Nika z Post Regimentu czy Spięty z Lao Che. Paprika od początku swej długiej działalności prezentuje dość specyficzne brzmienie reggae. Często stawiacie na angielskie teksty, które nie dominują nad przekazem muzycznym. Kiedyś przylgnęła do was nazwa heavy reggae i chyba wam się spodobała. Zróbmy małe podsumowanie, jak się zmieniały wasze inspiracje przez te wszystkie lata działalności, jakie były wczoraj, a jakie są dziś? Bardzo poważnych „wolt” chyba nie było. Wachlarz muzyki słuchanej w naszym busie jest dosyć szeroki:


SI 6 / 2011

od starego reggae aż do ciężkiej nuty, i to chyba słychać w naszej muzyce. Myślę, że stylistyką, która łączy wszystkich muzyków Papriki, jest dub. Ale niekoniecznie ten stary od Kinga Tubby’ego, a raczej nowoczesny, np. francuski. Zresztą całkiem niedawno mieliśmy okazję spełnić nasze marzenia i zorganizowaliśmy wspólną trasę po Polsce z legendami gatunku – High Tone. Dla mnie to absolutnie genialny zespół. Na polskiej scenie jesteście już niemal weteranami. Na pewno nie należycie do tzw. nowej fali polskiego reggae czy dancehallu. Czy dostrzegacie swój wpływ na młode pokolenie twórców? To często o tyle zabawne, że nowa fala bywa starsza od nas (śmiech). My po prostu robimy swoje, nie zastanawiając się zanadto, jak to zostanie odebrane. Czy wpływamy? Pewnie w jakiś tam sposób tak. Czasem pojawi się na „jubitubi” jakiś Paprikowy cover w wykonaniu ludzi od nas zdecydowanie młodszych. Ale szczerze mówiąc, myślę, że wyedukowaliśmy raczej więcej Finów niż Polaków. Tak to się jakoś u nas dziwnie poukładało. Co jest obecnie najbardziej potrzebne młodym kapelom, czyli jak oceniacie poziom polskiej sceny reggae? Jakie są jej mocne strony, a co może być zagrożeniem? To, co mnie najbardziej zaskakuje, to fakt, że większość młodych kapel szuka menedżera. Jakby menedżer miał być rozwiązaniem wszelkich problemów, jedyną drogą do kariery. Nie kombinują, jak tu zagrać kolejny koncert, co zrobić, aby spełnić swoje muzyczne marzenia, tylko potrzebują do tego specjal-

around

nej osoby. To podstawowy błąd moim zdaniem. Trzeba grać, starać się, kombinować i rozwijać samemu kontakty. Menedżer pojawia się sam, jak już jest się na tyle dobrym, aby to kogokolwiek interesowało. W pewnym sensie tak było z nami, tyle że my sami sobie poradziliśmy w temacie managementu. Nigdy nie straciliśmy kontroli nad naszą muzyką i całością Paprikowych wydarzeń. Kondycję polskiej sceny reggae oceniam na cztery, czyli według szkolnej skali ocen na dobry. Jest sporo zespołów, a technicznie jesteśmy już blisko naszych zachodnich sąsiadów. U nich jednak zapotrzebowanie na tę muzykę jest większe, społeczeństwo bardziej multikulturowe. Myślę, że i tak jest nieźle. W 15-lecie istnienia Paprika Korps podarowała kolejny album – „Metalchem”. Podarowaliście płytę w sensie dosłownym, gdyż utwory w całości można było pobrać z waszego profilu na MySpace. Skąd pomysł na taki prezent? Na pewno celem nie było zwiększenie sprzedaży… Z MySpace można było posłuchać naszych numerów jedynie przed wydaniem płyty. A że czasy są, jakie widać, to fonografia przestaje mieć jakikolwiek sens komercyjny. Ja chciałbym, aby polscy słuchacze zaczęli, wzorem choćby wspomnianych wcześniej Finów, dostrzegać pewną zależność między zakupem płyty a rozwojem – ba – właściwie istnieniem ich ulubionego zespołu. Lubię ich muzykę, więc kupię płytę – to bardzo proste i logiczne. Nie jestem dzikim przeciwnikiem Internetu, a wręcz przeciwnie – to świetnie, jak muzyka może się beztrosko rozprzestrzeniać po całym świecie. Niechaj empetrójki się

ściągają, ale w momencie, kiedy coś mi się podoba, zaczynam tego słuchać i interesować się – idę do sklepu i kupuję płytę. Właśnie po to, żeby zespół miał możliwość nagrania kolejnego krążka. Wróćmy do nazwy krążka. Metalchem to dzielnica waszego rodzinnego Opola. Jednak od dłuższego czasu mieszkacie w różnych miastach: Ty na przykład w Krakowie… Czy nazwa płyty ma związek z powrotem do muzycznych korzeni, ma być pewną klamrą spinającą kilkunastoletnią działalność na scenie? Cała płyta powstała na Metalchemie. Jednakże nie chodziło właściwie o dzielnicę, lecz o stary opuszczony budynek, w którym niegdyś mieścił się zakład o nazwie Metalchem. Jeden z wielu pokoi tego budynku udało nam się zaadaptować na salę prób, gdzie nie przeszkadzając nikomu, mogliśmy tworzyć kolejne kawałki. Dopiero później dowiedziałem się, że byłem tam już wcześniej, jeszcze przed urodzeniem, gdyż pracowała tam moja mama. Ot, powrót do korzeni (śmiech). Co nowego szykujecie na 2011 rok? Paprikowe plany jak zawsze zapowiadają moc wrażeń. W lutym trasa po Niemczech, w marcu Bałkany i może po raz pierwszy Grecja. Kwiecień – Chorwacja, maj – Juwenalia, potem sezon festiwali polskich i zagranicznych. Ręce mamy pełne roboty. Do zobaczenia na koncertach!

/47


around

SI 6 / 2011

Kino, książka, gry komputerowe. Poszukujemy i rekomendujemy. Nasi wysłannicy do świata kultury powiedzą Wam, co warto, a co koniecznie należy zobaczyć. Po jaką książkę błyskawicznie udać się do księgarni, na które gry należy zapolować. Przed Wami gorące kulturalne tematy nadchodzącej wiosny!

Robert De Niro, Bradley Cooper („Kac Vegas”) i wschodząca gwiazda młodego pokolenia Abby Cornish w mrocznym thrillerze o tajemniczym leku, który poszerza zdolności ludzkie. Wyobraź sobie narkotyk, który czyni Twój mózg niezwykle wydajnym i sprawia, że chłoniesz ogromną wiedzę. Narkotyk, który czyni cię nadzwyczaj skupionym, szybkim, sprawnym, a nawet atrakcyjnym. Narkotyk, dzięki któremu pokonujesz wszystkie ograniczenia. Niewyobrażalne staje się możliwe nawet dla Eddiego, który od życia nie spodziewa się niczego. Zażycie specyfiku pozwala mu osiągnąć sukces o jakim zawsze marzył. Ceną, jaką przychodzi mu zapłacić, są: bóle głowy, omdlenia, utraty świadomości, niekontrolowane wybuchy przemocy… Trzymający w napięciu thriller o cenie, jaką trzeba zapłacić za chorą ambicję. Na podstawie bestsellerowej powieści Alana Gynna („Dawka geniuszu”). Premiera 18.03.2011! /Monolith Films/

Peter Weir, twórca „Truman Show” i „Pan i władca na krańcu świata” przedstawia niezwykle epicką, autentyczną historię o tytanicznym marszu ku wolności. W rolach głównych Colin Farrell i Ed Harris. W 1940 roku grupa śmiałków pochodzących z różnych krajów ucieka z sowieckiego gułagu. Bez mapy czy kompasu uciekinierzy podejmują się niemożliwego - od Syberii, przez tajgę, wyżyny Mongolii, pustynię Gobi, Tybet, Himalaje docierają aż do Indii. Niezwykła podróż przez 6000 km pełna jest heroicznej walki o przetrwanie. Pomimo różnic kultu-rowych i barier językowych przyświeca im wspólny cel – chcą odzyskać utraconą wolność. Nie sprzyjają im mordercze mrozy i nieznośny upał. Przemierzają pieszo najbardziej niezwykłe i niebezpieczne rejony świata, ucząc się przebaczać i odzyskiwać utracone w gułagu człowieczeństwo. Film oparty na głośnej książce Stanisława Rawicza („Długi marsz”), wydanej w Polsce dopiero kilkanaście lat po światowej premierze i przetłumaczonej na kilkadziesiąt języków. Premiera 8.04.2011 /Monolith Films/

/48


SI 6 / 2011

around

Zapomnijcie o słodkich jeżykach z jabłuszkiem na grzbiecie. W przekręconej bejsbolówce, śmigający między blokami na deskorolce Jerzy jest kompletnym zaprzeczeniem swojego gatunku. Uwielbia dobre melanże i niezłe maniurki . Nie istnieje dla niego dylemat – kupić kwiaty dla ukochanej czy butelkę piwa – słuszne rozwiązanie jest tylko jedno. Ale życie Jeża Jerzego nie jest usłane różami, wciąż musi walczyć o przetrwanie. Ma na pieńku z osiedlowymi skinheadami i okolicznymi Wietnamczykami, którzy chętnie zrobili by z niego kurczaka w pięciu smakach. Pewnego dnia w skomplikowany żywot Jerzego wkracza tajemniczy Profesor. Dzięki z trudem zdobytemu DNA tworzy on klona Jeża. Nowy bohater ma zastąpić swój pierwowzór i stać się Celebrytą Doskonałym. Jednak w tym kraju jest miejsce tylko dla jednego bohatera. Prawdziwy Jeż Jerzy rusza, aby odzyskać swoje dobre imię. „Jeż Jerzy” to jedna z najpopularniejszych serii komiksowych w Polsce. Od ponad 10 lat albumy z przygodami kolczastego bohatera autorstwa Rafała Skarżyckiego (scenariusz) i Tomka Leśniaka (rysunki) cieszą wielką sympatią czytelników i uznaniem krytyków. Komiksowy Jeż Jerzy w zabawny, przewrotny i czasem absurdalny sposób mierzy się z polską codziennością. Swoich głosów bohaterom użyczyli Borys Szyc, Maciej Maleńczuk, Krystyna Tkacz, Sokół, Michał Koterski. Piosenki do filmu napisał Jacek BUDYŃ Szymkiewicz, lider grupy Pogodno. Za kawałek promujący film odpowiadają Whitehouse, Sokół i Ero. W kinach od 11 marca 2011 /Monolith Films/

Wojna żeńsko – męska! Nieprzyzwoicie śmieszna komedia! Spotkanie Lejdis z Testosteronem w reżyserii Łukasza Palkowskiego, autora kultowego „Rezerwatu” i „39 i pół”, z plejadą gwiazd, jakich jeszcze razem w jednym filmie nie było: Sonia Bohosiewicz, Grażyna Szapołowska, Tomasz Karolak, Wojciech Mecwaldowski, Tomasz Kot, Grażyna Wolszczak, Tamara Arciuch. To film dla bezpruderyjnego widza, otwartego na nowe doznania… także damsko-męskie. Historia bezrobotnej dziennikarki, która walczy z nadwagą i brakami na koncie skuteczniej niż Bridget Jones i choć o mężczyznach wie znacznie więcej niż wszystkie Lejdis razem wzięte, znalezienie tego właściwego będzie wymagało od niej nie lada wysiłku. Szczególnie, że jej dorosła córka nie tylko bezlitośnie ocenia jej poczynania, ale sama liczy na radę matki w miłosnych perypetiach. W roli matki i córki Sonia Bohosiewicz i jej młodsza siostra Maja. Zbliża się decydująca bitwa w odwiecznej wojnie żeńskomęskiej. Kto z tego starcia wyjdzie zwycięsko? Zobaczcie sami w kinach. Premiera 25.02.2011! Partnerem produkcji jest sieć Sizeer! /Monolith Films/

/49


around

Czego mogą nas nauczyć Larry Page i Sergey Brin? Google to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek świata. W ciągu ledwie kilku lat stała się równie rozpoznawalna i ważna, co Coca Cola czy Microsoft. Jak udało się tego dokonać? Richard L. Brandt zrobił wszystko, aby odkryć sekret dwóch facetów, którzy zmienili oblicze Internetu oraz nadali nowe znaczenie słowu „szukać”. Potęga Google’a to nowa książka w serii Punkty Przełomowe, w której ukazał się już m.in. bestseller Malcolma Gladwella Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu. W serii ukazują się książki odkrywcze, przełomowe, pokazujące najnowsze osiągnięcia z dziedziny marketingu, nauk społecznych, a także opisujące najbardziej palące zagadnienia otaczającej nas rzeczywistości./Znak/

Wilqu, Alcman, Entombed, komisarz Gondor i Słaby Wielbłąd powracają, by znowu zatrząść Opolem. Neurotyczny superbohater o powalającyjm wzroście i jego szalona kompania to chyba najbardziej zakręcone postacie polskiego komiksu, a kreatywność braci Minkiewiczów nie pozwala czytać Wilqa bez wyciskającego łzy z oczu śmiechu. Kto bowiem jest w stanie wymyśleć puszczającego wiązankę papieża, którego fatum polega na tym, że jedyne przekleństwo jakiego jest w stanie użyć, to “niepojęte”?

/50

SI 6 / 2011

Ta książka to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Dr. House’a … Atul Gawande - amerykański chirurg zaliczony przez „Time” do grona 100 najbardziej wpływowych ludzi świata - opowiada w Lepiej o tym, dlaczego lekarze czasem odnoszą sukces, ale często ponoszą klęskę.Podobnie jak w Komplikacjach Gawande zdradza najciekawsze tajniki pracy lekarza. Na kolejnych stronach przeczytamy między innymi o lekarzach, którzy zdecydowali się asystować przy egzekucjach w amerykańskich więzieniach, zwycięskiej walce z polio, zarobkach w świecie medycyny i dziejach cesarskiego cięcia. Gawande w ekscytujący sposób opowiada również o tym, jak często nasze życie zależy od tak prozaicznej czynności jak umycie rąk. LEPIEJ patrzeć lekarzom na ręce. Lekarze zawsze mogą leczyć LEPIEJ! Atul Gawande – „Lepiej” /Znak/


SI 6 / 2011

around

Najlepsze imprezy, na których obecność powinna być sprawdzana z listą mieszkańców naszego kraju. Imprezy, koncerty, wydarzenia muzyczne, o których nie można zapomnieć, których nie można pominąć. Co w trawie piszczy?... Tekst Maryśka Kmita

Gotan Project 3.0

22 lutego – Sala Kongresowa – Warszawa; 23 lutego – Dom Muzyki i Tańca – Zabrze; 24 lutego – Hala Orbita – Wrocław; bilety: 90–260 PLN

Nouvelle Vague: piękne i bestie

od stylu bossa novy i easy listening. Zespół tworzą artyści francuskiego pochodzenia: producenci Marc Collin i Olivier Libaux oraz trzy zmysłowe wokalistki – Marina Celeste, Mélanie Pain, Phoebe Killdeer. W dobie mush up’ów i wszechobecnych coverów muzyczne interpretacje takich klasyków, jak choćby Depeche Mode, The Cure, Joy Division, The Clash, Blondie, Yazoo, New Order czy The Sisters Of Mercy – bynajmniej nadinterpretacjami nie są. 24 marca – klub Palladium – Warszawa

Rytuały z White Lies

Rok temu ukazał się trzeci album w dorobku francuskiego projektu zatytułowany po prostu „Tango 3.0” i właśnie z tej okazji Gotan Project odwiedzi nas ponownie, dając aż trzy koncerty z rzędu. W Warszawie, Zabrzu i Wrocławiu przygotujcie się na niezwykłą fuzję argentyńskiego tanga, dubu i nowych brzmień. Paryska formacja dokonała rzeczy pozornie niemożliwej – połączyła w spójną całość klubowe brzmienia house i jazzu z muzyką znaną wyłącznie z argentyńskich kafejek. Ubiegłoroczne koncerty cieszyły się tak wielką popularnością, że zespół gitarzysty Eduardo Markoffa, producenta i klawiszowca Philippe’a Cohena Solala oraz Christopha H. Müllera odwiedzi ponownie Warszawę i dodatkowo dwa polskie miasta.

Nouvelle Vague nazywani są mistrzami muzycznych interpretacji, a to za sprawą własnych aranży klasyków new wave z lat 80., które w ich wykonaniu aż kipią

Podobno przyszłość brytyjskiej sceny należy do White Lies – formacji młodego pokolenia, która w marcu odwiedzi Warszawę i Poznań. Zespół często stawiany jest w jednym rzędzie z takimi bandami, jak Interpol, Editors, The Killers czy nawet Joy Division. Nic dziwnego, gdyż za produkcjami stoi Alan Moulder znany ze współpracy z takimi tuzami alternatywy, jak

/51


SI 6 / 2011

around

Depeche Mode, Jesus And The Mary Chain, Placebo czy The Smashing Pumpkins. To właśnie przy jego wsparciu powstała nowa, z niecierpliwością oczekiwana płyta „Ritual”, z którą związane będą najbliższe koncerty. Członkowie zespołu pierwotnie tworzyli formację Fear Of Flying, ale gdy nowe kompozycje przestały pasować do stylistyki starego zespołu, postanowili tworzyć pod nową nazwą. O tej decyzji poinformowali, publikując krótką informację na MySpace o treści: „Fear of Flying is DEAD... White Lies is alive!”. Będzie to druga wizyta kapeli w Polsce. 4 marca – klub Eskulap – Poznań; 5 marca – klub Stodoła – Warszawa; bilety: 89–100 PLN

Absurdalia po raz n-ty

London Elektricity – szef Hospital Records w Polsce

Chase and Status: klubowi wymiatacze

Absurdalia odbywają się cyklicznie i nieprzerwanie 2003 roku, także i w tym roku nie może zabraknąć tego wydarzenia na krakowskiej mapie imprez. Głównym założeniem przedsięwzięcia jest propagowanie mocniejszych oraz eksperymentalnych, ale wciąż tanecznych odmian muzyki elektronicznej. Przez dwa dni na kilku scenach prezentowane są różne odmiany muzyki: od techno i trance, minimal, przez drum’n’bass, po dubstep i bardziej kojące brzmienia down tempo. Podczas nadchodzącej edycji zagrają czołowi przedstawiciele każdego z gatunków, a w tym: Calyx, Prolix i Futurebound na scenie d’n’b; Dave The Drummer, Mark EG i Marco Remus – reprezentanci techno oraz grająca minima – Nadja Lind. Zagranicznych artystów wspierać będą rodzimi reprezentanci: liczna rodzina didżejska spod szyldu Absurd Squad, czyli Push, Kazus, Pisar, Fukktry, Bartech, Mungo, Mateq i Matt Resort oraz Wax Vax & K-Size z formacji NeverAfter, a także Wojti i Transfigurato Cru: Cris Mouton i Matiik Automatik. 19 marca – klub Rotunda – Kraków Saul Milton i Will Kennard, znani szerzej w muzycznych kręgach jako Chase i Status, to młodzi artyści, którzy w oszałamiającym tempie zdobyli szczyt popularności.. W ciągu zaledwie pięciu lat zyskali przychylność takich sław, jak Jay Z, Snoop Dogg, Pharell, Andy C, Hype, Pendulum, N-Type oraz Skream. Wszystko za sprawą swoich produkcji, od „Duppy Man” począwszy, przez hit „In Love” z charakterystycznym śpiewem Jenny G, po ich debiutancki album „More Than Alot” z 2009 roku. Ich twórczość nie ogranicza się do jednego gatunku. Duet świetnie sobie radzi zarówno z łamanymi brzmieniami drum’n’bass, jak i z głębią basu nurtu dubstep. Obecnie Chase & Status pracują nad nowym albumem, czego owocem jest powstały we współpracy z Plan B numer „End Credits” ze ścieżki dźwiękowej filmu „Harry Brown”. 25 lutego – klub M25 – Warszawa; 26 lutego – klub Fabryka – Kraków; bilety: 29–40 PLN

/52

Latająca Akademia prosto z Polski do Japonii W tym roku dwutygodniowe warsztaty Red Bull Music Academy odbędą się w Tokyo. Zanim jednak rozstrzygnie się, kto z polskich młodych muzyków będzie mógł pakować walizki na wyjazd, ducha tej muzycznej szkoły będzie można poczuć podczas infosesji RBMA. Zajęcia w Krakowie poprowadzi legenda włoskiej elektroniki, Marco Passarani, oraz jego kolega po fachu, Valerio del Prete, uczestnik RBMA w 2008 roku. Muzycy spotkają się z przedstawicielami środowiska muzycznego oraz osobami zainteresowanymi udziałem w tegorocznej Akademii. Podczas warsztatów opowiedzą o historii muzyki i pokażą sekrety pracy w studiu nagraniowym. Oprócz zagranicznych gości grono prowadzących uzupełnią nasze rodzime autorytety w dziedzinie kunsztu didżejskiego i producenckiego. 5–6 marca, Kraków, wstęp: zaproszenia, więcej info: maria@redbullmusicacademy.com Zgłoszenia na RBMA w Tokyo można przesyłać do 2 kwietnia, szczegóły na: www.redbullmusicacademy.com

London Elektricity to muzyczny projekt, za którym stoi Tony Colman, szef najprężniej działającej oficyny drum’n’bass. Pretekstem do wizyty Tony’ego na dwóch imprezach, w Warszawie i Gdańsku, jest premiera nowego albumu, który ukaże się właśnie wiosną. Początkowo pod szyldem „London Elektricity” działał Colman wraz z kolegą po fachu, Chrisem Gossem. Tak było od 1996 roku. Gdy jednak nastał rok 2003, London Eletricity zyskało miano „Live!”, przeobrażając się w wieloosobowy i instrumentalny zespół. W poszerzonym składzie powstała legendarna już dziś płyta „Billion Dollar Gravy”, która stała się kamieniem milowym muzyki gatunku d’n’b. Obecnie projekt jest solowym przedsięwzięciem Colmana, który w tym roku szykuje kolejne wydawnictwo będące następcą albumu „Synsopated City” z 2008 r. London Elektricity przyjedzie do Polski w towarzystwie mistrza mikrofonu znanego jako MC Wrec. 18 marca – klub M25 – Warszawa; 19 marca – Centrum Stocznia Gdańska (CSG) – Gdańsk; bilety: 29–35 PLN

Camero Cat Camero Cat to nowy i nietypowy, trzyosobowy projekt. Nietypowy, bo zrodzony z punk rockowej kapeli, dziś grający zupełnie odmienną muzykę, którą można zaliczyć do nurtu alternatywny pop. Całość tworzą mr. Jim (Jakub Dobrowolski), Xav (Ksawery Renczyński) oraz Julka (Julia Renczyńska). Camero Cat Alternative Pop Opera 11 marca 2011, godzina 20.00, MANGGHA Kraków. Wstęp wolny


SI 6 / 2011

Chick Corea: potężna dawka jazzu

around

dzienne, będzie sukcesem. Podobnie zresztą jak wszystkie ich dotychczasowe produkcje, chętnie grane przez takie sławy, jak Andy C, Ed Rush & Optical, High Contrast, Subfocus czy Chase & Status. Jednak fenomenem Dirtyphonics jest to, co nie tyle można usłyszeć, ile zobaczyć podczas ich występów. Dlatego wykorzystajcie okazję – najbliższe odwiedziny zespołu w naszym kraju. 6 maja – klub Fabryka – Kraków; 7 maja – klub M25 – Warszawa

Majówka z Dub FX

Holenderscy przedstawiciele sceny gothic metal przyjadą promować najnowszy album, „April Rain”. Grupa początkowo funkcjonowała jako projekt dla gościnnych występów muzyków z różnych kapel. Tygiel twórczy zaczął jednak kipieć od pomysłów i jedynym wyjściem było przeobrażenie luźnych kooperacji w regularnie nagrywający i koncertujący zespół. Obecnie Delain tworzą Charlotte Wesels (wokal), Martijn Westerholt (instrumenty klawiszowe), Ronald Landa (gitara), Rob van der Loo (gitara basowa) oraz Sander Zoer (perkusja). Natomiast na potrzeby debiutanckiego albumu „Lucidity” wydawnictwa April Rain piątkę uzupełnił Marko Hielata z Nightwish. Obecnie kapela więcej czasu spędza w studiu niż w trasie, pracując wytrwale nad kolejną, już trzecią, płytą. 17 maja – klub Stodoła – Warszawa, bilety: 69/79 PLN

Goldie na Bass Theory #21

Chick Corea, obok Herbiego Hancocka oraz Keitha Jarretta, uważany jest za najlepszego jazzowego pianistę. Bezsprzecznie warto zrezygnować z czysto klubowej rozrywki na rzecz bardziej klasycznego audytorium. Pionier stylu fusion absolutnie nie stroni od elektroniki i jako pierwszy wykorzystał drzemiący w niej potencjał. W znacznym stopniu wpłynął także na kształtowanie się takich gatunków, jak post-bop, jazz latynoski, free jazz czy jazz awangardowy. W każdej encyklopedii jazzu znalazło się miejsce na wpis o jego dokonaniach, więc tym bardziej warto skorzystać z okazji i posłuchać koncertu na żywo. Chick Corea wystąpi w duecie z Garym Burtonem, wirtuozem wibrafonu, z którym nagrał sześć płyt. Ostatnia z nich, „The New Crystal Silence” z roku 2008, zebrała szereg prestiżowych nagród, w tym statuetkę Grammy. 28 marca – Hala Stulecia – Wrocław; 29 marca – Aula UAM – Poznań; bilety: 90–150 PLN

Dirtyphonics prosto z Francji

Australijski beatboxer i multiinstrumentalista Ben Stanford, znany szerzej jako Dub FX, przyjedzie do nas ponownie, aby dać popis swych niecodziennych umiejętności. Artysta zaczynał od występów na ulicach miast, gdzie, wyłącznie dzięki samplerom i własnym umiejętnościom wokalnym, dawał koncerty za symboliczny datek do kapelusza. Jednak jego wielowarstwowe, elektroniczne podkłady, wzbogacone śpiewem, zyskały mu przychylność publiczności na całym świecie. Dziś jest artystą chętnie zapraszanym na wielotysięczne koncerty i festiwale, podczas których niekiedy występuje w powiększonym składzie: o wokalistkę, a prywatnie partnerkę życiową – Flower Fairy, saksofonistę – Mr. Woodnote’a i raperów – Mc Cade’a i Pete’a Philly. Dub FX w przerwach od występów na scenie pracuje nad swoim drugim albumem, zatem spodziewajcie się próby nowego materiału także na najbliższych koncertach. 30 kwietnia – klub Wytwórnia – Łódź; 1 maja – klub Eter – Wrocław; bilety: 45–65 PLN

Wiosenny deszczyk dreszczy z Delai-

Pho, Playte, Capskod i Pitch-In to paryscy turntabliści tworzący Dirtyphonics, wspierani wokalnie przez MC o przydomku Youthstar. Swoje nieprawdopodobne możliwości pokazują dzięki live actom, Tworzą muzykę na żywo przy wykorzystaniu dobrodziejstw elektroniki – traktując gramofony jako nowoczesne instrumentarium. W ich muzycznym ekwipunku próżno jednak szukać komputerów i laptopów. Sekretem ich sukcesu jest nietypowe wykorzystanie technicznych zabawek: efektorów, samplerów, a nawet konsoli do gier! Na swoim wydawniczym koncie nie mają jeszcze albumu, jednak wytrwale nad nim pracują. Już dziś wiadomo, że gdy krążek ujrzy światło

Formacja Martijna Westerholta, ex-członka Within Temptation, wystąpi na jedynym koncercie w Polsce. Formacja Martijna Westerholta, ex-członka Within Temptation, wystąpi na jedynym koncercie w Polsce.

Po dwu i półrocznej przerwie jeden z najdłużej funkcjonujących i renomowanych cykli imprez z łamanymi brzmieniami powraca, by podobnie jak dawniej stanowić obowiązkowy punkt w klubowym kalendarzu stolicy. Poza artystami sceny dnb, którzy nadal stanowić będą punkt wyjścia koncepcji artystycznej, pojawią się również twórcy innych zbasowanych gatunków, w tym dubstep, space bass czy baseline house. Pierwszą gwiazdą wznowionego cyklu będzie legenda nie tylko brytyjskiej, ale też światowej sceny dnb – Goldie. Dał się poznać jako twórca genialnych tytułów: „Timeless” i „Inner City Life” oraz założyciel wytwórni Metalheadz będącej jednym z filarów brytyjskiej sceny klubowej. Świat usłyszał o nim także okazji kontekście burzliwego związku z Björk, dzięki której zakochał się w twórczości naszego rodzimego kompozytora, Henryka Góreckiego. Pod jego wpływem nagrał 60-minutowy utwór „Mother”. Ikona łamanych brzmień zabłysła również na srebrnym ekranie, dając popis aktorskich umiejętności w takich filmach, jak „Everybody Loves The Sunshine” Davida Bowiego, „Przekręcie” Guy’a Ritchiego, a nawet w jednym z odcinków Jamesa Bonda – „Świat to za mało”. Ponadto pracował na ścieżkami dźwiękowymi do „Spawna” i „Szakala”. Obecnie Goldie pracuje nad remiksami znanych producentów klubowych, jak choćby dla Calvina Harissa, dla którego stworzył nową wersję hitu „Flashback”. 14 maja – klub 1500 m² – ul. Solec 18, Warszawa

/53


SI 5 6 // 2010 2011

inside

Na rajdach WRC bił rekordy prędkości, ale to walka z bezkresną pustynią okazała się najbardziej niebezpieczna. Nie może być inaczej, skoro na trasie Dakaru ludzie wyrastają spod ziemi, zawodnicy kryją się w kałużach, a za kierownicą zdarza się siedzieć całą dobę. Ale po morderczej walce przychodzi czas na odpoczynek, biznesowe spotkania i nutkę elegancji. O najbardziej przerażających momentach Dakaru, mandatach, gadżetach i kobietach za kierownicą opowiada Krzysztof Hołowczyc. Rozmawiał Piotr Nowik

SI: Bardziej niebezpieczne są rajdy WRC czy Dakar? Krzysztof Hołowczyc: Zdecydowanie bardziej Dakar. Tutaj oprócz ogromnych szybkości walczymy też z ekstremalnie trudnym terenem, bardzo wysokimi temperaturami, odwodnieniem organizmu i skrajnym wyczerpaniem. Rajd płaski jedzie się przez kilkadziesiąt minut, no, może pół dnia. A tylko jeden odcinek specjalny na Dakarze można jechać całą dobę, i to non stop. Jaki był twój najbardziej dramatyczny moment Dakaru? Pewnego dnia zjechałem z niemal pionowej ściany piaszczystej wydmy. Podczas karkołomnego zjazdu nie mieliśmy już drogi odwrotu, bo jeden cylinder nie chodził, mieliśmy znaczny ubytek mocy i pod górę nie można było już wrócić. Byliśmy z pilotem przekonani, że to już koniec. Tył auta zaczął nam odchodzić od nawierzchni ściany i miał ochotę przelecieć do przodu. To było jakieś 600–700 metrów ściany, więc koziołkowalibyśmy w powietrzu wiele razy. Silnik rzęził, bo nie miał oleju w misce olejowej. Cały olej w tej pozycji spłynął do przodu, a ja musiałem dodawać gazu, żeby samochód poruszał się stale do przodu. Nikt tamtędy jeszcze nie przejechał ani przed nami, ani po nas. Kosztowało nas to strasznie dużo nerwów. Później byliśmy w euforii, że udało się przeżyć. Cała trasa Dakaru jest ogrodzona, czy nagle widzowie mogą wskoczyć przed maskę auta? Zdarza się, że na trasie niespodziewanie „wyrastają” ludzie czy duże zwierzęta. Kilka razy było naprawdę gorąco, bo o mały włos potrąciłbym człowieka. Na ostatnim Dakarze ledwo ominąłem umazanego w błocie motocyklistę, który niespodziewanie podniósł się z kałuży błota. Cudem go nie potrąciłem. Niby pustynia to ogromne obszary, gdzie tygodniami można nikogo nie spotkać, a jednak niebezpieczne sytuacje i tragiczne wypadki się zdarzają.

/54

Gdzie spotkałeś najmilszych i najmniej miłych ludzi? W zasadzie atmosfera wśród ludności Ameryki Południowej jest nieporównywalnie cieplejsza i bardziej przyjazna ekipom niż podczas Dakarów rozgrywanych w Afryce. W Ameryce widać, że ludzie żyją rajdem i cieszą się na nasz widok, a w Afryce stale mieliśmy wrażenie, że jesteśmy niechcianymi intruzami. Dowodem był sam fakt przeniesienia Dakaru z Afryki na kontynent amerykański ze względu na realne zagrożenie dla ekip ze strony islamskich terrorystów. Po Dakarze przydałyby się wakacje, a żona i córki pewnie chętnie wybrałyby się w jakieś słoneczne miejsce… Po Dakarze czekam tylko na moment, kiedy wrócę do domu, do żony i dzieciaków. Wcale wtedy nie myślimy o jakichkolwiek podróżach. Ja potrzebuję spokoju i czasu, żeby się zregenerować po tym arcywyczerpującym rajdzie, a w domu odpoczywa mi się najlepiej. Jasne, że lubię podróże i różne ciepłe

miejsca, ale akurat po Dakarze z podróżnika zamieniam się w domownika. To jest czas dla mnie i mojej rodziny. Czego się najbardziej boisz? Nie mam fobii. Jestem raczej normalnym facetem. Najbardziej troszczę się o rodzinę i własne zdrowie. Na szczęście nie mam powodu, aby się o to wszystko jakoś szczególnie obawiać, ale troszczę się o te wartości najlepiej, jak umiem. To dla mnie jedne z najważniejszych rzeczy w życiu. Bez czego nie ruszasz się z domu? Lubisz gadżety lub eleganckie dodatki? Bez ubrania i dobrego humoru (śmiech). A poważnie – zawsze zabieram ze sobą zegarek i telefon. To są dla mnie dwa nieodłączne atrybuty aktywnego życiowo i zawodowo mężczyzny. Traktuję je jako eleganckie dodatki, które podkreślają moją osobowość i charakter, i oczywiście bardzo mi pomagają w codziennym życiu. Dobrze czujesz się w eleganckim ubraniu czy raczej wolisz nosić się na sportowo?


SI 6 5 / 2010 2011

inside

W zależności od sytuacji. Podczas konferencji i spotkań biznesowych obowiązuje garnitur, ale przy okazji mniej oficjalnych spotkań i na co dzień, oczywiście, wolę strój typu casual, który daje mi poczucie swobody. Jako osoba popularna i ambasador producenta zegarków Atlantic musisz uważać, czy do sklepu nie idziesz w ulubionym, ale wyświechtanym dresie? Dres nie jest moim ulubionym ubraniem, więc na szczęście nie miewam takich dylematów. Staram się być sobą i ubierać się po swojemu, z odrobiną dyskretnej elegancji. Tak, bym czuł się dobrze i jednocześnie swobodnie. Taki mam styl i myślę, że tu nie mam się czego wstydzić. Ile mandatów dostałeś w życiu i jak próbujesz wymigiwać się przed policjantami? Wbrew tego, co niektórzy myślą, mandatów było w mojej karierze niewiele. Owszem, zdarzyło się parę, ale z reguły od razu przyznaję się do winy i nie prowadzę bezsensownych rozmów z policjantami. Nigdy nie uchylam się od odpowiedzialności i jeżeli coś przeskrobię, to wiem, że kara jest zasłużona. Najczęściej kończy się na pouczeniu, które dla kierowcy zawodowego jest już pewnego rodzaju karą, i sama świadomość popełnienia błędu powoduje dyskomfort. Spotykasz na drodze kierowców, którzy próbują się z tobą ścigać? Nie wiem, czy ktoś chce się ze mną ścigać, bo taka myśl na zwykłej drodze nawet nie przychodzi mi do głowy. Droga publiczna jest miejscem, gdzie ludzie chcą cali i zdrowi dojechać do miejsca przeznaczenia, a nie ryzykować śmierć czy kalectwo. Ścigam się wyłącznie podczas rajdów. Miał kiedyś jakąś ostrzejszą utarczkę słowną z innym kierowcą?

Nerwowych czy agresywnych po prostu puszczam przodem. Wszelkie prowokacje i konflikty niepotrzebnie powodują dodatkowe zagrożenia na drodze. Zgodzisz się z tezą, że kobiety są słabymi kierowcami? Nie zgodzę się. Owszem, mężczyźni jeżdżą zdecydowanie, pewnie, ale bardzo często za szybko i nieodpowiedzialnie. A kobiety wręcz przeciwnie. Z reguły nie przeceniają swoich umiejętności i wolą jechać wolniej, ale bezpiecznie. Mają to w genach i dzięki temu powodują statystycznie mniej groźnych wypadków niż mężczyźni. Który samochód wspominasz najmilej i czym teraz jeździsz?

roku. To było niesamowite auto, które jechało dokładnie tak, jak chciałem. Było bezkompromisowe, mocne, genialnie przygotowane. Teraz startuję terenowym BMW X3 CC. To zupełnie inny samochód, który prowadzę w całkowicie innego rodzaju rajdach. Też jest potwornie mocne i szybkie, ale ścigam się nim po pustyniach. BMW pozwoliło mi zająć piątą lokatę w tegorocznym Dakarze, czego chyba nie mógłbym dokonać innym samochodem. Na co dzień wiele przyjemności i nieopisanych wrażeń z jazdy dostarcza mi Porsche Carrera 4S. To moja ulubiona zabawka (śmiech). Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników magazynu SI

Wielki sentyment mam do Subaru Impreza 555, którym zdobywałem mistrzostwo Europy w 1997

/55


SI 5 6 // 2010 2011

stock inside

SUPERBOHATER W KAŻDYM Z NAS Tekst Marcin „Duże Pe” Matuszewski Foto Archiwum autora

Była mroźna listopadowa noc. Gdzieś na obrzeżach jednego z szarych, Polskich miast pan Stefan siedział zamyślony przy swoim odrapanym biurku, w papie-rach szumnie nazywanym “stanowiskiem pracy”.

Od pięciu minut beznamiętnie mieszał herbatę, w której już dawno rozpuściło się ostatnie ziarenko cukru. Myślał. No, może to za dużo powiedziane - to tak, jakby stwierdzić, że samochód jedzie, kiedy ktoś bez-owocnie próbuje go zapalić. Ale grunt, że się starał... Powietrze wokół Stefana było gęste i naelektryzowane, a wysiłek w postaci okalającej go półprzezroczystej mgiełki można było niemal dostrzec gołym okiem. A już na pewno można go było poczuć. Wprawdzie złośliwi twierdzili, że to raczej wina niezamarzającego płynu do spryskiwacza, który ostatnio dowieźli na bazę, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego Stefa-nowi prosto w oczy. Dzwonek plastikowego telefonu z koślawą tarczą, stanowiącego jeden z jaskrawszych dowodów na triumf polskiej myśli technicznej nad zdrowym rozsądkiem, brutalnie wyrwał Stefana z jego podróży po rozległym bezkresie stanu zadumy. Pociągnął łyk całkiem wystygłej już herbaty, przełknął i leniwym ruchem sięgnął po nieporęczną słuchawkę. Oczywiście. Kiedy tylko podniósł ją do ucha, osobnik po drugiej stronie się rozłączył. Gówniarze! Nie mają co robić po nocach? Musi im się naprawdę nudzić... Jest przecież tyle ciekawszych miejsc w które dla głupiego żartu można zadzwonić żeby po chwili się rozłączyć. Policja. Straż pożarna. Pogotowie. Pałac prezydencki. Siedziba episkopatu... Ale dyżurny telefon w firmie odpowiadająca za odśnieżanie miasta??? Co to za zabawa? Żadna! Hmmm... A może to tylko jakieś zwarcie na linii? Pan Stefan wyciągnął papierosa bez filtra z leżącej na stole, miękkiej i mocno wymiętej paczki. Wykorzystując fakt, że otaczająca go aura rozproszyła się spłoszona ostrym dźwiękiem dzwonka, zapalił go bez obawy że spowoduje eksplozję. Plotki mówiły, że kilka lat temu nocny pożar w centrali wybuchł właśnie

/56

przez to, że dyżurny bezwiednie zapalił papierosa kiedy bardzo mocno zamyślił się nad czymś w czasie nocnej zmiany. Że niby skumulowane opary płynu do spryskiwaczy. Wprawdzie pan Stefan kwitował zawsze te pogłoski drwiącym uśmieszkiem i pukaniem się w głowę, ale mimo wszystko zawsze zanim zapalił pamiętał by otrząsnąć się z co głębszych przemyśleń w które chwilę wcześniej udało mu się zabrnąć. Nikotyna przyniosła spokój, który razem z dymem o zawartości przekraczającej wszelkie unijne normy wsączył się do krtani i dalej do płuc. Cisza pustego budynku w środku zimowej nocy zwielokrotniła jej efekt i pomogła panu Stefanowi powrócić do rozmyślania nad istotą wszechrzeczy. A gdyby tak choć raz odwrócić twarz i spojrzeć prosto w słooońceeee... Nie, to nie to. A gdyby tak choć raz spróbować zmienić kształt tego świata? Zrobić małe nacięcie na sparciałej powłoce rzeczywistości, włożyć rękę do środka, mocno zamieszać i szybko skleić ją z powrotem? Gdyby z cicha pęk zadać kłam wszystkim narzekaniom, że na nic nie mamy wpływu i że jedyne co możemy robić to płynąć z prądem? Gdyby choć na chwilę odnaleźć w sobie super moce? Zostać prawdziwym herosem, który stawi czoła światu prącemu ślepo naprzód światu i śmiałym zamachem swej stalowej pięści zmieni jego trajektorię? Tryby w głowie pana Stefana obracały się z prędkością zagrażającą życiu i zdrowiu, a na jego czole jedna po drugiej pojawiały się kropelki potu. Aż nagle - wszystko ucichło. Już wiedział... Wstał, zapiął roboczy uniform i zarzucił na niego niewygodną, watowaną kurtkę. Wyjął z rękawa czapkę i rękawiczki, upewnił się, że w kieszeni spodni ma

kluczyki i ruszył w stronę garażu. Niczym gigantyczny neon rozciągający się nad ciemną panoramą śpiącego miasta, w jego głowie lśniła jedna prosta myśl. Jeśli dobrze się przyjrzeć, to z zaciętego wyrazu twarzy pana Stefana można było wyczytać ją co do litery: CZAS COŚ ZMIENIĆ - TYM RAZEM TO DROGOWCY ZASKOCZĄ ZIMĘ!


SI 5 6 // 2010 2011

inside star

Przez lata walczył z Andrzejem Gołotą o miano najpopularniejszego Polaka mieszkającego za oceanem. Kibice ochrzcili go „polskim księciem”, a fanki obwieszały pokoje plakatami z jego podobizną. Dziś już nie nie rozbija przeciwników o bandy, nie ugania się za krążkiem, a zamiast walki z potężnymi hokeistami postawił na rywalizację z Wojciechem Gąskowskim i kabaretem Ani Mru-Mru. O słabości do tajskiego jedzenia, próbach aktorskich i biznesie opowiada były hokeista Mariusz Czerkawski. Rozmawiał Piotr Nowik Foto Artur Racicki Karierę robiłeś głównie w Ameryce, grałeś tam w pięciu klubach. W którym mieście żyło ci się najlepiej? Bardzo lubię Boston i mam do niego ogromny sentyment, ale najfajniej było chyba w Nowym Jorku. To miejsce ma w sobie coś niesamowitego i magicznego. Z jednej strony wąskie uliczki i piękne stare miasto, a z drugiej Manhattan. Można tam skoczyć na zakupy, jest wiele fajnych centrów handlowych . Idealne miejsce, by każdy znalazł coś dla siebie. Lubisz kręcić się po sklepach? Nie jest to dla mnie katorga, ale też nie zaliczam się do miłośników. W Ameryce często chodziliśmy na zakupy, by zabić czas. Gdy lecieliśmy na mecz lub

/58

zgrupowanie, to kilka dni spędzaliśmy w jednym miejscu. Na ogół dostawaliśmy dzień wolnego, więc by nie siedzieć w hotelu, wychodziliśmy do sklepów. Fajne centra mają też w Montrealu. A ulubione miejsce na ziemi? Ostatnio pierwszy raz w życiu poleciałem z żoną do Tajlandii. Bardzo mi się spodobało, bo uwielbiam owoce morza i tajskie jedzenie. Do tego było chyba ze 30 stopni, ciepła woda i piękne plaże. Jest tylko jeden problem – trzeba tam lecieć kilkanaście godzin. Uwielbiamy też Hiszpanię, mamy tam paru przyjaciół. Zdecydowanie bardziej lubię jeździć w miejsca, gdzie znam ludzi, niż podróżować w ciemno.

Wspomniałeś o słabości do tajskiego jedzenia. A sam coś gotujesz? Nie, choć jakieś śniadanie czy schabowego zdarzało się przyrządzić. Nie sprawia mi to jednak przyjemności. Oprócz tajskiej kuchni lubię też japońską, polską oraz włoską. 20 lat temu w naszym kraju nie dało się poznać innych światowych smaków, ale w Ameryce miałem taką możliwość. Nie masz czasem dość podróży? W końcu jako hokeista odbyłeś setki lotów. Coś w tym jest. Nie latam już tak dużo, jak kiedyś, tym bardziej że urodził nam się syn. Dlatego ostatnio większość czasu spędzamy w Warszawie, choć często


SI 6 5 / 2010 2011

wpadam też do ukochanych Tychów, gdzie mam wielu przyjaciół. Nawet dziś wieczorem jestem umówiony na partyjkę tenisa (śmiech). Tenisa? Słyszałem, że jesteś miłośnikiem golfa O tak. Jedyne, czego żałuję, to fakt, że zacząłem grać tak późno. W Stanach i Kanadzie mają piękne pola, ale wtedy jakoś mnie do tego sportu nie ciągnęło. W końcu namówił mnie znajomy, który poprosił paru znanych kolegów, byśmy zaczęli grać. Na początku podchodziłem do tego sceptycznie, ale szybko się przekonałem. Z tygodnia na tydzień szło mi coraz lepiej, więc wyszedłem na pole. Później brałem udział w różnych turniejach dla celebrytów, jeździmy po całej Polsce. Muszę przyznać, że ostatnio odniosłem spory sukces, bo wygrałem World Golfers Poland Championship 2010 i w nagrodę poleciałem na Mauritius.

inside

porach, dostosowywanie terminarza do reszty ekipy i tak dalej. Nie do końca mi to pasuje. Ale za to próbujesz sił w biznesie. Znalazłeś się nawet na okładce branżowego „Forbesa” Byłem twarzą i udziałowcem firmy, która tworzyła w Polsce sieć fitness klubów. Wtedy panowała euforia, bo byliśmy pierwszą firmą z tej branży, która wchodziła na giełdę. Interes należał do paru osób, swoje udziały miał m.in. Jacek Wszoła, mistrz olim-

pijski z 1976 r. w skoku wzwyż. Zdecydowałem się na niego, bo gdy podczas gry w NHL przyjeżdżałem do Polski, to nie miałem gdzie trenować. Wówczas fajnych miejsc było niewiele. Teraz trochę się od tego biznesu odseparowałem, ale mam jeszcze parę projektów, którymi się zajmuje. No i ciągle jestem blisko hokeja, głównie jako komentator. Dalej lubię przebywać w tym środowisku.

Z kim ze znanych osób grywasz? Jest wielu dobrych zawodników, np. Mateusz Kusznierewicz, Robert Rozmus, Krzysiek Materna, nieźle radzą sobie chłopaki z kabaretu Ani Mru-Mru. Świetny jest Jurek Dudek, nieźle gra też Wojtek Gąsowski. Ale potyczkę z nim trudno nazwać grą, bo więcej się mówi i żartuje, niż rywalizuje. Z nim zawsze jest kupa śmiechu. W hokeju uganiasz się za krążkiem, rozbijasz o bandy, a nawet bijesz z przeciwnikiem. A golf? Cisza, spokój i ogólnie niewiele się dzieje. Skąd ta zmiana? Sam się często nad tym zastanawiałem, ale nie mam zamiaru nikogo namawiać na golfa. Też kiedyś myślałem, że to nudne i beznadziejne... Na polu rywalizujesz nie tylko z przeciwnikiem, ale też z samym sobą, by trafić do dołka przy jak najmn iejszej liczbie uderzeń. Za każdym razem próbujesz coraz lepiej kontrolować lot piłki, a oprócz tego przebywasz na świeżym powietrzu wśród pięknych plenerów. Tu nikt cię nie podcina, nie blokuje, a jakieś 70 procent czasu zajmuje spacer i rozmowa. Fajnie, że podczas gry można usiąść i spokojnie podyskutować przy piwie lub drinku, bo co cztery dołki są budki, w których można coś kupić. Ale golf przede wszystkim uczy pokory. Nie ma straconych uderzeń, bo każde liczy się tak samo. Przez większość życia miałem do czynienia z dynamiką i stresem, teraz mam do sportu inne podejście. Jak człowiek wciągnie się w golfa, to ciężko mu przestać o nim myśleć. Śni mi się chyba równie często, jak hokej. Brzmi to bardzo interesująco, ale wydaje się, że golf dla przeciętnego człowieka jest za drogi. Można zacząć bardzo tanio – od pójścia na strzelnicę golfową i wypożyczenia piłeczek i kijów. Tam też jest fajna zabawa. Koszty rosną później, gdy zaczynają się turnieje i wyjazdy. Ale w większość sportów trzeba zainwestować, bo używa się w nich sprzętu. Od narciarstwa, przez tenis, po wędkarstwo. Tyle że w golfa możesz grać niemal do końca życia. W hokeju to niemożliwe. Zanim zacząłeś karierę golfisty, wystąpiłeś w pięciu serialach. Odnalazłeś się przed kamerą? Niespecjalnie, choć nie mówię, że już nigdy nie zagram. By jednak być aktorem, trzeba to robić z pasją, a ja ją mam zarezerwowaną dla golfa, hokeja i tenisa. Być może jestem bardziej nastawiony na rywalizację. A gra w serialach to ciągłe czekanie na zdjęcia, powtórki ujęć, wstawanie o różnych dziwnych

Zdjęcia z meczu charytatywnego dla WOŚP, 15.01.2011, Tychy.

/59


SI 5 6 // 2010 2011

inside

Parking prawdę ci powie

Pokaż, zawodniku, co drzemie w silniku

Tekst Piotr Nowik Jak poznać wartościowego piłkarza? Po ubraniu, zachowaniu, a może liczbie rozdanych autografów? Nie, w futbolowym światku panuje zasada: „pokaż mi samochód, a powiem ci, kim jesteś”. Futboliści od zawsze mieli słabość do szybkich i nietuzinkowych bryk. Parkingi przy stadionach Lecha Poznań, Wisły Kraków czy Legii Warszawa wyceniane są na miliony złotych, a obok większości samochodów trudno przejść obojętnie. Kibice zresztą żartują, że o aktualnej formie zespołu nie świadczy gra piłkarzy czy miejsce w tabeli, ale właśnie samocho-dy. Najnowsze modele zajeżdżają pod klub po podpisaniu przez zawodnika nowego kontraktu, wygraniu mistrzostwa lub po serii zwycięstw, które wiążą się z sowitymi premiami. Okazuje się jednak, że nie tylko superszybki samochód może być impulsem do morderczych treningów. Wręcz przeciwnie – równie skutecznie mobilizuje stary gruchot! Uciekł i nie udzielił pomocy Gdy w poprzednim sezonie Lech awansował do fazy grupowej Ligi Europy, na parkingach zaroiło się od klasowych aut. Bartosz Bosacki – jak na kapitana przystało – postawił na supersportowe Porsche 911 Turbo. Tym autem 100 km/h można jechać już po niespełna 4 sekundach, a maksymalna prędkość to ponad 300 km/h. Przeciętny zjadacz chleba o takim cacku może tylko pomarzyć, bo wersja podstawowa kosztuje ok. pół miliona złotych. Słabość do samochodów ma także Arkadiusz Głowacki, do niedawna kapitan Wisły (teraz gra w tureckim Trabzonsporze). W Krakowie czasem żartowano, że po zakończeniu kariery na pewno założy komis, bo na treningi przyjeżdżał np. „filigranowym” Porsche, by kilka dni później zasiąść za kierownicą wielkiego BMW przypominającego samochód, którym w słynnym filmie po ulicach Gotham City rozbijał się Batman. Słabość Głowackiego do samochodów była tak znana, że w ramach prima aprilisowego żartu Wisła poinformowała, że piłkarz znalazł swoje pierwsze auto, które kupił 14 lat temu, ale już drugiego dnia zostało mu skradzione. – Tym Lanosem przejechałem tylko z salonu pod dom. Następnego dnia rano już go nie było. Byłem zrozpaczony – „wkręcał” kibiców Głowacki. Zdarzało się jednak, że słabość Wiślaków do samochodów kończyła się problemami. W nocy 2003 r. Kamil Kuzera jechał zbyt szybko, wypadł z drogi i uderzył w kolegę

/60

z drużyny – Huberta Skrzekowskiego. Sprawca uciekł, nie udzielając poszkodowanemu pomocy. Na policję zgłosił się dopiero kilka godzin po wypadku. Skończyło się sądem, karą finansową od klubu oraz wypożyczeniem. Jednak nie tylko piłkarze palą się do samochodów, ale także samochody do piłkarzy. Producenci aut coraz większą wagę przywiązują bowiem do promocji przez sport. Kilka miesięcy temu marka Ford obdarowała samochodami czterech zawodników Polonii Warszawa, chodzą słuchy, że to jeszcze nie koniec listy… W zamian logo firmy będzie widoczne na koszulkach, bandach reklamowych i biletach stołecznego klubu. Nie chory… Z kolei w Hiszpanii promocja samochodów przez sport poszła tak daleko, że zawodnicy Realu Madryt mają nakaz (sic!) przyjeżdżania na treningi autami Audi. Oczywiście przy okazji każdy z nich mógł sobie wybrać darmowy model. Ponad 20 piłkarzy otrzymało więc po samochodzie wartym co najmniej 100 tys. euro (niektóre miały silniki o pojemności sześciu litrów!), a oprócz tego klub zarobił dodatkowe pieniądze za reklamę. Z prezentu najbardziej cieszył się chyba obrońca Royston Drenthe, który pewnej nocy gnał ulicami Hiszpanii z prędkością180 km/h i sześciokrotnie przejechał na czerwonym świetle. Zatrzymany przez policję, tłumaczył, że wiózł kolegę do szpitala. Tyle że lekarze stwierdzili, iż rzekomo chory mężczyzna nie był w stanie śpiączki, ale... mocnego upojenia alkoholowego. Szybkie i drogie samochody lubią też piłkarze w Anglii, a najchętniej kupują terenowe Range Rovery. Rekordzistą jest Wayne Rooney, którego zawartość garażu wyceniana jest na ponad milion euro. Napastnik Manchesteru United jest jednak daleko za Davidem Beckhamem, który na auta wydał już ponad dwa razy więcej. – Można powiedzieć, że David kolekcjonuje samochody. Przed zakupem zapoznaje się z ich historią i pochodzeniem – mówił miesięcznikowi „Forbes” Simon Oliveira, agent Beckhama. Na ciekawy sposób motywowania wpadli w angielskim Portsmouth. Zamiast bajońskich premii i promocyjnych samochodów zdecydowali się na zakup... starego gruchota. Jazda nim nie była jednak nagrodą, ale karą. Małym, zdezelowanym i wściekle błękitnym samochodem musiał wracać do domu piłkarz, który obijał się na treningu. Aby jednak działacze byli pewni, że zawodnik naje się wystarczająco dużo wstydu, na dachu auta zamontowano głośnik, który komunikował

przyjazd lenia z Portsmouth na długo przed pojawieniem się wehikułu… Gwiazda rocka demoluje auta znienawidzonych piłkarzy Zdarzało się również, że piłkarze wykorzystywali samochody do nietypowych celów. W jednej z lig azjatyckich bramkarz musiał uwijać się jak w ukropie, by bronić przed potężnymi strzałami kolegów... luksusowego Jeepa. Zadanie miał niełatwe, bo uderzenia oddawane były z częstotliwością karabinu maszynowego. Później filmik z niecodziennego treningu służył za reklamę zachęcającą do przyjścia na mecz, która kończyła się hasłem: „Nasz niesamowity bramkarz zatrzyma wszystkie uderzenia przeciwników”. Także podczas meczu samochód może się okazać niebezpieczną bronią. W jednej z niższych lig angielskich piłkarz miał ogromne pretensje do arbitra, a gdy nie wystarczały mu argumenty słowne, wsiadł do nieopodal zaparkowanego samochodu i próbował rozjechać sędziego! Ten jednak w porę odskoczył, a zawodnik został skazany na 24 tygodnie więzienia. Kilka lat temu nagminnie niszczono samochody piłkarzy Manchester United. Okazało się, że przeciwnikiem ich aut jest… Liam Gallagher. Zachowanie wokalisty zespołu Oasis opisał w swojej książce „Oasis: The Truth. The Noel Truth is Nothing Like the Truth” (nie udało nam się dotrzeć do polskiego wydania) Tony McCaroll, były członek zespołu. Według niego nastoletni Gallagher, pracując jako parkingowy, niszczył pojazdy gwiazd Manchesteru. Jego ofiarami mieli paść Paul Ince i Eric Cantona, któremu zniknęły... drzwi. Takiej demolki nie potrafiłby zapewne odżałować Steven Gerrard, który ma bzika na punkcie swojego auta. Tapicerka jest koloru wściekłej czerwieni (to barwy klubu), a na zagłówkach widnieje cyfra „8”, z którą występuje pomocnik reprezentacji Anglii. Z kolei David Beckham kazał wypisać na tapicerce imię swojej żony – Victorii, a El Hadji Diouf po angielskich ulicach rozbija się samochodem, który razi oczy lśniącym złotem. Nie wszyscy zawodnicy przywiązują jednak tak wielką wagę do pojazdów. Stary golf Jakuba Błaszczykowskiego długo wyróżniał się wśród luksusowych samochodów piłkarzy Wisły. Z kolei inny zawodnik tego klubu po Krakowie jeździ... skuterem lub tramwajem, bo do dziś nie ma prawa jazdy.


SI 6 5 / 2010 2011

inside

WHAT IS YOUR SNEAKER STORY?

że dobry trening to nie tylko Jesteś aktywny, ale dobrze wiesz, ie głową! Nowoczesne buty poruszanie mięśni… ale też ruszen hnologiom ćwiczą praktycznie sportowe dzięki zastosowanym tec nie spadnie na Ciebie z nieba za Ciebie. Oczywiście dobra forma m. Ale na zakupach i owszem! podczas siedzenia przed telewizore stszego. Re-formuj ją! Chcesz mieć jędrną pupę – nic pro ie. h został stworzony z myślą o Tob Chcesz biegać „bardziej” – Zig tec ! hniki, ćwicz bez względu na miejsce Korzystaj do woli ze zdobyczy tec

NÓW SIZEER

PRODUKTY DOSTĘPNE W SIECI SALO

/61


SI 5 6 // 2010 2011

inside

NÓW SIZEER

PRODUKTY DOSTĘPNE W SIECI SALO

/62


SI 6 5 / 2010 2011

inside style

NÓW SIZEER

PRODUKTY DOSTĘPNE W SIECI SALO

/63


SI 6 / 2011

style

sta? ? owa mia takiego ł o o t p i o s c o , iesz kie n i? Nie w ć buty, takie ja ardowe? k a ij n , y ur ży nd i? Szar y, b jak to jest zało szystko, co sta gera z fr ytkam , r w z u s amb szafy Nie wie padku h uciłeś z z y r odą? z ? r y p w w o a siebie dziecinną swob lko n y t Dawn ł s z y s je m uzna mz sz po Klasykę wyróżniać i ma , i bawisz się ty o zakamarki. g zy Tobą, ię Lubisz s w modzie piszc asz wszystkie je gadzamy się z n co stylu? Z iebie. Z o C Wiesz, g o e n d z y c ależ z uli nia. Miasto n rzasz wyrastać zenia i ocieple ie od Nie zam nie tylko do ch akermania! ą ne ż S buty słu i pasja. a k w ja za Buty to

TY DO

PRODUK

/64

IZEER

NÓW S

CI SALO

W SIE STĘPNE


SI 6 / 2011

style

CI SALONÓW

STĘPNE W SIE

PRODUKTY DO

SIZEER

, lna elegancja ra tu a n , a n o sz i okoliczności. wymu ia n ie d N ! rę ic o p ch l a a n n nie względu Unconvetio y Ci niezmien boru. Styl bez sz y y w rz i a a w ci to y b e st a swobod gając tom Laco i nawet wybie jąca projektan ” ca ły ie a b d św y ie n rz „ p a Idea sz słow tych, ? Nie rozumie jesz rozciągnię a n z u ie n , u każdego dnia iosk rów? najbliższego k po gazetę do sowanych kolo a p gancji? o d ie n i w resó ymuszonej ele d w ” ie ch n y i w lu o y m st o „d dorem Jesteś ambasa Tak trzymać! ę Sizeer! Sprawdź ofert

/65


SI 6 / 2011

style

ń. cały dzie ukujesz? z e z r p biec posz ć lają prze d. Tego a lą w g z y o pomaga w p a y e n r m d tó o ie k n któr ych ubra kazji m . Buty, Wygoda szenia, a przy o rzede wszystkim la Ciebie buty, w no yd ale p Komfor t m? Mam cią! te e ubrać, s z r ia b m o d hz noś Lubisz się ych zmaganiac przyjem tą s y z c n n ie w codzie eskapada będz sto! za najdłużs i” przejmują mia ieg „Cichob

/66

PRODUK

PNE W TY DOSTĘ

LONÓW

SIECI SA

SIZEER


SI 6 / 2011

style

Wielkie marki, ikony św iata mody, motor yzacji… Jesteś nie tylko modny . Jesteś koneserem. Lubisz, kiedy Twoje bu ty mówią coś o Tobie. Vespa, Ferrari to nie tyl ko symbole zamieszcza ne na pojazdach mecha To część popkultur y. Zn nicznych. asz ich historię i warto ść. Z chęcią zaparkujesz je… w swojej szafie!

PRODUKTY DOSTĘPNE

W SIECI SALONÓW SIZE

ER

/67


SI 6 / 2011

Redaktor naczelna Justyna Dziegieć Moda Mateusz Paja, Monika Jurczyk Marta Szymonik, Wojtek Skulski Sport Piotr Nowik Muzyka Maria Kmita Współpraca Rafał Romanowski, Marcin „Duże Pe” Matuszewski, Małgorzata FugielKuźmińska, Magda Nowak, Łukasz Bąbka, Beata Lenk, Dariusz Chanek, Agata Król – Iwulska Skład i redesign makiety Grzegorz Sołowiński, Dawid Świątek Projekt logo Mateusz Paja Grafika Matt Sypień – Digimental Grzegorz Sołowiński, Dawid Świątek Foto Marcin Socha Michał Kuźmiński, Rafał Romanowski, Piotr Fic, Tomasz Wizner, Paweł Bąbała, Katarzyna Ociepska, Tomasz Wizner

style

Sklepy SIZEER Białystok: Galeria Biała, CH Auchan, Bielsko-Biała: CH Sarni Stok, Gemini Park, Bydgoszcz: CH Rondo, CH Auchan, Focus Mall, Bytom: CH Plejada, CH Agora, Czeladź: CH M1, Częstochowa: Al. NMP 32, CH Jurajska, Dąbrowa Górnicza: CH Pogoria, Gdańsk: Galeria Bałtycka, Gorzów Wielkopolski: Galeria Askana, Katowice: 3 Stawy King Cross, Silesia City Center, Kłodzko: Galeria Twierdza, Koszalin: CH Forum, Kraków: ul. Szewska 20, CH Krokus, Galeria Kazimierz, CH M1, Galeria Krakowska, Bonarka City Center, Krosno: ul. Legionów 17, Legnica: CH Galeria Piastów, Lublin: Galeria Olimp, Łódź: Pasaż Łódzki, Galeria Łódzka, Manufaktura, Port Łódź, Mikołów: CH Auchan, Nowy Sącz: CH Sandecja, Opole: CH Karolinka, Piotrków Trybunalski: CH Focus Mall, Piła: Galeria Kasztanowa, Płock: CH Auchan, Galeria Wisła, Poznań: CH Marcelin, CH M1, Stary Browar, CH Plaza, Puławy: ul. Piłsudskiego 28, Radom: CH M1, Rumia: CH Auchan, Rzeszów: CH Plaza, Słupsk: CH Jantar, Starachowice: ul. Piłsudskiego 11, Tarnów: Galeria Tarnovia, Toruń: CH Kometa, CH Copernicus, Warszawa: REAL Janki, CH Targówek-Carrefour, CH Wola Park, Włocławek: Wzorcownia, Wrocław: Galeria Dominikońska, CH Korona, Pasaż Grunwaldzki, Zielona Góra: Focus Park

Reklama reklama@UwolnijSwojCzas.pl Wydawca Marketing Investment Group Sp. z o.o. os. Dywizjonu 303 paw. 1 31-871 Kraków Adres korespondencyjny RONDO BUSINESS PARK ul. Lublańska 38 31-476 Kraków budynek A3, III piętro redakcja@UwolnijSwojCzas.pl

SizeerClub.com e-Sizeer.com sizeer.com

/69


Luty – Czerwiec 2011 ISSN: 2080-3141 Egzemplarz promocyjny Numer: 06


SI Magazyn Czasu Wolnego