Page 1

CENA 4,50 Zล w tym 8% VAT

Nยบ

4

2012


EDYTO


ORIAL Długo na to czekaliśmy, aż w końcu udało się. Czwarty numer SHOTA wychodzi w druku. Jesteśmy przeszczęśliwi. W dużej mierze to Wasza zasługa. Czytacie go. Podoba Wam się. To właśnie dla Was się rozwijamy i mamy nadzieję, że robimy to w dobrym kierunku. Ten numer to przede wszystkim duża dawka mody w unikatowym wydaniu. Nie chcemy powielać trendów. Chcemy kreować. Pragniemy, aby ludzie nosili się kolorowo i oryginalnie, bez względu na wiek i rozmiar, żeby łamali wszelkie możliwe zasady, bawili się modą i broń Boże nie kompletowali swoich stylizacji w oparciu o sklepowe manekiny! Właśnie dlatego na łamach SHOTA pojawi się wiele intrygujących sesji, w tym nasza, zrealizowana przy współpracy z Emey Studio. Jesteśmy pewni, że sesja ta dostarczy Wam dużo pozytywnej energii. Innej opcji nie ma! Główną bohaterką tego numeru będzie szalenie utalentowana Julia Jasiczak, właścicielka marki XOOXOO. Jej kolorowa biżuteria szybko zdobyła nasze serca. Gwarantujemy, że podbije także Wasze. Skoro jesteśmy przy kolorach, warto dodać, że EM Em Shop nie odpuszcza. Również w tym numerze postara się oswoić Was z maszyną i mamy nadzieję, że w końcu mu się to uda! Bo kto nie chciałby mieć w swojej garderobie TAKIEJ marynarki!!! Czy to koniec mody? Absolutnie nie! Tradycyjnie już nie zabraknie ani Top Bloga, tym razem w męskim wydaniu, ani Inspektora Gadżeta. Na sam koniec naszej podróży Marta Kaprzyk zabierze Was w swój filmowy świat, prezentując niebezpieczne związki mody z kinem. Enjoy! SHOT Team

18


21

7

MOJA WŁASNA KRAINA PLASTIKU

CRAVHER

PALCEM PO MAPIE

31

ILONA FELICJAŃSKA

47

58

TOP BLOG

URBAN STYLE INSPEKTOR GADŻET BLOGOWANIE ZA KASĘ

71

ALL HAIL, ARIZONA!

CO ZA SZYCIE WYWIAD Z BUTAMI

84


89

MODNE MIEJSCA

87

ANABELL

99

STREET FASHION

MAKE UP

PORADNIK PERFEKCJONISTKI

GOODBYE SUMMER LOVE

101

117

OKIEM STYLISTKI

PORTRET DAMY

119

STYLOWE WNĘTRZA BE A MAN

127 POLECAMY AND LEAD ME NOT INTO TEMPTATION... REDAKTOR NACZELNA ANNA MAKSYMIUK - SZYMAŃSKA

REDAKCJA ANITA BOHAREWICZ MAGDALENA KOSTYSZYN MARTA KAPRZYK EmEm SZOP

WYDAWCA BABSKI PR Siedziba Redakcji: ul. Krzywoustego 82-86, 51-166 Wrocław

KOREKTA ANITA BOHAREWICZ

SKŁAD I PROJEKT GRAFICZNY THREEOFUS.PL

KONTAKT redakcja@shotmagazine.pl

135

BURZLIWE ZWIĄZKI MODY Z KINEM

ZDJĘCIE NA OKŁADCE foto JACEK NARKIELUN www.narkielun.com model HONORATA WOJTKOWSKA / D’vision make up PAULINA NOWAK hair EDYTA MODZOLEWSKA style FASHIONPROFASHION & IWONA ŁĘCZYCKA www.fuckfashion.com.pl

crowns PAULINA NOWAK collar MAJA RACKA producent PETER BLASZCZYK

znajdź na

fb


CRAVHER

foto JACEK NARKIELUN www.narkielun.com model HONORATA WOJTKOWSKA / D’vision make up PAULINA NOWAK hair EDYTA MODZOLEWSKA style FASHIONPROFASHION & IWONA ŁĘCZYCKA www.fuckfashion.com.pl crowns PAULINA NOWAK collar MAJA RACKA producent PETER BLASZCZYK

7


8


9


10


11


12


13


14


16


20


MOJA WŁASNA KRAINA PLASTIKU rozmawiała

ANNA SZYMAŃSKA

Kolorowa, plastikowa, awangardowa, inna! Tak mogę powiedzieć o Naszej rozmówczyni, jeszcze jej dobrze nie znając. Po czym tak wnioskuję? Po naszyjniku, który dostałam na swoje 27. urodziny! Każdy kto mnie zna wie, że uwielbiam plastikowe, kolorowe dodatki i nie przejmuję się tym, kiedy słyszę, że to kiczowate. Kiedy więc dostałam naszyjnik pomyślałam – dziewczyna, która go zaprojektowała jest tak samo odjechana jak ja! Bo w końcu trzeba mieć niezłą wyobraźnię, żeby stworzyć takie cudo! Nie byłabym więc sobą, gdybym nie sprawdziła tego fenomenu. I tak oto narodził się pomysł na wywiad z Julią Jasiczak – właścicielką marki www. xooxoo.pl Julia nie mogę się powstrzymać i muszę zadać to pytanie! Jak, skąd, gdzie? A na poważnie jak to się wszystko zaczęło? Gdzie się zaczęło? Myślę, że jeszcze w łonie mojej matki. To po rodzicielce mej zapewne odziedziczyłam skłonności do szeroko pojętej estetyzacji świata. Estetyzacji nienadętej, absolutnie nie podszytej wyszukaną filozofią, czy wydumaną problematyką. Po prostu kocham patrzeć i spostrzegać. Lubię też marzyć i wyobrażać sobie rzeczywistość mniej szaroburą, świat urozmaicony i kolorowy. Ktoś może uznać to, co mówię za puste, ale ja radości i emocji, jakie kryją się w czysto estetycznych doznaniach, nigdy bym tak nie określiła. A teraz poważnie, a przynajmniej poważniej. Projektowaniem biżuterii zajęłam się stosunkowo niedawno. Nie mam wykształcenia plastycznego, jestem natomiast kulturoznawcą o specjalizacji medioznawczej i popkulturowym zafiksowaniu :D Na studiach zaczęłam na własną rękę uczyć się rastrowej grafiki komputerowej. Hobbystycznie. Robiłam też trochę biżuterii z drutu i koralików, ale pod żadnym pozorem nie nazwałabym tego projektowaniem. To była zabawa, sposób na spędzenie wolnego czasu. Projektowanie to myślenie nad konceptem, rozwiązywanie napotkanych problemów, rysowanie, tworzenie modeli. Zaczęło się już po studiach, kiedy pozna-

21


22


łam grafikę wektorową. Po kilku pierwszych, zdecydowanie nieprzyjemnych starciach, kiedy to mój komputer nieomal nie wylądował za oknem, uprzednio będąc obrzucony najbardziej parszywymi wyzwiskami, jakie stworzył nasz kwiecisty język, zapałałam do niej gorliwą, trwającą po dziś dzień miłością. Moje pierwsze wektorowe projekty powstały na zlecenie znajomych, którzy otwierali właśnie Wycinankę, firmę produkującą akcesoria do scrapbookingu. Gotowe produkty spodobały mi się tak bardzo, że postanowiłam przenieść projekty na coś innego niż papier. Po kilkugodzinnej konwersacji z wujkiem Google znalazłam tworzywo idealne, czyli szkło akrylowe o mniej dźwięcznej nazwie pleksi. Lekkie, intensywnie barwione i do tego całkiem wytrzymałe. Nie wiem czy mój zapał nie wygasłby, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności związany z pewnym konkursem. Dowiedziałam się, że na organizowanym co roku w poznańskim Starym Browarze Art and Fashion Festival pojawiła się nowa kategoria: projektowanie biżuterii. Nie tnąc nigdy w akrylu, bazując tylko na wiedzy zaczerpniętej z Internetu, stworzyłam projekt koncepcyjny, wysłałam go na kilka dni przed deadlinem i o dziwo jako jedna z sześciu osób zostałam zakwalifikowana do konkursu. Były to dziesięciodniowe warsztaty u Ani Orskiej, podczas których wykonać mieliśmy autorską biżuterię. To właśnie na samych warsztatach pierwszy raz wycinałam wzory swoją techniką. Nie obyło się oczywiście bez przeszkód związanych z poznawaniem tworzywa i rzeczywistej pracy z materiałem, także tym niezaplanowanym, mosiądzem. Na widok naczyń z kwasem i palnika jubilerskiego moje oczy rosły do rozmiarów herbacianych spodków, a dwugodzinne cięcie piłką do metalu doprowadziło do utraty czucia w ręce, ale Art and Fashion uznać mogę za ekstremalnie przyspieszony, wręcz survivalowy kurs tworzenia biżuterii i prawdziwy wstęp do wszystkiego co robię obecnie. Tam dowiedziałam się o swoich ograniczeniach i możliwościach, o tym, że mogę działać w obrębie mody, że to co robię może mieć wartość nie tylko dla mnie. Poszłam więc za ciosem, poznawałam na swej drodze wielu bardziej lub mniej doświadczonych w branży modowej ludzi, którzy postanowili mi troszkę pomóc, posłużyć radą. Rok po Art and Fashion Festival otworzyłam firmę, a niedawno uruchomiłam swój własny sklep internetowy. We wrześniu minęły dwa lata odkąd zaczęłam przygodę z projektowaniem i myślę, że moja droga dopiero się rozpoczyna.

23

Co znaczy nazwa XOOXOO? XOOXOO to wymyślone przeze mnie słowo. Wywodzi się z amerykańskiego skrótu XOXO oznaczającego „całuski i uściski”. Jak to się czyta? Po angielsku, czyli fonetycznie „ksuksu”. Polskiej nazwy nie użyłam rozmyślnie. Nie chcę już na samym wstępie zamykać się na zagraniczne rynki, na których polsko brzmiąca i trudna do wymówienia nazwa mogłaby być prawdziwym strzałem w kolano. Chciałam też żeby nazwa odzwierciedlała trochę moje podejście do świata, miała ciepłe brzmienie, była uniwersalna i tworzyła harmonijny, łatwy do zapamiętania znak graficzny.

Sama projektujesz wszystkie wzory? Tak, wszystkie wektorowe elementy projektuję sama. Biżuteria wykonywana jest również przeze mnie. Projektowanie to dla mnie najlepsza i najciekawsza część procesu twórczego. Poza zobaczeniem gotowej biżuterii na innej osobie oczywiście.

W Twoich projektach widzę niesamowitą estetykę, przemyślane kształty i spójność! Jak Ty to robisz? Jak są wykonywane te wszystkie cudeńka? Jak już wcześniej wspomniałam, wiele czasu zajmuje mi myślenie nad projektami, łapanie przelatujących w każdej sekundzie inspiracji i wyłanianie tych naprawdę ciekawych. Najwięcej znajduję ich w przestrzeni miejskiej i w cyberprzestrzeni. Skomplikowanie i chaos miast oraz Internetu jest niezgłębioną kopalnią stymulujących prawą półkulę mózgu wyzwalaczy kreatywności. Dużo pomysłów czerpię z popkultury, standaryzacja w kulturze masowej wytworzyła bowiem wiele ikon, symboli, które na stałe weszły do wizualnego języka naszych czasów. Wykonanie biżuterii dzieli się u mnie na wiele etapów. Najpierw dużo zarysowuje się w mojej głowie, potem to, co widzę przelewam na grafikę wektorową. Rzadko robię szkice na papierze. Wykonuję za to papierowe modele. Ostatecznie wycinam wzory za pomocą lase-


ra a potem łączę w zaplanowaną wcześniej całość. Biżuteria skończona jest jednak dopiero, gdy ktoś ją na siebie założy. Podkreśla urodę, charakter i styl jednostki. Proces twórczy czasem przedłużam też na inne sfery, uwielbiam angażować się bowiem w sesje zdjęciowe. Często współpracuję z Jackiem Narkielunem, z którym rozumiem się bez słów i który ma wizję świata podobną do mojej. Czasem wykonuję biżuterię i akcesoria tylko na potrzeby sesji, albo dla projektanta, do konkretnego pokazu. W tym drugim przypadku świetnie dogaduję się z Mateuszem Kołtunowiczem, którego marką jest UDA-a, ale powoli odnajduję też innych, którzy nie boją się łączyć moich obiektów ze swoimi projektami. Sądzę też, że ze współpracy z innymi twórcami zawsze wychodzą najwartościowsze rzeczy.

Do kogo kierujesz swoją twórczość? Moim zdaniem to prawdziwa sztuka! Uwielbiam to czym się zajmuję, wiem, że to co robię daje również innym wiele radości, ale nie nazwałabym tego sztuką, przynajmniej nie w moim rozumieniu tego słowa. Uważam siebie za twórczynię, projektantkę. Określenie „sztuka” jest obecnie tak eksploatowane, że gdyby dało się współczuć słowu pogrążyłabym się nad nim w czarnej żałobie. Zostawmy miano artystów ludziom, których dzieła poruszają, chwytają za serce, wywołują skrajne emocje, oczyszczają, są wartościowym komentarzem współczesnego świata, stymulują do rozmyślań na temat siebie samych… Dla mnie na świecie żyje niewielu artystów, tych którzy jednak na to miano zasługują stawiam na piedestale. Swoją twórczość kieruję głównie do ludzi młodych. I nie o datę tu chodzi, a o ducha. Mam silną alergię na miałkość, zachowawczość, zbytnią powagę i konwenanse. Projektuję dla osób otwartych, lubiących życie, zadowolonych i wyzbytych z większych kompleksów. To właśnie ludzie pewni siebie i kochający siebie samych najczęściej wybierają moje kolorowe projekty. Nie boją się posądzenia o dziecinność, wolą usłyszeć, że wyglądają młodo i emanują pozytywną energią.

24


Myślę też, że moje projekty pasują do stylu ubierania się współczesnych ludzi. Nosimy nowoczesne kroje, nadruki na tkaninach, dbamy o wygodę. Dlaczego biżuteria miałaby podlegać innym zasadom? Złote łańcuszki są dla mnie pretensjonalne i kojarzą mi się z pamiątką Pierwszej Komunii, albo skaczącymi delfinkami.

Nie boisz się, że ktoś nazwie Twoje produkty kiczowatymi? Ależ skąd! Kicz to w końcu sztuka szczęścia! Moje projekty z założenia oscylują na granicy kiczu. Myślę że jej nie przekraczają, ale jeśli ktoś sądzi inaczej, to po pierwsze jego święte prawo, po drugie współczuję braku dystansu do rzeczywistości i brania wszystkiego na poważnie. Moje rzeczy nie są dla każdego, nie chciałabym, żeby podobały się wszystkim, bo to by oznaczało, że są nijakie. Wolę mieć wielu wrogów i garstkę fanów, niż od każdego słyszeć, że to co robię jest ok. Plastik wielu wydaje się kiczowaty sam w sobie. Ja jednak uwielbiam tworzywa sztuczne i myślę, że nie powinniśmy oceniać tego materiału wyłącznie przez pryzmat zalewającej nas chińszczyzny. Wykorzystuję szkło akrylowe, które w znaczny sposób różni się od twardych tworzyw PCV. Plastik ma wiele wcieleń, a kto nie ma w domu żadnego przedmiotu wykonanego z tego materiału niech pierwszy rzuci kamieniem :D

Twoje produkty nie należą do najtańszych, ale za ceną idzie jakość, unikatowość i praca. Jak długo powstaje jeden naszyjnik? Myślę, że moje projekty są dość tanie. Swoje XOOXOO może mieć każdy, bo moje ceny zaczynają się już od 15zł. Większość rzeczy nie przekracza natomiast 50zł. Biżuteria powstaje w małych nakładach, jest unikalna i sądzę, że może być realną alternatywą dla rzeczy z sieciówek. Wyższą cenę mają jedynie niektóre skomplikowane naszyjniki w tym unikaty, ale za każdym z nich stoi odrębny pomysł, kryje się znacznie więcej projektowania i długi czas wykonywania. Ja nie tylko łączę moduły w całość, każdy element jest w pewnym sensie osobnym projektem. Dużo też myślę o ergonomii. Jak długo powstaje jeden naszyjnik?Zależy od pomysłu. Czasem godzinę, czasem trzy dni. Moje projekty są bardzo różnorodne.

25


Zakochałam się w szklanej muszce! Gdzie ją mogę zdobyć oprócz Internetu? Na razie w grę wchodzi głównie mój sklep internetowy. Biżuterię dostać można w kilku poznańskich galeriach takich jak Monosquare, Łukasz Buhl Hairstudio, a już niedługo Salon w pikselowe kwiaty w Bistor. Ale pracuję nad tym i niebawem XOOXOO będzie można dostać w większości dużych miast w Polsce.

Czy masz jakiś projekt, który darzysz szczególnym sentymentem? Ha! Twój naszyjnik! Długo nad nim myślałam i sporo czasu upłynęło zanim zrealizowałam wizję. I uwaga, początkowo miał zostać zniszczony na potrzeby sesji zdjęciowej, ale kiedy go zrobiłam, nie potrafiłam odebrać mu życia, zbyt wiele siebie samej w niego włożyłam. Cieszę się więc, że znalazł właścicielkę, która go doceniła. Szczególnym sentymentem darzę też moje robociki. Ich rysunek jest wypadkową wielu wizji robota i mocno zakorzeniony jest w moim dzieciństwie. Wychodzi bezpośrednio z metalowych, nakręcanych robotów, które były obsesją mojego wieku młodzieńczego, z zabaw klockami lego przeplatanych seansami Laboratorium Dextera i innymi kreskówkami na starym dobrym Cartoon Network. Jest moim robotem idealnym.

Lubisz białe czy czarne? No jak to!? Kolorowe!

Sprawdzamy Cię :P

26


PALCEM PO MAPIE Z PAMIĘTNIKA OBIEŻYŚWIATÓW – W PERUWIAŃSKICH ANDACH tekst ANNA NOWICKA foto RADOSŁAW NOWICKI

Po dwutygodniowym pobycie w gorącej dżungli amazońskiej (patrz Shot Magazine nr 3) dziś drastycznie zmieniamy klimat. Lecimy samolotem z Iquitos, największego miasta peruwiańskiej dżungli, do Puno, miasta położonego nad jeziorem Titicaca. W Ameryce Południowej lot na południe oznacza coś odwrotnego niż w Europie; będzie zimniej. Ba, dużo zimniej! W Amazonii, mimo, że lipiec to najzimniejszy miesiąc w Peru, temperatury wynosiły około 40 st. C., wieczorami wcale nie robiło się dużo chłodniej. Tam, gdzie lecimy, w dzień będzie najwyżej 15 st. C. W nocy temperatury będą spadać poniżej 0. Termin naszego powrotu do domu nieubłagalnie się zbliża, więc nie możemy sobie pozwolić na skorzystanie z rad przewodnika turystycznego, w którym jest napisane, żeby nie lecieć od razu do Puno (które położone jest na wysokości 3.830 m n.p.m.), tylko wcześniej spędzić co najmniej kilka dni na niższych wysokościach. Lecąc od razu nad jezioro Titicaca ryzykujemy chorobę wysokościową, która w skrajnych przypadkach może skończyć się obrzękiem płuc, mózgu a nawet śmiercią. Cóż jednak zrobić, kiedy nie mamy tych kilku dodatkowych dni na adaptację? Postanawiamy zaryzykować. Piękne Andy Północne, po których bardzo chcielibyśmy pochodzić, oglądamy więc z samolotu. Dobrze, że niebo jest bezchmurne i mamy wspaniałe widoki. Wychodząc z lotniska w mieście Juliaca (niedaleko Puno) czujemy uderzenie mroźnego powietrza i z trudem łapie-

27

my oddech. Choroba wysokościowa nie była przesadą! Jesteśmy trochę przestraszeni, ale upewniwszy się, że ciągle oddychamy, wsiadamy w autobus, który wiezie nas do Puno. W nocy w hostelu dokucza nam zimno i zadyszka. Jeszcze przez dwa kolejne dni będziemy odczuwali efekty tak drastycznej zmiany klimatu.

Przed południem razem z innymi turystami wsiadamy na statek, który ma zabrać nas na wyspę Taquile na jeziorze Titicaca (zamierzamy spędzić tam 3 dni). Po drodze zwiedzimy słynne Islas Flotantes de Uros (Pływające Wyspy ludu Uru). Indianie Uru zamieszkiwali wyspy jeziora Titicaca od tysiącleci, zanim kilkaset lat temu najechali na nich Inkowie. By bronić się przed najeźdźcami, Uru wybudowali na jeziorze sztuczne wyspy z trzciny i zamieszkali na nich. Do dziś na pływających wyspach Titicaca mieszka kilkuset mieszkańców, mówiących w językach Uru i Aymara (język plemienia, z którym się przemieszali). Na wyspach podobno są szkoły podstawowe, małe sklepiki a nawet rozgłośnia radiowa dla mieszkańców. Kiedy jednak zwiedzamy jedną z wysp Uros, staje się dla nas pewne, że tradycja ludu Uru jest sztucznie podtrzymywana, by przyciągnąć turystów. Wszystko na wyspie jest przesadnie zadbane, kolorowe a kobiety i dzieci aż


28


kleją się do przybyłych, by sprzedać im ręcznie robione pamiątki. Nic dziwnego; mieszkańcy wysp utrzymują się jedynie z rybołówstwa i turystyki. Jednak to właśnie turystyka ostatecznie niszczy kulturę ludu Uru i sprawia, że codziennie muszą odgrywać ten sam spektakl przed kolejnymi zwiedzającymi. Przewodnik, który oprowadza nas po wyspie, opowiada nam o tradycjach Uru. Podobno robienie na drutach to u nich tradycyjne męskie zajęcie. Każdy młody chłopak, zanim się ożeni, musi udowodnić, że jest mężczyzną: zrobić dla przyszłej żony czapkę lub sweter na drutach. Za to kobiety często zajmują się czynnościami, wymagającymi sporego wysiłku fizycznego. Przewodnik wskazuje na płynącą łódź, w której płynie spokojnie siedzący mężczyzna, a wiosłuje kobieta. I co wy na to, drogie czytelniczki?

Kiedy budzimy się rano na wyspie Taquile, nareszcie robi nam się ciepło. Mimo zaledwie 15 st. C. słoneczko dosyć mocno przygrzewa. Noc spędziliśmy w gospodarstwie agroturystycznym, prowadzonym przez starsze, indiańskie małżeństwo. Śniadaniowe menu jest podobne do tego, co jedliśmy w dżungli: ryż, ryba, gotowane banany. Do picia dostajemy napar z koki. Ten tradycyjny napój mieszkańców Andów nieprzerwanie budzi wielkie emocje u pijących go Europejczyków. Zastanawiamy się przez chwilę, czy po wypiciu herbatki będziemy na haju… Niepotrzebnie. Owszem, to właśnie z koki, w procesie chemicznym, uzyskuje się kokainę. Jednak napar z liści koki nie wywołuje efektów narkotycznych. Jest to wzmacniający napój, idealny do picia w ostrym klimacie Andów. Wyspy jeziora Titicaca nazywane są stolicą peruwiańskiego folkloru. No i mamy szczęście. Wczoraj zaczęły się obchody corocznego, tygodniowego święta patrona wyspy „Fiesta de San Santiago”. To święto ku czci chrześcijańskiego patrona organizowane jest w miejsce tradycyjnego, pogańskiego święta składania ofiar bogini Pachamama (Matce Ziemi). W centrum miasta odbywa się wielkie świętowanie: jest głośna, tradycyjna muzyka i tańce. Wszyscy mieszkańcy ubrani są w odświętne, tradycyjne stroje. Całe dwa dni spędzamy razem z mieszkańcami bawiąc się, jedząc i pijąc a piękna, tradycyjna muzyka dźwięczy nam w uszach nawet w nocy. Szkoda, że nie możemy zostać tu na cały tydzień.


Powrót statkiem do Puno trwa około 4 godzin. Cieszymy się widokiem zielono-błękitnego jeziora na tle bezchmurnego nieba, wdychamy czyste, zimne powietrze i obserwujemy pasące się w oddali lamy. Wieczorem, już w Puno, wybieramy się na kolację do lokalnej restauracji. Jednym z głównych przysmaków w menu jest… pieczona świnka morska z ziemniakami i surówką. Nie jesteśmy zaskoczeni, bo już wcześniej słyszeliśmy, że świnka morska należy do tradycyjnych peruwiańskich potraw (przez wieki zwierzęta te występowały tylko w Ameryce Południowej, nic więc dziwnego, że się nimi żywiono). Jednak, kiedy kelner przynosi zamówioną przez nas potrawę, robi mi się słabo: świnka morska została upieczona i podana z pyszczkiem i z ząbkami. Całe szczęście, że zamówiliśmy tylko jedną porcję. Długo się zastanawiam, zanim biorę kęs tego mięska do ust: smakuje nie najgorzej, ale te ząbki na talerzu… Zostawiam resztę dania Radkowi, który z niepewną miną wciska w siebie zaledwie połowę porcji. Zamawiamy dwie porcje „Pisco Sour” (drinka na bazie peruwiańskiego brandy), żeby jak najszybciej wymazać z pamięci żałosny widok biednej świnki na talerzu. Jutro kończy się nasza peruwiańska przygoda. Rozpoczynamy trzydniową drogę powrotną do domu prowadzącą, dosłownie, przez pół świata.


ILONA FELICIANSKA foto JACEK RĘKAS www.rekasjacek.pl model ILONA FELICJAŃSKA style PAULINA SZUMOTALSKA make up & hair MAGDALENA SROKA nails: MARCELINA MICEK www.marce7ina.blogspot.com

dress: HI END / belts: Miss Malwia Accessories / bracelets: Roboty RÍczne

31


32


dress: Aleksandra Kucharczyk / belts: Miss Malwia Accessories dress: Aleksandra Kucharczyk / belts : Miss Malwia Accessories


dress: HI END / jewellery: Agata Bieleń / belts: Miss Malwia Accessories

skirt and blouse: Aleksandra Kucharczyk / collar and bracelets: Miss Malwia Accessories / watch: Locman Latin Lover / shoes: Jeffrey Campbe


dress: HI END / jewellery: Agata Bieleń / belts: Miss Malwia Accessories

skirt and blouse: Aleksandra Kucharczyk / collar and bracelets: Miss Malwia Accessories watch : Locman Latin Lover / shoes: Jeffrey Campbell


collar: Miss Malwia Accessories

dress: H&M / collar: Miss Malwia Accessories / shoes: AGA PRUS handmade shoes

40


41

necklaces: Agata Bieleń / Miss Malwia Accessories


dress: HI END / belts: Miss Malwia Accessories / shoes: Jeffrey Campbell

42


43

collar : Miss Malwia Accessories / dress: H&M


dress: HI END / jewellery: Agata BieleĂ’ / belts: Miss Malwia Accessories


dress: HI END / jewellery: Agata Bieleń / belts: Miss Malwia Accessories


TOP BLOG


rozmawiała

ANNA SZYMAŃSKA


Aby przełamać nieco stereotypy i pokazać facetom, że można prowadzić modowego bloga, postanowiłam do tej rozmowy zaprosić osobę, która wśród wielu ludzi może wzbudzać kontrowersje! I dobrze! Adam, znany nam jako Fashionable Innovations, urzekł mnie swoją osobą nie tylko poprzez to, co robi, ale poprzez to kim jest! Adama miałam okazję poznać podczas ostatniego Fashion Weeka w Łodzi. To niesamowity człowiek, którego pasją jest moda. To, co robi jest szczere, prawdziwie i zachwycające. A stylizacje!?! Musicie zobaczyć sami na blogu http://fashionableinnovations.blogspot.com! Tymczasem zapraszam Was na wywiad z Adamem! Naszym zdaniem to ewidentnie TOP BLOG nie tylko tego miesiąca, ale ever! Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogowaniem?

Co chcesz przekazać poprzez swojego bloga innym?

Moja przygoda z blogowaniem zaczęła się bardzo spontanicznie. Od zawsze marzyłem o prowadzeniu bloga, o dzieleniu się z innymi moimi stylizacjami, moim spojrzeniem na świat mody. Pragnąłem wtajemniczać innych w moje życie, które w całości jest związane z modą. Pewnego felernego dnia, kiedy nie ogarniała mnie sprzyjająca aura, usiadłem wygodnie przed notebookiem i rozpocząłem przygodę z Fashionable Innovations.

Poprzez swojego bloga chcę pokazać innym mój styl i przełamać wszelkie stereotypy o tym, że tylko kobiety mogą interesować się modą i wyrażać siebie poprzez ubiór. Chciałbym, aby więcej polskich mężczyzn eksperymentowało w doborze stroju, żeby nie bali się bawić fakturą i kolorem! Chcę dzielić się z innymi swoimi poglądami na temat świata mody, ludzi z tej branży, a także relacjonować eventy związane z modą.

Czym dla Ciebie jest Twój blog?

Zainteresowanie modą to hobby czy styl życia?

Blog jest dla mnie prawie wszystkim. Kocham pisać nowe posty, chodzić na zdjęcia w swoich stylizacjach - to już przybrało pewnego rodzaju rytuał. Prowadzę swojego bloga dopiero od kilku miesięcy i nie sądziłem, że zostanie tak dobrze odebrany. Dostaję mnóstwo wiadomości, kilka razy moi zagraniczni czytelnicy, będąc w Warszawie, zapraszali mnie na spotkanie - to bardzo miłe! Blog dał mi także sporo ważnych kontaktów z zagranicznymi projektantami, amerykańskimi agencjami, a także firmami, z którymi współpracuję. Ogromnie cieszę się, że codziennie mojego bloga odwiedza sporo osób ze Stanów, Australii czy nawet Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Mój blog jest dla mnie pewnego rodzaju wizytówką. Na co dzień pracuję jako stylista i personal shopper, a blog pomaga mi w pozyskiwaniu nowych klientów.

Moje całe życie jest związane z modą - interesuję się nią od dzieciństwa. Pamiętam, gdy jako dziecko oglądałem z moim Tatą Fashion TV. Mój Tato podziwiał zgrabne sylwetki u kobiet, a ja ich kreacje. Zawsze lubiłem zwracać na siebie uwagę znajomych poprzez mój charakterystyczny wizerunek. Dodatkowo, jak już wspomniałem, pracuję jako stylista. Uważam, że moda to jak najbardziej styl życia. To nie tylko modne ubrania, ale także inne sfery życia; poszukiwanie inspiracji podczas podróży, codziennego życia, odkrywanie nowych miejsc, rozmawianie z ciekawymi ludźmi.

Jakie jest Twoje największe modowe marzenie? Moje największe modowe marzenie to stylizacja modeli

51


do sesji zdjęciowych dla zagranicznych, branżowych magazynów. Mogę tylko zdradzić małą tajemnicę, że powoli zaczynam osiągać swoje marzenie. Chciałbym wyjechać do Nowego Jorku. Jestem bardzo zdeterminowany, by to pragnienie się spełniło.

Czym się kierujesz tworząc swoje stylizacje? Wybierając swoje stylizacje kieruję się głównie emocjami, które mi wówczas towarzyszą. Często przebieram się kilka razy dziennie, dzięki czemu żyję w zgodzie ze sobą. Jeśli na przykład, za oknem jest szaro, deszczowo to zazwyczaj wybieram kolorowe zestawy, które nie pozwalają mi popaść w chandrę. Najpiękniejsze w modzie jest to, że mogę zmieniać się w zależności od ubrań i dodatków. Czasami znajomi nie poznają mnie na ulicy, ponieważ jednego dnia mam na sobie barwną stylizację, a następnego skórzane spodnie i dużo ciężkiej biżuterii. Dla mnie moda zawsze była i będzie zabawą, w której czuję się znakomicie.

Co Cię inspiruje? Jak opisałbyś swój styl? Inspirują mnie przede wszystkim ludzie, których codziennie mijam na ulicach. Zdarzają się sytuacje, w których zaczepiam przechodniów i chwalę ich za stylizację. Uwielbiam także chodzić na wernisaże, pokazy mody, po których jestem naładowany świeżymi pomysłami, inspiracjami, które przenoszę później na własne kreacje. Bardzo często przeglądam zagraniczne magazyny modowe, kocham szczególnie te japońskie, które są kopalnią inspiracji. Mój styl to przede wszystkim eksperymenty! Kocham kolorowe garnitury, lubię grunge’owe swetry i ciężką, rockową biżuterię. Nie jestem wierny jednemu kierunkowi. Uważam, że dobry styl polega na byciu otwartym na modowe szaleństwa. Nie lubię ślepo podążać za trendami, czasami lubię założyć to, w czym czuję się dobrze. Mój sposób ubierania się wyraża moją osobowość, mój charakter!

Rzecz, której nigdy nie pozbyłbyś się ze swojej szafy to... Okulary przeciwsłoneczne!

Twoim modowym guru jest…? Dlaczego? Moim największym modowym autorytetem jest Marc Ja-

53


cobs. Mimo, że nie pochodził z bogatej rodziny, prowadził skromne życie, jako nastolatek stał się jednym z najbardziej znanych światowych kreatorów mody. Marc Jacobs już jako 16-latek miał określony cel w życiu, był bardzo zaradny i zdeterminowany, żeby osiągnąć sukces. Ciężka praca, rezygnacja z życia osobistego dały mu wysoką pozycję na rynku mody. Poza tym Jego kolekcje – zawsze jestem nimi zachwycony. Chciałbym Go kiedyś poznać.

Gdzie najczęściej robisz zakupy? Zakupy najczęściej robię w second-handach. Bardzo często do nich zaglądam, niektóre ekspedientki z warszawskich sklepów zwracają się do mnie po imieniu. Kocham w tych sklepach to, że mogę znaleźć oryginalne ubrania za niską cenę. Lubię dokonywać zakupów w Internecie ostatnio bardzo tanio kupiłem świetną kurtkę znanego australijskiego projektanta. Nie przepadam za sieciówkami, a jeśli zdarzy mi się już tam coś kupić, to staram się przerobić daną rzecz, abym oszczędził sobie spotkania osoby w tej samej marynarce czy T-shirt’cie. Na szczęście mam zaprzyjaźnioną, dobrą krawcową, która często szyje dla mnie różne rzeczy i potrafi spełnić moje przeróżne fantazje.

Gdybyś trafił szóstkę w totka, jaki ciuch/dodatek kupiłbyś w pierwszej kolejności? Jakbym trafił szóstkę w totka to z miejsca kupiłbym bilet do Nowego Jorku, Barcelony i Paryża! Przez miesiąc kupowałbym buty, buty i jeszcze raz buty! I byłyby to projekty od Christiana Louboutina i Johna Galliano!

Twój ulubiony trend w sezonie jesień/zima 2012 to…? Jest ich sporo, jednak niektóre powtarzają się w poprzednich, jesiennych trendach. Mnie osobiście bardzo podoba się szaleństwo na punkcie burgundu. Niektórzy twierdzą, że zazwyczaj w tym kolorze wygląda się staro! Bzdura! Grunt to umiejętność łączenia barw i odpowiedni wybór dodatków. Ja swoje nowo zakupione spodnie w tym odcieniu zamierzam połączyć z miętowym swetrem lub z soczyście pomarańczową koszulą. Bardzo podobają mi się burgundowe damskie płaszcze od Miu Miu, które stoją na pograniczu kiczu i klasyki.

Jesteś zakupoholikiem? Strasznym! Ostatnio kupiłem 3 pary butów w ciągu jednego dnia! Z second-handów wychodzę z wypchanymi torbami, a kurier bywa u mnie średnio raz w tygodniu z nową paczką dodatków lub okularów. Każdy mój wyjazd wiąże się z dodatkowymi kosztami przeznaczonymi na zakupy. Lubię zakupy w Berlinie, jednak w przyszłym roku zamierzam polecieć do Nowego Jorku i na kilka lub kilkadziesiąt chwil zapomnieć się. Lubię także kupować ubrania dla swoich bliskich i sprawia mi to niesamowitą radość.


INSPEKTOR GADŻ Kobieta zmienną jest, oj tak! Jak więc dogodzić naszym gustom? Śmiem twierdzić, że się nie da, dlatego ten dział to mieszanka styli, upodobań, marek, bo jedno jest pewne! Każda z nas prędzej czy później znajdzie coś dla siebie. Bo kto jak nie my Kobiety wie lepiej czego nam trzeba!

1

2 5

7 55

3

4

6

9 8


ŻET

10

12

13

11

14

16 15

1. T-shrit Rina Cossack 2. www.rinacossack.com/home.php 3. Lampa www.design-kare.pl 4. Broszka www.patrizia-pepe.pl/sklep 5. Torba www.Fleq.pl 6. Płaszcz www.pandzior.pl 7. Zegarek www.dorismartin.pl 8. Sushi www.kofuku-sushi.pl 9. Buty www.fleq.pl 10. Bluzka www.kartus.com 11. Zegar www.calvado.pl 12. Krzesło www.nowystylgroup.com 13. Mucha www.xooxoo.pl 14. Tuba / komin www.cado.pl 15. Majtki www.hm.com 16. Naszyjnik www.ememszop.pl 17. Torba www.jellyshop.eu

56


www.facebook.com/LolitaAccessories.Wroclaw


UR BAN STYLE

foto ALEKSANDRA MACEWICZ EMEY STUDIO model OLGA LEWANDOWSKA MULLAN STYLE style ANNA MAKSYMIUK-SZYMAŃSKA make up ANITA BOHAREWICZ clothes PANDZIOR.PL shoes STYLOWEBUTY.PL biżu LOLITA ACCESSORIES, XOOXOO.PL

58


62


63


64


URBAN STYLE jesień/zima 2012

www.nessi.com.pl


67


BLOGOWANIE ZA KASĘ tekst

KAROLINA WASILEWSKA

Nie wrzucam wszystkich blogerek do jednego worka i na pewno nie jestem do nich uprzedzona. Uważam wręcz, że niektóre blogi naprawdę warto przeglądać. Nie chcę nikogo demotywować, bo prowadzenie bloga to naprawdę świetna sprawa, pod warunkiem, że nie robi się tego tylko i wyłącznie po to, by na nim zarabiać. Czy jestem dzieckiem z gimnazjum? Nie. Skoro jednak tak uważacie, to dlaczego przejmujecie się opinią gówniary? Dlaczego krytykę pod Waszym adresem odbieracie jako hejterską paplaninę? Nie przymierzając, jak Charlize Mystery, z której wiele z Was drwi? Już mówię. Bo jest w tym ziarnko prawdy, z którym nie potraficie się pogodzić, a że najlepszą obroną jest atak, niepochlebne artykuły na Wasz temat są słabe, nudne, wtórne oraz pisane pod wpływem złego humoru, ewentualnie kompleksów. Tak, jak pewnie ten. Od wielu lat jestem PR-owcem, od przynajmniej roku odpieram ataki blogerek chcących po kosztach uzupełnić swoją garderobę o nowe dodatki. Ich maile do różnych marek wyglądają mniej więcej tak: „Mam na imię X. Prowadzę bloga Y. Chciałabym nawiązać z Państwem współpracę barterową. Bardzo podobają mi się zwłaszcza dwie torebki – A i B. Mogłabym zrobić z nimi stylizacje. Proszę o kontakt.” Firmy kosmetyczne oraz odzieżowe codziennie spamowane są tego typu mailami. I tu uwaga – blogerki recenzujące książki działają na podobnych zasadach, czasem bywają bardziej natrętne. Wysyłają maile do wydawnictw, nawet

nie prosząc, a domagając się konkretnych książek. Interesowne? Bardzo. Tak samo, jak ich zajmujące się modą koleżanki (te potrafią chodzić po sieciówkach domagając się zniżek, bo przecież promują ich rzeczy u siebie na blogu i coś im się za to należy!). Zaznaczam przy tym, że nie mam na myśli dziewczyn, które rozpoczęły blogowanie z pasji, najpierw wyrobiły sobie wizerunek i markę, a dopiero później zaczęły myśleć o współpracy komercyjnej. Bo blog to praca. Zarabianie na nim to coś naturalnego, o ile nie przesłania misji, czyli chęci dzielenia się z czytelnikami swoją wiedzą i doświadczeniem, o ile nie zamienia bloga w jeden wielki słup ogłoszeniowy. Bannery reklamodawców to jedno. Można do nich przywyknąć. Wciskanie jednak czytelnikom kitu, że produkt danej marki jest jedyny w swoim rodzaju, że jest niezastąpiony i że musisz go mieć, to cios poniżej pasa sprawiający, że dana blogerka traci na wiarygodności. Przykładem takiego antybloga jest ten prowadzony przez Charlize Mystery, blogerkę z długoletnim stażem, która nie pozostawia nam żadnych złudzeń – bloga prowadzi dla kasy, darmowych ciuchów oraz Domestosa. Dodajmy, że ma problemy ze zrozumieniem podstaw deklinacji, gramatyki oraz ortografii, a każdy nieprzychylny komentarz kasuje. Ups! Tego artykułu nie usunie jednym kliknięciem myszki!

68


Czy to właśnie ona sprowadziła młode pokolenie blogerek na złą drogę? Może, ale nie tylko. Obawiam się, że duża też w tym zasługa Alice Point, Jessy Mercedes czy Maffashion. Chodzi oczywiście o sławę, jaką przyniosło im blogowanie. Alice Point została ostatnio ambasadorką marki American Eagle. Maff pojawiła się w kampanii promującej linię jedwabnych koszulek z nadrukami marki RINA COSSACK. Jessy zaproszono do Berlina na event pt. „Bloggers Apartment”. Team Zalando zaprosił najlepsze bloggerki poszczególnych krajów np.  Trine  z Danii,  Kristinę  z Szwajcarii oraz kilka bloggerek z Niemiec do Berlina do apartamentu, który specjalnie dla nas urządzili i wypełnili meblami w różnych stylach, makijażystkami, fryzjerkami, fotografami, grafikami, nawet kucharzami i kelnerami, a przede wszystkim ubraniami i dodatkami z ich najnowszej kolekcji jesień/zima 2012. – pisała podekscytowana Mercedes. Jakby tego było mało to właśnie ona, dzięki wsparciu swoich fanów, wygrała wycieczkę na Nowojorski Tydzień Mody, organizowaną przez portal Fashiolista. com. Żyć, nie umierać. Sława, pieniądze (w grę wchodzą naprawdę duże sumy, które blogerki każą sobie płacić m.in. za zorganizowane konkursu), super wycieczki i darmowe ciuchy. Istny raj na ziemi! To także motor napędzający większość młodych dziewczyn do zakładania blogów. Ach, jak fajnie byłoby gościć na kanapie Dzień Dobry TVN, pojawić się na otwarciu American Eagle u boku polskich celebrytek albo polecieć do Nowego Jorku! Można, czemu nie, jeśli ktoś o tym marzy? Żadna z tych dziewczyn nie osiągnie jednak tego, jeśli będzie ubierała się w te same trendy szmatki, co 99,9% innych blogerek, nie zadba o poziom merytoryczny swojego bloga, nie znajdzie sposobu na to, żeby się wyróżnić (konkurencja jest naprawdę spora!), a ponadto będzie sprzedawać się za drukarkę, aparat czy środki czystości. Pisanie sponsorowanych notek jest dość nagminne. Taki chałupniczy marketing, który skutecznie psuje rynek i utrudnia blogerkom z większym stażem, albo po prostu lepszym blogiem, współpracę z różnymi markami, a także zabija pierwotny sens blogosfery. Bo jak nazwać opiniotwórczym medium dziewczyny, które zaprzedają duszę rozmaitym koncernom w zamian za ich produkty? Przecież z góry wiadomo, że będą to najlepsze produkty pod słońcem, niezależnie od tego, czy rzeczywiście zostały poddane domowym testom czy nie. I tu kłaniam się nisko blogerkom urodowym, które zrobią wszystko dla nowej pomadki Chanel, kremu Nivea a nawet kosmetyków marki Ziaja, dostępnych w drogeriach w naprawdę przyzwoitych cenach. Dziewczyny, brawo, nikt nie zorien-

69

tuje się, że mając te naście lat zrecenzowałyście krem na zmarszczki za kasę! Wg Bloomberg Businessweek Polska specjaliści od mediów społecznościowych przestali zachwalać promowanie marek w blogosferze, ponieważ jak twierdzi Anna Robotycka z FaceAddicted – Rosnącym problemem jest to, że biorą oni udział w tak wielu często niedopracowanych akcjach, że tracą unikalność. Jan Namedyński, szef social media i partner w agencji Red8 Digital, mówi wprost – Krótkoterminowa współpraca ma mało sensu, krótkie konkursy mają mało sensu, współpraca z jednym blogerem często też ma mało sensu. Winę za ten stan rzeczy ponoszą nie tylko marki, ale też blogerki. Nie wiem więc do kogo swe słowa kieruje Charlize Mystery, która w artykule zatytułowanym „Kampanie promocyjne w blogosferze”, pisze: Czytelnicy o wiele bardziej łaskawym okiem patrzą na reklamę na blogach niż w telewizji. Widzą, że produkty testują „zwykłe” osoby, które są takie jak oni i tak naprawdę każdy z nich może sobie na nie pozwolić. Ważne jest zaufanie, którym obdarza się blogerów. Czytelnicy wiedzą, że blogerzy nie oszukają ich próbując wcisnąć coś na siłę. Odbiorca sam decyduje jaki produkt go zainteresował. Ma rację, blogerki nie wciskają nic na siłę. Po prostu nie są opiniotwórcze i kropka. Nieudolnie i często nachalnie promują otrzymane w barterze produkty, tym samym zniechęcając do ich kupna. Marki czym prędzej powinny położyć temu kres! Modowe klony ubierające się za barter w coś, co nie oddaje ich stylu czy charakteru. Ważne, że za darmo. Ewentualnie ubierające się tak po to, żeby zwrócić na siebie uwagę popularnych marek, które chętnie wchodzą we współpracę. Właśnie tak postrzegam większość blogerek. To widać, zwłaszcza wtedy, gdy szesnastolatka stara się nas usilnie przekonać, że nie może żyć bez szpilek, że nosi je codziennie i to bez przerwy. Do szkoły też? Blog naprawdę nie może być maszynką do zarabiania pieniędzy. I właśnie to musicie zrozumieć. Wchodząc we współpracę reklamową za pieniądze, musi to być coś, na co same chętnie byście je wydały, co same byście sobie chętnie kupiły, na co byłoby Was stać. Czytelnicy nie są tacy głupi, jak Wam się wydaje, a to przecież dzięki nim nabijacie sobie odsłony, pnąc się w górę i nawiązując coraz ciekawsze kontakty. Rozpoczynając swoją przygodę z blogowaniem zarabianie traktujcie jako przyjemny skutek uboczny, coś, co sprawi, że w przyszłości blog stanie się Waszym sposobem na życie. Nic na siłę i trochę godności. Marki same się do Was odezwą, jeśli blog, który


prowadzicie, uznają za ciekawy i wartościowy. I jeszcze jedna rzecz. W ustawie o VAT istnieje zapis, że wartość przekazywanych kontrahentowi przez firmę prezentów w ciągu roku, nie może przekraczać kwoty 100 PLN. Ten zapis jak najbardziej dotyczy także blogerów. Jestem więcej niż pewna, że promując otrzymane w barterze buty DeeZee, ciuchy Romwe czy Asosa, a nawet testując przyprawy Kamisa, bo i tak rzeczy się zdarzają, znacznie przekraczacie tę sumę, a to oznacza, że możecie ściągnąć na siebie Urząd Skarbowy. Czy warto? Jeśli nie macie pomysłu na bloga, wiedzy czy barwnej osobowości istnieje mała szansa, że uda się Wam przebić, jeśli to jest Waszym głównym priorytetem. Niczego nie osiągnięcie, jeśli będziecie myśleć tylko i wyłącznie o szybkim zysku. Bo kto tu jest frajerem, skoro za przysłowiowy zegarek organizujecie danej marce kampanię wartą kilka tysięcy, o czym zresztą wspominała Fashionelka? Cóż. Jak sobie pościelicie, tak się wyśpicie, a że nie potraficie odpowiednio się za to zabrać, nie dziwcie się, że we wszystkim, co robicie, czytelnicy węszą reklamę, która zniechęca do przeglądania Waszych blogów i sprawia, że jesteście odbierane tak a nie inaczej. Sprzedajne, interesowne, nudne klony. I tyle w tym temacie! P.S. Zachęcam do przeczytania artykułu Internetowe kreatorki mody (drugi numer SHOTA!)

70


Blouse Bershka / Shorts H&M / Boots Camaieu / Ring H&M / Belt ZARA / Necklace House / Bracelet Bershka


foto MIRELLA SZYMONIAK Assistant photographer WITALIS SZOŁTYS model KATARZYNA KMIOTEK fashion stylist ISLAND OF SOULS make up & hair style KAROLINA KUTA

72


Sweater H&M / Shorts River Island / Boots Camaieu / Necklaces Milan Shop / Rings H&M, Vintageshop.pl

Sweater H&M / Necklaces Milan Shop / Rings H&M, Vintageshop.pl


Jacket Reserved / Necklace Cubus / Shorts TK Maxx / Backpack River Island / Boots Camaieu / Rings House, VintageShop.pl / Bracelets Stradivarius, New Look / Sunglasses H&M


Jacket Reserved / Necklace Cubus / Shorts TK Maxx / Rings House, VintageShop.pl / Bracelets Stradivarius, New Look / Sunglasses H&M


Shirt H&M / Shorts H&M / Belt ZARA / Rings Cubus, VintageShop.pl / Boots Camaieu / Necklaces House, Brandy Melville / Bracelet H&M


Shirt H&M / Shorts H&M / Belt ZARA / Rings Cubus, VintageShop.pl / Boots Camaieu / Necklaces House, Brandy Melville / Bracelet H&M


Shirt H&M / Ring VintageShop.pl / Necklaces House, Brandy Melville

79


80


CO ZA SZYCIE „Przeróbki, materiały, nowe stylizacje, dodatki – jak to zrobić? Tu znajdziecie porady krok po kroku, jak zmienić swoje stare ciuchy w nowe. Tylko my pokażemy Wam, jak szyć w domowych warunkach.”

Niech się dobrze nosi! Jeśli macie dodatkowe pytania piszcie: kontakt@ememshop.pl

81

Choć awangarda w życiu codziennym to już nie nowość, na naszych ulicach nadal pojawia się zdecydowanie za mało kolorowo ubranych ludzi. Nie będę oczywiście dyskutować z trendami i gustami, ale zastanawiam się dlaczego tak bardzo obawiamy się kolorów. Nawet ten nasz nieszczęsny dress code wcale nie musi być szary i ponury. Bawmy się kolorem i formą. Szczerze Was do tego namawiam i właśnie dlatego proponuję tę oto niekonwencjonalną marynarkę. Nie jest to zwykły wytwór. Forma standardowa, klasyczna, ale wykonana z materiału patchworkowego, który możecie kupić np. w Ikei w celu uszycia zasłon. Skąd taki pomysł? Moda jest tak różna i dziwna, że trzeba się nią bawić!


Szyjemy! Marynarki nie uszyjemy bez gotowego wykroju i formy, dlatego polecam skorzystać z gotowych rozwiązań np. Burdy czy form dostępnych w sieci. Gdy zakupimy materiał i będziemy miały gotową formę marynarki na własne wymiary oraz wszystkie potrzebne dodatki krawieckie – możemy szyć! Najprościej będzie zacząć od odrysowania poszczególnych części – przód, tył, rękawy, kołnierz, wyłogi i wykończenia. Jeżeli korzystamy z gotowego wykroju z Burdy, mamy tam wszystko idealnie i dokładnie opisane: ile części potrzebujemy, ile musimy zostawić na szwy. Kiedy już wszystko jest odrysowane i wycięte, możemy połączyć wszystkie części szpilkami i po prostu przymierzyć marynarkę. Dopiero wtedy widać, czy wszystko jest w porządku. Jeśli dobrze wycięliśmy formę marynarka będzie leżała idealnie. Jeśli ręka nam nieco zadrżała i coś źle wycięliśmy, marynarka będzie się marszczyła. Wtedy musimy ingerować na tak zwanego „żywca”. Modelowanie przestrzenne to forma, którą lubię najbardziej. Nie lubię bawić się w gotowe formy, wolę szaleć z materiałem na manekinie. Niestety nie da się tak ze wszystkim i tak jest właśnie z marynarką. Musimy też pamiętać o zaszewkach. Jeśli nie jest to marynarka a’la męska – zaszewki oraz wcięcie w talii będą konieczne. Moim zdaniem najlepiej zaznaczyć je właśnie na manekinie. Gdy to zrobimy, otrzymamy gotowy produkt – dobrze skrojony, połączony, przymierzony. Wszystko się zgadza, więc możemy szyć! Najpierw proponuję zszyć rękawy (prawy i lewy), kołnierz i tył, jeśli składa się z dwóch części a następnie przód z tyłem, czyli boczne szwy. Kiedy już to zrobimy, zabieramy się za przyszycie rękawów do korpusu. Pamiętajmy o główce rękawa, musimy tam naddać nieco materiału, aby dobrze układała się na ramieniu. Kolejnym krokiem jest przyszycie kołnierza. Z tym jest najwięcej roboty, wszystko musi być idealnie zszyte, co do milimetra. Gdy już to zrobimy (prując przy okazji wszystko przynajmniej z 10 razy :D), zostanie nam tylko wykończenie. Albo używamy w tym celu podszewki (wyższa szkoła jazdy, nie radzę), albo wykańczamy po swojemu. Ja proponuję po prostu podwinięcie rękawów i przestebnowanie, to samo z dołem marynarki. Szwy można zakryć tasiemką. Możemy ją przymocować za pomocą taśmy klejącej, taśmy bezbarwnej dwustronnej do materiałów albo po prostu zrobić lamówkę. Najwięcej zabawy jest z wykończeniem kołnierza, który musi mieć odszycie, dzięki temu będzie wyglądał dobrze i estetycznie.

No i jest! Tak uszyta, oczywiście dobrze wyprasowana również w trakcie szycia marynarka wędruje do pralki! (pamiętajmy o zaprasowywaniu szwów; materiał patchworkowy jest gruby, więc nie możemy sobie pozwolić na odstające szwy, będzie to wyglądało mało estetycznie). Później gotowy produkt jeszcze raz dobrze prasujemy, utrwalamy formę. Na koniec nie pozostaje nam nic innego, jak tylko się nią cieszyć i pokazywać znajomym! Ok, wiem, pewnie teraz myślicie sobie ‘łatwo jej mówić’. Ale wierzcie mi to nie jest takie trudne, jakby się mogło wydawać! Wystarczy dobra rada, dobra gotowa forma, świetny materiał, dodatki i masa cierpliwości. To jest najważniejsze! Jeśli nie spróbujecie, nie przekonacie się, czy Wam wyjdzie, czy nie. Nawet jeśli pierwsza będzie nieco krzywa, nie zniechęcajcie się. Zawsze możecie powiedzieć, że to fantazja projektanta i tak właśnie miało być :D Liczy się Wasze zadowolenie i włożony trud, bo nie sposób kupić sobie kolejną marynarkę w sieciówce i wyglądać w niej jak reszta osób na ulicy! A na koniec zdradzę Wam jeszcze jeden fajny pomysł na uszycie marynarki. Kupcie w second handzie marynarę w swoim rozmiarze, ale taką za 2 zł, której nie będzie Wam szkoda i sprujcie ją. W ten sposób otrzymacie gotowy wykrój marynarki na własne wymiary. Przy okazji prucia zobaczycie też, jak była uszyta. Lepszego sposobu nie ma! Życzę powodzenia i wytrwałości, bo marynarka jest zaraz obok koszuli męskiej i płaszcza najtrudniejsza, ale jak już ją uszyjecie, to niestraszne Wam będą np. spodnie :D I niech się dobrze nosi! A jeśli macie pytania, albo uszyliście coś ostatnio i chcielibyście się tym pochwalić, wysyłajcie zdjęcia, chętnie pokażemy je na łamach SHOTa. Piszcie na kontakt@ememszop.pl

82


83


rozmawiała

ANNA SZYMAŃSKA

84


Wymyślne, innowacyjne, zaskakujące! Takie właśnie są produkty nowej marki, która pojawiła się w sieci stosunkowo niedawno a mimo to dość szybko zyskała duże grono fanów i wielbicieli! I nie ma się co dziwić, bo jak tu nie kochać butów?! Ja coś o tym doskonale wiem, bo sama ciągle powiększam swoją garderobę o kolejne buty, ale takich jeszcze nie mam! Moje oko przykuły zwłaszcza kozaki z ćwiekami na przodzie, ale tak naprawdę każdy model ma w sobie charyzmę, styl i emocje. Myślę, że każda z nas znajdzie coś dla siebie, a blogerki? Pokochają tę markę! Mowa oczywiście o Studded.pl, której właścicielką jest niesamowita Olga Kudryk. Zaciekawiona produktami tej marki postanowiłam się dowiedzieć czegoś więcej o samej Oldze i pomyśle na buty. Kiedy zrodził się pomysł na markę? Już jakiś czas szukałam sztybletów i oficerek, które wyróżniałyby się czymś z tłumu. I wtedy wpadłam na pomysł zaprojektowania idealnych dla samej siebie. Efekt końcowy spodobał się jednak nie tylko mnie, ale również rodzinie i znajomym.Wtedy stwierdziłam, że warto pokazać mój pomysł dalej, bo może znajdzie się więcej entuzjastek, a jak się potem okazało również entuzjastów moich projektów :)

85


Dlaczego właśnie buty? Myślę, że nie bez znaczenia jest to, że obuwie, zaraz obok torebek, to moja ulubiona część garderoby i naprawdę cały proces powstawania butów: od samego projektu aż po gotowy produkt był dla mnie ogromną frajdą

Nie bałaś się wypuszczać na rynek tak odważnych butów? W ogóle się nie zastanawiałam nad tym, czy te buty są zbyt odważne by wypuścić je na rynek. Bardziej zależało mi na stworzeniu takich modeli, żeby każda z nas mogła znaleźć ten idealny dla siebie.

Skąd czerpiesz inspiracje? Na to pytanie nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć, bo tak naprawdę inspiruje mnie wszystko co nas na co dzień otacza.

Czy zdradzisz nam, jak wygląda proces tworzenia od pomysłu do gotowego produktu? Najwięcej czasu zajmują projekty butów i rozplanowanie tego, jak to potem dokładnie wykonać. Powstanie jednej gotowej pary butów trwa kilka dni z racji tego, że ćwieki są ręcznie wbijane. Niektóre modele wymagają sporego wysiłku, by wszystko wyglądało jak należy.

A sama jakie buty wolisz? Trampki, botki, szpilki? Lubię wszystkie buty, które wymieniłaś, ale szczerze mówiąc odkąd powstało Studded śmigam w swoich butkach prawie codziennie, bo są bardzo wygodne.

Twój ulubiony model Studded? Mój ulubiony model to Spike.

Twoje największe marzenie związane z projektowaniem? Podobno nie powinno zdradzać się marzeń a już tym bardziej tych największych, dlatego wolałabym zachować je dla siebie. Myślę, że Studded znalazło zainteresowanie, odzew ludzi na temat butów jest wspaniały a to napędza mnie do dalszej pracy. Mam jeszcze parę pomysłów w głowie i mam nadzieję, że z czasem uda mi się je zrealizować.

Czego Ci życzyć? Przede wszystkim wytrwałości i pasji w tym co robię, bo myślę, że to wielkie szczęście móc robić coś, co się lubi i do czego ma się pełne przekonanie.

86


foto MACIEJ GAJDUR www.facebook.com/WroStreetFashion

87


88


MODNE MIEJSCA

CONCEPT STORE rozmawiała

89

ANNA SZYMAŃSKA


Każda kobieta ma hopla na punkcie swojego wyglądu, garderoby i mody, a jeśli jeszcze nie ma, to istnieje duża szansa, że dostanie go po zobaczeniu tego miejsca. W FiuFiu Concept Store można znaleźć między innymi modę skandynawską. Ubrania, buty, dodatki!  Czym się wyróżnia na tle innych takich miejsc zapytacie? Fantastyczny wystrój i nietuzinkowe marki to tylko część tego, co znajdziecie w Fiu Fiu!  Jak to się zaczęło? Skąd pomysł? I dlaczego Warszawa? Zaczęło się od częstych biznesowych wyjazdów do Kopenhagi, wielkiej fascynacji skandynawskim designem, zwróceniem szczególnej uwagi na duńską i szwedzką ulicę oraz krążących po niej ludzi. Potem przyszło zainteresowanie niewymuszonym stylem ubrań, który jest tak charakterystyczny dla znajdujących się na północy krajów, prosty, ale zarazem fantastycznej jakości.

Nazwa Fiu Fiu – przypadek czy celowy zabieg marketingowy? Nazwa wymyślona została przez koleżankę, pracującą dla jednej z agencji reklamowych. Był to strzał w dziesiątkę!

Co można znaleźć w Waszym concept storze? Czy macie ulubione produkty? Można u nas znaleźć przede wszystkim modę skandynawską: ubrania, buty, torby, dodatki, biżuterię. Nasze ulubione skandynawskie marki to przede wszystkim Hunkydory oraz Ilse Jacobsen z ich charakterystycznymi kaloszami robionymi pierwotnie dla duńskiego wojska z dwudziestu siedmiu ręcznie składanych elementów, wzoru chronionego znakiem patentowym. Mamy też młodą markę z Norwegii – ChillNorway oraz szwedzką Rules by Mary. Z czasem dołączyły do nas marki z innych krajów,

jak choćby francuski Leon & Harper. Zamawiamy tylko to, co jest nam bliskie. Dzięki nam wiele naszych klientek odnalazło swój własny styl. Taki nasz mały sukces!

Skąd czerpiecie inspiracje? Inspiruje nas wszystko, co ma niepowtarzalny, prosty, ponadczasowy styl w świetnej oprawie. Od lat inspirują nas małe skandynawskie butiki. Znajdujące się w nich kolekcje składają się z młodych, niszowych i niepowtarzalnych marek.

Do kogo kierujecie swoje produkty? Nasze klientki to kobiety od 18 do 60 lat, nasze kolekcje nie mają ograniczeń wiekowych.

Uważacie, że Polska jest przygotowana na pojechane, czaderskie miejsca? Jak najbardziej! Dlaczego nie? Polska błyskawicznie się zmienia i rozwija, a ludzie są coraz bardziej świadomi. Tu, na miejscu, chcą mieć to samo, co mogliby dostać za granicą. Doceniają wyjątkową oprawę każdego miejsca. W końcu miło jest robić zakupy i spędzać czas w ciekawie urządzonym wnętrzu pełnym wyjątkowych przedmiotów. My takim miejscom kibicujemy!

Czy planujecie zawojować inne polskie miasta? Jeśli tak – to kiedy i jakie? Na razie plan rozwoju dotyczy głównie internetu.

Co Was wyróżnia na tle innych concept storów? Wyróżniają nas marki, które sprzedajemy. Wyróżnia nas fantastyczny pomysł na wystrój, który w ciągu ostatniego roku zdobył już wiele międzynarodowych nagród. Nasi architekci rozwijają się z nami, a my razem z nimi. Dzięki nim i nam powstało miejsce, które jest absolutnie jedyne w swoim rodzaju!

90


foto ANABELL PHOTOGRAPHY (ANNA WRÓBEL) model JULIA CISZEWSKA make up & style ANNA WRÓBEL asystent KAROL WRÓBEL

94


95


96


97


98


tekst ANITA BOHAREWICZ foto GRZEGORZ PAWŁOWSKI modelka KATARZYNA KUŹNIK

MAKE UP

Niby go nie ma, a jest. Chodzi oczywiście o bardzo prosty, wręcz minimalistyczny makijaż, którego celem jest delikatne rozświetlenie twarzy, sprawienie, by wyglądała naturalnie i świeżo. Przygotowanie twarzy rozpoczynamy od nałożenia kremu nawilżającego, a następnie podkładu, który nakładamy na całą twarz, szyję oraz dekolt. Wszelkie niedoskonałości przykrywamy korektorem. Matowym cieniem zagęszczamy brwi i podkreślamy ich kształt. Aby nieco rozświetlić oko powiekę przykrywamy perłowym cieniem w naturalnym kolorze albo pigmentem (intensywność makijażu zależy oczywiście od ilości nałożonego pigmentu, żeby otrzymać naturalny look – używamy go w naprawdę małych ilościach).

1

Przy zewnętrznym kąciku oka, wzdłuż górnej linii rzęs prowadzimy kreskę brązowym cieniem.

2

99

Zewnętrzny kącik oka, tuż przy załamaniu powieki, przyciemniamy matowym, beżowym cieniem.

3


Kreskę rozcieramy ku górze. Wzdłuż dolnej linii rzęs, również przy zewnętrznym kąciku oka, tym samym brązowym cieniem prowadzimy kreskę.

4

5

Rzęsy tuszujemy. Wewnętrzny kącik oka rozświetlamy jasnym cieniem.

Poliki konturujemy bronzerem. Usta malujemy błyszczykiem albo pomadką w kolorze nude.

6 final look Podkład: Bourjois Healthy Mix, Korektor: NYX, Concealer Jar, Puder: Max Factor Professional Loose Powder, Brązowy cień do brwi oraz oka: Bobbi Brown (Mahogany 10), Pigment: MAC Mauvement, Beżowy cień do powiek: paletka Naked (kolor Naked), Jasny cień do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka: paletka Naked (kolor Virgin), Tusz do rzęs: Rimmel Extra Super, Bronzer: no name, Błyszczyk: Bourjois Eau de gloss (12 moka frappé).

100


foto JACEK RĘKAS / www.rekasjacek.pl model ZOSIA & BART | GAGAMODELS style WILDFOX7 & FASHIONABLE INNOVATIONS make up PATRYCJA PASZKOWSKA hair WIOLA ŚWIĘCON nails www.marce7ina.blogspot.com shoes STYLOWEBUTY.PL Production PAULINA SZUMOTALSKA

dress: Bizuu / bracelets and ring: Agata Bieleń


102


103

dress: Bizuu / bracelet: Maja Racka / collar: Top Shop / sun glasses: Lanvin for H&M

dress: Bizuu / bracelet: Maja Racka / blazer: H&M / collar: Top Shop


dress: Bizuu / bracelets: Agata Bieleń

105


dress: Bizuu / bracelets and ring: Agata Bieleń / blazer: H&M / necklace: Maja Racka


dress: Bizuu / bracelets and ring: Agata Bieleń / blazer: H&M / necklace: Maja Racka


108


blazer: H&M / necklace: Maja Racka / shoes - Clarks

109


blazer: H&M / collar: Top Shop


collar and ring: Agata Bieleń / dress: Bizuu


dress: Bizuu / bracelets: Agata Bieleń / necklace: Js Jewelery / watch: Deja vu

112


dress: Bizuu / bracelets: Agata Bieleń / necklace: Js Jewelery


PORADNIK PERFEKCJONISTKI BABSKIE PORADY Z PRZYMRUŻENIEM OKA

1. Matowy makijaż – możesz mieć najpiękniejszy kolor czerwieni na ustach, najbardziej kocią na świecie kreskę na oku, ale jeśli będziesz się świecić, obstawiam, że prędzej zaczniesz przypominać klauna, niż wampa. Puder matujący w ruch - możesz nałożyć go trochę więcej, niż zwykle. 2. Wyprostuj się – ramiona do tyłu, głowa do góry. P.S. W razie potrzeby wciągnij brzuch. Nie wszyscy muszą wiedzieć, że urodziłaś trójkę dzieci. 3. Popracuj nad spojrzeniem – niech to nie będzie wzrok typu „Szybciej, rób to zdjęcie”, ani „chyba mam brudne buty”. Nie polecam również zdziwionego spojrzenia, wytrzeszcz jest mało seksowny – ani to śmieszne, ani straszne. W tym wypadku spisze się sprawdzony trik: tuż przed zrobieniem zdjęcia, przymknij na chwilę oczy i po chwili je otwórz – twój wzrok będzie wyglądał świeżo i zalotnie. Zawsze istnieje ryzyko, że nie zdążysz otworzyć oczu na czas, ale jak to mówią: „no risk, no fun”. 4. Na Angelinę Jolie – kiedy stoisz, jedną nogę wysuń lekko do przodu uginając w kolanie lub skrzyżuj naturalnie stopy. Taki układ pozwoli ci uniknąć pozy na Sierotkę Marysię. 5. Od góry – jeśli jakiś fotograf zechce zrobić ci zdjęcie od dołu, niemiłosiernie skracając przy tym twoją sylwetkę, wiedz, że coś się dzieje. To specjalny wysłannik z konkurencyjnej firmy, osiedlowy szpieg. Nie daj się! Mówią, że tak naprawdę nie ma niefotogenicznych ludzi, są tylko źli fotografowie. Tak więc, zanim nie oswoisz się z moimi poradami, trzymaj się tej maksymy. Kurczowo!

115

POZOWAĆ

Jeżeli Photoshopa nie opanowałaś jeszcze na tyle, by doprowadzić swoją twarz do użytku, przeczytaj koniecznie kilka moich cennych wskazówek. Może w końcu twoja zła passa minie.

JAK

Znasz to uczucie, kiedy nareszcie odbierasz od fotografa wywołane zdjęcia z rajskich wakacji i zamiast siebie widzisz tam jakąś maszkarę? Nie, z fotografii wcale nie zerka na ciebie ponętna kobieta w skąpym bikini, ale jakaś przeciętna turystka z przesuszonymi włosami i pierwszymi fałdkami na brzuchu. Albo takie rodzinne zdjęcie - wszyscy się uśmiechają, ty też. Szkoda tylko, że masz rozmazaną szminkę. Brzmi znajomo? No to jedziemy dalej. Fotka klasowa. Zawsze najładniejsza w klasie, ale co z tego. Wystarczy, że usłyszałaś spust migawki, by zamknąć oczy, zrobić głupią minę, zgarbić się i udawać, że twoje ręce nie należą do ciebie. No i najlepsze ze wszystkich: zdjęcie portretowe do paszportu. Specjalnie zamalowałaś cienie pod oczami nowym, drogim korektorem, byle tylko wyglądać świeżo i promiennie. Namówiłaś koleżankę, by podkręciła ci trochę włosy, a na szyję przywdziałaś najlepszy naszyjnik. Efekt? Do tej pory nie możesz nadziwić się, że przepuszczają cię przez granicę po tych wszystkich ukrytych za plecami spojrzeniach i chichotach...


STABO, ul. Parafilana 32/34, 52-233 Wrocław tel: 71 364-49-61, fax. 71 364-49-62 e-mail: biuro@stabo.pl, www.stabo.pl www.facebook.com/STABOfashion

Zapraszamy do współpracy Od 2012 NOWA, sportowa marka firmy STABO: KOKILOK!

www.kokilok.pl


CZERŃ TO TEŻ KOLOR! 117


OKIEM STYLISTKI Mam już dość słuchania o tym, że czerń to nie kolor. Bo to kolor. W dodatku elegancki i ponadczasowy. Czerń pasuje do wszystkiego. Wszystko pasuje do czerni. I kropka. Trzeba tylko umieć ją nosić. Podstawowym błędem jest założenie, że czerń wyszczupla. Nadprogramowych kilogramów nie da się ukryć pod czarnym, bezkształtnym workiem. Powiedziałabym wręcz, że to właśnie on komunikuje światu, że tu i ówdzie mamy zbędne wałeczki, ponieważ zamiast tuszować niedoskonałości naszej figury, zamienia nas w wielkie, czarne plamy, których nie sposób przeoczyć na ulicy. Dlatego, jeśli już koniecznie chcemy coś ukryć i to przy użyciu czerni, zamiast zarzucać na siebie workowatą tunikę, lepiej postawić na jeden akcent, np. w postaci spodni, jeśli chcemy optycznie wyszczuplić nogi. Można też pokusić się o zestawianie ze sobą czerni o różnych fakturach – opcja dla tych, którzy dobrze czują się skąpani w czerni od stóp do głów i nie mają zamiaru z niej zrezygnować. Zestawiając ze sobą skórę, koronkę, tweed czy wełnę można nie

typem „królewny Śnieżki”, albo masz ciemną, oliwkową karnację, gdy kontrast między białkiem a tęczówką jest bardzo widoczny, a twoje pieprzyki mają szaro-brązowe zabarwienie.

tylko co nieco ukryć, lecz także uzyskać naprawdę interesujący look!

który podkreśla wszelkie niedoskonałości cery i przebarwienia. Załóż czarny sweter i przejrzyj się w nim w świetle dziennym, a zobaczysz, czy wyglądasz na zmęczoną, zdołowaną czy skacowaną. Właśnie dlatego nosząc czerń przy twarzy, nie można zapomnieć o makijażu, najlepiej wyrazistym. Promienna cera, czerwone usta i czarna kreska na oku są zawsze na TAK!

W związku z tym, że czerń to zdecydowanie zimny kolor, nie każdy będzie w niej dobrze wyglądał. Kolor ten źle działa na wygląd cery ciepłych typów kolorystycznych, dlatego nie jest wskazany ani dla kolorystycznej wiosny, ani jesieni, zwłaszcza wtedy, gdy noszony jest przy twarzy (w takich przypadkach dobrze przełamać go kolorową apaszką bądź naszyjnikiem). Noszony w dolnych partiach ciała nie przeszkadza. Pytanie tylko po co wiosny i jesienie mają nosić czerń, skoro w swoich paletach mają naprawdę piękne kolory! Kobieta o letnim typie urody nie będzie wyglądała w niej źle pod warunkiem, że mocniej się pomaluje. Wtedy czerń jej nie zgasi. Wiosna, lato, jesień… Chyba łatwo wydedukować dla kogo ten kolor jest wręcz stworzony. Mowa oczywiście o kolorystycznej zimie, ewentualnie głębokiej jesieni (typ mieszany, między jesienią a zimą). Śmiało więc stawiaj na czerń, jeśli jesteś

Czerń lubi wyraziste połączenia. Idealnie współgra z pozostałymi kolorami z zimowej palety kolorystycznej: fuksją, kobaltem, cytryną, soczystą pomarańczą czy bielą. Uwielbia rockowe dodatki. Świetnie wygląda też solo, albo w połączeniu z subtelnymi kolorami, np. pudrowym różem. Czerń wymaga ogromnej dyscypliny w utrzymaniu, dlatego nie powinni jej nosić właściciele psów czy kotów, bądź osoby zmagające się z łupieżem. Warto pamiętać też o tym, że czerń postarza. To jedyny kolor, który z ogromną precyzją wyciąga z twarzy stres i zmartwienia,

Czerń to kolor, a nawet więcej – królowa wszystkich kolorów. Bo nawet najprostszy strój, gdy jest czarny, robi piorunujące wrażenie. Kolor ten nigdy nie zejdzie z piedestału, nigdy nie wyjdzie z mody. Tylko, jak już zresztą wspomniałam, trzeba umieć go nosić.

118


119


foto A. KOZUB, R. KWAŚNIAK model AGNIESZKA MAŁOCHA style MARTA PYPŁACZ make up KATARZYNA EJSMOND hair DAWID MŁYNARCZYK


STYLOWE WNĘTRZA SAMOPRZYLEPNA TAPETA tekst KAROLINA WASILEWSKA

Odświeżyć wnętrze można na wiele sposób. Można pójść na całość i zrobić remont, albo zainwestować w nowy mebel, jakiś designerski dodatek, ewentualnie przemalować ścianę. Właśnie! Przemalowanie ściany to całkiem niezły pomysł, zwłaszcza wtedy, gdy nie będziemy trzymać się jednej farby, gdy połączymy ze sobą przynajmniej dwa kolory. To oczywiście opcja dla kreatywnych. Tym bardziej leniwym proponujemy tapetę, ale nie taką tradycyjną, bo dużo z nią zachodu. Co powiecie na naklejkę?

125


Tak, dobrze czytacie, NAKLEJKĘ, a właściwie tapetę, można by rzec – samoprzylepną. Do jej przyklejenia nie potrzebujemy kleju oraz specjalnych umiejętności. Wystarczy wziąć tapetę i przyłożyć ją do ściany. Voilà! Jakie to proste, prawda? Ta samoprzylepna tapeta nie zniszczy ścian, nie zwinie się, nie odpadnie i nie wypłowieje. W dodatku można ją myć! Jeśli zechcemy, latami będzie zdobić wytapetowane wnętrze. Jeśli nam się znudzi, można ją bez problemu zdjąć i to bez szkody dla ściany! Bo jeśli wierzyć producentom tapetę tę usuwa się ze ściany tak samo łatwo, jak przykleja. Na stronie thewallstickercompany.com.au znajduje się naprawdę duży wybór tych tapet oraz rozmaitych naklejek. Do pokoju dziecięcego, pokoju nastolatka, salonu czy przedpokoju. Upstrzone wzorami, kolorowe bądź bardziej klasyczne. Ceny tapet wahają się od 149,95$ do 619,95$. Dużo jak na polskie warunki, ale kto powiedział, że musimy wytapetować od razu cały pokój? Można kupić jedną, ewentualnie dwie rolki i ozdobić nimi interesujący nas fragment pokoju, po to, żeby go bardziej wyeksponować, po to, aby nadać wnętrzu niepowtarzalnego charakteru. Poza tym, co warto podkreślić, nie kupujemy kota w worku. Zanim zdecydujemy się na zakup całej tapety, możemy kupić próbkę za jedyne 7,50$, by przetestować ją na naszej ścianie. Kto się skusi? Fot. www.thewallstickercompany.com.au

126


BE A MAN 2

1

4 5 127


7

8

9 11 13 1. Kapelusz www.answear.com , 2. Marynarka www.zara.com , 3. Trampki www.kedspolska.pl , 4. Zegarek www.geektoys.pl, 5. Spodnie www.facebook.com/madoxdesign, 6. Torba www.sklep-torbacz.pl 7. Bluza LitFashion www.shwrm.pl, 8. Płaszcz www.hm.com,9. Szelki www.hm.com, 10. PSP www.psp-team.pl, 11. Piersiówka www.toys4boys.pl, 12. Słuchawki www.redonion.pl, 13. Książka www.zoomzoom.pl

128


model NATALIA KORESEN / MOSS MODEL make up & hair KASIA DEMALE

129


133


134


tekst MARTA KAPRZYK

135


Moda lubiana jest za to, że pozwala na pielęgnację swojej próżności, zachcianek, jest trochę nierealna, trochę abstrakcyjna. Kino umożliwia za to mentalne, chwilowe przeniesienie się w równoległą, wyimaginowaną rzeczywistość, alternatywną czasoprzestrzeń. Ponieważ i Moda i Kino cenią przede wszystkim fantazję i wyobraźnię, nieustannie inspirują się sobą nawzajem. Warto więc przypomnieć sobie najciekawsze spotkania Mody z Filmem.

G

dy myślę o ikonicznych scenach z historii kina, niemal od razu przychodzi mi do głowy „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego. Głównym bohaterem filmu jest Thomas (David Hemmings), fotograf. W prawdopodobnie najsłynniejszej sekwencji z uhonorowanego Złotą Palmą dzieła włoskiego reżysera, Thomas robi zdjęcia modelce. Kobieta ubrana jest w delikatną, czarną sukienkę z frędzlami, która eksponuje jej ultraszczupłą figurę. Thomas nieustannie naciskając migawkę aparatu, podchodzi do niej coraz bliżej i bliżej, aż w końcu każe jej się położyć i robi jej zdjęcia z góry, ponownie przybliżając się do kobiety. Scena kończy się złożeniem namiętnego pocałunku artysty na szyi jego muzy. Badacz Robert T. Eberwein w swojej interpretacji „Tekst wzorcowy Powiększenia” określił całą tę sekwencję jako prowokację fizycznej reakcji imitującej stosunek seksualny, cały film natomiast: złożoną psychoanalizą głównego bohatera, którego zachowanie wynika nie z miłości, a pogardy wobec kobiet. Pozującą dziewczyną była tu Veruschka von Lehndorff, pierwsza niemiecka supermodelka, która po swoim debiucie u Antonioniego zagrała w jeszcze kilku filmach, nie odnosząc na tym polu większych sukcesów. Sama scena stała się źródłem niezliczonych inspiracji, spośród których najbardziej interesującą wydaje mi się być film „Kika” w reżyserii Pedro Almodóvara (maestro z

La Manchy nie tylko uczynił męża tytułowej bohaterki fotografem, ale także niemal dosłownie przeniósł do swojego filmu scenę z „Powiększenia”). Obraz tym ciekawszy, iż w jego powstanie zaangażowany był również jeden z najważniejszych współczesnych projektantów, Jean-Paul Gaultier.

Z

aprojektował on kostiumy dla jednej z bohaterek „Kiki”, Andrei Caracortady (Andrei z pociętą twarzą), gospodyni programu „Okropności dnia”, w którym reporterka opisuje najbardziej ekstremalne przykłady zbrodni i przestępstw. W poszukiwaniu materiału jeździ po całym mieście na skuterze, w kostiumie przypominającym zbroję, z latarką zaczepioną na hełmie. Jej uniform z jednej strony ochrania Andreę w chwilach najbardziej desperackich chwil gonienia za sensacją, z drugiej jest swoistą parodią galopującego postępu technologicznego. Katarzyna Citko, autorka książki „Filmowy świat Pedra Almodóvara. Uniwersum emocji” porównuje reporterkę z Marią, pierwszą kinową kobietą-maszyną z klasycznego filmu „Metropolis” Fritza Langa pisząc, iż podobnie jak ona bohaterka „Kiki” uosabia połączenie seksualności, technologii, podniety i niebezpieczeństwa. Podczas nagrań w studiu, Andrea ma na sobie suknie, za pomocą których Jean-Paul Gaultier stworzył osobne minihistorie. Każda z nich odnosi się do zbrodni i przestępstw opisywanych przez bohaterkę: pierwsza suknia, długa, postrzępiona u dołu i pomalowana czerwoną farbą wygląda jak zbrukana krwią. Rozerwany w miejscu piersi gorset ma przywodzić na myśl ofiarę gwałtu. Druga kreacja, poszarpana na całej długości, z golfem usztywnionym niczym kołnierz ortopedyczny, kojarzy prezenterkę z ofiarą wypadku drogowego.

T

wórczość Pedro Almodóvara inspiruje także wydawców magazynów mody. W marcu 2010 roku w amerykańskiej edycji „Harper’s Bazaar” ukazała się sesja, w której wiele postaci ze świata mody wcieliło się na zdjęciach w bohaterów filmów reżysera (wśród nich znaleźli się między innymi Sonia Rykiel i jej córka Nathalie jako „Kobiety na skraju załamania nerwowego”, Angela Missoni jako Raimunda z „Volver”, Karl Lagerfeld jako jeden z policjantów z „Drżącego ciała” czy Jean-Paul Gaultier jako… Matka Przełożona z „Pośród ciemności”), natomiast ubiegłoroczne wydanie jesienne hiszpańskiej edycji „V Magazine” w większości poświęcone było filmowi

136


hiszpańskiego reżysera, „Skóra w której żyję”, natomiast okładkę numeru ozdobiło zdjęcie Naomi Campbell inspirowane filmem „Zwiąż mnie!”. Jean-Paul Gaultier zaprojektował również kostiumy do dwóch innych filmów Pedro Almodóvara: „Złego wychowania” oraz „Skóry, w której żyję”. Na swoim koncie ma także między innymi projekty kostiumów do filmów takich jak: „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek” Petera Greenaway’a, „Piąty element” Luca Bessona czy „Miasto zaginionych dzieci” Jean-Pierre’a Jeuneta i Marca Caro. To oczywiście nie jedyny znany projektant, który współpracował z twórcami kina. Dosyć kontrowersyjnym przypadkiem okazała się być praca sióstr Kate i Laury Mulleavy (stojących za marką Rodarte) nad kostiumami do „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky’ego. Film jest poruszającą opowieścią o mikrokosmosie nowojorskiego zespołu baletowego, pełnym zawiści, desperacji i psychofizycznej przemocy, w którym żyje Nina (Natalie Portman) marząca o zdobyciu swojej życiowej roli: Odett w „Jeziorze łabędzim”. Wychowywana przez apodyktyczną matkę dziewczyna musi odnaleźć w sobie ten pierwiastek, który uczyni z niej idealną kandydatkę do zagrania skomplikowanej, podwójnej roli: nie tylko słodkiego i niewinnego, białego, ale i tytułowego, znacznie bardziej mrocznego, czarnego łabędzia. Nad Niną ciąży nie tylko presja matki, ale także niebotycznie wysokie wymagania despotycznego dyrektora (Vincent Cassel) oraz wyrzuty sumienia: to ona stając się główną konkurencją, zmusiła do usunięcia się w cień swoją dawną mistrzynię, Beth Macintyre (Winona Ryder). Właśnie wtedy Nina poznaje Lily (Mila Kunis), która z jednej strony może pomóc dziewczynie w przygotowaniu się do roli, jednak z drugiej strony jej destrukcyjny wpływ okazuje się być absolutnie druzgocący dla kruchej Niny. Jeszcze przed swoją premierą „Czarny łabędź” inspirował stylistów i projektantów zarówno z wielkich domów mody, jak i sieciówek (hipnotyzującej mocy baletu uległy między innymi Chanel, Alexander McQueen czy Chloé, a Benetton specjalnie układał swoje manekiny w pozy rasowych baletnic). Wiele kostiumów pojawiających się w filmie zostało rzeczywiście zaprojektowanych przez siostry Mulleavy: kreatorki od dawna znają się z odtwórczynią głównej roli, co więcej, Natalie Portman sama zaproponowała kandydaturę sióstr z Rodarte do pracy przy kostiumach inspirowanych światem baletu. W opisach filmu jako główna autorka kostiumów widnieje jednak Amy Westcott (która wcześniej współpracowała z reżyserem, Darrenem Aronofskym, przy jego „Zapaśniku”). Okazało się, że do momentu, w którym ogłaszano oficjalnego kostiumografa „Czarnego łabędzia” Laura i Kate Mulleavy

137

nie były członkiniami Amerykańskiej Gildii Kostiumologów, a w kontrakcie nie wymagały umieszczenia swoich nazwisk w napisach. I pomimo iż firma producencka Fox Searchlight chciała zasugerować wszystkie trzy panie w przypadku nominacji do filmowych nagród, zasady gildii pozostawały nieubłagane. Amy Westcott może się więc pochwalić między innymi nominacją do nagród BAFTA oraz nagrodą przyznawaną przez wspomnianą Gildię.

J

ednym najciekawszych przykładów współpracy świata mody ze światem filmu w ciągu kilku ostatnich lat okazał się być obraz „Samotny mężczyzna” w reżyserii Toma Forda. Słynny projektant (kojarzony wcześniej między innymi z odrodzeniem domu mody Gucci) zaryzykował stwierdzenie, że moda stała się nudna: zmienia się co sezon, budowana jest jednak ciągle z tych samych, nieustannie przetwarzanych, nieznacznie różniących się od siebie elementów. Najciekawszą, bo najbardziej dynamiczną alternatywą dla dotychczasowej działalności wydało mu się kino. „Samotny mężczyzna”, jego debiutancki film, to opowieść o profesorze literatury, który nie może pogodzić się z nagłą śmiercią wieloletniego partnera. Ból George’a Falconera (rewelacyjna rola Colina Firtha) jest tak silny, że uwrażliwia go na odkrywanie kolejnych półcieni jego pustego życia po stracie ukochanego. Intrygujący student, przypadkowo napotkana na parkingu męska prostytutka, kolacja u wieloletniej przyjaciółki – pozornie banalne lub nieistotne epizody pomagają George’owi ponownie docenić życie. Wysmakowane kadry i delikatne kolory podkreślają bogatą paletę emocji od przejmującego poczucia straty po przebłyski optymizmu. Tom Ford za wszelką cenę chciał uniknąć zarówno etykietki „reżysera-projektanta” (dlatego za kostiumy, które bezbłędnie odtwarzają dekadencki klimat lat 60. odpowiedzialna była Arianne Phillips, kreatorka garderoby między innymi do „Skandalisty Larry’ego Flynta”, „Przerwanej lekcji muzyki” czy „Spaceru po linie”), jak i etykietki „reżsera-geja” (Ford od ponad 25 lat związany jest z Richardem Buckleyem, wydawcą i dziennikarzem modowym, byłym redaktorem naczelnym magazynu „Vogue Hommes International”). „Samotny mężczyzna” daleki jest jednak od homoerotycznej opowiastki o miłostkach. To bolesna, bardzo uniwersalna opowieść, obok której nie można przejść obojętnie. Sam Tom Ford swoje wieloletnie doświadczenie w obcowaniu z modą przekuł na stworzenie naprawdę imponującego filmu, unikając wszelkich etykietek i trzeba przyznać, że jego pojawienie się w kinie przynosi apetyt na znacznie więcej.


Jedną z najbardziej intrygujących modelek romansujących z kinem jest obecnie Lily Cole. Nie da się ukryć, że na swoim koncie nie ma jeszcze żadnej wybitnej roli, jednak jej płomienne włosy, otwartość na metamorfozy i twarz porcelanowej lalki z miejsca uczyniły z niej aktorkę charakterystyczną. Jej debiutem filmowym była głupiutka komedia „Dziewczyny z St. Trinian” w reżyserii Olivera Parkera i Barnaby’ego Thompsona, jednak jej specyficzną urodę najlepiej jak do tej pory wykorzystał Terry Gilliam w swoim „Parnassusie”. Grupa ludzi (żeby nie powiedzieć: ekscentryków) podróżuje po Londynie ze swoim teatrem i wydaje się być całkowicie niezauważana przez mijających ich ludzi, skupionych na swoich karierach i zdobyczach najnowszej technologii. Wiktoriański teatr obwoźny z jarmarcznymi dekoracjami to nie tylko miejsce, gdzie można na chwilę przenieść się w świat swoich marzeń, przechodząc przez magiczne lustro. To także miejsce walki Dobra ze Złem, którą tutaj przedstawia pakt zawarty pomiędzy doktorem Parnassusem (Christopher Plummer), a demonicznym panem Nickiem (Tom Waits). Stawką w ich zakładzie jest nieśmiertelność, ale ceną, jaką tytułowy bohater będzie musiał za nią zapłacić jest dusza jego córki, Valentiny, w którą wcieliła się Lily Cole. Uwagę filmowców zwróciła na siebie również pochodząca z Etiopii Liya Kebede, wcielając się w filmie „Kwiat pustyni” Sherry Horman w Waris Dirie, modelkę, która w 1997 roku udzieliła przełomowego wywiadu do „Marie Claire”, w którym opowiedziała o tym, jak w wieku pięciu lat została rytualnie obrzezana (Dirie urodziła się w muzułmańskiej rodzinie nomadów, w Somalii). Po tej publikacji została ambasadorką ONZ i rozpoczęła walkę o zniesienie zabobonnego, tradycyjnego rytuału w krajach trzeciego świata. Sam film jest nieco chaotyczny (sekwencje z przeszłości nie zawsze logicznie przeplatają się ze współczesnością), wiele kwestii pozostaje niedopowiedzianych, jednak „Kwiat pustyni” mimo to stanowi kolejny ważny głos w walce ze zmianą obyczajów i traktowania kobiecego ciała. W 2010 roku Waris Dirie i Liya Kebede wystąpiły wspólnie w sesji zdjęciowej dla kampanii H&M, „Fashion Without Borders” („Moda bez granic”).

F

ilmowcy polubili także pewną legendarną projektantkę. W ostatnich kilku latach powstały aż trzy filmy o Gabrielle „Coco” Chanel. W telewizyjnym „Coco Chanel” Christiana Duguaya tytułową postać zagrała Shirley MacLaine. Prawdopodobnie największy sukces komercyjny, jak i największe uznanie publiczności zdobył film powsta-

ły rok później, noszący identyczny tytuł i wyreżyserowany przez Anne Fontaine, w którym w postać mademoiselle Chanel wcieliła się Francuzka Audrey Tautou (będąca również wtedy twarzą kampanii reklamowej słynnych perfum Chanel No5). Znacznie ciekawszy wydał mi się jednak film „Chanel i Strawiński” Jana Kounena. Rozpoczynający się imponującą sekwencją koncertową z paryskiego pokazu w 1913 roku „Święta wiosny” Igora Strawińskiego (w scenie wystąpiło 1000 statystów, 70 muzyków 25 tancerzy) film to nie tylko kwintesencja stylu i czysta elegancja niemal w każdym kadrze. To także bardzo poruszająca historia, o której milczą biografowie (wiadomo, że projektantka wspierała muzyka, niejasny jest jednak stopień ich zażyłości). Zbulwersowana publiczność bojkotuje nowatorskie pomysły rosyjskiego kompozytora, jednak w niewielkiej grupie otwartych na zmiany w sztuce koneserów znajduje się ona – Coco Chanel. Kilka lat później proponuje Strawińskiemu, by zamieszkał on wraz z rodziną w jej podparyskiej rezydencji. Między dwojgiem artystów rodzi się płomienne uczucie, tłumione przez obecność Katariny, żony muzyka. W rolę francuskiej reformatorki stylu wcieliła się Anna Mouglalis, a ekscentrycznego kompozytora zagrał Mads Mikkelsen i to on jest mimo wszystko główną gwiazdą obrazu (również dlatego, że postać Strawińskiego, z jego niepokojami, dążeniami do muzycznych rewolucji, rozdarciem między rodziną a kochanką, przyzwoitością a namiętnością, jest po prostu znacznie lepiej napisana). Co ciekawe, to właśnie Mouglalis została okrzyknięta jedną z największych muz projektującego dla domu mody Chanel Karla Lagerfelda, a żeby jeszcze bardziej podkreślić różnorodność powiązań filmowo-modowych, można dodać, iż Mads Mikkelsen wcielający się w rolę Igora Strawińskiego w 2007 roku był twarzą kampanii firmy H&M.

J

eśli kino uznalibyśmy za dziesiątą, a telewizję za jedenastą muzę, moda powinna mieć swój zaszczytny numer 12, bo niezmiennie olśniewa i inspiruje. Natomiast mieszanki filmu z modą to połączenia iście wybuchowe i warto poznawać je bliżej tym bardziej, iż najczęściej znakomicie się uzupełniają.

138


POLECAMY Pięćdziesiąt twarzy Greya (wyd. Sonia Draga) tekst

MARTA CZABAŁA

Ta książka zrobiła na świecie furorę. Nie ma chyba tygodnia, żeby wydawnictwa nie podawały kolejnych pobitych rekordów sprzedaży. Dawno żadna powieść nie wywoływała też tak żywych reakcji. I to z obu stron. Jedni nawołują, że jest okropna i że powinna być wycofana ze sprzedaży. Inni (przede wszystkim inne) celebrują każdą stronę, żyjąc opowieścią E.L. James, tak jakby była częścią ich własnego życia. Nie było takiej promocji książki od czasu, kiedy za klawiaturę chwyciła Stephenie Meyer. Ale nawet jej historia, chociaż też krytykowana, powinna być doceniona za złożoność w stosunku do książki E.L. James. Bo ta jest prosta jak konstrukcja cepa. Ale wciąga jeszcze bardziej. Anastasia Steele kończy właśnie studia. Jej współlokatorka, zapalona dziennikarka prosi, aby zastąpiła ją w wywiadzie z jednym z najbardziej znanych krajowych biznesmenów. Christian Grey jest idealnie przystojny, idealnie uprzejmy, ma idealne maniery. Jest też zimny, zdystansowany i bardzo zainteresowany panną Steele, którą szybko ponownie odszukuje, proponując jej dalszą znajomość. Nie byle jaką znajomość, bo opatrzoną kontraktem, regulującym przepisy poruszania się po świecie jego preferencji seksualnych. Preferencji obejmujących kajdany, więzy i dużo przemocy. Czy w takim świecie jest miejsce na uczucia? To nie jest książka dla dzieci. To książka dla kobiet, dorosłych, świadomych swojej seksualności, często znu-

139

dzonych i zmęczonych tym, co dzieje się w ich własnej alkowie. To książka dla tych, które wciąż (często mimo ułożonego życia prywatnego) marzą o księciu, który porwie ich do swojego życia, będzie pokazywał im jak żyć, zatroszczy się o ich dobro, zaopiekuje. To te czytelniczki napędziły tej książce popularność, to one przyczyniły się do reklamy, do przekazywania wieści o książce z ust do ust. I chociaż trudno jest tutaj mówić o wyrafinowanej lekturze, powieść E.L. James wciąga, zaczarowuje, zatrzymuje na każdej kolejnej stronie. Jest coś magnetyzującego w relacji Christiana z Aną. I wcale nie chodzi o szczegółowe opisy ostrego, miejscami wyuzdanego seksu. Chodzi o uczucie zależności, emocji, uzależnienia, jakie James udało się złapać na kartkach powieści. Może i jest ona prosta, może miejscami nawet za bardzo, ale co z tego, jeśli trudno się od niej oderwać. Rację mają i jedni i drudzy. To bardzo powszechny, średnio napisany romans. Ale wciąga swoim światem, głównymi bohaterami i wizją, która leży w marzeniach (i w tylko marzeniach) tak wielu z nas. Ale takie marzenia przenoszą góry. W listopadzie wydawnictwo Sonia Draga zaplanowała premierę kolejnej części trylogii. Już wiadomo, że szykuje się film. To szaleństwo potrwa jeszcze trochę. I słusznie. Nie każde miejsce należy się wyrafinowanej lekturze wysokich, ambitnych lotów. Przechodzą ciarki.


Tuż po weselu reż. Susanne Bier tekst

MARTA KAPRZYK

Przeszłość dopada Jacoba w najmniej odpowiednim czasie i każe mu podjąć decyzję, która zdominuje jego życie na zawsze. Zmieni nie tylko jego sytuację, ale także ideały, o które, jak mu się wydawało, gotów był walczyć bez kompromisów. Po „Otwartych sercach”, przejmującym dramacie nakręconym według zasad Dogmy 95 i głośnych „Braciach”, Susanne Bier znów proponuje historię, w której o skomplikowanych relacjach rodzinnych opowiada w sposób absolutnie pasjonujący. Jacob (Mads Mikkelsen) pracuje w podupadającym sierocińcu w Indiach. Jest pełen ideałów, kocha to, co robi, czuje wielką potrzebę spełniania misji, żyje z dnia na dzień i najbardziej martwi go, że nie ma funduszy na utrzymanie sierocińca. Tym bardziej intrygująca wydaje mu się propozycja pewnego bogatego duńskiego biznesmena, który proponuje Jacobowi dotację w wysokości 4 milionów dolarów, która pomogłaby w utrzymaniu i zapewnieniu edukacji dzieciom z ulic Bombaju. Mimo oporów mężczyzna jedzie do Danii, aby spotkać się z dobroczyńcą. Jørgen ma jednak jeden (jak się później okazuje, nie jedyny) warunek: Jacob musi wziąć udział w weselu jego córki.

iż tych dwoje łączy więcej, niż Jacob mógłby przypuszczać… Historia opisana w scenariuszu, pełna tragizmu i skomplikowanych zależności może początkowo wydawać się dosyć nieprawdopodobna. Jego autorem jest jednak stały współpracownik Susanne Bier, Anders Thomas Jensen (na podstawie tekstów Jensena Bier wyreżyserowała między innymi „Braci” oraz uhonorowany Oscarem film „W lepszym świecie”), autor scenariuszy do tak ekstremalnych historii jak „Antychryst” Larsa von Triera, „Wilbur chce się zabić” Lone Scherfig czy „Jabłka Adama” oraz „Zieloni rzeźnicy” – dwa ostatnie filmy Jensen sam wyreżyserował, dając popis nie tylko błyskotliwych dialogów, ale także miejscami okrutnego, bardzo czarnego humoru. Wielką siłą „Tuż po weselu” jest aktorstwo. Mads Mikkelsen znakomicie portretuje niepewności swojego bohatera. Jego Jacob jest ambitny, stanowczy, chwilami wręcz kategoryczny, ale jedocześnie łagodny i pełen empatii, co dodaje wiarygodności jego ideałom. Bardzo poruszającym wątkiem jest tutaj relacja Jacoba z jednym z bombajskich podopiecznych. Chłopiec bardzo przeżywa wyjazd swojego ukochanego opiekuna do Danii i rozbudza w mężczyźnie głębokie, ojcowskie uczucia. Wyróżnia się też znakomity Rolf Lassgård jako Jørgen, który początkowo wydaje się być aroganckim, nadużywającym alkoholu tyranem, by w obliczu późniejszych sytuacji stać się zupełnie delikatnym i bezbronnym mężczyzną, walczącym o bezpieczeństwo jego ukochanej rodziny. Film Susanne Bier nie jest przyjemny, przeciwnie: chwilami bywa wręcz nieznośnie wstrząsający poprzez swój tragizm, smutek i mnogość emocji. Warto jednak poddać się tej dawce filmowej uczuciowości, bo „Tuż po weselu” to przykład prawdziwego, świetnie zrealizowanego i bardzo refleksyjnego kina.

Jørgen (Rolf Lassgård) jest człowiekiem sukcesu. Ma żonę, piękną dorosłą córkę, dwójkę młodszych dzieci, imponujący dom i doskonale prosperujący biznes. Wiedzie życie, jakie Jacob porzucił wiele lat wcześniej decydując się na pracę w Indiach. Tytułowe wesele pokaże jednak,

140


Of Monsters And Men – My Head Is An Animal wytwórnia Universal Music Polska tekst

ANITA BOHAREWICZ

Folkowa sensacja z Islandii. Właśnie w ten sposób określana jest grupa Of Monsters And Men. Folkowa jak najbardziej, ale czy sensacja? Myślę, że za dużo powiedziane. Nie zmienia to jednak faktu, że płyty słucha się fantastycznie. Of Monsters And Men to sześcioosobowy kolektyw, który powstał dość niedawno, bo zaledwie dwa lata temu. Ich debiutancki album wylądował na szczycie najlepiej sprzedających się płyt w Islandii. Następnie ruszył na podbój innych europejskich krajów oraz Stanów Zjednoczonych. Dotarł także do Polski. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy. Uwielbiam indie pop. Zwłaszcza w takim wydaniu. My Head Is An Animal to natchniony orkiestrowym brzmieniem i folkową lekkością album pełen ciepłych i pozytywnie nastrajających piosenek. To lekkie, radosne gitarowe granie doprawione akordeonem, klawiszami, perkusją i gdzieniegdzie trąbką. Skoczne kawałki przeplatają się z balladami. Każdy kolejny utwór jest równie dobry co poprzedni. Każdy charakteryzuje się melodyjnymi kompozycjami i tym trudnym do zdefiniowania „czymś”. Singlowy, bardzo energiczny „Little Talks” to nie jedyna piosenka, która wpada w ucho. Jest ich więcej. W sumie dwanaście. Otwierający płytę sielankowy „Dirty Paws”, wzruszający „King And Lionheart”, lekko nostalgiczny „Love Love Love” czy optymistyczny „Numb Bears”. Wokale Nanny Bryndís Hilmarsdóttir oraz Ragnara Porhallssona splecione razem harmonijnymi melodiami – urzekają. Jest wesoło, rytmicznie i jakoś tak ciepło.

141

Debiutancki album grupy Of Monsters And Men przywraca wiarę w muzykę pop. To właśnie takie kawałki powinny królować w rozgłośniach radiowych. Muzyka tej grupy jest łatwa w odbiorze, taka beztroska, delikatna i niewymuszona, a przy tym niesamowicie wciągająca. My Head Is An Animal to bardzo klimatyczna i spójna płyta, pełna uroczych, naprawdę dobrych utworów, takie zaproszenie do niczym nieskrępowanej zabawy, które naprawdę warto przyjąć.


You


04

shot.mag.4  

SHOTMAGAZINE NR 4

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you