Page 1

3

Nยบ STREET FASHION STYLOWE WNฤ˜TRZA MAKE UP!


EDITO


ORIAL

5 sierpnia przypadła 50. rocznica śmierci Marilyn Monroe. Pewnie wypadałoby zaprezentować stylizacje i makijaż inspirowane jej wizerunkiem, lecz po co, skoro doskonale wiemy, jak wyglądała. Dodajmy, że jej look eksploatowany był na milion różnych sposób i pewnie dalej będzie. W końcu to ikona. Zamiast przyglądać się jej z zewnątrz, staramy się wejrzeć w jej wnętrze, dostrzec w niej kobietę inteligentną, bystrą, wrażliwą, zupełnie inną od tej, którą media kreowały na potrzeby opinii publicznej. Skupiamy się na treści a nie zdjęciach, które przecież znamy. Czy oznacza to, że zabraknie sesji? Skądże znowu! Będzie ich dużo, a nawet więcej niż w poprzednich numerach. Kolorowe, mroczne. Kipiące energią, melancholijne, bajkowe. Różnorodne. Bo każdy fotograf jest inny, każdy ma swój zamysł, każdy chce przekazać inną energię, inne wrażenia estetyczne. Moda. To ona jak zwykle króluje na łamach SHOTA. Gwiazdą tego numeru jest bez wątpienia Justyna Żmijewska, projektantka, założycielka luksusowej linii odzieżowej Rina Cossack, którą pokochało wiele kobiet, w tym wiele polskich sław oraz oczywiście my. Kolekcja Bridge zniewala! Standardowo prezentujemy też modne gadżety dla niej i dla niego, odwiedzamy modne miejsca, zapraszamy do zobaczenia, jak ubierają się nie tylko polskie, ale też włoskie ulice. K come Karolina to jedna z bohaterek tego numeru, blogerka, która od kilku lat mieszka w Rzymie i która zdradza nam, jak wygląda mediolański Fashion Week. To oczywiście nie koniec atrakcji. Bo czym byłby SHOT bez działu Co za szycie? Na lato, które się jeszcze przecież nie skończyło, Em Em Shop proponuje lekką, zwiewną i szalenie modną bluzeczkę w kolorze mięty. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak prosto ją uszyć! Na deser zabierzemy Was w ekscytującą podróż po peruwiańskiej Amazonii, a także po filmowym świecie Marty Kaprzyk, która tym razem na warsztat wzięła piękne wizualnie, mądre, skłaniające do refleksji animacje dla dorosłych, jakże inne od przesłodzonych bajek Disney’a. Doradzimy też, czego słuchać, jakiej książki na półce szukać, a także zachęcimy do nadrobienia filmowych zaległości. SHOT znowu dostarczy Wam niezapomnianych wrażeń. Macie to jak w banku! SHOT Team


5

BIG FISH

17

MODNE MIEJSCA

23

Spełnij swoją WANNA LIST z TALLY WEiJL! INSPEKTOR GADŻET

STREET FASHION

33

PALCEM PO MAPIE

FLOWER EXPLOSION

60 MM

WIELKI FORMAT RINA COSSACK

61

SESJA


K COME KAROLINA

69

73

PORADNIK PERFEKCJONISTKI

CO ZA SZYCIE

RICH BEACH!

95

85

STYLOWE WNĘTRZA

FALL VENTURE

96

DEMENTED GARDEN

POLECAMY

101

83

103

BE A MAN!

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

MAKE UP!

OKIEM STYLISTKI REDAKTOR NACZELNA ANNA MAKSYMIUK - SZYMAŃSKA

REDAKCJA ANITA BOHAREWICZ MAGDALENA KOSTYSZYN MARTA KAPRZYK EmEm SZOP

KOREKTA ANITA BOHAREWICZ

SKŁAD I PROJEKT GRAFICZNY THREEOFUS

KONTAKT redakcja@shotmagazine.pl

ZDJĘCIE NA OKŁADCE foto JACEK NARKIELUN www.narkielun.com make up & style PAULINA KUROWIAK hair ŁUKASZ BUHL Hair Studio clothes GIVE ME FIVE by Polcia Dzik Jewellery XOOXOO by Julia Jasiczak model MICHALINA GLEN

WYDAWCA BABSKI PR Siedziba Redakcji: ul. Krzywoustego 82-86, 51-166, Wrocław

znajdź na

fb


foto JACEK NARKIELUN www.narkielun.com make up & style PAULINA KUROWIAK hair ŁUKASZ BUHL Hair Studio clothes GIVE ME FIVE by Polcia Dzik jewellery XOOXOO by Julia Jasiczak model MICHALINA GLEN

5

strona


strona

8


9

strona


13

strona


strona

16


MODNE MIEJSCA RED ONION tekst ANNA SZYMAŃSKA

Długo zastanawiałam się nad tym, co pokazać Wam w tym numerze. Zdawało mi się, że wszystko już było, wszystko jest zbyt banalne, a może po prostu nic mi się nie podoba. I nie jest to zmęczenie materiału. Po prostu czegoś mi brakowało, aż tu nagle… eureka! Kompletne olśnienie! Jakiś czas temu byłam w Warszawie i przez przypadek trafiłam do tego wspaniałego miejsca, o którym za chwilę Wam opowiem. Czerwona cebula – mniam! Ogromne, pełne dziwnych, śmiesznych, starych, nowych, potrzebnych i mniej rzeczy, które warto mieć. Wchodząc do tego concept store’u, bo o nim mowa, nie sposób się w nim nie zakochać! Red Onion! Skąd się wziął w Warszawie? Joanna Strzelec-Stewart i Peter Stewart, polsko-kanadyjski duet, otworzyli to miejsce z pasji i miłości do designu. Dodam, że miejsce z duszą! Znajdujący się w Warszawie Red Onion to Concept Store jakich mało. Śmiem nawet twierdzić, że to jedyne tak klimatyczne miejsce w Polsce. O i tu będę subiektywna, a co! Gdy tylko się tam wybierzecie, szybko zrozumiecie, co mam na myśli. Żeby jeszcze bardziej przybliżyć Wam niesamowity klimat, jaki panuje w Red Onion, postanowiłam zadać kilka pytać właścicielom. Jak niezłe flow trzeba mieć, żeby stworzyć coś tak cudownego... Jak to się zaczęło? Skąd pomysł? I dlaczego Warszawa? Pomysł zaczął nam kiełkować, kiedy wróciliśmy do Warszawy po roku mieszkania w Paryżu, a był to koniec 1997 roku. To były czasy wielkiego boomu w budownictwie, każdy chciał sobie urządzić mieszkanie na nowo, a oferta na rynku była ograniczona do Swarzędza i Ikei. Bardzo zamożni mogli zamówić sobie w Warszawie włoskie meble. W zasadzie nie było wyboru dla tzw. klasy średniej, która chciała czegoś innego, niż wzornictwo Ikea, a nie było jej stać na sofę za 25 – 30 tysięcy. Wówczas też na świecie coraz bardziej popularny stawał się styl orientalny łączony z europejskim, nowoczesnym designem. Importowanie mebli z Azji pozwalało na osiągnięcie tej średniej półki cenowej, a właśnie tak zaczynaliśmy. Importowaliśmy antyki z Indonezji, Tajlandii, Chin i Indii, pokazując je potem ze współczesnymi, prostymi sofami/ lampami itp. To się bardzo spodobało. Do tego oferowaliśmy przeróżne dodatki dekoracyjne do domu. Dzisiaj Red Onion to zupełnie inna koncepcja, ale w 1999 roku zaczynaliśmy od wnętrz i orientu. Red Onion to bardzo klimatyczne miejsce. Kto zaplanował wystrój? Joanna czy Peter? A może ktoś inny? Dziękujemy! Zawsze podobały nam się stare pofabryczne wnętrza, jest w nich niesamowity klimat, światło i przestrzeń – w zasadzie trzeba się tylko postarać, by nie zniszczyć tego, co zastane. Ale to głównie Joanna zajmuje się wnętrzami. W przypadku sklepu na ul. Szpitalnej posiłkowała się też radą stylistki wnętrz Kingi Mostowik.

17

strona


Nazwa Red Onion – przypadek czy celowy zabieg marketingowy? I to, i to właściwie. Szukaliśmy nazwy angielskiej, która byłaby fonetycznie prosta do wypowiedzenia po polsku. Inspirowały nas miejsca w Londynie o nazwach Viaduct (meble), Mint (wnętrza), Egg (ceramika i tkaniny). Nie chcieliśmy kolejnego „sklepu meblowego”. Sam kolor czerwonej cebuli jest piękny i wówczas był popularny we wnętrzach, a w chwili „olśnienia” po prostu ją szatkowaliśmy, gotując kolację...

Skąd czerpiecie inspiracje? Dlaczego sprowadzacie te a nie inne rzeczy? Śledzimy trendy światowe, jeździmy na branżowe targi, lubimy ładne i praktyczne rzeczy.

Co można znaleźć w Waszym concept storze? Czy macie ulubione produkty? Dzisiaj Red Onion to głównie praktyczne, dobrze zaprojektowane, często z „zakętasem” przedmioty codziennego użytku. Mamy świetną i szeroko wyposażoną sekcję kuchenną, do tego książki kucharskie. Jeśli sprzedajemy meble i lampy to dobrych, europejskich marek, jak Vitra, Gubi, Bestlight, Anglepoise i Original BTC. W sekcji dziecięcej oferujemy piękne edukacyjne zabawki i gry, stroniąc jak się da od plastiku. Sprzedajemy mnóstwo gadżetów biurowych – coraz więcej osób pracuje z domu i chce mieć biuro w którym miło, efyktywnie, ale i śmiesznie jest spędzać czas. Nadto albumy o sztuce, fotografii, modzie. Jeśli chodzi o ulubione rzeczy – kochamy meble Ray & Charlesa Eamsów, dzisiaj produktowane przez markę Vitra oraz akcesoria kuchenne Nigelli Lawson.

Uważacie, że Polska jest przygotowana na tak pojechane, czaderskie miejsca, jakim jest Red Onion? Jak najbardziej! Ludzie, szczególnie młodzi, w dużych miastach nie powinni mieć już żadnych kompleksów w stosunku do zachodu.

Do kogo kierujecie swoje produkty? Nasze hasło po angielsku to „funky stuff for urban people”. Kierujemy je do mieszczuchów zainteresowanych modą i designem

Czy planujecie zawojować inne polskie miasta? Jeśli tak – to kiedy i jakie? Stawiamy na internet! Jesienią ruszy nasza nowa strona internetowa z nowoczesnym oprogramowaniem, w pełni dostosowanym dla użytkowników tabletów, smartfonów i portali społecznościowych.

strona

18


STREET FASHION foto MACIEJ GAJDUR Wro Street Fashion

19

strona


strona

20


21

strona


strona

22


Spełnij swoją WANNA LIST z TALLY WEiJL! Tej jesieni TALLY-Girl zamierza stworzyć swoją „WANNA LIST”! Zapomnij o nudzie, bo TALLY-Girl wie, że życie jest ciekawsze jeśli dodasz szczyptę zuchwałości. Bądź projektantką własnej przyszłości i wybierz się w podróż w totally TALLY świat – funky od stóp do głów! W programie aż 9 modnych stylizacji, dla których warto docenić wszystkie uroki jesieni. Oto kalejdoskop fantastycznych pomysłów od TALLY WEiJL! SHE WANNA RUN THE WORLD! Dla uzyskania ulta-trendy efektu nasza uwodzicielka zakłada top i łączny kwiatowe wzory z wizerunkiem nieokiełznanej rowerzystki! Piękna z niej buntowniczka! SHE WANNA SMILE WHEN IT’S RAINING Jesień zapowiada się atrakcyjnie, więc TALLY-Girl zakłada ołówkową spódniczkę w pepitkę, a do niej trampki na koturnie, absolutny hit nadchodzącego sezonu! Tak ubrana TALLY-Girl jest gotowa, aby podbić ulice miast! GRRRRRR, SHE WANNA GET WILD! TALLY-Girl inspiruje i gra kartą uwodzicielki! W transparentnej bluzce w lamparcie wzory i legginsach imitujących skórę, wygląda jak prawdziwa cat woman! Jakie są Twoje pragnienia? Odkryj jesienne inspiracje i zawojuj świat mody ze swoją idealną „WANNA LIST” jak przystało na prawdziwą TALLY-Girl!

23

strona


strona

24


25

strona


strona

26


27

strona


strona

28


29

strona


strona

30


Kobieta zmienną jest, oj tak! Jak więc dogodzić naszym gustom? Śmiem twierdzić, że się nie da, dlatego ten dział to mieszanka styli, upodobań, marek, bo jedno jest pewne! Każda z nas prędzej czy później znajdzie coś dla siebie. Bo kto jak nie my Kobiety wie lepiej czego nam trzeba!

1

3

5

2 4

7 31

strona

8

6


9 13

11

10

12 14

15 16

17

1. Naszyjnik www.xooxoo.pl 2. Buty www.loft37.pl 3. Kołnierzyk www.riverisland.com/Online/ 4.Tshirt www.topshop.com 5. Marynarka www.primark.de 6. Torba www.fullofstyle.pl 7. Kombinezon www.zara.com 8. Szorty www.topshop.com 9. Salik HI-END www.shwrm.pl 10. Bluzka www.riverisland.com 11. Lampa www.zoomzoom.pl 12. Fotel Charm www.shwrm.pl 13. Perfumy Chanel www.chanel.com 14. Buty www.renee.pl 15. Lakier do paznokci www.allegro.pl 16. Taca www.zoomzoom.pl 17. Płyta Moniki Brodki

strona

32


PALCEM PO MAPIE Z pamiętnika obieżyświatów – wyprawa do peruwiańskiej Amazonii tekst ANNA NOWICKA foto RADOSŁAW NOWICKI 7 lipca Po dwudniowej podróży nareszcie lądujemy w Limie, stolicy Peru. Chociaż to południowoamerykańska zima, po wyjściu z lotniska czujemy uderzenie dusznego, tropikalnego powietrza. Nie świeci jednak słońce, które przykryte jest smogiem wielkiego, zanieczyszczonego miasta. Lima jest dla nas tylko przystankiem a nie celem podróży. Planując wycieczkę do Peru postanowiliśmy też zrezygnować z największych w tym kraju atrakcji turystycznych. Nie chcemy spędzać wakacji wraz z setkami innych turystów. Marzymy o czystym powietrzu lasów amazońskich i mamy nadzieję, że znajdziemy tam to, czego szukamy: dziką przyrodę i tradycyjnych, rdzennych mieszkańców. 9 lipca Po dwóch dniach podróży samolotem i autobusem docieramy do Yurimaguas, małego miasteczka na skraju amazońskiej dżungli. Stąd wypływa kursowy statek do Iquitos, największego miasta zbudowanego pośrodku peruwiańskich lasów tropikalnych. Między tymi dwoma miastami nie ma połączenia drogowego, więc podróżnicy i mieszkańcy mają do wyboru tylko samolot lub statek. Podróż statkiem z Yurimaguas do Iquitos trwa około 5 dni. Po przybyciu do portu dowiadujemy się, że statek wypływa dopiero następnego dnia, znajdujemy skromny pensjonat na noc i wybieramy się na zakupy. Zgodnie z zaleceniami przewodnika turystycznego kupujemy moskitierę i dwa hamaki. Na statku nie ma bowiem lóżek. 10-12 lipca Rejs statkiem po rzece Marañón (po połączeniu z rzeką Ukajali, Marañón przybiera nazwę Amazonki) upływa w wesołej atmosferze, wśród urzekających krajobrazów, w towarzystwie Peruwiańczyków oraz kilku młodych europejskich turystów. Wszyscy, łącznie z dziećmi i staruszkami, śpią we własnych hamakach. W niewysoką cenę biletu wliczone są trzy posiłki dziennie, składające się zawsze z tych samych składników: gotowanych bana-

33

strona


E

nów, ryżu, kurczaka lub ryby. Większość pasażerów płynie aż do Iquitos, my jednak wysiadamy w małej wiosce Lagunas. Zamierzamy zostać w dżungli przez co najmniej tydzień. 13-15 lipca W Lagunas nawiązujemy kontakt z Raulem, rdzennym mieszkańcem wioski i przewodnikiem po dżungli (samotne wędrowanie po lasach tropikalnych uznajemy za zdecydowanie zbyt niebezpieczne). Raul nie zna angielskiego, więc musi wystarczyć nam nasza podstawowa znajomość hiszpańskiego. Spędzamy z nim trzy dni w lesie, uczymy się, jak przetrwać w dżungli, jak unikać niebezpieczeństw, oglądamy wiele ciekawych gatunków roślin i zwierząt. Kąpiemy się w rzece, w której podobno pływają piranie i jemy świeżo złowione przez naszego przewodnika ryby. Jednak te doświadczenia nie zaspokajają do końca naszej ciekawości, chcemy odwiedzić prawdziwych miejscowych Indian i zobaczyć miejsca, których nie ma w naszym przewodniku turystycznym.. Namawiamy Raula, żeby zabrał nas w kilkudniową podróż łódką do indiańskiej wioski. Nasz przewodnik zastanawia się, czy wyprawa nie będzie zbyt niebezpieczna. Boi się reakcji tubylców na przybycie „białych” a także malarii, która w tamtych lasach atakuje ze zdwojoną siłą (my mamy ze sobą leki przeciwmalaryczne, on nie ma). W końcu zgadza się. Honorarium Raula to dla nas suma jak najbardziej do przyjęcia. Jutro wypływamy. 16-18 lipca Wcześnie rano wypływamy motorówką w dół rzeki Nukurai (dopływu rzeki Marañón) z Raulem i jego przyjacielem, który podobno dobrze zna tę okolicę i ich mieszkańców. Dotarcie do wybranej przez przewodnika wioski zajmuje nam 3 dni. Po drodze nocujemy nad brzegiem rzeki, całe szczęście mamy ze sobą moskitierę. Krajobrazy są przepiękne. 19 lipca Rano docieramy do celu podróży. Na brzegu czeka na nas tłum mieszkańców wioski z jej wodzem na czele. Zostajemy zaproszeni do chaty wodza. Połowa wioski podąża za nami. Po chwili okazuje się, że nasi gospodarze są „białymi przybyszami” wyraźnie rozczarowani: nie przewieźliśmy im prezentów. Grzebiemy w

strona

34


35

strona


naszych niezbyt dużych plecakach i ofiarujemy, co się da: tabletki od bólu głowy, spray na komary, jednorazowe kapcie z hotelu w Limie. Nasi gospodarze chętnie przyjmują prezenty, ale dalej wyglądają na rozczarowanych. Wtedy Raul kupuje od nich kurę, z której żona i córka wodza przygotowują rosół. Kiedy zupa jest gotowa, zostają nią poczęstowani wszyscy obecni. Następnie wszyscy po kolei podchodzą do nas, żeby podziękować. Wtedy zaczynamy rozumieć: mieszkańcy wioski, mimo że hodują kury, nie mogą tak po prostu na co dzień pozwolić sobie na to, żeby zrobić z nich rosół. Kupienie przez nas ich własnej kury stało się pretekstem do wielkiej uczty i jednym z najlepszych prezentów, jakie mogliśmy im dać. Wieczorem odbywa się impreza na naszą cześć. Podawana jest wódka z juki, są też tradycyjne tańce przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów. Chociaż widać , że nasi gospodarze stracili część ducha swoich przodków (nie wszyscy umieją tańczyć i grać, a kroki robią się coraz bardziej chwiejne w miarę dolewania wódki), jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się dotrzeć tam, gdzie „biali” zwykle nie docierają. Noc spędzamy na osobistej werandzie wodza wioski. 20 lipca Wcześnie rano, zanim jeszcze równikowe słońce zaczyna parzyć ziemię, ładujemy nasze bagaże na motorówkę i ruszamy w drogę powrotną. Kiedy nadchodzi zmrok, decydujemy się na nocleg w małej wioseczce, którą zauważamy nad brzegiem Rio Nukurai. 21 lipca Spędzamy niezwykle miły dzień z mieszkańcami wioseczki, w której są zaledwie trzy domy i która sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tam kilka wieków temu. Gości nas przesympatyczna rodzina wodza wioski, która liczy 10 osób (wódz ma ośmioro dzieci w wieku 4 miesiące -16 lat). Całe życie rodzinne rozgrywa się na dworze, w chacie spędza się tylko noc. Starsze dzieci wraz z matką myją naczynia i piorą ubrania w rzece, młodsze doglądają 4-miesięcznego braciszka, który spokojnie śpi sobie w hamaku. Ojciec z najstarszym synem pracuje przy uprawach. Dzieci wyglądają na szczęśliwe, chociaż nie mają zabawek ani słodyczy. Jedna z dziewczynek częstuje nas smakołykiem: słodką trzciną cukrową. Dziewczynki nawlekają na nitki koraliki i dają nam w prezencie zrobione własnoręcznie naszyjniki. Malujemy twarze farbami zrobionymi z naturalnych barwników roślinnych. Robimy pamiątkowe zdjęcia i żałujemy, że nie mamy polaroidu, żeby podarować je gospodarzom. Przez chwilę czujemy, że chcielibyśmy tu zostać na zawsze… 22-24 lipca Wracamy łódką do Lagunas, żegnamy się z naszymi przewodnikami i wsiadamy na statek do Iquitos. Kiedy po około 30 godzinach dopływamy do miasta, delektujemy się urokami cywilizacji (chociaż dla nas jest to ciągle egzotyka). Na portowym bazarze kupujemy ręcznie robioną biżuterię i inne pamiątki, próbujemy żółwich jaj i lokalnej Coca-Coli (Inka Cola). Korzystamy jeszcze przez chwilę z równikowego słońca. Jutro wsiadamy w samolot i lecimy w peruwiańskie Andy.

strona

42


foto MIRELLA SZYMONIAK assistant photographer DOMINIK WIĘCEK fashion stylist JUSTYNA POLSKA make-up and hair stylist ZOYA ZIELIŃSKA model KAROLINA BLECHARCZYK

43

strona


Dress River Island / Jewellery Glitter


Dress River Island / Shoes New Look / Rings H&M & Accessorize


Dress River Island / Jewellery Glitter


Blouse & Skirt H&M / Earrings Diva / Necklace Stradivarius / Ring Diva


Dress River Island / Rings H&M & Accessorize


Blouse & Skirt H&M / Shoes DeeZee / Earrings Diva / Necklace Stradivarius / Ring Diva


Blouse & Skirt Zara / Bracelets Mohito / Earrings Glitter


Blouse & Skirt Zara / Bracelets Mohito / Earrings Glitter / Shoes New Look


53

strona

Blouse H&M / Earring Diva / Necklace Stradivarius / Ring Diva


strona

54

Dress River Island / Rings H&M & Accessorize


WIELKI FORMAT RINA COSSACK rozmawiała

ANNA SZYMAŃSKA

RINA COSSACK to luksusowa linia odzieżowa, stworzona przez Justynę Żmijewską, absolwentkę Wydziału Tkaniny i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. To marka, która cieszy się dużym uznaniem zarówno klientek, jak i polskich gwiazd. W kreacjach sygnowanych tą marką można zobaczyć m.in.: Magdalenę Boczarską, Edytę Herbuś, Irenę Jarocką, Katarzynę Zielińską, Grażynę Wolszczak, Magdalenę Steczkowską, Ewę Kuklińską czy Katarzynę Pakosińską. Justyna Żmijewska zdobyła uznanie podczas wielu prestiżowych konkursów. Została między innymi finalistką Gryf Fashion Show 2007 z kolekcją „Long Days, Short Nights”, otrzymała wyróżnienie w finale konkursu Gryf Fashion Show 2009 za kolekcję „Bubble splash”. W finale konkursu Lexus Fashion Awards 6 została uhonorowana Nagrodą Mediów. Rina Cossack to marka stworzona z myślą o kobiecie nowoczesnej, dynamicznej, ambitnej i pewnej siebie. Szlachetne materiały, piękne fasony, kroje to tylko niektóre elementy sprawiające, ż kobieta czuje się w tych kreacjach niesamowicie. Ostatnia kolekcja Riny bardzo do mnie przemawia. Jest idealna i w stu procentach wpasowała się w mój klimat, nie byłabym więc sobą, gdybym nie zapytała Justyny, skąd czerpie swoje pomysły i jak wygląda jej życie! Dlaczego właśnie projektowanie? Od zawsze lubiłam nosić coś innego niż wszyscy. Często wymyślałam sobie jakieś stylizacje, a że nie mogłam znaleźć ich w sklepie, siadałam do maszyny i szyłam. Pamiętam z jaką dumą i satysfakcją nosiłam rzeczy uszyte własnoręcznie. Kiedy więc nadszedł moment wyboru drogi, którą chcę dalej iść, nie miałam wątpliwości, że chciałabym zająć się projektowaniem ubrań. To taki naturalny tor, którym podążam. Lubię to robić i czerpię z tego ogromną satysfakcję. Jak długo pracowałaś na swój sukces? Twoje pierwsze kroki? Długo i niedługo. Pierwsze działania były jeszcze pod skrzydłami Young Polish Designers Foundation, gdzie oprócz kolekcji własnych, projektowałam dla nich pod marką YPDF limitowaną edycję ubrań. Tam też mogłam zobaczyć swoje projekty na pokazach. Dzięki doświadczeniom zdobytym przy współpracy z Fundacją odważyłam się otworzyć swój autorski butik na najbardziej modowej ulicy w Warszawie – Mokotowskiej. I od tego mo-

55

strona


57

strona


mentu tak naprawdę czuję, że działam jako projektant. Było to dwa lata temu. Dzięki temu zostałam zauważona przez media oraz gwiazdy, które często wpadają do butiku. Twoje projekty są niesamowicie subtelne, kobiece, klasyczne a zarazem odważne. Skąd czerpiesz inspiracje? Bardzo lubię klasykę, ale żeby nadać jej charakteru i wyrazu należy dodać coś, co ją wyróżni. U mnie dominują kolory i falbany. Nic tak dobrze nie służy kobiecie, jak kolor, który ożywia i nadaje blasku cerze. A przestrzenne falbany podkreślają kobiecą sylwetkę. Moja ostatnia kolekcja Bridge to ukłon w stronę nowoczesnej architektury, która czerpie inspiracje z natury w postaci falistych linii i organicznych kształtów. Falbany w tej kolekcji budują i kształtują nawet najbardziej wymagającą sylwetkę. Mają funkcję wyłącznie estetyczną. Przecież my kobiety przede wszystkim chcemy dobrze wyglądać! Ile czasu zajmuje Ci zaprojektowanie całej kolekcji, znalezienie odpowiednich materiałów? Projekty kłębią się w głowie wręcz miesiącami. Powoli układają się w całość, dopasowują się do inspiracji, która je spina. Próbki tkanin co pewien czas przychodzą z hurtowni, więc to co mi się podoba systematycznie odkładam. Aż pewnego dnia całą kolekcję w postaci projektów przenoszę na papier, czasami zajmuje mi to dwa dni. Z reguły jest tak, że wiem co chciałabym zrobić w aktualnym sezonie i następnym, i trochę jeszcze w kolejnym. Więc zdarza się tak, że powstają dwie kolekcje jednocześnie.

też stworzyć wyjątkową suknię ślubną, gdyż oprócz gotowych propozycji istnieje możliwość zaprojektowania kreacji z dowolnie zestawionych elementów: gorsetów, spódnic, baskinek i falban. Miłośnicy stylizacji casualowych również znajdą coś dla siebie. W kolekcji znajdują się między innymi tuniki, spódnice, koszule, swetry, płaszcze oraz jedwabne T-shirty z nadrukami. Współpracuję również ze sklepami internetowymi: saltandpepper.pl, shwrm.com i fullofstyle.pl. Więc można też kupić moje ubrania bez wychodzenia z domu. Co w wolnych chwilach robi Justyna Żmijewska? Jeśli już mam wolną chwilę, to chętnie gdzieś wyjeżdżam. I tu nie mam ograniczeń. Lubię polskie Podlasie i góry. Jeśli znajdę trochę więcej czasu, wyjeżdżam za granicę – i tu moim faworytem są Włochy – jestem zakochana w tym kraju. Kiedy mam dużo pracy, chętnie zostaję w domu i maluję, albo idę ze znajomymi do kina. Co byś wybrała? Lody czy szarlotkę? Lody, kojarzą mi się z Włochami.

Skąd wzięła się nazwa marki „Rina Cossack” i co oznacza? Rina to słowo pochodzące od mojego imienia. Kiedy byłam małym dzieckiem nie potrafiłam wypowiedzieć poprawnie swojego imienia, więc mówiłam Inia, Rinia. W momencie kiedy zaczęłam robić cos swojego, od razu wiedziałam, że powinno nosić to nazwę Rina. A Cossack to średniowieczny wojownik, taki polski Kozak. Z charyzmą walczący za swoje ideały. I tak też trochę wygląda moja praca. To co dziś można zobaczyć w butiku jest zasługą wyłącznie mojego uporu i pracy. A na skutek połączenia tych słów powstała RINA COSSACK. Którą z międzynarodowych sław najchętniej byś ubrała? Roisin Murphy. Uwielbiam ją za muzykę, ale też za kreacje, które nosi na scenie. Byłabym zaszczycona, gdyby wybrała coś z mojej kolekcji. Jeśli mogłabyś stworzyć kolekcję z jakimś wielkim kreatorem mody, to kto by nim był? Riccardo Tisci z domu mody Givenchy. Ostatnie kolekcje są po prostu genialne. Gdzie możemy znaleźć Twoje kreacje? Moje projekty można znaleźć przede wszystkim w moim autorskim butiku w Warszawie na ulicy Mokotowskiej 73. W kolekcji dostępnej w butiku znajdują się przede wszystkim eleganckie suknie wieczorowe, jak również kreacje koktajlowe – zarówno klasyczne, jak i bardziej awangardowe. W moim atelier można

strona

58


MM tekst ANITA BOHAREWICZ ilustracja AGATA STOKŁOSA

„Wpatrując się w hollywoodzką noc, myślałam sobie często, że pewnie są tysiące dziewczyn takich jak ja, które siedzą w samotności i marzą o tym, by zostać gwiazdą filmową. Ale nie zamierzałam się tym przejmować. To ja marzyłam najmocniej.” Marilyn Monroe Typowa, zdrowa, amerykańska dziewczyna. Najpierw święciła triumfy jako modelka kolorowych pism i katalogów, później na okładkach i rozkładówkach niezliczonych magazynów dla mężczyzn, aż w końcu trafiła do Hollywood. Po zmianie swojego imienia i nazwiska na Marilyn Monroe, a także sukcesie filmu Mężczyźni wolą blondynki, Norma Jeane stała się ucieleśnieniem legendy o ładnej dziewczynie, która przyjeżdża do Hollywood z marzeniem o zostaniu gwiazdą i która dopina swego. Nigdy wcześniej i nigdy później nie było kogoś takiego jak ona, seksownego, ale nie nachalnie, można by rzec – ze smakiem, w dodatku mądrego i charyzmatycznego. Głupiutka blondynka o piersiach jak z granitu i mózgu jak ser szwajcarski? To mit, który obalają fragmenty jej wierszy, zapisków intymnych, listów, jak również wywiad opublikowany w magazynie „Life” na dwa dni przed jej śmiercią, spośród których wyłania się portret wrażliwej, inteligentnej kobiety – diametralnie różny od tego, jaki dla potrzeb opinii publicznej wykreowały media. Przede wszystkim Marilyn znała swoją wartość i warto to podkreślić. Potrafiła walczyć o swoje już na początku swojej kariery, wtedy, gdy jej gwiazda dopiero wschodziła. Doskonale obrazują to jej wspomnienia z planu komedii Howarda Hawksa: „Pamiętam dzień, kiedy dostałam rolę w filmie Mężczyźni wolą blondynki. Jane Russel była w nim brunetką, ja blondynką. Ona wzięła za ten film dwieście tysięcy dolarów, a ja dostawałam swoje pół tysiąca na tydzień, ale dla mnie stanowiło to znaczną sumę. Jane była dla mnie bardzo miła. Nie mogłam tylko dostać własnej garderoby. W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam: „Słuchajcie, to ja jestem blondynką, a przecież Mężczyźni wolą blondynki!”. Oni ciągle mi powtarzali: „Pamiętaj, nie jesteś gwiazdą”, więc powiedziałam: „Nieważne, czy jestem gwiazdą, czy nie, jestem blondynką!”.

59

strona


„Pamiętaj, nie jesteś gwiazdą”. Te słowa dźwięczały w uszach Monroe przez cały czas trwania jej kariery, zapewne aż do śmierci. Choć publika szalała na jej punkcie, środowisko filmowe nie akceptowało jej i nie chodzi tu tylko o aktorów, względnie aktorki, które mogłyby zazdrościć jej kariery, a producentów, reżyserów, ludzi, którzy ją zatrudniali. Było to dość irracjonalne. W końcu to jej nazwisko przyciągało do kin tłumy, to ona zarabiała na chleb, nie tylko swój, ale całej wytwórni, a mimo to często próbowano sprowadzić ją do parteru, uważając, że MM sprzedaje się tylko w błahych komediach. A przecież, żeby sprzedać się w komediach, trzeba mieć talent. Marilyn była arcymistrzynią komedii. Świetnie wyczuwała komediowy dialog. To dzięki niej Mężczyźni wolą blondynki, Jak poślubić milionera, Słomiany wdowiec oraz Pół żartem, pół serio przeszły do klasyki. Skoro Audrey Hepburn uhonorowano Oscarem za Rzymskie wakacje, jakby nie było – komedię, to dlaczego odmówiono tego MM? Warto nadmienić, że kreowanie wesołych, beztroskich kobiet, nie zawsze przychodziło jej łatwo, że wymagało od niej naprawdę dużo pracy, docenionej dopiero po jej śmierci. „Jestem niespokojna, zdenerwowana, rozkojarzona i wytrącona z równowagi – parę minut temu cisnęłabym srebrnym talerzem – w ciemny kąt na planie – wiedziałam jednak, że nie mogę sobie na to pozwolić, aby cokolwiek po sobie pokazać (…) Jestem zmęczona. Szukam sposobu na zagranie tej roli, przygnębia mnie całe życie odkąd sięgam pamięcią. – Jakże mogę grać taką wesołą, młodą, pełną nadziei dziewczynę – Wykorzystuję tę jedną niedzielę, kiedy miałam czternaście lat i byłam tym wszystkim tamtego dnia…” Marilyn wiele osiągała wyrazem oczu i ust, drobnymi, niemal przypadkowymi gestami. Była zjawiskowo fotogeniczna. Nawet po latach między nią a obiektywem daje się wyczuć chemię. Uwielbiała błyszczeć i wiedziała, jak się promować, jak stać się kimś, kto spełni oczekiwania ludzi. Po włączeniu kamery, stawała się niezwykłą, absolutnie olśniewającą istotą. „Gdy człowiek na nią patrzył, odnosił wrażenie, że gdyby ją ugryźć, to wypłynęłyby z niej mleko i miód” – wspominał Franz Kline.

Marilyn Monroe nigdy nie dostała Oscara ani nawet żadnej nominacji do tej nagrody, a powinna. Poza tym, że na swoim koncie ma wiele rewelacyjnych ról, przez dekadę, dzień w dzień, zakładała maskę, po to, aby uszczęśliwiać publikę. Wiedziała przy tym, że branża jej nie toleruje, a nawet miała o to lekki żal, zwłaszcza o rozpuszczane na jej temat plotki. Może dlatego w jej zapiskach znalazły się te oto słowa: „Sama!!!!! Jestem sama – zawsze jestem sama, cokolwiek by się działo”. MM sprawiała wrażenie miłej, łagodnej i bezradnej. Pod tą udawaną bezradnością kryła się jednak kobieta świadoma tego, co chce uzyskać, która swoją sławę zawdzięczała nie tylko urodzie, ale też ogromnej determinacji, sile i inteligencji. Kobieta, która jako dziecko doświadczyła odrzucenia, upokorzenia i braku miłości, przez co im wyżej się pięła po szczeblach kariery, tym bardziej bała się upadku. Nie dowierzała komplementom, zawsze oczekiwała, że nie podoła, pomyli się, a podziw się skończy. Żeby tylko wiedziała, w jak dużym była błędzie… Choć minęło pięćdziesiąt lat, my wciąż oglądamy jej filmy, rozmawiamy o niej, inspirujemy się jej stylem. Czy można więc nazwać ją głupią kobietą? Nie sądzę. Według miesięcznika „Forbes” tylko w ubiegłym roku MM zarobiła skromną sumkę 27 milionów dolarów, co uplasowało ją na trzecim miejscu wśród najlepiej zarabiających nieboszczyków. Jej wizerunek przetrwał już pół wieku i pewnie przetrwa kolejne pięćdziesiąt, sto i więcej lat. Bo Monroe to kino w czystej postaci.

Cytaty zostały zaczerpnięte z książek „Metamorfozy Marilyn Monroe” Davida Willsa (wyd. ZNAK) oraz „Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy” (Wydawnictwo Literackie).

Nie uważała się jednak za towar, pomimo tego, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że właśnie tak ją postrzegają. Nigdy też nie rozumiała pojęcia symbolu seksu, który jej przypięto. „Zawsze sądziłam, że symbole to pojęcia, które się z sobą kojarzą! Kłopot w tym, że symbol seksu staje się przedmiotem. Nie znoszę być traktowana jak przedmiot, ale jeśli już mam być symbolem czegoś, to lepszy seks niż inne rzeczy, dla których też wymyślono jakieś symbole”. Była świadoma tego, że jej gra nie kończy się wraz z opuszczeniem planu. Poza nim musiała być Marilyn – głupiutką, seksowną, słodko uśmiechającą się blondynką ery atomowej, której zadaniem było rozpalić wyobraźnię wszystkich, którzy wlepiali w nią wzrok, gdziekolwiek się nie pojawiła. Praca na pełen etat. Dwadzieścia cztery godzinę na dobę. Siedem dni w tygodniu. Gdzie czas dla Normy? „Była piękną skorupą (…) Grała rolę amerykańskiej ikony seksu. Gruchała jak gołąbek. Pozowała do zdjęć. Potem żegnała się i schodziła z pola widzenia. Niepotrzebny już uśmiech natychmiast znikał” - wspominał Albie Pearson, baseballista Los Angeles Angels.

strona

60


foto ANABELL PHOTOGRAPHY model JULIA CISZEWSKA stylist/make-up ANNA WRÓBEL

Do stworzenia sesji zainspirowała mnie pasja modelki, którą jest jazda konna. Postanowiłam wykonać zdjęcia z mrocznym makijażem i prostą, klasyczną stylizacją. Wydawało mi się, że zdjęcia w towarzystwie białego konia nadadzą im jeszcze bardziej mroczny charakter, a jednocześnie nieco baśniowy styl całej sesji. Dodatkowo mroczny makijaż modelki jeszcze lepiej prezentował się na tle białego konia.

strona

62


strona

64


65

strona


strona

66


67

strona


PORADNIK PERFEKCJONISTKI BABSKIE PORADY Z PRZYMRUŻENIEM OKA

10 PRZYKAZAŃ FASHION VICTIM Największą radość sprawia ci chwila, kiedy przekraczasz próg galerii handlowej. Adrenaliny dostarcza ci każda wizyta w sklepie z ubraniami. Zamawiasz wszystkie, ale to wszystkie newslettery sklepów odzieżowych. Na twoją komórkę przychodzą specjalne, promocyjne smsy. Ze śmiertelną powagą i dumą w głosie (oraz w rozkosznym, wyniosłym grymasie, tak ostentacyjnym, aż ci zmazuje szminkę z ust) oznajmiasz wszystkim, że jesteś fashion victim! Hola, hola koleżanko! Na miano ofiary mody trzeba sobie zasłużyć. Zanim więc wyjawisz światu swój sekret, przekonaj się czy należysz do grona wybrańców. Drogie Panie, oto kilkanaście złotych zasad każdej fashion victim: 1. Topografię powierzchni handlowych znasz lepiej niż drogę do szkoły własnej córki. No tak, w komórce masz przecież nawigację GPS. Podczas nowej dostawy ciuchów w popularnej sieciówce nie masz czasu na nic, a już tym bardziej na myślenie. Opanowanie do perfekcji rozkładu hali sprzedażowej daje ci przewagę nad konkurentkami. Co jak co, ale zaraz po otwarciu sklepu, to ty jesteś pierwsza przy regałach z przecenionymi butami! [Who’s the bitch, now?] 2. W CV masz wpisaną umiejętność rozpoznawania luksusowych marek i odróżniania ich od podróbek oraz znajomość języka fashion. Twoi znajomi nie mają pojęcia, co znaczy hair cuff, clutch czy wedges, ale na Boga - WHO CARES? 3. W kalendarzu na czerwono zakreślasz ważne daty: 26.06, 4.07, 1.08 - odznaczając kolejno: New Zara online store, Mango new collection... Dzień Matki przegrywa u ciebie z wyprzedażami w H&M, ale kto by tam przejmował się takim świętem! 4. Nowy samochód kupujesz według własnego uznania. Nie interesuje cię jego rocznik, przebieg czy stan silnika. Ma pasować do ulubionej torebki.

69

strona

5. Paragraf z Kodeksu Cywilnego o prawach konsumenta recytujesz poprawniej niż „Pana Tadeusza”. W końcu nikt tak często jak ty nie robi zwrotów. 6. Na czas wyprzedaży bierzesz urlop. No heloł, takie okazje zdarzają się tylko dwa razy do roku. Jak mogłabyś z tego nie skorzystać? Gran Canaria? Eeee, wyjazdy zagraniczne są dla leszczy! 7. Dwa - dokładnie tyle razy Twoje ubrania dostępują zaszczytu opuszczenia szafy. I to w najlepszym wypadku. Każda większa liczba = faux pas. Lub po ludzku: to zbrodnia przeciwko ludziom mody. 8. Zrezygnowałaś ze studiów/racjonalnego odżywiania (ludzie mody nie jedzą), by za czesne kupić sobie torebkę Birkin. Co prawda jeszcze jej nie masz, bo jesteś 750-ta na liście oczekujących, ale już na samą myśl, że za rok będziesz świeciła nią po oczach koleżankom, czujesz dreszcze. 9. W sklepie nigdy nie mierzysz ubrań - bierzesz jak popadnie, ważne, by miały dobrą metkę lub cenę. 10. Jesteś wiecznie nieszczęśliwa, bo codziennie pojawia się tyle rzeczy ‘must have’, które przyprawiają cię o zawrót głowy i palpitacje serca, i które musisz mieć teraz, zaraz, natychmiast! Niestety gdyby połączyć wypłatę twoją i twojego męża starczyłoby akurat na jedną parę butów… Dekalog przyswojony? Teraz już wiesz, czy rasowa z ciebie fashion victim. Jeśli nie – nic straconego! Jak mawia stare przysłowie „ćwiczenie czyni mistrza”. W tym sezonie spraw sobie koniecznie buty z metalowym szpicem. I co z tego, że tak naprawdę uważasz je za wstrętne i niewygodne. Są modne i właśnie o to w tym wszystkim chodzi!


TOP BLOG

K COME KAROLINA Polka z temperamentem, tak śmiało można powiedzieć o Karolinie, która porzuciła pracę marzeń wielu młodych dziewczyn zafascynowanych modą i dla miłości przeniosła się do Włoch. Czyż to nie jest romantyczne? Z pasji, miłości do mody, ale i przystojnego (tak myślimy) Włocha porzuciła ojczysty kraj i przeprowadziła się do jednego z najlepszych modowych miast. Dlaczego więc zaczęła prowadzić bloga http://kcomekarolina.blogspot.com/? Czy pokazuje na nim inne, modowe życie? Na te i inne pytania postaramy się uzyskać odpowiedź. Mnie najbardziej nurtuje jak to jest na Fashion Week w Medliolanie?! Myślicie, że już była? :D Zapraszamy na wywiad i bloga Karoliny.

strona

70


1. Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogowaniem? Czym dla Ciebie jest Twój blog? Trzy lata temu pracowałam jako stylistka (mam na koncie współpracę z MTV Polska, TVN, VIVA Polska, BRAVO GIRL, Echo Fashion, Magazyn Moda&Styl, i wieloma innymi). Potem zdradziłam mode zakochując się we Wlochu… ale niedlugo po przeprowadzce do Rzymu zaczęłam pisać moj blog k come karolina - po przetlumaczeniu znaczy k jak karolina, nazwa wziela sie z ciągłych problemów - włosi wciąż piszą moje imię zaczynajac od „C” nie od „K”). Pomysł zrodził sie nagle, z pasji, checi utrzymania kontaktu ze światem mody, ale także by moja mama mogła na bieżąco kontrolować co się u mnie dzieje i czy nie schudłam. W lekki i zabawny sposób piszę o modzie, trendach, zakupach, marzeniach i o moich perypetiach w Wiecznym Mieście. Blog szybko stał się bardzo ważną częścią mojego życia w Rzymie. 2. Co chcesz przekazać poprzez swojego bloga innym?   Moj blog nie ma „MISJI”, zaczęło się od tego, że prowadziłam go dla siebie i znajomych. Teraz grono „znajomych” się bardzo rozszerzyło, ale blog (mam nadzieje) nie nabrał jakiegoś niepotrzebnego „zadęcia”. 3. Zainteresowanie modą to hobby czy styl życia? To styl życia, a dla mnie również praca. Stała cześć mojego życia, nie wyobrażam sobie żeby było inaczej. 4. Jakie jest Twoje największe modowe marzenie? Mam zawsze masę marzeń, jak na razie udawało mi się je spełniać. Chciałam zostać stylistką, tworzyć stylizacje dla pism mody, współpracować z telewizją, być zaangażowana podczas produkcji pokazu mody. To się już udało. Lista marzeń do zrealizowania pozostaje wciąż dluga, ale nie chce zapeszać. 5. Czym się kierujesz tworząc swoje stylizacje? Co Cię inspiruje? Jak opisałabyś swój styl? Uwielbiam ubrania basic z jakimś mocnym dodatkiem, ciekawym naszyjnikiem czy butami, które przełamują całość. Uwielbiam dodatki vintage i etniczną biżuterię. Inspiracje najczęściej znajduje na innych blogach i codziennie spacerujac po Rzymie. 6. Rzecz, której nigdy nie pozbyłabyś się ze swojej szafy to... Moje spódnice maxi i boyfriend jeans. Odpowiednio zestawione mogą być idealne na każdą okazję. 7. Twoim modowym guru jest…? Dlaczego? Iris Apfel, umie zmieszać w swoich ubraniach tysiac kultur. Jest barwnym ptakiem Nowego Yorku. Chciałabym w jej wieku mieć tą samą energie i radość życia, które pokazuje poprzez swoje stroje. 8. Jak postrzegasz modę we Włoszech i czy bardzo różni się od polskiej?  Jest i lepiej i gorzej. Ogromna masa nastolatek chodzi w dre-

71

strona


sach 24h na dobę. Trzydziestolatki w infantylnych koszulkach z Myszka Miki to codzienność. Z drugiej strony jest duża grupa zadbanych, eleganckich Włochów i Włoszek. To właśnie ta niewymuszona, niebanalna elegancja wyróżnia Włochów. Świetne klasyczne kroje, awangardowe dodatki i piękne, nasycone kolory. 9. Byłaś już na Fashion Weeku w Mediolanie?  Byłam w Mediolanie na Fashion Weeku, ale zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu Targi Pitti Uomo i Pitti Immagine, które odbywają się we Florencji. Dużo bardziej innowacyjne, dużo więcej młodych marek, dużo więcej kreatywności.  10. Gdzie najczęściej robisz zakupy? W internecie. Odkąd pracuje w typowych „biurowych” godzinach, po pracy nie mam już siły i checi biegać po centrach handlowych, ten tłok, kolejki do przymierzalni, chaos na półkach. Wolę usiąść na kanapie i przejrzeć kilka sklepów online. 11. Gdybyś trafiła szóstkę w totka, jaki ciuch/dodatek kupiłabyś w pierwszej kolejności? Klasyczne, czarne wysokie obcasy od Prady. Uznałabym to za inwestycje w przyszłość :P 12. Twój ulubiony trend w sezonie wiosna/lato 2012 to…? Piżamowe spodnie, choć sama jeszcze nie wypróbowałam. Wciąż szukam mojego idealnego modelu. 13. Jesteś zakupoholiczką? Moj chłopak tak uważa, ja się oczywiście z nim nie zgadzam. A na potwierdzenie tego porównuje wielkość mojej szafy z tymi, w których posiadaniu są moje przyjaciółki.

strona

72


CO ZA

SZYCIE „Przeróbki, materiały, nowe stylizacje, dodatki – jak

to zrobić? Tu znajdziecie porady krok po kroku, jak zmienić swoje stare ciuchy w nowe. Tylko my pokażemy Wam, jak szyć w domowych warunkach.”


Czy to już koniec wakacji? Oby nie!!! Mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będziemy mogli cieszyć się słońcem i wysokimi temperaturami. Bo nie lubię rozstawać się z latem! Właśnie dlatego postanowiłam uszyć coś, co będzie mi przypominać o wakacjach. Lekka, zwiewna bluzeczka z delikatnego materiału przyda się każdej z nas! Do jej wykonania będziemy potrzebowały metr materiału, najlepiej zwiewnego jedwabiu. Ja oczywiście postawiłam na miętę. Do tego – elastyczne nici w kolorze materiału, nożyczki, szpilki, mydełko oraz krzywik. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie to proste! Szyjemy! Materiał składamy na pół. Najpierw odrysowujemy przód. Potem tył bluzki. Możecie posłużyć się gotowym wykrojem lub własną bluzką, którą bardzo lubicie. Tak właśnie zrobiłam ja. Zaczęło się od tego, że wymarzyła mi się bluzka – z przodu krótsza, z tyłu dłuższa. W końcu to hit tego sezonu. Pomyślałam sobie, że uszycie takiej bluzki na pewno nie jest trudne i… miałam rację! Za wzór posłużyła mi stara, workowata bluzka. Położyłam ją na materiale. Odrysowałam przód i tył (tył materiału zaokrągliłam). Następnie wycięłam formę. Przód z tyłem spięłam szpileczkami. Zmierzyłam. Bluzka układała się dobrze, była równa, nie marszczyła się. Przeszłam więc do kolejnego etapu. Przód bluzki skróciłam oraz zaokrągliłam. W jaki sposób? Przód bluzki składamy na pół. Za pomocą krzywika odrysowujemy na materiale łuk. Odcinamy zbędny materiał, a następnie znowu spinamy przód z tyłem i sprawdzamy, czy wszystko dobrze się układa. U mnie tak a u Was? Jeśli jest ok – szyjemy! Proponuję od razu zasiąść do overlocka. Jest szybciej i wygodniej, ponieważ za jednym zamachem zszywamy oraz wykańczamy krawędź materiału. Najpierw zszywamy ramiona a później boki. Następnie obrębiamy krawędzie dekoltu, rękawków i dołu. Po obrębieniu krawędzi przesiadamy się na stebnówkę. Ramiona i boki wzmacniamy ściegiem prostym. Dlaczego? Ścieg overlockowy jest elastyczny i nie tak mocny jak zwykły stebnowy. Szwy wykonane overlockiem mogą się rozejść. Właśnie dlatego warto je wzmocnić! Teraz przechodzimy do wykończenia dołu, rękawków i dekoltu. Dół podwijamy na 0,5 centymetra i szyjemy po prawej stronie. Tak samo robimy z dekoltem i rękawkami. Trwa to około 20 minut. Na koniec zaprasowujemy szwy i voilà! Bluzka gotowa! Efekt?

Niech się dobrze nosi! Jeśli macie dodatkowe pytania piszcie: kontakt@ememshop.pl


foto JACEK RĘKAS www.rekasjacek.pl style&production PAULINA SZUMOTALSKA make up METAMORFOZY TR”JMIASTO model PATRYCJA /SUBMARINE Model Management


strona

82


MAKE UP MAKE UP! tekst ANITA BOHAREWICZ foto GRZEGORZ PAWŁOWSKI modelka ŻANETA PARANIAK

Makijaż idealny na imprezę, zwłaszcza wakacyjną. Lato się przecież jeszcze nie skończyło! Tym razem postawiłam na kolor. Oko mocno podkreśliłam brokatem w intensywnym kolorze, poliki różem, a usta neutralnym błyszczykiem. Oto, co uzyskałam! Przygotowanie twarzy rozpoczynamy od nałożenia kremu nawilżającego oraz bazy pod podkład. Równomiernie pokrywamy nimi twarz. Następnie nakładamy podkład i puder.

1. Makijaż oka zaczynamy od rozświetlenia powieki perłowym, ewentualnie satynowym cieniem. Matowym cieniem zagęszczamy brwi i podkreślamy ich kształt.

83

strona

2. Czarną kredką rysujemy kreskę wzdłuż górnej linii rzęs. Kreska ta ma nam pomóc przy nakładaniu brokatu. Ma wyznaczać granicę, której nie powinniśmy przekraczać.


3. Powiekę ruchomą pokrywamy brokatem. Do przyklejenia brokatu można użyć specjalnego kleju, albo zwykłego, bezbarwnego błyszczyka. Brokat najwygodniej przyklejać pędzlem do korektora (używałam pędzla z Sephory). Pędzel maczamy najpierw w błyszczyku, później w brokacie, następnie przykładamy do powieki. Robimy tak kilka razy, aż brokat dokładnie przykryje powiekę. Aby wzmocnić kolor, przed nałożeniem brokatu, powiekę można pokryć cieniem w podobnym kolorze.

4. Czarnym eyelinerem poprawiamy, wzmacniamy i w razie konieczności nieco wydłużamy kreskę.

5. Rzęsy starannie tuszujemy. Dla lepszego efektu można pokusić się o przyklejenie sztucznych rzęs, albo chociaż kępek. Wszystko zależy od gęstości i długości naturalnych rzęs

6. Poliki najpierw lekko konturujemy, potem muskamy różem. Aby nie odciągać uwagi od oczu, usta malujemy błyszczykiem. Voilà!

Baza pod makijaż: Lirene, Podkład: Bourjois Healthy Mix, Puder: Max Factor Professional Loose Powder, Perłowy cień do powiek: paletka Naked (kolor Sin), Cień do brwi: Inglot, Czarna kredka: Victoria’s Secret, Brokat: MAC (nr 58), Eyeliner: Artdeco (w pisaku), Maskara: Rimmel Extra Super, Róż: Bell 2Skin Pocket Pressed Rouge (No:051), Błyszczyk: Bourjois Eau de gloss (12 moka frappé).

strona

84


foto PIOTR NICIEJEWSKI www.freezamoment.tumblr.com hair MAGDALENA NICIEJEWSKA make up KASIA LAMENT models brunetka HONORATA WOJCIECHOWSKA blondynka JAŚMINA PAWLAK

85

strona


strona

86


87

strona


strona

88


89

strona


strona

90


91

strona


strona

92


93

strona


OKIEM STYLISTKI KILKA SŁÓW O SZPILKACH Diamonds are a girl’s best friend. Tak przynajmniej twierdzą autorzy tej rozsławionej przez Marilyn Monroe piosenki, Jule Styne i Leo Robin. I coś w tym jest, pod warunkiem, że ma się dość zasobny portfel, lecz kto go ma? Na pewno nie my, zwykłe szaraki. Właśnie dlatego większość kobiet znajduje pocieszenie w butach, które są lekiem na każde zło. Bo czy istnieje coś, poza czekoladą, co wprawia nas w lepszy nastrój od nowej pary szpilek? Wątpię! To właśnie szpilki dodają nam pewności siebie, podkreślając nasze wspaniałe nogi. To dzięki nim przeżywamy chwile wielkiej, acz ulotnej radości, zwłaszcza wtedy, gdy uda nam się upolować wypatrzony wcześniej model po dość okazyjnej cenie. Kupując szpilki kierujemy się trendami. Stawiamy na modny kolor lub model. I właśnie tu popełniamy błąd. Bo warto przyjrzeć się nie tylko temu, co króluje na ulicach, ale też swojej sylwetce. Które buty wydłużą, a które skrócą optycznie nogi? Kobiety o szerokich biodrach, udach i dużej pupie powinny zainwestować w szpilki z wąskim czubkiem, niekoniecznie wysokie, ważne, by były to jednak szpilki, ewentualnie czółenka, przy krótkich nogach – najlepiej głęboko wycięte. Czego powinny unikać? Na pewno butów o zaokrąglonych czubkach, chyba, że uda się je ukryć pod szerszymi nogawkami, a także pasków wokół kostki, ponieważ skracają optycznie nogi, przez co podkreślają krągłość sylwetki. Aby nogi wydawały się dłuższe i szczuplejsze, buty i rajstopy powinny być w tym samym kolorze. Pamiętajcie! Wydłużone, ostro zakończone noski stanowią przeciwwagę dla szerokiej sylwetki!

Szczupłe kobiety o nogach jak do nieba tylko z pozoru we wszystkim wyglądają dobrze. Zamiast niebotycznie wysokich szpilek z ostro zakończonymi czubkami, powinny nosić buty z zaokrąglonymi noskami, paskami wokół kostki, najlepiej botki, baleriny, płaskie oficerki bądź sztyblety. Chodzi o podzielenie długiej linii nóg, nadanie im krąglejszego kształtu. Kobiety o niewielkim wzroście, aby wydłużyć nie tylko nogi, ale też całą sylwetkę, powinny zainwestować w kryte buty o spiczastych noskach. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wysokie szpilki z bardzo ostrymi, długimi czubkami. Tego typu buty mogą wydawać się nieproporcjonalnie długie w stosunku do niewielkiego wzrostu. Choć brzmi to okrutnie, małe kobietki, powinny zrezygnować także z botków i paseczków wokół kostki… Ale czego się nie robi dla dobrego wyglądu i jeszcze lepszego samopoczucia. Jako, że mamy czas wyprzedaży, życzę udanych łowów!

strona

94


STYLOWE WNĘTRZA GOOD BOY & GOOD PUPPY tekst ANITA BOHAREWICZ

Do tych projektów na pewno trzeba podejść z dystansem. Trzeba też nie lada wiedzy i talentu, by umiejętnie wtopić je w resztę mieszkania. Oto propozycja dla tych, którzy uwielbiają mieszać rozmaite style i to nie tylko w ubiorze! Zabawne czy nieprzyzwoite? Naszym zdaniem zabawne. Właśnie dlatego o nich piszemy. Chodzi o robiące kupę psiaki, dość kontrowersyjne lampy, które przełamują tabu, aktualne również u nas. Psie odchody, i w sumie nie tylko psie, napawają obrzydzeniem. O kupie nie lubimy ani mówić, ani tym bardziej na nią spoglądać. Pewnie dlatego te zaprojektowane przez polskiego designera lampy wywołują tak skrajne emocje. Trochę na wyrost skrajne, bo czy widok pupila w tej dosyć intymnej sytuacji, podczas załatwiania się na trawniku, jest nam obcy? Nie! Prawdopodobnie chodzi po prostu o to, że nie każdy czuje się komfortowo na myśl o tym, że lampę włącza się poprzez wdepnięcie w… gówno. Lampy Good Boy oraz Good Puppy powstały z myślą o wystawie, organizowanej w londyńskim metrze przez fundację Art Below. Choć zostały zaakceptowane przez organizatora, koniec końców nie pojawiły się na niej, ponieważ władze metra uznały je za obraźliwe. No tak. Nagle okazało się, kto tu jest panem, bo kto po kim sprząta? Czarne. Z matowym wykończeniem. Stylowe. Dodadzą wnętrzu charakteru. Mniejszy piesek kosztuje £1000, większy £2500. Lampy można nabyć na stronie designera www.whathisname.co.uk.

95

strona


foto KARAMELL STUDIO (A. Kozub, R. Kwaśniak) stylist MARTA PYPŁACZ make up KLAUDIA MUSZER model SARA SYPOSZ


99

strona


BE A MAN 1

2

4 5

101

strona


7

8 9

11 13

1. Zegarek www.triwa.com 2. Garnitur www.hm.com 3. Szal www.shwrm.pl/marki/sis-colorful-b.html 4. Tshirt www.sklep.popkiller.pl 5. Pasek www.galanteriaskorzana.com.pl 6. Bluza z Reniferem www.spreadshirt.pl 7. Maszynka Philips www.agito.pl 8. Buty www.spartoo.pl 9. Deskorolka www.sklep-presto.pl 10. Nerka www.skateboard.pl 11. Okulary www.shwrm.pl/akcesoria/okulary/7420_voto-eyewear-voto-p.html 12. Muszka www.facebook.com/madoxdesign 13. Bokserki www.hm.com 14. Diablo 3

strona

102


POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI tekst MARTA KAPRZYK

Filmy animowane już dawno przestały być gatunkiem zarezerwowanym wyłącznie dla dzieci. Przeciwnie, niejednokrotnie dają zupełnie nowe możliwości dla opowiedzenia historii i nie unikają trudnych tematów. Z drugiej strony, pokusa artystycznego szaleństwa bywa zbyt duża i nierzadko strona wizualna filmu staje się nieporównywalnie ważniejsza, niż jego fabuła. Bajki dla dorosłych bywają jednak naprawdę fascynujące.


Porozumienie międzypokoleniowe Filmy Sylvaina Chometa to jedne z najpiękniejszych animacji ostatnich lat: jako pierwszy swoją delikatną kreską i charakterystycznym stylem rysunku (czarująco niewymiarowe postacie z czasami wręcz groteskowo uwydatnionymi cechami wyglądu), a także klimatyczną muzyką i niemal brakiem dialogów zachwycał film „Trio z Belleville”. Reżyserowi kładącemu taki sam nacisk na brzydotę jak i piękno prezentowanego świata udało się opowiedzieć poruszającą, ale jednocześnie ciepłą i zabawną historię Madame Souzy i jej wnuka kolarza, rozgrywającą się we Francji tuż po II Wojnie Światowej, w którą zamieszane jest porwanie, mafia i tytułowy, nieco zapomniany przez publiczność, zespół muzyczny. Na kolejny film Chomet kazał czekać publiczności aż siedem lat. Tym razem przeniósł akcję do Edynburga, jednak jednym z tematów przewodnich obrazów pozostały różnice i relacje międzypokoleniowe. „Iluzjonista” to opowieść nieco smutniejsza, ale równie finezyjna pod względem plastycznym. Tytułowy bohater, magik Tatischeff, tuła się po całym kraju w poszukiwaniu możliwości dania chociaż jednego przedstawienia. Niestety, mieszkańcy wielkich miast są znudzeni i wychodzące z kapelusza króliki czy wyczarowywane za pazuchą bukiety nie robią na nich wrażenia. Tatischeff odnosi jednak prawdziwy sukces w zapomnianej, małej wiosce pełnej roześmianych, rozrywkowych ludzi, lubiących dobrą zabawę i alkohol. Kontrastem dla mieszkańców wioski jest Alice – dziewczynka, która ciężko pracuje w karczmie i wierzy w każdą sztuczkę tytułowego bohatera, nazywając go czarodziejem. Tatischeff i Alice wspólnie opuszczają prowincję. Ich relacja to w efekcie jeden z najsmutniejszych wątków filmu: mężczyzna traktuje ją trochę jak córkę, trochę jak bardzo delikatną, wymagającą absolutnego oddania i troski szklaną figurkę, a jednocześnie jedynego kompana ciężkiego i przykrego życia. Troszczy się o nią i próbuje rozpieszczać, a ona wykorzystuje tę dobroć, co wynika bardziej z dziecięcej naiwności, w której piękne buty i wytworne płaszcze można wyczarować z taką samą łatwością, jak królika z kapelusza, niż zepsucia czy złej woli. Mimo to przejmująca samotność obojga głównych bohaterów oraz ich nie do końca wzajemna relacja nie odbierają filmowi ogromnego wdzięku. Równie słodko-gorzką opowieść o przyjaźni międzypokoleniowej serwuje Adam Elliot - trochę młodsza i bardziej odważna w kwestii dobierania tematów wersja Nicka Parka, autora legendarnej plastelinowej sagi o fajtłapie Wallace’ie i jego oddanym, superinteligentnym psie Gromicie. „Mary i Max”, debiutancki pełnometrażowy film Elliota (za swoją krótkometrażówkę „Harvie Krumpet”, w której głównym bohaterem jest młodzieniec chory na zespół Tourette’a reżyser otrzymał Oscara) to plastelinowy dramat obyczajowy. Mary jest małą, zakompleksioną dziewczynką z Australii, a Max – otyłym nowojorczykiem cierpiącym na zespół Aspergera (przejawiający się w jego wypadku upośledzeniem umiejętności społecznych i posiadaniem dziwacznych, obsesyjnych zainteresowań). Zbieg okoliczności sprawia, że Mary i Max zostają korespondencyjnymi przyjaciółmi i od tej pory poznają nie tylko siebie nawzajem, odkrywając wszystkie blaski i cienie życia w bardzo przygnębiających rzeczywistościach, ale i swoje własne słabości. Ta korespondencja przynosi nareszcie odrobinę blasku dla ich przykrego i wyboistego życia, w którym za najlepszych przyjaciół do tej pory można było uznać złotą rybkę czy szafkę z batonami. To, co łączy film Adama Elliota z twórczością Sylvaina Chometa to nie tylko relacje międzypokoleniowe, ale także to, że przykre historie oprawione są w piękną warstwę plastyczną, która nie przykrywa historii, przeciwnie: w mistrzowski sposób wzmacnia ich odbiór emocjonalny.


Problemy dorosłości Równie pięknie zrealizowaną animacją jest film „Chico i Rita”. Co więcej, w filmie Fernando Trueby, Javiera Mariscala i Tono Errando warstwa wizualna wspierana przez piękną muzykę – na którą składają się nie tylko kubańskie bolero czy bossa nova, ale także świetnie oddany moment ewolucji i najbujniejszego rozkwitu jazzu – oraz niezwykły klimat portretowanej Kuby (a później również Nowego Jorku) próbuje przykryć nieco banalną fabułę. Warto jednak przymknąć na to oko, bo „Chico i Rita” to jedna z najbardziej porywających filmowych historii miłosnych ostatnich lat. Dwójka tytułowych bohaterów spotyka się pewnego wieczoru w Hawanie. Ona jest utalentowaną piosenkarką, on - najlepszym pianistą na Kubie (akcja filmu kilka razy przenosi się do najsłynniejszego klubu w Hawanie - La Tropicany. Ten sam klub i historia jego właściciela pojawiła się wcześniej w filmie „Hawana – miasto utracone” Andy’ego Garcii, bardzo dobrze zrealizowanego filmowego opisu wielu wymiarów rewolucji kubańskiej). Chico i Rita spędzają ze sobą upojną noc i rozstają się, by ich drogi w przyszłości mogły wielokrotnie się przecinać, łączyć i rozchodzić, formowane przez ich kariery, intrygi czy urażoną dumę. Co w tym filmie boli najbardziej to pojawiające się po seansie przeświadczenie, że bohaterowie starają się o siebie zbyt mało, jakby zależało im niewystarczająco mocno i jakby nie chcieli wziąć swojego życia tak zupełnie na serio we własne ręce. Zupełnie przeciwnie, niż w przypadku jednego z bohaterów filmu Tatii Rosenthal „$9.99” na podstawie prozy Etgara Kereta. Dave, mieszkający z ojcem lekkoduch, za tytułową sumę kupuje poradnik i ma nadzieję, że dzięki niemu nie tylko zmieni swoją postawę, ale także pozna odpowiedź na pytanie „jaki jest sens życia”. Historia Dave’a splata się z losami innych mieszkańców tego samego blokowiska. Ich drogi przecinają się w windzie czy klatce schodowej, a problemy, z którymi mierzą się każdego dnia są zazwyczaj, delikatnie mówiąc, niecodzienne. Rozczulający staruszek Albert z samotności uwielbia zabawiać rozmową dzwoniące do niego telemarketerki, a pewnego dnia przyjmuje pod swój dach anioła-frustrata. Mały chłopiec tak bardzo przywiązuje się do swojej świnki-skarbonki, że zrobi wszystko, by nie pozwolić jej rozbić. Lenny gotów jest spełnić wszystkie zachcianki swojej dziewczyny, modelki Tanity, której największym fetyszem są bezwłosi mężczyźni. Marcus Parcus to iluzjonista tonący w długach… Historie znane z opowiadań Etgara Kereta zostały połączone zgrabną klamrą mikro-


społeczności jednego blokowiska. W efekcie, „$9.99” to powykrzywiane, ale jednocześnie bardzo prawdziwe zwierciadło naszej wspólnej rzeczywistości, a oglądanie animowanej nie-bajki może okazać się autentycznym katharsis. Polityka Bardzo podobne (jeśli nie mocniejsze!) uczucia przynosi „Walc z Bashirem” Ariego Folmana, czyli nagrodzony Złotym Globem animowany dokument. Ten poetycki, a jednocześnie bardzo realistyczny film rozpoczyna się niepokojącym obrazem rodem z największego koszmaru głównego bohatera: każdego dnia ściga go 26 rozjuszonych psów. Dochodzi on do wniosku, że wizja musi mieć związek z (obowiązkową) służbą w izraelskiej armii, wraz z którą w 1982 roku wkroczył do Libanu. Podczas trwającej wtedy wojny domowej, w dwóch obozach oddziały libańskiej policji dokonały masakry na palestyńskich uchodźcach, przy niemym przyzwoleniu armii izraelskiej, odrętwiałej własną biernością. Reżyser (będący jednocześnie protagonistą filmu i głównym reportażystą) wymazał te wydarzenia z pamięci i po wielu latach, z pomocą psychologa i innych świadków wydarzeń próbuje odtworzyć ich przebieg. Nie jest to jednak najważniejsze. To, co najbardziej frapuje (i boli) Folmana to bezradność wobec działań wojennych jednostek, które zostały w nie wtłoczone siłą, a także przymus zabijania, któremu zostały poddane. „Walc z Bashirem” stał się dla reżysera więc również swoistą autoterapią. Prawdopodobnie tym samym, czym dla Marjane Satrapi był zaprezentowany publiczności rok wcześniej film „Persepolis”. Reżyserka (wspólnie z Vincentem Paronnaudem) i jednocześnie autorka scenariusza (oraz graficznej powieści, na której oparty jest film) opowiada poruszającą historię swojego dzieciństwa, przypadającego na okres rewolucji islamskiej w Iranie i na które cieniem kładł się strach i religijny fanatyzm. Teheran w oczach inteligentnej, błyskotliwej dziewczynki, a później nieco zbuntowanej nastolatki, to miasto pełne skrajności. Obraz przemian politycznych jest o tyle bardziej fascynujący, że pryzmatem dla nich nie są wyłącznie czyste historyczne fakty, ale także dojrzewanie Marjane. Niemal całkowicie czarno-biała animacja nie uznaje efekciarstwa, ujmuje i porusza swoją prostotą i oryginalnością scenariusza (w którym nie brakuje również elementów humorystycznych) czy, tak jak w „Walcu z Bashirem”, pięknymi elementami poetyckimi. Przyszłość (pre- i post-)apokaliptyczna Polityczna przeszłość frapuje filmowców równie mocno jak przyszłość. W ich wizjach Ziemia jawi się najczęściej jako stechnologizowany i poddany całkowitej globalizacji przedsionek Apokalipsy. Nie inaczej jest w filmie „Renesans”. Reżyser Christian Volckman przenosi nas w rok 2054, gdzie w skomplikowanym labiryncie paryskich ulic Karas, oficer policji, poszukuje zaginionej Ilony, młodej i nieprzeciętnie inteligentnej pani naukowiec. Jak się później okazuje, stawką w rozgrywce, w której udział bierze także Avalon, potężna firma zatrudniająca kobietę, jest tajemnica nieśmiertelności. Volckman w swojej czarno-białej animacji nawiązuje klimatem do „Łowcy Androidów” Ridley’a Scotta i „Sin City” Roberta Rodrigueza i Franka Millera (we współpracy z Quentinem Tarantino), niestety gubiąc po drodze niepokojącą (i porywającą) atmosferę, którą wprowadza początek filmu. Zbyt duże nagromadzenie postaci i pobocznych wątków sprawia, że film staje się kolejną bajką o ludzkich skłonnościach do destrukcji, niewiele jednak pozostawiając na najbardziej tu fascynujące kwestie etyczne.

105

strona


Jeszcze bardziej przerażającą wizję Ziemi za kilkadziesiąt lat (w której to wszystkie najważniejsze i funkcjonujące jeszcze miasta europejskie połączone są superszybkimi i nieskończenie długimi liniami metra) roztacza Tarik Saleh w swojej animowanej „Metropii”. Główny bohater filmu, Roger nie jest zadowolony ze swojego życia: ma nieciekawą pracę, a jego dziewczyna najwyraźniej interesuje się innym mężczyzną. Sytuacja Rogera odmienia się, gdy na swojej drodze spotyka piękną Ninę, znaną mu z reklamy najpopularniejszego ziemskiego szamponu i wraz z nią rozpoczyna walkę z korporacją, która kontroluje umysły Europejczyków. Świat Saleha jest mroczny, żeby nie powiedzieć obskurny. Jego bohaterowie są odrętwiałymi pionkami w rękach wszechmocnych szefów korporacji, wzbudzają współczucie, a świat, w którym przyszło im żyć strach. „Metropia” to jednak film o wydźwięku pozytywnym, bo poza tym, że serwuje dawkę naprawdę niezłej sensacji, kończy się happy-endem. Jak w rasowej bajce! * * * Oglądanie filmów animowanych może być swoistym powrotem do przeszłości. Oczywiście, produkcje Disney’a (także te oldschoolowe), studia Pixar czy Dream Works do tej pory mogą nas zachwycać, jednak w nowoczesnych kreskówkach nie chodzi tylko o przypominanie sobie dzieciństwa. Przeciwnie: odkrywanie nowatorskich, nierzadko przepięknych wizualnie, odważnych, a czasami prześmiewczych czy wręcz obrazoburczych filmów animowanych wymaga od nas ciekawości czy wrażliwości. Jednak zdecydowanie dalekiej od dziecięcej…

strona

106


POLECAMY Amy. Moja córka Mitch Winehouse (wyd. SQN) tekst

ANITA BOHAREWICZ

Nagłe odejście Amy Winehouse nie było zaskoczeniem. Za sprawą mediów, co chwilę informujących o pijacko-narkotycznych wybrykach piosenkarki, wiele osób już dawno postawiło na niej krzyżyk, zastanawiając się, kiedy w końcu „zachleje się na śmierć”. Gdy doszło do tego, media podniosły lament. Bo nagle okazało się, że Amy była kimś więcej niż zapijaczoną ćpunką, że była niezwykłą, utalentowaną i wyjątkowo życzliwą dziewczyną, gwiazdą na miarę Arethy Franklin… Pewnie dlatego ojciec Amy pokusił się o napisanie tej książki, sprostowanie wielu niedorzecznych informacji, które docierały do prasy, obrażając dobre imię jego córki, ale też jego, jako ojca, który zdaniem opinii publicznej patrzył na wszystko z przymrużeniem oka, który nie kiwnął palcem, aby pomóc swojej córce w walce z nałogiem. Listy, które otrzymywał, zwłaszcza ten, który można przeczytać na łamach tej książki, dobitnie świadczą o tym, że ludzie obwiniali go za to, co działo się z Amy. Czytając tę biografię starałam się dociec, dlaczego właściwie powstała. Biorąc pod uwagę, że dochód ze sprzedaży tej książki trafi na rzecz założonej przez rodziców Amy fundacji, wykluczam pieniądze. Podejrzewam, że Mitch chciał oczyścić się ze stawianych mu zarzutów, jakoby był złym ojcem. Książka ta z pewnością mu w tym pomogła, przy okazji stając się łakomym kąskiem dla fanów piosenkarki. Jakby nie było rysuje portret Amy z perspektywy osoby, która była jej szczególnie bliska i wyjątkowo przychylna, która walczyła o nią do końca i która nie omieszkała zamieścić na łamach tej książki wielu interesujących faktów z życia piosenkarki. Choć Mitch skupia się głównie na walce Amy z nałogiem, najpierw narkotykowym, później alkoholowym, oraz na związku z Blakem Civilem, bardzo dużo uwagi poświęca także muzyce. Z książki dowiadujemy się, co konkretnie zainspirowało Amy do napisania wybranych piosenek, jak przebiegał proces twórczy, skąd czerpała inspiracje, dlaczego nie lubiła śpiewać niektórych utworów, ani rozmawiać o swoich płytach, dlaczego sięgała po alkohol podczas występów na żywo. Poznajemy dziewczynę, która była bardzo otwarta, miła, opiekuńcza, niezwykle szczodra i to nie tylko w stosunku do swoich bliskich, ale też kompletnie obcych osób, przypadkowo poznanych na ulicy. Takiej Amy nie znaliśmy, ponieważ takie historie nie sprzedają się. Lepiej serwować ludziom obrazki posiniaczonej piosenkarki z liszajem na twarzy i w porwanych baletkach. Takie artykuły zrobią więk-

107

strona

szą liczbę odsłon, zwiększą sprzedaż brukowców… „Amy. Moja córka” to dość subiektywny obraz piosenkarki. Nie da się ukryć, że była ona oczkiem w głowie tatusia. Doskonale to widać po sposobie, w jaki Mitch pisze o swojej córce. Warto podkreślić, że nie zawsze w samych superlatywach. Biografia Amy zawiera wiele kolorowych zdjęć. Napisana jest prostym, lekkim i bardzo młodzieżowym językiem. Czasem może trochę za lekkim. Tak jakby Mitch bał się, że fani Amy, rekrutujący się w dużej mierze z młodych ludzi, nie będą chcieli czytać wynurzeń kogoś dużo od nich starszego. Niemniej jednak warto ją przeczytać, a czytając cieszyć się z każdej chwili spędzonej z Amy Winehouse.


Miłość i inne nieszczęścia reż. Alek Keshishian

Garbage – Not Your Kind of People wytwórnia Universal Music Polska

tekst

tekst

ANITA BOHAREWICZ

Miłość. Choć często mamy ją na wyciągnięcie ręki, rzadko potrafimy ją dostrzec. Tak przynajmniej przekonują nas twórcy komedii romantycznych, zwłaszcza ci hollywoodzcy. Alek Keshishian idzie w ich ślady. Robi to jednak w tak cudowny sposób, że nie sposób oderwać od tego filmu oczu. Bo tym, co wyróżnia „Miłość i inne nieszczęścia” na tle innych komedii romantycznych, to pełen błyskotliwych dialogów naprawdę świetny scenariusz! Jacks, przebojowa Amerykanka, pracuje jako asystentka w redakcji brytyjskiego Vogue’a. Poza światem wielkiej mody interesuje ją także życie uczuciowe przyjaciół. W związku z tym, że chciałaby, aby wszyscy byli szczęśliwi, z dużym zapałem łączy swoich przyjaciół w pary. Jej ofiarami padają współlokator Peter oraz zakręcona, nieco ekscentryczna przyjaciółka Tallulah, miłośniczka ciasteczek o nadzieniu haszyszowym i różnych drinków alkoholowych. Jacks pragnie znaleźć im drugą połówkę, lecz im bardziej się stara, tym gorzej jej to wychodzi. Sama, ze strachu przed zaangażowaniem, sypia ze swoim byłym. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy progi redakcji przekracza nowy asystent fotografa, przystojny Argentyńczyk Paolo. Życie Jacks coraz bardziej się wikła, doprowadzając do wielu zabawnych sytuacji. Pytanie brzmi – czy dziewczyna dostrzeże własną szansę na miłość, zanim będzie za późno? „Miłość i inne nieszczęścia” to komedia pozbawiona pompatycznych uniesień i wyciskającej łzy ścieżki dźwiękowej. To film, w którym idealnie wyważono elementy komedii, jak i romansu, w którym kapitalnie skompletowano obsadę. Powierzenie głównej roli przeuroczej i charyzmatycznej Brittany Murphy było strzałem w dziesiątkę. Tak samo jak jawne nawiązania do „Śniadania u Tiffany’ego” Blake’a Edwardsa, widoczne chociażby w strojach i makijażu Jacks. Obraz Keshishiana jest przewidywalny. Już z samego opisu można spokojnie wywnioskować, jak się zakończy, lecz taki właśnie ma być. W końcu to komedia romantyczna, w swoim gatunku – najlepsza: zawierająca świetne dialogi, okraszona wybornym angielskim humorem i bawiąca się różnymi filmowymi konwencjami. To przybrany obowiązkową wisienką torcik, którym można się delektować o każdej porze dnia i nocy. Wisienką jest oczywiście finał z udziałem Gwyneth Paltrow i Orlando Bloomem, który wymierza policzek wielkim hollywoodzkim, plastikowym i ociekającym lukrem romansidłom!

ANITA BOHAREWICZ

Shirley i chłopaki świetnie odnaleźli się w nowych realiach. Nagrali album, który śmiało można porównać do kultowego Version 2.0. Not Your Kind of People to wybuchowa mieszanka alternatywnego rocka, gdzieniegdzie ożenionego z elektroniką, coś, na co warto było czekać. Album został wydany nakładem STUNVOLUME – niezależnej wytwórni założonej przez członków Garbage. W wersji deluxe zawiera 15 utworów. Wszystkie piosenki, choć muzycznie zróżnicowane, trzymają równy, wysoki poziom. Na płycie nie brakuje zarówno mocnych kawałków (grunge’ujące „Man on a Wire”, ostre jak brzytwa „Battle in Me”, syntetyczny „I Hate Love”), jak i spokojnych ballad (leniwie ciągnące się „Not Your Kind of People”, lekko bluesowe „Sugar” czy oniryczne „Beloved Feak”). Singlowe „Blood of Poppies” czaruje doskonałym gitarowym riffem, przywodząc na myśl słynne „Push It”. To właśnie ta piosenka promuje ten doskonały pod każdym względem krążek. Muzyka wpada w ucho. Elektroniczne wstawki nie kłócą się z gitarowymi brzmieniami, których, jak przystało na Garbage, jest naprawdę dużo. Namiętnie eksploatowana tematyka miłosna nie przeszkadza. Pozostaje zadać pytanie – dlaczego tak długo czekaliśmy na ten album? Jak tłumaczy gitarzysta Garbage – Steve Marks – Nasz problem jako zespołu polegał na tym, że próbowaliśmy dopasować się do mainstreamu. W końcu uświadomiliśmy sobie, że nigdy tam nie będziemy. I w porządku. Teraz chcemy robić to, co sprawia nam radość. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo zależało im na mainstreamie. Cieszę się jednak, że w końcu sobie odpuścili. W przeciwnym razie czekalibyśmy na ten krążek o wiele dłużej. A tak… doczekaliśmy się czegoś na miarę Version 2.0. Not Your Kind of People to powrót do korzeni, album mocno nawiązujący do lat 90-tych, pokazujący, że nawet po latach można tworzyć solidną muzę. Krążek ten zawiera wiele świetnych utworów wymierzonych wprost w alternatywne listy przebojów. Jest tak dobry, że aż za krótki!

strona

108


ISLA

LIZZY

FISHER

wieczór

KIRSTEN

CAPLAN

DUNST

panienski

James Marsden Kyle Bornheimer Rebel Wilson Adam Scott www.hagi.pl

www.facebook.com/hagifilm

W KINACH OD 14 WRZEŚNIA


You


03

shot.mag.03  
shot.mag.03  

SHOTMAGAZINE NR 03

Advertisement