Issuu on Google+

Oliver Bowden Assassin’s Creed: Bractwo przekład: Przemysław Bieliński Copyright © for Polish Edition Insigns Media, 2011. Copyright © Ubisoft Entertainment. All Rights Reserved. Assassin’s Creed, Ubisoft, Ubi.com and the Ubisoft logo are trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries. First published in Great Britain in the English language by Penguin Books Ltd. in 2010.

Fragment 1: Podmuch zimnego wiatru Ezio przez jakiś czas trwał w bezruchu, otępiały i zdezorientowany. Gdzie się znajdował? Cóż to za miejsce? Gdy z wolna zaczął odzyskiwać władzę nad zmysłami, zobaczył wuja Maria, który odłączył się od grupy asasynów. Po chwili stał już przy nim i trzymał go za rękę. – Ezio… Wszystko w porządku? – Walczyłem… walczyłem… z papieżem, z Rodrigem Borgią. Zostawiłem go, by dokonał żywota. Ezio zadrżał gwałtownie. Nie mógł się opanować. Czy to wszystko dzieje się naprawdę? Kilka minut wcześniej – choć zdawało się, że wieki temu – bił się na śmierć i życie z mężczyzną, którego najbardziej ze wszystkich nienawidził i najbardziej ze wszystkich się obawiał: z przywódcą templariuszy, bezwzględnej organizacji, dążącej do zniszczenia świata, w którego obronie Ezio i jego przyjaciele z Bractwa Asasynów tak zacięcie walczyli. Lecz Ezio pokonał ich. Skorzystał z mocy tajemnego artefaktu, Jabłka, uświęconej Części Edenu, powierzonej mu przez bogów minionych dziejów, którzy w ten sposób chcieli sprawić, by ich zaangażowania w stworzenie ludzkiej razy nie pochłonął rozlew krwi i ocean nieprawości. Teraz Ezio mógł już święcić swój triumf. Doprawdy? Cóż przed chwilą powiedział? „Zostawiłem go, by dokonał żywota”? I w rzeczy samej, Rodrigo Borgia, stary nikczemnik, który przedarł się na szczyty hierarchii Kościoła i rządził nim jako papież, faktycznie zdawał się konać. Zażył przecież truciznę. Ezia ogarnęła teraz jakaś fatalna wątpliwość. Czy okazując miłosierdzie, miłosierdzie, które leżało u podstaw Credo Asasyna i które – jak dobrze wiedział – powinno być należne wszystkim, poza tymi, których życie zagrażało ludzkości, nie okazał tak naprawdę swojej słabości? Jeśli tak było, nie mógł teraz dać tego po sobie poznać, nawet przed wujem Mariem, przywódcą Bractwa. Wyprostował ramiona. Pozostawił starca, by ten skonał z własnej woli. Pozostawił go z czasem na modlitwę. Nie przeszył ostrzem jego serca, by być pewnym jego śmierci. Ezio poczuł w sercu lodowaty uścisk, a wyraźny głos w jego myślach rzekł: „Powinieneś był go zabić”. Otrząsnął się, chcąc pozbyć się demonów, tak jak pies otrząsa się z wody. Lecz jego myśli wciąż skupiały się na zdumiewających wydarzeniach w krypcie pod Kaplicą Sykstyńską, budowlą, z której przed chwilą wyszedł na uderzająco jasne, tak obce mu światło słońca. Wszystko wokół niego wydawało mu się osobliwie spokojne i zwyczajne – budynki Watykanu stały na swoim miejscu, jak zawsze olśniewające, skąpane w słonecznym blasku. Pamięć tego, co przed chwilą zdarzyło się w krypcie, powracała do niego spiętrzonymi falami, zalewającymi jego świadomość trudnym do zniesienia naporem. Miał wizję, miał


spotkanie z boginią – bo nie potrafił inaczej opisać tej istoty – która przedstawiła mu się jako Minerwa, rzymskie bóstwo mądrości. Pokazała mu zarówno zamierzchłą przeszłość, jak i daleką przyszłość, i to tak, że nie mógł zdzierżyć odpowiedzialności, którą na jego barki złożyła wiedza zdobyta podczas widzenia. Z kim mógłby się nią podzielić? Jak zdołałby wyjaśnić cokolwiek z tego, co ujrzał? Wszystko zdawało się tak nierzeczywiste… Jedno, czego był pewny po swoich przeżyciach – choć trafniej byłoby nazwać je ciężką próbą – to fakt, że walka jeszcze się nie skończyła. Być może kiedyś nadejdzie dzień, gdy będzie mógł powrócić do swojego rodzinnego miasta, Florencji, gdzie zasiądzie nad swymi księgami, gdzie będzie pił z przyjaciółmi zimą i polował z nimi jesienią, gdzie wiosną będzie uganiał się za dziewczętami, a latem doglądał zbiorów na swoich włościach. Kiedyś… ale jeszcze nie teraz. W głębi jego serca tliła się świadomość, że templariusze wciąż stanowią zagrożenie. Że został wystawiony na pojedynek z potworem, który miał więcej głów niż Hydra, i że podobnie jak u tejże bestii, którą zgładzić mógł tylko Herakles, jedna z głów była nieśmiertelna. – Ezio! Głos wuja zabrzmiał szorstko, ale pomógł mu wyrwać się z pułapki złych myśli. Musiał wziąć się w garść i zacząć jasno myśleć. W jego głowie szalały płomienie. Dla własnej otuchy wymówił swoje imię: – Jestem Ezio Auditore da Firenze. Jestem silny, jestem mistrzem tradycji zakonu asasysnów. I znów zderzył się z tym samym problemem: nie wiedział, czy to sen, czy jawa. Nauki i objawienie bogini w krypcie wstrząsnęły fundamentami jego wierzeń i przekonań. Miał wrażenie, że czas stanął na głowie. Wychodząc z Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie pozostawił nikczemnika, papieża Aleksandra VI, który wedle wszelkich oznak kończył swoje życie, w ostrym świetle słońca znowu zmrużył oczy. Otoczyli go zaraz jego przyjaciele asasyni; ich twarze były poważne i zacięte z determinacji. Wciąż dręczyła go myśl: czy nie powinien był zabić Rodriga? Czy nie powinien był upewnić się, że starzec nie żyje? Wtedy postanowił, że tego nie zrobi, bo nikczemnik, po swoim ostatecznym fiasku, najwyraźniej sam chciał odebrać sobie życie. Ale ów wyraźny głos wciąż rozbrzmiewał w jego myślach. Co więcej, jakaś dziwna siła zdawała się wciągać go na powrót do kaplicy – czuł, że nie doprowadził czegoś do końca. I nie chodziło tu o Rodriga. Nie tylko o Rodriga, choć teraz na pewno skończyłby z nim. Czuł, że jest coś jeszcze. – O co chodzi? – spytał Mario. – Muszę tam wrócić – odrzekł Ezio, uświadamiając sobie ze ściśniętym żołądkiem, że gra jeszcze się nie skończyła i że Jabłko nie powinno opuszczać jego rąk. Jak tylko ta myśl zaświtała mu w głowie, zawładnęła nim nieodparta, nagląca potrzeba powrotu. Wyrwał się z opiekuńczych ramion wuja i szybko zniknął w ciemnościach. Mario, poleciwszy pozostałym trwać na straży przed kaplicą, podążył za Eziem. Ezio szybko dotarł do miejsca, w którym pozostawił umierającego Rodriga Borgię – lecz jego tam nie było! Bogato zdobiona, papieska damasceńska kapa, cała w plamach zakrzepłej krwi, leżała bezładnie na podłodze, a jej właściciel zniknął. Jakaś dłoń przyodziana w rękawicę z lodowatej stali ponownie ścisnęła mu serce, jakby chciała je zmiażdżyć. Ukryte drzwi prowadzące do krypty były zamknięte i praktycznie niewidoczne, lecz gdy Ezio zbliżył się do miejsca, które zapamiętał, otwarły się na oścież pod jego delikatnym dotykiem. Odwrócił się do wuja i ze zdziwieniem dostrzegł na jego twarzy strach.


– Cóż tam jest? – zapytał Mario, usiłując zachować w głosie opanowanie. – Tajemnica – odrzekł Ezio. Pozostawiwszy Maria na progu, Ezio poszedł słabo oświetlonym korytarzem, mając nadzieję, że Minerwa przewidziała taki rozwój wydarzeń i okaże mu litość. Rodrigo z pewnością nie mógł tu wejść. Mimo to Ezio trzymał w gotowości odziedziczone po ojcu ukryte ostrze. W krypcie wielkie ludzkie, a może raczej nadludzkie sylwetki – czy były to posągi? – stojąc, trzymały Pastorał. Jedną z Części Edenu. Pastorał sprawiał wrażenie zespolonego z jedną z postaci i gdy Ezio próbował go wydostać z jej uchwytu, postać jeszcze bardziej zacieśniła uścisk i rozświetliła się, a wraz z nią runiczne inskrypcje na ścianach krypty. Ezio przypominał sobie wtedy, że ludzka dłoń nie powinna nigdy dotykać Jabłka bez należytej ochrony. Postaci odwróciły się i zniknęły w podłodze, pozostawiając kryptę pustą, nie licząc wielkiego sarkofagu i otaczających go posągów. Ezio zrobił krok do tyłu, omiatając kryptę wzrokiem i ociągając się przed ostatecznym – z czego zdawał sobie sprawę – odejściem z tego miejsca. Czego się spodziewał? Czy myślał, że Minerwa objawi mu się raz jeszcze? Lecz czy nie powiedziała mu wszystkiego, co miała do powiedzenia? Albo przynajmniej tego, co uważała za bezpieczną dla niego wiedzę? Powierzono mu Jabłko. W połączeniu z Jabłkiem pozostałe części Edenu dawały Rodrigowi władzę, której tak łaknął, a Ezio przekonał się już, że skoncentrowana moc artefaktów jest dla człowieka zbyt niebezpieczna. – Wszystko w porządku? – głos Maria, wciąż nienaturalnie nerwowy, dobiegł jego uszu. – Wszystko w porządku – odpowiedział Ezio, ociągając się ze skierowaniem swych kroków w stronę wpadającego przez wyjście światła. Gdy znalazł się przy wuju, nie mówiąc ani słowa, pokazał mu Jabłko. – A pastorał? – zapytał Mario. Ezio pokręcił głową. – Lepiej, że spoczął w ziemi, niż miałby pozostać w rękach człowieka – rzekł Mario, zrozumiawszy od razu, co Ezio miał na myśli. – Nie musisz mi o tym mówić. Chodź, nie powinniśmy dłużej zwlekać. – Skąd ten pośpiech? – Musimy się spieszyć. Myślisz, że Rodrigo będzie czekał spokojnie, aż wyjdziemy stąd spacerowym krokiem? – Zostawiłem go, by skonał. – To chyba nie to samo, co zostawić go martwego na dobre, nieprawdaż? No, chodź już! Opuścili kryptę najszybciej, jak mogli; zmierzając ku wyjściu, odnieśli wrażenie, że podążył za nimi podmuch zimnego wiatru.


Oliver Bowden - Assassin’s Creed: Bractwo