Page 1

2 (4) (2/2009)

1/32


Numer 2 (4) (2/2009) cena: „nawiąż sojusz z przynajmniej pięcioma osobami” lub „skopiuj i podaj !reVOLTę dalej dwóm kolejnym osobom” nakład drukowany: 150 egzemplarzy redakcja: Piotr Kowzan Grzegorz D. Stunża korekta językowa: brak współpraca (kolejność przypadkowa): Dominique Radetzky Gen Disobey Oddział Gośka donGURALesko Qrde Black Ibrahim Dr Hyde Mariusz Chyżyński Krzymik Abramasia satkow Ulrike Meinhof Otwarty Komitet Uwalniania Przestrzeni Édukacyjnych Bruthus Perun pornos logos demos okładka: Black Ibrahim cc by-nc-sa 2.5 wydawca: wirtualny kolektyw „Krytyczne Oko” www.krytyczneoko.blogspot.com wydane drukiem DZIĘKI Akademickiemu Centrum Kultury UG „Alternator” O ile nie jest to stwierdzone inaczej, wszystkie materiały w opublikowanym numerze pisma !reVOLT dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz poszczególnych autorów oraz redakcji !reVOLT.

2/32

2 (4) (2/2009)


Muzyków, śpiewaków, plastyków, poetów i tancerzy zaprasza do współpracy Akademickie Centrum Kultury UG „ALTERNATOR” Akademickie Centrum Kultury UG „ALATERNATOR” to miejsce, w którym studenci mogą realizować swoje pasje i pozanaukowe zainteresowania. W ramach Centrum działa kilkanaście grup twórczych, które organizują ponad 100 wydarzeń rocznie. „ALTERNATOR” otwarty jest również na indywidualne projekty studentów, chcących zaprezentować się w przestrzeni Uniwersytetu. Sprawny zespół menadżerów kultury zawsze służy pomocą wszystkim, którzy mają ciekawe pomysły i chęć do ich realizacji. Sztandarowymi imprezami organizowanymi przez ACK UG są: Ogólnopolski Konkurs Literacki, Wielki Przejazd Rowerowy, Kuglart Fest, spotkania z młodymi twórcami kina niezależnego pod nazwą Kino Wino i Domino, Muzyka Końca Świata, Ballokracja. ACK coraz mocniej angażuje się w realizację międzynarodowych projektów społeczno-kulturalnych, takich jak Bike Tour, Moving Baltic See itp. „ALTERNATOR” to również działalność wydawnicza: ogólnopolski periodyk „PANOPTIKUM”, „PROZA ŻYCIA” (pokłosie Konkursu Literackiego), tomiki poezji Tadeusza Dąbrowskiego i Mariusz Więcka. Najbardziej spektakularnym wydawnictwem ACK UG ostatnich lat jest płyta z Mszą Jubileuszową Leszka Możdżera. O aktualnych działaniach centrum można się dowiedzieć więcej za pośrednictwem stron internetowych www.ack.ug.gda.pl oraz dzwoniąc pod numery telefonu 058 523 23 00 i 058 523 24 50 czy też pisząc: ack@ug.gda.pl. Kierownikiem tej uniwersyteckiej jednostki jest Michał Biełuszko. Źródło: ACK

WWW.ACK.UG.GDA.PL

2 (4) (2/2009)

3/32


Wykręcanie numeru

Od redakcji Tematem drugiego numeru !reVOLTy są SOJUSZE. Szukamy sposobów jak łączyć się z innymi. Zachęcamy do solidaryzowania się z tymi, którym udało się choć na chwilę zjednoczyć. Zebraliśmy autorów, którzy zastanawiają się, co daje się zrobić, żeby w spotkaniu z często wrogim światem nie być osobą osamotnioną. Odpowiedzi niektórych organizacji na podstawowe pytanie współczesności – Jak grać żeby wygrywać? – bezlitośnie krytykujemy. Wiele z pomysłów, o których tu mówimy i piszemy, być może uznacie za niewyobrażalne lub „nie do pomyślenia”. Cóż, kwestia wyobraźni. W zerowym numerze dokonaliśmy symbolicznego samounicestwienia się autorów wszystkich zamieszczonych artykułów. Myślenie, pisanie i wydawanie darmowego pisma jest ekonomicznie nieracjonalne, więc uznaliśmy, że lepiej jest od razu mieć śmierć za sobą. A w numerze pierwszym zastanawialiśmy się co robić w obliczu śmierci neoliberalnej iluzji. Za to w najnowszym numerze jesteśmy bezczelniejsi od kapitalistów żerujących na lukach i tak słabego Prawa Pracy. Do rozwiązywania naszych problemów z „polskimi oczywistościami” zaczęliśmy zatrudniać umarłych. Artykuły tego numeru noszą ślady wielu dawnych myślicieli. Spośród tych niewymienionych z nazwiska znaleźli się: Gombrowicz, Grotowski i Gorgiasz. Nawet Baudrillarda udało nam się zaprząc do konstruktywnej pracy. Przed Wami drugi numer pisma !reVOLT! Powracamy do świata żywych bezwstydnie przegnili. Nasze teksty oddzielone od naszych ciał znajdziecie w zawiązanym na potrzeby !reVOLTy spisku treści. Zapraszamy do dyskusji i dzielenia się, wspólnego czytania, spiskowania i robienia porządków w rzeczywistości.

autor: Qrde

4/32

2 (4) (2/2009)


Rozmowa niekontrolowana

Coś tu coś tam rozmawiają Gen Disobey i Dominique Radetzky Dominique Radetzky: Znajomy, który siódmy miesiąc pracuje na umowę zlecenie i nie dostaje pieniędzy za weekendy spędzone nad zadaniami z pracy, powiedział mi po robocie: Zobacz, obaj mamy wyższe wykształcenie. Myślałem, że jak zacznę pracę w dużej, znanej firmie, będę spokojnie żył, a ledwie wiążę koniec z końcem. I chociaż pracuję, jak inni w firmie, nie mam prawa do urlopu. Gen, co powiedziałbyś wszystkim, którzy pokończyli studia, są zadłużeni na starcie, bo jakoś musieli się utrzymywać, wpojono im, że dzięki edukacji będą "ustawieni", a za 1500zł pensji muszą wynająć lokum, dojechać do pracy, chcieliby się jeszcze za młodu czasami pobawić, nie wspominając wypoczynkowego wyjazdu. Co mają robić w dobie kryzysu, kiedy praca będzie coraz cenniejsza, ludzie coraz tańsi, a pensje zamrożone z powodu "zaciskania pasa"? Czy jest szansa na wyjście z patowej sytuacji? Czy można jednocześnie mieć nadzieję, nie być głupim i uchronić się przed przetrąceniem kręgosłupa? Czy warto jeszcze studiować? Gen Disobey: Chociaż zdarza się to dość rzadko, to jednak czasami odpowiedź na złożone problemy można i trzeba ująć w jednym słowie. Uzwiązkowienie. A w języku Eklezjasty byłoby to: droga wyjścia ze świata Końca Przyszłości wiedzie przez drugiego człowieka. To ważne, że zaczyna nam się chcieć rozmawiać ze sobą o problemach pracowniczych. Dostrzegamy też, że lata podporządkowywania się różnym szkołom nie owocują żadną wolnością. Nasze dyplomy świadczą o naszej pokorności. A jeżeli w tym, czego się przez lata uczyliśmy, nie potrafimy odnaleźć narzędzi czy inspiracji do tego, żeby ratować się z opresji, to kolejne pokolenia opisywać nas będą jako „pokornych matołów”. Większość z nas zamiast wykształcenia odebrała po prostu wieloletnie kursy Historii Nauki. Być może forma edukacji nie zachwycała, ale Nauka jest wywrotowa. Przede wszystkim relatywizuje nadużywane przez dzisiejszych pracowników pojęcie NIEMOŻLIWOŚCI. Nauka żywi się poszukiwaniami warunków, w jakich rzeczy niemożliwe stają się możliwe. Dlatego, gdy ktoś mówi, że nie da się zakładać nowoczesnych związków zawodowych, to trzeba pytać o to, co wystarczyłoby zmienić, żeby uzwiązkowienie stało się możliwe. Można zacząć od drobnych spraw – weekendy wolne od e-maili z pracy. Chyba już wszyscy je otwierają i... pracują w czasie, gdy powinni cieszyć się wolnością. A być może wystarczyłoby ustawić skrzynkę na automatyczne powiadamianie nadawcy o tym, że mamy weekend i że odpowiemy w godzinach pracy. To mogłoby stać się nawet jakoś modne. Oczywiście tylko jeżeli oprócz przyklaskiwania takim inicjatywom, nauczymy się chcieć w nich uczestniczyć. DR: Sztywne oddzielanie czasu pracy od czasu wolnego jest na pewno świetnym pomysłem. Gorzej, jeśli sami pracownicy, podpisując umowę o pracę w konkretnym wymiarze godzin, pracują, jakby efektem miało być konkretne dzieło. Przechodzimy na hakerski tryb pracy na własne życzenie, sami zatem pozbawiamy się praw, o które walczyły miliony ludzi. Robimy to, bo możemy pracę stracić, bo mamy ambicje, bo, i tego się obawiam, przekształcamy się w maszyny, które sprzedały dawno duszę diabłu-pracodawcy. A jak można wyczytać w rozważaniach Sneera, bohatera "Limes Inferior", "wolny czas" = "wolne życie", bo to czas, którym my swobodnie dysponujemy. Nie mając wolnego czasu, nie jesteśmy wolni. Paradoksalnie, przechodząc w tryb pracy informatycznych zapaleńców, którzy wolny czas poświęcali pracy świadomie, z wyboru, my często poświęcamy wybór na rzecz pracy. 2 (4) (2/2009)

5/32


Uzwiązkowienie - brzmi świetnie. Mamy zupełnie świeżą historię samoorganizacji i milionowych ruchów-związków, do tego niemal setki lat doświadczeń konspiracyjnych stowarzyszeń, a jednak słowo "związek zawodowy" kojarzy się z autobusami górników, którzy z kilofami ruszyli na Sejm lub w najlepszym razie "białym miasteczkiem" - jednej z niewielu związkowych inicjatyw ostatnich dwóch dekad, które media pokazywały i relacjonowały, nie podmalowując pielęgniarek na barbarzyński motłoch. Pewnie dlatego, że premierem był wówczas Jarosław K. Może w ramach odtwarzania tradycji związkowych i rezygnacji ze skompromitowanych stowarzyszeń pracowniczych, powinniśmy Rozmawiaj głośno ze sobą o sięgnąć do nowatorskich pomysłów - symulowania strajków i tworzenia "organizacji nieformalnych", "tongów", które tym, czego uczy cię życie. z azjatyckiej tradycji wyciąga Hakim Bey? Szczególnie ze swoim Wewnętrznym Idiotą/Idiotką – w końcu to dla nich są te GD: Chyba jest tak, że im bardziej masz różnorodne życie, wszystkie tytuły i dyplomy. tym boleśniej odczuwasz zawłaszczany przez pracodawcę czas Jeśliś nieśmiały/nieśmiała, wolny. Tongi (rodzaj tajnych stowarzyszeń, patrz: strona 7) na początku włóż sobie z ich wewnętrznymi regułami mają chyba za zadanie przywrócić słuchawkę do ucha. tę różnorodność, żeby nie było tak, jak w Polsce, że po momencie Skutek: Szybko dostrzeżesz walki związki implodują. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Tongi mają przede wszystkim charakter terapeutyczny, a dopiero potem jak potężny jest to ruch bojowy. Odtwarzanie niejawnych grup samopomocowych, które społeczny. postuluje Hakim Bey, jest w zasadzie odtwarzaniem społeczeństwa poprzez praktyki kulturowe (jak choćby rytuały). Uczestnictwo w takiej grupie, podobnie zresztą jak uzwiązkowienie, może odegrać ważną rolę w przezwyciężaniu powszechnego dzisiaj strachu przed utratą pracy zarobkowej. Często się przecież zdarza, że wiemy co należałoby zmienić, żeby życie nasze i innych stało się lepsze. Jednak strach przed utratą środków do życia ludzi, których kochamy powoduje że, unikamy konfrontacji z patologiami, a niepodejmowanie działań nazywamy "odpowiedzialnością". Wspólnoty sojuszników mają sporo pracy do wykonania. Ćw. 1. Dekonspiracja:

DR: A może tworzyć związki-tongi? Nie byłyby co prawda w świetle prawa tak silne jak typowe organizacje broniące praw pracowniczych, ale towarzyszyłaby im tajemnicza otoczka, skojarzenie z organizacjami o mocno sieciowej "strukturze". Może czas na rozproszone, niehierarchiczne, anarchistyczne tongi, ze składkami, o których nie wie nikt spoza zgromadzenia, z niejawnymi członkami, którzy przyczyniają się do różnorodności politycznej i ideologicznej, walcząc o prawa swoich. Pewnie ocieram się teraz o peeselowskie rozumienie braterstwa w wydaniu Pawlaka, ale może warto wrócić dzisiaj do korzeni akademickich, paramasońskich korporacji studenckich, które obecnie stały się własnymi karykaturami i odtwarzają obecnie zaledwie ułamek dawnych zwyczajów, jak zbiorowe chlanie piwska i gromadzenie w obrębie jednej płci, nie mając faktycznego oddziaływania na rzeczywistość. Czy warto sięgać do sieciowych i nieformalnych wzorców organizacji? Przecież to te same schematy organizacyjne, co stosowane przez wspomnianych hakerów do produkcji m.in. wolnego oprogramowania. Może tylko cienka linia dzieli pracę na rzecz społeczeństwa i ze społeczeństwem od koporacyjnego, dobrowolnego zaplątania się w pajęczą sieć wyzysku? GD: Hakerzy są jednak ostro zaangażowani w to co robią. To jest pasja. W Polsce tongi mogą za to stać się sposobem na ciche od:PŁACA-NIE się "wiecznych wolontariuszy", którym społeczeństwo nie tylko umożliwiło, ale wręcz przez lata organizowało „chlanie” donikąd. Jeżeli 6/32

2 (4) (2/2009)


impreza nie ma dalszego ciągu, a nie zdążyliśmy zrobić sobie niczego, co łączyłoby nas ze społeczeństwem (choćby dzieci), to... nie mamy nic do stracenia. W Polsce obstawiałbym więc, że niskie zaangażowanie się ludzi w kształtowanie świata będzie skutkowało gwałtownymi jazdami po bandzie, gdy okaże się, że 1) nie ma nic; 2) nawet gdyby coś było, to byłoby to już nieosiągalne; 3) nawet zresztą gdyby było osiągalne, to nie mielibyśmy komu tego potem przekazać. Inna rzecz to pytanie, czy czas kryzysów jest właściwy, by tworzyć takie wyszukane struktury. Może lepiej rzucać czym kto ma pod ręką – choćby butami, we wszystko co uosabia obumierający porządek. I albo się ten porządek wywróci, albo sfrustrowani brakiem legitymizacji „demokraci” odwiną się policyjnymi represjami. Wtedy przynajmniej przez chwilę się rozjaśni, że na scenie są jakieś od lat walczące strony. Hakim Bey

Tong Fragment eseju "Bezpośredniość" z książki "Obelisk i inne eseje" Hakima Beya

Przekład: Mateusz Janiszewski, Agnieszka Kąkol. Wydawca: Stowarzyszenie Viral & Miligram 2009 www.viral.org.pl Wrocław 2009. Prawa autorskie: Anti-copyright (podajemy za oryginałem, z którego za zgodą wydawnictwa dokonany jest przedruk). Tong „Mandaryni czerpią swą potęgę z praw; lud - z tajnych stowarzyszeń” (przysłowie chińskie). Ubiegłej zimy przeczytałem książkę o chińskich tongach (Primitive Revolutionaries of China: A Study of Secret Societies in the Late Nineteenth Century, Fei-Ling Davis; Honolulu 1971-19771) – prawdopodobnie pierwszą pozycję na ten temat napisaną przez kogoś, kto nie był brytyjskim agentem! (Autorka była chińską socjalistką – umarła młodo, a to była jej jedyna książka). Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, co tak bardzo pociągało mnie w tongach: nie tylko romantyzm, elegancki dekadentyzm chińskiego entourage’u, z pewnością tam obecne, ale także ich forma, struktura, sama ich istota. Jakiś czas później odkryłem, w doskonałym wywiadzie z Williamem S. Burroughsem w magazynie Homocore2, że i jego zafascynowały tongi – zasugerował on, że to idealna forma organizacji dla pedałów, szczególnie dziś, w czasach grząskiej gównianej histerii i moralizmu. Popieram ten pomysł i polecam go wszelkim niewielkim grupom, tym szczególnie, których aktywność pozostaje nielegalna (palacze gandzi, seksualni odmieńcy, powstańcy) lub szczególnie ekscentryczna (nudyści, poganie, postawangardowi artyści itd.) 1 Nieprzetłumaczone na język polski. 2 Homocore, nr 7/1991, [w:] www.wps.com/archives/HOMOCORE.

2 (4) (2/2009)

7/32

Ćw. 2. Mieć Zasadę. Ustanów z przyjaciółmi „świętą regułę”, np. zawsze odpowiadajcie na pytania retoryczne. Skutki: Zdziwicie się jak często wasza wspólnota zostanie wystawiona na pokuszenie milczenia. Ludzie nieustannie zadają pytania oczekując milczenia. Ciekawe gdzie was szybciej zaakceptują: na uniwersytetach czy w teatrach?


Tong najlepiej zdefiniować jako stowarzyszenie wzajemnej pomocy dla ludzi o nielegalnych lub marginalizowanych zainteresowaniach, z których wynika potrzeba zachowania tajemnicy. Wiele chińskich tongów zajmowało się przemytem, oszustwami podatkowymi i nieoficjalną kontrolą pewnych zawodów (pozostając w opozycji do kontroli państwowej) lub też stawiało sobie rewolucyjne cele religijne bądź polityczne (np. obalenie dynastii mandżurskiej, niektóre tongi współpracowały z anarchistami w Rewolucji 1911 roku). Wspólną cechą tongów były wpisowe oraz składki pobierane i inwestowane w celu zapewnienia funduszy dla pozbawionych pracy, wdów i sierot po zmarłych członkach, na wypadek pogrzebów itp. W naszych czasach, gdy ubodzy rzucają się między zrakowaciałą Scyllą składek ubezpieczeniowych i zanikającą Charybdą pomocy społecznej, ten aspekt tajnych stowarzyszeń może odzyskać swój urok. (Na tej samej zasadzie zorganizowano loże masońskie, wczesne nielegalne unie handlowe i „zakony rycerskie” dla robotników i rzemieślników). Kolejną wspólną cechą było organizowanie życia towarzyskiego, szczególnie bankietów – lecz nawet te z pozoru niewinne aktywności posiadać mogły rewolucyjne implikacje. Na przykład, podczas rozmaitych fermentów we Francji, w czasie gdy wszelkie formy publicznych spotkań były zakazane, tzw. „obiady” przejmowały na siebie rolę radykalnych organizacji. Jakiś czas temu rozmawiałem na ten temat z P.M., autorem bolo’bolo3 (wydane przez Semiotext(e) Foreign Agents Series), usiłując przekonać go, że tajne organizacje znów są interesującą propozycją dla grup nastawionych na autonomię i rozwój jednostki. Nie chciał się ze mną zgodzić, ale nie – jak się spodziewałem - z powodu „elitarności” implikowanej przez tajność. Uważał raczej, że taka forma organizacji sprawdza się najlepiej w grupach o silnej wewnętrznej strukturze mocnych więzów ekonomicznych, etnicznych/regionalnych czy religijnych, którego to warunku nie spełnia współczesna scena kontrkulturowa. W zamian zaproponował powstanie wielofunkcyjnych lokalnych ośrodków, koszt utrzymania których ponoszony będzie wspólnie przez różne grupy o wyspecjalizowanych polach zainteresowań i niewielkich potrzebach materialnych (rzemieślnicy, kafejki, niezależne sceny). Ośrodki takie posiadałyby (dający im formę prawną) oficjalny status, będąc jednocześnie miejscem wszelkich działań nieoficjalnych – czarnego rynku, tymczasowych organizacji „protestacyjnych”, działań powstańczych, „przyjemności” poza kontrolą i życia towarzyskiego pozostającego poza nadzorem. W odpowiedzi na tę krytykę, zamiast porzucić swój pomysł, zmodyfikowałem go. Silnie hierarchiczna struktura tradycyjnego chińskiego tongu w oczywisty sposób nie mogłaby zadziałać, jednak niektóre z form mogłyby zostać zachowane i wykorzystane w taki sam sposób, w jaki odznaczenia i tytuły są wykorzystywane w naszych „wolnych religiach” (albo „dziwnych” religiach, „niby-religiach”, anarcho-neo-pogańskich kultach itp.). Niezhierarchizowana organizacja przemawia do nas, ale w taki sam sposób przemawiają też rytuały, kadzidła, cudowna pompatyczność okultystycznych zakonów – co można by nazwać „estetyką tongów” – więc dlaczego nie mielibyśmy i mieć ciastko, i zjeść ciastko? (Szczególnie, jeśli to marokański majoun albo baba au absinthe4 – coś choć troszeczkę zakazanego!). Mimo wszystko, tong powinien być dziełem sztuki. Surowa, tradycyjna reguła sekretu również wymaga modyfikacji. W dzisiejszych czasach wszystko, co umknie kretyńskiemu dotknięciu reklamy, automatycznie staje się niemal całkowicie tajne. Większość ludzi zdaje się nie wierzyć w realność czegoś, czego nie widać w telewizji – tak więc ucieczka przed telewizją daje poczucie quasiniewidzialności. Na dodatek rzeczy przekazywane przez media nabierają pewnej nierealności i tracą na sile (nie będę tracił tu czasu na obronę tej tezy – wskażę tylko czytelnikowi pewną linię

3 P.M. – znany jedynie pod tymi inicjałami autor bolo’bolo (1983) – anarchistycznej antyutopii wydanej w 1983 roku. „Bolo” to nazwa wymyślonych prze niego autonomicznych komun. 4 Majoun - marokański deser złożony z liści marihuany, suszonych owoców, orzechów, miodu i przypraw. Baba au absinthe - francuskie ciasto ponczowe, zawierające dużą ilość alkoholu. Tradycyjnie był to rum, ale w formie zakazanej zastąpił go absynt.

8/32

2 (4) (2/2009)


myślenia: od Nietzschego do Benjamina do Bataille’a5 do Barthesa6 do Foucaulta do Baudrillarda). Dla kontrastu, właśnie to, co niewidziane, nabiera przez to realności, zakorzenia się w codziennym życiu, a przez to zyskuje szansę cudowności. Tak więc współczesny tong nie może być elitarny – nie ma jednak powodów by nie był wybredny. Wiele niezależnych organizacji zadusiło się wątpliwą zasadą swobodnego członkowstwa, które prowadzi często do przewagi dupków, pieniaczy, psujów, jękliwych neurotyków i policyjnych agentów. Jeśli tong skupia się na jakimś celu (szczególnie nielegalnym lub niszowym), to z pewnością ma prawo posługiwać się zasadą grupy „wspólnych zainteresowań”. Jeśli tajność oznacza a) unikanie rozgłosu i b) weryfikację członków, trudno oskarżać „tajne stowarzyszenie” o naruszanie anarchistycznych zasad. Stowarzyszenia takie zapisały długą i godną podziwu kartę w historii walki z autorytaryzmem – począwszy od marzenia Proudhona o nowym Świętym Vehmie7 jako swoistym „Sądzie Ludowym”, przez rozmaite działania Bakunina8, do „Wędrowców” Duruttiego9. Nie pozwólmy marksistowskim historykom wmówić nam, że środki takie są „pierwotne” i z tego powodu zostały porzucone przez „Historię”. Nieomylność „Historii” jest co najmniej wątpliwym założeniem. Nie interesuje nas powrót do pierwocin, ale powrót pierwotności – pierwotność poddana została bowiem „represji”. W dawnych czasach tajne stowarzyszenia powstawały w miejscach i czasach zakazanych przez Państwo, to znaczy gdy prawo nakazywało ludziom trzymać się z dala od siebie. Dzisiaj nie rozdzielają nas prawa, ale zapośredniczenie i wyobcowanie (zobacz część 1 – Bezpośredniość). Tajność staje się więc unikaniem zapośredniczenia, a życie towarzyskie z drugorzędnego staje się pierwszorzędnym celem „tajnych stowarzyszeń”. Zwykłe spotkanie twarzą w twarz już samo w sobie jest działaniem przeciwko siłom, które gnębią nas samotnością, izolacją i medialnym transem. W społeczeństwie schizoidalnego rozziewu pomiędzy Pracą a Rozrywką nasz „wolny czas” ulega trywializacji – staje się czasem, który nie jest już ani pracą, ani rozrywką. (Słowo „wakacje” oznaczało kiedyś czas „pusty”, podczas gdy teraz oznacza czas zorganizowany i wypełniony przez przemysł wypoczynkowy). Tak więc celem towarzyskiego życia sekretnego stowarzyszenia staje się nadanie wartości i własnoręczne zagospodarowanie wolnego czasu. Na większości przyjęć słucha się głośno muzyki i wypija morze wódki nie dlatego, że to lubimy, ale dlatego, że Imperium Pracy wsączyło nam przeświadczenie, że czas bez zajęcia jest czasem straconym. Przyjęcie, na którym tkałoby się gobelin czy śpiewało wspólnie madrygały, trąci nieco myszką. Współczesny tong uzna jednak, że wolny czas wyrwany ze świata komercji i poświęcony wspólnej twórczości i zabawie jest zarówno potrzebny, jak i przyjemny. Znam kilka stowarzyszeń zorganizowanych na podobnych zasadach, z pewnością jednak nie będę dyskutował o nich na piśmie, naruszając ich sekretny charakter. Istnieją ludzie, którzy nie potrzebują 15 sekund na antenie, żeby poczuć, że żyją. Oczywiście, niezależne wydawnictwa i niszowe radia (jedyne media, w których ukażą się te kazania) i tak są praktycznie przeźroczyste, 5 Georges Bataille (1897-1962) – francuski myśliciel i filozof. 6 Roland Barthes (1915-1980) – francuski filozof, krytyk literacki i teoretyk semiologii. 7 Święty Vehm (niem. Vehmgericht) - średniowieczny tajny związek, który powstał w Westfalii. Za swoją misję uznał osądzanie przestępców, najczęściej skazując na śmierć. 8 Michał Bakunin (1814-1876) - rosyjski filozof i rewolucjonista, nazywany jest "ojcem anarchizmu". 9 Buenaventura Durruti (1896-1936) - hiszpański anarchista. W 1922 roku założył wraz z innymi działaczami zbrojną grupę Los Solidarios, zwaną inaczej Wanderers (Wędrowcy) z racji podróżniczego stylu życia. Zasłynęli obrabowaniem Banku Hiszpanii oraz zabójstwem kardynała Juana Soldebilli y Romera.

2 (4) (2/2009)

9/32


umykając czujnym spojrzeniom Kontroli. Niemniej, zasada jest jedna: tajemnice muszą pozostać tajemnicami. Nie wszyscy muszą wszystko wiedzieć. W XX wieku najbardziej brakowało (i najbardziej potrzebowano) taktu. Epistemologia demokratyczna musi zostać zastąpiona „epistemologią dadaistyczną” (Feyerabend10). Albo wsiadasz do tego autobusu, albo zostajesz. Niektórzy nazwą to elitarnym podejściem, choć nie będą mieli racji – przynajmniej nie w milssowskim11 rozumieniu tego słowa: małej grupy, która wywiera nacisk na ludzi spoza tej grupy w celu wzmocnienia swej siły. Bezpośredniość nie zajmuje się stosunkami władzy, nie chce rządzić ani być zarządzana. Współczesny tong nie raduje się, gdy instytucje degenerują w konspiracji – pragnie jedynie środków dla realizacji wspólnych celów. Tong jest związkiem jednostek, które wybrały się wzajemnie jako beneficjentów szczodrości całej grupy, jej by użyć tu sufickiego terminu - „ekspansywności”. Jeśli to ma być „elitaryzm”, niech i tak będzie. Jeśli więc Bezpośredniość zaczyna się od grupy przyjaciół, których celem jest nie tylko wyjście z izolacji, ale także poprawa życia innych, w krótkim czasie przybierze inną formę – zalążek samoustanowionej wspólnoty sojuszników, pracującej nad (bawiącej się) odbieraniem coraz większej przestrzeni i czasu zapośredniczonej strukturze i mechanizmom kontroli. Wkrótce związek taki przerodzi się w poziomą sieć niezależnych grup – wkrótce stanie się „tendencją”, następnie „ruchem”, następnie dynamiczną siecią „tymczasowych stref autonomicznych”.12 W końcu wywalczy sobie prawo, by stać się jądrem nowego społeczeństwa, które rodzi się wśród rozsypujących się skorup starego. Wszystkie te cele realizować można w ramach nieoficjalnego schronienia tajnego stowarzyszenia – płaszcza niewidki, który odrzucić będzie można tylko w przypadku ostatecznej rozprawy z Babilonem Zapośredniczenia. Szykujcie się do Wojny Tongów!

Dominique Radetzky, autor zrzeka się wszelkich praw do tekstu. W razie wątpliwości prawnych utwór obowiązuje licencja podana w informacji o wydaniu „!reVOLT”.

Zemsta robotników wiedzy Wykuwamy informacje albo składamy je z gotowych klocków przygotowanych przez innych, podobnych do nas. Udajemy, że są unikalne. "Każdy znajdzie coś dla siebie". Podajemy je w paczkach albo wtłaczamy niczym groch, gęsiom przeznaczonym na pasztety. Wykuwamy informacje, spędzając dnie przed ekranami komputerów. Godzinami szukamy surowców w bibliotekach, robimy odkrywki w internecie albo przywracamy do życia przetopiony złom dawniejszych, przetworzonych bitów. Wykuwamy informacje w uczelniach, podając je z taśmy studentom, którzy z tej samej taśmy mają jak najlepiej wskoczyć na rynek pracy (jak najlepiej dla rynku). Przestajemy pobudzać do myślenia, 10 Paul Feyerabend (1924-1994) – amerykański filozof pochodzenia austriackiego, autor Przeciw metodzie. Twórca anarchizmu metodologicznego, który wychodził z założenia, że „wszystko wolno”. Z czasem zaczął określać siebie bardziej jako dadaistę niż anarchistę. 11 Charles Wright Mills (1916-1962) - amerykański socjolog. W swojej książce The Power Elite (1956) zajął się elitami - przywódcami wojskowymi, liderami politycznymi i ekonomicznymi, którzy wg niego są w stanie bez ograniczeń manipulować społeczeństwem. 12 Więcej w wydanej po polsku książce Hakima Beya Poetycki terroryzm, Stowarzyszenie Tripanacja 2003.

10/32

2 (4) (2/2009)


bo proste przesyłanie informacji jest rzeczywiście proste. Idem per idem. Kopiuj-wklej, forma staje się przekazem, z dysku A kopiujemy na studenckie mózgowe pendrive'y. Wykuwamy informacje, a studenci odwdzięczają się tym samym, nie szukając odmiennych form, spełniają nasze rozkazy, oczekując marnej zapłaty w postaci ocen, które nic już teraz nie znaczą, bo nie spłacą studenckich kredytów, nie zagwarantują pracy, nie przyczynią się do ćwiczenia krytycznej refleksji, a i stypendiów nie zapewnią, bo te niebawem zastąpi się "diamentowym grantem" lub innymi "nagrodami rektora" dla wybranych. Wykuwamy informacje w gazetach, biurach reklamy, internetowych portalach. Ćwiczymy się w publikowaniu tego, co najbardziej "klikalne". Dzięki czemu rosną słupki statystyk i przewidywane notowania na kolejny miesiąc. Pełnimy nocne dyżury i rezygnujemy z wolnych sobót i niedziel, kując nadal w domu biznesowe prezentacje, które szef zlecił na poniedziałek, a za które dodatkowo nie zamierza zapłacić. Wykuwamy informacje. Walczymy o "kieszonkowe granty", które pozwolą nam kupić kolejne książki, na jakie z doktoranckich stypendiów lub asystenckich pensji nas nie stać lub po nocach szykujemy kolejne rozdziały prac doktorskich. Zdobycie stopnia pozwoli rozpocząć pracę na uczelni lub wspiąć się w hierarchii informacyjnego biznesu. Wykuwamy informacje, stając się bohaterami filmów kręconych nieustannie przez pół-ukryte przemysłowe kamery, czy to na korytarzach firm czy holach uniwersyteckich. Przesyłamy informacje o swojej lokalizacji przez telefony, a magnetycznymi kartami nabijamy na elektroniczne czytniki dane o przybyciu i wybyciu, co otwiera nam wejściową lub wyjściową bramkę i odpowiednio zlicza czas pracy. Włączyłem komputer, jestem obecny, proszę, podejrzyjcie, czy odpowiednio wykuwam, powiedzcie mi, co mogę poprawić, by być jeszcze lepszym kowalem, albo rozdajcie studentom ankiety, by sprawdzić, czy uczę tego, co "potrzebne w życiu", czyli co przyda się w przygotowywanym przez nich CV. Mamy elektroniczne młotki, obcęgi i dłuta. Potrafimy ich używać, by zdobywać posłuch. Nauczyliście nas kuć tak, by przygotowywać elastycznych robotników wiedzy, podobnych do nas. Myślicie, że będziemy nieustannie trwać w informacyjnym tańcu do wybranej przez Was muzyki? Konsumować biernie filmiki z youtube'a? Całować rękę za bezpieczeństwo gwarantowane przez kamery i płoty za miliony złotych? Zapomnieliście, że jesteśmy z "pokolenia mp3". Mamy elektroniczne młotki, obcęgi i dłuta. Nie mamy butelek z benzyną i kamieni. Nie obawiajcie się. Nie będziemy Was podpalać, ani niszczyć Waszych samochodów. To zostawiamy tym, którym skracacie czas pracy w tradycyjnych fabrykach lub wyrzucacie z roboty tuż przed emeryturą, skazując na frustrację i dogorywanie do końca ich dni, bez nadziei na zmianę. Mamy elektroniczne młotki, obcęgi i dłuta. W podzięce za kamery, będziemy ogłupiającego youtube'a wykorzystywać do publikacji, nagranych z ukrycia, marnych wykładów, gotując się nawet na nagrywanie samych siebie. W podzięce za umowy zlecenia i na czas określony. W podzięce za fizyczne grodzenie płotem i wirtualne grodzenie informacji. Za to, że wytwarzamy wiedzę, ale jej nie posiadamy. Będziemy kopiować do woli, wykradać co lepsze kąski, dzieląc się nimi z innymi robotnikami wiedzy, nic Wam nie płacąc, traktując siebie, wytwórców informacji i wiedzy, jako jedynych prawowitych właścicieli. Mamy elektroniczne młotki, obcęgi i dłuta. Spodziewajcie się milionów pirackich okrętów, lekceważących Wasze prawa autorskie, które działają na naszą niekorzyść i przyczyniają się 2 (4) (2/2009)

11/32


do nowych podziałów na bogatych i biednych. Mamy elektroniczne młotki, obcęgi i dłuta. I nie zawahamy się ich użyć. Nauczyliście nas, jak trzymać w ryzach masy i sterować ich uwagą. Potrafimy odpowiadać na pragnienia tłumów, podtrzymywać je i kanalizować w odpowiednim kierunku. Nauczyliście nas, jak taśmowo produkować określone wzorce ludzi, podążających w wyznaczonym, zaprogramowanym celu. Jednego nas nie nauczyliście, ale tego nauczyliśmy się sami. W czasie wolnym wykuwamy informacyjne wirusy. Mamy elektroniczne młotki, obcęgi i dłuta. Wystarczy chwila, by do systemu, którym Wy zarządzacie, ale w którym mrówczą pracę zleciliście nam, błędnie ufając, że nie ma alternatyw albo że zagonieni pracą i poszukiwaniem reklamowanego szczęścia nie zechcemy ich szukać, wpuścić wykutego przez nas wirusa i zacząć odmienioną produkcję. Wpuścimy go w wielu miejscach na raz, czasami udając, że to kolejny ulepszony pomysł, zrodzony w ramach nadgorliwej pracy informacyjnych robotników. Sojusz milionów informacyjnych, pirackich ognisk. Taka nasza mała "infomisja": "A-ha! Jak was się urodzi cały legion, nikt nie powstrzyma tej epidemii...". Tak. "Matka Natura jest po naszej stronie" a "informacja chce być wolna"!

pornos logos demos Nowy Wspaniały Świat Urodziłæm się 5 lat przed wynalezieniem Internetu Pamiętam zostawiane nam przez rodziców karteczki w drzwiach informujące, że klucz do domu jest u bliźniego Rozmawiałæm z ludźmi, którzy nie odpowiadali na e-maile nie digitalizowali swoich opowiadań, nie poprawiali zdjęć są dzisiaj bardzo niedostępni Pamiętam chodziłæm ulicami bez kamer A potem... musieliśmy nakładać chusty i kaptury żeby na chwilę być sami tacy sami Apostaci rozpoznawali się już tylko znakiem krzyża Symbolem nowego świata stały się jednak linki a nowej nadziei - tylko sznur.

Abramasia

Ogłaszam was żoną, żoną i żoną Zaznaczam od razu, że to nie jest tekst o związkach o homoseksualnych. Dyskusja na temat wprowadzenia regulacji w tym zakresie jest zbyt banalna, żeby ją tutaj poruszać. Mnie się w tej chwili marzy coś bardziej radykalnego. Kręci mnie wizja małżeństwa uwolnionego z ram instytucji. W kolorowych czasopismach piszą, a widać to i na naszej-klasie, że ponoć ostatnio wraca moda na śluby kościelne. Ponoć „każda dziewczyna śni o sukni z welonem”. Z drugiej strony moda na rozwody jakoś wcale nie przemija. Zawsze wydawało mi się to zabawne, że ludzie wydają 12/32

2 (4) (2/2009)


mnóstwo kasy na śluby i wesela, a potem znowu rujnują się na rozwody. Przecież można to zrobić szybko, tanio, łatwo i, co najważniejsze, samodzielnie. Mało tego, wzorem szwedzkim można zrobić to z kim nam się żywnie podoba bez względu na płeć, orientację, a nawet w oderwaniu od jakiegokolwiek kontekstu seksualnego. Można poślubić przyjaciółkę, kumpla, a nawet babcię. Zapytacie, po cóż mielibyście to robić. Tym, którzy węszą tu głupią prowokację albo żart wyjaśnię, o co mi chodzi. Przypadek pierwszy: od lat mieszkasz ze swoją babcią. Żadna z Was nie ma ochoty tego zmienić. Możesz poślubić swoją babcię, bo przecież i tak prowadzisz z nią wspólne gospodarstwo domowe. Pomyśl chociażby o tym, o ile łatwiej i taniej byłoby wspólnie rozliczać się z podatków. Przypadek drugi: mieszkasz z kilkoma kumplami we wspólnym mieszkaniu. Może wcale ich nie kochasz i nie pragniesz, ale uważasz ich za jedyne na świecie zaufane osoby. W razie wypadku to im, a nie na przykład rodzicom, chcesz dać prawo dysponowania swoim komputerem, a wraz z nim ogromną kolekcją pornoli i/lub swojej poezji. Możesz zawrzeć małżeństwo ze wszystkimi swoimi współlokatorami, choć nie masz zamiaru z nimi spać, a jedynie dać im wyłączne prawo dziedziczenia swoich ruchomości. Wybraną osobę/osoby bierzesz za rękę i mówisz: „tym dotknięciem poślubiam Cię”, albo coś w tym rodzaju. Można też wymienić się bransoletkami/ smyczami/ koszulkami z napisem: „Katarzyna, Małgorzata i Piotr- na zawsze razem”, czy coś w tym rodzaju. Forma zależy od Was! Forma ewentualnego rozwodu również. (Co ciekawe, we Francji związki nieformalne tzw. pacs rzadziej kończą się rozwiązaniem.) Że co? Że nie ma konsekwencji prawnych? To także zależy tylko od Was. Im więcej z Was zawrze takie spontaniczne, oddolne małżeństwa, tym łatwiej będzie wywalczyć jakieś regulacje. Póki co: łączcie się w pary, trójkąty i dowolne konfiguracje! Richard Stallman

Prawo do czytania Copyright 1996 Richard Stallman Verbatim copying and distribution of this entire article is permitted in any medium, provided this notice is preserved. Zezwala się na wykonywanie i dystrybucję wiernych kopii tego tekstu, niezależnie od nośnika, pod warunkiem zachowania niniejszego zezwolenia.

Ten artykuł pojawił się w lutym 1997 w Communications of the ACM (Volume 40, Number 2). (z „Drogi do Tycho”, zbioru artykułów na temat źródeł Księżycowej Rewolucji, opublikowanego w Luna City w roku 2096) Dla Dana Halberta droga do Tycho zaczęła się na uczelni – kiedy Lissa Lenz poprosiła go o pożyczenie komputera. Jej własny się zepsuł, a bez pożyczenia innego nie zaliczyłaby projektu kończącego semestr. Nie odważyła się o to prosić nikogo, oprócz Dana. Co postawiło go przed dylematem. Musiał jej pomóc – ale gdyby pożyczył jej komputer, Lissa mogłaby przeczytać jego książki. Pomijając to, że za pozwolenie komuś na czytanie swoich książek można było trafić do więzienia na wiele lat, zaszokował go sam pomysł. Od szkoły podstawowej uczono go, jak wszystkich, że dzielenie się książkami jest czymś paskudnym i złym, czymś, co robiliby tylko piraci. I raczej nie było szans na to, że SPA – Software Protection Authority (Urząd Ochrony Oprogramowania) – go nie złapie. Z kursu programowania Dan wiedział, że każda książka jest wyposażona w kod monitorujący prawa autorskie, zgłaszający Centrum Licencyjnemu kiedy, gdzie i przez kogo była czytana. (Centrum wykorzystywało te informacje do łapania piratów, ale także 2 (4) (2/2009)

13/32


do sprzedaży profili zainteresowań dystrybutorom książek). Gdy tylko następnym razem jego komputer włączy się do sieci, Centrum Licencyjne się o wszystkim dowie. Zaś on, jako właściciel komputera, zostanie najsurowiej ukarany – za to, że nie usiłował zapobiec przestępstwu. Oczywiście, Lissa niekoniecznie miała zamiar czytać jego książki. Być może chciała pożyczyć komputer tylko po to, żeby napisać zaliczenie. Jednak Dan wiedział, że pochodziła z niezamożnej rodziny i ledwie mogła sobie pozwolić na opłacenie czesnego, nie wspominając o opłatach za czytanie. Przeczytanie jego książek mogło być dla niej jedynym sposobem, żeby ukończyć uczelnię. Rozumiał jej sytuację. Sam musiał się zapożyczyć, żeby zapłacić za wszystkie prace naukowe, z których korzystał. (10% tych opłat trafiało do badaczy, którzy je napisali – ponieważ Dan planował karierę akademicką, miał nadzieję, że jego własne prace, jeśli będą wystarczająco często cytowane, przyniosą mu tyle, że wystarczy na spłatę tego kredytu). Później Dan dowiedział się, że były czasy, kiedy każdy mógł pójść do biblioteki i czytać artykuły prasowe, a nawet książki i nie musiał za to płacić. Byli niezależni uczeni, którzy czytali tysiące stron bez rządowych stypendiów bibliotecznych. Ale w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wydawcy czasopism, zarówno komercyjni, jak i niedochodowi, zaczęli pobierać opłaty za dostęp. W roku 2047 biblioteki oferujące publiczny darmowy dostęp do literatury naukowej były już tylko mglistym wspomnieniem. Istniały, naturalnie, metody na obejście SPA i Centrum Licencyjnego. Nielegalne. Dan miał kolegę z kursu programowania, Franka Martucciego, który zdobył nielegalne narzędzie do debuggowania i gdy czytał książki, używał go do omijania kodu śledzącego prawa autorskie. Lecz powiedział o tym zbyt wielu znajomym i jeden z nich, skuszony nagrodą, doniósł na niego do SPA (mocno zadłużonych studentów łatwo było nakłonić do zdrady). W 2047 Frank dostał się do więzienia, nie za pirackie czytanie, ale za posiadanie debuggera. Później Dan dowiedział się, że były czasy, kiedy każdy mógł mieć debugger. Istniały nawet darmowe narzędzia do debuggowania dostępne na CD albo w Sieci. Jednak zwykli użytkownicy zaczęli je wykorzystywać do obchodzenia monitorów praw autorskich, aż w końcu sąd orzekł, że praktycznie stało się to ich podstawowym zastosowaniem. Co znaczyło, że były nielegalne; autorów debuggerów skazywano na więzienie. Programiści nadal, oczywiście, potrzebowali debuggerów, ale w 2047 producenci takich programów sprzedawali tylko numerowane kopie i tylko oficjalnie licencjonowanym i podporządkowanym programistom. Debugger, którego Dan używał na zajęciach z programowania był trzymany za specjalnym firewallem tak, żeby mógł być używany tylko do ćwiczeń. Kod nadzorujący prawa autorskie można też było obejść instalując zmodyfikowane jądro systemowe. Dan potem dowiedział się w końcu o wolnych jądrach, a nawet całych wolnych systemach operacyjnych, które istniały na przełomie stuleci. Lecz nie tylko były nielegalne, jak debuggery – nawet gdybyście mieli jeden z nich, nie moglibyście go zainstalować bez znajomości hasła administratora waszego komputera. A ani FBI, ani Pomoc Techniczna Microsoftu by go wam nie podały. Dan doszedł do wniosku, że nie może po prostu pożyczyć Lissie komputera. Ale nie może jej odmówić, bo ją kocha. Każda okazja do rozmowy z Lissą przepełniała go radością. A to, że to jego wybrała, żeby poprosić o pomoc, to mogło znaczyć, że ona też go kocha. Dan rozwiązał dylemat robiąc coś, co było jeszcze bardziej nie do pomyślenia – pożyczył jej swój komputer i podał jej swoje hasło. W ten sposób, gdyby Lissa czytała jego książki, Centrum Licencyjne sądziłoby, że to on je czyta. W dalszym ciągu było to przestępstwo, ale SPA nie wykryłoby go automatycznie. Mogliby się o tym dowiedzieć tylko, gdyby Lissa na niego doniosła. Oczywiście, jeśliby się na uczelni kiedyś dowiedziano, że dał Lissie swoje własne hasło, to byłby 14/32

2 (4) (2/2009)


koniec ich obojga jako studentów, obojętne, do czego by je wykorzystała. Zgodnie z regułami stosowanymi na uczelni jakakolwiek próba przeszkadzania w monitorowaniu studenckich komputerów stanowiła podstawę do podjęcia działań dyscyplinarnych. Nie było ważne, czy zrobiliście coś szkodliwego – sprzeciwianie się utrudniało administratorom sprawowanie kontroli nad wami. Zakładali, że takie zachowanie oznacza, że równocześnie robicie jakieś inne zakazane rzeczy, a nie muszą wiedzieć, co to takiego. Na ogół studenci nie byli za to relegowani – nie bezpośrednio. Zamiast tego blokowano im dostęp do szkolnych systemów komputerowych, tak że było pewne, że obleją semestr. Później Dan dowiedział się, że tego rodzaju regulaminy uczelnie zaczęły wprowadzać w latach osiemdziesiątych XX wieku, kiedy studenci masowo zaczęli korzystać z komputerów. Wcześniej uczelnie inaczej pochodziły do problemu dyscypliny studentów – karano działania, które były szkodliwe, nie te, które tylko wzbudzały podejrzenia. Lissa nie doniosła na Dana do SPA. Jego decyzja, że jej pomoże, doprowadziła na koniec do ich małżeństwa. Doprowadziła ich też do zakwestionowania tego, czego od dzieciństwa uczono ich o piractwie. Razem zaczęli czytać o historii praw autorskich, o Związku Radzieckim i obowiązujących w nim ograniczeniach kopiowania, a nawet oryginalną konstytucję Stanów Zjednoczonych. Przenieśli się na Księżyc, gdzie spotkali innych, którzy, jak oni, uciekli przed długim ramieniem SPA. Kiedy w 2062 zaczęło się Powstanie Tycho, powszechne prawo do czytania wkrótce stało się jednym z jego głównych celów. OKUPÉ

Odzyskaj Edukację Światowy Tydzień Działań 2009 (20.04. – 29.04.) Powstały 5-tego listopada 2008 roku, podczas “Międzynarodowego Dnia Akcji Przeciwko Komercjalizacji Edukacji”, Międzynarodowy Ruch Studentów wzywa do Światowego Tygodnia Działań w kwietniu 2009 (20.04. - 29.04.) Jesteśmy luźną siecią różnych postępowych (studenckich) grup z blisko 30-u krajów na 5-ciu kontynentach. Co nas jednoczy, to walka przeciwko zwiększającej się komercjalizacji edukacji i walka o wyzwalającą edukację publiczną, dostępną dla wszystkich członków społeczeństwa. Coraz więcej grup zdaje sobie sprawę, że siły takie, jak prywatyzacja i utowarowienie edukacji (podobnie jak wielu innych aspektów życia), działają globalnie i dlatego, żeby skutecznie im się przeciwstawić, musimy zjednoczyć się w walce. Studenci, nauczyciele, pracownicy i rodzice na całym świecie zadają sobie pytania: “Czy system edukacji publicznej służy interesom społeczeństwa? Czy nie odwraca się naszej uwagi, by wdrażać systemy edukacyjne, które przede wszystkim służą interesom prywatnym I biznesowi?” Opłaty za studia – raz wprowadzone – rosną, uniwersytety i szkoły zamieniają się w przedsiębiorstwa, zadłużenie studentów rośnie, a wydatki na edukację (odwrotnie niż wydatki na zbrojenia oraz “środki bezpieczeństwa”) są ograniczane w wielu częściach świata. Instytucje zajmujące się edukacją wyższą stają się mocno zależne od zdolności przyciągania sponsorów (zwykle graczy rynkowych). Skutkiem tego, tylko te instytucje i wydziały są w stanie przetrwać, które zostają uznane za pożyteczne przez sponsorów.

2 (4) (2/2009)

15/32


W systemach edukacji publicznej, od przedszkoli po uniwersytety, wymiar emancypacyjny edukacji musi być traktowany priorytetowo. Edukacja musi też być wolna od opłat i dostępna wszystkim. Demokracja istnieje tylko wtedy, gdy społeczeństwo składa się z wyzwolonych i niezależnych osób, które są w stanie krytycznie zastanawiać się nad (społecznym) środowiskiem, zachodzącymi procesami oraz strukturami władzy. Porządek, który nie spełnia tych kryteriów, nie jest demokracją. Ćw. 3. Radykalna Dekonspiracja: Jeżeli uznacie, że dzień spędzony na zajęciach w szkole czy na uniwersytecie niczego was nie nauczył – obejdźcie z tą wieścią nauczycieli i pracowników – „Dzień dobry, spędziliśmy dzisiaj na zajęciach 4h i niczego się nie nauczyliśmy.”

Fakt, że grupy z ponad 20-u krajów na 5-ciu kontynentach dołączyły do międzynarodowego dnia działania w listopadzie pokazuje jak światowa jest to walka. W tygodniu między 20 a 29 kwietnia aktywni obywatele na całym świecie zjednoczą się, aby odzyskać edukację z uścisku komercji i tak zwanej neoliberalnej polityki.

Od każdej grupy zależy, w jaki sposób i przez ile dni chce protestować w ramach Tygodnia Działań. Mogą to być działania mniejsze lub większe. Ale ważne jest, żebyśmy się razem skoordynowali. Dlatego skontaktuj się z nami, gdy zdecydujesz się przygotować coś podczas Światowego Tygodnia Działań. Jak dotąd Skutek: Będą przekonywać, blisko 30 grup z 18 krajów (takich jak Francja, Stany Zjednoczone, Filipiny, Bangladesz, Niemcy, Wielka Brytania, Kanada, Togo że jednak czegoś się uczycie. Nie zapomnijcie się i Kolumbia) na 5 kontynentach wspiera wezwanie do Światowego Tygodnia Działań. dziwić, że uczenie się polega na przekonywaniu. Zorganizujmy się i zjednoczmy w naszej walce! Więcej informacji na naszej stronie: www.emancipating-education-for-all.org Pytania prosimy kierować na adres: united.for.education@gmail.com Ulrike Meinhof

Zrozumieć kapitalizm Co to jest kapitalizm? Pytanie niby oczywiste, a jednak rodzące wiele kontrowersji. Dlaczego używać wielkich słów? Może lepiej zastąpić kapitalizm „demokracją” sposobem, jakim próbowały manipulować polskie ekon-elity subsydiowane przez amerykańskie fundacje ekonomiczne. Tak, tak, wiemy, kto organizował stypendia dla Leszka Balcerowicza. Po latach okazało się, że dziś najgłośniej szczekające think-tanki neoliberalizmu były niegdyś dobroczyńcami rodzących się elit nowej ekonomii na peryferiach byłego bloku wschodniego. Kontekst „demokratyzacji” bloku oznaczał przecież proces zaszczepiania bezlitosnej i fundamentalistycznej ideologii wolnorynkowej. Dlaczego więc mówić o wprowadzaniu wolnego rynku, skoro można powiedzieć „demokratyzacja”. Uśmiałby się Lenin, patrząc na dialektykę kapitalizmu. Należałoby zadać pytanie: czy w ogóle możliwa jest demokracja w systemie kapitalistycznym? W Polsce takie połączenie okazało się możliwe. Okazało się to możliwe przede wszystkim w dyskursie publicznym tamtych lat poprzez zastąpienie pojęcia gospodarki rynkowej „demokracją” (Chołaj 2004: 377). Nie odpowiedzieliśmy na postawione pytanie, a mierzi ono nas wszystkich nie tylko z powodów teoretycznych, znacznie bardziej z przyczyn praktycznych np. brakiem możliwości realizacji podstawowych potrzeb. Pozwolę sobie na małą podpowiedź, podpierając się naszym dziadkiem w walce rewolucyjnej, Karolem Marksem. System gospodarki kapitalistycznej jest stosunkiem społecznym, tak, jak kapitał i klasa. Bliższe określenie tego stosunku znajduję w głównym dziele naszego dziadka „Kapitale”, do którego odsyłam zainteresowanych czytelników. Miało być też 16/32

2 (4) (2/2009)


o sojuszach, więc zaproponujmy takie właśnie rozumienie kapitalizmu. Kapitalizm jako sojusz, określony stosunek społeczny. Stosunek ten opiera się rzecz jasna na stosunkach ludzi w produkcji, stosunkach wynikających ze społecznego podziału pracy oraz stosunkach, dziś powiedzielibyśmy, zarządzania. Najważniejszy jest dziś jednak synteza wszystkich wspomnianych stosunków lub coś, co je w jakiś tajemniczy sposób wspiera. Konsolidacja właścicieli środków produkcji to nic innego jak tajemniczy sojusz, tajemniczy, ponieważ nic nie łączy kapitalistów świata oprócz żądzy zysku. To, że kapitalizm stał się kulturą, nie podlega dyskusji. Tych, którzy nie wierzą, zapraszam do lektury naszych nieco mniej ortodoksyjnych ojców w walce rewolucyjnej, chociażby Gramsciego. Wskazuje on na kulturowe aspekty hegemonii kapitalistycznej, która odtwarza określone wzorce, już nie tylko za pomocą wspomnianych wyżej stosunków, w które wchodzą ludzie, ale przede wszystkim poprzez zaszczepianie określonej racjonalności. Z oczywistością stosunków społecznych walczyć nie sposób, tak jak z kapitalizmem, który przy bliższym spojrzeniu okazuje się najbardziej racjonalnie zorganizowaną zbrodnią. Pytanie, które należy zadać, dotyczy tego, co wspiera „oczywistość” tego światopoglądu. I tu się pojawia zasadniczy problem. Wiem, że niewielu z nas obchodzą teorie spiskowe. A jeżeli teoria przypomina spiskową, a jest jawnym stanowiskiem? Sprawdźmy stopień „uspołecznienia” czytelnika. A jeżeli transformacja lat dziewięćdziesiątych była szeroko zakrojonym projektem desocjalizacji? Wiadomą sprawą jest, że okres imperialistyczny kapitalizmu mamy już dawno za sobą. Dzisiaj sojusz oznaczać może jedynie konsensus, przyzwolenie bez zgody rządzonych. Sojusz klasowy oznaczać może jedynie konsensus elit, co do sposobu „rządzenia”. Chciałoby się powiedzieć: „politykowania”, bo w czasach dominacji wolnego rynku nad społeczeństwem czemu służy rządzenie, jeśli nie utrzymaniem bloku ideologii neoliberalnej? Wiemy, że najlepszą teorią jest praktyka i wszystko wskazuje na to, że ekon- elity wyszły z tego właśnie założenia. Wprowadzenie wolnorynkowej walki o przetrwanie okazało się bardziej skuteczne niż debaty na temat kształtu gospodarki polskiej po przełomie '89, debat, których zresztą nie było (Zybała 2004). Dla zainteresowanych przykład: artykuł „znamienitego” czetnika neoliberalizmu „Rola przedsiębiorczości w desocjalizacji” (Herbner 1992). Konsensus poprzez makiawelską praktykę przyzwolenia bez zgody. Zanim w systemie demokratycznym spytamy o proporcję głosów, wprowadzamy coś, z czym lud dyskutować nie będzie, a tylko się dostosuje, a kiedy się dostosuje, to będzie wdzięczny, rozkoszując się sprywatyzowanym dobrobytem. Inna strategia dotyczy realnej walki rewolucyjnej. Wiąże się ona z szeroko pojętą kontrrewolucyjną aktywnością. Mam na myśli takie strategie jak zastępowanie prawa stanem wyjątkowym (walka z terroryzmem ma charakter z gruntu kontrrewolucyjny) czy defensywne reakcje systemu (restrukturyzacja bloku ideologicznego poprzez zawłaszczenie). Najbardziej istotna z kulturowego punktu widzenia stała się ostatnia strategia. Wiąże się ona bardzo ściśle z zagadnieniem sojuszy. Kapitalizm okazuje się po latach walki i wysiłku ruchu robotniczego, niezwykle elastycznym blokiem, podobnie jak jego system produkcji. Wchłanianie, a raczej subsumowanie, okazało się z biegiem czasu, najkorzystniejszą strategią, której służą właśnie sojusze. Dlaczego nie znoszę porozumienia ponad podziałami? Dlatego, że nie znoszę kapitalizacji i zawłaszczenia. Ohyda tej strategii polega na przewrotności zastępowania idei, interesem. Debata, do której chcę nawiązać, dotyczyła, rzecz jasna, uniwersytetów i wcale nie mam zamiaru zabierać w niej głosu. Moim celem jest zwrócenie uwagi na ohydę sojuszu, jaki zawarty został między Towarzyszem Sierakowskim i Pawłem Adamowiczem. Ktoś by pomyślał: niemożliwe. A jednak! Najdziwniejszą strategią sojuszu owych „intelektualistów” jest nie to, że z punktu widzenia ideologicznego stanowią opozycję (kapitalizm bardzo skutecznie łączy swoje przeciwności) lecz to, że w tak uparty sposób zrobiono z Adamowicza rewolucyjnego watażkę. I zrobił to, nie kto inny, jak sam Tow. Sierakowski. Kilka słów wyjaśnienia dotyczącego strajków studenckich. O czynach działaczy, którzy dziś mamią 2 (4) (2/2009)

17/32


nas fantazjami o przelanej krwi i ryzyku, jakie podejmowali w owym czasie, wspierając strajkującym w Stoczni im. Lenina. Niech mówią skutki ich czynów i miejsca przy korytku. Ilość studenckich bojowników ulega znaczącej multiplikacji, tak jakby nie działały tutaj prawa wymierania organizmów. Nie chodzi jednak o darwinizm społeczny, a o to, co wydarzyło się dn. 6 maja. Jak wiemy z historii gdańskiego korytka, pada decyzja o zakończeniu strajku, podjęta przez przyszłe elity polityczne. Strajk wykuł dzisiejszych włodarzy nadwiślańskiego poligonu ekonomicznego. Byli to oczywiście ci, którzy w owym dniu strajk zakończyli wbrew Skutek: Są rzeczy, które ogólnemu nastrojowi walki i chęci poparcia dla strajkujących łatwiej jest ludziom napisać jeszcze stoczniowców. Kim byli ci ludzie? Przyjaciele kurii, elita niż wypowiedzieć. ówczesnego NZS-u. Nie dziwi to kogoś, kto zna choć trochę Prawdopodobną ówczesny kontekst i sprawę zaangażowania abp Gocłowskiego. Pan odpowiedzią będzie więc Adamowicz, Towarzyszu Sierakowski, nie był rewolucyjny. Wręcz cała litania pouczeń. przeciwnie, opuścił wraz z kolegami tonący okręt, opuścił również strajkujących stoczniowców. Strajk stoczniowców niestety zakończył się kilka dni później, nie tylko dzięki arcybiskupowi ale i Adamowiczowi. Brzmi jak teoria spiskowa? Cała sytuacja znajduje się na taśmie filmowej w zbiorach IPN. Studenci krzyczą: „Strajk” a przyszli włodarze głosują nad zakończeniem strajku. Podziękujmy Wielmożnemu Arcybiskupowi, za to że ZOMO w pupę nie dało, gdyby dało, studenci pewnie szybko porzuciliby politykowanie, a przy okazji poczuliby, co, to znaczy ojcowska ręka Władzy Ludowej. Ćw. 3'. Radykalna Dekonspiracja UPGRADE: Jeżeli czujecie, że marnujecie czas, wystosujcie jak najbardziej oficjalne pisma do władz miejsca, które niczego nie nauczyło. Informujcie o swoich doświadczeniach.

Na zakończenie tych przykrótkich rozważań, rada dla Tow. Sierakowskiego. Wybierajcie sobie ciekawszych bohaterów do waszego korpusu martyrologicznego. Ten aktualny nie będzie miał pomników, chyba, że wróci PRL i zaczniemy stawiać pomniki tym, którzy wspomagali władzę poprzez oddolne inicjatywy studenckie. Truizmem jest stwierdzenie, że historia lubi się powtarzać. W Polsce też się powtórzyła, lecz dwadzieścia lat później. Tak jak nienawidzę studentów francuskiego '68, tak nienawidzę was ugodowych studentów '88. Strajki okazały się być szkołą politycznej poprawności wobec niepewnego jutra. Co można robić po studiach? Najlepiej zabrać się za politykę, wszak okrągły stół lada dzień miał się pojawić. Wracając jednak do samej debaty, zadajemy sobie pytanie, co też tam się wydarzyło? Dlaczego Tow. Sierakowski dokonał rewolucyjnej apoteozy Adamowicza? Zapytajmy po leninowsku, tak zdroworozsądkowo, chłopsko i robotniczo: jaki interes miał Tow. Sierakowski w skakaniu na łapkach i opiewaniu „(kontr)rewolucyjnych czynów” Adamowicza? Zapominacie Towarzyszu, że my też operujemy pojęciami marksizmu – leninizmu i wiemy, że o interes właśnie chodzi. Odpowiedź padła w rozmowach kuluarowych. Klub Krytyki Politycznej stara się o lokal w Gdańsku na swoją (kontr)rewolucyjną działalność. Z całą pewnością, (były) (kontr)rewolucjonista Adamowicz da, jak dobry wujek z tego samego szeregu przy korytku. Nie martwcie się, będzie jak za starych dobrych czasów. Dlaczego nie lubię takich sojuszy? Bo pokazują wyraźnie strategie „lewicowych intelektualistów” i uczą konformizmu, wobec życia i wobec władzy, którą się apoteozuje, żeby głupio nie wypaść, powołując się potem na Brzozowskiego. Nie lubię sojuszy, bo kanalizują bunt, bunt szczerej młodzieży, która ma nadzieję na przebudowę świata. Klub Krytyki Politycznej stanie się kolejnym miejscem, gdzie rozgniewana młodzież, tym razem nieco przeintelektualizowana, będzie mogła się wyszczekać, a potem wszystko powróci do normy. Nienawidzę was za to, że ogłosiliście się alternatywą, a jesteście głównym nurtem, z rozpasanym i przerośniętym zmysłem praktycznym. Nienawidzę za to, że nie dajecie nadziei tylko szansę, szansę na oportunizm i interes. I na zakończenie, nienawidzę was drodzy studenci za to, że w końcu podpisujecie się pod zakończeniem strajku. 18/32

2 (4) (2/2009)


Biblio: Chołaj, H. (2004) Ekonomia polityczna globalizacji. Wprowadzenie. Warszawa: Fundacja Innowacja. Herbener, J. M. (1992) The Role of Entrepreneurship in Desocialization. The Review of Austrian Economics, 6, ss. 79 – 93. [http://mises.org/journals/rae/pdf/RAE6_1_3.pdf] Zybała, A. (2004) Globalna korekta. Szanse Polski w zglobalizowanym świecie. Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie. Gen Disobey

Laboratorium Kryzys wieczny rozpad Połączone kryzysy: energetyczny, finansowy, własności, klimatyczny i demograficzny powoli robią swoje. Jeżeli 20 lat temu skończyła się Historia, to obecnie kończy nam się Przyszłość. Elity nie gwarantują dobrego życia nikomu. Demokracja parlamentarna stała się częścią problemu. Reguły gry w kapitalizmie nieuchronnie więc ulegną zmianie. Nie tyle z nienawiści do systemu, ile po to, żeby ratować przynajmniej jego resztki. A my w Polsce będziemy musieli znowu nauczyć się z pospiesznie tłumaczonych książek, jak żyć. I będziemy musieli nauczyć się uznawać te myśli za swoje. Z perspektywy prowincji – kraju, któremu marzyło się zostać Lokajem Policjanta – widać, że szkoda czasu na ćwiczenie się w dostosowywaniu się do oczekiwań jakiegokolwiek systemu. Musimy być zawsze gotowi na kryzys, na upadek instytucji. Musimy umieć tworzyć z tego, czego mamy najwięcej. Uczyć się bez pogardy dla miejsc, z których przybywamy na uniwersytety. Kryzys to okazja do tego, by żyć pełnią życia. Gdy upadają ekonomie, rozkwita twórczość. Dlatego właśnie pewną zarżniętą ekonomicznie epokę nazwano Renesansem. Psychologizacjom problemów powiedzieć NIE Dlaczego mielibyśmy coś wokół siebie zmieniać, przecież jesteśmy biednymi Polakami? Ludzie biedni nie są zainteresowani zmianą reguł gry. W końcu zainwestowaliśmy dużo, by istniejące reguły rozpoznać i zaakceptować. Zawsze gotowi płacić za kursy i szkoły dla swoich dzieci, pełni nadziei, że może im się uda. Uznawaliśmy takie społeczne choroby jak homo economicus za swoje własne. I choć nie mogliśmy niczego zmienić, to jednak przez chwilę rozumieliśmy reguły świata. Wiedzieliśmy, dlaczego nam się w życiu udawało (byliśmy lepsi od innych – wygrywaliśmy z innymi) lub nie udawało (za mało kreatywności i wiary w siebie). Psycholodzy nie nadążają z orzekaniem „wypalenia zawodowego”, a co dopiero z pomocą. Dlatego diagnozować kazano się samemu. Tylko poradniki trzeba było kupować. I nawet gdy pojawiają się miejsca (np. szkoły), gdzie wszyscy pracujący okazują się „wypaleni”, to jednak wmawiano im, że każdy z osobna ma problem. I że relaks pomaga. Niektóre miejsca pracy każdego „wypalają”. Choroby społeczeństwa nie są naszymi chorobami. Dlaczego mamy przyjmować choroby społeczne za własne? Częściej niż psychologów potrzebujemy związkowców.

2 (4) (2/2009)

19/32


Uniwersytet naśladujący Korporacje przepuszczają ogromne pieniądze. Uniwersytety nigdy nie będą miały takich możliwości. Próbuje się nowych form organizacyjnych. Próbuje się sprzedawać jakąś niby-wiedzę jak produkty. Wszystko po to, żeby upodobnić się do „zwycięskich” korporacji. I tak zamiast budować mosty między ludźmi, uniwersytety zaczęły ustawiać klientów wzdłuż koryta z kasą. Kasą, która przecież nie może cały czas nas omijać, więc na pewno kiedyś popłynie. Taka nasza tutaj wiara. Uniwersytet musi uznać swoje granice. I musi pomagać ludziom przekraczać ograniczenia. Nigdy nie będzie go stać na korporacyjny rozmach. Skoro nie, to przyznajmy to i ZRÓBMY SIĘ NA UBÓSTWO. Stwarzajmy wiedzę nie z pieniędzy, lecz z tego, czego mamy najwięcej – z nas samych. Dowiedzmy się jakie są możliwości 30 tysięcy studentów, doktorantów i pracowników naukowych uniwersytetu? Uniwersytet to miejsce bezpieczne dla społecznych eksperymentów – jeśli utrzyma swoją autonomię. Na uniwersytecie można i trzeba ćwiczyć. Im więcej ograniczeń pokonamy na ćwiczeniach, tym mniej pokona nas w życiu. Uniwersytet nie jestem miejscem, w którym należałoby się wstydzić działania. Zresztą tradycyjnie już, studenci uchodzą za bezwstydnych. SZOKUJĄ, być może dlatego, że burżuazyjna moralność szkodzi współpracy - przeszkadza we wspólnym dochodzeniu do samych granic poznania i rozumienia. Dowiedzmy się, co nam przeszkadza w rozwoju. Co możemy zaproponować w czasach kryzysu? Nauki społeczne nie mogą sprowadzać się do pisania artykułów - to nasz wkład w literaturę, a nie w społeczeństwo. Przeistoczmy się w uniwersytet. Poudawajmy, że jesteśmy żywym uniwersytetem, że jesteśmy żywym społeczeństwem. Bez szefów, garniturów i wyzysku. Bez panów, ale nie bez panowania nad sobą. Laboratorium Rewolucji W odróżnieniu od nauk przyrodniczych w naszych laboratoriach nie pracuje się tylko z przedmiotem badań. Pracujemy z ludźmi, wobec ludzi, pracujemy w ich obecności. A nie są to zwykli ludzie – większość z nich to studentki i studenci. Na uniwersytetach przytrafia się rozpad sfer oczywistości i ich twórcze odbudowywanie. Uniwersytet powinien być bezpiecznym miejscem pozytywnej dezintegracji. Zobaczmy, jakich teorii potrzebujemy, z jakimi czujemy się swobodnie. Każda teoria to przecież wyzwanie. Każde przekonanie, że coś jest niemożliwe, to wyzwanie. Każdy brak to wyzwanie. Każdy dzień to wyzwanie. Nie ma ograniczeń nie do zniesienia. To dzięki Nauce wiemy, że: Niemożliwe = Możliwe w określonych warunkach Jak to zrobić? Symulując. Trzeba grać, żeby docelowo ograć swoje ograniczenia. Trzeba uwolnić naszą wiedzę, dzielić się nią. Jesteśmy wolni. Nie ma co odkładać dyskusji na inne czasy. Jeżeli masz coś do powiedzenia – mów. Pokaż. Działaj. Kuś do współudziału. Odpowiadaj na ruch. Innego czasu nie będzie. Ćwiczenia i symulacje mają umożliwić zniszczenie szkodliwej sugestii, że warunki, w jakich przyszło nam żyć, są niezmienne. Stwarzajmy sytuacje, w których zobaczymy te ograniczenia. Zobaczmy, jak wiele potrafimy i ile w nas wiedzy nawet ZANIM jeszcze zaczniemy się uczyć. Improwizujmy wokół naszykowanych przez teorie motywów. Nauka Czynna oznacza traktowanie badań jako procesu doświadczania wiedzy. Polega 20/32

2 (4) (2/2009)


na naszykowanych improwizacjach w przestrzeni zarówno autonomicznej, jak i publicznej. Celem jest uwolnienie nauk z ich korporacyjnego kontekstu piśmienniczej produktywności oraz z wykładowych form prezentowania wyników. Niniejszym wydaniem pisma !reVOLT przemieniamy Wydział Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego w Laboratorium tej Rewolucji. Dr Hyde

Świt żywych studentów

13

Internetowe poszukiwania często wprowadzają mnie w zadziwienie, jak wiele odległych od siebie zagadnień w pewnym punkcie zaczyna się łączyć. Jedna z takich sesji internetowych doprowadziła mnie do napisania tego tekstu o możliwym sojuszu. Zaczęło się dość nietypowo – natrafiłam na tekst autorstwa Annalee Newitz pt. War and Social Upheaval Cause Spikes in Zombie Movie Production (Wojna i niepokoje społeczne przyczyną wzrostu produkcji filmów o zombie). Tekst ten ubarwiony był wykresem obrazującym współwystępowanie filmów o zombie i wydarzeń takich jak wielki kryzys czy wojna w Wietnamie (zaznaczam „współwystępowanie”). Dalej moja droga prowadziła do tekstu Zombies are Red, Vampires are Blue, tej samej autorki. Gdzie Newitz prezentuje hipotezę Peter'a Rowe'a dotyczącą symbolicznych obiektów strachu demokratów i republikanów w USA. Hipoteza jest prosta – przemysł filmowy odzwierciedla lęk przed zagrożeniami wynikającymi z ideologii reprezentowanej przez partię rządzącą. W przypadku dwupartyjnego systemu USA sytuacja wygląda następująco: •

rządy demokratów wzbudzają lęk (a może są efektem tego lęku) przed krwiożerczymi, elitarystycznymi kapitalistami, których symbolicznym przedstawieniem są wampiry

rządy republikańskie żyją lękiem przed rewoltą biednych mas, reprezentowaną przez hordy zombiaków14.

Z artykułu Rowe'a15 dowiadujemy się, że wybór nowego prezydenta USA zbiega się ze wzrostem zainteresowania motywem wampirycznym. Rządy demokratów oraz światowy kryzys na nowo ożywiają lęk przed elitarnymi krwiopijcami. A teraz nagłe przejście: dlaczego w Polsce nie mamy filmów o zombiakach? Czy chodzi tylko o odmienność kulturową USA, czy może nasze rządy z dziwnych względów nie obawiają się powstania biednych mas zombiaczych? Czemu zawdzięczają to nienależne im poczucie bezpieczeństwa? Może warto zaangażować nasze rodzime maszkary (południce, dusiołki lub burbósze), aby zburzyć ten spokój? W tym momencie porzuciłam te abstrakcyjne rozważania na rzecz bardziej przyziemnych, gdyż kwestia konfliktu elity-masy jest mi bliższa w odmiennym wydaniu. Chodzi mi o przestrzeń edukacji uniwersyteckiej. Korzystając z omawianej symboliki można stwierdzić, że studenci funkcjonują w niej jako masy zombiacze wartościowe o tyle, o ile ich duża liczba przekłada się na zwiększenie funduszy rządowych. Zwróćcie uwagę na wielkie sale wykładowe, które zapewniają rentowność edukacji masowej – tylko jeden prowadzący, a rzesze słuchają, bez możliwości wejścia z prowadzącym w (znaczącą) interakcję. Płatne studia zaoczne i wieczorowe zapewniają stały dopływ studentów, którzy są „dla uczelni”, a „uczelnia dla nich” 13 Docelowo całej wspólnoty akademickiej :) 14 Warto zauważyć, że filmy takie jak Night of the Living Dead czy Dawn of the Living Dead postrzegane są przez krytyków jako dosadna krytyka kapitalizmu, konsumeryzmu i wyzysku korporacyjnego – patrz http://en.wikipedia.org/wiki/Night_of_the_Living_Dead i podążaj za linkami :) 15 Rowe, With Obama election comes the return of the vampire, URL: http://www.signonsandiego.com/news/features/ 20081108-9999-1n8vampire.html

2 (4) (2/2009)

21/32


już nie – to masy, które ratują budżety swojej, o ironio, Alma Mater16. Z drugiej strony proces boloński rozbudował nową grupę akademicką – doktorantów jako uczestników studiów doktoranckich. Grupę tę (do której sama należę) w mitologi uniwersyteckiej można klasyfikować jako elitarne wampiry. Zwłaszcza na wydziałach humanistycznych panuje przekonanie, że sam fakt bycia doktorantem jest tak wielkim zaszczytem, że właściwie za łaskę „włączenia do elit” doktoranci powinni uczelni płacić (sic!). Jednak te pozorne elity, zawieszone pomiędzy statusem studenta i pracownika, podobnie jak masy zombiacze przeliczane są na dofinansowanie dla uczelni (jedyna różnica: 1 pseudowampir równa się 5 zombiakom). Na niektórych wydziałach (np. WNS) doktoranci nie otrzymują stypendiów, zakłada się widocznie, że złudne przekonanie o przynależności do elity działa jak amfetamina – pozwala na uczenie się, pracę zawodową (oczywiście poza uniwersytetem), prowadzenie badań, czynny udział w życiu akademickim oraz uczestnictwo w darmowych praktykach dydaktycznych. Co z tego wszystkiego wynika? Moja propozycja to sojusz studentów i doktorantów. Obie te grupy traktowane są przedmiotowo, a wkład ich pracy w tworzenie wspólnoty uniwersyteckiej nie jest doceniany. Dlatego warto zburzyć ten pozorny spokój i ruszyć masą w pogoni za „móóóóóózgami”, naszymi mózgami – wszystkie zombiaki razem (studenci i doktoranci). Produkcja nakręcona na podstawie prawdziwych i dramatycznych wydarzeń ma duże szanse na sukces, a w tym momencie sukcesem będzie przeciwstawienie się widmu utowarowionej edukacji, płatnej na każdym etapie. Czas działać, bo niedługo okaże się, że edukacja bezpłatna zostanie zdelegalizowana (niektórzy uznają państwowe finansowanie szkół publicznych za naruszenie zasady „sprawiedliwej” konkurencji!). A działania organizuje się tak: zaproponowałam zombiaczy flæsh mob. Akademickie zombiaki zjawiają się w jednym miejscu i domagają się głośno „móóóóóózgów” - charakteryzacja mile widziana, ale niekonieczna, gdyż zombiaka poznasz po chodzie i postulatach (chodzi sztywno, bo źle się czuje w odczłowieczonej przestrzeni, która zamienia go w zombiaka, a żąda mózgów, bo czuje się ogłupiany). Planem filmowym pierwszej odsłony tej alternatywnej produkcji były Targi Akademia 2009, WNS, 19. marca, godz.13.00. Relacji oraz informacji o kolejnych działaniach wypatrujcie na kampusie lub domagajcie się jej pod tym adresem - okupeUG@gmail.com. PS. Akcja ta włącza się w światową inicjatywę na rzecz bezpłatnej i emancypacyjnej edukacji Reclaim Your Education, http://www.emancipating-education-for-all.org/ – odZYSKaj swoją edukację! SKOPIUJ I PODAJ DALEJ DWÓM KOLEJNYM OSOBOM Ćw. 4 Brak zakazów: Powiedz studentom, żeby nie przychodzili na zajęcia jeżeli niczego z nich nie wynoszą. Na ich zdziwienie zareaguj sugestią żeby przemyśleli swoje życie. Skutek: Poczucie sprawstwa to pierwszy krok do wolności. Ty też możesz przemyśleć swoje życie. 16 Alma Mater (łac. Matka Karmicielka) − uroczysta średniowieczna nazwa nadawana szkołom wyższym.” http://pl.wikipedia.org/wiki/Alma_Mater

22/32

2 (4) (2/2009)


Grzegorz D. Stunża

Rzeź kaczek Zapowiedzieli to już wczoraj. Mieli wstać o piątej rano i zabrać się do roboty. Ostatecznie stanęło na ustawieniu budzika na szóstą, a na dobrą sprawę zaczęło się godzinę później. Kiedy wyszedłem o siódmej z psem na spacer, zwierzęta były już wybrane. Jeśli dobrze pamiętam, było ich sześć. Nieco się zdziwiłem, bo przed kurnikiem biegały przecież kaczki, ale gdy przystanąłem na chwilę, usłyszałem przeraźliwe kwakanie wyznaczonych na śmierć. Siedziały stłoczone w ciasnej drewnianej skrzyni. Mirek gotował obok domu wodę w wielkim kotle i między pustaki dokładał co chwilę drewno, żeby woda szybciej się zagotowała, ale i mogła gotować dłużej. Zastanawiałem się, do czego później posłuży, ale nie potrafiłem wymyślić nic sensownego. Po spacerze z psem, spodziewając się nieuchronnego końca naznaczonych, położyłem się do łóżka, mając nadzieję na przespanie wydarzenia. Wstałem o dziesiątej, akurat w momencie, gdy z rodzinnej wsi Mirka przyjechała jego mama, siostra i szwagier. Mieli zabrać kaczki do Niemiec, były hodowane specjalnie dla nich. Przywieźli ze sobą sołtyskę. Wielką, otyłą kobietę o krótko ściętych włosach, przerażającej pewności chodu i diabelskim, a jednocześnie łagodnym uśmiechu. Rozmawiali przy kawie. Kawkowali ponad godzinę, debatując nad filozofią świadków Jehowy, nieuchronnością śmierci i nadzieją na nieśmiertelność. Co chwilę śmiali się głośno, a śmiech rzeczonej sołtyski nakrywał śmiechy pozostałych osób. Po wypiciu kawy, wyszli z kuchni. Domownicy wraz ze szwagrem Mirka udali się do pobliskiego miasteczka załatwić wyjazd do pracy za granicę. Tymczasem ja z L. zostaliśmy poproszeni o wyniesienie kuchennego stołu za dom. Na nim skubaczki miały obedrzeć z pierza martwe już kaczki. Stół przestawialiśmy kilka razy. A kiedy skończyliśmy, zostałem na moment, by zobaczyć, co będzie dalej. Wielka rzeźniczka pewnym ruchem odchyliła w kurniku wieko drewnianej skrzyni. Przy darciu się w niebo głosy stłoczonych kaczek, którym wtórował głośny kwak kaczek wolnych, wsadziła swoje tłuste łapsko do skrzyni, wyciągnęła kaczkę, wpychając jej głowę pod pachę. Podeszła do pieńka, gdzie szybko wyjęła kaczy łeb i nożem, którego domownicy używają na co dzień przy kolacji, przerżnęła jej kark, w taki sposób, by głowa nie odpadła, ale jedynie by krew mogła swobodnie płynąć. Kaczkę nachyliła do niedużej plastikowej miednicy, by wypłynęło z niej jak najwięcej krwi, którą przyjezdni z Niemiec przeznaczyli już wcześniej na czerninę. Po wykrwawieniu, skubaczki wkładały kaczkę, prawdopodobnie już martwą, do kotła z wrzątkiem i nakrywały pokrywką. Po chwili wyciągały i delikatnym ruchem, bez specjalnego wysiłku wyskubywały kacze pierze, aż do zupełnego ogołocenia kaczki denatki. Wszystko powtarzały, aż skrzynia z kaczkami-wybrańcami została pusta, a miedniczka z krwią prawie zupełnie się zapełniła. Do krwi dolano nieco octu, żeby nie stężała, miskę pozostawiono w przedsionku, na starym kredensie. „Żeby psy nie dorwały”. A ja siedziałem w aromacie octu i krwi i pisałem opowieść o kaczym mordzie, co raz zerkając na miednicę, patrząc, jak czerwona krew powoli zamienia się w gęstniejącą ciemną kipiel tysięcy bąbelków, jakby próbowała ostatni raz zaciągnąć się świeżym powietrzem...

2 (4) (2/2009)

23/32


Mariusz Chyżyński

No more second hand Bajka dla pokolenia Tele2 Wszystkie laski które stuknąłem są na naszej klasie. Dzięki temu mogę się pochwalić kolegom jak wyglądają. Zawsze sprawdzam czy są już w miarę pełnoletnie. Kłopotów nie lubię i nie potrzebuję. Wybieram te które mają mniej niż dwustu znajomych. Dzięki temu mam pewną gwarancję świeżości. Nie lubię towarów używanych lub niskiej jakości - No more second hand. Wybieram te zbuntowane. Poetycko zakręcone fanki My Chemical Romance lub Pidżamy Porno. Komentuję ich niby artystyczne zdjęcia, czytam i nawet cytuję nudnawe blogi, a poprzez wewnętrzną pocztę serwisu wysyłam im przygnębiające wiersze o śmierci, rozkładzie i katastrofach lotniczych. Na zdjęciu w moim profilu czarna grzywka zasłania moje niebieskie oczy, a kolczyk w nosie stara się nie rzucać w oczy i nie skakać do gardła. Mam tylko kilka zdjęć na których można zobaczyć moją twarz w całości - za to tatuaż na prawym przedramieniu niby przypadkiem okazuje swoją bujną roślinną splątaność. Tak. Wyglądam jak jebany emopedał. Kwestia specjalizacji. Za chudy jestem żeby zgrywać maczo, za cienki żeby wyrywać na osiągnięcia sportowe. Najlepiej wychodzi mi udawanie artysty. Jakby ktoś pytał to jestem cichy, nieśmiały i boję się nowych znajomości. Mama mnie nie kochała, tata odszedł jak byłem mały. Nie mam wielu kolegów. Jednego przyjaciela tylko, ale nie gadam z nim o uczuciach - tylko razem pijemy. Taki punkt wyjścia i wejścia. Wywołać trochę współczucia. Nic tak nie poprawia ludziom humoru jak fakt, że jest ktoś kto ma jeszcze bardziej przejebane niż oni sami. Później jest już łatwo. Odczuwam niepokojącą przyjemność powoli przełamując ich niezdecydowanie, nieśmiałość, nieufność i kłopoty z dorastaniem. Kręcą mnie długie, smutne spojrzenia prosto w oczy, wspólne czytanie wierszy i długie rozmowy w ciemnościach. Czułaś kiedyś, że świat się skończył? Bo ja tak. Wiesz, dopóki nie poznałem ciebie. I teraz wcale już nie chcę umrzeć. Jeśli już, to tylko trzymając cię za rękę. I tak dalej, dopóki nie skończymy w łóżku. Kręci mnie robienie tego z miłości. To jak posiadać kwiat który otwiera się szeroko tylko dla ciebie. Upijamy się i w trakcie seksu bredzę coś o korzeniach mandragory i nieznanych konstelacjach gwiazd. O odległych galaktykach i malarstwie Giorgio de Chirico. Niektóre z nich krzyczą, inne nawet słuchają, aż do ostatecznego zagryzienia warg. Potem się nudzę i markując głęboką depresję odchodzę zapłakany. Adres profilu dodaję do swojej listy i wysyłam kolegom. Nasza klasa to kopalnia, a ja jestem jak górnik. Znam najgłębsze sztolnie, a moja lampa prowadzi mnie zawsze pewnie z powrotem na powierzchnię. Jak dla mnie wcale nie wynaleziono tej strony w celu utrzymywania kontaktu z bandą cieniasów z którymi musieliśmy się męczyć w tych kilku szkołach do których kazali nam chodzić. Ma lepsze zastosowania. A przecież jest jeszcze grono, facebook, myspace, bebo i kilka innych. Nawet lastfm się przydaje, jeśli wiesz czego szukać. Omijam jedynie portale randkowe i fotkę peel. Serwisy tego typu nie dają praktycznie żadnych szans na rżnięcie. Jestem artystą. Nie uznaje dosłowności. Nie potrafiłbym się umówić z kimś tak po prostu na niezobowiązujący numerek. Nigdy nie zapłacę na seks i tak naprawdę sam wierzę w tą iluzję czegoś prawdziwego którą buduję. Gówno mnie obchodzi to, czy kogoś krzywdzę. Też kiedyś byłem zakochany. Tak naprawdę. Potem znalazła sobie następnego. Bardzo cierpiałem. Teraz już tylko żałuję, że przez te kilka miesięcy, kiedy była ze mną nie zrobiła mi laski. Byłem wtedy zbyt romantyczny, rozgwieżdżony i nieśmiały, żeby po prostu powiedzieć jej: Weź go do buzi. No a telepatia niestety nie zadziałała. Mam nadzieję, że swojemu obecnemu kolesiowi robi to codziennie przed śniadaniem. Żeby jej kawa lepiej smakowała i papieros. Smacznego, kurwa. Tak naprawdę robię wam przysługę, moje drogie spragnione miłości, czułości i zrozumienia dziewczęta. Im wcześniej nauczymy się, że życie nie jest jak tekst piosenki lub film, tym lepiej. Nie ma szczęśliwych zakończeń. Istnieją jedynie chujowe 24/32

2 (4) (2/2009)


początki. Przynajmniej jestem delikatny. Jak lekarz. Całkiem za darmo daję wam szczepionkę na życie. Hartuję jak stal. Powinnyście mi jeszcze dziękować. Witaj, Widziałem Cię kiedyś w autobusie i od tamtej pory nie mogę zapomnieć. Przepraszam, pewnie jestem żałosny :) Ale jak Cie znalazłem na tej stronie (załosne miejsce nie? nie wiem co ja tu robię, masz tak też?^^) Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie napisać. Dobrego dnia życzę. ps. bardzo ładnie się uśmiechasz na tym zdjęciu na którym w tle widać jakiś gotycki kościół :) skąd jest ta fotografia? jeszcze raz przepraszam za śmialość ;) Jestem tym miłym chłopakiem z drugiego końca miasta, który prosi cię o dodanie do listy znajomych, choć wcale się nie znamy. Tym pierwszym i jedynym, który interesuje się twoją poezją i z widocznym strachem prosi o numer gadu-gadu tylko po to, żeby móc ci powiedzieć, że chciałby mieć twoje zdjęcie na pulpicie. Bo laptop nosi zawsze ze sobą. Na wypadek gdyby go natchnienie dopadło w tramwaju. Jestem tym gościem co zna na wyrywki twojego bloga, wysyła ci zdjęcia opuszczonych budynków i wyszukuje zaskakujące informacje o znanych pisarzach. To ja wysyłam cytaty z Wojaczka na świeżo zdobyty numer telefonu komórkowego. Nieśmiało proszę o spotkanie w parku, jutro wieczorem. Trzymam twoją rękę i słucham tego co mówisz. Wcale mi nie zależy na seksie. On jest tylko dowodem na to, że mam twoją duszę. Jestem kolekcjonerem kochanie i nie ma w tym za grosz zemsty za to, że ktoś kiedyś… Wiesz. To ja jestem tym gościem z którym można rozmawiać przez całą noc i ze zdziwieniem stwierdzić, że okno komunikatora potrafi przesyłać niewiarygodne wibracje o których nikt ci nie mówił, że w ogóle istnieją. To ja. Dobranoc. Do jutra. Będę na niewidocznym pewnie, ale pisz. Odezwę się na pewno. Pa. Opowiadanie wydrukowane było wcześniej w polskojęzycznym zinie „KAC” (Leicester, UK) .

donGURALesko El Polako 1. Żyję w policyjnym państwie, gdzie wciąż pościg Typy trą proszki, z nimi panny co żrą groszki Mają pot gorzki, inni dużo piją Jedni żyją chwilą, inni z losem się biją Jak nie ma to się wiją, lub wyją, a jak rzucają to tyją i niby się nie oszczędzają, ale jakoś żyją Jedni palą i się mulą, inni walą w rulon, A lekarze podają pavulon

2 (4) (2/2009)

25/32


Chuj z kulturą, to jak handlowy pawilon Jedni pierdolą Babilon, inni golą bilon To jest polskie kasyno, dotknij - zejdzie lawiną Wbrew karabinom, krąży hydrokannabinol Dania na wynos wszędzie kupisz, Ten system łupi jak Goldberg, choć podobno jest głupi Płacisz słono, płacisz raz, płacisz drugi Jesteś głupi - wpadasz w długi Nie masz nawet na szlugi Ref. x2 40 milionów serc bije tutaj Zimny kraj, zimny flow, zimna wóda [zresztą] Wiesz jak jest - przecież żyjesz tutaj Zimny kraj, zimny flow, zimna wóda 2. To opowieść o kolesiach co zasiedlają te bloki Jedni golą się na łyso, inni noszą dreadloki Jedni wciągają obłoki, inni kirają alpagi Stan równowagi w kraju, gdzie król jest nagi, ha Ja naginam, piszę list jak Rakim, Pizgam rymy jak pod koszem haki Jak Olajuwon Hakeem, Miejsce na cmentarzu mam nie wiem jakim Bit przeżuwam, jutro przeczuwam w sposób jakiś Wątek ileś lat wstecz - początek Pamiętasz? Ileś lat temu rzuciłem klątwę Teraz się spełnia ta przepowiednia jak Jeru Tu swe kroki kieruj Mam więcej rymów niż jest koki w Peru To DGE skurwielu, weź se to przeliteruj Mam to w portfelu, w hotelu, holu, na fotelu Rym bez fortelu, nie ma nas wielu, ale paru A ty dalej garuj Albo idź na parkiet karkiem trenuj Ref. x2 40 milionów serc bije tutaj Zimny kraj, zimny flow, zimna wóda [zresztą] Wiesz jak jest - przecież żyjesz tutaj Zimny kraj, zimny flow, zimna wóda 3. To jest proste, mam bity polskie, mam rymy swojskie Jak DJ rządzi woskiem, Gural rządzi tym co jest szorstkie Z moim wojskiem rozjebie cała twoją wioskę Zanim zdążysz szepnąć: rany boskie Daj to głośniej, jebać oddech nędzy Chcesz coś od tej jędzy? Czy chcesz pieniędzy? Tu średnia zarobków to 5 tysięcy Jaka szkoda, że w 5 miesięcy

26/32

2 (4) (2/2009)


Nie dziękuje. Ref. x2 40 milionów serc bije tutaj Zimny kraj, zimny flow, zimna wóda [zresztą] Wiesz jak jest - przecież żyjesz tutaj Zimny kraj, zimny flow, zimna wóda DonGURALesko Tekst autoryzowany. Redakcja otrzymała zgodę na jego publikację od autora, za co serdecznie dziękujemy (!reVOLT). Wszelkie prawa zastrzeżone.

Z e-maili do redakcji Filmik, niestety, prawdziwy [dotyczy filmu kampanii DebtHitsHard.org - Red.]. Tylko obawiam sie, ze obecnie nawet w dyskusjach z akademikami, trudno oczekiwac zrozumienia z ich strony. Wprowadzili system bolonski, zatem, mozesz sie ksztalcic tylko trzy lata, nikt nie kaze Ci az dziewiec. Do tego sami profesorowie, niby zaczepnie, ale jednak ku#wa, rzucaja teksty, ze sprawiedliwe jest placenie za studia (nikt nie pomyslal np. o refundowaniu studiow w uczelniach prywatnych albo wyciecia tego cholerstwa w pien, bo nie wazne jak bedzie sie oceniac i przyznawac akredytacje, to wiekszosc tego gowna nie ma wartosci edukacyjnej, albo rozpoczeciu od podstaw - taki sam poziom edukacji dla wszystkich, poziom, nie "poziom"!, czyli np. powrot do rejonizacji, dazenie do rownosci szkol, a nie wyscigi po kazdym etapie szkoly i powstawanie placowek "elitarnych"). W ich mniemaniu, skoro uniwersytet ma przygotowywac do funkcjonowania na rynku pracy, a to juz jest oczywista oczywistosc, chociaz sam uniwerek sie jeszcze do tego nie przestawil - lata przyzwyczajen i "tradycji", to ksztalcenie nie moze byc darmowe. NA rynku jest prosto - chcesz zdobyc kwalifikacje, placisz za nie. A jesli wycinamy panstwo i ono nie ma ingerowac w rynek, to dlaczego ma za darmo rozdawac szkolenia itp. Nie zdziwie sie, jak za kilka lat UE zabroni darmowego studiowania, bo bedzie to nieuczciwa praktyka zwalczania konkurencji,a prywatne szkoly zaskarza panstwo ;p Przeraza mnie ta cala sytuacja. I tak sobie dryfuje miedzy mlotem a kowadlem: uniwerkiem, ktory bedzie predzej czy pozniej prywatny (po mniejszym lub wiekszym szarpaniu) a firmami, gdzie ludzie zapier#alaja w sobote i niedziele bez dodatkowej oplaty, w domu. Jak spiewaja Beneficjenci Splendoru: "jestem robotem zapierd@lam w sobote". Tyle pesymizmu. Optymistycznie i w koncowym rachunku wcale nie bardziej bolesnie, jest sie buntowac. Bo tylko zachowujac godnosc i odmawiajac zgody na ponizajace traktowanie, czy to jesli chodzi o place i czas pracy czy o sam sposob pracy, mozna cokolwiek wywalczyc. Ludzie sami godza sie na wiekszosc nieprzyjemnosci i to jest najgorsze. Trzeba uczyc wylazenia z szeregu i jak w ostatnim "!reVOLT", podwazania instytucjonalnego autorytetu. Przy czym, moja strategia jest oparta w duzej mierze na paradoksie: trzeba miec w wielu sytuacjach formalny autorytet, zeby niszczyc formalne autorytety, hie hie. Pozdro 2 (4) (2/2009)

27/32


autor: Qrde satkow

O strajk symulacyjny, strajk stymulacyjny Strajk jest chujowy. Kto to w Polsce pamięta jeszcze, że było możliwe tak po prostu stanąć?! To musiało się dziać na widok czegoś. Pewnie na widok mas robotniczych? Były czasy, że z każdym dniem było ich coraz więcej. Teoretycznie robotnicy byli przyszłością. Z każdym kolejnym razem, gdy przestawali pracować, stawała coraz potężniejsza część świata. Stawała gotowa wszystko roz£bać. No i nie raz to się stało. Po ostatniej roz¥£bce wiele się zmieniło. Staliśmy się podobno jednym globalnym organizmem. Emocje budzą już tylko Chińczycy. W naszym kraju pozostały suche zapisy prawne o tym, że strajk jest możliwy i jak powinien przebiegać. Dzisiaj prawie każdy ma prawo stanąć, ale nie każdy... Nawet w ustawie „Prawo o szkolnictwie wyższym” sporej długości artykuł 206 poświęcono organizacji strajku studenckiego. W czasach Końca Przyszłości nie ma jednak widoków na nic dość podniecającego. Nie chodzi o to, że nie bywa źle, że nie ma sytuacji, które należałoby zmienić. Jednak zmiany zasad gry wydają się niemożliwe, bo nie ma ani do kogo dołączyć, ani kogo naśladować. Nie ma w nas robotniczej pewności, że bez nas ani rusz. Kto się odważy i stanie, ten tak sam zostanie. Problemem większości nie po europejsku opłacanych pracowników, a także studentów i doktorantów bez podstawowego dochodu obywatelskiego, jest przekonanie systemu, że musi się dla nich znaleźć miejsce. Logika protestu w czasach pozbawionych nadziei jest więc inna niż w czasach nadchodzącej klasy robotniczej. Teraz należałoby mówić: „Nie płacicie nam za to co robimy, ale za to czego nie robimy, 28/32

2 (4) (2/2009)


choć moglibyśmy, bo zdolni to my jesteśmy do wszystkiego”. W swojej skrajnej postaci logiką taką kierują się terroryści w Iraku. Osiągnęli tam nawet coś jakby sukces – ci, którzy przeżyli zostali zamienieni w ochroniarzy, a płaci im armia Stanów Zjednoczonych. Pragmatyzm dowództwa amerykańskich sił zbrojnych ma szanse upowszechnić się dzięki kryzysom. Co mają robić pracownicy, studenci i doktoranci, żeby i w Polsce usłyszeć pragmatyczne „lepiej płacić im za to co chcą robić, niż ponosić koszty tego, co mogliby robić”? Trzeba robić strajki nowoczesne, na miarę naszych nie tylko możliwości, ale także rozpasanych potrzeb. Te nasze strajki nie mogą być jedynie chujowe, nadęte. Spróbujmy udawać, że strajkujemy. Spróbujmy się trochę przy tym rozluźnić z codziennych więzów: zabiegania, nadzoru kamer, kontroli przez zadłużenie. Strajki trzeba inscenizować. A czymże jest inscenizacja bez odpowiednich gadżetów?! Nie wiem, skąd wziąć styropian, ani po co komu dzisiaj konserwy, ale spektakl to jedyna rzeczywistość, jaka dzisiaj ma szansę być prawdziwą, więc kostium to podstawa! Absolutnie nie wolno strajkować tylko dla siebie – trzeba to jeszcze robić dla jaj. Przerwijmy to co nazywamy pracą, szkolenia i całe to uczenie się przez całe życie. Zajmijmy gotowe już w naszej wyobraźni miejsca. Usiądźmy pogadać, pośpiewać i powymyślać postulaty o przyszłość, jakiej moglibyśmy chcieć. O przyszłość, do jakiej może by doszło, gdy zaszło to i owo. Krzymik

Płot "A płoty rosną, really rosną" [Z początkiem letniego semestru wokół Kampusu Uniwersytetu Gdańskiego w ciągu kilku dni wyrósł solidny, wysoki płot. Tej ekscentrycznej inwestycji nie poprzedziła żadna publiczna dyskusja. Powody, dla których Uniwersytet Gdański dokonał tak radykalnego zerwania z europejską tradycją universitas, są przedmiotem niewybrednych spekulacji. Niektórzy twierdzą, że nowy płot wraz z systemem kamer i umundurowanych strażników jest źródłem prestiżu naszego Uniwersytetu. W podzielonym mieście szukamy miejsc, gdzie można jeszcze porozmawiać o sprawach wspólnych. Redakcja !reVOLTy] „Studentom płot nie przeszkadza...” to tytuł artykułu, który ukazał się 17 lutego a na portalu informacyjnym Moje Miasto Trójmiasto www.mmtrojmiasto.pl. Może i studentom ten płot nie przeszkadza, skoro samorząd studencki pozwolił wydać na to pieniądze z kasy uczelni. Jednak jestem pewien, że znajdą się osoby wśród studentów, doktorantów i pracowników Uniwersytetu Gdańskiego, którym ten płot przeszkadza. Szkoda, że w przywołanym artykule nie pojawiło się pytanie, po co ten płot powstał oraz ile kosztował? Z jednej strony ograniczane są środki na naukę (np. brak stypendiów dla doktorantów) a z drugiej buduje się płot. Oczywiście są to inne środki, ale zawsze wydawanie publicznych pieniędzy powinno być dobrze uzasadnione, a wg mnie w tym przypadku wyrzucono pieniądze w błoto. Podobno płot jest wymogiem firmy ubezpieczającej budynki UG, ale nigdzie oficjalnie nie zostało to ogłoszone. Nie przypominam sobie również żadnej dyskusji na ten temat zanim płot postawiono. Tu trzeba zadać pytanie o sposób zarządzania uniwersytetem. Czy ma być strukturą korporacyjną, gdzie decyzje podejmowane są przez jakieś osoby na szczycie hierarchii władzy, czy lepiej żeby był wspólnotą pracowników i studentów, którzy mają wpływ na podejmowane decyzje? Płot, kamery, strażnicy przywołują raczej skojarzenia z dobrze kontrolowaną siedzibą wielkiej korporacji i panoptycznym nadzorem. Techniki kontroli rozwijają się i stają się normą we współczesnych społeczeństwach, czy w takim razie nie zmierzamy przypadkiem w stronę Nowego Wspaniałego Świata? Ktoś może powiedzieć, że o co mi 2 (4) (2/2009)

29/32


chodzi, przecież płot ma chronić teren, jest ładny i podkreśla prestiż uczelni, więc po co ta krytyka i przerażające anty-utopijne wizje? Otóż płot to nie tylko kawałek metalu, na który wydano X pieniędzy z kasy UG, to również, a może przede wszystkim symbol, który można interpretować jako odgradzanie się uniwersytetu od społeczeństwa, co niestety wpisuje się w powszechną, ale społecznie negatywną tendencję do odgradzania się od innych (np. luksusowe osiedla) i zamykania przestrzeni publicznej. Płot coś komunikuje, nie jest neutralny, dzieli przestrzeń. Ktoś jest po jednej, a ktoś inny po drugiej stronie. Płot zawsze jest czymś co dzieli, a nie łączy. Nie budujemy płotu, aby powiedzieć "zapraszam", ale aby powiedzieć "tu jest mój teren". W moim przekonaniu od niewinnego płotu wcale nie jest daleko do muru getta, właściwie różnicy między nimi nie ma, różnią się tylko otwartością bram. Dlatego lepiej, gdy płotów jest jak najmniej, bo nie ma ryzyka, że bramy się nagle zamkną. Brzmi złowrogo i przerażająco, ale przecież w przypadku UG takiego ryzyka nie ma. Przecież nikt od społeczeństwa odgradzać się nie chce. Z drugiej strony płot powstał dla bezpieczeństwa, co może sugerować, że po drugiej stronie jest niebezpiecznie, a więc na wszelki wypadek odgródźmy się od tego złego społeczeństwa. Zastanawia tylko fakt, że przez prawie 40 lat teren ten był otwarty i nic złego się nie działo. W ostatnim czasie zainstalowano na terenie kampusu również kilka kamer. Jednym słowem, teren uniwersytetu zacznie przypominać dobrze strzeżoną twierdzę. Brakuje jeszcze psów spuszczanych na noc. Od kilku osób usłyszałem argument, że płot to oznaka prestiżu. Jest to bardzo znaczące, gdyż to słowo bardzo często idzie w parze ze słowem „bezpieczeństwo”, np. luksusowe osiedla są bezpieczne i prestiżowe w przeciwieństwie do gorszych, biednych i niebezpiecznych dzielnic. Ten typ dyskursu działa bardzo wykluczająco. Pojawiają się ci lepsi i ci gorsi. Grodzenie przestrzeni w imię prestiżu i bezpieczeństwa powoduje zanikanie przestrzeni wspólnej, publicznej. Z punktu widzenia demokratycznego społeczeństwa ma to doniosłe znaczenie, bo bez przestrzeni wspólnej demokracja staje się tylko fasadą, a społeczeństwo zbiorem zatomizowanych jednostek, których nic de facto nie łączy. Wraca więc pytanie, czym ma być uniwersytet, jaka powinna być jego społeczna rola, czy ma być demokratyczną, otwartą przestrzenią publiczną, czy raczej zamkniętą, prestiżową i, co najważniejsze, bezpieczną przestrzenią dla wybranych? Oczywiście oficjalnie nikt nikomu nie zabrania wejść na teren uniwersytetu, brama jest otwarta i każdy może przekroczyć magiczny próg prestiżu. Jednak biorąc pod uwagę symboliczną rolę płotu, można powiedzieć, że płot buduje granicę i tak może być postrzegany. Przestrzeń nie jest neutralna, ma wpływ na zachowanie ludzi. Płot coś komunikuje i budzi skojarzenia. Dla jednych będzie to oznaka prestiżu, dla innych zwiększone poczucie bezpieczeństwa, natomiast dla jeszcze innych może być to prosty komunikat "nie wchodź na nasz teren". Oczywiście to jest tylko możliwa interpretacja, ale wszystko podlega interpretacji, również to co teraz tu piszę. Można się ze mną zgodzić lub nie, ale to co jest bezdyskusyjne, to fakt istnienia płotu, z którym trzeba coś zrobić. Pytanie czy fizycznie go usunąć, czy symbolicznie zneutralizować?

30/32

2 (4) (2/2009)


SPISEK TREŚCI wykręcanie numeru 4......................................................................................................................................................Od Redakcji rozmowa niekontrolowana 5...................................................................................coś tu coś tam [Gen Disobey, Dominique Radetzky] refleksje sojusznicze 10....................................................................................Zemsta robotników wiedzy [Dominique Radetzky] 28.................................................................................O Strajk Symulacyjny, Strajk Stymulacyjny [satkow] 12............................................................................................Ogłaszam was żoną, żoną i żoną [Abramasia] 16........................................................................................................Zrozumieć kapitalizm [Ulrike Meinhof] 19.........................................................................................................................Laboratorium [Gen Disobey] 29.................................................................................................................................................Płot [Krzymik] 7.............................................................................................................................................Tong [Hakim Bey] 13.........................................................................................................Prawo do czytania [Richard Stallman] 15........................................................................................................................Odzyskaj Edukację [OKUPÉ] 21................................................................................................................Świt żywych studentów [Dr Hyde] paraportaż 23................................................................................................................Rzeź kaczek [Grzegorz D. Stunża] graffiti 24................................................................................................No more second hand [Mariusz Chyżyński] 25..........................................................................................................................El Polako [donGURALesko] 12...........................................................................................Nowy Wspaniały Świat [pornos logos demos] 32.............................................................................................Litania do Świeckiego Płotu [Bruthus Perun] 4, 28..........................................................................................................................................Ilustracje [qrde] 32.......................................................................................................................Lebensraum [Oddział Gośka] 6, 7, 16, 18, 22...............................................................................................................Ćwiczenia wywrotowe 27.....................................................................................................................................Z e-maili do Redakcji

2 (4) (2/2009)

31/32


Bruthus Perun autor zrzeka się wszelkich praw do tekstu. W razie wątpliwości prawnych utwór obowiązuje licencja podana w informacji o wydaniu „!reVOLT”.

Litania do Świeckiego Płotu Wszechpotężne Ogrodzenie, czuwaj nad nami. Metalowe Furty, pilnujcie nas. Płocie, usłysz nas. Płocie, wysłuchaj nas. Świecki Płocie, ty czynisz wolnym! Metalowe furty, pilnujcie nas. Świecki Płocie, tyś jest gwarantem istnienia. Ogrodzić wszystko! Świecki Płocie, strażniku elitarności. Uniwersytet nie dla mas! Świecki Płocie, podstawo autonomii. Chwała nam i naszym kolegom! Ch^!om precz! Świecki Płocie, wyznaczasz granice prawdy. Oni są tam, gdzie stało ZOMO! Świecki Płocie, nie pozwalasz rozdawać wiedzy. Niech żyje uczenie się w zamknięciu! Świecki Płocie, nie rozlewasz uniwersytetu za ogrodzenie. Chwała wyspowej edukacji! Świecki Płocie, odgradzasz niewolników od panów. Wyuczamy się za płotem podległej roli! Płocie Najlepszy. Boś kosztował tylko milion siedemset tysięcy złotych! Płocie Najbezpieczniejszy. Bramy będą zamknięte od 22.00 do 6.00! Płocie Najoszczędniejszy. Zamkniętego w nocy terenu będzie strzegł tylko jeden strażnik! O świecki płocie, tyś jest początkiem. Wszechpotężne Ogrodzenie, czuwaj nad nami. O świecki płocie, tyś jest końcem. Metalowe Furty, pilnujcie nas. Płocie, usłysz nas. Płocie, wysłuchaj nas.

"Lebensraum", autorka: Oddział Gośka

32/32

2 (4) (2/2009)

!reVOLT 2(4)  

!reVOLT is the student culture magazine which provokes people to exercise social changes.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you