Page 1


VIP BIZNES&STYL

32-36

Katarzyna Szudy.

Katarzyna Szudy: Dopóki obserwować będziemy inwestycyjny boom, dopóty trwać będzie rynek pracownika. Taki stan rzeczy ma też pozytywne przełożenie na szeroko pojęty rynek pracy w Polsce. Nic jednak nie trwa wiecznie. W dłuższej perspektywie czasowej na pewno trzeba się będzie liczyć z odwróceniem tego trendu. Niewątpliwie rozpocznie się on od stanowisk, w których automatyzacja i robotyzacja zastąpią człowieka.

LUDZIE NAUKI

RAPORTY i REPORTAŻE

Prof. nadzw. dr hab. Anna Siewierska-Chmaj W uprawianiu nauki najważniejsze są wątpliwości!

Dwory polskie Pałac w Wiśniowej i dwór w Babicy

24

66

VIP TYLKO PYTA

74

Aneta Gieroń rozmawia z Katarzyną Szudy, współwłaścicielką Agencji HR Contact Będzie boom inwestycyjny, będzie rynek pracownika!

KULTURA

32

Sekret smaku Receptury naszych przodków

SYLWETKI

96

Anna Dymna Żeby życie miało sens, trzeba kochać

102

Bogusław Barnaś Najważniejsza jest wyobraźnia

112

22 40

VIP Kultura Wędrówki Nikifora Wystawa „Teraz Komiks” Wojciecha Jamy Muzyczny Festiwal w Łańcucie

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

3


40

22

52 96

JUBILEUSZ

8

Wystawa fotografii „Twarze Podkarpacia. 10 lat VIP Biznes&Styl”

ROZMOWY

46

Slow design W dobie tworzyw sztucznych tęsknimy za naturą

52

114

Maciej Bedrejczuk Chętnie wróciłbym na K2

74

FELIETONY

60

Magdalena Louis Opowieści turystyczne czas zacząć

62

Krzysztof Martens Zapiski z Sajgonu

BIZNES

80

Bolidy Caro Cars Dzieło mistrzów z Mielca

86

Wydarzenie II Kongres i Targi TSLA EXPO 2018

92

Poddostawca pilnie poszukiwany!

86

MODA

114

Magdalena Kocój W ubraniach jak we własnej skórze

4

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

66 80


REDAKCJA redaktor naczelna

Aneta Gieroń aneta@vipbiznesistyl.pl tel./fax: 17 862 22 21

zespół redakcyjny fotograf

Alina Bosak alina@vipbiznesistyl.pl Katarzyna Grzebyk katarzyna@vipbis.pl Tadeusz Poźniak tadeusz@vipbiznesistyl.pl

skład

Artur Buk

współpracownicy i korespondenci

Anna Koniecka, Paweł Kuca, Antoni Adamski Jarosław Szczepański, Krzysztof Martens

REKLAMA I MARKETING dyrektor ds. reklamy

Adam Cynk adam@vipbiznesistyl.pl tel. 17 862 22 21 tel. kom. 501 509 004

dyrektor marketingu Dariusz Chyła dariusz.chyla@sagier.pl tel. kom. 607 073 333 kierownik ds. reklamy Mateusz Sołek mateusz.solek@sagier.pl tel. kom. 530 270 707

ADRES REDAKCJI

ul. Cegielniana 18c/3 35-310 Rzeszów tel. 17 862 22 21 fax. 17 862 22 21

www.vipbiznesistyl.pl e-mail: redakcja@vipbiznesistyl.pl

WYDAWCA SAGIER Sp. z o.o. ul. Cegielniana 18c/3 35-310 Rzeszów

www.facebook.com/vipbiznesistyl


OD REDAKCJI

Bezrobocie w Polsce wynosi poniżej 7 proc., na Podkarpaciu mniej niż 10 proc., a w Rzeszowie nie przekracza 6 proc. Rynek pracownika staje się faktem. Nie ma co do tego wątpliwości Katarzyna Szudy, która po kilkunastu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych, od kilku lat już na Podkarpaciu, zajmuje się rekrutacją pracowników dla największych firm i… tak, rynek pracy rośnie w siłę, ale w grupie pracowników doświadczonych, zaangażowanych, lojalnych i wysoko wykwalifikowanych. Takich, dla których wątek wynagrodzenia jest ogromnie istotny i najdłużej negocjowany, ale pierwsze pytanie o pracę łączą ze stabilnością i bezpieczeństwem zatrudnienia. W dalszej kolejności ważne są: niezależność i samodzielność, rozwój zawodowy, możliwości podnoszenia kwalifikacji i utożsamianie się z marką, dla której pracują. Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie boom inwestycyjny, jaki obecnie obserwujemy, w naszym województwie skoncentrowany w Rzeszowie i najbliższej okolicy. Zaczynamy odcinać kupony od wybudowanej autostrady, rozbudowanego lotniska i stref ekonomicznych oraz drogi ekspresowej S19 w budowie. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w maju, przy okazji kolejnej rocznicy wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, w konsekwencji czego doczekaliśmy się rewolucyjnej rozbudowy infrastruktury. Zmieniła się też nasza mentalność. Dla Bogusława Barnasia z Mielca, właściciela BXB studio, ucznia Normana Fostera, przez brytyjski Wallpaper w 2014 roku uznanego za jednego z 20 najzdolniejszych architektów młodego pokolenia, było oczywiste, że skoro po 2004 roku można było studiować i pracować poza Polską, to on z tych możliwości w Niemczech i Wielkiej Brytanii skorzystał. W 2009 r. na stałe wrócił do Polski, gdzie tworzy projekty, które nie są kopiami architektury zachodniej, ale są na wskroś polskie, przesiąknięte naszą bogatą historią, wielowiekową tradycją i kulturą, no i przepięknymi krajobrazami. A klienci? Ustawiają się w kolejce. Tak jak w kolejce ustawialiśmy się przed laty po książki ks. Józefa Tischnera, a teraz może warto wrócić do tamtych lektur. Mija właśnie 15 lat od powstania Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie, której rektorem kilka tygodni temu została rzeszowianka, prof. nadzw. dr hab. Anna Siewierska-Chmaj. I jak tu nie być dumnym w imieniu kobiet! 

redaktor naczelna


wystawa fotografii Twarze Podkarpacia 10 lat VIP BIZNES&STYL

Zapowiadaliśmy, że ten rok będzie dla nas niezwykły i słowa dotrzymujemy. Od 4 do 15 czerwca zapraszamy do Galerii Fotografii Miasta Rzeszowa, gdzie odbędzie się nasza wystawa „Twarze Podkarpacia. 10 lat VIP BIZNES&STYL”.

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak

D

okładnie 10 lat temu wystartowaliśmy z pierwszym numerem magazynu VIP i nawet nie zauważyliśmy, kiedy przyszło nam świętować dekadę obecności na rynku wydawniczym. To było wspaniałych 10 lat, dzięki wszystkim osobom, które trafiły na nasze strony, oraz Czytelnikom, którzy czytali i nadal chcą czytać VIP-a. Wędrując po Podkarpaciu, spotkaliśmy tak wiele wartościowych, inspirujących i mądrych osób, które codziennie na swój sposób odmieniają Podkarpacie i Rzeszów, że uznaliśmy, iż wspaniale będzie choć o kilkudziesięciu z  nich przypomnieć na naszej wystawie, która odbędzie się w Galerii Fotografii Miasta Rzeszowa. W miejscu nieprzypadkowym, w samym sercu Rzeszowa, w cieniu kościoła farnego, przy historycznej ulicy 3 Maja, a kiedyś Pańskiej, gdzie na drugie piętro wychodzi się skrzypiącymi, starymi schodami, a po przekroczeniu progu wchodzimy w magiczny świat przedwojennej kamienicy i fotografii. To właśnie tam, pod numerem 9, 26 lat temu powstała Galeria Miasta Rzeszowa, która trwa do dziś i gdzie kolejne pokolenia rzeszowian wdrapują się po drewnianych schodkach, by zobaczyć jedne z ciekawszych wystaw fotograficznych w mieście. Nieprzypadkowa jest też data wernisażu, 4 czerwca. Dla nas bardzo ważna, bo tego dnia w 1989 roku odbyły się pierwsze częściowo wolne wybory w historii Polski po II wojnie światowej. Od początku istnienia magazynu na naszych łamach promujemy: naukę, pracowitość, profesjonalizm, budowę odpowiedzialnego, obywatelskiego społeczeństwa oraz demokratycznego państwa i te wartości nadal są nam bardzo bliskie. W ramach wystawy zaprezentujemy kilkadziesiąt fotografii autorstwa Tadeusza Poźniaka, a wśród portretów znajdzie się wielu cenionych przedsiębiorców, naukowców i artystów z Podkarpacia. Przypomnimy też wszystkie osoby, które przez ostatnie lata uhonorowaliśmy statuetkami VIP w kategorii VIP Polityka, Biznes i Kultura. Zależy nam, by choć w obrazie przypomnieć niektóre spotkania z osobami, które bardzo wiele dla Podkarpacia znaczą. Wielokrotnie wracaliśmy m.in. do ks. prof. Michała Hellera, światowej sławy kosmologa, fizyka, filozofa i teo-

8

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

loga, profesora Wydziału Filozofii Papieskiego Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, pracownika Obserwatorium Watykańskiego, członka Papieskiej Akademii Nauk, laureata Nagrody Templetona, z którymi to spotkaniami wiąże się wiele anegdot i wspomnień, choćby z Ropczyc, gdzie profesor Heller często bywał. Chcemy przypomnieć, jak 12 lat temu powstawała w  Rzeszowie kardiochirurgia, a prof. Kazimierz Widenka, Ślązak, który wówczas na stałe związał się z Rzeszowem, niejako zapoczątkował modę na osiedlanie się w stolicy Podkarpacia, co przez lata uchodziło za nieszczęście, a w ostatniej dekadzie okazuje się jedną z lepszych decyzji podejmowanych przez wiele utalentowanych osób z biznesu i nauki. Na czerwcowej wystawie znajdą się też osoby, które osiągnęły dojrzałość w czasie ukazywania się VIP-a, a jednocześnie udowodniły, że dla młodości tylko niebo może być granicą marzeń. Doskonale pamiętamy Vadyma Melnyka, młodziutkiego studenta, który dziś znakomicie radzi sobie w biznesie, a który już przed laty jak mantrę powtarzał, że robotyka i sztuczna inteligencja z dnia na dzień odmienią nasz świat, co właśnie obserwujemy. Przed nim inwestycje w „Aeropolis” i tak jak rozrasta się biznes wokół lotniska w Jasionce, tak on chce z Rzeszowa coraz dalej sięgać w świat. śród prezentowanych twarzy nie zabraknie Vitolda Reka, wybitnego muzyka jazzowego pochodzącego z rzeszowskiego Staromieścia, a obecnie mieszkającego na stałe w Niemczech. To dzięki niemu powstała legendarna już płyta „The Polish Folk Explosion”, będąca muzycznym zapisem spotkania gwiazd światowego jazzu – Johna Tchicai, Charliego Mariano i Alberta Mangelsdorffa, z polskimi muzykami ludowymi, w tym z Podkarpacia i Podhala. Vitold Rek na Podkarpacie, do Rzeszowa, systematycznie wraca, a ostatnio z młodymi rzeszowskim muzykami rozpoczął też współpracę. W trakcie wernisażu, 4 czerwca o godz. 18 w Galerii Fotografii Miasta Rzeszowa, takich wspomnień, opowieści i anegdot będzie bardzo dużo. Wtedy też poznamy wszystkie prezentowane twarze i rozpoczniemy kolejne projekty związany z 10. urodzinami magazynu VIP BIZNES&STYL. 

W


Prof. Kazimierz Widenka.

Adam Gรณral.

Lucyna Mizera.

Ks. prof. Michaล‚ Heller.

Vitold Rek. Marek Darecki.

Tadeusz Pietrasz.

Prof. Marek Koziorowski.

Vadym Melnyk.


I N W E ST YC J E

Spółka joint venture Lufthansy i MTU inwestuje pod Rzeszowem. Będzie praca dla 800 osób

W

maju lub czerwcu br. rozpocznie się budowa nowoczesnego zakładu EME Aero (Engine Maintenance Europe) w gminie Trzebownisko. Jest to spółka joint venture Lufthansy Technik AG oraz MTU Aero Engines AG, która na prawie 17 ha zainwestuje 150 mln euro. Zakład będzie się zajmował serwisowaniem silników lotniczych. Termin rozpoczęcia budowy uzależniony jest od uzyskania pozwoleń na budowę, co ma nastąpić w maju lub czerwcu.

Zakład EME Aero rozpocznie działalność w 2020 roku. Jego roczna wydajność wyniesie ponad 400 wizyt serwisowych silników z serii PW1000G, napędzających rodzinę samolotów Airbus A320neo i inne samoloty pasażerskie. – EME Aero będzie się zajmowała serwisowaniem silników lotniczych przy zachowaniu nowoczesnych systemów bezpieczeństwa dla ludzi oraz środowiska. W zakładzie zostaną wdrożone innowacyjne rozwiązania w zakresie technologii, standardów jakościowych oraz ekologicznych – podkreśla Uwe Zachau, członek zarządu firmy EME Aero. – Planujemy również utworzenie centrum szkoleniowego, w którym przyszli pracownicy będą podnosili swoje kwalifikacje i umiejętności. ieruchomość, którą kupiła EME Aero za niemal 22 mln zł netto, położona jest w miejscowości Jasionka, 14 km na północ od Rzeszowa, niedaleko Centrum Wystawienniczo-Kongresowego G2A Arena. Na południe od wycenianej nieruchomości, w odległości ok. 600 m znajduje się port lotniczy w Jasionce, na wschód w odległości 2 km biegną drogi Rzeszów-Lublin, natomiast na zachód w odległości ok. 4 km znajduje się droga Rzeszów-Warszawa oraz wjazd na autostradę A4. Do centrum Rzeszowa jest ok. 10 km. Nieruchomość sąsiaduje z gruntami niezabudowanymi i położona jest na północ od drogi asfaltowej relacji Jasionka Tajęcina-Wysoka Głogowska (100 m dojazdu drogą gruntową) i Specjalnej Strefy Ekonomicznej. – Pozyskanie tak prestiżowej inwestycji jest dużym sukcesem dla województwa. Skala inwestycji i nowe technologie, jakie zostaną wdrożone w nowym zakładzie, będą miały wpływ na rozwój gospodarczy całego regionu – podkreśla Władysław Ortyl, marszałek województwa. – Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów, które działa w urzędzie marszałkowskim, od samego początku było zaangażowane w kompleksową obsługę inwestora, a więc od momentu poszukiwania terenu inwestycyjnego. Centrum wspierało także działania samorządu lokalnego oraz innych podmiotów, co przełożyło się na przedstawienie firmie atrakcyjnej oferty inwestycyjnej w województwie. To, że udało się przyciągnąć do regionu tak znaczącą inwestycję, świadczy o dużym potencjale województwa.

N

Pracę w fabryce znajdzie 800 osób W najbliższych latach pracę w fabryce mają znaleźć: mechanicy silników lotniczych (Aviation Mechanics), technolodzy, osoby poświadczające – certyfikujące (Certifying Staff) oraz inspektorzy badań nieniszczących (Non Destructive Testing Personnel) i pracownicy administracyjni. Łącznie ok. 800 osób. Do czasu wybudowania zakładu firma będzie miała siedzibę w Podkarpackim Parku Naukowo-Technologicznym w Jasionce. 

Tekst Katarzyna Grzebyk Fotografie Archiwum EME Aero

10

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Galicyjskie Miasteczko

Synagoga w skansenie w Sanoku prawie gotowa

S

Wnętrze sali modlitw: szafa na torę (aron ha-kodesz) – w trakcie rekonstrukcji na podstawie archiwalnego zdjęcia szafy pochodzącej z synagogi w Lesku. W oknach witraże zrekonstruowane przez Centrum Dziedzictwa Szkła w Krośnie.

ynagoga wzniesiona na planie prostokąta o wymiarach 22x11 metrów podzielona jest na salę modlitw (przeznaczoną wyłącznie dla mężczyzn) oraz znajdująW październiku w Muzeum cy się na pięterku babiniec. Kobiety uczestniczyły w nabożeństwie, patrząc przez Budownictwa Ludowego podłużny wąski otwór (po wyjętej belce), ozdobiony kolumienkami. Do babińca w Sanoku otwarta prowadziły schody z ganku wspartego na ozdobnych słupach. (Schody są obecnie rekonzostanie synagoga struowane; turyści będą jednak wchodzili do babińca od środka). Do sali modlitw przez Połańca z XVIII w. chodziło się przez sień usytuowaną pod babińcem. Obok sieni mieściło się niewielkie poTa pierwsza i jedyna dotąd mieszczenie. Mogło ono służyć jako cheder - salka do nauczania Tory w początkowej klaw Polsce rekonstrukcja sie szkoły religijnej. drewnianej synagogi Wnętrze synagogi posiada już podłogi, sklepienie tzw. zwierciadlane oraz okna z wioparta została trażami. Na podstawie istniejącej dokumentacji zostały one odtworzone przez Centrum na przedwojennej Dziedzictwa Szkła w Krośnie. Za dwa, trzy lata, gdy budynek osiądzie, będzie możliwa dokumentacji. Trwają rekonstrukcja polichromii na ścianach i sklepieniu. Na razie w 80 proc. gotowa jest szafa prace przy odtwarzaniu na Torę – aron ha-kodesz – wzorowana na szafie z synagogi leskiej, którą znamy ze starej jej wnętrza. fotografii. Trwa budowa bimy – zadaszonego podwyższenia z pulpitem, z którego odczytywano Torę. Wykonane zostały podesty dla chederowego chóru oraz ławki. Na pięterku, w oddzielonym od sali modlitw babińcu, znajdzie się ekspozycja judaików z muzealnych zbiorów – przede wszystkim rzemiosła artystycznego. Będą one prezentowane w przeszklonych szafach (nie w gablotach), a więc w miejscach, gdzie były zwykle przechowywane. W pierwszej wszystkie przedmioty związane z Torą (korony, rimoniny i jady). Są to obiekty o najwyższym poziomie artystycznym, wykonywane przez renomowanych złotników. W drugiej szafie znajdą się związane z obchodami świąt religijnych srebra, zaś w trzeciej – mosiężne lichtarze i świeczniki używane w każdym żydowskim domu. Trwa zakup muzealiów: ostatnio Muzeum nabyło dwie miedziane odblaśnice z XVIII stulecia. Zawieszane były one na ścianach. Wstawiano w nie świece, których blask potęgowało polerowane metalowe lustro. niszczona w czasie wojny synagoga w Połańcu jest rekonstruowana w sanockim skansenie od 2015 r. Wybudowano ją z użyciem drewna jodłowego (którego zużyto dwieście kubików), na solidnej podmurówce. Współczesny fundament wykonany został: z betonu (jego niewidoczna część podziemna) oraz z kamienia polnego (część nadziemna). Beton zapewnia stabilność budowli, zaś widoczny kamień nawiązuje do pierwotnego fundamentu. Synagoga wykonana została za pomocą dawnych narzędzi. Były to specjalne siekiery, którymi ociosywano belki. Dzięki temu w świetle słonecznym ukazuje się bogata, pełna nierówności faktura drewna. Nie mogą jej w żadnym wypadku zastąpić równe i gładkie belki, wycięte maszynowo w tartaku. We wnętrzu – tam, gdzie potrzebna była bardziej gładka powierzchnia, np. pod polichromię – stosowano strugi zwane zdzierakami. Metodą taką jak przed wiekami synagogę odtworzono bez użycia gwoździ. Zamiast nich użyto klinujące się w drewnie kołki. Synagoga – bez zrekonstruowanej polichromii wnętrza – zostanie otwarta w październiku br. Termin zbiega się z jubileuszem sześćdziesięciolecia istnienia Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. 

Z

Tekst Antoni Adamski Fotografie Jerzy Ginalski/ MBL Sanok


Krajobraz Podkarpacia

Zygmunt Furdygiel.

Dym z retort snujący się nad Bieszczadami…

Na wypale pod Lipowcem

M

ówią o nim Zygmunt Twardziel, albo Zakapiorek ze Stężnicy, bo z LipowCoraz rzadziej, niestety. Jeszcze nie tak dawno, od wczesnej ca, przedwojennej wsi zamieszkawiosny do jesieni, biały dym snujący się nad Bieszczadami łej przez Łemków, już tylko zdziczabył stałym elementem górskiego pejzażu. Od kilku lat łe grusze i jabłonie zostały. To tutaj od kilkunastu lat coraz trudniej dostrzec go na szlaku. – Znikają retorty, dogląda swoich retort, a na wypale zna się jak mało a wraz z nimi legendy o smolarzach – przyznaje kto w Bieszczadach, mimo że urodził się w CzechoZygmunt Furdygiel, najstarszy wypalacz drewna wicach-Dziedzicach. Był nastolatkiem, kiedy pierwszy w Bieszczadach, na wypale pod Lipowcem ciągle na raz trafił w Bieszczady, ale niekoniecznie chciał wszyststraży dymiących „beczek”. Bo jak przerzuci 10 ton ko rzucać i pędzić na połoniny. Na Śląsku skończył techdrewna w 4 godziny, 10 browarów wypije, wie, że żyje. nikum rolnicze, był zatrudniony przy budowie Huty KatoA że w 72. urodziny? To tylko PESEL – macha ręką. wice, aż w końcu zatęsknił za wolnością. W Bieszczadach się ożenił, zatrudnił w Przedsiębiorstwie Produkcji Leśnej Tekst Aneta Gieroń „Las”, nauczył wypału węgla drzewnego i na kolejne dekaFotografie Tadeusz Poźniak dy został smolarzem. – Emeryt jestem od 7 lat, ale nie wyobrażam sobie osiąść w domu w Równi pod Ustrzykami Dolnymi. Umarłbym z nudów. A tak, przy moich „beczkach” zawsze jest zajęcie – mówi. Węgiel drzewny wypala się z twardego drzewa liściastego. Najczęściej to buk, grab i olcha. Samą produkcją węgla drzewnego zajmowano się od wieków, ale jego pozyskiwanie zawsze było zajęciem trudnym, wymagającym dużego wysiłku fizycznego i nie mniejszego doświadczenia podczas wypału. Jeszcze 40 lat temu drewno wypalano w mielerzach – rodzaj stosu z drewna obłożony darniną i uszczelniony gliną, by ograniczyć dostęp powietrza i by płomienie nie wydostawały się na zewnątrz. W latach 70. XX wieku pojawiły się metalowe retorty, który na zawsze wpisały się w krajobraz Bieszczadów, choć i  one za kilka lat mogą pozostać wspomnieniem. Z ponad 100 wypałów, dziś dymy snują się na mniej niż 10 miejscówkach. Zmienia się procedura wypalania, Unia Europejska egzekwuje swoje zalecenia, tani ukraiński węgiel drzewny zalewa rynek, a i pierwsze ceramiczne piece do wypału drewna już wkrótce mają stanąć w Uhercach Mineralnych.

18

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Na retortach koniec dymienia, koniec palenia – Przy retortach od zawsze czułem się wolnym człowiekiem – przyznaje Zygmunt Furdygiel, który większą część roku spędza w baraku przerobionym z blaszanej sanitarki. – Pracuję, kiedy chcę, robię przerwę, kiedy chcę i spożywam monopol, kiedy mam ochotę. Do tego kilka razy w tygodniu mam siłownię na świeżym powietrzu, kiedy przyjdzie mi załadować retortę metrówkami surowego drewna. Do jednej retorty mieści się około 10 ton drewna bukowego. „Beczka” z blachy o grubości około 12 mm wytrzymuje temperaturę do 800 stopni Celsjusza, ale o żadnym pośpiechu nie może być mowy. Zwykle w użyciu są trzy retorty. W jednej się wypala, druga stygnie, a z trzeciej wybiera się węgiel drzewny – około 100 kg zostaje po wypale 10 ton surowego drewna. W ciągu miesiąca od doświadczonego węglarza można pozyskać 20 ton węgla drzewnego. Najważniejsze jest załadowanie retorty i podpalenie drewna. Przez kolejne dwie doby jest baczne obserwowanie kominów. Gdy z retorty snuje się biały dym, wiadomo, że węgiel się produkuje; gdy pojawi się niebieski, piec natychmiast trzeba wygasić. W przeciwnym razie zamiast węgla pozostanie do wybrania już tylko popiół. Odłącza się wtedy 6 kominów, czeka około 2-3 godzin, a po tym czasie pod każdy komin wlewa się dwa wiaderka wody i gliną oblepia wszystkie szpary. Piec stygnie przez około dwie doby. Po tym czasie można wyciągać czarne, bieszczadzkie złoto. – Koniec dymienia, koniec palenia – mówi pan Zygmunt, czule patrząc na „beczkę”. – Jestem niczym lekarz w szpitalu. Patrzę na retortę jak medyk na pacjenta i już wszystko wiem, co jej dolega. Dlatego też swojego wypału pod Lipowcem nie opuszcza przez okrągły rok. Niestraszne mu mrozy, mimo że bywało, iż w środku zimy budził się w nocy, a w jego baraku było tylko nieco powyżej zera. – Zahartowany jestem – śmieje się smolarz. – Mam tu wszystko, co mi do szczęścia potrzeba. Radio na akumulatory, kuchenkę na butlę gazową, kozę do ogrzewania, prąd z agregatu i wodę ze strumienia. Do tego las dookoła, wilki biegające między retortami, nocą zaglądającego niedźwiadka i skowronki oraz pliszki na wiosnę. A jak jeszcze kwiaty zakwitną na rabacie i pierwsze warzywa urosną, żyć nie umierać. Od czasu do czasu wsiadam jednak na skuter i w 1,5 godziny jestem w domu u mojej Stasi. Po dwóch dniach taka mnie zazwyczaj tęsknica ogarnia, że co tchu pędzę z powrotem do baraku, retort i zapachu dymu. Pan Zygmunt żartuje, że nie może wypału na zbyt długo opuszczać, bo wielbiciele za nim tęsknią. Odkąd wystąpił w programie „Przystanek Bieszczady” w Discovery Channel, nieustannie podejmuje gości. – Ale nijakiego z nich pożytku – macha ręką. – Pokręcą się, zdjęcie zrobią, ale żaden retorty nie załaduje. Metrówki nie podniosą, ech... 


Moda w Rzeszowie

Basia Olearka z uczestnikami pokazu.

W kolorze blue i z harleyem w kwiatach. Pokaz rzeszowskiej projektantki mody

Ona kocha modę, a jej ubrań przesyconych seksapilem nie sposób nie zauważyć. On od dziecka chciał jeździć na harleyu, a dziś jest właścicielem salonu z kultowymi motocyklami. Kilka tygodni temu najnowszą kolekcję Basi Olearki „West” można było zobaczyć w salonie Stanisława Myszkowskiego GOC Harley – Davidson w Rzeszowie.

Bo najważniejsza jest pasja. Ta bez problemu i jakże urodziwie, połączyła odległe z pozoru światy mody i motoryzacji. Jesienią ubiegłego roku wystarczyła jedna rozmowa na pokazie mody Basi Olearki „Harmony” w hotelu Arłamów, by już wiosną 2018 roku powstała kolekcja „West”. Bez wątpienia inspirowana smakiem wolności, przestrzeni i marzeń po horyzont, które od zawsze kojarzą się z harleyowym światem. Projektantka konsekwentnie buduje swoją markę i pokazy mody organizuje od 2010 roku – proponuje co najmniej dwie odsłony swoich ubrań w różnych miejscach, w różnych stylach, ale nie powielając wcześniejszych pomysłów. Kolekcja „West” jest siódmą w dorobku Basi Olearki, która wcześniej prezentowała: „Summer Snow”, „The Bright Side of life”, „Rdza”, „Kia My Way”, „Punk” oraz „Harmony”. – Tym razem udało mi się uciec od ukochanej czerni, która dominowała we wszystkich wcześniejszych kolekcjach, choć w kilku propozycjach pojawiła się także tutaj – mówi projektantka mody. Niepodzielnie rządziły skóra i dżins w kolorze brązowym i  niebieskim. Piękne połączenie w 30 sylwetkach damskich i męskich, w których nie brakowało sukienek, kombinezonów, spódnic, ramonesek i męskich ubrań w klimacie sportowej elegancji. Sporo też było elementów ze świata motocykli: metalowych sprzączek, pasków i metalicznych akcentów. Piękna, brązowa włoska skóra, wykorzystana do wielu kreacji, była też oczywistym nawiązaniem do świata harleyowców. Bo „West”, czyli „Zachód”, to ukłon w stronę Dzikiego Zachodu, może nie do końca tego westernowego, ale przepełnionego dziką przyrodą, kolorem pustyni i otwartych przestrzeni, które zachęcają, by wsiąść na motocykl i jechać przed siebie. W końcu Stanisław Myszkowski, który przekonał Basię Olearkę, by połączyć piękno ubrań z urodą motocykli, też spełnił swój amerykański sen. Przeszedł długą, ale szczęśliwą drogę od Lisich Jam pod Lubaczowem, gdzie jako mały chłopiec przerobił swój


pierwszy motocykl – motorynkę, którą kupił za pieniądze uzbierane z okazji Pierwszej Komunii, do właściciela firmy Game Over Cycles, producenta modyfikowanych motocykli i salonu Harley-Davidson w Rzeszowie. A to przecież dopiero początek biznesowych marzeń Staszka Myszkowskiego. Świat customowych motocykli zachwycił modelami Behemoth Bike i Recydywista, ale ostatniego słowa jeszcze nie powiedział. Bardzo kobiece sylwetki z falbanami i szerokimi pasami W salonie Harley-Davidson w Rzeszowie wśród pięknych modelek można też było dostrzec... harleya w kwiatach. Ale zaskoczeń było więcej. Basia Olearka, która dotychczas przyzwyczaiła nas do mocno geometrycznych form, tym razem otuliła materiałem bardzo kobiece sylwetki, gdzie nie zabrakło falban i szerokich pasów, przywodzących skojarzenia z góralskimi pasami albo gorsetami rodem z saloonów. Kilka sukienek z kolekcji „West” jeszcze przed rzeszowską premierą było prezentowanych na prestiżowej imprezie modowej „Fashion Day Zakopane”, w której gwiazdami wydarzenia byli „Paprocki&Brzozowski”. Mimo to rzeszowskiej projektantce udało się skraść serce publiczności i doczekać się owacji dla jednej ze swoich sukienek. Podobnie było na pokazie „West” w Rzeszowie, gdzie na tle karmelowo-brązowych i błękitnych kreacji, wyróżniała się piękną, skórzaną sukienką w kolorze kości słoniowej. Po raz kolejny podkreśliła tym samym, że jak mało kto uwielbia i umie wykorzystywać naturalną skórę do swoich ubrań, a przede wszystkim umie nadać jej charakter. Atrakcją wieczoru mody był też pokaz torebek Gawor Collection oraz koncert rockowego zespołu 0% Normy. Goście pokazu wsparli też budowę „Psiej Wioski”, jaka powstaje w Przemyślu, a której pomysłodawcami są weterynarze Andrzej i Radosław Fedaczyńscy. 

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak


Wielkie pytania Sztuka życia według Anny Dymnej:

Żeby życie miało sens, trzeba kochać

– Żeby życie miało sens, trzeba kochać. Bez miłości nie ma niczego, miłość to stosunek do życia – mówiła Anna Dymna podczas otwartego spotkania z cyklu „Wielkie pytania w nauce i kulturze”, zorganizowanego przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, gęsto przetykanego poezją. Anna Dymna i Wojciech Bonowicz czytali utwory o tematyce miłosnej, a największe wrażenie wywarło ich wspólne, zmysłowe odczytanie wiersza Bolesława Leśmiana „W malinowym chruśniaku”. Anna Dymna przyznała też, że jeśli znajdzie w Rzeszowie odpowiednie miejsce, chętnie otworzy tu „filię” Krakowskiego Salonu Poezji, który założyła w 2002 roku.

Tekst Katarzyna Grzebyk Fotografie Tadeusz Poźniak

- Bardzo się cieszę, że na sali jest tylu znamienitych gości, ale jeszcze bardziej cieszę się, że przyszło do nas całe mnóstwo nieutytułowanych, zwykłych osób, bo różnie na takich spotkaniach bywa. Nawet najwięksi artyści miewali takie wieczory autorskie, gdy publiczności brakowało - przyznał na początku Wojciech Bonowicz, zaś Anna Dymna przywitała się z publicznością wierszem Wisławy Szymborskiej pt. „Wieczór autorski”, w którym poetka w żartobliwy sposób opisuje m.in. marną frekwencję na spotkaniach autorskich.

Po co potrzebna jest poezja? Rozmowę na temat sensu poezji Anna Dymna zaczęła przypomnieniem historii sprzed ponad 15 lat, gdy postanowiła otworzyć w Krakowie salon poezji, zauważając, że zaczęła ona znikać z codziennego życia. – Ludzie pukali się w głowę, po co to jest potrzebne. Kto tu będzie przychodził – pytali. A przychodzą tłumy. Otworzyłam ponad 50 takich salonów w Polsce i za granicą, m.in. w Sztokholmie, Montrealu. I po frekwencji widać, że jednak takie miejsce i taka poezja są potrzebne – mówiła. – Życie jest piękne, ale potwornie trudne, jest wiele dróg, skrzyżowań i kamieni, na których można się potknąć. Człowiek w tym wszystkim się gubi. Drogowskazem może być właśnie poezja. Sama tak mam, że gdy wracam po nagraniach do programu „Spotkajmy się” z historiami i cierpieniami osób, z którymi rozmawiałam, nie mogę zasnąć. Wtedy sięgam po sonety Szekspira i uspokajam się. W poezji jest coś dziwnego. Sięgam np. po poezję Homera i okazuje się, że jego bolało to samo, co mnie. Kochanowskiego też. Poezja nie pozwala czuć się samotnie.

Poeci są niebezpieczni, bo ich orężem jest słowo Dr Wergiliusz Gołąbek zapytał prowadzącego spotkanie poetę Wojciecha Bonowicza, dlaczego poeci są niebezpieczni. – Społeczeństwu wydaje się, że musi nas utrzymywać, a my mamy bardzo małe potrzeby. Patrząc na inne środowiska, jesteśmy względnie ekonomicznie opłacalni – stwierdził z humorem Bonowicz. – Oczywiście, już w byciu poetą jest coś podejrzanego.

22

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Anna Dymna i Wojciech Bonowicz.

– Poeta jest uzbrojony w niezwykłą broń, czyli słowo. Ma ono ogromną siłę i tylko poeci potrafią się nim posługiwać w wyjątkowy sposób. W czasach, gdy wszyscy mamy coś do powiedzenia i wylewa się z nas potok słów, jedynie poeci potrafią używać słów trafnie – zauważyła aktorka. Po tym, jak Wojciech Bonowicz odczytał wiersz Różewicza „Oczyszczenie”, Anna Dymna opowiedziała o konkursach poetyckich, także tych dla osób niepełnosprawnych. Zdaniem aktorki, poezja jest dla osób niepełnosprawnych jedynym przyjacielem, bo kiedy słowami nazywają swoje cierpienie, od razu ból jest mniejszy. – Osoby niepełnosprawne często oszukują mnie, jakie to są dzielne i pogodzone z niepełnosprawnością, ale w ich wierszach widać wszystko. Ich poezja jest podróżą w głąb człowieka – mówiła.

Czym jest miłość? To trudne pytanie Następnym wątkiem poruszonym w spotkaniu „Sztuka życia” była miłość. Czym jest to uczucie? Anna Dymna odpowiedziała na to pytanie wierszem Williama Blake’a „Nie próbuj mówić o miłości, Bo ona w słowach się nie mieści. Jest jak wiatr: cichy, niewidzialny, Co tylko czasem zaszeleści (…)”. – Kiedy rozmawiam z osobami cierpiącymi, niepełnosprawnymi, wszystkie nasze rozmowy kończą się na rozmowach o miłości. Emily Dickinson napisała, że miłość jest wszystkim, co istnieje – zauważyła Dymna. – Żeby życie miało sens, trzeba kochać. Wierszy o miłości są tysiące, bo można o niej opowiadać na setki sposobów. Bez miłości nie ma niczego. Zdaniem aktorki, miłość to nie tylko uczucie między dwojgiem osób, ale stosunek do życia. Opowiadała o tym, że tak bardzo kocha swój zawód aktorki, iż na scenie mijają jej dolegliwości zdrowotne. Mimo że na co dzień ciężko jej chodzić po schodach, na scenie potrafi tańczyć. – Niektórzy powiedzą, że to adrenalina, a to właśnie jest miłość. Miłością do życia, do wszystkiego, co nas otacza, zaraziła mnie mama. Do dziś zachwycam się wszystkim – przyznała. – Miłość jest dziwną energią, jest silniejsza od śmierci. Dobrze o tym wiem, bo mój mąż zmarł czterdzieści lat temu, ale miłość do niego nadal jest we mnie. Cokolwiek robię, zawsze myślę o Wieśku Dymnym. Następnie Anna Dymna i Wojciech Bonowicz odczytali z podziałem na role utwór Bolesława Leśmiana „W malinowym chruśniaku”. Zmysłowa interpretacja w ich wykonaniu została nagrodzona gromkimi brawami. – Trochę jeszcze popracujemy nad tym tekstem i będziemy jeździć z nim po Polsce – stwierdzili.

Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej powstanie w Rzeszowie? Ostatnia część spotkania pt. „Sztuka życia” była poświęcona licznym pytaniom, jakie padały z sali. Wojciech Bonowicz zadał Dymnej kilka z nich. Jedno z nich brzmiało: „Dlaczego boimy się kontaktów z osobami niepełnosprawnymi?” – Mamy w sobie wpisane to, że boimy się inności i cierpienia. Jeśli jest się młodym, zdrowym i bogatym, to chce się od tej inności uciekać. Jest to atawistyczny odruch, a tymczasem potrzebna jest normalna rozmowa z osobami niepełnosprawnymi. Dlaczego widzimy wózek inwalidzki i brak nóg, a nie człowieka? Gdy nauczymy się, że niepełnosprawnych i chorych trzeba traktować normalnie, zobaczymy, ile mogą nas oni nauczyć – odpowiedziała. Na pytanie, czy artystom jest łatwiej w życiu, Anna Dymna ironicznie odrzekła, że bardzo łatwo i opowiedziała o swoim grafiku pracy w teatrze i fundacji „Mimo wszystko”. – Ludzie wiedzą o mnie rzeczy, których ja sama nie wiem. Piszą o nas, co chcą i pomawiają nas o wszystko. Brukowce pytają mnie o operacje, których nie miałam, o to czy mam raka i dlaczego tak utyłam i się postarzałam, skoro w „Znachorze” byłam taka ładna. Gdybym nie miała do tego dystansu, codziennie miałabym powód, żeby się powiesić – śmiała się aktorka. Następne dotyczyło tego, czy jest szansa, aby w Rzeszowie powstał salon poezji na wzór tego, który od 2002 roku istnieje w Krakowie. Anna Dymna żywiołowo zareagowała na ten pomysł i zapewniła, że jeśli w mieście znajdzie się odpowiednie miejsce, to chętnie zaangażuje się i „ochrzci” oraz otworzy to miejsce. Dr Wergiliusz Gołąbek zaproponował, że miejsca chętnie użyczy klub akademicki WSIiZ. – Muszą to być spotkania regularne, musi być gospodarz, a aktorów się znajdzie – stwierdziła aktorka. Spotkanie z Anną Dymną zwieńczyło II edycję cyklu interdyscyplinarnych wykładów „Wielkie pytania w nauce i kulturze”, które Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania organizuje pod patronatem „Tygodnika Powszechnego”. 

Więcej informacji i fotografii na portalu www.biznesistyl.pl


Ludzie nauki

W uprawianiu

nauki

najważniejsze są wątpliwości! Z prof. nadzw. dr hab.

Anną Siewierską-Chmaj,

Anna Siewierska-Chmaj.

rzeszowianką, rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie, rozmawia Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak

Prof. nadzw. dr hab. Anna Siewierska-Chmaj, politolog. Doktoryzowała się na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Habilitację uzyskała decyzją Rady Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Dyrektor Instytutu Badań nad Cywilizacjami w Rzeszowie. W badaniach naukowych koncentruje się na: języku polityki, mitologii politycznej, teologii politycznej, wielokulturowości, polityce migracyjnej i integracyjnej państwa, komunikacji międzykulturowej oraz tożsamości we współczesnym świecie. Członek Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Autorka kilkudziesięciu książek i artykułów naukowych. Za książkę „Mity w polityce. Funkcje i mechanizmy aktualizacji” nominowana do Nagrody Znaku i Hestii im. ks. prof. Józefa Tischnera.

Aneta Gieroń: W lutym zostałaś rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Jesteś też pierwszą kobietą na tym stanowisku w kilkunastoletniej historii uczelni. Poczułaś dumę? Prof. nadzw. dr hab. Anna Siewierska-Chmaj: Towarzyszyło mi uczucie, że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu. Czuję i wiem, że jestem do tego przygotowana i na to gotowa. Ale niespecjalnie lubisz o tym mówić, tak samo jak opowiadać o sobie. Nigdy tego nie lubiłam, w końcu jednak uznałam, że warto, także ze względu na inne kobiety. Jeżeli coś się nam w życiu udaje, jest to efekt wsparcia bardzo wielu osób, a wdzięczność zawsze warto okazywać, w równym stopniu współpracownikom, co i swoim najbliższym.

24

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Ludzie nauki Dobry moment w Twojej karierze naukowej. Rok temu obroniłaś habilitację, a w tym roku świętujesz 18 lat pracy zawodowej na uczelni - w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Jest jeszcze jubileusz – 15 lat krakowskiej uczelni, której właśnie zostałaś rektorem. To wszystko ułożyło się w logiczny ciąg, może dlatego nie było strachu. Nie zadawałam pytań, czy sobie poradzę – bardziej czułam dumę w imieniu kobiet. Tę wiadomość wspaniale przyjęły moje młodsze koleżanki z uczelni, które ogromnie się ucieszyły. Nikt nie okazywał też zdziwienia decyzją Senatu, co było dla mnie miłe i ważne. Ta szkoła jest przesiąknięta duchem ks. Józefa Tischnera. To zobowiązuje? ak, to dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza że dla tej pracy, funkcji i tego miejsca, w jakimś stopniu poświęcam cząstkę mojej rodziny – przez kilka dni w tygodniu na stałe jestem w Krakowie. Zdecydowałam się jednak na to, bo idee tej uczelni są mi szczególnie bliskie, zwłaszcza teraz, gdy wokół nas dzieje się sporo rzeczy, które nie są dobre i które oceniam krytycznie. Bardzo mnie boli, że dominującym rodzajem religii w Polsce staje się „katolicyzm toruński”. Tym bardziej warto promować postawę ks. prof. Tischnera z jego otwartością, umiłowaniem wolności, z tą myślą filozoficzną Tischnera, która łączy wolność z odpowiedzialnością! Dostrzegam, jak ważna i aktualna jest ta myśl zwłaszcza dzisiaj. Rolą naszej uczelni jest tę myśl nieustannie przypominać. W kolejnych miesiącach chcę robić wszystko, by widać i słychać było nas jak najwięcej. Z samym środowiskiem krakowskiego „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” jestem związana od dawna. Fundacja Instytut Myśli Józefa Tischnera w Krakowie, środowisko Łopusznej, gdzie ks. Tischner się urodził, są obecne w moim życiu od dobrych kilku lat. Zaproszenie mnie z wykładami do Łopusznej przez Kazimierza Tischnera, w końcu nominowanie mojej książki „Mity w polityce. Funkcje i mechanizmy aktualizacji” do Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera sprawiło, że powołanie mnie na rektora krakowskiej uczelni było w pewnym sensie konsekwencją drogi, którą idę od lat. Mija 18 lat od śmierci ks. Tischnera i mimo charyzmy niebywałej, postać Księdza Profesora zdaje się być coraz bardziej zapomniana… Z okazji 15-lecia uczelni planujemy kilka dużych przedsięwzięć związanych z promowaniem myśli filozoficznej ks. Tischnera. To była wielka postać, chcemy Jego sylwetkę przypomnieć młodzieży – marzę, aby młodzi ludzie chodzili w koszulkach z twarzą Józefa Tischnera, a nie Che Guevary! Zaplanowaliśmy m.in. ogólnopolski konkurs graficzny dotyczący ks. Tischnera i wiele innych działań, które, mam nadzieję, zostaną zauważone. Z myśli ks. Tischnera co jest dla Ciebie najważniejsze? Ksiądz Tischner zawsze powtarzał, że po pierwsze jest człowiekiem, na drugi miejscu filozofem, a dopiero na trzecim księdzem. I to rzeczywiście widać w jego filozofii, w wypowiedziach oraz wywiadach, które po nim zostały. Ważna jest dla mnie ta głęboko humanistyczna myśl – człowiek jest najważniejszy. Gdy mówi o Bogu, mówi o przyjacielu człowieka i to jest piękne. On kochał ludzi, nie oceniał, a jedynie przytulał ich do piersi. Ks. Tischner cenił też wątpliwości, co dla mnie jest bardzo istotne. Posiadanie wątpliwości, także w kwestiach wiary, potwierdza wrażliwość człowieka, chęć poszukiwania Boga i stawania się lepszym człowiekiem. Może też dlatego dla mnie to niezwykłe doświadczenie, ale i odpowiedzialność, by dobrze wprowadzić tę uczelnię w kolejne 15-lecie istnienia. Współtwórcą i pierwszym rektorem tej uczelni aż do 2011 roku był Jarosław Gowin, obecny minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W naszym gronie jest wielu znakomitych wykładowców, m.in. prof. Piotr Sztompka, dzięki którym na uczelni udało się stworzyć etos studiowania, nauczania. I to chciałabym wzmacniać, by słowa Tischnera jeszcze mocniej wybrzmiewały w przestrzeni publicznej. Kiedy w Twoim życiu pojawiła się nauka jako coś naprawdę ważnego? ardzo wcześnie, co pewnie wiąże się z moim szczęściem spotykania właściwych osób we właściwym czasie. Byłam uczennicą II LO w Rzeszowie, gdy poznałam fantastyczną polonistkę, Agnieszkę Strzelecką. Jej mąż, Ryszard Strzelecki, pracował w ówczesnej Wyższej Szkole Pedagogicznej, gdzie był literaturoznawcą i obydwoje przygotowywali mnie do olimpiady z języka polskiego. Spotkania z nimi to była prawdziwa uczta intelektualna, choć brzmi to może nieprawdopodobnie, biorąc pod uwagę, że byłam wówczas nastoletnią dziewczyną. Analizowanie z nimi poezji barokowej Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, było dla mnie czymś zachwycającym. Może wynikało to też z tego, że od zawsze zachwyt wzbudza we mnie wszystko, co mogę przeczytać. Uwielbiam książki. Najważniejsze jest słowo. Tak, kocham słowo, odkąd pamiętam. Nawet jadąc autobusem potrafiłam czytać, co jest napisane na bilecie. Od zawsze lubiłam się uczyć i byłam systematyczna w swoich lekturach. Jak czytałam Dostojewskiego, to wszystko, co było dostępne w bibliotece. Gdy zachwyciłam się literaturą iberoamerykańską, wyszukiwałam kolejnych autorów i chciałam w nią wejść jak najpełniej. Wtedy też po raz pierwszy zaświtała mi w głowie myśl, że w nauce przeceniana jest analiza, a niedoceniana synteza. Nie chodzi przecież tylko o to, by coś zanalizować, ale by uchwycić sedno i tę najważniejszą myśl umieć wykorzystać do kolejnych rozważań. Uważam, że to bardzo ważne dla każdego, kto mniej lub bardziej chce zajmować się nauką. Ale w naukę całą sobą weszłaś dopiero po skończeniu studiów. 

T

B

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

25


Ludzie nauki Długo uważałam, że będę dziennikarzem, tym bardziej że zarobkowo pracowałam od 17. roku życia, nieprzerwanie. Pisałam m.in. recenzje filmowe dla lokalnego wydawnictwa, które wydawało programy telewizyjne; współpracowałam z agencją prasową, byłam bardzo zaangażowana w dziennikarską pasję. Mimo to nie zdecydowałaś się na pracę w mediach. awsze chciałam mieć zawód, który jest pożyteczny społecznie i dziennikarstwo wydawało mi się idealnym wyborem, ale nie zdecydowałam się na nie… dzięki mojej teściowej. Już na studiach pojawiła się okazja pracy na uczelni i – choć byłam zakochana w nauce – uznałam, że to zbyt spokojne miejsce dla mojego temperamentu. Szukałam czegoś bardziej ekscytującego. Jednak moja teściowa zwróciła mi uwagę, że wiele rzeczy potrafię prosto i bardzo przekonywająco wytłumaczyć, a zatem praca naukowo-dydaktyczna może być dla mnie właściwa. Spróbowałam i szybko mnie to wciągnęło. Do dziś jestem Jej wdzięczna za tamtą podpowiedź. Ona już wtedy dostrzegła, jak bardzo jestem emocjonalna, a wymagająca ciągłego napięcia praca dziennikarza szybko może mnie doprowadzić do wypalenia zawodowego. Zawsze też chciałam mieć dużą rodzinę i patrząc na mój tryb pracy, nie wiem, czy z trzema synami umiałabym sobie radzić w dziennikarskiej profesji. A tak, po 18 latach na uczelni, nadal kocham moją pracę! Od początku jesteś też związana z Wyższą Szkołą Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. W 2000 roku zaczynałam tam w dziale promocji, ale już wcześniej miałam doświadczenie jako PR-owiec w polsko-amerykańskiej firmie, w wydawnictwie multimedialnym, więc to nie było dla mnie absolutnie nowe doświadczenie. Bardzo szybko zajęłam się też pracą naukową i dydaktyczną, co do dziś sprawia mi ogromną radość. W Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania spotkałam też bardzo ważne dla mnie osoby, m.in. śp. profesora Jerzego Chłopeckiego, który był promotorem mojej pracy doktorskiej, a który stał się przyjacielem i mentorem. Miał ogromny wpływ na to, jakim jestem dziś naukowcem, ale i człowiekiem. To był fantastyczny akademik, człowiek zainteresowany każdą dziedziną wiedzy, który nauczył mnie myśleć interdyscyplinarnie. Do tego bardzo precyzyjny, inspirujący i wymagający rozmówca, który nie znosił dysput o niczym. Każde z nim spotkanie to był intelektualny rollercoaster. Wtedy też polityka mocno wkroczyła w Twoje życie. Polityka od zawsze była w nim obecna, wtedy stała się też domeną naukową. I tak z politologa z zamiłowania stałam się politologiem z wykształcenia. Spotkanie z profesorem Chłopeckim okazało się dla Ciebie ważne z wielu powodów. Profesor był rzadko spotykanym typem naukowca, który nie skracając nadmiernie dystansu (przejście na „ty” było nagrodą po obronie doktoratu), jednocześnie był osobą niezwykle otwartą na dyskusje, pomysły i różne punkty widzenia. Człowiek wysokiej kultury, niezwykle ciekawy świata, pasjonat nowych technologii, który jako pierwszy na uczelni testował iPhone’a i tablety. Swoimi pasjami potrafił zarażać wszystkich dookoła. Zawsze podkreślał, że w uprawianiu nauki najważniejsze są wątpliwości. Do dziś pracując ze studentami staram się pobudzić ich do myślenia, zadawania pytań, zasiewam w nich wątpliwości, bo sama obawiam się ludzi, którzy nie mają żadnych wątpliwości. Podkreślam, by nie przyjmowali argumentów na wiarę, ale by sprawdzali, bo powszechna opinia wcale nie musi być prawdziwa. Najważniejsze jest nieustanne poszukiwanie prawdy, zadawanie sobie pytań. Pamiętam, że gdy pisałam doktorat, w pewnym rozdziale postawiłam tezę, której nie udało mi się dowieść i zmartwiona podzieliłam się tym problemem z prof. Chłopeckim. On tylko się uśmiechnął i stwierdził: fantastycznie. Gorzej, gdybym stawiała tezę, a potem, nawet wbrew faktom i logice, starała się ją udowodnić. To nie miałoby nic wspólnego z nauką. Profesor Chłopecki przypomniał Ci, jak pasjonująca może być nauka? To zrobili Agnieszka i Ryszard Strzeleccy. Oni mnie nią zarazili, pokazali, że można mieć dreszcze, odnajdując ukrytą myśl w XVI-wiecznym sonecie. Że z wypiekami na twarzy można rozmawiać o książkach i otaczających nas zjawiskach. Profesor Chłopecki tylko mnie utwierdził w tamtych licealnych odkryciach i stał się naukowym oraz życiowym autorytetem. Czego Cię nauczył? ystansu do świata najbardziej. Zwłaszcza w tym moim logistycznym podejściu do życia, które już do perfekcji opanowałam, gdy na świecie pojawili się trzej moi synowie. Wiem, że nawet w byciu „zadaniowcem” czasem mogę pozwolić sobie na chaos. Ogromnie emocjonalnie podchodzę do wszystkiego, co mnie otacza, a przez to „spalam się” – tym większą wartość ma dla mnie umiejętność wyciszenia się. Dziś nawet czas na wypoczynek i uprawianie sportu mam zaplanowany, co też zawdzięczam profesorowi Chłopeckim, bo wiem, jakie to ważne, by zachować dystans nie tylko do świata, ale także do siebie samego. Umiejętność cieszenia się życiem – to było bardzo bliskie profesorowi. Oboje ze swoją żoną byli koneserami życia, a Jadwiga Chłopecka jest fantastyczną, ogromnie ciekawą świata kobietą, pełną pasji. Miałam szczęście, trafiając w życiu na wielu wspaniałych ludzi! Mam też świadomość, jak wiele od życia dostaję. Mam wspaniałych rodziców, od których zawsze otrzymywałam bezwarunkową miłość i mnóstwo wolności. Dzięki temu jako nastolatka nie buntowałam się przeciwko rodzicom, ale przeciwko światu, np. nauczycielom (śmiech). Mam świetnego męża, z którym tworzymy bardzo partnerski związek i aż wzdragam się, gdy słyszę o mężczyznach „pomagających” swoim żonom – my po prostu dzielimy się obowiązkami. 

Z

D

26

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Ludzie nauki Mam cudowne siostry, które są moimi najlepszymi przyjaciółkami. Ogromne wsparcie otrzymuję też od teściów i przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. Zdaję sobie sprawę, jak wielkie mam szczęście, mając takich ludzi wokół siebie i staram się tego nie roztrwonić, a jeszcze pomnożyć. W moim domu rodzinnym był zakaz narzekania. Od dziecka słyszałam, że nie warto się obrażać na rzeczywistość – trzeba ją zmieniać, a jeśli się nie da – zaakceptować. Jako nastolatka zmieniać chciałam wszystko, jako dojrzała osoba już wiem, co mogę zmieniać, a na co szkoda czasu i energii. Zawsze uważałam i nadal tak jest, że ważne jest działanie. Prof. Piotr Kłodkowski, orientalista, były ambasador RP w Indiach, były rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie, to kolejne ważne nazwisko na Twojej naukowej drodze. tworzyliśmy razem Instytut Badań nad Cywilizacjami w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Spotkanie z prof. Kłodkowskim pozwoliło mi inaczej spojrzeć na Azję. Wspólne projekty badawcze, wspólne wyjazdy do Indii, Nepalu okazały się bardzo twórcze, inspirujące i ważne. Moje pierwsze bliższe zetknięcie ze środowiskiem tischnerowskim też odbyło się za pośrednictwem prof. Kłodkowskiego. I tak jak prof. Jerzy Chłopecki był dla mnie wspaniałym mentorem, tak prof. Piotr Kłodkowski okazał się wspaniałym partnerem wielu naukowych projektów, co bardzo dużo mnie nauczyło. Tego wszystkiego pewnie by nie było, gdyby nie prof. Tadeusz Pomianek, ówczesny rektor WSIiZ, który był bardzo wymagającym, a jednocześnie inspirującym szefem. Docenia i wspiera kobiety. Pamiętam, że gdy wróciłam po drugim urlopie macierzyńskim do pracy, bardzo szybko zaszłam w trzecią ciążę. Z pewną obawą poinformowałam o tym prof. Pomianka, wiedząc, że za jakiś czas znowu będę na urlopie macierzyńskim – serdecznie mi pogratulował i dodał wiele miłych słów, które dla kobiety łączącej pracę z wychowywaniem dzieci były naprawdę ważne. Może dlatego na pytanie, kim jesteś, zawsze w pierwszej kolejności odpowiadasz… Kobietą! (śmiech). Równie ważne jest dla mnie bycie matką, żoną, ale po pierwsze czuję się kobietą. Bardzo silnie identyfikuję się z płcią, jestem z tego dumna, wspieram inne kobiety i żałuję, że nie jest to powszechne. Jaki jest według Ciebie portret współczesnej kobiety? Na pewno zaskakujący jest fakt, że kobiety, choć stanowią połowę społeczeństwa, ponad połowę osób studiujących, choć stanowią większościową grupę dobrych studentów, później gdzieś znikają. Kiedy popatrzymy na kobiece grono profesorów albo rektorów, to widzimy czarną dziurę. A przecież z upływem lat raczej nie głupiejemy. Część z nas pewnie woli skoncentrować się na życiu rodzinnym, ale inne być może wcale nie mają tego wyboru. Sama, robiąc habilitację i wychowując dzieci, usłyszałam od innej kobiety – naukowca: albo się robi naukę, albo dzieci. Bardzo to było przykre i upokarzające – jakby ambicje u kobiet i chęć bycia aktywną zawodowo były czymś podejrzanym i nagannym, na pewno odbywającym się kosztem rodziny. A przecież nikt nie zadaje pytań prezesowi dużej korporacji, prywatnie ojcu czworga dzieci, jakie koszty jego aktywności zawodowej ponoszą córki albo synowie. Przy trzech synach trzeba jednak dużej chęci i pracowitości, by świat zawodowy i prywatny płynnie połączyć. Dla mnie i męża wychowanie dzieci jest najważniejszym zadaniem w życiu. To praca, ale i przeogromna frajda. Uwielbiam wspólne poznawanie świata z tymi młodymi ludźmi, którzy mają 12, 6 i 4 lata. Nigdy też nie pomyślałam, by chłopców wychowywać inaczej niż dziewczynki, mam nadzieję, że dzięki temu wyrosną na dobrych, odpowiedzialnych i samodzielnych ludzi. Ogród, podróże, opera, kick-boxing, z niczego w życiu nie chcesz rezygnować. otrzebuję systematyczności w pracy, ale nie wyobrażam sobie życia bez pasji. Mam zaplanowane, kiedy robię coś w ogrodzie i kiedy trenuję. Zawsze chciałam ćwiczyć sztuki walki i w końcu się udało. Trafiłam do fantastycznego trenera, Dawida Kisiela – mistrza świata w karate sportowym, który absolutnie nie ma szacunku dla mojej płci, wieku i funkcji, a przez to nie mam żadnej taryfy ulgowej na treningach (śmiech). Psychicznie i fizycznie stawia mnie to na nogi, a samodyscyplina od zawsze jest dla mnie kluczowa. Życie w podróży to też o Tobie. Odkąd są dzieci, bardzo się z mężem staramy, by choć raz w roku wyjeżdżać na kilka dni tylko we dwoje. W tym roku jeździliśmy pociągami po Norwegii. Wspaniała podróż. Ale to Azja pozostaje najważniejszym miejscem. Uwielbiam Azję. Chiny, Indie, Nepal. Pierwsza podróż do Indii była dla mnie przełomowa. Obserwując, jak żyją ludzie w Azji, zrozumiałam, że człowiek musi umieć znaleźć równowagę. Ważna jest praca, ale równie ważny jest czas poświęcany na życie rodzinne i duchowe. Indie się kocha albo nienawidzi. Albo się zawsze już tam wraca, albo jak najszybciej chce zapomnieć, że kiedykolwiek się tam było. Podróż do Indii 15 lat temu była moją pierwszą podróżą do Azji. W Indiach jest wszystko, co najpiękniejsze i najwspanialsze, ale i najgorsze na świecie. Nie wszystkie kraje azjatyckie są tak przepełnione kontrastami jak Indie, ale rzeczywiście, kontrasty najlepiej definiują Azję. To też pozwala spojrzeć na człowieka z innej perspektywy. Ja na pewno należę do tej grupy osób, które pokochały Indie i zawsze chętnie tam wrócę. Najstarszy syn był już ze mną w Chinach i jest zachwycony, a pałeczkami je lepiej ode mnie. Azja też inspiruje.

S

P

28

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Ludzie nauki W różnych obszarach życia. Ona była bardzo obecna w mojej książce habilitacyjnej, bo zajmując się mitami w polityce, nie sposób nie zgłębić tego tematu na przykładzie Azji. Ciągle też jestem dyrektorem Instytutu Badań nad Cywilizacjami w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Wyobrażałaś sobie kiedykolwiek swoje życie poza nauką? Tak, nawet bardzo szczegółowo. Gdy byłam przed habilitacją i czekałam na recenzje, obiecałam sobie, że jeśli zdarzy się coś niedobrego i nie obronię habilitacji, na pewno nie zostanę na uczelni. Uznałam, że albo nauka jest i będzie poważnym elementem mojego życia, albo nie i zmienię swoją drogę życiową, póki czas. Byłam pewna, że gdybym została sfrustrowana na uczelni, byłoby to straszne dla mnie i moich współpracowników. A tak firma ogrodnicza była moim alternatywnym planem na życie. Jestem zapalonym ogrodnikiem, hobbistycznie projektuję ogrody znajomym i rodzinie, czemu więc nie miałabym zaryzykować. Nie wierzę… le to prawda. Zawsze wiedziałam, że chcę mieć mały dom w dużym ogrodzie, natomiast nie do końca zdawałam sobie sprawę, czym jest ogrodnictwo. Ogród nauczył mnie cierpliwości i pokory. Pamiętam, gdy go zakładałam kilkanaście lat temu, sadziłam rośliny, które mi się podobały, a potem musiałam patrzeć, jak one umierają, bo były źle dobrane do ziemi, albo warunków klimatycznych. Dopiero gdy zrozumiałam, że na tej konkretnej ziemi, w tym klimacie i  nad tym strumieniem tylko określone rośliny będą rosły zdrowe, one mi się z czasem cudownie odwdzięczyły. A inne? Mogę oglądać w krajach śródziemnomorskich, albo w Azji. W końcu uszanowałam prawa przyrody i słusznie, bo z naturą nie wygrasz. Żal, gdyby Ci przyszło rozstać się z uprawianiem nauki, ale jeszcze większy z rozstania ze studentami? Uwielbiam pracę naukową i ze studentami w równym stopniu. Gdy pracuję naukowo, zawsze wyciągam treści interesujące dla studentów. Lubię młodych ludzi i wbrew temu, co się mówi, że młodzież jest coraz gorsza, nie zgadzam się z tymi stwierdzeniami. Może jest bardziej przestraszona i zagubiona niż jeszcze kilka, kilkanaście lat temu. Często są to wartościowi młodzi ludzie, którym trzeba pokazać drogę, nauczyć ich uczenia się. Dlatego cieszą mnie sukcesy moich byłych studentów, jak choćby Michała Futyry czy Sylwii Mazur, z których jestem bardzo dumna. Wierzę, że w każdym z nas jest potencjał, ale trzeba mieć świadomość, by codziennie go rozwijać i nad nim pracować. Po tym, jak zostałaś rektorem uczelni w Krakowie, tej pracy nad sobą jeszcze Ci przybyło? raków jest dla mnie nowym wyzwaniem i, o ile lubię rutynę w życiu prywatnym, to w zawodowym wolę mierzyć się z coraz trudniejszymi pomysłami. W Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera nie mogę narzekać na nudę, tym bardziej że uczelniom niepublicznym w Polsce ciągle podnosi się poprzeczkę. Marzę, by ta uczelnia niekoniecznie była coraz większa, ale by kształciła ludzi pewnych swoich umiejętności, dostosowanych do rynku pracy, etycznych, z pewną kulturą akademicką z niej wyniesioną. A gdy te marzenia już się spełnią? To pozostanie mi jeszcze jedno, niespełnione (śmiech). Chciałabym kiedyś napisać kryminał, bo uwielbiam te w stylu retro spod pióra chociażby Agathy Christie, albo Borisa Akunina. Przywilejem bycia pracownikiem naukowym jest możliwość czytania ogromnej liczby książek, a zawsze uważałam, że jest to najwspanialsza rzecz w tym zawodzie. 

A

K

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

29


Z Katarzyną Szudy, współwłaścicielką i dyrektorem zarządzającym Agencji Rekrutacyjnej HR Contact w Podkarpackim Parku Naukowo - Technologicznym „Aeropolis” w Jasionce...


inwestycyjny

boom,

dopóty trwać będzie rynek pracownika!

Fotografie Tadeusz Poźniak

...rozmawia Aneta Gieroń

Dopóki będzie


Katarzyna

Szudy

Szkołę średnią ukończyła w Nowym Jorku, następnie rozpoczęła studia na Florydzie w Schiller International University, które kontynuowała w Paryżu, Madrycie i Heidelbergu, gdzie otrzymała dyplom z zakresu biznesu międzynarodowego i psychologii. Po studiach pracowała w Nowym Jorku w kancelarii prawnej, następnie w polonijnej gazecie „Super Express”, po czym otrzymała propozycję pracy w globalnej telewizji Jump TV. Szybko została awansowana na dyrektora do spraw Europy ŚrodkowoWschodniej. Po tych biznesowych doświadczeniach postanowiła kontynuować naukę i zdobyła tytuł MBA na prestiżowej uczelni Robert Gordon University w Aberdeen. 8 lat temu wróciła do Rzeszowa i utworzyła Agencję Rekrutacyjną HR Contact. Jednocześnie nadal kształci się współpracując z Harvard University.

Aneta Gieroń: Patrząc na rynek pracy w Polsce i na Podkarpaciu, tak dobrze z punktu widzenia pracownika i tak źle z punktu widzenia pracodawców po 1989 roku w naszym kraju jeszcze chyba nie było?! Katarzyna Szudy: W dużym uproszczeniu można tak powiedzieć. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że mamy stabilną sytuację ekonomiczną i liczne inwestycje zagraniczne, które otwierają pracownikom możliwość rozwoju. Dopóki obserwować będziemy inwestycyjny boom, dopóty trwać będzie rynek pracownika. Taki stan rzeczy ma też pozytywne przełożenie na szeroko pojęty rynek pracy w Polsce. Nic jednak nie trwa wiecznie. W dłuższej

34

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

perspektywie czasowej na pewno trzeba się będzie liczyć z odwróceniem tego trendu. Niewątpliwie rozpocznie się on od stanowisk, w których automatyzacja i robotyzacja zastąpią człowieka. W ostatnich miesiącach bezrobocie w Polsce wynosi poniżej 7 proc., na Podkarpaciu poniżej 10 proc., a w Rzeszowie poniżej 6 proc. Rynek pracownika staje się faktem? Nie mam specjalnie zaufania do sondaży, trudno bowiem jednoznacznie określić, jaki poziom na wpływ bezrobocia ma  wieloletnia emigracja ekonomiczna. Bez względu na faktyczny  poziom  procentowy bezrobocia, potwierdzam


VIP tylko pyta jednak, że w grupie pracowników doświadczonych i wysoko wykwalifikowanych, rynek pracownika jest faktem bezspornym. Należy sądzić, że walka o pozyskanie wartościowego pracownika będzie trwać nadal, co przełoży się automatycznie na wzrost wynagrodzeń. Czego dziś pracownicy oczekują od pracodawcy? Oczekiwania pracownicze są ściśle powiązane z wykonywaną profesją. Im wyższe lub bardziej specjalistyczne stanowisko i wyższe kwalifikacje, tym większe wymagania. Im lepsza kondycja ekonomiczna danej firmy, tym pakiet świadczeń dodatkowych większy. Głównie są to pakiety medyczne, karty sportowe, ubezpieczenia na życie, dofinansowanie edukacji, elastyczne godziny, catering dietetyczny. Granica dodatkowych benefitów jest epizodem ciągle rozwijającym się. Bonusy stają się coraz istotniejszą pozycją w strategii employer brandingowej firm. Wydaje się, że pomysłowość pracodawców w tej materii też jest nieskończona. Ale to chyba wysokość wynagrodzenia jest absolutnie najważniejsza dla większości osób szukających zatrudnienia? Z mojego doświadczenia i ogromnej ilości przeprowadzonych rekrutacji mogę powiedzieć, że nie. Oczywiście, wątek wynagrodzenia jest ogromnie istotny, ale zawsze pierwsze pytanie  o nowe miejsce pracy z reguły dotyczy stabilności i bezpieczeństwa zatrudnienia. Proszę pamiętać, że ubiegający się o pracę zazwyczaj mają rodziny na utrzymaniu, kredyty na mieszkanie lub dom i bardzo jest dla nich bardzo istotne, by maksymalnie długo mieć poczucie bezpieczeństwa finansowego, a to gwarantuje stabilne zatrudnienie w firmie. W dalszej kolejności są pytania o niezależność i samodzielność, rozwój zawodowy i możliwości podnoszenia kwalifikacji. Pracownicy oczekują przyjaznej atmosfery w miejscu pracy. Problem wynagrodzenia i jego poziom jest z kolei najdłużej negocjowaną pozycją. Wpływ na jego wysokość mają wszystkie wyżej wymienione elementy. Jak w ostatnich latach zmieniła się rola pracodawcy? ówiąc wprost – rolę pracodawcy szczegółowo określa  podstawowy akt prawny, jakim  jest kodeks pracy. Ponieważ jest on w  ciągłej nowelizacji, wymaga od pracodawcy pełnego monitoringu wprowadzanych zmian i ich respektowania, a to na pewno nie ułatwia prowadzenia biznesu w  Polsce, zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, które, paradoksalnie, wypracowują największą część PKB. Nie da się też ukryć, że obecnie pracodawcy starają się, niezależnie od prawnych wymogów, wzbogacać swoją ofertę tak skutecznie, by ciągle pozyskiwać nowych pracowników i rozwijać produkcję oraz konkurencyjność na rynku.

M

Lokalne firmy coraz częściej muszą też walczyć o pracowników z zagranicznymi gigantami, które decydują się inwestować w fabryki na Podkarpaciu. Choćby EME Aero, która w Jasionce pod Rzeszowem zamierza w najbliższym czasie zatrudnić ponad 800 osób. Dla inwestorów ze świata, co jest największym magnesem w tej części Polski i Europy? Stosunkowo tania siła robocza? pewnością nie. Dla zagranicznych koncernów, decydujących się na realizację inwestycji w naszym regionie, kluczowe są: rozwijająca się infrastruktura w Rzeszowie i okolicy oraz potencjał kadrowy. Dla potwierdzenia tej tezy powiem, że Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową w pięciostopniowej skali ocen przyznał dla miasta Rzeszowa i sąsiadujących terenów najwyższą ocenę, czyli pięć punktów. Jest to powód do dumy, ale i docenienie Podkarpacia za to, co zrobiło i co nadal w  sferze gospodarczej  robi. Atrakcyjność Rzeszowa staje się znana i doceniana  na świecie. Widoczny  jest także zrównoważony rozwój regionu, co w opinii inwestorów jest  kolejnym atutem. A wracając do samego pojęcia „tania siła robocza”, uważam, że zmierza ono na śmietnik historii. Gdy firma zagraniczna otwiera na Podkarpaciu fabrykę, potrzebuje ok. 20 proc. pracowników tzw. białych kołnierzyków i 80 proc. pracowników produkcyjnych, tzw. niebieskich kołnierzyków, przy czym wszystkie te osoby są fachowcami na swoim odcinku pracy oraz muszą być gotowe do nieustannego doszkalania się – tak szybko i dynamicznie zmienia się przemysł produkcyjny. Skoro nie najtańsza, ale wysoko wyspecjalizowana praca ma dziś największą wartość, jakie kwalifikacje, z punktu widzenia pracodawców, są dziś najważniejsze?

Z

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Każdy segment rynku jest inny, każdy ma inne wymagania i potrzeby. Z reguły pracodawcy oczekują kompetencji zawodowych, doświadczenia, gotowości do przyswajania nowych umiejętności i wiedzy, zaangażowania, aktywnego uczestnictwa w procesie pracy, nastawienia się na jego ulepszanie, wprowadzanie zmian, które zwiększą efektywność. Ceni się też odpowiedzialność i sumienność. Od kadry kierowniczej oczekuje się natomiast umiejętności funkcjonowania w otoczeniu międzynarodowym i zarządzania wiedzą. Wymaga się również kreatywności, przedsiębiorczości i mobilności. Obecnie w wielu firmach na Podkarpaciu trwa wielka rekrutacja. Jakich pracowników firmy poszukują najczęściej? Z racji miejsca, jakie Rzeszów zajmuje na mapie gospodarczej Polski, poszukiwani są głównie specjaliści w branży lotniczej i motoryzacyjnej. Patrząc na region szerzej, można zaobserwować braki kadrowe w sektorze  IT, brakuje 

Więcej informacji i fotografii na portalu www.biznesistyl.pl


VIP tylko pyta również ekspertów z zakresu fintechu. Poszukiwani są operatorzy CNC, inżynierowie, kierownicy budów, logistycy, ale też pracownicy ochrony zdrowia i opieki społecznej: lekarze, pielęgniarki, położne. Poszukiwani są także pracownicy z całej gamy zawodów technicznych, szczególnie tych związanych z lotnictwem i motoryzacją. Co więcej, jestem prawie pewna, że kto chce znaleźć pracę, na Podkarpaciu z pewnością ją znajdzie. Rekrutacja pracownicza dotyczy głównie pracowników produkcyjnych, czy równie duże jest zapotrzebowanie na specjalistów o wysoko rozwiniętych specjalizacjach branżowych? W jakich branżach specjaliści są najbardziej poszukiwani? Poszukiwani są zarówno pracownicy produkcyjni, jak i ci, których specjalizacja branżowa jest na najwyższym, światowym poziomie. Moja Agencja Rekrutacyjna HR Contact specjalizuje  się głównie  w poszukiwaniu pracowników średniego i wyższego szczebla. Nasi kandydaci  odpowiadają lub w przyszłości będą odpowiadać za sukcesy inwestycji ulokowanych w naszym regionie. Na ile podkarpacki rynek jest w stanie sprostać oczekiwaniom firm zatrudniających, a na ile brakuje dobrze wykwalifikowanych pracowników produkcyjnych i kadry inżynierskiej? Firmy, które zlecają nam poszukiwanie pracowników, nie stawiają   wymogów, gdzie mamy ich znaleźć. Rekrutację zawsze zaczynamy od poszukiwań na naszym terenie. Podkarpacie jest atrakcyjnym regionem, posiadającym w swoich zasobach doskonale wykształcone kadry. Czasami jednak zdarza się, że ściągamy specjalistów z najbardziej nawet odległych regionów. Takie działanie jest również bardzo korzystne dla naszego regionu, ponieważ dochodzi do transferu wiedzy, która następnie zostaje wykorzystana w podkarpackich firmach. Bardzo często wysokiej klasy specjaliści w Rzeszowie, na Podkarpaciu, osiedlają się na stałe, co też jest bezcenne w budowaniu potencjału gospodarczego i intelektualnego regionu. Na ile oferta na podkarpackim rynku pracy, proponowana przez firmy, jest konkurencyjna i porównywalna do ofert pracy w sąsiednich województwach? odkarpacie, jak już mówiłam wcześniej, jest coraz częściej doceniane i premiowane za nowoczesną i  bogatą infrastrukturę. W branży lotniczo-motoryzacyjnej jesteśmy krajowym liderem. PPN-T „Aeropolis” w Jasionce rozwija się wzorcowo i to jest najlepsze potwierdzenie dla wielu nowych inwestorów, że warto tutaj przyjechać i zainwestować. Tak zwana „poczta pantoflowa” działa nad wyraz skutecznie  i wartościowe informacje szybko się rozchodzą. Muszę też dodać, że na naszych gościach ogromne wrażenie robi też sam Rzeszów. Wszyscy podkreślają, jakie to czyste, piękne i zadbane miasto. Dobrze to świadczy o gospodarzach, jak i mieszkańcach. Cyfrowa rzeczywistość sprawia, że wszystko staje się bardziej transparentne i dostępne. Czy to oznacza dodatkowe wyzwania dla firm?  Oczywiście, że tak. Firmę” X” można w kilka sekund „prześwietlić”, dotrzeć do wielu interesujących nas infor-

P

36

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

macji. Można szczegółowo zapoznać się z profilem pracy, czy z opiniami pracowników. W takiej sytuacji oczywisty staje się fakt, że przedsiębiorstwu z problemami, czy złą opinią w Internecie, trudniej będzie zatrudnić pracowników. Ci, jak już wspominałam, stabilizację w zatrudnieniu cenią sobie najwyżej. Jak podaje BIG InfoMonitor, w  2017 roku  35 proc. Polaków planowało zmienić pracę.  W tym roku może to być nawet 40 proc. Jednocześnie z raportu Grant Thornton wynika, że 60 proc. średnich i  dużych firm w Polsce ma problemy ze znalezieniem pracowników. ak, to prawda, że biznes boryka się z brakiem pracowników, ale jeszcze raz podkreślam z całą mocą: „odpowiednich pracowników”. Obecna hossa ekonomiczna, tworząca rynek pracownika, powoduje, że oczekiwania  pracowników szybko rosną. Niestety, te wymagania nie zawsze idą w parze z posiadaną wiedzą, czy zdobytymi umiejętnościami. W tym aspekcie upatruję pewnych problemów w komunikacji pracodawca-pracownik, które wcześniej czy później mogą się pojawić. Wyjścia z impasu można upatrywać w pracownikach z  Ukrainy coraz liczniej obecnych na polskim rynku. Jednocześnie, co zaskakujące, z badań wynika, że osoby w wieku 18-22 lat upatrują w nich sporą konkurencję na rynku pracy.

T

Nie do końca zgadzam się z tą opinią. Na Podkarpaciu pracuje około 4-5 tysięcy Ukraińców, w większości zatrudnianych przy pracach sezonowych lub jako pomoce domowe, do których to zajęć trudno znaleźć chętnych wśród Polaków. Drugą grupę zatrudnionych stanowią Ukraińcy z najwyższymi kwalifikacjami. Dlatego nie można powiedzieć, że zagrażają Polakom w wieku lat 18-22. W tym wieku nie ma się specjalistycznej wiedzy, nie mówiąc już o doświadczeniu zawodowym. Myślę, że spory wpływ na wynik wspomnianych badań mogą mieć zachowania ksenofobiczne, z którymi powinniśmy zdecydowanie walczyć. Firmy chcą zatrudniać i podwyższać płace. Polacy to wiedzą i czują się na rynku pracy coraz bezpieczniej. Już ponad 60 proc. polskich pracowników domaga się wyższych wynagrodzeń. Pracodawcy czują coraz większe parcie finansowe na rynku pracy? Tak, parcie finansowe na wzrost wynagrodzeń jest bardzo widoczne i odczuwalne. Jednocześnie będę do znudzenia przypominała, że ma to swoje uzasadnienie, gdy spełnione są co najmniej dwa warunki: firma zatrudnia „odpowiednich pracowników” i mamy dobrą sytuację gospodarczą w kraju. Życzyłabym też sobie, aby zarówno pracodawcy, jak i pracownicy optymalnie wykorzystali obecne, pozytywne tendencje gospodarcze. Solidność z jednej i drugiej strony wsparta zwykłą ludzką przyzwoitością i życzliwością wzbogaci nas i region, w którym mieszkamy. 


Bogusław

Barnaś:

Eco Warsaw Tower, proj. BXBstudio Bogusław Barnaś - budynek zrównoważony, ekologiczny, gdzie głównym punktem odniesienia w procesie projektowym był człowiek i jego coraz większa potrzeba kontaktu z naturą, zdrowego stylu życia i harmonii, którą chciałby odnaleźć w nowoczesnym mieście.

Najważniejsza jest wyobraźnia Wierzy, że architektura musi współgrać z człowiekiem, naturą i historią, pasować i odnosić się do miejsca, w którym powstaje. Projektuje rezydencje, które nawiązują do zrębowej chaty i polskiej zagrody; apartamentowce z kaskadami zieleni na fasadach i wtapiające się w krajobraz leśne domki. Dla klientów z Polski, Szwajcarii, dla arabskiego księcia. Bogusław Barnaś – właściciel BXB studio, wykładowca akademicki, uczeń Normana Fostera, w 2014 roku uznany przez brytyjski Wallpaper za jednego z 20 najzdolniejszych architektów młodego pokolenia – pochodzi z Podkarpacia.

Tekst Alina Bosak Fotografie Tadeusz Poźniak/BXBstudio

M

ielec. Czysty, zielony, zadbany. Architektura nie na najwyższym poziomie. – Tak, to moje miasto. W nim się wychowałem – uśmiecha się Bogusław Barnaś i już jest myślami na placach swojego dzieciństwa. – Mielec ma swoje zalety – mówi. – Układ urbanistyczny osiedla robotniczego został bardzo dobrze zaprojektowany. Może to nie taka perełka jak krakowska Nowa Huta, ma jednak swoją wartość. Jest oś rekreacyjna – stadion, obiekty basenowe, dom kultury, plac Armii Krajowej – i druga oś przecinająca, czyli al. Niepodległości z placem Armii Krajowej. Siatka miasta oparta jest na ortogonalnym układzie ulic i hierarchiczności zabudowy.

Dom Polski nawiązuje stylistyką do polskiej kultury ludowej - kościołów krytych gontem, smukłych dzwonnic oraz staropolskich dworów bogatych w niesamowite konstrukcje z bali drewnianych.

To osiedle, zbudowane od zera, jest oczywiście reliktem przeszłości, której może nie chcieliśmy, bo została nam narzucona, ale należy je chronić jako spuściznę socrealizmu – zapewnia architekt. Szacunek dla historii i tradycji, zwłaszcza tej rodzimej, wielowiekowej, to jedna z zasad, której się trzyma. Nie chodzi o to, by konserwować to, co zastane, ale twórczo zmieniać, tworzyć na wskroś nowoczesne projekty, spójne z tożsamością miejsca, w którym powstają. Zasada druga – architektura nie powinna oddzielać człowieka od natury, ale zbliżać; współtworzyć wygodny i bezpieczny ludzki świat. Tego się trzyma i… odnosi sukcesy. 


Portret

Bogusław Barnaś.

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

41


Portret

W

2013 r. Bogusław Barnaś został nominowany do nagrody Z:A Award za projekt Domu Zagrodowego, a w 2014 r. zaliczony do grona 20 najbardziej utalentowanych młodych architektów świata przez brytyjskie wydawnictwo Wallpaper. W 2014 roku otrzymał również nagrodę od World Architecture Community za projekt One Tree House. Rok później międzynarodowa społeczność miłośników architektury, skupiona w World Architecture Community, przyznała mu nagrodę po raz kolejny – za projekt Domu Artysty. Niemal równolegle Property Design umieściło go na liście piętnastu najlepszych polskich architektów przed czterdziestką. Wciąż jeszcze tego wieku nie przekroczył i zbiera kolejne nagrody. Ostatnia, z marca 2018 roku, przyznana została przez Salon Architektury za Małopolską Chatę Podcieniową. Projekt zgłoszono do konkursu jako koncepcję i został nagrodzony, co jest wyjątkowe, ponieważ nagrody Salonu otrzymują zazwyczaj obiekty gotowe, a ten pozostawał jeszcze w ostatniej fazie budowy. Od Zina do Fostera – Na sukces składa się wiele czynników. Gdybym miał zebrać zbiegi okoliczności, które były dla mnie szczęśliwe, jednym z najważniejszych byłby proces edukacji. Począwszy od lekcji rysunku, jakie jeszcze w czasie liceum brałem m.in. u Wiktora Zina. To profesor Zin pierwszy zaszczepił we mnie szacunek do polskiej architektury drewnianej – wspomina Bogusław Barnaś. – W zasadzie całe dzieciństwo upłynęło mi pod znakiem klocków i rysowania. W domu panowała kreatywna atmosfera, co jest zasługą moich rodziców. Wychowywałem się w mieście lotniczym i sportowym zarazem, zatem rozważałem również karierę pilota i szkołę w Dęblinie. Dobrze też czułem się w sportach indywidualnych. Trenowałem lekkoatletykę i myślę, że sport w młodości jest świetnym przygotowaniem do biznesu. Bo i tu, i tu liczy się rozwój i wynik, a sport uczy konsekwencji oraz systematyczności. Mielec w tym wszystkim bardzo pomagał. Chodziłem do szkoły sportowej, „szóstki”. Dużo treningów i fantastyczne obiekty sportowe. Jako mieszkaniec małego miasta miałem do dys-

Współczesna Polska Zagroda – to projekt, gdzie w miejsce pięciu budynków gospodarczych, BXBstudio zaproponowało pięć Stodół Polskich. Tworzą one bardzo ciekawą przestrzeń. Z jednej strony tworzą dziedziniec razem z istniejącym historycznym domkiem, który ma ponad 100 lat, a z drugiej strony otwierają się te stodoły na krajobraz.

pozycji pierwszoligowy stadion, bieżnię, basen, halę sportową itd. Coś, czego nie było nawet w bardzo dobrych zachodnioeuropejskich szkołach. Myśl o pilotażu przez głowę tylko przemknęła. Poważny plan to była medycyna albo Akademia Sztuk Pięknych. – Cały czas bardzo dużo rysowałem, malowałem, tworzyłem. Miałem zostać lekarzem albo bliżej nieokreślonym artystą. I może bym nim został, gdyby nie genialny pomysł mojej mamy. To ona wymyśliła ten kurs rysunku u Wiktora Zina w Krakowie. I od tego się wszystko zaczęło. Już po miesiącu wiedziałem, że interesuje mnie tylko architektura – przyznaje właściciel BXBstudio. Do studiów podszedł jak sportowiec – z konkretnym planem i celem do zrealizowania. Ukończone studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej oraz Fachhochschule Münster, jednej z najlepszych uczelni w Niemczech. – Zajęcia z projektowania miałem tam ze znaną architekt, prof. Julią Bolles-Wilson, a promotorem mojej pracy dyplomowej był dziekan uczelni, prof. Herbert Bühler, również bardzo dobry niemiecki architekt. Z  kolei w Krakowie miałem styczność z wieloma znakomitymi nauczycielami. Szczególnie dużo nauczył mnie dr Marek Kozień, którego osobiście uważam za jednego z najlepszych polskich architektów współczesnych – podkreśla Bogusław Barnaś. Po studiach nadal postanowił zdobywać doświadczenie za granicą. Wyjechał do Londynu, bo już od drugiego roku studiów marzył o pracy u Normana Fostera, uznawanego za jednego z najlepszych współczesnych architektów, a według niektórych – najlepszego architekta wszech czasów. Królowa brytyjska nadała mu tytuł szlachecki, a zaprojektowany przez niego City Hall i przypominający ogórek wieżowiec „Gherkin”, to jedne z najsłynniejszych londyńskich budowli. – Zaprojektował również pierwszy budynek na Księżycu – przypomina Bogusław Barnaś. – Ta baza powstaje we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną. Foster jest także twórcą pierwszego ekologicznego miasta zaprojektowanego od zera. Masdar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich już powstało. Wybudowane na planie kwadratu i neutralne energetycznie, konsumuje niemalże tyle energii, ile samo wytwarza.


Małopolska Chata Podcieniowa - dom, który czerpie inspiracje z tradycyjnej, drewnianej architektury podcieniowej.

W londyńskim biurze Fostera pracuje ok. 700 osób, a w całej pracowni, z oddziałami w Hongkongu, Berlinie, Nowym Jorku itd. – ponad 1000. Niełatwo dostać się do tego grona. W realizacji marzenia o pracy u guru architektury świeżo upieczonemu absolwentowi pomogła konsekwencja i upór. Młody architekt z Mielca aplikował tam bezskutecznie przed wyjazdem do Londynu w 2005 roku, jeszcze raz spróbował zaraz po przyjeździe na Wyspy, a potem znów po kilku miesiącach pracy w małej londyńskiej pracowni SLLB Architects. Za trzecim podejściem dostał wreszcie pracę u Fostera. Ale to także był tylko przystanek. Potrzebny, by nauczyć się nowych rzeczy i pójść dalej. Przepracował tam rok, a następny spędził już w innej pracowni – Make Architects. – Stworzył ją były pracownik Fostera i namówił mnie do przejścia, proponując status partnera i udział w zyskach. Właściwie zmieniłem tylko szyld, bo środowisko i filozofia projektowania były podobne – opowiada. Odnaleźć polski styl

W

2009 r. wrócił do Polski. Niemal rok pracował w znanym krakowskim biurze Ingarden & Ewy Architekci, a potem założył własne biuro projektowe – BXBstudio. Z pewnością projekty Bogusława Barnasia mają swój wyjątkowy charakter. Inspirowane są drewnianymi chatami i kościółkami zrębowymi. Jego Małopolska Chata Podcieniowa, Dom Polski, Hotel na Mazurach – w niepowtarzalny i zaskakujący sposób łączą tradycję z nowoczesnością. – Kiedy wróciłem do Polski, po moich doświadczeniach w Niemczech i Wielkiej Brytanii, dostrzegłem, że czasy komunizmu i transformacji doprowadziły do utraty identyfikacji, utrudniły nam tworzenie własnego stylu, własnego kierunku. Zostaliśmy zdegradowani – mówi architekt. – W czasach PRL architektura nie funkcjonowała w świadomości społecznej. Większość Brytyjczyków, zapytanych na ulicy, czy zna architektów z Londynu, jak Normana Fostera, Zahe Hadid, czy Richarda Rogersa, odpowie twierdząco. Przeciętny Polak będzie kojarzył aktorów, re-

żyserów, muzyków, ale współczesnego architekta już nie. To się na szczęście zmienia i architektura powoli wraca do społecznego obiegu, jednak przez lata to nie funkcjonowało. Zostaliśmy ogołoceni z ważnego dobra. Jest architektura skandynawska, włoska, brytyjska. W Polsce nie wytworzył się wyraźny współczesny styl rozpoznawalny na świecie. Właśnie dlatego po powrocie postanowiłem tworzyć projekty, które nie będą kopiami architektury zachodniej, co jest w Polsce bardzo popularne. Często mówi się u nas: „zróbmy to jak w Wenecji”, albo „zróbmy to w stylu skandynawskim”, albo „niech to będzie takie holenderskie”. Proces twórczy nie powinien tak wyglądać. Projektujemy budynek w Polsce, więc zróbmy coś bardzo polskiego. Projektujemy rynek w Mielcu? To zróbmy rynek, który będzie bardzo mielecki. Odgrzebmy historię, ciekawe wątki, a jeśli jest ich mało, to je wykreujmy, poszukajmy w okolicy, stwórzmy legendę. Ale szukajmy u nas, tym bardziej że mamy bogatą historię, wielowiekową tradycję i kulturę, no i przepiękny naturalny krajobraz. Z tego poszukiwania, tej filozofii wzięła się inspiracja stylem zakopiańskim, polską wsią, architekturą drewnianą. – Często budujemy na terenach wiejskich. Nowoczesne rezydencje, które projektujemy w BXBstudio, powstają poza miastem. A co tam najczęściej jest cennego? Kościółek zrębowy, jakaś drewniana chałupa, stary spichlerz, skansen, dawne obiekty, mające swoją historię, oraz otaczający naturalny krajobraz – uważa Bogusław Barnaś. W jego krakowskiej pracowni zatrudnionych jest kilka osób. Główna grupa klientów to osoby prywatne. Dla nich powstają projekty rezydencji i domów, o powierzchni od 200 do 3000 mkw. Biuro projektuje także dla deweloperów oraz firm. – Interesuje nas projektowanie budynków, które będą ekologiczne, jak np. Dom Skyfall pod Krakowem, Dom Eko pod Rzeszowem lub w centrum Warszawy – Eco Warsaw Tower. Ale projektujemy nie tylko budynki. W obszarze naszej działalności jest także skala makro, czyli urbanistyka, oraz skala mikro, czyli product design. Zaprojektowaliśmy układ urbanistyczny wraz z budynkami w Dżudda w Arabii Saudyjskiej. Teraz mamy zaprojektować lampę dla korporacji, wdrażamy również 

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

43


Portret własne pomysły i produkty. Właściwie skala nie ma znaczenia. Liczy się metoda pracy, otwarty umysł, kreatywność, a za tym idzie – jakość jako efekt końcowy każdego projektu. To, co się liczy, to chyba właśnie wyobraźnia. Pamiętajmy, że wg Einsteina jest ona ważniejsza od wiedzy, bo wiedza jest ograniczona, a wyobraźnia właściwie nieskończona, jeśli sami nie stworzymy sobie własnych limitów. Projektowanie nie tylko budynków, ale w ogóle kreowanie nowych rzeczy, wymaga właśnie wyobraźni. Ona pomaga wychodzić poza utarte schematy. Zalety „wielkiej płyty”

C

zęsto jest zapraszany do współpracy w międzynarodowych zespołach. Ostatnio BXBstudio, wraz z pracowniami z USA, Irlandii, Szwajcarii, Francji, Grecji, Niemiec oraz Portugalii, zaprojektowało 6 unikalnych domków letniskowych dla szwajcarskiej Jura Turisme. Inny projekt, dla Arabii Saudyjskiej, zamówili u niego Brytyjczycy. – Zaprojektowaliśmy fragment dzielnicy w Dżudda. Masterplan obejmował apartamentowce, sklepy, tereny rekreacyjne – opisuje architekt. – Ekran akustyczny tworzy supermarket i pasaż butików, potem jest zieleń, teren rekreacyjny i za nimi dopiero budynki mieszkalne. Nie tworzymy akustycznego muru z plastiku, by oddzielić ludzi od ulicy. To staje się za to codziennością w polskich miastach. – Problemem często jest zderzenie interesów publicznych z deweloperskimi. Plany zagospodarowania przestrzennego często nie są opracowane, więc deweloperzy wraz z architektami nie mają jasnych wytycznych. To generuje szereg problemów i stwarza ryzyko powstawania złej przestrzeni – tłumaczy Bogusław Barnaś. – Dużo lepiej żyłoby się w miastach, które mają dobrze nakreślone przez urbanistów plany rozwoju. Warto to robić, ponieważ w 2011 r. nastąpił cywilizacyjny przełom – już ponad połowa Europejczyków mieszka w miastach. Stają się one coraz ciaśniejsze i muszą być rewitalizowane do potrzeb współczesnego człowieka. Na szczęście polscy deweloperzy coraz częściej stawiają na jakość i nie brakuje u nas bardzo dobrych rozwiązań projektowych. Rośnie również świadomość społeczna, ludzie coraz częściej stawiają na jakość przestrzeni, w której będą żyć. Nie patrzą wyłącznie na metraż i cenę mieszkania czy domu. roces tworzenia miasta trwa setki lat – uzmysławia architekt. – W momencie, kiedy deweloper podejmuje jakąś decyzję w pewnym sensie szkodliwą, to jest to decyzja, której skutki będą trwać 200-300 lat. Wszechobecna w Polsce wielka płyta miała być na lat kilkadziesiąt. Ale nie da jej się tak po prostu zamieść pod dywan. W wielkiej płycie mieszka masa ludzi, więc nie można jej zburzyć. Trzeba modernizować, nadać jej jakiś estetyczny rys. Paradoks jest taki, że bardzo często osiedla z wielkiej płyty są lepszym gruntem pod rewitalizację niż nowe, źle zaprojektowane przestrzenie. Te z PRL-u miały bardzo dużo zielonej przestrzeni, były planowane przez urbanistów. Osoby, które je projektowały, nie myślały o prywatnym zysku, nie kierowały się chciwością, ale logiką, spo-

P

łecznym interesem. W wielkiej płycie pomyślano o trawnikach, placach dla dzieci. Nie ma parkingów podziemnych, ale jest bardzo dużo zielonych terenów, pod którymi można jeszcze coś wybudować, zachowując również zieleń. A co zrobić z niejednym źle zaprojektowanym osiedlem wybudowanym współcześnie? Z minimalną odległością między blokami, bez zieleni i terenów rekreacyjnych, w dodatku z podziemnymi parkingami również w przestrzeniach zlokalizowanych pomiędzy budynkami oraz jednym zakorkowanym wjazdem na osiedle? Tu architekt niewiele zdziała. Bardzo trudno będzie taką przestrzeń poprawić. Do tego dochodzi problem grodzenia osiedli mieszkaniowych oraz wszechobecne billboardy reklamowe. Na szczęście i jedno, i drugie zniknie w najbliższych latach, co na pewno poprawi krajobraz naszych miast. Dom marzenie? Czy mamy jakieś wspólne wyobrażenie domu idealnego? – Każdy klient jest inny i ma swoje potrzeby, ale zawsze jest wspólny mianownik – ludzie potrzebują przytulnego, ciepłego miejsca, jednocześnie takiego, które będzie się dobrze starzeć, a eksploatacja budynku będzie w rozsądnej cenie. Aktualnie BXBstudio pracuje nad projektem Współczesnej Polskiej Zagrody. – W miejsce pięciu budynków gospodarczych zaproponowaliśmy pięć Stodół Polskich. Kreują one bardzo ciekawą przestrzeń. Z jednej strony tworzą dziedziniec razem z istniejącym historycznym domkiem, który ma ponad 100 lat, a z drugiej strony otwierają się  na przepiękny krajobraz. Inny projekt to Dom Aktywny. – To jest moje marzenie - stworzyć dom, który będzie nie tylko budynkiem pasywnym, czy domem neutralnym energetycznie, ale domem, który będzie tworzył materię dodaną – jest to spektakularny dom z biobasenem, kurnikiem i biologiczną farmą. Kiedyś wydawało się niemożliwe poruszanie na czterech kołach bez maszynisty. Dziś można mieć czysty samochód autonomiczny. Więc zapewne jest możliwy autonomiczny i ekologiczny dom produkujący zdrową żywność. Zamiast basenu z chlorem, będziemy mieć naturalną wodę z rybami. Kurnik będzie oczywiście zautomatyzowany. Wystarczy, że właściciel raz na tydzień skontroluje dozownik i poziom paszy lub przy pomocy smartfona uruchomi pewne systemy. Brzmi surrealistycznie, ale okazuje się to możliwe – zapewnia Bogusław Barnaś, zastrzegając, że wcale nie uważa się za marzyciela. – Bo moje domy powstają, nie są niezrealizowanymi wizjami. Artysta, tak. Ale twardo stąpający po ziemi. Wszystkie moje projekty zamykają się w realiach administracyjnych. Trzeba przecież dostać pozwolenie na budowę, a projekt przełożyć na matematykę – opracować konstrukcję, uzbroić w instalacje. Musi się też zamknąć w budżecie, jakim dysponuje inwestor. Gotowy budynek musi dobrze funkcjonować. Powinien się dobrze starzeć i wraz z otoczeniem tworzyć wyjątkowy, piękny krajobraz. Zaczyna się od ołówka? Tak naprawdę od filozofii i myśli. Dopiero potem jest rysunek. 

Więcej informacji i fotografii na portalu www.biznesistyl.pl


Architektura wnętrz Katarzyna Jania.

Slow design

Żyjąc w dobie tworzyw sztucznych, tęsknimy za naturą

Z Katarzyną Janią, projektantką wnętrz,

absolwentką Architektury Wnętrz na Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, rozmawia Katarzyna Grzebyk

Fotografie Archiwum Katarzyny Jani

46

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Projekt łazienki.

K

atarzyna Grzebyk: Coraz więcej osób urządzających swoje domy i mieszkania chce aranżować je świadomie, zgodnie z własnymi oczekiwaniami, bez „dyktatury” katalogów wnętrzarskich. Czy pierwszym krokiem w tym kierunku jest zamówienie mebli w pracowni stolarskiej? Katarzyna Jania: Nierzadko zdarza się, że wręcz całe mieszkania są urządzone meblami stworzonymi przez stolarza na specjalne zamówienie. Najczęściej obserwuje się takie zjawisko w niewielkich mieszkaniach i kawalerkach, gdyż ograniczony metraż wręcz wymusza na nas zlecenie zaprojektowania mebli tak, żeby wypełniały niewielką przestrzeń co do centymetra. Jednak tu nie chodzi tylko o meble. Lubimy otaczać się również dodatkami, jak np. ręczne wykonane kosze, szydełkowe dywany czy koce zrobione na drutach. Wszystko to wykonane przez artystów-rzemieślników według specjalnego zamówienia. Na taki produkt czasem trzeba poczekać, ale za to stajemy się posiadaczami unikatowego designu. Może to znak naszych czasów? Choć wszystko jest dostępne niemal od ręki i możemy przebierać w formach i barwach, to jednak jesteśmy przytłoczeni tą mnogością… Wciąż lubimy sieciówki i masowe produkcje. Trudno się dziwić – są łatwo dostępne i tanie. Jest to poniekąd pozostałość po latach 90., gdy popularne było wszystko, co szybkie, jak chociażby fast foody. Jed-


Architektura wnętrz Projekt salonu.

nak szybkość i wygoda nie zawsze idą w parze z jakością. W XXI wieku wkraczamy w sferę „slow”. Zwalniamy tempo w różnych dziedzinach naszego życia. Mamy slow food – jedzenie zdrowe, ekologiczne, zrobione ze składników charakterystycznych dla danego regionu, slow fashion – świadome kupowanie ubrań wyprodukowanych w ludzkich warunkach, a także slow design. Czym jest slow design? Określenie to zostało po raz pierwszy użyte w 2002 roku przez Alistaira Fuad Luke’a, brytyjskiego wykładowcę wiedzy o designie. Jest to zaprzeczenie konsumpcjonizmu. Zaczynamy czuć potrzebę powrotu do korzeni. Dbamy nie tylko o ciało i ducha, ale też o nasze wnętrza. Jesteśmy coraz bardziej świadomi nie tylko tego co kupujemy, ale też, od kogo oraz z jakich materiałów przedmiot został wykonany. Chcemy, żeby był solidny, wykonany przez fachowca – rzemieślnika. Jesteśmy w stanie czekać na niego dużo dłużej, niż zajmuje dowóz z sieciówki, gdyż zdajemy sobie sprawę, że to już nie jest masowa produkcja, ale miesiące ciężkiej pracy w warsztacie. W duchu slow powstają: poduszki, obrazy, dywany, ale też przedmioty codziennego użytku, takie jak meble czy naczynia. Rosnąca popularność slow designu zapewne wynika także z chęci otaczania się przedmiotami z naturalnych surowców, jak drewno czy kamień, na których bazują rzemieślnicy. Wykorzystywanie naturalnych, biodegradowalnych surowców jest elementem slow designu. Jest to też efekt nie tylko dbania o środowisko, ale również naszej tęsknoty za naturą. Żyjąc w dobie tworzyw sztucznych, chcemy mieć choć

trochę natury w swoich wnętrzach. Kwiaty w doniczkach są dobrym rozwiązaniem, ale gdyby taki kwiat wstawić do betonowej doniczki i postawić na stole wykonanym z naturalnego drewna? Rzemieślnicy wychodzą nam naprzeciw. Wiele przedmiotów, dodatków i mebli produkowanych w myśl koncepcji slow designu posiada cechy stylu rustykalnego ze względu na częste nawiązania do folkloru, również regionalnego. Bardzo często w swoich pracach artyści wykorzystują lokalne produkty, charakterystyczne dla rejonu, z którego pochodzą. Ślązacy na przykład wykonują przedmioty z węgla. Na różnych targach czy kiermaszach można zobaczyć przepiękną biżuterię, gdzie w srebro zatopiony jest kawałek węgla. Produkcja w zgodzie ze środowiskiem jest ważna dla stylu slow. Innymi przedmiotami oprócz mebli są np. przyjazne środowisku farby, którymi samodzielnie odmalujemy ściany. Właściwości przedmiotów powstałych w duchu slow są również korzystne dla alergików oraz rodziców. Dając dziecku zabawkę wykonaną z naturalnych surowców, pozbawioną szkodliwych substancji powstałych w wyniku masowej produkcji, jesteśmy spokojni i pewni, że nasze dziecko jest bezpieczne. low design daje poczucie wyjątkowości, bo wiemy, kto wykonał dany przedmiot i w jakich warunkach, ale musimy liczyć się z tym, że urządzanie w duchu slow jest kosztowne. Jedynym minusem jest właśnie cena. Za wykonany dla nas stół czy komodę nierzadko musimy zapłacić nawet kilkakrotnie więcej. Jednak i to powoli przestaje być przeszkodą. Jesteśmy w stanie wydać więcej, żeby cieszyć się 

S

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

47


dłużej posiadaniem unikatowego przedmiotu nie wyprodukowanego masowo i dostępnego w milionach egzemplarzy na całym świecie. To daje nam poczucie indywidualności. Chodzi również o to, żeby zakupiony mebel służył nam przez lata, a nawet pokolenia. Kupując mebel w duchu slow, wiemy skąd pochodzi materiał, z którego został wykonany, kto go dla nas wykonał i w jakich warunkach. Poza tym coraz bardziej jesteśmy świadomi tego, co wchodzi w skład ceny, a są to: ceny materiałów, czas wykonania i talent artysty – rzemieślnika. Czy producenci mebli i duże koncerny meblowe zauważają popularność slow designu? Czy w ich kolekcjach pojawiają się przedmioty, w tworzeniu których mieli udział rzemieślnicy, artyści tworzący np. w drewnie? statnio IKEA wypuściła kolekcję INDUSTRIELL, w której znajdują się meble i dodatki ze specjalnie zaznaczonymi niedoskonałościami, żeby sprawiały wrażenie, jakby były wykonane przez rzemieślników. Opiera się ona na japońskiej filozofii o enigmatycznej nazwie „wabi-sabi”, która skupia się na odnajdywaniu piękna w naturalności i niedoskonałości. W designie przejawia się w materiałach i produktach, które posiadają niedoskonałości, co jest zaprzeczeniem masowej produkcji. Wabi-sabi głosi tezę, że nie wszystko musi być idealne. Kolekcja IKEA INDUSTRIELL hołduje tej tezie, dlatego w jej skład wchodzą produkty, w których niedoskonałości zostały pokazane w postaci sęków, różnic w słojach czy kolorach. Pomysłowi przyświecała idea połączenia możliwości produkcji mebli na dużą skalę z niepowtarzalnością mebli wykonanych przez artystów rzemieślników. Nie jest to jednak pierwsza taka akcja tej firmy. W 2015 roku powstała kolekcja IKEA NIPPRIG. Produkty do tej kolekcji tworzyli rzemieślnicy z Indonezji i Wietnamu. Materiały, jakie wykorzystywali, to m.in. trawa morska, hiacynt wodny i bambus. Obecność mebli czy dodatków z tych kolekcji ma sprawiać, że poczujemy się w domu bardziej swojsko i przytulnie. Czy slow design jest szansą rozwoju dla niewielkich warsztatów stolarskich i kuźni, gdzie wciąż wiele prac wykonuje się ręcznie, dzięki czemu przedmioty są niepowtarzalne? użą zaletą slow designu jest wspieranie małych przedsiębiorstw. Kupując meble w lokalnych firmach, rozwijamy naszą gospodarkę. Wspieramy firmy małe, ale zrodzone z pasji i poszanowania dla zawodu. Jesteśmy świadomi tego, że produkt nie powstaje pod wpływem chwili, lecz jest wynikiem ciężkiej pracy, przygotowań, prób i błędów. W parze z pięknem wykonania idzie też jakość; estetyka na równi z trwałością. Wytwarzane przedmioty są nie tylko piękne, ale znacznie trwalsze niż kilkaset lat temu. Ich piękno bierze się z miłości rzemieślników do materiału, z którym na co dzień pracują. 

O

D


Bez gór

już żyć nie mogę. Chętnie

wróciłbym na

K2

Maciej Bedrejczuk.

Z rzeszowianinem Maciejem Bedrejczukiem,

uczestnikiem zimowej narodowej wyprawy na K2, rozmawia Katarzyna Grzebyk

Fotografie Archiwum Macieja Bedrejczuka

Katarzyna Grzebyk: Gdy kilka tygodni temu wróciłeś do Polski po zakończeniu Narodowej Zimowej Wyprawy na K2, wróciłeś z zupełnie innej rzeczywistości klimatycznej.

M

aciej Bedrejczuk: Gdy schodziliśmy z bazy pod K2 przez lodowiec Baltoro, powoli robiła się wiosna, a po wylądowaniu w Islamabadzie było tak przyjemnie, że chodziłem boso i w koszulce. W końcu nogi przez wiele miesięcy były opatulone skarpetkami i butami. Na powrót do Polski musiałem z powrotem wygrzebać z plecaka zimowe rzeczy, choć przyznaję, że już wtedy nastawiłem się na wiosnę.

W jakich temperaturach przyszło Ci spędzić zimę w Karakorum? Było dość zimno. Już na trekkingu pod górę zaczęło się robić bardzo mroźno i nasz organizm zaczął się przestawiać. Na miejscu było zwykle minus 20 stopni, ale choć wydaje się, że temperatura jest niska, przystosowany organizm nie odczuwa jej tak mocno. Wilgotność powietrza jest niska, więc przenikalność zimna jest mniejsza. Poza tym mieliśmy świetne ubiory. Każdy z uczestników inaczej reagował, ale wszyscy się przystosowaliśmy do warunków. Zimno nie było problemem. Co w takim razie było problemem? Większym problemem jest brak tlenu u góry. Im wyżej, tym mniejsze jest ciśnienie atmosferyczne i wdychamy mniej tlenu. W bazie na wysokości ok. 5000 m n.p.m. organizm z czasem adaptuje się do tej wysokości, ale ma się poczucie oddechu na trzy czwarte możliwości płuc, albo nawet na pół. Samo przebywanie w bazie jest świetnym środkiem odchudzającym. Organizm ma duże zapotrzebowanie, musi ogrzać się, produkuje więcej czerwonych krwinek, dlatego potrze-

52

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


HIMALAIZM

buje więcej energii. Można jeść, ile się chce i chudnąć. To brak tlenu jest najgorszy i może skończyć się chorobą. Nawet mieliśmy taki przypadek. Operator telewizji TVN, która nas odwiedziła, przyszedł do bazy bardzo szybko i dostał choroby wysokościowej. Jak objawia się ta choroba?

S

am jej nie doświadczyłem, tylko z obserwacji wiem, jak wygląda. W początkowej fazie człowiek robi się słabszy, tak jak przy przeziębieniu. Żeby stwierdzić chorobę wysokościową, lekarz robi szczegółowe badanie, m.in. na nasycenie krwi tlenem. Natomiast u góry chorobę wysokościową widzimy w bardzo ostrej postaci. Nagle widzimy partnera, który zaczyna bełkotać, mówi bez sensu, jego ciało dziwnie reaguje. To nietypowe zachowania widoczne gołym okiem. W jakich nastrojach wróciliście do Polski? Szczyt wprawdzie pozostał niezdobyty, ale jesteście cali i zdrowi. Wróciliśmy w dobrych nastrojach, jako kumple. Można stwierdzić, że długotrwałe siedzenie w bazie spowoduje konflikty, i takie drobne konflikty pewnie się pojawiały, ale nie było problemów nawarstwionych. Relacje między nami były i są super. Z jednej strony czuję, że wyprawa jest porażką, bo sukces byłby wtedy, gdybyśmy zdobyli szczyt i wrócili cali. Mam jednak poczucie rozwoju i osobistego sukcesu. Czy to było Twoje pierwsze spotkanie z górą K2? Bo w Karakorum już byłeś, w dolinie Lachit. Tak, w Karakorum byłem na wyprawie eksploracyjnej w dolinie Lachit, ale na niższych szczytach. Teraz pierwszy raz byłem na takiej wysokości. Wrażenie było piorunujące. Sam trekking do bazy pod K2 jest zaliczany do najpiękniejszych trekkingów na świecie, gdyż na stosunkowo krótkim odcinku skupionych jest wiele szczytów sześcio-, siedmio- i ośmiotysięcznych. W jednej okolicy jest największe na świecie skupisko ośmiotysięczników. Wyprawa była dla mnie zupełną nowością, bo jestem alpinistą, a himalaizm wygląda inaczej. To moje pierwsze doświadczenie z himalaizmem. Nastawiłem się, że będę wypytywał i obserwował moich kolegów, a także siebie, abym w przyszłości wykorzystał to w moim rozwoju alpinistycznym. Czy góra K2 rzeczywiście jest tak monumentalna, dostojna i robi piorunujące wrażenie?

J

est niesamowita z oddali, gdy widać ją całą, bo jest niewiele gór, które wyglądają jak piramida, a K2 wygląda tak chyba z każdej strony. Podczas trekkingu nie robi aż tak dużego wrażenia, bo jest przysłonięta przez inne szczyty, np. Broad Peak. Pojawia się później i dopiero wtedy widać jej majestat. Im bliżej K2 jesteśmy, tym bardziej odczuwamy jej potęgę. Szczyt K2 zahacza o jet stream, prąd strumieniowy, który leci znad Arktyki. Wiatr odbija się od skał i słychać turkotanie, jakby przejeżdżał pociąg. Górę słychać z oddali. Jak to się stało, że nie będąc wcześniej na K2 latem i na żadnym ośmiotysięczniku w Himalajach, zostałeś uczestnikiem narodowej wyprawy? Przed wyjazdem Janusz Majer, organizator wyprawy, mówił, że biorą w niej udział najlepsi z najlepszych. 


HIMALAIZM Aż tak nie przesadzałbym, bo mam kilku kolegów, świetnych wspinaczy, być może w wielu aspektach lepszych ode mnie, którzy jednak nie byli na tej wyprawie. Do wyprawy dołączyłem w ostatniej chwili, gdy znany był już cały skład. Kierownictwo wyprawy i organizator chyba stwierdzili, że potrzebują wzmocnienia sportowego, technicznego wspinacza. Trudno mówić mi za nich, ale ponieważ w składzie wyprawy nie było takiej osoby, chyba postanowili zaryzykować i wziąć kogoś nowego. Jestem w gronie osób, które zimą wspinają się alpejsko w górach. To bardzo wąskie środowisko, mniej niż 30 osób. Decyzję o dołączeniu do składu wyprawy podjąłeś szybko, ale Twoja rodzina musiała być przerażona. Rodzice tak, ale moja żona ucieszyła się. Od razu przytuliła się do mnie, pogratulowała mi i powiedziała, że na moim miejscu na pewno by jechała. Oczywiście wyraziła też swoje obawy. Czy każdy z uczestników miał określoną rolę? Jaką rolę pełniłeś w grupie?

M

Maciej

Bedrejczuk ma 35 lat. Mieszka w Rzeszowie. Jest taternikiem, alpinistą, wspinaczem sportowym, członkiem Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Wspinał się w Alpach na północnych ścianach Grandes Jorasses, Materhorn, Eiger. Pokonał w Gruzji w stylu alpejskim trudne drogi na zachodniej ścianie Uszby i północnej Czatyn Tau. Uczestnik eksploracyjnej wyprawy do doliny Lachit w Karakorum, gdzie wytyczył dwie nowe drogi na dziewiczych ścianach szczytów sześciotysięcznych.

ieliśmy pewne role, ale były one płynne. Ja byłem wspinaczem odpowiedzialnym za przygotowywanie drogi pod wejście na szczyt i aklimatyzowanie się. Bardziej określone role pełniły osoby wspierające. Np. świetny himalaista Piotr Snopczyński był kierownikiem bazy. Odpowiadał za obsługę i żywność. Był wśród nas kierownik medyczny, potem lekarz, kierownik sportowy, który również był aktywny w górze. Marcin Kaczkan odpowiadał za łączność ze światem i sprzęt elektroniczny. Jak wyglądał zwykły dzień w bazie? Każdy miał taki rytm dnia, jaki mu najbardziej odpowiadał. Jedni wstawali o siódmej rano, inni po południu. Mogliśmy grać w karty, szachy, mogliśmy chodzić na spacery, spędzaliśmy czas w kuchni z obsługą pakistańską. Dużo grałem w karty. Na początku wyprawy przeczytałem dużo książek. Poza tym mieliśmy wi-fi, co było zupełną nowością. Z jednej strony ważne jest doświadczenie czasu i spędzanie go w ciekawy sposób, ale z drugiej strony podświadomie jednak chce się zabić ten czas i robić to, po co przyjechaliśmy. Ile dni spędziłeś w górze? Miałem osiem wyjść do góry, w tym kilka wyjść dwu-, trzydniowych. Łącznie piętnaście lub szesnaście dni, czyli całkiem sporo. W takich wyprawach ważne jest, aby wyjść było jak najmniej i były jak najbardziej wydajne. Każde kolejne wyjście wzmacnia nogi i poprawia aklimatyzację, ale organizm w mniejszym stopniu się regeneruje. Na wyjściach niesamowicie eksploatujemy swój organizm. Górna część mojego ciała była magazynem żywnościowym dla moich nóg. Miałem sporo wyjść, które do pewnej wysokości umożliwiła pogoda. Jedynie Denis Urubko miał tych wyjść więcej. Z kolei inne ekipy miały mniej wyjść, ale dużo czasu spędzały w górze. Dostęp do wi-fi w bazie pomagał wam, był potrzebny?

M

am mieszane uczucia. Z jednej strony, wyprawy bez wi-fi są niesamowitym doświadczeniem, bo kiedy jesteśmy odcięci od świata zewnętrznego, są zupełnie inne interakcje między uczestnikami. Na taką właśnie wyprawę wybieram się latem z przyjaciółmi. Dzięki wi-fi w bazie mogłem być w kontakcie z żoną. Ale z drugiej strony łatwiej mi skoncentrować się na działaniach górskich, kiedy łączność ze światem mam sporadyczną. Przez łączność jesteśmy odzierani z prywatności i z intymnego kontaktu z górami, co odziera wspinanie się z magii, ale z drugiej strony dzielimy się z innymi naszą aktywnością. Dzięki temu inspirują się i zaczynają podróżować. Medialność wyprawy była dużym ryzykiem. Byliśmy cały czas „na świeczniku”. Nawet drobny konflikt w bazie, postawiony w złym świetle, mógł nas zniszczyć. Z drugiej strony właściwy przekaz sprawia, że jesteśmy atrakcyjni dla sponsorów i łatwiej możemy pozyskać środki. Sponsor dostaje świetną reklamę, media mają o czym pisać, ludzie – o czym czytać i co oglądać. W bazie były dyskusje na temat obecności mediów na wyprawie, u niektórych powodowały one skrajne emocje. Czy doniesienia i komentarze z Internetu miały na was realny wpływ? Tak. To, co ukazywało się w mediach, czasami wyzwalało dyskusje o którymś z kolegów obecnych lub nieobecnych. Czasem pojawiały się dyskusje tylko dlatego, że w Internecie ukazał się artykuł o tytule gloryfikującym kogoś albo pomijającym fakty. Dlatego w środowisku nie brakuje wspinaczy, którzy publikują informacje dopiero po powrocie. Czy podczas wyprawy był taki moment, kiedy czułeś, że K2 można zdobyć? Zdobycie K2 wydawało mi się najbardziej realne podczas trekkingu, zaraz na początku wyprawy. W pierwszych dniach stycznia byliśmy już na lodowcu i podczas tego podejścia oraz pierwszych dni spędzonych w bazie widzieliśmy 

54

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


HIMALAIZM pierwsze okna pogodowe. Góra była czysta. Wtedy wydawało mi się to realne. Przyznam szczerze, później cel wydawał mi się coraz bardziej odległy, bo różne rzeczy stawały nam na przeszkodzie. Można mówić, że do zdobycia góry brakło tylko 1200-1400 m, jeszcze jednej dobrze zaklimatyzowanej osoby i odpowiedniej pogody. Jednak cel był odległy, bo kiedy pod koniec wyprawy mieliśmy dobrze zaklimatyzowanego Adama Bieleckiego, to dla Adama ekipy zabrakło i pojawiła się masa innych przeciwności. Z jednej strony mieliśmy sześcioosobową ekipę, która mogła się szybko zaklimatyzować i dobrać z niej skład. Z drugiej – przyjęliśmy założenie, że mamy obozy zaopatrzone w tlen i medykamenty, oraz dwa zespoły – jeden idący na szczyt, drugi wspierający – które można rotować. Na drodze powyżej obozu trzeciego teren jest bardzo łatwy, ale niesamowicie rozległy i można się łatwo pogubić. Wystarczy większy wiatr, gorsza widoczność i nie ma już możliwości zejścia z góry, a na biwakowanie bez namiotu i śpiwora pozwolić sobie nie można. Zakładaliśmy więc, że wytraserujemy sobie tę trasę, aby wykluczyć te i inne zagrożenia. Nie udało nam się tego zrealizować. Nawet gdybyśmy mieli dwójkę szczytową, musielibyśmy ostro „pojechać po bandzie”, żeby pójść na szczyt. Decyzja o zakończeniu wyprawy wydawała się w tej sytuacji słuszna…

U

ważam, że decyzja o zakończeniu wyprawy była słuszna. Na kilka dni przed tym zaczął mocno padać śnieg, co spowodowało zagrożenie lawinowe i konieczność torowania. Słabo widziałem szansę wyjścia na szczyt w konfiguracji tej wyprawy z sytuacją, jaka nastąpiła pod koniec wyprawy. Zbyt późno zaczęliśmy przygotowywać drogę na Żebrze Abruzzich, po tym, jak zrezygnowaliśmy z Drogi Basków. Z perspektywy czasu łatwo zobaczyć różne drobne błędy, których nie widać na miejscu. Wtedy, gdy na początku stycznia widziałeś szansę zdobycia szczytu, nie byliście zaaklimatyzowani. Nie mieliśmy też przygotowanej drogi. Jest pomysł na ewentualną kolejną wyprawę – aby przyjechać wcześniej i być już częściowo zaaklimatyzowanym. Można pojechać w inne góry, gdzie klimat jest przyjaźniejszy i tak uzyskać aklimatyzację, by potem z marszu ruszyć na szczyt. Okna pogodowe zwykle są na początku stycznia i na przełomie lutego i marca, a czasem w ciągu zimy nie ma nawet jednego okna. Jest to pewna loteria. Czy zespół atakujący szczyt był wybrany wcześniej? Nie. Jest pewna sprawiedliwość – na szczyt idzie ten, kto jest najlepiej zaaklimatyzowany i najwięcej pracuje. W naszej ekipie każdy był brany pod uwagę. Na K2 osiągnąłeś wysokość 7000 m. To było w dniu, kiedy Denis Urubko zawrócił z samotnej wspinaczki na szczyt. Wyszliśmy w ten sam dzień. Spotkaliśmy się przy obozie pierwszym, gdy Denis szedł do góry. Potem, gdy on wracał, a my szliśmy w kierunku obozu trzeciego, spotkaliśmy go w okolicy obozu drugiego. Denis nie miał szans wejść na szczyt. W ciągu dnia był bardzo silny wiatr, który ciągle się wzmagał, a wyżej nie było widoczności. Czy wyjście Denisa Urubki oraz to, co zobaczyliście na wysokości 7000 m, przesądziło o zakończeniu wyprawy?

N

ie. Podczas tego wyjścia nie udało nam się dostatecznie zaaklimatyzować i musieliśmy się cofnąć. Zjechaliśmy do bazy i ciągle liczyliśmy, że się jeszcze zaaklimatyzujemy. W sześciu – Marek Chmielarski, Marcin Kaczkan, Artur Małek, Adam Bielecki, Janusz Gołąb i ja – czekaliśmy na okno pogodowe. Byliśmy kondycyjnie przygotowani. Niestety, zaczęły się anomalie pogodowe.

Będziesz próbował wejść na szczyt K2 latem? Nie wiem, czas pokaże. Na razie mam zaplanowane najbliższe wyjazdy i wyprawy. Nie wiem, co będę robił za rok, dwa czy pięć lat. Czy jeśli odbędzie się kolejna zimowa narodowa wyprawa na K2 i dostaniesz propozycję udziału, pojedziesz? Zależy, jaki będzie skład i pomysł na wyprawę. Jeśli skład będzie sensowny i zobaczę, że jest szansa na sukces, to jak najbardziej. Nie zniechęciłem się teraz, a nie lubię zostawiać za sobą niedokończonych projektów. Zdarzało mi się wracać na drogi, których nie pokonałem. Chętnie wróciłbym na K2. Co teraz planujesz? Masz już plan wspinaczkowy? Zaraz po powrocie z Karakorum pojechałem z przyjaciółmi wspinać się w Tatry. Nie daję sobie czasu na odpoczynek, bo wspinanie jest częścią mojego życia. Muszę trenować. Niestety, nie utrzymuję się ze wspinania, choć nie ukrywam, że jest to moje marzenie. W lipcu jadę z Pawłem Karczmarczykiem i Piotrem Susłowskim do Doliny Bezingi w Kaukazie. Chętnie pojechałbym na jakiś ośmiotysięcznik, ale to nie jest takie proste, bo wyprawy są kosztowne. Wspinasz się już od osiemnastu lat. We wspinaniu osiągnąłem pełnoletniość. Zacząłem, gdy miałem 17 lat, więc wspinam się ponad połowę życia. Bez gór już żyć nie mogę. 

56

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


BĄDŹMY szczerzy

Ostra lekcja

JAROSŁAW A. SZCZEPAŃSKI Na trwałe wpisał mi się w świadomość widok prezydenta Dudy, który, przykucnąwszy, wsłuchiwał się w swoje własne, przedwyborcze deklaracje sprzed trzech lat na temat konieczności rozwiązania problemów osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, odtworzone mu na smartfonie przez jedną z uczestniczek protestu w gmachu Sejmu. Miną niebawem trzy lata od wyborów prezydenckich, dwa i pół od parlamentarnych, a problemy tej niewielkiej grupy społecznej pozostają nierozwiązane. Premier Mateusz Morawiecki sprawiał wrażenie osoby nieco zagubionej w tym niecodziennym zgromadzeniu. Mówił jakby nie do obecnych, ale gdzieś w przestrzeń ponad nimi. Może się po prostu zawstydził... Pani minister Rafalska sprawiała wrażenie osoby zaskoczonej determinacją osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w egzekwowaniu tego, co im już wielokrotnie obiecywano, a potem równie wielokrotnie zapominano. Próbowała jakoś podsumować to, co ten rząd i jej resort w  trudzie i znoju wypracował od jesieni roku 2015 ku polepszeniu doli tych, o których dotąd nikt nie zadbał. Czyli w gruncie rzeczy mówiła nie do tych, których miała przed sobą. Bo gdyby oni należeli do szczęśliwców, których główne problemy zostały już załatwione, nie fatygo-

waliby się aż na Wiejską. Mam nadzieję, że – przynajmniej w cichości ducha – pani minister też się zawstydziła. Przyznam, że przybycie do protestujących prezydenta, premiera i pani minister rodziny, pracy i spraw socjalnych zaskoczyło mnie pozytywnie. Pozytywnie dlatego, że z tym spotkaniem nie zwlekali – pojawili się dużo szybciej, niż ich poprzednicy w roku 2014, choć bez ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Być może uznał on, że nie musi, bo w kampanii wyborczej nic im nie obiecywał. Życzyłbym sobie, by obecność w Sejmie osób niepełnosprawnych rządzący odczytali jako zimny prysznic i wyrzut sumienia, bo z punktu widzenia opinii publicznej zapomniano o ich problemach, żeby nie powiedzieć, że ich zlekceważono. Okazuje się, że tej władzy takich grzechów popełniać nie wolno. Nie wolno dlatego, bo jeszcze jako opozycja wielokrotnie zapowiadała radykalne podniesienie poprzeczki wymagań wobec władzy, szczególnie w zakresie wrażliwości na los najsłabszych, co ci najsłabsi – okazuje się – potraktowali bardzo poważnie. Tym bardziej że dzień w dzień widzą i słyszą w serwisach informacyjnych, szczególnie w publicznej telewizji, o miliardach i  setkach kolejnych milionów złotych wydartych mafiom VAT-owskim, gangom paliwowym i narkotykowym. Nawiasem mówiąc, tego typu informacje i towarzyszące im ujęcia filmowe, powtarzane setki razy, czyli dość nachalnie, jak za czasów PRL-u, rozpalają wyobraźnię na temat nieograniczonych możliwości państwa. Ale to już kwestia na osobne rozważania. Myślę też, że rządzący powinni być wdzięczni tym dzielnym ludziom za ów prysznic, który spadł na nich w bardzo dobrym momencie, gdy już zaczęli obrastać w przysłowiowe piórka, w czym, niestety, bardzo pomagają dobre sondaże i budowane na nich jeszcze lepsze samopoczucie. Spotkałem się też - szczególnie wśród dość bezkrytycznych wielbicieli aktualnej władzy – z zarzutem, że ci niepełnosprawni w Sejmie zostali zmanipulowani przez posłów opozycji totalnej. Faktycznie, do Sejmu mogli wejść na zaproszenie posła lub grupy posłów. Cztery lata temu wprowadził ich do parlamentu poseł Mularczyk z ówczesnej opozycji. Teraz zrobiła to posłanka Nowoczesnej. I to przecież jest normalne. Byłoby absurdem, żeby poseł koalicji rządzącej wprowadzał do Sejmu grupę kontestujących rząd. Przynajmniej o czymś takim nie słyszałem. Ważne, jak na taki protest zareaguje rząd. Co prawda owa posłanka słynie z popierania „czarnych marszów”, co oznacza, że nie chce ona, aby dzieci niepełnosprawne w ogóle „wpuszczać” na ten świat. Ale może uznała, że skoro już na tym świecie się znalazły, to powinno się im pomóc. A to już coś z jej strony. Życzę niepełnosprawnym w Sejmie pełnego sukcesu. Ich protest jest bodaj pierwszym w pełni uzasadnionym protestem od ostatnich wyborów. 

Jarosław A. Szczepański. Dziennikarz, historyk filozofii, coraz bardziej dziadek.

58

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


POLSKA po angielsku

Opowieści turystyczne czas zacząć

MAGDA LOUIS W kraju, w którym byłem, siedem godzin lotu… tak lakonicznie rozpoczynał swoje opowieści turystyczne pewien znajomy ksiądz. Nie chciał nigdy wyjawić gdzie był, pod jaką szerokością geograficzną opalił swoją przystojną twarz i golenie, które żeby nie wiem jak ostrożnie siadał w fotelu, zawsze wyłaziły spod nogawki. Parafianie zgadywali, zazdrościli, przede wszystkim jednak przeliczali, ile na taki wyjazd poszło z tacy, a ile z innej puli. Ja zgadywałam najtrafniej, ponieważ tak się w moim życiu szczęśliwie składało, że wiele miejsc, nowocześnie mówiąc – destynacji – zwiedziłam. Zbliża się sezon urlopowy, ludzie rekomendują i odradzają sobie nawzajem, gdzie warto, gdzie nie, biura podróży zaczynają żniwa. Jedni chcą jechać tam, gdzie prawie wszyscy znajomi już byli, inni wolą kierunki mało znane, powodowani ciekawością, może też próżnością, bo kto pierwszy, ten w towarzystwie ważniejszy. Jeśli jest pieniądz, to można swobodnie placem po globusie żeglować i gdzie fantazja wskaże, tam się leci. U mnie pieniądz średni, zatem palec jest surowo kontrolowany przez zdrowy rozsądek – mniej fantazji, więcej matematyki. Pewnie w ogóle nigdzie nie pojadę i w cieniu czereśniowego drzewa przesiedzę lato, wspominając kraje, w których byłam…

Dawno temu, pragnę zaznaczyć, jeździłam po dalekim świecie i zbierałam doświadczenia. Dominikana – zamknięci w „rezerwacie” jedliśmy „ośmiorniczki” i piliśmy lokalnie produkowany rum. Za siatką kompleksu pięciogwiazdkowego roztaczała się skrajna bieda, przez prześwity w siatce małe rączki prosiły o dary. Wyjście z „rezerwatu” skończyło się szybko, turyści angielscy i amerykańscy popsuli sobie humory widokiem Dominikany nieogrodzonej „drutem kolczastym”. Czarnoskórzy kelnerzy, młodzi mężczyźni na usługach gości hotelowych, oferowali samotnym paniom seks i miłość. Szło im nieźle. Skrawek hotelowej plaży był czysty i zacieniony olbrzymimi palmami. Woda turkus, rybki czarno-żółte, piasek gorący. Dubaj - kocham patrzeć na dźwigi! Fotografuję dźwigi, macham do nich z daleka… Wielki plac budowy, a budowle jak z fantazji szalonego architekta. Pustka w centrum handlowym, poza kilkoma szpanerami, którzy do Dubaju przyjechali zjechać na nartach z małej górki. Temperatura na stoku – 4. Poza hotelem zjesz dobrze, ale nie popijesz winem, bo taka to hipokryzja lokalna …. W nocnym klubie, w hotelu, na pustyni alkohol serwują, ale w restauracji, gdzie najbardziej smakuje pod rybkę czy steka, to już nie. Na stół kelner stawia litr… wody. Na plaży hotelu Hilton sami Rosjanie, kapitańskie czapki na olbrzymich głowach i czarne gacie kąpielowe, jakie kiedyś chłopcy zakładali na zajęcia z wu-efu. U boku piękne, młode żony w szpilkach, metr dalej osowiałe, czarno i szczelnie ubrane babuszki przywiezione z Rosji – opiekunki do dzieci. Od 12.00 Rosjanie jedli kurczaki, wypijali hektolitry piwa i szampana, ale zachowywali umiar, ponieważ wieczorem startowali na miasto zabawić się grubiej. Nocami po ulicach między hotelami kręciły kółka luksusowe auta w kolorze mlecznej kawy. Odkryte dachy, białe szaty, Arabowie bawili się bezgłośnie. Bangkok – w drugim dniu pobytu udusiłam się! Tam już dawno skończyło się powietrze. Zwiedzałam boso świątynię i pałac oraz „animal park” na obrzeżach miasta, gdzie pokazano nam basen dla kalekich aligatorów. Te skręcone w ósemkę paszcze i te smutne oczka… śnią mi się po nocach. Pokaz ze zdrowym aligatorem polegał na włożeniu mu do paszczy głowy. Wszystko skończyło się pomyślnie. Meksyk – zatrucie pokarmowe, 24 h jak najbliżej WC. A przestrzegali Amerykanie, nie jedzcie poza hotelem, ale kto by tam Amerykanów słuchał. W naszym hotelu na weekend zakwaterowano prawdziwą meksykańską rodzinę, dorośli wchodzili do wody w ubraniach, dzieci robiły kupki, gdzie im wypadło, najrzadziej w toalecie. Potem było pięknie, piramida w ChichénItzá (nie weszłam na szczyt, ale córka moja weszła i nie spadła, co jest cudem, bo schody nie miały żadnego zabezpieczenia) i charyzmatyczny przewodnik, prawdziwy potomek Majów, który tak opowiadał, że zapamiętałam prawie wszystko! No i skończyła się kartka, a tyle jeszcze chciałam powspominać! 

Magda Louis. Rzeszowianka z urodzenia, jak twierdzi urząd meldunkowy oraz kartoteka parafialna. Przez dwie dekady mieszkała w Anglii, w mieście Ipswich po zachodniej stronie, ale na początku 2014 roku na stałe wróciła do Rzeszowa. Kojarzy się z żużlem, jako że przez 10 lat prowadziła speedway club Ipswich Witches. Autorka czterech powieści: „Ślady hamowania”, która została nagrodzona w konkursie Świat Kobiety, „Pola”, wydana we wrześniu 2012 r., „Kilka przypadków szczęśliwych” (2013 r.) i „Zaginione” (2016 r.).

Więcej felietonów na portalu www.biznesistyl.pl


AS z rękawa

Zapiski z Sajgonu

KRZYSZTOF MARTENS Brydżowe wiatry po raz pierwszy w życiu zaniosły mnie do Wietnamu. Miasto Ho Shi Minh, bardziej znane jako Sajgon, przywitało mnie słoneczną pogodą i temperaturą pomiędzy 25 a 30 stopni Celsjusza. Niestety, pojawiający się od czasu do czasu smog utrudniał korzystanie z kąpieli słonecznych. Hotel, w którym się zatrzymałem, znajdował się w dystrykcie pierwszym, najbogatszej, najnowocześniejszej dzielnicy Sajgonu. Muszę uprzedzić czytelników, że moje zapiski nie pretendują do roli miniprzewodnika, bo dotyczą tylko tego miejsca na Ziemi. Oczywiście kontrasty typowe dla Azji występują i tutaj –- obok luksusowych sklepów znanych światowych marek, egzystują dziuple śmierdzące benzyną i olejem, w których naprawia się to, co jeszcze da się uruchomić. Obok luksusowych restauracji istnieje wiele małych i tanich jadłodajni, w których mięso grilluje się na zewnątrz. W ten sposób socjalizm koegzystuje z kapitalizmem i ma się całkiem dobrze. Ulice są zdominowane przez tysiące skuterów i motorów – podobno jest ich ponad 6 milionów. Można w miarę bezpiecznie się przez nie przedzierać, ale nie wolno się bać i wykonywać nieskoordynowanych ruchów. Muzyka ulicy, znana mi z Bejrutu, działa też tutaj. Taksówki są tanie, bardzo liczne, a kierowcy w miarę roztropni. Masaże, które brałem w hotelu, były tanie, ale na najwyższym poziomie, bardzo mocne – na granicy bólu. W użyciu były stopy, kolana i łokcie filigranowej masażystki. Wiem z doświadczenia, że ból jest ceną za znakomite samopoczucie po za-

biegu. Liczne salony masażu na ulicy kuszą szeroką gamą usług. Obok masażu głowy czy stóp, oferta obejmuje: „handjob”, „blowjob” i „bum-bum”. Panienki siedzące na zewnątrz serdecznie zapraszają. No cóż, mimo oficjalnego zakazu prostytucji, najstarszy zawód świata trzyma się mocno. Sajgon nigdy nie śpi – życie toczy się 24 godziny na dobę. Spać jednak kiedyś trzeba i pewnego ranka zachwycił mnie widok kilkunastu Wietnamczyków śpiących na ulicy na swoich motocyklach. Chrapali, przewracali się z boku na bok, ale nie spadali – ekwilibryści. Bazar Ben Than bardzo mnie rozczarował. Tanie jedzenie, owoce i towar, który można spotkać w  każdym polskim sklepie z pamiątkami. Po chwili zrozumiałem dlaczego – podświadomie porównywałem go z bazarami w Kairze i Damaszku. Przeciętne zarobki w Sajgonie sięgają tysiąca złotych, czyli 6-7 milionów dongów, ale życie jest dużo tańsze niż w Polsce. Języki ulicy to istna wieża Babel, jednak w kontaktach z tubylcami liczy się głównie język migowy uzupełniony przez najprostsze słowa angielskie i wietnamskie. Zapachy ulicznego jedzenia, kawy i wszechobecnej marihuany atakują na każdym kroku. Rozbawiła mnie reklama jednej z knajpek – „tutaj podajemy prawdziwie fałszywe amerykańskie jedzenie”. Obecna w tej dzielnicy jest amerykańska sieć kawiarni Starbucks – lubię smak ich kawy. Choroba cywilizacyjna dotarła i tutaj – wszyscy klienci trzymają w rękach telefony i usilnie nad nimi pracują. Ja, z książką w ręce, wyglądałem w kawiarni jak facet z innej planety. Jestem gorącym zwolennikiem dawania drobnych napiwków, tak często, jak to jest możliwe. Buduje to atmosferę życzliwości i uśmiechu, a za jednego dolara sycącą zupę może zjeść czteroosobowa rodzina. Wybrałem się do ciekawej restauracji o nazwie „Noir”, która oferuje opcję „Dine in the dark” – czyli kolację w ciemności. Skąd wziął się ten niecodzienny pomysł? Ponad dwadzieścia lat temu niewidomy pastor Jorge Spielman zorganizował w swoim domu w Zurichu kolację dla grona przyjaciół. Oni, w geście solidarności z gospodarzem założyli opaski na oczy i tak narodziła się idea. Słyszałem o takiej restauracji w Paryżu „Le gout du noir”, w której gości obsługują kelnerzy wyposażeni w noktowizory. W Sajgonie już pierwsza faza kolacji w ciemności była intrygująca. W „poczekalni” dostałem lampkę białego wina, przepaskę na oczy i kilka zadań do wykonania (puzzle). W ten sposób przygotowywano mnie do radzenia sobie bez zmysłu wzroku. Do zupełnie ciemnej sali wprowadzała mnie ślepa kelnerka. Cała obsługa w tej części restauracji składała się z niewidomych. Sama kolacja nie miała sensu mimo tego, że jedzenie w ciemności okazało się łatwiejsze niż myślałem. Jemy oczami i brak zmysłu wzroku spowodował, że kolacja nie sprawiła mi przyjemności. Szarpały mną inne emocje, dzieliłem z grupą ludzi ślepych cząstkę ich świata i wszystkie związane z tym ograniczenia. Ubóstwo tej nowej dla mnie rzeczywistości i związana z nią samotność bardzo mi się nie podobały. Uczucie ulgi po zakończeniu tej przygody było przytłaczające. Cieszyłem się, że znowu widzę i dostrzegałem więcej barw i szczegółów niż przed kolacją. Zabawne – pewnie po to, abym wiedział, za co płacę – szef sali pokazał mi na tablecie danie, które jadłem. Pięknie przyozdobione, choć w tym przypadku była to sztuka dla sztuki. No cóż, nie doceniamy codziennych wrażeń, które możemy chłonąć dzięki temu, że nasze oczy są sprawne. 

Krzysztof Martens. Brydżysta, polityk, dziennikarz, trener. Człowiek renesansu o wielu zainteresowaniach i pasjach. Dzięki brydżowi obywatel świata, który odwiedził prawie wszystkie kontynenty i potrafi się dogadać w wielu językach. Sybaryta lubiący dobre jedzenie i szlachetne czerwone wino.

62

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Pałac w Wiśniowej i dwór w Babicy Zapomniana historia dawnych rezydencji Jarochowscy z Babicy bywali przed II wojną światową częstymi gośćmi w pałacu Mycielskich w pobliskiej Wiśniowej. Młodziutka Irena, która po wojnie zostanie artystką Piwnicy pod Baranami, a pod koniec życia najstarszą polską blogerką, z przyjemnością wsłuchiwała się w kompozycje utalentowanego muzyka Zygmunta Mycielskiego, jakimi zwykł raczyć odwiedzających. Właściciele majątku w Babicy oraz Mycielscy z Wiśniowej znali się jednak wcześniej. Zarówno ojciec Ireny, Joachim Jarochowski, jak i Jan Mycielski, ojciec Zygmunta, mieli „wspólną przeszłość”. Obaj byli administratorami dóbr Lubomirskich w Przeworsku, a gdy wrócili na swoje zdewastowane majątki, odbudowali je. Obie rodziny straciły swe włości po wejściu wojsk rosyjskich i już nigdy nie wróciły w rodzinne strony na stałe.

Tekst Alina Bosak, Katarzyna Grzebyk Fotografie Tadeusz Poźniak

„Oczekiwałam kiedyś z ojcem na pociąg do Rzeszowa. Gdy pociąg wjechał na stację w Czudcu, z okna wychylił się pan Zygmunt (Mycielski – przyp. red.) (…) Okazało się, że lada dzień wybiera się do Paryża, gdzie ma się spotkać z Szymanowskim. Na co mój ojciec zgryźliwie spytał: „A pan nadal komponuje tę okropną muzykę? – Ach, proszę pana – roześmiał się pan Zygmunt – dziś nawet bardziej okropną niż dawniej” – wspominała po latach Irena z Jarochowskich Szaszkiewiczowa na łamach książki „Podwójne życie Szaszkiewiczowej”.

P

Mycielscy z Wiśniowej

olska gościnność, europejska kultura – mówiono o domu rodziny Mycielskich w Wiśniowej. Do ich galicyjskiego dworu niedaleko Strzyżowa na początku XX wieku zjeżdżali znakomici artyści, skuszeni malowniczą okolicą i światłymi umysłami gospodarzy. To w takich miejscach kształtowały się przed wojną polskie elity. Pałac w Wiśniowej jest dziś w ruinie. Sufit ledwo wisi pod stemplami i grozi zawaleniem. Drzwi zamknięto na cztery spusty. Może doczeka się remontu, jak dawne stajnie, czy stojąca nieopodal oficyna, której renowacja ma się zakończyć w połowie tego roku. Wojenne pożogi przetrwała za to kaplica grobowa rodu Mycielskich. Od pałacu oddziela ją park ze sta-

66

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Dwory polskie rą grabową aleją i stuletnimi dębami. Jeden z nich – 650-letni dąb „Józef” – stał się sławny, wygrywając plebiscyt na Europejskie Drzewo Roku 2017. Znawcy lokalnej historii zżymają się, że drzewo jest dziś bardziej znane niż prof. Jerzy Mycielski, który niemal pół tysiąca dzieł sztuki podarował muzeum na Wawelu; albo Zygmunt Mycielski – znakomity kompozytor, po wojnie związany z Warszawą i prezesujący m.in. Związkowi Kompozytorów Polskich. Ale może to i  dobrze, że „Józef” wabi turystów do Wiśniowej. To dąb, który przed laty uwiecznił malarz Józef Mehoffer. Grafika przedstawiająca drzewo trafiła na przedwojenny, stuzłotowy banknot. Może ktoś, chwytając się tego skrawka historii, zechce poznać także dzieje rodziny, którą Mehoffer i inni malarze tak chętnie w Wiśniowej odwiedzali.

D

Zacny ród z Wielkopolski

wór był tu już w XV wieku (sam pałac jest młodszy, powstał w wieku XVIII), ale własnością rodziny, która zmieniła go w miejsce spotkań artystycznych i intelektualnych elit, stał się w 1867 roku. Wtedy dobra wiśniowskie nabył Franciszek Mycielski i jego żona Waleria z rodziny hrabiów Tarnowskich z Dzikowa. Jak przypomina Andrzej Szypuła, założyciel Towarzystwa im. Zygmunta Mycielskiego i strażnik pamięci o gospodarzach przedwojennej Wiśniowej, ród Mycielskich był zasłużony dla Polski, jak mówią podania, jeszcze od bitwy pod Grunwaldem. Wtedy mieli otrzymać szlachectwo. Był to ród i politycznie, i gospodarczo, i kulturowo zaangażowany w sprawy polskie. Do Galicji przeprowadzili się z Wielkopolski, gdzie – jak pisał ich przyjaciel Stanisław Koźmian – Franciszek „nabył w Wielkim

Andrzej Szypuła. Księstwie Poznańskiem majątek. Okazało się, że był przepłacony. Za radą rozsądku trzeba było go sprzedać. Przesiedlenie się do Galicyi i kupno Wiśniowej w Jasielskiem, niegdyś Jabłonowskich, ze starym pałacem, w ładnej malowniczej okolicy nad Wisłokiem”. – Przyjechali być może także dlatego, że w 1867 roku była tu Autonomia Galicyjska, łatwiej było politycznie i gospodarczo żyć. W Poznańskiem Polacy byli przez zaborców bardzo prześladowani – zauważa Andrzej Szypuła. 

Pałac Mycielskich w Wiśniowej.


Dwory polskie – Mycielscy najpierw sprowadzili się więc do Krakowa, a później do pałacu w Wiśniowej. Chociaż „pałac” to za dużo powiedziane. Dwór w Wiśniowej z wyglądu był skromny. Zbudowany z kamienia, podobnie jak stojąca obok oficyna. Z pokojami na parterze i piętrze. Przebudowano go w końcu XIX wieku. Przylegało doń gospodarstwo, które dawało dochód, pozwalający na w miarę wygodne życie. Mycielscy nie byli bogaci, chociaż należeli do arystokracji i przyjaźnili się z dworem arcyksięcia Ferdynanda. Z początkiem XX wieku zainwestowali w Bank Kirschmayera w Krakowie, który wydawał się niezwykle pewną instytucją. Niestety, przyszedł krach gospodarczy i pieniądze Mycielskich przepadły. Franciszkowi udało się jednak poprowadzić gospodarstwo tak, by zapewnić byt rodzinie. ranciszek Mycielski znał się na rolnictwie świetnie. Należał do najaktywniejszych członków Towarzystwa Rolniczego w Krakowie, publikował na ten temat wiele prac i jako poseł do sejmu krajowego przyczynił się do utworzenia w 1890 roku Studium Rolniczego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Założona przez niego hodowla bydła należała do najbardziej rentownych w Galicji. Franciszek słynął z dużego poczucia humoru i był duszą towarzystwa. Waleria zaś „mimo, że na wsi zamknięta, umiała domowi nadać charakter kulturalny, wysoce umysłowy, zwłaszcza jak dawała kierunek i rozwój wykształcenia dzieci”. Dużo czytała, pozostawała na bieżąco z dawną i współczesną zachodnią literaturą. Była patriotką nie na pokaz i miała świetne rozeznanie w polityce. Wiśniowscy gospodarze mieli znamienitych sąsiadów. Augusta Gorayskiego w Moderówce, czy Ludwika Wodzickiego w Tyczynie. Waleria chętnie odwiedzała rodzinę w Dzikowie, Chorzelowie, Rudniku i Rzeszowie.

F

Gospodarność w parze ze sztuką – Prawdziwy rozkwit Wiśniowej nastąpił już po śmierci Franciszka, kiedy w 1910 roku do dworu sprowadził się jego syn Jan z żoną Marią. Wcześniej zarządzał ordynacją przeworską Lubomirskich ze słynną cukrownią. Zawierucha I wojny światowej nie ominęła okolic Strzyżowa. Jan Mycielski odbudował zdewastowany dwór i w Wiśniowej zaczęły się złote lata. Stała się też miejscem spotkań artystów. aria Mycielska, podobnie jak jej teściowa – hrabina Waleria, ceniła sztukę. Odbudowany majątek wypełniła dziełami artystów, z pasją powiększała rodzinną bibliotekę i uwielbiała gości. Przyjaźniła się z Tadeuszem Stryjeńskim i Józefem Mehofferem, którzy często bywali w Wiśniowej. To ona zamawiała rodzinne portrety u znakomitych malarzy, a utalentowani goście zostawiali szkice portretowe i krajobrazowe w Księdze Gości. Twórczy klimat dworu z pewnością miał wpływ na czterech synów Jana i Marii. Przykładem były osiągnięcia dziadka i ojca, a także wuja. Jerzy Mycielski, syn Walerii i Franciszka, historyk sztuki i filozof, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, „całe życie uczył o pięknie” i sztuce poświęcił wiele publikacji, a kolekcję ponad 460 obrazów przekazał w darze muzeum na Wawelu. – W okresie przedwojennym Jan junior (syn Jana i Marii Mycielskich) i jego żona Hanna z Balów Mycielska studio-

M

68

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

wali malarstwo w Krakowie – Jan u Wojciecha Weissa i Józefa Mehoffera, a Hanna u Felicjana Kowarskiego. Stąd ścisłe związki ze środowiskiem malarskim. Jan ukończył też studia prawnicze, bo tak nakazywał praktycyzm, ale sztuki cenić nie przestał. W latach 30. do Wiśniowej, gdzie Jan i Hanna zamieszkali, przyjeżdżali ich profesorowie i koledzy – artyści malarze. Tę oazę sztuki bywalcy dworku nazwali Barbizonem Wiśniowskim (od słynnego francuskiego Barbizonu – kolonii artystycznej pod Paryżem). Gościli tu tak znakomici malarze jak Józef Czapski, Hanna Rudzka-Cybisowa, Tytus Czyżewski, Alfons Karpiński, Felicjan Kowarski i wielu, wielu innych. – Do artystycznego klimatu dworu dołożyły się talenty muzyczne Zygmunta, brata Jana, które matka szczególnie hołubiła – opisuje Andrzej Szypuła. – Uczył się w Krakowie. Studiował nie tylko muzykę, ale i filozofię. Studia muzyczne kontynuował w Paryżu za radą Karola Szymanowskiego, z którym się przyjaźnił. Po ośmiu latach pobytu we Francji, w 1936 roku wrócił do Wiśniowej. Komponował, pisał rozprawy do muzycznych czasopism. Do wojny także dzięki jego bytności dwór kwitł.

PGR zamiast Barbizonu II wojna światowa przyniosła kres Barbizonu Wiśniowskiego. Zygmunt poszedł na ochotnika na front. Najpierw francuski. W Niemczech został wzięty do niewoli i sześć lat spędził na robotach u bauera. Do Polski wrócił w 1946 roku.


Dwory polskie Wiśniowa nie należała już wtedy do rodziny. Mycielscy, zgodnie z ustawą PKWN, stracili dobra w Wiśniowej. Dawna siedziba rodu została znacjonalizowana, a dworskie budynki służyły najpierw pracownikom i administracji Państwowego Gospodarstwa Rolnego, a od 1984 r. Kombinatu Rolno-Przemysłowego „Igloopol” w Dębicy – Zakład Rolny w Wiśniowej. Po zmianach ustrojowych, w 1991 roku, majątkiem zarządzało Gospodarstwo Rolno-Przemysłowo-Handlowe „Rolpeh” we Frysztaku – Zakład Rolny w Wiśniowej, a od 1994 roku – Agencja Nieruchomości Rolnych. W końcu, w 2005 roku park i dworskie zabudowania przejął powiat strzyżowski i dopiero wtedy zaczęto starania o odnowę zrujnowanego zabytku. – Po wejściu rosyjskich wojsk, Mycielscy dwór stracili – przytakuje Andrzej Szypuła. – Zgodnie z ustawami nowych władz, nie wolno im się było zbliżać do dawnej posiadłości na odległość mniejszą niż 50 km. Wyjechali do Krakowa. Tam dostali małe mieszkanko na Warszawskiej 1. Zygmunt mógł zostać na Zachodzie, ale w listopadzie 1945 r. wrócił. Przyleciał z Paryża, bo uważał, że powinien, tak samo jak wtedy, kiedy jako ochotnik z paroma towarzyszami zaciągnął się do wojska w 1939 roku. Jak pisał Jerzy Waldorff, socjalizm socjalizmem, ale Mycielski uważał, że miejsce Mycielskich jest w Polsce, bez względu na okoliczności. Jego brat, Jan Mycielski, był po wojnie dyrektorem BWA w Krakowie – obecny Bunkier przy Pałacu Sztuki. Miał tam swój azyl. Potrafił rozmawiać z władzami powojennymi i promował malarstwo. Zygmunt razem ze Stefanem Kisielewskim zaczął redagować „Ruch Muzyczny”

Irena z Jarochowskich Szaszkiewiczowa. w Krakowie. W 1947 roku przeprowadził się do Warszawy. W latach powojennych Zygmunt udzielał się jak mógł, nazywano go muzycznym Talleyrandem, ponieważ był szefem Związku Kompozytorów Polskich, jedynej organizacji, do jakiej należał. Próbował się odnaleźć w nowej sytuacji. Do końca jednak nie zdołał. Podpadał rządzącym,

Dwór w Babicy.


Dwory polskie podpisując się pod kolejnymi listami protestacyjnymi intelektualistów. Żył bardzo skromnie, w małym pokoiku. – Jak jestem w Warszawie, lubię pójść na Chmielną, popatrzeć w jego okna, chociaż wejść już nie mogę – zdradza Andrzej Szypuła. – Byłem tam kilkakrotnie już po jego śmierci. W pokoju znajdowała się makatka buczacka z Wiśniowej i stojący drewniany Chrystus. Sterty książek. Wypełniały całą ścianę, umieszczone na prostych, drewnianych regałach. Co najmniej pół pokoju zajmował fortepian. Wisiały również dwa obrazy Mehoffera – portret Zygmunta i pokój Zygmunta, który teraz odtwarzają w oficynie. Rzeczywiście, w remontowanej oficynie ma być stworzony pokój Zygmunta na wzór tego z obrazu, z 1931 roku. Wypadałoby tu jeszcze zaprosić malarzy. Ci wciąż do Wiśniowej przyjeżdżają na malarskie plenery, które są organizowane za sprawą Andrzeja Szypuły i Towarzystwa im. Zygmunta Mycielskiego. Wprawdzie nie w dworze nocują, tylko w szkole, ale i tak dają się oczarować. udzie, którzy o Wiśniowej wcześniej nie słyszeli, przyjeżdżają i ulegają magii tego miejsca. Odkrywają owo genius loci, ducha Mycielskich –  kiwa głową Andrzej Szypuła i zamyślony dodaje: – O historii tego dworku nasuwają mi się dwie refleksje. Mycielscy w Wiśniowej to był jeden z tych rodów w Polsce, który wiele uwagi poświęcał sprawom kultury europejskiej i mecenatu nad kulturą wysoką, ambitną, mającą swoją historię i odniesienie w innych epokach. Od starożytności począwszy. To zasługa gruntownego wykształcenia, jakie zdobywali. Franciszek, Waleria, Jerzy, Jan, Maria, Jan junior, Zygmunt. To głębokie intelekty, od których my dzisiaj również się uczymy, w mniejszym lub większym zakresie społeczno-naukowym. Przyjaciel Mycielskich, Stanisław Koźmian, wspominając Walerię z Tarnowskich, pierwszą damę z Mycielskich, miał rację pisząc: „Polska gościnność, europejska kultura”. Dziś, na początku XXI wieku, brakuje nam elit, które rozumieją, dlaczego kulturę wysoką warto odkrywać i hołubić.

L

Dwór w Babicy: kiedyś mieszkali w nim hrabiowie, dziś osoby chore psychicznie

M

ieszczący się zaledwie kilkanaście kilometrów dalej od Wiśniowej dwór w Babicy (gmina Czudec) przeszedł w swej historii niejedno, ale nie podzielił losu niektórych swoich rówieśników i nie zniszczał. Zabytkowy budynek, stojący na terenie siedziby rezydencjonalnej byłych właścicieli Prochny i Babicy, pamiętający świetne czasy hr. Rogera Wentwortha Łubieńskiego, który pod koniec XIX wieku wydawał w Rzeszowie własny tygodnik, w latach 90. XX wieku został generalnie wyremontowany, a mieszkanie w nim znaleźli mężczyźni przewlekle psychicznie chorzy. W tej pięknej posiadłości, ulokowanej na zacisznym, malowniczym terenie doliny Wisłoka, wychowało się przed wojną utalentowane rodzeństwo Jarochowskich: znany fotograf Konstanty, Maria – literatka i dziennikarka o wyraźnie lewicowych poglądach, oraz najstarsza z nich – Irena.

70

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Irena, zwana Kiką, była charyzmatyczną artystką Piwnicy pod Baranami, bohaterką komiksu Kazimierza Wiśniaka i Piotra Skrzyneckiego pt. „Szaszkiewiczowa, czyli Ksylolit w jej życiu” publikowanego na łamach „Przekroju”. Będąc już dobrze po 90-tce, założyła blog „Moje pierwsze sto lat”, co czyniło ją najstarszą polską blogerką. połowie XIX wieku właściciel Babicy, hrabia Roman Sołtyk, mieszkając w położonym nad Wisłokiem starym dworku jeszcze z czasów pierwszej Rzeczypospolitej, postanowił wznieść nowy dwór (ten, w którym obecnie mieści się DPS – przyp. red.). Do 1887 roku Babica pozostawała własnością Józefy hr. Pinińskiej herbu Jastrzębiec Sołtykowej. Kolejną właścicielką została Aleksandra hr. Dunin–Borkowska, która wniosła miejscowość jako swoje wiano hrabiemu Rogerowi Wentworthowi Łubieńskiemu. Był on aktywnym przemysłowcem i podróżnikiem, założycielem „Tygodnika Rzeszowskiego”, który ukazywał się w latach 1883-1888; posłem na Sejm Krajowy Galicji V kadencji; członkiem Rady Powiatowej. Jednak we wrześniu 1886 roku sprzedał on majątek Babica i Zarzecze panu Kiselce ze Lwowa i wyjechał do Warszawy. Następnie Babica przeszła w ręce majora austriackiego, Konstantego Gwalberta Pawła Pawlikowskieg herbu Cholewa, krewnego poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Pawlikowski poślubił Karolinę Joannę Wasilewską, wdowę po właścicielu m.in. Czudca i Wyżnego. Para nie miała dzieci. „Karolina zmarła w 1890 r., natomiast Konstanty Pawlikowski zamieszkał samotnie w Babicy. Nie był dobrym zarządcą, ani gospodarzem, więc majątek stopniowo podupadał. Zmarł w Babicy w 1904 r. Rok przed śmiercią przekazał Babicę w testamencie Marii Zofii Wiktor z Czudca (mojej Matce)” – pisała na blogu „Moje pierwsze sto lat”, Irena „Kika” Szaszkiewiczowa. Maria Zofia Wiktor była wnuczką Karoliny Pawlikowskiej, z córki Aleksandry z pierwszego małżeństwa z Wasilewskim. „W imieniu młodziutkiej właścicielki Babicy pieczę nad majątkiem sprawowała jej matka - Olga Wiktor z domu Wasilewska, urodzona w r. 1867. Z pierwszym mężem Józefem Wiktorem z Wojkówki miała trójkę dzieci: syna Zdzisława, córkę Marię Zofię i syna Józefa. Później, po tragicznej śmierci męża, wyszła za mąż za Witolda Uznańskiego, który podczas II wojny został zamordowany przez hitlerowców. Olga przekazała Babicę córce po jej zamążpójściu, a więc w 1913 r. Sama mieszkała wtedy w pobliskim Czudcu, a Babica popadała w ruinę” – pisze Irena Szaszkiewiczowa.

W

„Chimek” Joachim Jarochowski postawił Babicę na nogi Maria Zofia Wiktor z Wiatrowic herbu Brochwicz Jarochowska i jej mąż Joachim Jarochowski z Jaroch herbu Przerowa byli właścicielami Babicy w latach od 1916 do 1944 r. Joachim Jarochowski pochodził ze znanej rodziny ziemiańskiej i był m.in. zarządcą dóbr Lubomirskich w Przeworsku. Po ślubie z Marią przyjechał do dworu w Babicy i zajął się jego remontem (dwór był bardzo zniszczony, gdyż podczas


Dwory polskie I wojny światowej mieścił się w nim wojskowy lazaret). Po kilku miesiącach do męża dołączyła jego żona Maria z kilkumiesięczną Irenką. „Ojciec, znakomity zarządca wielu majątków ówczesnej arystokracji, zabrał się energicznie do dzieła i stopniowo postawił Babicę na nogi. Uwili nasze gniazdo rodzinne. Jedno tylko wtedy zmartwienie nie pozwalało im cieszyć się do końca: nie mogli doczekać się dzieci. Modlili się do Matki Boskiej, patronki Mamy, aż po czterech latach przyszłam na świat ja. Ojciec wystawił wtedy w naszym parku, na wysepce w jeziorku, dużą figurę Matki Boskiej, jako wyraz wdzięczności za córkę. Potem przyszli jeszcze na świat moja siostra Maja i brat Kot. Przy każdym urodzeniu dziecka Ojciec zasadził lipę w pobliżu domu. Do dziś stoi tam jeszcze tylko moja lipa” – pisała na blogu Szaszkiewiczowa. Z trójki dzieci Jarochowskich każde było indywidualnością. Konstanty został znanym fotografem (publikował m.in. w tygodniku „Świat), Maria – aktywną komunistką, posłanką na Sejm PRL, dziennikarką i literatką, zaś artystka i blogerka Irena „Kika” w swoich licznych zapisanych wspomnieniach ocaliła pamięć o przedwojennych i wojennych losach babickiej posiadłości. Część z nich została uwieczniona w książce „Podwójne życie Szaszkiewiczowej” z 2011 r. „Ludzie we wsi nazywali nasz dom pałacem, w istocie jednak w niczym pałacu nie przypominał. Jeśli szukać porównań, przypominał raczej kamienicę lub landarę w stylu dworca kolejowego w Krakowie. Dwór w Babicy nie był więc ósmym cudem świata, ale żyło się nam w nim wygodnie” (Podwójne życie Szaszkiewiczowej, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 48). Nic dziwnego – dwór był duży: na parterze mieścił się salon i pokaźnych rozmiarów biblioteka, na piętrze – pięć pomieszczeń, duży pokój łazienkowy i garderoby. „Dom był tak zaprojektowany, że pozwalał mieszkańcom rozwijać ich pasje artystyczne i intelektualne. Było nim miejsce na zasobny księgozbiór i na ulubione obrazy, a nawet na fortepian i pianolę, z której moi rodzice czuli się niebywale dumni” (tamże, s. 51).

O

Franciszek Kotula: dwór w Babicy urządzony wybitnie po polsku

babickim dworze pisał także muzealnik i etnograf Franciszek Kotula, który na początku 1944 roku wspominał swoją wizytę i Jarochowskich. Oczarowany inteligencją i sposobem bycia Marii Jarochowskiej (żony Joachima), był pod wrażeniem i posiadłości, i kolekcji, którą zgromadziła Maria. „Dwór w Babicy jest także wyjątkiem. Urządzony wybitnie po polsku, z mnóstwem materii, makat, starych mebli i mebelków, różnych gracików i drobiazgów. Na ścianach stare portrety, a przede wszystkim wspaniała kolekcja najlepszych i najcenniejszych sztychów. We dworze dużo wygody, rozleniwienia, dość niedbałości i trochę nieładu, w miarę przypadkowości i w miarę niedbalstwa. Całość przemiła i  pociągająca. Przytulność nadzwyczajna.

Maria Jarochowska była wielką miłośniczką, znawczynią i zbieraczką sztychów. Ale obok tego we dworze było dużo wspaniałych obrazów najlepszych mistrzów polskich nowszej daty: Wyczółkowski, Stanisławski, Żmudko, Kossak itp. Polskich dworów, tych dawnych szlacheckich, mało już i coraz mniej. Oby tylko ten babicki zdołał się zachować dla potomności, jako naprawdę muzealny już zabytek” – pisał w „Diariuszu Muzealnym” Kotula. iestety, rzeczywistość wojenna i powojenna była okrutna dla Jarochowskich i ich dworu. Ostatnich właścicieli posiadłości wypędziła reforma rolna realizowana na podstawie dekretu PKWN z dnia 6 września 1944 r. Maria zmarła z końcem grudnia 1943 roku, jej mąż i dzieci wyjechali z Babicy na zawsze w 1944 roku. Na szczęście, Jarochowskim udało się wywieźć część wyposażenia dworu. Zabrali ze sobą, co mogli, zostawiając krowy, konie, meble, obrazy i  kilka tysięcy książek. Księgozbiór pozostawili pod opieką znajomego gospodarza, ale po wojnie nie mieli okazji go odebrać. Irena Szaszkiewiczowa wspomina, że po wojnie żona gospodarza podobno wyprzedawała książki na targu w Rzeszowie… Część mebli, na prośbę Ireny Szaszkiewiczowej, uratował od zniszczenia Franciszek Kotula. „Pamiętam dwór w Babicy. Ileż pokoleń złożyło się na to, co tu było. Przymknął człowiek oczy, wspomniał, jak na ekranie przesunęły się niezapomniane wrażenia. A rzeczywistość? Koszmarna, potworna, zabłocone posadzki zarzucone papierami i podartymi książkami, stare meble poobijane, ponadpalane… okropne zniszczenie. Lepiej tego nie opisywać.! I taka refleksja: czy to koniecznie tak się stać musiało? To co zrobiono jest dziełem polityków, a nie ludzi z kulturą” – pisał Kotula.

N

Prozaiczne, powojenne dzieje babickiej posiadłości Po wojnie w dworze w Babicy powstało Liceum Gospodarstwa Wiejskiego. Na rzecz szkoły przekazano 32 ha gruntu Jarochowskich, a w dworze zorganizowano szkołę i internat. Następnym lokatorem była tu... Milicja Obywatelska. Budynki gospodarcze przejęło Przedsiębiorstwo Tuczu Przemysłowego, a od 1953 roku Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. W 1964 roku pałac wraz z parkiem został przekazany na internat Zasadniczej Szkoły Przyzakładowej Przedsiębiorstwa „Instal” z Czudca. Niezabezpieczony obiekt niszczał, aż do lat 90. XX wieku, gdy generalny remont zarządził w nim Urząd Wojewódzki w Rzeszowie. Od 1994 roku funkcjonuje w nim Dom Pomocy Społecznej. Jest samodzielną jednostką budżetową Powiatu Strzyżowskiego. Do DPS-u przyjmowani są mężczyźni przewlekle psychicznie chorzy, którzy na warsztatach terapii zajęciowej rozwijają się intelektualnie i artystycznie… Cytaty pochodzą z książki Ireny Kiki Szaszkiewiczowej „Podwójne życie Szaszkiewiczowej”, Wydawnictwo Literackie 2011, oraz bloga „Moje pierwsze sto lat” tejże autorki. 

Więcej informacji i fotografii na portalu www.biznesistyl.pl


Receptury przodków Aromatyczne pierniki i ekologiczne wędliny z Podkarpacia Maciej Kuźniarowski z jarosławskiej Wytwórni Wyrobów Cukierniczych, wycinając pierniki, korzysta z form pamiętających czasy Franciszka Józefa, a w szufladzie wciąż trzyma stare przepiśniki na wojenne i przedwojenne słodkości, opracowane przez jego przodków. Do pierników dodaje przyprawę korzenną, którą przyrządza osobiście według rosyjskiego przepisu z ok. 1880 r. Paweł Krajmas jest potomkiem ucznia elitarnej lwowskiej szkoły masarskiej i szefem Zakładów Mięsnych „Jasiołka”. Wytwarzając ekologiczne wędliny, bazuje na przedwojennych recepturach. Jeden z flagowych produktów „Jasiołki” – kiełbasa pradziada z Dukli, z dodatkiem wątróbki – powstaje według przepisu z 1896 roku. Oba zakłady z powodzeniem wykorzystują wiedzę przodków.

Tekst Alina Bosak i Katarzyna Grzebyk Fotografie Tadeusz Poźniak

D

rugiej połowy XIX wieku sięga tradycja pieczenia pierników, jakie powstają w Wytwórni Wyrobów Cukierniczych Macieja Kuźniarowskiego w Jarosławiu. Tradycję tę kontynuuje już kolejne pokolenie. Wytwórnię w Jarosławiu założył w 1935 roku ojciec pana Macieja, Stanisław, ale ze słodkim biznesem byli związani także starsi bracia Stanisława – Antoni i Kazimierz. Antoni i Kazimierz jako młodzi chłopcy pracowali u dr. Stanisława Gurgula, który pod koniec XIX wieku prowadził w Jarosławiu znaną Parową Fabrykę Biszkoptów (marka Dr Gurgul istnieje do dziś), ale marzyli, by otworzyć własną działalność. W małym pomieszczeniu rodzinnego domu piekli wiedeńskie ciastka, także pierniki, które, pięknie opakowane, roznosili po domach. Wkrótce Kazimierz Kuźniarowski ożenił się Marią Kupczakiewicz, wdową po Józefie Kupczakiewiczu ze starej lwowskiej rodziny piernikarskiej, obejmując po nim zakład. Antoni natomiast wyjechał do Przemyśla, gdzie w  1919 roku założył przy ul. Słowackiego Fabrykę Keksów Ciast i Pierników. Do dziś na ścianie wytwórni pierników w Jarosławiu wisi zdjęcie firmowego samochodu, którym Antoni rozprowadzał swoje wyroby. To właśnie u starszego brata fachu uczył się Stanisław Kuźniarowski. – Na rynku była bardzo duża konkurencja, więc wyjechali do Równego, gdzie prowadzili biznes przez rok, po czym wyjechali do Stryja na dzisiejszej Ukrainie. Następnie przenieśli się do Sambora, gdzie wybudowali dom i zakład – wspomina Maciej Kuźniarowski. – Potem przyszły ciężkie czasy okupacji sowieckiej i niemieckiej.

74

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Cukiernictwo uratowało życie Kuźniarowskim podczas okupacji Maciej Kuźniarowski wspomina, że cukiernictwo uratowało życie jego ojcu, matce, rodzeństwu oraz stryjom. Pewnego dnia do domu Kuźniarowskich w Samborze wkroczyli Sowieci i kazali się spakować. W ostatniej chwili jeden z żołnierzy zapytał swojego dowódcę, kto będzie piekł im ciasta, jeśli wywiozą rodzinę. Ten cofnął swoją decyzję. – Może to właśnie cukiernictwo uratowało sześć osób? – pyta Maciej Kuźniarowski. Stanisław Kuźniarowski doskonalił fach u Erazma Rosiewicza – znanego cukiernika, który prowadził cukiernie w Przemyślu i Wiedniu. Przemyska mieściła się na placu przy Bramie i oferowała znakomite torty, babki, wypieki okolicznościowe. Rosiewicz był mistrzem w  swoim fachu. Pan Stanisław wspomniał, że uczniom nie wolno było wykonywać prostych rzeczy, takich jak np. ubijanie, ucieranie czy zagniatanie ciasta. Tym zajmowali się parobkowie. Zadaniem uczniów była nauka i łatwiejsze prace. czasie wojny zakład Kuźniarowskich cały czas działał. W starych przepiśnikach rodzinnych znajdują się liczne przepisy na rozmaite ciasta, w tym na cukiernictwo wojenne – kremówki, precle, itp. – Wojenne słodkości bywały oszukane: z mniejszą ilością jaj, rozwodnionym mlekiem – przypuszcza Maciej Kuźniarowski. – Mimo wojny, ludzie potrzebowali zjeść coś słodkiego, choćby proste

W


Sekret smaku Maciej Kuźniarowski.

drożdżówki. Okupant również. Ojciec wspominał, jak chory, słaniający się na nogach wujek musiał realizować zamówienie na kilka tortów dla Niemców. Po wojnie Antoni Kuźniarowski osiadł w Jarosławiu. Stanisław Kuźniarowski wyjechał do Opola, ale po kilku latach, w 1950 roku, wrócił do Jarosławia, gdzie dalej prowadził zakład. W 1983 roku wytwórnię pierników przejął jego syn Maciej, z zawodu budowniczy mostów. Choć zmiana zawodowa była dość spora, nie stanowiła problemu. Maciej Kuźniarowski urodził się w cukierni i już jako mały dzieciak pałętał się między piekarzami. ajgorsze były lata komuny. – Przetrwaliśmy je dzięki mojej mamie, która była bardzo merkantylna i w przeciwieństwie do ojca, potrafiła wszystko załatwić. W PRL-u w Jarosławiu wykończono prywaciarzy. Działało tu jedynie kilku zegarmistrzów i krawców, ale nie było żadnej cukierni. Zakłady wujków zostały upaństwowione. Nasza wytwórnia przetrwała – mówi pan Maciej.

N

Właściciel sam miesza przyprawę korzenną W czym tkwi sekret jarosławskich pierników? Do ich wyrobów używana jest mąka pszenna, żytnia, cukier inwertowany oraz przyprawa korzenna. Pan Maciej przyrządza ją osobiście, korzystając z przepisu pochodzącego jeszcze z carskiej Rosji, z ok. 1880 roku. Jest to mieszanka rozgrzewająca, odpowiednia do surowego klimatu wschodnie-

go; z dużą ilością goździka, ziela angielskiego, imbiru, kardamonu, anyżu gwiaździstego i cynamonu. – Składniki zamawiam w kilogramach i sam przyrządzam mieszankę według odpowiednich proporcji, aby mieć pewność, że nic nie zostanie pomieszane. Przyprawy te mają działanie prozdrowotne i korzystnie wpływają na układ krwionośny – opowiada Maciej Kuźniarowski. – Piernik zresztą kiedyś był stosowany jako lek i można było go dostać w aptece. Piernik to jedno z najstarszych ciast, które wywodzi się z tzw. miodowników wielkich – wielkich bochnów chleba robionych na miodzie. Pochodzi z XII-wiecznej Bazylei i Norymbergi, głównych ośrodków piernikarskich średniowiecznej Europy. Jako ciasto drogie i wykwintne, był niedostępny dla pospólstwa. – Dopiero w XVIII wieku pierniki zeszły pod strzechy i zyskały bardziej ludową formę. Właśnie te ludowe, kolorowe zdobienia wykorzystuję w swoich piernikach – dodaje Maciej Kuźniarowski. – Kiedyś nie było środków spulchniających, więc do ciasta dodawano dużo okowity. W XVII wieku mówiono nawet: „Kto nie pija gorzałki i od niej umyka, ten słodkiego nie godzien kosztować piernika”. Tarcze hamulcowe… z piernika Maciej Kuźniarowski czerpie z tradycji rodzinnej, korzysta z dawnych przepisów, ale przyznaje, że ciężko odtworzyć smaki tamtych czasów. Nie ma już tamtej mąki,

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

75


Sekret smaku cukru, jaj i miodu. Ciasta nie wolno mięsić ręką. – Kiedyś piernik mięsiło się w dłubance z pnia drzewa, co nadawało ciastu charakterystyczny smak. Teraz ciasto zagniata maszyna, ale wycinając je korzystam z form, których przed wojną używali moi wujkowie i ojciec, a które pamiętają czasy cesarza Franciszka Józefa. akład w Jarosławiu wypieka wszelkie rodzaje piernika, także te w tradycyjnych kształtach – serc, domków, kogucików, mikołajów. Domeną zakładu są pierniki dekoracyjne, wywodzące się z tzw. pierników historycznych. Dawniej sprzedawano je na odpustach i jarmarkach jako ich nieodłączny element. Dziś wytwórnia pierników wypieka ja na przeróżne okazje: mikołajki, Boże Narodzenie, Wielkanoc, imieniny i inne uroczystości. Specjalnością firmy obok tradycyjnego serca jest unikalna w formie przestrzenna chatka z piernika. – Piernik jest znakomitą formą reklamy, a nasi klienci mają przeróżne pomysły, które staramy się realizować. Spływają do nas mniej lub bardziej egzotyczne zamówienia. Robiliśmy już tarcze hamulcowe i sprężarki z piernika – wyjaśnia Kamil Kuźniarowski, syn Macieja Kuźniarowskiego. – Kiedy była bita dwuzłotówka z wizerunkiem kamienicy Orsettich w Jarosławiu, zrobiliśmy z marcepana płaskorzeźbę kamienicy Orsettich, która do dziś jest wykorzystywana w promocji miasta – dodaje Maciej Kuźniarowski. Kiedy zaczęła się era Internetu, właściciel jarosławskiej wytwórni wykupił domenę pierniki.pl i otworzył stronę, dzięki której zrobiło się głośno o słodkościach i historii wytwórni, a firma zyskała nowych klientów. Jarosławskie pierniki trafiają do różnych miejsc w Polsce, a także za granicą. Ostatnio wysyłane były w dużej ilości do polskiego sklepu w Australii. Ostatnią nowością w jarosławskiej wytwórni są pierniki z masą marcepanową. Nie byle jaką, bo z masą pochodzącą z wytwórni marcepanu w Lubece, która nazywana jest królestwem marcepanu. Słodka mieszanka migdałów, cukru i wody różanej dodaje piernikom niepowtarzalnego smaku. Czy dziś jeszcze piecze się pierniki tak, jak głosi znana legenda o piernikarzu, który zaczynił ciasto w dniu urodzin córki, by upiec je na jej ślub? Maciej Kuźniarowski śmieje się, że legenda jest piękna, ale kiedyś dziewczęta wychodziły za mąż wcześniej niż obecnie. Poza tym, dziś nie pozwoliłby na to sanepid.

Z

D

Ocalamy dawne smaki

la Pawła Krajmasa, dyrektora i właścieiela Zakładu Mięsnego „Jasiołka”, nie ma bardziej ekologicznych wędlin niż te oparte na tradycyjnych recepturach. Dlatego stale poszukuje starych, regionalnych receptur, a powszechnie dodawane do wyrobów masarskich azotany stara się zastąpić dobroczynnymi bakteriami kwasu mlekowego. Jeden z flagowych produktów „Jasiołki” – kiełbasa pradziada z Dukli, z dodatkiem wątróbki – powstaje według przepisu z XIX wieku.

76

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Smakowite kiełbasy suche i półsuche, wędzone szynki i polędwice, salcesony bez żelatyny i pasztety „podróżują” z podkarpackiej Dukli do Wrocławia i Warszawy. Od czasu do czasu lecą nawet do Singapuru. Zakład Mięsny „Jasiołka” produkuje je według starych, niekiedy 150-letnich receptur. Tak doskonałych, że podkarpacką firmę odwiedzają telewizyjne gwiazdy z programów kulinarnych – Pascal Brodnicki i Karol Okrasa. Zapowiada się także autorka programu konsumenckiego – Katarzyna Bosacka. W dawnych czasach kuchnia chłopska była biedna i bardziej jarska. Mięso trafiało na stół od święta. Ale dwory szlacheckie to już inna bajka. Znakomitych pieczeni i kiełbas tam nie brakowało, tak jak i mistrzów masarskich, którzy potrafili mięso dobrze przyrządzić. – Receptury, z których dziś korzystamy, pochodzą z rodzinnych zapisków – zdradza dyrektor „Jasiołki”, który jako młody chłopak sądził, że najwygodniej być dyrektorem PGR-u i dlatego postanowił pójść na mechanizację do technikum, a potem studiować na Wydziale Techniki Rolniczej i Leśnej Akademii Rolniczej w Lublinie. – Ale zanim studia skończyłem, skończyły się też PGR-y – śmieje się dzisiaj. – W międzyczasie byłem na praktykach w Szwajcarii, Niemczech i podglądałem, jak działa tamtejsza gospodarka. Kiedy wróciłem na Podkarpacie, złożyłem podanie o przyjęcie do pracy w WSK w Rzeszowie. Na szczęście mnie nie przyjęli. W 1994 r. kupił masarnię w Dukli, a dwa lata później otworzył firmę. – Mój ojciec także wyrabiał wędliny, ale głównie na domowe potrzeby. Miałem natomiast okazję podglądać masarską robotę wujka i dziadka. Słuchać ich opowieści. Nie myślałem jednak wtedy, że też się tym będę zajmował – wspomina. – Na początku sprzedawaliśmy surowe mięso do sklepów. Akurat weszliśmy do Unii Europejskiej i pojawiły się nowe normy, przepisy. Aby sobie z nimi poradzić, poszedłem na kolejne studia, zrobiłem magisterium z systemu HACCP (System Analizy Kontroli i Krytyczne Punkty Kontroli – dotyczący sposobu pracy, gwarantującego bezpieczeństwo żywności – dop. red.). Zacieśniłem wtedy kontakty z prof. Zbigniewem Dolatowskim i zacząłem eksperymentować z produktami wytwarzanymi według starych rodzinnych recept. Sięgnąłem po unijne dotacje i dzięki temu mój zakład zaczął produkować wędliny. Kiełbasa swojska ręcznie krojona była pierwszym produktem, który do tej pory cieszy się dużą sławą. Dla Pawła Krajmasa innowacją jest coś starego dostosowanego do dzisiejszych czasów. – Ja i moi pracownicy mamy na tym punkcie niemal obsesję – stwierdza. – Szukamy starych rozwiązań, które da się pokazać w sposób nowoczesny, zachowując „duszę” wyrobów. Wszystkie nasze wyroby oparte są na starych recepturach, które dopracowaliśmy i dostosowaliśmy do współczesnych miar i składników. Aby były jak najwierniejszym odzwierciedleniem dawnych smaków, przeprowadziliśmy analizę. Zbieraliśmy oświadczenia od starszych ludzi, pamiętających dawną kuchnię, czy smak naszego wyrobu jest zgodny z tym sprzed lat. Mieliśmy wiarygodnych świadków, siostra mojej babci zmarła w wieku 102 lat. Pochodziła z długowiecznej rodziny, a ja jestem przekonany, że wpływ na tę żywotność miała zdrowa dieta.


Sekret smaku

Paweł Krajmas.

K

iedy dostaje do odtworzenia jakiś produkt, bardzo starannie się do tego przygotowuje. Szuka informacji historycznych. – Fascynują mnie produkty, które wiążą się z kulturą Karpat, tradycją polskich dworów szlacheckich, Łemkowszczyzną – przyznaje. – Kiedyś otrzymałem przepis na zupę z czasów Kochanowskiego, na piwie. Niespecjalnie smakowała mi, ale niektórzy się zachwycali. Może wtedy było inne piwo i ta zupa jednak lepiej smakowała? Chęć robienia czegoś niezwykłego oraz podejmowanie nowych wyzwań nas fascynuje, stad powstał pomysł pieczenia byka w całości na ruszcie naszego pomysłu i konstrukcji. Paweł Krajmas jest pasjonatem ekologii. Do wyrobu wędlin nie używa zatem konserwantów, modyfikowanych białek i żelatyny, soi czy błonnika. Stara się także wyeliminować z produkcji azotany, bez których większość wędliniarzy nie wyobraża sobie walki z jadem kiełbasianym. Tymczasem w „Jasiołce” problem ten starają się rozwiązać, używając do tego bakterii. Z ich pomocą mogą powstawać ekologiczne wyroby długo dojrzewające – kiełbasy, schab, słonina, boczek, szynka wołowa, Zagrycha Rzeszowska. – Bakterie kwasu mlekowego działają destrukcyjnie na patogeny i świetnie konserwują mięso. Od 10 lat prowadzę na ten temat badania z prof. Dolatowskim – mówi właściciel ZM „Jasiołka”. – Obecnie prowadzimy próby wędzarnicze. Będziemy wędzić mięso bez benzoapirenów, czego efektem jest udział w „Biostrategu”, w którym wraz z jednostkami naukowymi prowadzimy szereg badań. Między

innymi do tego celu powstała tradycyjna wędzarnia „hybrydowa”. To nasza duma – stwierdza. I dodaje: – Najtrudniej jest pozyskać dobry surowiec do wyrobu wędlin. Mięso kupujemy w czterech certyfikowanych ubojniach, m.in. z Lubelszczyzny i Poznańskiego. Ekologiczną wieprzowinę dostarcza nam dostawca z Podkarpacia. Produkt ekologiczny musi być na każdym etapie wytwarzania kontrolowany – od sposobu uprawy ziemi, przez paszę dla zwierząt, po wyrób wędlin, które trafią na stół. Warto jednak o to się starać, ponieważ przybywa klientów świadomych, którzy wiążą zdrowe jedzenie z funkcjonowaniem organizmu i  profilaktyką chorób. Wiedzą, że zdrowo jedząc, mniej wydają na lekarzy. Jednak wiele osób wciąż tego nie rozumie. Lepiej zjeść mniej, a lepiej. Klienci, którzy kupują nasze droższe wędliny, nie wyrzucają ich do śmieci, postępują bardziej ekonomicznie. yrektor „Jasiołki” żałuje, że produkty tradycyjne i ekologiczne są jeszcze produktami okazjonalnymi, w większej ilości kupowanymi tylko od święta. – Dlatego mocno się zaangażowałem w budowanie patriotyzmu lokalnego. 80 proc. produktów spożywczych w naszych sklepach nie jest polskich. Konsument musi zrozumieć, że kupując produkty polskie, regionalne, pochodzące od najbliższego sąsiada, wpłynie na przetrwanie tych niewielkich producentów i będzie mógł wciąż cieszyć się tradycyjnymi smakami. Na Podkarpaciu ich nie brakuje, ale musimy dbać o ich zachowanie. 

D

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

77


Lech i Karol Kowalscy.

Bolidy Caro Cars – dzieło mistrzów z Mielca Rzemiosło na najwyższym poziomie! Gratulacje, Lech i Karol! – tak amerykański partner dziękował właścicielom firmy Caro Cars z Mielca za wykonanie repliki legendarnego samochodu wyścigowego – Shelby Cobra Daytona Coupe. Okazała się tak doskonała, że Shelby America, producent oryginalnych bolidów, nadał replice numer seryjny, a o małym producencie z Podkarpacia usłyszał cały świat. Skąd się wziął ten biznes w niewielkim mieście? Z pasji do modelarstwa mistrza Polski w rzucie młotem. Z doświadczeń zdobytych w słynnym mieleckim Gepardzie. Z przekonania, że warto robić w życiu to, co się kocha.

Tekst Alina Bosak Fotografie Tadeusz Poźniak, Facebook Project Daytona Coupe, hemmings.com

L

ech i Karol Kowalscy, ojciec i syn, od 12 lat wspólnie prowadzą w Trześni pod Mielcem rodzinną firmę Caro Cars, która specjalizuje się w budowie replik samochodów wyścigowych z lat 60. Na świecie nie brakuje bowiem pasjonatów, którzy kochają takie samochody i je kupują. Nie po to, by przejechać się po mieście. Wystawiają retro bolidy do specjalnych wyścigów, których organizatorzy chcą odtworzyć klimat podobnych imprez sprzed kilkudziesięciu lat. Na tych torach jeżdżą także bolidy Shelby Daytona Coupe, których nadwozia wyprodukowano na Podkarpaciu. Z aluminiowych blach ludzie z Caro Cars formują ich sportowe sylwetki z niebywałą precyzją. Fachowcy, którzy zęby zjedli

80

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

na sportach motoryzacyjnych i produkcji bolidów, o jednym z ich ostatnich modeli – Cobra – mówią, że to najwspanialsza replika, jaką wykonano w ciągu ostatnich 50 lat. Nazwisko Kowalskich z Mielca stało się uznaną marką i przyciąga klientów z całego świata. Jak to się zaczęło Lech Kowalski (57 lat) pochodzi z Rypina w województwie kujawsko-pomorskim. Do Mielca trafił za sprawą sportu. To sześciokrotny mistrz Polski w rzucie młotem, na przełomie lat 80. i 90. najlepszy zawodnik w tej dyscyplinie. Najpierw trenował w Zrywie Toruń, potem


Samochody wyścigowe

Big-block Shelby daytona coupe.

w Zawiszy Bydgoszcz. Jako obiecujący młocista (był już wtedy mistrzem Polski juniorów), z końcem 1986 r. sprowadził się na Podkarpacie, skuszony ofertą Lekkoatletycznego Klubu Sportowego Stal Mielec. Miasto, w którym funkcjonowały Polskie Zakłady Lotnicze, wydawało się obiecujące dla kogoś, kto nie tylko uprawiał sport, ale i od dziecka kochał modelarstwo i budował miniaturowe samoloty. I tak pewnego dnia Lech Kowalski, z żoną i półtorarocznym Karolem, wysiadł z pociągu na mieleckim peronie. – Widok nie był zachęcający – wspomina ze śmiechem. Mimo to zadomowił się w nowym miejscu i kiedy skończył karierę lekkoatlety, okazało się, że to właśnie miasto dało mu możliwość realizacji pasji do modelarstwa w motoryzacyjnej firmie. – W 1995 roku skończyłem 35 lat i zdobyłem po raz kolejny tytuł mistrza Polski – wspomina. – Wygrałem wtedy z Szymonem Ziółkowskim. To nie było łatwe. Pomyślałem, że mój czas w rzucie młotem się kończy i postanowiłem zejść ze sceny. Właśnie w tym momencie, kiedy jeszcze byłem na szczycie. Wolałem to, niż przegrać następną walkę z Ziółkowskim.

Miał nosa. W rzucie młotem rzeczywiście zaczynał się czas Ziółkowskiego, który kilka lat później zdobył w Sydney tytuł mistrza olimpijskiego. dchodząc ze sportu Lech Kowalski wiedział, co będzie robił. Parę miesięcy wcześniej dostał pracę w Gepardzie – firmie, która w zakładzie produkcyjnym w Mielcu budowała prototyp luksusowego samochodu. Roadster Gepard – polskie auto – skonstruował inżynier Zbysław Szwaj. Piękny, dopieszczony w każdym detalu pojazd prezentowano na targach m.in. w  Poznaniu, w jego produkcję zainwestował także szwedzki milioner. Niestety, do śmierci jego twórcy nie udało się wdrożyć Geparda do produkcji i wprowadzić do sprzedaży. 

O


Shelby cobra daytona coupe 1964. – Szwajowi polecił mnie kolega, Jurek Stasz, prezes LKS Stal Mielec. Wychwalał mnie jako utalentowanego modelarza – opisuje Lech Kowalski. – Bo tak naprawdę od dziecka najbardziej kochałem modelarstwo. Sport był przy okazji. Wracałem z treningu i siadałem do składania samolotów. Wtedy było trudniej niż dziś. Nie sprzedawano takich zestawów jak współczesne i nie było filmików z instrukcjami na YouTube. Szukałem informacji przede wszystkim w książkach, które kupowała mi mama. Nigdy z modelarstwa nie zrezygnowałem. Na ostatnią gwiazdkę też dostałem zestaw modelarski. I posklejałem. Od Cobry do Daytony Pracując przy prototypie Geparda, były młocista Lech Kowalski mógł rozwinąć plastyczny talent. – W Gepardzie przygotowywałem formy zaprojektowanych konstrukcji. Według nich wykonywane potem były elementy montażowe – opisuje. 1995 roku firmę Gepard kupili Amerykanie – Tom i Dave Kirkham. Przedsiębiorstwo Kirkham Motorsports zaczęło produkować w Mielcu repliki samochodu sportowego Cobra 427 z 1965 roku (projekt Carrolla Shelby’ego), pierwszy amerykański samochód wyścigowy, który pokonał niezwyciężone wcześniej włoskie Ferrari. Bracia Kirkham z dumą informowali prasę, że budują aluminiowe repliki Cobry w fabryce, która kiedyś produkowała radzieckie Migi. Zakład mieści się bowiem w halach odkupionych od zakładów lotniczych. Lech Kowalski w Kirkhamie przepracował 10 lat. Był kierownikiem prototypowni. – Wszystkie modele, które mielecki Kirkham produkuje, to w zasadzie moje dzieci – stwierdza właściciel Caro Cars. – Stworzyłem oprzyrządowanie do ich budowy, modele, poprawiałem kształty. Przy budowie replik też pracowałem. Dzięki temu nabrałem także doświadczenia w produkcji. A była spora. Miesięcznie produkowaliśmy 9 sa-

W

82

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

mochodów. W 2006 roku otworzyłem jednak swoją firmę. W małym, nieogrzewanym garażu, razem z kolegą. Warunki były spartańskie. Ale mieliśmy zamówienie! Klient z Ameryki chciał, aby dla niego zbudować replikę Scaraba. Scarab to również legenda. Bolid startujący w Formule 1 na początku lat 60. Niełatwo było go odtworzyć, ponieważ wyprodukowano tylko trzy modele, a do dziś przetrwały dwa – jeden w rękach prywatnego kolekcjonera, a  drugi w amerykańskim muzeum motoryzacji. I właśnie ten drugi udało się zmierzyć. Na odległość! Władze muzeum nie pozwoliły tego cennego egzemplarza nawet dotknąć. Na szczęście duża ilość zdjęć pozwoliła Lechowi Kowalskiemu wykonać model tego unikatowego auta. Kopie były tak udane, że młoda mielecka firma mogła liczyć na kolejne zamówienia. ech Kowalski marzył jednak o replice innego auta – Shelby Daytona Coupe. – Widziałem je w Ameryce, kiedy jeszcze pracowałem dla Kirkhamów – opowiada. – Piękne. Dave’owi Kirkhamowi też błyszczały oczy na widok tego samochodu. Ale mnie pierwszemu udało się zrobić replikę dla klienta ze Szwecji, który chciał wprawdzie inne auto, ale namówiłem go na Daytonę. I ona stała się naszym flagowym produktem.

L


Samochody wyścigowe

S

tworzenie modelu Daytony, podobnie jak Scaraba, nie należało do łatwych zadań. Oryginalnych modeli Shelby Cobra Dayton Coupe było zaledwie sześć. Samochód o drapieżnej, wydłużonej masce, debiutował pod koniec 1964 roku i tak jak planowali jego twórcy – zdominował wyścigi prestiżowej klasy GT. To historyczne auto Kowalskim z Mielca udało się wiernie odtworzyć. – Dostęp mieliśmy jedynie do planów konstrukcyjnych, zdjęć i podstawowych parametrów. Na tej podstawie udało nam się stworzyć model, a potem samochód, który dziś sprzedajemy na cały świat – przyznaje Karol Kowalski.

Dobrze z synem Karol wyrastał w świecie pasji swojego ojca. Także uprawiał sport i oblatywał modele zrobione przez tatę. Dziś jest świetnym pilotem. – Nawet mi się to przydało – stwierdza Karol Kowalski. – Mielecka firma Eurotech, produkująca bezzałogowe drony, potrzebowała drugiego pilota na prezentację w Indonezji. I zatrudnili mnie. Pilotowanie z ziemi takiego drona to niemała sztuka. Waży 35 kg, leci z prędkością 200 km/h. Pilot nie ma wiele czasu na myślenie. Ale ja ćwiczyłem to od małego. 


Samochody wyścigowe

U

prawiał też sport. Karate. Siłownia. Lekkoatletyka. W czwórboju, z kolegami ze sportowej szkoły, zdobył drugie miejsce w ogólnopolskich zawodach. Nie poszedł jednak w sport zawodowy. Zafascynowały go komputery. Ostatecznie jednak zamiast studiów informatycznych wybrał filologię angielską. Kiedy ojciec założył firmę, znajomość obcego języka okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie mogło być inaczej w przedsiębiorstwie, którego klienci pochodzą głównie ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. – Sporo doświadczenia zdobyłem, pracując przez pewien czas w brytyjskiej firmie, produkującej repliki z laminatu – Cobry, Fordy GT40, Lancie Stratos. Doszlifowałem też branżowy język. Dobrze jest jak jest Caro Cars ma zamówienia na rok do przodu. – Zatrudniamy sześć osób i na razie nie chcemy znacząco rozbudowywać firmy – mówią Kowalscy, którzy razem ze swoimi pracownikami pracują w warsztacie. Pozostawanie małą firmą ze stabilną produkcją ma dużo zalet. Mniej ryzyka, a mnóstwo satysfakcji z tworzenia wyjątkowych samochodów. Jeden model powstaje przez 9 miesięcy. W warsztacie może być w tym samym czasie kilka egzemplarzy. W 2017  r. firma wyprodukowała cztery Daytony. W tym roku może być sześć. W styczniu wysłali do Toma Kirkhama kolejny model, Daytonę z przedłużoną maską, na większy silnik. – Ten model to też legenda – mówią Kowalscy. – Shelby zrobił go specjalnie na jeden z wyścigów, ale auto nigdy nie wystartowało w zawodach, ponieważ rozbiło się w transporcie. Dopiero Tom Kirkham najpierw przerobił jedną z naszych replik, a później zamówił tego typu wersję u nas. Samochód zaprezentowany w Stanach Zjednoczonych stał się sensacją. A firma Shelby America nadała mu numer, który miał być przypisany jego pierwowzorowi w latach 60. – 2603. Możemy się chwalić, że robimy oryginały – śmieją się właściciele Caro Cars. Takie wydarzenia przyczyniają się do tego, że ludzie zainteresowani kupnem repliki regularnie piszą lub dzwonią do Mielca. Caro Cars nie ma wielkiej konkurencji. Mało kto potrafi robić nadwozia z aluminium. Więcej firm wykonuje je z laminatów. – Ale laminaty nie nadają się na tor, ponieważ w licencjonowanych wyścigach replik samochodów mogą brać udział tylko wierne kopie oryginalnych bolidów – tłumaczy Karol Kowalski. – Takie auta muszą przejść audyt w Międzynarodowej Federacji Samochodowej (FIA). Samochód ma być taki, jak w latach 60. Można zastosować jedynie nowocześniejszy elementy zawieszenia i hamulców ze względów bezpieczeństwa. Ale niedopuszczalne są zmiany wpływające na osiągi samochodów. Oryginalny model Shelby Daytona Coupe był z aluminium. I taki właśnie robimy. Z odtwarzaniem zabytkowych aut sprawa wcale nie jest prosta. Dobrze mieć w rysunkach technicznych cały samochód, by na ich podstawie stworzyć model w skali 1:1. Problem w tym, że rysunki z lat 60. nie są dokładne, często

84

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

bardziej poglądowe, ponieważ dotyczą aut, które produkowano zaledwie w 2-3 egzemplarzach na konkretne wyścigi. Dlatego tak ważne jest dobre oko i modelarski talent. Przy zachowaniu wymiarów, kształt auta trzeba opracować samemu na podstawie dostępnych zdjęć. Model przygotowuje się z drewna i szpachli. Szpachli idzie dużo, a praca przypomina rzeźbienie. Następnie zdejmuje się negatyw – odbicie w laminacie (włókno szklane i żywica epoksydowa). Później tworzy się oprzyrządowanie. Wykonuje się kolejny model. Tym razem już z laminatu. Jest trwały, więc to do niego trzeba będzie dopasowywać elementy karoserii z blachy. – Nadwozie tworzy się z ponad 20 elementów, które zostają zespawane – mówi Karol Kowalski. – Nadwozie zakłada się na ramę. Rama to ważny element. Od niedawna powstaje ona we współpracującej z nami firmie. Założyli ją również byli pracownicy Kirkhama. Do tworzenia ram nie korzystamy z oprzyrządowania, każdy element mocujemy osobno na podstawie rysunków technicznych, bo dzięki temu spawanie nie skutkuje odkształceniem ramy. Dzięki wypracowanym technikom uzyskujemy dokładność do 1 mm. Maska nakładana na taką ramę nie wymaga przeróbek. Jak podkreślają właściciele mieleckiej firmy, najważniejsze jest oprzyrządowanie do produkcji i odpowiedni ludzie do pracy. Idealną karoserię nie każdy potrafi robić. Wszyscy ich pracownicy byli kiedyś zatrudnieni w Kirkhamie, niektórzy pracowali wcześniej w zakładach lotniczych. To doświadczeni fachowcy. – A ja wszystkiego nauczyłem się od taty – podkreśla Karol. – Wykonuję panele, spawam karoserię. aro Cars specjalizuje się w nadwoziach. Mechaniką się nie zajmuje. – Tworzymy samochód w  stanie surowym: karoseria, rama, panele wewnętrzne. To jedzie do klienta. Ten zamawia firmę, która wykonuje podwozie. Czasem nadwozia zamawiają także firmy, które sprzedają już gotowe auta. Cena nadwozia z Caro Cars, razem z elementami z pleksy, szybami, lampami, owiewkami, chłodnicą, zbiornikiem paliwa, zestawem owiewek na hamulce wynosi 200 tys. zł. Gotowe auto waży mniej niż tonę, a pod maską ma ponad 500 koni mechanicznych. – Cieszymy się, że są tacy wariaci na świecie, którzy chcą jeździć replikami, my spełniamy ich marzenia – mówią Lech i Karol Kowalscy.

C

Powrót do sportu Spełniają też swoje marzenia nie tylko o modelarstwie i rodzinnej firmie. W ostatnim czasie Lech Kowalski znów wrócił do rzucania młotem. Walczy teraz w zawodach dla weteranów. I znów wygrywa. W marcu przywiózł z Halowych Mistrzostw Europy w Madrycie dwa złote medale. Teraz przygotowuje się do wrześniowych Mistrzostw Świata w Maladze. Znów ma szansę na złoto. Celem są jednak Halowe Mistrzostwa Europy, które odbędą się za rok w Toruniu. To właśnie w Toruniu zaczął uprawiać wyczynowo sport. 


BIZNES

Od lewej: Władysław Ortyl, Ryszard Jania i Józef Twardowski.

II Kongres i Targi TSLA Expo Rzeszów 2018

- szykujcie się na wydarzenie!

Największe na Podkarpaciu wydarzenie dla firm z branż automotive, transport i logistyka, auto-flota oraz automatyka przemysłowa – Kongres i Targi TSLA Expo Rzeszów 2018 – odbędzie się 28-29 września w G2A Arena w Jasionce. TSLA Expo to dziesiątki stoisk dużych, średnich i małych przedsiębiorstw, aranżowane spotkania biznesowe, panele dyskusyjne na temat najnowszych rozwiązań, obecność przedstawicieli władz regionu i tłumy zwiedzających. W tym roku, podobnie jak podczas poprzedniej edycji, znów będzie można wygrać harleya!

Tekst Alina Bosak Fotografie Tadeusz Poźniak

We wrześniu w G2A Arena już po raz drugi zagości najważniejsze wydarzenie branży motoryzacyjnej, transportowej i logistycznej na Podkarpaciu – Kongres i Targi TSLA Expo Rzeszów 2018. Towarzyszy im dedykowany przedsiębiorcom i specjalistom Kongres TSLA oraz Moto Show – pełen samochodowych premier, prezentacji motocykli i konkursów nie tylko dla fanów motoryzacji. W ubiegłym roku kongres otworzyli marszałek i wojewoda podkarpacki, a impreza przyciągnęła 4,5 tysiąca zwiedzających. Podczas 8 paneli z ekspertami, przedsiębiorcy mieli okazję dyskutować o najnowszych rozwiązaniach poprawiających konkurencyjność i wyniki finansowe w firmie, a  relacje z tych wydarzeń ukazały się w mediach. O sukcesie TSLA Expo zdecydowała unikatowa formuła, dedykowana inteligentnej specjalizacji regionu, jaką jest motoryzacja, oraz

uwzględniająca interesy podkarpackich firm, których potencjał i siła stale wzrastają. Wydarzenie dla biznesu, który rośnie w siłę

TSLA Expo to pierwsza tak prestiżowa impreza na Podkarpaciu dedykowana firmom działającym w obszarach motoryzacji, transportu, logistyki, auto-floty oraz automatyki przemysłowej. Wydarzenie świetnie wpisuje się w specyfikę regionu. Województwo podkarpackie leży na skrzyżowaniu międzynarodowych szlaków handlowych, jest kluczowym partnerem w organizacji transportu i stwarza znakomite warunki dla rozwoju firm związanych z branżą TSL. Autostrada A4, a wkrótce także droga ekspresowa S19, to wrota do handlu z najbliższymi sąsiadami Polski – Ukrainą i Słowacją, ale nie tylko. Za sprawą Portu Lotniczego w Jasionce i terminalu cargo – z Podkarpacia wysyłany jest towar na cały świat. To siła regionu, która rośnie wraz z branżą automotive. Województwo podkarpackie obok Śląska i Wielkopolski ma największy udział w polskim przemyśle motoryzacyjnym. ongres i Targi TSLA Expo Rzeszów 2018 budzą zainteresowanie wielu firm – od czołowych spedytorów, przez dostawców systemów transportowych, specjalistycznego sprzętu i powierzchni magazynowych, a także automatyki przemysłowej i serwisu, po sprzedawców dedykowanych logistyce rozwiązań IT i samochodów. Wszyscy spotkają się 28 i 29 września w największym w regionie centrum wystawienniczo-kongresowym – G2A Arena w Jasionce k. Rzeszowa. 

K

Więcej informacji biznesowych na portalu www.biznesistyl.pl


BIZNES

Program Targów TSLA Expo Rzeszów 2018

P

ierwszy dzień TSLA Expo – piątek, 28 września – skoncentruje się na wydarzeniach dedykowanych biznesowi. Głównym punktem programu będzie kongres poświęcony aktualnym problemom firm motoryzacyjnych, transportowych i logistycznych. Wypełnią go konferencje tematyczne i spotkania biznesowe oraz warsztaty prowadzone przez najlepszych specjalistów. Będzie okazja do wymiany doświadczeń, odkrycia nowych możliwości i rozwiązań dla biznesu. Na koniec pierwszego dnia Kongresu i Targów TSLA Expo wszyscy wystawcy i zaproszeni goście spotkają się na imprezie integracyjnej. Wieczór VIP będzie okazją do mniej formalnych rozmów oraz degustacji słynących ze świetnej jakości podkarpackich produktów przy muzyce na żywo. Sobota, 29 września, to dzień, na który zaplanowano dodatkowe atrakcje dla fanów motoryzacji oraz zwiedzających targi rodzin. Największy w Europie Środkowo-Wschodniej salon marki Harley-Davidson – GOC Harley-Davidson Rzeszów – zorganizuje II GOC Custom Bike Show, czyli konkurs na najlepszy modyfikowany motocykl. Pierwsza edycja konkursu na ubiegłorocznych targach była okazją do podziwiania niezwykłych customów, jakie powstają w warsztatach pasjonatów z różnych zakątków Polski. W tym roku znów będzie można zobaczyć te motoryzacyjne arcydzieła. Aby dorośli spokojnie mogli zwiedzać targowe stoiska, stworzona zostanie specjalna strefa zabaw dla dzieci, a w niej tor przeszkód do pokonania, warsztat małych mechaników i mnóstwo innych atrakcji. Podczas TSLA Expo Rzeszów 2018 będzie można wygrać motocykl Harley-Davidson! Konkurs odbędzie się na tych samych zasadach co przed rokiem – w G2A Arena wyeksponowana zostanie szklana urna wypełniona

88

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

bilonem. Osoba, która zgadnie, jaka to kwota lub będzie najbliższa właściwej odpowiedzi, zdobędzie harleya! Losowanie motocykla podczas drugiego dnia targów będzie z pewnością jednym z najbardziej emocjonujących punktów programu TSLA Expo i jak przed rokiem przyciągnie tłum zwiedzających. Zapisz datę

T

argi i Kongres TSLA Expo Rzeszów 2018 to wydarzenie, na którym warto być. Jako wystawca – ze względu na rangę przedsiębiorstw uczestniczących w targach, zasięg informacyjny, możliwości prezentacji swojej oferty dziesiątkom potencjalnych partnerów biznesowych oraz tysiącom gości, których dzięki atrakcyjnemu programowi imprezy nie zabraknie! Jako gość – ze względu na ciekawe prezentacje firm, najnowszych modeli samochodów osobowych, motocykli i potężnych ciągników, możliwość jazd testowych, atrakcje dla maluchów i okazję na wygranie harleya. Organizatorem Targów i Kongresu TSLA Expo Rzeszów 2018 są: firma SAGIER, Międzynarodowe Targi Rzeszowskie i Klaster Expo. Partnerzy to: Podkarpacki Urząd Marszałkowski, DKV i GOC Harley-Davidson Rzeszów. 


Przedsiębiorczość

Poddostawca

pilnie poszukiwany!

TSLA Expo

to okazja do marketingowego popisu

Artur Chmaj.

Motoryzacyjny biznes to tysiące kooperujących ze sobą firm. Duże marki zawierają umowy z setkami poddostawców. W łańcuchu dostaw mieszczą się małe, średnie i mikroprzedsiębiorstwa, a ich lista nigdy nie jest zamknięta. Rozsądny przedsiębiorca stale przygląda się szansom, jakie daje rynek. Jeśli znajdzie produkt lepszy pod względem jakości i ceny, będzie zainteresowany kupnem. Dlatego opłaca się walczyć o swoje, a najlepszą okazją do zapoznania się z gotową na kooperację firmą są targi. Na TSLA Expo Rzeszów 2018 będzie silna reprezentacja m.in. branży automotive i wielka szansa na dobre, biznesowe kontakty.

Tekst Alina Bosak Fotografie Tadeusz Poźniak

K

ongres i Targi TSLA Expo Rzeszów 2018 to wydarzenie, które umożliwia spotkanie w jednym miejscu i nawiązanie współpracy biznesom, zajmującym się motoryzacją, transportem, logistyką, auto-flotą, automatyką przemysłową i serwisem. To okazja do zaprezentowania oferty dziesiątek firm reprezentujących podkarpacki automotive i z nim współpracujących poddostawców narzędzi i metalowych części, firm przewozowych, żeglugowych, kolejowych, portów i lotnisk, usług kurierskich, wynajmu, budowy i ochrony magazynów, a także pakowania i składowania, wynajmu pojazdów transportu drogowego i szynowego, dźwigów i wózków oraz ich serwisu, naprawy i części. Branże TSL i automotive ze sobą współpracują i wiążą się z wieloma innymi dziedzinami gospodarki. Nowoczesna logistyka nie istnieje bez zaawansowanych rozwiązań IT. Firmy korzystają również z usług specjalistów z sektora prawnego i finansowego. – Na udziale w Kongresie i Targach TSLA Expo mogą skorzystać duże firmy, jak również małe i średnie przedsię-

92

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

biorstwa – mówi Artur Chmaj, dyrektor Centrum Innowacji i Przedsiębiorczości Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania, jeden z ekspertów panelu dla firm motoryzacyjnych podczas TSLA Expo 2017. – Targi motoryzacyjne wyznaczają pewne trendy i standardy. W tej branży szczególnie istotne jest pokazanie się na tle innych, jako konkurencja, ale i kandydat do współpracy. Dziś jedną markę samochodu produkuje wiele firm – podwykonawców. To daje duże możliwości mniejszym producentom i usługodawcom. Mogą oni zaproponować współpracę większym graczom, a na targach nadarza się ku temu wiele okazji. To miejsce popisu promocyjnego, marketingowego, miejsce służące wymianie myśli, ocen, poglądów i opinii o produktach. Korzystają na tym wszystkie firmy wystawiające się na targach. W ubiegłym roku w TSLA Expo uczestniczyło wielu prezesów, członków zarządu największych spółek motoryzacyjnych regionu, ale także znaczna liczba mniejszych firm, będących z jednej strony potencjalnymi usługodawcami, a z drugiej nabywcami samochodów. 


Przedsiębiorczość Na targach TSLA Expo prezentowana jest auto-flota, więc jest to dobra okazja, by przyjrzeć się nowinkom, podpatrzeć, jakie są kierunki, trendy rozwoju. – Duży biznes jest mocno zainteresowany współpracą z mniejszymi podmiotami. Motoryzacja charakteryzuje się wysokim poziomem kooperacji. Marka dostawcy samochodu terenowego, ciężarowego to jest pewien produkt. Za nim kryje się kilkuset, jeśli nie kilka tysięcy poddostawców różnych podzespołów, elementów, części. Branża jest zatem podatna na tego typu współpracę, a wiadomo, że kontakt łatwiej nawiązać na imprezie otwartej typu targi, kongres, niż poprzez biuro w siedzibie przedsiębiorstwa, gdzie trzeba pokonać wiele drzwi, zanim dotrze się do właściwej osoby – zauważa Artur Chmaj. – Na targach, kto szuka kontaktów, na pewno je znajdzie. Z tej okazji korzystają także duże firmy, bo każdy rozsądny przedsiębiorca przygląda się szansom, jakie daje rynek. Konkurencja dziś nie polega tylko na tym, że produkowane przeze mnie auto musi być większe, szybsze i bardziej ekonomiczne. Chodzi również o to, by komponent użyty w produkcji był lepszy, tańszy, bardziej ergonomiczny, nowoczesny. Dlatego lista poddostawców nigdy nie jest zamknięta. Poszukiwania stale się odbywają. Warto zatem walczyć o swoje. Targi to dobra płaszczyzna, by się o sobie dowiedzieć, pokazać swoje możliwości i ewentualnie nawiązać współpracę.

Podczas TSLA Expo 2018 w nawiązywaniu współpracy będą firmom dodatkowo pomagać specjaliści z ośrodka Enterprise Europe Network przy WSIiZ. Ośrodek planuje organizację spotkań biznesowych dedykowanych branży motoryzacyjnej z udziałem firm z zagranicy. Warto skorzystać z tej okazji i zgłosić swój udział w  spotkaniach B2B organizowanych podczas wydarzenia.

94

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

T

argi to także transport i logistyka, automatyka przemysłowa oraz serwis. Artur Chmaj zauważa, że te branże także mają swoje wyzwania. Zmienia się sytuacja na rynku, modyfikowane są przepisy unijne i pojawiło się pewne zagrożenie dla polskich firm transportowych, które w ostatnich latach zdominowały Europę. Być może trzeba modyfikować sposób działania, bardziej się integrować, bo niewątpliwie słabością tej branży jest duże rozdrobnienie. Kongres i Targi TSLA Expo 2018 będą okazją do wypracowania skutecznej strategii, może poszukania dodatkowych szlaków transportowych. Nowych rozwiązań potrzebuje również logistyka – systemy magazynowania, przeładunku są coraz bardziej innowacyjne i nowoczesne. Wszystkim zaczynają sterować komputery, tworzone i udoskonalane jest oprogramowanie. Trzeba orientować się w trendach, wiedzieć, co wnosi na rynki technika i IT. Dla tej wymiany wiedzy i informacji oraz zdobycia cennych kontaktów warto być 28 i 29 września na II Kongresie i Targach TSLA Expo 2018 w G2A Arena w Jasionce k. Rzeszowa. 


Wędrówki

Nikifora Od lat trzydziestych ubiegłego stulecia do ostatnich lat swego życia Nikifor odbywał liczne podróże artystyczne. Przemierzył nie tylko najbliższe okolice z malowniczą Doliną Popradu. Odwiedził także: Tarnów, Rzeszów, Krosno, Jasło i Przemyśl. Dotarł nawet do Lwowa. Tekst Antoni Adamski Fotografie Tadeusz Poźniak Reprodukcje Piotr Droździk, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu

– Nie było z tym najmniejszego problemu – wyjaśnia Zbigniew Wolanin, etnograf, kurator Muzeum Nikifora w Krynicy – Oddziału Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. – Pociąg odjeżdżał z Krynicy o godzinie 7, we Lwowie był punktualnie na 15. Między dawną stolicą Galicji a uzdrowiskiem panował ożywiony ruch. Przyjeżdżała tu na odpoczynek cała elita kulturalna i biznesowa. Wybudowano nawet dla niej specjalny dom wczasowy „Lwigród”. odróże Nikifora były pełne niespodzianek, ponieważ najczęściej nie stać go było na bilet kolejowy. Szukał pomocy u współpasażerów, próbował sprzedawać swoje obrazki, których nikt nie chciał. Gdy te usiłowania nie przynosiły rezultatów, konduktor wysadzał go na najbliższej stacji. Malarz nie odczuwał tego jako dotkliwej przykrości, gdyż nadarzała mu się okazja do namalowania kolejnego dworca kolejowego. Uwielbiał ten temat. Przedstawiał zarówno małe wiejskie stacyjki, jak i ogromne dworce mijanych miast.

P 96

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Epifaniusz Drowniak.

Po wojnie kolejowe przygody Nikifora nabrały szczególnego charakteru. W ramach akcji „Wisła” od kwietnia do lipca 1947 roku władze przesiedliły miejscowych Łemków z terenów Beskidu i Bieszczad na ziemie odzyskane. Widoki Krynicy pędzla artysty-żebraka wzbudziły szczególną czujność milicji: może pracuje on dla UPA? Wysiedlony wówczas Bazyli Sowa wspominał: „Jażem był wysiedlony 17 lipca i wtedy przywieźli do Łabowej tego Nikifora. Strasznie go obstawiali, bo szpiega przywieźli! (…) Znałem go z Krynicy sprzed wojny i tak sobie myślałem, żeby niemowa był szpiegiem – to raczej dziwne”. Malarz miał część języka przyrośniętą do podniebienia przez co niezrozumiale bełkotał. Ta niemożność porozumienia z władzą przesądziła o jego losie. Wywieziony pod Szczecin, wrócił koleją oraz pieszo – tak, jak się dało – do Krynicy. Z miejsca został zesłany po raz drugi już nie jako szpieg, lecz jako Łemko. Gdy wrócił powtórnie, miał zostać odesłany po raz trzeci – tym razem za żebractwo.


Artystyczne podróże

D

okument wystarczył na kolejne siedem lat. W sierpniu 1955 r. milicja odebrała mu go, zatrzymując właściciela za włóczęgostwo i kierując do domu starców. Interweniował wówczas historyk sztuki Andrzej Banach z Krakowa, powojenny odkrywca sztuki Nikifora. Banach napisał mu również na kartce swój adres „na wszelki wypadek”, choć nie wierzył, iż malarz potrafi z niego skorzystać. Jakież było jego zdziwienie, gdy zjawił się nieoczekiwanie. Wizyta trwała dwa tygodnie. Nikifor regularnie wracał do Banacha. Powstał wtedy wizerunek krakowskiej kamienicy przy ul. Mikołajskiej, podobnie jak później kamienicy w Warszawie, w której mieszkał etnograf Aleksander Jackowski. Nikifor miał znakomitą pamięć do architektury. Na akwareli utrwalił detale obu budynków. Ich wygląd poddał jednak pewnym korektom. W kamienicy krakowskiej zmienił nieładne wystawy sklepowe. Warszawską podwyższył o jedno piętro. Obie ulice upiększył, obsadzając je drzewkami, których w rzeczywistości nie było. Będąc w stolicy namalował także Pałac Kultury i Nauki, lecz otoczył go domami. Zmienił proporcje gmaszyska, czym wprawił w podziw architektów, znajomych Aleksandra Jackowskiego. Ostatnie podróże Nikifor odbywał własnym samochodem, prowadzonym przez jego opiekuna artystę-plastyka Mariana Włosińskiego. Przyjechał nim przed gmach warszawskiej „Zachęty”, która w 1967 r. zorganizowała retrospektywną wystawę jego prac. Z Włosińskim odbył także lotniczą podróż do Bułgarii. W samolocie dopytywał, dlaczego nad chmurami nie widzi latających aniołów. Przywiózł serię nadmorskich pejzaży oraz wizerunki: własny i opiekuna jadących na wielbłądach. Ostatnie swoje podróże odbywał do okolicznych cerkiewek, m.in. w Pielgrzymce k. Jasła. Zmarł 10 października 1968 r. w sanatorium gruźliczym w Foluszu pod Jasłem. isząc o życiu i wędrówkach Nikifora niczego nie możemy stwierdzić z całkowitą pewnością. Podróże Doliną Popradu i trasą kolejową do Lwowa w latach 30. można uznać za wędrówki artystyczne. Świadczą o tym jego szkicowniki, na kartach których znajdujemy widoki cerkiewek, kościołów, dworców kolejowych, krajobrazy oraz panoramy miast. Raczej nie malował z natury. Odtwarzał zapamiętany widok. Jeśli nie był pewny jakiegoś szczegółu, kilkakrotnie wracał w to samo miejsce. Malarz z biegiem lat doskonalił swój warsztat tak, aż osiągnął biegłość kandydata na studia architektoniczne. Świadczy o tym precyzyjny wizerunek wieży katedry tarnowskiej oraz kościoła oo. Bernardynów w Rzeszowie. Pojawia się on na kartach szkicownika kilkakrotnie. Raz z nieistniejącym w rzeczywistości szpiczastym hełmem wieży od strony zachodniej. Na kolejnych szkicach artysta kształt hełmu poprawił na barokowy. Zwraca uwagę wejście od południa umieszczone w nawie (a nie w parterze wieży), zwieńczone spiczastym daszkiem, który nie istnieje. Można wyjaśnić te zmiany „ulepszeniami” dokonywanymi niekiedy w czasie malowania. Korekty są raz mniejsze, raz większe. Na przykład kopułę cerkwi w Tyliczu przedstawił przymocowaną łańcuchami. „To dlatego, żeby wiatr nie zerwał” – wyjaśniał. Łańcuchy nigdy nie istniały – ani w Tyliczu, ani na dachu żadnej innej cerkwi. 

P

W

ówczas ujął się za nim burmistrz, a zarazem lekarz naczelny uzdrowiska, Ryszard Marmoń. 31 sierpnia 1948 r. wystawił mu zaświadczenie z pieczęciami i doklejoną fotografią. Czytamy w nim, iż Nikifor, zwany „Matejko”, jest synem głuchoniemej o nieznanym nazwisku. Urodzony w 1895 roku (wg jego zapodania) jest kawalerem i trudni się ulicznym malarstwem. „Wzrostu średniego, włosy ciemnoblond, czoło wysokie z lekką łysiną z przodu, oczy szare, nos proporcjonalny, niewyraźna mowa i przytępiony słuch”.

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

97


Artystyczne podróże

Nikifor z „Soborczykiem”. Zdjęcie wykonane prawdopodobnie przez Romana Turyna, Krynica 1932(?). „Soborczyk” to jeden z najsłynniejszych obrazów Nikifora. Dzięki R. Turynowi obraz zachował się do dzisiaj. Po śmierci R. Turyna (1979) obraz trafił do prywatnej kolekcji w USA.

R

eprezentacyjne dworce we Lwowie i Przemyślu (podpisanym: „PRZEMYSŁ”) zwracają uwagę dbałością o precyzyjne odtworzenie fasad budowli łącznie z detalem architektonicznym. Małomiasteczkowy dworzec w Krośnie ma również charakter studium z natury. Kłopoty sprawia widok dworca wiedeńskiego. Czyżby Nikifor zapuścił się aż tak daleko? Wyjaśnienie pośrednio przynosi ilustracja o zupełnie innym charakterze. Przedstawia ona dwóch starszych panów we frakach. Pod spodem napis: „ACCORD-FRANCO-ALLMAN”. Nie znaczy to, iż artysta znał francuski, skoro niezbyt dobrze władał polskim. Po prostu skopiował ilustrację dotyczącą podpisania jakiegoś porozumienia francusko-niemieckiego tak, jak posłużył się fotograficznym widokiem dworca wiedeńskiego. Miłość do dworców kolejowych pozostała Nikiforowi na całe życie. Przedstawia je wielokrotnie, tworząc nawet wiejskie stacyjki tam, gdzie nigdy nie poprowadzono linii kolejowej, jak np. we Florynce czy Szczawniku koło Muszyny. Ukryte u podnóża gór, oświetlone blaskiem zachodzącego słońca pozostają bezludne. W tamtych czasach na dworcach skupiało się życie codzienne zarówno metropolii, jak i niewielkiej mieściny. Tymczasem na akwarelkach Nikifora nigdy nie pojawia się sylwetka człowieka ani lokomotywa ze składem pociągu na torach. Malarz odtwarzał urządzenia techniczne, takie jak dźwigi portowe i przepływające statki. Przechowywał w swoich zbiorach do wykorzystania nawet katalog maszyn rolniczych. Dzieje się tak dlatego, iż Nikifor był „poetą architektury” – jak nazwał go jeden z krytyków jego twórczości. Ukształtowany został jako artysta w latach międzywojennych, kie-

98

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

dy wokół niego pojawiały się proste, oszczędne bryły budynków nowoczesnych. Takich jak np. słynna „Patria” wybudowana przez Jana Kiepurę za honoraria z koncertów. To luksusowy, modernistyczny hotel projektu znanego warszawskiego architekta prof. Bogdana Pniewskiego, z zachowanym do dziś stylowym wnętrzem (sprowadzane z Włoch marmury i alabastry) oraz tarasem wypoczynkowym na dachu. W swojej kompozycji Nikifor oszczędną funkcjonalistyczną architekturę przekształca zgodnie ze swoim gustem z minionej epoki. Likwiduje płaski dach na rzecz tradycyjnego – spadzistego. Rozczłonkowaną pionowymi dźwigarami fasadę przerabia na fronton tradycyjnego budynku sanatoryjnego. Jeszcze większe zmiany widzimy na akwareli przedstawiającej Nowy Dom Zdrojowy projektu prof. Witolda Minikiewicza. To podręcznikowy przykład funkcjonalistycznej architektury lat 30. Proste fasady z krytym pasażem handlowym wspartym na betonowych filarach, duże przeszklone powierzchnie, fontanna przed wejściem. Cały ten niesłychanie prosty język stylu awangardowego Nikifor zastąpił swoim własnym w duchu eklektyzmu. Dom Zdrojowy zyskał spadzisty dach, znikł charakterystyczny pasaż handlowy. Cofnięta w głąb część środkowa z głównym wejściem zyskała nieistniejącą w rzeczywistości wieloboczną wieżę, zaś na jej dachu malarz ustawił fantastyczną fontannę z amorkiem. Była ona zaprzeczeniem tej istniejącej – w stylu modernistycznym. ikifor okazał się surowym krytykiem architektury awangardowej. Preferował tę tradycyjną – eklektyczną, rodem z 2. połowy XIX stulecia. Skąd ta świadomość u pozornie zamkniętego na świat zewnętrzny człowieka? Aleksander Jackowski przeglądał kiedyś wraz Nikiforem albumy malarstwa. Nikifor bezbłędnie rozpoznawał jego charakter: „To niemieckie!” – mówił oglądając reprodukcję obrazu Cranacha. „To francuskie” – wskazywał na płótno Watteau. Gardził nagością Rubensa i Bouchera. W Wenus z Milo krytykował nie tylko jej obnażone piersi, lecz także brak rąk. Cenił sobie tematykę religijną, portrety królów, krajobrazy, sceny rodzajowe (Bruegla). Wyraźnie ożywił się oglądając Celnika Rousseau: „Kolega!” – skomentował. Jednego z naiwnych malarzy jugosłowiańskich obdarzył najwyższym możliwym komplementem: „Matejko!”. Nikifor, odkąd obejrzał „Bitwę pod Grunwaldem”(?), sam

N


Muzeum Nikifora w Krynicy Górskiej. przybrał jego nazwisko podpisując się „Nikifor Matejko z Krynicy”. W ten sposób manifestował, iż doskonale wie, jak wiele warta jest jego sztuka. czasie podróży Nikifor świadomie doskonalił swe umiejętności rysunku. Korzystał również z katalogów i książek. Wśród nich znalazły się zeszyty specjalistycznego wydawnictwa dla architektów „Monographies des batiments modernes” z końca XIX w. Jego celem było propagowanie francuskich projektów budynków publicznych wykonanych w eklektycznych stylach: neorenesansu i neobaroku. Zeszyty miały zatłuszczone od częstego przeglądania kartki. Z tym wydawnictwem wiążą się domysły, którym zaprzeczyć, ani których potwierdzić nie sposób. Otóż architekt Tadeusz Stryjeński wraz z bratem Karolem postanowili Nikifora kształcić. W tym celu zabrali go do Krakowa. Tadeusz Stryjeński wykładał w Miejskiej Szkole Przemysłu Artystycznego w Krakowie i organizował kursy dla zdolnej ubogiej młodzieży. Po pewnym czasie (roku? dwóch latach?) pechowi dobroczyńcy zniechęcili się do trudnego ucznia, z którym nie mogli zamienić nawet kilku zdań. Odesłali go z powrotem do Krynicy. Pewną wskazówką może być wspomniane wydawnictwo. W  skrzyni malarza zachowały się zeszyty od 1 do 36, zaś w Bibliotece Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie numery od 37 do 60, z adnotacją w karcie katalogowej, iż zostały zakupione od Stryjeńskiego. rchitektura Nikifora wskazuje cel, dla którego została zbudowana. Na dachu, w zwieńczeniu zastygła tańcząca para. To tutaj mieści się sala taneczna. Latarnię kopuły zdobi lira, co znaczy, iż jest to altana koncertowa. Na iglicy umocowano ozdobny rogalik: to gmach piekarni. Widać także zwierzęta, a nawet popiersie palącego papierosa mężczyzny. Dymią kominy wspaniałego gmachu: to fabryka dolarów – symbol amerykańskiego bogactwa. Tylko wnętrza kościołów i cerkwi zaludniają postacie świętych, a także duchowieństwa. Pojawia się autoportret artysty w koronie cerkiewnego patriarchy lub w infule biskupiej. To Nikifor od ołtarza głosi swoje przesłanie. Zasiada na honorowym miejscu na „Uczcie malarzy”, sprawuje surowe sądy nad złoczyńcami, którzy wyrządzili mu krzywdę. Na pytania, „Dlaczego maluje?”, Nikifor odpowiada: „Po to, aby ludzie wiedzieli, jak wygląda piekło i niebo”. A na to odpowiedzi udzielić może tylko jego sztuka.

W

Zbigniew Wolanin. Pisząc tekst korzystałem m.in. z: Andrzej Banach, Nikifor mistrz z Krynicy, Kraków 1957; Andrzej Banach, Nikifor, Warszawa 1983; Barbara Banaś, Nikifor (1895-1968), Warszawa 2006; Aleksander Jackowski, Świat Nikifora, Gdańsk 2005; Tadeusz Szczepanek, Z badań nad twórczością Nikifora, PSL nr 4/1974; Andrzej Osęka, Zbigniew Wolanin (wstęp), Nikifor, Olszanica 2000; Jerzy Zanoziński, Andrzej Banach (wstęp), Nikofor – katalog wystawy w „Zachęcie”, Warszawa 1967. Dziękuję Dyrekcji Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu oraz Panu Zbigniewowi Wolaninowi za pomoc w powstaniu publikacji o Muzeum Nikifora w Krynicy, posiadającym największy zbiór prac artysty. W ciągu 22 lat istnienia Muzeum odwiedziło pół miliona zwiedzających. 

A

Muzeum Nikifora w Krynicy Górskiej.

Więcej informacji kulturalnych na portalu www.biznesistyl.pl


M U Z Y K A

Magda Andres, rzeszowianka z głosem Amy Winehouse szykuje debiutancką płytę – Nie chcę planować kariery, na razie skupiam się na pracy nad debiutancką płytą – mówi Magdalena Andres, 25-letnia rzeszowianka, która oczarowała publiczność i jurorów podczas 10. edycji programu „Mam Talent”. Tymczasem karierę wróżą jej wszyscy, bo Magda ma to, co do sukcesu w branży potrzebne: niesamowity głos (niczym Amy Winehouse), „czuje” scenę, jest muzykalna i… harda. Płytę tworzy powoli, ale na własnych zasadach.

N

iedawno odbyła się premiera debiutanckiego singla Magdy pt. „Want we more”. Nastrojowy, jazzowy utwór jest zapowiedzią płyty, która będzie utrzymana w takim właśnie klimacie, jazzowo-elektronicznym. W pracy nad debiutancką płytą pomaga jej Kuba Wojciechowski, producent z Warszawy. Podążam własną ścieżką, a nie zaplanowaną przez wytwórnię

– Teraz pracuję nad drugim singlem. Wiem, że tempo nie jest szybkie, ale staram się, aby utwory na płycie były dopracowane, dokładnie takie, jak chcę. Podążam własną ścieżką, a nie określoną przez jakąś wytwórnię – mówi rzeszowianka. – Muzyka, którą tworzę, nie jest bardzo popularna. Jest raczej niszowa, ale chcę ją spopularyzować. To muzyka, która nie sprawdzi się na imprezach, ale jest znakomita do zasłuchania się. Wszystkie teksty piszę sama, w języku angielskim. ariera Magdy Andres nabrała tempa po występie w 10. edycji programu „Mam Talent”. 25-latka o niesamowitej barwie głosu zachwyciła jurorów już podczas pierwszego odcinka, a w kolejnych tylko potwierdziła wielki talent. Jurorzy już wtedy zapowiedzieli, że nie pozwolą jej zmarnować tego daru. Program dał jej rozpoznawalność, Magdzie kibicowali przyjaciele, uczniowie ze szkoły, w której uczy jej tato Sławomir Andres, a także osiedle, na którym jej mama prowadziła sklep. Choć nie wygrała programu, postanowiła zająć się muzyką. Zrezygnowała z dotychczasowej pracy, by poświęcić się pracy nad płytą. W ścieżce kariery pomaga jej menedżerka Katarzyna Morawska. - Program dał mi dużo możliwości, bo wcześniej nie przypuszczałam, że będę pisać teksty, pracować nad własną płytą – przyznaje Magda.

K

Płyta Magdy ma być gotowa jeszcze w tym roku

R

zeszowianka interesowała się muzyką od dzieciństwa, ale mówi, że nigdy nie miała wystarczająco dużo zapału, żeby się w tym kierunku rozwijać. Wychowała się wśród płyt kompaktowych i winyli taty. To on zabierał córkę na koncerty różnych zespołów. Śpiewać zaczęła dopiero w gimnazjum, ale interesowała się muzyką metalową, potem miała nawet własny zespół, z którym koncertowała i nagrała kilka utworów. Do śpiewania jazzu próbował ją przekonać nauczyciel z muzycznej szkoły rockowej z Rzeszowa, ale Magda uważała, że jazz jest dla niej nudny i wolała „zdzierać gardło”. – Dopiero kiedy zaczęłam śpiewać Adele i Amy Winehouse, przekonałam się, ile mogę zrobić ze swoim głosem – mówi Magdalena Andres, która najbardziej lubi słuchać muzyki elektronicznej, dynamicznej. Rzadko słucha utworów z wokalem. – Staram sie nie wybiegać do przodu i nie planować, gdyż zwykle wszystkie moje plany nie wychodzą, jednak mam zarys kolejnych kroków. Chciałabym grać więcej koncertów dla szerszej publiczności, gdyż do tej pory można było mnie usłyszeć głównie na zamkniętych imprezach – dodaje. Magdalena Andres jest córką Sławomira Andresa, historyka z IV LO w Rzeszowie oraz wnuczką cenionego historyka literatury Zbigniewa Andresa, emerytowanego profesora zwyczajnego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Debiutancka płyta Magdy ma się ukazać jeszcze w tym roku. 

Tekst Katarzyna Grzebyk Fotografia Tadeusz Poźniak

100

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Wojciech Jama.

„Teraz komiks!” Wojciecha Jamy

Z Wojciechem Jamą, twórcą Muzeum Dobranocek w Rzeszowie i organizatorem wystawy komiksu w Muzeum Narodowym w Krakowie, rozmawia Antoni Adamski Fotografia Mirosław Żak. Pracownia Fotograficzna MNK

Antoni Adamski: Jako pierwsze w Polsce Muzeum Narodowe w Krakowie zorganizowało wystawę komiksu. Tym samym ten popularny gatunek kultury masowej zyskał w kraju – ale nie w stolicy Podkarpacia – rangę sztuki. Wojciech Jama: Komiks, jak każdy inny gatunek artystyczny, może być dziełem sztuki. Bo tak jak w malarstwie, rzeźbie itp. spotkamy tu zarówno dzieła wybitne, jak i takie na poziomie kiczu. Muzea Narodowe w Krakowie i Warszawie nie dopuściły do swych sal ekspozycyjnych malarstwa Zdzisława Beksińskiego. Z komiksem było zapewne wiele problemów. Jak przekonywał pan dyrekcję Muzeum do pokazania swojej kolekcji? o wystawy doszło z inicjatywy dwóch moich krakowskich przyjaciół: Tomasza Trzaskalskiego – architekta, oraz Artura Wabika, grafika i wydawcy. Muszę przyznać, iż na spotkanie z dyrektorem Andrzejem Betleją i wicedyrektorem Andrzejem Szczerskim szedłem „najeżony”, a więc z nastawieniem, że będę musiał ich przekonywać, iż komiks także może być sztuką i że będę musiał walczyć o miejsce dla niego w salach wystawowych Muzeum Narodowego. Nic takiego się nie wydarzyło. Obaj dyrektorzy zaczęli od pytań: co mam w swoich zbiorach i jak te zbiory pokazać? Doszło do konkretnych ustaleń. Prace nad przygotowaniem ekspozycji trwały rok. Najpierw należało przygotować dokumentację i podjąć decyzję: co wystawić, a z czego zrezygnować. Później pokazać tło historyczne: skąd wziął się komiks w Polsce i na świecie? Nad wystawą pracowaliśmy przez rok jako trójka kuratorów; oprócz mnie Tomasz Trzaskalik, Artur Wabik oraz zespół pracowników Muzeum Narodowego w Krakowie. Nigdy przedtem nie wystawiał Pan swojej kolekcji? Owszem, lecz tylko w niewielkich placówkach, jak np. Muzeum Zabawek w Karpaczu, muzea samorządowe itp. Były to bardzo skromne ekspozycje...

D 102

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Wystawa Nie chciał pan pokazać komiksu w Rzeszowie? hciałem, ale nic z tego nie wyszło. Byłem w tej sprawie u dyrektora Biura Wystaw Artystycznych. Dyrektor kazał mi napisać podanie. Przyszła odpowiedź odmowna. Jak w takim razie komiks – rzekomo niegodny Rzeszowa – trafił do pierwszej placówki w kraju: do Muzeum Narodowego? Od dziesiątków lat pewne kierunki sztuki współczesnej inspirują się komiksem. Pop-art byłby bez komiksu nie do pomyślenia. Czy to coś nowego? Informuje o tych faktach nawet najbardziej pobieżny podręcznik historii sztuki. Trzeba go tylko chcieć przeczytać. Niemniej jednak Muzeum Narodowe w Krakowie podjęło ryzyko: jako pierwsza tak prestiżowa placówka w kraju zdecydował się pokazać komiks. Może dlatego, by przyciągnąć młodzież i tak nieFranciszek Kostrzewski, Protokomiks – obrazki z podpisami co „na siłę” podnieść muzealną frekwencję? – zamieszczony w periodyku „Kłosy” w 1871 r. Nie, w żadnym wypadku. Do kas ustawiały się długie kolejki. Stali w nich zarówno czterdziestolatkowie, młodzi ludzie, jak i dzieci. Dla tych pierwszych był to powrót do krainy dzieciństwa, dla drugich poznanie świata swoich rodziców – tego sprzed dziesięcioleci. Każdy ma swoją opowieść. Jaka jest ta Pańska opowieść? Jest Pan z zawodu grafikiem?

C

Nie. Jestem mechanikiem maszyn biurowych. Interesowałem się również lotnictwem. Mam za sobą dwadzieścia skoków spadochronowych w Aeroklubie Krakowskim oraz zdany w 1981 r. egzamin na kierunek pilotaż samolotów odrzutowych w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie. Po egzaminie skierowany zostałem na wakacyjne zgrupowanie lotnicze w Krośnie. Później rozpocząłem szkolenie. Miałem za sobą wylatanych 29 godzin, z tego 7 samodzielnie. 13 grudnia ogłoszony został stan wojenny. Po przemyśleniach zrezygnowałem z wojska. Zburzyłem tym samym rodzinną tradycję, bo ojciec służył w VI Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej w Krakowie od momentu jej założenia, czyli od roku 1957. Musiałem odsłużyć zasadniczą służbę wojskową. Później wróciłem do zawodu mechanika. W 1984 r. z Krakowskich Zakładów Instalacji Sanitarnych zostałem skierowany na kontrakt eksportowy na Węgrzech. Po powrocie pracowałem jako spawacz, zaopatrzeniowiec, ogrodnik. W lutym 1990 r. trafiłem do służby kryminalnej: przez dwa miesiące jeszcze w Milicji Obywatelskiej, a przez 17 lat w Policji. Od 11 lat jestem na emeryturze. Żadnej zawodowej styczności z komiksem? Komiksem zainteresowałem się już jako dziecko. Moją uwagę przyciągnął rysunek Bogdana Butenki. Podziwiałem jego ogromną dyscyplinę graficzną. Niby proste przedstawienie wykonane zaledwie kilkoma kreskami, a ileż w nim było treści! Obraz zafascynował mnie w latach 60. – na długo przed epoką kultury masowej. Telewizja powoli poszerzała krąg swoich odbiorców. Komiks łączy się ze sztuką animacji filmowej. Wielu bohaterów rzeszowskiego Muzeum Dobranocek – jak Gąska Balbinka, Gucio i Cezar, Gapiszon – najpierw było obecnych w wydawnictwach komiksowych. W odwrotnym kierunku poszły tak popularne serie przygód jak Bolka i Lolka, którzy z ekranu zeszli na karty wydawnictw. Odmienne były losy Tytusa, Romka i A’Tomka, których przygody drukowała harcerska gazeta „Świat Młodych”, zanim po kilku dziesięcioleciach wkroczyli na ekran. Jak narodził się komiks? oczątek dały mu opowieści obrazkowe z podpisami u dołu rysunku, zamieszczane cyklicznie w czasopismach. Prekursorem komiksu był szwajcarski nauczyciel, pisarz i rysownik Rudolf Töpffer (1799-1846), który w 1827 narysował „Historyjki pana Staroleśnego”. Kocha się on w korpulentnej damie, lecz dostaje od niej ustawicznego kosza. W trzy lata później historyjki trafiły – poprzez nauczyciela dzieci księcia Saksonii-Weimaru – w ręce samego Johanna Wolfganga Goethego, który dostrzegł w nich duże walory plastyczne. W 1833 r. przygody pana Staroleśnego ukazały się drukiem. W kolejnych latach stopniowo rozszerzał się krąg odbiorców; powstawały także nowe opowieści z innymi bohaterami. Nielegalnie kopiowane historyjki trafiły do Anglii i Stanów Zjednoczonych. W tym drugim kraju ukazywały się do końca lat 70. XIX stulecia. Mogli je znać przyszli twórcy klasycznego komiksu amerykańskiego. A komiks w Polsce? Historyjki z podpisami publikował na łamach wydawanego w latach 1865-1890 warszawskiego tygodnika literacko-artystycznego „Kłosy” Franciszek Kostrzewski (1826-1911). Każda z nich poświęcona była innemu bohaterowi. 

P

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

103


Wystawa Na przykład na zbudzonego nad ranem dziedzica zwalają się nieszczęścia jedno za drugim. Rzęsisty deszcz uniemożliwił sianokosy. Woły pozdychały, zaś do śmietanki wpadła żaba i z tego powodu nie będzie śniadania. W nocy złodziej ukradł konie. Z dachu leje się tak mocno, iż zamókł fortepian i dzieci nie mogą na nim ćwiczyć. W południe nie dzwoniły kościelne dzwony, bo Bartosz ukradł sznur, aby się na nim powiesić. Znany twórca scen rodzajowych, kronikarz Warszawy czasów pozytywizmu, miał wyostrzony zmysł społeczny. „Gdzie będziemy dzisiaj tańczyły?” – pytają elegancko ubrane panienki. „Co będziemy dzisiaj jadły?” – to kłopot ubogich. W latach międzywojennych rysunkowe historyjki zamieszczały m.in. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” i „Expres Ilustrowany” oraz pisma specjalizujące się w historiach obrazkowych jak „Tarzan”, „Wędrowiec”, „Karuzela”, „Gazetka Miki”. Od 1932 r. ukazywała się katowicka gazeta „Siedem Groszy” z przygodami Bezrobotnego Froncka, autorstwa Franciszka Struzika. Bohater – poczciwy, lecz niezbyt rozgarnięty – wciąż bezskutecznie poszukiwał pracy (były to lata Wielkiego Kryzysu). Rekordy popularności pobiły jednak przygody Koziołka Matołka w drodze do Pacanowa autorstwa Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, wydawane przez renomowaną firmę Gebethnera i Wolfa. Koziołek szczęśliwie przeżył wojnę, choć w latach 40. zbierał ideologiczne cięgi. Po 1956 r. został zrehabilitowany i ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Musiał jednak dostosować się do zmienionej rzeczywistości. W przedwojennej wersji Koziołek podróżuje na komecie; w dole widzimy panoramę Warszawy. W powojennym wydaniu zastąpiła ją sylweta Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Komiks polski nie od razu odnalazł się w powojennych realiach. Pamiętam swoje rozczarowanie, gdy zlikwidowany został – z powodów ideologicznych - tygodnik „Przygoda”, wychodzący w latach 1957-58. Poświęcone wyłącznie komiksowi pismo było rzekomo niewychowawcze. araz po wojnie komiks stał się popularny. Zajmowali się nim np. w „Świecie Przygód” wybitni ilustratorzy, jak Jan Marcin Szancer czy Jerzy Karolak (autor oprawy plastycznej słynnego „Elementarza” Mariana Falskiego). W latach 40. popularne „Echo Krakowa” drukowało przygody disneyowskiej Myszki Miki. (Po październikowym przełomie Klub Myszki Miki będzie co tydzień nadawany w Telewizji Katowice). W 1948 r. w tygodniku „Przekrój” pojawił się Profesor Filutek Zbigniewa Lengrena, który będzie ukazywał się aż do śmierci autora (w 2003 r.). W sumie przez 55 lat! W 1957 r. w „Świecie Młodych” Henryk Jerzy Chmielewski (ur. 1923, wcześniej był grafikiem „Świata Przygód”) zadebiutował przygodami Tytusa, Romka i A’Tomka. Tytus jest małpą, która bez ustanku usiłuje przystosować się do ludzkiej rzeczywistości. Wynikają z tego zabawne nieporozumienia i kłopoty pozostałych bohaterów. Choć w 1993 r. „Świat Młodych” przestał się ukazywać, autor nazywający się Papciem Chmielem opublikował 31 albumów komiksowych. Jego bohaterowie wystąpili także w filmie animowanym, w sztukach teatralnych, grach komputerowych, na znaczkach pocztowych. W ostatnich miesiącach Tytusa oglądać możemy nawet w reklamie. Razem z filmem o Janosiku powstał nowatorski graficznie, niezwykle dynamiczny komiks narysowany przez Jerzego Skarżyńskiego. Dla najmłodszych przeznaczone są komiksy Bohdana Butenki, który wykreował Gapiszona, Gucia i Cezara, Miśkę, Rycerskiego Kazia, Kwapiszona. Bohaterowie doczekali się licznych przedruków w krajach Europy Środkowej i Zachodniej. Komiks nie obronił się przed propagandą...

Z

W roku 1967 pracownicy Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej wymyślili postać kapitana Jana Żbika. Głównym pomysłodawcą był major Władysław Krupka, szef Wydziału Prasowego, który pod pseudonimami pisał powieści kryminalne. Pierwszym rysownikiem (a było ich siedmiu) został Zbigniew Sobala, który stworzył postać nieustraszonego i przystojnego oficera śledczego – na przekór popularnym stereotypom i prześmiewczym kawałom o milicjantach. Seria 53 książeczek osiągnęła łączny nakład 11,5 mln egzemplarzy i ukazywała się do roku 1982. To zrozumiałe, bo w stanie wojennym czekały MO zupełnie inne wyzwania. Ogromnym powodzeniem cieszył się kapitan Kloss – „nasz człowiek w Abwehrze” z telewizyjnego serialu „Stawka większa niż życie”. W wersji komiksowej główny bohater miał rysy aktora Stanisława Mikulskiego, którego kreacja cieszyła się międzynarodowym powodzeniem. Komiks wydawany w latach 1971-73 powstał na zamówienie szwedzkiego wydawnictwa Semic Press. Autorami wydawnictwa byli autorzy serialu: Andrzej Szypulski i Zbigniew Safjan. Rysunki wykonał Mieczysław Wiśniewski, grafik w MON. W wielomilionowych nakładach zeszyty z przygodami kpt. Klossa były sprzedawane także w Danii, Norwegii, Finlandii, Jugosławii. Mimo obecnych zastrzeżeń ideologicznych dotyczącym Klossa (współpracował w wywiadem sowieckim), jest on nadal popularny. Może dlatego, iż dotąd nikt nic lepszego nie wymyślił? Co powie Pan o najnowszym polskim komiksie? Nic. Nie sposób w wywiadzie „streścić” całej ekspozycji. Zachęcam do jej obejrzenia w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie. Czynna będzie do 22 lipca. A później? Czy i gdzie powstanie Muzeum Komiksu? Pewien skromny „fundament” w postaci moich prywatnych zbiorów już jest. Jestem przekonany, że w przypadku powstania podobnej instytucji muzealnej można by liczyć na wsparcie licznego grona autorów i miłośników sztuki komiksu. Pozostaje „drobiazg”... solidny partner w samorządzie, bądź też istniejącym muzeum, gotowy podjąć rozmowy na ten temat. 

104

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018


Rzeszów Carpathia Festival

P ROGRAM F ESTIWALU Piątek, 25 maja 2018

12.00. Polskie Radio Rzeszów, Studio Koncertowe im. Tadeusz Nalepy Spotkanie autorskie z Krzysztofem Dzikowskim – Honorowym Gościem Festiwalu. Krzysztof Dzikowski rozda fanom książkę pt. „Fruwam po ziemi”.

Sobota, 26 maja 2018

Krzysztof Dzikowski, Kamil Bednarek i walka o Grand Prix Carpathii Osiemnastu wykonawców z Europy i Azji powalczy 25-27 maja o Grand Prix podczas XIV Międzynarodowego Festiwalu Piosenki „Rzeszów Carpathia Festival”. W tym roku po raz pierwszy nagrody przyzna także ZAiKS, ZAKR oraz Fundacja im. Krzysztofa Dzikowskiego. Dzikowski, znakomity autor tekstów piosenek, będzie honorowym gościem Festiwalu, a jego słynne przeboje, jak „Ciągle pada”, „Anna Maria” czy „Dozwolone do lat osiemnastu” wypełnią inauguracyjny koncert. Gwiazdą niedzielnego finału będzie Kamil Bednarek.

Tekst Katarzyna Grzebyk

O

Grand Prix i inne cenne nagrody powalczy 8 zespołów i 10 solistów z Polski, Słowacji, Czech, Węgier, Litwy, Ukrainy oraz Izraela. Wygrali kwalifikacje i zostali zaproszeni do Rzeszowa decyzją jury, któremu przewodniczyła Dorota Szpetkowska. Wraz z nią decydowali Tomasz Filipczak, Roman Owsiak oraz Marek Kościkiewicz. Anna Czenczek, pomysłodawczyni i dyrektor festiwalu, podkreśla, że tegoroczna Carpathia będzie wyjątkowa m.in. ze względu na obecność Krzysztofa Dzikowskiego, legendy polskiej piosenki. Piosenki z jego tekstami wykonywali i wykonują wybitni artyści sceny polskiej, m.in.: Czesław Niemen, Maryla Rodowicz, Niebiesko-Czarni, Katarzyna Sobczyk, Anna German, Halina Frąckowiak, Irena Jarocka, Ewa Bem, Alibabki, Urszula Sipińska, Halina Kunicka, Karin Stanek, Krystyna Janda, Anna Maria Jopek, Anna Wyszkoni, Piotr Cugowski i wielu, wielu innych. Podczas festiwalu na rzeszowskim Rynku zabrzmi wyjątkowy koncert „Niebo z moich stron” z największymi przebojami polskiej piosenki, do których teksty napisał Krzysztof Dzikowski – m.in. „Ciągle pada”, „Dozwolone do lat osiemnastu”, „Tak bardzo się starałem”, „Anna Maria”, „Nie wiem, czy warto”, „Bądź poważny chociaż raz”, „Przyjdź w taką noc”. W wokalno-tanecznym spektaklu napisanym i wyreżyserowanym przez Annę Czenczek wystąpią soliści, absolwenci i Grupa Artystyczna Centrum Sztuki Wokalnej w Rzeszowie. 

Krzysztof Dzikowski.

Kamil Bednarek.

16.00-18.00. Płyta Rynku „Z okazji Dnia Matki i Dziecka” – rodzinne atrakcje z Muzeum Dobranocek 18.00-22.00. Scena Rynek Koncert festiwalowy – prowadzenie: Ilona Małek, prezenterka TVP 3 Rzeszów, i Mateusz Szymkowiak, prezenter TVP 2 18.00-19.00 – Koncert Zespołu Grzane Wino – promujący nowy album pt. „Bieszczady” 19.00 – 20.45 – Występy zespołów i wokalistów, walczących o Grand Prix Rzeszów Carpathia Festival 2018 20.45-21.00 – Otwarcie XIV Międzynarodowego Festiwalu Piosenki ,,Rzeszów Carpathia Festival” 2018 21.00-22.00 – „Niebo z moich stron” – koncert wokalno-taneczny z największymi przebojami polskiej piosenki do tekstów autorstwa Krzysztofa Dzikowskiego – w wykonaniu solistów i Grupy Artystycznej z Centrum Sztuki Wokalnej w  Rzeszowie pod kierunkiem Anny Czenczek, z  towarzyszeniem Orkiestry Festiwalowej Tomasza Filipczaka 22.00 – Ogłoszenie listy laureatów XIV Międzynarodowego Festiwalu Piosenki ,,Rzeszów Carpathia Festival” 2018 (bez podania miejsc).

Niedziela, 27 maja 2018

16.00-18.00. Płyta Rynku „Z okazji Dnia Matki i Dziecka” – rodzinne atrakcje z Muzeum Dobranocek 17.00-20.00. Płyta Rynku Odwiedziny Koziołka Matołka na rzeszowskim Rynku – na specjalny program dla dzieci, zabawy i konkursy z nagrodami zaprasza Europejskie Centrum Bajki im.  Koziołka Matołka w Pacanowie 18.00-22.00. Scena Rynek Koncert galowy – prowadzenie: Ilona Małek i Mateusz Szymkowiak 19.00 – Gala Piosenki Dziecięcej w wykonaniu dziecięcych Grup Artystycznych Centrum Sztuki Wokalnej w Rzeszowie 19.30-20.00 – Koncert Eleonory Vecchio (Włochy) – laureatki Grand Prix XIII Międzynarodowego Festiwalu Piosenki „Rzeszów Carpathia Festival” 2017, z towarzyszeniem Orkiestry Festiwalowej Tomasza Filipczaka 20.00-20.45 – Koncert Laureatów XIV Międzynarodowego Festiwalu Piosenki ,,Rzeszów Carpathia Festival” 2018 – zdobywców Grand Prix, I, II, III miejsca, nagród specjalnych oraz nagród ZAKR, ZAiKS i Fundacji im. Krzysztofa Dzikowskiego 20.45-21.00 – Ogłoszenie wyników festiwalu i wręczenie nagród laureatom 21.00-22.00 – Koncert Gwiazdy – Kamil Bednarek 22.00 – Zakończenie festiwalu.


Noc muzeów

19/20 maja

T

egoroczna rzeszowska Noc Muzeów 2018 odbędzie się w nocy z 19 na 20 maja 2018. W jej ramach będzie można bezpłatnie zwiedzać wszystkie rzeszowskie muzea i wiele innych instytucji kulturalnych, które dodatkowo przygotowały atrakcyjny program dla wszystkich uczestników. Noc muzeów cieszy się od lat dużą popularnością wśród mieszkańców regionu, bo jest świetną okazją do zapoznania się aż do późnych godzin nocnych z ciekawymi wystawami. Ponadto muzealnicy w tę jedną noc w roku udostępniają zwiedzającym eksponaty, które na co dzień nie są prezentowane i zapraszają za kulisy oraz w miejsca zwykle niedostępne. 

Muzeum Regionalne w Stalowej Woli Matejko

Wystawa czynna do 10 czerwca

W

ystawą „Matejko” Muzeum Regionalne w Stalowej Woli inauguruje obchody 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Wystawa jest przygotowana także z okazji 180. rocznicy urodzin artysty i 125. rocznicy jego śmierci oraz na jubileusz 200-lecia Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Jan Matejko (1838–1893), jeden z najważniejszych polskich artystów, malował przede wszystkim kompozycje historyczne, tworząc sugestywną i perswazyjną wizję dziejów Polski, słynny wielki cykl historyczny: Bitwa pod Grunwaldem, Kazanie Skargi, Hołd pruski, Kościuszko pod Racławicami, Batory pod Pskowem, Sobieski pod Wiedniem, Zamoyski pod Byczyną oraz wiele innych kompozycji ukazujących różne epizody polskiej historii. Malował także portrety znanych osobistości i rodziny. Jest autorem polichromii w kościele Mariackim w Krakowie. Wystawa prezentuje ponad dziewięćdziesiąt prac – obrazów olejnych, szkiców rysunkowych, reprodukcji drzeworytniczych i litograficznych jego prac. W siedmiu tematycznych przestrzeniach – Warsztat, Historia, Religia, Polichromia Mariacka, Pomnik Adama Mickiewicza w Krakowie, Portrety, Recepcja – zasygnalizowany jest fenomen Matejki. Na wystawie można zobaczyć dzieła bardzo rzadko pokazywane, m.in. przedstawienie Matki Boskiej ze Skarbca z klasztoru Paulinów na Jasnej Górze, wizerunek Jana Kochanowskiego z Akademii PAN i PAU w Krakowie czy unikatowy zbiór szkiców do albumu Ubiory w Polsce z Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Scenariusz i aranżacja: dr Anna Król. 

9. Dzień Odkrywców – Interaktywny Piknik Wiedzy

9 czerwca, godz. 11-18 Przed budynkiem V Politechniki Rzeszowskiej, ul. Powstańców Warszawy 12

S

woje osiągnięcia zaprezentują koła naukowe Politechniki Rzeszowskiej. Będzie o: fizyce, chemii, robotyce, wzornictwie przemysłowym, awionice, logistyce, informatyce, inżynierii środowiska i biotechnologii. Nie zabraknie też wysokich napięć, pokazów transformatorów Tesli, widowiskowych pojedynków wojów, zbrojnych czasów krucjat i rycerstwa epoki Grunwaldu. Grupy rekonstrukcji historycznych będą prezentować stroje dawne, przedmioty codziennego użytku, a także uzbrojenie ochronne i ofensywne ze swoich epok – od wczesnego średniowiecza po XIX wiek. Zwiedzający spotkają się ze sztuką – malarstwem, rzeźbą, metaloplastyką, ceramiką i muzyką. Podczas pikniku organizatorzy chcą zaakcentować 100-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę i 160 lat kolei w Rzeszowie. O godz. 18.30 w auli V1 Budynku V Politechniki Rzeszowskiej odbędzie się spotkanie z Wiktorem Niedzickim, popularyzatorem nauki, dziennikarzem, autorem około 800 programów telewizyjnych m.in. z cyklu „Laboratorium”. 

Więcej informacji kulturalnych na portalu www.biznesistyl.pl


Teatr

im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

Miłość i gniew premiera 27 kwietnia 2018

D

ramat brytyjskiego pisarza Johna Osborne’a w reż. Jana Nowary ukazuje skrajne wcielenia miłości pomiędzy czwórką głównych bohaterów. Balansowanie na granicy namiętności i nienawiści utrzymuje wszystkich przy życiu, jednocześnie ich niszcząc. Pozornie prowokatorem tej gry jest Jimmy, intelektualista bez serca uzależniony od narastających konfliktów, prowokator ataków, mąż Alison i przyjaciel Cliffa. Z początku wszyscy wokół niego zdają się być jego ofiarami. Niszczycielska energia staje się jednak niebezpiecznie atrakcyjna, co prowadzi do tragedii. Czy będzie ona jednak pozbawiona ciągu dalszego? Czy ktoś zostanie ocalony? Scenografię do spektaklu przygotowała Magdalena Gajewska, ruch sceniczny Tomasz Dajewski, on także wspólnie z Janem Nowarą opracował muzykę. Obsada: Paulina Komenda (gościnnie), Monika Kulczyk (gościnnie), Józef Hamkało, Michał Chołka, Karol Kadłubiec (gościnnie).

Sinobrody – nadzieja kobiet premiera 11 maja 2018

B

aśniowy Sinobrody Charlesa Perraulta podobno zabijał swoje żony, by w końcu z powodu swojego wewnętrznego zepsucia zostać potraktowanym jak one. W onirycznym dramacie niemieckiej dramatopisarki Dei Loher, kolejne mordy na zakochanych w mężczyźnie kobietach mają przybliżyć go do jego pierwszej, utraconej miłości. Obskurna garsoniera, a w niej mężczyzna i kobieta prowadzący perwersyjną grę. Czy da im ona spełnienie i nasycenie, którego tak pragną i pozwoli przetrwać trudności i banał codzienności? Czy nada ona ich życiu sens? Spektakl wyreżyserował Jakub Kasprzak. Autorką scenografii jest Adrianna Gołębiewska. Obsada: Dagny Cipora, Sławomir Gaudyn.


W

kwietniu w Warszawie po raz 24. wręElżbieta Lewicka, absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach, czono Nagrody Akademii Fonograficzkrytyk muzyczny, dziennikarka Radia Rzeszów. nej Fryderyk 2018 w kategoriach: muzyka poważna oraz rozrywka i jazz. Skrzydlate statuetki za całokształt otrzymali m.in. Zbigniew Wodecki (ciekawe, dlaczego za życia Mistrza nikt o tym nie pomyślał?), oraz Agnieszka Duczmal, na szczęście żyjąca i w świetnej formie, w tym roku kontynuująca 50. sezon koncertowy założonej przez siebie Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus. Na uwagę zasługują nieliczne wydawnictwa muzyki klasycznej i jazzowej, ale wszyscy artyści sygnujący swoimi nazwiskami owe płyty są mistrzami swoich instrumentów czy głosów i znają się na muzyce. To stwierdzenie nie dotyczy niestety reprezentantów kategorii muzyka rozrywkowa. Tu prawie co roku pojawiały się propozycje wtórne, nijakie, a wykonawcy przeciętni i bez osobowości (nieliczne wyjątki to Krzysztof Zalewski czy Kortez). Dlaczego współczesna polska muzyka rozrywkowa ma się coraz gorzej? Myślę, że rodzimi twórcy piosenek zapominają o najważniejszym elemencie muzycznego produktu. Tym „czymś” jest zgrabna melodia. Ci, którzy wielokrotnie udowodnili, że potrafią pisać chwytające za ucho i serce przebojowe i wartościowe jednocześnie melodie (S. Krajewski, J. Borysewicz, niemal zostali skazani na kompozytorski niebyt. Dziś w Polsce panuje moda na sceniczne „zosie-samosie”: sama sobie napiszę tekst, muzykę, sama to zaśpiewam i za wszystko sama wezmę kasę. Efekt jest na ogół żałosny, a nieliczne wyjątki (Ania Dąbrowska) potwierdzają wielki błąd muzycznej paralaksy i efekty tegoż w postaci braku przebojów oraz zalewającej polski rynek muzyczny coraz większej miernoty. Starsi wiekiem, doświadczeni zawodowo polscy piosenkarze z osobowością (M. Rodowicz, E. Geppert, G. Turnau) wiedzą, że warto korzystać z usług utalentowanych twórców, bo śpiewanie dobrych piosenek po prostu się opłaca – buduje markę i dobrą opinię o wykonawcy. Ale dzisiejszym światem rządzi wyłącznie pieniądz, więc „zosie- samosie” polskiego szołbizu szaleją. Jedynym kryterium popularności i uznania zdaje się być częstotliwość występowania na tzw. ściankach. Czy zauważyli Państwo, że na ściankach nigdy nie mizdrzył się Z. Wodecki, S. Soyka czy M. Szcześniak? Podczas tegorocznej gali Fryderyk 2018 ścianka była oblegana przez artystów mocno, a występy muzyczne – były mocne czy słabe? Zapamiętali Państwo któryś? Nie? Ja też nie! 


57. Muzyczny Festiwal w Łańcucie 19-27 maja 2018

W ciągu 9 dni festiwalowych melomani usłyszą 10 koncertów, w tym dwie słynne opery, musical „Skrzypek na dachu” i koncerty genialnych dzieci. Rosyjskiego skrzypka Vadima Repina, który w wieku 11 lat występował z recitalami w Moskwie, koncertującego po całym świecie 18-letniego jazzowego pianistę A BU oraz Georgijsa Osokinsa – finalistę i ulubieńca publiczności ostatniego Konkursu Chopinowskiego. Sopranem zachwyci Aleksandra Kurzak. Nowinką będzie robot-pianista, który zagra na fortepianie ze znaczną dynamiką i artykulacją, poruszając bardzo dokładnie i szybko swoimi 53 palcami.

Aleksandra Kurzak.

A BU. 19 maja 2018 r., godz. 19.00, plener przed Muzeum-Zamkiem w Łańcucie Inauguracja 57. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie Soliści, balet, chór, Orkiestra Opery Lwowskiej. W programie: Giuseppe Verdi – Opera „Bal maskowy”. Cena: 60 zł 20 maja 2018 r., godz. 20.00, plener przed Muzeum-Zamkiem w Łańcucie TEATR ŻYDOWSKI IM. ESTERY RACHEL I IDY KAMIŃSKICH W WARSZAWIE Reżyseria: Jan Szurmiej. W programie: Jerry Bock – Musical „Skrzypek na dachu”. Cena: 60 zł 21 maja 2018 r., godz. 19.00, Sala balowa Muzeum-Zamku w Łańcucie Tomasz Konieczny – baryton, Lech Napierała – fortepian. W programie: Richard Strauss – Pieśni, Sergiej Rachmaninow – Pieśni. Cena: 40 zł 22 maja 2018 r., godz. 19.00, Sala Balowa Muzeum-Zamku w Łańcucie Vadim Repin – skrzypce, Andrei Korobeinikov – fortepian. W programie m.in.: Claude Debussy, Igor Strawiński, Piotr Czajkowski. Cena: 50 zł

Teatr żydowski. 23 maja 2018 r., godz. 19.00, Sala koncertowa Filharmonii Podkarpackiej Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej Wojciech Rajski – dyrygent, Aleksandra Kurzak – sopran, Roberto Alagna – tenor. W programie m.in. Giacomo Puccini, Giuseppe Verdi, Georges Bizet. Cena: 100 zł 24 maja 2018 r., godz. 19.00, Sala balowa Muzeum-Zamku w Łańcucie Georgijs Osokins – fortepian. W programie m.in.: Jean Philippe Rameau, Jan Sebastian Bach/Ferruccio Busoni, Fryderyk Chopin. Cena: 50 zł 25 maja 2018 r., godz. 19.00, Sala koncertowa Filharmonia Podkarpacka Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej Massimiliano Caldi – dyrygent, TeoTRONICO – robot – pianista. W programie: Stefan Kisielewski, Gustav Holst, TeoTronico. Cena: 30 zł

26 maja 2018 r., godz. 17.00, Sala Balowa Muzeum-Zamku w Łańcucie Kwartet Wilanów: Tadeusz Gadzina – I skrzypce, Paweł Łosakiewicz – II skrzypce, Ryszard Duź – altówka, Olga Łosakiewicz-Marcyniak – wiolonczela, gościnnie Tomasz Strahl – wiolonczela. W programie: Joseph Haydn, Antonin Dvorak, Ignacy Feliks Dobrzyński. Cena: 30 zł 26 maja 2018 r., godz. 20.00, Sala Balowa Muzeum-Zamku w Łańcucie A BU – fortepian. W programie: Nikołaj Kapustin, Improwizacje. Cena: 40 zł 27 maja 2018 r., godz. 18.00, Sala koncertowa Filharmonii Podkarpackiej Zakończenie 57. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie Polska Opera Królewska W programie: Wolfgang Amadeus Mozart – Opera buffa – „Wesele Figara” Cena: 40 zł

KARNET FESTIWALOWY: 360 zł (9 koncertów) Karnety do nabycia tylko w kasie biletowej Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie. Kasa biletowa, tel. 17 852 02 72, rezerwacja@filharmonia.rzeszow.pl


W wygodnych ubraniach jak we własnej

skórze Tekst

Katarzyna Grzebyk

Fotografie

Magdalena Kocój/SRDF Clothing – Produkuję taką odzież, jaką sama chciałabym założyć. Z wysokiej jakości materiałów, dobrze uszytą, o ciekawym designie. Każda z kobiet jest inna, ale wszystkie chcą czuć się pewnie, pięknie i wygodnie. Chcę im to umożliwić, proponując ubrania ponadczasowe, które świetnie się sprawdzą na każdą okazję i będą służyć na długo – mówi Magdalena Kocój, autorka rozwijającej się marki odzieżowej SRDF Clothing z Rzeszowa oraz współprojektantka biżuterii Cosmigold. – Choć ciuchy są jedynie dodatkiem do naszego życia, dobrze jest, gdy się w nich dobrze czujemy.

U

brania SRDF Clothing wpisują się w popularny obecnie trend świadomego kupowania i wspierania rodzimych producentów, w którym chodzi o to, aby zaopatrywać się w produkty wytwarzane w Polsce na bazie sprawdzonych, bezpiecznych dla zdrowia surowców. Produkowane przez firmy, do właścicieli których można dotrzeć, porozmawiać albo po prostu sprawdzić i upewnić się co do jakości oferowanego asortymentu. To także wybieranie produktów wyselekcjonowanych od niszowych marek, ale za rozsądną cenę, i świadome wydawanie swoich pieniędzy. – Coraz więcej osób chce mieć wpływ na to, do kogo trafią wydane przez nich pieniądze: czy do dużego koncernu, czy na produkt, nad którym na każdym etapie produkcji pracowali ludzie zadowoleni – podkreśla Magdalena. Jej zdaniem, świadome kupowanie stoi w opozycji do wybierania produktów tych marek, które prowadzą masową produkcję, sztucznie barwią materiały i generują tony szkodliwych, nierozkładających się odpadów. Ciuchy te po kilku praniach zwykle nie nadają się do noszenia. – SRDF to skrót od seriously different, co oznacza, że nie tylko moja marka jest inna, ale każdy z nas jest inny. Dbam o to, aby materiały moich ubrań były wyjątkowe, wysokiej ja-

114

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Magdalena Kocój.

kości, by klientki wyglądały w nich dobrze, nawet zakładając je kilkadziesiąt razy. Nie chcę wprowadzać do oferty wielu produktów, bardziej zależy mi, aby te, które są dostępne, służyły klientkom przez miesiące, a nawet lata – wyjaśnia producentka. – Ubrania z mojej kolekcji są na tyle uniwersalne, że kupują je panie w różnym wieku, które chcą świadomie sięgać po modę i kompletować swoją garderobę. Artystka-muzyk, która postanowiła produkować ciuchy Magdalena Kocój jest kobietą wielu pasji i artystką znaną w Rzeszowie, zaraża niespożytą energią i pomysłowością. W ciągu ostatnich lat podejmowała się organizowania wielu inicjatyw w Rzeszowie i – jak dziś przyznaje – musiała mieć w sobie wiele odwagi, aby to robić. W 2011 roku prowadziła w mieście ogólnopolski projekt koperty POKA-POKA, dostarczając mieszkańcom informacji o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych w mieście. Potem wspólnie z partnerem Maciejem Czapczyńskim założyła portal Czytajniepytaj.pl, na którym publikowała artykuły o modzie, sztuce, artystach i muzyce. Wszystkie teksty pisała sama, gromadząc sporą społeczność – 30 tys. unikalnych użytkowników, w większości kobiety, z dużych polskich miast. 


Moda dy już raz sięgnie, zrobi to i kolejny, ponieważ są to fasony ponadczasowe, które w każdej garderobie powinny się znaleźć. Bazuję na materiałach wytwarzanych przez polskich producentów, głównie na wysokogatunkowej dzianinie, ale szukam też różnych smaczków w postaci ciekawych tkanin – jedwabi, kaszmirów, wełen. Produkuję z nich krótkie serie ciuchów. Magda jest producentką i modelką marki

To właśnie sukces portalu zachęcił ją do założenia własnego brandu odzieżowego SRDF Clothing. – Miałam narzędzie i grono potencjalnych klientek, którym mogłam zaproponować własny produkt – opowiada. Wybór był dość oczywisty, zwłaszcza że Magda od zawsze interesowała się modą i dbała o wizerunek, bo jako muzyk – wokalistka, skrzypaczka i pianistka – od lat występowała na scenie i już podczas nauki w szkole muzycznej „uczyła się” scenicznego stylu. pontanicznie powstała marka SRDF Clothing z Rzeszowa, która w rok po starcie wygrała konkurs na Startup Roku 2015 podczas jubileuszowej edycji spotkania Startup Mixer, zorganizowanego przez Akademicki Inkubator Przedsiębiorczości przy Uniwersytecie Rzeszowskim i Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania oraz Biuro Obsługi Inwestora Urzędu Miasta Rzeszowa. Wygrana była miłym zaskoczeniem, a Magda przyznaje, że zmotywowała ją do przeanalizowania różnych aspektów prowadzenia biznesu związanego z modą. Choć marka istnieje już 3 lata, dopiero teraz zaczyna rozwijać się tak, jak chciałaby tego właścicielka. – Planując produkcję i sprzedaż chciałam, aby projekty były w cenach, które pozwolą sięgnąć po nie każdej kobiecie. A kie-

S 116

VIP B&S MARZEC-KWIECIEŃ 2018

Magda nie nazywa siebie projektantką odzieży, bo jej produkty nie są typowo artystyczne, tylko producentką. Odpowiada za wybór materiałów i projekty wygodnych krojów, ale ubrania szyją pracownie krawieckie. Zdjęcia ciuchów wykonuje jej siostra Patrycja, zaś Magda firmuje swoją markę jako modelka. – Choć obie nie jesteśmy profesjonalistkami w tych dziedzinach, dobrze rozumiemy się i czujemy się na tyle swobodnie między wieszakami i ciuchami, aby prezentować modę – mówi. Kreatorka marki SRDF Clothing podkreśla, że produkuje takie ubrania, jakie sama chce zakładać, a że uwielbia ołówkowe spódnice i jest ich wierną fanką, to nie brakuje ich w kolekcji SRDF. – Moim zdaniem, w takiej spódnicy każda kobieta świetnie wygląda – twierdzi Magda. Poza tym spodnie, sukienki, bluzy, płaszcze, spódnice, bluzki oraz inne dodatki. To rzeczy oversize, jak i bardziej dopasowane, dostępne są w różnych rozmiarach. Są to ciuchy dobre zarówno na co dzień, jak i na specjalne okazje – wszystko zależy od dodatków. – Wśród moich klientek są takie kobiety, które mają chyba wszystkie oferowane przeze mnie elementy garderoby i noszą je przez cały rok – opowiada. Magdalena przyznaje, że klientki dowiadują się o jej marce pocztą pantoflową, dzięki poleceniom. Ubrania SRDF Clothing trafiają do różnych miast w Polsce oraz Europie. Sporą część stanowią też dziewczyny i kobiety z Rzeszowa, które mogą spotkać się z Magdą w kameralnym showroomie przy ul. Mickiewicza 4 w Rzeszowie. To właśnie tam Magda doradza klientkom i stylizuje je, stwarzając możliwość zakupu produktów, które jeszcze nie trafiły do sklepu internetowego. Cosmigold – autorska, efektowna biżuteria bez niklu W showroomie jest dostępna również autorska biżuteria Cosmigold, która także powstała z artystycznej pasji Magdy i potrzeby zakładania efektownej biżuterii na koncerty. Ponieważ na rynku nie było tego, czego szukała, a to, co jej się podobało, było zbyt kosztowne, zajęła się projektowaniem. Przypadek sprawił, że poznała Agatę Piątkowską, producentkę biżuterii z Rzeszowa, i w ten sposób powstała marka Cosmigold, oferująca biżuterię z czystego srebra o próbie 925, powlekaną 24-karatowym złotem, bądź rodowaną. – To czysta, piękna biżuteria bez niklu, jestem dumna z tego, że w całości powstaje w Rzeszowie – mówi Magda. – Rynek modowy, tak samo jak rynek biznesowy w Rzeszowie jest bardzo szeroki i dla każdego jest miejsce, pod warunkiem, że jest cierpliwy i pracowity – tłumaczy. – Internet daje wiele możliwości, aby zająć się tworzeniem i sprzedawaniem własnych produktów – kosmetyków, biżuterii, wyrobów handmade. Każdy ma tu szansę znaleźć swojego odbiorcę. 


Pretekst: Wernisaż wystawy „DAgArt CallinG” z okazji 3. rocznicy otwarcia DAgArt Galerie. Miejsce: DAgArt Galerie, Millenium Hall w Rzeszowie.

Dr Krystyna Węgrzyn-Białogłowicz z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Od lewej: Robert Wróbel, właściciel klubu Lukr; Marta Półtorak, prezes Marma Polskie Folie, właścicielka Millenium Hall; Agnieszka Bereś, właścicielka Salonu Fryzjerstwa The Stylist. Od lewej: Filip Rusin, projektant mody; Dagmara Kowal-Hazuka, właścicielka DAgArt Galerie; Joanna Rusin.

Od lewej: Renata Bomba, polonistka; Robert Wróbel, właściciel klubu Lukr; Marta Półtorak, prezes Marma Polskie Folie, właścicielka Millenium Hall; Dagmara Kowal-Hazuka, właścicielka DAgArt Galerie.

Od lewej: Anna i Leszek Kuchniak; Andrzej Piątek, krytyk teatralny. Barbara Olearka, projektantka mody; Paweł Olearka, artysta fotograf.

Od lewej: Andrzej Korzec, artysta malarz, Halina Przybylska i Stanisław Ożóg, ilustrator.

Marlena Proszak, właścicielka firmy Polimedia, Paweł Pasterz, popularyzator nauki i techniki, autor i gospodarz programu Radiolatorium w Polskim Radiu Rzeszów.

Timur Karim, artysta malarz. Renata Bomba, polonistka; Jarosław Reczek, Departamentu Edukacji, Nauki i Sportu w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Podkarpackiego.

Od lewej: Katarzyna Hadała, właścicielka bloga Lotnicze podkarpackie; Barbara Kędzierska, TWINN; Alina Bosak, dziennikarka VIP Biznes&Styl.

Więcej informacji z wydarzeń biznesowych i kulturalnych na portalu www.biznesistyl.pl


Pretekst: Smart Congress: Project, Building&City podczas 23. Targów Budownictwa Expo Dom. Miejsce: Hala Podpromie w Rzeszowie.

Od lewej: dr hab. inż. arch. Andrzej Białkiewicz, prorektor ds. ogólnych Politechniki Krakowskiej; Robert Bielówka, dyrektor Międzynarodowych Targów Rzeszowskich; Wojciech Buczak, poseł PiS; Marek Ustrobiński, wiceprezydent Rzeszowa; arch. Maciej Jamroży, prezes URBAN Project Sp. z o.o.; Marek Chrobak, prezes rzeszowskiego oddziału SARP.

Prof. Magdalena Jagiełło-Kowalczyk z Politechniki Krakowskiej, przewodnicząca komitetu kongresu; Wojciech Buczak, poseł PiS. Dr inż. Bogdan Siedlecki, Politechnika Krakowska.

Łukasz Zieliński z firmy Greinplast.


Bogusław Barnaś, właściciel BXB Studio.

Arch. Maciej Jamroży, prezes URBAN Project Sp. z o.o.

Maciej Łobos, prezes MWM Building Design Group z Rzeszowa.

Prof. Janusz Rębielak z Politechniki Krakowskiej.

Tomasz Fąfara, dyrektor zarządzający firmy VIDOK.


Miejsce: Galeria na Najwyższym Poziomie Elektromontażu-Rzeszów. Pretekst: Jubileusz 10-lecia Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych.

Pegaz Zachęty - statuetka zaprojektowana przez Krzysztofa Brzuzana na 10-lecie Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych.

Członkowie i sympatycy Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych: (od lewej) Celina Dziedzic, szefowa Galerii na Najwyższym Poziomie Elektromontażu-Rzeszów; Bogusław Panek, wiceprezes Elektromontażu-Rzeszów SA; Jacek Nowak, prezes Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych; prof. UR Magdalena Rabizo-Birek; Jan Krygowski; Sławomir Ciuł, prezes ElektromontażuRzeszów SA; Teresa Drupka, szefowa Galerii ICN Polfa; Jolanta Fronczek-Burkacka; Błażej Burkacki; Roman Małek; Marzena Kowalska; Elżbieta Kolano; prof. UR Stanisław Białogłowicz; Stanisława Uriasz; Tadeusz Pietrasz, prezes ICN Polfa; Krystyna Węgrzyn-Białogłowicz. Z przodu przykucnęli – January Witaszewski i Rafał Białorucki. Katarzyna Pawlak, dyrektor Wydziału Kultury, Sportu i Turystyki Urzędu Miasta Rzeszowa i Jacek Nowak, prezes Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych.

Stanisława Uriasz i Tadeusz Pietrasz, prezes ICN Polfa.

Od lewej: Celina Dziedzic, szefowa Galerii na Najwyższym Poziomie ElektromontażRzeszów; Jacek Nowak, prezes Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych; Tadeusz Pietrasz, prezes ICN Polfa.

Od lewej: Celina Dziedzic, szefowa Galerii na Najwyższym Poziomie ElektromontażuRzeszów; Jacek Nowak, prezes Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych; Bogusław Panek, wiceprezes Elektromontażu-Rzeszów SA.

Od lewej: Jacek Nowak, prezes Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych, i Adam Głaczyński, dziennikarz Radia Rzeszów.

Od lewej: Andrzej Korzec; Błażej Burkacki; Jolanta Frączek-Burkacka.

Od lewej: Celina Dziedzic, szefowa Galerii na Najwyższym Poziomie Elektromontażu-Rzeszów; Bogusław Panek, wiceprezes Elektromontażu-Rzeszów SA; Jacek Nowak, prezes Podkarpackiej Zachęty Sztuk Pięknych; Sławomir Ciuł, prezes Elektromontażu-Rzeszów SA.


VIP MARZEC-KWIECIEŃ  

• W uprawianiu nauki najważniejsze są wątpliwości! • Mamy rynek pracownika • Bogusław Barnaś - najważniejsza jest wyobraźnia • Twarze Podkar...

VIP MARZEC-KWIECIEŃ  

• W uprawianiu nauki najważniejsze są wątpliwości! • Mamy rynek pracownika • Bogusław Barnaś - najważniejsza jest wyobraźnia • Twarze Podkar...

Advertisement