Page 1

dwumiesięcznik podkarpacki

Numer 5 (31)

Wrzesień-Październik 2013

CENTRALNY OKRĘG PRZEMYSŁOWY NA PODKARPACIU WCZORAJ I DZIŚ

Portret

RYSZARD I ROBERT CIEŚLOWIE Jak baryton z tenorem

gospodarka

Kryzys w Polsce i na świecie ISSN 1899-6477

VIP TYLKO PYTA

moda

Wojna w Syrii oczyma Syryjczyka

Ze stylowej gliny ulepiona III Rzeszowskie Święto Wokalne

Na okładce

Marek Darecki Janusz Zakręcki


VIP BIZNES&STYL Wrzesień – Październik 2013

26-31

Ayham Mohsin: Syria to ostatni bastion walki z radykalnym islamem. Politycy zachodni – czy to z Europy, czy z USA – nie rozumieją tej kwestii. Z krzywdą dla swoich narodów, bo za chwilę ten radykalny islam rozproszy się w Europie. Ja jestem Syryjczykiem, patriotą. Chcę, byśmy – wraz z moim przyjacielem sunnitą i moim przyjacielem chrześcijaninem – żyli ze sobą w zgodzie, w świeckim państwie. Co robi Asad? Chce ocalić Syrię. On jest gwarantem jednej, jednolitej Syrii. Może wysyła wojsko i policję na opozycję, ale jak banda zbirów wjechałaby do miasta i wzięłaby zakładników, to co by zrobił polski rząd?

LUDZIE I HISTORIA

RAPORTY I REPORTAŻE

VIP TYLKO PYTA

70 Anna Koniecka rozmawia z Antonim Przechrztą

18 Centralny Okręg Przemysłowy na Podkarpaciu 48 Elżbieta i Piotr Latawcowie Inżynierze Kwiatkowski, dziękujemy! Rowerowa podróż życia po Polsce Wschodniej 26 Aneta Gieroń i Jaromir Kwiatkowski rozmawiają z Ayhamem Mohsinem, Syryjczykiem,

Intuicja w biznesie

ortodontą z Rzeszowa Wojna w Syrii oczyma Syryjczyka

84 Biznes z klasą Koncertowe bokserki

SYLWETKI

KULTURA

65 Arkadiusz Kłusowski Rok największej szansy!

67 III Rzeszowskie Święto Wokalne 22-27 października

34 Ryszard i Robert Cieślowie Jak baryton z tenorem

52 VIP Kultura W Sanoku ożył dwór


86

48 34 Wrzesień – Październik 2013 STYL ŻYCIA

12

80

Winobranie Podkarpackie winem słynące

14

Spotkania z cyklu BIZNESiSTYL.pl „Na Żywo” Kryzys w Polsce i na Podkarpaciu. Odwołany czy nie?!

62

FELIETONY

40

Jarosław A. Szczepański Jest dobrze, ale źle

42

Krzysztof Martens Franciszku, musisz!

MUZYKA

62

Kora Czuję się spełniona

NAUKA

76 Współpraca podkarpackich uczelni z biznesem 80 Innowacje Bezzałogowce Grzegorza Łobodzińskiego MODA

86

Jej styl Ze stylowej gliny ulepiona

BUDOWNICTWO

104 Nowoczesny wymiar okien 4

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

104

52


OD REDAKCJI

Kompetencje, panowie! To było ulubione powiedzenie Eugeniusza Kwiatkowskiego, przedwojennego wicepremiera i twórcy COP – jakże aktualne w III RP, nieprawdaż!? I dobrze, że Eugeniusz Kwiatkowski działał w pierwszej połowie XX wieku, bo pozostawił po sobie Centralny Okręg Przemysłowy, Gdynię i jeszcze kilka innych projektów. Dziś w polskiej polityce nie miałby szans na posadę szofera. Czasy bezpartyjnych fachowców w polityce każdego szczebla minęły bezpowrotnie, a jakie są tego efekty, możemy oglądać na co dzień. I choć idealizowanie nigdy nie jest dobrym doradcą, to przedsięwzięcie, jakim był Centralny Okręg Przemysłowy, w ramach którego na obszarze obecnego województwa podkarpackiego powstało wiele fabryk, imponuje, nawet w XXI wieku. Przede wszystkim tempem i jakością pracy oraz nowoczesnością inwestycji, które na tamte czasy należały do najbardziej innowacyjnych w Europie. Dlaczego ludzi formatu Kwiatkowskiego nie ma dziś w polityce? Bo… Warto niekiedy przyjrzeć się wystąpieniom publicznym, gdzie obok siebie głos w dyskusji zabierają przedstawiciele polityki samorządowej lub rządowej i dużego biznesu prywatnego, albo korporacji. Zwykle tych pierwszych dzieli od tych drugich przepaść intelektualna, mentalna, a nawet kulturalna. Na niekorzyść tych pierwszych, oczywiście. Smutno, żeby nie powiedzieć – z zażenowaniem, się na to patrzy. Etos służby publicznej dawno gdzieś się rozpłynął. Najważniejsza jest lojalność wobec partyjnych liderów. A mierność? Stała się atutem! Polityka ma też to do siebie, że pokusa wykorzystywania informacji do manipulacji bywa niezwykle pociągająca. Od ponad dwóch lat obserwujemy dramat wojny domowej w Syrii i nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy i jak ten konflikt się zakończy. Ayham Mohsin, Syryjczyk od 14 lat mieszkający w Rzeszowie, stawia tezy, które dla większości z nas, czerpiących wiedzę o sytuacji w Syrii wyłącznie z największych polskich mediów, mogą być szokujące. Dlatego, kompetencje, panowie! Kompetentnymi najtrudniej manipulować.

redaktor naczelna


REDAKCJA redaktor naczelna

Aneta Gieroń aneta@vipbiznesistyl.pl tel./fax: 17 862-22-21

zespół redakcyjny fotograf

Jaromir Kwiatkowski jaromir@vipbis.pl Anna Olech anna@vipbiznesistyl.pl Katarzyna Grzebyk katarzyna@vipbis.pl

skład

Artur Buk

współpracownicy i korespondenci

Anna Koniecka, Paweł Kuca, Antoni Adamski Jarosław Szczepański, Krzysztof Martens, Jerzy Borcz

Tadeusz Poźniak tadeusz@vipbiznesistyl.pl

REKLAMA I MARKETING dyrektor ds. promocji Inga Safader-Powroźnik inga@vipbiznesistyl.pl tel. 17 862-22-21 dyrektor ds. reklamy

Adam Cynk adam@vipbiznesistyl.pl tel. 17 862-22-21 tel. kom. 501 509 004

biuro reklamy

Grażyna Janda grazyna@vipbiznesistyl.pl tel. kom. 502 798 600

ADRES REDAKCJI

ul. Cegielniana 18c/2 35-310 Rzeszów tel. 17 862-22-21 fax. 17 862-22-21

www.vipbiznesistyl.pl e-mail: redakcja@vipbiznesistyl.pl

WYDAWCA SAGIER PR S.C. ul. Cegielniana 18c/2 35-310 Rzeszów

www.facebook.com/vipbiznesistyl


WYDARZENIE

The living room.

estiwal, organizowany od 2011, roku przypomina o trzech geniuszach teatru, których świat nie do końca identyfikuje z Rzeszowem i Podkarpaciem. A przecież Jerzy Grotowski jest obecny w tak wielu miejscach Rzeszowa. W Pałacyku Lubomirskich tuż przy Alei pod Kasztanami, gdzie się urodził, w kamienicy przy ul. Szopena, gdzie jego rodzina na czas jakiś znalazła schronienie w czasie wojny, w księgach parafialnych, gdzie jest akt chrztu małego Jurka, w Nienadówce. Jednocześnie Grotowski to jeden z największych reformatorów teatru XX wieku. Genialny dyrektor Teatru 13 Rzędów w Opolu, wizjoner Teatru Laboratorium we Wrocławiu, geniusz i prowokator, autor jednego z najważniejszych manifestów teatralnych XX wieku – „Ku teatrowi ubogiemu”. Znakomity Tadeusz Kantor, twórca teatru Cricot 2, i jego spektakle: „Umarła klasa”, „Wielopole, Wielopole”, „Nigdy tu już nie powrócę” – tak bardzo wpisują się w Wielopole Skrzyńskie, w tamtejszą plebanię, gdzie Kantor się urodził. W końcu Jerzy Szajna, postać może najbardziej w Rzeszowie znana, przez lata mocno tu obecna. Jego spektakl „Deballage” wielokrotnie wystawiany był na deskach Teatru im. Wandy Siemaszkowej, a prace wybitnego malarza, scenografa i reżysera na stałe prezentuje Szajna Galeria. – W tym roku formuła festiwalu poszerzona jest o międzynarodowy konkurs dla teatrów instytucjonalnych i nieinstytucjonalnych, prowadzących żywy dialog z twórczością, ideami, dokonaniami artystycznymi Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora i Józefa Szajny – mówi Aneta Adamska, dyrektor artystyczna festiwalu. – Festiwalowi towarzyszyć będzie też niezwykła wystawa: „W kręgu Szajny i Kantora. Krakowska szkoła scenografii po 1956 roku: Andrzej Majewski, Krzysztof Pankiewicz, Kazimierz Wiśniak, Krystyna Zachwatowicz”, jaką będzie można oglądać w rzeszowskim Biurze Wystaw Artystycznych. Na duże festiwalowe wydarzenie zapowiada się promocja najnowszej książki prof. Zbigniewa Osińskiego „Spotkania z Jerzym Grotowskim”. Interesująca tym bardziej, że prof. Osiński jest najwybitniejszym znawcą twórczości Grotowskiego, a jednocześnie bardzo aktywnym uczestnikiem oraz mentorem wszystkich edycji rzeszowskiego festiwalu. „Źródła pamięci. Grotowski – Kantor – Szajna”, zorganizowane przez Urząd Miasta Rzeszowa, potrwają w tym roku od 16 do 20 października. Większość spektakli, na które wstęp jest wolny, odbędzie się w Teatrze Maska. Tam też nastąpi otwarcie festiwalu i premiera tegoż teatru – „Na pełnym morzu”. Spotkania autorskie zaplanowane są w rzeszowskim BWA, zaś promocja książki prof. Osińskiego w Galerii Miasta Rzeszowa. Workcenter of Jerzy Grotowski and Thomas Richards w spektaklu „Living room” zobaczymy w I LO w Rzeszowie, zaś festiwal zakończy przedstawienie „Dybuk” w Teatrze Przedmieście. Szczegółowy program festiwalu znajduje się na stronie Teatru Maska www.teatrmaska.pl i Teatru Przedmieście www.teatrprzedmiescie.pl ■

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Archiwum Teatru Przemieście


2013

Najbardziej Najbardziej wpływowi Podkarpacia wpływowi Podkarpacia

Już w listopadzie po raz drugi wręczymy wyróżnienia dla Najbardziej Wpływowych Podkarpacia 2013 roku. Wielka Gala VIP-a połączona z wręczeniem statuetek autorstwa znakomitego rzeźbiarza, Macieja Syrka oraz recitalem Hanny Banaszak odbędzie się 23 listopada 2013 r. w Filharmonii Podkarpackiej. Nagrody przyznane zostaną w czterech kategoriach: VIP Polityka 2013, VIP Biznes 2013, VIP Kultura 2013 oraz VIP Odkrycie Roku 2013. We wrześniowym wydaniu magazynu VIP prezentujemy wszystkie osoby nominowane w konkursie w poszczególnych kategoriach, z wyjątkiem Odkrycia Roku, które ma być największą niespodzianką w rankingu naszego magazynu. Zwycięzcy zostaną wybrani na podstawie głosów blisko 200 osób, przedstawicieli życia publicznego: polityków, samorządowców, przedstawicieli wolnych zawodów, przedsiębiorców, artystów, szefów instytucji. Swój bardzo ważny udział w głosowaniu będzie miała też Kapituła Konkursowa w skład której wchodzą: prof. Aleksander Bobko, rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego; dr Krzysztof Kaszuba, rektor Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie; Jerzy Borcz, adwokat z Rzeszowa; Henryk Pietrzak, prezes Radia Rzeszów; Aneta Gieroń i Inga Safader-Powroźnik, wydawcy magazynu VIP Biznes&Styl; Krystyna Lenkowska, anglistka i poetka; dr Wergiliusz Gołąbek, prorektor ds. rozwoju i współpracy WSIiZ w Rzeszowie; Barbara Kuźniar-Jabłczyńska, dyrektor ds. Funduszy Europejskich w Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim; Monika Szela, dyrektor Teatru Maska. Na honorowych członków Kapituły zaprosiliśmy też ubiegłorocznych laureatów naszego rankingu: prof. Martę Statuetka VIP-a Wierzbieniec, dyrektorkę Filharmonii Podkarpackiej; Marka Dareckiego, prezesa WSK Rzeszów autorstwa Macieja Syrka. i Jana Burego, posła PSL-u.

Nominacje Władysław Ortyl, marszałek województwa podkarpackiego, od 2005 do 2013 roku senator PiS. W latach 2005-2007 sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Elżbieta Łukacijewska, posłanka PO do Parlamentu Europejskiego. Przez 6 lat (2004-2010) była przewodniczącą, a następnie wiceprzewodniczącą Regionu Podkarpackiego PO. Tadeusz Ferenc, samorządowiec i polityk, od trzech kadencji prezydent Rzeszowa. Wcześniej był m.in. prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej Nowe Miasto w Rzeszowie. Zbigniew Rynasiewicz, od 2005 r. poseł Platformy Obywatelskiej. Przewodniczący sejmowej komisji infrastruktury. Od 2013 roku sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu. Małgorzata Chomycz-Śmigielska, wojewoda podkarpacka. Od 2006 r. dyrektor biura podkarpackiej PO, w 2007 r. została wicewojewodą, a w grudniu 2010 r. po raz pierwszy objęła urząd wojewody.

Polityka Stanisław Ożóg, od 8 lat poseł Prawa i Sprawiedliwości. W latach 1992-1998 był burmistrzem Sokołowa Małopolskiego, od 1999 r. do 2005 r. zajmował stanowisko starosty rzeszowskiego. Krystyna Skowrońska, posłanka PO, była prezes Banku Spółdzielczego w Przecławiu. W Sejmie nieprzerwanie od 2001r., wiceprzewodnicząca sejmowej komisji finansów publicznych. Tomasz Poręba, poseł PiS do Parlamentu Europejskiego. Zanim został eurodeputowanym, przez kilka lat pracował w Brukseli jako urzędnik. Wiceprzewodniczący rzeszowskiego PiS. Marek Kuchciński, poseł PiS od 2001 roku. W latach 1999– 2001 zajmował stanowisko wicewojewody podkarpackiego. W 2010 roku został wicemarszałkiem Sejmu. Piotr Przytocki, prezydent Krosna od 2002 roku. Wybory w 2006 r. i w 2010 r. wygrywał z ponad 70. poparciem wyborców. Tygodnik „Newsweek Polska” przyznał mu tytuł „Najlepszy Prezydent w Polsce 2008”.

Mecenas Gali VIP-a

Sponsorzy główni Gali VIP-a


Nominacje

Biznes

Nominacje

Adam Góral, współzałożyciel i prezes Asseco Poland SA. Prezes Podkarpackiego Klubu Biznesu, współzałożyciel Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie. Janusz Zakręcki, prezes PZL Mielec. Absolwent Politechniki Krakowskiej, który sprowadził do Mielca produkcję legendarnych śmigłowców Black Hawk. Marta Półtorak, prezes Marma Polskie Folie, prezes sekcji żużlowej Stali Rzeszów, właścicielka Galerii Millenium Hall w Rzeszowie. Adam i Jerzy Krzanowscy, założyciele i współwłaściciele firmy „Nowy Styl”, która wyprodukowała ponad 50 mln krzeseł i jest największym wytwórcą foteli oraz krzeseł w Europie Środkowej. Ryszard Ziarko, założyciel i właściciel firmy „Ciarko”. Największy w Polsce i trzeci w Europie producent okapów kuchennych z Sanoka. „Ciarko” zatrudnia ponad 400 osób i produkuje ponad 700 tys. okapów rocznie. Wojciech Materna, prezes i założyciel Stowarzyszenia „Informatyka Podkarpacka” skupiającego kilkadziesiąt firm informatycznych z naszego regionu. Wiesław Grzyb, przedsiębiorca z Dębicy, założyciel i prezes Arkus & Romet Group, który w ciągu ćwierćwiecza zbudował największe w Polsce imperium rowerowe, którego roczne obroty sięgają 200 mln zł. Artur Kazienko, prezes zarządu i właściciel Kazar Footwear z Przemyśla. Buty i torebki z logiem Kazar są od dawna znane i popularne wśród gwiazd oraz projektantów mody. Piotr Mikrut, prezes Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka SA, firmy będącej jednym z największych producentów farb i lakierów w Polsce. Produkty Śnieżki są sprzedawane w całej Europie Środkowowschodniej, a firma zatrudnia ponad 500 osób. Anna i Czesław Koliszowie, właściciele firmy „Ankol”, głównego dostawcy materiałów i wyrobów kompletujących dla lotniczych zakładów produkcyjnych oraz autoryzowanego przedstawiciela wybranych polskich zakładów zbrojeniowych.

Kultura

Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku, twórca Galerii Zdzisława Beksińskiego. Sanocki zamek zawdzięcza mu największą na świecie kolekcję prac Beksińskiego. Lucyna Mizera, dyrektor Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli. Menedżerka kultury, która w nieco ponad 10 lat potrafiła w niewielkim mieście stworzyć znane i cenione w Polsce muzeum. Janusz Szuber, znakomity sanocki poeta. Autor wierszy, które stawiane są w tym samym szeregu, co twórczość Wisławy Szymborskiej i Adama Zagajewskiego. Jan Gancarski, dyrektor Muzeum Podkarpackiego w Krośnie. Odkrywca grodu z epoki brązu na Podkarpaciu. Twórca archeologicznego skansenu „Karpacka Troja” w Trzcinicy koło Jasła. Bogdan Szymanik, założyciel i współwłaściciel Wydawnictwa „BOSZ” w Lesku, specjalizującego się w edycji albumów o sztuce, krajobrazie, przyrodzie i dziedzictwie kulturowym. Aneta Adamska, założycielka, reżyserka i scenarzystka teatru „Przedmieście” z Rzeszowa. Pomysłodawczyni festiwalu „Źródła pamięci. Grotowski, Kantor, Szajna.” Laureatka wielu nagród i wyróżnień w Polsce i za granicą. Andrzej Kołder, krośnianin, kolekcjoner dzieł sztuki i kustosz Muzeum Zamkowego „Kamieniec” w Odrzykoniu. Twórca prywatnego Muzeum Kultury Szlacheckiej w Kopytowej. Stanisław Piotr Makara, dyrektor Muzeum Kresów w Lubaczowie. Dzięki jego staraniom do świetności wrócił zabytek światowej klasy – Cerkiew św. Paraskewy w Radrużu z XVI w. Jerzy Ginalski, archeolog, dyrektor Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Twórca „Miasteczka Galicyjskiego” oraz szlacheckiego dworu ze Święcan w sanockim skansenie. Karol Wit Wojtowicz, od 23 lat dyrektor Muzeum – Zamku w Łańcucie. Absolwent historii sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Więcej informacji o rankingu na stronie www.biznesistyl.pl/rankingvip. Czytelnicy magazynu VIP Biznes&Styl oraz portal biznesistyl.pl mogą także do końca października typować i głosować we wszystkich kategoriach wysyłając zgłoszenia na adresy mailowe: ranking@vipbiznesistyl.pl oraz ranking@vipbis.pl. Zwycięscy naszego rankingu oraz relacja z Gali VIP-a już w listopadowym numerze naszego magazynu oraz na stronach www.biznesistyl.pl

Sponsorzy Gali VIP-a

Patroni medialni Gali VIP-a


WINOBRANIE

Elwira i Wiktor Szpakowie.

Trudno w to uwierzyć, ale Jasło od kilku lat uznawane jest za stolicę polskiego winiarstwa, a podkarpackie wino za najlepsze w Polsce. W regionie w ponad 120 winnicach odbywa się winobranie, które potrwa do połowy października, a potem, jak zapowiadają winiarze, można się spodziewać wyjątkowo dobrego wina z rocznika 2013. Może nawet tak znakomitego, jak Malva 2012 – białe wino wytrawne powstałe z połączenia dwóch odmian winogron: Ortega i Aurora, o którym Tomasz Kolecki-Majewicz, wielokrotny mistrz polskich sommelierów, napisał: cudeńko gotowe wygrywać laury wszędzie. Kremowa faktura, fantastycznie mineralne, pełne owocowego nerwu i kwiatowej subtelności.

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak

Malva jest autorstwa Elwiry i Wiktora Szpaków z podkarpackiej winnicy „Jasiel”, którzy swoją winiarską historię piszą od 2001 roku. Zaczynali od niewielkiego ogrodu winoroślowego, potem była 20-arowa winnica w miejscowości Jareniówka pod Jasłem, w końcu od 5 lat są posiadaczami jedynej na Podkarpaciu i jednej z ładniejszych w Polsce winnicy tarasowej położonej w przysiółku Łę-

12

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

górz. Winnica ma ponad 2 hektary i, jak na podkarpackie realia – jest całkiem duża. Większość bowiem ze 120 regionalnych winnic to niewielkie, kilkuarowe ogrody winoroślowe, a wszystkie winnice w regionie zajmują nieco ponad 150 hektarów. Siła podkarpackiego winiarstwa tkwi bowiem nie w olbrzymich, przemysłowych wręcz winnicach, ale w jakości wytwarzanego tu wina. Zagłębie


WINOBRANIE winiarzy koncentruje się w okolicach Jasła i Krosna, Rzeszowa oraz Jarosławia i Przemyśla. I choć Podkarpacie nie ma długich historycznych tradycji winiarskich, klimat u nas też jest sporo gorszy od tego w zachodniej Polsce, w okolicach Zielonej Góry, która przez lata uznawana była za stolicę polskiego wina, to jednak pasja i podkarpackie gleby – dobre do uprawy winorośli – sprawiły, że o podkarpackim winie mówi się coraz głośniej i z coraz większym uznaniem. – Powszechnie wiadomo, że w ponad 80 procentach, może nawet w 90, wpływ na jakość wina ma gleba, na której rosną winogrona, resztę stanowi to „coś”, co każda winnica i winiarz mają niepowtarzalnego – mówi Elwira Szpak. – Uważamy z mężem, że akurat gleba w naszej winnicy, niezwykle zasobna w unikatowy less z nawiewami margla i łupka, jest idealna do nasadzeń z białego wina, choć wina czerwone też wychodzą bardzo dobre. Pewnie dlatego Elwira i Wiktor Szpakowie, którzy od kilku tygodni mają pozwolenie na legalną sprzedaż swoich win i są w nielicznej, bo ledwie kilkuosobowej grupie winiarzy z Podkarpacia, którzy takie pozwolenie posiadają, do sprzedaży wprowadzili trzy wina białe: Malva, Rozeda, Robinia, i jedno czerwone: Peonia. Ceny wahają się od 52 do 72 zł. Drogo, zważywszy że w sklepie już za 30 zł można kupić dobre wino australijskie albo argentyńskie. – Mamy świadomość, że są to ceny dla osób, które choć trochę znają się na winach i potrafią docenić bardzo dobry produkt wytwarzany w niewielkiej ilości, tylko dla wybranych odbiorców – dodaje Wiktor Szpak. – W Europie dobre wino kosztuje 10-15 euro, przy czym we Francji czy we Włoszech zrobienie wina takiej jakości jak nasza Malva, jest dużo łatwiejsze niż w Polsce. – W biednym, nieuprzemysłowionym Podkarpaciu, zwłaszcza w jego południowej części, gdzie nigdy nie było dużych miast i większych zakładów pracy, winnice mogą być idealnym sposobem na zaktywizowanie ludzi, stworzenie rodzinnych biznesów, znalezienia sposobu, by dorobić do skromnych pensji i zmienić swoje życie – przekonuje Wiktor Szpak.

Bo pieniądze kryją się w enoturystyce – winiarskiej turystyce, coraz bardziej popularnej formie spędzania czasu w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych i coraz chętniej praktykowanej także w Polsce i na Podkarpaciu. Bogaci pasjonaci wina jeżdżą na winiarskie włóczęgi do Kalifornii albo Republiki Południowej Afryki, zamożni degustują wina w osadach winiarskich na Węgrzech, w Słowacji, i Mołdawii, niebiedni coraz częściej chcą smakować wina, podróżując po Podkarpaciu. Już dziś, kto zjedzie w okolice Jasła, w co najmniej kilku bardzo dobrych winnicach nie zawiedzie się serwowanym tam winem i samymi winnicami. – Z roku na rok coraz więcej osób chce zwiedzać winnice i smakować lokalnego wina – mówią Szpakowie. – I o ile jeszcze kilka lat temu były to osoby mocno dojrzałe, to w ostatnich latach zaskakuje nas spora grupa bardzo młodych gości: studentów, uczniów szkół średnich, młodych małżeństw i grup przyjaciół, którzy chcą spędzić czas w  naszej winnicy. Ceny wstępu na poziomie 10-20 zł od osoby nie są zaporowym wydatkiem. Ciekawość gości jest tym większa, że wystarczy kilka chwil spędzonych w winnicy, by zauważyć, że na pozór takie samo wino różni się w sposób niebywały. W zależności od odmiany niby te same czerwone albo białe kiście smakują diametralnie różnie. Inaczej Siegerrebe, Solaris, inaczej Muskaris, z których robi się wina białe. Podobnie jest z Rondem, Regentem i Cabernet Dorsą, odmianami, z których powstaje wino czerwone. Nie ma wątpliwości, że zainteresowanie dobrymi, regionalnymi winami w kolejnych latach będzie rosło, tak samo jak liczba osób chcących choć kilka dni spędzić w prawdziwej winnicy, gdzie można podejrzeć proces produkcji wina. Jeśli do tego dodać, że wino z obecnego rocznika, ze względu na długie, suche i bardzo słoneczne lato, może być tak dobre, jak rzadko w którym roku, to mówienie o Podkarpaciu jako o zagłębiu wina i winiarzy przestaje być fanaberią, a staje się faktem. ■

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

13


SALON opinii

DEBATA

BIZNESiSTYL.pl „Na Żywo”

Bohaterowie spotkania (od lewej): Krzysztof Kaszuba, Barbara Kuźniar-Jabłczyńska i prowadząca Aneta Gieroń.

Dr Krzysztof Kaszuba, ekonomista, rektor Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie, współorganizator rankingu Złotej Setki Największych Firm Podkarpacia oraz Barbara Kuźniar-Jabłczyńska, była wieloletnia prezes Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, obecnie dyrektor Wydziału Certyfikacji i Funduszy Europejskich w Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim, byli gośćmi debaty w ramach cyklu spotkań BIZNESiSTYYL.pl „Na Żywo”, która odbyła się w restauracji Oranżeria w hotelu Rzeszów. Czy, podobnie jak premier Donald Tusk, odwołali kryzys w Polsce?! Odpowiedź jest trochę bardziej skomplikowana niż medialne harce słowne premiera Tuska na Forum Ekonomicznym w Krynicy.

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak Na początku września, podczas otwarcia Forum Ekonomicznego w Krynicy, premier Donald Tusk ogłosił koniec kryzysu. Tylko czy to aby nie naiwne zaklinanie rzeczywistości, które nie koresponduje z faktami z ostatnich tygodni? A te są niepokojące: Sejm zgodził się na obniżony próg ostrożności w ustawie o finansach publicznych i deficyt budżetowy w 2013 roku wyniesie 51,6 mld zł. VAT do

14

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

2016 roku utrzyma się na poziomie 23 proc., choć od 2014 roku miał być 22-procentowy. W końcu zamieszanie z OFE nawet dla laika jest czytelnym sygnałem, że rząd rozpaczliwie próbuje ratować finanse publiczne. – Na pewno nie możemy opowiadać bajek, że kryzys skończył się wczoraj czy przedwczoraj – stwierdził dr Krzysztof Kaszuba, ekonomista. – Obiecuję, że pierwszy będę głosił, iż kryzys się skończył, ale pod warunkiem, że w ciągu najbliższych dwóch lat bezrobocie w Polsce spadnie do 6-7 procent. Obecnie jest dwucyfrowe, a na Podkarpaciu sięga 15,5 proc. Rektor Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie zwrócił uwagę na samą definicję słowa kryzys. Jeśli popatrzeć na zestawienia przygotowywane przez Bank Świa-


SALON opinii

towy, jedną z najważniejszych instytucji finansowych świata, to w gronie 180 najważniejszych krajów, tylko 10-15 procent ma PKB poniżej zera, czyli w uproszczeniu możemy mówić, że są w kryzysie. Polska, której PKB ma obecnie 0,8 proc. wzrostu gospodarczego, w teorii nie jest w kryzysie. – Ale gdy dyskutujemy o kryzysie, warto też spojrzeć na kategorie, o których często nie mówimy. To jest właśnie kategoria pracy, a w Polsce stopa bezrobocia jest dwucyfrowa, zwłaszcza że praca jest bardzo ważna nie tylko w gospodarczym, ale i społecznym wymiarze. Człowiek żyje, kiedy pracuje, ma wtedy szansę zaspokoić swoje podstawowe potrzeby oraz rozwijać się jako człowiek. A liczby są nieubłagane. Pod koniec lipca 2013 roku Urząd Statystyczny w Rzeszowie opublikował dane, z których wynika, że zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w skali roku zmniejszyło się o 2 proc., a stopa bezrobocia na Podkarpaciu sięgnęła 15,5 proc. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 3158 zł i było o ponad 700 zł niższe od średniej kraju, co daje naszemu regionowi przedostatnie miejsce, po warmińsko-mazurskim, w grupie najuboższych mieszkańców Polski – mówił Kaszuba. – Kolejna kategoria, to dług zagraniczny. Ten w Polsce w 2002 roku wynosił około 80 mld dolarów, dziś to już jest prawie 400 mld dolarów. Do tego rosnący deficyt budżetowy, który w tym roku w Polsce wyniesie rekordowe 51,6 mld zł i gdy podsumować te konkretne wartości, to okazuje się, że sytuacja w Polsce jest trudna – kontynuował dr Kaszuba. – W gospodarce przyjmuje się, że jeśli pożyczamy np. 100 mln zł, to 40 mln zł przeznacza się na obsługę długu, zaś 60 mln zł na inwestycje, które będą kreować pieniądze na rozwój i szybką spłatę zadłużenia. Polskie samorządy, niestety, coraz częściej i coraz bardziej zadłużają się nie po to, by inwestować, ale by spłacać odsetki od zaciągniętych już wcześniej kredytów. Dlatego warto zadawać pytania, na ile efektywnie, produktywnie wykorzystujemy środki, które posiadamy, a moim zdaniem lata 2007-2013 to była w wielu przypadkach klęska Polski i Polaków jeśli chodzi o efektywne wykorzystanie pieniędzy, także z unijnych dotacji. Przykład? – Choćby lotnisko w Lublinie, na które wydano 500 mln zł – wyliczał dr Kaszuba. – Tylko po co to komu, skoro Lublin od Warszawy dzieli 150 km i na warszawskie lotnisko można z Lublina dojeżdżać szybką koleją w godzinę. Lecz samorządowcy nie kierowali się roz-

tropnością, ale manią lokalnej wielkości. I tak mamy lotnisko za 500 mln zł, które może zwróci się za 100 lat, a w kolejnych latach trzeba będzie dokładać olbrzymie kwoty do jego utrzymania.

Barbara Kuźniar-Jabłczyńska, dyrektor Wydziału Certyfikacji i Funduszy Europejskich w Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim, przyznała, że z natury jest optymistką, choć bardzo racjonalnie patrzącą na świat i powołała się na raport Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, niezależnego, cenionego podmiotu analitycznego. A prognozy Instytutu na kolejne lata w oparciu o wskaźniki makroekonomiczne są przyzwoite. – Mamy wzrost PKB, troszkę spadło bezrobocie, rośnie nam popyt wewnętrzny. Mamy spory zastrzyk europejskich środków jeszcze niewydanych z perspektywy 2007-2013. W najbliższych latach prawie 2 mld zł euro w ramach programu Polska Wschodnia zostanie podzielone pomiędzy 5 województw, czyli część tych pieniędzy otrzyma Podkarpacie, do tego trzeba doliczyć prawie 2 mld zł w ramach naszego Regionalnego Programu Operacyjnego, jakie będziemy mieć do wydania w latach 2014-2020. To wszystko pozwala spokojnie oczekiwać na to, co zdarzy się w gospodarce polskiej i podkarpackiej w kolejnych miesiącach – podkreślała Jabłczyńska. Oczywiście, z punktu widzenia rozwoju gospodarczego Polski, Podkarpacia, najważniejsze są inwestycje, które generują miejsca pracy, dlatego wszyscy musimy się interesować, jak samorządy regionalne wykorzystują pieniądze unijne i jak w najbliższej perspektywie chcą je wykorzystać. Nie jest sztuką się zadłużać, wielką sztuką jest sensownie brać kredyty i tak je inwestować, by przynosiły korzyści przez wiele lat. Dlatego dla wielu osób mogą być ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

15


SALON opinii

dyskusyjne inwestycje w Rzeszowie, np. fontanna multimedialna, kładka, czy ogrody bernardyńskie, choć takie inwestycje na pewno urozmaicają przestrzeń miejską. Prawda bowiem jest też taka, że w Polsce dług publiczny wynosi już 874 mld zł. Zadłużenie gigantyczne, czy równie gigantyczne korzyści? Z punktu widzenia mieszkańca Podkarpacia trochę trudno mówić o skoku cywilizacyjnym w naszym regionie, skoro ciągle nie mamy autostrady A4, drogi ekspresowej S19, ani szybkiej kolei. – To, że nie zbudowaliśmy w ostatnich latach w Polsce autostrad, mając tak gigantyczne pieniądze z Unii Europejskiej, to jest rozbój w biały dzień. To, że nie naprawiliśmy, żeby nie powiedzieć – zepsuliśmy jeszcze bardziej kolej, jaką zbudował Franciszek Józef, to jest niechlujstwo w działaniu wszystkich rządzących po 1989 roku. Dlatego spróbujmy pieniądze na lata 2014-2020 wydać najrozumniej jak się da – przekonywała Kuźniar-Jabłczyńska. – I nie toczmy niekiedy sporów o jednego, czy dwóch urzędników, bo proszę mi wierzyć, muszą być profesjonalnie przygotowane osoby, które będą sprawowały kontrolę nad sensownym wydawaniem unijnych pieniędzy. Andrzej Dec, przewodniczący Rady Miasta Rzeszowa, obecny na debacie, przyznał, że nie jest entuzjastą ani propagandy sukcesu, ani też nie skłania się ku skrajnemu czarnowidztwu kryzysowemu. – Dostrzegam pozytywne i negatywne zjawiska w gospodarce kraju i poszczególnych regionów i od lat dochodzę do tego samego wniosku, że po prostu brakuje nam mężów stanu, którzy mieliby dość siły, determinacji oraz wizji, by gospodarczo i długofalowo rozwijać regiony, a co za tym idzie, całą Polskę – mówił Dec. Dziś największy wpływ na poziom gospodarczy Polski ma kondycja finansowa małych i średnich firm, które wypracowują lwią część polskiego PKB, bo ponad 70 proc. Jaka jest ich kondycja w Polsce i na Podkarpaciu? Kolejni politycy mówią o ułatwieniach i ulgach dla nich, a w rzeczywistości wiele z nich dogorywa pod ciężarem obciążeń fiskalnych. W dodatku są to miejsca, które gwarantują większość miejsc pracy, bo przecież nie wszyscy za-

16

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

trudnieni są w sektorze budżetowym, czy dużej korporacji, czyli w miejscach, gdzie o gwarancje i bezpieczeństwo finansowe najłatwiej. – System podatkowy w tym państwie zawsze był zły i to nie zmienia się od lat. Mamy prawo podatkowe, które jest niezrozumiałe, które faworyzuje fiskusa, a państwo nie robi prawie nic, by ułatwić przedsiębiorcom życie – skomentowała Barbara Kuźniar-Jabłczyńska. – Ktoś kiedyś powiedział, że prawnicy doprowadzą do upadku i było to stwierdzenie niezbyt dalekie od prawdy – dodał Krzysztof Kaszuba.

Co z polską i podkarpacką gospodarką w przyszłości... Nasi goście pokusili się też o własne prognozy gospodarcze dla Polski i Podkarpacia na najbliższe miesiące. Według Barbary Kuźniar-Jabłczyńskiej, najbliższe lata nie powinny być najgorsze, gdyż publikowane wskaźniki są obiecujące. – W najbliższej przyszłości otrzymamy z Unii pieniądze na lata 2014-2020. Budżet Rzeszowa jest ponadmiliardowy, Urzędu Marszałkowskiego także. I tylko obyśmy chcieli mieć wpływ w miejscach, gdzie żyjemy, na to, co się wydarzy w najbliższym otoczeniu. Strategia Rozwoju Województwa do 2020 roku bardzo szczegółowo określa, na co wydamy wspomniane prawie 2 mld euro. Wszyscy pilnujmy, by w dokumencie znalazły się rzeczy naprawdę ważne i wartościowe dla naszego regionu – zachęcała Jabłczyńska. Dr Krzysztof Kaszuba uznał, że szanse na optymizm gospodarczy są, ale wcześniej niezbędna jest zmiana systemu funkcjonowania kraju. – Jestem zwolennikiem wprowadzenie podatku obrotowego i zlikwidowania podatku CIT oraz obniżenia podatków osobom najbiedniejszym. Konieczna jest też optymalizacja wydawanych pieniędzy. Tak samo jak możliwie najszybsze dokończenie tego, co zaczęliśmy budować w Polsce i na Podkarpaciu w latach 2007-2013, dzięki temu mielibyśmy w końcu autostradę i szybką kolej. I, co najważniejsze, dbajmy, by solą ziemi Podkarpacia i Polski były małe i średnie firmy, bo one mają szanse tworzyć coś nowego, polskie marki, a dzięki temu być może uda się im zawojować region, Polskę, a może Europę i świat. ■


CENTRALNY OKRĘG PRZEMYSŁOWY NA PODKARPACIU

INŻYNIERZE KWIATKOWSKI,

Dziękujemy! Eugeniusz Kwiatkowski.

Wszyscy pamiętają słynne powiedzenie Billa Clintona: Gospodarka, głupcze. Ale to nie amerykański prezydent, tylko Eugeniusz Kwiatkowski jest klasykiem gatunku. Wicepremier i minister skarbu II RP, współtwórca Gdyni i pomysłodawca Centralnego Okręgu Przemysłowego, już przed II wojną światową mawiał: Kompetencje, panowie. Efekt był taki, że przedwojenny COP, zrealizowany w trzy lata, dał 100 tysięcy nowych miejsc pracy. Zakłady przemysłu zbrojeniowego, chemicznego, hutniczego, elektromaszynowego, lotniczego, jakie powstały w tamtym okresie na terenie dzisiejszego województwa podkarpackiego, w XXI wieku są podstawą przemysłu naszego regionu. Klaster „Dolina Lotnicza”, jeden z największych sukcesów gospodarczych Podkarpacia ostatnich 20 lat, zatrudniający ponad 20 tys. ludzi, wprost mówi o swoich COP-owskich korzeniach i tradycji. I chyba nikt nie jest już w stanie wyobrazić sobie, jak wyglądałyby dzisiaj: Rzeszów, Jasło, Stalowa Wola, Mielec, Dębica, Nowa Sarzyna i Nowa Dęba, gdyby Eugeniusza Kwiatkowskiego nie było.

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak, Urząd Miejski w Mielcu

Czym dokładnie był Centralny Okręg Przemysłowy? – Częścią 4-letniego planu inwestycyjnego, który w 1936 roku ogłosił wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski i który miał doprowadzić do modernizacji, unowocześnienia i uprzemysłowienia Polski – wyjaśnia dr hab. Paweł Grata, profesor UR, historyk. – Wstępne założenia planu były takie, że inwestycje będą lokowane w całym kraju, przy czym państwo miało inwestować w infrastrukturę, natomiast inwestycje przemysłowe miały być dziełem inwestorów prywatnych. Cały plan miał kosztować 1,8 miliarda ówczesnych złotych, co było ogromną kwotą, niewiele mniejszą od rocznego budżetu Polski, który w tamtym cza-

18

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

sie wynosił około 2,2–2,4 mld zł. W sumie do 1939 roku na jego realizację wydano 2,4 miliarda zł. Po roku, czyli w 1937 roku, okazało się, że prywatni przedsiębiorcy niespecjalnie chętni są do inwestowania, a raczej nie za bardzo mają co inwestować, gdyż kapitału w przedwojennej Polsce było niewiele, w związku z czym w lutym 1937 roku Eugeniusz Kwiatkowski zaproponował koncepcję budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. – Ustalono, że większość inwestycji będzie lokowanych w tzw. trójkącie bezpieczeństwa, czyli na terenach będących poza zasięgiem lotnictwa niemieckiego i sowieckiego. Był to obszar części województw krakowskie-


GOSPODARKA Wicepremier i minister skarbu inż. Eugeniusz Kwiatkowski (w czarnym kapeluszu), obok prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej prof. Ignacego Mościckiego (w jasnym kapeluszu). Na pierwszym planie, także obok prezydenta RP, inż. Stanisław Krzyczkowski – pierwszy dyrektor naczelny zakładów lotniczych w Mielcu w latach 1937-1939. Naprzeciwko generalicja – lekko odwrócony, wiceminister spraw wojskowych, szef administracji armii gen. bryg. inż. Aleksander Litwinowicz, na wprost – tuż za prezydentową Marią Mościcką z młodziutką mielczanką – gen. bryg. pil. Władysław Kalkus, pełniący obowiązki dowódcy lotnictwa w Ministerstwie Spraw Wojskowych.

go, lwowskiego, lubelskiego i kieleckiego. W sumie 46 powiatów – mówi Paweł Grata. – Miały tam powstać fabryki zbrojeniowe (produkcja broni, prochu, amunicji, materiałów wybuchowych), zakłady hutnicze i metalurgiczne, przemysłu chemicznego, lotniczego, elektrotechnicznego oraz zakłady tzw. przemysłu pomocniczego, czyli przemysł, włókienniczy, odzieżowy, materiałów budowlanych, i ceramicznych. Sam COP podzielono na trzy regiony: surowcowy, który obejmował powiaty w województwie kieleckim; zaopatrzeniowy, czyli tereny województwa lubelskiego; i przetwórczy (produkcyjny) we wschodnich powiatach województwa krakowskiego, zachodnich województwa lwowskiego oraz trzech powiatach kieleckiego. Można powiedzieć, że mieliśmy ogromne szczęście, że jądro COP-u, jego najwartościowsza część, zlokalizowana została w dużej mierze na terenach obecnego województwa podkarpackiego. Koncepcja COP-u, zlokalizowanego w tej akurat części Polski, to była również drobiazgowo przemyślana decyzja wicepremiera Kwiatkowskiego. Chodziło m.in. o  wyrównywanie jakości życia w Polsce A i B, a trzeba pamiętać, że opisywany obszar był mocno zapóźniony rozwojowo w stosunku do reszty Polski: tylko 17 proc. ludności mieszkało w miastach, a ukryte bezrobocie na wsi przekraczało pół miliona ludzi. Początek COP-u na tych terenach był też początkiem skoku cywilizacyjnego dla wielu miejscowości, a bywało, że i narodzin miast ze szczerego pola, lub w środku lasu, jak to było w przypadku Stalowej Woli, czy wsi Dęba, z której wyrosło miasto Nowa Dęba. – Już zawsze powinniśmy dziękować Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu za to, jakim był politykiem i ekonomistą – twierdzi dr Krzysztof Kaszuba, ekonomista, rektor Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie. – Tym bardziej, jeśli porównamy, jak dużo udało osiągnąć się w gospodarce polskiej w II RP i jak wiele szans zmarnowaliśmy w III RP. Krzysztof Kaszuba nie ma wątpliwości, że sukces COP-u i II RP brał się z patriotycznej pasji, z jaką Polacy w dwudziestoleciu międzywojennym działali w sferze publicznej, politycznej, gospodarczej.

KTO RZĄDZIŁ POLSKĄ W II RP, KTO JEST W POLITYCE W III RP – To byli ludzie, którzy urodzili się pod zaborami i w  momencie, kiedy mieli szansę zrobić coś dla swojego kraju, który odzyskał niepodległość po 123 latach, to ich pasja działania była przeogromna – tłumaczy ekonomista. W dodatku byli autentycznymi elitami intelektualnymi. W tamtym okresie absolwenci uniwersytetów i politechnik we Lwowie, Wiedniu, Odessie oraz innych ważnych ośrodkach naukowych. To były wybitne jednostki, a takie w dużym stopniu trafiały wtedy do działalności publicznej. One budowały wolną Polskę szybko, skutecznie, wzorując się na najlepszych osiągnięciach zachodniej Europy. Zdaniem Kaszuby, trudno więc o analogie personalne z nieudolną klasą polityczną III RP. W latach 20. i 30. XX wieku podstawą działania rządzących były trzy słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna. Dziś, jeśli ktoś chce, można opuścić słowo Bóg, ale Honor i Ojczyzna też już nie mają większego znaczenia – dodaje. I przywołuje słowa klasyka w polityce, który w latach 90. mawiał: „Pierwszy milion musisz ukraść”. W dodatku po 1989 roku zabrakło nam menedżerów i wizjonerów tej klasy co Eugeniusz Kwiatkowski. W pierwszych latach transformacji gospodarczej w III RP zbyt często zaniedbywano produkcję, przemysł, a lekiem na całe zło miał być handel, szybka prywatyzacja oraz finansowa iluzja w wykonaniu politycznych magików. Trzeba też pamiętać, że przed II wojną światową w Europie dominowała wizja państwa narodowego z mocnym przemysłem. Gospodarki narodowe Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, czy Polski. Nie było mowy o globalizacji, jak pod koniec XX i na początku XXI wieku. Co ciekawe, Centralny Okręg Przemysłowy jest typowym przykładem interwencjonizmu państwa w gospodarkę, o jakim dziś w Polsce nie mogłoby być mowy. Zdaniem wielu, interwencjonizmu dyskusyjnego, ale z punktu widzenia województwa podkarpackiego bardzo udanego. Oceniając politykę gospodarczą państwa polskiego w ostatnich dwóch dekadach, ciągle trudno jest sformułować możliwie najbardziej rzetelne i obiektywne oceny. ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

19


GOSPODARKA Warto jednak przeanalizować bardzo wymowne słowa, jakie zaledwie kilka tygodni temu wypowiedział prof. Marek Belka, były premier, wicepremier i minister finansów, obecnie prezes Narodowego Banku Polskiego. Belka stwierdził: – Powinniśmy zapomnieć o iluzji, że kapitał nie ma narodowości. Ma. Gdyby prezes Fiata, Sergio Marchionne chciał konstruować najtańsze samochody, to całą produkcję powinien przenieść z Włoch do Polski. Zrobił inaczej, choć nie było to zgodne z interesem koncernu, lecz z interesem narodowym i pewnym nieoficjalnym przymusem. – Nie ma czegoś takiego, jak absolutnie wolny rynek – twierdzi Krzysztof Kaszuba. – Największe sukcesy gospodarcze bywały związane z interwencjonizmem państwowym. Tak rosła potęga Wielkiej Brytanii, Japonii, Korei Południowej, Malezji i wielu innych krajów. Nie tak dawno Barack Obama, prezydent USA, zdecydował o wykupie prawie wszystkich akcji General Motors, bo zależało mu na utrzymaniu miejsc pracy dla tysięcy Amerykanów. O miliardach dolarów wpompowanych w bankrutujące banki już nie wspomnę, tak samo, jak o interwencyjnej polityce Angeli Merkel, która wsparła przemysł motoryzacyjny czy stoczniowy w Niemczech. To, co jednak do dziś robi największe wrażenie w ocenach COP-u, pomijając dyskusje wokół państwowego interwencjonizmu w gospodarkę, to tempo prac i jakość działania. To niewiarygodne, że COP powstał w niespełna trzy lata w czasach, gdy nie było telefonów komórkowych, laptopów, specjalistycznego oprogramowania w każdej dziedzinie. Wystarczyła niewiarygodna pasja, profesjonalizm, znakomite wykształcenie i spokój od ówczesnej biurokracji oraz gąszczu uregulowań prawnych, jakie dziś hamują rozwój gospodarki i przedsiębiorczości w Polsce. ULGI PODATKOWE! TAK SAMO WAŻNE W XX, JAK I W XXI WIEKU W rozwoju COP-u pomogło coś jeszcze. – W 1938 roku ważną rolę odegrała ustawa o ulgach inwestycyjnych na obszarze COP – tłumaczy Paweł Grata. – Przedsiębiorcy prywatni, którzy zdecydowali się inwestować na tych terenach, dostawali świetne warunki podatkowe. Wszystkie inwestycje mogli odliczać od podstawy opodatkowania dochodu, na 15 lat byli zwolnieni z podatku od nieruchomości, a w przypadku inwestycji ważnych z punktu widzenia Ministerstwa Spraw Wojskowych, przez 10 lat mogli nie płacić podatku dochodowego. To dało efekty. Przed II wojną światową w COP-ie wokół dużych fabryk państwowych powstawało wiele zakładów prywatnych, których właściciele zainwestowali własne pieniądze i dzięki temu przyczynili się do rozwoju tych terenów. Łącznie w 1939 roku w budowie było 45 średnich i dużych zakładów przemysłowych i 60 małych, a tylko w I kwartale tego roku swoje oferty inwestycyjne złożyło ponad 500 drobnych firm i osób fizycznych. Od 1937 roku do wybuchu wojny w COP-ie wydano około 400 mln zł na inwestycje przemysłowe oraz 150 mln na infrastrukturę. W tym czasie powstały: nowe miasto Stalowa Wola, a w nim Zakłady Południowe, po wojnie

20

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

znane jako Huta Stalowa Wola; Fabryka Gum Jezdnych „Stomil” w Dębicy, dziś znana jako Firma Oponiarska Dębica S.A.; także w Dębicy powstała fabryka kauczuku syntetycznego; PZL Wytwórnia Płatowców nr 2 w Mielcu, obecnie PZL Mielec; PZL Wytwórnia Silników nr 2 w Rzeszowie, obecna WSK „PZL-Rzeszów”. Do tego filia poznańskich Zakładów Cegielskiego w Rzeszowie, czyli fabryka obrabiarek – w czasie wojny kompletnie zdemontowana przez Niemców, ale po wojnie na tym terenie powstał współczesny ZELMER. W Dębie w ramach COP-u powstała Wytwórnia Amunicji nr 3, a sama wieś zamieniła się w miasto Nowa Dęba, gdzie do dziś działa Dezamet. We wsi Sarzyna rozpoczęto budowę Zakładów Chemicznych, w których przed wojną nie zdążono wprawdzie uruchomić produkcji, ale ta ruszyła w latach 50. Wokół fabryki powstało miasto Nowa Sarzyna, zaś produkcja chemiczna istnieje tu do dziś. W Pustkowie koło Dębicy wyrosła fabryka materiałów wybuchowych „Lignoza”, w Jaśle, a właściwie w miejscowości Krajowice – Państwowa Wytwórnia Prochu. COP-owski rodowód ma również Zapel w Boguchwale. Doszukując się różnic i analogii pomiędzy II i III RP, akurat przedwojenna, bardzo przyjazna polityka podatkowa na terenach COP-u, doczekała się swojej kontynuacji na tych terenach także po 1989 roku w postaci Specjalnej Strefy Ekonomicznej „Euro-Park” Mielec. To tutaj w 1995 roku powstała pierwsza w Polsce SSE, która w kolejnych latach doczekała się na Podkarpaciu wielu podstref, m.in. w Głogowie Małopolskim, Trzebownisku, Rzeszowie, Leżajsku, Dębicy, Jarosławiu, Ropczycach, Sanoku, Zagórzu, Lubaczowie i Kolbuszowej. Krzysztof Kaszuba, który od kilkunastu lat systematycznie analizuje stan podkarpackiej gospodarki, przyznaje, że bez wątpienia solą tej ziemi, z punktu widzenia dużych przedsiębiorstw przemysłowych, kluczowych dla regionu, bo dających zatrudnienie setkom małych przedsiębiorstw, są właśnie inwestycje zrealizowane w latach 30. XX wieku w ramach COP-u, które dziś funkcjonują jako: WSK „PZL-Rzeszów”, PZL Mielec, Firma Oponiarska Dębica, czy Zakłady Chemiczne „Organika – Sarzyna” w Nowej Sarzynie. – Gdyby nie było firm z przeszłością COP-u, nie byłoby klastra „Dolina Lotnicza”, a tym samym nie byłoby nowych firm typu: BorgWarner, MTU czy UTC Aerospace Systems, które zdecydowały się na Podkarpaciu od zera stworzyć hale produkcyjne, kupić nowe maszyny, w końcu zatrudnić setki osób – przyznaje Kaszuba. – Jednocześnie nie ukrywam, że dla mnie największą ambicją polskiego przemysłu powinno być robienie produktu finalnego – to decyduje o randze i dobrobycie kraju. Jak wiemy, mamy z tym problem. Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest skomplikowana. Składa się na nią cała polska polityka po 1989 roku. Bez wątpienia możemy się jednak cieszyć, że w II RP w latach 30. XX wieku był ktoś taki, jak Eugeniusz Kwiatkowski, który przesądził o koncentracji przemysłu COP w widłach Wisły i Sanu. Dzięki temu dobry duch Eugeniusza Kwiatkowskiego także w XXI wieku ściąga na Podkarpacie nowych inwestorów. ■


GOSPODARKA

KOMPETENCJE, PANOWIE!

Z DR JULITĄ MACIEJEWICZ-RYŚ, WNUCZKĄ EUGENIUSZA KWIATKOWSKIEGO, WICEPREMIERA I MINISTRA SKARBU II RP ORAZ TWÓRCY CENTRALNEGO OKRĘGU PRZEMYSŁOWEGO, ROZMAWIA ANETA GIEROŃ

Aneta Gieroń: Pani Julito, Pani najwcześniejsze wspomnienia o dziadku, Eugeniuszu Kwiatkowskim, który obecny był w Pani życiu przez wiele lat, bo aż do śmierci w 1974 roku, mimo że władze Polski Ludowej starały się jak mogły, by pamięć o przedwojennej historii twórcy COP-u i współtwórcy Gdyni nie przetrwała. Dr Julita Maciejewicz-Ryś: Urodziłam się w czasie wojny i moje pierwsze spotkanie z dziadkami miało miejsce dopiero po wojnie, w Sopocie. Dziadek razem z żoną i najmłodszą córką Ewą wojnę spędził w Rumunii. Anna, starsza córka Eugeniusza Kwiatkowskiego, a moja mama, początek wojny spędziła pod Warszawą w majątku ojca, potem mieszkaliśmy w Owczarach, majątku Eugeniusza Kwiatkowskiego pod Krakowem. Gdy dziadek przebywał jesz-

cze w Rumunii, zaraz po wojnie przyjechał do Niego Jerzy Borejsza, przedstawiciel ówczesnego rządu polskiego. Sytuacja w kraju była wtedy o tyle skomplikowana, że Polska po wojnie odzyskała Wybrzeże, ale były duże obawy, także na arenie międzynarodowej, czy będzie w stanie je zagospodarować i poradzić sobie z polityką morską. Wówczas uznano, że najlepszym rozwiązaniem będzie sprowadzenie do Polski mojego dziadka, Eugeniusza Kwiatkowskiego, który miał bezpośrednio podlegać premierowi i być Delegatem Rządu dla Spraw Wybrzeża. Dziadziu przystał na tę propozycję, tym bardziej że nigdy nie brał pod uwagę możliwości wyemigrowania z Polski. Tutaj w 1939 roku w Sahryniu w okolicach Hrubieszowa zginął jego 25-letni syn Jan, który służył w artylerii. ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

21


GOSPODARKA Dziadek całe życie był tytanem pracy, znakomitym organizatorem i uważał, że swoją wiedzę i doświadczenie powinien wykorzystywać dla rozwoju Polski. Dostał mieszkanie służbowe w Sopocie (obecnie mieści się tam Muzeum Miasta Sopotu) i do tego domu na Wybrzeżu zabrał mnie i mojego brata Jacka. Tam mieszkaliśmy od 1945 do 1948 roku. I może trudno w to uwierzyć, bo byłam wtedy dzieckiem pomiędzy 3. a 6. rokiem życia, ale wszystkie rzeczy, które się wtedy zdarzyły, okazały się bardzo ważne z punktu widzenia mojego dorosłego życia, mojej postawy życiowej i stosunku do wszystkiego i wszystkich. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Te trzy lata spędzone w domu moich dziadków były dla mnie nadzwyczaj ważne.

M

ożna powiedzieć, że obdarował Panią na całe życie. Co konkretnie wpoił Pani Eugeniusz Kwiatkowski? Przede wszystkim, że zawsze trzeba przestrzegać umów i zobowiązań, których się człowiek podejmuje. Traktował mnie jak partnera, zawsze absolutnie poważnie i z ogromnym szacunkiem nawet dla mojego najbłahszego, dziecięcego kłopotu. Może zabrzmi to zabawnie, ale to dzięki Niemu uporałam się z dziecięcym nałogiem ssania palca. Dziadek potraktował mnie jak dorosłą kobietę i zawarł ze mną umowę. Kupił ode mnie mój palec, który ssałam, za piękną, elegancką wstążkę. Krótko wytłumaczył mi, że kupionego przez Niego palca nie mogę brać do buzi, ale gdy zmienię zdanie i oddam piękną wstążkę, palec znów mogę ssać do woli. Dziadek pozwolił mi dokonać dorosłego wyboru i choć była to dla mnie męczarnia, wytrwałam. Wtedy też zrozumiałam, że człowiek może zapanować nad własnymi słabościami, może wyznaczać reguły gry i być im wierny. To okazało się o wiele przyjemniejsze niż ssanie palca. Taki był mój dziadziu – człowiek słowa i honoru. Jeśli się na coś umawiał, zawsze dotrzymywał słowa. Co dla Niego było jeszcze bardzo ważne? Kochał pracę, ona naprawdę sprawiała mu radość. Nauczył mnie też umiejętności łączenia pracy i życia domowego. To było niesamowite, bo przecież bardzo dużo pracował, ale w domu był już tylko dziadkiem, ojcem i mężem. Nigdy nie usłyszałam z Jego ust, że jest zajęty i zmęczony. Zawsze znajdował czas na rozmowę, opowiadanie bajek, angażowanie się w życie domu. Do dziś uważam, że nawet jak się jest bardzo zapracowanym, jak się robi bardzo ważne rzeczy w życiu zawodowym, to dla rodziny trzeba mieć spokojną twarz, cierpliwość i umieć się w domu przełączać na inny rodzaj energii. W pracy trzeba być profesjonalistą, ale w domu ważna jest empatia. Dziadek był też osobą, która z ogromnym szacunkiem odnosiła się do drugiego człowieka. Nieważne, czy to była przedwojenna służąca, szofer, czy uniwersytecki profesor. Jeśli ktoś nie znał Eugeniusza Kwiatkowskiego, to po niebywale skromnym stylu bycia mojego dziadka nikt by się po wojnie nie domyślił, że to był przedwojenny minister, wicepremier, twórca COP-u, współtwórca Gdyni. To zabawnie zabrzmi, ale jako małe dziecko,

22

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

gdy słyszałam, jak ktoś pytał w naszym domu w Sopocie o pana ministra, albo pana premiera, to myślałam, że to są jakieś dodatkowe imiona mojego dziadka. W domu w ogóle się nie mówiło, że dziadziu w przeszłości był ważną osobą, że bardzo dużo zrobił dla Polski. Nie miałam pojęcia, co może oznaczać słowo minister czy premier. Kiedy do Pani dotarło, kim był dziadek przed wojną? Bardzo późno. Dziadek wprawdzie dużo opowiadał o czasach II RP, ale nigdy nie używał słowa „ja”. Nie przypisywał sobie żadnych zasług. Zawsze mówił o zespołach, ludziach, o zrealizowanych projektach. Wspominał o umowach zawieranych przy budowie Gdyni, tak dobrze skonstruowanych, że prace szły niesłychanie sprawnie i bez większych kłopotów. System motywacyjny był tak dobrze skonstruowany, że robotnicy sami nawzajem się pilnowali, by nie stracić premii. Przy czym dziadek nie był prawnikiem, ale praktykiem, który znał się na inwestycji na każdym odcinku jej tworzenia. Był też przewidującym, świetnie wykształconym, niezwykłym menedżerem – jakbyśmy powiedzieli używając współczesnego języka. On widział proces tworzenia całościowo. Do tego był znakomitym analitykiem, wszystko miał wielokrotnie przemyślane. Bywało, że miał po 10 koncepcji jakiegoś przedsięwzięcia, które poddawał bardzo drobiazgowej analizie ekonomicznej i zwykle się okazywało, że tylko dwie, jedna, a bywało, że żadna, dają szansę na ekonomiczny sukces jakiegoś pomysłu. Dziadek do końca życia wszystkie swoje pomysły poddawał bardzo surowej analizie ekonomicznej – sądzę, że w tym tkwi tajemnica sukcesu jego poczynań. Bo jeśli coś już wybrał i zaproponował do realizacji, to było to tak długotrwale i wszechstronnie przemyślane, że prawdopodobieństwo błędu było niewielkie.

M

ożna więc przypuszczać, że Gdynia i COP powstały, ale w głowie Eugeniusza Kwiatkowskiego mogło się kłębić jeszcze bardzo wiele pomysłów na Polskę, o których nawet nie powiedział, bo uznał je za zbyt ryzykowane w realizacji… Jestem pewna, że tak było. Na mnie wielkie wrażenie zrobił pobyt w Muzeum COP-u w Stalowej Woli, gdzie na plastycznej mapie terenu można zobaczyć i wyświetlić, jak przemyślaną inwestycją był Centralny Okręg Przemysłowy. Tam było wszystko zaplanowane: drogi, elektryfikacja, gazociągi, zapory wodne, a wszystko spójne i kompatybilne. Tym większe robi to wrażenie, że nawet dziś, w XXI wieku, mamy problem z dużymi, wizyjnymi, spójnymi inwestycjami. Budujemy autostrady i np. zapominamy o zjazdach do miejsc uczęszczanych przez miliony turystów. Kompetencje, panowie. To było ulubione powiedzenie Pani dziadka. Zdecydowanie. Bill Clinton swoim powiedzeniem: „gospodarka, głupcze”, zasłynął wiele lat później po moim dziadku. Nie jest też tajemnicą, że Eugeniusz Kwiatkowski był bardzo nielubiany przez pułkowników Józefa Piłsudskiego, a to dlatego, że nie pozwalał na politykierstwo i obej-


GOSPODARKA mowanie przez niekompetentne osoby stanowisk w resortach, które nadzorował. Sam przez całe życie nie należał do żadnej partii, a najważniejsze dla Niego były: kompetencje i profesjonalizm. Tym bardziej okres PRL-u musiał być trudny dla Eugeniusza Kwiatkowskiego. W 1948 roku został odsunięty od działalności publicznej, z administracyjnym zakazem pobytu na Wybrzeżu i w Warszawie. Nigdy też na Wybrzeże nie wrócił. Raz tylko wydano mu specjalne pozwolenie na przyjazd na Wybrzeże, na pogrzeb mamy. Został właściwie zawieszony w próżni. Nie mógł przejść na emeryturę, bo nie miał jeszcze 60 lat, a jednocześnie nigdzie nie mógł znaleźć pracy. Do 1952 roku był posłem na Sejm Ustawodawczy, ale w pewnym momencie przestał jeździć na jego posiedzenia do Warszawy, bo nigdy nie pozwalano mu zabierać głosu w interpelacjach. Jego sytuacja po 1948 roku była tragiczna. Dziadek miał ogromną wiedzę, doświadczenie, ale wszystko to okazało się bez znaczenia.

J

ak Eugeniusz Kwiatkowski odnalazł się w polskiej rzeczywistości, gdy w 1948 roku przyjechał do Krakowa bez pracy, pieniędzy… Dla dziadka zawsze największym honorem była służba publiczna. Urodził się w zamożnej rodzinie, w okresie II RP zajmował najwyższe stanowiska w kraju, a jego rodzina miała majątki ziemskie. Dziadek nigdy nie myślał w kategoriach załatwienia dla kogoś posady, bo bliżsi i dalsi krewni byli bogatymi ludźmi. Po wojnie z dużą klasą i pokorą przyjmował trudną sytuację materialną, w jakiej się znalazł. Zwłaszcza wtedy, gdy odebrano mu bezprawnie na początku lat 50. niewielki majątek ziemski w Owczarach pod Krakowem. Dziadkowie zamieszkali w niewielkim mieszkanku w Krakowie. Po kilku latach otrzymał bardzo skromną emeryturę, ale nigdy nie zmienił się jako człowiek, nigdy nie stał się zgorzkniały, nie narzekał. By poprawić byt swojej rodziny zaczął pisać książki chemiczne. Był szalenie gospodarnym i oszczędnym człowiekiem. Gdy otrzymywał wynagrodzenie za książkę, nie było mowy o szastaniu pieniędzmi, te były rozsądnie wydawane przez kilka lat. Dziadziu zawsze wszystkim nam powtarzał, że pieniądz publiczny jest pieniądzem świętym i trzeba dziesięć razy się zastanowić, zanim się go wyda. Po 1989 roku udaje się odbudowywać obecność Eugeniusza Kwiatkowskiego w świadomości Polaków? Powoli tak. Moje pokolenie nie wiedziało o Nim prawie nic. Szkoda tylko, że to przesłanie, tak ważne dla mojego dziadka: po pierwsze gospodarka, dziś w powszechnym politykierstwie jest pomijane, zaniedbywane. A to przecież jest najważniejsze. Dziadziu uważał, że im polska gospodarka będzie na wyższym poziomie, tym większe prawdopodobieństwo, że będziemy bardziej niezależni jako państwo i pozostaniemy w kręgu zainteresowania świata. Dla niego gospodarka była podstawą w rozwoju państwa, fundamentem, który pociągnie całe społeczeństwo. Jestem przekonana, że ponad 20 tys. miejsce pracy, jakie są obec-

nie na Podkarpaciu w branży lotniczej, to są te właśnie fundamenty, które mój dziadek zbudował, a które jego następcy po 1989 roku dobrze wykorzystują. Pani często bywa na Podkarpaciu. Co Pani tu odnajduje? Dziadek był niebywale skromnym człowiekiem i sądzę, że na pewno by się cieszył, że to, co zaczął, jest kontynuowane. Sama dostrzegam pozytywne zmiany w Rzeszowie i regionie na przestrzeni lat. Kiedyś stolica regionu kojarzyła mi się tylko z koszmarnym pomnikiem w centrum Rzeszowa, a samo miasto zdawało się szare, małe, prowincjonalne. Dziś to jest miasto, które się rozwija, jest nowoczesne i zadbane. Sądzę, że mój dziadek przed laty pokazał najskuteczniejszą drogę do rozwoju i bogacenia się. Wskazał jak ważne są: profesjonalizm, kompetencje, praca u podstaw. Sądzę, że my, Polacy, w większości przypadków jesteśmy typem osób, które czekają na cud, że ktoś przyjdzie i coś nam da za darmo, że może wygramy na loterii, a to jest droga donikąd. Dziadek zawsze powtarzał, że trzeba działać, planować, nie wolno żyć chwilą i tym, że jakoś to będzie. Trzeba mieć plan i nieustannie się przygotowywać do jego realizacji. Sądzę, że tego zabrakło nam w 1989 roku. Doczekaliśmy się historycznego przełomu, ale w Polsce zabrakło dobrze przygotowanych ludzi na wszystkich szczeblach, którzy dokonaliby profesjonalnej transformacji Polski. Dziadek, mimo że zmarł w 1974 roku, do końca życia wierzył w solidarność młodzieży i siłę gospodarki. Uważał, że ustrój socjalistyczny w długofalowej perspektywie nie ma szans.

P

ani, wnuczka Eugeniusza Kwiatkowskiego, od kilku lat jest aktywną strażniczką Jego pamięci. Rzeczywiście tak się stało, choć jeszcze kilka lat temu mocno się przed tym broniłam. Tym bardziej że moja ciotka i mama były bardziej zaangażowane w podtrzymywanie pamięci o Eugeniuszu Kwiatkowskim. Niestety, moja mama już nie żyje, a ciotka jest ponad 80-letnią panią. W końcu ja, bardzo nieśmiała osoba, która zawsze unikała jakichkolwiek publicznych wystąpień, wzięłam na siebie odpowiedzialność kultywowania pamięci dziadka. Zdecydowałam się na to, bo tu nie chodzi o mnie, ale o pamięć dziadka, o hołd, który ludzie chcą mu złożyć i bywa, że ja jestem do tego potrzebna. Dlatego mam świadomość, że czasem ludzie traktują mnie jak przysłowiowego „niedźwiadka na Krupówkach”, z którym robią sobie zdjęcia, ale kiedyś ktoś mi wytłumaczył, że dla nich to jest bardzo ważne. Gdy o Kwiatkowskim mówi Jego wnuczka, postać dziadka zdaje się Polakom bliska, ważna, pamiętana, nie tak odległa, że aż nieprawdziwa. Sama też uznałam, że jestem winna dziadziowi kultywowanie Jego pamięci. Tym bardziej, że w ostatnich dwóch dekadach o Eugeniuszu Kwiatkowskim mówi się dużo, jest już 25 szkół Jego imienia i nawet jedna szkoła wyższa w Gdyni. Może wychowankowie tych szkół w dorosłym życiu będą starali się stosować zasady rozwijania naszej gospodarki, sprawdzone przez Eugeniusza Kwiatkowskiego, co Polsce i nam wszystkim wyjdzie na dobre. ■

Więcej informacji o Rzeszowie i Podkarpaciu na portalu www.biznesistyl.pl


Fotografie Tadeusz Poźniak

Aneta Gieroń i Jaromir Kwiatkowski rozmawiają...


Z Ayhamem Mohsinem, Syryjczykiem, ortodontą i właścicielem NZOZ „Ortodent” w Rzeszowie


Małżeństwo mężczyzny z Bliskiego Wschodu i kobiety z centralnej Europy wiązało się z przeszkodami i obawami? Dla mojej rodziny i dla mnie bardzo ważna przed laty była kwestia naszego zamieszkania na stałe w Damaszku. Były jednak obawy, że moja żona może nie chcieć zamieszkać w Syrii. Natomiast na pewno nie można mówić o obawach związanych z inną kulturą czy wyznaniem. Wychowałem się w rodzinie, gdzie kobieta jest traktowana na równi z mężczyzną. Zresztą Syria, odkąd pamiętam, była bardzo świeckim krajem, z najmniejszym odsetkiem analfabetów w krajach arabskich. Kobiety w Syrii mają pełnię praw, są obecne i aktywne w życiu publicznym. Nikogo nie zaskakuje obecność kobiety na stanowisku dyrektora, generała, ministra, lekarza czy profesora. Ich pozycja jest bardzo podobna do pozycji kobiet w Europie. Damaszek miał być Waszym domem na zawsze? ieliśmy z żoną umowę, że jeśli będziemy nieszczęśliwi w Damaszku, albo jeżeli ona nie będzie chciała mieszkać w Syrii, to wyjedziemy do Polski. Agnieszka przed przyjazdem do Syrii miała wszystkie te obawy, o których Państwo mówicie, dlatego deklarowałem, że uszanuję każdy jej wybór, bo najważniejsza jest dla mnie rodzina. Zdecydowaliśmy się zamieszkać w Damaszku z kilku powodów. Ja miałem obowiązek odbyć służbę wojskową, musiałem też odpracować stypendium, jakie otrzymałem od rządu na studia w Moskwie. W centrum Damaszku, dzięki pomocy mojej rodziny, otworzyłem gabinet stomatologiczny. Mój ojciec jest do dziś aktywnym zawodowo, wziętym adwokatem, co pozwoliło mu wspierać finansowo początki mojej kariery zawodowej. W Damaszku spędziliśmy trzy lata. W 1998 r. Agnieszka wyjechała do Polski i zaczęła organizować nasze życie w Polsce. Ja dojechałem do niej rok później. Dlaczego zdecydowaliście się jednak wyjechać z Damaszku i osiąść w Polsce? Wspólnie z żoną uznaliśmy, że odnaleźć się, robić karierę, łatwiej będzie mi w Polsce niż Agnieszce w Syrii. W tamtym czasie już bardzo dobrze mówiłem po angielsku, rosyjsku, arabsku, byłem pewien, że szybko nauczę się także języka polskiego. Agnieszka z trudem przyzwyczajała się do życia w Damaszku, sporą trudnością było też dla niej nostryfikowanie dyplomu w języku arabskim. Moja żona bardzo chciała wrócić do Polski. Wspólnie więc uznaliśmy, że zamieszkamy na stałe w Polsce. Jakie były początki? Trudne. Zamieszkaliśmy w Rzeszowie, choć żona proponowała, aby osiedlić się w Dynowie. To jednak byłby dla mnie zbyt duży szok, nigdy w życiu nie mieszkałem w małej miejscowości. Po powrocie do Polski moja żona znalazła pracę w gabinecie w Rzeszowie, otworzyliśmy też prywatny gabinet stomatologiczny w Dynowie. Zacząłem wierzyć, że przyjazd do Polski ma sens, choć chyba z pięć razy pakowałem się i chciałem wracać do Syrii. Przez ponad 2  lata nie mogłem wykonywać w Polsce zawodu. Mimo że zdałem egzamin z języka polskiego w Izbie Lekarskiej w  Warszawie i nostryfikowałem dyplom, ciągle miałem problem ze stażem. Uznano, że mając tylko tymczasowy pobyt w Polsce, nie mogę odbywać stażu w Rze-

M

Aneta Gieroń, Jaromir Kwiatkowski: Mija 14 lat, odkąd zostawił Pan Damaszek i osiadł na stałe w Rzeszowie. Co Pana sprowadziło do Polski? Ayham Mohsin: Moja żona Agnieszka, Polka rodem z Dynowa. To jest powód, dla którego postanowiłem na stałe osiąść w Rzeszowie. Jak się Państwo poznaliście? Moskwie. W 1985 r. zabrakło mi kilku punktów, by dostać się na stomatologię w Damaszku, ale że miałem bardzo dobre wyniki z egzaminu maturalnego, otrzymałem stypendium rządu syryjskiego na studia stomatologiczne, które mogłem podjąć w ówczesnym Związku Radzieckim, NRD, albo w Polsce. Wybrałem uniwersytet w Moskwie może dlatego, że rok wcześniej medycynę zaczęła tam studiować moja siostra. Byłem już na IV roku studiów, gdy poznałem Agnieszkę. Okazało się, że przyjechała studiować stomatologię w Moskwie w ramach stypendium z Uniwersytetu Łódzkiego. Szybko się pobraliśmy, w Moskwie urodziła się nasza najstarsza córka Marysia. W 1991 r. ukończyłem studia, ale zostałem w Moskwie, bo chciałem być blisko żony i córki. Zdecydowałem się na specjalizację z ortodoncji. W międzyczasie Agnieszka skończyła studia i w 1995 r. wyjechaliśmy do Damaszku, gdzie zamierzaliśmy osiąść na stałe.

W

28

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013


VIP tylko pyta szowie. Długo szukałem w Polsce kliniki, która przyjęłaby obcokrajowca na darmowy staż. W końcu udało się w Krakowie, ale też z problemami, bo kazano mi zapłacić 25 tys. zł. Po interwencji Ministerstwa Zdrowia, z opóźnieniem, w Krakowie odbyłem w końcu wymagany staż. I tak, dopiero po 2,5 roku od momentu przyjazdu do Polski dostałem ograniczone prawo wykonywania zawodu. Rozpocząłem pracę w rzeszowskim „Medyku”, zacząłem jednak marzyć o własnej klinice w Rzeszowie. W 2004 r. założyłem „Ortodent”, który zatrudnia dziś 19 osób. Syria jest ciągle obecna w Pana życiu? Od 1999 r. jeżdżę tam co roku i spędzam tam z rodziną miesiąc w lecie i miesiąc w zimie. Jaką Syrię zapamiętał Pan z czasów swojej młodości i z czasu przed wojną domową, która toczy się w tym kraju od dwóch lat? Przekaz medialny, jaki dociera do przeciętnego Europejczyka, jest bowiem taki, że Syria to kraj, gdzie od 50 lat trwa stan wyjątkowy będący na rękę rządzącym, bo pozwalający na zawieszenie części swobód demokratycznych i w którym rządy Hafeza elAsada, a od 2000 r. jego syna Baszara el-Asada zrujnowały Syrię gospodarczo. bsolutnie się z tym nie zgadzam. Oni nie zrujnowali Syrii. Wręcz przeciwnie, oni zbudowali ten kraj. I nie mówmy o el-Asadach, ale o partii Baas. Musimy też sięgnąć głębiej do historii. Przez wieki Syria była pod panowaniem imperium tureckiego, które dążyło do maksymalnego wynarodowienia i eksploatacji kraju. Po Turkach przyszła Francja i dopiero w 1946 r. Syria przestała być francuską kolonią. W kraju panowała wtedy kompletna ciemnota i bieda. W tych warunkach życie polityczne w Syrii zaczęło kipieć, coraz częściej i coraz więcej ludzi chciało realnych zmian i rozwoju kraju. Zaczęły też powstawać kolejne partie polityczne, a wśród nich partia Baas, która w 1963 r. przejęła władzę w Syrii. Baasiści dążyli do edukacji i rozwoju kraju. Jest to o tyle złożony temat, że Syria jest bardzo skomplikowanym organizmem religijnym i kulturowym. Około 70 proc. ludności stanowią muzułmańscy sunnici, resztę mniejszości religijne, ale prawie cała ludność w Syrii jest arabska. Pan tak dobrze mówi o partii Baas, ale jej rządy już w latach 60. XX wieku budziły opory i krytykę w samej Syrii i na świecie. Chętnych do przejęcia władzy zawsze jest wielu. Prawda jest jednak taka, że od nastania jej rządów w Syrii mieszkańcom zaczęło się żyć lepiej, bezpieczniej, był powszechny dostęp do edukacji i dóbr. Przed rządami Baas prawie cała Syria była podzielona między kilka majątków feudałów, na których wszyscy inni pracowali. 1 proc. obywateli miał wtedy 90 proc. dóbr całego kraju. Chce nam Pan powiedzieć, że rządy Baas to był gospodarczy i kulturowy rozwój kraju przy ograniczonych swobodach obywatelskich? Tak. Budowano szkoły, uniwersytety, domy, mieszkania. Mam 47 lat i pamiętam Syrię jako kraj, który pozwalał podróżować, uczyć się, rozwijać. Pamiętam też, że panowała powszechna opinia, by nie wtrącać się w dużą politykę. Pan mieszkał w Damaszku. Jak wyglądało wasze życie? Od lat 50. XX w. kobiety w Syrii pracowały i były bar-

A

dzo aktywne w życiu publicznym. Często w Polsce sądzi się, że Syria to druga Arabia Saudyjska, gdzie kobieta nie ma praktycznie żadnych praw. Niestety, takich stereotypów jest ciągle dużo (Ayham Mohsin wyjmuje telefon komórkowy i pokazuje zdjęcia z tegorocznego pobytu w Syrii, na których widać jego siostrę, bratową i siostrzenice, wszystkie ubrane, uczesane, umalowane jak typowe europejskie kobiety i nastolatki – przyp. red.). Zdjęcia, które pokazałem, przedstawiają typową syryjską rodzinę. W Syrii żyją obok siebie: sunnici, alawici, chrześcijanie i druzowie, ale dla nikogo nie jest to problem. Ja jestem alawitą, a moim bardzo dobrym przyjacielem jest sunnita, który rok temu przyjechał do Rzeszowa i z którym wspólnie otwieramy wkrótce syryjską restaurację. Taką właśnie Syrię znam: tolerancyjną, bardzo przedsiębiorczą i zasobną. Jednak Europejczyk, który czyta doniesienia prasowe i internetowe, ma obraz Syrii, która nie tylko od dwóch, ale od co najmniej kilkudziesięciu lat jest krajem zrujnowanym. O Syrii można przeczytać m.in. taki tekst: „Po zamachu stanu w 1963 roku do władzy doszła partia Baas. Pomimo prób obalenia jej rządów w 1966 i 1970 roku utrzymała władzę. Po rewolucji z 1970 roku, nowy prezydent Hafez el-Asad zabronił działalności partiom opozycyjnym. U szczytu 6-letniej, islamskiej rebelii w  1982 roku prezydent wprowadził taktykę spalonej ziemi w stosunku do miasta Hama, ze względu na to, że było punktem sunnickiego oporu. 3 lutego 1982 r. nastąpiła masakra miasta Hama z użyciem broni chemicznej, w której zginęło, według Komitetu Praw Człowieka, ok. 40 tys. ofiar”. To nie jest obraz stabilnego kraju. o jest fałszywy obraz. Po tym, jak Hafez elAsad doszedł do władzy, Bracia Muzułmańscy – radykalna organizacja sunnicka – wszelkim sposobami zaczęli dążyć do przejęcia władzy w Syrii, uznając, że przecież alawita, a więc el-Asad, nie może rządzić w kraju, gdzie większość jest sunnicka. A przypominam, że do partii Baas poszli w Syrii wszyscy: sunnici, alawici, szyici, chrześcijanie, Kurdowie, Turkmeni. Dlaczego? Bo była jedyną nadzieją na walkę z religijną ciemnotą, która panowała w Syrii po 500-letniej okupacji Turków. Tym krajem trzeba było wstrząsnąć i partii Baas to się udało. Proszę także zobaczyć, kto w Syrii tworzył opozycję. W 1970 r. były to skrajnie komunistyczne ugrupowania i Bracia Muzułmańscy. Zdecydowalibyście się Państwo oddać im władzę w Syrii? W dodatku w  tamtym czasie Syria znajdowała się w bardzo wrogich stosunkach z Turcją, a w bardzo złych z Izraelem i Irakiem. W Libanie i Jordanii były w tamtym czasie rządy marionetkowe. Hafez el-Asad uznał, że nie może pozwolić na oddanie Syrii w ręce opozycji i rebelii islamskiej. Do dziś pojawiają się głosy, że ową rebelię szkolił Saddam Husajn z Iraku i izraelski Mosad. Przytaczaliście informacje o masakrze w Hamie, ale nie podano tam, jak Bracia Muzułmańscy mordowali wszystkich alawitów w  Hamie w odwecie za politykę Asada. Prezydent Hafez el-Asad dążył do świeckiej Syrii, a Bracia Muzułmańscy do sunnickiej. Cała ta rebelia, która trwa do dziś, spowodowana jest dążeniem opozycji do uczynienia z Syrii państwa wyznaniowego. Jak Pan ocenia rządy prezydenta Baszara el-Asada? ►

T

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

29


VIP tylko pyta

B

ardzo pozytywnie, dużo lepiej niż jeszcze 2,5 roku temu, a więc przed rebelią. Wtedy oceniałem go źle. Uważałem, że Baszar el-Asad, który rządzi w Syrii od 2000 r., w początkowych latach był zbyt łagodny dla opozycji, co doprowadziło do rozwoju islamskiej rebelii. Bracia Muzułmańscy, według moich analiz, stanowią liczebnie 70 proc. obecnej opozycji w Syrii. Reszta to radykalni komuniści. I jedyna rzecz, która ich łączy, to wspólny wróg: Baszar el-Asad. Jak, Pana zdaniem, wyglądałaby Syria, gdyby opozycja doszła do władzy? To byłyby emiraty, tylko bez ropy (śmiech). Wśród opozycji jest na pewno wielu patriotów, ludzi żądnych sprawiedliwości, rozwoju i postępu. Natomiast czy ta grupa byłaby w stanie rządzić, gdyby el-Asad odszedł? W mojej ocenie nie. Większość walczących rebeliantów to syryjska gałąź al-Kaidy. To w takim razie skąd się bierze taki opór Zachodu wobec el-Asada? Stąd, że ma on swoje zdanie. Jak go zniszczyć medialnie? Pokazać jak najwięcej krwi. Jak to zrobić? Od pierwszych demonstracji pokazuje się zmanipulowane filmy. Byłem w Syrii w lipcu 2011 r., kiedy demonstracje były jeszcze pokojowe, i widziałem policję, która szła z pałkami i tarczami na demonstrantów. Jak sprowokować tłum, by zaatakował policję? Ktoś strzela do tłumu – nie wierzę, by to była policja, bo zapewne nie chciałaby sobie narobić kłopotów – pada jakaś osoba. Kamery są natychmiast gotowe, jest krew i pada hasło, że Asad zabija sunnitów. Jeśli Państwo powtórzycie to kilkanaście razy komuś, kto nie ma rozumu, to chwyci za broń i pójdzie na Asada. Prawda jest też taka, że większość Polaków ma problem nawet z umieszczeniem Syrii na mapie. I jeżeli nam się któryś dzień pokazuje w telewizji dzieci umierające po zastosowaniu sarinu, to jaki mamy mieć stosunek do tego, co się w Syrii dzieje? ilka tygodni temu do Genewy dojechała siostra zakonna z klasztoru pod Damaszkiem, która ma dowody na to, że przynajmniej cztery filmy, które pokazywali Amerykanie, były zmanipulowane. 4 sierpnia br., a więc 2,5 tygodnia przed atakiem, doszło do spacyfikowania ośmiu alawickich wiosek w górach. Rebelianci z al-Kaidy zabili 400 starszych osób, a ich dzieci uprowadzili. I nauczycielki z tych wiosek rozpoznają na tych filmach swoje dzieci, które są przedstawione jako ofiary sarinu w Damaszku. Dlaczego? A skąd weźmiecie Państwo dzieci w dzielnicach pod Damaszkiem, gdzie walki toczą się już od półtora roku? Wyobrażacie sobie Państwo ogrom tej manipulacji? A jednak wysoka komisja ONZ, która badała sprawę, stwierdziła w swoim raporcie, że 21 sierpnia br. sarin został użyty i jest on tak wysokiej jakości, że niemożliwe, by użyli go rebelianci. A więc kto? Wojska el-Asada. Nie zawołacie Państwo wilka do swojego kurnika. Macie inspektorów ONZ w pobliskim hotelu. Czy uważacie, że Asad jest na tyle głupi, by użyć wtedy sarinu? Nie. Ale wielu uważa, że może być na tyle bezczelny. Absolutnie. Opozycja od ponad roku panuje nad niektóry-

K

30

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

mi terenami, zwłaszcza w południowej Syrii, gdzie znajduje się otwarta granica z Jordanią i Izraelem. Dostarczenie przez tę granicę próby sarinu wysokiej jakości nie byłoby problemem. Do tej pory zabito w walkach 600 islamskich radykałów z paszportami europejskimi. Według „Daily Telegraph”, jest 17 tys. dżihadystów, którzy nie są Syryjczykami. Skąd oni się wzięli w Syrii? Jak teraz wygląda życie w Syrii? Cały pas od morza prawie 100 km w głąb, od Libanu do Turcji, jest czysty. To jest teren górzysty, w którym 90 proc. ludności stanowią alawici i chrześcijanie, a tylko 10 proc. sunnici. Ludzie sami kupują tam broń i organizują obronę przed rebeliantami. Jak popatrzycie Państwo na tereny, na które weszli rebelianci, to są to przede wszystkim slumsy. Dlaczego? Bo w terenie dobrze zaplanowanym pod względem urbanistycznym oni nie mają szans. Przez slumsy przeniknąć im o wiele łatwiej. Poza tym w slumsach bieda miesza się z głupotą. Powiedzą: „masz 20 dolarów, idź na demonstrację. Nakręcą cię na filmie, 15 minut i wracasz”. Chodzi o to, by w ten sposób sprowokować jak najwięcej ludzi. Gdzie jest największe skupisko rebeliantów? W Aleppo. A jak jest w Damaszku? ą trzy czy cztery miasteczka pod Damaszkiem, gdzie toczą się walki. W samym Damaszku życie toczy się normalnie. Mój tato codziennie chodzi do pracy, działają urzędy. Gdy Pan z żoną i córkami jechaliście w tym roku do Syrii, nie baliście się? Oczywiście, że się baliśmy. Ale zdecydowaliśmy się pojechać po długich rozmowach przez telefon i Skype’a z moją rodziną w Syrii. Jak postrzega sytuację Pana rodzina? Teraz są za tym, by Asad – pomimo wszystkich jego minusów – rozprawił się z rebeliantami i przywrócił w Syrii normalność. Jeśli przegra, to nie będzie Syrii, tylko emiraty. A jakie są minusy Asada? Te rządy niby-dyktatorskie. A Pan czuł kiedyś, że Pana prawa i wolności są w Syrii ograniczane? ostatnich 10 latach dokonała się duża poprawa w zakresie przestrzegania praw człowieka. Wcześniej ojciec el-Asada, jak wsadzał opozycjonistę do więzienia, to na 20 lat. A Baszar robił to na kilka miesięcy i jeszcze przedstawiano tym ludziom zarzuty. Jeśli się z nich oczyścili, to wychodzili na wolność. Ale skoro Bracia Muzułmańscy finansują radykalny islam, a Arabia Saudyjska płaci, by budowano meczety, to jak Asad ma oświecić ten kraj? Na dodatek jakaś część Syryjczyków chciałaby, abyśmy żyli jak w Arabii Saudyjskiej, gdzie kobieta nie może nawet prowadzić auta. W takim kraju tacy jak ja nie chcą żyć, nawet jeżeli jesteśmy w mniejszości, chociaż jestem pewien, że zwolenników Asada jest obecnie ponad 50 proc. Chcemy, żeby wróciła normalność i mamy nadzieję, że ci Syryjczycy, którzy chcieli siłą obalić Asada, zrozumieją w końcu, że nie ma innej drogi jak żyć razem i zbudować ponownie Syrię. Na ile na to, co się dzieje w Syrii, ma wpływ geopolityka? Nie jest tajemnicą, że Putin uważa Asada za swoje-

S

W


VIP tylko pyta go protegowanego, a USA też mają w tej części świata swoich sojuszników – Arabię Saudyjską, Izrael. Rosja obawia się radykalnego islamu. Po drugie, chce wrócić na arenę międzynarodową jako kraj decydujący o losach świata. Putin wspiera więc Asada, by ukrócić dominację USA i Izraela w tej części świata? Naturalnie. A co powoduje, że w Syrii angażują się tak mocno Stany Zjednoczone? To, że Asad nie chce podpisać układu pokojowego z Izraelem. Jest mocnym sojusznikiem Iranu, a jednocześnie wrogiem Izraela. tan w tej chwili jest taki, że groźba interwencji zbrojnej świata zachodniego nieco się oddaliła. Na razie jest porozumienie zawarte w Genewie przez Johna Kerry’ego i Siergieja Ławrowa w sprawie demontażu syryjskiej broni chemicznej. Syria mówi, że zastosuje się do tego porozumienia pod warunkiem, że zatwierdzi je ONZ. Zachód szachuje Syrię: nie zastosujecie się do porozumienia genewskiego, wrócimy do koncepcji zbrojnej interwencji. W którym kierunku, Pana zdaniem, rozwinie się sytuacja w Syrii? Aby odpowiedzieć na to pytanie, wróćmy do wojny w Zatoce Perskiej. Przypominacie sobie, jak inspektorzy ONZ szukali w Iraku broni chemicznej, lecz jej nie znaleźli? Oczywiście. Pretekst, dla którego zrobiono porządek z Saddamem Husajnem okazał się naciągany. Różnica między Asadem a Saddamem jest taka, że Asad ma broń. I cały czas gra tą kartą. Bo gdy Saddam okazał przez chwilę swą słabość, natychmiast zaczęła się interwencja. Asad o wiele lepiej niż Saddam rozumie mentalność zachodnią, co wynika z jego wykształcenia i kontaktów. Kiedy John Kerry jako specjalny wysłannik Baracka Obamy pojechał do Syrii, to… zaprzyjaźnił się z Asadem i jego żoną. Asad był też na przyjęciu u królowej Elżbiety. To bardzo inteligentny człowiek. Taki człowiek nie używa sarinu przeciw swojemu narodowi. Z żoną stworzyli organizację, która dba o los dzieci poległych żołnierzy syryjskich. Nie jest im obojętny los ludzi w Syrii. Nie możemy więc mówić, że Asad mógłby być na tyle bezczelny, by użyć sarinu. Dlaczego miałby to robić, skoro powoli, ale jednak zdobywa tereny? Czy Zachodowi chodzi o to, by zniszczyć Asada, czy tylko rzucić go na kolana, aby był bardziej uległy? Chodzi o to, by Asad odszedł. Ale opozycja też nie będzie łatwym partnerem dla USA i Izraela. tedy zostanie wprowadzony tzw. twórczy bałagan, o którym kiedyś mówiła Condoleeza Rice. Obecnie działa on w Tunezji, Egipcie, Afganistanie, Pakistanie. Proszę zobaczyć: tam, gdzie są Amerykanie, zaraz jest al-Kaida, a później bałagan. Ale Zachód igra z ogniem. Syria to ostatni bastion walki z radykalnym islamem. Politycy zachodni – czy to z Europy, czy z USA – nie rozumieją tej kwestii. Z krzywdą dla swoich narodów,

S

W

bo za chwilę ten radykalny islam rozproszy się w Europie. Ja jestem Syryjczykiem, patriotą. Chcę, byśmy – wraz z moim przyjacielem sunnitą i moim przyjacielem chrześcijaninem – żyli ze sobą w zgodzie, w świeckim państwie. Co robi Asad? Chce ocalić Syrię. On jest gwarantem jednej jednolitej Syrii. Może wysyła wojsko i policję na opozycję, ale jak banda zbirów wjechałaby do miasta i wzięła zakładników, to co by zrobił polski rząd? Też wysłałby policję. o właśnie. Ulice muszą być bezpieczne. Proszę mi wierzyć, piętnastu takich zbirów sparaliżowałoby Rzeszów, bo są to ludzie bezwzględni. A my mamy ich wiele tysięcy. Asad dla ludności syryjskiej jest w tej chwili symbolem powrotu do normalności. Trzy lata temu mój przyjaciel, chirurg szczękowy, zarabiał w szpitalu państwowym 800 dolarów „na rękę”. Proszę to przeliczyć na złotówki, biorąc pod uwagę, że w Syrii rachunki były pięciokrotnie niższe. Mój tata płacił za dom na wsi i dom w Damaszku 50 dolarów miesięcznie. Olej opałowy przed rebelią kosztował 10 centów. Chleb był dotowany; podobnie ryż, herbata. Jeżeli mam książeczkę rodzinną, to co kwartał dostawałem 5 kg cukru i ryżu. To jest Syria przed rebelią. A teraz? Dolar kosztował 45, a obecnie 250 lirów. Ludzie są wykończeni. Ale jak ma być inaczej, skoro ktoś, kto zarabiał, powiedzmy, 500 dolarów, dziś zarabia 70? Mówią, że Asad niszczy Syrię. Jak ja mam własną firmę, to chcę ją zniszczyć? To jest dla mnie niepojęta logika. Asad zdaje sobie sprawę, że nawet jeżeli to, co się dzieje w Syrii, zostanie zatrzymane, to kraj czeka 5 lat odbudowy, jak nie dziesięć. Będzie interwencja Zachodu w Syrii, czy skończy się na „dyplomatycznym pokerze”? sad, gdy się dowie, że na pewno nie będzie interwencji, zrobi z rebeliantami porządek w 6 miesięcy, no, powiedzmy, w rok. Wojsko syryjskie jest bardzo mocne, obecnie właściwie przekształciło się z regularnej armii w partyzantkę. Powtarzam, rok i byłby spokój w Syrii. Ale druga strona nie chce przegrać. Kto? Arabia Saudyjska nie dopuści, żeby w Syrii był dobrobyt bez ropy i państwo świeckie, a u nich – całkowita ciemnota. Bo za chwilę syryjski porządek zacząłby promieniować na nich. Izrael nie chce pozwolić, by Asad pozostał, bo to mocny rywal. W Turcji są te same problemy, co w Syrii, tylko zwielokrotnione i one dojrzeją później. Asad, jeżeli zostanie, będzie mocnym graczem w tym regionie. To będzie ta interwencja Zachodu w Syrii, czy nie? Nie. Zachód się boi, bo straty byłyby ogromne. Jeżeli przez 10 lat stracili w Iraku 5 tys. żołnierzy, to w Syrii tę samą liczbę stracą w dwa miesiące. Uzbrojonych partyzantów jest 160 tys., wojska syryjskiego – 400 tys. Kiedy byłem ostatnio w Syrii, rozmawiałem z tamtejszym oficerem. Powiedział: „nawet jak Baszar nie będzie chciał walczyć, to my będziemy walczyć. Mamy kilkadziesiąt tysięcy rakiet, użyjemy ich”. I tego właśnie boi się Zachód. Jeżeli rakiety polecą w naszą stronę, będzie to oznaczało, że został na nas wydany wyrok. Nie możemy czekać, jak w Iraku. Musimy się bronić. ■

N

A

Wywiad i sesję zdjęciową przeprowadziliśmy w restauracji Syriana shisha&grill w Rzeszowie.


Bracia Ryszard i Robert Cieślowie

JAK BARYTON Z TENOREM

Tyczyn, Pałac Wodzickich, czerwiec 2013. Koncert Ryszarda (z prawej) i Roberta Cieślów podczas uroczystości 150. rocznicy Powstania Styczniowego i 645-lecia Tyczyna (odsłonięto wtedy tablicę upamiętniającą udział tyczynian w powstaniu).

Ryszard Cieśla jest o pięć lat starszy od swego brata Roberta. Ryszard urodził się w Tyczynie, a Robert w Rzeszowie, dokąd w międzyczasie przeprowadzili się rodzice. Ryszard jest barytonem, Robert – tenorem. Po studiach drogi ich karier na wiele lat się rozeszły: Ryszard związał się z Teatrem Wielkim, a Robert śpiewał w teatrach operowych zachodniej Europy. Aby nie narażać się na niepotrzebne komentarze, Robert habilitował się w Łodzi, bo w Warszawie… dziekanem był wtedy brat. Dziś obaj są już profesorami „belwederskimi” w dziedzinie sztuk muzycznych i ściśle współpracują ze sobą w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie.

34

Tekst Jaromir Kwiatkowski Fotografia Archiwum Ryszarda i Roberta Cieślów

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013


PORTRET we dwóch Ojciec Ryszarda i Roberta jest z zawodu krawcem, mama – księgową. Skąd więc wzięły się ich artystyczne talenty? Robert wspomina, że mama jeszcze w szkole wygrywała konkursy recytatorskie i nauczyciel namawiał dziadków, by posłali ją do szkoły aktorskiej. Było to jednak niemożliwe z powodów finansowych. A poza tym w tamtych czasach uważano, że grunt to konkretny zawód. – Ale tęsknoty za sztuką pozostały w mamie do dziś – podkreśla Robert. – Pamiętam, że mama miała zawsze ładny głos, zresztą do dziś śpiewa w chórze parafii Matki Bożej Saletyńskiej w Rzeszowie – dopowiada Ryszard. – Tato z kolei brał udział w jasełkach w Tyczynie. „Po drodze” był jeszcze mój ojciec chrzestny, organista z Tyczyna, Franciszek Leńczyk. Gdzieś te talenty, pochodzące przecież od Boga, krążyły, żeby objawić się w nas.

ŚPIEW

czy matematyka Ryszard ukończył SP nr 9 (dziś mieści się tam V LO), Robert po czwartej klasie przeniósł się z „dziewiątki” do „dziesiątki”. Obaj ukończyli IV LO, Ryszard w klasie o profilu matematyczno-fizycznym, Robert – humanistycznym. Muzyczne talenty Ryszarda odkrył Edward Sondej, muzyk, znajomy rodziców, w późniejszych latach wieloletni dyrektor średniej szkoły muzycznej w Rzeszowie. Namówił rodziców i Ryszard rozpoczął naukę gry na skrzypcach. – Miałem trochę „pod górkę”, bo w pewnym okresie zachorowałem i przerwałem naukę – wspomina Ryszard. – Kiedy wróciłem do zdrowia, byłem już w liceum. Musiałem nadrobić ten czas, skończyłem szkołę muzyczną I stopnia i poszedłem do średniej. Tam profesor Luba Bukowska namówiła mnie, abym – oprócz skrzypiec – uczył się także śpiewu. Ryszard zdał maturę w IV LO, a jednocześnie ukończył drugą klasę średniej szkoły muzycznej. Przyznaje, że miał dylemat co wybrać, bo był także uzdolnionym matematykiem. Sukcesy w podstawówce pozwoliły mu dostać się do liceum bez egzaminu z matematyki, a na maturze zdał ten przedmiot z wynikiem bardzo dobrym. – Nasz wychowawca nawet namawiał mnie, żebym szedł na politechnikę, ale miłość do muzyki zwyciężyła – wspomina. Robert poszedł w ślady brata i zaczął uczyć się w szkole muzycznej przy ul. 1 Maja (dziś Sobieskiego). Chciał się dostać na fortepian, ale został zakwalifikowany na skrzypce. – Śpiew pojawił się przypadkiem – opowiada. – Ponieważ uczyłem się równolegle w dwóch szkołach, czasami opuszczałem zajęcia orkiestry. „Za karę” zostałem wysłany na chór. Tam pani Budzińska, a później pani Biskupska stwierdziły, że mam „kawałek głosu” i namówiły mnie, żebym zaczął uczyć się jednocześnie śpiewu solowego. Po maturze miałem dylemat: zdawać na śpiew czy kończyć średnią szkołę w klasie skrzypiec, gdzie został mi jeszcze rok. Pomógł mi prof. Kazimierz Pustelak, znakomity

pedagog i wybitny śpiewak, pochodzący spod Rzeszowa, do którego jeździłem w klasie maturalnej raz w miesiącu na konsultacje. Powiedział rodzicom, że mam interesujący głos i że powinienem zdawać na studia. Pojechałem do Warszawy, zdałem i problem sam się rozwiązał.

OAZA, CZYLI

„polatywanie nad ziemią” Ryszard i Robert podkreślają, że ważnym etapem ich życia była w okresie nauki w liceum oaza Ruchu Światło-Życie przy parafii Matki Bożej Saletyńskiej. Ryszard wspomina, że był jej pierwszym członkiem. To był rok 1973. – Na pierwsze spotkanie z ks. Zbigniewem Czuchrą przyszedłem sam – opowiada. – Wybraliśmy się na spacer na błonia za IV LO, rozmawialiśmy, jak sobie wyobrażamy taką grupę. Potem przez długie lata uczęszczałem na spotkania oazy. – Oaza stanowiła centrum naszego życia – dodaje Robert. – Zgromadziła się tam grupa ludzi ze wspólnymi zainteresowaniami. Były tam osoby uzdolnione muzycznie, plastycznie, ale przede wszystkim mieliśmy świat wspólnych wartości. Ta grupa uformowała nas, dała nam orientację życiową. Jest jeszcze jeden istotny szczegół: na oazie obaj poznali swoje żony. Ryszard – Grażynę, Robert – Ewę. Dziś jako ojcowie się uzupełniają: Ryszard ma same córki (trzy plus jedną „ucórkowioną” przyjaciółkę jednej z nich), Robert – samych synów (jednego w niebie i trzech na ziemi).

CO MA TRAUGUTT do muzyki

W 1983 r. Ryszard ukończył Akademię Muzyczną w Warszawie (od 2008 r. Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina), w klasie prof. Romana Węgrzyna, i w tym samym roku dostał angaż solisty w Teatrze Wielkim, gdzie śpiewa do dziś. Występując na scenie z Kazimierzem Pustelakiem, którego dotąd znał jedynie jako profesora Akademii, zachwycił się jego profesjonalizmem i nawiązał z nim współpracę w celu dalszego kształcenia swojego głosu. – Na efekty nie trzeba było długo czekać: w 1986 r. zdobyłem drugą nagrodę (pierwszej nie przyznano) na międzynarodowym konkursie wokalnym w 's-Hertogenbosh w Holandii. Od tego zaczęła się moja kariera – opowiada Ryszard. Swoją artystyczną aktywność dzieli na kilka obszarów. Pierwszy – operowy, sceniczny – to kilkadziesiąt ról scenicznych, kilkaset spektakli i tyleż koncertów w ciągu tych 30 lat. Ważnym okresem w artystycznej biografii Ryszarda były cztery lata śpiewania w zespole muzyki dawnej „Bornus Consort” (1983-87). – Zwiedziliśmy kawał świata, a zwłaszcza Europy, ale później zdecydowałem się jednak poświęcić romantycznej muzyce operowej i podziękowałem zespołowi za współpracę – wspomina Ryszard. ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

35


PORTRET we dwóch Inne ważne pole jego działalności to Filharmonia im. Romualda Traugutta, którą utworzył w stanie wojennym Tadeusz Kaczyński, muzykolog i patriota. To grupa śpiewaków i aktorów, zajmująca się przypominaniem zakazanych w okresie PRL pieśni patriotycznych. – Do Filharmonii im. Traugutta przywiodła mnie obecna w naszym domu tradycja kultywowania prawdziwej historii Polski, obejmującej także wspomnienie daty 17 września czy pamięć o Katyniu. Naszym zadaniem było też kultywowanie pamięci o bohaterach i podtrzymywanie ducha „Solidarności” w okresie stanu wojennego – opowiada Ryszard, po czym dodaje: – Wiele razy pytano Tadeusza Kaczyńskiego, co Traugutt miał wspólnego z muzyką. Kaczyński odpowiadał ze spokojem: „Nic. Ale my mamy wiele wspólnego z Trauguttem”. W czasie studiów z Filharmonią współpracował także Robert. Twórca Filharmonii im. Romualda Traugutta zginął śmiercią tragiczną w 1999 r. – Przed śmiercią zdążył uczynić mnie jednym ze spadkobierców tego dzieła z obowiązkiem kontynuowania go – wspomina Ryszard, obecny szef artystyczny Filharmonii. – Nadal więc działamy i właśnie przygotowujemy się do nagrania pieśni Powstania Styczniowego w aranżacjach Włodzimierza Korcza.

PRZEZ NIEMCY do Polski

Współpraca Ryszarda z prof. Pustelakiem w Teatrze Wielkim zaowocowała asystenturą w jego klasie wokalnej w warszawskiej AM, począwszy od roku akademickiego 1991/92. Ryszard piął się po kolejnych szczeblach uczelnianej drabiny aż do tych najwyższych: był dziekanem Wydziału Wokalnego, prorektorem ds. dydaktyki (2008-2012), a obecnie znów jest dziekanem wydziału już pod nową nazwą – Wydział Wokalno-Aktorski, bo w międzyReklama

czasie przywrócił mu ten drugi, zarzucony przed laty, wymiar. W ub.r. otrzymał belwederską profesurę w dziedzinie sztuk muzycznych. Robert w 1988 r. ukończył z wyróżnieniem studia na Akademii Muzycznej w Warszawie w klasie prof. Kazimierza Pustelaka. Już na studiach zdobywał pierwsze konkursowe laury, był stypendystą Ministerstwa Kultury i Sztuki. Chciał go, podobnie jak brata, zatrudnić na stałe Teatr Wielki, na którego scenie wystąpił po raz pierwszy jeszcze przed zakończeniem studiów. On jednak wybrał inną drogę: pojechał na studia podyplomowe w Międzynarodowym Studiu Operowym w Zurychu. Później była przeprowadzka na ponad dekadę do Niemiec, kontrakty w Państwowych Teatrach w Karlsruhe i Mainz oraz gościnne występy m.in. w Mannheim, Luksemburgu, Ludwigsburgu, Bazylei, Kassel, Nürnbergu, Strasburgu i wielu innych miejscach. – Zwiedziłem kawał Europy – przyznaje. Zdarzało się, choć rzadko, że występował gościnnie także na polskich scenach: w Teatrze Wielkim czy w Operze Wrocławskiej. – Dla mnie teatr operowy to coś, co mnie zawsze fascynowało jako gatunek sztuki – tłumaczy. Podkreśla, że często bazuje on na sztukach genialnych dramaturgów, np. Verdi sporo czerpał z Szekspira. – Dlatego, gdy przygotowywałem się do jakiejś opery, zawsze interesowały mnie nie tylko nuty i słowa, ale przesłanie – podkreśla. W 2004 r. wrócił z rodziną do kraju. Robert, już po doktoracie, chciał pisać w Polsce rozprawę habilitacyjną. Zrobił to na Akademii Muzycznej w Łodzi. Dlaczego akurat tam? – Złożyłem prośbę o otwarcie przewodu habilitacyjnego na Akademii Muzycznej w Warszawie, ale wtedy dziekanem został akurat mój brat – wyjaśnia. – W tym momencie zadecydowałem, że będę się habilitował w Łodzi, żebym nie musiał się ciągle tłumaczyć, że nie zrobiłem habilitacji „po znajomości”. Po powrocie do Polski rozpoczął pracę pedagogiczną ze studentami. – Jest ona często niewdzięczna, bo już nie odpowiadamy tylko za siebie, lecz musimy odnaleźć drogę do drugiego człowieka, by mu z jednej strony wszyst-


PORTRET we dwóch ko wytłumaczyć, a z drugiej – zmotywować go do tego, by sam chciał się rozwijać – tłumaczy. Miał wtedy zajęcia m.in. na Uniwersytecie Rzeszowskim. – Był taki moment, że pracowałem jednocześnie na trzech uczelniach: Uniwersytecie Rzeszowskim, Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie. W tej chwili pracuję tylko w tej ostatniej i na brak pracy nie narzekam – mówi Robert. – Jednocześnie jestem szefem jedynego w Polsce Studium Pieśni, które założyliśmy wspólnie z jego pomysłodawczynią – prof. Katarzyną Jankowską. W tym roku otrzymał profesurę belwederską w dziedzinie sztuk muzycznych.

REŻYSERIA

i psychologia Ryszard występuje na scenie już coraz mniej. Większość czasu zajmuje mu praca pedagogiczna i administracyjna. – Biurokracja strasznie się rozrasta i jest porównywalna z czasami słusznie minionymi – denerwuje się. Ale to nie oznacza, że nie podejmuje nowych wyzwań artystycznych. Pasją, która krystalizowała się powoli i w pewnym momencie skrystalizowała się jako ważna, jest reżyserowanie. – Jest to dla mnie obszar ekscytujący i rozwojowy – podkreśla Ryszard. W reżyserskim dorobku ma m.in. „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki, wyreżyserowany na zamówienie chicagowskiej Polonii w 2007 r., oraz „Cosi fan tutte” W.A. Mozarta, studencki spektakl, którego premiera miała miejsce w październiku 2012 r. na małej scenie Teatru Wielkiego w Warszawie, ale który zdążył już pokazać w Stambule, Sewilli oraz w filharmoniach: gorzowskiej, kieleckiej i rzeszowskiej. Aktualnie pracuje nad mozartowskim „Don Giovannim”. Robert poszedł w innym kierunku: skończył z bardzo dobrym wynikiem psychologię kliniczną na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Te studia miały związek z tragicznym wydarzeniem z okresu, kiedy jeszcze mieszkał z rodziną w Niemczech: w domu zasłabł na schodach i zmarł jego syn. To traumatyczne doświadczenie spowodowało, że przez lata chodził na zajęcia w jednym z największych w Niemczech ośrodków zajmujących się osieroconymi rodzicami. – W pewnym momencie dostałem propozycję, bym zajął się takimi osobami – opowiada. – Pomyślałem, że jeżeli mam to robić, to jako fachowiec. Stąd, już po powrocie do Polski, wziął się pomysł tych studiów. Nabytą wiedzę wykorzystuje prowadząc na zasadzie wolontariatu poradnię dla rodziców osieroconych przy kościele Wniebowstąpienia Pańskiego na warszawskim Ursynowie. – Łatwiej mi do nich dotrzeć, jako że sam jestem rodzicem osieroconym – tłumaczy. – Ale nie można dotrzeć do nich bez fachowej wiedzy. Sukcesem takiej poradni jest to, że rodzice nauczą się żyć z tym bólem, bo wyleczyć ich nie da rady. Ta trauma zostaje do końca życia. Kilka lat temu Robert napisał program rehabilitacji pacjentów kardiologicznych przy użyciu ćwiczeń odde-

chowo-wokalnych. – Najczęściej rehabilitacja takich pacjentów polega na wysiłku. Pomyślałem więc, że można by stworzyć program, który równie intensywnie męczyłby serce i sprawiał, że podnosiłaby się jego wydolność, a jednocześnie nie zmuszałby ludzi do siadania na rower, chodzenia czy biegania – tłumaczy. W Szpitalu Rehabilitacji Kardiologicznej w Konstancinie spędził półtora roku; szpital jest zainteresowany kontynuacją programu. Ponadto rektor Uniwersytetu Muzycznego proponował wystąpienie o grant, który Robert miałby prowadzić w szpitalu przy Banacha. Główną przeszkodą w realizacji tych pomysłów jest brak czasu. – Mając do przebadania 2 tys. pacjentów musiałbym rzucić pracę na UM i zająć się tylko tym. Drzwi szpitala w Konstancinie są cały czas otwarte, mogę tam w każdej chwili wejść i szkolić ludzi w zakresie prowadzenia tego programu. Pytanie, kiedy to robić. No właśnie. Przy tylu zajęciach brak wolnego czasu to również cecha wspólna Ryszarda i Roberta. – Są chwile, kiedy zastanawiam się, czy relacje pomiędzy rodziną a pracą zawodową są ustawione właściwie. Rzeczywiście cierpię na brak czasu, tym bardziej że mam cudowne wnuki, a wakacje spędzone z nimi to najpiękniejszy czas w roku. W pozostałych miesiącach ten czas muszę dla nich „wyrywać” – przyznaje Ryszard. – Wydaje mi się, że znam pojęcie wolnego czasu, choć nie jestem przekonany, czy moja rodzina by to potwierdziła – dopowiada Robert. Wolny czas, jeżeli się zdarzy, stara się spędzać bardzo intensywnie. Jeszcze mieszkając w Niemczech, codziennie rano pokonywał biegiem przynajmniej 10 km. Dziś już nie biega, ale codziennie pływa. – Wtedy mogę myśleć – śmieje się.

MUZYCZNE DZIECI

i „Traviata” w Chinach Ryszard, zapytany o plany, mówi o satysfakcji z sukcesów swoich „muzycznych dzieci”: Tomasza Kumięgi – baryton i Elwiry Janasik – mezzosopran. – Są niezwykle utalentowani i śpiewają przepięknie, dlatego zaprosiłem ich do udziału w tegorocznej edycji Festiwalu Pieśni Kompozytorów Polskich. W kolejce czekają następne „muzyczne dzieci”. W tym roku do dyplomu przygotowuje się utalentowany mozartowski tenor z Korei Płd., a studia rozpocznie dwójka bardzo obiecujących Chińczyków – uzupełnia. W Warszawskiej Operze Kameralnej wyreżyseruje w tym roku akademickim ze studentami swojego wydziału „Don Giovanniego”, którego pokaże na przedpremierowym spektaklu w Kielcach, a jesienią przyszłego roku także w Rzeszowie. W momencie, kiedy ten numer VIP-a dotrze do Czytelników, Robert będzie śpiewał w „Traviatcie” w Chinach. To nie jest jego pierwszy pobyt w tym kraju, niewykluczone też, że w przyszłym roku znów tam poleci. No i praca ze studentami; jest przecież także uczelnianym szefem programu Erasmus. ■

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

37


Reklama


BĄDŹMY szczerzy

Jest dobrze, ale źle

Jarosław A. Szczepański

Dziennikarz, historyk filozofii, coraz bardziej dziadek.

Gdzieś w połowie września przemknęła przez media (gazety, rozgłośnie radiowe, portale informacyjne) interesująca wiadomość o tym, że w Polsce lawinowo przybywa wynalazków i wzorów użytkowych. W ubiegłym roku do Urzędu Patentowego wpłynęło 5351 zgłoszeń. Rok wcześniej było ich 4800, a w roku 2010 – 4000. Czy jesteśmy potęgą innowacyjną? Na pierwszy rzut oka można taki wniosek wysnuć, bo na 200 państw notowanych w rankingu Światowej Organizacji Własności Intelektualnej zajmujemy 15. miejsce. Mało tego – gdy porównamy liczbę patentów z kwotami przeznaczanymi w Polsce na badania i rozwój, czyli wstydliwie skromnym 0,7 proc. PKB, to w skali świata stoimy na podium – lepszy jest tylko Singapur i Korea Południowa! I to jest koniec dobrych wiadomości, bo mimo lawinowego wzrostu patentów, nie przekładają się one na poziom innowacyjności gospodarki. O tym poziomie nie decyduje liczba patentów, ale skala ich wdrożeń w przemyśle. A tutaj mamy prawdziwy dramat – w minionym 2012 roku w unijnym rankingu innowacyjności zajęliśmy czwarte miejsce, ale od końca, niestety. Wśród 27 państw za nami były tylko: Łotwa, Rumunia i Bułgaria. Polski przemysł nie inwestuje w naukę na poziomie porównywalnym z krajami na zachód od Polski. Zresztą znakomita większość ośrodków naukowo-badawczych w Polsce należy do kapitału zagranicznego. Można powiedzieć, że w obszarze, w którym cokolwiek zależy od aktywności człowieka wykształconego, ambitnego i utalentowanego, osiągamy maksimum możliwości. Tam, gdzie powinno wkroczyć państwo poprzez resorty edukacji, nauki i szkolnictwa wyższego, gospodarki, infrastruktury itd., itp. – nie dzieje się nic albo jakąkolwiek działalność się pozoruje. Trudno w to uwierzyć, ale wygląda na to, że rządzącym kompletnie nie zależy na tym, aby polska gospodarka nie ześlizgiwała się do poziomu drenowanej przez obcych kolonii. Niedługo będziemy obchodzić ćwierćwiecze wydobycia się z komunistycznej zapaści, również gospodarczej. I zapewne będą to obchody huczne, udowadniające, jak to wspaniale wykorzystaliśmy minione 25 lat, jak przeobrażamy się w krainę dobrobytu. Tymczasem prawda jest taka, że jeszcze żadna autostrada nie funkcjonuje w całości, przemysłu stoczniowego nie ma, koleje zdychają, samolot szkoleniowy dla polskiego lotnictwa bojowego będziemy kupować od Koreańczyków, Czechów albo jeszcze od kogoś innego, a szybki pociąg Pendolino (bez pendolino, czyli wahadła, które jest istotą tego wynalazku) kupiliśmy od Włochów, urządzając kilkanaście tysięcy włoskich rodzin na 20 lat, bo przecież te pociągi trzeba będzie doglądać, kontrolować, zaopatrywać je w części zamienne, zużytą elektronikę i co tam jeszcze. A w dniu, w którym piszę ten tekst, oglądałem w głównym wydaniu Wiadomości TVP migawkę z gotowości przekazania niemieckim kolejom Deutsche Bahn pierwszych zestawów zamówionych przez nie

40

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

we wrześniu 2012 r. pociągów wyprodukowanych w Bydgoszczy. Więc jak to? Niemcy kupują w Bydgoszczy polskie pociągi, a zatem nie mogą one być gorsze od włoskich. I nic o tym nie wie minister Nowak? Niech wejdzie na strony internetowe bydgoskiej PESA, to się dowie, że kontrakt z Niemcami jest największy z dotychczasowych i opiewa na 1,2 mld euro. Dowie się też, że bydgoski producent jest w stanie wyprodukować każdy pociąg spełniający warunki postawione przez klienta. Zresztą bydgoski zakład kilkanaście lat temu był na granicy upadłości. Uratowała go współpraca menedżerów z załogą, która częściowo odkupiła firmę od państwa. Żeby było śmieszniej – warto, by minister Nowak wiedział, że jeden z pierwszych zagranicznych kontraktów bydgoski producent pociągów zawarł w 2006 roku z... Kolejami Włoskimi. Wspomniałem wyżej o samolocie szkoleniowym dla naszego lotnictwa wojskowego. W pierwszej połowie lat 90. ubiegłego stulecia miała ruszyć produkcja samolotu szkolno-bojowego Iryda – konstrukcji całkowicie polskiej (podobnie jak szkoleniowa Iskra, zaprojektowana i wyprodukowana jeszcze na odwilżowym poślizgu po październiku 1956 roku). Samoloty miała produkować mielecka WSK. Ale, niestety, na przeszkodzie stanął rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego, dzisiejszego mentora Donalda Tuska. Pamiętam burzliwe spotkanie J.K.B. z pracownikami w  mieleckim zakładzie, będącym wówczas w krytycznej sytuacji. Premier powiedział wtedy, że takie mastodonty komunistycznego przemysłu jak mielecka WSK nie mają racji bytu w nowej Polsce. Radził załodze przestawić się na produkcję... igieł na przykład. Został nieco zbity z tropu przypomnieniem przez obecnych w sali, że mielecki zakład nie jest mastodontem komunistycznej gospodarki, bo powstał w ramach wielkiego projektu COP w latach 30. ub. wieku. Jednak projekt Iryda i tak wylądował w koszu, choć Hindusi byli gotowi zamówić kilkaset maszyn. Mieli znakomite doświadczenie z Iskrami, które jeszcze do dzisiaj znajdują się na stanie armii indyjskiej. Oczywiście tego wszystkiego nie wiem sam z siebie, bo się na tym nie znam. Ale wśród moich przyjaciół i znajomych nie brak świetnych specjalistów w branży lotniczej, ze świętej pamięci Adamem Matuszczakiem na czele, który całe życie zawodowe był związany z przemysłem lotniczym. Na wspomnienie finału projektu Irydy szkliły mu się oczy. To, co w polskim przemyśle jeszcze funkcjonuje dobrze wraz z całym zapleczem kadrowym, jest doceniane poza Polską jak widać na bydgoskim przykładzie. Jest więc od czego zacząć przy odbudowywaniu całości. Ale na to trzeba jeszcze chwilę zaczekać. Oby nie za długo. ■


AS z rękawa

Franciszku, musisz!

Krzysztof Martens

brydżysta, polityk, dziennikarz, trener. Człowiek renesansu o wielu zainteresowaniach i pasjach. Dzięki brydżowi obywatel świata, który odwiedził prawie wszystkie kontynenty i potrafi się dogadać w wielu językach. Sybaryta lubiący dobre jedzenie i szlachetne czerwone wino.

Jak nie Ty, to kto? Jak nie teraz, to kiedy? Jan Paweł II i Benedykt XVI nie mieli szans na przeprowadzenie reformy kurii rzymskiej. Znali ją doskonale, sprawnie w tym labiryncie się poruszali i „wiedzieli, że się nie da” lub uważali, że radykalne lekarstwo może być bardziej niebezpieczne od choroby. Papież Franciszek na szczęście nie wie, że się nie da i to sprawia, że ma szansę na skuteczne wdrożenie reformy. Bardzo mocno postulowana przez większość kardynałów dymisja sekretarza stanu Tarcisio Bertone oznaczała początek gruntownej reformy w Stolicy Apostolskiej. Ostatnie lata sprawowania urzędu przez kardynała Bretone upłynęły na poszerzaniu jego i tak już ogromnych wpływów i budowaniu „państwa w państwie”. Moim zdaniem, ta sytuacja walnie przyczyniła się do abdykacji Benedykta XVI. Po tej dymisji zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Włoski wymiar sprawiedliwości aresztował księdza Nunzio Scarano pod zarzutem prania pieniędzy. Ujawniono jego plany przewozu prywatnym samolotem 20 milionów euro ze Szwajcarii do Włoch. Jeszcze przed aresztowaniem Scarano został zawieszony w pracy w zarządzie dóbr Watykanu, gdyż zainteresowano się jego budzącym podejrzenia wielkim majątkiem. Zabawne, że fakt posiadania prywatnego samolotu przez skromnego księdza zauważono dopiero po dymisji Bertone. Posypały się dalsze aresztowania – okazało się, że teraz już wolno. Papież Franciszek na dymisji sekretarza stanu nie poprzestał. Powołał radę kardynalską, która podda rewizji Konstytucję Apostolską – określi relacje pomiędzy Watykanem a episkopatami, oraz kompetencje organów kościelnej władzy. Przypomnę, że obecnie działa 21ministerstw, czyli dykasterii i rad papieskich. W Radzie będzie współpracowało 8 kardynałów – co ciekawe – głównie spoza Europy.

42

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

Działania i retoryka nowego papieża rodzą nadzieję, że będzie to pontyfikat odświeżający europejskie wartości i wzorce katolickie, zmieniający ich treści, a przede wszystkim formy. Blisko 50 lat po Soborze Watykańskim II trzeba wszystkim przypomnieć, że w centrum chrześcijaństwa jest świadectwo zwłaszcza wobec ubogich i wykluczonych, a idea Kościoła ubogiego jest ciągle żywa i atrakcyjna dla milionów wiernych. Franciszek jest dzieckiem innego Kościoła, nieobciążonego europejską, trudną historią i naszymi ciągnącymi się przez wieki sporami. W języku hiszpańskim i portugalskim Kościół jest rodzaju żeńskiego i przypomina młodą, uśmiechniętą, nieco rozhukaną kobietę. Jest w niej sporo życia, chęci naprawy świata i dzielenia się swoim szczęściem. Franciszek taki jest – dynamiczny, świeży i atrakcyjny, szczególnie dla młodych ludzi. Europejski katolicyzm kojarzy się ze starszym, schorowanym panem, bogatym, leniwym i wygodnym, który winą za swój marazm i bark chęci do działania obciąża wszystkich dookoła, tylko nie samego siebie. Czy młoda radosna dziewczyna (Franciszek) zdoła skłonić starszego pana do ruszenia tyłka z wygodnego fotela? Zobaczymy już po kilku latach. Niewątpliwie jest to powiew świeżego wiatru, który wzbudza sympatię, zadziwia i niepokoi. Na razie polski Kościół wiatr ten ignoruje i interpretuje zgodnie ze swoimi potrzebami. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że papież od razu nie zmieni mentalności biskupów. Z jego strony na razie to małe kroczki, ale na pewno w dobrym kierunku. Franciszku, musisz, jak nie Ty, to kto? – w każdym razie trzymam za Ciebie kciuki. ■


POLSKA po angielsku

Żywot mężczyzny wkurzonego Magdalena Zimny-Louis

Rzeszowianka z urodzenia, przebywająca „czasowo za granicą”, jak twierdzi urząd meldunkowy oraz kartoteka parafialna. Od dwóch dekad mieszka w Anglii, w mieście Ipswich po zachodniej stronie. Kojarzy się z żużlem, jako że przez 10 lat prowadziła speedway club Ipswich Witches. Od 2007 roku pracuje dla angielskiego wymiaru sprawiedliwości oraz pisze książki o tematyce NIE ŻUŻLOWEJ. Pierwsza – „Ślady hamowania”, została nagrodzona w konkursie Świat Kobiety, druga pt. „Pola” trafiła na półki we wrześniu 2012 r. i od razu trafiła w serca czytelników.

Spędziłam we wrześniu kilka dni w Rzeszowie (skąd mój ród) żyjąc zwyczajnie, poruszając się spokojnie, spacerując w ładnych miejscach, przyglądałam się ludowi ulicy w poszukiwaniu tematów do kolejnej książki. Poraził mnie ogrom różnic. Nie między bogatymi i biednymi, mądrymi i głuptasami, grubasami i cieniasami, nie, znacznie globalniej: między Podkarpackimi Mężczyznami a Podkarpackimi Kobietami! Przepaść ich dzieli, otchłań jakaś mroczna, ocean najgłębszy z głębokich. Jestem przygotowana na okoliczność linczu, mężczyźni z pewnością poczują się tekstem obrażeni, gdyż są tragicznie przeczuleni na swoim marnym punkcie i pewnie spalą moją kukłę na rzeszowskim Rynku na znak protestu. Trudno i tak napiszę, co widziałam. Mężczyzna Podkarpacki jest w całym swoim funkcjonowaniu (przepraszam za wulgaryzm) w k u r w i o n y. Ulicą jedzie autem tak (czy to biały bus, czy 17-letnie audi, czy najnowsze BMW X5), jakby nas chciał swoim ego siedzącym za kierownicą staranować. Nie ruszysz w pierwszej sekundzie zmiany światła na zielone – będzie trąbić, jedziesz zgodnie z przepisami ulicą Podkarpacką, wyprzedzi cię koło Praktikera, a równając się z twoim autem popuka ci w czoło, jechać będzie za tobą tak blisko, że zderzaki waszych samochodów zetkną się czółkami, nie zatrzyma się przed przejściem dla pieszych, ty stoisz, on jedzie, bo mu się śpieszy i pośpiech ma w oczach, kiedy babci nie chce puścić przez ulicę. Postawi swoje auto na parkingu Tesco w poprzek wyznaczonego miejsca pomiędzy białymi liniami, zupełnie jakby taczki w polu porzucał, po czym wysiądzie gwałtownie i walnie drzwiami bardzo zamaszyście, strasząc gołębie na Nowym Mieście tak, że się ptaszkom coś spod ogonka z nerwów wymsknie. A włosy ma na jeża wycięte lub czasem wijące po szyi bez ładu i grzebienia. I nie pachnie ładnie. Mężczyzna Podkarpacki w weekend z  żoną czasem zakupy robi, nieubłagany jest, gdy przychodzi do wydania pieniędzy, które przecież na wkurwieniu zarobił. Wydaje też zły, wyzywając produkty od „chińszczyzny” i „badziewia”, żonę od rozrzutnych i pazernych, producentów od zdzierców, kasjerki od leniwych, a w końcu:, po co ci ta mikrofalówka, to se na gazie zupy nie przygrzejesz? W drzwiach cię nie przepuści, ani ci drzwi nie przytrzyma, kiedy się mijacie, ale przy prezentacji będzie cię w rękę ślinił i wąsem łaskotał. Tak, wąsem, gdyż Mężczyzna Podkarpacki ma wąsa, lekko kręcone spróchniałe zęby, saszetkę (zwaną pedałówką), z  którą spaceruje

po Castoramie, kamizelkę myśliwego (modę wprowadził ten pan, który Zwierzyniec w TV prowadził), but z dziurkami czy paskami, a w bucie skarpeta wiadomo jakiego koloru. Nie uśmiecha się nigdy. Kiedy młodszy, paraduje w spodniach za kolano i troki mu wiszą przy łydkach, lub T-Shirt kolorowy z głupim napisem obnosi, spodnie dżinsowe i bluzę z kapturem. Jak biurowy, to w garniturze, ale but już z innej parafii, koszula bardziej do pulowerka pasująca niż do gangu i krawat tylko udaje design. Kiedy po żonę przyjedzie do koleżanki, to śpieszy się histerycznie, płaczącym dzieckiem straszy, obowiązkami, że musi się wyspać i nie będzie się tu ani rozsiadał, ani herbaty łyka nie weźmie. Zanim podjedzie, pisze sms-a „nie będę wchodził, zbieraj się”. Zeszłego upalnego lata w oddziale banku ING na ulicy Rejtana stałam w kolejce wachlując się gazetą. Wszedł prosto z gorąca w klimatyzowane pomieszczenie Mężczyzna Podkarpacki z nagim torsem! Z kapiącym potem spod pachy za mną stanął, z podkoszulkiem w jednej ręce przez telefon rozmawiał z kolegą Marianem o tym, jakie sobie „dźwi” zamontuje w nowym domu i jak te „dźwi się będą odmykać”. A Kobieta Podkarpacka jest z innej bajki, Mili Państwo... Jak młodziutka, to szczuplutka, zwiewna jakaś, uśmiechnięta, studiująca, rozgarnięta. Kiedy troszkę starsza, to może i grubsza, ale ładnie odziana, z torebeczką lakiereczką, na obcasie, wypachniona, gadu-gadu z koleżanką przez telefon, dziecko do szkoły, samochodzik umyty, na zakupki do Millenium Hall podskoczy po pracy. Nie gna szosą, nie potrąca babci na pasach, nie trąbi, nie narzeka, nie przeklina i nie pokazuje „faka” innym kierowcom. Panie emerytki to już całkiem piękne są. Ondulacje, kolory na włosach, nawet jak po 70-tce to jeszcze blond czy miedź, spódniczki za kolano, sweterki perłowe, siateczka, spineczka, gadu-gadu z sąsiadką, bez pośpiechu, nie nerwowo, do kościółka na roraty, torcik dla wnusia upiecze, do protestu pokojowego się przyłączy, książki przeglądnie w Matrasie, na ławeczce przysiądzie w zadumie na kwiateczki popatrzeć... I strach pomysleć, że ta Podkarpacka Kobieta będzie musiała zaraz wrócić do domu, a tam czeka na nią wkurwiony Podkarpacki Mężczyzna. ■

Więcej felietonów Magdaleny Zimny-Louis na portalu www.biznesistyl.pl


PROCES myślowy

Nie wiedza, lecz wiara

Jerzy Borcz

adwokat, współwłaściciel Kancelarii Adwokackiej J. Borcz i Partnerzy, specjalizujący się w prawie gospodarczym i handlowym. Zapalony myśliwy, koneser wina, zwłaszcza pochodzącego z krajów Nowego Świata.

Po ujawnieniu przez prokuraturę treści protokołów przesłuchań najważniejszych ekspertów pana Macierewicza, wydawało się, że dojdzie do zdyskredytowania efektów ich pracy. To powinien być naprawdę poważny cios, zadany ich kompetencjom i wiarygodności. Tymczasem pan przewodniczący zespołu parlamentarnego „badającego” katastrofę w Smoleńsku ma nadal doskonałe samopoczucie, jest w ofensywie, pełen energii oraz przekonania do swoich racji, oskarża o kłamstwa wszystkich uważających inaczej niż on. Od 28 lat jako adwokat mam zawodowo, prawie na co dzień, do czynienia z opiniami biegłych. Mam więc praktyczne pojęcie o tym, jakie standardy powinna spełniać ekspertyza, aby mogła być uznana przez sąd i aby mogła być podstawą rozstrzygnięć sądowych. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że ekspertyzy kilku profesorów z zespołu pana Macierewicza nie miałyby w sądzie najmniejszych szans na uznanie ich za rzetelne i wiarygodne. Nawet mało doświadczony obrońca czy pełnomocnik nie miałby problemów z ich podważeniem i zdyskredytowaniem jako procesowo bezwartościowych. Po pierwsze, biegły powinien mieć odpowiednie do przedmiotu opinii kompetencje, to jest wykształcenie i praktykę, pozwalające uznać, że posiada „wiadomości specjalne”. W sprawach skomplikowanych, których rozwikłanie wymaga wiadomości specjalnych z wielu dziedzin, powołuje się zespoły biegłych, którzy wydają wspólną opinię, bądź opinie cząstkowe jednych biegłych, stanowiące podstawę dalszego opiniowania przez pozostałych. Profesorowie pracujący w zespole Antoniego Macierewicza posiadają zapewne wysokie kwalifikacje, ale w zakresie wąskich specjalności, które mogą być przydatne do rozstrzygania jedynie ułamka zagadnień istotnych dla zbadania przyczyn katastrofy lotniczej. Wobec tego ich „ekspertyzy” mogłyby co najwyżej stanowić jakąś część materiału do opracowania i  uwzględnienia przez pozostałych biegłych z innych specjalności. Przecież nie może budzić wątpliwości, że ustalenie przyczyn katastrofy lotniczej dużego samolotu, z wieloma ofiarami, to niezwykle skomplikowany problem, wymagający wspólnej pracy wielu ekspertów z dziedziny lotnictwa, konstrukcji samolotów, nawigacji i łączności, dynamiki lotu, elektroniki, informatyki, materiałoznawstwa, automatyki, mechaniki, fizyki, pirotechniki i materiałów wybuchowych, medycyny sądowej,

46

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

itd. Dopiero łączne wykorzystanie wiadomości specjalnych wielu biegłych i ich praktyczne doświadczenia przy badaniu katastrof lotniczych, dają szansę na dojście do prawdy. Tymczasem każdy z czołowych ekspertów pana Macierewicza formułuje samodzielnie konkluzje dotyczące przyczyn katastrofy, czy raczej wedle nich – zamachu. Protokoły ich przesłuchań ujawniają niepoważnie brzmiące informacje na temat zakresu materiału dowodowego, na jakim się opierali, jak też żenujące są wypowiedzi, dlaczego czują się kompetentni, by publicznie zabierać głos w tej sprawie. Jakże bowiem inaczej można ocenić opowieść pana profesora, który przez 40 minut przyglądał się kawałkowi metalu (skąd pewność, że z tego samolotu?) i w rezultacie doszedł do wniosku, że podczas lotu nastąpił wybuch. Albo innego pana, który sądzi, że doświadczenie pasażera samolotu oglądającego przez okno pracę skrzydła, jak też obserwacja w dzieciństwie pożaru (wybuchu) w stodole, dają kwalifikacje do badania przyczyn katastrofy. Żaden z tych panów nie był na miejscu tej katastrofy (ani żadnej innej, udział prof. Biniendy w badaniu katastrofy promu kosmicznego nie został potwierdzony), nie miał własnych obserwacji, nie miał kontaktu z podstawowymi dowodami rzeczowymi, nie brał udziału w podstawowych badaniach dowodów, nie uczestniczył w pracach i dyskusjach biegłych innych specjalności, badających materiał dowodowy. Trzeba mieć dużo odwagi, a może raczej nie mieć poczucia wstydu i naukowej przyzwoitości, aby w roli profesora wyższej uczelni i specjalisty wygłaszać radykalne opinie, nijak mające się do oczywistych w swej wymowie dowodów rzeczowych ( np. zapisy czarnych skrzynek), zgodnie z zasadą, że jeśli fakty nie zgadzają się z naszymi twierdzeniami, to tym gorzej dla faktów. W odróżnieniu od ekspertów pana Macierewicza, komisja państwowa pracowała w wieloosobowym składzie biegłych reprezentujących wiele komplementarnych specjalności, mających wieloletnie, praktyczne doświadczenie w tego typu pracach, około 20 członków tej komisji było na miejscu katastrofy już od następnego dnia, osobiście zetknęło się z dostępnym rzeczowym materiałem dowodowym. Metodologiczne standardy ich pracy i technologia sporządzania raportu są więc nieporównywalne z tym, co pokazali panowie profesorowie pracujący dla Antoniego Macierewicza. Nie wiem, czy sam Antoni Macierewicz wierzy swoim ekspertom, ale jemu podobno wierzy blisko 30 procent Polaków. Jak widać wielu łatwiej ogarnia wiara, niż dociera do nich wiedza. ■


PODRÓŻE

Elżbieta i Piotr Latawcowie.

Rowerowa

podróż życia po Polsce Wschodniej Rynek w Rzeszowie.

Najpiękniejsza podróż życia? – Ponad 800 kilometrów w siedem dni przejechanych na rowerach z Rzeszowa do Augustowa najpiękniejszymi traktami Polski Wschodniej – mówią Elżbieta i Piotr Latawcowie, dwoje lekarzy z Rzeszowa. Autorzy pionierskiej wręcz wyprawy, bo rzeszowianie przejechali szlak, który wkrótce może być polskim przebojem turystycznym. Do 2015 roku gotowy będzie projekt „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej”, czyli zbudowanych zostanie prawie 2 tys. kilometrów spójnej trasy rowerowej biegnącej przez pięć województw: świętokrzyskie, podkarpackie, lubelskie, podlaskie i warmińsko-mazurskie. Tak powstanie jedyna tego typu trasa w Polsce i Europie – nigdzie indziej nie ma już bowiem tak dziewiczych terenów przyrodniczych i takiej różnorodności kulturowej, jak w Polsce Wschodniej. Niemcy nieistniejącą jeszcze trasę już umieszczają w swoich przewodnikach po Polsce.

Tekst Aneta Gieroń Fotografie Tadeusz Poźniak, Piotra Latawiec

Piotr Latawiec, na co dzień prezes Centrali Farmaceutycznej CEFARM S.A. w Warszawie, i Elżbieta Latawiec, zwykle kojarzona jako lekarz dermatolog, jeszcze do niedawna niekoniecznie zapalona cyklistka, z początkiem 2013 roku wpadli na pomysł przejechania na rowerach Polski Wschodniej. – Żyjemy w Rzeszowie, który jest częścią tych terenów, a jakoś nigdy służbowo ani prywatnie nie zwiedziliśmy polskiej ściany wschodniej. Wymyśliliśmy wakacje na rowerze i dzięki temu przeżyliśmy przygodę życia. Zako-

48

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

chaliśmy się w rowerowych podróżach i w Polsce Wschodniej – śmieje się Elżbieta Latawiec. Piotr Latawiec już w styczniu 2013 roku opracował trasę podroży, która byłaby jak najbardziej przyjazna dla rowerzystów, a jednocześnie wiodła terenami najpiękniejszymi przyrodniczo, bogatymi w atrakcje turystyczne i zabytki architektoniczne. – Tym większym zaskoczeniem, ale miłym, była dla nas informacja, jaką kilka tygodni przed wyruszeniem na szlak przeczytaliśmy w ogólnopolskim dzienniku, a w której


PODRÓŻE Ministerstwo Rozwoju Regionalnego mówiło o dużym projekcie turystycznym – budowie do 2015 roku ścieżki rowerowej wzdłuż wschodniej granicy, czyli na bardzo dużym odcinku trasy, którą my już wcześniej wytyczyliśmy dla swojej podróży – mówią Elżbieta i Piotr Latawcowie. Rowerowi podróżnicy przyznają, że po swoich doświadczeniach z przejazdu Rzeszów – Augustów, nie mają wątpliwości, że szlak „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej” będzie oblegany przez polskich i zagranicznych turystów. – Tym bardziej, że nasza wyprawa była fantastyczną przygodą, ale i trochę niebezpieczną drogą przez mękę na kilku odcinkach, kiedy na rowerze trzeba było poruszać się razem z TIR-ami po ruchliwych jezdniach bez poboczy. Tym samym prawie 2 tys. kilometrów bezpiecznej, wygodnej i przyjaznej trasy rozwiąże największy problem turystyki rowerowej na tym terenie – dodaje Piotr Latawiec. Jak zapowiada Bogdan Romaniuk, członek zarządu województwa podkarpackiego, budowa 430-kilometrowego, podkarpackiego odcinka „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej” rozpocznie się w 2014 roku. Wprawdzie już we wrześniu 2013 roku w Podkarpackim Urzędzie Marszałkowskim rozstrzygnięty został przetarg na budowę podkarpackiego odcinka trasy, jednak najtańsza oferta była o ponad 30 mln zł droższa od pieniędzy zarezerwowanych na budowę rowerowego traktu. W kolejnych tygodniach albo uda się zdobyć dodatkowe pieniądze z budżetu państwa, albo konieczne będzie unieważnienie przetargu. – Podkarpacki odcinek trasy powstanie w trybie „zaprojektuj i wybuduj”, dlatego nawet ewentualne unieważnienie przetargu nie opóźni prac – mówi Bogdan Romaniuk. Nowa trasa rowerowa na Podkarpaciu kosztować będzie około 88 mln zł i przebiegać przez: Horyniec Zdrój, Przemyśl, Dynów, Rzeszów, Łańcut, Leżajsk i Ulanów do granicy z województwem świętokrzyskim w miejscowości Trześń. W trakcie prac powstanie 118 nowych obiektów inżynieryjnych: kładek, przejść, mostów. Wiele istniejących już mostów i ścieżek zostanie wyremontowanych i przebudowanych. W Bachórzu, gdzie dotychczas istniała tylko przeprawa promowa, powstanie zupełnie nowa kładka. Dlatego już dziś wiadomo, że w ramach projektu „Tra-

sy rowerowe w Polsce Wschodniej” powstanie nie tylko atrakcyjny produkt turystyczny, ale w wielu gminach bardzo poprawi się infrastruktura drogowa, z której korzystać będą nie tylko rowerzyści. W dodatku nowa trasa będzie czymś w rodzaju rowerowej autostrady, do której swoje lokalne ścieżki będą mogły dobudowywać gminy i miejscowości leżące wzdłuż ogólnopolskiej trasy.

Zapachy, kolory, obrazy – rower pozwala odkryć świat Szlak, jaki na przełomie lipca i sierpnia przejechali Piotr i Elżbieta Latawcowie, pozwolił odkryć im Polskę na nowo. – Dopóki człowiek nie wsiądzie na rower, nie ma pojęcia, jak pachnie świat. Mówię to absolutnie poważnie – opowiada Elżbieta Latawiec. – Podróżując klimatyzowanym samochodem nie mamy szans poczuć zapachu przydrożnych ziół, igliwia w lesie, obornika na polach i wielu innych zapachów, o których sobie przypomniałam i które poczuliśmy w czasie podróży z Rzeszowa do Augustowa. – Jadąc na rowerze człowiek ma czas dostrzec kolory, szczegóły, detale, o jakich nie ma mowy w podróży samochodowej – dodaje Piotr Latawiec. – Może dlatego ciągle pamiętam jeden z wiejskich przystanków autobusowych, na którym zawieszone był firanki i obrazki ze świętymi. Niezwykły widok. ►

Radruż.

Sieniawa.

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

49


PODRÓŻE

Zubacze.

Gnojno.

Rzeszowianie swoją podróż zaplanowali na 11 dni, z czego siedem spędzili w drodze, a cztery przeznaczyli na atrakcje w podróży. I tak cały dzień spędzili w Horyńcu Zdroju i Białowieży, a dwa dni w Augustowie na zakończenie wyprawy. W tym czasie na rowerach przejechali trzy województwa: podkarpackie, lubelskie i podlaskie, pokonując prawie 800 kilometrów, choć licząc dokładnie, to ponad 800 kilometrów, bo po dotarciu do konkretnej miejscowości sporo kilometrów przemierzali na rowerach, zwiedzając okoliczne atrakcje turystyczne. – Cała trasa była szczegółowo zaplanowana. Każdy dzień zaczynał się pobudką o 5 rano, godzinę później wyjazd na szlak i około godz. 15-16 dotarcie do zaplanowanej miejscowości. Zwykle około 120 kilometrów każdego dnia. Najkrótszy był 80-kilometrowy odcinek z Włodawy do Białej Podlaskiej – wylicza Piotr Latawiec. – Ten harmonogram był o tyle istotny, że na trasie mieliśmy już wcześniej zarezerwowane noclegi w hotelach. W sakwach wieźliśmy rzeczy osobiste, z wyjątkiem namiotu, śpiworów i karimat, a i tak mój bagaż ważył ponad 20 kilogramów, a żony trochę mniej. – W podróży mieliśmy sporo szczęścia. Była wspaniała, wręcz tropikalna pogoda, nie mieliśmy żadnych przygód technicznych z rowerami, sami też nie doznaliśmy żadnej kontuzji – śmieje się Elżbieta Latawiec. Czas spędzony na bezdrożach od Rzeszowa do Augustowa pozwolił im z bliska zobaczyć, jak bardzo zmieniła się Polska Wschodnia w ostatnich latach. – Podkarpacie nie ma się czego wstydzić. Z punktu widzenia infrastrukturalnego, zagospodarowania terenu, zasobności wsi, ale też atrakcji turystycznych, na tle województwa lubelskiego i podlaskiego wypadamy najlepiej – uważa Piotr Latawiec. – Z kolei tak pięknych przestrzeni i nadbużańskich

50

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

krajobrazów, jak w województwie lubelskim, i tak wspaniałych ostępów w Puszczy Białowieskiej jak na Podlasiu, nie ma nigdzie indziej w Polsce. Elżbieta i Piotr Latawcowie jadąc wzdłuż granicy Polski z Ukrainą, Białorusią i Litwą, przekroczyli: San, Bug, Narew, Biebrzę i wiele mniejszych rzek. Zachwyciły ich wszystkie, ale najbardziej Bug, która to rzeka stała się najpiękniejszym wspomnieniem z wyprawy. Nadbużańskie wioski, z tysiącami bocianów, „zagubione” wśród lasów i pól miejscowości z wymierającym już prawie krajobrazem niekończących się pastwisk z pasącymi się krowami. W końcu przeprawa promowa w miejscowości Gnojno, gdy jadąc od strony Janowa Podlaskiego przez kolejne bocianie wioski, jak choćby Stary Bubel, mieli okazję podglądać stada „łaciatych”, z mnóstwem brodzących obok nich bocianów – a wszystko to przy wschodzącym słońcu. – To są tak piękne, że wręcz filmowe obrazy. Ta bliskość człowieka z naturą jest czymś niezwykłym. Możność pokonania własnej słabości i systematyczne, kilometr po kilometrze, przemierzanie Polski tak pięknej przyrodniczo, że aż trudno w to uwierzyć, okazało się fantastyczną przygodą – opowiada Elżbieta Latawiec.

Niespotykana przyroda i architektura Polski Wschodniej Tym bardziej, że każdy etap podróży zachwycał czymś innym. Pierwsze 120 kilometrów przejechane z Rzeszowa do Horyńca-Zdroju, to były zakątki dobrze znane. Pałac w Łańcucie, znacznie mniejszy, ale też pięknie odrestaurowany pałac w Sieniawie, Lubaczów i wreszcie uzdrowisko Horyniec-Zdrój.


PODRÓŻE – To miejsce znamy od dawna i uważamy je za nie do końca turystycznie i uzdrowiskowo odkryty zakątek Podkarpacia – mówi Piotr Latawiec. – W Horyńcu mieliśmy pierwszy zaplanowany jednodniowy postój, by skorzystać z masaży i okładów borowinowych – bezcennych w rowerowej podróży. Horyniec i okolice, to sporo ciekawych turystycznie miejsc – szczególnie dla rowerzystów – m.in. cerkiew w Radrużu, wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO. Kolejne 110 kilometrów z Horyńca-Zdroju do Hrubieszowa to było pedałowanie po wąskich, niejednokrotnie żwirowych lub piaszczystych drogach wijących się przez lasy, i małe, ubogie wioski z kościołami katolickimi lub z cerkwiami (np. w Prusiach). Tereny trochę na uboczu hałaśliwej cywilizacji. Miejsca, gdzie można podziwiać przyrodę i kontemplować ciszę, jakiej próżno szukać w Rzeszowie, czy w innych dużych miastach. Trzeci odcinek wyprawy, 120 kilometrów z Hrubieszowa do Włodawy, łączyły nadbużańskie krajobrazy. Bo właśnie rzeka Bug była głównym „drogowskazem” wyprawy Elżbiety i Piotra Latawców. Bug, który zauroczył ich swoją dzikością, różnorodnymi brzegami i rozlewiskami, na których można było zobaczyć całe bogactwo ptactwa – bociany, czaple, wysoko krążące duże drapieżniki: jastrzębie, myszołowy; i ptasią drobnicę niżej nad ziemią. Kolejny odcinek na trasie z Rzeszowa do Augustowa to 80 kilometrów przejechane z Włodawy do Białej Podlaskiej. Odcinek krótki, stosunkowo mało męczący, ale nerwowy, bo m.in. po drodze wojewódzkiej pełnej TIR-ów, które zawsze są zagrożeniem dla rowerzystów. Podobnie było w czasie podróży w piątym dniu wyprawy, kiedy trzeba było przejechać ok. 140 km i po drodze przekroczyć promem Bug, by dotrzeć do Białowieży. – To był najdłuższy, najbardziej malowniczy i najtrudniejszy fragment naszej podróży – wspomina Piotr Latawiec. – Na początek niezapomniana przeprawa przez Bug w Gnojnie, potem ciężka jazda leśnym duktem z Niemirowa do Koterki, gdzie niejednokrotnie ciężkie rowery objuczone sakwami trzeba było pchać po grząskim piachu. W nagrodę można było zobaczyć piękną cerkiewkę w Koterce, tuż przy białoruskiej granicy. Dalej niewielki fragment drogi asfaltowej dla odmiany i od Czeremchy znów ciężka jazda szutrami. Wszystko w ponad 35-stopniowym upale. Rekompensatą były kolejne cerkiewki do podziwiania i wspaniały puszczański las, gdzie można było spotkać „króla puszczy” – żubra. Ostatnie dwa odcinki wyprawy to: 87 kilometrów z Białowieży do Białegostoku i 120 kilometrów z Białegostoku do Augustowa, który był metą wyprawy dwójki rzeszowian. Pierwszy odcinek zachwycał kolorytem wschodu: w miejscowej architekturze, choćby podczas jazdy przez tzw. Kra-

inę Otwartych Okiennic (Trześcianka, Soce, Puchły,) czy w rozmowie z miejscowymi, urokliwie „zaciągającymi”. Ostatni odcinek trasy, który zwykle jest najprzyjemniejszy, tym razem okazał się trudny i męczący. Po pierwsze, brak bezpiecznej dla rowerzystów drogi, którą nie jeździłyby TIR-y, pod drugie pagórkowaty teren, który dla wymęczonych turystów dawał się powoli we znaki. Rekompensatą jak zawsze były wspaniałe widoki rozlewisk Biebrzy czy w Puszczy Augustowskiej i kolejne mijane cerkiewki. – Z punktu widzenia turystycznego Polską Wschodnią jesteśmy zachwyceni – zgodnie mówią Elżbieta i Piotr Latawcowie. – Jeśli z projektu „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej” uda się zrobić taki polski Bornholm, będzie to realna szansa na rozwój dla ubogich terenów na wschodzie, gdzie nigdy nie będzie większego przemysłu, a źródłem dobrobytu może być turystyka. – Rowery mają przyszłość, zwłaszcza na wschodzie Polski – śmieje się Piotr Latawiec i całkiem poważnie dodaje, że w 2014 roku wyruszają z żoną na rowerową wyprawę, by kontynuować trasę z Białowieży, wzdłuż granicy z Białorusią, Litwą, obwodem kaliningradzkim, aż do Trójmiasta i dalej polskim Wybrzeżem. W kolejnych latach, jeśli ich entuzjazm nie osłabnie, zamierzają na rowerach objechać Polskę dookoła. ■

Dokładne zapiski z podróży Piotra i Elżbiety Latawców można przeczytać na stronie: http://www.biznesistyl.pl/lifestyle/podroze/1362_piotra-latawca-zapiski-z-wyprawy-rowerowejz-rzeszowa-do-augustowa-[pelny-opis-trasy].html

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

51


W Sanoku ożył dwór We wrześniu w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku został udostępniony zwiedzającym drewniany dwór ze Święcan k. Biecza. Ulokowano go na malowniczym wzniesieniu, skąd roztacza się widok na panoramę miasta i wzgórze zamkowe.

Tekst Antoni Adamski Fotografie Tadeusz Poźniak W trakcie montażu dworu w skansenie na jednej z belek konstrukcyjnych odkryty został napis, wykonany ołówkiem przez cieślę: Ten Dom stawiany Roku 1861 Majster Socha. Zdaniem Zdzisława Gila z Krosna, badacza architektury rezydencjonalnej, dwór pochodzi z połowy XVIII stulecia, a 1861 jest jedynie datą jego rozbudowy. Ostatnim dziedzicem był Józef Brykczyński i jego żona Olga. W latach 1904 -1906 zadłużony majątek został przez lwowski bank rozparcelowany i przeszedł w chłopskie ręce. Ostatnimi właścicielami byli Helena i Zbigniew Grzegorczykowie, którzy w dworze mieszkali do 1985 r. Budynek był zbyt wielki i trudny do ogrzania – wspominają.W ciągu kolejnych dziesięcioleci dwór coraz bardziej chylił się ku upadkowi. Niezamieszkały, służył jako spichlerz i magazyn. W ścianie dawnej kaplicy wycięte zostały drzwi garażowe. Z parku otaczającego posiadłość pozostała jedna lipa.

52

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

Parcelacja oznaczała śmierć rodowej siedziby: „Otaczający dwór krajobraz miał oddawać „ducha miejsca” oraz uczuciowość i wrażliwość jego mieszkańców. Dwór i ogród (park) razem tworzyły całość – Arkadię – w pełni zharmonizowany mikroświat. Kwiaty, pnącza, krzewy, drzewa owocowe i wysokopienne komponowano w sposób przemyślany i współgrający z jego charakterem...” – pisał Jacek ReginiaZacharski. W dodatku dwór był samowystarczalny: „z natury czasów i rzeczy wynikała uniwersalność i samoistność jego całego bytu – podkreślał Władysław Łoziński. – Był on zamkniętym w sobie i dla siebie organizmem, państewkiem...niezawisłym od zewnętrznego świata”. Długa jest lista pracujących dla dworu rzemieślników. Byli to: szewc, krawiec, kowal, kołodziej, cieśla. Umiejętności każdego z nich daleko wykraczały poza ramy zawodu. W pokoju dziecinnym dworu w Święcanach zobaczy-


my zabawkę: pojazd z siodełkiem, który ciągnie żelazny konik. Wykonał go kowal Piecuch, którego kuźnię również można obejrzeć w sanockim skansenie. W dworze palono gorzałkę i wyrabiano nalewki, sycono miody, a także warzono piwo. „Stół zaopatrywał się na miejscu; czego nie dał las, pole, ogród tego nie jadano” – dodawał Łoziński. Tutaj wyprawiano skóry, wylewano świece, sporządzano leki, fabrykowano atrament, a nawet proch strzelniczy. W dworze wyrabiano i bielono płótno lniane, które długimi wstęgami rozciągano na gazonie. Bielidłem było bowiem słońce. Ta samowystarczalność miała jednak swoje granice. W żydowskich sklepach najbliższego miasteczka można było nabyć wszystko: nie tylko „ryż, mysz i sztokfisz” (wypatroszony dorsz), lecz także maszynę do pisania Underwood, wieczne pióro Parkera i najnowocześniejszy radioodbiornik Philipsa – wspominał lata międzywojenne Tadeusz Chrzanowski. Nowe życie dworu w Sanoku O przeniesieniu dworu do sanockiego skansenu z właścicielami rozmawiał już w latach 60. XX w. Aleksander Rybicki, założyciel i pierwszy dyrektor Muzeum Budownictwa Ludowego. Negocjacje podjęli kolejni dyrektorzy

MBL: prof. Jerzy Czajkowski, a później Jerzy Ginalski, który dokonał zakupu w roku 2003. Rozbiórka i ponowny montaż budynku odbywały się w latach 2005-2011 pod kierunkiem inż.Władysława Adamskiego, któremu pomagał cieśla Zbigniew Piegdoń. W nowym miejscu ujawniła się zatarta zniszczeniami uroda zabytku. Dwór zbudowany jest z drewna jodłowego i oszalowany. Ganek od strony ogrodu został odtworzony, podobnie jak zachowana w niewielkich fragmentach dekoracyjna ażurowa listwa obiegająca po okap budynku. Podmurówka została wykonana ze starego kamienia; na ganku pieczołowicie zachowano kamienne płyty z piaskowca, wytarte nogami dawnych właścicieli i ich gości. Przed frontowym gankiem podcieniowym wytyczony został gazon. Teraz trzeba czekać dziesiątki lat, aż młode sadzonki utworzą wysoką wjazdową aleję lipową, a ogrodowe drzewa zaczną dawać cień. Dwór ze Święcan jest średniej wielkości: ma 400 mkw. powierzchni i 11 pomieszczeń. Osobne wejście z ganku prowadzi do kaplicy. To rzadkość; dobudowywano ją tylko do tych najbogatszych dworów jak np. w Komborni. Wnętrze kaplicy przyciąga uwagę bogatą neogotycką polichromią – w całości pieczołowicie zrekonstruowaną przez Krakowską Pracownię Stawowiaków. Zachowały się trzy niewielkie fragmenty pierwotnego malowidła. Odtworzone zostało także ostrołukowe okienko nad ołtarzykiem, z barwnym witrażem wprawionym w neogotycki maswerk. Z sieni prowadzą trzy wejścia. Na prawo do kancelarii, w której dziedzic przyjmował interesantów. Stamtąd można było przejść do jego prywatnego gabinetu, będącego zarazem sypialnią. Na lewo od sieni prowadziło wejście do pokoju kredensowego, za którym umiejscowiono kuchnię. Ale najważniejsze drzwi: te na wprost wejścia, kierowały do jadalni, gdzie domownicy gromadzili się na posiłki, by później przejść na prawo: do salonu na kawę. Na lewo od jadalni była sypialnia dziedziców, pełniąca równocześnie rolę buduaru pani domu. Sypialnia ta łączyła się z pokojem dziecinnym. We wspomnieniach wędrówka po wnętrzu dworu staje się podróżą w czasie. Julian Ursyn Niemcewicz urodził się w  Skokach w województwie brzesko-litewskim: „Pamiętam dom niewielki, drewniany, w którym światło ujrzałem... Dom ten podług dawnego zwyczaju polskiego był z  gankiem; z tego wchodziło się do sieni; wokoło na ścianach jej wisiały wieńce pracowitych żniwiarzów, kaliną i bławatkami przeplatane... Rozebrano dom stary, wycięta zeschła latami grusza, przeszedł pług po ogrodzie, trawnikach, dziedzińcu. W innym miejscu postawił ojciec pałac murowany, lecz i on, i my szczęśliwsi byliśmy w drewnianym”. ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

53


Nie muzealna ekspozycja, ale tętniący życiem dom szlachecki

Renata Kinga Jara i Jerzy Ginalski.

54

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

O wnętrzach święcanowskiego dworu nie wiemy nic. Dlatego umeblowano go przedmiotami z epoki pozyskanymi przez Muzeum od byłych właścicieli okolicznych majątków, m.in.: w Krzemiennej, Bziance, Wydrnej, Czaszynie, Niebocku, Jabłonnej, Nowosielcach czy Lalinie. Wcześniej kilkaset zabytkowych przedmiotów przeszło przez ręce Jerzego Wojtowicza, kierownika pracowni konserwatorskiej. Powstało coś zupełnie innego niż sucha muzealna ekspozycja. – We wszystkie te przedmioty należało tchnąć życie: stworzyć na nowo dom szlachecki, tak jak wyglądał on od połowy XIX w. do 1939 r. – mówi kustosz Renata Kinga Jara, historyczka sztuki, autorka aranżacji wnętrz wiernych tamtym czasom w najdrobniejszych szczegółach. Do wnętrz wnosiły swoje pamiątki kolejne pokolenia. Maria Dunin-Kozicka, właścicielka kresowej siedziby, wspominała: „Dom piękniał powoli...wreszcie każdy pokój stawał się odrębnym zamkniętym w sobie światem z pewnej epoki, w pewnym stylu, gdzie wszystko na czym spoczęło oko, wzmacniało harmonijne wrażenie. Przeszłość, płynąca za nami szerokim strumieniem, wtargnęła tu, do tego kresowego dworu, zostawiając po sobie ślad wiecznie trwały (tak sądziliśmy!...) kultury przodków i naszej własnej pracy i ukochań. Nić tradycji snuła się dalej na kołowrotku teraźniejszości”. W sieni dworu ze Święcan królują dwa olbrzymie kufry. Jeden z nich z barokowymi okuciami i datą: 1736, jest prawdziwym dziełem sztuki. Na ścianach, zamiast dożynkowych wieńców, kolekcja trofeów myśliwskich. Wspomina Tadeusz Chrzanowski: „Mnie najmocniej w pamięci utkwiły powroty z zimowych polowań, kiedy nagle do ogrzanej sieni buchało „z pola” lodowate powietrze wraz z radosnym gwarem męskich głosów przemieszanym z jazgotami psów...i nagle w całym domu pachniało mrozem, lasem i zwierzyną”. Goście kierowali się do jadalni. W Święcanach króluje w niej sześciokrotnie rozkładany stół, przy którym zasiadało ze 40 osób. „Pamiętam też stoły świąteczne, a najlepiej wielkanocne, gdy pośrodku babek i sękaczy, mazurków i tortów, szynek i kiełbas, mięs rozmaitych, a także sosów, sałat i przystawek rozmaitych leżał upieczony prosiak z rozdziawionym pyskiem, w który wetknięty miał pisankę. Był to krajobraz raju...” – pisze T. Chrzanowski. Jadalnia pełniła także rolę reprezentacyjną, z piękna rokokową komodą i z secesyjnymi posrebrzanymi lichtarzami oraz pretensjonalnie bogatym, neorokokowym lustrem. Ze ścian wizerunki przodków surowo spoglądają na współczesnych. Widzimy je także w przyległym saloniku, do którego po posiłku przechodzili goście, by wypić kawę. Zasiadali na meblach pamiętających czasy dziadków i pradziadków. „Ilekroć tam zachodziłem, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że przerywam kanapie biedermajerowskiej opowiadanie, którym bawiła pół tuzina foteli otaczających ją półkolem...Pokój pusty i zimny tylko na dwie godziny, od dwunastej do drugiej, rozgrzewał się od słońca, a stare graty,


STAROPOLSKIE życie jak koty, wyciągały się pod jego pieszczotami” (Jan Parandowski „Noc wrześniowa”). W saloniku domownicy i goście dzielili się na grupki. Damy zasiadały na fotelach i kanapie, panienki grały na pianinie, zaś mężczyźni otaczali stolik do kart. Do sąsiedniego pokoju: gabinetu pana domu, wchodzili tylko goście zaproszeni na poufną rozmowę. Proponowano im fajkę: było kilka do wyboru, rozstawionych na specjalnym stojaku. Obok spluwaczka – niegdyś niezbędna tam, gdzie paliło się tytoń. (Interesująca jest degradacja tego obrzydliwego przedmiotu, po wojnie obecnego już tylko na dworcach, w szpitalach, urzędach i w knajpach najgorszego gatunku.) W gabinecie obecne są narodowe pamiątki: portret Kościuszki i biała broń wisząca nad biurkiem na tureckim kobiercu. Obok wspaniały wschodni modlitewnik z XVIII stulecia, przypominający o handlowych kontaktach dawnej Rzeczypospolitej i o łupach przywiezionych z wiedeńskiej wiktorii. Szlachecki świat końca XIX stulecia zapatrzony był w historię. Na ścianach gabinetu i kancelarii dworu w Święcanach oglądamy fotografie rodzinne przedstawiające mężczyzn w paradnych kontuszach. Ten polski strój narodowy zamawiano u najlepszych wiedeńskich krawców i noszono od święta. (Przybyłego do Krakowa młodego Żeromskiego mierziła ta narodowo-operetkowa maskarada, z niesmakiem wspomina o niej w „Dziennikach”). W kancelarii pan domu przyjmował interesantów: przy biurku wysłuchiwał skarg chłopa lub Żyda, przy małym stoliku prowadził pertraktacje z  przedsiębiorcą. Zawieszony na ścianie telefon z tubą wskazuje, iż przed I wojną zawitała do dworu nowoczesna technika. Z jadalni drzwi na lewo prowadzą do pańskiej sypialni, pełniącej także rolę damskiego buduaru. Króluje w niej ogromne małżeńskie łoże z puchową pościelą. Powłoczki uszyte zostały przez panią kustosz R.K.Jarę według rycin sprzed stulecia. Delikatny batyst ozdobiony został szerokimi wstawkami z bawełnianej koronki. Brzegi poduszek dodatkowo posiadają suto marszczone falbany. Pościel zapinana jest nie na fabrycznie produkowane tasiemki, lecz na specjalnie szyte troczki. Naprzeciw łoża toa-

letka z lustrem, zaś nieopodal za parawanem ukryto osobliwe krzesło. Po otwarciu klapy i podniesieniu okrągłej misternie toczonej pokrywy ukazuje się porcelanowy sedes. Taki sam „tron” na ozdobnych nóżkach ustawiono za parawanem w pokoju dziecinnym. Ściany sypialni zdobi cykl francuskich rycin na temat ludzkiego życia, w którym o pierszeństwo współzawodniczą bóg miłości z bóstwem śmierci: Eros i Thanatos. Świat dziecka zatrzymany w XIX-wiecznych ramach Odtworzony pokój dziecinny jest rzadkością w muzeach. Wyimaginowani właściciele dworu dochowali się ich troje. Najmłodsze spoczywało w kołysce bujającej się na rzemiennych pasach, w beciku zdobionym niebieskimi kokardkami (co oznaczało płeć męską), osłonięte tiulowym baldachimem. W obudowę kołyski wmontowano praktyczną szufladę na pieluchy. Kilkuletnia dziewczynka spała w białym żelaznym łóżku zdobionym secesyjnym ornamentem, osłoniętym zwiewną zasłonką. W takim samym, lecz miniaturowym łóżeczku, spała jej lalka, starannie przez panią kustosz ubrana w strój uszyty wedle ówczesnej mody. Nad drewnianym łóżku najstarszej, 12-letniej dziewczynki, wisi przedstawienie Matki Boskiej nauczanej przez św. Annę. Wizerunek ma poniekąd charakter dydaktyczny. Dzieci dworskie wykształcenie podstawowe zdobywały w domu pod okiem guwernera. Przypomina o tym biureczko z rozłożonymi kajetami (zeszytami). Wśród wychowawców były osoby znamienite. Od posady dworskiego guwernera zaczynali swą karierę: Tadeusz Kosciuszko, Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus czy Stefan Żeromski. Z nauką łączono wpajanie kindersztuby, czyli reguł dobrego wychowania. Obowiązywała bezwzględna punktualność na posiłkach, które zaczynano od modlitwy. Nie można było oddalić się od stołu bez pozwolenia rodziców. Aby ręce, w których dziecko trzymało nóż i widelec, znajdowały się zawsze blisko ciała, kazano im łokciami przytrzymywać książki. Nie było zwyczaju mówienia: „smacznego” przed posiłkiem ani ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

55


STAROPOLSKIE życie

„dziękuję” po nim. „Siedź prosto, nie garb się”, „Nie trzymaj rąk pod stołem, ani łokci na stole”, „Nie mów z pełną buzią” – to niektóre z dziesiątków nauk z pokorą wysłuchiwanych przez maluchy.

W dniu otwarcia dwór ze Święcan ożył. Jerzy Ginalski – dyrektor MBL, ubrany w surdut, białą kamizelkę, białe rękawiczki i cylinder, z laseczką w ręku jako gospodarz witał u progu gości, zapraszając ich do środka. W dworskich wnętrzach pracownicy MBL ubrani w historyczne stroje, odtwarzali sceny z dawnych, dobrych czasów: na biedermeierowskch meblach zasiadały damy w strojach z epoki. Przy biurku pan domu w szlafroku i okragłej domowej czapeczce układał pasjansa. W pokoju dziecięcym bona czuwała nad odzianymi w marynarskie ubranka pociechami. Pojawił się nawet Żyd, cierpliwie czekający na załatwienie swojej sprawy w kancelarii. Służące w białych fartuchach w falbanami roznosiły na tacach doskonałe ciasto domowej roboty. Strój z końca XIX stulecia założyła kustosz Renata Kinga Jara, która za odtworzenie wnętrz dworu odznaczona została przez ministra kultury Srebrną Odznaką „Za opiekę nad zabytkami”. Dwór znajdujący się w Sektorze Pogórzan Zachodnich (w sąsiedztwie Sektora Naftowego) obecnie dostępny jest dla turystów. Skansen czynny jest cały rok. – W rzeczywistości żaden z okolicznych dworów nie był tak bogato wyposażony – uważa Zdzisław Gil, dodając: – Dwór, który oglądamy w skansenie, to synteza staropolskiego życia.

Pisząc tekst korzystałem m.in. z publikacji: Tadeusz Chrzanowski „Wędrówki po Sarmacji europejskiej”, Kraków 1988; Jacek Reginia-Zacharski „Przedwojenne dwory”, Warszawa 2013; Maciej Rydel, „Dwór-polska tożsamość”, Poznań 2012. ■ Reklama


5. PODKARPACKI KALEJDOSKOP PODRÓŻNICZY Wojewódzki Dom Kultury w Rzeszowie 15-17 listopada 2013 Już kolejny raz w rzeszowskim WDK-u zjawią się podróżnicy, którzy opowiedzą o swoich przygodach życia. Każdego roku publiczność słucha ich z wypiekami na twarzy, a niejeden ze słuchaczy postanawia potem wybrać się w wymarzoną podróż. Taki też jest cel PKP – pokazać, że marzenia podróżnicze można spełniać nawet z bardzo ograniczonym budżetem. Tradycyjnie już swoje przygody opowiadać będą zarówno ci, którzy zasłynęli na „polskiej scenie podróżniczej”, jak i początkujący podróżnicy. W tym roku na zaproszenie organizatorów, Bartka Piziaka i Piotra Piecha, przyjadą m.in. prowadzący bloga LosWiaheros, na którym zakręcona para opisuje przeżycia z podróży do Chin i do Argentyny, która zakończyła się porwaniem z bronią w ręku.

ARTYŚCI DZIECIOM VI CHARYTATYWNA AUKCJA OBRAZÓW Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie 6 października 2013 Od sześciu lat aukcja porusza serca wielu ludzi, którzy kupując dzieła sztuki, wspierają Dom Hospicyjny dla Dzieci, gdzie opiekę znajdują chore dzieci. W tym roku do licytacji będzie wystawiona rekordowa liczba dzieł, aż 182, a pieniądze z ich sprzedaży przeznaczone zostaną ma kupno leków dla podopiecznych z domowego i stacjonarnego hospicjum dla dzieci. Obrazy można oglądać w galerii http://www.hospicjum-podkarpackie.pl/obrazy.html, a przed aukcją wystawione zostaną w Galerii im. Józefa Szajny w teatrze. Aukcja będzie transmitowana na żywo na stronie www.rzeszownazywo.pl, a dzwoniąc pod numer +48 535 984 445 można wziąć udział w licytacji z dowolnego miejsca. Obrazy, które nie zostaną sprzedane w trakcie aukcji, będzie można licytować online na stronie Podkarpackiego Hospicjum dla Dzieci.

OBJAZDOWY FESTIWAL FILMOWY WATCH DOCS. PRAWA CZŁOWIEKA W FILMIE Ustrzyki Dolne, Dobre Miejsce, Rynek 23 10-13 października 2013 Od 2003 r. po grudniowym warszawskim festiwalu międzynarodowym „WATCH DOCS. Prawa Człowieka” w Filmie organizowany jest festiwal objazdowy. Powstał on i rozwija się wyłącznie dzięki zaangażowaniu ludzi, którym temat nie jest obojętny. Nieustannie zwiększa swój zasięg, odwiedzając coraz więcej polskich miast. W tym roku filmy, w których poruszany jest temat praw człowieka, łamania ich i ludzkich tragedii rozgrywających się w cieniu wielkich biznesów, oglądać będzie można w Ustrzykach Dolnych. Projekcjom towarzyszyć będą spotkania z ekspertami, podróżnikami, którzy zetknęli się problemami poruszanymi w filmach. Wstęp na wszystkie projekcje filmowe i imprezy towarzyszące jest bezpłatny.  

Więcej informacji kulturalnych na portalu www.biznesistyl.pl


Moje Ulubione

W listopadzie minie rok od doskonale przyjętego koncertu Lory Szafran w Filharmonii Podkarpackiej. Podczas IV Gali magazynu VIP znakomita wokalistka przedstawiła program z płyty „Sekrety życia według Elżbieta Lewicka, absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach, Leonarda Cohena”. Wspomniana płyta pokryła się złokrytyk muzyczny, dziennikarka Radia Rzeszów. tem, a 8 października pojawił się nowy, solowy krążek Lory pt. „Nad ranem”. Płyta zawiera 13 premierowych kompozycji polskich twór- naniem twierdził, że „najważniejsze w życiu jest życie towarzyców – Miłosza Wośki (także autora tekstów), z którym Lora skie”. Hm… Kto z nas pielęgnuje dziś życie towarzyskie i dba Szafran współpracowała przy nagraniach z muzyką Cohena, o spotkania, rozmowy „po godzinach”? Są na tej płycie piosenTomasza Krawczyka, oraz mistrzów kompozycji Seweryna ki o niełatwej miłości „Jeśli czekać jeszcze chcesz”, o wybaczaKrajewskiego i Michała Urbaniaka. Swoje „trzy grosze” do- niu „Pięć róż”, o przemijaniu. Refleksyjny nastrój równoważą rzucił też m.in. znakomity autor tekstów Andrzej Poniedzielski. napawający optymizmem „Powrotnik”, przebojowy „Ogród ciCiekawostką jest piosenka do słów Jonasza Kofty „Wino sa- chych marzeń” czy zamykający płytę „Pauzę zrób”. W czasach wszechobecnej papki muzycznej z przysłowiomotnych serc”, niewykonywana wcześniej przez żadnego polwą świecą szukać można muzyki ambitnej, z dobrymi tekstami. skiego artystę. Płyta „Nad ranem” zaczyna się od „Powrotnika”. Ach! Ja- Taką właśnie znajdujemy na najnowszej płycie Lory Szafran, kiż to pokrzepiający walczyk na 6/8 – zwłaszcza dla ludzi spod która nigdy nie ulega kiepskim, komercyjnym gustom. Muzyznaku 50+. Nawet dla tej jednej piosenki warto byłoby sięgnąć ka z najnowszej płyty artystki wzrusza, dotyka najgłębszych zapo całą płytę – zwłaszcza że dalej jest równie pięknie. Piosenka kamarków naszych dusz, prowokuje do wspomnień, ale też po„Stolik” w klimacie waittsowskiego tanga nieodparcie przywo- krzepia. Przede wszystkim jednak emanuje spokojem, którego dzi mi na myśl cytat z Edwarda Dziewońskiego, który z przeko- tak bardzo nam wszystkim potrzeba. Miłego słuchania! ■ Reklama


PAŹDZIERNIK

Filharmonia Podkarpacka 11 X 2013 PIĄTEK, godz. 19.00. FIL-KAMERALIA, sala kameralna Kaja Danczowska – skrzypce, Aneta Dumanowska – altówka, Bartosz Koziak – wiolonczela, Justyna Danszowska – fortepian, Łukasz Rusin – prowadzenie. W programie: R. Schumann – Kwartet Es-dur, J. Brahms – Kwartet g-moll op.25. AB 18 X 2013, godz. 19.00. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej B. Olędzki – dyrygent, J. Ławrynowicz – fortepian. W programie: J. Zarębski – Polonez triumfalny A – dur op. 11, J. Wieniawski – Koncert fortepianowy g- moll op. 20, L. van Beethoven – I Symfonia C-dur op. 21.

LISTOPAD

AB 25 X 2013 PIĄTEK, godz. 19.00. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej P. Sułkowski – dyrygent, A. Niculescu – wiolonczela. W programie: M. Glinka – Uwertura do opery „Iwan Susanin”, N. Miaskowski – Koncert wiolonczelowy op. 66, C. Saint – Saëns – II Symfonia a – moll op. 55. AB 8 XI 2013, godz. 19.00. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej T. Wojciechowski – dyrygent, Soliści: E. Piasecka, J. Mechliński, T. Kuk, Włodzimierz Włodarczyk – słowo. W programie: G. Verdi – Rigoletto w przekroju. AB 22 XI 2013 PIĄTEK, godz. 19.00 P. Kotla – dyrygent, V. Igoshina – fortepian. W programie: R. Schumann – Koncert fortepianowy a – moll op. 54, A. Bruckner – V Symfonia B – dur. 25 XI 2013, godz. 19.00 Koncert Artura Andrusa promujący album „Myśliwiecka”. Reklama

Artur Andrus.


„O dobru” (fot. Bartłomiej Sowa).

Rzeszowskie Spotkania Teatralne VizuArt Festiwal Scenografów i Kostiumografów Teatr im. Wandy Siemaszkowej, 16–24 listopada

J HISTORIA O MIŁOSIERNEJ, CZYLI TESTAMENT PSA Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy 16 listopada, godz. 19.00 Reżyseria: Piotr Cieplak, Scenografia: Andrzej Witkowski

uż po raz drugi w Rzeszowie odbywa się RST VizuArt Festiwal Scenografów i Kostiumografów, który przeistoczył się z Rzeszowskich Spotkań Teatralnych. Pomysłodawcą spojrzenia na teatr z innej strony był Remigiusz Caban, dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej. Festiwal powstał, by zwrócić uwagę widzów oraz jurorów oceniających w konkursie, na pracę scenografów i kostiumografów. A przecież efekty ich pracy, często niedoceniane, pomijane, są niezwykle istotnym aspektem teatralnej twórczości. VizuArt jest jedynym festiwalem i świętem tych twórców w Polsce, a Rzeszów nie jest przypadkowym miejscem. Jako miasto Józefa Szajny wręcz zobowiązane jest do tego, by raz w roku choć na chwilę stało się stolicą teatralnej wizji. W tym roku wśród konkursowych spektakli znajdzie się sztuka rzeszowskiego teatru „Boguduchawinni”. ■

Bracia Karamazow Teatr Provisorium w Lublinie 18 listopada, godz. 19.00 Reżyseria: Janusz Opryński, Scenografia: Jerzy Rudzki i Robert Kuśmirowski, Kostiumy: El Bruzda i Jerzy Rudzki CARYCA KATARZYNA Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach 19 listopada, godz. 19.00 Reżyseria: Wiktor Rubin, Scenografia: Mirek Kaczmarek O DOBRU Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu 20 listopada, godz. 19.00 Reżyseria: Monika Strzępka, Scenografia: Michał Korchowiec I IFIGENIA Teatr Nowy im. K. Dejmka w Łodzi 21 listopada, godz. 19.00, Europejska Galeria Sztuki, Millenium Hall Reżyseria: Tomasz Bazan, Scenografia: Martin Shwitzsh i Patrycja Płanik, Kostiumy: Patrycja Płanik BOGUDUCHAWINNI Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie 22 listopada, godz. 19.00 Reżyseria: Krzysztof Galos, Scenografia: Matylda Kotlińska ANTYGONA Teatr Miejski im. W. Gombrowicza w Gdyni 24 listopada, godz. 19.00 Reżyseria i scenografia: Leszek Mądzik, Kostiumy: Zofia de Ines Spektakl zamykający festiwal

Wydarzenia towarzyszące festiwalowi: ● Wystawa „Teatr może zaistnieć wszędzie. Teatr w przestrzeniach miasta” (Centrum Scenografii Polskiej) ● Wystawa 14. Międzynarodowego Biennale Plakatu Teatralnego

„Historia o miłosiernej, czyli testament psa” (fot. Karol Budrewicz).


MUZYKA

KORA:

CZUJĘ SIĘ SPEŁNIONA. NICZEGO MI NIE BRAKUJE!

Idę o zakład, że połowę uczestników niedawnego koncertu Kory w Rzeszowie stanowili tzw. gapie, którzy chcieli na własne oczy przekonać się, czy Kora rzeczywiście jeszcze daje radę. Drugą połowę publiczności reprezentowali autentyczni fani Kory, co było widać, słychać i czuć. Przeżywali każdy gest artystki, słowo, frazę dobrze znanych i nowych piosenek. Kora swoje bycie na scenie traktuje bardzo poważnie. Jest obowiązkowa i odpowiedzialna. Na scenie towarzyszą jej doborowi muzycy, którzy doskonale czują charakter piosenek artystki. A Kora zawsze jest sobą. Robi, co chce; mówi, co myśli. To prawdziwa ikona stylu i polskiego rocka. Myli się ten, kto napisał o niej, że „z niezależnej rockmanki przemieniła się w rozwydrzoną blondie”.

Tekst Elżbieta Lewicka Fotografie Tadeusz Poźniak

Muzyka rockowa to w założeniu muzyka buntu, protestu, walki. Kora walczy od zawsze – uczestniczyła w ruchu hippisowskim, przyjmując kontestatorską postawę wobec państwa totalitarnego. Swoimi znakomitymi tekstami piosenek i zachowaniem na scenie prowokowała do myślenia, wzbudzając nadzieję i chęć walki o lepsze jutro Polaków. Walczyła o Maanam, z powodzeniem reaktywując le-

62

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

gendarny zespół. O co dziś walczy? „Chcemy być wolni i odpowiedzialni za siebie”– mówi głosem wielu Polaków. Najnowsza, solowa płyta Kory „Ping Pong” niedługo po wydaniu otrzymała status złotej. Ukazała się też reedycja albumu wzbogacona o CD z tanecznymi remiksami. „Ping Pong Małe Wolności” zawiera materiał stworzony przez światowej sławy producentów i DJ-ów.


MUZYKA

Kora jest w doskonałej formie. Rzeszowski koncert artystki, który dała we wrześniu na skwerze Millenium Hall, był dla niej swego rodzaju rzeszowskim jubileuszem, ponieważ 20 lat temu Maanam po raz pierwszy wystąpił w Rzeszowie na zaproszenie Roberta Wróbla. Od tamtej pory koncertowali w naszym mieście wielokrotnie z wielkim powodzeniem.

ELŻBIETA LEWICKA: Prof. Magdalena Środa powiedziała o Tobie: „piosenkarka dobrze zaangażowana”. Co miała na myśli? KORA: Zapewne to, że angażuję się w te same sprawy co ona. Chodzi oczywiście o polską obyczajowość. Mówimy STOP dyskryminacji, walczymy o ułatwienia prawne dla ludzi, którzy są w mniejszości, są inaczej skonstruowani i chcą żyć po swojemu. Oni nikogo nie krzywdzą, nie okradają, nie zabijają, pracują, płacą podatki i chcą mieć takie same prawa, jak inni obywatele. To im się zwyczajnie należy. Masz coś wspólnego z działalnością Kongresu Kobiet? Nie należę do Kongresu, ale koncertowałam na pierwszym zjeździe. Sympatyzuję z tą organizacją i kiedy trzeba, to podpisuję się, gdzie trzeba, w słusznych sprawach. Z działalnością Kongresu Kobiet kojarzona jest jedna z najbardziej wpływowych Polek, Henryka Bochniarz, która tak mówi o Tobie: „Korę masę rzeczy obchodzi, a  ja lubię ludzi, których c o ś obchodzi”. Z M. Środą i H. Bochniarz łączy cię wiele, choć macie zupełnie odmienne osobowości…

Jesteśmy bardzo ze sobą zaprzyjaźnione i prywatnie tworzymy triumwirat. Dużo dyskutujemy na tematy, w które się angażujemy, staramy się dotrzeć do decydentów, rozmawiamy, co należy zrobić. Ale też śmiejemy się, bawimy, gotujemy razem, spędzamy wakacje. To są bardzo zajęte osoby, ale kiedy tylko czas na to pozwala, spędzamy go razem. W jakiej sferze waszej działalności najtrudniej o zwycięstwa? Problemy, którymi się zajmujemy, dotyczą przede wszystkim spraw kobiet w Polsce, czyli równouprawnienia w całym tego słowa znaczeniu. Walczymy o to, aby kobiety w Polsce mogły mieć wolność w podejmowaniu decyzji na każdej płaszczyźnie życia. Ale poruszamy też tematy edukacji, przedszkoli. Mamy coraz mniejszy przyrost naturalny. Ale nie mówi się o przyczynach takiego zjawiska. Dlaczego Polki coraz częściej rodzą dzieci za granicą? Bo w Polsce nie mają odpowiedniej opieki socjalnej… To bardzo obszerny temat – też się nim zajmujemy. Oczywiście wiemy, że kraje zachodu Europy mają za sobą nieporównywalnie większe doświadczenia w sferze kapitalistycznego mozołu i wykształcania jak najlepszych modeli życia dla swoich obywateli – nie mówiąc o tym, że to wielcy imperialiści. Polska historia jest zupełnie inna, więc skąd zdobyć nagle te wszystkie doświadczenia i wypracować najodpowiedniejszy model, aby wszystkim żyło się dobrze? Najważniejszy jest spokój i praca. Najtrudniej jednak przychodzą zwycięstwa w sferze obyczajów. Najłatwiej jest tym manipulować, to wzbudza najwięcej emocji, które bywają nawet tragiczne w skutkach. Ale widocznie tego rodzaju emocje są ludziom potrzebne: ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

63


MUZYKA

KORA

o patriotyzmie, o religii, o kraju, o obyczajach – każdy Polak wszystko wie. No właśnie! Polak wszystko wie i często daje upust swoim myślom – nierzadko złośliwym – w sieci. Niech sobie ludzie robią, co chcą. Dlaczego ja mam czytać coś, co tak bez trudu można umieścić w sieci? Ja mam swoje życie. Zawsze żyłam i żyję dość hermetycznie – oczywiście poza sceną. Kompletnie „zwisa mi”, co ludzie mają do powiedzenia o mnie w Internecie. Zresztą napisałam kiedyś taką piosenkę „…nie oceniaj mnie, ani dobrze, ani źle”. Mam swój świat, swoją rodzinę, pracę, ludzi, którzy przychodzą na moje koncerty. Mam cudownych przyjaciół, żyję w kraju, w którym nie jest mi źle i nie chcę z niego emigrować. Nie jestem obojętna na wiele rzeczy, które się tu dzieją i na tym polega moje życie. A to, co mają do powiedzenia biedni ludzie w Internecie, którym to sprawia jakąś radość? – z tym się przecież nie polemizuje. Mimo otwarcia się Polski na świat, jesteśmy wciąż narodem nietolerancyjnym, homofobicznym, zakłamanym. Ale to, co się dzieje w Rosji za przyzwoleniem Putina jest hańbą! To, co się dzieje w krajach islamskich. To są prawdziwie homofobiczne kraje. My jesteśmy na szczęście w tej zjednoczonej Europie – może to się wszystko będzie zmieniać. Polska to nieracjonalny kraj, ponieważ z jednej strony jako jedyni na świecie mamy w Sejmie Anię Grodzką, a z drugiej jako społeczeństwo nie godzimy się, aby geje czy lesbijki miały pełne prawa do życia w naszym społeczeństwie. Ale myślę, że to jest też nasza spuścizna po PRL-u. Ludziom żyje się trudno, mało podróżują – zwłaszcza seniorzy inaczej kiedyś wychowywani, których niestety po latach ciężkiej pracy nie stać na to, aby zobaczyć trochę świata, poznać inne kultury. Stylista Robert Kupisz wyznaje, że uwielbia na Ciebie patrzeć. Szczerze mówiąc, ja też! Hm..., no nie wiem, jak ma wyglądać człowiek w moim wieku. Ja wiele jeżdżę po świecie i spotykam ludzi o wiele starszych ode mnie i wyglądających, czujących się fenomenalnie. Ludzie się dzisiaj starają, nie wstydzą. Oczywiście, nie podchodzę do tego absurdalnie, maksymalnie, tylko ja jestem, powiedzmy sobie, bardzo prosta i higieniczna. Uważam, że pewnego rodzaju styl życia, który ja uprawiam, może służyć dobremu wyglądowi i samopoczuciu. A co to tak naprawdę jest? Może jakaś bomba we mnie siedzi? Tego przecież nie wiem, ale też się tym specjalnie nie przejmuję. Niechętnie chodzę do lekarzy, niechętnie coś robię koło siebie – jeżeli sama sobie nie jestem w stanie pomóc, to tak naprawdę nikt nie jest w stanie. Oczywiście korzystam też z pomocy innych, ale ta pierwsza praca to jest pomoc dla siebie od nas samych. Gratuluję ci ostatniej płyty „Ping Pong”, na której zachowujesz Maanamową stylistykę i rockowy pazur. Powstały też taneczne remiksy tego materiału. Czy na taką decyzję miała wpływ Twoja wieloletnia znajomość i współpraca z brytyjskim producentem Nealem Blackiem? Kiedy byliśmy młodzi, spędzaliśmy czas w klubach, gdzie doskonale bawiliśmy się przy muzyce np. rockowej albo jazzowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Dziś

64

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

oczywiście klubowa muzyka brzmi zupełnie inaczej – dlatego zrobiliśmy taki zabieg. Poza tym, choć nigdy nie wydaliśmy całej płyty z remiksami, Maanam miał na swoim koncie sporo remiksów, właściwie już od lat osiemdziesiątych, ponieważ kiedy pracowaliśmy z Nealem Blackiem, on, kiedy wracał do Londynu, robił nam zawsze jakiś remix, który być może dziś by się podobał publiczności, ale wtedy ludzie woleli nasz rockowy styl. Teksty Twoich piosenek zawsze niosą konkretne przesłania. Dla mnie najważniejszym przesłaniem na płycie „Ping Pong” jest piosenka „Strefa ciszy”. A dla Ciebie? Tak. To ważna piosenka. Jako przesłanie na pewno tak! Zrobiliśmy też do niej teledysk. Jestem bardzo ekozaangażowana. Mocno mnie obchodzi relacja między człowiekiem a przyrodą i światem. Zawsze będę powtarzać, że bez człowieka trudno jest żyć, ale człowiek to jednocześnie pierwszy i największy szkodnik na Ziemi. Jeżeli nie będziemy o tym mówić, to nie poruszymy też strun uczuciowych w mieszkańcach Ziemi. Co wzbudza w Tobie największe przeżycia estetyczne? Moje przeżycia estetyczne są związane tylko i wyłącznie z przyrodą! A jak przeżywasz sztukę? To są zupełnie inne emocje. Na ile mamy swoje przemyślenia na temat sztuki, na tyle jesteśmy w stanie odebrać, rozumieć to wszystko, co jest do nas kierowane. Każdy rodzaj sztuki. Ale gdybym się miała zastanowić, bez czego nie mogłabym żyć – to tylko bez książek! Książki to jedyna rzecz, bez której nie mogę żyć. Niedawno byliśmy w Meksyku i taszczyliśmy tam potwornie ciężkie bagaże z powodu dużej ilości książek, które zabraliśmy ze sobą do czytania. Wspaniałym pomysłem są e-booki. Ta forma czytania bardzo mi odpowiada. Kamil (partner życiowy Kory – przyp. red.) kupił mi odpowiedni sprzęt, z którym będę mogła podróżować i czytać do woli w każdym miejscu na świecie! Jaka jest dziś polska scena muzycznej? Bardzo różnorodna. Niestety, zawsze najlepiej przebija się to, co nie jest językiem ojczystym. Dziś swoistym językiem esperanto jest angielski. Wiadomo, że trudno jest zaistnieć na tak ogromnie zatłoczonym rynku muzycznym. Recepcja płytowa jest zdecydowanie mniejsza niż kiedyś. Czy dziś, w tym wszechobecnym pośpiechu i chaosie informacyjnym, można muzyką zainteresować na długie lata, tak jak to było kiedyś? Pokaże czas. Na polskim rynku muzycznym dzieje się bardzo dużo, ale na świecie najbardziej cenieni jesteśmy w sferze kultury wysokiej, muzyki poważnej, jazzu i folku. Jesteś osobą i artystką spełnioną? Zdecydowanie tak! Niczego mi nie brakuje! A tych szalonych lat, kiedy Maanam grał po 30 koncertów miesięcznie? O nie! To była katorżnicza praca. Teraz żyję inaczej, mam mnóstwo zajęć, wybieram te, które mi odpowiadają. Mam fantastycznego wnuka. Oboje z Kamilem jesteśmy nim zachwyceni! Oby tylko dalej dopisywało mi zdrowie. Niczego więcej nie potrzebuję. ■


TALENT

Arkadiusz Kłusowski – dla przyjaciół ARO. Uparty, pracowity, odważny. Założyciel Rzeszowskiej Grupy Artystycznej, pomysłodawca i dyrektor festiwalu o nazwie Rzeszowskie Święto Wokalne, którego III edycja odbędzie się w dniach 23-27 października. Kompozytor, autor tekstów. Uczestnik programu „The Voice of Poland”. Od szesnastego roku życia konsekwentnie wydeptuje swoją artystyczną drogę. Kiedy trzeba, dźwiga ławki dla publiczności i ustawia je przed sceną, na której ledwo żywy ze zmęczenia, ale szczęśliwy, kilka godzin później śpiewa. Jego muzyka jest niekomercyjna, a jego wokal to wciąż nie do końca posłuszny do wyrażenia samego siebie instrument.

Tekst Elżbieta Lewicka Fotografia Archiwum Arkadiusza Kłusowskiego

ELŻBIETA LEWICKA: Ledwo pokazałeś, co potrafisz, a już uciekasz z Rzeszowa… Ja żałuję, Ty chyba wręcz przeciwnie? AREK KŁUSOWSKI: Do Rzeszowa przyjechałem 5 lat temu, mając prawie 16 lat. Nie znałem tu nikogo. Aby kontynuować naukę po gimnazjum, wybrałem technikum, bo chciałem mieć alternatywę w razie niepowodzenia z muzyką. Rozpocząłem nowe życie. Miało być lepsze, ale cał-

kowicie nie wstrzeliłem się w klimat mojej szkoły i raczej czułem się tam jak zjawisko z kosmosu. Teraz z dystansem, bardzo miło wspominam szkołę, byłem zżyty z nauczycielami, którzy wspierali mnie z całych sił, chodzili na spektakle i koncerty. Dzięki mojej wychowawczyni zdałem maturę i to ona budziła mnie do szkoły, gdy wracałem z koncertów nad ranem. W szkole byłem gościem, bo bardzo dużo udzielałem się artystycznie. Ludzie nigdy we mnie nie ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

65


TALENT wierzyli, pukali mi w głowę i mówili: weź się do nauki, bo ze śpiewania nie wyżyjesz. A ja ciągle byłem pod prąd i zrealizowałem w końcu swoje marzenia. Dziś mam swój festiwal, który rozwija się coraz prężniej, i wspaniałych ludzi, z którymi dane jest mi pracować. Mimo młodego wieku jesteś dość mocno „zaprawiony” w szołbiznesowych bojach… Niemal od początku mojej działalności artystycznej grałem bardzo dużo koncertów, mimo że nie byłem gwiazdą telewizyjną, ani rozpoznawalną buźką – kosztowało mnie to dużo determinacji i zapału. Sam byłem swoim menedżerem, planowałem sobie koncerty, trasy i suppporty. Dzięki silnej woli, to się udawało realizować. Kształciłeś też swoje umiejętności wokalne w miejscu, o którym nie wszyscy chcący uczyć się śpiewu wiedzą. Tak! W 2011 roku zostałem solistą w Klubie Garnizonowym. Jest to najlepszy ośrodek kształcenia wokalistów w  Rzeszowie. Byłem zdziwiony, że mało kto o tym wie, ale swoją drogą, dobry produkt nie potrzebuje reklamy. Poznałem panią Ewę Jaworską-Pawełek i ona zmieniła moje patrzenie na świat, wybiła z głowy gwiazdorstwo i pokazała, jak kochać sztukę. To były piękne dwa lata spędzone w magicznym miejscu. Koncertowaliśmy bardzo dużo, wygrałem dla wojska kilka festiwali w Warszawie, Krakowie, Gdyni czy Ustroniu. Opowiadałem też wielu ludziom o naszych zajęciach i może stąd w klubie jest coraz więcej młodych talentów, a sama instytucja przechodzi odrodzenie. Nauczyłem się „w wojsku” pokory i dziś jestem świadomym artystą. Taką lekcję polecam każdemu, kto chce mądrze rzeźbić swój talent.  Założyłeś Rzeszowską Grupę Artystyczną. Dlaczego? Przecież nie brakowało Ci występów, ani śpiewającego towarzystwa. Rzeszowską Grupę Artystyczną założyłem po to, aby przełamać monopol pewnych osób na podkarpackiej scenie muzycznej. Skupiłem wokół siebie najlepszych wokalistów z naszego regionu. Robimy wspólnie bardzo dużo projektów artystycznych i koncertów. Nie jest to jakaś fabryka muzycznych produkcji, ponieważ często robimy wszystko własnym sumptem, nie zarabiając na tym ani grosza. Kiedy wszystko udaje się zrealizować, czujemy satysfakcję i  emocje, których przecież nie można kupić za żadne pieniądze. Marka rozwija się coraz prężniej. Mimo zaledwie 2-letniej działalności możemy się pochwalić dużymi osiągnięciami. Dla mnie najważniejszy jest artyzm. Cieszę się, że w Rzeszowie, w erze rywalizacji i niezdrowej konkurencji, są ludzie skrajnie różni, prezentujący odmienne style muzyczne, potrafiący zebrać się razem i stworzyć coś pięknego.  Wiosną tego roku intensywnie przygotowywałeś się do egzaminów wstępnych „na wokal”. Pojechałeś do Warszawy, dostałeś się do słynnego Studium Wokalnego na Bednarskiej… i z rozpędu poszedłeś na casting do słynnego programu telewizyjnego. Tak było? Do programu „The Voice of Poland” poszedłem z… desperacji. Od listopada 2012 r. pracowałem nad materiałem na debiutancką płytę, ciągle dojrzewałem artystycznie, ale nie wiedziałem, w jakim iść kierunku, eksperymentowałem

66

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

i zdecydowałem się postawić na to, co mi w duszy gra bez względu na „doradców” i opinie. Poszedłem własną drogą, jak zawsze. Łudziłem się długo, że uda mi się wydać płytę, bo jest „ciekawa”, „dobra”, czy też „inna” od wszystkich. Niestety, polskie realia muzyczne są inne niż zachodnie. Nie mając bogatych rodziców, znajomości, czy bez udziału w talent-show, raczej nie ma się szans na zrobienie w tym kraju kariery. Będąc w Warszawie, przez przypadek znalazłem ogłoszenie o castingu, wszedłem 10 minut przed zamknięciem przesłuchań jako ostatni. Pomyślałem, że to moja jedyna szansa i od tego być może zależy moja przyszłość. Dałem z siebie 200 procent i za parę dni dowiedziałem się, że dostałem się dalej. To była największa radość w moim życiu. Po przesłuchaniach i pierwszym odcinku zrozumiałem, że jestem do czegoś potrzebny, fachowcy mnie docenili i sprawiło mi to największą frajdę.  Od kilku tygodni bierzesz udział w kolejnych nagraniach do tego słynnego programu. Jak się z tym wszystkim czujesz? Formuła programu jest ciekawa, pracuję z profesjonalistami i biorę udział w świetnej produkcji. Najmocniejszym punktem „The Voice of Poland” są ludzie, którzy go tworzą. Dają ogromną dawkę pozytywnych emocji. Cały ten okres był i jest dla mnie bardzo stresujący, ponieważ emocjonalnie podchodzę do każdego występu. Jesteśmy już po nagraniach kilku odcinków, jak dalej potoczą się moje losy? Zobaczymy na szklanym ekranie:)  Wziąłem udział w programie, ponieważ chciałem wypromować moją muzykę, mój festiwal i pokazać światu, że ciężką pracą i determinacją można spełniać swoje marzenia. Chcę powiedzieć ludziom z małych miejscowości, niedowartościowanym, którzy są nieakceptowani przez „polską masę krytyczną”, żeby nie tracili wiary. To pewien rodzaj misji, którą spełniam. Zdałem sobie też sprawę, jak bardzo ludzie potrafią być próżni. To trochę śmieszne, … bo wystarczyło, abym dał 5-minutowy występ telewizyjny, a od razu dostałem kilkadziesiąt propozycji koncertowych i oferty współpracy. Wcześniej nie miałem pracy przez pół roku, żyłem w ekstremalnych warunkach, nikt nie chciał ze mną rozmawiać na temat koncertów. A ja ciągle jestem tym samym Arkiem Kłusowskim, co rok temu. To jest nasza polska mentalność. Nie narzekaj! Nareszcie masz to, o czym marzyłeś. Co będziesz robił po „The Voice of Poland”? Już teraz skupiam się na pracy artystycznej, mam bardzo dużo zobowiązań na ten rok. To jest najintensywniejszy rok w moim życiu! Życzę sobie więcej takich lat. W październiku ruszamy ze świętem wokalnym, w tym roku oddamy hołd Agnieszce Osieckiej. Ciągle dopracowuję materiał na swój debiutancki album, piszę teksty. Mam świetne flow z muzykami, którzy tworzą ze mną piosenki, a są to fachowcy: Brunon Lubas czy Maciek Zeman. Piszę też teksty dla wielu polskich artystów, jeden z nich ukaże się na nowej płycie Ewy Farnej. To ogromne wyróżnienie. Mimo tego, że jestem zapracowany, mam dużo energii, ponieważ ogromnie cieszę się z tego, co teraz się dzieje. Kocham to, co robię i nareszcie spełniam się maksymalnie. ■


MUZYKA

III Rzeszowskie Święto Wokalne 22-27 października

Wymyślony przez Arkadiusza Kłusowskiego festiwal – Rzeszowskie Święto Wokalne, i powołana w 2011 roku Rzeszowska Grupa Artystyczna, to zjawiska w Rzeszowie bezprecedensowe. Czas, jaki mieli od pomysłu do realizacji swoich artystycznych idei był bardzo krótki. Możliwości finansowe – zerowe. Uczestnicy I Rzeszowskiego Święta Wokalnego zaśpiewali piękne piosenek z repertuaru Niemena. Podczas II edycji Święta Wokalnego usłyszeliśmy piosenki śpiewane niegdyś przez Andrzeja Zauchę. W wykonaniu młodych wokalistów zabrzmiały one niezwykle profesjonalnie, świeżo, wręcz nowatorsko i wzruszająco. Do najpiękniejszych wykonań należały interpretacje tercetu Mocha, który zaśpiewał „Zielono mi” i „ C’est la vie”- piosenkę na nowo odkrytą przez genialnego Ralpha Kamińskiego. II edycja Festiwalu przyniosła też znakomite koncerty w Polskim Radiu Rzeszów i na Rynku oraz kameralny wieczór w kawiarni Estrada Caffe. Tam bowiem koncertowali Małgorzata Boć, tercet Jedna Chwila i Krzysztof Iwaneczko.

Tekst Elżbieta Lewicka Fotografie Archiwum Arkadiusza Kłusowskiego W tym roku podczas koncertów III Rzeszowskiego Święta Wokalnego słuchać będziemy piosenek Agnieszki Osieckiej. Miłośnicy muzyki z niecierpliwością już czekają na nowe interpretacje, zwłaszcza że uczestnicy rzeszowskiego festiwalu nigdy nie korzystają z półplaybacków i innych „wynalazków” ułatwiających wokalne występy. Robią przy tym rzecz wielką: od początku istnienia Rzeszowskiego Święta Wokalnego starają się ocalić od zapomnienia twórczość największych osobowości polskiej sceny muzycznej, promują polską piosenkę, tę dawną i dawniejszą – może piękniejszą i cenniejszą pod wieloma względami od współczesnych pseudoprzebojów, często zupełnie nieprzebojowych, bez treści, emocjonalnego przekazu i jakiegokolwiek muzycznego sensu. Tegoroczne Święto Wokalne poprzedzą warsztaty wokalne pod kierownictwem Magdaleny Skubisz, wokalistki, pedagoga, absolwentki Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach, na których uczestnicy będą szlifować swoje umiejętności. Warsztaty odbędą się w rzeszowskim Klubie Garnizonowym. Podczas zajęć grupowych, mających charakter otwarty, oraz

lekcji indywidualnych, biorący w nich udział wokaliści będą ćwiczyć emisję głosu, dykcję i interpretację piosenek. 26 października o godzinie 20 w Polskim Radiu Rzeszów odbędzie się pierwszy festiwalowy koncert, transmitowany na antenie radia i zarejestrowany live w studiu. Natomiast w niedzielę, 27 października, o godz. 18 w sali Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego słuchać będziemy koncertu galowego „Ku pamięci Osieckiej”. W koncercie wezmą udział goście specjalni: Sara Chmiel – wokalistka zespołu Łzy oraz Dominika Barabas – laureatka festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”. Podczas festiwalu wystąpi czternaścioro młodych wokalistek i wokalistów, a wśród nich wykładowczyni festiwalowych warsztatów, Magdalena Skubisz, oraz dyrektor artystyczny Rzeszowskiego Święta Wokalnego, Arek Kłusowski. Artystom towarzyszyć będzie sześcioosobowy zespół pod kierownictwem Krzysztofa Mroziaka, złożony ze świetnych muzyków działających na co dzień na Podkarpaciu. Tegoroczny festiwal organizuje Stowarzyszenie Pro Regione, a cały projekt współfinansowany jest z budżetu Miasta Rzeszowa. ■

Więcej informacji o III Rzeszowskim Święcie Wokalnym na portalu www.biznesistyl.pl


ZDROWIE

Lasery spowodowały rewolucję

w okulistyce Z prof. dr hab. n. med.

Stanisławą Gierek-Ciaciurą, światowej sławy okulistką, prekursorką chirurgii refrakcyjnej w Polsce,

rozmawia Jaromir Kwiatkowski

Prof. dr hab. n. med. Stanisława Gierek-Ciaciura – córka europosła Adama Gierka i słynnej okulistki, prof. Ariadny Gierek-Łapińskiej; wnuczka Edwarda Gierka, I sekretarza KC PZPR w latach 1970-80. Przeprowadza laserową korekcję wad wzroku w NZOZ Szpital Pod Bukami Biel-Med. Sp. z o.o. w Bielsku-Białej. Była gościem specjalnym konferencji naukowej „Sokolim okiem”, zorganizowanej przez rzeszowską klinikę okulistyczną VISUM, która odbyła się 14 września br. w Centrum Konferencyjnym WSIiZ „Gościnne Wzgórza” w Kielnarowej k. Rzeszowa.

Jaromir Kwiatkowski: Pani Profesor, wykonała Pani pierwszy w Polsce zabieg laserowej korekcji wzroku. To na pewno była dla Pani chwila szczególna. Jak ją Pani zapamiętała? Prof. Stanisława Gierek-Ciaciura: Na pewno byłam bardzo przejęta i podejrzewam, że bardziej przestraszona niż pacjentka (śmiech). To była korekta wysokiej krótkowzroczności. Nie pamiętam dokładnie, ile pacjentka miała dioptrii, ale to było w granicach minus 7, minus 8. Byłam wcześniej na różnych szkoleniach w Niemczech, tam obserwowałam takie zabiegi. Jednak kiedy przyszło mi wykonywać taki zabieg samej, zastanawiałam się, jak pacjentka będzie wyglądać na drugi dzień, po tygodniu itd. Ale wszystko dobrze się skończyło. Nie chciałbym używać wielkich słów, ale ten zabieg to był element tworzenia historii polskiej okulistyki. Tak można powiedzieć. To był pierwszy taki zabieg w Polsce. Przeprowadziłam go w styczniu 1990 r. Pojawienie się laserów spowodowało rewolucję w okulistyce. Zgadza się. Lasery są obecnie używane nie tylko w chirurgii refrakcyjnej, ale także przy jaskrze, cukrzycy, w chirurgii dna oka itd. Właściwie w całej okulistyce. Cofając się do czasów sprzed laserów, aż trudno uwierzyć, jak niewielkimi możliwościami – w porównaniu ze współczesnymi – dysponowali wtedy okuliści. Rzeczywiście, dysponowaliśmy wtedy przede wszystkim okularami. Wady refrakcji próbowano korygować od ponad 100 lat, ale efekty były różne. Próbowano upowszechniać różne metody przeprowadzania zabiegów, ale były one obarczone dużym ryzykiem powikłań i się nie przyjęły. Dopiero pojawienie się lasera excimerowego wywołało prawdziwą rewolucję i w tej chwili coraz więcej pacjentów chce takiej korekcji.

68

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013


ZDROWIE Pacjenci zgłaszają się na zabieg niekoniecznie tylko z powodu wskazań medycznych. Jeżeli chodzi o chirurgię refrakcyjną, pacjenci zgłaszają się głównie z powodów kosmetycznych. One dominują. Wskazania medyczne są na dalszym planie. Kosmetycznych? Innymi słowy, chodzi o względy estetyczno-psychologiczne, fakt, że pacjenci subiektywnie źle się czują w okularach lub wręcz uważają, że ich noszenie to obciach? Dokładnie tak. Wielu pacjentów nie chce nosić okularów, wiąże się to dla nich z obciążeniem psychicznym, laserową korekcją chcą poprawić jakość życia. Poza tym nie każdy toleruje noszenie soczewek kontaktowych. Wreszcie – i to jest trzeci powód, dla którego pacjenci zgłaszają się na zabieg laserowej korekcji wzroku – są grupy zawodowe, gdzie użycie okularów czy soczewek poważnie utrudnia pracę. W przypadku np. policjantów czy strażaków – nie mówiąc już o górnikach – nie wchodzą one w grę. Warto też pamiętać, że ludzie są dziś aktywni, uprawiają różne sporty, w czym korekcja okularowa czy soczewkowa też często przeszkadza. Podczas konferencji mogliśmy obejrzeć dwie operacje na żywo, wiele też było mowy na temat nowoczesnego sprzętu, którym posługują się okuliści, a którego dawniej nie było. Dziś ten sprzęt powoduje, że zabiegi, o których 30 lat temu się nie śniło, dziś są normą. Cały czas posuwamy się do przodu. Zobaczymy, co będzie za kilka lat. To pytanie o przyszłość okulistyki. A – zdaniem Pani Profesor – jaka ona będzie? Czy czeka nas rewolucja na miarę tej laserowej? Lasery rozwijają się cały czas, osiągają coraz lepsze i coraz bardziej przewidywalne wyniki. Jest też zdecydowanie mniej powikłań niż 15-20 lat temu. Myślę, że chirurgia refrakcyjna pójdzie zarówno w kierunku jeszcze bardziej powszechnego wykorzystania laserów, jak i przeprowadzania operacji na soczewce. Na czym miałaby polegać taka operacja? Na usuwaniu soczewki własnej pacjenta, tak jak przy operacji zaćmy i wszczepianiu coraz lepszych soczewek wewnątrzgałkowych, które korygują wadę wzroku i korygują do bliży, czyli pacjent po zabiegu z wiekiem w ogóle nie będzie potrzebował okularów do czytania. Jak będzie z dostępnością i ceną tego typu zabiegów? Wydaje mi się, że ceny będą się obniżać, bo jest coraz więcej ośrodków, które robią te korekcje. Jednak jakiś poziom ceny musi być, bo lasery są bardzo drogie. Powiedzmy, jaki to poziom. On się waha w zależności od ośrodka. Ja mogę powiedzieć, jaka jest cena w ośrodku, w którym przeprowadzam zabiegi: za oba oczy – 5 tys. zł. Za jedno – trochę więcej niż połowa tej kwoty. Jaki jest czas oczekiwania? To też zależy od ośrodka. Ale ponieważ tych ośrodków jest dużo, to wydaje mi się, że ten czas nie powinien być dłuższy niż 2-3 miesięcy. Rozwój i upowszechnienie laserów powoduje, że ceny mogą spaść, a czas oczekiwania może się skrócić. ■

Chirurgia refrakcyjna Ma na celu zmianę refrakcji (siły łamiącej) oka tak, aby uzyskać normowzroczność lub znaczne zmniejszenie wady refrakcji. Laserowa chirurgia refrakcyjna rogówki rozwinęła się w świecie w końcu lat 80. Zabiegi wykonywane są laserem excimerowym, dzięki któremu precyzja zabiegu jest bardzo duża. Przeciwwskazania Zabiegi wykonywane są po badaniu kwalifikacyjnym, mającym na celu wykluczenie innych współistniejących schorzeń mogących mieć wpływ na powodzenie zabiegu. Są to zarówno schorzenia okulistyczne, jak i ogólne. Choroby, które są przeciwwskazaniem do zabiegu korekcji wady refrakcji: jaskra, odwarstwienie siatkówki, krótkowzroczność postępująca, wady (rozrusznik) serca, schorzenia neurologiczne, reumatyczne, immunologiczne, kolagenozy, choroby skóry i weneryczne, sklerodermia, toczeń rumieniowaty, schorzenia stomatologiczne i laryngologiczne, cukrzyca, schorzenia tarczycy i nadnerczy, skaza krwotoczna, białaczka, wirusowe zapalenie wątroby, AIDS, choroby nowotworowe, zakażenie wirusem opryszczki (6 tygodni po wyleczeniu). Przeciwwskazaniem do zabiegu jest również okres ciąży i laktacji. ■

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

69


NTUICJA w biznesie

Antoni Przechrzta. Jak działa intuicja i skąd się bierze w nas „to coś”, co każe nam podjąć nagłą decyzję, albo wyrazić opinię o kimś, kogo widzimy pierwszy raz w życiu, a potem okazuje się, że opinia czy decyzja były trafne?

Tekst Anna Koniecka Fotografie Anna Koniecka i archiwum Antoniego Przechrzty

lbert Einstein twierdził, że nie mielibyśmy wielu odkryć naukowych, gdyby nie intuicja. On również! Idąc tym tropem w stronę biznesu słychać podobne deklaracje. Na intuicji wyrosły ponoć fortuny, na przykład Sorosa czy Gatesa. Fajnie by było, żeby jakiś Polak znalazł się z tej przyczyny na liście najbogatszych u Forbesa jako pierwszy. Do intuicyjnego zarządzania firmą przyznają się światowi giganci. Znajomy przedsiębiorca, zatrudniający prawie 200 osób (jak na polskie warunki to niemało), narzeka, że głowa mu trzeszczy od myślenia i zanim podejmie decyzję, sto razy rozpatrzy każde „za” i „przeciw”. Ekspertyzy, opinie doradców, nic na żywioł. Bo rynek niepewny, konkurencja, kryzys. Ilu przedsiębiorców działa w ten sposób,

70

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

a ilu ufa podpowiedziom intuicji, może ktoś policzy. Ja mam na razie jednego kandydata, który kieruje się intuicją, podejmując decyzje biznesowe i stosuje też inne „miękkie metody” w zarządzaniu firmą; krakus, branża budowlana. Ale o jego doświadczeniach opowiem, jak się zgodzi. Rozgłos jest wrogiem sukcesu. Einstein uzasadniał intuicyjne podejście do odkryć naukowych tym, że żadne procedury logiczne nie są w stanie uporządkować ogromu wiedzy, z jaką spotyka się uczony pracując nad danym zagadnieniem. Takie uporządkowanie daje się uchwycić tylko intuicyjnie i nie jest dostępne dla naukowo logicznych ustaleń. Czyli mówiąc krótko: wiem, ale nie wiem, skąd to wiem. Impuls, olśnienie, nieświadoma synteza doświadczeń?


SZEPT umysłu Prób zdefiniowania intuicji jest nie mniej niż uczonych, którzy się tym zajmowali, i to od starożytności. Dlatego na użytek niniejszego tekstu pozostańmy na razie przy definicji psychologa klinicznego Anny Mierzejewskiej – że intuicja jest procesem podświadomym, którego nie można kontrolować, można jedynie dopuszczać lub odrzucać podawane przez intuicję rozwiązania. Tyle teorii. Przejdźmy do praktyki.

Eksperyment iedziałam naprzeciwko dziesięciu nieznajomych osób, a one zapisywały na kartkach swoje odczucia intuicyjne na mój temat. Nie czułam się komfortowo, nikt nie lubi być oceniany, w dodatku publicznie, ale na tym polegało ćwiczenie z rozwoju intuicji, a ja się zgodziłam być królikiem doświadczalnym. Wynik był dla mnie zaskakujący – większość opisów okazała się trafna. Dotyczyły charakteru mojej pracy, zdrowia, domu, w jakim mieszkam, jego otoczenia, relacji rodzinnych oraz paru innych rzeczy, których nie da się „przypasować” każdemu – one dotyczyły mojej osoby. Jedna z kobiet stwierdziła nawet, że pierwsze, o czym pomyślała, choć to raczej nieadekwatne określenie, wszak intuicja z logicznym myśleniem nie idzie w parze, to były litery: K, O, N. Właśnie w takiej kolejności. Z niedowierzaniem obejrzałam zapis – pierwszych trzech liter mojego nazwiska. Powtórzę: ani ta kobieta, ani pozostałe osoby biorące udział w ćwiczeniu nie znały mnie. No więc co w tym jest? I do jakich rezultatów można jeszcze dojść zakładając, że intuicję można rozwijać?

ajęcia z rozwoju intuicji prowadził Antoni Przechrzta. Psychoterapeuta i utalentowany artysta rzeźbiarz, który w latach osiemdziesiątych studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Wiedniu oraz w Akademii Królewskiej w Londynie – jako stypendysta Henry Moore’a. Tworzył awangardowe instalacje i performance’y, wystawiane m.in. w londyńskiej Tate Gallery, na wystawie Dokumenta w Kassel czy Venice Biennale. Perfomance jest sztuką ulotną, w swym założeniu najbardziej nieskrępowaną, pozbawioną reguł  formą wypowiedzi artystycznej; ma zarówno  entuzjastów, jak i zagorzałych krytyków, zanim popadnie w niepamięć. Przechrzta nadal potrafi być kontrowersyjnym artystą, zaskakując widzów głębokimi i nieoczekiwanymi przeżyciami.  Realizując swój 20-letni już projekt „Żywej Rzeźby” ostatnio przeprowadził dwa poruszające performance na wernisażach w Centrum Sztuki Współczesnej (wystawa British British – Polish Polish ukazująca prace najlepszych współczesnych artystów polskich i brytyjskich), oraz w Galerii Zachęta (wystawa In God we trust) w Warszawie. Antoni Przechrzta jest dyrektorem Instytutu Realizacji Siebie w Warszawie. Prowadzi badania nad skutecznością metod służących rozwojowi intuicji. Przez wiele lat wykładał wprowadzenie do duchowego uzdrawiania w Royal London Hospital dla studentów ostatniego roku uniwersytetu medycznego. Uczestniczy w licznych sympozjach naukowych, w swoich wystąpieniach przedstawia badania naukowe nt. skuteczności duchowego uzdrawiania jako metody terapeutycznej, a także proponuje różne formy współpracy pomiędzy medycyną konwencjonalną i medycyną komplementarną.

Intuicja mówi szeptem Anna Koniecka: Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko jest po coś. Ale jak to wytłumaczyć, że artysta, który sztuki piękne studiował i piękną sztukę tworzył, nagle porzuca to wszystko, żeby uczyć ludzi, jak mają w sobie rozwijać intuicję? Czyli coś, co w swej istocie jest nieuchwytne, niedookreślone. Trochę jak Pańskie performance. Antoni Przechrzta:  To nie był nagły zwrot w  moim życiu, raczej długi proces, gdyż ja w tym intuicyjnym świecie tkwiłem od dziecka.  Pomysły, jakie realizowałem w dziedzinie sztuki, czerpałem z intuicji. Ich głęboki sens rozumiałem raczej po fakcie aniżeli w trakcie tworzenia. Tak było od najmłodszych lat, kiedy pisałem, malowałem. Wtedy jednak wydawało mi się, że takich rzeczy, które przychodzą znikąd, nie bierze się pod uwagę, nie są ważne. Wówczas  nie miałem odpowiednich narzędzi, żeby rozwijać intuicję, ani też wsparcia środowiska. Pierwszym kursem rozwoju intuicji były dla mnie studia, to znaczy sam proces tworzenia. Pracowałem inaczej niż inni studenci w Royal Academy. Ich praca nad rzeźbą

polegała na nieustannej dłubaninie. Ja chodziłem jakby nie wiedząc, co robię, i nagle – mam przebłysk „oświecenia” – pomysł, szybko go realizuję i znowu chodzę, znowu szukam, nie wiem… I nagle znowu wiem, i znowu szybko wykonuję kolejny fragment pracy. oje działania twórcze były przy okazji źródłem obserwacji, jak funkcjonuje intuicja i czy sfera duchowa, emocjonalna mogłaby wpłynąć na uzdrawianie sfery życiowej i fizycznej człowieka – to mnie zawsze fascynowało. Zacząłem iść w tym kierunku, uczyłem się rozwijać ten „wewnętrzny głos”. Rozwijałem w sobie zdolności uzdrawiania pod patronatem brytyjskiego NFSH (obecnego The Healing Trust). Jestem od ponad dwudziestu lat jego członkiem i międzynarodowym nauczycielem. W Wielkiej Brytanii, Polsce i w innych krajach wykształciłem setki terapeutów, którzy używając tej metody wspierają pacjentów korzystających z medycyny konwencjonalnej; podejmują się też terapii skutecznie tam, gdzie lekarze już się poddają. Ale: żyjemy w takim świecie, gdzie nie wystarczy skutecznie kogoś wesprzeć ►

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

71


SZEPT umysłu w powrocie do zdrowia poprzez uzdrawianie, trzeba bezustannie udowadniać, że taki proces miał miejsce, aby odeprzeć bezpodstawne i często bezlitosne ataki niektórych przedstawicieli środowiska lekarskiego czy korporacji farmaceutycznych, a przecież chodzi tu o dobro pacjenta. odobnie jest z rozwojem intuicji: nie wystarczy coś trafnie odczytać, odnaleźć skuteczną procedurę rozwiązania trudnej sytuacji i to udokumentować. I tak znajdzie się ktoś,  kto  publicznie wyśmieje naszą pracę, często odwołując się do swojej niewiedzy, a fakty są takie (co w dobie dostępu do Internetu można szybko sprawdzić), że światowa nauka i praktyka potwierdzają  poprzez solidne i powtarzalne badania w renomowanych ośrodkach, iż i terapia z energią życiową,  i rozwój intuicji przynoszą bezsprzeczne korzyści zdrowotne oraz życiowe dla człowieka. Co to znaczy rozwijać intuicję? Przecież ona po prostu jest. Siedzi sobie gdzieś w prawej półkuli naszego mózgu odpowiedzialnej za odczuwanie i wyrażanie emocji, i czasem daje znać o sobie, albo nie. Nie mamy na to wpływu. Według mnie, intuicja cały czas wysyła nam jakieś sygnały. Rzecz w tym, żeby nauczyć się je odbierać. Intuicja jest subtelnym głosem wewnętrznym, przeczuciem – mówi do nas szeptem i często konkuruje z głosem naszej woli, ze świadomym i pełnym strachu umysłem. Aczkolwiek zdarza się, szczególnie przy ważnych, a może zagrażających życiu zdarzeniach, że ten głos jest tak donośny i jednoznaczny, że nie da się go nie usłyszeć. Ale zgadzam się z Panią, że intuicji nie można traktować jak coś wyjątkowego, jak jakiś fenomen, którym obdarzeni są tylko „wybrani”. Intuicja jest naturalną zdolnością każdego człowieka. Dlatego uważam, że można i trzeba intuicję rozwijać, tak jak inne zdolności.

Instalacja, Centrum Rzeźby Polskiej Orońsko.

72

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

Każdy ma nie tylko zdolność odczuwania intuicyjnego, ale nawet wczuwania się w zdarzenia z przyszłości. Kwestia tylko dobrania właściwych narzędzi, aby tę zdolność rozwinąć. I to jest moim zadaniem. Na bieżąco opracowuję wiele metod. Jeżeli w danym momencie jedna z nich okazuje się pożyteczna dla jakiejś osoby na danym etapie, to dla innej już trzeba będzie zastosować inne podejście,  aby raczej „usunąć przeszkodę” uniemożliwiającą wsłuchiwanie się w podpowiedzi intuicji. ożna rozwinąć wczuwanie się w złożone procesy na przykład związane z prowadzeniem firmy czy prognozowaniem ekonomicznym. Można rozwijać intuicję w kierunku własnego zdrowia; wczuwając się w swoje ciało możemy odszukać informacje potrzebne nam do odnalezienia i zrozumienia natury choroby, co potwierdza się diagnozą lekarską. Włączenie intuicji w proces decyzyjny pozwala skrócić drogę dochodzenia do rozwiązania problemu. Tym problemem może być np. postawienie trafnej diagnozy przez lekarza i dobranie skutecznej terapii. W chorobie najdroższy jest czas. W gospodarce, chociaż tam nie dokonuje się tak dramatycznych wyborów, czas jest też ważny. Nie bez powodu mówi się, że decyzja podjęta w odpowiednim momencie jest więcej warta niż  pensje wszystkich doradców razem wzięte. Czasem stwierdzamy, że coś nie wyszło, bo intuicja nas zawiodła. Nie chciałabym, żeby to samo powiedział mój lekarz, albo makler, który obraca moimi pieniędzmi na giełdzie. estem za tym, żeby łączyć wiedzę i intuicję. Wyjdźmy od tego, że dobre samopoczucie człowieka jest jednym z czynników wspierających zdrowienie. Ale nie można na tym jednym czynniku oprzeć całej terapii i pracować tylko w kierunku coraz to lepszego samopoczucia! Intuicja nie zastąpi wiedzy, może być jednym z narzędzi pomocniczych przy podejmowaniu decyzji. To jest nasze  wewnętrzne odczucie, wewnętrzne widzenie, które jest poza obszarem rozumowania. Najpierw odbieramy jakąś informację intuicyjnie, a później intelektualnie ją rozważamy. I decydujemy, czy skorzystamy z tej informacji, czy ją odrzucimy. A po czasie widzimy (najczęściej), że jednak pierwszy podszept intuicji był słuszny (uśmiech). Badania naukowe potwierdzają, że osoby odnoszące sukces w biznesie, będące na stanowiskach zarządzających, mają bardzo dobrze rozwiniętą intuicję. Co prowadzi do wniosku, że dobrze funkcjonująca intuicja pomaga w dobrym funkcjonowaniu w biznesie. Szczególnie ważne jest to w okresach turbulencji  kryzysowej. Dobrze funkcjonująca intuicja daje możliwość wczucia się w ciągle zmieniającą się sytuację na rynku, w potrzeby, które nie są czytelne tak po prostu, które miałyby wynikać z czystej logiki. A czy Pana intuicja kiedyś zawiodła? Podpowiedzi intuicji nieraz wydają się nam tak nieprawdopodobne, że aż niemożliwe, żeby były prawdziwe, albo wydają się zbyt proste, żeby im zaufać. Więc też je odrzucamy. Przyznaję, że u mnie czasem wygrywa siła woli w konkurencji z intuicją, pomimo że ta ostatnia pokazuje mi czytelne odpowiedzi.


SZEPT umysłu iedyś rozmawiałem z panią, która chciała sprzedać mieszkanie w Warszawie w atrakcyjnym miejscu, lecz kupców ani na lekarstwo. Mówiła, że korzysta z porad wróżek występujących w telewizji i one ją zapewniają, że sprzeda mieszkanie na pewno. Mnie intuicja mówiła: zaczekać do trzech lat, a w międzyczasie mieszkanie wynająć. Pomimo iż ceny mieszkań spadały, w każdym odczycie wychodziło mi, żeby mieszkania nie sprzedawać. Lecz reputacja wróżek z telewizji zwyciężyła, właścicielka mieszkanie sprzedała, donosząc mi, że moja porada była nieodpowiednia. Mówiąc szczerze, nie czułem się z tym zbyt dobrze. Po jakimś czasie znowu spotkałem tą panią i okazało się, że pieniądze ze sprzedaży mieszkania zainwestowała... w Amber Gold. Nigdy nie zapomnę moich pierwszych zajęć z rozwoju intuicji w Warszawie. To, co odczytali wówczas uczestnicy kursu, uznaliśmy – oni i ja, za coś kompletnie niezrozumiałego. Jakiś bezsens. W żaden inny sposób nie mogliśmy wtedy tego zinterpretować. To była wizja jakiegoś straszliwego chaosu, kłębów dymu, przelatujących samolotów przez wieżowce, jak na filmie science fiction. Tamte zajęcia prowadziłem na krótko przed 11 września 2001 roku. Gdy zobaczyłem potem w telewizji zamach na World Trade Center, byłem zdumiony, jak klarownie ta informacja była dostępna do odczytania, lecz trudna do wyobrażenia. Można wyczuwać aż takie rzeczy na odległość? Każda myśl, która powstała, jest odpowiednio czytelna –  ona istnieje. Nauka jest w stanie zarejestrować to przy pomocy PET  i EEC (elektroencefalografu). Obserwując funkcjonowanie mózgu można zaobserwować, jakie emocje człowiek ma również wtedy, gdy negatywne myśli docierają do niego telepatycznie z zewnątrz, np. od wroga czy konkurenta biznesowego. Istnieje łączność myślowa między ludźmi. Między ludźmi, zwierzętami i roślinami zresztą też. I to bez względu na odległość. Weźmy banalny przykład – na pewno każdemu się zdarzyło, że chciał do kogoś zadzwonić i ta osoba zadzwoniła do niego pierwsza. Te zjawiska są bardzo powszechne. My się nad nimi nie zastanawiamy, one po porostu istnieją. Mówi Pan o łączności pomiędzy światem ludzi, zwierząt i roślin. Znam osoby, które „rozmawiają” ze swoimi roślinami i one ponoć lepiej rosną. literaturze  opisano eksperyment, który polegał na tym,  że gdy wrzucano do wrzątku żywe  krewetki, to stojąca w drugim pokoju za zamkniętymi drzwiami roślina reagowała silnym impulsem rejestrowanym na czułym urządzeniu (encefalografie) podłączonym do tej rośliny. Gdy wrzucano do wrzątku martwe krewetki, roślina nie reagowała. O czym to świadczy? O wzajemnym powiązaniu świata roślin i zwierząt. My również odbieramy zdalnie pewne emocje, które są rejestrowalne w postaci impulsów elektrycznych czy elektromagnetycznych. Współczesna nauka idzie w kierunku wykorzystywania tych impulsów do uruchamiania pewnych urządzeń, które mogą służyć osobom niepełnosprawnym. Mózg wysyła sygnał czytelny dla czujników zawiadują-

Instalacja Hiroshima, z okazji rocznicy wybuchu bomby atomowej.

cych jakimś urządzeniem, na przykład robot włącza światło, podaje herbatę. Możemy rejestrować emocje czy myśli docierające z zewnątrz, możemy je odczytywać. Coś, czego nie rozumiemy, ale jest faktem: udało się zarejestrować reakcję mózgu wyprzedzającą dramatyczne zdarzenie, tzn. za osobami podłączonymi do urządzeń badawczych upuszczano losowo talerze, które rozbijały się na podłodze, powodując nieprzyjemny hałas. Mózg rejestrował te zdarzenia 5 sekund przed momentem zetknięcia się talerza z podłogą. Dlaczego intuicja podsuwa nam częściej czarne scenariusze? ntuicja raczej podsuwa nam dobre rozwiązania, ale też pokazuje zagrożenia, czyli zadania, którymi powinniśmy się zająć i je rozwiązywać. Zamiast stanąć na wysokości zadania, często denerwujemy się ze strachu i tą swoją energią strachu często się pogrążamy, wszak nasze myśli wpływają na tworzenie rzeczywistości. Gdy człowiek nie czuje się zagrożony w swym bycie, to już nie chce mu się podejmować działań, żeby zrealizować dobre pomysły, rozwijać się. Uważam, że gdyby nie nasze wrodzone lenistwo, to każdy z nas mógłby się sam wyleczyć z wielu chorób i to bez lekarstw. Ale gdy intuicja ostrzega nas przed poważnym zagrożeniem – reagujemy natychmiast. Jest coś takiego w człowieku, że na ostrzeżenie jest w stanie reagować najszybciej. Strach krzyczy! Czy każdy może rozwinąć intuicję na tyle, żeby była bardziej chętna do podpowiadania? I na temat. ► Reklama


SZEPT umysłu

„Obecność”. Osoby, które potrafią się uporać z emocjami, wybaczać – czyli puszczać w niepamięć niekorzystne zdarzenia z przeszłości, potrafią się wyciszyć, zrelaksować, na przykład medytując, na pewno będą bardziej skutecznie i bardziej prawidłowo odczytywać podpowiedzi intuicji. Intuicja mówi szeptem, więc żeby ją usłyszeć, potrzeba nam tego, co nazywamy wewnętrzną harmonią, stanem równowagi. Polecam też metodę porannego spisywania myśli – bez redagowania, zastanawiania się, co napisać, po prostu spisujemy myśli aż do „stanu pustki” naszego umysłu. Następnie zadajemy pytanie dotyczące kwestii nas interesujących i to, co spontanicznie przychodzi nam do głowy, zapisujemy. Później analizujemy. Jeśli nie rozumiemy, co podpowiada nam intuicja, być może trzeba inaczej sformułować pytanie. Dobre pytanie to szansa na dobrą odpowiedź. Wyciszyć się? Jak, kiedy tak szybko żyjemy? Biegniemy. Praca – dom – praca. W dziewiętnastowiecznym kapitalizmie, w którym ciągle tkwimy, nie ma miejsca na relaks. Jest nieustanna presja. Dookoła i w nas. Chociaż słyszałam ostatnio o korporacji (zagranicznej oczywiście), która urządziła pracownikom pokój do relaksacji; piłkarzyki, gry wideo – te rzeczy. Ale nie medytują. szkoda. Na Zachodzie to żadna nowość. Najnowszy trend na świecie to slow life, w Nowym Jorku setki ludzi na Time Square, a nawet na głównych ulicach razem rozkładają maty i ćwiczą jogę. W ogródkach i na parapetach mieszkań w Londynie ludzie hodują własne warzywa. Ale już w 1983 roku w Detroit firma chemiczna zapoczątkowała program medytacji dla swoich pracowników. Uczestniczy-

74

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

ły w nim 52 osoby spośród 100 pracowników. Medytowały po 20 minut przed pracą i 20 minut po południu, w trakcie pracy. Oczywiście płacono im za medytację podczas pracy. Właściciel firmy Buck Montgomery po trzech latach eksperymentu dokonał oceny wyników. Okazało się, że produktywność wzrosła o 120 proc., ilość zwolnień lekarskich zmalała o 16 proc., a wypadkowość – o 70 proc. Zyski wzrosły o 520 proc. Dane te pochodzą z książki „Meditation” Joan Budilovsky i Eve Adamson. Kiedy opowiedziałem tę historię na sympozjum naukowym, pewna pani profesor psychiatrii z Polski odpowiedziała, że medytacja jest bezużyteczna, bo po wzroście produktywności o 120 procent ona już dalej nie wzrastała... Gdyby miał Pan namalować obraz polskiego biznesmena, to jaki by on był? o musiałyby być dwa obrazy. Z moich spotkań z ludźmi biznesu w Polsce wynika, że są tacy, którzy umieją żyć szczęśliwie i osiągać znakomite rezultaty na polu biznesowym, ale są i tacy, którzy potrafią osiągać tylko imponujące sukcesy. Na nic więcej już nie mają siły, ani chęci. Jest niestety wielu, którzy nie są otwarci na rozwój, na zmiany. Dla nich jest to opcja wręcz nie do przyjęcia. Są skoncentrowani na tym, ile powinni zarobić. W układzie biznesowym, gdzie występują przecież dwie strony, oni tej drugiej strony nie widzą. Miarą ich sukcesu jest: zarobić więcej, a zatracić siebie. To jest czytelne zwłaszcza w Polsce. Ale Polacy szybko się uczą i wzorem innych krajów, mam nadzieję, po nasyceniu się ilością, zaczną zadawać pytania o jakość życia i to poprowadzi ich do rozwoju duchowego, myślenia prospołecznego, odszukania sensu życia i satysfakcji w naturalnie powracającej równowadze ze sobą, z najbliższymi i otaczającą nas naturą. A więc, Panie Biznesmenie, zatrzymaj się na chwilę, weź głęboki oddech i wsłuchaj się w  swój głos wewnętrzny, on naprawdę Cię pokieruje tak jak dla Ciebie najlepiej. Intuicja przynosi zysk. adania przeprowadzone przez Johna Michalasky’ego i Douglasa Deana z Newark School of Enginering (USA), które rozpoczęły się na początku lat 60. XX w. i trwały do 1974 r. wykazały, że rozwinięte ESP (extra sensory perception – intuicja) idzie w parze z wysokimi zyskami. Na podstawie serii testów na prekognicję (czyli umiejętności przewidywania przyszłych wydarzeń), przeprowadzonych w ściśle kontrolowanych warunkach, stwierdzono, że managerowie, którzy w ciągu pięciu lat potrafili podwoić zyski swoich firm, mieli bardzo wysoko rozwinięte ESP w porównaniu z tymi, którzy osiągali przeciętne wyniki finansowe. Test, który rozwiązywali menedżerowie, polegał na przewidywaniu liczb, które pojawią się w wygenerowanym losowo ciągu 100 cyfr. Niemożliwe było, żeby ktoś oszukał podczas tego typu testu, ponieważ poprawne odpowiedzi zależą od przyszłego zdarzenia, generowanego losowo przez komputer, a więc nawet badacze nie znali ich wcześniej. W badaniach tych brały udział tysiące osób. Opis w książce prof. psychologii Jamie T. Licauco z Filipin „Potęga Intuicji”. ■


NAUKA

Politechnika Rzeszowska.

Uniwersytet Rzeszowski.

JAK PODKARPACKIE UCZELNIE KSZTAŁCĄ PRAKTYCZNIE I WSPÓŁPRACUJĄ Z BIZNESEM Jest truizmem stwierdzenie, że dobre uczelnie powinny stawiać przede wszystkim na badania naukowe i usługi na rzecz gospodarki oraz kształcenie praktyczne studentów, dostosowane do jej potrzeb. Jednak dość powszechny stereotyp głosi, że uczelnie przydatnością tego, co robią, się nie przejmują; ważne, by studentów było jak najwięcej. Okazuje się jednak, że jest to stereotyp niesprawiedliwy i że w dziedzinie współpracy uczelni z biznesem na polu naukowym i dydaktycznym sporo się w naszym regionie dzieje.

Tekst Jaromir Kwiatkowski Fotografie Tadeusz Poźniak Prześledźmy to na przykładach trzech wiodących podkarpackich uczelni: Uniwersytetu Rzeszowskiego, Politechniki Rzeszowskiej i Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania. UNIWERSYTET RZESZOWSKI Ostatni, jeszcze świeży przykład współdziałania tej uczelni z biznesem to podpisanie 26 września br. z firmą Tauron Wytwarzanie S.A. listu intencyjnego w sprawie współpracy i wymiany doświadczeń w zakresie pozyskiwania biomasy. Współpraca ma objąć założenie i prowadzenie plantacji upraw roślin energetycznych na 50 hektarach gruntów należących do uczelni. Taki areał daje możliwość pozyskania łącznie 28,5 tys. ton biomasy w całym cyklu życia plantacji (zbiory w okresach trzyletnich), który przewidywany jest na 22 lata. Wyprodukowana w ten sposób biomasa będzie spalana w jednostkach Tauron Wytwarzanie i pozwoli w skali roku wytworzyć energię elektryczną potrzebną do oświetlenia ponad 122 tys. gospodarstw domowych. – Wykorzystanie pod uprawę roślin energetycznych niewykorzystywanych gospodarczo terenów należących do uczelni daje nie tylko możliwość pozyskania dodat-

76

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

kowych środków finansowych z tytułu dzierżawy gruntów, ale ma też znacznie głębszy sens, związany z edukacją i prowadzeniem badań naukowych z wykorzystaniem biomasy – zapewnia prof. Aleksander Bobko, rektor UR. Współpraca przewiduje także działalność naukowo-badawczą w oparciu o projekty krajowe i międzynarodowe na polu wytwarzania biomasy dla energetyki. Finansowane będą również przewody doktorskie z dziedziny energetyki i odnawialnych źródeł energii. Ponadto przewiduje się rozwój programu praktyk i wymiany studenckiej zarówno w kraju, jak i za granicą. To ostatni, ale nie jedyny przykład współpracy UR z przemysłem. Oto niektóre: Kadra naukowa z Centrum Innowacji i Transferu Wiedzy Techniczno-Przyrodniczej – Laboratorium nr 1 współpracuje z przedsiębiorstwem Energotest Sp. z o.o. w Krośnie w zakresie oceny jakości złączy spawalnych. Dzięki bazie i wykwalifikowanej kadrze, Uniwersytet Rzeszowski był w stanie rozwiązać problem WSK „PZLRzeszów” S.A., dotyczący pękania ceramicznych rdzeni (małe elementy wchodzące w skład silników lotniczych). W ramach Podkarpackiego Klastra Energii Odnawialnej UR pomoże w opracowaniu modelu ekosystemu zrównoważonego osiedla, mającego być ścieżką do przejścia na ►


NAUKA gospodarkę niskoemisyjną. Pracownicy naukowi pokażą, jakie technologie dobrać, aby zużycie energii i odpadów do środowiska były jak najmniejsze. Socjologowie włączą się w projekt, aby pokazać, jak społeczeństwo miałoby z tego korzystać, będą również prowadzić badania poziomu akceptacji zastosowanych technologii i rozwiązań, a  kadra z wydziału sztuki opracuje nowoczesny design przyszłych technologii. Na potrzeby SPIN S.A. Wrocław kadra pozawydziałowego zamiejscowego Instytutu Biotechnologii Stosowanej i Nauk Podstawowych pracuje nad określeniem cytotoksyczności nowej generacji leków dermatologicznych stosowanych u zwierząt oraz efektów biologicznych ich działania. Uniwersytet współpracuje z SM Mlekovita w zakresie nowych możliwości wykorzystania serwatki, która może być źródłem nowych preparatów biologicznie aktywnych wykorzystywanych w przemyśle. W ramach współpracy z Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych w Krośnie prowadzone są badania nad rozrodem sarny, dzięki czemu ma zostać stworzony bank genów. UR współpracuje z Yale University (USA), Philadelphia University (USA) oraz Instytutem Biologii Rozrodu i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk w Olsztynie nad możliwościami nowego rodzaju terapii sezonowej depresji poprzez stworzenie preparatu umożliwiającego wzmacnianie sygnałów światła drogą neurohumoralną, natomiast z Baltimore University (USA) nad nowym preparatem przeciwrakowym. W ramach Klastra Jakości Życia „Kraina Podkarpacie” uczelnia pomoże w stworzeniu w Polsce południowo-wschodniej optymalnych warunków dla rozwoju sektora zdrowia i wypoczynku przy wykorzystaniu nowoczesnych proekologicznych rozwiązań i technologii. POLITECHNIKA RZESZOWSKA – Uczelnia aktywnie uczestniczy w budowaniu i wykorzystaniu potencjału lotniczego tego regionu – podkreśla Aleksander Taradajko, rzecznik prasowy Politechniki Rzeszowskiej. – Prowadzimy wiele projektów badawczych, również wspólnie z przedstawicielami przemysłu. Jako jedyna uczelnia publiczna szkolimy pilotów dla lotnictwa cywilnego. Przykładem współpracy z przemysłem w sferze badań naukowych jest projekt „Nowoczesne technologie materiałowe stosowane w przemyśle lotniczym”, wartości ponad 100 mln zł. Celem strategicznym projektu jest ukierunkowanie realizowanych w kraju prac badawczych w branży lotniczej na dziedziny, które mają lub będą miały decydujący wpływ na poprawę konkurencyjności polskiej gospodarki. Bardzo istotnym czynnikiem, który umożliwi realizację zadań badawczych, jest Laboratorium Badań Materiałów dla Przemysłu Lotniczego, jedno z bardziej nowoczesnych w Europie. Kształcenie na Politechnice Rzeszowskiej jest w dużej mierze ukierunkowane na potrzeby regionu. – Współpracując z takimi przedsiębiorstwami jak WSK „PZL-Rzeszów”,

78

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

PZL Mielec (Sikorsky), BorgWarner, VacAero, ICN Polfa, Hamilton Poland Ltd. czy Skanska, dążymy do tego, aby młodzi ludzie, którzy opuszczają mury naszej uczelni, byli osobami atrakcyjnymi zawodowo dla przedsiębiorstw mających siedzibę w naszym regionie – zapewnia rzecznik Politechniki. Aleksander Taradajko podkreśla, że uczelnia skupia się na rozwoju i uatrakcyjnieniu obecnej oferty edukacyjnej, w związku z czym nie planuje uruchomienia od nowego roku akademickiego nowych kierunków. Aby lepiej zaspokajać zapotrzebowanie przemysłu na konkretnych specjalistów, przy każdym wydziale politechniki zostały powołane Rady Gospodarcze, w których skład weszli przedstawiciele świata przemysłu i biznesu. Mają one m.in. wskazywać władzom wydziałów zapotrzebowanie rynku pracy na osoby o określonych umiejętnościach. Politechnika wspiera studentów w odbywaniu przez nich nie tylko praktyk zawodowych, ale również staży. – W  tym roku akademickim realizowany będzie projekt, w ramach którego studenci i absolwenci odbędą płatne staże w przedsiębiorstwach różnych branż – informuje rzecznik prasowy uczelni. Jednym z najnowszych przykładów współpracy z przemysłem jest organizowana wraz z jednym z największych banków konferencja, podczas której będzie zaprezentowana nowa aplikacja umożliwiająca dokonywanie płatności za pomocą smartfona. Politechnika Rzeszowska to nie tylko lotnictwo. Jako jedyna uczelnia w Polsce, a jeden z siedmiu ośrodków na świecie, szkoli studentów w porozumieniu z firmą IBM. WYŻSZA SZKOŁA INFORMATYKI I ZARZĄDZANIA „Kształcimy praktycznie” – to idea przewodnia WSIiZ. – Zdajemy sobie sprawę, że naszym celem jest wykształcenie takich absolwentów, z których kompetencji będą zadowoleni pracodawcy. Dlatego na bieżąco rozszerzamy i udoskonalamy proces kształcenia, oparty o praktykę i aktywne metody dydaktyczne. Studenci zdobywają umiejętności praktyczne poprzez zajęcia w laboratoriach, gry decyzyjne, projekty itp. Od nowego roku akademickiego wprowadzamy zajęcia z warsztatu biznesowego, gdzie studenci otrzymają konkretną wiedzę od ekspertów i praktyków biznesu, jak założyć i poprowadzić własną firmę. Przy ich pomocy będą przygotowywać biznesplany, z możliwością wykorzystania ich w pracy dyplomowej. Uczelnia ma fundusz inwestycyjny InnoFund, który będzie wspierał lepsze pomysły. Realizujemy też granty, które dadzą kapitał zalążkowy najbardziej innowacyjnym przedsięwzięciom. Jedna firma może otrzymać nawet do 200 tys. euro – mówi Urszula Pasieczna, rzecznik prasowy uczelni. WSIiZ podpisała umowę o współpracy z Lufthansą, która aktywnie uczestniczy w procesie dydaktycznym studiów na kierunku Aviation Management (zarządzanie lotnictwem). Prowadzi je jako jedyna uczelnia w kraju i jedna z kilku w Europie. Lufthansa organizuje dla studentów AM staże i praktyki.


NAUKA Uczelnia nawiązuje współpracę z największymi przedsiębiorstwami w regionie i w Polsce. Obecnie realizuje projekt „WSiZ: Wiedza – Staże – Informacja – Zatrudnienie”, który przewiduje 355 staży studenckich i absolwenckich w największych przedsiębiorstwach w regionie, Polsce i za granicą. Staże są przeznaczone dla najlepszych studentów i absolwentów. Program kładzie nacisk na edukację praktyczną i umożliwia absolwentom dużo lepsze przygotowanie do wejścia na rynek pracy. Stworzone przez przedsiębiorców programy staży będą wykorzystane w procesie dydaktycznym. WSIiZ nawiązała współpracę z największymi pracodawcami w regionie, m.in. : Zelmer S.A., Getin Noble Bank S.A., OPTeam S.A., Bank Zachodni WBK S.A., Ideo Sp. z o.o, WSK „PZL-Rzeszów” S.A., MTU Aero Engines Polska, Wydawnictwo „Dobry Dom”, Zeto Rzeszów Sp. z o.o., PGS Software, Asseco Poland S.A. – Współpraca z biznesem to korzyść dla obu stron: studenci zdobywają cenne doświadczenie, wiedzę praktyczną i poznają kulturę organizacyjną największych firm – podkreśla Urszula Pasieczna. – Jednocześnie mamy pozytywne sygnały od przedstawicieli firm, którzy są zadowoleni z pracy naszych stażystów. Do ich najmocniejszych stron zaliczają dużą wiedzę, chęć podnoszenia kwalifikacji, doskonale rozwinięte umiejętności komunikacyjne, znajomość obsługi komputera i znajomość języków obcych. WSIiZ prowadzi także badania i usługi na rzecz biznesu. W strukturach uczelni działają instytuty i centra współpracujące z gospodarką w konkretnych obszarach. – Prowadzimy usługi m.in. z zakresu: nowoczesnych technologii IT, zarządzania finansami, badań i doradztwa, rekrutacji i rozwoju kadr, a także pozyskiwania i zarządzania funduszami, bezpieczeństwa wewnętrznego oraz multimediów, języków obcych, rekreacji i rehabilitacji – wylicza rzecznik uczelni. Kilka miesięcy temu uczelnia powołała konwent skupiający przedstawicieli biznesu, różnych instytucji i ad-

ministracji. Jego przewodniczącym został prof. Tadeusz Pomianek, rektor WSIiZ. W konwencie zasiadają, m.in. Jerzy Krzanowski, wiceprezes zarządu Nowy Styl Group; Paweł Miłkowski, członek zarządu i dyrektor AlimaGerber S.A.; Tadeusz Pietrasz, prezes zarządu ICN Polfa Rzeszów S.A.; Janusz Płocica, prezes zarządu Zelmeru S.A.; Jacek Pryczek, prezes zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. i Aleksander Waśko, dyrektor I oddziału Banku PKO BP w Rzeszowie. Celem konwentu jest doradztwo w zakresie działalności i rozwoju uczelni, wskazywanie profilu współpracy z organizacjami gospodarczymi i samorządowymi oraz opiniowanie jakości kształcenia i modyfikacji oferty dydaktycznej uczelni zgodnie z potrzebami rynku pracy. Uczelnia cały czas pozyskuje nowych partnerów z obszaru biznesu i administracji. – W ostatnim czasie podpisaliśmy umowy o współpracy z Grupą Santander S.A., z Inkubatorem Technologicznym w Stalowej Woli, a także z Noble Securities i Podkarpackim Centrum Edukacji Nauczycieli – wylicza rzecznik prasowy WSIiZ. Partnerstwo z Grupą Santander umożliwi pracownikom, doktorantom i studentom WSIiZ uczestnictwo w Globalnych Programach Santander Universidades. Pozwoli na  dofinansowanie staży, studiów  i badań oraz wymiany międzynarodowej. Ważnym elementem współpracy są  staże i praktyki dla studentów organizowane  w Banku Zachodnim WBK. W ramach porozumień z Inkubatorem Technologicznym w Stalowej Woli i Podkarpackim Centrum Edukacji Nauczycieli partnerzy wspólnie poprowadzą studia podyplomowe oraz kursy. PCEN i WSIiZ przygotowały już dwa wspólne projekty: aktywizacji nauczycieli zagrożonych bezrobociem i kursów językowych dla pedagogów. Z kolei pierwszym efektem umowy z Noble Securities jest zainstalowana w Laboratorium Finansowym WSIiZ platforma Noble Markets, która umożliwia inwestowanie w waluty, obligacje, towary, akcje spółek zagranicznych oraz indeksy giełdowe z całego świata. ■ Reklama


INNOWACJE Grzegorz Łobodziński z tzw. heksakopterem, czyli sześciowirnikowcem.

Bezzałogowce Grzegorza Łobodzińskiego

czyli jak Preinkubator Akademicki pomaga młodym przedsiębiorcom Grzegorz Łobodziński projektuje i buduje bezzałogowe maszyny latające (drony) od 2006 roku. Od grudnia ub.r. robi to w Preinkubatorze Akademickim w Rzeszowie (od czerwca br. pod szyldem własnej jednoosobowej firmy Fotoacc). Drony są wykorzystywane głównie do robienia fotografii i filmów z powietrza.

Tekst Jaromir Kwiatkowski Fotografia Tadeusz Poźniak Grzegorz pochodzi z Dolnego Śląska, ale mieszka w Rzeszowie – tu w ub. roku skończył studia na Wydziale Budowy Maszyn i Lotnictwa Politechniki Rzeszowskiej, na specjalności awionika. Własna firma to spełnienie jego marzeń jeszcze sprzed studiów; już wtedy bowiem nie wyobrażał sobie pracy „dla kogoś”. Ten nietypowy rodzaj działalności również zrodził się w sposób naturalny: po pół roku studiowania, w ramach Studenckiego Koła Naukowego Lotników, chcieli z kilkoma kolegami zbudować bezzałogowiec. Już wtedy wiedział, że to nie będzie przelotna pasja. Ma swój udział

80

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

w budowie w czasie studiów czterech samolotów bezzałogowych. – Ten czwarty to już była „pełnokrwista” maszyna, która pokazała, że mamy pewien bagaż doświadczeń, który pozwala zająć się tym na poważnie – wspomina.

Do czego służą bezzałogowce (drony)

Bezzałogowce to maszyny, które latają bez obsługi siedzącego w nich człowieka. – Ludziom wydaje się, że to system bezobsługowy, ale to nieprawda – mówi Grzegorz


Łobodziński. – Owszem, system jest na tyle prosty, że można bardzo szybko nauczyć się sterować przemieszczaniem się maszyny. Natomiast latanie, podczas którego panujemy w każdej chwili nad maszyną, wymaga sporego doświadczenia. Wersja uproszczona jest sterowana zwykłym radiem RC (to tzw. bezzałogowiec modelarski). Taka maszyna może przelecieć do 20 km. „Pełnokrwistym” dronem steruje się z komputera. Takie automatyczne sterowanie trochę wyłącza operatora z obsługi, bo jego rola polega na tym, by zaznaczyć punkt, do którego dron ma dolecieć z określoną prędkością na określonej wysokości. – Ograniczają go tylko parametry akumulatora w przypadku napędu elektrycznego i ilość paliwa, które można zabrać w przypadku silnika spalinowego. Cztery lata temu stworzyliśmy z kolegami obiekt, który mógł latać pół godziny. Dziś pewnie latałby godzinę przy prędkości 120 km/h – opowiada Łobodziński. Obiekty, które budował Grzegorz z kolegami, miały do 5 kg masy własnej startowej i rozpiętość skrzydeł 2,5-3 m. Bezzałogowce można wykorzystać np. do obserwacji z góry pól, powodzi, sporządzania dokumentacji terenów zalewowych, wykonywania zdjęć pożarów. Ich zaletą jest to, że wykorzystanie do tych czynności urządzenia bez obsługi na górze pozwala ograniczyć czy wręcz wyeliminować ryzyko związane z narażeniem ludzkiego życia (pilotów, strażaków itp.). – Obecnie zajmuję się wielowirnikowcami, które stały się bardzo popularne przy filmowaniu i wykonywaniu fotografii z powietrza, ponieważ mają możliwości dynamicznego przemieszczania się i zawiśnięcia w miejscu – opowiada Grzegorz Łobodziński. – Są to bezzałogowce o masie od 0,5 do 5-10 kg, zależnie od tego, jakie urządzenie chcemy tam zamontować.

Trzy

projekty

Reklama

Obecnie Łobodziński pracuje nad trzema projektami. Pierwszy to mikrosamolot, czyli samolot mieszczący się w wymiarach 20x20 cm. – Jesteśmy po pierwszych próbach w locie, system jest cały czas rozbudowywany. Maszyna ma służyć do szybkiego zwiadu w pomieszczeniach lub terenach zalesionych, gdzie jest dużo przeszkód i małe podmuchy wiatru. Na razie jest to praca badawcza, a co się stanie dalej z tym projektem, jest kwestią przyszłości – opowiada Grzegorz Łobodziński. Drugi projekt to samolot do lotów bez widoczności, opracowywany na zlecenie z uczelni. – Na samolocie jest zamontowana kamera z systemem transmisji. Pilot nie patrzy bezpośrednio na obiekt, tylko czuje się tak, jakby siedział w samolocie. Maszyna ma służyć jako nośnik do badań autopilotów i systemów rejestracyjnych – wyjaśnia Łobodziński. Trzeci projekt dotyczy wielowirnikowców. Łobodziński zajmuje się szeroką gamą działań, m.in. badaniem napędów. Zajmuje się też tworzeniem ręcznych głowic dla filmowców: – Mam nadzieję, że wyprą one ►


INNOWACJE systemy mechaniczne, bo tu wszystko jest oparte na automatyce. Te głowice są w pełni wyposażone w elektronikę i stabilizują obraz z kamery.

Na razie ciężko na tym zarobić

Czy te prace przynoszą dochód? – To ciężki temat – wzdycha Grzegorz Łobodziński. – To dopiero początek istnienia firmy. Rozbudowuję swoje rozwiązania i na razie ciężko na tym zarobić. Jest bardzo dużo zastrzeżeń do systemów oraz wiele certyfikatów, które muszą uzyskać dane obiekty, by mogły wejść na rynek. Na razie największym zainteresowaniem klientów cieszy się usługa polegająca na wykonywaniu z powietrza zdjęć i filmów z wielowirnikowców. Grzegorz Łobodziński wykonywał taką usługę dla firmy Skanska; firmy, która prowadzi sprzedaż gruntów pod duże sklepy, a także dla osób prywatnych, chcących mieć zdjęcie swojej posiadłości z powietrza. – Obecnie coraz bardziej popularne staje się fotografowanie i filmowanie w ten sposób wesel. Filmy z wesela, które mają wstawki lotnicze, to rzecz, którą można się pochwalić – opowiada Grzegorz Łobodziński. Chciałby, aby udało się stworzyć wsparcie lotnicze dla służb cywilnych i mundurowych (straży pożarnej, policji, straży celnej, jak i instytucji, które zajmują się poszukiwaniami osób, np. GOPR). Jeden z wielowirnikowców trafił już nawet poza Podkarpacie – został wzięty do testowania przez straż pożarną.

Od pomysłu do prototypu – minimum rok

Podczas projektowania Łobodziński stara się stosować głównie rozwiązania autorskie. – Oczywiście, projektantów jest tylu, że niekiedy te rozwiązania mogą się powtarzać i np. może się okazać, że to, co wymyśliłem tydzień temu, jest dostępne w Internecie już od 2 lat – przyznaje. – Staram się być na bieżąco. Ludzie mają niekiedy bardzo proste i bardzo dziwne pomysły, które wydają się nierealne, ale po sprawdzeniu i pewnych modyfikacjach okazuje się, że dają one sensowne rozwiązania. Dlatego to, ile w rozwiązaniach, które stosuję, jest mojej własnej, oryginalnej myśli technicznej, jest trudne do określenia, bo np. przypominam sobie rozwiązanie, o którym czytałem rok temu, modyfikuję je i stosuję przy swojej konfiguracji. Ile czasu zajmuje stworzenie wielowirnikowca od fazy projektu do prototypu? – Za długo – śmieje się Grzegorz Łobodziński. I wylicza: projektowanie systemu – ok. 6 miesięcy, konstruowanie – 4-6 miesięcy i faza prototypu – ok. 3 miesięcy. – Jeżeli prototyp się nie sprawdzi, to w grę wchodzą albo modyfikacje danego rozwiązania, albo rozpoczęcie od nowa – opowiada. – Wtedy rok pracy idzie na marne. Może dlatego nie widać końca i nie widać pieniędzy – śmieje się, po czym dodaje: – Zaczynałem już trzy razy od nowa i teraz, jeżeli chodzi o platformę nośną wielowirnikowców, mam już rozwiązanie przetestowane w każdych warunkach.

82

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

Bycie w Preinkubatorze to prestiż

Jak trafił do Preinkubatora Akademickiego? Okazuje się, że spędzał w nim wiele czasu już w czasie studiów. – Kiedy podjąłem decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej, to trzeba było rozstrzygnąć, gdzie to robić. Zdecydowałem się na Preinkubator, bo funkcjonowanie tutaj wiąże się z pewnym prestiżem, pokazuje, że firma posiada jakiś status – opowiada. Pytam, na czym polega pomoc ze strony Preinkubatora dla młodego, początkującego przedsiębiorcy. – Najważniejsze, że nie przeszkadzają – śmieje się Grzegorz Łobodziński. Po czym, już poważniej, dodaje: – Pomoc ze strony Preinkubatora polega na tym, że przez dwa lata mam obniżony czynsz (upust w pierwszym roku wynosi 40 proc., w drugim – 25 proc.). To wielka pomoc, bo firmy, która na dobrą sprawę nie ma klientów, nie byłoby stać na zapłacenie czynszu w pełnej wysokości. Okazuje się, że młody przedsiębiorca może pozostać w Preinkubatorze dłużej niż te dwa lata, tylko po tym okresie będzie płacił pełną stawkę czynszu. – Jeżeli przez te dwa lata firma się rozwinie, to nie widzę przeszkód, aby dalej promować się tym, że tu jestem – uważa Grzegorz Łobodziński.

Co to jest

Preinkubator Akademicki Preinkubator Akademicki wybudowano w latach 2005-2006 w ramach I etapu budowy Podkarpackiego Parku Naukowo-Technologicznego Aeropolis, na terenie należącym do Politechniki Rzeszowskiej. Na powierzchni ok. 1000 mkw. znalazło się osiem pomieszczeń produkcyjno-usługowych, trzy hale produkcyjne, trzy pokoje biurowe, sala konferencyjna i zaplecze. Jednostką zarządzającą Preinkubatorem jest Rzeszowska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. Nadzór merytoryczny nad działalnością Preinkubatora sprawuje Rada Programowa powoływana przez Zarząd RARR S.A. Preinkubator oferuje kompleksowe wsparcie dla studentów, absolwentów oraz kadry naukowej wyższych uczelni przygotowujące ich do funkcjonowania w warunkach wolnorynkowych. To wsparcie polega przede wszystkim na możliwości ulokowania w Preinkubatorze działalności gospodarczej na preferencyjnych warunkach i zdobywaniu nowych umiejętności poprzez system szkoleń, warsztatów i indywidualnych konsultacji w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej, innowacyjności, transferu technologii oraz przygotowywania analiz, ekspertyz i prac badawczych. Od momentu utworzenia Preinkubatora Akademickiego rozpoczęły w nim działalność 32 firmy, w większości założone przez absolwentów lub pracowników naukowych rzeszowskich uczelni. Duża część z nich opuściła już Preinkubator i z powodzeniem kontynuuje działalność gospodarczą w innym miejscu. ■


BIZNES z klasą

Anna Koniecka publicystka VIP Biznes&Styl

Koncertowe bokserki Są momenty, kiedy żałuję, że nie urządza się dla nas zjazdu puzonistów, lecz kameralne festiwale – muzyki anielsko brzmiącej głosami najsłynniejszych sopranistek na przykład. Zamiast nam huknąć puzonem pod balkonem, i to w sile dziewięciu tysięcy chłopa naraz. Zrobili tak kiedyś Niemcy w mieście Ulm nad Dunajem, tam, gdzie się narodził „mózg wszech czasów” Albert Einstein. Ale nie z jego powodu ulmianie przeszli do historii, tylko dlatego, że urządzili najgłośniejszy na świecie koncert. Okrzyknięty jako najgłośniejszy koncert wszech czasów! Jest, cholerka, powód do dumy. Fakt faktem, wszystkie szyby w okolicznych domach powypadały. Powiedzą Państwo, że nam brakuje aż takiego zadęcia? A rozejrzyjcie się, proszę, po urzędach, departamentach i gabinetach, nie wyłączając politycznych i ordynatorskich, iluż nadętków tam siedzi. I jak oni to robią, że nie pękną?!

L

ekcję, jak być szefem z klasą (nie mylić z – kasą), odrobimy sobie innym razem. Teraz skupmy się na korzyściach płynących z głośnego grania. Otóż korzyść dla artystów z głośnego grania jest taka, że oni wtedy nie słyszą, jak zachowuje się publika. Do tego właśnie piję. Wszak jesień nadchodzi wielkimi krokami, a wraz z nią sezon bywania na salonach muzycznych. Obecność obowiązkowa! Przynajmniej na inauguracji sezonu. A zatem: panie – do krawcowej, żeby poszerzyć tu i ówdzie zeszłoroczne toalety, panowie – nie ma rady, trzeba przywdziać garnitury jak zbroje i… wpieriod! Kto nie bywa, ten nie istnieje, zapada się w towarzyski niebyt, który może skutkować spadkiem akcji osobistych, dotkliwszym niż spadek akcji na giełdzie. Te ostatnie można jeszcze kiedyś odrobić, jak przyjdzie hossa. W końcu chyba przyjdzie… Musi przyjść! Ale tych pierwszych – osobistych akcji, już się odrobić raczej nie da. Bo kiedy nas nie ma, to inni zajmują prędko nasze miejsce. I kariera przechodzi koło nosa. Fiuuu! A poza tym nie można w dzisiejszych czasach uchodzić za troglodytę. Zwłaszcza, gdy już nawet dzieci uczą się w

84

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

przedszkolu o tym, że do zwierzątek i do roślin przemawiają melodyjne dźwięki. A do nas nie?! W czasach (nie)słusznie minionych mówiło się co nieco o eksperymentach z muzyką w oborach, a nawet w kurnikach (niektórzy – wiem kto – sami próbowali). Eksperymenty polegały na tym, że krówkom czy nioskom puszczano Mozarta, albo walce Straussa i okazywało się, że takie muzycznie wypasione krówki dawały więcej mleka, a kury znosiły więcej jajek. Nie wiadomo czemu te eksperymenty nie stały się u nas powszechną praktyką. Można się tylko domyślać – naszym rolnikom przecież nic się nie opłaca. Toteż raczej nie ma co liczyć, że ktoś teraz sobie o tym przypomni i zastosuje w swoim gospodarstwie chociażby wariant „indyjski” – gdzie uczeni dzięki muzyce uzyskiwali o połowę więcej ryżu i tytoniu aniżeli z poletek nie przeoranych muzyczną kulturą. Kartofle też lepiej rosły! czy Państwo pracują przy muzyce? Ja – zawsze. Ten felieton piszę, słuchając Crazy Frog. Stąd tyle szyków przestawnych, ale nie przepraszam. Tak ma być, żeby tekst trzymał rytm. Słowo jest jak muzy-

A


BIZNES z klasą ka – musi żyć własnym rytmem. Bez tego wlokłoby się jak za pogrzebem. Nawiasem mówiąc, przy Requiem Mozarta redagowałam latami cudze teksty, które musiały wejść do gazety... Dlatego teraz z czystym sumieniem mogę polecić tę metodę następnym pokoleniom żurnalistów, którzy też „nie chcom ale muszom”. Księgowym sugeruję Divertimento Mozarta, poborcom podatkowym – Odę do radości Beethovena. Nie ma się co ociągać, ani wstydzić. Albert Einstein też pracował przy muzyce. Kochał Mozarta, sam zresztą świetnie grał na skrzypcach. Muzyka to była jego druga wielka miłość. Pierwsza – wiadomo: miłość do nauki. Wyniki znamy, ale jeszcze nie wszystkie i nie wszystko jesteśmy w stanie pojąć. I docenić? A teraz proszę zgadnąć, przy jakiej muzyce pisze, próbując uniknąć ortograficznych wpadek, swoje przemówienia (dydaktycznym smrodkiem okadzone) pan prezydent miłościwie nam panujący pod Najjaśniejszym Żyrandolem? eby nie zaliczać w kółko tych samych wpadek, także innego rodzaju, trzeba się reformować. Tylko jak? Mistrz Słonimski mawiał, że jeśli nie wiesz, jak się zachować, to zachowuj się przyzwoicie. Ale co to znaczy w dzisiejszych czasach? Ano, popatrzmy… Nasza (podkarpacka) publiczność koncertowa słynie z dobrych manier. Artyści to kochają. I chwalą. Bo: nie spóźniamy się na koncerty, a jeśli już się komuś zdarzy, to przycupnie pod ścianą jak trusia aż do przerwy i dopiero wtedy szuka swego krzesła. Przechodząc zaś pomiędzy rzędami zawsze zwraca się twarzą do siedzących. A potem zastyga w zasłuchaniu, i klaszcze, kiedy trzeba, i wstaje do owacji nie waląc siedziskiem o oparcie. Nie drapie się, nie szeleści, nie żuje. I nie pachnie już tak intensywnie jak drzewiej bywało. Telefon komórkowy też mu już nie dzwoni, nawet jeśli jest VIP-em pierwszej rangi (czytaj – ma darmowe krzesło w honorowym rzędzie). A po koncercie nie urządza wyścigów do szatni zanim artyści nie zejdą ze sceny. Czasem jednak ideał sięga bruku. Było tak. Wśród prześwietnej publiczności na koncercie z udziałem słynnego sopranu oraz basu o barwie tak aksamitnej, jak tylko można sobie wymarzyć w najpiękniejszym muzycznym śnie, trafiło się paru harcowników; w  tym jeden do wtóru – szeptacz. Najgorszy gatunek. Nie potrafi się cieszyć słuchaniem, jeśli nie komentuje: ależ Ona śpiewa, nooo, to jest Głos… Takie teksty. Pełne zachwytu, niestety non stop. Fałszujący fortepian można w trakcie przerwy koncertowej spuścić w czarcią zapad-

Ż

kę pod sceną i podstawić drugi. A z takim szeptaczem co? Ani w gębę trzasnąć, ani za kołnierz wyprowadzić. oncert odbywał się w starej cerkwi (służącej teraz za kościół). Cerkiewka malutka, wszystkie ławki zapełnione, w bocznych nawach – tłum, na chórze ledwie parę miejsc wolnych, ale taki zaduch kadzidła po mszy, że ludzie zeszli na dół i też przy drzwiach stają, jak ja. Soliści przed ołtarzem – parę kroków od publiczności, aż krępująca bliskość. Śpiewają arie maryjne, te najpiękniejsze, znane i mniej znane, jak  Ave Maria z  oratorium Credo Henriego Seroki, napisane przez niego specjalnie do polskiego serialu „U Pana Boga w ogródku” – cudo. Nagle zza pleców tłumu przepycha się mamuśka z dwiema diabliczkami. A one na chodniku wiodącym do ołtarza, tuż przed artystami, zaczynają odgrywać jakąś dziwną pantomimę. Wiją się, machają rączkami, pokazują „kino” – jak to dzieci. Mamuśka nie reaguje, słucha natchnionych arii. Dopiero, gdy diabliczki się zmęczyły, wyprowadza je z kościoła. Będzie spokój? A gdzie tam. Po chwili znowu wróciły, żeby kontynuować występ. No i na koniec, gdy w duecie artyści śpiewali już finałową, arcytrudną arię wymagającą maestrii i ciszy, wlazła z szelestem sztucznego jedwabiu parafianka w garsonce, a za nią Beethoven. W bokserkach. Na ręce rolex. Porozglądał się chwilę, po czym rzekł, nie ściszając głosu: – Chciałaś zobaczyć muzykę na żywo, to patrz, ale ja wychodzę. I wyszedł. Wolał disco polo? Szeleszczącą za nim pospiesznie jedwabiami zagłuszyły brawa. Był koniec koncertu. Czemu Beethoven? Tak mi się jakoś skojarzyło. Słowo beethoven w języku flamandzkim oznacza buraczany ogród, a może buraczane pole. To by nawet bardziej pasowało. Zważywszy na hektary demonstrowanej ignorancji. u proszę o wyrozumiałość, że znowu się czepiam, ale trudno przestać, jak się widzi taki model żywcem wyjęty z „Buta w butonierce” (Bruno Jasieńskiego). Taki „siebiepewny, z rękami w kieszeniach, genjalny i rad”, że… już samą swoją postawą potrafi wykrzyczeć światu, gdzie on ma – detalicznie i hurtem – tę naszą kulturę, muzykę, obyczaje, artystów. I to wyjątkowe miejsce, gdzie zagościła sztuka. I tę całą resztę, czyli nas.

K

T

Postscriptum W świetle tego, co tu opisałam, jakieś profesjonalne badanie etnograficzne – jako metoda obserwacji zachowań ludzkich w ich naturalnym środowisku – mogłoby być ciekawe. Zwłaszcza w skojarzeniu z innym badaniem. Przeprowadzili je etnografowie pośród prymitywnych plemion Amazonki. Badając ich wrażliwość muzyczną uczeni stwierdzili, że te prymitywne plemiona nadamazońskie wolą słuchać muzyki klasycznej niż rockowej. Disco polo badacze im chyba nie puszczali, więc bez rzetelnych dalszych badań trudno mi zaryzykować wnioski i paralele odnośnie do niektórych przedstawicieli naszych tubylczych plemion. ■

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

85


JEJ styl

Ze stylowej gliny

ULEPIONA

Tekst Sylwia Katarzyna Mazur Stylizacje oraz makijaż Eliza Osypka Fotografie Tadeusz Poźniak MAŁGORZATA WISZ – matka czwórki dzieci, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji

w gminie Czarna. Autorka bloga, w którym opisuje swoje zmagania w kreowaniu turystycznej marki, jaką stają się jej rodzinne strony. Świetnie zorganizowana. Chodzący dowód na to, że sukces zawodowy nie wyklucza tego w życiu prywatnym, a artystyczna dusza nie zabija pragmatyzmu. Mogła mieszkać w Paryżu, Wrocławiu, ale została w Medyni, choć jak sama przyznaje, w tej kwestii nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Słuchając Małgosi można odnieść wrażenie, że chce połączyć rzeczy, które z założenia są niepołączalne. Jej styl jest tego dowodem. Można go określić jako „klasykę doprawioną”. Choć sama podkreśla znaczenie wygody dla swojego trybu życiu, to w jej stroju zawsze znajdzie się jakiś fantazyjny element, który pod żadnym pozorem nie przyćmiewa reszty garderoby. – Unikam gotowych, oczy-

86

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

wistych zestawów, ale zdaję sobie sprawę z tego, że poniekąd jestem osobą publiczną i moja funkcja zobowiązuje do określonego wyglądu. Choć chciałabym chodzić w potarganych włosach, skórzanych butach, zwiewnych sukienkach albo jeansach, to wiem, że muszę z szacunkiem podejść do osób, z którymi spotykam się z racji pełnionych obowiązków. Wstrzemięźliwość zawodową odreagowuję ►


JEJ styl

na imprezach przebieranych, jak choćby tej ostatniej z rockowym motywem przewodnim. Niby byłam przebrana, ale w końcu czułam się sobą – dodaje z uśmiechem. W jej garderobie dominuje czerń, szarości oraz odcienie chłodnego błękitu. – Jak chyba większość kobiet lubię małą czarną ze szpilkami. Słabość? Uwielbiam buty! – mówi. Szybko jednak dodaje, że jak ognia unika nadwyrężania domowego budżetu w imię swoich słabości.

„Pani OD KULTURY” Na co dzień Małgorzata Wisz jest dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Czarnej, malowniczej wiosce koło Łańcuta. To między innymi dzięki jej pracy Medynię udało się umieścić na turystycznej mapie Polski. Ponad dekadę temu stworzono tutaj zagrodę garncarską, która stała się częścią garncarskiego szlaku. Na nowo odżyły ponad stuletnie lokalne tradycje związane z tworzeniem w glinie. Podczas spotkania można odnieść wrażenie, że Małgosię w okolicy znają wszyscy. Ukłonom, pozdrowieniom, krótkim rozmowom nie ma końca. Może dlatego tak trudno jest jej skupić się na sobie. Po każdym pytaniu jej dotyczącym, pada zdawkowa odpowiedź, a zaraz potem pojawia się cały wywód na temat miejscowych artystów, regionalnych inicjatyw czy planów na przyszłość. Dyrektor podrzeszowskiego GOK-u żyje swoją pracą, która jak sama podkreśla, nie jest typową pracą od dziewiątej do siedemnastej. Obowiązki zawodowe wymagają poświęcania weekendów oraz obecności na organizowanych imprezach od początku do samego końca. W głosie Małgosi nie słychać jednak żadnej nuty narzekania czy zmęczenia, a raczej dumę i pasję realizacji nowych pomysłów. – Kie-

88

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

dyś przyjechał do nas dziennikarz ogólnopolskiej gazety, który chciał zrobić o nas materiał. Przyjechał z gotowym obrazem naszego regionu jako zaścianka kulturowego, za który nas uważał. Srodze się rozczarował widząc, ile rzeczy się tutaj dzieje. Jak sama podkreśla, pracy przy organizacji życia kulturalnego Medyni nie brakuje o żadnej porze roku. W okresie letnim w okolicy odbywają się jarmarki, rajdy, festyny, turnieje sprawnościowe czy konkursy, jak choćby ten na pływające po wodzie tratwy. Jesienią rozpoczyna się okres wystaw, spektakli oraz świątecznych spotkań i kiermaszów. To również czas intensywnej pracy nad projektami i planami działań na kolejny rok. „Pani od kultury” cały czas mówi jak ważne jest to, aby w ośrodkach rozsypanych po całej gminie działo się coś nowego. Od nocnego wypalania garnków, poprzez minikino, nowe formy wernisażu, aż po warsztaty garncarskie. Te ostatnie, przyciągają ludzi z całej Polski, także typowych mieszczuchów. Małgosia opowiada, jak często słyszy głosy, że owe warsztaty powinny być lepiej rozreklamowane, bo dają ludziom mnóstwo radości. – Prawdą jest, że w kulturze nie ma środków na komercyjną reklamę, ale robimy, co możemy. Właśnie kończę przygotowanie szkiców znaków informujących o najważniejszych atrakcjach turystycznych okolicy.

Artystyczny NIE-NIEŁAD Małgorzata w młodości chciała zamieszkać z mężem w Paryżu, wtedy okazało się, że jest w ciąży. Już jako mama studiowała kierunek artystyczny na jednej z krakowskich uczelni. – Prywatnie jeszcze maluję, a raczej malowałam. Część z obrazów wiszących u mnie w domu jest mojego autorstwa. Nie mam jednak za wiele czasu, aby tworzyć. ►


JEJ styl

Może wynika to z faktu, że nie mam pracowni? Ale jakoś nie wyobrażam sobie siebie zamkniętej w pokoju pomiędzy sztalugami, kiedy gdzieś w domu panuje bałagan. Nigdy nie stworzyłabym niczego w takich warunkach. Córka sugeruje, że powinnam adaptować poddasze, a nie marnować czas na sprzątanie – mówi ze śmiechem Małgosia. Faktycznie, patrząc na porządek w domu oraz figurę Medynianki, aż trudno uwierzyć, że jest matką czwórki dzieci. Najstarszy syn ma dwadzieścia lat i właśnie odbywa szkolenie na zawodowego żołnierza, najmłodszy to pogodny siedmiolatek. Każde z dzieci jest inne. Małgosia w trakcie rozmowy kilkakrotnie dodaje, że nigdy nie realizowała swoich niespełnionych marzeń poprzez zmuszanie dzieci do czegokolwiek. Małgosia wspaniałą sylwetkę zawdzięcza czemuś, co sama określa „zrywami aktywności fizycznej”. – Czasami są to spacery, czasami pływanie. W tamtym roku po raz pierwszy brałam udział w pielgrzymce rowerowej, w której pokonywałam ok. stu pięćdziesięciu kilometrów dziennie. Przez całą drogę zastanawiałam się „co ja tu robię?”. Wszystko przez podjazdy, wzniesienia i konieczność jazdy w grupie. Nie można było sobie pozwolić na moment słabości, bo zaraz zostawało się w tyle. Jednak po powrocie odkryłam, że połknęłam bakcyla pedałowania. Bardzo często taka przejażdżka to jedyny moment,

kiedy mogę pobyć chwilę sama. Lubię samotność, bo nie mam jej za wiele – kończy. Przepis na połączenie życia zawodowego z prywatnym? Odpowiednie plany działań. Te jej – tworzone w pracy lub w domu – już są tematem żartów znajomych oraz dzieci. – W sobotę, kiedy wszyscy jeszcze śpią, ja już tworzę listę zadań. Wypisuję wszystko łącznie z podkreśleniem czynności, które muszą zostać wykonane perfekcyjnie – mówi. Na pytanie czy lubi zarządzać ludźmi, bez wahania odpowiada, że nie jest typem urodzonego lidera, a jej styl zarządzania jest raczej wynikiem obowiązkowości i przezorności. I nawet kiedy mówi o planach na bliską przyszłość, zastrzega, że zawsze może wydarzyć się coś, co te plany pokrzyżuje. I kiedy już wydaje się, że ta aktywna kobieta jest uosobnieniem racjonalności oraz twardego stąpania po ziemi, nagle zaczyna malowniczą opowieść o wyprawie na górę Synaj, którą literacko porównuje ze scenografią z opery „Mojżesz” w wykonaniu Opery Lwowskiej. Jak przyznaje, obecnie przeżywa literacką fascynację Bliskim Wschodem. – Jak tylko mam chwilę, to czytam. Odeszłam od fikcyjnych opowieści. Ciągle mam niedosyt wiedzy i wrażenie, że nigdy nie było i nie ma czasu na pogłębianie zainteresowań. Może kiedy wreszcie zostanę wolnym ptakiem bez etatu, skończę z listami i zamieszkam nad ukochanym Adriatykiem? – śmieje się. ■

Więcej informacji i fotografii na portalu www.biznesistyl.pl


TOWARZYSKIE zdarzenia

Miejsce: Filharmonia Podkarpacka w Rzeszowie. Pretekst: Premiera „Prawdy” Teatru „Bo Tak”.

Od lewej: Grzegorz Pawłowski, Mariola Łabno-Flaumenhaft, Beata Zarembianka, Marek Kępiński – aktorzy Teatru „Bo Tak” i Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Od lewej: dr Henryk Pietrzak, prezes Polskiego Radia Rzeszów; Elżbieta Łukacijewska, europosłanka PO, z mężem Grzegorzem Łukacijewskim, przewodniczącym Rady Gminy Cisna; Alicja Wosik, wicewojewoda podkarpacka.

Od prawej: Alicja Wosik, wicewojewoda podkarpacka, z córką Dagmarą; Mariola Łabno-Flaumenhaft – aktorka i współzałożycielka Teatru „Bo Tak” w Rzeszowie.

Ryszard i Danuta Czach; właściciele D&R Czach sp. z o.o. w Rzeszowie.

Od lewej: Małgorzata Wisz, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w gminie Czarna, z mężem Sławomirem Wiszem; Aneta Gieroń, redaktor naczelna VIP Biznes&Styl, z mężem Mieczysławem Górakiem, pilotem instruktorem. Od lewej: Elżbieta Łukacijewska, europosłanka PO; Danuta Czach; współwłaścicielka D&R Czach sp. z o.o.; Mariola Łabno-Flaumenhaft i Beata Zarembianka – aktorki i założycielki Teatru „Bo Tak” w Rzeszowie.

Andrzej Dec, przewodniczący Rady Miasta Rzeszowa; Zofia Bosek.

Od lewej: Milena Kwiatkowska; Joanna Baran, aktorka.

Od prawej: Remigiusz Caban, dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie; Ryszard Zatorski, publicysta.

Od prawej: Beata Zarembianka, aktorka i współzałożycielka Teatru „Bo Tak” w Rzeszowie; Artur Kosturek, radca prawny, z żoną Iwoną Kosturek.

Od lewej: Janusz Semen; Krystyna Semen, dyrektor Alior Banku o. Rzeszów; Jerzy Kasprzycki, właściciel PHU Caspra.


Miejsce: Jasionka k. Rzeszowa. Pretekst: Otwarcie Borg Warner Poland – Rzeszów Campus.

TOWARZYSKIE zdarzenia

Od lewej: Marek Zabielski, Campus Leader i dyrektor zakładu Turbo Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o.; Darryl Niven, Vice President Operations BorgWarner Morse TEC; Mart Verschoor, Vice President Engineering and Innovation; Chris  Suydam, General Manager Od lewej: Darryl Niven, Vice President Operations BorgWarner Controls Systems; Davide Girelli, BorgWarner Morse TEC; Chris  Suydam, General Managing Director BorgWarner Morse Tec; Manager BorgWarner Controls Systems; Matthias Paweł Tetela, dyrektor zakładu Transmission Mutzke, Manager IT Business Systems, BorgWarner Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o. IT Services Europe GmbH.

Od lewej: Marek Darecki, prezes zarządu WSK „PZL-Rzeszów” S.A.; Paweł Jońca, menedżer ds. produkcji Transmission Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o.; Adam Babiarz, dyrektor zakładu Vac Aero; Jan Burek, wicemarszałek województwa podkarpackiego; dr hab. inż. Jarosław Sęp, dziekan Wydziału Budowy Maszyn i Lotnictwa Politechniki Rzeszowskiej; Leszek Kuźniar, zastępca wójta gminy Trzebownisko.

Od lewej: Józef Fedan, wójt gminy Trzebownisko; Leszek Kuźniar, zastępca wójta gminy Trzebownisko; Teresa Orczykowska, zastępca dyrektora ds. marketingu i promocji Agencji Rozwoju Przemysłu o. w Mielcu; Marek Zabielski, Campus Leader i dyrektor zakładu Turbo Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o.

Od lewej: Mariusz Penar, menedżer działu IT BorgWarner Poland Sp. z o.o.; Paweł Cięszczyk, menedżer działu finansowego BorgWarner Poland Sp. z o.o.; Paweł Bącal, prezes zarządu Hartbex Sp. z o.o.; Agnieszka Demkiewicz, główna księgowa BorgWarner Poland Sp. z o.o.; Stanisław Selwa, wiceprezes zarządu ds. finansowych Hartbex Sp z o.o.; Marek Zabielski, Campus Leader i dyrektor zakładu Turbo Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o.

Od prawej: Barbara Kostyra, dyrektor Centrum Zarządzania Podkarpackim Parkiem NaukowoTechnologicznym; Piotr Zawada, wiceprezes Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego; Teresa Orczykowska, zastępca dyrektora ds. marketingu i promocji Agencji Rozwoju Przemysłu o. w Mielcu.

Od lewej: Wojciech Buczak, przewodniczący sejmiku województwa podkarpackiego; Jan Burek, wicemarszałek województwa podkarpackiego; Roman Holzer, zastępca prezydenta Rzeszowa.

Od lewej: Marek Zabielski, Campus Leader i dyrektor zakładu Turbo Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o.; Darryl Niven, Vice President Operations BorgWarner Morse TEC; Mart Verschoor, Vice President Engineering and Innovation; Chris Suydam, General Manager BorgWarner Controls Systems; Paweł Tetela, dyrektor zakładu Transmission Systems BorgWarner Poland Sp. z o.o.


Miejsce: Centrum Konferencyjne „Gościnne Wzgórza” w Kielnarowej k. Rzeszowa. Pretekst: Konferencja okulistyczna „Sokolim okiem – czyli nowoczesne metody korekty wad wzroku szansą dla pacjentów”.

TOWARZYSKIE zdarzenia

Od lewej: Piotr Latawiec, prezes Centrali Farmaceutycznej Cefarm SA w Warszawie; Stanisław Sieńko, wiceprezydent Rzeszowa; dr Mariusz Spyra, dyrektor ds. medycznych w Visum Clinic; prof. Stanisława Gierek-Ciaciura, specjalista chorób oczu; Paweł Chmiel, prezes zarządu Visum Clinic; dr Ewa Lange, okulista w Visum Clinic; prof. Aleksander Bobko, rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego; dr Julian Skrzypiec, prodziekan wydziału medycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Od lewej: prof. Aleksander Bobko, rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego; Paweł Chmiel, prezes zarządu Visum Clinic.

Od lewej: Paweł Chmiel, prezes zarządu Visum Clinic; prof. Stanisława GierekCiaciura, specjalista chorób oczu; dr Ewa Lange, okulista w Visum Clinic; doc. Jiri Pasta, dyrektor Kliniki Okulistycznej w Centralnym Szpitalu Wojskowym w Pradze; dr Mariusz Spyra, dyrektor ds. medycznych w Visum Clinic.

Od lewej: Paweł Chmiel, prezes zarządu Visum Clinic w Rzeszowie; Rafał Darecki, koordynator Klastra Jakości Życia „Kraina Podkarpacie”.

Dr Małgorzata Piwkowska-Bień, dr Wirgiliusz Gołąbek, prorektor ds. rozwoju i współpracy Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie; dr Jadwiga Ślęzak.

Od lewej: Zbigniew Młodawski, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala im. Zofii z Zamoyskich Tarnowskiej w Tarnobrzegu; dr Mariusz Spyra, dyrektor ds. medycznych w Visum Clinic; Zdzisław Pupa, senator PiS; Michał Magierowski z TOPCON; Robert Bryk, prawnik.

Od lewej: dr Małgorzata Gąsior, okulista; doc. Jiri Pasta, dyrektor Kliniki Okulistycznej w Centralnym Szpitalu Wojskowym w Pradze; dr Beata Pelc, okulistka z Visum Clinic; Paweł Chmiel, prezes zarządu Visum Clinic.

Od lewej: Agnieszka Niepokój-Wiktor; Klaudiusz Gerke, dyrektor Ośrodka Chirurgii Oka prof. Zagórskiego w Rzeszowie.

Od lewej: dr Mariusz Spyra, dyrektor ds. medycznych w Visum Clinic; Rafał Darecki, koordynator Klastra Jakości Życia „Kraina Podkarpacie”; Andrzej Rybka, dyrektor biura Doliny Lotniczej.

Od lewej: prof. Stanisława Gierek-Ciaciura, specjalista chorób oczu; dr Ewa Lange z Visum Clinic.


NIERUCHOMOŚCI

Ul. Śnieżna w Rzeszowie. Pieniądze wpłacane nie bezpośrednio deweloperowi, lecz na specjalne mieszkaniowe rachunki powiernicze prowadzone przez banki? Tak. Taki jest wymóg tzw. ustawy deweloperskiej, której celem jest zabezpieczenie kupujących nowe domy lub mieszkania. To tylko jedno z zabezpieczeń, których celem jest ochrona osób kupujących nieruchomości na rynku pierwotnym. I choć na razie nie są one jeszcze powszechnie stosowane, to najprawdopodobniej w przyszłym roku większość deweloperów nie będzie miała możliwości unikania tego obowiązku.

Tekst Anna Olech Fotografia Tadeusz Poźniak Rachunek powierniczy jest jednym z rozwiązań zapisanych w ustawie o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkaniowego lub domu jednorodzinnego, w skrócie zwanej ustawą deweloperską. Weszła ona w życie 29 kwietnia 2012 roku i od tej chwili zmieniły się też obowiązki deweloperów wobec swoich klientów. Ale... Właśnie, pojawia się „ale”. Choć przepisy obowiązują już półtora roku, to klienci zdecydowanej większości sprzedających nowe

100

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

mieszkania lub domy nie mogą korzystać z możliwości wpłacania pieniędzy na rachunki powiernicze. KUPOWANIE NA NOWYCH ZASADACH Ustawa deweloperska wprowadziła szereg zabezpieczeń dla nabywców lokali czy domów na rynku pierwot-


NIERUCHOMOŚCI nym. To m.in. wymóg umów przedwstępnych, tzw. deweloperskich, w formie aktu notarialnego, wpisu roszczeń z nich wynikających do księgi wieczystej, wymóg utworzenia rachunku powierniczego, obowiązek sporządzania prospektów informacyjnych. Umowa może być zawarta pod warunkiem, że deweloper ma pozwolenie na budowę wraz ze wskazaniem, czy jest ono prawomocne oraz określi prawo do gruntu. Precyzuje się terminy rozpoczęcia i  zakończenia prac, odbioru budynku, harmonogram wpłat, kary umowne. W prospekcie informacyjnym znajduje się też informacja o sytuacji finansowej dewelopera, dotychczas zrealizowanych przedsięwzięciach deweloperskich, sposobie zagospodarowania otoczenia w obrębie do 1 km, a także dane dotyczące warunków odstąpienia od umowy. W ten sposób chroni się częściowo potencjalnego nabywcę, gdyż deweloper musi przedstawić dowody potwierdzające jego wiarygodność oraz rzeczywisty stan zaawansowania procesu inwestycyjnego. Jednym słowem, że już coś ma. To eliminuje takie sytuacje, gdy nie wiemy, jakie prawo do gruntu ma deweloper, jakie są obciążenia, nie mamy prawa dowiedzenia się o dotychczasowych realizacjach czy sytuacji finansowej dewelopera, w tym wglądu do jego sprawozdań finansowych za ostatnie 2 lata. Mając umowę w formie aktu notarialnego, z wpisem roszczenia z niej wynikającego do księgi wieczystej, oraz wpłacając pieniądze na rachunek powierniczy, jesteśmy bezpieczniejsi, co jednak nie oznacza, że zawsze całkowicie zabezpieczeni. Kupujący więcej wie też o samej inwestycji i jej otoczeniu, jest mniej narażony na niechciane sąsiedztwo np. planowanej spalarni śmieci. Dawniej ryzyko było większe, dziś jest mniejsze. – Ustawa ogranicza ryzyko, które ponosi nabywca mieszkania lub domu na rynku pierwotnym – mówi Jarosław Król, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Do tej pory nabywca nieruchomości w Polsce nie był chroniony specjalnymi przepisami. Zgodnie z nowymi przepisami, konsument zainteresowany kupnem no-

wego mieszkania już na wstępie otrzyma od dewelopera prospekt informacyjny, gdzie nabywca znajdzie wszystkie niezbędne informacje o inwestycji. Najważniejszą jednak sprawą jest zabezpieczenie środków pieniężnych wpłacanych na mieszkanie lub dom, ponieważ teraz nie będą one wpłacane bezpośrednio deweloperowi, ale na specjalny mieszkaniowy rachunek powierniczy prowadzony przez bank. Ustawa deweloperska to duży przełom w relacjach konsument – deweloper i wierzę, że skutecznie zapewni ochronę interesów ekonomicznych nabywców nieruchomości. Przede wszystkim jednak wyeliminuje nierówność, jaka panowała na tym rynku, gdzie to zwłaszcza konsument ponosił ryzyko inwestycji. RACHUNEK POWIERNICZY W USTAWIE, ALE NIE W ŻYCIU Choć ustawa obowiązuje już od kilkunastu miesięcy, to deweloperów, którzy mają rachunki powiernicze jest niewielu. – Niezmiernie mała powszechność rachunków powierniczych wynika z faktu, że wymóg ustawy był taki, iż obowiązek ten wchodzi w życie w stosunku do przedsięwzięć, w których publiczne ogłoszenie informacji o rozpoczęciu sprzedaży nastąpiło po wejściu w życie ustawy – tłumaczy Jaromir Rajzer, współwłaściciela Biura Nieruchomości Certus w Rzeszowie. – Wielu deweloperów, chcąc więc uniknąć tego obowiązku, „na wyrost” ogłaszało sprzedaż czegoś, co dopiero mieli w planach, choćby nawet był to jeszcze relatywnie niewielki stopień przygotowania całego procesu inwestycyjnego. W zasadzie wystarczyły 2-3 ogłoszenia w mediach i choćby wstępna koncepcja architektoniczna planowanej inwestycji pokazująca oferowane lokale. Nie było zakazu, by już na etapie projektowania rozpocząć proces sprzedaży. Efekt jest taki, że deweloperów, którzy posiadają rachunki powiernicze, jest niewielu. W Rzeszowie np. zaledwie dwóch. Ale to z pewnością zmieni się, prawdopodobnie ►

Reklama


NIERUCHOMOŚCI już w przyszłym roku rachunki te będą powszechniejsze, ponieważ sprzedane zostaną już nieruchomości, których sprzedaż rozpoczęła się przed wejściem w życie ustawy. A jak na razie rachunki powiernicze istnieją bardziej w zapisach ustawowych, które przewidują rachunki powiernicze zamknięte oraz otwarte, w tym rachunki z gwarancją bankową lub ubezpieczeniową. Rachunki otwarte to takie, którymi deweloper może dysponować w trakcie budowy, o ile roboty idą zgodnie z planem. Dają one większe możliwości działania mniejszym deweloperom, nie mającym takich możliwości samofinansowania, jak duże firmy deweloperskie. – Z punktu widzenia klienta idealnym rozwiązaniem byłoby korzystanie tylko z rachunku zamkniętego, który daje gwarancję zwrotu wpłaconych środków w przypadku, gdy budowa nie została zrealizowana, a umowa sprzedaży mieszkania nie doszła do skutku – uważa Rajzer. – Ale z punktu widzenia realności wykonawstwa, mało który deweloper może sobie pozwolić na to, żeby realizować inwestycję wyłącznie z własnych środków. Proces inwestycyjny z udziałem finansowym dewelopera, ale również i inwestora oraz banku, jest bardziej efektywny. Obciążając całym ryzykiem i kosztem wyłącznie dewelopera, spowodowalibyśmy znaczne spowolnienie inwestycyjne i gospodarcze. Nie byłoby to dobre rozwiązanie z punktu widzenia rozwoju mieszkalnictwa, zwłaszcza przy wciąż dużych brakach zasobów mieszkań. Ryzyko całego procesu inwestycyjnego na razie musi być rozłożone, nie może ono dotyczyć wyłącznie dewelopera. Reklama

BEZPIECZNIEJ, BO Z GWARANCJĄ Jaromir Rajzer uważa, że od strony administracyjnej powinny w nim nadal uczestniczyć organy administracyjne. Dlatego też rozważane wcześniej likwidowanie wymogu uzyskania pozwolenia na budowę w takich przedsięwzięciach byłoby na dzień dzisiejszy szkodliwe. Oczywiście, deweloper musi być sprawdzony przez bank, który weryfikuje jego zdolność finansową, pozwolenie na budowę, dokumenty dotyczące inwestycji, na bieżąco kontroluje postęp robót oraz sytuację ekonomiczną inwestycji. – To wszystko daje klientowi większe bezpieczeństwo – dodaje. Bo jeżeli inwestycja posuwa się w sposób prawidłowy, z udziałem banku, który sprawuje kontrolę i wypłaca deweloperowi z rachunku powierniczego kolejne transze pod warunkiem prawidłowego postępu budowy, to w ekstremalnym przypadku – upadku dewelopera – pozostaje jednak określony majątek, który można sprzedać i odzyskać środki lub inny deweloper może nabyć i dokończyć tę inwestycję, a my kupimy upragnione mieszkanie. – Zawsze jest to jakieś minimum gwarancji. Znacznie większą pewność mamy w przypadku rachunków zamkniętych lub rachunków otwartych z gwarancją bankową lub ubezpieczeniową. Należy też dopowiedzieć, że kosztami prowadzenia rachunków ustawa obarcza dewelopera, natomiast koszty zawarcia umowy deweloperskiej strony pokrywają po połowie – mówi Jaromir Rajzer. ■


WNĘTRZA

Nowoczesny

wymiar okien

Aż wierzyć się nie chce, że okno ma do wykonania tyle zadań. Musi być energooszczędne, bo przez nie „ucieka” z domu najwięcej ciepła, mieć doskonałe właściwości akustyczne, by jak najlepiej wyciszyć wnętrze, no i koniecznie musi być bezpieczne i ładne. Dlatego też producenci nieustannie dwoją się i troją, by ich okna spełniały oczekiwania coraz bardziej wymagających klientów.

Tekst Anna Olech Fotografie Archiwum Oknoplast, Fakro W kwestii okien moda i wymagania techniczne nieustannie idą do przodu. Okna nie są już tylko białe, materiały, z których powstają, też są coraz bardziej nowoczesne, czasem wręcz kosmiczne. Dawno też zapomniano o takim pojęciu, jak okna standardowe. Dziś są one takie, jakich chcą klienci. Zatem oferta rynku jest bardzo bogata i wciąż się zmienia. To, co jeszcze 2-3 lata temu było nowością, dziś często już nie spełnia wymagań kupujących. Ozdoba domu Okno może ozdobić, ale też oszpecić budynek i zepsuć estetykę wnętrza. Z tym problemem nierzadko stykają się projektanci wnętrz. Zazwyczaj decyzje o doborze okien podejmowane są przed współpracą z projektantem, który staje przed faktem dokonanym i stara się działać w takich warunkach jakie zastał. – Ale zdarza się jednak, że praca nad wizją mającego powstać budynku toczy się w porozumieniu inwestora, architekta, projektanta wnętrz i wyko-

104

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

nawców – mówi Elżbieta Hap-Susik, projektantka z Interium Projekt. – Wówczas wszystkie elementy i rozwiązania konsultowane są pod kątem różnych branż. Co zatem jest ważne przy doborze okien, oczywiście poza kwestiami technicznymi i funkcyjnymi? – Bardzo istotna jest estetyka – dodaje projektantka. – Okna muszą być dopasowane do bryły budynku i ogólnych założeń dotyczących stylu. Dla przykładu: nowoczesna, modernistyczna forma budynku będzie doskonale współgrać z oknami prostymi, bez podziałów, o dużych powierzchniach, także z przeszkleniami całych ścian. W budynkach utrzymanych w stylu rustykalnym naturalne będą niewielkie okna, regularnie i gęsto rozmieszczone. Na wybór okien wpływ ma też przeznaczenie pomieszczeń i ich aranżacja. W kuchni okno powinno być usytuowane na tyle wysoko, by zmieściły się pod nim meble kuchenne lub by blat był na tym samym poziomie co parapet, dzięki czemu mogą wówczas stanowić jedną powierzchnię. W biurach najlepiej sprawdzają się okna umieszczo-


WNĘTRZA

ne wyżej, nawet 1,5 m ponad podłogą, by pod parapetami zmieściły się szafy katalogowe lub biurka. W pokojach widokowych natomiast sprawdzą się okna niżej umieszczone, a nawet przeszklone całe ściany. – A znając układ funkcjonalny danego wnętrza, m.in. rozkład mebli, można dostosować typ okna do konkretnej sytuacji, by uniknąć utrudnień. Wybór odpowiedniego sposobu otwierania: rozwarcie, uchylenie, obrót, przesuw pionowy lub poziomy, będzie miało wpływ na funkcjonowanie w tej przestrzeni. Gdy np. zlew kuchenny umiejscowiony jest przy oknie, może dochodzić do kolizji kranu z rozwieranym skrzydłem okna, dlatego lepszym rozwiązaniem jest okno przesuwne – doradza Elżbieta Hap-Susik. I ciepło, i estetycznie Wciąż bardzo popularne są okna z tworzywa sztucznego – PCV, ponieważ mają przystępną cenę, są łatwe w utrzymaniu. Zalet jest sporo. Jednak bardzo wielu zwolenników mają także okna drewniane. Klienci uważają, że

są wyższej jakości, a drewno stanowi ozdobę samą w sobie. – Pięknie się starzeje i wpisuje się we wciąż aktualne trendy eko. Okna PCW są popularne głównie ze względu na mnogość rodzajów i dostępność. Istnieją możliwości barwienia tworzywa sztucznego na niemal dowolny kolor, dzięki czemu można te elementy dobrać do danej koncepcji. Stosunkowo często wybierane są odcienie szarości i grafitu, które współgrają z nowoczesnymi aranżacjami – tłumaczy projektantka z Interium Projekt. Chcąc połączyć zalety okien drewnianych z tymi z tworzywa sztucznego, można skorzystać z nowości na rynku. W ofercie firmy Mariot z Rzeszowa są okna, które spełniają kryteria ciepła i bezpieczeństwa, a do tego są niezwykle estetyczne. To dzięki nowoczesnemu rozwiązaniu, jakim jest folia drewnopodobna, która jest stosowana również wewnątrz okien, co eliminuje niezbyt estetyczny efekt, gdy biały plastik wewnętrznych elementów, ukazujący się po otwarciu skrzydła, szalenie „kłóci się” z kolorem ram. A tymczasem metoda ColorFull nie różni się wizualnie od okna drewnianego. ► Reklama


WNĘTRZA

Okna muszą też być bezpieczne. I to pod dwoma względami. Z jednej strony muszą chronić nasz dom lub mieszkanie przed włamywaczami, a z drugiej nie mogą stwarzać zagrożenia dla mieszkańców. Większość z nas w domu czuje się ma tyle bezpiecznie, że w ogóle nie bierze pod uwagę włamania np. przez okno. – A tymczasem statystyki policyjne pokazują, że w domach jednorodzinnych oraz mieszkaniach usytuowanych na parterze lub pierwszym piętrze do włamania dochodzi najczęściej przez okna i drzwi balkonowe. Tymczasem o odpowiednim zabezpieczeniu tych elementów przed złodziejem myśli zaledwie 3 proc. badanych. Obecnie na rynku są dostępne specjalne okna antywłamaniowe, wykonywane według rygorystycznych norm. Sforsowanie takich okien wiąże się z ogromnym wysiłkiem, a często jest wręcz niemożliwe – tłumaczy Rafał Karaś, menadżer ds. doradztwa technicznego OKNOPLASTKraków. Włamaniom przez okna łatwiej zapobiegać, jeśli oczywiście zna się najczęstsze sposoby ich forsowania, czyli wejście przez otwarte lub uchylone okno, wyważenie okna, przesunięcie okucia czy wybicie szyby. – Nowoczesne okna antywłamaniowe potrafią jednak poradzić sobie ze sztuczkami złodziei. Podczas ich wyboru, trzeba jed-

106

VIP B&S WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 2013

nak pamiętać, że aby spełniały swoje funkcje ochronne, muszą być wyposażone w odpowiednie rozwiązania techniczne – klamki, specjalne  okucia  i szyby. Np. okna Protect Plus OKNOPLAST-Kraków składają się ze specjalnej klamki z   kluczem, które zabezpieczają przed przekręceniem klamki z pozycji uchylnej, przesunięciem okucia za pomocą pręta lub śrubokręta i rozwierceniem ślub montujących klamkę – dodaje Rafał Karaś. Natomiast nowoczesne okucia wyposażone są np. w zaczepy antywyważeniowe przykręcane do stalowego zbrojenia oraz specjalnie opracowane czopy, które występują na całym obwodzie okna, co jeszcze skuteczniej chroni przed włamaniem. Niezbędnym elementem okien antywłamaniowych są też specjalne szyby. Najnowsze rozwiązania to podwójne wzmocnienie szyby trwale połączonej z czterema warstwami folii antywłamaniowej PVB. Im więcej warstw szkła i folii, tym szyba jest odporniejsza na wybicie. Niektóre są w stanie oprzeć się kilkukrotnemu uderzeniu stalowej, 4-kilogramowej kuli. A nawet, jeśli szkło pęka, to jego kawałki nie rozsypują się, gdyż są „przytrzymywane” przez warstwy folii. Dzięki temu okno jest nie tylko skuteczną barierą dla włamywacza, ale również doskonale nadaje się do dziecięcego pokoju. Bezpieczeństwo najmłodszych domowników jest szczególnie ważne dla rodziców, więc producenci starają się sprostać również tym wymaganiom. Stosowane są np. blokady rozwarć, które chronią przed niekontrolowanym otwarciem skrzydła, więc dziecko może samodzielnie uchylić okno, ale nie jest w stanie go otworzyć. Można je odblokować jedynie z użyciem klucza. Stosowane są też blokady jednoczesnego uchyłu i rozwarcia, która nie pozwala, by otwierane skrzydło wypadło. Są też ograniczniki zamknięcia, które utrzymują skrzydło w ustalonej pozycji, więc dziecko nie przytrzaśnie sobie palców. Obecnie okna możemy zamawiać w dowolnych kształtach, kolorach, rozmiarach. Nie funkcjonuje już pojęcie okien standardowych. I doskonale, bo dzięki temu nasze domy mogą ozdabiać piękne panoramiczne okna w barwach dopasowanych np. do elewacji budynku. Oferta pozwala na najróżniejsze efekty specjalne. ■


VIP Biznes&Styl  

Nr 6 (31) wrzesień - październik

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you