Issuu on Google+


Jak to z małym Ło na początku było W zatęchłych, zakurzonych szufladach starej komody, przyszło na świat w tajemniczych okolicznościach małe Ło cherlawe i durne jak jasna cholera. - A kuku! A kuku! – wołały gnomy rozlokowane w ciemnych kątach szuflady chcąc zachęcić małe Ło, by otworzyło swoje małe, kaprawe ślipka i zorientowało się w otaczającej rzeczywistości. Nic to nie dawało. Małe Ło było na tyle durne, że w żaden sposób nie potrafiło zorientować się, jak ma otworzyć ślipka. Leżało bezradnie pośrodku szuflady i darło bezzębą mordkę wniebogłosy obficie się mocząc. Łatwo się domyśleć, że społeczność gnomów nie była tym zachwycona. - Szczy-lek, szczy-lek! – skandowały zgodnym chórem wyraźnie zdegustowane tupiąc przy tym trzewiczkami w podstarzałe dno szuflady. Powstały harmider - siejąc się echem w najdalsze jej kąty - obudził dwa pozostałe gnomy, które na samym końcu, w lewym, tylnym rogu - chrapały sobie w najlepsze. Były to dwa spokojne gnomy Pasecznik i Gerberek, tak samo ślepe jak małe Ło. Natura jednak skompensowała im ślepotę ofiarowując wyczulony niuch. - Kurwa mać, czujesz jak tu wali? – pytał Pasecznika Gerberek. - Uhm, jebie siarkowodorem jakby się sto skunksów naraz zesrało – przytakiwał Pasecznik - już wolałbym w rynsztoku mieszkać niż w tej pierdolonej szufladzie. Szuflada spełniała nie tylko ważną funkcję życiową zamieszkujących ją gnomów, ale była jednocześnie miejscem natchnionego wieszczenia światu bzdurek, które nieprzerwanym cięgiem do ich pustych łepetynek wpadały. Były one przedmiotem ustawicznych kłótni, a nawet bijatyk pomiędzy gnomami w sporze o wartościowanie każdej bzdurki z osobna. W tym czasie najważniejsza, najbardziej uprzywilejowana kasta szuflady o wdzięcznej nazwie "Radczyńska" zajmująca środek szuflady wraz z przyległymi przednimi rogami – lewym i prawym - szukała gorączkowo skutecznego sposobu pozbycia się małego Ło, gdyż zwykłe „szczylek” wcale je nie zniechęcało i nie zmuszało je do ustąpienia z zajmowanego środka. W pomyśle wyręczył ją najważniejszy członek kasty „Radczyńska” - von GugulekSpryciulek, który odurzony chwilowo silną weną, wykombinował strategię polegającą na ustawicznym nękaniu małego Ło chwaląc się wiadomościami, które z zapałem wyszukiwał w internecie: - a ja wiem co to znacy redundantne, a ty nie yyyy – seplenił von Gugulek-Spryciulek wysuwając przy tym długi, wprawiony w seksie jęzorek. To było genialne. Małe Ło zupełnie nie zdawało sobie sprawy, że jest ślepe i durne, ale za to było obdarzone niebywałym ego. Z nieznanych bliżej powodów ubzdurało sobie, że jest wielkie i mądre. Nieznajomość terminu „redundantne” była


dla niego nie do zniesienia. Już miało wyjąć żyletkę w celu samookalecznia, gdy usłyszało: - Te, Gugulek, dzieciaka się kurwa czepiasz?! Płotu się kurwa czep! Niespodziewana odsiecz zjawiła się w samą porę w osobach rozbudzonych gnomów Pasecznika i Gerberka. Von Gugulek –Spryciulek miał jednak na taką okazję przygotowaną wypróbowaną broń w postaci zaklęcia, przed którym drżały nawet najbardziej odważne gnomy: - Co… co takiego?! Kurwa?! My tu w sufladzie komentujemy teksty, a nie osoby! – krzyknął piskliwym dyszkantem. Pozostałe gnomy, zachęcone użyciem tej straszliwej broni, w oka mgnieniu przeobraziły się w wojownicze i zajadłe gnomiska sygnalizując chęć kopnięcia. - Trzeba będzie się wypulać – stwierdził przezornie gnom Gerberek. - Tak, tylko gdzie… - powątpiewał Pasecznik. - Mam takie jedno miejsce niedaleko, w rynsztoku. Spokojnie tam, prawie nikt nie zagląda, tylko koszty utrzymania spore… - odrzekł Gerberek po czym zamyślił się rozmarzony. - Mi już wszystko jedno – sapnął Pasecznik z rezygnacją – ale uprzedzam, że kasy za chuja nie wyłożę. Mam odłożone na damkę z przerzutką. „Junior” mi się już całkowicie rozleciał, siodełko pękło po tym jak mi się…. No, mniejsza z tym. - Spoks – uspokoił Gerberek – myślisz, że u mnie się zety pierdolą? „Provident” mi w zeszły czwartek odmówił dalszego kredytowania, ale za to kiepeła pomysłu nie odmówiła ha ha ha. Myślisz, że ja tak z dobroci serca się za zasrańcem stawiam? He he… Młody ma kasiorę, niewiele tam po babci dostał, ale na jakiś czas starczy. Dodatkowo robotę ma, na Hydrobudowie przy murowaniu pomaga. - He he… Ty to już jak nie piszesz, to tak potrafisz pomyśleć, jakbyś napisał – pochwalił z uznaniem Pasecznik. Tymczasem atmosfera w szufladzie niebezpiecznie dla całej trójki gęstniała, stając się z dnia na dzień coraz bardziej nieznośna. Gnomy z kasty „Radczyńska”, tolerujące dotąd Gerberka i Pasecznika ofiarowując im wspaniałomyślnie lewy, tylny róg do spania, teraz, z powodu niespodziewanej rebelii, zaczęły demonstracyjnie okazywać, kto tak naprawdę jest właścicielem strategicznego środka szuflady wraz z przyległymi przyczółkami – przednim rogiem lewym i prawym. Całe zdarzenie pogarszało dodatkowo zamieszanie w prawym tylnym jej rogu, wydzielonym dla gnomów zdegradowanych do stopnia trolla, oczekujących egzekucji polegającej na wypchnięciu z szuflady w najodleglejsze pokłady Tartaru. Gnomy radczyńskie wynajęły nawet w tym celu kata. Był nim gnom Czerniak, z zawodu kucharz, sprowadzony z najdalszego zakątka Szwecji z niedoborem somatotropiny – hormonu odpowiadającego za wzrost. Gnomy po cichutku urządzały sobie z Czerniaka podśmiechujki: - konus, konus, liliputek! – drwiły, jednak żaden nie odważył się otwarcie podskoczyć, gdyż dysponował on potężnym mieczem wikinga Odokara, który przemycił ze Szwecji w podwójnym dnie plecaka. To właśnie tym mieczem głównie na polecenie von Gugulka - spychał nieszczęsnych trolli w najprzeraźliwsze rejony Tartaru.


Póki co jednak, trolle próbowały wykorzystać zaistniałą sytuację strzelając zza węgła z proc wykorzystując do tego kulki najeżone szpilkami. Celowały głównie w von Gugulka-Spryciulka w zamiarze utrudnienia mu wyszukiwania tajemniczych słówek w internecie. Zaczęło wrzeć nie na żarty. Gnomy z kasty „Ochach” preferujące dotąd pozycję kolanozgienną wobec „Radczyńskich” - wyczuły również swoją szansę. Usiłując spoufalić się – stanęły przy nich jak równy z równym i za nic mając lenne zależności, zaczęły głośno domagać się zwracania do siebie „per Pan”. W przesiąkniętym szufladzianym kurzem powietrzu wiało grozą nadciągającej rewolucji. Gerberek i Pasecznik wyostrzonym niuchem czuli doskonale zarówno rewolucyjny klimat, jak i beznadziejność swojego położenia. Jednak wola walki wręcz, nie miała ani milimetra przestrzeni w ich osobowościach. Gerberek był urodzonym pacyfistą, zaś organizm Pasecznika nie był w stanie wyprodukować ani kropelki testosteronu. I chociaż Gerberek był w posiadaniu wielofunkcyjnego scyzoryka firmy „Gerlach”, a Pasecznik okazałej finki z dedykacją na ostrzu: „Pasusiowi od kochającego Grzesia w dowód miłości”, to jednak narzędzia te służyły im wyłącznie do strugania durnotek z lipowego pieńka w chwilach artystycznych uniesień. Zupełnie inaczej rzecz się miała z małym Ło. Duch walki podsycany ustawicznie przez psychopatyczną osobowość, zajmował każdy skrawek jego cherlawego ciałka. Regenerowało siły późnym wieczorem, by następnego ranka toczyć heroiczny bój ze zgrają wrogich gnomów. Głównym elementem owej regeneracji był tani bimber zaprawiony politurą w celu uzyskania koloru przypominającego koniak, który nabywało od sąsiadki z parteru w tej samej, poznańskiej kamienicy. Siadało wówczas na swoim zydelku i popijając obmyślało plan przejęcia środka szuflady. Podczas jednego z takich wieczorów, udało mu się niespodziewanie włączyć przenośny telewizorek marki „Junost”, otrzymany w prezencie od babuli Małgorzaty na pamiątkę pierwszej komunii świętej. Telewizorek był prezentacją wyżyn radzieckiej myśli technicznej początku lat sześćdziesiątych, przeznaczonej do użytku publicznego. Niestety, po tygodniu użytkowania trzeba było mieć więcej szczęścia niż rozumu, by go włączyć. Małe Ło nigdy nie miało problemu z przechyleniem proporcji między szczęściem, a rozumem na korzyść tego pierwszego, więc nic dziwnego, że i tym razem włączenie uwieńczyło się sukcesem. Był to – jak się później okazało – moment zwrotny w dalszych losach małego Ło. Telewizorek – z zaskakującą nieprzewidywalnością właściwą dla radzieckiej techniki przeznaczonej do użytku publicznego – niespodziewanie odebrał stację CNBC Biznes. - Wartość portalu internetowego „Facebook”, założonego przez Marka Zuckerberga, osiągnęła w ubiegłym roku 2,5 miliarda dolarów – trzeszczał w głośniku głos prezenterki. W tej chwili Ło usłyszało kołatanie do drzwi. Były to trzykrotne uderzenia pięścią w ościerze i dwa kopnięcia w futrynę – umówiony szyfr dla wtajemniczonych zapobiegający otwarciu drzwi komornikowi. Na progu stali Pasecznik i Gerberek. - Priwiet, brat – powitali małe Ło przybijając powitalnego żółwika polegającego na dotnięciu się piąstkami.


- Priwiet – odwzajemniło małe Ło bez entuzjazmu. Wizyty dwóch przyjaciół o tej porze nie cieszyły małe Ło, ponieważ z reguły było to powiązanie z koniecznością dzielenia się bimberkiem udającym koniak. – Co tam w eleganckim świecie? – zagadnęło schematycznie. - Aaa nic specjalnego – mruknął Gerberek powielając schemat – ta sama sieczka jak co dzień. - W eleganckim… - kpił Pasecznik echem, akcentując to ostentacyjnym „ha ha” - von Gugulek, jak zwykle szukał słówek w internecie. - I co? Znalazł coś? – spytało małe Ło z błagalną nadzieją na zaprzeczenie. Markotna mina Pasecznika nie wróżyła niczego dobrego. - Znalazł. Tym razem całą frazę znalazł: – „Amplifikując zbłąkinie rykoświstąkałe”. Małe Ło zastygło, zbladło, po czym spurpurowiało, skuliło się i zjesieniało. Wściekłość wydobyła na skroniach i szyjce kruche żyłki, a ból znalazł ujście w spazmatycznym szlochu: - Zabiję chuja! Zajebieeee! Pasecznik pobladł. Z natury spokojny i wrażliwy, źle znosił napady szału małego Ło. - No, czas na mnie – oświadczył cicho – muszę lecieć, zupełnie zapomniałem, że mamy dziś z Grzeniem rocznicę ślubu – dokończył ckliwie. Co innego Gerberek. Ten znał na wylot stany emocjonalnego rozchwiania małego Ło i doskonale wiedział, jak je wykorzystać. - Spokojnie, nie musisz nikogo mordować – powiedział starając się nadać głosowi możliwie miękki tembr, po czym objął je w ojcowskim geście. - Mamy pewien plan – kontynuował. - Ja ja ja jaki znowu kurwa plan – pochlipywało małe Ło ukojone ojcowskim objęciem. - Pierdolić szufladę. Nie ma co tam wojować, bo żeby nie wiem co, to i tak umoczymy. Słyszałem, że von Gugulek już wysłał trzy gołąbki do konusa Czerniaka i namawia go do użycia miecza Odokara. Wynajmiemy sobie inne lokum… - Inne? – spytało Ło zaciekawione – jakie inne? Gdzie? - Niedaleko. W rynsztoku. Sprawdzaliśmy na miejscu z Pasiecznikiem. Spokojnie tam, prawie nikt nie zagląda. I-ser-we-rek-bę-dzie…- zakończył Gerberek sylabizując tajemniczo. - Serwerek? – dociekało dalej małe Ło – To znaczy, że będziemy mogli nadawać stamtąd jak z szuflady? - Dokładnie tak! Postawimy sobie portal i wio! Małe Ło dysponowało mglistą wiedzą w zakresie nowo powstałej , internetowej terminologii. - Jaki portal? – spytało. - No, taki jak Szuflada, Twitter czy Facebook… - Facebook ??? Slogan „zapach forsy” stracił w tym momencie cały swój abstrakcyjny wymiar. Żaden, nawet najbardziej epicki i przejaskrawiony opis nie byłby w stanie opisać wyrazistości realnego „zapachu forsy”, jaki w tym momencie stał się udziałem małego Ło. Śpiąca dotąd wyobraźnia nagle drgnęła, otworzyła szeroko piękne oczy


drzemiące pod długorzęsistymi powiekami przesuwając miarowo i i płynnie obrazy jasnoniebieskich obłoków z wielorzędowym chórem anielskim nucącym pianissimo: „Wartość portalu internetowego „Facebook” osiągnęła w ubiegłym roku 2,5 miliarda dolarów… miliarda…miliarda…arda…arda dolarów..larów…arów…arów - niosło się echem po nielicznych zwojach mózgowych małego Ło. Jezusku Nazareński, matuchno kochana – myślało spocone. Słowo „portal” nabrało teraz wymiaru klucza do skarbca Midasa. Do tej pory jego funkcję spełniała sprzedaż na lewo cementu z Hydrobudowy. Oto teraz, miliardodajny portal spada mu niczym płatek śniegu z nieba. Wystarczy chwycić. Koniec znoszenia ponaglających okrzyków majstra Niemca: „Rhobota, rhobota! Prhacowacz! Prentko prentko, Sznel!”. Oto on, Ło. To dla niego będą się teraz pocić w fabrykach Mercedesa, Maserati czy Lamborghini. - Tylko żeby się nie kapnęli, żeby się tylko nie kapnęli – myślało gorączkowo małe Ło – Gerberek by na dziwki przepierdolił, a Pasek pewnie od razu na damkę z przerzutką by wydał, albo na śminkę dla swojego Grzesia. - Te! Co z tobą? Zasłabłeś? – dotarł do niego zaniepokojony głos Gerberka. - Niee, trochę mnie bańka napierdala – odparło z udawaną obojętnością – portal mówisz? - Uhm – ożywił się Gerberek – jest tylko jeden problem… Ten sam, co zwykle, niestety. Kasa. Obiegowa opinia o poznaniakach mówi, że wyrzucono ich ze Szkocji za skąpstwo. Jeżeli jest to prawda, to małe Ło z pewnością miało znaczący udział w jej powstaniu. Już samo tylko słowo „kasa” stanowiło główny dzwonek alarmowy, a jeśli dodatkowo wypowiadał je Gerberek – czujność małego Ło ulegała kosmicznej mulitplikacji. Ło miało odłożone 650 PLN w nowiutkich banknotach pięćdziesięciozłotowych skrupulatnie zaszytych w kołnierzu kubraczka. Odkładało na łapówkę dla pana Waldka z aeroklubu poznańskiego, który w zamian za nią, obiecał pokazać mu kabinę prawdziwego szybowca. Gerberek już od dawna podejrzewał małe Ło o ukrywanie większej gotówki jednak ten, na wszystkie prośby o pożyczkę zawsze miał jakieś wytłumaczenie: a to, że kupiło misia, bo strach spać samemu, to znów, że wydało na cuksy miętuski bo akurat promocja była i nie mogło się powstrzymać, a w końcu - że zgubiło. Teraz jednak sytuacja miała zupełnie inny wymiar. Cóż znaczyło głupie 650 zeli wobec portalowych miliardów drzemiących w zasięgu ręki? - Taki portal to chyba kupę szmalu kosztuje – zacząło ostrożnie. - No niestety, zgadza się. Dzisiaj nic darmo rozdawać nie chcą. No, ale przecież nie musimy się od razu w portal ładować. Możemy sobie spokojnie w rynsztoku mieszkać. Na czynsz jakoś wykołujemy. Małe Ło zupełnie nie zniechęciło potwierdzenie Gerberka o „kupie szmalu” potrzebnej na założenie portalu. Sześć i pół stówy już miało, a ewentualną resztę postanowiło zdobyć choćby miało z hydrobudowy cały cement wywieść i w ogóle wszystkie materiały na lewo opylić.


- A tak orientacyjnie to… ile? – kontynuowało nadal ostrożnie starając się utrzymać pozory obojętności. - Noo… rocznie trzeba za serwer jakieś półtorej stówy wywalić. Do tego domena też około pięć dych, razem – ze dwie stówy. - O kurwa, naprawdę? – jęknęło małe Ło i po krótkiej chwili potrzebnej na opanowanie dokończyło – ale sobie liczą złodzieje. W cherlawym ciałku aż wrzało. Chyba nikt dotąd ani z ludzi, ani nawet zwierząt, bardziej szczerego jęknięcia z siebie nie wydobył. Tyle tylko, że nie był to jęk zawodu czy oburzenia, jak sądził w tym momencie Gerberek, a jęk radosnego zdumienia. Dwie śmierdzące stówy za kilka miliardów?! Przecież to aż wstyd się przed ludźmi przyznać, że się człowiek wafluje z takim ciołkiem – myślało Ło. W przeciwieństwie do małego Ło, stan ducha Gerberka nie był udawany. On także miał plan. Liczył, że skąpy poznaniak ma jednak potrzebną gotówkę i uda mu się jakoś nakłonić małe Ło do jej wydobycia. Ło tymczasem uwiarygodniało się celebrując dłuższą chwilę milczenia, po czym zagadnęło: - Dwie stówy! Ja pierdolę. Za głupi portal dwie stówy! No, ale w końcu nie po to żyjemy, żeby się poddawać, co nie? Zobaczę jutro na budowie, może jakieś osiem dych wykołuję. Zrzucicie z Pasiecznikiem resztę i będzie git. Co ty na to? - Pasiecznik odpada – odpowiedział Gerberek cicho. Już z nim nawijałem. Woli śmierć niż rezygnację z damki. Ja bym może całość wyłożył, ale wczoraj miałem zdarzenie… nie mówiłem o tym, bo aż wstyd się przyznać. Wczoraj, późno już było, taka jedna mnie na ulicy zaczepiła, Ukrainka chyba albo Rumunka, cholera wie, i koniecznie mnie do bramy ciągnie. Chajdi pan – powiada - bierju w paszczu pan, tolka piać zloty. Żal mi się jej zrobiło, myślę co tam, piątak nie majątek, niech sobie pocycka, co mi zależy. No i wszedłem do tej bramy. Wyjmuję i mówię masz, cyckaj, a ona koniecznie, żebym spodnie ściągnął, bo inaczej za cholerę nie chciała. Ściągnąłem, a ta za portki i dyla! No i co? Miałem kurwę po Poznaniu z gołymi jajami ganiać? Całe dwie stówy mi kurwa skubnęła. Opowiastka ani trochę nie przekonała małe Ło. Wiedziało doskonale, że Gerberek ma tysiące podobnych na podorędziu, jeśli tylko zmuszony jest sięgnąć do kieszeni. Ale wiedziało również, że każdorazowe użycie jednej z nich oznacza usztywnienie stanowiska negocjacyjnego. - No, dooobra – zaczęło pojednawczo – mam jeszcze pięć dych odłożone na miętuski. Ciężko będzie, ale jakoś bez nich pewien czas przeżyję. Czego się nie robi dla zioma. Gerberek szybko wyjął kalkulatorek. - Razem będzie 130 zeta. Jutro poproszę mamę. Powinna mi odpalić siedem dych a’konto pierwszego czerwca. Nareszcie! – pomyślało małe Ło. Jeszcze świat mi będzie stopy lizał. A Kulczyk będzie u mnie za kamerdynera robił.


Nazajutrz wyznaczona gotówka leżała już sobie spokojnie w kieszeni Gerberka oczekując dyspozycji. Małe Ło nawet na chwilę nie spuszczało go z oczu skupiając szczególną czujność w okolicach kieszeni gerberkowych bryczesów. - No jazda, kupujemy – niecierpliwiło się przebierając nóżkami. - Spokojnie, to nie sklep z miętuskami że idziesz i masz. To poważny projekt biznesowy – ostudził zapał Gerberek. - Jaki?! Co to kurwa za nowa ściema?! Dotychczas nic nie mówiłeś o żadnym „projekcie”. Zaufanie do Gerberka, podobnie zresztą jak do całej populacji gnomów zamieszkujących świat, miało u małego Ło charakter – delikatnie mówiąc – ograniczony. Teraz, pod wpływem niespodziewanej przeszkody - stopniało do zera. - Ostrzegam, u mnie przekręty nie przechodzą – wycedziło przez zęby pochylając łepek wzorem byka gotowego do ataku. Gerberek jednak wiedział, że najlepszą bronią w takich sytuacjach jest demonstracyjny chłód i opanowanie. - Serwerek i domena to jeszcze nie wszystko – ciągnął spokojnie – potrzebne jest jeszcze oprogramowanie. Nie mówiłem tego do tej pory, bo po co? Powiedziałbym, gdyby wiązało się to z kosztami… - dokończył zagadkowo. - Nie kumam – bąknęło małe Ło zachowując buńczuczną pozę. - Mam zioma, który to zrobi za darmo. To dość skomplikowana historia i długo by o tym mówić, ale kiedyś, za PRL- załatwiłem mu wyjazd do Izraela. Babulę tam ma i chódł z tęsknoty, a puścić go nie chcieli. Tam właśnie wyczaił jak zmajstrować takie oprogramowanie. Teraz spłaci dług wdzięczności. - Co to za ziom? Znam go? - Chyba nie. To Jurij Łukaszenko. Białoruski żydek.

Część druga: http://issuu.com/rynsztok/docs/portal

http://nieszufladabezcenzury.strefa.pl


Małe Ło