Page 1

Dzień jak co dzień (mój pamiętnik)

O! Dajmy na to wczoraj. Przylatuje do mnie najstarsza od Kalinioków, Jaśka, i do mnie: - Józek, ty nie picujesz? Naprawde wiersze układasz? - A co bym miał nie układać - mówie - jak mnie co najdzie, to układam. - Jezusku Nazareński - powiada, a widać było, żem ją tym rozbisurmanił, bo kolankami tarła ino rzepki trzeszczały. - Jak mi pokażesz coś naskładał, to przysięgne, Józek, na Matuchnę Przenajświętszą Nieruszaną, że nikomu nie powiem. Pokażesz? Ale no mówię, no tak się dziewuszysko rozłechtało, że ino patrzeć kiedy by się pod kiecką zapaliło. - A co bym miał nie pokazać - mówie - pewnie, że pokażę. Mam tu nawet jeden w dyplomatce. - W czym? - się mnie zapytała jakby pierwszy roz dyplomatkę na oczy widziała. To jej pokazałem. - To tera tak na to mówio? - się mnie zapytała i zaraz dodała, że u niej wszyscy na to "pudło" wołają. Musiałem jej tłumaczyć, że pudło to jest tylko jak się do niego gumioki, trzewiki, albo jakie pepegi pakuje, a nie wiersze. Zawsze, jak idę w pole to zabieram dyplomatkę z pajdą pszenicznego ze smalcem i kawę w termosie. I to nie dziwota, bo nawet biznesmeny tak robią, ino że nie harują w polu tylko na Wal Stret, a na kartkach mają słupki zamiast wierszy. Już żem jej nawet o tym "wal" nie mówił, bo odciajna była i w ryja potrafiła przywalić, że ino zęby dzwoniły; żebym znowu nie musiał tłumaczyć, że "wal" to nie była żadno propozycja. Akurat się złożyło, żem miał pszeniczny w wiersz zapakowany. - Mom tu jeden o Gople - mówię, a ona na to, jak to baba, od razu


wydziwiać zaczeła: - Eee tam - mówi - o naszym Gople? A co tam ciekawego? Same glony ino przez tych letników, bo niby z miasta, a srajo bez przerwy do Gopła, jakby latryn nie mieli. - Tyż jo właśnie o tym żem napisoł - mówie - to prowda. Łażo jak te krowy i srajo gdzie popadnie. Wtedy żem jej pokazał mój utwór: gopło(4)

stąpam boso w krowi placek jeszcze ciepły opłukuję stopę łapie chłód jeziora uścisk zimna sina skóra ostrza wspomnień Jakby pieron w babsko strzelił! Szczęściem protezy żem akurat nie założył, bo by mi razem z ostatnimi siekaczami wytłukła! - Jaja se, kurwa, zasrańcu, ze swojej kasztanki rób, hyclu! Com jo sie natłumaczył! Więcej niż u naszego wielebnego na spowiedzi! Mówie, że dyć to przecie tak się teroz pisze te wiersze, a ona na to, że jak jej jeszcze roz o tej sinej skórze ostrza wspomnień wspomne, to sie postara, żebym jo sobie ból po utracie zębów wspomniał i że takie bele gówno bez treści nawet do zapakowania pszenicznego ze smalcem sie nie nadaje. Tłumacze histeryczce, że teroz taka moda, że można se bele gówno napisać, nawet taki Dehnel niby w guglach obcykany, a tyż bele gówno pisze, zaś ona mi na to, że o tym, jakem w gówno wdepnął, to jaja są, a nie poezja i będzie mnie za obcego miała, póki tyn wiersz na cacy nie wyrychtuje. - A co jo ta bede rychtowoł - godom. Jak sie krowa zesro, to tyż piękne. Dyć przecie do studni nie nasrała ino na pole, nie? Teroz poezja nie po to jest, żeby sie z nio gliglać. O tym, że wiersz, żeby się na wiersza szykowoł, musi mieć jednakową ilość sylab w linijkach naskładane, już żem jej nawet nie mówił, bo przecie ona nie Dehnel, i tak tego nie pojmie.


P.S. To żem se wszystko opisoł, jak żem jeszcze był kawaler.

Z pamiętnika Józka Krasjuka  
Z pamiętnika Józka Krasjuka  

Fragment pamiętnika Józka Krasjuka uczestnika portali nieszuflada i rynsztok.

Advertisement