Issuu on Google+

MAG A Z Y N D L A N A S I O N A S

nr 8 ■ listopad 2011 egzemplarz bezpłatny ISSN 2083-1633

nie tylko o Ruczaju

Sebastian Wątroba z W-11

Porady

niani Ani


Tu nas znajdziesz

w numerze Warto zaprzyjaźnić się z sąsiadem rozmowa z Sebastianem Wątrobą

Co zrobić, kiedy mąż zarabia mniej? o. Leon Knabit SUPERMARKET ŁOKIETEK

ul. Borkowska 17b, ul. Kobierzyńska 123, ul. Obozowa 46 GALERIA SMAKU U JACKA

ul. Chmieleniec 2, ul. Szuwarowa 1 PASAŻ RUCZAJ

Centrum Handlowe, ul. Raciborska 17

Tarta jabłkowa Mikołaj Mańko

GALERIA HANDLOWA SOLVAY PARK

ul. Zakopiańska 105 DAY SPA CASCADA

CASCADA. CENTRUM SPORTU I REKREACJI

ul. Szuwarowa 1

CENTRUM STOMATOLOGII LUXDENTICA

ul. Przemiarki 23/5

Rzeźnia pod biegunem Jędrzej Majka

PRALNIA FOKA

ul. Torfowa 1 (róg z Kobierzyńską) JAGIELLOŃSKIE CENTRUM INNOWACJI ul. Bobrzyńskiego 14 SKLEP WINA Z GRUZJI I NIE TYLKO...

ul. Lipowa 6 E

SAMORZĄDOWE PRZEDSZKOLE NR 58

ul. Skośna 2

Jak czytać dzieciom? niania Ania

J&J SPORT CENTER Skotniki, ul. Winnicka 40 DELIKATESY EURO

ul. Jahody 2

STUDIO FRYZJERSKIE BOHEMA

ul. Szwai 14/7u

RESTAURACJA MIĘDZY-NAMI NASZE SKLEPY AVITA

Złoto z Maroka Paweł Chmiel

Colosseum, ul. Miłkowskiego 3 A OSIEDLE EUROPEJSKIE APTEKA MARFARM

ul. Bobrzyńskiego 37

SMOCZE JADŁO – KAMPUS UJ

ul. Gronostajowa 7, ul. Łojasiewicza 4

Aneks cz. II Ewa Ginter

MINIMARKET MAJA

ul. Obozowa 64/01

DELIKATESY FRAŻET

ul. Chmieleniec 6

SKLEP SPOŻYWCZY WIT

ul. Ceglarska 27

SKLEP SPOŻYWCZY KASIA

Rumuńskie wina księcia Stirbeya Paweł Woźniak

ul. Ceglarska 15

SKLEP TERESKO

Skotniki, ul. Batalionów Chłopskich 2 A SKLEP SPOŻYWCZY

Pychowice, ul. Skalica 28 DELIKATESY TYMBARK

Pychowice, ul. Sodowa 19/9 PTTK

ul. Zyblikiewicza 2 B KAMPUS UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO KOLPORTAŻ BEZPOŚREDNI

6 8 9 10 12 13 14 15

Czekamy na listy: redakcja@ruczajcafe.pl www.ruczajcafe.pl

Egzemplarz bezpłatny. Nakład 8000 egz. Na okładce: Sebastian Wątroba. Zdjęcie: TVN. Redakcja: Jędrzej Majka (redaktor naczelny), Mikołaj Mańko (sekretarz redakcji), Agnieszka Kania, Paweł Chmiel, Ewa Ginter (korekta), Marcin Jakubionek (projekt graficzny, skład i łamanie; e-mail: jakub.jonek@wp.pl). Kontakt: e-mail: redakcja@ruczajcafe.pl, tel. 604 400 464. Wydawca: Wydawnictwo Nemrod, ul. Chmieleniec 29/22, 30-348 Kraków, www.nemrod.pl, MAG A Z Y N D L A N A S I O N A S e-mail: biuro@nemrod.pl. Druk: Drukarnia Colonel, ul. Dąbrowskiego 16, Kraków. Reklama: reklama@ruczajcafe.pl; tel. 604 400 464, tel. 694 428 866. Numer grudniowy ukaże się 30 listopada 2011. Zamówienia na reklamy przyjmujemy do 7 listopada 2011. © Wszystkie prawa zastrzeżone. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo redagowania nadesłanych tekstów i nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.


5

Listy do redakcji Pasażerowie MPK

Weźmy sprawy w swoje ręce, bo to, co nasz „najlepszy na świecie” przewoźnik wyprawia z nami, czyli swoimi klientami, już dawno przerosło Himalaje! Nie dość, że żyjemy na placu budowy i obok ogromnego ośrodka studenckiego, to jeszcze rozkład jazdy i liczba autobusów są przewidziane chyba tylko dla jednej czwartej z nas. Za chwilę ma być tramwaj, ciekawe, jakie to „wspaniałe” linie są dla nas planowane? Dokąd dojedziemy? I czy nie okaże się, że znikną autobusy, bo okażą się „niepotrzebne”?! Kiedy dzwonię do MPK, oni umywają ręce i odsyłają mnie do ZIKiT-u, więc proszę, dzwońmy i piszmy i tu, i tu: protestując przeciwko zbyt małej liczbie pojazdów, przeciwko mijającym tłumy na przystankach „zjazdom do zajezdni”, przeciwko traktowaniu Ruczaju jako nieważnych peryferii! Jeśli zasypiemy ich naszymi uwagami, będą musieli wziąć to pod uwagę. Co kuriozalne, praktycznie nie ma możliwości napisania zwykłego e-maila, bo ZIKiT ma formularz rejestracji tylko dla anielsko cierpliwych, więc proponuję telefon 12 616 70 00, a do MPK 12 254 13 00. Kobieta Bez Samochodu

Nic nam się nie należy

Te słowa pani Kasi Zawodnik w wywiadzie „Dobrze sobie radzę” („Ruczaj Cafe” nr 7) na długo pozostaną w mojej pamięci. Dały mi, podobnie jak cała rozmowa, bardzo dużo do myślenia. Jak często narzekamy, złościmy się, denerwujemy. Tego nie mamy, tamto poszło nie tak, z tym by mogło być lepiej. Tymczasem nic nam się nie należy. Wszystko dostajemy jako wielki, niezasłużony dar. Począwszy od życia i zdrowia, a na ludzkiej sympatii kończąc. (…) Próbowałam sobie przez parę chwil wyobrazić, że żyję w ciemności, że nie widzę nieba, buzi dzieci, własnej ręki. Że próbuję dojść przez wykopy na przystanek… Szok. Jak tak żyć? A pani Kasia tryska optymizmem, marzy, studiuje trudny kierunek, dobrze sobie radzi na co dzień. Jak ona to robi? Nie postać z ekranu, tylko prawie sąsiadka. Człowiek żyjący tu, gdzie ja. Zaczęłam się zastanawiać, czy doceniam to, co mam. Słuch, wzrok, sprawne nogi i ręce. Rodzinę. Dach nad głową i środki do życia na dobrym poziomie. Kiedyś mnie uczono, żeby za wszystko dziękować. Wyleciała mi ta nauka z głowy. Pewnie życie jest za szybkie. Od paru dni dziękuję wieczorem za każdą najdrobniejszą rzecz. Jest za co dziękować. Pani Kasia nie oczekuje, nie żąda. Po prostu umie być wdzięczna i cieszy się życiem. Też jestem jej wdzięczna za to, że widzi lepiej niż ja, niż wielu z nas. Trzymam kciuki za tę wspaniałą dziewczynę i dziękuję także Redakcji – za ten wywiad. Elżbieta

Zuch dziewczyna

Witam. Chciałabym podziękować za przyjemność czytania i oglądania „Ruczaj Cafe”. Okładki są rewelacyjne i szkoda, że nie można zagłosować na najciekawszą. Chyba że można? Mieliście Państwo świetny pomysł ze zdjęciami terenu UJ. Tak jak z wywiadem ze studentką panią Kasią, którą kojarzę z przystanku. Nie przyszło mi do głowy, że to taka niezwykła osoba. To, co powiedziała... Zmusiła mnie do refleksji. Jest odważna i mądra. Zuch dziewczyna. Proszę jej przekazać pozdrowienia i najlepsze życzenia spełnienia marzeń. Pozdrawiam też całą redakcję. Beata

Czy naprawdę tego chcemy?

Szanowni Mieszkańcy Bobrzyńskiego, Chmieleńca, Szuwarowej, Szwai i innych ładnych ulic! Zawsze byłam dumna z tego, że mieszkam w zadbanej, estetycznej, wręcz ekskluzywnej części Krakowa. Niestety ostatnio mam wrażenie, to ta duma odchodzi w przeszłość. Dlaczego? Odkryłam, że tylko niewielu z nas zależy na tym, by piękno naszych ulic i klatek schodowych trwało dłużej. Znacznie częściej przekonuję się, że panuje całkowita obojętność albo wręcz zamierzona chęć niszczenia. Może to wina wynajmowania mieszkań przypadkowym osobom? Albo starych nawyków? Przecież remonty klatek i zieleńców są przeprowadzane za n a s z e pieniądze! Czy tak trudno zrozumieć, na czym polega wspólnota mieszkaniowa? Jeśli nie będziemy zwracać uwagi dzieciom rozsypującym kamyki i niszczącym place zabaw (lub ich opiekunom!), niedługo te same słodkie dzieci będą malować pseudograffiti gdzie popadnie i nasze bloki nie będą się niczym różnić od tych na wielu krakowskich osiedlach. Pierwsze takie mazidła już widziałam. Czy naprawdę tego chcemy? Jeśli będziemy wrzucać zwykłe odpadki do kontenerów na surowce wtórne, zginiemy pod górą śmieci. Jeśli nie zaczniemy po prostu myśleć i reagować, stracimy nasz uroczy do tej pory kawałek świata. (…) Gosia

Zapraszamy wszystkich Czytelników do chwycenia za pióra i przysyłanie wypowiedzi na temat: MOJE BOŻE NARODZENIE. Czekamy na krótkie opowiadania, fragmenty wspomnień, ulubione miejsca i potrawy, refleksje o tym, jak było kiedyś, a jak jest dziś, podzielenie się wrażeniami i… marzeniami. Na listy czekamy do 7 listopada. Adres e-mail: redakcja@ruczajcafe.pl RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011


ROZMOWA MIESIĄCA

Warto

zaprzyjaźnić się

z sąsiadem

mówi Sebastian Wątroba z serialu W-11 Wydział Śledczy

JĘDRZEJ MAJKA: Piłka nożna czy ręczna? SEBASTIAN WĄTROBA: Bardziej nożna, trochę mniej ręczna. Łatwiej skrzyknąć chłopaków do piłki nożnej niż stworzyć drużynę do ręcznej. Motocykl czy samochód? I to, i to. Samochód traktuję jako środek lokomocji niezbędny do pracy. A motocykl to sposób spędzania wolnego czasu. Śmiało mogę powiedzieć, że motocykle to moja pasja. Policjant czy aktor? Kiedyś policjant, a dziś... Nie wiem, czy mogę RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

mówić o sobie per aktor. Powiem raczej, że wykonuję zawód aktora. Trudno o nas, policjantach z serialu, powiedzieć, że jesteśmy aktorami, choć po siedmiu latach na planie zdjęciowym oczywiście mamy już spore doświadczenie. Jednak co innego wykształcenie, a co innego zawód wykonywany. Nigdy o sobie nie powiem, że jestem pedagogiem, choć ukończyłem resocjalizację, bo ani jednego dnia nie przepracowałem w tym zawodzie. Teraz nie mam dyplomu aktora, a gram.

Szaleństwo! Nie boję się nowych wyzwań. Podejmując służbę w policji, wiedziałem, że nie jest to praca na całe życie, że przyjdzie moment wypalenia zawodowego, zmęczenie, że trzeba będzie zacząć coś innego. Pamiętam, jak mówiłem do mojego policyjnego partnera, że odejdę po piętnastu latach. Odszedłem wcześniej. Pojawiła się ciekawa propozycja, więc z niej skorzystałem. Przeszedłem pomyślnie jeden casting, potem drugi, w końcu dostałem zaproszenie do tego projektu. I trwa to już ósmy rok.

Co zadecydowało o tym, że po dziesięciu latach pracy w policji zgłosił się pan na casting do TVN-u?

To była ciekawa propozycja dla policjanta? Sam pomysł serialu jest bardzo fajny. Czegoś takiego wcześniej nie było w polskiej telewizji.

zdjęcie: Sebastian Wątroba/TVN

6


ROZMOWA MIESIĄCA

Dwa lata przed nami zaczęli taki serial kręcić u siebie Niemcy. Gatunek ten określa się mianem docu-crime. Jest to połączenie treści fabularnej i dokumentalnych środków wyrazu. W serialach tego typu grają prawdziwi policjanci, prokuratorzy czy lekarze. Jak zatem scenariusz ma się do rzeczywistości? Jest to próba pokazania działań policji od momentu zaistnienia przestępstwa, poprzez prowadzone śledztwo, aż do zatrzymania sprawcy. W rzeczywistości nie wygląda to tak cukierkowo jak u nas w serialu. Codzienna praca w policji to przede wszystkim żmudna papierologia, która pochłania całe godziny. Papierologia nie sprzedałaby się dobrze. Ale ciekawi mnie, ile prawdy o pracy policji pokazuje ta produkcja? Weźmy na przykład oględziny miejsca zdarzenia. W rzeczywistości mogą one trwać od kilkudziesięciu minut do nawet kilku dni. W telewizji widzimy wielki skrót działań policjantów. Scenariusz zawsze dobrze przedstawia pracę policji? Czy zdarza się, że wy, prawdziwi policjanci, zwracacie uwagę scenarzystom? Po latach wspólnej pracy scenarzyści wyzbyli się robienia kina akcji, nie chcą już przedstawiać nas w roli Jamesa Bonda czy Supermana. Ta tendencja wynikała z małej wiedzy o pracy policji. Trzeba pamiętać, że na ekranie nie wszystko można pokazać, nie o wszystkim można opowiedzieć. Od momentu powstania w wersji papierowej do momentu zarejestrowania w wersji filmowej scenariusz ulega wielu różnym przekształceniom. Nawet na planie zdjęciowym dochodzi jeszcze do zmian, coś się wyrzuca, coś dokłada, coś zmienia, czasem po prostu coś trzeba wyjaśnić. By środowisko policyjne nie wyśmiało? Zdarzało się to wielokrotnie. Ale po latach emisji serialu koledzy policjanci też już się nauczyli, że telewizja rządzi się innymi prawami, że nie da się pokazać naszej policyjnej pracy w stu procentach. Wiele spraw jest tajnych, wiele rzeczy trzeba uprościć, nawet język,

Byłoby dużo przekleństw… Też mogłyby się zdarzyć. Jesteśmy normalnymi ludźmi i czasem zdarzy się nam przekląć. Rozmawiamy z bandytami, a nie z aniołkami. Mamy kontakt z ludźmi, którzy zamiast języka literackiego często posługują się wulgaryzmami. Czasem trzeba na nich, jak to się mówi, ryknąć. A tego nie możemy pokazać ze względu na godzinę emisji. Oglądają nas też dzieci. Nie tylko oglądają, później wcielają się nawet w postaci. Tak, bawią się. Byłego tego świadkiem. Grupa dzieciaków dzieliła się, kto będzie Sebastianem Wątrobą, kto Maćkiem Dęboszem, a która dziewczynka Aśką Czechowską. Wtedy zatrzymałem się na chwilę i przypomniałem sobie czasy, gdy byłem w ich wieku. My bawiliśmy się w Czterech pancernych i psa. Każdy chciał być Jankiem. Kiedy zobaczyłem te dzieci, dotarło do mnie, że jesteśmy rozpoznawalni. Od tego momentu zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na to, co mówię. W czym tkwi sukces tej i podobnych produkcji? Sukces polega chyba na tym, że my, w przeciwieństwie do aktorów, jesteśmy osiągalni. Można nas spotkać w sklepie. Nie jesteśmy gwiazdami, nie mamy ochrony. Do nas można podejść. Dzięki temu serialowi zmieniło się także postrzeganie policji. Przez całe lata milicja źle się kojarzyła, po latach przemian jest lepiej. Ludzie otworzyli się na współpracę z nami. Ludzie zwracają się do Pana z prośbą o pomoc? Zdarza się. Nie każdą sprawę da się załatwić przy stoliku, dlatego odsyłam do poszczególnych komisariatów, wydziałów. Informuję, gdzie trzeba się zgłosić. A ta rozpoznawalność nie jest męcząca? Na początku było to niesamowite, a zarazem bardzo trudne. Pracując w pionie kryminalnym, musiałem ukrywać swoją twarz, być maksymalnie anonimowy. A tu nagle sprzedałem swój wizerunek, swoją tożsamość. Nastąpił

Szu

Ko

bie

rz y

ńs

ka

wa row a

ul.

ul.

którym się posługujemy. Nasz slang policyjny nie dla wszystkich byłby zrozumiały.

ul. T orf ow a

okresowe badania techniczne:

ia

dz

Stu ul.

i nk

brak prywatności. W Internecie na portalach społecznościowych pojawiły się profile, z którymi nie mamy nic wspólnego. Irytowało mnie, że ktoś mnie rozpoznał, że chodzi za mną po sklepie. Teraz się przyzwyczaiłem. To jest nieodłącznie związane z zawodem, który obecnie wykonuję. Cieszy mnie to, że jestem dobrze odbierany. Także na Ruczaju. Tak. Choć Ruczaj jest sypialnią Krakowa, większość czasu ludzie spędzają gdzie indziej. Nie ma tu specjalnie dużo atrakcji. Mimo to cieszę się, że akurat tutaj mieszkam. Mam kilka ulubionych miejsc, stadninę koni przy Kobierzyńskiej czy łąki w rejonie Skotnik. Ale kiedy tylko mam dłuższą wolną chwilę, uciekam w góry. Ruczaj jest bezpieczny? Myślę, że tak. Wiele miejsc posiada monitoring. To zawsze daje poczucie bezpieczeństwa. Niepokojące są potrącenia, do których dochodzi na ulicy Bobrzyńskiego. Wszyscy musimy bardziej uważać. Największy problem stanowi anonimowość. Przyznam się, że sam nie znam wszystkich sąsiadów z mojego bloku. To wynika z tego, że każdy jest zapracowany i nie ma czasu się spotkać i pogadać. A oczy sąsiada są ważne. Proszę zatem o poradę od policjanta. Kiedy widzimy, że ktoś nieznajomy kręci się po osiedlu czy na klatce schodowej i dziwnie się zachowuje, nie bójmy się podejść do niego i w odpowiedniej formie zapytać, czy w czymś możemy mu pomóc, czy czegoś szuka. Jeżeli będzie to mieszkaniec, to się uśmiechnie, a jeśli obcy, to myślę, że się wycofa. Kiedy wyjeżdżamy poza Kraków, niech sąsiad zajrzy do naszego mieszkania, czy wszystko jest OK, czy na przykład rura nie pękła. Warto poznać swojego sąsiada. Warto się z nim zaprzyjaźnić. Sebastian Wątroba – absolwent resocjalizacji na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Po dziesięciu latach pracy w pionie kryminalnym policji rozpoczął przygodę z telewizją. Od 2004 roku występuje w serialu W-11 Wydział Śledczy emitowanym w TVN.

podstawowa stacja kontroli pojazdów przeglądy rejestracyjne

■ ■

samochody osobowe ul .T or samochody ciężarowe fo w a do 3,5 t DMC ■ motocykle i motorowery ■ przyczepy do 3,5 t DMC ■ pojazdy zasilane gazem LPG ■ pojazdy po wypadku, kolizji

ul. Torfowa 7 30-384 Kraków

ul.

a ow oz b O

czynne: pn-pt 8.00-20.00 sb 8.00-15.00RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

7


8

STRONA OJCA LEONA

o. Leon Knabit

Co zrobić,

kiedy mąż zarabia mniej? N J

ajpierw pomóc w rozejrzeniu się za pracą lepiej płatną, ale też zadbać, by nie pracował ponad siły, byle tylko dorównać żonie albo nawet przewyższyć jej dochody. eśli jednak utrzymuje się taka nierównowaga zarobkowania, nie powinno się dać mężowi odczuć swej przewagi, nie upokarzać ani nie zadręczać go ciągłymi utyskiwaniami na nieporadność czy niekompetencję, która mu nie pozwala na zarabianie więcej. Niedelikatne wykorzystywanie swojej przewagi żona może przypłacić rozpadem małżeństwa...

o. Leon Knabit – najpopularniejszy mnich w Polsce. Słynie z otwartości i niesamowitego poczucia humoru. Autor wielu książek, m.in. Czy zwierzęta mają duszę?, Instrukcja obsługi mężczyzny i Kogo kochają kobiety?, której fragment zamieszczamy obok.

Mały Rynek

Szkoła Języków Obcych centrum świata – w centrum Krakowa

www.malyrynek.pl

hiszpański włoski francuski rosyjski Polish angielski niemiecki szwedzki niderlandzki Mały Rynek 3, 31-041 Kraków, tel. 12 422 78 57

kupon

Z tym kuponem 200 zł rabatu na 60-godzinny kurs językowy! RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011 ważny do 31 grudnia 2011 Kupon

rabatowy

ciągły nabór do grup kursy w Krakowie i za granicą szkolenia dla firm tłumaczenia


DOBRZE DOPRAWIONE

Tarta jabłkowa Mikołaj Mańko

G N

dy kupujemy francuskie sery, traktujemy je z wielką powagą. Patrzymy na kolor skórki i wnętrza, sprawdzamy konsystencję. Wąchamy i chwilę zastanawiamy się, jak nazwać nutę zapachową, po czym odgryzamy kęs i długo rozkoszujemy się smakiem. Luksusu z Francji nie podamy na stół z byle czym.

atomiast do produktów krajowych, np. popularnych jabłek, odnosimy się niedbale. A przecież Polska słynie z jabłek. Można nawet powiedzieć, że jest jabłkowym rajem. Te pyszne owoce możemy ułożyć podobnie jak deskę serów: papierówka, antonówka, złota reneta, koksa, malinówka, jonatan... Przyjrzyjmy się uważnie ich kolorowi, grubości skórki, konsystencji miąższu, zapachowi, nucie smakowej. Każdy może ułożyć z jabłek własną paletę, z większą uwagą przeżywając to, co wydaje się zwyczajne i codzienne. Na tym właśnie polega sztuka życia.

Składniki ■

5-6 jabłek (najlepsza koksa)

1/3 kostki masła

łyżka cukru pudru

J T

pół łyżeczki cynamonu płat ciasta kruchego lub francuskiego

abłka obrać ze skórki, pokroić na ćwiartki i wybrać gniazda nasienne. Na patelni roztopić masło, dodać do niego cukier i cynamon, zamieszać. Włożyć kawałki jabłek. Smażyć je przez 10 minut, stale obracając, by owoce ze wszystkich stron zostały powleczone syropem. ak przyrządzone jabłka należy gęsto ułożyć w formie do pieczenia, po czym przykryć je płatem ciasta, delikatnie upychając jego brzegi po bokach formy. Widelcem zrobić nakłucia na całej powierzchni ciasta. Formę włożyć do piekarnika rozgrzanego do temperatury 200 stopni na 20 minut. Gotową tartę przewrócić dnem do góry przy przekładaniu na tacę lub talerz. Podawać na ciepło lub na zimno. Smacznego!

Mikołaj Mańko – pochodzi z Drohobycza, autor książki Kuchnia klasztorów prawosławnych. Na co dzień przewodnik po Krakowie, można go spotkać w różnych częściach miasta, zawsze w otoczeniu ludzi. Kiedy nie oprowadza turystów, zamyka się w kuchni i gotuje. Mieszka w Pychowicach.

RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

9


ŚWIAT WEDŁUG MAJKI

Rzeźnia Jędrzej Majka

pod biegunem

T

ego dnia temperatura na zewnątrz wynosiła minus czterdzieści jeden stopni Celsjusza. O tej porze roku dla mieszkańców blisko czterdziestotysięcznej Inty to nic zadziwiającego. Zwykły zimowy dzień na północno-wschodnim skrawku Europy. Sto kilometrów na północ jest już koło polarne, na wschodzie Ural, a za nim Azja. Latem dzień nie ma tu końca, białe noce nie pozwalają spać. Zimą zaś dzień jest tak krótki, że trwa zaledwie pięć godzin. Jarzeniówki zamontowane w oknach mają być namiastką promieni słonecznych. Wszystko po to, by nie popaść w jeszcze większą depresję. Brak światła w ciągu dnia nocami rekompensuje rozświetlająca niebo turkusowa zorza. Żeby ją zobaczyć, musiałem przejechać pociągiem z Moskwy ponad dwa tysiące kilometrów. Podróż zajęła mi dwie doby. Inta – w języku rdzennych mieszkańców Komi – oznacza miejsce, gdzie jest dużo wody. W latach trzydziestych odkryto tu pokłady węgla kamiennego. Wówczas rozpoczęto budowę kolei i dróg.

W

telewizji przemawiał Władimir Władimirowicz Putin. Wszyscy domownicy i zaproszeni goście ze wzruszeniem słuchali noworocznego przemówienia prezydenta. – Proważajem Staryj god! Cztob wsio płochoje ostałos w Starom godu! – wzniosła toast Irina, żona Wiktora. Wszyscy wpatrzeni w ekran telewizora czekali, aż na Placu Czerwonym moskiewskie kuranty wybiją północ. Rozpoczął się rok 2003. – S Nowym godom! S Nowym sczastiem! – wzniosła kolejny toast Irina. Na RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

domowej zabawie sylwestrowej bawili się Giena – ordynator chirurgii z nogą w gipsie i jego żona, inżynier Iwan z nową, dwadzieścia lat młodszą przyjaciółką oraz rozwiedziona pani prawnik Swieta. Z Syktywkaru przyjechali teściowie Wiktora. Stoły uginały się od jedzenia. Na długich półmiskach leżały ryby, rzeczne z Peczory i morskie z Morza Karskiego. Nie zabrakło misy pełnej czarnego kawioru. Było szampańskie. Był i samogon. – Jadłeś kiedyś struganinę z renifera? – spytała Irina. – Z renifera nie. Jadłem tylko rybną. – Ale trzeba uważać na żołądek, bo taki niezaprawiony jak twój może różnie zareagować – wyjaśniła z uśmiechem i poszła na balkon. Po chwili wróciła z kawałkiem czarnej oszronionej bryły. Ostrym nożem ścinała cieniusieńkie listki zamrożonego surowego mięsa. Słone płatki po odtajaniu w ustach robiły się niezwykle delikatne i śliskie. – Mięso z renifera – oznajmił Giena z palcem podniesionym do góry – zabierają astronauci w kosmos. Nie psuje się, tylko wysycha, jest bogate w substancje odżywcze i prawie w ogóle nie ma tłuszczu.

S

zkoda, że jutro wyjeżdżasz – powiedział Wiktor, siedząc za kierownicą białej wołgi. – Helikopter mógłbym mieć dopiero za dwa dni. Ale zabiorę cię w miejsce, gdzie jest sporo reniferów. Przyjechałeś na tak krótko, że musimy załatwić to inaczej. Wówczas nie miałem pojęcia, co mogą oznaczać te słowa. Po przejechaniu jakichś dwu-

dziestu kilometrów nie miałem także pojęcia o tym, gdzie jestem. Jechaliśmy wąską drogą, w tunelu wyżłobionym w śniegu. Po obu stronach widać było wierzchołki niskich brzóz. – Latem nad tymi mokradłami wirują całe chmary muszek i innego robactwa. Lasy to siedemdziesiąt procent terytorium Republiki Komi. A wiesz, że ponad trzydzieści tysięcy kilometrów kwadratowych północnej części Komi to lasy dziewicze? Powstaje tu tlen, którym oddycha cała wasza Europa – z dumą opowiadał Wiktor. Dojechaliśmy do wsi. – Widzisz tych dwóch facetów z saniami? To rdzenni mieszkańcy. To prawdziwi Komi – kontynuował. – Zatrzymamy się? – spytałem. – Oczywiście. Możemy podejść i porozmawiać, jeśli masz ochotę. Ochotę miałem wielką. Wysiedliśmy z samochodu. Z plecaka zacząłem wyciągać aparat fotograficzny Zenit 12 xp. Ponieważ przeszkadzały mi grube rękawice, zdjąłem je. Po minucie z zimna nie czułem już palców. Musiałem wrócić do auta. – A nie mówiłem – zaśmiał się Wiktor. – Mówiłeś, mówiłeś – zaburczałem. ruga próba z wyjściem na zewnątrz była bardziej udana. Podeszliśmy do mężczyzn. Wiktor wytłumaczył im, że przyjechałem z Polski i że chciałem poznać prawdziwych Komi. Ale miejscowi zareagowali dziwnie. Byli coraz bardziej rozbawieni. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Owszem, wyglądałem śmiesznie. Buty z renifera i czapka uszanka z lisa polarnego

D

Zdjęcie: Mieszkaniec Republiki Komi/Jędrzej Majka

10


ŚWIAT WEDŁUG MAJKI

nie bardzo do mnie pasowały. Nic dziwnego, że mogłem ich rozśmieszać. Powód okazał się jednak zupełnie inny. Na przyczepce, którą ciągnęły sanie, leżała skóra renifera. – Możesz sfotografować naszego renifera – powiedział jeden z mężczyzn. Uśmiechnąłem się i zacząłem wycierać zaparowany z zimna obiektyw. – Diadia Sasza! Diadia Sasza, wstawaj! Goście przyjechali! Stawiaj flaszkę na stół! – krzyknął drugi. I zaczęli rozmawiać w języku Komi, który w brzmieniu przypomina węgierski. Nagle martwy renifer zaczął się ruszać. Ze skórzanego wora wydostała się głowa ich kompana. Był tak pijany, że nie miał pojęcia, co dzieje się wokół.

(róg Kobierzyńskiej)

Żeby nie zamarzł, koledzy wsadzili go do worka ze skóry. A ja, naiwny, łyknąłem opowiastkę o tym, że to martwy renifer. Pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej. – Renifery wykorzystuje się tu do wszystkiego – ciągnął swoją opowieść Wiktor. – Zaprzęga się je do sań, bo poruszają się zarówno po grzęzawiskach, jak i po śniegu. Dają mleko, mięso i skóry. A z poroży i kości wyrabia się różne przedmioty. Punktem kulminacyjnym wycieczki okazała się... rzeźnia reniferów. Wszystko było tu prowizoryczne. W zagrodzie znajdowało się około sto sztuk zwierzyny. Mężczyźni zarzucali lasso, a następnie schwytane zwierzę przewracali na

ziemię. Skręcali mu kark i podrzynali gardło. Wieszali za tylne nogi na słupach i rozbierali. Cała akcja trwała kwadrans i rozgrywała się na zewnątrz w temperaturze minus czterdzieści stopni. Pracowników rozgrzewał alkohol.

Blog autora na www.jedrzejmajka.pl Jędrzej Majka – w każdą podróż zabiera aparat fotograficzny. Ulubiony kierunek: Wschód. Autor książek: Kresy. Śladami naszych przodków (2002), Ostatni dzień Lwowa (2004) oraz albumów fotograficznych: Lwów. Trzy eseje (2005), Ukraina (2006), Kresy (2009). Ostatnio wydał Pociąg do świata – zapis dwunastu podróży. Mieszka na Nowym Ruczaju.

RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

11


12

NIANIA NA RUCZAJU

Jak czytać dzieciom?

P

ewnie każdy słyszał słowa kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom. 15 minut dziennie. Codziennie”. I wspaniale, bo nic tak nie rozwija u dzieci wyobraźni, empatii i słownictwa jak czytanie, a wcześniej: słuchanie książeczek czytanych na głos przez dorosłych. Dbanie o naturalną skłonność dziecka do przeżywania usłyszanych opowieści procentuje w jego wychowaniu i rozwoju. iele małych dzieci ma nieprawdopodobną zdolność do zapamiętywania wierszyków, a nawet utworów pisanych prozą. Uwielbia słuchać tych samych historii wiele razy, a za którymś z kolei – zauważa każdą zmianę i domaga się właściwej wersji, by wreszcie już samodzielnie uzupełniać całe kwestie. iestety nie wszystkie książki nadają się do czytania dzieciom na głos (słychać to wyraźnie po odczytaniu już kilkunastu pierwszych zdań). Podobnie nie wszyscy dorośli potrafią dobrze wczuć się w atmosferę i opisywane w tekście wydarzenia, nie mówiąc już o stosowaniu właściwej wymowy i intonacji. Na szczęście praktyka czyni mistrza i każdy może swoje umiejętności rozwinąć, a potem obserwować z dumą, jak słuchanie pięknego czytania wpływa na płynne mówienie dziecka, jak wzbogaca zasób jego słownictwa. o czytania dzieciom, i to już wtedy, gdy zaczynają siedzieć i nawiązywać z nami kontakt, polecam przede wszystkim klasykę – utwory Brzechwy, Tuwima, Wawiłow. Kiedy już wybierzemy wierszyk, którym chcemy dziecko zainteresować, najpierw sami spróbujmy zrozumieć, jakie jest jego przesłanie, o czym opowiada. Wyodrębnijmy bohaterów, poszczególne sceny i oddzielmy dialogi od wypowiedzi narratora. Tak przygotowani, niczym ak-

W N D

RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

niania Ania

torzy podczas próby stolikowej, możemy zacząć dostosowywać sposób mówienia do sytuacji i charakteru postaci. Inaczej będzie przecież mówiła Kaczka Dziwaczka czy Słoń Trąbalski, a inaczej kłamiący w żywe oczy Grześ albo Samochwała. Modulowanie głosu to odprężające ćwiczenie dla nas, znakomita nauka komunikacji dla dziecka, a dla obu stron – okazja do świetnej zabawy. odczas czytania nie trzeba się spieszyć – dajmy dziecku czas na zobaczenie w wyobraźni przedstawianych wydarzeń, pokazujmy ilustracje, róbmy zabawne albo poważne miny. Warto także zwrócić uwagę na rytm utworu i wyrazy dźwiękonaśladowcze (genialna pod tym względem jest „Lokomotywa”) oraz dostosowywać tempo mówienia do treści bajeczki. Inaczej powinna płynąć z naszych ust opowieść o liściach spadających spokojnie z parkowych drzew, inaczej – o jeździe „z górki na pazurki” na sankach czy wesołej zabawie ze skakanką. ypracujmy swoisty rytuał czytania – niech to będzie jak codzienne święto. Warto usiąść z dziećmi na kanapie i np. nazwać ją czytelnią. Można głosować na czytane danego dnia książki albo zrobić losowanie. Ważne, by każdy czuł się usatysfakcjonowany i szczęśliwy. I by był to czas bliskości, spokoju, odprężenia. oże ktoś powie: przecież są audiobooki, a zawodowi aktorzy odczytają tekst dużo lepiej niż zapracowani rodzice. Nic bardziej mylnego. Słuchanie z płyt sprawdzi się pewnie podczas jazdy samochodem czy w przypadku dłuższego leżenia w chorobie. Nic jednak nie zastąpi pełnego emocji czytania i bezpośredniego kontaktu opiekuna z dzieckiem. Zresztą, jaki jest sens pozbawiać się usłyszenia słów: Poczytaj mi, mamo… Poczytaj mi, tato…

P

W M


POMYSŁ NA PREZENT POMYSŁ NA PREZENT

15 13

Złoto Złoto Maroka zzMaroka PP

sadzenia tych wdrzew innych się. Drzewa róbyróby sadzenia tych drzew innychwkrajach niekrajach powiodłynie się. powiodły Drzewa arganowe rosną rosną wyłącznie w południowo-zachodniej części Maroka,części Maroka, arganowe wyłącznie w południowo-zachodniej na obszarze wpisanym w 1998 roku na listę rezerwatów na obszarze wpisanym w 1998 roku na listę biosferycznych rezerwatów biosferycznych UNESCO. Z nasion drzewa arganowego, przypominających migdały i znajUNESCO. Z nasion drzewa arganowego, przypominających migdały i znajdujących się w twardym orzechu wewnątrz zielonego owocu o oliwkowatym dujących się w twardym orzechu wewnątrz zielonegozajmują owocusięo oliwkowatym kształcie, pozyskuje się olej. Zgodnie z tradycją jego tłoczeniem kształcie, pozyskuje się olej. Zgodnie z tradycją jego tłoczeniem zajmują się kobiety.

O O

kobiety.lej arganowy, nazywany „płynnym złotem”, nie należy do tanich. Na jego wysoką cenę wpływa mała ilość produktu i pracochłonny lej arganowy, nazywany „płynnym złotem”, nie należy do tanich. proces jego pozyskiwania. Ręczna metoda wytwarzania polega na Na jego wysoką cenęgo,wpływa mała ilość produktu wydobyciu z owocu orzecha, rozbiciu wyjęciu nasion i umieszczeniu ichi pracochłonny proces jego pozyskiwania. Ręczna metoda wytwarzania polega na na obrotowych żarnach. Owoce argani są zielone. By uzyskać litr oleju, trzeba poświęcić okołoz15owocu godzin iorzecha, zużyć blisko 30 kg owoców. Żniwa trwają od lipca wydobyciu rozbiciu go, wyjęciu nasion i umieszczeniu ich dona września. obrotowych żarnach. Owoce argani są zielone. By uzyskać litr oleju, trzeba Olej arganowy posiada właściwości medyczne, np. obniża poziom cholestepoświęcić około 15 godzin i zużyć blisko 30 kg owoców. Żniwa trwają od lipca rolu, poprawia krążenie i wspomaga naturalną odporność organizmu. Cieszydosięwrześnia. także popularnością jako składnik wielu kosmetyków. Moda na złoto pc Olej arganowy posiada właściwości medyczne, np. obniża poziom cholestez Maroka trwa. Paweł Chmiel rolu, poprawia krążenie i wspomaga naturalną odporność organizmu. Cieszy się także popularnością jako składnik wielu kosmetyków. Moda na złoto pc z Maroka trwa.

czas pomyśleć o zdrowiu

„Zadbaj o swoje serce” z Galerią Handlową Solvay Park

J

uż w niedzielę 13 listopada zapraszamy do odwiedzenia Galerii Handlowej Solvay Park i skorzystania z darmowych porad oraz badań realizowanych w ramach projektu „Zadbaj o swoje serce!”. To unikalna szansa dla wszystkich zapracowanych Krakowian i nie tylko, by w jednym miejscu przebadać się i porozmawiać o profilaktyce zdrowia. rojekt „Zadbaj o swoje serce!” ma charakter informacyjno-profilaktyczno-społeczny i jest całkowicie bezpłatny dla wszystkich, którzy chcą przebadać swoje serce. W tym momencie jest największym tego rodzaju przedsięwzięciem bezpłatnych konsultacji kardiologiczno-dietetycznych w Polsce. adania w Solvay Park mają na celu edukację prozdrowotną przez uświadomienie pacjentom, jak ważną rolę w życiu powinna odgrywać profilaktyka, zdrowy tryb życia oraz odpowiednia die-

P

B

ta. Pracujący podczas akcji lekarze zachęcają przede wszystkim do zmiany stylu życia, zdrowego odżywiania, regularnych wizyt lekarskich, przeprowadzania badań okresowych i wdrażania innych działań profilaktycznych. łównym celem akcji jest ułatwienie mieszkańcom dostępu do lekarzy specjalistów oraz profilaktyka kardiologiczno-dietetyczna w zakresie wykonywania badań EKG, badań cholesterolu, obliczania wskaźnika BMI, pomiaru ciśnienia krwi, wskazań właściwej diety, zapobiegania nadciśnieniu tętniczemu i nadwadze. Pacjenci są również diagnozowani pod kątem stwierdzenia czynników ryzyka zachorowania na chorobę niedokrwienną serca oraz zawału mięśnia sercowego. ożna będzie bezpłatnie skorzystać z badań oraz konsultacji lekarskich i dietetycznych, uzyskując informacje na temat zdrowego stylu życia i odpowiednio zbilansowanej diety korzystnej dla stanu zdrowia badanego.

G

M

M

iędzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny IFMSA-Poland zorganizuje stoisko profilaktyki osteoporozy, pomiar tlenku węgla w wydychanym powietrzu oraz Szpital Pluszowego Misia, w którym dzieci będą mogły przebadać ulubione zabawki, a także zaszczepić je lub zrobić im prześwietlenie. Będzie to wyjątkowa okazja do oswojenia maluchów z wizytą w gabinecie lekarskim.

Gdzie: Galeria Handlowa Solvay Park ul. Zakopiańska 105 Kiedy: 13 listopada 2011 w godz. 10.00-18.00 Więcej informacji: www.zadbajoswojeserce.pl, www.solvaypark.pl RUCZAJ CAFE ■ nr 6 ■ wrzesień 2011 RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011


CZ. II

PO GODZINACH

J

G

RUCZAJ CAFE ■ nr 8 ■ listopad 2011

– Nie możesz dać im tej satysfakcji. Nie ty – powiedział powoli. – Jeśli dranie chcą cię wykończyć, to mnie także będą musieli zwolnić. A dobrze wiedzą, że beze mnie leży dokończenie afery z przemytem amfy ze Szwecji. Pójdę i powiem Galosowi, że albo cię zostawia w spokoju, albo… – Wojtek, daj spokój – przerwał mu Kowalski. – Już po sprawie. Nie ma o czym mówić. Tak będzie najlepiej. – Najlepiej dla kogo? Może dla prawdy? Albo dla porządku w tym zakichanym kraju? – Kraj tu nie ma nic do rzeczy. Uspokój się. Zawsze mieliśmy wątpliwe szczęście do polityków. Zresztą nie my jedni. Stało się. Nie ma o czym mówić. – Józek, nie poznaję cię… – Sadzik wyglądał na zszokowanego słowami przyjaciela. – Jak możesz być taki… taki… uległy! – Rozmowa z Galosem pozbawiła mnie złudzeń. Jestem spalony w Warszawie, a na krawężnika na prowincji już się nie nadaję. Czas wracać do Gdańska. Marysia się ucieszy – na samą myśl o żonie Kowalski poczuł, że stutonowy ciężar w jego duszy zelżał co najmniej dziesięciokrotnie. – Do Gdańska, mówisz? Świetnie, w takim razie pojedziemy tam razem. K….. Rzygać mi się chce na to bagno – używanie wulgaryzmów też nie było w zwyczaju Sadzika. owalski nie wierzył własnym uszom. – Co z tobą? Oszalałeś? Jesteś na najlepszej drodze do wielkiej kariery, masz tu mnóstwo do zrobienia! Podkładanie się z mojego powodu to najgorszy pomysł, na jaki mogłeś wpaść! – Myślisz, że nie wiem, dlaczego dostałem awans po Okęciu? – Dostałeś awans, bo odwaliłeś kawał świetnej roboty. – Której nikt by nie zauważył, gdybyś ty nie trzymał ręki na pulsie. – Daj spokój. Zabraniam ci odzywania się na mój temat. W tym budynku i we wszystkich jemu podobnych. Zrozumiałeś? ojciech Sadzik z gniewną rozpaczą popatrzył na stanowczą twarz swojego przyjaciela. – Odchrzań się – warknął. – Jesteś uparty jak osioł. Podobnych rozmów odbyło się jeszcze kilka, ale żadna nie spowodowała zmiany zdania u Kowalskiego. Miał wrażenie, że coś w nim pękło bezpowrotnie, ale sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać. A co dopiero przed kimkolwiek innym. Wiedział jednak dobrze, że nigdy nie przyjąłby od przyjaciela takiego poświęcenia, na jakie był gotów Wojciech Sadzik. – Wszystko jest po coś. To twoje słowa – podsumował wielogodzinne dyskusje. – Pamiętaj o mnie, jakbyś czegoś potrzebował i rób porządek w tym bagnie. Będę ci kibicował z fotela emeryta. CDN.

K

W

Zdjęcie: Jędrzej Majka

I

życie toczyłoby się nadal swoim utartym rytmem, gdyby w listopadzie 2005 roku nie wybuchł skandal w jednym z ministerstw i dużej państwowej spółce. Aferę opisały na pierwszych stronach wszystkie poważne dzienniki, choć mało kto wiedział, że policja gdańska we współpracy z Komendą Główną już od jakiegoś czasu prowadziła śledztwo przeciwko korupcji, malwersacjom i kradzieżom materiałów budowlanych na wielką skalę. W zamieszanie włączył się nawet sam premier, zapraszając stosowne osoby na rozmowy w swoim gabinecie. ózef Kowalski był oficerem prowadzącym i rozgłos wokół sprawy nie wywołał jego zachwytu, tym bardziej, że głos zaczęli zabierać politycy i jak zwykle trzeba było uważać bardziej niż zwykle na różne powiązania, immunitety i partyjną przeszłość przesłuchiwanych. Nie to jednak okazało się przyczyną katastrofy. Zebrane dowody były mocne i właściwie gotowe do przesłania do prokuratury, gdy w śledztwo wtrącił się minister sprawiedliwości i po kolei wzywał do siebie przełożonych Kowalskiego, a ci wracali z każdego spotkania z coraz bardziej niepewnymi minami. Intuicja podpowiedziała Kowalskiemu, że ministerstwo z jakiegoś powodu chce ukręcić sprawie łeb i na własną rękę, bez czekania na pozwolenie, wysłał całą dokumentację do prokuratury. Wiedział, że gdy akta trafią w ręce prokurator Izabeli Mroczek-Lis, żadna siła nie zdoła cofnąć poczynionych ustaleń. I nie pomylił się. Nie przewidział jedynie, że on sam także poniesie konsekwencje swojego dążenia do prawdy. Bardzo przykre konsekwencje… dy Kowalski miał już za sobą niemiłą rozmowę z szefem, a drukarka właśnie wypluwała napisane przez niego podanie o przejście na wcześniejszą emeryturę, do pokoju wpadł czerwony na twarzy Wojtek Sadzik i porządnie trzasnął za sobą drzwiami, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło. – Chyba nie zamierzasz tak się poddać bez walki? – prawie wycharczał. – Siadaj, Wojtuś. – Nie wkurzaj mnie i ty! Co postanowiłeś? Idziemy do Szewczyka? – Od pierwszego przechodzę na emeryturę. – Co takiego?! – czerwień na twarzy Sadzika zrobiła się purpurowa. Wysokość jego ciśnienia zaczynała być niepokojąca. – Wojtuś… Siadaj, mówię, popatrzmy na wszystko spokojnie. – Kowalski podsunął przyjacielowi krzesło i sięgnął po butelkę z resztką wody mineralnej. Minęła długa chwila, zanim kolor twarzy Sadzika przestał budzić poważne obawy o możliwość ataku serca lub wylewu.

zdjęcia: jm

Ewa Ginter

14


15

Rumuńskie wina

księcia Stirbeya

W

roku 1925 winami rumuńskiego księcia Stirbeya delektowali się dyplomaci, arystokracja i ludzie biznesu w słynnym luksusowym pociągu Orient Express. Dzisiaj można je kupić w sklepie Wina z Gruzji przy ulicy Lipowej w Krakowie, obok Fabryki Schindlera i Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK. rzepiękna posiadłość Stirbeya, ulokowana wysoko na wzgórzach nad miasteczkiem Dragasani i doliną rzeki Olt na południu Rumunii, posiadłość niewielka, bo licząca 30 ha, nie uniknęła nacjonalizacji po II wojnie światowej w roku 1949, kilka lat po odziedziczeniu jej przez księżną Marię. Ale w 2001 roku winnice odzyskała jej wnuczka Ileana i obecnie wraz z baronem Jakobem Kripp kontynuuje dzieło przodków. Paradoksalnie okres upaństwowienia winnic sprawił, że nie zostały wycięte stare, lokalne odmiany winorośli, które Ileana i Jakob Kripp postanowili zachować. Teraz jako jedni z nielicznych robią wina ze szczepów tamaioasa romanesca, cramposie selectionata i negru de Dragasani (niektóre z nich liczą po 28 i 40 lat!). rótkie koneserskie serie win, po 2, 4, lub 6 tys. butelek, lokalne odmiany (w tym specjalizuje się Winnacja) i doskonała jakość win, bardzo osobistych i dopracowanych za sprawą magicz-nego winemakera Olivera Bauera, zainteresowały nas i importujemy je jako jedyni w Polsce. Wina z endemicznych odmian, dłużej dojrzewających i odpornych na różne choroby, należą niewątpliwie do grupy win wpływających korzystnie na zdrowie i win luksusowych we właściwym tego słowa znaczeniu. Paweł Woźniak

P

K

WINA LOKALNE Z EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ

SKLEP WINA Z GRUZJI UL. LIPOWA 6E TEL. 601 886 209 SKLEP@WINNACJA.PL

NA KRAKOWSKIM ZABŁOCIU OBOK FABRYKI SCHINDLERA I MUZEUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ MOCAK ■ listopad 2011 RUCZAJ CAFE ■ nr 8WWW.WINNACJA.PL


RAKÓW RYNEK GŁÓWNY KRAKÓW PLANTY KOSCÓŁ MARIACKI RYNEK GŁÓWNY PLANTYKRAKÓW WNY

BARBAKAN

IENNICE UKIENNICE

WAWEL KRAKÓW SUKIENNICE

N

SCÓŁ MARIACKI

CZAJ

RYNEK GŁÓWNY

BARBAKAN

KOSCÓŁ MARIACKI MOST GRUNWALDZKI

RUCZAJRUCZAJ

RBAKAN RYNEK GŁÓWNY

RIACKI

BARBAKAN

RYNEK GŁÓWNY

KOSCÓŁ MARIACKI

KRAKÓW

PLANTY KOSCÓŁ MARIACKI

KAN SUKIENNICE RBAKAN PLANTY ANTYKRAKÓW WAWEL

UKIENNICE

ACKI RBAKAN

KOSCÓŁ MARIACKI

FLORIAŃSKA RYNEK GŁÓWNY

KOSCÓŁ MARIACKI

RYNEK GŁÓWNY PLANTY

KOSCÓŁ MARIACKI

BARBAKAN

KRAKÓW GŁÓWNY WAWELRYNEK SUKIENNICE MOST GRUNWALDZKI

RYNEK GŁÓWNY KRAKÓW KOSCÓŁ MARIACKI PLANTY

BAKAN

RYNEK GŁÓWNY

MOST GRUNWALDZKI

RYNEK GŁÓWNY

GRUNWALDZKI BARBAKAN PLANTY KOSCÓŁ MARIACKI

SUKIENNICE KOSCÓŁ MARIACKI

KOSCÓŁ MARIACKI

RUCZAJ SUKIENNICE BARBAKAN

RYNEK GŁÓWNY KRAKÓW

IENNICE RYNEK GŁÓWNY

PLANTY

RYNEK GŁÓWNY

PLANTYKRAKÓW

WAWEL KRAKÓW SUKIENNICE

WNY

N

BARBAKAN

RYNEK GŁÓWNY

KOSCÓŁ MARIACKI

KRAKÓW

SCÓŁ MARIACKI

CZAJ WNY N

RYNEK GŁÓWNY

BARBAKAN

KOSCÓŁ MARIACKI MOST GRUNWALDZKI

RYNEK GŁÓWNY

RUCZAJ

W

WAWELMOST GRUNWALDZKI RYNEK GŁÓWNY

BARBAKAN

K GŁÓWNY

MARIACKI

AKAN

OST GRUNWALDZKI

UCZAJ

WYRUSZAMY Z RUCZAJU

KIENNICE Zapraszamy Czytelników do wspólnego odkrywania ciekawych miejsc w Krakowie. Opro-

Y

CKI

RYNEK GŁÓWNY

AŃSKA

wadzać nas będzie licencjonowany przewodnik miejski Mikołaj Mańko, współpracujący RBAKAN z PTTK, a zarazem nasz redakcyjny kolega. Siódma wyprawa, bezpłatne zwiedzanie cmentarza Rakowickiego, odbędzie się w sobotę, 12 listopada 2011 roku, o godzinie 11.00. ZgłoYNEK GŁÓWNY PLANTY szenia, z podaniem liczby osób, prosimy kierować na adres: redakcja@ruczajcafe.pl. Liczba miejsc ograniczona. RYNEK GŁÓWNY

KRAKÓW

RYNEK GŁÓWNY ZKI PLANTY KOSCÓŁ MARIACKI

Cmentarz Rakowicki BARBAKAN UCZAJ P RYNEK GŁÓWNY P AŃSKA KOSCÓŁ MARIACKI

RUCZAJ

N W

WAWELMOST GRUNWALDZKI RYNEK GŁÓWNY

K GŁÓWNY

MARIACKI

KIENNICE

Y

CKI

RBAKAN

rzez tysiąc lat mieszkańcy Krakowa grzebali swoich bliskich na cmentarzach przykościelnych. Po swojej śmierci parafianin znajdował spoczynek przy świątyni, z którą był za życia związany. Budynek kościoła symbolizował Arkę Chrystusową, dającą schronienie i ratunek. Nic dziwnego, że gdy wydany został zakaz grzebania zmarłych przy miejskich kościołach, krakowianie przystali na to bardzo niechętnie.

KRAKÓW

W

ładze austriackie zabroniły pochówku zmarłych w mieście ze względów sanitarnych. Nowy cmentarz wytyczono z dala od zabudowy, na gruntach PLANTY KOSCÓŁ MARIACKI RYNEK GŁÓWNYkarmelitów bosych we wsi Prądnik Czerwony. Od nazwy poKOSCÓŁ MARIACKI bliskiej drogi, prowadzącej do wsi Rakowice, cmentarz przyjął N nazwę Rakowicki. Pierwszą osobą pochowaną na nowej kraW RYNEK GŁÓWNY kowskiej nekropolii była osiemnastoletnia Apolonia BursikoMOST GRUNWALDZKI K GŁÓWNY wa, zmarła w 1803 roku. Nie miała ona pomnika nagrobMARIACKI nego, bo ówczesne przepisy zabraniały stawiania kamiennych AKAN nagrobków. Zamiast pomników umieszczano zatem tablice OST GRUNWALDZKI pamiątkowe w murze otaczającym cmentarz.

YNEK GŁÓWNY PLANTY

RYNEK GŁÓWNY ZKI RUCZAJ

WAWEL

BARBAKAN

UCZAJ

KIENNICE

Y

CKI

W

latach czterdziestych XIX wieku plan cmentarza przybrał kształt bramy – symbolu przejścia na drugą stronę życia. Na centralnym

RYNEK GŁÓWNY

AŃSKA

UCZAJ

Mikołaj Mańko

placyku krakowski bankier niemieckiego pochodzenia, Ludwik Helcel, ufundował kaplicę cmentarną. oczątkowo planowano zbudować świątynię neogotycką, z wysoką fasadą i dwiema bocznymi wieżami, jednak położenie cmentarza w rejonie obronnym nie pozwoliło na realizację strzelistej budowli. Dużo niższą kaplicę w stylu neoklasycznym, pod wezwaniem Zmartwychwstania Chrystusa Króla, wzniósł podpułkownik artylerii Józef Czeszka. Przy budowie nie zastosowano elementów drewnianych. Ściany wykonano z cegieł i kamienia, dach z piaskowca, posadzkę z kamienia, drzwi i ramy okien z metalu. W 1863 roku Helclowie dokonali aktu darowizny kaplicy na rzecz społeczności Krakowa, jednak z fundacji wyłączono podziemia służące jako grób rodzinny.

Z

czasem zmieniał się stosunek krakowian do cmentarza generalnego, który stale się rozrastał. Bogate rody chętnie budowały tu, w otoczeniu parkowej roślinności, okazałe grobowce rodzinne. Jednak dopiero wówczas, gdy zaczęto chować tu ofiary walk i powstań, cmentarz Rakowicki zaczęto postrzegać jako kolejny panteon narodowy. Od tego czasu spoczynek wśród wielkich rodaków uchodzi za wielki zaszczyt.

Zdjęcie: Jędrzej Majka

AKAN

OST GRUNWALDZKI


ruczaj cafe nr 8