Issuu on Google+


PRZEMYSŁAW MAŁACHA

POETYCKA PARTYZANTKA

Wydanie drugie, rozszerzone. Copyright by Przemysław Małacha ©2011 All rights reserved.


Dedykuję Przyjaciołom, których spotkałem na Drodze.


CISZA wszechogarniająca nic się nie dzieje każdą sekundę słychać jak uderzenie ciała samobójcy o ziemię tylko słowa przelatują przez głowę lekko

2.12.1998


MOJA WIARA Bóg, Budda, Allah czy może Manitou, Kriszna, Jehowa Wielka Energia, Iluvatar Wisznu, Sziwa, Laozi Amaterasu, Jezus, Duch Święty... nieważne: za każdy dzień dziękuję. 2.11.1998


NIE WIEM W jednej chwili wszystko przestało być pewne. Jak mam ci powiedzieć o tym, co dzieje się w mojej głowie? Nie umiem znaleźć słów na ten kalejdoskop. ... ... ... Z duszą kurczowo trzymającą się ramienia, z Uczuciem schowanym głęboko za lustrem oczu, próbuję odnaleźć się w nadgryzionym jabłku, w niedopałku papierosa. 12.2.1999


SŁOŃCE

starszemu małżeństwu, spotkanemu w pociągu relacji Nysa-Brzeg

Co krok, to szok. Wszędzie twarze przeładowane smutkiem. Ludzie szczelnie opakowani skorupą samotności, jak lalki Barbie na sklepowych wystawach. Uczucia chowają w ciasnych klatkach blokowych mieszkań. Niektórzy malują okna na zielono, jakby chcieli w ten sposób przybliżyć do siebie Wolność. Czasami można natrafić na parę staruszków jasnych, ufnych, nieświadomych i przyjaznych. I może to właśnie dla nich świeci jeszcze słońce. 3.3.1999


*** Dziwnie tu. Niematerialnie. Nieobliczalnie. To, co widzę jest iluzją. Mały robaczek sunący po dywanie, co kilka kroków przystający i poruszający czułkami. Daleka droga go jeszcze czeka. Dokąd zaprowadzi mnie ta pustka i bezcelowość istnienia? Gdzie ułożę się do snu? Podniosę rękę i złapię wiatr. Zacisnę zęby na przezroczystości świata i zrobię miejsce dla zwycięzcy. Niech skacze wysoko. Wolno mu, czyż nie? Za to gdzieś indziej umierający człowiek wykrztusi: “trzeba było uciąć sobie palca”. Nadejdą zdobywcy i uczyniwszy z moich oczu symbol nowej religii pogaszą ogniska w sercach oczekujących na lekarstwo i świeżą krew. 12.3.1999


WRAK emocjonalny wrak nerwów kłębek ospale rzucam się na każdy dzień roztrzęsionymi rękoma rozsuwam powietrze jak kurtynę obłapiam jak kurtyzanę staje mi serce sieje się ziarno paniki i wyrasta w głowie w krzew ognisty płonie moja krew aż dym z uszu i z brzucha para szarych oczu rozbiegana na wszystkie strony świata się boję nie wychodzę z domu pod kocem z latarką poskramiam stare koszmary emocjonalny wrak nerwów kłębek każdy ospały dzień rzuca się na mnie rozrywam zębami delikatną materię istnienia i wokół wszystko krzyczy mam to w dolby surround wszędzie gdzie pójdę kłody pod nogi skaczę przez płotki i plotki o mnie rozsiewają siewcy burzy i wiatru dziś nie ma nie będzie wycia wilków o północy smacznie śpią wszystkie stare koszmary


emocjonalny wrak nerwów kłębek rzucam wyzwanie dniom żeby spały 4.6.2009


NIEMOTA CYFROWEJ PUSTKI Zamknięci w ciasnej klatce telewizora, omiatani plazmą, nie mogą się wydostać. Wolność ograniczona płaskim ekranem. Wysoka rozdzielczość skutecznie rozdziela pokusy. Sztucznie wykreowane pragnienia wtłaczane do głów z prędkością tysiąca reklam na minutę sprawiają, że shopping staje się jedyną rozrywką w niedzielę. Wycieczka do lasu już nigdy nie będzie ekscytująca, zapach sosny i igliwia można sobie wrzucić do koszyka po drodze do lodówki, z której sztuczna kura kusi naoliwioną, wyschniętą skórą. Majestat nigdy niezdobytego szczytu góry, i krzyk orłów nie porusza tak bardzo, jak promocja papieru, którym podciera się dupę, podciera się głowę, myśli i uczucia, aż zostaje tylko niema, cyfrowa pustka czarnego ekranu w High-Definition i zniewolone umysły już na zawsze pozostawione na stand-by. 5.6.2009


ZANIM SŁOŃCE Spójrz jeszcze, nim słońce rozkrwawi horyzont. Zobacz jałowe puste równiny, dwugłowe krowy, i szalone, zdziczałe psy wyjące do księżyca w radioaktywną noc. Tutaj nie pozostał kamień na kamieniu. Na kamieniu kamień, żadnych domów do odbudowy, do odbudowy żadnej nadziei. Głębokie kratery w spękanej ziemi, czerwona gorączka. Sobotnia noc skończyła się wraz z naciśnięciem czerwonego guzika. Niebo na moment rozbłysnęło białym światłem niosącym śmierć i topiącym stalowe szkielety wieżowców. Cały świat wyglądał jakby bogowie wybrali się na wielkie atomowe grzybobranie. Teraz nie ma już nic, na kamieniu kamień prosi: rozejrzyj się, spójrz jeszcze nim słońce oślepi twe martwe oczy. 19.6.2009


MIASTO w tej gmatwaninie skrzyżowań i na przypadku rozstajach zgiełk poplątanych uliczek przyprawia mnie o mdłości gdzie mrówcze miasto faluje przez opar kieliszka i dymu niejeden ciągle się stara odrobić zaległości a przedłużając agonię rury ściekowe wciąż krwawią gorącą i czystą mieszanką bezkształtnej materii w głowie: skłębiony w samotnym uścisku zduszony tłum się szamoce w bogactwie miłości i szczęściu w spoconych prześcieradłach w postępującej chorobie 19.10.2009


SPOKÓJ w sferze ciszy w mydlanej bańce oddechy przemykają na palcach byle nie zakłócić bezruchu powietrza chaos zewnętrza omija to miejsce mnogością wydarzeń stroboskopami obrazów wskazówkowym przymusem zegara dokładnie pośrodku trwam zawieszony w punkcie zbyt martwym by mnie poruszył tak wiele rzeczy mnie obchodzi z daleka spokój w sferze ciszy w mydlanej bańce odwieczne pytania szukają kochanków idealnych odpowiedzi dowodu na istnienie tu i teraz 2.11.2009


*** miłość z puszki skondensowane uczucie w filigranowych filiżankach słodkie i gorące jeszcze paruje a już się rozlało pozostaje pozbierać skorupki i uciec w natłok ulic podkulając ogon głowa do góry wieczorami na bazarach wzdłuż krawężników słodkie i gorące dziewczyny sprzedają to na litry 3.11.2009


POETYCKA PARTYZANTKA

„psychopata i psychopoeta umierający za pieniądze(…) ten, co cierpiał i ten, co udawał” Jacek Podsiadło, „Dedykacja”

Bezszelestni i niewidoczni przemykają pomiędzy cieniami przechodniów. Zatapiają w sercach ostrza słów, cięcie ripostując blask złotych cieląt. Pociągają za sznurki uczuć, wbijają szpile w nerwy duszy, spektakularnie wysadzają czas. Niewidoczni i bezszelestni, lawirują pomiędzy milionem kropel deszczu. Ujeżdżają błyskawice, rymując huk gromu z blaskiem gwiazd. Karykaturalni. Archaiczni. Ponadczasowi dżentelmeni słów. Ryzykują wszystko, liryczni partyzanci. Psychopaci i psychopoeci, bezustannie wirujący w piruetach metafor. Tylko czasem któryś nie wytrzymuje, podcina sobie żyły wierszem i zalewa wielki świat tragiczną czerwienią wersów. 6.11.2009


SOBIE NA URODZINY

sobie, sobie i tylko sobie

Dokładnie trzydzieści lat temu lekarz pobłażliwie poklepał mnie po plecach, a ja zacząłem rozpaczliwie krzyczeć. Już wtedy wiedziałem, w co się pakuję. Że ten świat będzie miał mi za złe podążanie innymi niż wszyscy ścieżkami, zadawanie kłopotliwych pytań i szukanie właściwych odpowiedzi. Że nie będę wstydził się płakać. Że dążenie do celu nie po trupach nie będzie najprostszą drogą, a trzymanie głowy wysoko okaże się czasem nadludzkim wysiłkiem. Że nie będę wstydził się płakać. Że nigdy nie pogodzę się z kreskami granic na mapach, przymusem noszenia munduru, i rozbijaniem głów na szkolnym boisku. Że nie będę wstydził się płakać. Będę wolał tworzyć niż niszczyć, pokocham lasy bardziej niż betonowe miasta, a zwierzęta bardziej niż ludzi. Dokładnie trzydzieści lat temu, po tym pierwszym krzyku obiecałem sobie, że nie będę wstydził się płakać,


kiedy dobre wróżki będą robić mnie w chuja. 10.2.2010


LEKKO

Annie Marii

lekko mi kiedy widzę słowa między nami ty jednym czarno-białym spojrzeniem przewróciłaś mój świat dogórywierszami 25.2.2010


ŚNIEŻYNKA

Annie Marii

siedziałem omotany pajęczyną lepkich myśli nurzając się w czasie przeszłym permanentnie dokonanym spłynęłaś z góry musnęłaś powiekę i jak płatek śniegu przycupnęłaś na nosie teraz kawałek po kawałku roztapiam cię ciepłymi myślami 10.3.2010


IDZIE WIOSNA Słońce od wczoraj nieśmiało pokazuje rozpaloną twarz. Kolaboracja z wiatrem wyszła mu na dobre – chmury w popłochu robią miejsce na niebie. I ja od wczoraj wystawiam rozmytą facjatę na światło dzienne. Ostrożnie łapię ostrość. Dotleniam nadzieję. Utwierdzam się, że warto żyć. Powietrze pachnie wesoło, drzewa wyciągają nagie ręce gałęzi, a ptaki pogwizdują, wypatrując pierwszych dżdżownic. Nawet policjanci cali z waty cukrowej, jacyś tacy uśmiechnięci. 9.6.2010


Rocznik ’80, urodzony w Nysie. Od 2003 r. mieszka w Wielkiej Brytanii. Członek kolektywu artystycznego Polish InvarARTs, działającego w Leeds od 2008 r. Administrator forum literackiego Inkaustus. Ekscentryk. Lubi o sobie myśleć, że uprawia poetycką partyzantkę, okraszoną sporą dawką abstrakcji. Gra na djembe. Jeździ na rowerze. Komponuje muzykę. Inspiracje: „Wszystko, co w zasięgu moich sześciu zmysłów. Obraz. Dźwięk. Smak. Zapach. Dotyk. Myśl.” www.rootsrat.eu www.inkaustus.pl Kontakt: przemek.malacha@gmail.com

Fotografia i design okładki: Radosław Janicki radoslaw.janicki@googlemail.com All rights reserved. (c) 2010


Poetycka partyzantka